Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Wielka gdańska saga trwa!
Ciemne chmury zbierają się nad Gdańskiem i losem Johanny. Odważna młoda kobieta walczy o przetrwanie stoczni… i o sekretną miłość.
Johanna jest szczęśliwa. Budowa nowej stoczni Forsterów przebiega zgodnie z planem. Jej mąż, Berthold, i jego syn z pierwszego małżeństwa, Paweł, z zapałem pracują nad pierwszym statkiem, który wkrótce zostanie zwodowany. Johanna również coraz aktywniej pragnie angażować się w działalność stoczni. Berthold i Paweł doceniają jej proaktywne podejście, ale – ku jej niezadowoleniu – jako kobieta wciąż ma niewiele do powiedzenia. Dodatkowo Paweł jej unika. Nie może zapomnieć o tym, co wydarzyło się podczas pożaru magazynu.
Tymczasem brat Johanny, Teodor, nie ustaje w intrygach. Zazdrosny o jej sukces, stawia coraz to nowe przeszkody, by zaszkodzić jej i stoczni. Kiedy podczas uroczystego chrztu pierwszego statku wybucha skandal, na próbę zostaje wystawiona nie tylko reputacja nowego przedsiębiorstwa, ale również małżeństwo Johanny…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 610
Tytuł oryginału: Danzig. Zeiten des Sturms
Copyright © 2024 by Hilke Sellnick Copyright © 2024 by Penguin Verlag a division of Penguin Random House Verlagsgruppe GmbH, München, Germany Copyright © 2026 for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca Copyright © for the Polish translation by Ewa Kochanowska
All rights reserved
Redakcja: Katarzyna Dziedzicka Korekta: Ewa Skibińska, Beata Wójcik Projekt okładki i stron tytułowych: Magdalena Zawadzka Zdjęcia na okładce: © Natasza Fiedotjew/Trevillion Images, Private Collection © Galerie Bilderwelt/Bridgeman Images Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.
Wydanie pierwsze Warszawa 2026 ISBN 9788383828299
Ma mocny sen, więc budzi się dopiero, gdy Luiza szarpie go za ramię. Trudno zrozumieć, co ona tam szepce, bo jej słowa giną wśród jęków i stękania.
– Co znowu? – mruczy półprzytomny.
Nagle trzeźwieje i już wie, co się dzieje. Dziecko! Ona rodzi dziecko. Ogarnięty panicznym strachem wyskakuje z łóżka i boso biegnie przez korytarz.
– Traude! Pani Döppel! – krzyczy ochryple.
W pokojach służby na poddaszu starej gdańskiej hanzeatyckiej kamienicy panuje martwa cisza; gdy trzeba sprowadzić akuszerkę w środku nocy, służący robią się przygłusi. Zwłaszcza że wszędzie leży śnieg i oddech zamarza na lutowym mrozie.
Pan domu w furii łomocze w drzwi, za którymi śpi jego brat Ernst.
– Wstawaj! Luiza rodzi! No już, zbieraj się!
Z małżeńskiej sypialni dobiegają głośne jęki Luizy. To go napawa strachem. Żona ledwie przeżyła kilka poronień i w zasadzie – jak ostrzegał lekarz – kolejna ciąża to dla niej śmiertelne zagrożenie. No ale zdarzyło się, a Bóg zrządził, że tym razem donosiła dziecko. Tylko czy przeżyje poród? Luiza jest delikatnej konstytucji, silne krwotoki przy poronieniach za każdym razem doprowadzały ją na skraj śmierci.
Młodszy brat najwyraźniej nie spieszy się ze wstawaniem. Teodor niecierpliwie łapie lampkę nocną ze stojącej na korytarzu komody, otwiera z rozmachem drzwi do sypialni Ernsta i świeci do wnętrza. No oczywiście – na stole leżą zapisane arkusze, obok stoi wypalona świeca. Znowu przez pół nocy pisał te swoje bezużyteczne traktaty. Ernst uważa się za wielkiego literata – cóż za nonsens!
– Nie słyszałeś? Ubieraj się i ściągnij tu akuszerkę!
– A czemu ja? – Zza zasłon przy łóżku dobiega zaspane burczenie. – Czy to może moje dziecko?
Teodora ogarnia wściekłość. Ernst ostatnio pozwala sobie na impertynencje, na które wcześniej wobec starszego brata nigdy by się nie ośmielił. Wygląda na to, że zaręczyny z bogatą córką armatora Anną Marią Jonkers uderzyły mu do głowy, w końcu panna wnosi w wianie korzystne kontakty handlowe z przedsiębiorstwem żeglugowym swojego ojca.
– Mam cię popędzić? – ryczy Teodor i groźnie zbliża się do łóżka. Nie odczuwa skrupułów przed zdarciem kołdry z młodszego brata i wyciągnięciem go za łeb z piernatów.
– Ja pójdę, jaśnie panie! – rozlega się za nim czyjś głos.
W korytarzu rozbłyska światło, ale przyodziana w nocny strój postać nie jest ani gospodynią, ani Traude. To Danuta, owinięta wełnianą chustą.
– Nie! – oświadcza Teodor. – Ty nie.
Jeszcze tego brakuje, żeby akurat Danuta błąkała się po mieście w ciemną i zimną noc, niech no jeszcze ktoś ją napadnie. Niech Traude albo pani Döppel odmrażają sobie nogi. Niech Ernstowi odpadną uszy na mrozie. Danuta była przez pewien czas służącą w tym domu, ale teraz jest matką jego ukochanego syneczka Christiana, włos jej z głowy spaść nie może.
– Ależ, jaśnie panie, pańskiej żonie potrzebna jest akuszerka! – lamentuje Danuta. – Pani jest taka delikatna, a poród wyssie z niej wszystkie siły…
W tym momencie słychać, jak Ernst, klnąc, wstaje z łóżka i zrywa z głowy szlafmycę, która w nocy chroni jego artystyczny lok przed rozczochraniem.
– Precz z mojego pokoju! – pomstuje. – Ubieram się. Danuto, przyszykuj mi futro Teodora! I ocieplane buty z cholewami!
– No wreszcie! – kwituje Teodor z zadowoleniem.
Rusza schodami na poddasze, żeby pogonić obie służące. Wstawać, pozapalać lampy. Napalić w sypialni. Podgrzać wodę. Przyszykować posiłek dla tej nienażartej akuszerki. Zaparzyć herbatę. Czekać w gotowości.
– Do diabła ciężkiego! Ruszcie kulasy, jak chcecie tu jeszcze pracować!
Kobiety są już ubrane. Oczywiście, że słyszały jego wołanie przed chwilą, ale obie chytruski wolały zaczekać w nadziei, że nie wyśle ich na ten ziąb.
– Do usług, jaśnie panie – mamroce skwapliwie gospodyni, dygając. – Musiałam tylko włożyć suknię, nie mogę przecież stawić się przed jaśnie panem w koszuli…
Döppelowa jest niska i przysadzista, no i brzydka jak noc; jej widok w koszuli nocnej raczej nie byłby przyjemny. Pokojówka, chuda jak szczapa i płaska jak deska Traude, też nie jest pięknością. Teodor odsyła ją do Luizy, a gospodyni zabiera się w kuchni do roboty.
On sam na razie nie wchodzi do małżeńskiej sypialni. Nic tam po nim, porody i tym podobne sprawy to rzecz kobiet, tajemnicze procesy, pełne mrocznych i przerażających szczegółów, o których mężczyzna nie musi się dowiadywać. Czeka na korytarzu, póki Traude do niego nie wyjdzie.
– I co? – pyta.
– Ma bóle porodowe, jaśnie panie…
– Tyle sam wiem. Coś poza tym?
– To jeszcze dobrą chwilę potrwa. Będziemy wiedzieć więcej, jak przyjdzie akuszerka.
– Zajmij się nią!
– Oczywiście, jaśnie panie.
Teodor stoi jeszcze przez moment w korytarzu, nasłuchując. Gdy znowu dobiegają go stękania i jęki Luizy, narasta w nim nieznośne poczucie, że sam nie jest bez winy, jeśli idzie o jej cierpienia. W końcu nie dotrzymał postanowienia, by zaniechać cielesnego obcowania z żoną.
Uspokaja się, że przecież sama tego chciała. Przecież było to jej najgorętszym pragnieniem, no i bądź co bądź tym razem udało jej się donosić dziecko. Ile jest warta gadanina doktora Sternberga? Jeśli Bóg zechce, Luiza powije zdrowego syna, który będzie dorastał pod jej okiem.
W nieopalanym korytarzu ciągnie chłodem, a ponieważ Teodor nijak nie jest w stanie przyspieszyć biegu rzeczy, wycofuje się do swojego dawnego pokoju dziecięcego, który teraz służy gościom. Ciasno tam, ponieważ upycha się w nim najrozmaitsze graty, ponadto prześcieradło i poduszki na łóżku są zawilgocone z zimna, więc zanim Teodorowi uda się zasnąć, mija dobra chwila. Ale wreszcie zapada w głęboki i mocny sen.
Budzi się dopiero rano o zwykłej porze. Jest jeszcze ciemno, w domu panuje grobowa cisza. Teodor siada na łóżku i czuje lodowaty ziąb przenikający przez nocną koszulę. Nikt go nie obudził, by przekazać mu nowiny, niczego dobrego to nie wróży. Przygnębiony wstaje i woła Traude, żeby przyniosła mu ubranie.
– Jak się czuje moja żona?
– Śpi, jaśnie panie.
– Śpi? To znaczy, że dziecko już się urodziło?
– Nie, jaśnie panie. Bóle porodowe ustały. Akuszerka zjadła solidne śniadanie i poszła do domu, bo to może jeszcze potrwać. Mamy ją powiadomić, kiedy jaśnie pani znowu zacznie rodzić.
Co za rozczarowanie! Całe zamieszanie na darmo, pieniądze dla akuszerki, których ta bez wątpienia zażąda, wyrzucone w błoto. Dlaczego rodząca raz czuje bóle porodu, a raz nie? Przecież urodzenie dziecka to coś, co jak najszybciej chciałoby się mieć za sobą, prawda? Ale na Luizie nigdy nie można było polegać…
Z Lange Gasse, z Długiej, dobiega chrobot łopat do śniegu, po bruku turkoce furmanka, końskie podkowy uderzają głucho w zmrożony śnieg. Teodor czeka na gospodynię, żeby przyniosła dzbanek ciepłej wody, potem myje się, goli i starannie zaczesuje włosy na łysinkę pośrodku głowy, pamiątkę po pożarze hali magazynowej w zeszłym roku. Na rękach też widać ślady tamtego wydarzenia. Na szczęście zachował wszystkie palce, ale na wewnętrznych powierzchniach dłoni zostało kilka niby to zagojonych miejsc, które trzeba smarować maścią, ponieważ skóra stała się wrażliwa i utraciła dawną elastyczność. Przysparza mu to nieznośnych trudności z chwytaniem czegokolwiek, a przedmioty często wyślizgują mu się z rąk. Musi też uważać, żeby nie umazać maścią ważnych dokumentów. Jednak gdy wspomni rozszalały ogień, to w ostatecznym rozrachunku naprawdę nieźle się z tego wykaraskał. Niejeden „dobry przyjaciel” lub znajomy widział już Teodora na cmentarzu i tylko czekał, aż szacowna firma handlowa ogłosi bankructwo. Ale on tak pokierował swoim przedsiębiorstwem, że udało mu się uniknąć katastrofy. Pozostało jeszcze kilka ostatnich zobowiązań, których spłatę mu odroczono, ale na ile zdoła, dotrzymuje terminów, zaś handel zbożem, do którego wreszcie znalazł dojście, pozwala oczekiwać rosnących zysków. Mottlau, Motława, jest jeszcze zamarznięta, co uniemożliwia żeglugę, ale zima nie będzie przecież trwała wiecznie, najdalej za dwa tygodnie port gdański znów będzie wolny od lodu. Statki mogą przybijać do Neufahrwasser, Nowego Portu, na północy, gdzie Wisła uchodzi do Morza Bałtyckiego; hala magazynowa byłaby teraz jak znalazł. Ale z piachu sterczą nadal jej zgliszcza, a doszły do niego słuchy, że złodziejski naród zabrał się do szabrunku jego cegieł. Jakież to wszystko irytujące!
Śniadanie początkowo je sam, ponieważ Ernst znowu zaspał. Ma więc czas, by rozmyślać o nieprawości tego świata, który pozwala takiemu zbrodniczemu sukinsynowi podpalać z czystej żądzy zemsty magazyn pełen drewna. Jego dawny służący Oskar Possert, którego twardo podejrzewa o podłożenie ognia pod halę, zapadł się pod ziemię i nie można go pociągnąć do odpowiedzialności za ten czyn. Świat jednak jest tak urządzony, że sprawiedliwi muszą cierpieć, a niesprawiedliwi triumfują, Teodor Berend doświadczał tego niestety od dzieciństwa. Kogo ojciec obdarzał miłością? Nie jego, najstarszego syna, który rozpaczliwie o nią zabiegał. Ojciec kochał dwójkę młodszych dzieci, a zwłaszcza swoją jasnowłosą „Haneczkę”, czyli córkę Johannę, oraz małego Ernsta, zawsze tak skorego do zabawnych figli i psot. Teodor już wtedy nauczył się znosić podłość świata i nie upadać na duchu. To nienawiść wobec niesprawiedliwości pomaga mu przetrwać, ogrzewa go i daje mu siły do przeciwstawiania się losowi.
Zziębnięty i niewyspany Ernst pojawia się w jadalni, nalewa sobie kawy i narzeka na ból gardła.
– Nie mam pretensji do Luizy – burczy. – Ale mogłem sobie darować nocny spacer po śniegu i lodzie.
– Nie można było tego przewidzieć. – Teodor staje w obronie żony. – Poród jest skomplikowaną rzeczą i nie zawsze przebiega tak, jak byśmy tego oczekiwali.
Ernst kiwa głową ze zrozumieniem i smaruje masłem kromkę chleba.
– Moja Anna Maria jest tego samego zdania – obwieszcza. – Dlatego postanowiła nie mieć dzieci. Uważam tę decyzję za godną uwagi i powiedziałem, że się z nią zgadzam.
Teodor przywykł już do konfrontacji z niecodziennymi poglądami narzeczonej swojego braciszka. Tym razem jednak opinia Anny Marii jest tak niedorzeczna, że wywołuje szyderczy uśmiech na jego twarzy. Bądź co bądź, to jedyna córka zamożnego armatora Jana Jonkersa, a wobec tego zobowiązana do wydania na świat potomka i dziedzica.
– Serdeczne gratulacje z powodu tak mądrego ustalenia – stwierdza z ironią.
– Bardzo dziękuję – odpowiada Ernst i nadgryza kanapkę. – Zresztą – ciągnie, przeżuwając – mógłbyś przepisać na mnie halę w Neufahrwasser, w Nowym Porcie. Ojciec Anny Marii jest zainteresowany jej odbudową i wykorzystaniem w charakterze magazynu na rozmaite towary.
Teodor mało się nie dławi poranną kawą. Co za bezczelność! Nie da się ukryć, że odkąd braciszek zaręczył się z Anną Marią, czuje się coraz bardziej pewny siebie.
– Przepisać halę na ciebie? A skąd ci przyszedł do głowy tak szalony pomysł?
Ernst nie odpowiada od razu, przypuszczalnie musi zebrać całą odwagę, żeby wytrwać przy swoim żądaniu.
– No… – zaczyna rozwlekle. – W końcu stoi na gruntach, które papcio przyobiecał mi w testamencie.
Tu cię mamy! Ten nowy przejaw arogancji jednoznacznie trzeba przypisać złemu wpływowi tej małej.
– Nic mi o tym nie wiadomo – ucina dyskusję Teodor. – Testament ojca leży w szafie z aktami, możesz przeczytać, co zostało ci przeznaczone.
Obaj świetnie wiedzą, co zapisano w testamencie. Teodor spisywał go pod dyktando umierającego ojca, a następnie Ernst i Luiza, obecni w pokoju, poświadczyli podpisami prawdziwość dokumentu.
– Sam wiesz dobrze, że opuściłeś niektóre ustępy, które podyktował ci ojciec – oświadcza Ernst i spogląda bratu w oczy z nieznaną do tej pory krnąbrnością.
Tu ma rację. Teodor nie chciał dopuścić do rozproszenia majątku Berendów i dlatego pominął kilka zapisów, których ojciec w swojej poczciwości chciał dokonać na rzecz młodszego rodzeństwa. Co z kolei umknęło naiwnemu Ernstowi przy składaniu podpisu.
– Chyba nie chcesz mi zarzucić, że ograbiłem cię z twojego dziedzictwa? – zwraca się groźnie do brata. – Spróbuj tylko, sam zobaczysz, jak na tym wyjdziesz!
Ernst wbija wzrok w swój talerz. Braciszek zawsze był tchórzem, ustępuje przed groźbą, od razu podkula ogon.
– A co by się takiego stało, gdybyś przepisał halę na mnie? – ucieka się do próśb. – I tak się spaliła, a jej odbudowa będzie mnóstwo kosztować.
To akurat prawda, ale Teodor w żadnym razie nie ma zamiaru oddawać za darmo ziemi, na której stoi magazyn. Odkąd Nowy Port zaczął się wszechstronnie rozwijać, ceny gruntu skoczyły tam niemal w dwójnasób. Poza tym sam zamierza odbudować halę.
– Nie zapominaj, że musiałem dokupić trzecią parcelę, żeby w ogóle ją zbudować – dorzuca.
W istocie Berthold Forster, mąż jego siostry Johanny, kazał sobie słono zapłacić za kawalątek terenu. Teodora do dziś to irytuje. Z trudem znosi tego zuchwałego szkutnika, który śmiał ubiegać się o rękę Berendówny i z uwagi na trudną sytuację rzeczywiście dostał dziewczynę. Ale Johanna jeszcze nigdy w życiu nie przepuściła okazji, by zaszkodzić bratu.
Ernst podejmuje ostatnią, niepewną próbę realizacji swojego pragnienia.
– Jan Jonkers zapłaciłby ci przecież za tę parcelę – mówi z westchnieniem. – Gnębi mnie to, że tak zupełnie nic nie wnoszę do naszego małżeństwa.
– No jak to? A twój wielki talent literacki i namiętność do sztuk pięknych? – szydzi Teodor. – Twój przyszły teść powinien być aż nadto zadowolony.
Na takie dictum Ernst milknie i zabiera się do drugiej kanapki. Teodor przygląda mu się z namysłem. Literackie salony w mieście uwielbiają jego przystojnego braciszka, zwłaszcza odkąd wydaje żurnal „Pochodnia Literacka”. Mógł uszczęśliwić jakąś inną młodą damę, skorą do zamęścia, ale upatrzył sobie akurat Annę Marię Jonkers, którą w całym mieście powszechnie znają jako „trudną”. Teodor nie żywi ani krzty sympatii wobec tej dziewczyny, ale nie jest niezadowolony z decyzji brata, ponieważ parantela z ojcem wybranki, bogatym armatorem Janem Jonkersem, wpłynęła nad wyraz korzystnie na interesy jego firmy. Niestety młoda dama jest samowolna, a jego brat ma słaby charakter – dlatego też trzeba pilnować tej sprawy i w razie potrzeby interweniować.
Traude, która sprząta ze stołu po śniadaniu, nie ma żadnych nowych wieści co do stanu swojej pani, więc Teodor wraz z Ernstem schodzą do sieni, by wpuścić pisarza kantoru Korbitza i obu niedawno zatrudnionych pracowników magazynowych. Wszyscy trzej wyglądają na przemarzniętych. Korbitz z miejsca zabiera się do napalenia w piecu, pozostała dwójka musi odśnieżyć podwórze i ulicę przed domem, bo nocą znów napadało mnóstwo śniegu. Teodor bierze rozmaite próbki towarów i kilka dokumentów, po czym powierza Ernstowi nadzór nad kantorem, wkłada futro i wychodzi w interesach. Z posiadłości Berendów do Dworu Artusa, gdzie obraca się kupieckimi towarami, niedaleka droga – wystarczy, że minie ratusz, i już jest na miejscu.
Przy portalu imponującej budowli Teodor otrzepuje śnieg z wysokich butów i obojętnie przechodzi obok dwóch odźwiernych, którzy stoją tam, pilnując, by do wnętrza nie wszedł nikt nieuprawniony. Widzi idącego z naprzeciwka kupca Augusta Blotta w towarzystwie zięcia Eugena Albertusa; wymieniają pozdrowienia, narzekają na dojmujący mróz, który unieruchomił port, po czym rozchodzą się każdy w swoją stronę. Teodor nie jest czarującym gawędziarzem, jakim był jego ojciec, który dzięki jowialnej i życzliwej naturze ubił niejeden dobry interes. Syn często zresztą tego żałuje, ale nie zmieni swojego oschłego charakteru, nauczył się więc własną drogą docierać do celu. Przecina sień budynku giełdy, którą zdobią drewniane rzeźby, malowidła i zawieszone pod sufitem modele okrętów, i wchodzi po krętych schodach do sali. Jej wystrój świadczy również o trwającym od wieków dobrobycie miasta i miejskich kupców – gotyckie sklepienie, rzeźbione boazerie i bajeczne malowidła, z jednej ze ścian wbija się w przestrzeń imponujące jelenie poroże, w wysokim kaflowym piecu najwyraźniej napalono. Ale nawet temu potężnemu, ponaddwunastometrowemu grzejnikowi nie udaje się ogrzać sali – przy stołach, rozstawionych pomiędzy granitowymi kolumnami, jest zimno i wieje przeciąg; żaden z kupców, którzy się tam targują, nie zdjął czapki ani płaszcza.
Teodor nie zamierza długo zabawić. Wystarczy, jeśli sprzeda mniejsze partie towaru po dobrej cenie, oprócz tego chce się rozejrzeć za ofertą na wino i buraki cukrowe oraz w miarę możności od razu umówić się na kupno tych dóbr, bo ma na nie odbiorcę w Holandii.
Do południa niewiele jednak zdziałał, więc ponieważ martwi się o Luizę, posyła gońca, by się dowiedział o jej samopoczucie.
– Jaśnie pani nie czuje się dobrze – melduje mu chłopaczek, który przybiegł do niego z zaczerwienionymi od mrozu uszami. – Bardzo prosi, żeby jaśnie pan zechciał już wrócić do domu.
Zdenerwowany Teodor daje chłopcu drobniaka i czeka niecierpliwie na przybicie oferty na partię potażu, do czego w końcu dochodzi. Uścisk dłoni i podpis pieczętują zawarcie interesu, po czym Teodor żegna się spiesznie i pędzi do domu. Jest zimno, ale i tak po drodze robi mu się gorąco, gdy przechodnie i furmanki tarasują drogę. Mało się nie przewraca, gdyż kilku uczniaków urządziło sobie na trotuarze tor łyżwiarski. Wściekły jak diabli wchodzi po schodach wiodących na przedproże swojej kamienicy i wkracza do sieni.
Tam zaś panuje rozgardiasz i zamieszanie. Traude zbiega z pierwszego piętra, bierze od niego płaszcz i kapelusz, szepcąc, że przyszli goście.
– Pani Jonkers z córką, a oprócz nich pani von Kleiwitz, pani Anna Ernestyna Becker i pani Rebeka Ostertag…
Boże święty, myśli Teodor w przerażeniu. Czy te damy nie mają nic lepszego do roboty, niż przesiadywać u nich i okazywać swoje współczucie, pytlując i plotkując ile wlezie?
– Czy akuszerka już przyszła? – dopytuje.
– Właśnie się zjawiła. Jaśnie pani nalegała na sprowadzenie doktora Sternberga, jest teraz przy niej na górze.
Teodor pojąć nie może, dlaczego żona wezwała lekarza, w końcu chodzi o poród, a od tego jest akuszerka. Ale Luiza nigdy nie zważała na zasoby pieniężne swojego małżonka, więc teraz też pewnie uważa, że lepiej być pod podwójną opieką.
Na dole w kantorze Ernst zajmuje się starym Gropiusem, który z uporem zamawia u nich bursztyn, ponieważ kupował go już u ich świętej pamięci ojca. Teodor zagląda tam tylko na moment i biegnie na górę, żeby w miarę możności zamienić z doktorem parę słów. Z salonu dobiega gwar – przybyłe piją herbatę i z ożywieniem toczą rozmowę. Ten głupi zwyczaj zbierania się kobiet w domu położnicy, by okazać jej wsparcie, wydaje mu się wybitnie niedorzeczny. Nie wita się z damami i jak najciszej przekrada się schodami na drugie piętro. Dostrzega wychodzącego z pokoju doktora Sternberga z torbą lekarską w ręku. Na widok Teodora lekarz zatrzymuje się pośrodku korytarza i głęboko wzdycha.
– Nie wygląda to dobrze – wyjaśnia z zatroskaną miną. – Ale cóż mam powiedzieć, szanowny panie? Ostrzegałem pana. Pańska droga małżonka nie powinna była zachodzić w ciążę…
– Dziękuję za pouczenie – przerywa mu w furii Teodor. – Ile jestem winien?
– Trzy talary i dziesięć srebrnych groszy, jeśli łaska. Uniżenie dziękuję, szanowny panie. I wszystkiego najlepszego dla drogiej małżonki…
Teodor płaci i jest zadowolony, gdy irytujący zrzęda znika w dole schodów. Od razu dobiegają go ciężkie kroki akuszerki, która wyraźnie czekała w kuchni, bo nie chce się spotkać z panem doktorem.
– Poszedł sobie? – pyta nieufnie. – Co też jaśnie pani sobie myślała, żeby go tu ściągać! Toż taki pan po uniwersytecie bladego pojęcia nie ma o rodzeniu dzieci!
Kobieta znika w sypialni, a Teodor słyszy, jak tam oznajmia donośnie, że jaśnie pani jeszcze dzisiaj wyda na świat zdrowe dziecko.
Gdybyż tylko tak się stało, myśli pełen obaw.
Przez chwilę czuje pokusę, by pobiec do Kościoła Mariackiego i tam modlić się za żonę i dziecko. Ale porzuca tę myśl, bo raz że na dworze jest przeraźliwie zimno, a dwa że czułby się skrępowany, gdyby ktoś go na tym przyłapał. Zamiast tego puka do drzwi izdebki Danuty, by znaleźć u niej i u swojego synka pociechę. Nikt mu jednak nie odpowiada, a gdy otwiera drzwi, nie widzi ani niegdysiejszej pokojówki, ani małego Christiana. Pewnie zeszła na dół do kuchni, żeby pomóc przy robocie, i wzięła ze sobą dziecko.
Na korytarzu gorączkowa krzątanina. Gospodyni nadbiega ze stertą białych ręczników, jakaś nieznana mu służąca dźwiga dzban z gorącą wodą, Traude pędzi z dzbankiem kawy i o mały włos na niego nie wpada. Teodor zrezygnowany umyka do kantoru, dokąd Ernst, jego brat, zadysponował obiad dla siebie i kantorowego pisarza Korbitza.
– Dalej nic? – pyta Ernst i szczerzy zęby we współczującym uśmiechu. – Siądź z nami, starszy bracie. Mamy grochówkę; trochę mdła, ale pożywna.
W zasadzie Teodor nie ma w zwyczaju żywienia pracownika, ale powściąga reprymendę, która słusznie by się bratu należała. Czeka cierpliwie, aż przyniosą mu posiłek, nie sprzeciwia się również, gdy Ernst hojnie nalewa czerwonego wina.
– Wyglądasz, jakby ci się przydał porządny łyczek – oświadcza łaskawie młodszy braciszek i napełnia kieliszki sobie i Korbitzowi. Teodor wlewa w siebie alkohol, jakby to była woda, słucha paplaniny pisarza, który jest potrójnym ojcem i opowiada o trudnych narodzinach swoich dzieci, a wreszcie wysyła Ernsta do piwnicy po kolejne dwie butelki. Późnym popołudniem, kiedy na dworze już się ściemnia, orientuje się, że znowu siedzi na łóżku w gościnnym pokoju, nie może pozbierać myśli, jakby ktoś wepchnął mu do głowy puchową poduszkę zamiast mózgu, w żołądku coś się przelewa i dręczy go jakaś istotna kwestia, której nie potrafi sobie przypomnieć.
– Jaśnie panie!
Teodor podnosi głowę i rozpoznaje gospodynię, która weszła do pokoju.
– Co jest?
Słyszy swój głos niczym z oddali. Przeklina czerwone wino, którego wbrew swoim przyzwyczajeniom wypił zdecydowanie ponad miarę.
– Pańska małżonka właśnie urodziła.
Podrywa się z miejsca, musi jednak od razu usiąść, bo kręci mu się w głowie.
– Jak… jak ona się czuje?
– Jest niepocieszona, jaśnie panie. To tylko dziewczynka…
Drżąc z zimna, odwraca się od okna i opiera plecami o ciepły piec. Znowu sypie śnieg. Na miły Bóg, kiedy na Boże Narodzenie i Nowy Rok na ulicach wirują białe płatki, jest naprawdę pięknie, zwłaszcza gdy na rynku można kupić gorącą kiełbasę, smażoną rybę i świeże, pachnące bułeczki. Ale teraz, pod koniec lutego, nikt nie potrzebuje tego durnego śniegu, a już na pewno nie tej lodowatej zimnicy, która na dworze wprost zapiera dech.
– Greto, pamiętałaś o syropie na kaszel dla jaśnie pana? – Augusta von Kleiwitz pyta pokojówkę, która właśnie podaje państwu śniadanie.
– Oczywiście, jaśnie pani. Jeszcze wczoraj przygotowałyśmy go z cebuli i cukru buraczanego. Dobrze zrobi jaśnie panu.
Od kilku dni jej kochany Klaus cierpi na uporczywy kaszel, który męczy go szczególnie nocą i nie daje spać. Greta już robiła mu okłady na piersi z gorących, świeżo ugotowanych ziemniaków, ale ta metoda niewiele dała. Zapewne dlatego, że Klaus jest niecierpliwym pacjentem i po krótkim czasie zrzucił z siebie rozgrzewający okład.
– Co za niedorzeczna dziecinada! – pomstował. – Tylko ziemniaków szkoda!
– Ależ, kochanie, przecież służący mogą jeszcze je zjeść! – odpowiedziała mu na to, ale słuchać nie chciał.
Augusta ponownie lustruje wzrokiem nakryty do śniadania stół, przesuwa na właściwe miejsce czarkę z konfiturami i woła małżonka, zajętego porannym goleniem.
– Już idę, aniołku…
Jego słowom towarzyszy napad kaszlu, Augusta z ciężkim westchnieniem sięga po dzbanek z kawą. Mąż zjawia się w mundurze; wysoki, szczupły rotmistrz udaje się na służbę, jak na pruskiego oficera przystało. Drobne przeziębienie nie jest powodem, by zgłaszać chorobę.
– No, moja miła – zwraca się z uśmiechem do żony. – Jeszcze mi nie powiedziałaś, czym takim zajmowałaś się wczoraj po południu.
– Och, bynajmniej nic przyjemnego. – Augusta kręci głową. – Ale znasz mnie, kochanie. Nie porzucam przyjaciółek w potrzebie, tak więc spędziłam popołudnie w domu Berendów. Zrobiłam to tylko dla biednej Luizy, ale wytrwanie tam tak długo kosztowało mnie mnóstwo wysiłku i nieco nerwów. Wiesz przecież, że Teodor Berend działa na mnie jak płachta na byka…
Małżonek kiwa głową ze zrozumieniem. Też go nie cierpi, odkąd ten położył łapę na rezerwach finansowych „Pochodni Literackiej”.
– Ach, ta biedna Luiza – ciągnie podenerwowana Augusta. – Kiedy wpuszczono nas do sypialni, żebyśmy pogratulowały jej szczęśliwego rozwiązania, leżała w pościeli blada jak trup. A dzieciątko jest takie malutkie i słabe, mam gorącą nadzieję, że przeżyje.
Małą dziewczynką zaopiekowała się Danuta, ponieważ Luiza nawet nie spojrzała na dziecko, już nie mówiąc o przytulaniu.
– Potwornie płakała, kiedy winszowałyśmy jej córeczki – opowiada Augusta we wzburzeniu. – Czy jesteś w stanie wyobrazić sobie coś takiego, najdroższy? Jest głęboko rozczarowana, gdyż „to tylko dziewczynka”. Czy dziewczynka jest może mniej warta od chłopca?
– Ależ skądże znowu – protestuje Klaus z uśmiechem. – Wszystko jedno, dziewczynka czy chłopczyk, byle tylko było silne i zdrowe.
– Też jestem tego zdania…
Augusta milczy przez chwilę, bo tak bardzo chciałaby sama urodzić dzieciątko. Ach, na początku małżeństwa oboje mieli tak ogromne nadzieje na potomstwo, ale te się nie spełniły. Odrobinę zbyt okrągła Augusta jest rumiana, zdrowa i wesoła, miłość między małżonkami kwitnie, ale ciąża jakoś nie chce się pojawić.
– Mamy siebie, moja kochana przyjaciółko – mówi Klaus, który odgadł, o czym myśli. – To wielkie szczęście, za które musimy być wdzięczni.
Tym słowom pociechy towarzyszy gwałtowny atak kaszlu, więc Augusta czule wskazuje na buteleczkę z brązowym syropem, którą Greta postawiła obok koszyczka z bułeczkami.
– Naprawdę powinieneś zgłosić chorobę – stwierdza, marszcząc czoło. – Jeśli na tym zimnie będziesz pełnił służbę, to kaszel ci się pogorszy i w którymś momencie kompletnie się rozłożysz.
Ale rotmistrz von Kleiwitz nie ma ochoty pójść za radą zatroskanej małżonki. Już choćby dlatego, że dziś wieczorem w domu państwa von Kleiwitzów znowu odbędzie się spotkanie popularnego w całym Gdańsku artystycznego salonu i przez cały dzień jak zwykle będą trwały przygotowania najrozmaitszej natury. Chaos, którego Klaus von Kleiwitz z chęcią uniknie, by dopiero wieczorem po służbie być świadkiem artystycznych erupcji gości salonu.
Auguście nie pozostaje nic innego, jak zasypać ukochanego męża pocałunkami na pożegnanie i napomnieć go, by co godzinę łykał łyżeczkę syropu na kaszel. Co tenże obiecuje z największą powagą, wkładając buteleczkę do kieszeni.
Następnie Augusta woła Gretę i Antona, by omówić z nimi prace do wykonania. Trzeba posprzątać pokój dzienny i poprzestawiać meble, przynieść krzesła i fotele, zrobić miejsce na płaszcze i futra gości w przedpokoju. Zamówiony już jest stroiciel, by nastroił fortepian, koło południa czekają na najętą kucharkę, która przygotuje najrozmaitsze drobne danka, no i jeszcze przyszykować kieliszki i szklanki na napoje, no i jeszcze… i jeszcze. Ach, goście jej salonu pojęcia nie mają, ile czasu i pracy kosztuje jeden taki wieczór. Ale robi to dla sztuki i dla artystów, którzy tutaj, w jej czterech ścianach, mogą się rozwijać i demonstrować swój kunszt. Iluż znanych w mieście wirtuozów uatrakcyjniło spotkania w jej salonie, ileż młodych talentów literackich odkryła i wspiera! Nie, Gdańszczanie, znani raczej jako prozaiczni kupcy i bogate skąpiradła, mogą być jej naprawdę wdzięczni za niestrudzone wysiłki na rzecz sztuk pięknych. Prowadzi również ożywioną korespondencję, by polecać swoich pupilów przyjaciółkom z bliska i z daleka. Tak, jej kontakty sięgają aż do odległej Brandenburgii i do Berlina, gdzie ma krewnych.
Greta i Anton zabierają się do roboty w pokoju dziennym, Augusta zaś udaje się do saloniku, by przeliczyć resztę egzemplarzy „Pochodni Literackiej”. Niestety, żurnal, który założyła razem z uzdolnionym pisarzem Ernstem Berendem, chwilowo wyjątkowo słabo się sprzedaje. Zwłaszcza najnowszy numer z początku miesiąca nie wzbudził w zasadzie żadnego zainteresowania i sterta ponad pięćdziesięciu zeszytów leży na podłodze obok sekretarzyka. No cóż, jeśli ma być szczera, to nie może tego mieć za złe czytelnikom. Młody człowiek, którego ogromny talent literacki wspierała od samego początku, przechodzi właśnie kryzys twórczy. Zirytowana bierze do ręki jeden z egzemplarzy „Pochodni”, kartkuje go, po czym, kręcąc głową z niechęcią, odkłada z powrotem. Gdzie są olśniewające eseje, urocze, błyskotliwe historie, którymi Ernst Berend potrafił zachwycać publikę? Z trudem udało się jej namówić go na kontynuację powieści w odcinkach, jednak fabuła rozpada się na coraz liczniejsze epizody, napięcie słabnie i Augusta ma niedobre uczucie, że autor nie ma pojęcia, jak doprowadzić opowieść do satysfakcjonującego końca. Co on tam jeszcze pisze? Boże miłosierny! Odkąd zaręczył się z Anną Marią Jonkers, tworzy wiersze. Do ukochanej, Do nadobnej istoty, która wypełnia moje serce, Nieodmienna tęsknota za najpiękniejszą oraz Samotność skąpana w świetle księżyca. Kilka jest nawet ładnych, ale ostatnio mnóstwo fraz się powtarza i w ogóle liryka nie należy do mocnych stron Ernsta Berenda. Dodajmy jeszcze, że jego liczne wielbicielki dobrze wiedzą, do kogo kierowane są te wynurzenia, a ponieważ nikt nie jest wolny od zazdrości, to słychać więcej słów krytyki niż pochwał. No cóż, zaręczyny młodzieńca z Anną Marią Jonkers są Auguście głęboko nie w smak. Bywają poeci, których talent dzięki miłości wzbija się na wyżyny. W wypadku Ernsta Berenda jest niestety inaczej. Młody człowiek coraz bardziej angażuje się w interesy firmy handlowej, żeby wywrzeć wrażenie na przyszłym teściu, literacką zaś produkcję ogranicza do banalnych wierszyków. Bardzo to irytujące. Można tylko mieć nadzieję, że ów pożałowania godny stan nie potrwa zbyt długo, jako że Anna Maria Jonkers znana jest w Gdańsku z tego, że po kilku miesiącach zrywa zaręczyny.
W pokoju dziennym do pracy zabrał się teraz stroiciel – zimą, kiedy pali się w piecach, to niestety konieczne, Augusta nie może przecież zaoferować artystom rozstrojonego instrumentu. Na dole w kuchni kucharka przeraźliwie jazgocze, zapewne brakuje jakiegoś składnika na kolację, a ona go pilnie potrzebuje. Okazuje się, że w domu nie ma ani białego pieprzu, ani miodu i Augusta musi posłać Antona po zakupy. Południe już niedaleko – na miłość boską, jak ten czas pędzi! Każe podać sobie przekąskę, zjada pieczeń z pampuchami i musem jabłkowym, a następnie ustawia na swoim miejscu krzesła i fotele w pokoju dziennym, płaci stroicielowi i spieszy zdenerwowana do kuchni, gdzie kucharka zacięła się w palec i wszędzie pełno krwi.
– Ależ z pani niezdara!
Greta bandażuje rękę nieszczęsnej kucharce, Anton wyciera podłogę, a Augusta potrzebuje mocnej kawy, by uspokoić nerwy.
Żebyż tylko jedzenie było w porę! – myśli Augusta. Anton musi postawić musujące wino na parapecie, żeby się schłodziło. Gdzie są kieliszki? Talerze z ciasteczkami? Filiżanek na pewno nie starczy – ach, nie powinnam była dawać Johannie w prezencie mojego chińskiego serwisu do herbaty… Nie bacząc na liczne zmartwienia, siada przy sekretarzyku, chcąc naszkicować program dzisiejszego wieczoru i zrobić sobie notatki do tak lubianych przez wszystkich zapowiedzi. Przeszkadzają jej gońcy przynoszący kolejne wiadomości. Pani Gesine Rademayer przesyła przeprosiny, gdyż ma silną migrenę. Elias Ostertag zawiadamia, że przyprowadzi szwagierkę wraz z córką, starszy radca szkolny doktor Johannes Mager cierpi na silne przeziębienie, które przykuwa go do łoża boleści, prosi jednak gorąco panią von Kleiwitz, by przeczytała załączony rękopis pod kątem opublikowania go w „Pochodni Literackiej”. Augusta odkłada kopertę na bok, nie zajmując się zawartością – uczone traktaty pana starszego radcy szkolnego o znaczeniu greckiej mitologii dla filozofii chrześcijańskiego Zachodu nie nadają się do żurnala, głównie dlatego, że nawet wytężona lektura dzieła nie pozwala pojąć, co autor właściwie chce powiedzieć. Około czwartej woła Gretę, by pomogła jej się przebrać, i dobrą godzinę spędza na strojeniu się i układaniu fryzury, chcąc pojawić się przed gośćmi w roli promiennej gospodyni.
Muzycy jak zwykle przychodzą już na piątą, żeby jeszcze raz przećwiczyć utwory. Tym razem oprócz pianisty zaangażowała dwóch młodych skrzypków i wiolonczelistę Artura Meckela. Jest on już wprawdzie nieco posunięty w leciech i ślepy na prawe oko, ale na wiolonczeli wywija solidnie smyczkiem jak mało który. Dźwięki roznoszą się po całym domu, a Augusta wreszcie czuje to cudowne, pełne napięcia oczekiwanie, które poprzedza każde z jej przyjęć i które tak kocha. Wszystko gotowe. Dom oświetlony, obie gazowe latarnie, z jej polecenia zainstalowane na zewnątrz, jasno się palą i wskazują gościom drogę. Z kuchni dolatują upajające wonie, Anton włożył pasiastą liberię i ustawia kieliszki na srebrnych tacach, Greta ma nowy koronkowy czepeczek i krochmalony fartuszek – będzie podawać gościom herbatę.
Ale gdzie się podziewa kochany Klaus? Jest pilnie potrzebny, ponieważ musi dobrać wina. Ach, znowu sypie śnieg. Czy aby przed domem nie zatrzymała się dorożka? Ależ tak. August Blott w płaszczu z futrzanym kołnierzem podaje małżonce rękę, by pomóc jej wysiąść z powozu, córka Fryderyka nie potrzebuje pomocy, wyskakuje sama i mówi coś do matki, przy czym obie zaśmiewają się do rozpuku. Augusta spogląda wyczekująco na muzyków, ale ci nie mają najmniejszego zamiaru kończyć próby i zawzięcie rzępolą dalej. Ach ci artyści! Zawsze trzeba wziąć ich za rączkę i przywołać do porządku.
– Moi panowie, bardzo proszę!
Pokój dzienny się zapełnia, a entuzjazm Augusty rośnie z każdą wchodzącą damą. Ach, jak to cudownie, że wszyscy się zjawili! Jej salon nadal cieszy się popularnością, ludzie zabijają się, żeby móc tu przyjść. Jest instytucją w tym mieście. Urocza gospodyni. Zaangażowana mecenaska sztuki…
Poeta Artur Hempel i księgarz Peter Langlau przybyli pieszo, Elias Ostertag wraz z małżonką i szwagierką również dotarli przemarznięci i obsypani śniegiem po uszy. Większość pozostałych bywalców stać na wzięcie dorożki, w tym Ernsta Berenda, który zjawia się wspólnie z narzeczoną Anną Marią i jej rodzicami. Wkrótce wszystkie krzesła są zajęte, goście przesuwają się nieco na sofie, żeby doktor Sternberg mógł się jeszcze wcisnąć. Dla Anny Ernestyny Becker, której staromodna krynolina ledwie mieści się w drzwiach, Anton musi przynieść stołek z sypialni. W końcu zjawia się także kochany Klaus, przeprasza, że coś go zatrzymało, i przejmuje pieczę nad winem.
Dokładnie w chwili, gdy Augusta już ma wygłosić zwyczajowe, pełne humoru powitanie, do pomieszczenia wchodzi spóźniony gość, tykowaty mężczyzna z wydatnym nosem oraz – jak się zdaje Auguście – ujmującym uśmiechem. Najwyraźniej to znajomy Ernsta Berenda, bo kiwa do niego ręką, a następnie gnie się w dwornym ukłonie przed gospodynią i usprawiedliwia się, niepocieszony, że się spóźnił, ale podano mu błędną godzinę.
– Jeśli pani pozwoli, łaskawa pani… Doktor Alfred Riechert, adwokat, nowy w pięknym mieście Gdańsku. Jestem dobrym przyjacielem Ernsta Berenda, razem studiowaliśmy w Königsbergu1.
– Witam serdecznie, panie doktorze. Niestety, nie znajdzie już pan wolnego miejsca…
– Ależ w niczym to nie przeszkadza, łaskawa pani – zapewnia ten niespeszony. – Zadowolę się dywanem, zwyczajem Orientu, gdzie bywałem.
Co mówiąc, sadowi się u stóp przerażonej Anny Ernestyny Becker, która spiesznie zgarnia rozłożystą spódnicę, by na niej nie usiadł. Nowo przybyły zbiera zdumione i rozbawione spojrzenia, jednak wzmianka o podróży po Oriencie wywiera należyte wrażenie i zdaje się podobać damom. Teraz wreszcie Augusta może powitać swoich gości starannie dobranymi słowami, w podzięce rozlegają się zachwycone okrzyki, po czym przychodzi kolej na muzyków, a Greta biedzi się z roznoszeniem kawy i herbaty w zatłoczonym pomieszczeniu. Po występie muzycznym następuje kilka utworów lirycznych pełnej zapału Anny Ernestyny Becker, mówiących o śmierci i zmartwychwstaniu Pańskim, które szczególnie ze strony Eliasa Ostertaga i jego fraucymeru zyskują frenetyczny aplauz. Sam Ostertag stworzył na ten temat pięcioaktowy dramat, nudny jak flaki z olejem, a w ubiegłym roku odczytał go publicznie, co kosztowało Augustę kilkoro bywalców salonu.
Gdy Anna Ernestyna Becker na powrót siada na tapicerowanym stołeczku, Augusta pozwala gościom na chwilę swobodnej pogawędki. Toczą się miłe rozmowy, kochany Klaus odkorkował już wino, przeznaczone na czas po występach – i wtedy, spóźniona jak zawsze, pojawia się jej przyjaciółka Johanna Forster, siostra Ernsta Berenda. Bez cienia skrępowania wchodzi do pomieszczenia, zmierza prosto do Augusty, by ją serdecznie uściskać, i ze śmiechem stwierdza, że znowu jest tu tak tłoczno, że można by zaniechać palenia w piecach.
Wita się z bratem Ernstem i jego narzeczoną, wreszcie zwraca się do rozmaitych przyjaciółek, które odwzajemniają jej pozdrowienia uprzejmie, lecz raczej powściągliwie. Johanna jest „kobietą z przeszłością”, czyli postacią wysoce kontrowersyjną w porządnym gdańskim towarzystwie. Dwa lata temu uciekła z pewnym pianistą, całkowicie się tym skompromitowała, po czym, niczym się nie przejmując, poślubiła szkutnika Bertholda Forstera i wykazała się niewiarygodną odwagą, bo wraz z mężem i jego synem z pierwszego małżeństwa założyła stocznię. Tej jednak nienajlepiej się wiedzie, czego należało się spodziewać. Chodzą słuchy, że niewiele brakuje do jej upadku. Johanny bynajmniej to nie skłania do wycofania się z życia publicznego, wręcz przeciwnie – gdy tylko może, odwiedza salon Augusty i nie ma najmniejszych trudności z wypowiadaniem swoich poglądów przy każdej okazji.
Tak więc uznaje młodego pianistę za „naprawdę utalentowanego”, gani jednak jego interpretację jako „jeszcze niedojrzałą”, za to wystąpienie doktora Artura Hempla określa mianem „bardzo zabawnego”. Johanna ma swobodny, ujmujący sposób bycia, który zwłaszcza panom ogromnie się podoba. Nawet młody pianista nie czuje się urażony, lecz przez chwilę gawędzi z nią o swojej przyszłości muzycznej i słucha jej rad. Artur Hempel jest tak uradowany, słysząc pochwały Johanny, że krztusi się winem i długo kaszle, zanim odzyska głos.
Nadchodzi wreszcie pora szykowanego cały dzień poczęstunku, wszyscy podnoszą się z krzeseł, by rozejrzeć się nieco i napełnić sobie talerze, Anton zaś otwiera drzwi do przyległej jadalni, żeby było więcej miejsca. Augusta podchodzi to do jednej, to do drugiej osoby, wymieniają uprzejmości i komplementy, a ona wykorzystuje okazję, by wspomnieć o najnowszym numerze „Pochodni Literackiej”.
I wtedy, całkiem nieoczekiwanie, wybucha skandal.
– Braciszku, już dawno nie napisałeś niczego dorzecznego. – Augusta słyszy za sobą głos Johanny.
Wielki Boże, cała Johanna, cała ona. Ma wprawdzie rację, ale nie musi przecież na spotkaniu salonu wypowiadać się tak bez ogródek.
– Co masz na myśli? – odpowiada urażony Ernst. – Codziennie piszę wiersz. Kilka z nich możesz przeczytać w żurnalu.
– No wspaniale, zajmujesz się liryką. Ale twoje eseje były świetne, brakuje mi ich.
– Wszystko w swoim czasie, siostrzyczko – stwierdza Ernst Berend.
Augusta ma nadzieję, że zakończyli już tę wymianę zdań, bo nadciągnęły zainteresowane słuchaczki. Niestety w tym momencie do rozmowy włącza się Anna Maria Jonkers, która też nie lubi owijania w bawełnę.
– Co ci się nie podoba w wierszach Ernsta? – pyta zaczepnie Johannę.
– Ależ nic. Poza tym, że są złe.
Augusta odwraca się, przerażona, szykując się do mediowania w razie potrzeby. Tymczasem wokół rozmówców utworzył się krąg zaciekawionych gości, a nawet dalej stojące osoby spoglądają ku nim z zainteresowaniem.
– Twoim więc zdaniem te wiersze są złe? – pyta zjadliwie Anna Maria. – Cóż, jako żona rzemieślnika z pewnością wiesz to i owo o liryce, nieprawdaż?
Młode kobiety stoją naprzeciw siebie. Anna Maria jest odrobinę niższa od Johanny, ma zaciśnięte wargi i ciemne oczy zwężone w szparki. Johanna zachowuje spokój, jej twarz wyraża pogardę, a tylko szare oczy ciskają gromy.
– Wystarczy, że umiem rozpoznać, kiedy Ernst pisze banały i marnuje swój talent – odpowiada zimno. – Nie umiem powiedzieć, skąd to się bierze. No ale może ty wiesz.
– Jak na kogoś, kto wkrótce trafi do przytułku dla ubogich, jesteś szalenie pyskata! – pada błyskawiczna odpowiedź.
Auguście zapiera dech w piersiach, ale w tym momencie do gry wkracza nowy gość, ów doktor Riechert. Wciska się między obie damy i unosi błagalnie ręce.
– Moje panie, bardzo proszę! Wszczynanie takiej kłótni w domu pani von Kleiwitz to coś więcej niż nieuprzejmość.
Na chwilę zapada cisza. Widzowie wstrzymują oddech i wyciągają szyje, ktoś z tyłu daremnie próbuje stłumić atak kaszlu.
– Chodź, mój kochany – mówi Anna Maria, biorąc Ernsta Berenda pod ramię. – Twoja siostra jest dziś w paskudnym humorze, ufam, że niedługo dojdzie do siebie. Mamo? Papo? Wychodzimy…
Augusta musi przyznać, że wyjście ma triumfalne. Anna Maria wsparta na ramieniu narzeczonego odchodzi ze zwycięskim uśmiechem z placu boju, a Johanna może jej tylko życzyć „szerokiej drogi”, lecz w jej głosie publiczność słyszy zakłopotanie i brak pewności siebie. Niemal wszystkie obecne damy życzą Johannie kompromitacji, a Augusta z bólem uznaje, że przyjaciółka sama sobie zgotowała ten los.
Wieczór szybciej niż zwykle dobiega końca. Większość gości, zjadłszy i wypiwszy, żegna się, za wymówkę biorąc zimno i śnieg, nieliczni zostają nieco dłużej, by posłuchać kolejnego występu pianisty.
– Przepraszam cię bardzo – mówi Johanna na pożegnanie. – Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Ale ona kompletnie odmieniła mi brata i to mnie boli.
Po wyjściu wszystkich gości Greta wynosi do kuchni naczynia i szkło, Augusta zaś dostrzega, że kochany Klaus zdążył już się położyć.
– Śpisz? – pyta, wyciągając rękę, by pogładzić go po czole. I z przestrachem ją cofa, gdyż mąż aż płonie z gorączki.
Szkutnik Berthold Forster czekał jak zwykle przed domem Augusty, żeby towarzyszyć młodej żonie w powrotnej drodze przez pogrążone w mroku miasto. Nawet ziąb nie skłonił go do wejścia na przedproże, by zadzwonić do drzwi. Jest rzemieślnikiem, nie ma nic wspólnego z „eleganckim towarzystwem”. Niczego tu nie zmienia fakt, że poślubił córkę z bogatego domu kupieckiego – rodzina się jej wprawdzie wyrzekła, ale mimo wszystko to młoda kobieta, która otrzymała stosowne do jej sfery wychowanie.
– Kochana Johanno, to twój świat – odpowiada niezmiennie z uśmiechem. – Jesteś Berendówną i wychowano cię na damę. Takiego życia nie mogę ci zaoferować. Ale tym bardziej się cieszę, gdy z taką swobodą bawisz u twojej przyjaciółki.
Tego wieczoru Johanna wbrew swoim zwyczajom idzie obok niego w milczeniu, grzecznie pozwala się wziąć za rękę, gdy trudno iść po zlodowaciałym śniegu, i tylko co jakiś czas owija się mocniej wełnianą chustą, narzuconą na płaszcz.
– Piękny wieczór spędziłaś? – pyta Berthold, kiedy w blasku gazowej latarni można już rozpoznać zaśnieżony brzeg Radaune, Raduni.
– A tak, całkiem przyjemny…
– Ktoś grał na fortepianie, prawda? Trochę się przysłuchiwałem. Bardzo ładnie to brzmiało.
Johanna czuje irytację. Dlaczego on stoi na ulicy niczym jakiś posłaniec? Augusta z pewnością nie miałaby nic przeciwko jego wizycie. W wielu sprawach Berthold jest uparty jak osioł.
– A może powinienem ci kupić pianino? – ciągnie mąż. – Uczyłaś się przecież grać, prawda? Chętnie bym posłuchał.
– Bertholdzie, chwilowo nie mamy pieniędzy na zbędne wydatki – ucina Johanna.
– Musimy więc przełożyć ten zakup na później – stwierdza niezrażony Berthold. – Johanno, daj mi rękę. Na moście jest ślisko, jeszcze się przewrócisz.
Ach, on jest tak czuły. Tak troskliwy. Chce tylko, by ona była szczęśliwa i zadowolona. Johannę gryzie sumienie, że tak szorstko mu odpowiedziała. To dlatego, że nie może zapomnieć o tej głupiej, zbytecznej kłótni, którą chętnie by teraz wymazała. Jak mogła tak napaść na biednego Ernsta? I jeszcze na domiar złego na oczach jego „czcicielek” w salonie Augusty. I w przytomności narzeczonej. W końcu zna Annę Marię od dziecka, powinna była wiedzieć, że weźmie stronę narzeczonego. Zdumiewa ją tylko, że uczyniła to z taką gwałtownością.
Jak na kogoś, kto wkrótce trafi do przytułku dla ubogich…
To zdanie bezustannie dźwięczy Johannie w uszach. Anna Maria nie powiedziała tego ot, tak – w jej słowach kryje się groźba. Uważaj, kochana. Jestem córką Jana Jonkersa i jeśli zechcę, mogę zrujnować waszą śliczną małą stocznię. Czy to możliwe? Johannie trudno w to uwierzyć. Jan Jonkers jest doświadczonym człowiekiem interesu, dlaczegóż miałby dla kaprysu córki anulować zamówienia lub w ogóle ich nie udzielać? Zna przecież swoją Annę Marię i jej humory, ostatecznie całe miasto wie o tym, że dziś sprzyja jednemu, a jutro drugiemu kawalerowi. Nie – ta drobna sprzeczka bez znaczenia na pewno nie spowoduje, że Jan Jonkers przestanie budować statki u Forstera i Syna.
Jednak w ostatnim czasie armator rzadko był widywany w stoczni, gdzie położono stępkę pod jeden z zamówionych przez niego statków. Może powodem był panujący ziąb, tymczasowo uniemożliwiający prace. Ale mógł też za tym tkwić Teodor, jej brat. Odkąd Ernst zaręczył się z Anną Marią, Teodor coraz śmielej wchodził w handel zbożem z Holandią i Anglią. Tu na pewno Jan Jonkers utorował mu drogę, a to oznacza, że przezwyciężył niechęć do Teodora Berenda i gotów jest robić z nim interesy. Johanna przypuszcza, że swoją rolę odegrał w tym Ernst, jej młodszy brat. Braciszek próbuje swoich sił jako kupiec. Minęły czasy, kiedy twierdził, że jest poetą, człowiekiem pióra i pewnego dnia będzie żył z dochodów, jakie przyniosą mu książki i inne dzieła. Zamiast tego zatrudnia się jako chłopiec na posyłki starszego brata i sądzi, że zdoła wywrzeć tym wrażenie na przyszłym teściu. Czy on naprawdę myśli, że Teodor mu za to podziękuje? Wyciśnie go jak cytrynę, a zysk schowa do kieszeni.
Wątłe światełko wskazuje im drogę przez ciemny plac, to latarenka, którą Berthold postawił w oknie warsztatu.
– Wejdź, kochanie – mówi i ciągnie ją za rękę przez próg. – W taką zimnicę miło jest wrócić do domu, prawda?
– I tu masz rację.
Faktycznie wszelkie troski i żale znikają, gdy wchodzi do niewielkiego pomieszczenia i głaszcze Sułtana, kudłate psisko, które natychmiast rzuca się do niej, merdając ogonem. Jak tu przytulnie ciepło, jak znajomy jest zapach drewna i kleju, który uderza ją w nos! W piecu jeszcze się żarzy, czeladnik i obaj uczniowie rozłożyli się na noc tuż obok niego, bo zimą tu na dole jest cieplej niż na poddaszu, gdzie mają swoje izdebki. Pies szuka sobie ciepłego miejsca między śpiącymi mężczyznami, a Johanna wchodzi za Bertholdem po schodach do pokojów mieszkalnych.
– Ale z nas nocne marki – zauważa Berthold z uśmiechem i spogląda na zegarek kieszonkowy. – Już po dziesiątej.
Śpi jak suseł, gdy Johanna kończy wieczorną toaletę. Po cichutku kładzie się obok niego i słucha jego regularnego oddechu. Pomaga jej to okiełznać przygnębiające myśli, które w ciemności sypialni znowu chcą się rozpanoszyć, i miękko osuwa się w krainę snów.
Rankiem budzi się sama w małżeńskim łożu – Berthold, zgodnie ze starym nawykiem, wstał z piernatów z pierwszym brzaskiem, z warsztatu na dole dobiegają odgłosy młotków i pił. Johanna, dygocąc, wstaje z łóżka, otula się wełnianą chustą i otwiera okiennice. Pochmurny świt niezbyt poprawia jej humor, ale przynajmniej powietrze wydaje się jej nieco mniej lodowate niż wczoraj, a nawet tu i ówdzie słychać, jak coś kapie. Odwilż! Jeśli tylko się utrzyma, to robota w stoczni ruszy z kopyta.
Ubierając się, odkrywa, że wczoraj wieczorem zaplamiła niestety herbatą rękaw swojej jedynej porządnej sukni. Cała nadzieja, że stara Barbara umie na to coś poradzić, inaczej trzeba będzie odciąć kawałek rękawów. Co znowu doprowadzi do jadowitych plotek w salonie Augusty, ale do tego od dawna przywykła, bo oczywiście zasobne damy wyśmiewają się z niej, że stale pojawia się w tej samej sukni.
Po śniadaniu Johanna zabiera się do ksiąg rachunkowych, wpisuje tygodniową kwotę za żywienie robotników w stoczni oraz wydatki na narzędzia, które trzeba było nabyć. Następnie orientacyjnie oblicza sumę należnych wypłat. Z powodu mrozów nie dało się regularnie pracować, musieli więc zwolnić ludzi, mniej zatem potrzeba na to pieniędzy niż na jesieni. Jeśli odwilż potrwa dłużej, Paweł będzie się musiał jednak postarać o odpowiednich pracowników, bo chodzi o to, by ukończyć bryg dla przedsiębiorstwa żeglugowego Jonkersa, a do tego potrzeba wielu rąk. Johanna wszystko dokładnie poprzeliczała, kalkulacja jest na styk, ale się zgadza. Chce zaproponować armatorowi, że zwolnią go z uiszczenia trzeciej raty za statek i w ten sposób zachowają w nim udziały. Stocznia Forster i Syn będzie dzięki temu zarabiać do jednej trzeciej zysku z jego wszystkich rejsów handlowych, co zapewniłoby im regularne przychody obok budowy okrętów. Niestety ta idea nie przemawia ani do Pawła, ani do Bertholda, więc będzie musiała energiczniej się tym zająć, nie jest też bynajmniej pewne, czy Jan Jonkers przystanie na taki układ. Ale to powszechna praktyka w innych stoczniach – dlaczego u nich miałoby się to nie udać?
Jeśli chodzi o nowe pomysły, mężczyzn trzeba stale popychać i popędzać. Do swojego męża Bertholda nie może mieć pretensji, przez całe życie budował tylko nieduże łodzie w warsztacie. Zasługuje na najwyższe uznanie za to, że wspólnie z synem założył stocznię i obciążył dom hipoteką. Ale Paweł też okazał się bardziej szkutnikiem niż człowiekiem interesu. Wprawdzie świetnie mu się udało w ciągu paru miesięcy postawić na nogi niewielką stocznię, do tego zna się na swoim fachu, ale jak dotąd, kręcąc głową, odrzuca wszelkie propozycje i zachęty Johanny.
– Suchy dok? Może kiedyś. Tymczasem zajmujemy się budowaniem statków, naprawę zostawiamy innym.
Potrafi też potężnie się rozgniewać, jeśli Johanna choćby napomknie o kuźni, która by się im przydała, ponieważ stal będzie odgrywać coraz większą rolę w budowie okrętów.
– Ja buduję statki z drewna – wrzeszczy. – Kto woli zardzewiałe łajby, ten niech idzie do Klawittera.
W ostatnim czasie Paweł prędko wpada w gniew. Gdy Johanna ciągnie do stoczni wózek z obiadem, już z dala się w nią wpatruje i śledzi oczyma każdy jej ruch. Kiedy jednak dziewczyna dotrze na pochylnię, odwraca się i usuwa na bok. Wystarczą dwa słowa, niewinne pytanie, jak daleko posunęli się z robotą, lub uwaga na temat nieporządnie rozrzuconych desek – i już wybucha kłótnia.
– Nie wtrącaj się do spraw, na których się nie rozumiesz! – słyszy reprymendę. A ponieważ nie daje się bezpodstawnie obrażać, broni się jak umie.
– Pytam tylko dlatego, że prowadzę księgi i chcę zapisać postępy robót.
– Rozejrzyj się, to zobaczysz, co zrobiliśmy!
– Ale ja nie jestem cieślą okrętowym. Nie znam się na wszystkim. Musisz mi to wyjaśnić.
– Nie mam czasu…
Za każdym razem robotnicy i cieśle czekają w napięciu na tę wymianę zdań, która nieuchronnie prędzej czy później nastąpi. Większość ma uciechę, uśmiechają się ukradkiem, pałaszując eintopfa, rzucają dwuznaczne spojrzenia, czasami dochodzą jeszcze ciche komentarze, które nie są przeznaczone dla uszu Pawła. Tylko dwóch starszych czeladników patrzy na Johannę z ponurymi minami i najwyraźniej są zdania, że lepiej by trzymała buzię na kłódkę i nie psuła majstrowi humoru.
W powrotnej drodze Johanna czuje się zwykle bezradna i smutna, bo w zasadzie w ogóle nie chce się kłócić z Pawłem i nie może zrozumieć, dlaczego mimo to ciągle dochodzi do spięć. Dlaczego on jest taki rozdrażniony? Czemu ona daje mu się sprowokować zamiast po prostu zamilczeć? No cóż, może chodzi o to, że mają różne poglądy na wiele spraw dotyczących stoczni. Johanna wie, że narzeczona Pawła, Lena Grauholm, naciska na niego, by jak najszybciej zacząć budowę domu przy Strohdeich, przy Siennej Grobli, to będą mogli się pobrać i tam wprowadzić. Johanna jednak uważa, że to nie jest ważne. Jeśli już muszą wydać pieniądze na budowę, to powinni zbudować kuźnię, a do tego budynek administracyjny z biurem i pomieszczeniami roboczymi, gdzie będzie można kreślić plany i przyjmować klientów. Ona będzie codziennie siedzieć w biurze, prowadzić księgi, rozmowy ze zleceniodawcami, wypłacać pobory i przyjmować pieniądze z tytułu udziałów w statku, które chce wynegocjować od Jonkersa i innych armatorów. W ten sposób stocznia będzie się rozwijać – a dom zawsze zdąży się postawić.
Zanurza właśnie pióro w kałamarzu, żeby wpisać jeszcze parę drobniejszych wydatków, kiedy dobiega do niej z warsztatu kobiecy głos:
– Pięknie się witam ze wszystkimi. No i jak? Pilnie pracujecie?
Johanna wydaje z siebie zirytowane westchnienie. To Marta Grauholm, żona szewca i przyszła teściowa Pawła. Odkąd ten zaręczył się z jej córką, szewcowa jest stałym gościem w domu Forsterów, wchodzi i wychodzi, jak jej się żywnie podoba, każe się ugaszczać kawą i ciastem oraz paple, aż głowa boli.
– Tak jest, Marto, pilnie i z zapałem – odpowiada jej Berthold na swój jowialny sposób. – Cóż nam innego pozostaje? Samo się nie zrobi.
– Prawdę mówisz, Bertholdzie – przyznaje Grauholmowa. – Czy Paweł jest na Siennej Grobli w ten mróz?
– A pewnie – odpowiada cierpliwie Berthold. – Póki śnieg nie sypie grubymi płatami, prace przy statku trwają.
Dla Marty Grauholm powinna to być w sumie radosna wiadomość, bo szczęście małżeńskie jej córki zależy przecież od powodzenia stoczni. Ale zamiast się cieszyć, zaczyna lamentować.
– Z Pawłem nie da się nawet dwóch słów zamienić – użala się zirytowana. – O świcie wychodzi z domu, a kiedy wieczorem idzie na górę do swojego pokoju, burczy tylko i mówi, że jest porządnie zmęczony i chce spać…
Johanna przysłuchuje się nie bez satysfakcji. W ogóle zadaje sobie pytanie, co też takiego przyciągnęło go do bezbarwnej Leny Grauholm i czemu akurat teraz musiał się z nią zaręczyć, kiedy stocznia jest jeszcze w powijakach i znalazłyby się znacznie ważniejsze rzeczy niż małżeństwo i dzieci. No cóż, jak się zdaje, zdążył to właśnie zrozumieć, choć nie chce tego przyznać, bo nic już nie mówi o swoich planach małżeńskich. Mało tego, Johanna ma wrażenie, że wykorzystuje każdą okazję, by uciec od narzeczonej i jej rodziny. Paweł wynajął wprawdzie pokój w domu szewca na Böttchergasse, na Bednarskiej, ale stara się jak najkrócej tam przebywać. Przeważnie po fajrancie przychodzi do ojca do warsztatu, żeby omówić z nim parę spraw, a potem na górze jedzą wspólnie kolację i spędzają miłą godzinkę na pogawędce. Osobliwym trafem Paweł jest wówczas w przyjaznym nastroju, stara się wyczerpująco odpowiadać na jej pytania i cierpliwie słucha, jak wyjaśnia mu swoje propozycje i koncepcje. I tak zresztą zawsze bierze stronę ojca, który dobrodusznie obśmiewa „kolorowe mrzonki” swojej żony, po czym uznaje za niemożliwe do realizacji.
Na dole sytuacja się zaostrza, bo Marta nie ma zamiaru wracać na Bednarską, nie załatwiwszy tego, co chciała.
– W takim razie podejdę jeszcze na górę do Johanny – oświadcza. – Ona nie ma przecież nic do roboty, możemy sobie w spokoju obgadać parę spraw.
– Idź, Marto, idź. Moja kochana Johanna z pewnością się ucieszy na twój widok.
I już słychać na schodach lekkie kroki szewcowej, a Johanna pospiesznie posypuje piaskiem wpisy, zanim zamknie księgę kasową. Dlaczego, na litość boską, Marta Grauholm uważa, że musi jej umilać czas? Po co w kółko jej opowiada, że Lenka jest taką uroczą, pracowitą, cierpliwą i przyzwoitą dziewczyną, a Pawła Forstera od dziecka obdarzała uwielbieniem? Co najmniej ze trzy razy musiała wysłuchać, że Paweł swego czasu zbudował Lenie łóżeczko dla jej lalki. Już wtedy wyraźnie było widać, że po prostu są sobie przeznaczeni.
Marta Grauholm nie zadaje sobie trudu, by zapukać, naciska po prostu klamkę, wsadza nos w uchylone drzwi i cieszy się, widząc Johannę siedzącą przy stole.
– A, tutaj jesteś! I co? Nudzi ci się, nie? No tak, ty masz Barbarę, która wszystko robi za ciebie, prawda?
Johanna powstrzymuje się od uwagi, że Marta ma czas na ploty dlatego, że gospodarstwem domowym zajmuje się jej córka.
– Miło, że zajrzałaś – mówi w zamian. – Muszę jednak zaraz zejść do kuchni, bo gotujemy obiad dla robotników w stoczni…
Oczywiście Marta ignoruje mało subtelną aluzję i rozsiada się przy stole, by narzekać na pogodę i wysokie ceny na Targu Rybnym. Po czym przechodzi do rzeczy.
– Wiesz przecież, Johanno, że biedni z nas ludzie. Biedni, ale uczciwi. I nie będziemy dziadować. Dam córce cztery prześcieradła z dobrego lnu, a do tego trzy poduszki i jeszcze obrus, niby połatany na jednym rogu, ale po prawdzie to tego nie widać. No i ręczniki, podarowała mi je swego czasu testamentem zmarła ciotka, która mieszkała w Langfuhr, we Wrzeszczu, i zmarła panną…
To po prostu żałosne! Czemu niby ma omawiać z Martą Grauholm posag jej córki? Nie jest w końcu matką Pawła, lecz macochą, a on jej nawet nie zapytał, czy odpowiadają jej jego zaręczyny.
Ale robi się gorzej.
– A to musi nam Paweł solennie obiecać, inaczej nici z wesela – oznajmia wzburzona Marta, zdmuchując znad oka kosmyk siwych włosów, który wysunął się z czepka. – Dzieci, które będą mieli, muszą zostać wychowane na protestantów. Mówię to dlatego, że Paweł przecież jest katolikiem. Tego chciała jego polska matka, Stanisława, a ojciec się nie sprzeciwiał. Ale my jesteśmy dobrymi protestantami i nie chcemy, żeby nasze wnuki były wychowywane po katolicku. W końcu nie jesteśmy Kaszubami.
Johanna dochodzi do wniosku, że takie nerwy to gruba przesada, bo trudno jej sobie wyobrazić, że Paweł będzie obstawał przy katolickiej wierze swoich dzieci. Ale Marcie sporo leży jeszcze na sercu i nie daje Johannie okazji do zajęcia stanowiska.
– Mówię to tylko dlatego, że w końcu ślub już niedaleko. Kiedy wreszcie się zacznie budowa domu przy Siennej Grobli? Zaraz będzie marzec, można by kłaść fundamenty…
Johanna stara się hamować. Jeśli o nią chodzi, to na razie niczego nie powinno się budować, a już na pewno nie domu. Ale tego Marcie nie powie, bo ta jeszcze dojdzie do przekonania, że Johanna chce udaremnić zamążpójście jej córki. A to naprawdę ostatnia rzecz, o której myśli. W końcu Paweł jest dorosłym człowiekiem i wie, co robi. Jeśli jest na tyle głupi, że chce się wżenić w szewski klan, to nie ma dla niego ratunku.
– Marta, w tej sprawie musisz zapytać mężczyzn – ucieka z odpowiedzią. – Muszę teraz zejść do kuchni, inaczej eintopf dla cieśli nie ugotuje się na czas.
Wstaje i patrzy na Martę wyczekująco. Ta chwilę się kryguje i chce wiedzieć, czy dom postawią z drewna, czy też z palonej cegły oraz czy znajdzie się tam dość miejsca dla rodziny, bo z pewnością wkrótce pojawi się potomstwo.
– Zapytaj Pawła – radzi Johanna. – On ci wszystko dokładnie wyjaśni.
W kuchni siedzi stara Barbara z miską na kolanach i obiera ziemniaki. Eintopf dla cieśli jest pożywny i sycący, ale jadłospis nie przewiduje większych urozmaiceń. Tłusta słonina i trochę wędzonego boczku stanowią podstawę dania, do tego cebule, marchewki, ziemniaki, a dziś wyjątkowo jeszcze trzy bulwy selera, które Barbara okazyjnie kupiła na rynku.
– Poszła sobie? – dopytuje staruszka, wskazując nożem na drzwi.
– Na szczęście – odpowiada Johanna z kpiącym uśmiechem i zabiera się do obierania i krojenia cebuli.
– Że też musiał wziąć sobie taką na kark – burczy Barbara i wstaje, żeby rozniecić ogień w palenisku. – Dziewczyna jest zresztą poczciwa, a że do tego głupia jak but, to już nic na to nie poradzi. Ale Marta była zawsze męcząca jak nieszczęście. Nic dziwnego, skoro Otto jest milczkiem, siedzi tylko w warsztacie i nie odzywa się do niej…
– Jest jak jest, Barbaro – wzdycha Johanna. – Paweł podjął taką decyzję, a my obrywamy.
– W życiu nie zrozumiem, co w niego wstąpiło! – pomstuje staruszka, wrzucając słoninę i wędzonkę do kotła.
Na dworze łagodne zimowe słońce oświetla miasto. Z lodowych sopli na dachach ściekają grube krople na trotuary, a wydeptany śnieg na ulicach podchodzi wodą, łatwo się można pośliznąć. Johanna zanosi Bertholdowi i jego trzem pomocnikom obiad do warsztatu, nie zapomina też o postawieniu miski dla Sułtana.
– Marek powinien pójść z tobą – martwi się zafrasowany Berthold, stawiając przy pomocy Barbary kocioł na wózek. – Jest ślisko, jeszcze się przewrócisz razem z wózkiem.
Johanna protestuje. W końcu radziła sobie w mróz i śnieg, odwilż jej z całą pewnością niestraszna. Dzielnie wlecze wózek przez ulice, zręcznie manewruje solidnie obciążonym wehikułem, wymijając kałuże i wystające narożniki. Na promie, który przewozi ją przez Motławę, też nie ma problemów, ponieważ pomocnik przewoźnika spieszy jak co dzień, by jej pomóc.
– Tam dalej musicie uważać, majstrowo – rzuca z kpiarskim uśmiechem, sprowadzając wózek z promu na ląd. – Inaczej obiad szybciej dotrze na miejsce, niż chcieliby głodni stołownicy.
Johanna śmieje się wesoło, dziękuje i rusza wąską ścieżyną, która prowadzi do stoczni. Rzeczywiście słońce gdzieniegdzie roztopiło zamarzniętą na kamień ziemię, wózek się kolebie, a ona ma trudności z utrzymaniem go na właściwym kursie. W stoczni cieśle pilnie pracują. Łączą gotową dziobnicę ze stępką, skomplikowana sprawa, bo wszystko tu musi dokładnie pasować. Niedaleko płonie ognisko, nad którym wisi kocioł, zapewne ze smołą. Smołowana flanela służy szkutnikom do uszczelniania szpar i szczelin, żeby woda nie wlewała się do statku.
Zapatrzyła się i przestała zwracać uwagę na wózek. Ten raptem wymyka się jej z rąk i niebezpiecznie się kołysząc, sunie w dół drogą. Johanna rzuca się za nim, łapie go z tyłu, by go jakoś wyhamować, ale potyka się i razem z wózkiem ześlizguje się dalej po skarpie.
– Uwaga! – krzyczy ktoś. – Johanna, trzymaj się mocno!
To Paweł. Jak on to zrobił? Dopiero co stał wśród cieśli, a w mgnieniu oka zatrzymał rozpędzony wehikuł, teraz zaś zapiera się o wózek, podtrzymując go silnymi ramionami.
– Mało brakowało! – oświadcza Johanna, która siedzi na śniegu obok wózka. – Kto by pomyślał, że to cholerstwo tak po prostu mi się wymknie.
– Cała jesteś? – pyta Paweł.
Mruży oczy, zwracając się do niej, bo stoi pod słońce. Włosy opadły mu na czoło, wyraźnie rysują się napięte z wysiłku mięśnie ramion.
– Chyba tak. Dobrze, że się tak szybko pojawiłeś…
– Usłyszałem, jak krzyczysz.
– Ja krzyczałam?
– Tak. – Uśmiecha się. – Wołałaś „Pomocy! Wózek!”.
– Naprawdę?
Głupio jej, że tak głośno wołała o pomoc. Tymczasem podeszło do nich kilku robotników i ciągną niesforny wózek z cennym ładunkiem do wozowni, gdzie zazwyczaj jedzą obiad, przysiadając na stosach drewna. Johanna przyjmuje wyciągnięte ramię Pawła, by łatwiej wstać na śliskim gruncie. Jaki on nagle uprzejmy! Jak szarmancko oferuje jej pomocną dłoń, patrząc na nią na poły łobuzersko, na poły z troską.
– Jutro w południe poślę kogoś do promu, to nie będziesz musiała się męczyć na śliskiej drodze – stwierdza.
– No jeszcze czego – śmieje się dziewczyna. – Jutro śnieg stopi się do reszty, to co najwyżej będę mogła utonąć w błocie.
Paweł śmieje się razem z nią i trzyma ją mocno za rękę, gdy Johanna otrzepuje spódnicę i płaszcz ze śniegu. Po czym nagle gwałtownie puszcza jej dłoń, jak gdyby coś go przestraszyło, i wielkimi susami pędzi do wozowni, gdzie robotnicy rozdzielają już talerze i łyżki. Johanna nakłada jedzenie i nalewa do kubków posłodzoną herbatę, Paweł zaś siedzi milczący wśród innych i pałaszuje eintopf. Do zwyczajowej sprzeczki nie dochodzi, słowem się w ogóle do niej nie odzywa, ku rozczarowaniu robotników, którzy już się cieszyli na atrakcyjną awanturę.
Cóż to za dziwny człowiek, zastanawia się Johanna w drodze powrotnej. Ma dwa oblicza, jedno przyjazne, drugie odpychające. Dziś był naprawdę miły, miejmy nadzieję, że nie pokłóci się ze mną przy kolacji.
Jednak wieczorem Johanna ma zupełnie inne zmartwienia. Po powrocie do domu znajduje na stole jadalnym list przyniesiony przez listonosza. Zdziwiona odcyfrowuje nazwisko nadawcy:
Dr Alfred Riechert, adwokat, Breite Gasse, Szeroka, numer 32/1.
Pismo to jedna wielka bezczelność.
Wielce szanowna Pani,
w imieniu mojej mandantki, pani Cecylii Jonkers, wzywam, by z dochowaniem wszelkich form i okazując skruchę, wycofała Pani obelżywe określenia, które w dniu 26 lutego w domu rotmistrza von Kleiwitza skierowała Pani pod adresem panny Anny Marii Jonkers. W tym celu wnoszę, by sporządziła Pani pisemne przeprosiny wobec panny Jonkers, które sprawdzę jako adwokat i przekażę wspomnianej damie.
Z wyrazami szacunku
Dr Alfred Riechert
Adwokat
Jak matka może być tak okrutna! Nawet jeśli jaśnie pani jest zbyt słaba, by wstać z łóżka, to przecież można by jej przynieść maleńką córeczkę, żeby ją ucałowała i przytuliła do piersi. Ale jaśnie pani nie chce widzieć dziecka, na sam widok noworodka dostaje migreny i troszczenie się o niego zostawia mamce.
– Jestem wyczerpana i muszę najpierw odzyskać siły – powiedziała Traude. – Kto wie, czy to dziecko w ogóle przeżyje. Jest bardzo malutkie, prawda? Dziewczynka! Dlaczego Bóg mnie tak doświadcza? Tyle trudu, tyle trosk, tyle bólu, żeby się okazało, że to tylko dziewczynka…
Nawet oschła Traude jest oburzona tymi słowami.
– W końcu udało jej się donosić i urodzić dziecko, to go nie chce! – burczy przy śniadaniu w kuchni. – No dobrze, to tylko dziewczynka. Ale to też stworzenie boże i ma prawo do życia.
– Dobrze mówisz – przytakuje mamka Minna, która siedzi przy kuchennym stole, trzymając przy piersi maleńkie niemowlę. Cały dzień nosi małą na rękach, bo ta z miejsca zaczyna płakać, jeśli odłoży się ją do kołyski. Młodej mamce początkowo to nie przeszkadzało, jako że to przecież normalne, że małe dzieci krzyczą i marudzą. Ale wtedy Danuta powiedziała jej, że dziewczynka jest bardzo słaba i potrzebuje mnóstwa ciepła i miłości, żeby przeżyć.
– Jeśli mała umrze, od razu stracisz posadę mamki – ostrzegła ją. – Rób więc tak, jak ci mówię. Noś ją przy sobie i karm ją, kiedy tylko zechce.
Danuta przez trzy dni karmiła maleńką i opiekowała się nią, ponieważ jaśnie pani dopiero na czwarty dzień zdobyła się na zatrudnienie mamki. Minna Hansen bynajmniej nie jest najlepszym wyborem spośród kobiet, które stawiły się w domu Berendów, bo jest bardzo młoda i nie ma doświadczenia z dziećmi. Ale godzi się przepracować pierwsze miesiące jedynie za wikt i utrzymanie, nie stawiała też żadnych innych żądań, co bardzo się państwu spodobało. Danuta od razu się z nią dogadała. Minna jest dobroduszna i uczynna, o pogodnym usposobieniu oraz z całego serca oddana małej podopiecznej. Pochodzi z małej osady koło Müggau, Migowa, to niedaleko rodzinnej wioski Danuty. Minna opowiada, że mąż jej uciekł stamtąd, a ich dziecko umarło, dlatego chce zarobić na życie w mieście jako mamka. Danuta nie do końca wierzy w tę historię, ale nie zamierza dopytywać, bo to nie jej sprawa.
– Chcesz jeszcze kromkę? – pyta gospodyni i podsuwa faskę z masłem w stronę Minny. – Weź też porządną porcję słodkiego musu. Zaraz będzie jeszcze ciepłe mleko dla was obu.
Odkąd urodził się Christianek, całkowicie zmienił się nastrój wśród służby w domu Berendów. Minęły czasy, kiedy pokojówki wraz z gospodynią sądziły, że mają się stosować do życzeń jaśnie pani, pogardzały Danutą jako „nieobyczajną osobą” i źle ją traktowały. Obecnie jest już aż nadto wyraźne, że jaśnie pan kocha swojego syneczka nad życie i chce zatrzymać u siebie Danutę. A ponieważ jaśnie pani musi się podporządkować jego woli, personel domowy przeszedł ze sztandarami na stronę Danuty. Gospodyni stara się ją rozpieszczać pysznymi kąskami, a Traude nie przepuści żadnej okazji, by wychwalać Danutę pod niebiosa i pomstować na jaśnie panią. Trzeba dodać, że to ostatnie płynie z głębi Traudzinego serca, więc niczego nie musi udawać.
– Co ona sobie wyobraża! – burzy się służąca. – Chce szybko odzyskać siły, żeby od razu ponownie zajść w ciążę. Musi mieć syna. Inaczej nie będzie zadowolona.
– Moja świętej pamięci babka urodziła pięć córek, zanim w końcu na świat przyszedł chłopiec. A i tak od razu jej umarł – opowiada z powagą Minna. – Po prostu Bóg tak chciał.
– Pięć córek – śmieje się Döppelowa. – No to cierpliwość jaśnie pani byłaby wystawiona na ciężką próbę. Myślę, że by tego nie przeżyła.
– A może jednak – stwierdza Traude, kiwając głową. – Ona zawsze niby taka słabiutka, ale w rzeczywistości jest twarda jak skóra juchtowa. Jeszcze nas wszystkich przeżyje.
– Nie życzę jej niczego złego – wtrąca się Danuta, która czuje się winna wobec jaśnie pani. – Nie jest dobrym człowiekiem, ale wiele przecierpiała i dlatego mi jej żal.
Obie służące kręcą głowami.
– Prędzej ulituję się nad sobą, nim pożałuję jaśnie pani – oświadcza Traude.
– Ma, na co zasłużyła – oświadcza krótko i zwięźle pani Döppel. – Zapomniałaś już, jak cię oskarżyła o kradzież broszki? A przecież na pewno sama ją zaniosła do twojego pokoju i położyła pod poduszką!
Danuta milczy. Döppelowa też odegrała niechlubną rolę w tej historii. Nigdy wprawdzie nie wyjaśniono, jak broszka trafiła do pokoju Danuty, ale nikt już nie wierzy, że to ona ją ukradła.
Za oknem kuchennym z wolna rozwiewają się poranne ciemności, widać, jak pręgowany szary kot przekrada się przez podwórze i znika w magazynie. Danuta dodaje łyżkę miodu do ciepłego mleka i podsuwa kubek Minnie, po czym wstaje, żeby wyjąć swojego synka z łóżeczka na kółkach i nakarmić go owsianką. Christianek ma już pół roku i jest krzepkim szkrabem, przeważnie w dobrym humorze, o brązowych włosach i ciemnych oczach, z twarzy wykapana mama. Potrafi już siadać i entuzjastycznie kopie nóżkami na kolanach Danuty, gdy widzi miseczkę ze słodką zupką. Głodny otwiera buźkę i niecierpliwie zawodzi, ponieważ matka musi wcześniej spróbować, czy owsianka nie jest jeszcze za gorąca.
– Ten to jest dopiero – mówi z uznaniem gospodyni. – Jeszcze chwila i obje nas ze szczętem. I jak patrzy! Mały bałamut z niego.
– Tak, cały tatuś – przyświadcza Traude i gryzie się w język, bo weszła na grząski grunt.
Döppelowa przychodzi jej z pomocą i prędko zmienia temat.
– A czy przynajmniej znaleźli już imię dla tej biednej dziewuszki? – pyta zebrane. – Dwa tygodnie już jest na świecie, ale o chrzcie jakoś nikt nie mówi.
– Ma się nazywać Elżbieta Cecylia – wtrąca Minna. – Jaśnie pani mówiła, że chce zaczekać z chrztem, póki nie wyzdrowieje. Trzeba przecież urządzić przyjęcie i podjąć gości.
– No to jaśnie wielmożna będzie czekać na święty nigdy. Cóż, gdyby to był syn! Dzwony biłyby już w ostatnią niedzielę, a w domu mielibyśmy towarzystwo, które zjechałoby się na chrzciny.
Gospodyni spieszy się z przygotowaniem śniadania dla państwa, Traude też szybko opróżnia swój kubek i zaczyna ustawiać naczynia na obu tacach. Na jednej dla obu panów, którzy zaraz zjawią się w jadalni, a na drugiej dla jaśnie pani, która jeszcze jest przykuta do łóżka i ma coraz dziwniejsze zachcianki. Ostatnio chce na przykład na śniadanie wędzoną rybę z jajecznicą, do tego biały chleb z masłem, miód, konfitury i mocną kawę. Bo lekarz jej powiedział, że musi porządnie jeść, by odzyskać siły.
