Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Porywający finał burzliwej sagi!
Po śmierci męża Johanna musi zawalczyć o swoje miejsce w stoczni. Paweł, jako prawowity spadkobierca, przejmuje kierownictwo i skrycie pragnie mieć Johannę u boku nie tylko jako współpracownicę, lecz także jako partnerkę życiową. Jednak nad przedsiębiorstwem zbierają się czarne chmury, a kolejne przeciwności losu wystawiają ich relację na coraz cięższe próby.
Tymczasem przyjaciółka Johanny, Augusta, robi wszystko, by nie dopuścić do zbliżenia młodej wdowy i Pawła, podsuwając jej znacznie „stosowniejszego” kandydata na męża.
Gdy dramatyczny skandal wstrząsa gdańskim towarzystwem, a następne nieszczęście stawia przyszłość stoczni pod znakiem zapytania, Johanna i Paweł znajdują się w obliczu rozpadu rodzącego się uczucia.
Czy zdołają odłożyć dumę na bok i wreszcie odnaleźć drogę do siebie? Johanna nie przeczuwa jeszcze, że los postawi na jej drodze niespodziewanego sprzymierzeńca…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 599
Tytuł oryginału: Danzig. Jahre der Freiheit
Copyright © 2025 by Hilke Sellnick Copyright © 2025 by Penguin Verlag a division of Penguin Random House Verlagsgruppe GmbH, München, Germany Copyright © 2026 for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca Copyright © for the Polish translation by Ewa Kochanowska
All rights reserved
Redakcja: Katarzyna Dziedzicka Korekta: Anna Brzezińska, Beata Wójcik Projekt okładki i stron tytułowych: Magdalena Zawadzka Zdjęcia na okładce: © Natasza Fiedotjew/Trevillion Images, Private Collection © Galerie Bilderwelt/Bridgeman Images Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.
Wydanie pierwsze Warszawa 2026 ISBN 9788383829302
Sierpień 1863 r.
– Zanosi się na burzę!
Jest wpół do szóstej rano. Paweł, marszcząc czoło, odrywa wzrok od projektu statku i stwierdza, że Johanna stawia mu na stole roboczym kubek kawy i talerz chleba z masłem. Nie prosił jej o to, by go karmiła, kiedy pracuje na Paradiesgasse, na Rajskiej, dziewczyna robi to z własnej inicjatywy. A on musi przyznać, że jego protesty brzmią nader słabo.
– Gdzie? – pyta krótko, ponieważ Johanna patrzy na niego z wyczekującym uśmiechem.
– Idzie od morza – wyjaśnia. – I to chyba całkiem porządna.
Paweł kiwa głową w milczeniu i ostrzy pióro nożem. Następnie starannie sprawdza efekt działania, cały czas starając się nie patrzeć na Johannę. Niebezpiecznie jest pochwycić jej spojrzenie; kiedy tak się uśmiecha, człowiek może ulec słabości. Ale odrzucone oświadczyny nadal ranią jego dumę – powziął stanowczy zamiar, by najpierw okazać jej chłód i obojętność. Niech dobrze urodzona panna Berendówna zapamięta, że on nie jest mężczyzną, z którym może sobie pozwalać na jakieś gierki.
– Pawle, przeczekaj tu lepiej niepogodę – radzi Johanna i bierze kałamarz, by go napełnić. – Jeśli zaraz lunie, to i tak nic nie zdziałacie na Siennej Grobli.
Paweł odkłada pióro i się przeciąga. Johanna pewnie ma rację, sam czuje w powietrzu napięcie, które aż trzeszczy, zapowiedź nadchodzącej burzy. Od wielu tygodni wilgotny upał zalega nad miastem, tak że człowiek wdzięczny jest za każdy powiew płynący od morza. Co jakiś czas pojawiają się krótkie, gwałtowne nawałnice, już dwa razy piorun uderzył w kościelną wieżę, a kilka dni temu trafił w rosnący na Westerplatte dorodny świerk, który buchnął jasnym płomieniem.
– Ech, co znowu – burczy chłopak. – Nie będzie tak źle.
W stoczni Forsterów praca wre. Dwa statki stoją na pochylni, mały kuter rybacki i dwumasztowy bryg, który Paweł buduje dla Jana Jonkersa. Najął około trzydziestu pracowników, sami doświadczeni cieśle okrętowi, więc swoje kosztują – on musi być na miejscu, burza czy nie, trzeba rozdzielić zadania i nadzorować ich wykonanie. Jeśli tego zaniedba, chłopy się rozleniwią, będą siedzieć bezczynnie i palić fajkę w czasie, za który im płaci. Paweł czeka, aż Johanna znowu postawi kałamarz na stole, po czym wykreśla linie, posypuje je piaskiem, by szybciej wyschły, i wpisuje obok obliczenia. To kolejne zlecenie, zdobyte, trzeba przyznać, dzięki Johannie. Nic wielkiego, ale bądź co bądź to slup, jednomasztowiec do żeglugi przybrzeżnej. Zamówienia na większe statki trafiają się rzadko, co przede wszystkim wynika z konkurencji, jaką stanowią dla nich duże stocznie Klawittera czy Schichaua, nie mówiąc już o Stoczni Królewskiej. Ale stocznia Forsterów dobrze sobie radzi – można być zadowolonym.
Ciche, lecz niepozostawiające żadnych wątpliwości dudnienie odległego grzmotu zapowiada nadciągającą burzę. Johanna wybiegła, by pozamykać okiennice, jej śladem ruszyło wielkie psisko. Sułtan podkula jednak ogon, bo i on czuje bliską nawałnicę. Przez otwarte drzwi Paweł widzi, jak niebo nad domami sąsiadów przeszywa błyskawica. Trzaskają zamykane okiennice, szewcowa wciąga na podwórze zapomniany na ulicy drewniany wózek. Paweł wpisuje na rysunku ostatnie kilka liczb, po czym kończy pracę. Ściemnia się, zaraz burza pochwyci miasto w swoje szpony, a wtedy przez jakiś czas nie będzie widać dalej niż na wyciągnięcie dłoni.
Kolejny piorun wpędza najpierw Sułtana, a zaraz potem Johannę z powrotem do warsztatu. Paweł podnosi się z niezmąconym spokojem i wkłada robocze buty.
– Ty chyba nie zamierzasz iść w samym środku burzy na Sienną Groblę! – oburza się Johanna.
– A czemu nie?
– Chcesz, żeby cię piorun trafił? A poza tym nigdzie się nie przeprawisz, póki szaleje burza.
Chłopak uśmiecha się szeroko. W gruncie rzeczy podoba mu się, że ona tak się o niego troszczy. Mimo okazywanego dystansu poczynił już kilka ustępstw – kobiety mogą zadbać o jego bieliznę i ubranie oraz zapraszać go na posiłki, wykorzystuje także warsztat zmarłego ojca jako swoją pracownię, zgodnie z przewidywaniami Johanny. Omija za to szerokim łukiem pokój, który przygotowała mu na sypialnię. Ma kwaterę na poddaszu na Brotbänkergasse, na Chlebnickiej.
– I tak się tam dostanę, promem czy bez niego! – popisuje się Paweł.
Przechwałki odnoszą zamierzony skutek – dziewczyna jest przerażona.
– Chyba nie chcesz wsiąść do tej lichej łupiny, która leży na brzegu? Masz zamiar rzucić się do Motławy i utopić?
– Umiem pływać – śmieje się zadowolony chłopak.
Rozzłoszczona Johanna potrząsa głową – och, w gniewie jest jeszcze bardziej pociągająca niż zwykle. Paweł często czuje wtedy pokusę, by ją chwycić w ramiona, potrząsnąć nią nieco, a potem czule przyciągnąć do siebie i… Ale nie wolno mu oddawać się takim fantazjom. Jeszcze nie. Jeszcze długo nie. On nie jest kimś, kto dwukrotnie popełnia ten sam błąd. Zaczeka, aż będzie jej pewien.
Burza dotarła już do nich, pioruny walą, jakby nad Rajską roztrzaskał się gigantyczny moździerz. Johanna musi się bronić przed psem, który w panicznym strachu usiłuje się schować pod jej szeroką spódnicą.
– Pawle, posłuchaj – odzywa się, odzyskawszy równowagę. – Chciałam dziś wieczorem omówić z tobą coś, co ma wielką wagę dla nas obojga. Dobrze by było, gdybyś mógł w porę wrócić ze stoczni…
Paweł otworzył już drzwi i zamierza wyjść. Niebo zasnuły ciemne chmury, ulicami gna wicher, wzbijając kurz, sąsiad znika spiesznie w podwórzu. Johanna chciałaby coś z nim „omówić”? O wielkiej wadze dla nich obojga? Jest zaintrygowany, ale udaje obojętność, żeby nie mieć potem do siebie pretensji.
– Wiesz chyba, że musimy wykorzystać długie letnie dni, żeby posunąć się do przodu z robotą…
– Jestem w tym świetnie zorientowana. Ale mimo to proszę cię, żebyś nie wracał zbyt późno. Ta sprawa nie jest dla mnie łatwa i bardzo liczę na twoją życzliwość i uczynność…
Ależ ona ma miękki głos, jeśli tylko chce. Ta jego piękna macocha potrafi się łasić jak kotka. Człowiek się musi diabelnie natrudzić, by jej nie ulec.
– Spróbuję – rzuca nonszalancko Paweł. – Ale niczego nie mogę obiecać. Sama wiesz, że kiedy praca dobrze idzie, to trzeba ją doprowadzić do końca.
– Oczywiście. Czekaj, masz tu na drogę, ledwie tknąłeś śniadanie…
Johanna pakuje dwie kromki chleba z masłem i mu wręcza. Co to się dzieje? Dziś wprost wychodzi ze skóry, by mu dogodzić, można by sądzić, że szykuje się do roli kochającej małżonki. Ponętna myśl, właśnie w tę stronę kierują się wszystkie jego nadzieje i pragnienia. Ale jeszcze nie jest w stanie uwierzyć, że ona poważnie go traktuje.
Niecały rok temu złożył u jej stóp swoje serce, tęsknotę i miłość, a w zamian dostał brutalną odprawę. No dobrze, Johanna później się opamiętała – kiedy wrócił z podróży do Królestwa Polskiego, przybrała inny ton i nawet dała mu do zrozumienia, że byłaby gotowa przyjąć jego oświadczyny. Zraniona duma powstrzymała go jednak przed tym posunięciem. Nie jest kimś, kto pozwoli się wodzić za nos rozkapryszonej córeczce patrycjuszy. Jest uczciwym, prostolinijnym człowiekiem, rzemieślnikiem, który zna swoją wartość i wie, co potrafi. Dla niego „tak” znaczy „tak”, a „nie” znaczy „nie”. A to „nie”, które wtedy mu cisnęła, tkwi w nim głęboko niczym drzazga. Tak, to prawda, czuje się zraniony. Gdyby tak po prostu dał się zmiękczyć jej pochlebstwom, nie mógłby potem spojrzeć w lustro.
Takie to myśli przelatują mu przez głowę, gdy przechodząc przez mosty i wąskie uliczki, spieszy ku przystani promu. Dociera tam dokładnie w chwili, gdy nad jego głową pęka wał czarnych chmur. Potężne strumienie deszczu zalewają miasto.
Wściekły szuka schronienia na ganku domu przewoźnika i czeka, aż przejdzie ulewa. Ma więc chwilę, by uporać się z chlebem z masłem, który schował przed deszczem pod obszerną koszulą. Faktycznie jest głodny, irytuje się, że nie wypił kawy, którą Johanna postawiła mu na stole. Dlaczego nie miałby przystać na to, by troszczyła się o niego razem ze starą Barbarą? Ma do tego prawo, w końcu jest jej pasierbem, a dom, który ojciec zapisał w testamencie Johannie, jest jego rodzinnym domem. Dom dla żony, stocznia dla syna, tak zarządził Berthold Forster przed śmiercią. Było to słuszne i sprawiedliwe. Paweł zawsze kochał i szanował ojca, zachowuje go też w czułej pamięci.
Oczywiście o wiele milej byłoby siedzieć rankiem wraz z Johanną przy śniadaniu w mieszkaniu na górze. Żartować z nią i gawędzić, a także rozmawiać o stoczni i prowadzeniu interesów. Czule ją obejmować przed wyjściem na Sienną Groblę. A jeszcze przyjemniej byłoby wracać do niej wieczorem i cieszyć się razem z nią radościami życia małżeńskiego. Takie pragnienia towarzyszą Pawłowi dzień i noc, nie dają mu spokoju nawet podczas pracy w stoczni, najgorzej jest jednak, gdy Johanna jest w pobliżu, a on czuje jej urok.
Co też takiego chce z nim omówić dziś wieczorem? Czyżby tak już jej dojadła jego obojętność, że sama chce mu się oświadczyć? Na samą myśl o tym gorąco mu się robi. Byłoby to wprawdzie bardzo niezwykłe, ponieważ kobieta ma czekać, aż mężczyzna zada jej wiadome pytanie, tak każe obyczaj. Ale po Johannie można się wszystkiego spodziewać.
– No to ruszamy, panie majster! – woła przewoźnik, wyrywając go z zadumy. – Ej, Jasper! Hannes? Gdzie wy się podziewacie? Mamy chętnych na przewóz!
Rzeczywiście na przystani czeka już kilka osób. Wśród nich trzech robotników, których Paweł zatrudnia w swojej stoczni, pozostali chcą się dostać do Stoczni Królewskiej, bo tam również poszukują młodych, krzepkich ludzi, którzy chcieliby się wyuczyć rzemiosła cieśli okrętowego. Paweł wita kolegów skinieniem głowy, ale nie bierze udziału w pogawędkach i grubych żartach, rzucanych podczas krótkiej przeprawy. Rozmyśla, co zrobi, jeżeli Johanna faktycznie poruszy dziś wieczorem kwestię małżeństwa. Przypuszczalnie będzie przede wszystkim podkreślać biznesowe zalety więzów matrymonialnych. Już taka jest, prawa Berendówna, córka wielkiego rodu kupieckiego. Zresztą będzie miała rację, on jej w istocie bardzo potrzebuje do prowadzenia ksiąg, obliczania wypłat i zajmowania się wszystkimi tymi uciążliwymi papierami. Ale może powie coś więcej? Wyzna mu, że ona też mu sprzyja? Że on się jej podoba? A może nawet da mu do zrozumienia, że go kocha i pragnie? W takim przypadku diabelnie ciężko by mu było zachować zimną krew.
Ale jeśli ona wystąpi z taką propozycją, to czy on będzie w ogóle chciał na nią przystać? No cóż, gdyby Johanna rzeczywiście porzuciła wszelką ostrożność i zaczęła mówić o uczuciach, to w zasadzie należy jej się rzucone w twarz: „Nie, dziękuję”.
Ale nie, tak daleko się nie posunie. Wysłucha jej, po czym stwierdzi, że patrzy na tę sprawę jak najbardziej przychylnie. Tak, to dobrze brzmi. Przychylnie. Tyle że z małżeństwem nie należy się spieszyć, on potrzebuje czasu, by wszystko przemyśleć, no i trzeba by wspólnie omówić parę spraw, poczynić przygotowania. W ten sposób nie skapituluje z miejsca i nie rzuci się z okrzykiem szczęścia w jej ramiona, tylko potrzyma ją jeszcze chwilę na wolnym ogniu. To jego prawo.
W znakomitym humorze schodzi na ląd i wraz z pracownikami kieruje się wąską polną drożyną ku stoczni Forsterów. Dochodzi siódma, brygadzista jeszcze przed burzą porządnie osadził główne wręgi slupa, teraz zabierają się do wręg rufy. Paweł wysyła do gotowania smoły trzech maruderów, którzy przeprosili za spóźnienie, a potem sprawdza, czy wręgi zostały prawidłowo osadzone.
– Dobra robota – chwali brygadzistę, który nazywa się Till Johansen i pochodzi z Danii. Ten też się cieszy z wykonanego zadania i z uśmiechem wskazuje na niebo, po którym przemyka jedynie kilka puchatych obłoczków.
– Ledwie skończyliśmy, jak porządnie nas pokropiło.
– Nie zaszkodzi wam – odpowiada roześmiany Paweł. – Teraz znowu zrobi się gorąco. Dzisiaj po południu będziemy tęsknić za ochłodą.
– Tak to jest, panie majster.
Burza była wprawdzie gwałtowna, ale pozostawiła po sobie niewiele śladów. Ziemia jest jeszcze mokrawa, ale w kilku miejscach prześwituje już jasny, suchy piach, a drewno kadłuba łodzi szybko odparowuje wilgoć na słońcu. Paweł zleca pracę nad obydwoma statkami równocześnie, ale kuter rybacki jest już na ukończeniu i w najbliższych tygodniach zostanie spuszczony na wodę. Jeszcze kilka dni na zrobienie wnętrza, po czym będą mogli go oddać zleceniodawcy. To kooperatywa paru rybaków, którzy połączyli siły i wspólnie finansują budowę łodzi. Johanna wypisze rachunek i zadba o to, by został zapłacony co do ostatniego feniga. W takich sprawach jest nieprześcigniona, potrafi nie tylko rachować, ale i twardo się targować, nie godzi się na żadne ulgi ani odroczenia terminów spłaty. W końcu potrzebują pieniędzy, ludzie muszą dostać swój zarobek, drewno i narzędzia też nie są za darmo. Trzeba myśleć także o podatkach i opłatach, a do tego wszystkiego powinni odkładać na budowę kolejnych obiektów na Siennej Grobli.
Następnym promem przypływają dwie kobiety, które najął do gotowania. Musi przecież zapewnić ludziom obiad, pod ręką trzeba też mieć stale kilka beczek piwa i dostateczną ilość wody. Ta jest darmowa, ale za kufel piwa się płaci. Wódka pojawia się tylko przy wyjątkowych okazjach, jak chrzciny statku lub obchody urodzin, bo Paweł nie jest zwolennikiem picia w pracy.
Piaszczystą dróżką idą dziś w kierunku stoczni nie dwie, lecz trzy kobiety. Obie kucharki łatwo rozpoznać po skromnym odzieniu. Ciągną wózek pełen warzyw i mięsa, z tego przygotują obiad. Trzecia kobieta różni się od nich, jest ciasno ściśnięta gorsetem, a szeroka suknia przysparza jej kłopotów, ponieważ bez przerwy zahacza o osty rosnące na poboczu ścieżki. Paweł podejrzliwie spogląda w jej stronę i widzi, że jego przeczucia się potwierdzają – to Anna Maria Jonkers, córka zamożnego armatora Jana Jonkersa, jednego z najlepszych zleceniodawców Pawła. Musi więc traktować dziewczynę z całą uprzejmością, co nie przychodzi mu łatwo, bo ma ona trudny charakter. Chwilowo znów jest zaręczona, tym razem szczęśliwym wybrankiem jest doktor Alfred Riechert, który prowadzi wielką kancelarię na Breite Strasse, na Szerokiej. Jeśli w ogóle w takim przypadku można mówić o szczęściu, bo śliczna Anna Maria ma zwyczaj zmieniać narzeczonych jak rękawiczki.
Początkowo Paweł nie zwraca uwagi na przybyłą, tylko rusza z pomocą przy osadzaniu wręg, a potem skupia się na ludziach, którzy mocują wewnętrzne poszycie kutra. Dopiero po chwili postanawia serdecznie pozdrowić gościnię i powitać ją w swojej stoczni. Tak wypada, to winien swojemu ojcu. Dziewczyna przysiadła na drewnianym balu nieopodal obu kucharek i coś rysuje. W porządku – czyż Johanna nie wspominała niedawno, że Annę Marię Jonkers trudno spotkać bez szkicownika i że jej karykatury kilkakrotnie drukowano już w żurnalu wydawanym przez Ernsta, brata Johanny? Jak się to pismo nazywa? „Wieczny Płomień”? „Iskra Gorejąca”? Ech, to było coś podobnie napuszonego. Wreszcie sobie przypomina: „Pochodnia Literacka”.
Panna Jonkers od razu go oczywiście dostrzegła i uśmiecha się do niego szelmowsko. Powabna jest niewątpliwie i do tego naprawdę ładna. Ma w sobie coś dziecięcego, ale lepiej się nie łudzić – Anna Maria równie dobrze jak Johanna wie, czego chce, a czego nie chce. Tylko że Johanna w swoich dążeniach jest dzięki Bogu o wiele mądrzejsza i roztropniejsza niż ta pannica, która dziś chciałaby to, a jutro tamto.
– Witam pana serdecznie, panie majstrze – woła do niego Anna Maria. – Mam nadzieję, że nie przeszkadza panu, że zrobię tu parę szkiców? Między pańskimi robotnikami można znaleźć tak cudownie osobliwe fizjonomie, a ta waląca się buda stanowi wspaniałe tło dla romantycznego rysunku.
Paweł z trudem zmusza się do uśmiechu. „Waląca się buda” to drewniana szopa, w której trzyma pod kluczem sprzęt i narzędzia, a obok zadaszonej wiaty to jedyny jak dotąd budynek w jego stoczni. Może tylko zgadywać, co ma na myśli Anna Maria, mówiąc o „fizjonomiach”, ale pewnie będą to twarze, które rozpoznaje w jej szkicowniku. Nie są przesadnie pochlebnie narysowane, raczej wręcz przeciwnie.
– Proszę się nie krępować, łaskawa pani – mówi uprzejmie Paweł. – Cieszę się, że moja stocznia dostarcza pani pomysłów do rysunków. A może nawet będzie nas można oglądać w „Pochodni Literackiej”?
Panna Jonkers wybucha dźwięcznym śmiechem, brzmi on niczym srebrne dzwoneczki. Typowy śmiech dobrze sytuowanej młodej damy z najlepszego towarzystwa, które widuje się na literackich salonach Augusty von Kleiwitz. Paweł nie znosi takich przemądrzałych bab.
– A to całkiem możliwe, panie majstrze – stwierdza Anna Maria i przygląda mu się zmrużonymi oczami. Czyżby go rysowała? Tego mu tylko brakowało! Paweł przejeżdża ręką po zwichrzonych włosach i orientuje się, że rozpiął koszulę, bo było mu za gorąco przy pracy.
– Jeśli pan chce, podam nazwę stoczni w opisie rysunku – mówi życzliwie dziewczyna. – To byłaby piękna reklama, nieprawdaż?
Paweł jest mniej zachwycony, zwłaszcza że Anna Maria robi się rozmowna i zaczyna opowiadać, że jej rysunki publikowane są w stolicy Prus – Berlinie – i że ma propozycje z rozmaitych czasopism ukazujących się w innych wielkich miastach.
– To radosna wiadomość – konkluduje Paweł. – Zapewne pani narzeczony jest dumny z pani sukcesu.
– Ach, on! – wykrzykuje pogardliwie Anna Maria. – Nie, pan doktor Riechert nie ma niestety ani krzty zrozumienia dla sztuki karykatury. Czego bardzo żałuję…
Aha, myśli Paweł. Szykuje się, jak widać, kolejne zerwanie zaręczyn. No cóż, pan doktor Riechert jakoś to przeboleje, nie zna go wprawdzie osobiście, ale Johanna ma złe doświadczenia z tym osobnikiem, więc jemu też się on nie podoba.
Gong obiadowy rozbrzmiewa z metalicznym brzękiem, tę rolę bowiem odgrywa stara pokrywka od garnka, zawieszona na wystającej belce szopy. Paweł grzecznie zaprasza swoją gościnię na eintopf i jest zdumiony, gdy Anna Maria radośnie przyjmuje zaproszenie.
– Ach, serdecznie dziękuję, panie majstrze! Tyle się uczę, mogąc obserwować pracę w stoczni – paple Jonkersówna. – Ileż wiedzy i umiejętności tkwi w budowie statku! Żywię najgłębszy szacunek wobec pana, drogi panie majstrze…
Paweł wbrew sobie czuje się pochlebiony i w zakłopotaniu mruczy parę słów podziękowania. Na szczęście Anna Maria zaraz po posiłku rusza w drogę powrotną, prawdopodobnie jest jej już za gorąco, gdyż na Siennej Grobli słońce pali niemiłosiernie. Razem z obiema kucharkami dziewczyna kieruje się na przystań promu i raz tylko się zatrzymuje, by wytrząsnąć piasek z butów.
Paweł i jego ludzie raźno pracują mimo skwaru, więc chociaż cieszy się on na wieczorną rozmowę, to jednak nie może przedwcześnie zarządzić fajrantu. Dopiero gdy cienie robią się coraz dłuższe, a słońce znika już za Bischofsberg, za Biskupią Górką, ogłasza koniec dnia roboczego, cieszy się z postępów w pracy i zamyka narzędzia w szopie, do której klucz ma tylko on i brygadzista. Te środki ostrożności są aż nadto konieczne, ponieważ nad brzegiem Wisły włóczy się nocami złodziejski element wszelkiej maści, dla którego drogie narzędzia byłyby pożądanym łupem. Zmierzch już zapada, kiedy Paweł przeprawia się ostatnim promem i wielkimi krokami spieszy do swojej kwatery na Chlebnickiej, by przyszykować się na wieczorne spotkanie. Dokłada nadzwyczajnego wysiłku, myje się ładnie pachnącym mydłem, goli policzki i brodę oraz wkłada najlepszą koszulę. Rezygnuje z długiej wyjściowej kurty – po pierwsze jest za ciepło, a po drugie nie ma powodu, by Johanna myślała, że to z jej powodu tak się wystroił.
Jest już ciemno, gdy staje przed domem na Rajskiej, jednak Johanna przewidująco wywiesiła zapaloną latarnię – czeka na niego. W progu wita go stara Barbara, od pewnego czasu nosi staromodny czepek z falbankami, który dość osobliwie okala jej wąską twarz o ciemnych oczach i spiczastym nosie.
– Lepiej późno niż wcale – rzuca pogodnym tonem i zamyka za chłopakiem drzwi.
Na górze nakryto do stołu, rozchodzą się wspaniałe aromaty ryby i pieczeni, a jeśli Pawła wzrok nie myli, to deser też jest przewidziany. Niemal ogarniają go wyrzuty sumienia, że tak się spóźnił. Zwłaszcza że Johanna pięknie się ubrała do kolacji i w nowy sposób upięła włosy.
Jeśli nawet jest na niego zła, to nie daje tego po sobie poznać.
– Siadaj, Pawle – poleca mu ciepło. – Dużo dziś zrobiliście? No tak, kiedy robota dobrze idzie, to nie wolno przerywać, masz absolutną rację…
Kobiety nakładają mu jedzenie, a on nie daje się długo prosić, popija wino, które nalewa mu Johanna, nie odmawia również deseru. Rozmowa obraca się wokół codziennych spraw, Johanna żałuje, że na targu ceny są coraz wyższe, Barbara donosi, że sąsiadka urodziła dzisiaj rano zdrowego chłopczyka, on zaś opowiada o wizycie Anny Marii w stoczni.
– Te jej bazgroły chcą publikować w żurnalu? – zżyma się Johanna, która nie ma dobrego zdania o Jonkersównie. – No cóż, postaram się temu zapobiec. Wszystko, co rysuje, obraca w karykaturę, szydzi, by szydzić. Bóg raczy wiedzieć, w jak dziwaczny sposób ukaże naszą stocznię.
Powiedziała „naszą stocznię”! Niesłychane. Ale w gruncie rzeczy to dobry znak. Paweł stawia na stole kieliszek z winem i spogląda ku niej. Jakaż ona jest piękna! Ładnie upięte bujne włosy blond, policzki zarumienione od wina, wpatrzone w niego szare oczy błyszczą wesoło. Chcąc, nie chcąc, chłopak myśli o tym, jak też dziewczyna wygląda z rozpuszczonymi włosami…
– Mówiłaś dziś rano, że chcesz o czymś ze mną porozmawiać…
– Tak jest – przytakuje Johanna i dolewa mu wina. – Jest coś, co mi ciąży na duszy…
Barbara podnosi się, by pozanosić naczynia do kuchni, a on czeka z odpowiedzią, póki staruszka nie wyjdzie z pokoju. Och, kobiety mają wyczucie, starowina z pewnością chce ich zostawić samych, by ułatwić Johannie wyznanie…
– Tak się złożyło… – zaczyna Johanna i przysuwa się z krzesłem nieco bliżej – …że oboje, ty i ja, żyjemy niby obok siebie, a jednak razem…
Paweł milczy i czuje, jak serce bije mu szybciej. Ona chyba rzeczywiście zamierza wygłosić czułą deklarację.
– Co masz na myśli, mówiąc „razem”?
Johanna potrząsa z uśmiechem głową, jak gdyby pytał o coś, o czym dawno powinien był wiedzieć.
– Cóż, jedno wiąże się z drugim – odpowiada. – Tu na dole kreślisz projekty statków, a my dbamy o twoją odzież. Ty jesteś majstrem w stoczni, ja prowadzę księgi, wypisuję rachunki, troszczę się o to, by pieniądze z udziałów w statku wpływały na czas, przygotowuję wypłaty… Chętnie robię to wszystko dla ciebie, Pawle. Bo nie znam nikogo, z kim czułabym się tak związana, komu mogłabym do tego stopnia zaufać…
– Johanno, ja również ogromnie się cieszę z tego powodu – woła wzruszony chłopak i ujmuje ją za rękę.
Dziewczyna się nie wzbrania, nie opiera się też, gdy on próbuje przyciągnąć ją do siebie. Ale jednak zamiast z zawstydzeniem, jak to przystoi kobiecie, mówić o miłości, peroruje dalej o czymś zupełnie innym.
– I słusznie się cieszysz, ponieważ od rana do nocy pracuję dla ciebie i naszej stoczni. Ale czy choć raz się zastanowiłeś, jak ja sobie radzę? Prawie już nie mam pieniędzy, które zostawił mi Berthold, i wkrótce nie będę wiedziała, z czego mam żyć.
Paweł jest odrobinę rozczarowany, że Johanna mówi o pieniądzach zamiast o innych rzeczach, których by chętnie posłuchał. No ale cóż, to Berendówna z krwi i kości, a poza tym przypuszczalnie ma rację.
– A jak ja miałbym ci w tym pomóc? – pyta ją i zagląda jej głęboko w oczy. – Powiedz mi, Johanno. Niech się dowiem, co wymyśliłaś.
Czy uchwyci pomocną dłoń, którą do niej wyciągnął? Och, Paweł chce usłyszeć, jak ona go prosi, ba, jak go błaga o to, by ją poślubił. Nie będzie jej długo męczył, zresztą nie da rady. Zamknie ją w ramionach i wyzna, że jest najszczęśliwszym człowiekiem pod słońcem…
Johanna odwzajemnia jego spojrzenie, przez chwilę Paweł czuje jej ciepło, siłę, oddanie.
– Wymyśliłam, żebyś mi płacił stałe wynagrodzenie za moją pracę – odpowiada. – To słuszne i sprawiedliwe, ponieważ w innym wypadku musiałbyś zatrudnić kierownika, który kosztowałby cię o wiele więcej, niż ja żądam dla siebie.
Paweł potrzebuje kilku sekund, by zrozumieć, o czym ona mówi. Ma wrażenie, jakby ktoś chlusnął mu wiadrem zimnej wody w twarz. Mowy nie ma o słodkich wyznaniach, nie mówiąc już o oświadczynach! Ona chce pieniędzy. Ma jej płacić pensję.
– Nie znajdziesz nikogo lepszego na to stanowisko – stwierdza z wielką powagą Johanna. – Wiesz przecież, jak bardzo dobro naszej stoczni leży mi na sercu.
Paweł bierze głęboki oddech i szykuje się do udzielenia jej odpowiedzi, na którą zasłużyła.
Jest po prostu za gorąco. Luiza udała się na zwyczajową drzemkę poobiednią, ale upał wciska się do sypialni mimo zamkniętych okiennic i nie pozwala jej zasnąć. To irytujące, ponieważ w poprzednie noce również nie zmrużyła oka, co prowadzi do tego, że w ciągu dnia jest zmęczona i nie może pozbierać myśli.
– Traude! Traaauude!
Ach, ta dziewczyna! Jaka brzydka, taka niezdarna i jeszcze ślamazara do tego. Gdzie ona się znowu podziewa? Jak długo każe jej jeszcze czekać? Do małżeńskiej sypialni wdziera się nagle z korytarza dziecięcy krzyk – to córka Luizy, Elżbieta, która przypuszczalnie zbudziła się z południowej drzemki i energicznie domaga się kaszki.
– Minna! Ucisz to dziecko! Moje nerwy nie wytrzymają dłużej tych wrzasków!
Drzwi do pokoju otwierają się, a w półmroku korytarza rysuje się koścista figura Traude. Dla Luizy do tej pory pozostaje zagadką, jakim cudem ona niemal bezszelestnie przemyka się po starym domu.
– Czy udało się jaśnie pani odrobinę przespać? – pyta służąca słodkim głosem. – Ach, ten upał! My na dole w kuchni, przy kuchennym piecu, to myślimy, że się żywcem upieczemy…
Oczywiście ona świetnie wie, że Luiza oka nie zmrużyła, ale mimo to pyta w ten świętoszkowaty sposób. I sięga po krynolinę, którą jej pani przed położeniem się do łóżka odłożyła na bok razem z wierzchnią spódnicą.
– Nie to! Podaj tę ciemnoniebieską suknię z brukselskimi koronkami – nakazuje rozzłoszczona Luiza. – Wychodzę.
– Ach, Boże, gdzież to ja rozum podziałam – wzdycha Traude. – To ten upał, jaśnie pani, ten upał. Naturalnie, pani von Kleiwitz urządza dziś znowu spotkanie swojego salonu, jak mogłam zapomnieć…
– Nie trajkocz mi tutaj. Idź i przynieś mi suknię. Potrzebuję też czystej koszuli. Potem mnie uczeszesz i nałożysz pończochy…
Luiza jest spocona jak mysz. Dobija ją sama myśl o włożeniu bawełnianych pończoch i wciśnięciu spuchniętych stóp w ciasne buty, lecz za nic w świecie nie przepuściłaby salonu Augusty. Nie dlatego, że ciekawią ją prezentowane „perły” muzyki i literatury – niestety, trzeba jakoś znieść te brednie. Jednak u Augusty von Kleiwitz pojawia się zawsze wiele ważnych gdańskich osobistości i dlatego trzeba się tam pokazać ze względów towarzyskich. W końcu Luiza to małżonka Teodora Berenda, właściciela jednej z najstarszych i najbardziej poważanych firm handlowych w mieście.
O tak, Luiza stara się być godną żoną swojego męża. Jeszcze zimą wydała parę przyjęć, które w sumie wypadły bardzo korzystnie. Panie chwaliły jej dobry gust i znakomite potrawy, panowie przy winach i likierach chętnie wiedli ożywione rozmowy. Nawet Teodor, zawsze w towarzystwie tak sztywny i skrępowany, z zapałem dyskutował z gośćmi i przypuszczalnie zdołał ubić jeden czy drugi interes. Ale miły nastrój tych spotkań zawdzięcza oczywiście szwagrowi, którego pogodne usposobienie udziela się otoczeniu. Szkoda, że Ernsta nie bawi handel i prowadzenie interesów, a swoje liczne talenty marnotrawi na pisanie jakichś historyjek czy wierszydeł. Ku irytacji Teodora wspiera go w tym zwłaszcza ich siostra. Ale Johanna nigdy nie przepuściła najmniejszej okazji, by zaszkodzić firmie Berendów.
– Nie tak mocno! – Luiza łaje służącą, która wiąże jej krynolinę na ciasno zasznurowanym gorsecie.
– Proszę o wybaczenie, jaśnie pani… Ach, w całym mieście nie znajdzie się tak cieniutkiej talii… Ma pani figurę jak młoda dziewczyna, jaśnie pani…
– Traude, nie bredź.
– Żebym tak zdrowa była, jaśnie pani. Jest, jak mówię, nie da się temu zaprzeczyć.
Wprawdzie Luiza zdaje sobie sprawę, że Traude to perfidna lizuska, ale dzisiaj słucha jej z nieskrywaną przyjemnością. Tak, jest dumna ze swojej figury, zawsze była filigranowa i gardziła Gdańszczankami, które mają raczej skłonność do tuszy. Zbliża się już wprawdzie do czterdziestki, ale dzięki smukłej talii wydaje się o wiele młodsza, zwłaszcza odkąd wspomaga swoje jasne włosy odrobiną farby.
– Przynieś mi brązowe buty. I powiedz kucharce, że wypiję jeszcze kawę przed wyjściem. Kolację niech szykuje tylko dla pana, mój szwagier będzie mi towarzyszył na spotkaniu salonu…
– Tak jest, jaśnie pani… Małżonek polecił przekazać, że dzisiaj będzie jadł kolację poza domem…
– Tym lepiej… Wobec tego nie będzie musiał się samotnie posilać.
Luiza mocuje się z ciasnymi butami, zagryzając w irytacji wargi. Oczywiście służba również wie, że pan domu od czasu do czasu odwiedza pewną „damę” przy jednej z uliczek Starego Miasta, ona go więc też ugości. W zasadzie Luiza się spodziewała, że Teodor po tej niesłychanej historii z Danutą, dawną pokojówką, będzie miał dosyć pozamałżeńskich eskapad, ale najwyraźniej się pomyliła. Cóż za straszliwa hańba, że ulokował Danutę razem z Christianem, ich wspólnym bękartem, we własnym mieszkaniu. No cóż, ta sprawa na szczęście sama się rozwiązała, bo Danuta się ulotniła.
Luiza cicho wzdycha. Takie rzeczy są zazwyczaj publiczną tajemnicą, a żona musi to ścierpieć, bo inaczej wybuchałby jeden skandal za drugim, co najbardziej szkodziłoby jej samej. Tak więc przełknęła gorzką pigułkę i w podobne wieczory bez słowa znosi nieobecność męża. Chce iść do takiej kobiety, bo go przypiliło – jej to nie obchodzi. Chce omijać małżeńską sypialnię i spać osobno – z tym też się pogodziła. Nie musi rodzić mu syna, mają przecież córkę, która pewnego dnia odziedziczy firmę handlową i cały majątek Berendów.
Tak właśnie! Ich córka Elżbieta jest jedyną spadkobierczynią firmy Berendów. Co za triumf! Danuty już nie ma, pół roku temu opuściła Gdańsk, zabierając ze sobą nieślubnego bachora. Mały bękart, którego Teodor obdarzał iście małpią miłością, nie jest już problemem. Nikt nie wie, gdzie się podziewa on i jego matka, krążą nawet plotki, że Danuta spiknęła się z Oskarem Possertem, byłym pracownikiem firmy Berendów, i wyjechała z nim oraz z dzieckiem do Ameryki. Gdybyż tak naprawdę było! Gdybyż tak całą trójkę spotkała na oceanie katastrofa i oby wszyscy przy tej okazji nędznie utonęli!
Ale nawet w tej sytuacji Luiza jest pewna, że nigdy więcej nie zobaczy Danuty i znienawidzonego Christiana. Dlaczego? Co niedziela modli się w Kościele Mariackim do Boga, by zachował i wzmocnił jej małżeństwo oraz uchronił małżonka od grzechu. Przekazała również pokaźną ofiarę na rzecz kościoła. Pan Bóg zna grzeszników i cudzołożników, nagradza sprawiedliwych i chroni słabych, dlatego wysłucha jej modlitw.
Kobieta krytycznym okiem spogląda w lustro wiszące nad umywalką z marmurowym blatem. Okiennice są zamknięte z powodu upału, niewiele światła przedostaje się przez szczeliny do pomieszczenia, więc jej twarz wydaje się niemal pozbawiona zmarszczek. Ale też bardzo blada. Luiza wyjmuje z szafy szkatułkę z biżuterią, zakłada pierścionki, przypina broszkę z perłami. Daruje sobie srebrne kolczyki, ponieważ są niewygodne, a ponadto boi się zgubić cenne, odziedziczone po teściowej klejnoty.
Jeszcze ma trochę czasu, zanim będzie musiała udać się wraz ze szwagrem na spotkanie salonu, dlatego wychodzi na korytarz, by przejść do salonu i tam wypić kawę. W tej samej chwili jednak otwierają się drzwi pokoju dziecięcego, a próg przekracza chwiejnym krokiem na krzepkich nóżkach blondwłosy aniołek w obszernej sukieneczce. Na widok ciemno ubranej pani Elżbietka zatrzymuje się niepewnie i wsadza kciuk do buzi. Raptem wybucha radosnym śmiechem i zdecydowanie biegnie w stronę Luizy.
– Minna… Minna da kaszkę – paple mała i chcąc się przytrzymać, łapie obiema rączkami suknię matki.
– Puść to natychmiast! – krzyczy przerażona Luiza. – Minna! Zabieraj prędko to dziecko! Zrujnuje mi suknię. O Boże, ona ma lepkie palce…
Młoda służąca rzuca się spiesznie, by wziąć na ręce dziewczynkę, ale Elżbietka nie ma zamiaru się rozstać z tak pięknym, lśniącym materiałem i z całej siły zaciska łapki.
– Puszczaj, ty mała diablico! – wrzeszczy piskliwie Luiza i uderza dziecko. – Posłuchasz wreszcie czy nie?!
Razy niewiele jednak dają, a gdy Minna siłą wyrywa małej z rąk tkaninę, rozzłoszczona Elżbietka wybucha płaczem. Boże, jak to dziecko potrafi się wydzierać! Słychać ją pewnie aż na Langer Markt, na Długim Targu.
– Najmocniej przepraszam, jaśnie pani – jąka przerażona Minna, która próbuje poskromić wierzgającego malucha. – Ona już umie otwierać drzwi. Wczoraj nawet wspięła się na stołek, bo chciała wyjrzeć z okna…
Luiza właśnie zamierza doradzić służącej, by przywiązała małą, jak się należy, do krzesełka, kiedy otwierają się kolejne drzwi i na korytarzu pojawia się jej szwagier. Szybko podchodzi do Minny, która na próżno stara się okiełznać gniewnie wrzeszczące dziecko.
– A cóż to się dzieje? – woła Ernst. – Co takiego się stało mojemu słoneczku? Ach, już widzę, niedobra mama cię rozzłościła…
Bierze Elżbietkę na ręce, a ta ledwie znalazła się w jego ramionach, już natychmiast się uspokaja, obejmuje wuja i przytula mokry od łez policzek do jego kamizelki.
– Drogi Ernście, naprawdę powinieneś jak najszybciej założyć rodzinę – zauważa kąśliwie Luiza. – Nie sposób nie dostrzec twoich talentów niańki.
Chłopak się śmieje, nie ma jej za złe przytyku, przekomarza się chwilę z dziewczynką, po czym stawia ją na ziemię i klęka obok, żeby mogła pojeździć na jego plecach. I to wszystko, kiedy jest już ubrany do wyjścia, a jasne spodnie tak łatwo zabrudzić! Co za postrzeleniec! Jakże różni są ci bracia. Jej Teodor, tak ponury i zamknięty w sobie, ale zawzięcie realizujący wyznaczone cele, i Ernst z tą swoją niefrasobliwością, uwielbiany i pożądany przez kobiety, który za to nie bardzo wie, co ma począć z życiem. Obecnie pracuje, jak się zdaje, nad jakąś powieścią – oto zajęcie, któremu poświęca każdą wolną chwilę i które nie mogłoby być bardziej bezsensowne. W tej kwestii Luiza całkowicie podziela opinię swojego małżonka. Szkoda, że młody człowiek trwoni energię na takie głupoty.
Posłodzona kawa wywiera wprawdzie ożywczy wpływ na jej ciśnienie, ale też powoduje, że Luiza znowu się poci, co zwłaszcza w tej sukni jest dla niej wysoce nieprzyjemne, ponieważ pod pachami mogą się uwidocznić plamy potu. Teodor polecił przekazać żonie i bratu, że pojechał do Neufahrwasser, do Nowego Portu, odebrać ładunek zboża ze statku, a później zje ze znajomymi kupcami. Rano zaś oczekuje brata jeszcze przed ósmą w kantorze.
– Nikomu nie daruje ten wyzyskiwacz – utyskuje Ernst. – Założę się, że pośle mnie do Dworu Artusa, gdzie będę się musiał spotykać z Bóg wie kim i załatwiać interesy.
– To odpowiedzialne zadanie, drogi Ernście – nadmienia Luiza, kiwając znacząco głową. – Niejeden byłby dumny, gdyby obdarzono go takim zaufaniem.
Ernst się śmieje, jakby był całkiem innego zdania, i podsuwa jej dwornie ramię, by mogli ruszyć na Heilig-Geist-Gasse, na ulicę Świętego Ducha. Pod drugie ramię ma wetknięty plik gęsto zapisanych stronic – kolejny rozdział swojej powieści awanturniczej, której fragment bez wątpienia odczyta dziś zgromadzonym. Luiza musi przyznać, że historia rzeczywiście jest zajmująca. Można jej słuchać, nie przysypiając z nudów. Nie ma porównania z długimi traktatami szacownego Eliasa Ostertaga lub ckliwymi wierszykami jej przyjaciółki Anny Ernestyny Becker. Ach, no tak, z pewnością będzie też Cecylia Jonkers ze swoją córką Anną Marią, przypuszczalnie również jej mąż, no i jeszcze kupiec Heinrich Gebauer, wszystko to ważne persony dla firmy Berendów. Ostatnio szeptano nawet, że małżonka nadburmistrza von Wintera1 chce zaszczycić salon swoją osobą, do czego niestety jeszcze nie doszło.
Jest jeszcze wcześnie, więc idą powoli, przystając tu i ówdzie, by zamienić parę słów ze znajomymi, a Luiza znajduje jeszcze chwilę na kupno ładnej wiązanki dla gospodyni salonu na straganie na Kohlenmarkt, na Targu Węglowym. Długo te róże nie wytrzymają w tym upale, ale nie może okazać się skąpa, w końcu nawet Johanna przyniosła bukiet na ostatnie spotkanie. Wyglądał wprawdzie na taki, który sama zerwała, ale prostoduszna Augusta miała ze wzruszenia łzy w oczach.
Luiza cieszy się, gdy wreszcie wchodzą do kamienicy przy Świętego Ducha, ponieważ w ciemnej sukni słońce wyjątkowo jej dokucza. W salonie jak zwykle tłum ludzi, zniesiono wszystkie krzesła z całego domu, widać nawet trzy stołki kuchenne, ale z doświadczenia wiadomo, że kilku panów będzie musiało się zadowolić oparciem sofy lub po prostu stać. Pulchna pani domu o blond lokach serdecznie wita Luizę, jednak niemal natychmiast przestaje się nią interesować, ponieważ Augusta von Kleiwitz zwraca się do swojego ukochanego pupila, Ernsta Berenda.
– Och, najdroższy przyjacielu! Zredagowałam już nowe wydanie naszego żurnala, jeśli po spotkaniu znajdzie pan jeszcze nieco czasu…
– Ależ bez wątpienia, łaskawa pani. Ogromnie jestem ciekaw, jak mój tekst komponuje się z rysunkami Johanny…
Ernst zostawia Augustę, by chwycić w objęcia siostrę. Niewiarygodne, że taka osoba tak swobodnie obraca się w najlepszym gdańskim towarzystwie i jeszcze do tego bez skrępowania często zabiera głos w salonie. A przecież całe miasto wie o tym, że wdowa po rzemieślniku Bertholdzie Forsterze żyje w nieobyczajnym związku ze swoim pasierbem Pawłem Forsterem, który – jak mówiła niedawno Anna Maria Jonkers – codziennie przychodzi do jej domu. Ale czegóż można się spodziewać po kobiecie, która już jako młoda dziewczyna uciekła z jakimś pianistą, a potem wyszła za prymitywnego rzemieślnika. I jak też ona wygląda! Chyba trzeba być ślepym, żeby nie zauważyć, że tych kilka sukni Johanny uszyto z materiałów, które dało się już zobaczyć na Auguście von Kleiwitz. No cóż, to przyjaciółki od serca, tu się nic nie da zrobić. Ale i Augusta kiedyś w końcu zrozumie, że kobieta o tak złej sławie jest poważnym obciążeniem dla jej pozycji społecznej.
Luiza zniża się do szybkiego kiwnięcia głową, gdy mija Johannę, po czym wita się z drogimi przyjaciółkami, które serdecznie ją przyjmują. Anna Ernestyna trzymała dla niej miejsce na sofie, gdzie Luiza może się teraz wcisnąć między Cecylię Jonkers a małą Marię Gebauer. Wszystkie narzekają na upał i gorliwie wachlują się wachlarzami, ocierają pot z czół chusteczkami obrębianymi koronką i litrami piją mocną indyjską herbatę. Mała Maria spogląda tęsknymi oczami na Ernsta Berenda, który właśnie pozdrawia Jana Jonkersa i jego małżonkę. Dziewczyna nie jest żadną pięknością, ale ma łagodne usposobienie, a jeszcze do tego jest córką ważnego partnera w interesach – Ernst dobrze by zrobił, gdyby się o nią postarał, zanim poślubi ona innego. Ale szwagier to niestety fantasta. Zamiast myśleć o rozwoju firmy, zabiega o względy Augusty, która przecież jest żoną pruskiego rotmistrza Klausa von Kleiwitza i pół roku temu została matką. I to po wielu latach małżeństwa, gdy już sądzili, że pozostaną bezdzietni. Urodziła syna – cóż, niektórym kobietom los sprzyja, inne nie mają tyle szczęścia i wydają na świat jedynie córkę.
Mimo to Luiza uważa, że Augusta się ośmiesza, robiąc taki cyrk wokół swojego dziecka. Nawet podczas spotkania salonu musi się obnosić z małym Wilhelmem. Panie rozpływają się wówczas w okrzykach: „Ach, jaki uroczy!”, „Cóż to za aniołek!” lub „Cały tatuś!”, a Augusta nie przestaje opowiadać o pierwszych ząbkach, które się pokazują jej beniaminkowi i przysparzają mu okropnych boleści. Na miły Bóg! Luiza nie pamięta, kiedy Elżbiecie wyrosły zęby czy kiedy zrobiła pierwsze kroki. Takie rzeczy to sprawa niańki, ona sama zajmie się córką, kiedy ta będzie rozumniejsza, i zadba już o to, by otrzymała surowe wychowanie, jak przystało na dziedziczkę wielkiej firmy handlowej.
– Tak zamyślona, łaskawa pani? Ufam, że nie wzdraga się pani przed rozmową ze mną…
Luiza płoszy się, ponieważ naprzeciwko niej usiadł na stołku adwokat, doktor Riechert, i chyba ma ochotę na pogawędkę. Nie jest przystojnym mężczyzną, przede wszystkim nos, zbyt długi i spiczasty, nadaje jego twarzy nieprzyjemnie chciwy wyraz. Jednak mimo niekorzystnej powierzchowności pan mecenas sprawia w towarzystwie czarujące wrażenie, ponieważ ma zręczny sposób bycia i umie zjednać sobie rozmówcę. Luiza wie, że Teodor nie może ścierpieć Riecherta, ba, chyba nawet czuje do niego szczerą odrazę, lecz mimo to zleca mu raz na jakiś czas sprawy sądowe. Ona sama też już skorzystała z pomocy adwokata, przy czym rzecz była nad wyraz delikatna i Luiza odtąd zależna jest od jego dyskrecji.
– Och, jak pan może w ogóle coś takiego przypuszczać, drogi panie mecenasie! – udziela uprzejmej odpowiedzi. – Proszę mi wybaczyć nieuważność, upał nieco mi dokucza…
– Tak, jest naprawdę ciepło – zgadza się Riechert. – Najlepsza pogoda na odnawianie starego domu. Dzisiaj sztukatorzy zabrali się do pracy przy fasadzie…
– I na jakie figury pan się zdecydował, drogi panie doktorze? – dołącza się do rozmowy Cecylia Jonkers, która zawsze i wszędzie musi wtrącić swoje trzy grosze.
Riechert kupił przed dwoma miesiącami dom na Jopengasse, na Piwnej, który kiedyś należał do Augusta Blotta. Biedny Blott zmarł w lutym tego roku, a ponieważ był szanowanym kupcem z najlepszej rodziny, złożono go do grobu z wszelkimi honorami. Przyjaciele musieli się złożyć, by zapłacić za pochówek, Teodor także dorzucił swoją cegiełkę, ponieważ po niegdysiejszym majątku Blotta śladu nie zostało, gdyż jego zięć Eugen Albertus roztrwonił go wskutek swojej lekkomyślności i nieudanych interesów. To również jest powodem, dla którego nie pojawia się już tutaj Fryderyka Albertus, dawniej z takim zapałem uczęszczająca na spotkania salonu. Mieszka teraz razem z mężem i obojgiem dzieci w naprawdę podłych warunkach w pobliżu Kościoła Świętej Katarzyny i wstydzi się swojej biedy2. Ach, z pewnością musi to być trudne doświadczenie, gdy ktoś wyrósł w wielkim domu, a potem upadł tak nisko. Cóż, Pan Bóg wie, dlaczego obarczył ją takim losem. Szkoda, bo była doprawdy dobrą przyjaciółką, ale naturalnie Luiza będzie się wystrzegać utrzymywania dalszych kontaktów z Fryderyką. Coś takiego mogłoby zaszkodzić jej pozycji społecznej.
Tymczasem doktor Riechert rozwodzi się nad gustownymi stiukami, które chce umieścić na przedprożu i fasadzie domu Blotta. Będą to postacie z baśni oraz bogowie. Neptun i Hermes, do tego Temida, a także syrena, półryba, półkobieta, przy czym pan mecenas zdradza z uśmieszkiem, że artysta obstawał, by przedstawić tułów syreny całkiem bez odzienia.
Gdy dociera do tego ekscytującego szczegółu, musi przerwać, gdyż gospodyni jak zwykle kwieciście wita gości i zapowiada artystów, którzy uświetnią dzisiejszy wieczór. Luizę niezbyt to interesuje, więc lustruje wzrokiem licznych zgromadzonych, stwierdza, że pani von Winter i tym razem nie przybyła, oraz czuje irytację, gdyż Jan Jonkers siedzi na poręczy fotela Johanny i szepce coś do niej z uśmiechem. Niepojęte, jak mężczyźni w każdym wieku umizgują się do tej osoby. Czy tam pod ścianą nie stoi młody Feliks Gebauer, który – jak słychać – z powodzeniem ukończył studia w Königsbergu3? On także oka nie odrywa od Johanny Forster – obrzydliwe.
Do fortepianu podchodzi blady młodzian i z furią wali w instrument, wzrok Luizy zaś wędruje ponownie ku doktorowi Riechertowi. Ten adwokat jakiś rok temu osiadł w Gdańsku, ale wygląda na to, że tymczasem zdołał się przedzierzgnąć w jednego z najzamożniejszych obywateli miasta. Tematem domysłów i plotek jest to, jak mu się udało capnąć dom Blotta, ale chyba za pomocą pewnych machinacji nakłonił wierzycieli, którym przypadła zadłużona nieruchomość, by sprzedali mu ją za niewielkie pieniądze. Jeśli faktycznie poślubi Annę Marię Jonkers, to kiedyś do niego będą należeć wielkie przedsiębiorstwo żeglugowe i nieruchomości stanowiące własność Jana Jonkersa. Ale w tej sprawie nie powiedziano jeszcze z całą pewnością ostatniego słowa, jako że Anna Maria zerwała już kilka zaręczyn. W tym również z Ernstem Berendem, który aż do dzisiaj cierpi z powodu tej nieszczęsnej historii.
Wieczór wlecze się niemiłosiernie. Trzeba wysłuchać paru wierszy i wygłosić należyte pochwały, następnie jakieś dziewczę piłuje straszliwie skrzypce, a wykład poety Artura Hempla dobija Luizę. Och, jak ją głowa boli! Gdyby tylko mogła wziąć proszek, ale nie ma go ze sobą, a nie śmie prosić Augusty. Zamiast tego wypija w przerwie siódmą czy ósmą herbatę i zjada dwa ciastka migdałowe, od których od razu robi jej się niedobrze. Ale jest nauczona brać się w garść, a zatem dzielnie uczestniczy w rozmowach o angielskich wełnach i nowej modystce na Szerokiej, która wystawia niebywale gustowne kapelusze na jesień. Uwagi Luizy nie uchodzi też to, że Johanna wzięła na ręce małego Wilhelma i nosiła go po całym salonie, teraz zaś bez skrępowania dołącza się do panów, którzy podczas przerwy wycofali się na papierosy do gabinetu pana domu, by tam rozmawiać o interesach.
– Jak ona się przypochlebia mężczyznom – szepcze Anna Ernestyna. – Po prostu wstyd!
– I co też ona wygaduje – odszeptuje wzburzona Rebeka Ostertag. – Jakby nie wiedziała, że dama nigdy nie mówi o polityce i interesach.
– Tak, doprawdy – przyświadcza Sofia, starsza córka Rebeki. – Miesza się w sprawy, które zaiste nie są dla kobiet!
– Gdybym tak nie ceniła kochanej Augusty – wzdycha Anna Ernestyna – to nie wytrzymałabym ani sekundy z Johanną Forster w tym samym pomieszczeniu!
Takie rozmowy, podczas których Luiza zachowuje dystyngowaną powściągliwość, cieszą ją do tego stopnia, że jest w stanie znieść niemal bez bólu głowy resztę programu artystycznego. Zwłaszcza że chodzi o głośne czytanie fragmentu powieści przez jej szwagra, który całkiem sprawnie sobie z tym radzi i jak zwykle zostaje nagrodzony frenetycznym aplauzem. Cud, że panie nie zjedzą go żywcem, bo z takim zapałem zasypują go po odczycie pytaniami i prośbami.
– Kiedy możemy wreszcie oczekiwać wydania tego arcydzieła, drogi panie? Zapisałam się na subskrypcję…
– Ja też, ja też. I już nie mogę się doczekać, kiedy pochłonę tę powieść!
– Jeśli wszystko dobrze pójdzie, mogę obiecać, że będzie ona dostępna na Boże Narodzenie…
Co za fantasta! A kto mu niby da pieniądze na druk? Teodor w żadnym wypadku tego nie zrobi. Ani Johanna, bo sama nic nie ma. Oczywiście jest możliwe, że Augusta będzie na tyle głupia, by zaangażować się w ten beznadziejny interes…
Robi się późno, kiedy goście salonu żegnają się wśród tysiącznych pochwał i serdecznych podziękowań, po czym ruszają w powrotną drogę przez oświetlone księżycowym blaskiem ulice. Luiza aż nadto chętnie wróciłaby do domu, niestety musi jednak zaczekać na Ernsta, który jeszcze konferuje z Augustą i Johanną o najnowszym wydaniu „Pochodni Literackiej”. Znudzona kobieta krąży po pokoju, z którego pokojówka uprzątnęła już naczynia i kieliszki, i zatrzymuje się przed gablotą, by z zazdrością podziwiać srebrną misę – prezent dla Augusty z okazji urodzenia syna.
Mojej ukochanej żonie Auguście
z okazji narodzin naszego syna Wilhelma
7 lutego 1863 r.
Rotmistrz von Kleiwitz rozmawia jeszcze w gabinecie z dwoma znajomymi, mówią o wojnie, która wybuchła w Ameryce między stanami na południu i na północy, a Luiza myśli z nadzieją, że może Oskar Possert z Danutą i małym Christianem trafią w sam środek wojennego zamętu i zginą.
– A co tam z Duńczykami? – słyszy czyjeś pytanie.
– Och, tu też prędzej czy później dojdzie do wojny – wyjaśnia rotmistrz von Kleiwitz. – W końcu nie można dopuścić, by duńska korona zawłaszczyła Szlezwik. Królestwo Prus też ma w tej sprawie coś do powiedzenia4!
– Tak czy inaczej, wojna jest diabelnie zła dla handlu!
– Ależ wręcz przeciwnie! Kiedy Szlezwik będzie już należał do Prus, wtedy cła…
Luiza przestaje słuchać, gdyż szwagier wreszcie jest gotów do wyjścia i uroczo, jak to on, przeprasza za zwłokę. Pożegnanie trwa krótko – Augusta raz jeszcze dziękuje za piękny bukiet, Luiza za cudowny wieczór, a Johanna życzy bratu oraz „jego towarzyszce” spokojnego powrotu do domu.
Na dworze jest przyjemnie chłodno, delikatne chmurki przesłaniają co chwila sierp księżyca, gdzieniegdzie na nocnym niebie rozbłyskuje gwiazda. Na Długiej drzwi otwiera im Traude z lampą w dłoni i idzie schodami przodem, by oświetlić im drogę. Jednak wszedłszy na pierwsze piętro, Luiza uświadamia sobie, że potrzebuje grzanego wina na dobry sen, tak więc Traude musi znowu zejść na dół, by przynieść żądany napój. Ernst ze swoim cennym rękopisem pod pachą zdążył wbiec na drugie piętro, a Luiza już chce iść za nim, gdy ku swemu zaskoczeniu słyszy męskie głosy dobiegające z salonu. To Teodor – a więc wrócił. Drugi głos wydaje się jej obcy, dlatego podchodzi nieco bliżej do drzwi pomieszczenia, bo to musi być jakiś znajomy, inaczej przecież Teodor nie przyjmowałby go tam o tej porze. W zależności od tego, kto to jest, przywitanie się z panami mogłoby okazać się właściwe, mogłaby też dodać, że w towarzystwie szwagra poszła na spotkanie salonu pani von Kleiwitz. Jednak już na dźwięk pierwszych słów, które do niej docierają z całą wyrazistością, orientuje się, że jej obecność z całą pewnością jest niepożądana.
– Pieniądze się należą, kiedy ją wytropię i podam panu miejsce jej pobytu…
– Nie. Dopiero wtedy zapłacę, kiedy na własne oczy zobaczę ją i chłopca!
– W porządku. Mam więc ich oboje przywieźć do pana?
– O tym zdecyduję, kiedy nadejdzie pora.
Luizie robi się słabo. Musi chodzić o Danutę i małego Christiana. Teodor najął tego człowieka, by ich znaleźć. A on, jak słychać, już wpadł na ich trop. O Boże! Jeśli faktycznie sprowadzi z powrotem Danutę i chłopaka, przepadły wszystkie jej nadzieje.
Krzyż pański z tym Pawłem! Och, była gotowa już niemal na wszystko, gdy wreszcie wrócił z Polski. Jak ona się o niego bała! Poruszyła niebo i ziemię, by odzyskać go całego i zdrowego. Bez namysłu, udręczona niepokojem, omal sama nie ruszyła do Polski, by go ratować. A kiedy wreszcie przed nią stanął, poczuła taką ulgę, że powiedziała mu, iż teraz przyjęłaby jego oświadczyny. Ale wtedy pan Paweł Forster dał z chłodnym uśmiechem do zrozumienia, że tymczasem nie jest już zainteresowany małżeństwem.
Kosztowało ją to kilka bezsennych nocy i niemało wyrzutów wobec siebie, ale nie dała poznać po sobie rozgoryczenia i w następnych miesiącach stale zachowywała się w stosunku do niego uprzejmie i pomocnie. Ba, żywiła go i robiła mu pranie, prowadziła księgi stoczniowe, wystawiała rachunki, załatwiała korespondencję i wypłatę wynagrodzeń, zdobywała zamówienia i bezustannie zabiegała o pozyskiwanie przyjaciół i mecenasów dla stoczni Forsterów. Czy Paweł sądzi, że armator Jan Jonkers dał jej zlecenie na dwumasztowy bryg, bo jest takim admiratorem kunsztu ciesielskiego Pawła Forstera? Bynajmniej, Jonkers buduje statki w ich stoczni, ponieważ był dobrym przyjacielem jej ojca, a Johanna umie mądrze wykorzystać jego sympatię do niej.
Żadna żona lepiej by nie wspierała Pawła niż ona, która czyni to wszystko z czystej przyjaźni i życzliwości, chociaż on szorstko odepchnął jej wyciągniętą dłoń. I co? Czy jej wielkoduszność została nagrodzona? Czy Paweł w końcu się opamiętał i porzucił tę żałosną przekorę? O nie, nic z tego, ten uparty osioł w ogóle nie myśli o ponownych oświadczynach, które z całą pewnością by przyjęła. Zamiast tego napawa się jej uczynnością, pozwala się obsługiwać, rozpieszczać i najwyraźniej bardzo mu się podoba takie trzymanie jej w niepewności. Czyżby nie wiedział, że ludzie już o nich gadają? Johanna nie jest głucha, dobrze słyszała obelżywe szepty w salonie Augusty, ale w zasadzie nie może mieć pretensji do plotkarzy, bo to, o czym tak zajadle jazgoczą, samo się nasuwa.
Prawda, próbowała zbliżyć się do celu, wykorzystując swój kobiecy urok. Ale szybko okazało się, że to bardzo niebezpieczne zajęcie. Paweł jej się bowiem podoba. Nawet bardzo, tak bardzo, że musi uważać, by nie zaplątać się we własne sieci. Nie umie sobie przypomnieć, od którego momentu zaczęła odczuwać to dręczące pożądanie. Może pojawiło się już na samym początku, ale że czule i szczerze kochała swojego Bertholda, to nie chciała dopuszczać do siebie takich uczuć wobec jego syna. A po śmierci męża była zbyt nieszczęśliwa, by myśleć o innym. Nie, naprawdę wszystko się zaczęło, kiedy Paweł był w Polsce, a ona bała się o jego życie. Wtedy bardzo wyraźnie poczuła, jak bliski jest on jej sercu i jak bardzo pragnie tulić go w ramionach.
Och, świetnie wie, że on także jej pragnie. Może sobie udawać obojętnego, ale oczy, mimika, całe jego zachowanie go zdradza. Łatwo go podrażnić, starczy słówko, spojrzenie, ruch i już czuje, jak bardzo go poruszyła. Przez chwilę naprawdę miała nadzieję, że zdobędzie go w ten sposób. Ale oparł się wszystkim jej atakom, a ona nie jest gotowa pójść o krok dalej i bez skrępowania mu się oświadczyć. Duma jej tego wzbrania.
Postanowiła więc, że nie będzie dalej szła tą drogą, i w dobrej wierze przedstawiła Pawłowi rozsądną i wysoce korzystną dla nich obojga propozycję. I co na to usłyszała?
– Ty chyba nie myślisz poważnie, że zrobię kobietę kierownikiem swojej stoczni? W życiu nie słyszałem czegoś śmieszniejszego. Ale to do ciebie pasuje, od razu widać dobrze urodzoną córeczkę patrycjuszy; wszystko, o czym umiesz myśleć, to pieniądze i interesy!
Puścił przy tym jej dłonie, które wcześniej ujął, i dosłownie odepchnął ją od siebie. Nastawiła się wprawdzie na to, że Paweł może mieć pewne zastrzeżenia, i długo się zastanawiała, w których punktach może ustąpić, by udało im się osiągnąć racjonalne porozumienie. Ale nie spodziewała się, że z miejsca wybuchnie on takim gniewem. Niestety, jej również wtedy puściły hamulce.
– Czy ty może uważasz, że Barbara i ja możemy żyć powietrzem i blaskiem słońca? – odparowała. – A pamiętasz, że mój dom jest obciążony hipoteką, którą Berthold ustanowił, byśmy mogli założyć stocznię?
– Spłacę ten kredyt, to nie twoje zmartwienie! – wrzasnął rozjuszony Paweł i zmiął materiałową serwetkę, by ją cisnąć na stół.
– Nie tylko o to chodzi! Pracuję dla ciebie i naszej stoczni i dlatego mam prawo do wynagrodzenia! Albo do udziału w przychodach.
Wpatrzył się w nią wtedy takim wzrokiem, jakby miał się zaraz na nią rzucić. Ale po chwili się opanował, a jego głos zabrzmiał zimno i beznamiętnie.
– W porządku – odparł. – Prowadzisz księgi i załatwiasz wszelkie papiery, nie zlecałem ci tego, wręcz przeciwnie. Sama na to nalegałaś, a ja w końcu uległem. Ale niech ci będzie. Od tej chwili należą ci się za tę pracę przychody z udziałów w statku, co przeforsowałaś wbrew mojej woli. A za pomieszczenie, z którego od czasu do czasu korzystam, by przygotowywać projekty statków, będę ci płacił czynsz. Jesteś teraz zadowolona?
Oferta jest śmieszna, bo jej praca dla stoczni jest o wiele więcej warta. Chwilowo mają tylko jeden udział, czyli ów w „Annie Marii”, która po pierwszym nieudanym wodowaniu przemierza już dziś Bałtyk i okazała się wspaniałym stateczkiem. Do tej pory Jonkers wypłacił im jednak dopiero dwa razy część zysków z rejsów handlowych i nie były one wysokie. Ale tak czy owak, należy się spodziewać dalszych płatności, a ona już się zatroszczy o to, by stocznia nabyła udziały również w innych statkach. To wróbel w garści. Ale na razie musi się tym zadowolić, ponieważ nie dostanie gołębia na dachu.
– Wobec tego chcę, byśmy spisali to porozumienie – zażądała Johanna, ponownie powodując wybuch Pawłowego gniewu.
– Znaczy nie ufasz mi? – wrzasnął na nią.
– Ależ skąd, ufam. Ale niech ci się coś przydarzy, to zostanę z pustymi rękami.
Paweł wymamrotał jakieś przekleństwo, po czym sztucznie się roześmiał.
– Dlatego więc się martwisz, moja piękna macocho, że może mnie piorun trafić albo utonę w Motławie? Bez obaw, nie zamierzam lekkomyślnie ryzykować życia.
– Moja troska o ciebie nie ma z tym nic wspólnego – oświadczyła Johanna. Ale wyśmiał ją tylko i wstał, by wrócić na swoją kwaterę.
– Przygotuj pismo, dokładnie je przeczytam i jeśli będzie w porządku, to je podpiszę. Dobranoc!
Następnie zatrzasnął drzwi za sobą i hałaśliwie zbiegł po schodach. Johanna stała w pokoju na górze i słyszała, jak jeszcze zamienił parę słów ze starą Barbarą, która wyszła z kuchni. A potem chłopak wybiegł na ulicę i oddalił się zamaszystym krokiem.
– Ach, łaskawa pani – westchnęła Barbara, gdy chwilę później weszła do pokoju. – Co pani najlepszego narobiła. On teraz jest wściekły, a przecież panią kocha!
– Barbaro, nie opowiadaj bzdur! – zawołała gniewnie dziewczyna. – Gdyby mnie naprawdę kochał, to by dziś poprosił o moją rękę.
– Zaciął się – odparła smutno Barbara. – Ale to dobry chłopak, ten mój Paweł. Opamięta się.
Oczywiście, Barbara ubóstwia swojego Pawła, którego wychowała i w którym nie dostrzega najmniejszej wady. Nic dziwnego, że z młodego Forstera taki uparty osioł – w końcu mama i jej służąca Barbara od dziecka go bezgranicznie rozpieszczały. Jedynie ojciec, jej kochany Berthold, potrafił okazać synowi surowość, ale on też kochał jedynaka ponad wszystko i przypuszczalnie darował mu niejedną psotę. No i teraz widzimy, co z tego wyszło.
Jeszcze tego samego wieczoru Johanna siadła do biurka i sporządziła oświadczenie, że przychody z należących do stoczni Forsterów udziałów w statkach od dzisiaj przypadają jej, Johannie Forster, wdowie po szkutniku Bertholdzie Forsterze. Dotyczy to zarówno obecnych, jak i przyszłych wpływów z kolejnych udziałów. Spisała również umowę odnośnie do obiecanego czynszu, który ma być płacony co miesiąc, przy czym zostawiła wolne pole na wpisanie kwoty. Niech sam ustali wysokość opłaty, ona nie ma ochoty kłócić się z nim o takie głupstwa.
Niedziela minęła, a Paweł nie pojawił się na Rajskiej. Johanny bynajmniej to nie dziwi, ale stara Barbara najwyraźniej liczyła na to, że się pogodzą, i jest rozczarowana jego nieobecnością.
– Przecież dziś rano widziałam go w kościele! – lamentuje staruszka. – Uśmiechnął się do mnie, a potem przy wyjściu wziął mnie czule za rękę, a ja go poprosiłam, żeby przyszedł na obiad.
Barbara jest katoliczką, podobnie jak była nią matka Pawła, Polka, która obstawała przy katolickim wychowaniu syna. Ten jednak, czego Johanna jest pewna, nie jest przesadnie pobożny. Cud, że akurat w tę niedzielę był na mszy. Obfity obiad, który Barbara przyszykowała dla swojego kochanego Pawełka, znajduje wszakże wdzięcznego konsumenta, ponieważ na Rajskiej pojawia się nieoczekiwanie Ernst, brat Johanny, i nie odmawia, gdy zapraszają go na obiad.
– Ach, jak to miło z twojej strony, Haneczko – wzdycha i kładzie sobie trzy plastry pieczeni wołowej na talerzu. – Wiesz, na Długiej chwilami nie da się wytrzymać. Teodor jest w jeszcze gorszym humorze niż zwykle i od świtu do nocy obarcza mnie najprzeróżniejszymi zadaniami, żebym tylko nie miał ani chwili na pisanie powieści. A Luiza od kilku dni znowu ma napady histerii, wrzeszczy nagle bez powodu, a potem dostaje migreny. Czemu jej zdaniem winna jest przede wszystkim służba, ale i ja, i Teodor.
– Ach, ty biedaku – uśmiecha się Johanna. – W zasadzie myślałam, że Luiza się pozbierała, odkąd Danuta zniknęła z Gdańska. Wiesz przecież, że to nie jest moja serdeczna przyjaciółka, ale trzeba jej oddać, że bycie żoną naszego brata to dopust boży.
– Nie musiała przecież za niego wychodzić. – Ernst wzrusza ramionami. – Zaręczyny można zerwać. A właśnie, zauważyłaś na ostatnim spotkaniu salonu, jak niewiele uwagi Anna Maria Jonkers poświęcała swojemu narzeczonemu? Traktowała go wprost chłodno, mało nie obraziła…
Johanna może przytaknąć. Ale doktor Riechert też niezbyt się troszczył o narzeczoną.
– Ten cwany manipulator był nadto zajęty umizgami do różnych pań, żeby niepostrzeżenie wypytać je o najróżniejsze rzeczy, które mogą mu się przydać – odpowiada pogardliwie.
Na to Ernst kiwa głową i przeżuwa jedzenie z wypchanymi policzkami. Johanna dochodzi do wniosku, że Luiza nie bez powodu jest taka chuda, najwyraźniej oszczędza na jedzeniu, a pieniądze z domowego budżetu lokuje w kosztownych szatach, ponieważ sądzi, że tego wymaga jej pozycja jako małżonki Teodora Berenda. Od Augusty wie, że zapraszani na Długą goście przeważnie wracają do domu głodni, gdyż potrawy oferowane są w zbyt skąpo obliczonych porcjach. Anna Ernestyna Gebauer musiała się wręcz zadowolić na deser połówką pieczonego jabłka.
– Przewiduję, że te zaręczyny potrwają jeszcze co najwyżej dwa tygodnie – obwieszcza Ernst ze złośliwą satysfakcją i przepija do Johanny. – Potem Anna Maria da mu krzyżyk na drogę i poszuka sobie następnej ofiary.
– Całkiem możliwe – godzi się Johanna. – Jednak z Riechertem nie pójdzie jej tak łatwo jak z jego poprzednikami. Nie wierzę, że on tak po prostu zrezygnuje z perspektywy zostania zięciem i spadkobiercą Jonkersa.
– No a co może zrobić, jeśli ona zerwie zaręczyny?
Johanna też tego nie wie, ale jest niemal pewna, że Riechert przedsięwziął jakieś środki na tę okoliczność. W końcu wiedział o niestałości Anny Marii, nim się z nią zaręczył.
– Przypuszczalnie jest nim rozczarowana, bo nie kupił jej domu na Frauengasse, na Mariackiej. Wyobraź sobie, Haneczko, że chciał go wyłudzić od naszego brata w bardzo podstępny sposób. Ale nie z nim takie zabawy, Teodor z miejsca go przejrzał i naprostował sytuację…
Kamienica na Mariackiej to dla Johanny drażliwy temat, Ernst również hamuje gniew, gdy mówi o pięknym, bogato zdobionym domu patrycjuszy, który kiedyś należał do ich dziadków. W dyktowanym przez ojca na łożu śmierci testamencie przypadł on Johannie, ojciec nie zapomniał też o najmłodszym synu, zapisując mu dwie parcele w Nowym Porcie. Smutny to fakt, ale Teodor, który jako najstarszy syn był spadkobiercą firmy handlowej, oszukańczo pozbawił młodsze rodzeństwo udziałów w spuściźnie. Wielki magazyn, który kazał postawić w Nowym Porcie, stoi na ziemi należnej właściwie Ernstowi, w domu zaś na Mariackiej Teodor ulokował w końcu swoją kochankę Danutę i ich wspólnego syna Christiana.
– Nadal stoi pusty – relacjonuje gniewnie Ernst. – Odkąd Danuta prysnęła z Christianem, Teodor niczego nie zmienił. Okiennice na górze są zamknięte, a w oficynie rozgościła się rodzina kupca Bröskego, który ma tam sklep na dole. Smutny to widok, kiedy człowiek tamtędy przechodzi.
W jej obecnej sytuacji Johannę podwójnie złości, że Teodor tak podle i podstępnie pozbawił ją spadku. Gdyby mogła wynajmować tę piękną nieruchomość i uzyskiwać z niej dochód, nie potrzebowałaby błagać Pawła o zapłatę za swoją pracę. Miałaby własny majątek, mogłaby nawet prowadzić handel, kupować i sprzedawać towary, a w domu na Mariackiej urządzić kantor. Dlaczego by nie? Handel to osobna dziedzina, chodzi w niej o zaufanie i dobre interesy. Uścisk dłoni tytułem zawarcia umowy jest więcej wart niż długi kontrakt. Było już parę kobiet, które sprawdziły się w handlu dalekosiężnym, a Johanna jest pewna, że ona również odniosłaby sukces.
Po posiłku rodzeństwo przenosi się do małego pokoju, który swego czasu Berthold urządził dla żony. Ernst siada przy sekretarzyku i zabiera się do pracy nad ostatnimi rozdziałami powieści. Dla siostry zabrał stos zapisanych stronic, na które ta ma „rzucić okiem i wypowiedzieć swoje zdanie”. Johanna jak zawsze czyni to z krytyczną miną i skreśla to, co się jej nie podoba, jednak czy chce tego, czy nie, wyobraźnia podsuwa jej rozmaite obrazy podczas lektury. Dziewczyna bierze czystą kartkę papieru i rysuje parę drobnych szkiców. Przez kilka szczęśliwych godzin brat z siostrą siedzą obok siebie, pogrążeni we wspólnych zajęciach, tak jak to było kiedyś, kiedy rodzice jeszcze żyli, a ich świat jeszcze się nie rozpękł.
– Gdybyż tak mogło być zawsze – wzdycha Ernst przy pożegnaniu, czule obejmując Johannę. – Wprawdzie jesteś dla mnie surowa, Haneczko, no ale bardzo często masz rację, a twoje rysunki są przeurocze, sto razy bardziej mi się podobają niż karykatury Anny Marii.
Oczywiście tego wieczoru Paweł nie pojawia się na Rajskiej – Johanna zresztą nawet tego nie zakładała. Ale nie przychodzi też następnego dnia, chociaż przecież ma zwyczaj wczesnym rankiem pracować chwilę nad swoimi projektami, nim uda się na Sienną Groblę. Barbara martwi się więc o zdrowie Pawła, za to Johanna ćwiczy się w cierpliwości. Oczywiście nie spieszy mu się, jest wściekły na nią i nie ma ochoty podpisać przygotowanego dokumentu. Ale w końcu przyjdzie, uparta bestia, w końcu musi skończyć rysunki.
Paweł wykazuje się jednak większą zawziętością, niż przypuszczała. Przez cały tydzień omija Rajską. Dopiero w piątek jedna z kobiet, które gotują w stoczni, zjawia się przed Johanną i oświadcza:
– Majster Forster kazał przekazać, że w najbliższym czasie nie będzie mógł przyjść popracować nad projektami.
Kobieta stoi na szeroko rozstawionych nogach, podparła się ręką pod bokiem i spogląda na nią wyzywająco.
– A powiedział też, z jakiego powodu? – pyta Johanna.
Złośliwy uśmiech rozlewa się szeroko na twarzy kucharki. Widać jasno, że uważa, iż majster i jego macocha mają romans, który właśnie przeżywa trudności.
– Z takiego, że ma za dużo pracy. Dlatego – odpowiada krótko, odwraca się i odchodzi.
– To przecież dobrze, że w stoczni jest sporo do roboty – stwierdza z wahaniem Barbara, która słyszała rozmowę. – I jak to miło ze strony Pawła, że przeprasza za nieobecność, prawda?
Johanna milczy i wściekła potrząsa głową. Ale idzie na górę do swojego pokoju, gdzie przechowuje księgi stoczni oraz gotówkę, otwiera kasę i wyjmuje kwotę, której pobranie sumiennie kwituje: udział w statku, przekazany przez Jonkersa dwa tygodnie temu. Paweł sam powiedział, że jej się on należy, a poza tym pilnie potrzebuje pieniędzy, ponieważ musi zapłacić podatki, kupić na targu produkty spożywcze, kończą się świece, atrament i papier, a jeśli teraz nie kupi węgla na zimę, to będzie musiała później płacić podwójną cenę.
Na prędką wizytę Pawła na Rajskiej nie ma co liczyć, więc postanawia odwiedzić przyjaciółkę, Augustę von Kleiwitz, ot tak, dla rozrywki. Augusta od początku szczerze polubiła Johannę i wiernie stała u jej boku również w ciężkich czasach, nie bacząc na swoją reputację. Za co Johanna ogromnie ją szanuje. Przede wszystkim jednak Augusta jest bardzo przywiązana do brata Johanny, Ernsta, i w miarę sił wspiera jego literackie ambicje. Na co może sobie pozwolić, ponieważ pochodzi ona z zamożnej rodziny, która posiada liczne dobra w Brandenburgii, należą do niej także rozmaite nieruchomości w stolicy Prus, Berlinie. Do Augusty należy niemała część płynących stamtąd przychodów, którą to sumę brat jej przekazuje co pół roku. Tak, Augusta może się uważać za niezwykle szczęśliwą, jest finansowo niezależna i zabezpieczona, ma kochającego męża, który nosi ją na rękach, a od pół roku wreszcie jest matką. Synek pojawił się dopiero po dziesięciu latach małżeństwa Augusty i Klausa von Kleiwitzów, którzy już pogodzili się z myślą, że pozostaną bezdzietni. Tym większe jest teraz ich szczęście, a ilekroć Johanna odwiedza Augustę, musi należycie podziwiać małego Wilhelma i wysłuchiwać opowieści stroskanej matki o kolkach, napadach płaczu, pełnych pieluszkach i błogosławieństwie herbatki z kopru włoskiego w razie paskudnych wzdęć. Johannie to jednak nie przeszkadza, bo kocha tego szkraba, który zresztą wcale nie jest ślicznym dzieckiem, a mimo to w jakiś sposób podbił jej serce.
– Haneczka! – woła z wyrzutem Augusta, kiedy przyjaciółka wchodzi do pokoju. – Naprawdę jestem na ciebie zła! Od ponad tygodnia się u mnie nie pojawiasz. Już myślałam, że cię jakoś obraziłam, i wypytywałam twojego drogiego brata, ale on powiedział tylko, że masz mnóstwo pracy przy księgach, które prowadzisz dla stoczni swojego pasierba…
– I miał całkowitą rację – przyznaje Johanna. – Niedługo trzeba wypłacić pobory, wszystko musi być w porządku…
– Tere-fere! – wykrzykuje Augusta i biegnie do niej, by ją uściskać. – Jeśli Paweł płaci wynagrodzenia swoim pracownikom, to niech sam je łaskawie obliczy albo zatrudni kogoś do tego. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego marnujesz czas na takie przysługi, zamiast mnie odwiedzić. A czy ty w ogóle wiesz, że Wiluś ma już dwa ząbki? A trzeci zaraz się wyrżnie. Ach, biedne maleństwo, co noc płacze z bólu, a buźkę ma całą czerwoną…
Faktycznie, i teraz do kobiet dociera przeraźliwy wrzask. Johanna podąża za przejętą przyjaciółką do pokoju dziecięcego. Tam niańka usiłuje nakarmić malucha posłodzoną kaszką manną, ale Wiluś tak energicznie macha rączkami i nóżkami, że trudno jej włożyć pełną łyżkę do szeroko otwartych ust chłopczyka.
– No i co pani wyrabia? – krzyczy Augusta. – Chce pani zagłodzić to dziecko? Dlaczego nie karmi go pani piersią?
– Jak ja mam go karmić, jaśnie pani? Przecież on mi gryzie pierś do krwi…
– Ach, na Boga! – oburza się Augusta. – On ma tylko dwa malutkie, słodkie ząbki, proszę nie przesadzać!
Johanna bierze malucha na ręce i zanosi go do salonu. Wiluś nie ma nic przeciwko, kocha Johannę ponad wszystko i cały aż promienieje na jej widok.
– Proszę mi tu przynieść kaszkę, nakarmię go!
Na kolanach Johanny mały z zadowoleniem ciamka swój posiłek, a Augusta jest tak zachwycona, że nie obchodzi jej, iż od czasu do czasu kleks kaszki trafia na czerwony aksamit sofy. Johanna chytrze włożyła rozzłoszczonemu chłopcu w piąstkę łyżeczkę do herbaty, wywija nią teraz dumnie na lewo i prawo, a przy okazji bez protestów pozwala się karmić.
– Widzisz? Chciał dostać łyżeczkę. Jak tak dalej pójdzie, wkrótce sam będzie jadł!
– Ach, Haneczko! Jak mi ciebie brakowało! To już piąta niańka, ale jest tak samo beznadziejna jak jej poprzedniczki. Mój Boże, jak on otwiera dziobek! Moje słoneczko umarłoby z głodu przy tej głupiej kobiecie!
Gdy Wiluś syty i zadowolony siedzi w objęciach mamy, ta bez zwłoki może przejść do innego ulubionego tematu.
– Moja kochana Haneczko, musisz wreszcie pomyśleć o przyszłości. Wiem, że dom, który zostawił ci mąż, jest obciążony hipoteką i że nie masz żadnych dochodów. Dlatego bardzo mnie dziwi, że tak rozpieszczasz swojego pasierba, przyjmujesz w swoim domu i w ten sposób dajesz asumpt do głupich plotek, jakie krążą po Gdańsku!
– Nie myślisz chyba poważnie, że między mną a Pawłem… – unosi się Johanna.
– Ależ oczywiście, że nie, Haneczko! – upewnia ją żarliwie Augusta. – To zresztą byłoby strasznie głupie z twojej strony, bo po tym rzemieślniku nie ma się czego spodziewać, jeśli chodzi o twoją przyszłość. Ale wkrótce minie rok żałoby po odejściu do domu Pana twojego kochanego Bertholda, którego szczerze ceniłam, i dlatego powinnaś naprawdę poważnie rozejrzeć się za dobrą partią…
Johanna wzdycha. To stara śpiewka – Augusta stara się jej znaleźć odpowiedniego męża. Znowu wyciągnęła listę, spisaną kiedyś w tym celu, wykreśliła parę nazwisk, za to dorzuciła kilka innych.
– Na szczęście regularnie uczęszczasz na spotkania mojego salonu, i to bardzo dobrze, ponieważ odwiedzają mnie różni kulturalni panowie, którzy żyją na przyzwoitej stopie, ale jeszcze są nieżonaci. To byłby przede wszystkim mój drogi przyjaciel, doktor Johannes Mager, którego przecież świetnie znasz, uczestniczyłaś nawet w spotkaniu Ligi Polskiej, które odbyło się w jego mieszkaniu… Chciałabym też koniecznie zwrócić twoją uwagę na doktora Sternberga, który prowadzi dobrze prosperującą praktykę, a w marcu nieoczekiwanie został wdowcem. No i na Petera Langlaua, ma piękną księgarnię na Hintergasse, na Za Murami, i jest człowiekiem ogromnej wiedzy…
– Niestety straszliwie sepleni i ma szpotawą stopę…
– Mój Boże, no ma. Ale w twojej sytuacji, Haneczko, nie możesz być wybredna. Nadawałby się jeszcze poczciwy Artur Hempel, który ciągle mi znosi swoje wiersze… Ach tak, muszę ci dać jeszcze najnowsze egzemplarze „Pochodni Literackiej”, które właśnie przyniesiono z drukarni! O mały włos bym zapomniała… A jak już je weźmiesz, to może byś zaniosła parę numerów do księgarni Petera Langlaua, co? I może wstąpiłabyś też do doktora Magera?
– Nie, Augusto, naprawdę nie. Zabiorę tylko egzemplarze dla biblioteki i kółek czytelniczych – protestuje energicznie Johanna.
