Gdańsk. Czas burzy - Sellnick Hilke - ebook
NOWOŚĆ

Gdańsk. Czas burzy ebook

Sellnick Hilke

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Wielka gdańska saga trwa!

Ciemne chmury zbierają się nad Gdańskiem i losem Johanny. Odważna młoda kobieta walczy o przetrwanie stoczni… i o sekretną miłość.

Johanna jest szczęśliwa. Budowa nowej stoczni Forsterów przebiega zgodnie z planem. Jej mąż, Berthold, i jego syn z pierwszego małżeństwa, Paweł, z zapałem pracują nad pierwszym statkiem, który wkrótce zostanie zwodowany. Johanna również coraz aktywniej pragnie angażować się w działalność stoczni. Berthold i Paweł doceniają jej proaktywne podejście, ale – ku jej niezadowoleniu – jako kobieta wciąż ma niewiele do powiedzenia. Dodatkowo Paweł jej unika. Nie może zapomnieć o tym, co wydarzyło się podczas pożaru magazynu.

Tymczasem brat Johanny, Teodor, nie ustaje w intrygach. Zazdrosny o jej sukces, stawia coraz to nowe przeszkody, by zaszkodzić jej i stoczni. Kiedy podczas uroczystego chrztu pierwszego statku wybucha skandal, na próbę zostaje wystawiona nie tylko reputacja nowego przedsiębiorstwa, ale również małżeństwo Johanny…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 610

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: Dan­zig. Zeiten des Sturms

Copy­ri­ght © 2024 by Hilke Sel­l­nick Copy­ri­ght © 2024 by Pen­guin Ver­lag a divi­sion of Pen­guin Ran­dom House Ver­lagsgruppe GmbH, München, Ger­many Copy­ri­ght © 2026 for the Polish edi­tion by Wydaw­nic­two Czarna Owca Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Ewa Kocha­now­ska

All rights rese­rved

Redak­cja: Kata­rzyna Dzie­dzicka Korekta: Ewa Ski­biń­ska, Beata Wój­cik Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Mag­da­lena Zawadzka Zdję­cia na okładce: © Nata­sza Fie­do­tjew/Tre­vil­lion Ima­ges, Pri­vate Col­lec­tion © Gale­rie Bil­der­welt/Brid­ge­man Ima­ges Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark). Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku. Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie pierw­sze War­szawa 2026 ISBN 9788383828299

Teodor

Ma mocny sen, więc budzi się dopiero, gdy Luiza szar­pie go za ramię. Trudno zro­zu­mieć, co ona tam szepce, bo jej słowa giną wśród jęków i stę­ka­nia.

– Co znowu? – mru­czy pół­przy­tomny.

Nagle trzeź­wieje i już wie, co się dzieje. Dziecko! Ona rodzi dziecko. Ogar­nięty panicz­nym stra­chem wyska­kuje z łóżka i boso bie­gnie przez kory­tarz.

– Traude! Pani Döppel! – krzy­czy ochry­ple.

W poko­jach służby na pod­da­szu sta­rej gdań­skiej han­ze­atyc­kiej kamie­nicy panuje mar­twa cisza; gdy trzeba spro­wa­dzić aku­szerkę w środku nocy, słu­żący robią się przy­głusi. Zwłasz­cza że wszę­dzie leży śnieg i oddech zama­rza na luto­wym mro­zie.

Pan domu w furii łomo­cze w drzwi, za któ­rymi śpi jego brat Ernst.

– Wsta­waj! Luiza rodzi! No już, zbie­raj się!

Z mał­żeń­skiej sypialni dobie­gają gło­śne jęki Luizy. To go napawa stra­chem. Żona led­wie prze­żyła kilka poro­nień i w zasa­dzie – jak ostrze­gał lekarz – kolejna ciąża to dla niej śmier­telne zagro­że­nie. No ale zda­rzyło się, a Bóg zrzą­dził, że tym razem dono­siła dziecko. Tylko czy prze­żyje poród? Luiza jest deli­kat­nej kon­sty­tu­cji, silne krwo­toki przy poro­nie­niach za każ­dym razem dopro­wa­dzały ją na skraj śmierci.

Młod­szy brat naj­wy­raź­niej nie spie­szy się ze wsta­wa­niem. Teo­dor nie­cier­pli­wie łapie lampkę nocną ze sto­ją­cej na kory­ta­rzu komody, otwiera z roz­ma­chem drzwi do sypialni Ern­sta i świeci do wnę­trza. No oczy­wi­ście – na stole leżą zapi­sane arku­sze, obok stoi wypa­lona świeca. Znowu przez pół nocy pisał te swoje bez­u­ży­teczne trak­taty. Ernst uważa się za wiel­kiego lite­rata – cóż za non­sens!

– Nie sły­sza­łeś? Ubie­raj się i ścią­gnij tu aku­szerkę!

– A czemu ja? – Zza zasłon przy łóżku dobiega zaspane bur­cze­nie. – Czy to może moje dziecko?

Teo­dora ogar­nia wście­kłość. Ernst ostat­nio pozwala sobie na imper­ty­nen­cje, na które wcze­śniej wobec star­szego brata ni­gdy by się nie ośmie­lił. Wygląda na to, że zarę­czyny z bogatą córką arma­tora Anną Marią Jon­kers ude­rzyły mu do głowy, w końcu panna wnosi w wia­nie korzystne kon­takty han­dlowe z przed­się­bior­stwem żeglu­go­wym swo­jego ojca.

– Mam cię popę­dzić? – ryczy Teo­dor i groź­nie zbliża się do łóżka. Nie odczuwa skru­pu­łów przed zdar­ciem koł­dry z młod­szego brata i wycią­gnię­ciem go za łeb z pier­na­tów.

– Ja pójdę, jaśnie panie! – roz­lega się za nim czyjś głos.

W kory­ta­rzu roz­bły­ska świa­tło, ale przy­odziana w nocny strój postać nie jest ani gospo­dy­nią, ani Traude. To Danuta, owi­nięta weł­nianą chu­stą.

– Nie! – oświad­cza Teo­dor. – Ty nie.

Jesz­cze tego bra­kuje, żeby aku­rat Danuta błą­kała się po mie­ście w ciemną i zimną noc, niech no jesz­cze ktoś ją napad­nie. Niech Traude albo pani Döppel odmra­żają sobie nogi. Niech Ern­stowi odpadną uszy na mro­zie. Danuta była przez pewien czas słu­żącą w tym domu, ale teraz jest matką jego uko­cha­nego syneczka Chri­stiana, włos jej z głowy spaść nie może.

– Ależ, jaśnie panie, pań­skiej żonie potrzebna jest aku­szerka! – lamen­tuje Danuta. – Pani jest taka deli­katna, a poród wyssie z niej wszyst­kie siły…

W tym momen­cie sły­chać, jak Ernst, klnąc, wstaje z łóżka i zrywa z głowy szlaf­mycę, która w nocy chroni jego arty­styczny lok przed roz­czo­chra­niem.

– Precz z mojego pokoju! – pomstuje. – Ubie­ram się. Danuto, przy­szy­kuj mi futro Teo­dora! I ocie­plane buty z cho­le­wami!

– No wresz­cie! – kwi­tuje Teo­dor z zado­wo­le­niem.

Rusza scho­dami na pod­da­sze, żeby pogo­nić obie słu­żące. Wsta­wać, poza­pa­lać lampy. Napa­lić w sypialni. Pod­grzać wodę. Przy­szy­ko­wać posi­łek dla tej nie­na­żar­tej aku­szerki. Zapa­rzyć her­batę. Cze­kać w goto­wo­ści.

– Do dia­bła cięż­kiego! Rusz­cie kulasy, jak chce­cie tu jesz­cze pra­co­wać!

Kobiety są już ubrane. Oczy­wi­ście, że sły­szały jego woła­nie przed chwilą, ale obie chy­tru­ski wolały zacze­kać w nadziei, że nie wyśle ich na ten ziąb.

– Do usług, jaśnie panie – mam­roce skwa­pli­wie gospo­dyni, dyga­jąc. – Musia­łam tylko wło­żyć suk­nię, nie mogę prze­cież sta­wić się przed jaśnie panem w koszuli…

Döppelowa jest niska i przy­sa­dzi­sta, no i brzydka jak noc; jej widok w koszuli noc­nej raczej nie byłby przy­jemny. Poko­jówka, chuda jak szczapa i pła­ska jak deska Traude, też nie jest pięk­no­ścią. Teo­dor odsyła ją do Luizy, a gospo­dyni zabiera się w kuchni do roboty.

On sam na razie nie wcho­dzi do mał­żeń­skiej sypialni. Nic tam po nim, porody i tym podobne sprawy to rzecz kobiet, tajem­ni­cze pro­cesy, pełne mrocz­nych i prze­ra­ża­ją­cych szcze­gó­łów, o któ­rych męż­czy­zna nie musi się dowia­dy­wać. Czeka na kory­ta­rzu, póki Traude do niego nie wyj­dzie.

– I co? – pyta.

– Ma bóle poro­dowe, jaśnie panie…

– Tyle sam wiem. Coś poza tym?

– To jesz­cze dobrą chwilę potrwa. Będziemy wie­dzieć wię­cej, jak przyj­dzie aku­szerka.

– Zaj­mij się nią!

– Oczy­wi­ście, jaśnie panie.

Teo­dor stoi jesz­cze przez moment w kory­ta­rzu, nasłu­chu­jąc. Gdy znowu dobie­gają go stę­ka­nia i jęki Luizy, nara­sta w nim nie­zno­śne poczu­cie, że sam nie jest bez winy, jeśli idzie o jej cier­pie­nia. W końcu nie dotrzy­mał posta­no­wie­nia, by zanie­chać cie­le­snego obco­wa­nia z żoną.

Uspo­kaja się, że prze­cież sama tego chciała. Prze­cież było to jej naj­go­ręt­szym pra­gnie­niem, no i bądź co bądź tym razem udało jej się dono­sić dziecko. Ile jest warta gada­nina dok­tora Stern­berga? Jeśli Bóg zechce, Luiza powije zdro­wego syna, który będzie dora­stał pod jej okiem.

W nie­opa­la­nym kory­ta­rzu cią­gnie chło­dem, a ponie­waż Teo­dor nijak nie jest w sta­nie przy­spie­szyć biegu rze­czy, wyco­fuje się do swo­jego daw­nego pokoju dzie­cię­cego, który teraz służy gościom. Cia­sno tam, ponie­waż upy­cha się w nim naj­roz­ma­it­sze graty, ponadto prze­ście­ra­dło i poduszki na łóżku są zawil­go­cone z zimna, więc zanim Teo­dorowi uda się zasnąć, mija dobra chwila. Ale wresz­cie zapada w głę­boki i mocny sen.

Budzi się dopiero rano o zwy­kłej porze. Jest jesz­cze ciemno, w domu panuje gro­bowa cisza. Teo­dor siada na łóżku i czuje lodo­waty ziąb prze­ni­ka­jący przez nocną koszulę. Nikt go nie obu­dził, by prze­ka­zać mu nowiny, niczego dobrego to nie wróży. Przy­gnę­biony wstaje i woła Traude, żeby przy­nio­sła mu ubra­nie.

– Jak się czuje moja żona?

– Śpi, jaśnie panie.

– Śpi? To zna­czy, że dziecko już się uro­dziło?

– Nie, jaśnie panie. Bóle poro­dowe ustały. Aku­szerka zja­dła solidne śnia­da­nie i poszła do domu, bo to może jesz­cze potrwać. Mamy ją powia­do­mić, kiedy jaśnie pani znowu zacznie rodzić.

Co za roz­cza­ro­wa­nie! Całe zamie­sza­nie na darmo, pie­nią­dze dla aku­szerki, któ­rych ta bez wąt­pie­nia zażąda, wyrzu­cone w błoto. Dla­czego rodząca raz czuje bóle porodu, a raz nie? Prze­cież uro­dze­nie dziecka to coś, co jak naj­szyb­ciej chcia­łoby się mieć za sobą, prawda? Ale na Luizie ni­gdy nie można było pole­gać…

Z Lange Gasse, z Dłu­giej, dobiega chro­bot łopat do śniegu, po bruku tur­koce fur­manka, koń­skie pod­kowy ude­rzają głu­cho w zmro­żony śnieg. Teo­dor czeka na gospo­dy­nię, żeby przy­nio­sła dzba­nek cie­płej wody, potem myje się, goli i sta­ran­nie zacze­suje włosy na łysinkę pośrodku głowy, pamiątkę po poża­rze hali maga­zy­no­wej w zeszłym roku. Na rękach też widać ślady tam­tego wyda­rze­nia. Na szczę­ście zacho­wał wszyst­kie palce, ale na wewnętrz­nych powierzch­niach dłoni zostało kilka niby to zago­jo­nych miejsc, które trzeba sma­ro­wać maścią, ponie­waż skóra stała się wraż­liwa i utra­ciła dawną ela­stycz­ność. Przy­spa­rza mu to nie­zno­śnych trud­no­ści z chwy­ta­niem cze­go­kol­wiek, a przed­mioty czę­sto wyśli­zgują mu się z rąk. Musi też uwa­żać, żeby nie uma­zać maścią waż­nych doku­men­tów. Jed­nak gdy wspo­mni roz­sza­lały ogień, to w osta­tecz­nym roz­ra­chunku naprawdę nie­źle się z tego wyka­ra­skał. Nie­je­den „dobry przy­ja­ciel” lub zna­jomy widział już Teo­dora na cmen­ta­rzu i tylko cze­kał, aż sza­cowna firma han­dlowa ogłosi ban­kruc­two. Ale on tak pokie­ro­wał swoim przed­się­bior­stwem, że udało mu się unik­nąć kata­strofy. Pozo­stało jesz­cze kilka ostat­nich zobo­wią­zań, któ­rych spłatę mu odro­czono, ale na ile zdoła, dotrzy­muje ter­mi­nów, zaś han­del zbo­żem, do któ­rego wresz­cie zna­lazł doj­ście, pozwala ocze­ki­wać rosną­cych zysków. Mot­tlau, Motława, jest jesz­cze zamar­z­nięta, co unie­moż­li­wia żeglugę, ale zima nie będzie prze­cież trwała wiecz­nie, naj­da­lej za dwa tygo­dnie port gdań­ski znów będzie wolny od lodu. Statki mogą przy­bi­jać do Neu­fahr­was­ser, Nowego Portu, na pół­nocy, gdzie Wisła ucho­dzi do Morza Bał­tyc­kiego; hala maga­zy­nowa byłaby teraz jak zna­lazł. Ale z pia­chu ster­czą na­dal jej zglisz­cza, a doszły do niego słu­chy, że zło­dziej­ski naród zabrał się do sza­brunku jego cegieł. Jakież to wszystko iry­tu­jące!

Śnia­da­nie począt­kowo je sam, ponie­waż Ernst znowu zaspał. Ma więc czas, by roz­my­ślać o nie­pra­wo­ści tego świata, który pozwala takiemu zbrod­ni­czemu sukin­sy­nowi pod­pa­lać z czy­stej żądzy zemsty maga­zyn pełen drewna. Jego dawny słu­żący Oskar Possert, któ­rego twardo podej­rzewa o pod­ło­że­nie ognia pod halę, zapadł się pod zie­mię i nie można go pocią­gnąć do odpo­wie­dzial­no­ści za ten czyn. Świat jed­nak jest tak urzą­dzony, że spra­wie­dliwi muszą cier­pieć, a niespra­wie­dliwi trium­fują, Teo­dor Berend doświad­czał tego nie­stety od dzie­ciń­stwa. Kogo ojciec obda­rzał miło­ścią? Nie jego, naj­star­szego syna, który roz­pacz­li­wie o nią zabie­gał. Ojciec kochał dwójkę młod­szych dzieci, a zwłasz­cza swoją jasno­włosą „Haneczkę”, czyli córkę Johannę, oraz małego Ern­sta, zawsze tak sko­rego do zabaw­nych figli i psot. Teo­dor już wtedy nauczył się zno­sić pod­łość świata i nie upa­dać na duchu. To nie­na­wiść wobec nie­spra­wie­dli­wo­ści pomaga mu prze­trwać, ogrzewa go i daje mu siły do prze­ciw­sta­wia­nia się losowi.

Zzięb­nięty i nie­wy­spany Ernst poja­wia się w jadalni, nalewa sobie kawy i narzeka na ból gar­dła.

– Nie mam pre­ten­sji do Luizy – bur­czy. – Ale mogłem sobie daro­wać nocny spa­cer po śniegu i lodzie.

– Nie można było tego prze­wi­dzieć. – Teo­dor staje w obro­nie żony. – Poród jest skom­pli­ko­waną rze­czą i nie zawsze prze­biega tak, jak byśmy tego ocze­ki­wali.

Ernst kiwa głową ze zro­zu­mie­niem i sma­ruje masłem kromkę chleba.

– Moja Anna Maria jest tego samego zda­nia – obwiesz­cza. – Dla­tego posta­no­wiła nie mieć dzieci. Uwa­żam tę decy­zję za godną uwagi i powie­dzia­łem, że się z nią zga­dzam.

Teo­dor przy­wykł już do kon­fron­ta­cji z nie­co­dzien­nymi poglą­dami narze­czo­nej swo­jego bra­ciszka. Tym razem jed­nak opi­nia Anny Marii jest tak nie­do­rzeczna, że wywo­łuje szy­der­czy uśmiech na jego twa­rzy. Bądź co bądź, to jedyna córka zamoż­nego arma­tora Jana Jon­kersa, a wobec tego zobo­wią­zana do wyda­nia na świat potomka i dzie­dzica.

– Ser­deczne gra­tu­la­cje z powodu tak mądrego usta­le­nia – stwier­dza z iro­nią.

– Bar­dzo dzię­kuję – odpo­wiada Ernst i nad­gryza kanapkę. – Zresztą – cią­gnie, prze­żu­wa­jąc – mógł­byś prze­pi­sać na mnie halę w Neu­fahr­was­ser, w Nowym Por­cie. Ojciec Anny Marii jest zain­te­re­so­wany jej odbu­dową i wyko­rzy­sta­niem w cha­rak­te­rze maga­zynu na roz­ma­ite towary.

Teo­dor mało się nie dławi poranną kawą. Co za bez­czel­ność! Nie da się ukryć, że odkąd bra­ci­szek zarę­czył się z Anną Marią, czuje się coraz bar­dziej pewny sie­bie.

– Prze­pi­sać halę na cie­bie? A skąd ci przy­szedł do głowy tak sza­lony pomysł?

Ernst nie odpo­wiada od razu, przy­pusz­czal­nie musi zebrać całą odwagę, żeby wytrwać przy swoim żąda­niu.

– No… – zaczyna roz­wle­kle. – W końcu stoi na grun­tach, które pap­cio przy­obie­cał mi w testa­men­cie.

Tu cię mamy! Ten nowy prze­jaw aro­gan­cji jed­no­znacz­nie trzeba przy­pi­sać złemu wpły­wowi tej małej.

– Nic mi o tym nie wia­domo – ucina dys­ku­sję Teo­dor. – Testa­ment ojca leży w sza­fie z aktami, możesz prze­czy­tać, co zostało ci prze­zna­czone.

Obaj świet­nie wie­dzą, co zapi­sano w testa­men­cie. Teo­dor spi­sy­wał go pod dyk­tando umie­ra­ją­cego ojca, a następ­nie Ernst i Luiza, obecni w pokoju, poświad­czyli pod­pi­sami praw­dzi­wość doku­mentu.

– Sam wiesz dobrze, że opu­ści­łeś nie­które ustępy, które podyk­to­wał ci ojciec – oświad­cza Ernst i spo­gląda bratu w oczy z nie­znaną do tej pory krnąbr­no­ścią.

Tu ma rację. Teo­dor nie chciał dopu­ścić do roz­pro­sze­nia majątku Beren­dów i dla­tego pomi­nął kilka zapi­sów, któ­rych ojciec w swo­jej poczci­wo­ści chciał doko­nać na rzecz młod­szego rodzeń­stwa. Co z kolei umknęło naiw­nemu Ern­stowi przy skła­da­niu pod­pisu.

– Chyba nie chcesz mi zarzu­cić, że ogra­bi­łem cię z two­jego dzie­dzic­twa? – zwraca się groź­nie do brata. – Spró­buj tylko, sam zoba­czysz, jak na tym wyj­dziesz!

Ernst wbija wzrok w swój talerz. Bra­ci­szek zawsze był tchó­rzem, ustę­puje przed groźbą, od razu pod­kula ogon.

– A co by się takiego stało, gdy­byś prze­pi­sał halę na mnie? – ucieka się do próśb. – I tak się spa­liła, a jej odbu­dowa będzie mnó­stwo kosz­to­wać.

To aku­rat prawda, ale Teo­dor w żad­nym razie nie ma zamiaru odda­wać za darmo ziemi, na któ­rej stoi maga­zyn. Odkąd Nowy Port zaczął się wszech­stron­nie roz­wi­jać, ceny gruntu sko­czyły tam nie­mal w dwój­na­sób. Poza tym sam zamie­rza odbu­do­wać halę.

– Nie zapo­mi­naj, że musia­łem doku­pić trze­cią par­celę, żeby w ogóle ją zbu­do­wać – dorzuca.

W isto­cie Ber­thold For­ster, mąż jego sio­stry Johanny, kazał sobie słono zapła­cić za kawa­lą­tek terenu. Teo­dora do dziś to iry­tuje. Z tru­dem znosi tego zuchwa­łego szkut­nika, który śmiał ubie­gać się o rękę Beren­dówny i z uwagi na trudną sytu­ację rze­czy­wi­ście dostał dziew­czynę. Ale Johanna jesz­cze ni­gdy w życiu nie prze­pu­ściła oka­zji, by zaszko­dzić bratu.

Ernst podej­muje ostat­nią, nie­pewną próbę reali­za­cji swo­jego pra­gnie­nia.

– Jan Jon­kers zapła­ciłby ci prze­cież za tę par­celę – mówi z wes­tchnie­niem. – Gnębi mnie to, że tak zupeł­nie nic nie wno­szę do naszego mał­żeń­stwa.

– No jak to? A twój wielki talent lite­racki i namięt­ność do sztuk pięk­nych? – szy­dzi Teo­dor. – Twój przy­szły teść powi­nien być aż nadto zado­wo­lony.

Na takie dic­tum Ernst milk­nie i zabiera się do dru­giej kanapki. Teo­dor przy­gląda mu się z namy­słem. Lite­rac­kie salony w mie­ście uwiel­biają jego przy­stoj­nego bra­ciszka, zwłasz­cza odkąd wydaje żur­nal „Pochod­nia Lite­racka”. Mógł uszczę­śli­wić jakąś inną młodą damę, skorą do zamę­ścia, ale upa­trzył sobie aku­rat Annę Marię Jon­kers, którą w całym mie­ście powszech­nie znają jako „trudną”. Teo­dor nie żywi ani krzty sym­pa­tii wobec tej dziew­czyny, ale nie jest nie­za­do­wo­lony z decy­zji brata, ponie­waż paran­tela z ojcem wybranki, boga­tym arma­to­rem Janem Jon­kersem, wpły­nęła nad wyraz korzyst­nie na inte­resy jego firmy. Nie­stety młoda dama jest samo­wolna, a jego brat ma słaby cha­rak­ter – dla­tego też trzeba pil­no­wać tej sprawy i w razie potrzeby inter­we­nio­wać.

Traude, która sprząta ze stołu po śnia­da­niu, nie ma żad­nych nowych wie­ści co do stanu swo­jej pani, więc Teo­dor wraz z Ern­stem scho­dzą do sieni, by wpu­ścić pisa­rza kan­toru Kor­bitza i obu nie­dawno zatrud­nio­nych pra­cow­ni­ków maga­zy­no­wych. Wszy­scy trzej wyglą­dają na prze­mar­z­nię­tych. Kor­bitz z miej­sca zabiera się do napa­le­nia w piecu, pozo­stała dwójka musi odśnie­żyć podwó­rze i ulicę przed domem, bo nocą znów napa­dało mnó­stwo śniegu. Teo­dor bie­rze roz­ma­ite próbki towa­rów i kilka doku­men­tów, po czym powie­rza Ern­stowi nad­zór nad kan­to­rem, wkłada futro i wycho­dzi w inte­re­sach. Z posia­dło­ści Beren­dów do Dworu Artusa, gdzie obraca się kupiec­kimi towa­rami, nie­da­leka droga – wystar­czy, że minie ratusz, i już jest na miej­scu.

Przy por­talu impo­nu­ją­cej budowli Teo­dor otrze­puje śnieg z wyso­kich butów i obo­jęt­nie prze­cho­dzi obok dwóch odźwier­nych, któ­rzy stoją tam, pil­nu­jąc, by do wnę­trza nie wszedł nikt nie­upraw­niony. Widzi idą­cego z naprze­ciwka kupca Augu­sta Blotta w towa­rzy­stwie zię­cia Eugena Alber­tusa; wymie­niają pozdro­wie­nia, narze­kają na doj­mu­jący mróz, który unie­ru­cho­mił port, po czym roz­cho­dzą się każdy w swoją stronę. Teo­dor nie jest cza­ru­ją­cym gawę­dzia­rzem, jakim był jego ojciec, który dzięki jowial­nej i życz­li­wej natu­rze ubił nie­je­den dobry inte­res. Syn czę­sto zresztą tego żałuje, ale nie zmieni swo­jego oschłego cha­rak­teru, nauczył się więc wła­sną drogą docie­rać do celu. Prze­cina sień budynku giełdy, którą zdo­bią drew­niane rzeźby, malo­wi­dła i zawie­szone pod sufi­tem modele okrę­tów, i wcho­dzi po krę­tych scho­dach do sali. Jej wystrój świad­czy rów­nież o trwa­ją­cym od wie­ków dobro­by­cie mia­sta i miej­skich kup­ców – gotyc­kie skle­pie­nie, rzeź­bione boaze­rie i bajeczne malo­wi­dła, z jed­nej ze ścian wbija się w prze­strzeń impo­nu­jące jele­nie poroże, w wyso­kim kaflo­wym piecu naj­wy­raź­niej napa­lono. Ale nawet temu potęż­nemu, ponad­dwu­na­sto­me­tro­wemu grzej­ni­kowi nie udaje się ogrzać sali – przy sto­łach, roz­sta­wio­nych pomię­dzy gra­ni­to­wymi kolum­nami, jest zimno i wieje prze­ciąg; żaden z kup­ców, któ­rzy się tam tar­gują, nie zdjął czapki ani płasz­cza.

Teo­dor nie zamie­rza długo zaba­wić. Wystar­czy, jeśli sprzeda mniej­sze par­tie towaru po dobrej cenie, oprócz tego chce się rozej­rzeć za ofertą na wino i buraki cukrowe oraz w miarę moż­no­ści od razu umó­wić się na kupno tych dóbr, bo ma na nie odbiorcę w Holan­dii.

Do połu­dnia nie­wiele jed­nak zdzia­łał, więc ponie­waż mar­twi się o Luizę, posyła gońca, by się dowie­dział o jej samo­po­czu­cie.

– Jaśnie pani nie czuje się dobrze – mel­duje mu chło­pa­czek, który przy­biegł do niego z zaczer­wie­nio­nymi od mrozu uszami. – Bar­dzo prosi, żeby jaśnie pan zechciał już wró­cić do domu.

Zde­ner­wo­wany Teo­dor daje chłopcu drob­niaka i czeka nie­cier­pli­wie na przy­bi­cie oferty na par­tię potażu, do czego w końcu docho­dzi. Uścisk dłoni i pod­pis pie­czę­tują zawar­cie inte­resu, po czym Teo­dor żegna się spiesz­nie i pędzi do domu. Jest zimno, ale i tak po dro­dze robi mu się gorąco, gdy prze­chod­nie i fur­manki tara­sują drogę. Mało się nie prze­wraca, gdyż kilku ucznia­ków urzą­dziło sobie na tro­tu­arze tor łyż­wiar­ski. Wście­kły jak dia­bli wcho­dzi po scho­dach wio­dą­cych na przed­proże swo­jej kamie­nicy i wkra­cza do sieni.

Tam zaś panuje roz­gar­diasz i zamie­sza­nie. Traude zbiega z pierw­szego pię­tra, bie­rze od niego płaszcz i kape­lusz, szep­cąc, że przy­szli goście.

– Pani Jon­kers z córką, a oprócz nich pani von Kle­iwitz, pani Anna Erne­styna Bec­ker i pani Rebeka Oster­tag…

Boże święty, myśli Teo­dor w prze­ra­że­niu. Czy te damy nie mają nic lep­szego do roboty, niż prze­sia­dy­wać u nich i oka­zy­wać swoje współ­czu­cie, pytlu­jąc i plot­ku­jąc ile wle­zie?

– Czy aku­szerka już przy­szła? – dopy­tuje.

– Wła­śnie się zja­wiła. Jaśnie pani nale­gała na spro­wa­dze­nie dok­tora Stern­berga, jest teraz przy niej na górze.

Teo­dor pojąć nie może, dla­czego żona wezwała leka­rza, w końcu cho­dzi o poród, a od tego jest aku­szerka. Ale Luiza ni­gdy nie zwa­żała na zasoby pie­niężne swo­jego mał­żonka, więc teraz też pew­nie uważa, że lepiej być pod podwójną opieką.

Na dole w kan­to­rze Ernst zaj­muje się sta­rym Gro­piu­sem, który z upo­rem zama­wia u nich bursz­tyn, ponie­waż kupo­wał go już u ich świę­tej pamięci ojca. Teo­dor zagląda tam tylko na moment i bie­gnie na górę, żeby w miarę moż­no­ści zamie­nić z dok­to­rem parę słów. Z salonu dobiega gwar – przy­byłe piją her­batę i z oży­wie­niem toczą roz­mowę. Ten głupi zwy­czaj zbie­ra­nia się kobiet w domu położ­nicy, by oka­zać jej wspar­cie, wydaje mu się wybit­nie nie­do­rzeczny. Nie wita się z damami i jak naj­ci­szej prze­krada się scho­dami na dru­gie pię­tro. Dostrzega wycho­dzą­cego z pokoju dok­tora Stern­berga z torbą lekar­ską w ręku. Na widok Teo­dora lekarz zatrzy­muje się pośrodku kory­ta­rza i głę­boko wzdy­cha.

– Nie wygląda to dobrze – wyja­śnia z zatro­skaną miną. – Ale cóż mam powie­dzieć, sza­nowny panie? Ostrze­ga­łem pana. Pań­ska droga mał­żonka nie powinna była zacho­dzić w ciążę…

– Dzię­kuję za poucze­nie – prze­rywa mu w furii Teo­dor. – Ile jestem winien?

– Trzy talary i dzie­sięć srebr­nych gro­szy, jeśli łaska. Uni­że­nie dzię­kuję, sza­nowny panie. I wszyst­kiego naj­lep­szego dla dro­giej mał­żonki…

Teo­dor płaci i jest zado­wo­lony, gdy iry­tu­jący zrzęda znika w dole scho­dów. Od razu dobie­gają go cięż­kie kroki aku­szerki, która wyraź­nie cze­kała w kuchni, bo nie chce się spo­tkać z panem dok­to­rem.

– Poszedł sobie? – pyta nie­uf­nie. – Co też jaśnie pani sobie myślała, żeby go tu ścią­gać! Toż taki pan po uni­wer­sy­te­cie bla­dego poję­cia nie ma o rodze­niu dzieci!

Kobieta znika w sypialni, a Teo­dor sły­szy, jak tam oznaj­mia dono­śnie, że jaśnie pani jesz­cze dzi­siaj wyda na świat zdrowe dziecko.

Gdy­byż tylko tak się stało, myśli pełen obaw.

Przez chwilę czuje pokusę, by pobiec do Kościoła Mariac­kiego i tam modlić się za żonę i dziecko. Ale porzuca tę myśl, bo raz że na dwo­rze jest prze­raź­li­wie zimno, a dwa że czułby się skrę­po­wany, gdyby ktoś go na tym przy­ła­pał. Zamiast tego puka do drzwi izdebki Danuty, by zna­leźć u niej i u swo­jego synka pocie­chę. Nikt mu jed­nak nie odpo­wiada, a gdy otwiera drzwi, nie widzi ani nie­gdy­siej­szej poko­jówki, ani małego Chri­stiana. Pew­nie zeszła na dół do kuchni, żeby pomóc przy robo­cie, i wzięła ze sobą dziecko.

Na kory­ta­rzu gorącz­kowa krzą­ta­nina. Gospo­dyni nad­biega ze stertą bia­łych ręcz­ni­ków, jakaś nie­znana mu słu­żąca dźwiga dzban z gorącą wodą, Traude pędzi z dzban­kiem kawy i o mały włos na niego nie wpada. Teo­dor zre­zy­gno­wany umyka do kan­toru, dokąd Ernst, jego brat, zadys­po­no­wał obiad dla sie­bie i kan­to­ro­wego pisa­rza Kor­bitza.

– Dalej nic? – pyta Ernst i szcze­rzy zęby we współ­czu­ją­cym uśmie­chu. – Siądź z nami, star­szy bra­cie. Mamy gro­chówkę; tro­chę mdła, ale pożywna.

W zasa­dzie Teo­dor nie ma w zwy­czaju żywie­nia pra­cow­nika, ale powściąga repry­mendę, która słusz­nie by się bratu nale­żała. Czeka cier­pli­wie, aż przy­niosą mu posi­łek, nie sprze­ci­wia się rów­nież, gdy Ernst hoj­nie nalewa czer­wo­nego wina.

– Wyglą­dasz, jakby ci się przy­dał porządny łyczek – oświad­cza łaska­wie młod­szy bra­ci­szek i napeł­nia kie­liszki sobie i Kor­bit­zowi. Teo­dor wlewa w sie­bie alko­hol, jakby to była woda, słu­cha papla­niny pisa­rza, który jest potrój­nym ojcem i opo­wiada o trud­nych naro­dzi­nach swo­ich dzieci, a wresz­cie wysyła Ern­sta do piw­nicy po kolejne dwie butelki. Póź­nym popo­łu­dniem, kiedy na dwo­rze już się ściem­nia, orien­tuje się, że znowu sie­dzi na łóżku w gościn­nym pokoju, nie może pozbie­rać myśli, jakby ktoś wepchnął mu do głowy puchową poduszkę zamiast mózgu, w żołądku coś się prze­lewa i drę­czy go jakaś istotna kwe­stia, któ­rej nie potrafi sobie przy­po­mnieć.

– Jaśnie panie!

Teo­dor pod­nosi głowę i roz­po­znaje gospo­dy­nię, która weszła do pokoju.

– Co jest?

Sły­szy swój głos niczym z oddali. Prze­klina czer­wone wino, któ­rego wbrew swoim przy­zwy­cza­je­niom wypił zde­cy­do­wa­nie ponad miarę.

– Pań­ska mał­żonka wła­śnie uro­dziła.

Pod­rywa się z miej­sca, musi jed­nak od razu usiąść, bo kręci mu się w gło­wie.

– Jak… jak ona się czuje?

– Jest nie­po­cie­szona, jaśnie panie. To tylko dziew­czynka…

Augusta

Drżąc z zimna, odwraca się od okna i opiera ple­cami o cie­pły piec. Znowu sypie śnieg. Na miły Bóg, kiedy na Boże Naro­dze­nie i Nowy Rok na uli­cach wirują białe płatki, jest naprawdę pięk­nie, zwłasz­cza gdy na rynku można kupić gorącą kieł­basę, sma­żoną rybę i świeże, pach­nące bułeczki. Ale teraz, pod koniec lutego, nikt nie potrze­buje tego dur­nego śniegu, a już na pewno nie tej lodo­wa­tej zim­nicy, która na dwo­rze wprost zapiera dech.

– Greto, pamię­ta­łaś o syro­pie na kaszel dla jaśnie pana? – Augu­sta von Kle­iwitz pyta poko­jówkę, która wła­śnie podaje pań­stwu śnia­da­nie.

– Oczy­wi­ście, jaśnie pani. Jesz­cze wczo­raj przy­go­to­wa­ły­śmy go z cebuli i cukru bura­cza­nego. Dobrze zrobi jaśnie panu.

Od kilku dni jej kochany Klaus cierpi na upo­rczywy kaszel, który męczy go szcze­gól­nie nocą i nie daje spać. Greta już robiła mu okłady na piersi z gorą­cych, świeżo ugo­to­wa­nych ziem­nia­ków, ale ta metoda nie­wiele dała. Zapewne dla­tego, że Klaus jest nie­cier­pli­wym pacjen­tem i po krót­kim cza­sie zrzu­cił z sie­bie roz­grze­wa­jący okład.

– Co za nie­do­rzeczna dzie­ci­nada! – pomsto­wał. – Tylko ziem­nia­ków szkoda!

– Ależ, kocha­nie, prze­cież słu­żący mogą jesz­cze je zjeść! – odpo­wie­działa mu na to, ale słu­chać nie chciał.

Augu­sta ponow­nie lustruje wzro­kiem nakryty do śnia­da­nia stół, prze­suwa na wła­ściwe miej­sce czarkę z kon­fi­tu­rami i woła mał­żonka, zaję­tego poran­nym gole­niem.

– Już idę, aniołku…

Jego sło­wom towa­rzy­szy napad kaszlu, Augu­sta z cięż­kim wes­tchnie­niem sięga po dzba­nek z kawą. Mąż zja­wia się w mun­du­rze; wysoki, szczu­pły rot­mistrz udaje się na służbę, jak na pru­skiego ofi­cera przy­stało. Drobne prze­zię­bie­nie nie jest powo­dem, by zgła­szać cho­robę.

– No, moja miła – zwraca się z uśmie­chem do żony. – Jesz­cze mi nie powie­dzia­łaś, czym takim zaj­mo­wa­łaś się wczo­raj po połu­dniu.

– Och, by­naj­mniej nic przy­jem­nego. – Augu­sta kręci głową. – Ale znasz mnie, kocha­nie. Nie porzu­cam przy­ja­ció­łek w potrze­bie, tak więc spę­dzi­łam popo­łu­dnie w domu Beren­dów. Zro­bi­łam to tylko dla bied­nej Luizy, ale wytrwa­nie tam tak długo kosz­to­wało mnie mnó­stwo wysiłku i nieco ner­wów. Wiesz prze­cież, że Teo­dor Berend działa na mnie jak płachta na byka…

Mał­żo­nek kiwa głową ze zro­zu­mie­niem. Też go nie cierpi, odkąd ten poło­żył łapę na rezer­wach finan­so­wych „Pochodni Lite­rac­kiej”.

– Ach, ta biedna Luiza – cią­gnie pode­ner­wo­wana Augu­sta. – Kiedy wpusz­czono nas do sypialni, żeby­śmy pogra­tu­lo­wały jej szczę­śli­wego roz­wią­za­nia, leżała w pościeli blada jak trup. A dzie­ciątko jest takie malut­kie i słabe, mam gorącą nadzieję, że prze­żyje.

Małą dziew­czynką zaopie­ko­wała się Danuta, ponie­waż Luiza nawet nie spoj­rzała na dziecko, już nie mówiąc o przy­tu­la­niu.

– Potwor­nie pła­kała, kiedy win­szo­wa­ły­śmy jej córeczki – opo­wiada Augu­sta we wzbu­rze­niu. – Czy jesteś w sta­nie wyobra­zić sobie coś takiego, naj­droż­szy? Jest głę­boko roz­cza­ro­wana, gdyż „to tylko dziew­czynka”. Czy dziew­czynka jest może mniej warta od chłopca?

– Ależ skądże znowu – pro­te­stuje Klaus z uśmie­chem. – Wszystko jedno, dziew­czynka czy chłop­czyk, byle tylko było silne i zdrowe.

– Też jestem tego zda­nia…

Augu­sta mil­czy przez chwilę, bo tak bar­dzo chcia­łaby sama uro­dzić dzie­ciątko. Ach, na początku mał­żeń­stwa oboje mieli tak ogromne nadzieje na potom­stwo, ale te się nie speł­niły. Odro­binę zbyt okrą­gła Augu­sta jest rumiana, zdrowa i wesoła, miłość mię­dzy mał­żon­kami kwit­nie, ale ciąża jakoś nie chce się poja­wić.

– Mamy sie­bie, moja kochana przy­ja­ciółko – mówi Klaus, który odgadł, o czym myśli. – To wiel­kie szczę­ście, za które musimy być wdzięczni.

Tym sło­wom pocie­chy towa­rzy­szy gwał­towny atak kaszlu, więc Augu­sta czule wska­zuje na bute­leczkę z brą­zo­wym syro­pem, którą Greta posta­wiła obok koszyczka z bułecz­kami.

– Naprawdę powi­nie­neś zgło­sić cho­robę – stwier­dza, marsz­cząc czoło. – Jeśli na tym zim­nie będziesz peł­nił służbę, to kaszel ci się pogor­szy i w któ­rymś momen­cie kom­plet­nie się roz­ło­żysz.

Ale rot­mistrz von Kle­iwitz nie ma ochoty pójść za radą zatro­ska­nej mał­żonki. Już choćby dla­tego, że dziś wie­czo­rem w domu pań­stwa von Kle­iwitzów znowu odbę­dzie się spo­tka­nie popu­lar­nego w całym Gdań­sku arty­stycz­nego salonu i przez cały dzień jak zwy­kle będą trwały przy­go­to­wa­nia naj­roz­ma­it­szej natury. Chaos, któ­rego Klaus von Kle­iwitz z chę­cią unik­nie, by dopiero wie­czo­rem po służ­bie być świad­kiem arty­stycz­nych erup­cji gości salonu.

Augu­ście nie pozo­staje nic innego, jak zasy­pać uko­cha­nego męża poca­łun­kami na poże­gna­nie i napo­mnieć go, by co godzinę łykał łyżeczkę syropu na kaszel. Co tenże obie­cuje z naj­więk­szą powagą, wkła­da­jąc bute­leczkę do kie­szeni.

Następ­nie Augu­sta woła Gretę i Antona, by omó­wić z nimi prace do wyko­na­nia. Trzeba posprzą­tać pokój dzienny i poprze­sta­wiać meble, przy­nieść krze­sła i fotele, zro­bić miej­sce na płasz­cze i futra gości w przed­po­koju. Zamó­wiony już jest stro­iciel, by nastroił for­te­pian, koło połu­dnia cze­kają na najętą kucharkę, która przy­go­tuje naj­roz­ma­it­sze drobne danka, no i jesz­cze przy­szy­ko­wać kie­liszki i szklanki na napoje, no i jesz­cze… i jesz­cze. Ach, goście jej salonu poję­cia nie mają, ile czasu i pracy kosz­tuje jeden taki wie­czór. Ale robi to dla sztuki i dla arty­stów, któ­rzy tutaj, w jej czte­rech ścia­nach, mogą się roz­wi­jać i demon­stro­wać swój kunszt. Iluż zna­nych w mie­ście wir­tu­ozów uatrak­cyj­niło spo­tka­nia w jej salo­nie, ileż mło­dych talen­tów lite­rac­kich odkryła i wspiera! Nie, Gdańsz­cza­nie, znani raczej jako pro­za­iczni kupcy i bogate ską­pi­ra­dła, mogą być jej naprawdę wdzięczni za nie­stru­dzone wysiłki na rzecz sztuk pięk­nych. Pro­wa­dzi rów­nież oży­wioną kore­spon­den­cję, by pole­cać swo­ich pupi­lów przy­ja­ciół­kom z bli­ska i z daleka. Tak, jej kon­takty się­gają aż do odle­głej Bran­den­bur­gii i do Ber­lina, gdzie ma krew­nych.

Greta i Anton zabie­rają się do roboty w pokoju dzien­nym, Augu­sta zaś udaje się do salo­niku, by prze­li­czyć resztę egzem­pla­rzy „Pochodni Lite­rac­kiej”. Nie­stety, żur­nal, który zało­żyła razem z uzdol­nio­nym pisa­rzem Ern­stem Beren­dem, chwi­lowo wyjąt­kowo słabo się sprze­daje. Zwłasz­cza naj­now­szy numer z początku mie­siąca nie wzbu­dził w zasa­dzie żad­nego zain­te­re­so­wa­nia i sterta ponad pięć­dzie­się­ciu zeszy­tów leży na pod­ło­dze obok sekre­ta­rzyka. No cóż, jeśli ma być szczera, to nie może tego mieć za złe czy­tel­ni­kom. Młody czło­wiek, któ­rego ogromny talent lite­racki wspie­rała od samego początku, prze­cho­dzi wła­śnie kry­zys twór­czy. Ziry­to­wana bie­rze do ręki jeden z egzem­pla­rzy „Pochodni”, kart­kuje go, po czym, krę­cąc głową z nie­chę­cią, odkłada z powro­tem. Gdzie są olśnie­wa­jące eseje, uro­cze, bły­sko­tliwe histo­rie, któ­rymi Ernst Berend potra­fił zachwy­cać publikę? Z tru­dem udało się jej namó­wić go na kon­ty­nu­ację powie­ści w odcin­kach, jed­nak fabuła roz­pada się na coraz licz­niej­sze epi­zody, napię­cie słab­nie i Augu­sta ma nie­do­bre uczu­cie, że autor nie ma poję­cia, jak dopro­wa­dzić opo­wieść do satys­fak­cjo­nu­ją­cego końca. Co on tam jesz­cze pisze? Boże miło­sierny! Odkąd zarę­czył się z Anną Marią Jon­kers, two­rzy wier­sze. Do uko­cha­nej, Do nadob­nej istoty, która wypeł­nia moje serce, Nie­odmienna tęsk­nota za naj­pięk­niej­szą oraz Samot­ność ską­pana w świe­tle księ­życa. Kilka jest nawet ład­nych, ale ostat­nio mnó­stwo fraz się powta­rza i w ogóle liryka nie należy do moc­nych stron Ern­sta Berenda. Dodajmy jesz­cze, że jego liczne wiel­bi­cielki dobrze wie­dzą, do kogo kie­ro­wane są te wynu­rze­nia, a ponie­waż nikt nie jest wolny od zazdro­ści, to sły­chać wię­cej słów kry­tyki niż pochwał. No cóż, zarę­czyny mło­dzieńca z Anną Marią Jon­kers są Augu­ście głę­boko nie w smak. Bywają poeci, któ­rych talent dzięki miło­ści wzbija się na wyżyny. W wypadku Ern­sta Berenda jest nie­stety ina­czej. Młody czło­wiek coraz bar­dziej anga­żuje się w inte­resy firmy han­dlo­wej, żeby wywrzeć wra­że­nie na przy­szłym teściu, lite­racką zaś pro­duk­cję ogra­ni­cza do banal­nych wier­szy­ków. Bar­dzo to iry­tu­jące. Można tylko mieć nadzieję, że ów poża­ło­wa­nia godny stan nie potrwa zbyt długo, jako że Anna Maria Jon­kers znana jest w Gdań­sku z tego, że po kilku mie­sią­cach zrywa zarę­czyny.

W pokoju dzien­nym do pracy zabrał się teraz stro­iciel – zimą, kiedy pali się w pie­cach, to nie­stety konieczne, Augu­sta nie może prze­cież zaofe­ro­wać arty­stom roz­stro­jo­nego instru­mentu. Na dole w kuchni kucharka prze­raź­li­wie jazgo­cze, zapewne bra­kuje jakie­goś skład­nika na kola­cję, a ona go pil­nie potrze­buje. Oka­zuje się, że w domu nie ma ani bia­łego pie­przu, ani miodu i Augu­sta musi posłać Antona po zakupy. Połu­dnie już nie­da­leko – na miłość boską, jak ten czas pędzi! Każe podać sobie prze­ką­skę, zjada pie­czeń z pam­pu­chami i musem jabł­ko­wym, a następ­nie usta­wia na swoim miej­scu krze­sła i fotele w pokoju dzien­nym, płaci stro­icielowi i spie­szy zde­ner­wo­wana do kuchni, gdzie kucharka zacięła się w palec i wszę­dzie pełno krwi.

– Ależ z pani nie­zdara!

Greta ban­da­żuje rękę nie­szczę­snej kucharce, Anton wyciera pod­łogę, a Augu­sta potrze­buje moc­nej kawy, by uspo­koić nerwy.

Żebyż tylko jedze­nie było w porę! – myśli Augu­sta. Anton musi posta­wić musu­jące wino na para­pe­cie, żeby się schło­dziło. Gdzie są kie­liszki? Tale­rze z cia­stecz­kami? Fili­ża­nek na pewno nie star­czy – ach, nie powin­nam była dawać Johan­nie w pre­zen­cie mojego chiń­skiego ser­wisu do her­baty… Nie bacząc na liczne zmar­twie­nia, siada przy sekre­ta­rzyku, chcąc naszki­co­wać pro­gram dzi­siej­szego wie­czoru i zro­bić sobie notatki do tak lubia­nych przez wszyst­kich zapo­wie­dzi. Prze­szka­dzają jej gońcy przy­no­szący kolejne wia­do­mo­ści. Pani Gesine Rade­mayer prze­syła prze­pro­siny, gdyż ma silną migrenę. Elias Oster­tag zawia­da­mia, że przy­pro­wa­dzi szwa­gierkę wraz z córką, star­szy radca szkolny dok­tor Johan­nes Mager cierpi na silne prze­zię­bie­nie, które przy­kuwa go do łoża bole­ści, prosi jed­nak gorąco panią von Kle­iwitz, by prze­czy­tała załą­czony ręko­pis pod kątem opu­bli­ko­wa­nia go w „Pochodni Lite­rac­kiej”. Augu­sta odkłada kopertę na bok, nie zaj­mu­jąc się zawar­to­ścią – uczone trak­taty pana star­szego radcy szkol­nego o zna­cze­niu grec­kiej mito­lo­gii dla filo­zo­fii chrze­ści­jań­skiego Zachodu nie nadają się do żur­nala, głów­nie dla­tego, że nawet wytę­żona lek­tura dzieła nie pozwala pojąć, co autor wła­ści­wie chce powie­dzieć. Około czwar­tej woła Gretę, by pomo­gła jej się prze­brać, i dobrą godzinę spę­dza na stro­je­niu się i ukła­da­niu fry­zury, chcąc poja­wić się przed gośćmi w roli pro­mien­nej gospo­dyni.

Muzycy jak zwy­kle przy­cho­dzą już na piątą, żeby jesz­cze raz prze­ćwi­czyć utwory. Tym razem oprócz pia­ni­sty zaan­ga­żo­wała dwóch mło­dych skrzyp­ków i wio­lon­cze­li­stę Artura Mec­kela. Jest on już wpraw­dzie nieco posu­nięty w leciech i ślepy na prawe oko, ale na wio­lon­czeli wywija solid­nie smycz­kiem jak mało który. Dźwięki roz­no­szą się po całym domu, a Augu­sta wresz­cie czuje to cudowne, pełne napię­cia ocze­ki­wa­nie, które poprze­dza każde z jej przy­jęć i które tak kocha. Wszystko gotowe. Dom oświe­tlony, obie gazowe latar­nie, z jej pole­ce­nia zain­sta­lo­wane na zewnątrz, jasno się palą i wska­zują gościom drogę. Z kuchni dola­tują upa­ja­jące wonie, Anton wło­żył pasia­stą libe­rię i usta­wia kie­liszki na srebr­nych tacach, Greta ma nowy koron­kowy cze­pe­czek i kroch­ma­lony far­tu­szek – będzie poda­wać gościom her­batę.

Ale gdzie się podziewa kochany Klaus? Jest pil­nie potrzebny, ponie­waż musi dobrać wina. Ach, znowu sypie śnieg. Czy aby przed domem nie zatrzy­mała się dorożka? Ależ tak. August Blott w płasz­czu z futrza­nym koł­nie­rzem podaje mał­żonce rękę, by pomóc jej wysiąść z powozu, córka Fry­de­ryka nie potrze­buje pomocy, wyska­kuje sama i mówi coś do matki, przy czym obie zaśmie­wają się do roz­puku. Augu­sta spo­gląda wycze­ku­jąco na muzy­ków, ale ci nie mają naj­mniej­szego zamiaru koń­czyć próby i zawzię­cie rzę­polą dalej. Ach ci arty­ści! Zawsze trzeba wziąć ich za rączkę i przy­wo­łać do porządku.

– Moi pano­wie, bar­dzo pro­szę!

Pokój dzienny się zapeł­nia, a entu­zjazm Augu­sty rośnie z każdą wcho­dzącą damą. Ach, jak to cudow­nie, że wszy­scy się zja­wili! Jej salon na­dal cie­szy się popu­lar­no­ścią, ludzie zabi­jają się, żeby móc tu przyjść. Jest insty­tu­cją w tym mie­ście. Uro­cza gospo­dyni. Zaan­ga­żo­wana mece­na­ska sztuki…

Poeta Artur Hem­pel i księ­garz Peter Lan­glau przy­byli pie­szo, Elias Oster­tag wraz z mał­żonką i szwa­gierką rów­nież dotarli prze­mar­z­nięci i obsy­pani śnie­giem po uszy. Więk­szość pozo­sta­łych bywal­ców stać na wzię­cie dorożki, w tym Ern­sta Berenda, który zja­wia się wspól­nie z narze­czoną Anną Marią i jej rodzi­cami. Wkrótce wszyst­kie krze­sła są zajęte, goście prze­su­wają się nieco na sofie, żeby dok­tor Stern­berg mógł się jesz­cze wci­snąć. Dla Anny Erne­styny Bec­ker, któ­rej sta­ro­modna kry­no­lina led­wie mie­ści się w drzwiach, Anton musi przy­nieść sto­łek z sypialni. W końcu zja­wia się także kochany Klaus, prze­pra­sza, że coś go zatrzy­mało, i przej­muje pie­czę nad winem.

Dokład­nie w chwili, gdy Augu­sta już ma wygło­sić zwy­cza­jowe, pełne humoru powi­ta­nie, do pomiesz­cze­nia wcho­dzi spóź­niony gość, tyko­waty męż­czy­zna z wydat­nym nosem oraz – jak się zdaje Augu­ście – ujmu­ją­cym uśmie­chem. Naj­wy­raź­niej to zna­jomy Ern­sta Berenda, bo kiwa do niego ręką, a następ­nie gnie się w dwor­nym ukło­nie przed gospo­dy­nią i uspra­wie­dli­wia się, nie­po­cie­szony, że się spóź­nił, ale podano mu błędną godzinę.

– Jeśli pani pozwoli, łaskawa pani… Dok­tor Alfred Rie­chert, adwo­kat, nowy w pięk­nym mie­ście Gdań­sku. Jestem dobrym przy­ja­cie­lem Ern­sta Berenda, razem stu­dio­wa­li­śmy w Königsbergu1.

– Witam ser­decz­nie, panie dok­to­rze. Nie­stety, nie znaj­dzie już pan wol­nego miej­sca…

– Ależ w niczym to nie prze­szka­dza, łaskawa pani – zapew­nia ten nie­spe­szony. – Zado­wolę się dywa­nem, zwy­cza­jem Orientu, gdzie bywa­łem.

Co mówiąc, sadowi się u stóp prze­ra­żo­nej Anny Erne­styny Bec­ker, która spiesz­nie zgar­nia roz­ło­ży­stą spód­nicę, by na niej nie usiadł. Nowo przy­były zbiera zdu­mione i roz­ba­wione spoj­rze­nia, jed­nak wzmianka o podróży po Orien­cie wywiera nale­żyte wra­że­nie i zdaje się podo­bać damom. Teraz wresz­cie Augu­sta może powi­tać swo­ich gości sta­ran­nie dobra­nymi sło­wami, w podzięce roz­le­gają się zachwy­cone okrzyki, po czym przy­cho­dzi kolej na muzy­ków, a Greta bie­dzi się z roz­no­sze­niem kawy i her­baty w zatło­czo­nym pomiesz­cze­niu. Po wystę­pie muzycz­nym nastę­puje kilka utwo­rów lirycz­nych peł­nej zapału Anny Erne­styny Bec­ker, mówią­cych o śmierci i zmar­twych­wsta­niu Pań­skim, które szcze­gól­nie ze strony Eliasa Oster­taga i jego frau­cy­meru zyskują fre­ne­tyczny aplauz. Sam Oster­tag stwo­rzył na ten temat pię­cio­ak­towy dra­mat, nudny jak flaki z ole­jem, a w ubie­głym roku odczy­tał go publicz­nie, co kosz­to­wało Augu­stę kil­koro bywal­ców salonu.

Gdy Anna Erne­styna Bec­ker na powrót siada na tapi­ce­ro­wa­nym sto­łeczku, Augu­sta pozwala gościom na chwilę swo­bod­nej poga­wędki. Toczą się miłe roz­mowy, kochany Klaus odkor­ko­wał już wino, prze­zna­czone na czas po wystę­pach – i wtedy, spóź­niona jak zawsze, poja­wia się jej przy­ja­ciółka Johanna For­ster, sio­stra Ern­sta Berenda. Bez cie­nia skrę­po­wa­nia wcho­dzi do pomiesz­cze­nia, zmie­rza pro­sto do Augu­sty, by ją ser­decz­nie uści­skać, i ze śmie­chem stwier­dza, że znowu jest tu tak tłoczno, że można by zanie­chać pale­nia w pie­cach.

Wita się z bra­tem Ern­stem i jego narze­czoną, wresz­cie zwraca się do roz­ma­itych przy­ja­ció­łek, które odwza­jem­niają jej pozdro­wie­nia uprzej­mie, lecz raczej powścią­gli­wie. Johanna jest „kobietą z prze­szło­ścią”, czyli posta­cią wysoce kon­tro­wer­syjną w porząd­nym gdań­skim towa­rzy­stwie. Dwa lata temu ucie­kła z pew­nym pia­ni­stą, cał­ko­wi­cie się tym skom­pro­mi­to­wała, po czym, niczym się nie przej­mu­jąc, poślu­biła szkut­nika Ber­tholda For­stera i wyka­zała się nie­wia­ry­godną odwagą, bo wraz z mężem i jego synem z pierw­szego mał­żeń­stwa zało­żyła stocz­nię. Tej jed­nak nie­naj­le­piej się wie­dzie, czego nale­żało się spo­dzie­wać. Cho­dzą słu­chy, że nie­wiele bra­kuje do jej upadku. Johanny by­naj­mniej to nie skła­nia do wyco­fa­nia się z życia publicz­nego, wręcz prze­ciw­nie – gdy tylko może, odwie­dza salon Augu­sty i nie ma naj­mniej­szych trud­no­ści z wypo­wia­da­niem swo­ich poglą­dów przy każ­dej oka­zji.

Tak więc uznaje mło­dego pia­ni­stę za „naprawdę uta­len­to­wa­nego”, gani jed­nak jego inter­pre­ta­cję jako „jesz­cze nie­doj­rzałą”, za to wystą­pie­nie dok­tora Artura Hem­pla okre­śla mia­nem „bar­dzo zabaw­nego”. Johanna ma swo­bodny, ujmu­jący spo­sób bycia, który zwłasz­cza panom ogrom­nie się podoba. Nawet młody pia­ni­sta nie czuje się ura­żony, lecz przez chwilę gawę­dzi z nią o swo­jej przy­szło­ści muzycz­nej i słu­cha jej rad. Artur Hem­pel jest tak ura­do­wany, sły­sząc pochwały Johanny, że krztusi się winem i długo kaszle, zanim odzy­ska głos.

Nad­cho­dzi wresz­cie pora szy­ko­wa­nego cały dzień poczę­stunku, wszy­scy pod­no­szą się z krze­seł, by rozej­rzeć się nieco i napeł­nić sobie tale­rze, Anton zaś otwiera drzwi do przy­le­głej jadalni, żeby było wię­cej miej­sca. Augu­sta pod­cho­dzi to do jed­nej, to do dru­giej osoby, wymie­niają uprzej­mo­ści i kom­ple­menty, a ona wyko­rzy­stuje oka­zję, by wspo­mnieć o naj­now­szym nume­rze „Pochodni Lite­rac­kiej”.

I wtedy, cał­kiem nie­ocze­ki­wa­nie, wybu­cha skan­dal.

– Bra­ciszku, już dawno nie napi­sa­łeś niczego dorzecz­nego. – Augu­sta sły­szy za sobą głos Johanny.

Wielki Boże, cała Johanna, cała ona. Ma wpraw­dzie rację, ale nie musi prze­cież na spo­tka­niu salonu wypo­wia­dać się tak bez ogró­dek.

– Co masz na myśli? – odpo­wiada ura­żony Ernst. – Codzien­nie piszę wiersz. Kilka z nich możesz prze­czy­tać w żur­nalu.

– No wspa­niale, zaj­mu­jesz się liryką. Ale twoje eseje były świetne, bra­kuje mi ich.

– Wszystko w swoim cza­sie, sio­strzyczko – stwier­dza Ernst Berend.

Augu­sta ma nadzieję, że zakoń­czyli już tę wymianę zdań, bo nad­cią­gnęły zain­te­re­so­wane słu­chaczki. Nie­stety w tym momen­cie do roz­mowy włą­cza się Anna Maria Jon­kers, która też nie lubi owi­ja­nia w bawełnę.

– Co ci się nie podoba w wier­szach Ern­sta? – pyta zaczep­nie Johannę.

– Ależ nic. Poza tym, że są złe.

Augu­sta odwraca się, prze­ra­żona, szy­ku­jąc się do medio­wa­nia w razie potrzeby. Tym­cza­sem wokół roz­mów­ców utwo­rzył się krąg zacie­ka­wio­nych gości, a nawet dalej sto­jące osoby spo­glą­dają ku nim z zain­te­re­so­wa­niem.

– Twoim więc zda­niem te wier­sze są złe? – pyta zja­dli­wie Anna Maria. – Cóż, jako żona rze­mieśl­nika z pew­no­ścią wiesz to i owo o liryce, nie­praw­daż?

Młode kobiety stoją naprze­ciw sie­bie. Anna Maria jest odro­binę niż­sza od Johanny, ma zaci­śnięte wargi i ciemne oczy zwę­żone w szparki. Johanna zacho­wuje spo­kój, jej twarz wyraża pogardę, a tylko szare oczy ciskają gromy.

– Wystar­czy, że umiem roz­po­znać, kiedy Ernst pisze banały i mar­nuje swój talent – odpo­wiada zimno. – Nie umiem powie­dzieć, skąd to się bie­rze. No ale może ty wiesz.

– Jak na kogoś, kto wkrótce trafi do przy­tułku dla ubo­gich, jesteś sza­le­nie pyskata! – pada bły­ska­wiczna odpo­wiedź.

Augu­ście zapiera dech w pier­siach, ale w tym momen­cie do gry wkra­cza nowy gość, ów dok­tor Rie­chert. Wci­ska się mię­dzy obie damy i unosi bła­gal­nie ręce.

– Moje panie, bar­dzo pro­szę! Wsz­czy­na­nie takiej kłótni w domu pani von Kle­iwitz to coś wię­cej niż nie­uprzej­mość.

Na chwilę zapada cisza. Widzo­wie wstrzy­mują oddech i wycią­gają szyje, ktoś z tyłu darem­nie pró­buje stłu­mić atak kaszlu.

– Chodź, mój kochany – mówi Anna Maria, bio­rąc Ern­sta Berenda pod ramię. – Twoja sio­stra jest dziś w paskud­nym humo­rze, ufam, że nie­długo doj­dzie do sie­bie. Mamo? Papo? Wycho­dzimy…

Augu­sta musi przy­znać, że wyj­ście ma trium­falne. Anna Maria wsparta na ramie­niu narze­czo­nego odcho­dzi ze zwy­cię­skim uśmie­chem z placu boju, a Johanna może jej tylko życzyć „sze­ro­kiej drogi”, lecz w jej gło­sie publicz­ność sły­szy zakło­po­ta­nie i brak pew­no­ści sie­bie. Nie­mal wszyst­kie obecne damy życzą Johan­nie kom­pro­mi­ta­cji, a Augu­sta z bólem uznaje, że przy­ja­ciółka sama sobie zgo­to­wała ten los.

Wie­czór szyb­ciej niż zwy­kle dobiega końca. Więk­szość gości, zjadł­szy i wypiw­szy, żegna się, za wymówkę bio­rąc zimno i śnieg, nie­liczni zostają nieco dłu­żej, by posłu­chać kolej­nego występu pia­ni­sty.

– Prze­pra­szam cię bar­dzo – mówi Johanna na poże­gna­nie. – Nie wiem, co we mnie wstą­piło. Ale ona kom­plet­nie odmie­niła mi brata i to mnie boli.

Po wyj­ściu wszyst­kich gości Greta wynosi do kuchni naczy­nia i szkło, Augu­sta zaś dostrzega, że kochany Klaus zdą­żył już się poło­żyć.

– Śpisz? – pyta, wycią­ga­jąc rękę, by pogła­dzić go po czole. I z prze­stra­chem ją cofa, gdyż mąż aż pło­nie z gorączki.

Johanna

Szkut­nik Ber­thold For­ster cze­kał jak zwy­kle przed domem Augu­sty, żeby towa­rzy­szyć mło­dej żonie w powrot­nej dro­dze przez pogrą­żone w mroku mia­sto. Nawet ziąb nie skło­nił go do wej­ścia na przed­proże, by zadzwo­nić do drzwi. Jest rze­mieśl­ni­kiem, nie ma nic wspól­nego z „ele­ganc­kim towa­rzy­stwem”. Niczego tu nie zmie­nia fakt, że poślu­bił córkę z boga­tego domu kupiec­kiego – rodzina się jej wpraw­dzie wyrze­kła, ale mimo wszystko to młoda kobieta, która otrzy­mała sto­sowne do jej sfery wycho­wa­nie.

– Kochana Johanno, to twój świat – odpo­wiada nie­zmien­nie z uśmie­chem. – Jesteś Beren­dówną i wycho­wano cię na damę. Takiego życia nie mogę ci zaofe­ro­wać. Ale tym bar­dziej się cie­szę, gdy z taką swo­bodą bawisz u two­jej przy­ja­ciółki.

Tego wie­czoru Johanna wbrew swoim zwy­cza­jom idzie obok niego w mil­cze­niu, grzecz­nie pozwala się wziąć za rękę, gdy trudno iść po zlo­do­wa­cia­łym śniegu, i tylko co jakiś czas owija się moc­niej weł­nianą chu­stą, narzu­coną na płaszcz.

– Piękny wie­czór spę­dzi­łaś? – pyta Ber­thold, kiedy w bla­sku gazo­wej latarni można już roz­po­znać zaśnie­żony brzeg Radaune, Raduni.

– A tak, cał­kiem przy­jemny…

– Ktoś grał na for­te­pia­nie, prawda? Tro­chę się przy­słu­chi­wa­łem. Bar­dzo ład­nie to brzmiało.

Johanna czuje iry­ta­cję. Dla­czego on stoi na ulicy niczym jakiś posła­niec? Augu­sta z pew­no­ścią nie mia­łaby nic prze­ciwko jego wizy­cie. W wielu spra­wach Ber­thold jest uparty jak osioł.

– A może powi­nie­nem ci kupić pia­nino? – cią­gnie mąż. – Uczy­łaś się prze­cież grać, prawda? Chęt­nie bym posłu­chał.

– Ber­thol­dzie, chwi­lowo nie mamy pie­nię­dzy na zbędne wydatki – ucina Johanna.

– Musimy więc prze­ło­żyć ten zakup na póź­niej – stwier­dza nie­zra­żony Ber­thold. – Johanno, daj mi rękę. Na moście jest śli­sko, jesz­cze się prze­wró­cisz.

Ach, on jest tak czuły. Tak tro­skliwy. Chce tylko, by ona była szczę­śliwa i zado­wo­lona. Johannę gry­zie sumie­nie, że tak szorstko mu odpo­wie­działa. To dla­tego, że nie może zapo­mnieć o tej głu­piej, zby­tecz­nej kłótni, którą chęt­nie by teraz wyma­zała. Jak mogła tak napaść na bied­nego Ern­sta? I jesz­cze na domiar złego na oczach jego „czci­cie­lek” w salo­nie Augu­sty. I w przy­tom­no­ści narze­czo­nej. W końcu zna Annę Marię od dziecka, powinna była wie­dzieć, że weź­mie stronę narze­czo­nego. Zdu­miewa ją tylko, że uczy­niła to z taką gwał­tow­no­ścią.

Jak na kogoś, kto wkrótce trafi do przy­tułku dla ubo­gich…

To zda­nie bez­u­stan­nie dźwię­czy Johan­nie w uszach. Anna Maria nie powie­działa tego ot, tak – w jej sło­wach kryje się groźba. Uwa­żaj, kochana. Jestem córką Jana Jon­kersa i jeśli zechcę, mogę zruj­no­wać waszą śliczną małą stocz­nię. Czy to moż­liwe? Johan­nie trudno w to uwie­rzyć. Jan Jon­kers jest doświad­czo­nym czło­wie­kiem inte­resu, dla­cze­góż miałby dla kaprysu córki anu­lo­wać zamó­wie­nia lub w ogóle ich nie udzie­lać? Zna prze­cież swoją Annę Marię i jej humory, osta­tecz­nie całe mia­sto wie o tym, że dziś sprzyja jed­nemu, a jutro dru­giemu kawa­le­rowi. Nie – ta drobna sprzeczka bez zna­cze­nia na pewno nie spo­wo­duje, że Jan Jon­kers prze­sta­nie budo­wać statki u For­stera i Syna.

Jed­nak w ostat­nim cza­sie arma­tor rzadko był widy­wany w stoczni, gdzie poło­żono stępkę pod jeden z zamó­wio­nych przez niego stat­ków. Może powo­dem był panu­jący ziąb, tym­cza­sowo unie­moż­li­wia­jący prace. Ale mógł też za tym tkwić Teo­dor, jej brat. Odkąd Ernst zarę­czył się z Anną Marią, Teo­dor coraz śmie­lej wcho­dził w han­del zbo­żem z Holan­dią i Anglią. Tu na pewno Jan Jon­kers uto­ro­wał mu drogę, a to ozna­cza, że prze­zwy­cię­żył nie­chęć do Teo­dora Berenda i gotów jest robić z nim inte­resy. Johanna przy­pusz­cza, że swoją rolę ode­grał w tym Ernst, jej młod­szy brat. Bra­ci­szek pró­buje swo­ich sił jako kupiec. Minęły czasy, kiedy twier­dził, że jest poetą, czło­wie­kiem pióra i pew­nego dnia będzie żył z docho­dów, jakie przy­niosą mu książki i inne dzieła. Zamiast tego zatrud­nia się jako chło­piec na posyłki star­szego brata i sądzi, że zdoła wywrzeć tym wra­że­nie na przy­szłym teściu. Czy on naprawdę myśli, że Teo­dor mu za to podzię­kuje? Wyci­śnie go jak cytrynę, a zysk schowa do kie­szeni.

Wątłe świa­tełko wska­zuje im drogę przez ciemny plac, to lata­renka, którą Ber­thold posta­wił w oknie warsz­tatu.

– Wejdź, kocha­nie – mówi i cią­gnie ją za rękę przez próg. – W taką zim­nicę miło jest wró­cić do domu, prawda?

– I tu masz rację.

Fak­tycz­nie wszel­kie tro­ski i żale zni­kają, gdy wcho­dzi do nie­wiel­kiego pomiesz­cze­nia i głasz­cze Suł­tana, kudłate psi­sko, które natych­miast rzuca się do niej, mer­da­jąc ogo­nem. Jak tu przy­tul­nie cie­pło, jak zna­jomy jest zapach drewna i kleju, który ude­rza ją w nos! W piecu jesz­cze się żarzy, cze­lad­nik i obaj ucznio­wie roz­ło­żyli się na noc tuż obok niego, bo zimą tu na dole jest cie­plej niż na pod­da­szu, gdzie mają swoje izdebki. Pies szuka sobie cie­płego miej­sca mię­dzy śpią­cymi męż­czy­znami, a Johanna wcho­dzi za Ber­thol­dem po scho­dach do poko­jów miesz­kal­nych.

– Ale z nas nocne marki – zauważa Ber­thold z uśmie­chem i spo­gląda na zega­rek kie­szon­kowy. – Już po dzie­sią­tej.

Śpi jak suseł, gdy Johanna koń­czy wie­czorną toa­letę. Po cichutku kła­dzie się obok niego i słu­cha jego regu­lar­nego odde­chu. Pomaga jej to okieł­znać przy­gnę­bia­jące myśli, które w ciem­no­ści sypialni znowu chcą się roz­pa­no­szyć, i miękko osuwa się w kra­inę snów.

Ran­kiem budzi się sama w mał­żeń­skim łożu – Ber­thold, zgod­nie ze sta­rym nawy­kiem, wstał z pier­na­tów z pierw­szym brza­skiem, z warsz­tatu na dole dobie­gają odgłosy młot­ków i pił. Johanna, dygo­cąc, wstaje z łóżka, otula się weł­nianą chu­stą i otwiera okien­nice. Pochmurny świt nie­zbyt popra­wia jej humor, ale przy­naj­mniej powie­trze wydaje się jej nieco mniej lodo­wate niż wczo­raj, a nawet tu i ówdzie sły­chać, jak coś kapie. Odwilż! Jeśli tylko się utrzyma, to robota w stoczni ruszy z kopyta.

Ubie­ra­jąc się, odkrywa, że wczo­raj wie­czo­rem zapla­miła nie­stety her­batą rękaw swo­jej jedy­nej porząd­nej sukni. Cała nadzieja, że stara Bar­bara umie na to coś pora­dzić, ina­czej trzeba będzie odciąć kawa­łek ręka­wów. Co znowu dopro­wa­dzi do jado­wi­tych plo­tek w salo­nie Augu­sty, ale do tego od dawna przy­wy­kła, bo oczy­wi­ście zasobne damy wyśmie­wają się z niej, że stale poja­wia się w tej samej sukni.

Po śnia­da­niu Johanna zabiera się do ksiąg rachun­ko­wych, wpi­suje tygo­dniową kwotę za żywie­nie robot­ni­ków w stoczni oraz wydatki na narzę­dzia, które trzeba było nabyć. Następ­nie orien­ta­cyj­nie obli­cza sumę należ­nych wypłat. Z powodu mro­zów nie dało się regu­lar­nie pra­co­wać, musieli więc zwol­nić ludzi, mniej zatem potrzeba na to pie­nię­dzy niż na jesieni. Jeśli odwilż potrwa dłu­żej, Paweł będzie się musiał jed­nak posta­rać o odpo­wied­nich pra­cow­ni­ków, bo cho­dzi o to, by ukoń­czyć bryg dla przed­się­bior­stwa żeglu­go­wego Jon­kersa, a do tego potrzeba wielu rąk. Johanna wszystko dokład­nie poprze­li­czała, kal­ku­la­cja jest na styk, ale się zga­dza. Chce zapro­po­no­wać arma­to­rowi, że zwol­nią go z uisz­cze­nia trze­ciej raty za sta­tek i w ten spo­sób zacho­wają w nim udziały. Stocz­nia For­ster i Syn będzie dzięki temu zara­biać do jed­nej trze­ciej zysku z jego wszyst­kich rej­sów han­dlo­wych, co zapew­ni­łoby im regu­larne przy­chody obok budowy okrę­tów. Nie­stety ta idea nie prze­ma­wia ani do Pawła, ani do Ber­tholda, więc będzie musiała ener­gicz­niej się tym zająć, nie jest też by­naj­mniej pewne, czy Jan Jon­kers przy­sta­nie na taki układ. Ale to powszechna prak­tyka w innych stocz­niach – dla­czego u nich mia­łoby się to nie udać?

Jeśli cho­dzi o nowe pomy­sły, męż­czyzn trzeba stale popy­chać i popę­dzać. Do swo­jego męża Ber­tholda nie może mieć pre­ten­sji, przez całe życie budo­wał tylko nie­duże łodzie w warsz­ta­cie. Zasłu­guje na naj­wyż­sze uzna­nie za to, że wspól­nie z synem zało­żył stocz­nię i obcią­żył dom hipo­teką. Ale Paweł też oka­zał się bar­dziej szkut­ni­kiem niż czło­wie­kiem inte­resu. Wpraw­dzie świet­nie mu się udało w ciągu paru mie­sięcy posta­wić na nogi nie­wielką stocz­nię, do tego zna się na swoim fachu, ale jak dotąd, krę­cąc głową, odrzuca wszel­kie pro­po­zy­cje i zachęty Johanny.

– Suchy dok? Może kie­dyś. Tym­cza­sem zaj­mu­jemy się budo­wa­niem stat­ków, naprawę zosta­wiamy innym.

Potrafi też potęż­nie się roz­gnie­wać, jeśli Johanna choćby napo­mknie o kuźni, która by się im przy­dała, ponie­waż stal będzie odgry­wać coraz więk­szą rolę w budo­wie okrę­tów.

– Ja buduję statki z drewna – wrzesz­czy. – Kto woli zardze­wiałe łajby, ten niech idzie do Kla­wit­tera.

W ostat­nim cza­sie Paweł prędko wpada w gniew. Gdy Johanna cią­gnie do stoczni wózek z obia­dem, już z dala się w nią wpa­truje i śle­dzi oczyma każdy jej ruch. Kiedy jed­nak dziew­czyna dotrze na pochyl­nię, odwraca się i usuwa na bok. Wystar­czą dwa słowa, nie­winne pyta­nie, jak daleko posu­nęli się z robotą, lub uwaga na temat nie­po­rząd­nie roz­rzu­co­nych desek – i już wybu­cha kłót­nia.

– Nie wtrą­caj się do spraw, na któ­rych się nie rozu­miesz! – sły­szy repry­mendę. A ponie­waż nie daje się bez­pod­staw­nie obra­żać, broni się jak umie.

– Pytam tylko dla­tego, że pro­wa­dzę księgi i chcę zapi­sać postępy robót.

– Rozej­rzyj się, to zoba­czysz, co zro­bi­li­śmy!

– Ale ja nie jestem cie­ślą okrę­to­wym. Nie znam się na wszyst­kim. Musisz mi to wyja­śnić.

– Nie mam czasu…

Za każ­dym razem robot­nicy i cie­śle cze­kają w napię­ciu na tę wymianę zdań, która nie­uchron­nie prę­dzej czy póź­niej nastąpi. Więk­szość ma ucie­chę, uśmie­chają się ukrad­kiem, pała­szu­jąc ein­topfa, rzu­cają dwu­znaczne spoj­rze­nia, cza­sami docho­dzą jesz­cze ciche komen­ta­rze, które nie są prze­zna­czone dla uszu Pawła. Tylko dwóch star­szych cze­lad­ni­ków patrzy na Johannę z ponu­rymi minami i naj­wy­raź­niej są zda­nia, że lepiej by trzy­mała buzię na kłódkę i nie psuła maj­strowi humoru.

W powrot­nej dro­dze Johanna czuje się zwy­kle bez­radna i smutna, bo w zasa­dzie w ogóle nie chce się kłó­cić z Paw­łem i nie może zro­zu­mieć, dla­czego mimo to cią­gle docho­dzi do spięć. Dla­czego on jest taki roz­draż­niony? Czemu ona daje mu się spro­wo­ko­wać zamiast po pro­stu zamil­czeć? No cóż, może cho­dzi o to, że mają różne poglądy na wiele spraw doty­czą­cych stoczni. Johanna wie, że narze­czona Pawła, Lena Grau­holm, naci­ska na niego, by jak naj­szyb­ciej zacząć budowę domu przy Stroh­de­ich, przy Sien­nej Gro­bli, to będą mogli się pobrać i tam wpro­wa­dzić. Johanna jed­nak uważa, że to nie jest ważne. Jeśli już muszą wydać pie­nią­dze na budowę, to powinni zbu­do­wać kuź­nię, a do tego budy­nek admi­ni­stra­cyjny z biu­rem i pomiesz­cze­niami robo­czymi, gdzie będzie można kre­ślić plany i przyj­mo­wać klien­tów. Ona będzie codzien­nie sie­dzieć w biu­rze, pro­wa­dzić księgi, roz­mowy ze zle­ce­nio­daw­cami, wypła­cać pobory i przyj­mo­wać pie­nią­dze z tytułu udzia­łów w statku, które chce wyne­go­cjo­wać od Jon­kersa i innych arma­to­rów. W ten spo­sób stocz­nia będzie się roz­wi­jać – a dom zawsze zdąży się posta­wić.

Zanu­rza wła­śnie pióro w kała­ma­rzu, żeby wpi­sać jesz­cze parę drob­niej­szych wydat­ków, kiedy dobiega do niej z warsz­tatu kobiecy głos:

– Pięk­nie się witam ze wszyst­kimi. No i jak? Pil­nie pra­cu­je­cie?

Johanna wydaje z sie­bie ziry­to­wane wes­tchnie­nie. To Marta Grau­holm, żona szewca i przy­szła teściowa Pawła. Odkąd ten zarę­czył się z jej córką, szew­cowa jest sta­łym gościem w domu For­ste­rów, wcho­dzi i wycho­dzi, jak jej się żyw­nie podoba, każe się ugasz­czać kawą i cia­stem oraz paple, aż głowa boli.

– Tak jest, Marto, pil­nie i z zapa­łem – odpo­wiada jej Ber­thold na swój jowialny spo­sób. – Cóż nam innego pozo­staje? Samo się nie zrobi.

– Prawdę mówisz, Ber­thol­dzie – przy­znaje Grau­hol­mowa. – Czy Paweł jest na Sien­nej Gro­bli w ten mróz?

– A pew­nie – odpo­wiada cier­pli­wie Ber­thold. – Póki śnieg nie sypie gru­bymi pła­tami, prace przy statku trwają.

Dla Marty Grau­holm powinna to być w sumie rado­sna wia­do­mość, bo szczę­ście mał­żeń­skie jej córki zależy prze­cież od powo­dze­nia stoczni. Ale zamiast się cie­szyć, zaczyna lamen­to­wać.

– Z Paw­łem nie da się nawet dwóch słów zamie­nić – użala się ziry­to­wana. – O świ­cie wycho­dzi z domu, a kiedy wie­czo­rem idzie na górę do swo­jego pokoju, bur­czy tylko i mówi, że jest porząd­nie zmę­czony i chce spać…

Johanna przy­słu­chuje się nie bez satys­fak­cji. W ogóle zadaje sobie pyta­nie, co też takiego przy­cią­gnęło go do bez­barw­nej Leny Grau­holm i czemu aku­rat teraz musiał się z nią zarę­czyć, kiedy stocz­nia jest jesz­cze w powi­ja­kach i zna­la­złyby się znacz­nie waż­niej­sze rze­czy niż mał­żeń­stwo i dzieci. No cóż, jak się zdaje, zdą­żył to wła­śnie zro­zu­mieć, choć nie chce tego przy­znać, bo nic już nie mówi o swo­ich pla­nach mał­żeń­skich. Mało tego, Johanna ma wra­że­nie, że wyko­rzy­stuje każdą oka­zję, by uciec od narze­czo­nej i jej rodziny. Paweł wyna­jął wpraw­dzie pokój w domu szewca na Böttchergasse, na Bed­nar­skiej, ale stara się jak naj­kró­cej tam prze­by­wać. Prze­waż­nie po faj­ran­cie przy­cho­dzi do ojca do warsz­tatu, żeby omó­wić z nim parę spraw, a potem na górze jedzą wspól­nie kola­cję i spę­dzają miłą godzinkę na poga­wędce. Oso­bli­wym tra­fem Paweł jest wów­czas w przy­ja­znym nastroju, stara się wyczer­pu­jąco odpo­wia­dać na jej pyta­nia i cier­pli­wie słu­cha, jak wyja­śnia mu swoje pro­po­zy­cje i kon­cep­cje. I tak zresztą zawsze bie­rze stronę ojca, który dobro­dusz­nie obśmiewa „kolo­rowe mrzonki” swo­jej żony, po czym uznaje za nie­moż­liwe do reali­za­cji.

Na dole sytu­acja się zaostrza, bo Marta nie ma zamiaru wra­cać na Bed­nar­ską, nie zała­twiw­szy tego, co chciała.

– W takim razie podejdę jesz­cze na górę do Johanny – oświad­cza. – Ona nie ma prze­cież nic do roboty, możemy sobie w spo­koju obga­dać parę spraw.

– Idź, Marto, idź. Moja kochana Johanna z pew­no­ścią się ucie­szy na twój widok.

I już sły­chać na scho­dach lek­kie kroki szew­co­wej, a Johanna pospiesz­nie posy­puje pia­skiem wpisy, zanim zamknie księgę kasową. Dla­czego, na litość boską, Marta Grau­holm uważa, że musi jej umi­lać czas? Po co w kółko jej opo­wiada, że Lenka jest taką uro­czą, pra­co­witą, cier­pliwą i przy­zwo­itą dziew­czyną, a Pawła For­stera od dziecka obda­rzała uwiel­bie­niem? Co naj­mniej ze trzy razy musiała wysłu­chać, że Paweł swego czasu zbu­do­wał Lenie łóżeczko dla jej lalki. Już wtedy wyraź­nie było widać, że po pro­stu są sobie prze­zna­czeni.

Marta Grau­holm nie zadaje sobie trudu, by zapu­kać, naci­ska po pro­stu klamkę, wsa­dza nos w uchy­lone drzwi i cie­szy się, widząc Johannę sie­dzącą przy stole.

– A, tutaj jesteś! I co? Nudzi ci się, nie? No tak, ty masz Bar­barę, która wszystko robi za cie­bie, prawda?

Johanna powstrzy­muje się od uwagi, że Marta ma czas na ploty dla­tego, że gospo­dar­stwem domo­wym zaj­muje się jej córka.

– Miło, że zaj­rza­łaś – mówi w zamian. – Muszę jed­nak zaraz zejść do kuchni, bo gotu­jemy obiad dla robot­ni­ków w stoczni…

Oczy­wi­ście Marta igno­ruje mało sub­telną alu­zję i roz­siada się przy stole, by narze­kać na pogodę i wyso­kie ceny na Targu Ryb­nym. Po czym prze­cho­dzi do rze­czy.

– Wiesz prze­cież, Johanno, że biedni z nas ludzie. Biedni, ale uczciwi. I nie będziemy dzia­do­wać. Dam córce cztery prze­ście­ra­dła z dobrego lnu, a do tego trzy poduszki i jesz­cze obrus, niby poła­tany na jed­nym rogu, ale po praw­dzie to tego nie widać. No i ręcz­niki, poda­ro­wała mi je swego czasu testa­men­tem zmarła ciotka, która miesz­kała w Lang­fuhr, we Wrzesz­czu, i zmarła panną…

To po pro­stu żało­sne! Czemu niby ma oma­wiać z Martą Grau­holm posag jej córki? Nie jest w końcu matką Pawła, lecz maco­chą, a on jej nawet nie zapy­tał, czy odpo­wia­dają jej jego zarę­czyny.

Ale robi się gorzej.

– A to musi nam Paweł solen­nie obie­cać, ina­czej nici z wesela – oznaj­mia wzbu­rzona Marta, zdmu­chu­jąc znad oka kosmyk siwych wło­sów, który wysu­nął się z czepka. – Dzieci, które będą mieli, muszą zostać wycho­wane na pro­te­stan­tów. Mówię to dla­tego, że Paweł prze­cież jest kato­li­kiem. Tego chciała jego pol­ska matka, Sta­ni­sława, a ojciec się nie sprze­ci­wiał. Ale my jeste­śmy dobrymi pro­te­stan­tami i nie chcemy, żeby nasze wnuki były wycho­wy­wane po kato­licku. W końcu nie jeste­śmy Kaszu­bami.

Johanna docho­dzi do wnio­sku, że takie nerwy to gruba prze­sada, bo trudno jej sobie wyobra­zić, że Paweł będzie obsta­wał przy kato­lic­kiej wie­rze swo­ich dzieci. Ale Mar­cie sporo leży jesz­cze na sercu i nie daje Johan­nie oka­zji do zaję­cia sta­no­wi­ska.

– Mówię to tylko dla­tego, że w końcu ślub już nie­da­leko. Kiedy wresz­cie się zacznie budowa domu przy Sien­nej Gro­bli? Zaraz będzie marzec, można by kłaść fun­da­menty…

Johanna stara się hamo­wać. Jeśli o nią cho­dzi, to na razie niczego nie powinno się budo­wać, a już na pewno nie domu. Ale tego Mar­cie nie powie, bo ta jesz­cze doj­dzie do prze­ko­na­nia, że Johanna chce uda­rem­nić zamąż­pój­ście jej córki. A to naprawdę ostat­nia rzecz, o któ­rej myśli. W końcu Paweł jest doro­słym czło­wie­kiem i wie, co robi. Jeśli jest na tyle głupi, że chce się wże­nić w szew­ski klan, to nie ma dla niego ratunku.

– Marta, w tej spra­wie musisz zapy­tać męż­czyzn – ucieka z odpo­wie­dzią. – Muszę teraz zejść do kuchni, ina­czej ein­topf dla cie­śli nie ugo­tuje się na czas.

Wstaje i patrzy na Martę wycze­ku­jąco. Ta chwilę się kry­guje i chce wie­dzieć, czy dom posta­wią z drewna, czy też z palo­nej cegły oraz czy znaj­dzie się tam dość miej­sca dla rodziny, bo z pew­no­ścią wkrótce pojawi się potom­stwo.

– Zapy­taj Pawła – radzi Johanna. – On ci wszystko dokład­nie wyja­śni.

W kuchni sie­dzi stara Bar­bara z miską na kola­nach i obiera ziem­niaki. Ein­topf dla cie­śli jest pożywny i sycący, ale jadło­spis nie prze­wi­duje więk­szych uroz­ma­iceń. Tłu­sta sło­nina i tro­chę wędzo­nego boczku sta­no­wią pod­stawę dania, do tego cebule, mar­chewki, ziem­niaki, a dziś wyjąt­kowo jesz­cze trzy bulwy selera, które Bar­bara oka­zyj­nie kupiła na rynku.

– Poszła sobie? – dopy­tuje sta­ruszka, wska­zu­jąc nożem na drzwi.

– Na szczę­ście – odpo­wiada Johanna z kpią­cym uśmie­chem i zabiera się do obie­ra­nia i kro­je­nia cebuli.

– Że też musiał wziąć sobie taką na kark – bur­czy Bar­bara i wstaje, żeby roz­nie­cić ogień w pale­ni­sku. – Dziew­czyna jest zresztą poczciwa, a że do tego głu­pia jak but, to już nic na to nie pora­dzi. Ale Marta była zawsze męcząca jak nie­szczę­ście. Nic dziw­nego, skoro Otto jest milcz­kiem, sie­dzi tylko w warsz­ta­cie i nie odzywa się do niej…

– Jest jak jest, Bar­baro – wzdy­cha Johanna. – Paweł pod­jął taką decy­zję, a my obry­wamy.

– W życiu nie zro­zu­miem, co w niego wstą­piło! – pomstuje sta­ruszka, wrzu­ca­jąc sło­ninę i wędzonkę do kotła.

Na dwo­rze łagodne zimowe słońce oświe­tla mia­sto. Z lodo­wych sopli na dachach ście­kają grube kro­ple na tro­tu­ary, a wydep­tany śnieg na uli­cach pod­cho­dzi wodą, łatwo się można pośli­znąć. Johanna zanosi Ber­thol­dowi i jego trzem pomoc­ni­kom obiad do warsz­tatu, nie zapo­mina też o posta­wie­niu miski dla Suł­tana.

– Marek powi­nien pójść z tobą – mar­twi się zafra­so­wany Ber­thold, sta­wia­jąc przy pomocy Bar­bary kocioł na wózek. – Jest śli­sko, jesz­cze się prze­wró­cisz razem z wóz­kiem.

Johanna pro­te­stuje. W końcu radziła sobie w mróz i śnieg, odwilż jej z całą pew­no­ścią nie­straszna. Dziel­nie wle­cze wózek przez ulice, zręcz­nie manew­ruje solid­nie obcią­żo­nym wehi­ku­łem, wymi­ja­jąc kałuże i wysta­jące naroż­niki. Na pro­mie, który prze­wozi ją przez Motławę, też nie ma pro­ble­mów, ponie­waż pomoc­nik prze­woź­nika spie­szy jak co dzień, by jej pomóc.

– Tam dalej musi­cie uwa­żać, maj­strowo – rzuca z kpiar­skim uśmie­chem, spro­wa­dza­jąc wózek z promu na ląd. – Ina­czej obiad szyb­ciej dotrze na miej­sce, niż chcie­liby głodni sto­łow­nicy.

Johanna śmieje się wesoło, dzię­kuje i rusza wąską ście­żyną, która pro­wa­dzi do stoczni. Rze­czy­wi­ście słońce gdzie­nie­gdzie roz­to­piło zamar­z­niętą na kamień zie­mię, wózek się kole­bie, a ona ma trud­no­ści z utrzy­ma­niem go na wła­ści­wym kur­sie. W stoczni cie­śle pil­nie pra­cują. Łączą gotową dziob­nicę ze stępką, skom­pli­ko­wana sprawa, bo wszystko tu musi dokład­nie paso­wać. Nie­da­leko pło­nie ogni­sko, nad któ­rym wisi kocioł, zapewne ze smołą. Smo­ło­wana fla­nela służy szkut­ni­kom do uszczel­nia­nia szpar i szcze­lin, żeby woda nie wle­wała się do statku.

Zapa­trzyła się i prze­stała zwra­cać uwagę na wózek. Ten rap­tem wymyka się jej z rąk i nie­bez­piecz­nie się koły­sząc, sunie w dół drogą. Johanna rzuca się za nim, łapie go z tyłu, by go jakoś wyha­mo­wać, ale potyka się i razem z wóz­kiem ześli­zguje się dalej po skar­pie.

– Uwaga! – krzy­czy ktoś. – Johanna, trzy­maj się mocno!

To Paweł. Jak on to zro­bił? Dopiero co stał wśród cie­śli, a w mgnie­niu oka zatrzy­mał roz­pę­dzony wehi­kuł, teraz zaś zapiera się o wózek, pod­trzy­mu­jąc go sil­nymi ramio­nami.

– Mało bra­ko­wało! – oświad­cza Johanna, która sie­dzi na śniegu obok wózka. – Kto by pomy­ślał, że to cho­ler­stwo tak po pro­stu mi się wymknie.

– Cała jesteś? – pyta Paweł.

Mruży oczy, zwra­ca­jąc się do niej, bo stoi pod słońce. Włosy opa­dły mu na czoło, wyraź­nie rysują się napięte z wysiłku mię­śnie ramion.

– Chyba tak. Dobrze, że się tak szybko poja­wi­łeś…

– Usły­sza­łem, jak krzy­czysz.

– Ja krzy­cza­łam?

– Tak. – Uśmie­cha się. – Woła­łaś „Pomocy! Wózek!”.

– Naprawdę?

Głu­pio jej, że tak gło­śno wołała o pomoc. Tym­cza­sem pode­szło do nich kilku robot­ni­ków i cią­gną nie­sforny wózek z cen­nym ładun­kiem do wozowni, gdzie zazwy­czaj jedzą obiad, przy­sia­da­jąc na sto­sach drewna. Johanna przyj­muje wycią­gnięte ramię Pawła, by łatwiej wstać na śli­skim grun­cie. Jaki on nagle uprzejmy! Jak szar­mancko ofe­ruje jej pomocną dłoń, patrząc na nią na poły łobu­zer­sko, na poły z tro­ską.

– Jutro w połu­dnie poślę kogoś do promu, to nie będziesz musiała się męczyć na śli­skiej dro­dze – stwier­dza.

– No jesz­cze czego – śmieje się dziew­czyna. – Jutro śnieg stopi się do reszty, to co naj­wy­żej będę mogła uto­nąć w bło­cie.

Paweł śmieje się razem z nią i trzyma ją mocno za rękę, gdy Johanna otrze­puje spód­nicę i płaszcz ze śniegu. Po czym nagle gwał­tow­nie pusz­cza jej dłoń, jak gdyby coś go prze­stra­szyło, i wiel­kimi susami pędzi do wozowni, gdzie robot­nicy roz­dzie­lają już tale­rze i łyżki. Johanna nakłada jedze­nie i nalewa do kub­ków posło­dzoną her­batę, Paweł zaś sie­dzi mil­czący wśród innych i pała­szuje ein­topf. Do zwy­cza­jo­wej sprzeczki nie docho­dzi, sło­wem się w ogóle do niej nie odzywa, ku roz­cza­ro­wa­niu robot­ni­ków, któ­rzy już się cie­szyli na atrak­cyjną awan­turę.

Cóż to za dziwny czło­wiek, zasta­na­wia się Johanna w dro­dze powrot­nej. Ma dwa obli­cza, jedno przy­ja­zne, dru­gie odpy­cha­jące. Dziś był naprawdę miły, miejmy nadzieję, że nie pokłóci się ze mną przy kola­cji.

Jed­nak wie­czo­rem Johanna ma zupeł­nie inne zmar­twie­nia. Po powro­cie do domu znaj­duje na stole jadal­nym list przy­nie­siony przez listo­no­sza. Zdzi­wiona odcy­fro­wuje nazwi­sko nadawcy:

Dr Alfred Rie­chert, adwo­kat, Bre­ite Gasse, Sze­roka, numer 32/1.

Pismo to jedna wielka bez­czel­ność.

Wielce sza­nowna Pani,

w imie­niu mojej man­dantki, pani Cecy­lii Jon­kers, wzy­wam, by z docho­wa­niem wszel­kich form i oka­zu­jąc skru­chę, wyco­fała Pani obe­lżywe okre­śle­nia, które w dniu 26 lutego w domu rot­mi­strza von Kle­iwitza skie­ro­wała Pani pod adre­sem panny Anny Marii Jon­kers. W tym celu wno­szę, by spo­rzą­dziła Pani pisemne prze­pro­siny wobec panny Jon­kers, które spraw­dzę jako adwo­kat i prze­każę wspo­mnia­nej damie.

Z wyra­zami sza­cunku

Dr Alfred Rie­chert

Adwo­kat

Danuta

Jak matka może być tak okrutna! Nawet jeśli jaśnie pani jest zbyt słaba, by wstać z łóżka, to prze­cież można by jej przy­nieść maleńką córeczkę, żeby ją uca­ło­wała i przy­tu­liła do piersi. Ale jaśnie pani nie chce widzieć dziecka, na sam widok nowo­rodka dostaje migreny i trosz­cze­nie się o niego zosta­wia mamce.

– Jestem wyczer­pana i muszę naj­pierw odzy­skać siły – powie­działa Traude. – Kto wie, czy to dziecko w ogóle prze­żyje. Jest bar­dzo malut­kie, prawda? Dziew­czynka! Dla­czego Bóg mnie tak doświad­cza? Tyle trudu, tyle trosk, tyle bólu, żeby się oka­zało, że to tylko dziew­czynka…

Nawet oschła Traude jest obu­rzona tymi sło­wami.

– W końcu udało jej się dono­sić i uro­dzić dziecko, to go nie chce! – bur­czy przy śnia­da­niu w kuchni. – No dobrze, to tylko dziew­czynka. Ale to też stwo­rze­nie boże i ma prawo do życia.

– Dobrze mówisz – przy­ta­kuje mamka Minna, która sie­dzi przy kuchen­nym stole, trzy­ma­jąc przy piersi maleń­kie nie­mowlę. Cały dzień nosi małą na rękach, bo ta z miej­sca zaczyna pła­kać, jeśli odłoży się ją do koły­ski. Mło­dej mamce począt­kowo to nie prze­szka­dzało, jako że to prze­cież nor­malne, że małe dzieci krzy­czą i maru­dzą. Ale wtedy Danuta powie­działa jej, że dziew­czynka jest bar­dzo słaba i potrze­buje mnó­stwa cie­pła i miło­ści, żeby prze­żyć.

– Jeśli mała umrze, od razu stra­cisz posadę mamki – ostrze­gła ją. – Rób więc tak, jak ci mówię. Noś ją przy sobie i karm ją, kiedy tylko zechce.

Danuta przez trzy dni kar­miła maleńką i opie­ko­wała się nią, ponie­waż jaśnie pani dopiero na czwarty dzień zdo­była się na zatrud­nie­nie mamki. Minna Han­sen by­naj­mniej nie jest naj­lep­szym wybo­rem spo­śród kobiet, które sta­wiły się w domu Beren­dów, bo jest bar­dzo młoda i nie ma doświad­cze­nia z dziećmi. Ale godzi się prze­pra­co­wać pierw­sze mie­siące jedy­nie za wikt i utrzy­ma­nie, nie sta­wiała też żad­nych innych żądań, co bar­dzo się pań­stwu spodo­bało. Danuta od razu się z nią doga­dała. Minna jest dobro­duszna i uczynna, o pogod­nym uspo­so­bie­niu oraz z całego serca oddana małej pod­opiecz­nej. Pocho­dzi z małej osady koło Müggau, Migowa, to nie­da­leko rodzin­nej wio­ski Danuty. Minna opo­wiada, że mąż jej uciekł stam­tąd, a ich dziecko umarło, dla­tego chce zaro­bić na życie w mie­ście jako mamka. Danuta nie do końca wie­rzy w tę histo­rię, ale nie zamie­rza dopy­ty­wać, bo to nie jej sprawa.

– Chcesz jesz­cze kromkę? – pyta gospo­dyni i pod­suwa faskę z masłem w stronę Minny. – Weź też porządną por­cję słod­kiego musu. Zaraz będzie jesz­cze cie­płe mleko dla was obu.

Odkąd uro­dził się Chri­stia­nek, cał­ko­wi­cie zmie­nił się nastrój wśród służby w domu Beren­dów. Minęły czasy, kiedy poko­jówki wraz z gospo­dy­nią sądziły, że mają się sto­so­wać do życzeń jaśnie pani, pogar­dzały Danutą jako „nie­oby­czajną osobą” i źle ją trak­to­wały. Obec­nie jest już aż nadto wyraźne, że jaśnie pan kocha swo­jego syneczka nad życie i chce zatrzy­mać u sie­bie Danutę. A ponie­waż jaśnie pani musi się pod­po­rząd­ko­wać jego woli, per­so­nel domowy prze­szedł ze sztan­da­rami na stronę Danuty. Gospo­dyni stara się ją roz­piesz­czać pysz­nymi kąskami, a Traude nie prze­pu­ści żad­nej oka­zji, by wychwa­lać Danutę pod nie­biosa i pomsto­wać na jaśnie panią. Trzeba dodać, że to ostat­nie pły­nie z głębi Trau­dzi­nego serca, więc niczego nie musi uda­wać.

– Co ona sobie wyobraża! – burzy się słu­żąca. – Chce szybko odzy­skać siły, żeby od razu ponow­nie zajść w ciążę. Musi mieć syna. Ina­czej nie będzie zado­wo­lona.

– Moja świę­tej pamięci babka uro­dziła pięć córek, zanim w końcu na świat przy­szedł chło­piec. A i tak od razu jej umarł – opo­wiada z powagą Minna. – Po pro­stu Bóg tak chciał.

– Pięć córek – śmieje się Döppelowa. – No to cier­pli­wość jaśnie pani byłaby wysta­wiona na ciężką próbę. Myślę, że by tego nie prze­żyła.

– A może jed­nak – stwier­dza Traude, kiwa­jąc głową. – Ona zawsze niby taka sła­biutka, ale w rze­czy­wi­sto­ści jest twarda jak skóra juch­towa. Jesz­cze nas wszyst­kich prze­żyje.

– Nie życzę jej niczego złego – wtrąca się Danuta, która czuje się winna wobec jaśnie pani. – Nie jest dobrym czło­wie­kiem, ale wiele prze­cier­piała i dla­tego mi jej żal.

Obie słu­żące kręcą gło­wami.

– Prę­dzej uli­tuję się nad sobą, nim poża­łuję jaśnie pani – oświad­cza Traude.

– Ma, na co zasłu­żyła – oświad­cza krótko i zwięźle pani Döppel. – Zapo­mnia­łaś już, jak cię oskar­żyła o kra­dzież broszki? A prze­cież na pewno sama ją zanio­sła do two­jego pokoju i poło­żyła pod poduszką!

Danuta mil­czy. Döppelowa też ode­grała nie­chlubną rolę w tej histo­rii. Ni­gdy wpraw­dzie nie wyja­śniono, jak broszka tra­fiła do pokoju Danuty, ale nikt już nie wie­rzy, że to ona ją ukra­dła.

Za oknem kuchen­nym z wolna roz­wie­wają się poranne ciem­no­ści, widać, jak prę­go­wany szary kot prze­krada się przez podwó­rze i znika w maga­zy­nie. Danuta dodaje łyżkę miodu do cie­płego mleka i pod­suwa kubek Min­nie, po czym wstaje, żeby wyjąć swo­jego synka z łóżeczka na kół­kach i nakar­mić go owsianką. Chri­stia­nek ma już pół roku i jest krzep­kim szkra­bem, prze­waż­nie w dobrym humo­rze, o brą­zo­wych wło­sach i ciem­nych oczach, z twa­rzy wyka­pana mama. Potrafi już sia­dać i entu­zja­stycz­nie kopie nóż­kami na kola­nach Danuty, gdy widzi miseczkę ze słodką zupką. Głodny otwiera buźkę i nie­cier­pli­wie zawo­dzi, ponie­waż matka musi wcze­śniej spró­bo­wać, czy owsianka nie jest jesz­cze za gorąca.

– Ten to jest dopiero – mówi z uzna­niem gospo­dyni. – Jesz­cze chwila i obje nas ze szczę­tem. I jak patrzy! Mały bała­mut z niego.

– Tak, cały tatuś – przy­świad­cza Traude i gry­zie się w język, bo weszła na grzą­ski grunt.

Döppelowa przy­cho­dzi jej z pomocą i prędko zmie­nia temat.

– A czy przy­naj­mniej zna­leźli już imię dla tej bied­nej dzie­wuszki? – pyta zebrane. – Dwa tygo­dnie już jest na świe­cie, ale o chrzcie jakoś nikt nie mówi.

– Ma się nazy­wać Elż­bieta Cecy­lia – wtrąca Minna. – Jaśnie pani mówiła, że chce zacze­kać z chrztem, póki nie wyzdro­wieje. Trzeba prze­cież urzą­dzić przy­ję­cie i pod­jąć gości.

– No to jaśnie wiel­można będzie cze­kać na święty ni­gdy. Cóż, gdyby to był syn! Dzwony biłyby już w ostat­nią nie­dzielę, a w domu mie­li­by­śmy towa­rzy­stwo, które zje­cha­łoby się na chrzciny.

Gospo­dyni spie­szy się z przy­go­to­wa­niem śnia­da­nia dla pań­stwa, Traude też szybko opróż­nia swój kubek i zaczyna usta­wiać naczy­nia na obu tacach. Na jed­nej dla obu panów, któ­rzy zaraz zja­wią się w jadalni, a na dru­giej dla jaśnie pani, która jesz­cze jest przy­kuta do łóżka i ma coraz dziw­niej­sze zachcianki. Ostat­nio chce na przy­kład na śnia­da­nie wędzoną rybę z jajecz­nicą, do tego biały chleb z masłem, miód, kon­fi­tury i mocną kawę. Bo lekarz jej powie­dział, że musi porząd­nie jeść, by odzy­skać siły.