Gdańsk. Lata wolności - Sellnick Hilke - ebook
NOWOŚĆ

Gdańsk. Lata wolności ebook

Sellnick Hilke

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Porywający finał burzliwej sagi!

Po śmierci męża Johanna musi zawalczyć o swoje miejsce w stoczni. Paweł, jako prawowity spadkobierca, przejmuje kierownictwo i skrycie pragnie mieć Johannę u boku nie tylko jako współpracownicę, lecz także jako partnerkę życiową. Jednak nad przedsiębiorstwem zbierają się czarne chmury, a kolejne przeciwności losu wystawiają ich relację na coraz cięższe próby.

Tymczasem przyjaciółka Johanny, Augusta, robi wszystko, by nie dopuścić do zbliżenia młodej wdowy i Pawła, podsuwając jej znacznie „stosowniejszego” kandydata na męża.

Gdy dramatyczny skandal wstrząsa gdańskim towarzystwem, a następne nieszczęście stawia przyszłość stoczni pod znakiem zapytania, Johanna i Paweł znajdują się w obliczu rozpadu rodzącego się uczucia.

Czy zdołają odłożyć dumę na bok i wreszcie odnaleźć drogę do siebie? Johanna nie przeczuwa jeszcze, że los postawi na jej drodze niespodziewanego sprzymierzeńca…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 599

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: Dan­zig. Jahre der Fre­iheit

Copy­ri­ght © 2025 by Hilke Sel­l­nick Copy­ri­ght © 2025 by Pen­guin Ver­lag a divi­sion of Pen­guin Ran­dom House Ver­lagsgruppe GmbH, München, Ger­many Copy­ri­ght © 2026 for the Polish edi­tion by Wydaw­nic­two Czarna Owca Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Ewa Kocha­now­ska

All rights rese­rved

Redak­cja: Kata­rzyna Dzie­dzicka Korekta: Anna Brze­ziń­ska, Beata Wój­cik Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Mag­da­lena Zawadzka Zdję­cia na okładce: © Nata­sza Fie­do­tjew/Tre­vil­lion Ima­ges, Pri­vate Col­lec­tion © Gale­rie Bil­der­welt/Brid­ge­man Ima­ges Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark). Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku. Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie pierw­sze War­szawa 2026 ISBN 9788383829302

Paweł

Sier­pień 1863 r.

– Zanosi się na burzę!

Jest wpół do szó­stej rano. Paweł, marsz­cząc czoło, odrywa wzrok od pro­jektu statku i stwier­dza, że Johanna sta­wia mu na stole robo­czym kubek kawy i talerz chleba z masłem. Nie pro­sił jej o to, by go kar­miła, kiedy pra­cuje na Para­dies­gasse, na Raj­skiej, dziew­czyna robi to z wła­snej ini­cja­tywy. A on musi przy­znać, że jego pro­te­sty brzmią nader słabo.

– Gdzie? – pyta krótko, ponie­waż Johanna patrzy na niego z wycze­ku­ją­cym uśmie­chem.

– Idzie od morza – wyja­śnia. – I to chyba cał­kiem porządna.

Paweł kiwa głową w mil­cze­niu i ostrzy pióro nożem. Następ­nie sta­ran­nie spraw­dza efekt dzia­ła­nia, cały czas sta­ra­jąc się nie patrzeć na Johannę. Nie­bez­piecz­nie jest pochwy­cić jej spoj­rze­nie; kiedy tak się uśmie­cha, czło­wiek może ulec sła­bo­ści. Ale odrzu­cone oświad­czyny na­dal ranią jego dumę – powziął sta­now­czy zamiar, by naj­pierw oka­zać jej chłód i obo­jęt­ność. Niech dobrze uro­dzona panna Beren­dówna zapa­mięta, że on nie jest męż­czy­zną, z któ­rym może sobie pozwa­lać na jakieś gierki.

– Pawle, prze­cze­kaj tu lepiej nie­po­godę – radzi Johanna i bie­rze kała­marz, by go napeł­nić. – Jeśli zaraz lunie, to i tak nic nie zdzia­ła­cie na Sien­nej Gro­bli.

Paweł odkłada pióro i się prze­ciąga. Johanna pew­nie ma rację, sam czuje w powie­trzu napię­cie, które aż trzesz­czy, zapo­wiedź nad­cho­dzą­cej burzy. Od wielu tygo­dni wil­gotny upał zalega nad mia­stem, tak że czło­wiek wdzięczny jest za każdy powiew pły­nący od morza. Co jakiś czas poja­wiają się krót­kie, gwał­towne nawał­nice, już dwa razy pio­run ude­rzył w kościelną wieżę, a kilka dni temu tra­fił w rosnący na Wester­platte dorodny świerk, który buch­nął jasnym pło­mie­niem.

– Ech, co znowu – bur­czy chło­pak. – Nie będzie tak źle.

W stoczni For­ste­rów praca wre. Dwa statki stoją na pochylni, mały kuter rybacki i dwu­masz­towy bryg, który Paweł buduje dla Jana Jon­kersa. Najął około trzy­dzie­stu pra­cow­ni­ków, sami doświad­czeni cie­śle okrę­towi, więc swoje kosz­tują – on musi być na miej­scu, burza czy nie, trzeba roz­dzie­lić zada­nia i nad­zo­ro­wać ich wyko­na­nie. Jeśli tego zanie­dba, chłopy się roz­le­ni­wią, będą sie­dzieć bez­czyn­nie i palić fajkę w cza­sie, za który im płaci. Paweł czeka, aż Johanna znowu postawi kała­marz na stole, po czym wykre­śla linie, posy­puje je pia­skiem, by szyb­ciej wyschły, i wpi­suje obok obli­cze­nia. To kolejne zle­ce­nie, zdo­byte, trzeba przy­znać, dzięki Johan­nie. Nic wiel­kiego, ale bądź co bądź to slup, jed­no­masz­to­wiec do żeglugi przy­brzeż­nej. Zamó­wie­nia na więk­sze statki tra­fiają się rzadko, co przede wszyst­kim wynika z kon­ku­ren­cji, jaką sta­no­wią dla nich duże stocz­nie Kla­wit­tera czy Schi­chaua, nie mówiąc już o Stoczni Kró­lew­skiej. Ale stocz­nia For­ste­rów dobrze sobie radzi – można być zado­wo­lo­nym.

Ciche, lecz nie­po­zo­sta­wia­jące żad­nych wąt­pli­wo­ści dud­nie­nie odle­głego grzmotu zapo­wiada nad­cią­ga­jącą burzę. Johanna wybie­gła, by poza­my­kać okien­nice, jej śla­dem ruszyło wiel­kie psi­sko. Suł­tan pod­kula jed­nak ogon, bo i on czuje bli­ską nawał­nicę. Przez otwarte drzwi Paweł widzi, jak niebo nad domami sąsia­dów prze­szywa bły­ska­wica. Trza­skają zamy­kane okien­nice, szew­cowa wciąga na podwó­rze zapo­mniany na ulicy drew­niany wózek. Paweł wpi­suje na rysunku ostat­nie kilka liczb, po czym koń­czy pracę. Ściem­nia się, zaraz burza pochwyci mia­sto w swoje szpony, a wtedy przez jakiś czas nie będzie widać dalej niż na wycią­gnię­cie dłoni.

Kolejny pio­run wpę­dza naj­pierw Suł­tana, a zaraz potem Johannę z powro­tem do warsz­tatu. Paweł pod­nosi się z nie­zmą­co­nym spo­ko­jem i wkłada robo­cze buty.

– Ty chyba nie zamie­rzasz iść w samym środku burzy na Sienną Gro­blę! – obu­rza się Johanna.

– A czemu nie?

– Chcesz, żeby cię pio­run tra­fił? A poza tym ni­gdzie się nie prze­pra­wisz, póki sza­leje burza.

Chło­pak uśmie­cha się sze­roko. W grun­cie rze­czy podoba mu się, że ona tak się o niego trosz­czy. Mimo oka­zy­wa­nego dystansu poczy­nił już kilka ustępstw – kobiety mogą zadbać o jego bie­li­znę i ubra­nie oraz zapra­szać go na posiłki, wyko­rzy­stuje także warsz­tat zmar­łego ojca jako swoją pra­cow­nię, zgod­nie z prze­wi­dy­wa­niami Johanny. Omija za to sze­ro­kim łukiem pokój, który przy­go­to­wała mu na sypial­nię. Ma kwa­terę na pod­da­szu na Brotbänkergasse, na Chleb­nic­kiej.

– I tak się tam dostanę, pro­mem czy bez niego! – popi­suje się Paweł.

Prze­chwałki odno­szą zamie­rzony sku­tek – dziew­czyna jest prze­ra­żona.

– Chyba nie chcesz wsiąść do tej lichej łupiny, która leży na brzegu? Masz zamiar rzu­cić się do Motławy i uto­pić?

– Umiem pły­wać – śmieje się zado­wo­lony chło­pak.

Roz­złosz­czona Johanna potrząsa głową – och, w gnie­wie jest jesz­cze bar­dziej pocią­ga­jąca niż zwy­kle. Paweł czę­sto czuje wtedy pokusę, by ją chwy­cić w ramiona, potrzą­snąć nią nieco, a potem czule przy­cią­gnąć do sie­bie i… Ale nie wolno mu odda­wać się takim fan­ta­zjom. Jesz­cze nie. Jesz­cze długo nie. On nie jest kimś, kto dwu­krot­nie popeł­nia ten sam błąd. Zaczeka, aż będzie jej pewien.

Burza dotarła już do nich, pio­runy walą, jakby nad Raj­ską roz­trza­skał się gigan­tyczny moź­dzierz. Johanna musi się bro­nić przed psem, który w panicz­nym stra­chu usi­łuje się scho­wać pod jej sze­roką spód­nicą.

– Pawle, posłu­chaj – odzywa się, odzy­skaw­szy rów­no­wagę. – Chcia­łam dziś wie­czo­rem omó­wić z tobą coś, co ma wielką wagę dla nas obojga. Dobrze by było, gdy­byś mógł w porę wró­cić ze stoczni…

Paweł otwo­rzył już drzwi i zamie­rza wyjść. Niebo zasnuły ciemne chmury, uli­cami gna wicher, wzbi­ja­jąc kurz, sąsiad znika spiesz­nie w podwó­rzu. Johanna chcia­łaby coś z nim „omó­wić”? O wiel­kiej wadze dla nich obojga? Jest zain­try­go­wany, ale udaje obo­jęt­ność, żeby nie mieć potem do sie­bie pre­ten­sji.

– Wiesz chyba, że musimy wyko­rzy­stać dłu­gie let­nie dni, żeby posu­nąć się do przodu z robotą…

– Jestem w tym świet­nie zorien­to­wana. Ale mimo to pro­szę cię, żebyś nie wra­cał zbyt późno. Ta sprawa nie jest dla mnie łatwa i bar­dzo liczę na twoją życz­li­wość i uczyn­ność…

Ależ ona ma miękki głos, jeśli tylko chce. Ta jego piękna maco­cha potrafi się łasić jak kotka. Czło­wiek się musi dia­bel­nie natru­dzić, by jej nie ulec.

– Spró­buję – rzuca non­sza­lancko Paweł. – Ale niczego nie mogę obie­cać. Sama wiesz, że kiedy praca dobrze idzie, to trzeba ją dopro­wa­dzić do końca.

– Oczy­wi­ście. Cze­kaj, masz tu na drogę, led­wie tkną­łeś śnia­da­nie…

Johanna pakuje dwie kromki chleba z masłem i mu wrę­cza. Co to się dzieje? Dziś wprost wycho­dzi ze skóry, by mu dogo­dzić, można by sądzić, że szy­kuje się do roli kocha­ją­cej mał­żonki. Ponętna myśl, wła­śnie w tę stronę kie­rują się wszyst­kie jego nadzieje i pra­gnie­nia. Ale jesz­cze nie jest w sta­nie uwie­rzyć, że ona poważ­nie go trak­tuje.

Nie­cały rok temu zło­żył u jej stóp swoje serce, tęsk­notę i miłość, a w zamian dostał bru­talną odprawę. No dobrze, Johanna póź­niej się opa­mię­tała – kiedy wró­cił z podróży do Kró­le­stwa Pol­skiego, przy­brała inny ton i nawet dała mu do zro­zu­mie­nia, że byłaby gotowa przy­jąć jego oświad­czyny. Zra­niona duma powstrzy­mała go jed­nak przed tym posu­nię­ciem. Nie jest kimś, kto pozwoli się wodzić za nos roz­ka­pry­szo­nej córeczce patry­cju­szy. Jest uczci­wym, pro­sto­li­nij­nym czło­wie­kiem, rze­mieśl­ni­kiem, który zna swoją war­tość i wie, co potrafi. Dla niego „tak” zna­czy „tak”, a „nie” zna­czy „nie”. A to „nie”, które wtedy mu cisnęła, tkwi w nim głę­boko niczym drza­zga. Tak, to prawda, czuje się zra­niony. Gdyby tak po pro­stu dał się zmięk­czyć jej pochleb­stwom, nie mógłby potem spoj­rzeć w lustro.

Takie to myśli prze­la­tują mu przez głowę, gdy prze­cho­dząc przez mosty i wąskie uliczki, spie­szy ku przy­stani promu. Dociera tam dokład­nie w chwili, gdy nad jego głową pęka wał czar­nych chmur. Potężne stru­mie­nie desz­czu zale­wają mia­sto.

Wście­kły szuka schro­nie­nia na ganku domu prze­woź­nika i czeka, aż przej­dzie ulewa. Ma więc chwilę, by upo­rać się z chle­bem z masłem, który scho­wał przed desz­czem pod obszerną koszulą. Fak­tycz­nie jest głodny, iry­tuje się, że nie wypił kawy, którą Johanna posta­wiła mu na stole. Dla­czego nie miałby przy­stać na to, by trosz­czyła się o niego razem ze starą Bar­barą? Ma do tego prawo, w końcu jest jej pasier­bem, a dom, który ojciec zapi­sał w testa­men­cie Johan­nie, jest jego rodzin­nym domem. Dom dla żony, stocz­nia dla syna, tak zarzą­dził Ber­thold For­ster przed śmier­cią. Było to słuszne i spra­wie­dliwe. Paweł zawsze kochał i sza­no­wał ojca, zacho­wuje go też w czu­łej pamięci.

Oczy­wi­ście o wiele milej byłoby sie­dzieć ran­kiem wraz z Johanną przy śnia­da­niu w miesz­ka­niu na górze. Żar­to­wać z nią i gawę­dzić, a także roz­ma­wiać o stoczni i pro­wa­dze­niu inte­re­sów. Czule ją obej­mo­wać przed wyj­ściem na Sienną Gro­blę. A jesz­cze przy­jem­niej byłoby wra­cać do niej wie­czo­rem i cie­szyć się razem z nią rado­ściami życia mał­żeń­skiego. Takie pra­gnie­nia towa­rzy­szą Paw­łowi dzień i noc, nie dają mu spo­koju nawet pod­czas pracy w stoczni, naj­go­rzej jest jed­nak, gdy Johanna jest w pobliżu, a on czuje jej urok.

Co też takiego chce z nim omó­wić dziś wie­czo­rem? Czyżby tak już jej doja­dła jego obo­jęt­ność, że sama chce mu się oświad­czyć? Na samą myśl o tym gorąco mu się robi. Byłoby to wpraw­dzie bar­dzo nie­zwy­kłe, ponie­waż kobieta ma cze­kać, aż męż­czy­zna zada jej wia­dome pyta­nie, tak każe oby­czaj. Ale po Johan­nie można się wszyst­kiego spo­dzie­wać.

– No to ruszamy, panie maj­ster! – woła prze­woź­nik, wyry­wa­jąc go z zadumy. – Ej, Jasper! Han­nes? Gdzie wy się podzie­wa­cie? Mamy chęt­nych na prze­wóz!

Rze­czy­wi­ście na przy­stani czeka już kilka osób. Wśród nich trzech robot­ni­ków, któ­rych Paweł zatrud­nia w swo­jej stoczni, pozo­stali chcą się dostać do Stoczni Kró­lew­skiej, bo tam rów­nież poszu­kują mło­dych, krzep­kich ludzi, któ­rzy chcie­liby się wyuczyć rze­mio­sła cie­śli okrę­to­wego. Paweł wita kole­gów ski­nie­niem głowy, ale nie bie­rze udziału w poga­węd­kach i gru­bych żar­tach, rzu­ca­nych pod­czas krót­kiej prze­prawy. Roz­my­śla, co zrobi, jeżeli Johanna fak­tycz­nie poru­szy dziś wie­czo­rem kwe­stię mał­żeń­stwa. Przy­pusz­czal­nie będzie przede wszyst­kim pod­kre­ślać biz­ne­sowe zalety wię­zów matry­mo­nial­nych. Już taka jest, prawa Beren­dówna, córka wiel­kiego rodu kupiec­kiego. Zresztą będzie miała rację, on jej w isto­cie bar­dzo potrze­buje do pro­wa­dze­nia ksiąg, obli­cza­nia wypłat i zaj­mo­wa­nia się wszyst­kimi tymi uciąż­li­wymi papie­rami. Ale może powie coś wię­cej? Wyzna mu, że ona też mu sprzyja? Że on się jej podoba? A może nawet da mu do zro­zu­mie­nia, że go kocha i pra­gnie? W takim przy­padku dia­bel­nie ciężko by mu było zacho­wać zimną krew.

Ale jeśli ona wystąpi z taką pro­po­zy­cją, to czy on będzie w ogóle chciał na nią przy­stać? No cóż, gdyby Johanna rze­czy­wi­ście porzu­ciła wszelką ostroż­ność i zaczęła mówić o uczu­ciach, to w zasa­dzie należy jej się rzu­cone w twarz: „Nie, dzię­kuję”.

Ale nie, tak daleko się nie posu­nie. Wysłu­cha jej, po czym stwier­dzi, że patrzy na tę sprawę jak naj­bar­dziej przy­chyl­nie. Tak, to dobrze brzmi. Przy­chyl­nie. Tyle że z mał­żeń­stwem nie należy się spie­szyć, on potrze­buje czasu, by wszystko prze­my­śleć, no i trzeba by wspól­nie omó­wić parę spraw, poczy­nić przy­go­to­wa­nia. W ten spo­sób nie ska­pi­tu­luje z miej­sca i nie rzuci się z okrzy­kiem szczę­ścia w jej ramiona, tylko potrzyma ją jesz­cze chwilę na wol­nym ogniu. To jego prawo.

W zna­ko­mi­tym humo­rze scho­dzi na ląd i wraz z pra­cow­ni­kami kie­ruje się wąską polną dro­żyną ku stoczni For­ste­rów. Docho­dzi siódma, bry­ga­dzi­sta jesz­cze przed burzą porząd­nie osa­dził główne wręgi slupa, teraz zabie­rają się do wręg rufy. Paweł wysyła do goto­wa­nia smoły trzech maru­de­rów, któ­rzy prze­pro­sili za spóź­nie­nie, a potem spraw­dza, czy wręgi zostały pra­wi­dłowo osa­dzone.

– Dobra robota – chwali bry­ga­dzi­stę, który nazywa się Till Johan­sen i pocho­dzi z Danii. Ten też się cie­szy z wyko­na­nego zada­nia i z uśmie­chem wska­zuje na niebo, po któ­rym prze­myka jedy­nie kilka pucha­tych obłocz­ków.

– Led­wie skoń­czy­li­śmy, jak porząd­nie nas pokro­piło.

– Nie zaszko­dzi wam – odpo­wiada roze­śmiany Paweł. – Teraz znowu zrobi się gorąco. Dzi­siaj po połu­dniu będziemy tęsk­nić za ochłodą.

– Tak to jest, panie maj­ster.

Burza była wpraw­dzie gwał­towna, ale pozo­sta­wiła po sobie nie­wiele śla­dów. Zie­mia jest jesz­cze mokrawa, ale w kilku miej­scach prze­świ­tuje już jasny, suchy piach, a drewno kadłuba łodzi szybko odpa­ro­wuje wil­goć na słońcu. Paweł zleca pracę nad oby­dwoma stat­kami rów­no­cze­śnie, ale kuter rybacki jest już na ukoń­cze­niu i w naj­bliż­szych tygo­dniach zosta­nie spusz­czony na wodę. Jesz­cze kilka dni na zro­bie­nie wnę­trza, po czym będą mogli go oddać zle­ce­nio­dawcy. To koope­ra­tywa paru ryba­ków, któ­rzy połą­czyli siły i wspól­nie finan­sują budowę łodzi. Johanna wypi­sze rachu­nek i zadba o to, by został zapła­cony co do ostat­niego feniga. W takich spra­wach jest nie­prze­ści­gniona, potrafi nie tylko racho­wać, ale i twardo się tar­go­wać, nie godzi się na żadne ulgi ani odro­cze­nia ter­mi­nów spłaty. W końcu potrze­bują pie­nię­dzy, ludzie muszą dostać swój zaro­bek, drewno i narzę­dzia też nie są za darmo. Trzeba myśleć także o podat­kach i opła­tach, a do tego wszyst­kiego powinni odkła­dać na budowę kolej­nych obiek­tów na Sien­nej Gro­bli.

Następ­nym pro­mem przy­pły­wają dwie kobiety, które najął do goto­wa­nia. Musi prze­cież zapew­nić ludziom obiad, pod ręką trzeba też mieć stale kilka beczek piwa i dosta­teczną ilość wody. Ta jest dar­mowa, ale za kufel piwa się płaci. Wódka poja­wia się tylko przy wyjąt­ko­wych oka­zjach, jak chrzciny statku lub obchody uro­dzin, bo Paweł nie jest zwo­len­ni­kiem picia w pracy.

Piasz­czy­stą dróżką idą dziś w kie­runku stoczni nie dwie, lecz trzy kobiety. Obie kucharki łatwo roz­po­znać po skrom­nym odzie­niu. Cią­gną wózek pełen warzyw i mięsa, z tego przy­go­tują obiad. Trze­cia kobieta różni się od nich, jest cia­sno ści­śnięta gor­se­tem, a sze­roka suk­nia przy­spa­rza jej kło­po­tów, ponie­waż bez prze­rwy zaha­cza o osty rosnące na pobo­czu ścieżki. Paweł podejrz­li­wie spo­gląda w jej stronę i widzi, że jego prze­czu­cia się potwier­dzają – to Anna Maria Jon­kers, córka zamoż­nego arma­tora Jana Jon­kersa, jed­nego z naj­lep­szych zle­ce­nio­daw­ców Pawła. Musi więc trak­to­wać dziew­czynę z całą uprzej­mo­ścią, co nie przy­cho­dzi mu łatwo, bo ma ona trudny cha­rak­ter. Chwi­lowo znów jest zarę­czona, tym razem szczę­śli­wym wybran­kiem jest dok­tor Alfred Rie­chert, który pro­wa­dzi wielką kan­ce­la­rię na Bre­ite Strasse, na Sze­ro­kiej. Jeśli w ogóle w takim przy­padku można mówić o szczę­ściu, bo śliczna Anna Maria ma zwy­czaj zmie­niać narze­czo­nych jak ręka­wiczki.

Począt­kowo Paweł nie zwraca uwagi na przy­byłą, tylko rusza z pomocą przy osa­dza­niu wręg, a potem sku­pia się na ludziach, któ­rzy mocują wewnętrzne poszy­cie kutra. Dopiero po chwili posta­na­wia ser­decz­nie pozdro­wić gości­nię i powi­tać ją w swo­jej stoczni. Tak wypada, to winien swo­jemu ojcu. Dziew­czyna przy­sia­dła na drew­nia­nym balu nie­opo­dal obu kucha­rek i coś rysuje. W porządku – czyż Johanna nie wspo­mi­nała nie­dawno, że Annę Marię Jon­kers trudno spo­tkać bez szki­cow­nika i że jej kary­ka­tury kil­ka­krot­nie dru­ko­wano już w żur­nalu wyda­wa­nym przez Ern­sta, brata Johanny? Jak się to pismo nazywa? „Wieczny Pło­mień”? „Iskra Gore­jąca”? Ech, to było coś podob­nie napu­szo­nego. Wresz­cie sobie przy­po­mina: „Pochod­nia Lite­racka”.

Panna Jon­kers od razu go oczy­wi­ście dostrze­gła i uśmie­cha się do niego szel­mow­sko. Powabna jest nie­wąt­pli­wie i do tego naprawdę ładna. Ma w sobie coś dzie­cię­cego, ale lepiej się nie łudzić – Anna Maria rów­nie dobrze jak Johanna wie, czego chce, a czego nie chce. Tylko że Johanna w swo­ich dąże­niach jest dzięki Bogu o wiele mądrzej­sza i roz­trop­niej­sza niż ta pan­nica, która dziś chcia­łaby to, a jutro tamto.

– Witam pana ser­decz­nie, panie maj­strze – woła do niego Anna Maria. – Mam nadzieję, że nie prze­szka­dza panu, że zro­bię tu parę szki­ców? Mię­dzy pań­skimi robot­ni­kami można zna­leźć tak cudow­nie oso­bliwe fizjo­no­mie, a ta waląca się buda sta­nowi wspa­niałe tło dla roman­tycz­nego rysunku.

Paweł z tru­dem zmu­sza się do uśmie­chu. „Waląca się buda” to drew­niana szopa, w któ­rej trzyma pod klu­czem sprzęt i narzę­dzia, a obok zada­szo­nej wiaty to jedyny jak dotąd budy­nek w jego stoczni. Może tylko zga­dy­wać, co ma na myśli Anna Maria, mówiąc o „fizjo­no­miach”, ale pew­nie będą to twa­rze, które roz­po­znaje w jej szki­cow­niku. Nie są prze­sad­nie pochleb­nie nary­so­wane, raczej wręcz prze­ciw­nie.

– Pro­szę się nie krę­po­wać, łaskawa pani – mówi uprzej­mie Paweł. – Cie­szę się, że moja stocz­nia dostar­cza pani pomy­słów do rysun­ków. A może nawet będzie nas można oglą­dać w „Pochodni Lite­rac­kiej”?

Panna Jon­kers wybu­cha dźwięcz­nym śmie­chem, brzmi on niczym srebrne dzwo­neczki. Typowy śmiech dobrze sytu­owa­nej mło­dej damy z naj­lep­szego towa­rzy­stwa, które widuje się na lite­rac­kich salo­nach Augu­sty von Kle­iwitz. Paweł nie znosi takich prze­mą­drza­łych bab.

– A to cał­kiem moż­liwe, panie maj­strze – stwier­dza Anna Maria i przy­gląda mu się zmru­żo­nymi oczami. Czyżby go ryso­wała? Tego mu tylko bra­ko­wało! Paweł prze­jeż­dża ręką po zwi­chrzo­nych wło­sach i orien­tuje się, że roz­piął koszulę, bo było mu za gorąco przy pracy.

– Jeśli pan chce, podam nazwę stoczni w opi­sie rysunku – mówi życz­li­wie dziew­czyna. – To byłaby piękna reklama, nie­praw­daż?

Paweł jest mniej zachwy­cony, zwłasz­cza że Anna Maria robi się roz­mowna i zaczyna opo­wia­dać, że jej rysunki publi­ko­wane są w sto­licy Prus – Ber­li­nie – i że ma pro­po­zy­cje z roz­ma­itych cza­so­pism uka­zu­ją­cych się w innych wiel­kich mia­stach.

– To rado­sna wia­do­mość – kon­klu­duje Paweł. – Zapewne pani narze­czony jest dumny z pani suk­cesu.

– Ach, on! – wykrzy­kuje pogar­dli­wie Anna Maria. – Nie, pan dok­tor Rie­chert nie ma nie­stety ani krzty zro­zu­mie­nia dla sztuki kary­ka­tury. Czego bar­dzo żałuję…

Aha, myśli Paweł. Szy­kuje się, jak widać, kolejne zerwa­nie zarę­czyn. No cóż, pan dok­tor Rie­chert jakoś to prze­bo­leje, nie zna go wpraw­dzie oso­bi­ście, ale Johanna ma złe doświad­cze­nia z tym osob­ni­kiem, więc jemu też się on nie podoba.

Gong obia­dowy roz­brzmiewa z meta­licz­nym brzę­kiem, tę rolę bowiem odgrywa stara pokrywka od garnka, zawie­szona na wysta­ją­cej belce szopy. Paweł grzecz­nie zapra­sza swoją gości­nię na ein­topf i jest zdu­miony, gdy Anna Maria rado­śnie przyj­muje zapro­sze­nie.

– Ach, ser­decz­nie dzię­kuję, panie maj­strze! Tyle się uczę, mogąc obser­wo­wać pracę w stoczni – paple Jon­ker­sówna. – Ileż wie­dzy i umie­jęt­no­ści tkwi w budo­wie statku! Żywię naj­głęb­szy sza­cu­nek wobec pana, drogi panie maj­strze…

Paweł wbrew sobie czuje się pochle­biony i w zakło­po­ta­niu mru­czy parę słów podzię­ko­wa­nia. Na szczę­ście Anna Maria zaraz po posiłku rusza w drogę powrotną, praw­do­po­dob­nie jest jej już za gorąco, gdyż na Sien­nej Gro­bli słońce pali nie­mi­ło­sier­nie. Razem z obiema kuchar­kami dziew­czyna kie­ruje się na przy­stań promu i raz tylko się zatrzy­muje, by wytrzą­snąć pia­sek z butów.

Paweł i jego ludzie raźno pra­cują mimo skwaru, więc cho­ciaż cie­szy się on na wie­czorną roz­mowę, to jed­nak nie może przed­wcze­śnie zarzą­dzić faj­rantu. Dopiero gdy cie­nie robią się coraz dłuż­sze, a słońce znika już za Bischo­fs­berg, za Bisku­pią Górką, ogła­sza koniec dnia robo­czego, cie­szy się z postę­pów w pracy i zamyka narzę­dzia w szo­pie, do któ­rej klucz ma tylko on i bry­ga­dzi­sta. Te środki ostroż­no­ści są aż nadto konieczne, ponie­waż nad brze­giem Wisły włó­czy się nocami zło­dziej­ski ele­ment wszel­kiej maści, dla któ­rego dro­gie narzę­dzia byłyby pożą­da­nym łupem. Zmierzch już zapada, kiedy Paweł prze­pra­wia się ostat­nim pro­mem i wiel­kimi kro­kami spie­szy do swo­jej kwa­tery na Chleb­nic­kiej, by przy­szy­ko­wać się na wie­czorne spo­tka­nie. Dokłada nad­zwy­czaj­nego wysiłku, myje się ład­nie pach­ną­cym mydłem, goli policzki i brodę oraz wkłada naj­lep­szą koszulę. Rezy­gnuje z dłu­giej wyj­ścio­wej kurty – po pierw­sze jest za cie­pło, a po dru­gie nie ma powodu, by Johanna myślała, że to z jej powodu tak się wystroił.

Jest już ciemno, gdy staje przed domem na Raj­skiej, jed­nak Johanna prze­wi­du­jąco wywie­siła zapa­loną latar­nię – czeka na niego. W progu wita go stara Bar­bara, od pew­nego czasu nosi sta­ro­modny cze­pek z fal­ban­kami, który dość oso­bli­wie okala jej wąską twarz o ciem­nych oczach i spi­cza­stym nosie.

– Lepiej późno niż wcale – rzuca pogod­nym tonem i zamyka za chło­pa­kiem drzwi.

Na górze nakryto do stołu, roz­cho­dzą się wspa­niałe aro­maty ryby i pie­czeni, a jeśli Pawła wzrok nie myli, to deser też jest prze­wi­dziany. Nie­mal ogar­niają go wyrzuty sumie­nia, że tak się spóź­nił. Zwłasz­cza że Johanna pięk­nie się ubrała do kola­cji i w nowy spo­sób upięła włosy.

Jeśli nawet jest na niego zła, to nie daje tego po sobie poznać.

– Sia­daj, Pawle – poleca mu cie­pło. – Dużo dziś zro­bi­li­ście? No tak, kiedy robota dobrze idzie, to nie wolno prze­ry­wać, masz abso­lutną rację…

Kobiety nakła­dają mu jedze­nie, a on nie daje się długo pro­sić, popija wino, które nalewa mu Johanna, nie odma­wia rów­nież deseru. Roz­mowa obraca się wokół codzien­nych spraw, Johanna żałuje, że na targu ceny są coraz wyż­sze, Bar­bara donosi, że sąsiadka uro­dziła dzi­siaj rano zdro­wego chłop­czyka, on zaś opo­wiada o wizy­cie Anny Marii w stoczni.

– Te jej bazgroły chcą publi­ko­wać w żur­nalu? – zżyma się Johanna, która nie ma dobrego zda­nia o Jon­ker­sów­nie. – No cóż, posta­ram się temu zapo­biec. Wszystko, co rysuje, obraca w kary­ka­turę, szy­dzi, by szy­dzić. Bóg raczy wie­dzieć, w jak dzi­waczny spo­sób ukaże naszą stocz­nię.

Powie­działa „naszą stocz­nię”! Nie­sły­chane. Ale w grun­cie rze­czy to dobry znak. Paweł sta­wia na stole kie­li­szek z winem i spo­gląda ku niej. Jakaż ona jest piękna! Ład­nie upięte bujne włosy blond, policzki zaru­mie­nione od wina, wpa­trzone w niego szare oczy błysz­czą wesoło. Chcąc, nie chcąc, chło­pak myśli o tym, jak też dziew­czyna wygląda z roz­pusz­czo­nymi wło­sami…

– Mówi­łaś dziś rano, że chcesz o czymś ze mną poroz­ma­wiać…

– Tak jest – przy­ta­kuje Johanna i dolewa mu wina. – Jest coś, co mi ciąży na duszy…

Bar­bara pod­nosi się, by poza­no­sić naczy­nia do kuchni, a on czeka z odpo­wie­dzią, póki sta­ruszka nie wyj­dzie z pokoju. Och, kobiety mają wyczu­cie, sta­ro­wina z pew­no­ścią chce ich zosta­wić samych, by uła­twić Johan­nie wyzna­nie…

– Tak się zło­żyło… – zaczyna Johanna i przy­suwa się z krze­słem nieco bli­żej – …że oboje, ty i ja, żyjemy niby obok sie­bie, a jed­nak razem…

Paweł mil­czy i czuje, jak serce bije mu szyb­ciej. Ona chyba rze­czy­wi­ście zamie­rza wygło­sić czułą dekla­ra­cję.

– Co masz na myśli, mówiąc „razem”?

Johanna potrząsa z uśmie­chem głową, jak gdyby pytał o coś, o czym dawno powi­nien był wie­dzieć.

– Cóż, jedno wiąże się z dru­gim – odpo­wiada. – Tu na dole kre­ślisz pro­jekty stat­ków, a my dbamy o twoją odzież. Ty jesteś maj­strem w stoczni, ja pro­wa­dzę księgi, wypi­suję rachunki, trosz­czę się o to, by pie­nią­dze z udzia­łów w statku wpły­wały na czas, przy­go­to­wuję wypłaty… Chęt­nie robię to wszystko dla cie­bie, Pawle. Bo nie znam nikogo, z kim czu­ła­bym się tak zwią­zana, komu mogła­bym do tego stop­nia zaufać…

– Johanno, ja rów­nież ogrom­nie się cie­szę z tego powodu – woła wzru­szony chło­pak i ujmuje ją za rękę.

Dziew­czyna się nie wzbra­nia, nie opiera się też, gdy on pró­buje przy­cią­gnąć ją do sie­bie. Ale jed­nak zamiast z zawsty­dze­niem, jak to przy­stoi kobie­cie, mówić o miło­ści, pero­ruje dalej o czymś zupeł­nie innym.

– I słusz­nie się cie­szysz, ponie­waż od rana do nocy pra­cuję dla cie­bie i naszej stoczni. Ale czy choć raz się zasta­no­wi­łeś, jak ja sobie radzę? Pra­wie już nie mam pie­nię­dzy, które zosta­wił mi Ber­thold, i wkrótce nie będę wie­działa, z czego mam żyć.

Paweł jest odro­binę roz­cza­ro­wany, że Johanna mówi o pie­nią­dzach zamiast o innych rze­czach, któ­rych by chęt­nie posłu­chał. No ale cóż, to Beren­dówna z krwi i kości, a poza tym przy­pusz­czal­nie ma rację.

– A jak ja miał­bym ci w tym pomóc? – pyta ją i zagląda jej głę­boko w oczy. – Powiedz mi, Johanno. Niech się dowiem, co wymy­śli­łaś.

Czy uchwyci pomocną dłoń, którą do niej wycią­gnął? Och, Paweł chce usły­szeć, jak ona go prosi, ba, jak go błaga o to, by ją poślu­bił. Nie będzie jej długo męczył, zresztą nie da rady. Zamknie ją w ramio­nach i wyzna, że jest naj­szczę­śliw­szym czło­wie­kiem pod słoń­cem…

Johanna odwza­jem­nia jego spoj­rze­nie, przez chwilę Paweł czuje jej cie­pło, siłę, odda­nie.

– Wymy­śli­łam, żebyś mi pła­cił stałe wyna­gro­dze­nie za moją pracę – odpo­wiada. – To słuszne i spra­wie­dliwe, ponie­waż w innym wypadku musiał­byś zatrud­nić kie­row­nika, który kosz­to­wałby cię o wiele wię­cej, niż ja żądam dla sie­bie.

Paweł potrze­buje kilku sekund, by zro­zu­mieć, o czym ona mówi. Ma wra­że­nie, jakby ktoś chlu­snął mu wia­drem zim­nej wody w twarz. Mowy nie ma o słod­kich wyzna­niach, nie mówiąc już o oświad­czy­nach! Ona chce pie­nię­dzy. Ma jej pła­cić pen­sję.

– Nie znaj­dziesz nikogo lep­szego na to sta­no­wi­sko – stwier­dza z wielką powagą Johanna. – Wiesz prze­cież, jak bar­dzo dobro naszej stoczni leży mi na sercu.

Paweł bie­rze głę­boki oddech i szy­kuje się do udzie­le­nia jej odpo­wie­dzi, na którą zasłu­żyła.

Luiza

Jest po pro­stu za gorąco. Luiza udała się na zwy­cza­jową drzemkę poobied­nią, ale upał wci­ska się do sypialni mimo zamknię­tych okien­nic i nie pozwala jej zasnąć. To iry­tu­jące, ponie­waż w poprzed­nie noce rów­nież nie zmru­żyła oka, co pro­wa­dzi do tego, że w ciągu dnia jest zmę­czona i nie może pozbie­rać myśli.

– Traude! Tra­aau­ude!

Ach, ta dziew­czyna! Jaka brzydka, taka nie­zdarna i jesz­cze śla­ma­zara do tego. Gdzie ona się znowu podziewa? Jak długo każe jej jesz­cze cze­kać? Do mał­żeń­skiej sypialni wdziera się nagle z kory­ta­rza dzie­cięcy krzyk – to córka Luizy, Elż­bieta, która przy­pusz­czal­nie zbu­dziła się z połu­dnio­wej drzemki i ener­gicz­nie domaga się kaszki.

– Minna! Ucisz to dziecko! Moje nerwy nie wytrzy­mają dłu­żej tych wrza­sków!

Drzwi do pokoju otwie­rają się, a w pół­mroku kory­ta­rza rysuje się kości­sta figura Traude. Dla Luizy do tej pory pozo­staje zagadką, jakim cudem ona nie­mal bez­sze­lest­nie prze­myka się po sta­rym domu.

– Czy udało się jaśnie pani odro­binę prze­spać? – pyta słu­żąca słod­kim gło­sem. – Ach, ten upał! My na dole w kuchni, przy kuchen­nym piecu, to myślimy, że się żyw­cem upie­czemy…

Oczy­wi­ście ona świet­nie wie, że Luiza oka nie zmru­żyła, ale mimo to pyta w ten świę­tosz­ko­waty spo­sób. I sięga po kry­no­linę, którą jej pani przed poło­że­niem się do łóżka odło­żyła na bok razem z wierzch­nią spód­nicą.

– Nie to! Podaj tę ciem­no­nie­bie­ską suk­nię z bruk­sel­skimi koron­kami – naka­zuje roz­złosz­czona Luiza. – Wycho­dzę.

– Ach, Boże, gdzież to ja rozum podzia­łam – wzdy­cha Traude. – To ten upał, jaśnie pani, ten upał. Natu­ral­nie, pani von Kle­iwitz urzą­dza dziś znowu spo­tka­nie swo­jego salonu, jak mogłam zapo­mnieć…

– Nie traj­kocz mi tutaj. Idź i przy­nieś mi suk­nię. Potrze­buję też czy­stej koszuli. Potem mnie ucze­szesz i nało­żysz poń­czo­chy…

Luiza jest spo­cona jak mysz. Dobija ją sama myśl o wło­że­niu baweł­nia­nych poń­czoch i wci­śnię­ciu spuch­nię­tych stóp w cia­sne buty, lecz za nic w świe­cie nie prze­pu­ści­łaby salonu Augu­sty. Nie dla­tego, że cie­ka­wią ją pre­zen­to­wane „perły” muzyki i lite­ra­tury – nie­stety, trzeba jakoś znieść te bred­nie. Jed­nak u Augu­sty von Kle­iwitz poja­wia się zawsze wiele waż­nych gdań­skich oso­bi­sto­ści i dla­tego trzeba się tam poka­zać ze wzglę­dów towa­rzy­skich. W końcu Luiza to mał­żonka Teo­dora Berenda, wła­ści­ciela jed­nej z naj­star­szych i naj­bar­dziej powa­ża­nych firm han­dlo­wych w mie­ście.

O tak, Luiza stara się być godną żoną swo­jego męża. Jesz­cze zimą wydała parę przy­jęć, które w sumie wypa­dły bar­dzo korzyst­nie. Panie chwa­liły jej dobry gust i zna­ko­mite potrawy, pano­wie przy winach i likie­rach chęt­nie wie­dli oży­wione roz­mowy. Nawet Teo­dor, zawsze w towa­rzy­stwie tak sztywny i skrę­po­wany, z zapa­łem dys­ku­to­wał z gośćmi i przy­pusz­czal­nie zdo­łał ubić jeden czy drugi inte­res. Ale miły nastrój tych spo­tkań zawdzię­cza oczy­wi­ście szwa­growi, któ­rego pogodne uspo­so­bie­nie udziela się oto­cze­niu. Szkoda, że Ern­sta nie bawi han­del i pro­wa­dze­nie inte­resów, a swoje liczne talenty mar­no­trawi na pisa­nie jakichś histo­ry­jek czy wier­szy­deł. Ku iry­ta­cji Teo­dora wspiera go w tym zwłasz­cza ich sio­stra. Ale Johanna ni­gdy nie prze­pu­ściła naj­mniej­szej oka­zji, by zaszko­dzić fir­mie Beren­dów.

– Nie tak mocno! – Luiza łaje słu­żącą, która wiąże jej kry­no­linę na cia­sno zasznu­ro­wa­nym gor­se­cie.

– Pro­szę o wyba­cze­nie, jaśnie pani… Ach, w całym mie­ście nie znaj­dzie się tak cie­niut­kiej talii… Ma pani figurę jak młoda dziew­czyna, jaśnie pani…

– Traude, nie bredź.

– Żebym tak zdrowa była, jaśnie pani. Jest, jak mówię, nie da się temu zaprze­czyć.

Wpraw­dzie Luiza zdaje sobie sprawę, że Traude to per­fidna lizu­ska, ale dzi­siaj słu­cha jej z nie­skry­waną przy­jem­no­ścią. Tak, jest dumna ze swo­jej figury, zawsze była fili­gra­nowa i gar­dziła Gdańsz­czan­kami, które mają raczej skłon­ność do tuszy. Zbliża się już wpraw­dzie do czter­dziestki, ale dzięki smu­kłej talii wydaje się o wiele młod­sza, zwłasz­cza odkąd wspo­maga swoje jasne włosy odro­biną farby.

– Przy­nieś mi brą­zowe buty. I powiedz kucharce, że wypiję jesz­cze kawę przed wyj­ściem. Kola­cję niech szy­kuje tylko dla pana, mój szwa­gier będzie mi towa­rzy­szył na spo­tka­niu salonu…

– Tak jest, jaśnie pani… Mał­żo­nek pole­cił prze­ka­zać, że dzi­siaj będzie jadł kola­cję poza domem…

– Tym lepiej… Wobec tego nie będzie musiał się samot­nie posi­lać.

Luiza mocuje się z cia­snymi butami, zagry­za­jąc w iry­ta­cji wargi. Oczy­wi­ście służba rów­nież wie, że pan domu od czasu do czasu odwie­dza pewną „damę” przy jed­nej z uli­czek Sta­rego Mia­sta, ona go więc też ugo­ści. W zasa­dzie Luiza się spo­dzie­wała, że Teo­dor po tej nie­sły­cha­nej histo­rii z Danutą, dawną poko­jówką, będzie miał dosyć poza­mał­żeń­skich eska­pad, ale naj­wy­raź­niej się pomy­liła. Cóż za strasz­liwa hańba, że ulo­ko­wał Danutę razem z Chri­stia­nem, ich wspól­nym bękar­tem, we wła­snym miesz­ka­niu. No cóż, ta sprawa na szczę­ście sama się roz­wią­zała, bo Danuta się ulot­niła.

Luiza cicho wzdy­cha. Takie rze­czy są zazwy­czaj publiczną tajem­nicą, a żona musi to ścier­pieć, bo ina­czej wybu­chałby jeden skan­dal za dru­gim, co naj­bar­dziej szko­dzi­łoby jej samej. Tak więc prze­łknęła gorzką pigułkę i w podobne wie­czory bez słowa znosi nie­obec­ność męża. Chce iść do takiej kobiety, bo go przy­pi­liło – jej to nie obcho­dzi. Chce omi­jać mał­żeń­ską sypial­nię i spać osobno – z tym też się pogo­dziła. Nie musi rodzić mu syna, mają prze­cież córkę, która pew­nego dnia odzie­dzi­czy firmę han­dlową i cały mają­tek Beren­dów.

Tak wła­śnie! Ich córka Elż­bieta jest jedyną spad­ko­bier­czy­nią firmy Beren­dów. Co za triumf! Danuty już nie ma, pół roku temu opu­ściła Gdańsk, zabie­ra­jąc ze sobą nie­ślub­nego bachora. Mały bękart, któ­rego Teo­dor obda­rzał iście mał­pią miło­ścią, nie jest już pro­ble­mem. Nikt nie wie, gdzie się podziewa on i jego matka, krążą nawet plotki, że Danuta spik­nęła się z Oska­rem Posser­tem, byłym pra­cow­ni­kiem firmy Beren­dów, i wyje­chała z nim oraz z dziec­kiem do Ame­ryki. Gdy­byż tak naprawdę było! Gdy­byż tak całą trójkę spo­tkała na oce­anie kata­strofa i oby wszy­scy przy tej oka­zji nędz­nie uto­nęli!

Ale nawet w tej sytu­acji Luiza jest pewna, że ni­gdy wię­cej nie zoba­czy Danuty i znie­na­wi­dzo­nego Chri­stiana. Dla­czego? Co nie­dziela modli się w Kościele Mariac­kim do Boga, by zacho­wał i wzmoc­nił jej mał­żeń­stwo oraz uchro­nił mał­żonka od grze­chu. Prze­ka­zała rów­nież pokaźną ofiarę na rzecz kościoła. Pan Bóg zna grzesz­ni­ków i cudzo­łoż­ni­ków, nagra­dza spra­wie­dli­wych i chroni sła­bych, dla­tego wysłu­cha jej modlitw.

Kobieta kry­tycz­nym okiem spo­gląda w lustro wiszące nad umy­walką z mar­mu­ro­wym bla­tem. Okien­nice są zamknięte z powodu upału, nie­wiele świa­tła prze­do­staje się przez szcze­liny do pomiesz­cze­nia, więc jej twarz wydaje się nie­mal pozba­wiona zmarsz­czek. Ale też bar­dzo blada. Luiza wyj­muje z szafy szka­tułkę z biżu­te­rią, zakłada pier­ścionki, przy­pina broszkę z per­łami. Daruje sobie srebrne kol­czyki, ponie­waż są nie­wy­godne, a ponadto boi się zgu­bić cenne, odzie­dzi­czone po teścio­wej klej­noty.

Jesz­cze ma tro­chę czasu, zanim będzie musiała udać się wraz ze szwa­grem na spo­tka­nie salonu, dla­tego wycho­dzi na kory­tarz, by przejść do salonu i tam wypić kawę. W tej samej chwili jed­nak otwie­rają się drzwi pokoju dzie­cię­cego, a próg prze­kra­cza chwiej­nym kro­kiem na krzep­kich nóż­kach blon­d­włosy anio­łek w obszer­nej sukie­neczce. Na widok ciemno ubra­nej pani Elż­bietka zatrzy­muje się nie­pew­nie i wsa­dza kciuk do buzi. Rap­tem wybu­cha rado­snym śmie­chem i zde­cy­do­wa­nie bie­gnie w stronę Luizy.

– Minna… Minna da kaszkę – paple mała i chcąc się przy­trzy­mać, łapie obiema rącz­kami suk­nię matki.

– Puść to natych­miast! – krzy­czy prze­ra­żona Luiza. – Minna! Zabie­raj prędko to dziecko! Zruj­nuje mi suk­nię. O Boże, ona ma lep­kie palce…

Młoda słu­żąca rzuca się spiesz­nie, by wziąć na ręce dziew­czynkę, ale Elż­bietka nie ma zamiaru się roz­stać z tak pięk­nym, lśnią­cym mate­ria­łem i z całej siły zaci­ska łapki.

– Pusz­czaj, ty mała dia­blico! – wrzesz­czy piskli­wie Luiza i ude­rza dziecko. – Posłu­chasz wresz­cie czy nie?!

Razy nie­wiele jed­nak dają, a gdy Minna siłą wyrywa małej z rąk tka­ninę, roz­złosz­czona Elż­bietka wybu­cha pła­czem. Boże, jak to dziecko potrafi się wydzie­rać! Sły­chać ją pew­nie aż na Lan­ger Markt, na Dłu­gim Targu.

– Naj­moc­niej prze­pra­szam, jaśnie pani – jąka prze­ra­żona Minna, która pró­buje poskro­mić wierz­ga­ją­cego malu­cha. – Ona już umie otwie­rać drzwi. Wczo­raj nawet wspięła się na sto­łek, bo chciała wyj­rzeć z okna…

Luiza wła­śnie zamie­rza dora­dzić słu­żą­cej, by przy­wią­zała małą, jak się należy, do krze­sełka, kiedy otwie­rają się kolejne drzwi i na kory­ta­rzu poja­wia się jej szwa­gier. Szybko pod­cho­dzi do Minny, która na próżno stara się okieł­znać gniew­nie wrzesz­czące dziecko.

– A cóż to się dzieje? – woła Ernst. – Co takiego się stało mojemu sło­neczku? Ach, już widzę, nie­do­bra mama cię roz­zło­ściła…

Bie­rze Elż­bietkę na ręce, a ta led­wie zna­la­zła się w jego ramio­nach, już natych­miast się uspo­kaja, obej­muje wuja i przy­tula mokry od łez poli­czek do jego kami­zelki.

– Drogi Ern­ście, naprawdę powi­nie­neś jak naj­szyb­ciej zało­żyć rodzinę – zauważa kąśli­wie Luiza. – Nie spo­sób nie dostrzec two­ich talen­tów niańki.

Chło­pak się śmieje, nie ma jej za złe przy­tyku, prze­ko­ma­rza się chwilę z dziew­czynką, po czym sta­wia ją na zie­mię i klęka obok, żeby mogła pojeź­dzić na jego ple­cach. I to wszystko, kiedy jest już ubrany do wyj­ścia, a jasne spodnie tak łatwo zabru­dzić! Co za postrze­le­niec! Jakże różni są ci bra­cia. Jej Teo­dor, tak ponury i zamknięty w sobie, ale zawzię­cie reali­zu­jący wyzna­czone cele, i Ernst z tą swoją nie­fra­so­bli­wo­ścią, uwiel­biany i pożą­dany przez kobiety, który za to nie bar­dzo wie, co ma począć z życiem. Obec­nie pra­cuje, jak się zdaje, nad jakąś powie­ścią – oto zaję­cie, któ­remu poświęca każdą wolną chwilę i które nie mogłoby być bar­dziej bez­sen­sowne. W tej kwe­stii Luiza cał­ko­wi­cie podziela opi­nię swo­jego mał­żonka. Szkoda, że młody czło­wiek trwoni ener­gię na takie głu­poty.

Posło­dzona kawa wywiera wpraw­dzie ożyw­czy wpływ na jej ciśnie­nie, ale też powo­duje, że Luiza znowu się poci, co zwłasz­cza w tej sukni jest dla niej wysoce nie­przy­jemne, ponie­waż pod pachami mogą się uwi­docz­nić plamy potu. Teo­dor pole­cił prze­ka­zać żonie i bratu, że poje­chał do Neu­fahr­was­ser, do Nowego Portu, ode­brać ładu­nek zboża ze statku, a póź­niej zje ze zna­jo­mymi kup­cami. Rano zaś ocze­kuje brata jesz­cze przed ósmą w kan­to­rze.

– Nikomu nie daruje ten wyzy­ski­wacz – uty­skuje Ernst. – Założę się, że pośle mnie do Dworu Artusa, gdzie będę się musiał spo­ty­kać z Bóg wie kim i zała­twiać inte­resy.

– To odpo­wie­dzialne zada­nie, drogi Ern­ście – nad­mie­nia Luiza, kiwa­jąc zna­cząco głową. – Nie­je­den byłby dumny, gdyby obda­rzono go takim zaufa­niem.

Ernst się śmieje, jakby był cał­kiem innego zda­nia, i pod­suwa jej dwor­nie ramię, by mogli ruszyć na Heilig-Geist-Gasse, na ulicę Świę­tego Ducha. Pod dru­gie ramię ma wetknięty plik gęsto zapi­sa­nych stro­nic – kolejny roz­dział swo­jej powie­ści awan­tur­ni­czej, któ­rej frag­ment bez wąt­pie­nia odczyta dziś zgro­ma­dzo­nym. Luiza musi przy­znać, że histo­ria rze­czy­wi­ście jest zaj­mu­jąca. Można jej słu­chać, nie przy­sy­pia­jąc z nudów. Nie ma porów­na­nia z dłu­gimi trak­ta­tami sza­cow­nego Eliasa Oster­taga lub ckli­wymi wier­szy­kami jej przy­ja­ciółki Anny Erne­styny Bec­ker. Ach, no tak, z pew­no­ścią będzie też Cecy­lia Jon­kers ze swoją córką Anną Marią, przy­pusz­czal­nie rów­nież jej mąż, no i jesz­cze kupiec Hein­rich Gebauer, wszystko to ważne per­sony dla firmy Beren­dów. Ostat­nio szep­tano nawet, że mał­żonka nad­bur­mi­strza von Win­tera1 chce zaszczy­cić salon swoją osobą, do czego nie­stety jesz­cze nie doszło.

Jest jesz­cze wcze­śnie, więc idą powoli, przy­sta­jąc tu i ówdzie, by zamie­nić parę słów ze zna­jo­mymi, a Luiza znaj­duje jesz­cze chwilę na kupno ład­nej wią­zanki dla gospo­dyni salonu na stra­ga­nie na Koh­len­markt, na Targu Węglo­wym. Długo te róże nie wytrzy­mają w tym upale, ale nie może oka­zać się skąpa, w końcu nawet Johanna przy­nio­sła bukiet na ostat­nie spo­tka­nie. Wyglą­dał wpraw­dzie na taki, który sama zerwała, ale pro­sto­duszna Augu­sta miała ze wzru­sze­nia łzy w oczach.

Luiza cie­szy się, gdy wresz­cie wcho­dzą do kamie­nicy przy Świę­tego Ducha, ponie­waż w ciem­nej sukni słońce wyjąt­kowo jej doku­cza. W salo­nie jak zwy­kle tłum ludzi, znie­siono wszyst­kie krze­sła z całego domu, widać nawet trzy stołki kuchenne, ale z doświad­cze­nia wia­domo, że kilku panów będzie musiało się zado­wo­lić opar­ciem sofy lub po pro­stu stać. Pulchna pani domu o blond lokach ser­decz­nie wita Luizę, jed­nak nie­mal natych­miast prze­staje się nią inte­re­so­wać, ponie­waż Augu­sta von Kle­iwitz zwraca się do swo­jego uko­cha­nego pupila, Ern­sta Berenda.

– Och, naj­droż­szy przy­ja­cielu! Zre­da­go­wa­łam już nowe wyda­nie naszego żur­nala, jeśli po spo­tka­niu znaj­dzie pan jesz­cze nieco czasu…

– Ależ bez wąt­pie­nia, łaskawa pani. Ogrom­nie jestem cie­kaw, jak mój tekst kom­po­nuje się z rysun­kami Johanny…

Ernst zosta­wia Augu­stę, by chwy­cić w obję­cia sio­strę. Nie­wia­ry­godne, że taka osoba tak swo­bod­nie obraca się w naj­lep­szym gdań­skim towa­rzy­stwie i jesz­cze do tego bez skrę­po­wa­nia czę­sto zabiera głos w salo­nie. A prze­cież całe mia­sto wie o tym, że wdowa po rze­mieśl­niku Ber­thol­dzie For­ste­rze żyje w nie­oby­czaj­nym związku ze swoim pasier­bem Paw­łem For­ste­rem, który – jak mówiła nie­dawno Anna Maria Jon­kers – codzien­nie przy­cho­dzi do jej domu. Ale cze­góż można się spo­dzie­wać po kobie­cie, która już jako młoda dziew­czyna ucie­kła z jakimś pia­ni­stą, a potem wyszła za pry­mi­tyw­nego rze­mieśl­nika. I jak też ona wygląda! Chyba trzeba być śle­pym, żeby nie zauwa­żyć, że tych kilka sukni Johanny uszyto z mate­ria­łów, które dało się już zoba­czyć na Augu­ście von Kle­iwitz. No cóż, to przy­ja­ciółki od serca, tu się nic nie da zro­bić. Ale i Augu­sta kie­dyś w końcu zro­zu­mie, że kobieta o tak złej sła­wie jest poważ­nym obcią­że­niem dla jej pozy­cji spo­łecz­nej.

Luiza zniża się do szyb­kiego kiw­nię­cia głową, gdy mija Johannę, po czym wita się z dro­gimi przy­ja­ciół­kami, które ser­decz­nie ją przyj­mują. Anna Erne­styna trzy­mała dla niej miej­sce na sofie, gdzie Luiza może się teraz wci­snąć mię­dzy Cecy­lię Jon­kers a małą Marię Gebauer. Wszyst­kie narze­kają na upał i gor­li­wie wachlują się wachla­rzami, ocie­rają pot z czół chu­s­tecz­kami obrę­bia­nymi koronką i litrami piją mocną indyj­ską her­batę. Mała Maria spo­gląda tęsk­nymi oczami na Ern­sta Berenda, który wła­śnie pozdra­wia Jana Jon­kersa i jego mał­żonkę. Dziew­czyna nie jest żadną pięk­no­ścią, ale ma łagodne uspo­so­bie­nie, a jesz­cze do tego jest córką waż­nego part­nera w inte­re­sach – Ernst dobrze by zro­bił, gdyby się o nią posta­rał, zanim poślubi ona innego. Ale szwa­gier to nie­stety fan­ta­sta. Zamiast myśleć o roz­woju firmy, zabiega o względy Augu­sty, która prze­cież jest żoną pru­skiego rot­mi­strza Klausa von Kle­iwitza i pół roku temu została matką. I to po wielu latach mał­żeń­stwa, gdy już sądzili, że pozo­staną bez­dzietni. Uro­dziła syna – cóż, nie­któ­rym kobie­tom los sprzyja, inne nie mają tyle szczę­ścia i wydają na świat jedy­nie córkę.

Mimo to Luiza uważa, że Augu­sta się ośmie­sza, robiąc taki cyrk wokół swo­jego dziecka. Nawet pod­czas spo­tka­nia salonu musi się obno­sić z małym Wil­hel­mem. Panie roz­pły­wają się wów­czas w okrzy­kach: „Ach, jaki uro­czy!”, „Cóż to za anio­łek!” lub „Cały tatuś!”, a Augu­sta nie prze­staje opo­wia­dać o pierw­szych ząb­kach, które się poka­zują jej benia­min­kowi i przy­spa­rzają mu okrop­nych bole­ści. Na miły Bóg! Luiza nie pamięta, kiedy Elż­bie­cie wyro­sły zęby czy kiedy zro­biła pierw­sze kroki. Takie rze­czy to sprawa niańki, ona sama zaj­mie się córką, kiedy ta będzie rozum­niej­sza, i zadba już o to, by otrzy­mała surowe wycho­wa­nie, jak przy­stało na dzie­dziczkę wiel­kiej firmy han­dlo­wej.

– Tak zamy­ślona, łaskawa pani? Ufam, że nie wzdraga się pani przed roz­mową ze mną…

Luiza pło­szy się, ponie­waż naprze­ciwko niej usiadł na stołku adwo­kat, dok­tor Rie­chert, i chyba ma ochotę na poga­wędkę. Nie jest przy­stoj­nym męż­czy­zną, przede wszyst­kim nos, zbyt długi i spi­cza­sty, nadaje jego twa­rzy nie­przy­jem­nie chciwy wyraz. Jed­nak mimo nie­ko­rzyst­nej powierz­chow­no­ści pan mece­nas spra­wia w towa­rzy­stwie cza­ru­jące wra­że­nie, ponie­waż ma zręczny spo­sób bycia i umie zjed­nać sobie roz­mówcę. Luiza wie, że Teo­dor nie może ścier­pieć Rie­cherta, ba, chyba nawet czuje do niego szczerą odrazę, lecz mimo to zleca mu raz na jakiś czas sprawy sądowe. Ona sama też już sko­rzy­stała z pomocy adwo­kata, przy czym rzecz była nad wyraz deli­katna i Luiza odtąd zależna jest od jego dys­kre­cji.

– Och, jak pan może w ogóle coś takiego przy­pusz­czać, drogi panie mece­na­sie! – udziela uprzej­mej odpo­wie­dzi. – Pro­szę mi wyba­czyć nie­uważ­ność, upał nieco mi doku­cza…

– Tak, jest naprawdę cie­pło – zga­dza się Rie­chert. – Naj­lep­sza pogoda na odna­wia­nie sta­rego domu. Dzi­siaj sztu­ka­to­rzy zabrali się do pracy przy fasa­dzie…

– I na jakie figury pan się zde­cy­do­wał, drogi panie dok­to­rze? – dołą­cza się do roz­mowy Cecy­lia Jon­kers, która zawsze i wszę­dzie musi wtrą­cić swoje trzy gro­sze.

Rie­chert kupił przed dwoma mie­sią­cami dom na Jopen­gasse, na Piw­nej, który kie­dyś nale­żał do Augu­sta Blotta. Biedny Blott zmarł w lutym tego roku, a ponie­waż był sza­no­wa­nym kup­cem z naj­lep­szej rodziny, zło­żono go do grobu z wszel­kimi hono­rami. Przy­ja­ciele musieli się zło­żyć, by zapła­cić za pochó­wek, Teo­dor także dorzu­cił swoją cegiełkę, ponie­waż po nie­gdy­siej­szym majątku Blotta śladu nie zostało, gdyż jego zięć Eugen Alber­tus roz­trwo­nił go wsku­tek swo­jej lek­ko­myśl­no­ści i nie­uda­nych inte­re­sów. To rów­nież jest powo­dem, dla któ­rego nie poja­wia się już tutaj Fry­de­ryka Alber­tus, daw­niej z takim zapa­łem uczęsz­cza­jąca na spo­tka­nia salonu. Mieszka teraz razem z mężem i oboj­giem dzieci w naprawdę pod­łych warun­kach w pobliżu Kościoła Świę­tej Kata­rzyny i wsty­dzi się swo­jej biedy2. Ach, z pew­no­ścią musi to być trudne doświad­cze­nie, gdy ktoś wyrósł w wiel­kim domu, a potem upadł tak nisko. Cóż, Pan Bóg wie, dla­czego obar­czył ją takim losem. Szkoda, bo była doprawdy dobrą przy­ja­ciółką, ale natu­ral­nie Luiza będzie się wystrze­gać utrzy­my­wa­nia dal­szych kon­tak­tów z Fry­de­ryką. Coś takiego mogłoby zaszko­dzić jej pozy­cji spo­łecz­nej.

Tym­cza­sem dok­tor Rie­chert roz­wo­dzi się nad gustow­nymi stiu­kami, które chce umie­ścić na przed­prożu i fasa­dzie domu Blotta. Będą to posta­cie z baśni oraz bogo­wie. Nep­tun i Her­mes, do tego Temida, a także syrena, pół­ryba, pół­ko­bieta, przy czym pan mece­nas zdra­dza z uśmiesz­kiem, że arty­sta obsta­wał, by przed­sta­wić tułów syreny cał­kiem bez odzie­nia.

Gdy dociera do tego eks­cy­tu­ją­cego szcze­gółu, musi prze­rwać, gdyż gospo­dyni jak zwy­kle kwie­ci­ście wita gości i zapo­wiada arty­stów, któ­rzy uświet­nią dzi­siej­szy wie­czór. Luizę nie­zbyt to inte­re­suje, więc lustruje wzro­kiem licz­nych zgro­ma­dzo­nych, stwier­dza, że pani von Win­ter i tym razem nie przy­była, oraz czuje iry­ta­cję, gdyż Jan Jon­kers sie­dzi na porę­czy fotela Johanny i szepce coś do niej z uśmie­chem. Nie­po­jęte, jak męż­czyźni w każ­dym wieku umi­zgują się do tej osoby. Czy tam pod ścianą nie stoi młody Feliks Gebauer, który – jak sły­chać – z powo­dze­niem ukoń­czył stu­dia w Königsbergu3? On także oka nie odrywa od Johanny For­ster – obrzy­dliwe.

Do for­te­pianu pod­cho­dzi blady mło­dzian i z furią wali w instru­ment, wzrok Luizy zaś wędruje ponow­nie ku dok­to­rowi Rie­cher­towi. Ten adwo­kat jakiś rok temu osiadł w Gdań­sku, ale wygląda na to, że tym­cza­sem zdo­łał się prze­dzierz­gnąć w jed­nego z naj­za­moż­niej­szych oby­wa­teli mia­sta. Tema­tem domy­słów i plo­tek jest to, jak mu się udało cap­nąć dom Blotta, ale chyba za pomocą pew­nych machi­na­cji nakło­nił wie­rzy­cieli, któ­rym przy­pa­dła zadłu­żona nie­ru­cho­mość, by sprze­dali mu ją za nie­wiel­kie pie­nią­dze. Jeśli fak­tycz­nie poślubi Annę Marię Jon­kers, to kie­dyś do niego będą nale­żeć wiel­kie przed­się­bior­stwo żeglu­gowe i nie­ru­cho­mo­ści sta­no­wiące wła­sność Jana Jon­kersa. Ale w tej spra­wie nie powie­dziano jesz­cze z całą pew­no­ścią ostat­niego słowa, jako że Anna Maria zerwała już kilka zarę­czyn. W tym rów­nież z Ern­stem Beren­dem, który aż do dzi­siaj cierpi z powodu tej nie­szczę­snej histo­rii.

Wie­czór wle­cze się nie­mi­ło­sier­nie. Trzeba wysłu­chać paru wier­szy i wygło­sić nale­żyte pochwały, następ­nie jakieś dziew­czę piłuje strasz­li­wie skrzypce, a wykład poety Artura Hem­pla dobija Luizę. Och, jak ją głowa boli! Gdyby tylko mogła wziąć pro­szek, ale nie ma go ze sobą, a nie śmie pro­sić Augu­sty. Zamiast tego wypija w prze­rwie siódmą czy ósmą her­batę i zjada dwa ciastka mig­da­łowe, od któ­rych od razu robi jej się nie­do­brze. Ale jest nauczona brać się w garść, a zatem dziel­nie uczest­ni­czy w roz­mo­wach o angiel­skich weł­nach i nowej mody­stce na Sze­ro­kiej, która wysta­wia nie­by­wale gustowne kape­lu­sze na jesień. Uwagi Luizy nie ucho­dzi też to, że Johanna wzięła na ręce małego Wil­helma i nosiła go po całym salo­nie, teraz zaś bez skrę­po­wa­nia dołą­cza się do panów, któ­rzy pod­czas prze­rwy wyco­fali się na papie­rosy do gabi­netu pana domu, by tam roz­ma­wiać o inte­re­sach.

– Jak ona się przy­po­chle­bia męż­czy­znom – szep­cze Anna Erne­styna. – Po pro­stu wstyd!

– I co też ona wyga­duje – odszep­tuje wzbu­rzona Rebeka Oster­tag. – Jakby nie wie­działa, że dama ni­gdy nie mówi o poli­tyce i inte­re­sach.

– Tak, doprawdy – przy­świad­cza Sofia, star­sza córka Rebeki. – Mie­sza się w sprawy, które zaiste nie są dla kobiet!

– Gdy­bym tak nie ceniła kocha­nej Augu­sty – wzdy­cha Anna Erne­styna – to nie wytrzy­ma­ła­bym ani sekundy z Johanną For­ster w tym samym pomiesz­cze­niu!

Takie roz­mowy, pod­czas któ­rych Luiza zacho­wuje dys­tyn­go­waną powścią­gli­wość, cie­szą ją do tego stop­nia, że jest w sta­nie znieść nie­mal bez bólu głowy resztę pro­gramu arty­stycz­nego. Zwłasz­cza że cho­dzi o gło­śne czy­ta­nie frag­mentu powie­ści przez jej szwa­gra, który cał­kiem spraw­nie sobie z tym radzi i jak zwy­kle zostaje nagro­dzony fre­ne­tycz­nym aplau­zem. Cud, że panie nie zje­dzą go żyw­cem, bo z takim zapa­łem zasy­pują go po odczy­cie pyta­niami i proś­bami.

– Kiedy możemy wresz­cie ocze­ki­wać wyda­nia tego arcy­dzieła, drogi panie? Zapi­sa­łam się na sub­skryp­cję…

– Ja też, ja też. I już nie mogę się docze­kać, kiedy pochłonę tę powieść!

– Jeśli wszystko dobrze pój­dzie, mogę obie­cać, że będzie ona dostępna na Boże Naro­dze­nie…

Co za fan­ta­sta! A kto mu niby da pie­nią­dze na druk? Teo­dor w żad­nym wypadku tego nie zrobi. Ani Johanna, bo sama nic nie ma. Oczy­wi­ście jest moż­liwe, że Augu­sta będzie na tyle głu­pia, by zaan­ga­żo­wać się w ten bez­na­dziejny inte­res…

Robi się późno, kiedy goście salonu żegnają się wśród tysią­cz­nych pochwał i ser­decz­nych podzię­ko­wań, po czym ruszają w powrotną drogę przez oświe­tlone księ­ży­co­wym bla­skiem ulice. Luiza aż nadto chęt­nie wró­ci­łaby do domu, nie­stety musi jed­nak zacze­kać na Ern­sta, który jesz­cze kon­fe­ruje z Augu­stą i Johanną o naj­now­szym wyda­niu „Pochodni Lite­rac­kiej”. Znu­dzona kobieta krąży po pokoju, z któ­rego poko­jówka uprząt­nęła już naczy­nia i kie­liszki, i zatrzy­muje się przed gablotą, by z zazdro­ścią podzi­wiać srebrną misę – pre­zent dla Augu­sty z oka­zji uro­dze­nia syna.

Mojej uko­cha­nej żonie Augu­ście

z oka­zji naro­dzin naszego syna Wil­helma

7 lutego 1863 r.

Rot­mistrz von Kle­iwitz roz­ma­wia jesz­cze w gabi­ne­cie z dwoma zna­jo­mymi, mówią o woj­nie, która wybu­chła w Ame­ryce mię­dzy sta­nami na połu­dniu i na pół­nocy, a Luiza myśli z nadzieją, że może Oskar Possert z Danutą i małym Chri­stia­nem tra­fią w sam śro­dek wojen­nego zamętu i zginą.

– A co tam z Duń­czy­kami? – sły­szy czy­jeś pyta­nie.

– Och, tu też prę­dzej czy póź­niej doj­dzie do wojny – wyja­śnia rot­mistrz von Kle­iwitz. – W końcu nie można dopu­ścić, by duń­ska korona zawłasz­czyła Szle­zwik. Kró­le­stwo Prus też ma w tej spra­wie coś do powie­dze­nia4!

– Tak czy ina­czej, wojna jest dia­bel­nie zła dla han­dlu!

– Ależ wręcz prze­ciw­nie! Kiedy Szle­zwik będzie już nale­żał do Prus, wtedy cła…

Luiza prze­staje słu­chać, gdyż szwa­gier wresz­cie jest gotów do wyj­ścia i uro­czo, jak to on, prze­pra­sza za zwłokę. Poże­gna­nie trwa krótko – Augu­sta raz jesz­cze dzię­kuje za piękny bukiet, Luiza za cudowny wie­czór, a Johanna życzy bratu oraz „jego towa­rzyszce” spo­koj­nego powrotu do domu.

Na dwo­rze jest przy­jem­nie chłodno, deli­katne chmurki prze­sła­niają co chwila sierp księ­życa, gdzie­nie­gdzie na noc­nym nie­bie roz­bły­skuje gwiazda. Na Dłu­giej drzwi otwiera im Traude z lampą w dłoni i idzie scho­dami przo­dem, by oświe­tlić im drogę. Jed­nak wszedł­szy na pierw­sze pię­tro, Luiza uświa­da­mia sobie, że potrze­buje grza­nego wina na dobry sen, tak więc Traude musi znowu zejść na dół, by przy­nieść żądany napój. Ernst ze swoim cen­nym ręko­pi­sem pod pachą zdą­żył wbiec na dru­gie pię­tro, a Luiza już chce iść za nim, gdy ku swemu zasko­cze­niu sły­szy męskie głosy dobie­ga­jące z salonu. To Teo­dor – a więc wró­cił. Drugi głos wydaje się jej obcy, dla­tego pod­cho­dzi nieco bli­żej do drzwi pomiesz­cze­nia, bo to musi być jakiś zna­jomy, ina­czej prze­cież Teo­dor nie przyj­mo­wałby go tam o tej porze. W zależ­no­ści od tego, kto to jest, przy­wi­ta­nie się z panami mogłoby oka­zać się wła­ściwe, mogłaby też dodać, że w towa­rzy­stwie szwa­gra poszła na spo­tka­nie salonu pani von Kle­iwitz. Jed­nak już na dźwięk pierw­szych słów, które do niej docie­rają z całą wyra­zi­sto­ścią, orien­tuje się, że jej obec­ność z całą pew­no­ścią jest nie­po­żą­dana.

– Pie­nią­dze się należą, kiedy ją wytro­pię i podam panu miej­sce jej pobytu…

– Nie. Dopiero wtedy zapłacę, kiedy na wła­sne oczy zoba­czę ją i chłopca!

– W porządku. Mam więc ich oboje przy­wieźć do pana?

– O tym zde­cy­duję, kiedy nadej­dzie pora.

Luizie robi się słabo. Musi cho­dzić o Danutę i małego Chri­stiana. Teo­dor najął tego czło­wieka, by ich zna­leźć. A on, jak sły­chać, już wpadł na ich trop. O Boże! Jeśli fak­tycz­nie spro­wa­dzi z powro­tem Danutę i chło­paka, prze­pa­dły wszyst­kie jej nadzieje.

Johanna

Krzyż pań­ski z tym Paw­łem! Och, była gotowa już nie­mal na wszystko, gdy wresz­cie wró­cił z Pol­ski. Jak ona się o niego bała! Poru­szyła niebo i zie­mię, by odzy­skać go całego i zdro­wego. Bez namy­słu, udrę­czona nie­po­ko­jem, omal sama nie ruszyła do Pol­ski, by go rato­wać. A kiedy wresz­cie przed nią sta­nął, poczuła taką ulgę, że powie­działa mu, iż teraz przy­ję­łaby jego oświad­czyny. Ale wtedy pan Paweł For­ster dał z chłod­nym uśmie­chem do zro­zu­mie­nia, że tym­cza­sem nie jest już zain­te­re­so­wany mał­żeń­stwem.

Kosz­to­wało ją to kilka bez­sen­nych nocy i nie­mało wyrzu­tów wobec sie­bie, ale nie dała poznać po sobie roz­go­ry­cze­nia i w następ­nych mie­sią­cach stale zacho­wy­wała się w sto­sunku do niego uprzej­mie i pomoc­nie. Ba, żywiła go i robiła mu pra­nie, pro­wa­dziła księgi stocz­niowe, wysta­wiała rachunki, zała­twiała kore­spon­den­cję i wypłatę wyna­gro­dzeń, zdo­by­wała zamó­wie­nia i bez­u­stan­nie zabie­gała o pozy­ski­wa­nie przy­ja­ciół i mece­na­sów dla stoczni For­ste­rów. Czy Paweł sądzi, że arma­tor Jan Jon­kers dał jej zle­ce­nie na dwu­masz­towy bryg, bo jest takim admi­ra­to­rem kunsztu cie­siel­skiego Pawła For­stera? By­naj­mniej, Jon­kers buduje statki w ich stoczni, ponie­waż był dobrym przy­ja­cie­lem jej ojca, a Johanna umie mądrze wyko­rzy­stać jego sym­pa­tię do niej.

Żadna żona lepiej by nie wspie­rała Pawła niż ona, która czyni to wszystko z czy­stej przy­jaźni i życz­li­wo­ści, cho­ciaż on szorstko ode­pchnął jej wycią­gniętą dłoń. I co? Czy jej wiel­ko­dusz­ność została nagro­dzona? Czy Paweł w końcu się opa­mię­tał i porzu­cił tę żało­sną prze­korę? O nie, nic z tego, ten uparty osioł w ogóle nie myśli o ponow­nych oświad­czy­nach, które z całą pew­no­ścią by przy­jęła. Zamiast tego napawa się jej uczyn­no­ścią, pozwala się obsłu­gi­wać, roz­piesz­czać i naj­wy­raź­niej bar­dzo mu się podoba takie trzy­ma­nie jej w nie­pew­no­ści. Czyżby nie wie­dział, że ludzie już o nich gadają? Johanna nie jest głu­cha, dobrze sły­szała obe­lżywe szepty w salo­nie Augu­sty, ale w zasa­dzie nie może mieć pre­ten­sji do plot­ka­rzy, bo to, o czym tak zaja­dle jazgo­czą, samo się nasuwa.

Prawda, pró­bo­wała zbli­żyć się do celu, wyko­rzy­stu­jąc swój kobiecy urok. Ale szybko oka­zało się, że to bar­dzo nie­bez­pieczne zaję­cie. Paweł jej się bowiem podoba. Nawet bar­dzo, tak bar­dzo, że musi uwa­żać, by nie zaplą­tać się we wła­sne sieci. Nie umie sobie przy­po­mnieć, od któ­rego momentu zaczęła odczu­wać to drę­czące pożą­da­nie. Może poja­wiło się już na samym początku, ale że czule i szcze­rze kochała swo­jego Ber­tholda, to nie chciała dopusz­czać do sie­bie takich uczuć wobec jego syna. A po śmierci męża była zbyt nie­szczę­śliwa, by myśleć o innym. Nie, naprawdę wszystko się zaczęło, kiedy Paweł był w Pol­sce, a ona bała się o jego życie. Wtedy bar­dzo wyraź­nie poczuła, jak bli­ski jest on jej sercu i jak bar­dzo pra­gnie tulić go w ramio­nach.

Och, świet­nie wie, że on także jej pra­gnie. Może sobie uda­wać obo­jęt­nego, ale oczy, mimika, całe jego zacho­wa­nie go zdra­dza. Łatwo go podraż­nić, star­czy słówko, spoj­rze­nie, ruch i już czuje, jak bar­dzo go poru­szyła. Przez chwilę naprawdę miała nadzieję, że zdo­bę­dzie go w ten spo­sób. Ale oparł się wszyst­kim jej ata­kom, a ona nie jest gotowa pójść o krok dalej i bez skrę­po­wa­nia mu się oświad­czyć. Duma jej tego wzbra­nia.

Posta­no­wiła więc, że nie będzie dalej szła tą drogą, i w dobrej wie­rze przed­sta­wiła Paw­łowi roz­sądną i wysoce korzystną dla nich obojga pro­po­zy­cję. I co na to usły­szała?

– Ty chyba nie myślisz poważ­nie, że zro­bię kobietę kie­row­ni­kiem swo­jej stoczni? W życiu nie sły­sza­łem cze­goś śmiesz­niej­szego. Ale to do cie­bie pasuje, od razu widać dobrze uro­dzoną córeczkę patry­cju­szy; wszystko, o czym umiesz myśleć, to pie­nią­dze i inte­resy!

Puścił przy tym jej dło­nie, które wcze­śniej ujął, i dosłow­nie ode­pchnął ją od sie­bie. Nasta­wiła się wpraw­dzie na to, że Paweł może mieć pewne zastrze­że­nia, i długo się zasta­na­wiała, w któ­rych punk­tach może ustą­pić, by udało im się osią­gnąć racjo­nalne poro­zu­mie­nie. Ale nie spo­dzie­wała się, że z miej­sca wybuch­nie on takim gnie­wem. Nie­stety, jej rów­nież wtedy puściły hamulce.

– Czy ty może uwa­żasz, że Bar­bara i ja możemy żyć powie­trzem i bla­skiem słońca? – odpa­ro­wała. – A pamię­tasz, że mój dom jest obcią­żony hipo­teką, którą Ber­thold usta­no­wił, byśmy mogli zało­żyć stocz­nię?

– Spłacę ten kre­dyt, to nie twoje zmar­twie­nie! – wrza­snął roz­ju­szony Paweł i zmiął mate­ria­łową ser­wetkę, by ją cisnąć na stół.

– Nie tylko o to cho­dzi! Pra­cuję dla cie­bie i naszej stoczni i dla­tego mam prawo do wyna­gro­dze­nia! Albo do udziału w przy­cho­dach.

Wpa­trzył się w nią wtedy takim wzro­kiem, jakby miał się zaraz na nią rzu­cić. Ale po chwili się opa­no­wał, a jego głos zabrzmiał zimno i bez­na­mięt­nie.

– W porządku – odparł. – Pro­wa­dzisz księgi i zała­twiasz wszel­kie papiery, nie zle­ca­łem ci tego, wręcz prze­ciw­nie. Sama na to nale­ga­łaś, a ja w końcu ule­głem. Ale niech ci będzie. Od tej chwili należą ci się za tę pracę przy­chody z udzia­łów w statku, co prze­for­so­wa­łaś wbrew mojej woli. A za pomiesz­cze­nie, z któ­rego od czasu do czasu korzy­stam, by przy­go­to­wy­wać pro­jekty stat­ków, będę ci pła­cił czynsz. Jesteś teraz zado­wo­lona?

Oferta jest śmieszna, bo jej praca dla stoczni jest o wiele wię­cej warta. Chwi­lowo mają tylko jeden udział, czyli ów w „Annie Marii”, która po pierw­szym nie­uda­nym wodo­wa­niu prze­mie­rza już dziś Bał­tyk i oka­zała się wspa­nia­łym sta­tecz­kiem. Do tej pory Jon­kers wypła­cił im jed­nak dopiero dwa razy część zysków z rej­sów han­dlo­wych i nie były one wyso­kie. Ale tak czy owak, należy się spo­dzie­wać dal­szych płat­no­ści, a ona już się zatrosz­czy o to, by stocz­nia nabyła udziały rów­nież w innych stat­kach. To wró­bel w gar­ści. Ale na razie musi się tym zado­wo­lić, ponie­waż nie dosta­nie gołę­bia na dachu.

– Wobec tego chcę, byśmy spi­sali to poro­zu­mie­nie – zażą­dała Johanna, ponow­nie powo­du­jąc wybuch Paw­ło­wego gniewu.

– Zna­czy nie ufasz mi? – wrza­snął na nią.

– Ależ skąd, ufam. Ale niech ci się coś przy­da­rzy, to zostanę z pustymi rękami.

Paweł wymam­ro­tał jakieś prze­kleń­stwo, po czym sztucz­nie się roze­śmiał.

– Dla­tego więc się mar­twisz, moja piękna maco­cho, że może mnie pio­run tra­fić albo utonę w Motła­wie? Bez obaw, nie zamie­rzam lek­ko­myśl­nie ryzy­ko­wać życia.

– Moja tro­ska o cie­bie nie ma z tym nic wspól­nego – oświad­czyła Johanna. Ale wyśmiał ją tylko i wstał, by wró­cić na swoją kwa­terę.

– Przy­go­tuj pismo, dokład­nie je prze­czy­tam i jeśli będzie w porządku, to je pod­pi­szę. Dobra­noc!

Następ­nie zatrza­snął drzwi za sobą i hała­śli­wie zbiegł po scho­dach. Johanna stała w pokoju na górze i sły­szała, jak jesz­cze zamie­nił parę słów ze starą Bar­barą, która wyszła z kuchni. A potem chło­pak wybiegł na ulicę i odda­lił się zama­szy­stym kro­kiem.

– Ach, łaskawa pani – wes­tchnęła Bar­bara, gdy chwilę póź­niej weszła do pokoju. – Co pani naj­lep­szego naro­biła. On teraz jest wście­kły, a prze­cież panią kocha!

– Bar­baro, nie opo­wia­daj bzdur! – zawo­łała gniew­nie dziew­czyna. – Gdyby mnie naprawdę kochał, to by dziś popro­sił o moją rękę.

– Zaciął się – odparła smutno Bar­bara. – Ale to dobry chło­pak, ten mój Paweł. Opa­mięta się.

Oczy­wi­ście, Bar­bara ubó­stwia swo­jego Pawła, któ­rego wycho­wała i w któ­rym nie dostrzega naj­mniej­szej wady. Nic dziw­nego, że z mło­dego For­stera taki uparty osioł – w końcu mama i jej słu­żąca Bar­bara od dziecka go bez­gra­nicz­nie roz­piesz­czały. Jedy­nie ojciec, jej kochany Ber­thold, potra­fił oka­zać synowi suro­wość, ale on też kochał jedy­naka ponad wszystko i przy­pusz­czal­nie daro­wał mu nie­jedną psotę. No i teraz widzimy, co z tego wyszło.

Jesz­cze tego samego wie­czoru Johanna sia­dła do biurka i spo­rzą­dziła oświad­cze­nie, że przy­chody z nale­żą­cych do stoczni For­ste­rów udzia­łów w stat­kach od dzi­siaj przy­pa­dają jej, Johan­nie For­ster, wdo­wie po szkut­niku Ber­thol­dzie For­sterze. Doty­czy to zarówno obec­nych, jak i przy­szłych wpły­wów z kolej­nych udzia­łów. Spi­sała rów­nież umowę odno­śnie do obie­ca­nego czyn­szu, który ma być pła­cony co mie­siąc, przy czym zosta­wiła wolne pole na wpi­sa­nie kwoty. Niech sam ustali wyso­kość opłaty, ona nie ma ochoty kłó­cić się z nim o takie głup­stwa.

Nie­dziela minęła, a Paweł nie poja­wił się na Raj­skiej. Johanny by­naj­mniej to nie dziwi, ale stara Bar­bara naj­wy­raź­niej liczyła na to, że się pogo­dzą, i jest roz­cza­ro­wana jego nie­obec­no­ścią.

– Prze­cież dziś rano widzia­łam go w kościele! – lamen­tuje sta­ruszka. – Uśmiech­nął się do mnie, a potem przy wyj­ściu wziął mnie czule za rękę, a ja go popro­si­łam, żeby przy­szedł na obiad.

Bar­bara jest kato­liczką, podob­nie jak była nią matka Pawła, Polka, która obsta­wała przy kato­lic­kim wycho­wa­niu syna. Ten jed­nak, czego Johanna jest pewna, nie jest prze­sad­nie pobożny. Cud, że aku­rat w tę nie­dzielę był na mszy. Obfity obiad, który Bar­bara przy­szy­ko­wała dla swo­jego kocha­nego Pawełka, znaj­duje wszakże wdzięcz­nego kon­su­menta, ponie­waż na Raj­skiej poja­wia się nie­ocze­ki­wa­nie Ernst, brat Johanny, i nie odma­wia, gdy zapra­szają go na obiad.

– Ach, jak to miło z two­jej strony, Haneczko – wzdy­cha i kła­dzie sobie trzy pla­stry pie­czeni woło­wej na tale­rzu. – Wiesz, na Dłu­giej chwi­lami nie da się wytrzy­mać. Teo­dor jest w jesz­cze gor­szym humo­rze niż zwy­kle i od świtu do nocy obar­cza mnie naj­prze­róż­niej­szymi zada­niami, żebym tylko nie miał ani chwili na pisa­nie powie­ści. A Luiza od kilku dni znowu ma napady histe­rii, wrzesz­czy nagle bez powodu, a potem dostaje migreny. Czemu jej zda­niem winna jest przede wszyst­kim służba, ale i ja, i Teo­dor.

– Ach, ty bie­daku – uśmie­cha się Johanna. – W zasa­dzie myśla­łam, że Luiza się pozbie­rała, odkąd Danuta znik­nęła z Gdań­ska. Wiesz prze­cież, że to nie jest moja ser­deczna przy­ja­ciółka, ale trzeba jej oddać, że bycie żoną naszego brata to dopust boży.

– Nie musiała prze­cież za niego wycho­dzić. – Ernst wzru­sza ramio­nami. – Zarę­czyny można zerwać. A wła­śnie, zauwa­ży­łaś na ostat­nim spo­tka­niu salonu, jak nie­wiele uwagi Anna Maria Jon­kers poświę­cała swo­jemu narze­czo­nemu? Trak­to­wała go wprost chłodno, mało nie obra­ziła…

Johanna może przy­tak­nąć. Ale dok­tor Rie­chert też nie­zbyt się trosz­czył o narze­czoną.

– Ten cwany mani­pu­la­tor był nadto zajęty umi­zgami do róż­nych pań, żeby nie­po­strze­że­nie wypy­tać je o naj­róż­niej­sze rze­czy, które mogą mu się przy­dać – odpo­wiada pogar­dli­wie.

Na to Ernst kiwa głową i prze­żuwa jedze­nie z wypcha­nymi policz­kami. Johanna docho­dzi do wnio­sku, że Luiza nie bez powodu jest taka chuda, naj­wy­raź­niej oszczę­dza na jedze­niu, a pie­nią­dze z domo­wego budżetu lokuje w kosz­tow­nych sza­tach, ponie­waż sądzi, że tego wymaga jej pozy­cja jako mał­żonki Teo­dora Berenda. Od Augu­sty wie, że zapra­szani na Długą goście prze­waż­nie wra­cają do domu głodni, gdyż potrawy ofe­ro­wane są w zbyt skąpo obli­czo­nych por­cjach. Anna Erne­styna Gebauer musiała się wręcz zado­wo­lić na deser połówką pie­czo­nego jabłka.

– Prze­wi­duję, że te zarę­czyny potrwają jesz­cze co naj­wy­żej dwa tygo­dnie – obwiesz­cza Ernst ze zło­śliwą satys­fak­cją i prze­pija do Johanny. – Potem Anna Maria da mu krzy­żyk na drogę i poszuka sobie następ­nej ofiary.

– Cał­kiem moż­liwe – godzi się Johanna. – Jed­nak z Rie­cher­tem nie pój­dzie jej tak łatwo jak z jego poprzed­ni­kami. Nie wie­rzę, że on tak po pro­stu zre­zy­gnuje z per­spek­tywy zosta­nia zię­ciem i spad­ko­biercą Jon­kersa.

– No a co może zro­bić, jeśli ona zerwie zarę­czyny?

Johanna też tego nie wie, ale jest nie­mal pewna, że Rie­chert przed­się­wziął jakieś środki na tę oko­licz­ność. W końcu wie­dział o nie­sta­ło­ści Anny Marii, nim się z nią zarę­czył.

– Przy­pusz­czal­nie jest nim roz­cza­ro­wana, bo nie kupił jej domu na Frau­en­gasse, na Mariac­kiej. Wyobraź sobie, Haneczko, że chciał go wyłu­dzić od naszego brata w bar­dzo pod­stępny spo­sób. Ale nie z nim takie zabawy, Teo­dor z miej­sca go przej­rzał i napro­sto­wał sytu­ację…

Kamie­nica na Mariac­kiej to dla Johanny draż­liwy temat, Ernst rów­nież hamuje gniew, gdy mówi o pięk­nym, bogato zdo­bio­nym domu patry­cju­szy, który kie­dyś nale­żał do ich dziad­ków. W dyk­to­wa­nym przez ojca na łożu śmierci testa­men­cie przy­padł on Johan­nie, ojciec nie zapo­mniał też o naj­młod­szym synu, zapi­su­jąc mu dwie par­cele w Nowym Por­cie. Smutny to fakt, ale Teo­dor, który jako naj­star­szy syn był spad­ko­biercą firmy han­dlo­wej, oszu­kań­czo pozba­wił młod­sze rodzeń­stwo udzia­łów w spu­ściź­nie. Wielki maga­zyn, który kazał posta­wić w Nowym Por­cie, stoi na ziemi należ­nej wła­ści­wie Ern­stowi, w domu zaś na Mariac­kiej Teo­dor ulo­ko­wał w końcu swoją kochankę Danutę i ich wspól­nego syna Chri­stiana.

– Na­dal stoi pusty – rela­cjo­nuje gniew­nie Ernst. – Odkąd Danuta pry­snęła z Chri­stia­nem, Teo­dor niczego nie zmie­nił. Okien­nice na górze są zamknięte, a w ofi­cy­nie roz­go­ściła się rodzina kupca Bröskego, który ma tam sklep na dole. Smutny to widok, kiedy czło­wiek tam­tędy prze­cho­dzi.

W jej obec­nej sytu­acji Johannę podwój­nie zło­ści, że Teo­dor tak podle i pod­stęp­nie pozba­wił ją spadku. Gdyby mogła wynaj­mo­wać tę piękną nie­ru­cho­mość i uzy­ski­wać z niej dochód, nie potrze­bo­wa­łaby bła­gać Pawła o zapłatę za swoją pracę. Mia­łaby wła­sny mają­tek, mogłaby nawet pro­wa­dzić han­del, kupo­wać i sprze­da­wać towary, a w domu na Mariac­kiej urzą­dzić kan­tor. Dla­czego by nie? Han­del to osobna dzie­dzina, cho­dzi w niej o zaufa­nie i dobre inte­resy. Uścisk dłoni tytu­łem zawar­cia umowy jest wię­cej wart niż długi kon­trakt. Było już parę kobiet, które spraw­dziły się w han­dlu dale­ko­sięż­nym, a Johanna jest pewna, że ona rów­nież odnio­słaby suk­ces.

Po posiłku rodzeń­stwo prze­nosi się do małego pokoju, który swego czasu Ber­thold urzą­dził dla żony. Ernst siada przy sekre­ta­rzyku i zabiera się do pracy nad ostat­nimi roz­dzia­łami powie­ści. Dla sio­stry zabrał stos zapi­sa­nych stro­nic, na które ta ma „rzu­cić okiem i wypo­wie­dzieć swoje zda­nie”. Johanna jak zawsze czyni to z kry­tyczną miną i skre­śla to, co się jej nie podoba, jed­nak czy chce tego, czy nie, wyobraź­nia pod­suwa jej roz­ma­ite obrazy pod­czas lek­tury. Dziew­czyna bie­rze czy­stą kartkę papieru i rysuje parę drob­nych szki­ców. Przez kilka szczę­śli­wych godzin brat z sio­strą sie­dzą obok sie­bie, pogrą­żeni we wspól­nych zaję­ciach, tak jak to było kie­dyś, kiedy rodzice jesz­cze żyli, a ich świat jesz­cze się nie roz­pękł.

– Gdy­byż tak mogło być zawsze – wzdy­cha Ernst przy poże­gna­niu, czule obej­mu­jąc Johannę. – Wpraw­dzie jesteś dla mnie surowa, Haneczko, no ale bar­dzo czę­sto masz rację, a twoje rysunki są prze­uro­cze, sto razy bar­dziej mi się podo­bają niż kary­ka­tury Anny Marii.

Oczy­wi­ście tego wie­czoru Paweł nie poja­wia się na Raj­skiej – Johanna zresztą nawet tego nie zakła­dała. Ale nie przy­cho­dzi też następ­nego dnia, cho­ciaż prze­cież ma zwy­czaj wcze­snym ran­kiem pra­co­wać chwilę nad swo­imi pro­jek­tami, nim uda się na Sienną Gro­blę. Bar­bara mar­twi się więc o zdro­wie Pawła, za to Johanna ćwi­czy się w cier­pli­wo­ści. Oczy­wi­ście nie spie­szy mu się, jest wście­kły na nią i nie ma ochoty pod­pi­sać przy­go­to­wa­nego doku­mentu. Ale w końcu przyj­dzie, uparta bestia, w końcu musi skoń­czyć rysunki.

Paweł wyka­zuje się jed­nak więk­szą zawzię­to­ścią, niż przy­pusz­czała. Przez cały tydzień omija Raj­ską. Dopiero w pią­tek jedna z kobiet, które gotują w stoczni, zja­wia się przed Johanną i oświad­cza:

– Maj­ster For­ster kazał prze­ka­zać, że w naj­bliż­szym cza­sie nie będzie mógł przyjść popra­co­wać nad pro­jek­tami.

Kobieta stoi na sze­roko roz­sta­wio­nych nogach, pod­parła się ręką pod bokiem i spo­gląda na nią wyzy­wa­jąco.

– A powie­dział też, z jakiego powodu? – pyta Johanna.

Zło­śliwy uśmiech roz­lewa się sze­roko na twa­rzy kucharki. Widać jasno, że uważa, iż maj­ster i jego maco­cha mają romans, który wła­śnie prze­żywa trud­no­ści.

– Z takiego, że ma za dużo pracy. Dla­tego – odpo­wiada krótko, odwraca się i odcho­dzi.

– To prze­cież dobrze, że w stoczni jest sporo do roboty – stwier­dza z waha­niem Bar­bara, która sły­szała roz­mowę. – I jak to miło ze strony Pawła, że prze­pra­sza za nie­obec­ność, prawda?

Johanna mil­czy i wście­kła potrząsa głową. Ale idzie na górę do swo­jego pokoju, gdzie prze­cho­wuje księgi stoczni oraz gotówkę, otwiera kasę i wyj­muje kwotę, któ­rej pobra­nie sumien­nie kwi­tuje: udział w statku, prze­ka­zany przez Jon­kersa dwa tygo­dnie temu. Paweł sam powie­dział, że jej się on należy, a poza tym pil­nie potrze­buje pie­nię­dzy, ponie­waż musi zapła­cić podatki, kupić na targu pro­dukty spo­żyw­cze, koń­czą się świece, atra­ment i papier, a jeśli teraz nie kupi węgla na zimę, to będzie musiała póź­niej pła­cić podwójną cenę.

Na prędką wizytę Pawła na Raj­skiej nie ma co liczyć, więc posta­na­wia odwie­dzić przy­ja­ciółkę, Augu­stę von Kle­iwitz, ot tak, dla roz­rywki. Augu­sta od początku szcze­rze polu­biła Johannę i wier­nie stała u jej boku rów­nież w cięż­kich cza­sach, nie bacząc na swoją repu­ta­cję. Za co Johanna ogrom­nie ją sza­nuje. Przede wszyst­kim jed­nak Augu­sta jest bar­dzo przy­wią­zana do brata Johanny, Ern­sta, i w miarę sił wspiera jego lite­rac­kie ambi­cje. Na co może sobie pozwo­lić, ponie­waż pocho­dzi ona z zamoż­nej rodziny, która posiada liczne dobra w Bran­den­bur­gii, należą do niej także roz­ma­ite nie­ru­cho­mo­ści w sto­licy Prus, Ber­li­nie. Do Augu­sty należy nie­mała część pły­ną­cych stam­tąd przy­cho­dów, którą to sumę brat jej prze­ka­zuje co pół roku. Tak, Augu­sta może się uwa­żać za nie­zwy­kle szczę­śliwą, jest finan­sowo nie­za­leżna i zabez­pie­czona, ma kocha­ją­cego męża, który nosi ją na rękach, a od pół roku wresz­cie jest matką. Synek poja­wił się dopiero po dzie­się­ciu latach mał­żeń­stwa Augu­sty i Klausa von Kle­iwitzów, któ­rzy już pogo­dzili się z myślą, że pozo­staną bez­dzietni. Tym więk­sze jest teraz ich szczę­ście, a ile­kroć Johanna odwie­dza Augu­stę, musi nale­ży­cie podzi­wiać małego Wil­helma i wysłu­chi­wać opo­wie­ści stro­ska­nej matki o kol­kach, napa­dach pła­czu, peł­nych pie­lusz­kach i bło­go­sła­wień­stwie her­batki z kopru wło­skiego w razie paskud­nych wzdęć. Johan­nie to jed­nak nie prze­szka­dza, bo kocha tego szkraba, który zresztą wcale nie jest ślicz­nym dziec­kiem, a mimo to w jakiś spo­sób pod­bił jej serce.

– Haneczka! – woła z wyrzu­tem Augu­sta, kiedy przy­ja­ciółka wcho­dzi do pokoju. – Naprawdę jestem na cie­bie zła! Od ponad tygo­dnia się u mnie nie poja­wiasz. Już myśla­łam, że cię jakoś obra­zi­łam, i wypy­ty­wa­łam two­jego dro­giego brata, ale on powie­dział tylko, że masz mnó­stwo pracy przy księ­gach, które pro­wa­dzisz dla stoczni swo­jego pasierba…

– I miał cał­ko­witą rację – przy­znaje Johanna. – Nie­długo trzeba wypła­cić pobory, wszystko musi być w porządku…

– Tere-fere! – wykrzy­kuje Augu­sta i bie­gnie do niej, by ją uści­skać. – Jeśli Paweł płaci wyna­gro­dze­nia swoim pra­cow­ni­kom, to niech sam je łaska­wie obli­czy albo zatrudni kogoś do tego. Ni­gdy nie zro­zu­miem, dla­czego mar­nu­jesz czas na takie przy­sługi, zamiast mnie odwie­dzić. A czy ty w ogóle wiesz, że Wiluś ma już dwa ząbki? A trzeci zaraz się wyrżnie. Ach, biedne maleń­stwo, co noc pła­cze z bólu, a buźkę ma całą czer­woną…

Fak­tycz­nie, i teraz do kobiet dociera prze­raź­liwy wrzask. Johanna podąża za prze­jętą przy­ja­ciółką do pokoju dzie­cię­cego. Tam niańka usi­łuje nakar­mić malu­cha posło­dzoną kaszką manną, ale Wiluś tak ener­gicz­nie macha rącz­kami i nóż­kami, że trudno jej wło­żyć pełną łyżkę do sze­roko otwar­tych ust chłop­czyka.

– No i co pani wyra­bia? – krzy­czy Augu­sta. – Chce pani zagło­dzić to dziecko? Dla­czego nie karmi go pani pier­sią?

– Jak ja mam go kar­mić, jaśnie pani? Prze­cież on mi gry­zie pierś do krwi…

– Ach, na Boga! – obu­rza się Augu­sta. – On ma tylko dwa malut­kie, słod­kie ząbki, pro­szę nie prze­sa­dzać!

Johanna bie­rze malu­cha na ręce i zanosi go do salonu. Wiluś nie ma nic prze­ciwko, kocha Johannę ponad wszystko i cały aż pro­mie­nieje na jej widok.

– Pro­szę mi tu przy­nieść kaszkę, nakar­mię go!

Na kola­nach Johanny mały z zado­wo­le­niem ciamka swój posi­łek, a Augu­sta jest tak zachwy­cona, że nie obcho­dzi jej, iż od czasu do czasu kleks kaszki tra­fia na czer­wony aksa­mit sofy. Johanna chy­trze wło­żyła roz­złosz­czo­nemu chłopcu w piąstkę łyżeczkę do her­baty, wywija nią teraz dum­nie na lewo i prawo, a przy oka­zji bez pro­te­stów pozwala się kar­mić.

– Widzisz? Chciał dostać łyżeczkę. Jak tak dalej pój­dzie, wkrótce sam będzie jadł!

– Ach, Haneczko! Jak mi cie­bie bra­ko­wało! To już piąta niańka, ale jest tak samo bez­na­dziejna jak jej poprzed­niczki. Mój Boże, jak on otwiera dzio­bek! Moje sło­neczko umar­łoby z głodu przy tej głu­piej kobie­cie!

Gdy Wiluś syty i zado­wo­lony sie­dzi w obję­ciach mamy, ta bez zwłoki może przejść do innego ulu­bio­nego tematu.

– Moja kochana Haneczko, musisz wresz­cie pomy­śleć o przy­szło­ści. Wiem, że dom, który zosta­wił ci mąż, jest obcią­żony hipo­teką i że nie masz żad­nych docho­dów. Dla­tego bar­dzo mnie dziwi, że tak roz­piesz­czasz swo­jego pasierba, przyj­mu­jesz w swoim domu i w ten spo­sób dajesz asumpt do głu­pich plo­tek, jakie krążą po Gdań­sku!

– Nie myślisz chyba poważ­nie, że mię­dzy mną a Paw­łem… – unosi się Johanna.

– Ależ oczy­wi­ście, że nie, Haneczko! – upew­nia ją żar­li­wie Augu­sta. – To zresztą byłoby strasz­nie głu­pie z two­jej strony, bo po tym rze­mieśl­niku nie ma się czego spo­dzie­wać, jeśli cho­dzi o twoją przy­szłość. Ale wkrótce minie rok żałoby po odej­ściu do domu Pana two­jego kocha­nego Ber­tholda, któ­rego szcze­rze ceni­łam, i dla­tego powin­naś naprawdę poważ­nie rozej­rzeć się za dobrą par­tią…

Johanna wzdy­cha. To stara śpiewka – Augu­sta stara się jej zna­leźć odpo­wied­niego męża. Znowu wycią­gnęła listę, spi­saną kie­dyś w tym celu, wykre­śliła parę nazwisk, za to dorzu­ciła kilka innych.

– Na szczę­ście regu­lar­nie uczęsz­czasz na spo­tka­nia mojego salonu, i to bar­dzo dobrze, ponie­waż odwie­dzają mnie różni kul­tu­ralni pano­wie, któ­rzy żyją na przy­zwo­itej sto­pie, ale jesz­cze są nie­żo­naci. To byłby przede wszyst­kim mój drogi przy­ja­ciel, dok­tor Johan­nes Mager, któ­rego prze­cież świet­nie znasz, uczest­ni­czy­łaś nawet w spo­tka­niu Ligi Pol­skiej, które odbyło się w jego miesz­ka­niu… Chcia­ła­bym też koniecz­nie zwró­cić twoją uwagę na dok­tora Stern­berga, który pro­wa­dzi dobrze pro­spe­ru­jącą prak­tykę, a w marcu nie­ocze­ki­wa­nie został wdow­cem. No i na Petera Lan­glaua, ma piękną księ­gar­nię na Hin­ter­gasse, na Za Murami, i jest czło­wie­kiem ogrom­nej wie­dzy…

– Nie­stety strasz­li­wie sepleni i ma szpo­tawą stopę…

– Mój Boże, no ma. Ale w two­jej sytu­acji, Haneczko, nie możesz być wybredna. Nada­wałby się jesz­cze poczciwy Artur Hem­pel, który cią­gle mi znosi swoje wier­sze… Ach tak, muszę ci dać jesz­cze naj­now­sze egzem­pla­rze „Pochodni Lite­rac­kiej”, które wła­śnie przy­nie­siono z dru­karni! O mały włos bym zapo­mniała… A jak już je weź­miesz, to może byś zanio­sła parę nume­rów do księ­garni Petera Lan­glaua, co? I może wstą­pi­ła­byś też do dok­tora Magera?

– Nie, Augu­sto, naprawdę nie. Zabiorę tylko egzem­pla­rze dla biblio­teki i kółek czy­tel­ni­czych – pro­te­stuje ener­gicz­nie Johanna.