Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
356 osób interesuje się tą książką
Nienawidzę tej kobiety.
Tyler Neumann od lat poszukuje swojego ojca. Nie chce go jednak poznać. Wręcz przeciwnie – zamierza go zniszczyć. I będzie manipulował każdym, by dokonać zemsty. W tym Stellą McCormick, która uosabia wszystko, czego mężczyzna nienawidzi. Majątek i rodzinne koneksje chroniły ją przez całe życie, a Tyler uważa, że nadszedł czas, by w końcu za to zapłaciła.
Nienawidzę tego mężczyzny.
Stella może i nie wierzy w miłość od pierwszego wejrzenia, ale w nienawiść od pierwszego wejrzenia – bez wątpienia. Odkąd tylko zobaczyła Tylera w swoim salonie tatuażu, wie, że to diabeł wcielony, który zamierza zamienić jej życie w piekło.
Zmuszona do odgrywania roli jego dziewczyny, wprowadza go w zamknięty krąg swoich bliskich. Szybko jednak dostrzega ukryte motywy Tylera. Ale miłość i nienawiść dzieli bardzo cienka granica i wkrótce sama już nie wie, czy mężczyzna ją szantażuje, bo rzeczywiście chce ją zniszczyć, czy to coś innego, bo przecież nie potrafią oderwać od siebie rąk.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 528
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: Game On
Copyright © 2026 by Navessa Allen. By arrangement with the author. All rights reserved.
Copyright © for the Polish translation by Agnieszka Brodzik, 2026
Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2026
Redaktorka inicjująca i prowadząca: Joanna Jeziorna-Kramarz
Marketing i promocja: Aleksandra Wróblewska
Redakcja: Karolina Borowiec
Korekta: Joanna Jóźwiak, Anna Nowak
Fotografia na okładce: © New Africa, © T_Motion, © serikbaib | Adobe Stock
Oryginalny projekt okładki: © Christopher Brian King
Adaptacja okładki i strony tytułowe: Magda Bloch
Ilustracje na zadruku wnętrza: Anna Niemczak
Fotografia autorki na skrzydełku: archiwum autorki
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
ISBN 978-83-68952-31-5
CZWARTA STRONA
Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.
ul. Fredry 8, 61-701 Poznań
tel.: 61 853-99-10
www.czwartastrona.pl
NINIEJSZA KSIĄŻKA TO MROCZNA komedia romantyczna, która porusza trudne tematy. Przed lekturą zastanów się, czy czujesz się na siłach, by czytać tekst zawierający następujące motywy:
hazard
alkohol i narkotyki
igły (do tatuowania)
klub zabaw erotycznych
mafia i przestępczość zorganizowana (wzmianka)
seryjni mordercy (wzmianka)
głód
restrykcje żywieniowe
szantaż
przymus, dręczenie, groźby
przewlekła choroba i ból
przemoc
opis wypadku samochodowego
amputacja i rozmowa o operacji
otoczenie szpitalne
przemoc wobec dzieci oraz zaniedbanie
uraz głowy
zdrada (we wspomnieniach)
morderstwo (w rozmowie)
porwanie
niedwuznaczne sceny erotyczne (w tym seks grupowy oraz analny)
zabawa ze spermą
kink bachora
odmawianie orgazmu i edging
śmierć rodzica.
Dla wszystkich, których wbrew ich woli ciągnie do mężczyzn
MILION DOLARÓW. WŁAŚNIE TYLE mógłbym dzisiaj zarobić, gdyby impreza potoczyła się dalej tak, jak do tej pory.
Wciąż nie mogłem uwierzyć, że mi się udało. Tygodnie planowania, dziesiątki tysięcy kosztów, niezliczone przypadki łamania prawa – a wszystko to, by zorganizować prywatną grę o wysokie stawki na pokładzie porzuconego statku towarowego, który gnił w starym porcie. To absolutnie ostatnie miejsce, w którym ktokolwiek szukałby ultra ekskluzywnej imprezy dla elity miasta. I właśnie dlatego było idealne.
Z tłumu poniósł się radosny okrzyk. Wszyscy – nie wyłączając obsługi – nosili maski, by zachować anonimowość, lecz mistrzowie ceremonii doskonale wiedzieli, z kim mają do czynienia. Odwróciłem się i zobaczyłem blondynkę w szkarłatnej sukni, która dołączyła do wiwatów. Musiała nieźle zarobić, a skoro ona, to i ja.
Jako bukmacher stojący za całym przedsięwzięciem wrócę do domu z dziesięcioma procentami prowizji od tego, co wygrają uczestnicy. I chociaż milion dolarów wydaje się fortuną, po odliczeniu wszystkich łapówek i wysokich wypłat będę miał szczęście, jeśli zgarnę jedną trzecią, z czego większość zostanie zainwestowana w kolejną grę.
Mimo to wychodziłem na swoje. Poza tym prawdziwe pieniądze robiło się na odsetkach od długów. Gdy któremuś z naszych klientów zabrakło gotówki, wyciągaliśmy pomocną dłoń, by nie musiał odchodzić od stołu. Oczywiście nie za darmo. Opłatę ustaliłem niską, by wydawała się niegroźna. Dopiero po jakimś czasie dłużnicy zdawali sobie sprawę, ile się tego zbiera w przypadku braku terminowej płatności.
Omiotłem wzrokiem pozostałą część sali – ogromnego pomieszczenia, które wcześniej służyło za ładownię. Teraz przestrzeń wypełniało ponad dwadzieścia stolików. Na niektórych, przykrytych białymi obrusami, podano wytworne posiłki w eleganckich naczyniach. Przy innych siedzieli hazardziści ubrani w suknie i garnitury. Przy przeciwległej ścianie zorganizowaliśmy bar, do którego nieustannie podchodziły osoby z obsługi, by dostarczać klientom alkohol z najwyższej półki. Miękkie światło zapewniały żyrandole, a ich promienie odbijały się od kosztownej biżuterii oraz kieliszków, nadając wnętrzu wręcz magiczną atmosferę.
Westchnąłem, myśląc o wojnie, którą wytoczyłem samemu sobie, ciągle podnosząc poprzeczkę. Dzisiaj triumfowałem – impreza okazała się najlepszą z dotychczasowych. Lecz następnym razem wymyślę coś jeszcze bardziej spektakularnego, wzbudzającego jeszcze większą ekscytację. Moje przyjęcia musiały pozostać najbardziej nieuchwytną i pożądaną formą rozrywki w mieście. Zdążyłem się przekonać, że bogacze są jak rozpieszczone dzieci i szybko porzucają swoje zabawki na rzecz nowych i lśniących. Wiele kosztowało mnie dbanie o to, by chcieli dalej tłoczyć się przy moich stołach.
I pomyśleć, że wszystko zaczęło się w akademiku. Byłem biednym jak mysz kościelna studentem finansów, który szukał sposobu na dorobienie paru centów do stypendium, żeby opłacić czesne. Zawsze umiałem liczyć i z łatwością dostrzegałem wzorce, więc wygrywanie w karty okazało się bułką z masłem. Mój mózg po prostu podświadomie wiedział, które karty zostały w talii.
Zaczynałem skromnie, a większość ludzi, których namówiłem do grania, nie kontynuowała tego zbyt długo, bo cały czas przegrywała. Myślałem, że już po wszystkim, a mój pomysł na biznes nie wypali. Potem jednak zaczęły krążyć plotki, że nie da się mnie pokonać, więc każdy pokerzysta amator i geniusz matematyczny chciał się sprawdzić. Zarobiłem dość, by pozbyć się panicznego strachu przed biedą.
Zajęcia z przedsiębiorczości zaszczepiły we mnie myśl, że może bardziej stabilne źródło dochodu znajdowało się gdzie indziej – w organizowaniu gier hazardowych. Założyłem biznes, otwierając się dla ludzi na wszystkich poziomach, od doświadczonych po zupełne świeżynki po raz pierwszy próbujące szczęścia. Potem wydarzyły się dwie rzeczy jednocześnie: po kampusie rozeszła się informacja o tym, że mój najlepszy kumpel Josh to syn seryjnego mordercy, a władze uczelni dowiedziały się o moich zajęciach dodatkowych. Dlatego przeprowadziłem się do miasta, żeby zacząć od nowa. Ja przeniosłem się na inny uniwerek, Josh całkiem rzucił studia, by zostać profesjonalnym hakerem, bo był lepszym programistą niż którykolwiek z jego wykładowców, więc nie mogli go już niczego nauczyć.
Zostawiłem hazard za sobą, dokończyłem ostatni rok i po uzyskaniu dyplomu rozpocząłem pracę w korpo. Jednak szybko się zorientowałem, że tego nie znoszę. Nie cierpiałem wbijania się w garniak, by siedzieć z bandą kretynów, którzy traktowali Wilka z Wall Street jak instrukcję. Wkurzało mnie to, że pensja juniora ledwo wystarczała na pokrycie kosztów życia. A przecież zdążyłem się przekonać, że istnieje lepszy i łatwiejszy sposób zarabiania. Poza tym nudziło mnie to do porzygu. Zero wyzwań. Mój szef okazał się idiotą, który dostał stanowisko dzięki koneksjom – co boleśnie mi przypominało, dlaczego zawsze nienawidziłem bogaczy.
Rzucenie roboty pozwoliło mi wrócić do dawnego zajęcia. Zacząłem organizować następne gry, odbudowując interes od zera. Postawiłem na rozwój. Nie chodziło wyłącznie o pieniądze. Miałem też inny cel – zemstę. Wiedziałem, do czego dążyć, a każda kolejna impreza stanowiła krok w upragnionym kierunku. W szczególności ta znacząco przybliżała mnie do n i e g o.
Ze stołu do blackjacka poniósł się kolejny aplauz. Tym razem wygrał handlarz dzieł sztuki. Siedzący po jego lewej stronie menadżer funduszu inwestycyjnego popatrzył na niego z zazdrością. Po prawej – boss mafii właśnie poklepał go po plecach.
Oderwałem od nich wzrok i poprawiłem swoją maskę. Była czarna, wysadzana zielonymi kamieniami i przedstawiała patrzącego złowrogo rogatego diabła. Może przesadziłem, ale ponieważ nieraz już nazywano mnie diabłem wcielonym, uznałem, że przyda się w ten sposób przypomnieć klientom, by nie próbowali sobie ze mną pogrywać.
Gdy znowu leżała mi wygodnie na twarzy, ruszyłem w stronę trzech stołów niedaleko bojlera. Przy środkowym, plecami do mnie, siedział dwudziestoletni dzieciak, który nie powinien się tutaj znaleźć.
Blake McCormick.
Spadkobierca jednej z największych fortun w mieście. Umieściłem go przy najlepszych pokerzystach wśród zaproszonych osób, a jeśli wszystko poszło zgodnie z planem, kelnerzy przynosili mu aż nadto trunków. Poinstruowałem też rozdającego, żeby poinformował Blake’a o możliwości pożyczenia dowolnej sumy, gdyby tylko skończyła mu się gotówka.
Popatrzyliśmy sobie teraz z rozdającym w oczy i mężczyzna kiwnął nieznacznie głową.
Wyszczerzyłem zęby. Dzieciak już miał spory dług, a wieczór był jeszcze młody. Kto wie, ile zdąży pożyczyć? Pół miliona? Więcej? Bez względu na kwotę, zamierzałem wycisnąć tę okazję jak cytrynę.
Ponieważ Blake miał starszą siostrę, która zrobiłaby absolutnie wszystko, by go chronić. To ona będzie moją przepustką. Moim środkiem do celu. Doprowadzi mnie prosto do n i e g o. Do mojego ojca. Człowieka, dla którego przeprowadziłem się do tego miasta. Którego miałem tu odnaleźć i zniszczyć.
Widzimy się niedługo, Stello, pomyślałem, uśmiechając się pod nosem w momencie, gdy z tłumu poniósł się kolejny okrzyk radości.
O TAK WCZESNEJ PORZE w salonie panowała cisza. Bez paplania pracowników, bez brzęczenia maszynek do tatuażu.
Było aż za cicho.
Brak hałasu oznaczał dużo przestrzeni do rozmyślań. Na przykład: czy znowu mi podniosą czynsz? Dlaczego słowo „Ohio” stało się obraźliwe? I czy to znamię na udzie przerodzi się w raka i mnie zabije?
Sparowałam telefon z głośnikami i włączyłam swoją ulubioną playlistę, by muzyka zagłuszyła monolog wewnętrzny. Za chwilę wnętrze wypełniły klimatyczne dźwięki wyrażające tęsknotę, żal i blaknące wspomnienia po lepszych czasach. Jedna z artystek, z którymi pracowałam, Elayne, powiedziała kiedyś, że to brzmi jak pieśń żałobna na cześć wiktoriańskiej starej panny. Wydawała się skonfundowana, gdy podziękowałam jej za ten komplement.
Piosenka pasowała do wystroju wnętrza – ciemnego, gotyckiego. Na ścianach wisiały ramy ze starymi rycinami, a na półkach vintage’owe wypchane zwierzęta walczyły o miejsce z reprodukcjami rzymskich popiersi i doniczek z roślinami o pięknych liściach. W przestrzeni wspólnej betonową podłogę przykrywały grube dywany, a na nich tłoczyły się ciasno ustawione skórzane fotele i kanapy. Wystrój zdecydowanie maksymalistyczny – prawdziwa uczta dla oczu. Regularnie słyszałam od nowych klientów, że nie wiedzą, gdzie najpierw patrzeć. Ci powracający lubili w czasie oczekiwania na wizytę odkrywać nowe ciekawostki. Stało się to swego rodzaju grą – podmieniałam ukradkiem różne elementy, by sprawdzić, kto pierwszy zauważy.
Zabrałam poranną kawę i tablet do poczekalni i zajęłam swoje ulubione miejsce w kącie. Czasami wciąż nie mogłam uwierzyć, że to wszystko należało do mnie – że z betonowej kostki stworzyłam wymarzony salon tatuażu. Wymagało to mnóstwa ciężkiej pracy, niezliczonych godzin planowania, szkicowania i spierania się z robotnikami, którzy kombinowali, jak zarobić, a się nie narobić. Bywały chwile zwątpienia, gdy czułam, że znowu poniosę porażkę, jak ze wszystkim – brakowało mi cierpliwości i siły. A jednak jakoś udało mi się dożyć końca tamtego piekielnie stresującego roku i teraz spijałam śmietankę. Siedząc tutaj i patrząc na to wszystko, wiedziałam, że się opłaciło.
Upiłam łyk kawy i wróciłam do ekranu. Salon miał się otworzyć dopiero za kilka godzin, a ja zazwyczaj spędzałam ten czas kreatywnie. Oferowałam wyłącznie odręcznie rysowane i unikatowe wzory w stylu neotradycyjnym, łączącym vintage z nowoczesnością. Moja specjalność to wyraziste kontury i żywe kolory z odrobiną wymyślnych ilustracji, mariaż art nouveau ze Studiem Ghibli. Ten styl albo się nienawidziło, albo się go kochało.
Od lat pracowałam nad rzemiosłem, a o moich umiejętnościach świadczył fakt, że byłam rozchwytywana. Dzisiaj czekały mnie trzy tatuaże i dwie konsultacje, a chociaż dla kogoś niewtajemniczonego to by się mogło nie wydawać szczególnie ciężkie, naprawdę wymagało mnóstwo wysiłku. Jeden ze wzorów to maleństwo i nie zajmie dużo czasu, lecz dwa pozostałe są bardziej skomplikowane. Zapowiadało się na jakieś osiem godzin pracy z maszynką i już czułam, jak sztywnieją mi plecy. Wieczorem będę potrzebowała kilku pigułek przeciwbólowych i ciepłego okładu. Mimo to wiedziałam, że warto.
Usłyszałam hałas przed wejściem i uniosłam głowę.
Ta część miasta zmieniała się na lepsze, lecz wciąż znajdowało się tu wiele niezbyt przyjemnych miejsc, a nad mieszkańcami wisiała groźba włamań. Ponieważ nie podnosiłam żaluzji, nie mogłam wyjrzeć na zewnątrz, ale nie martwiłam się – zamiast szyb wstawiłam w okna przezroczysty wzmacniany poliwęglan. Poza tym każdy skrawek przestrzeni we wnętrzu salonu i poza nim nagrywały kamery, a na drzwiach zamontowałam najmocniejsze zamki dostępne na rynku, więc wtargnięcie do środka było naprawdę trudne.
Przekonana, że te wszystkie zabezpieczenia mnie ochronią, wróciłam do rysowania.
Nagle drzwi się otworzyły.
Ja pierdolę!
Zerwałam się i chwyciłam stojącą nieopodal popielnicę, by stanowiła moją prowizoryczną broń, ale wtedy zobaczyłam, że do salonu wchodzi moja matka. Mimo sześćdziesięciu pięciu lat na karku wciąż wyglądała młodo, co zawdzięczała zarówno genom, jak i najdroższym kosmetykom oraz zabiegom. Wysokie i szczupłe ciało ubrała w haftowaną sukienkę do kolan w kolorze myśliwskiej zieleni, która pewnie kosztowała więcej niż używany sedan. Kruczoczarne włosy spływały jej luźno na plecy. Na stopach miała szpilki z czerwoną podeszwą, w jednej ręce torebkę Hermès na specjalne zamówienie i klucze, których najwyraźniej nie powinnam była jej dawać, a w drugiej… lampę?
– Mamo, co ty właściwie robisz?
Wrzasnęła i spojrzała w moją stronę, łapiąc się za serce.
– Co ja robię? Co ty robisz w tym kącie? Czaisz się w ciemności jak jakaś zboczenica.
Moja matka pochodziła z Anglii, ale mieszkała w Stanach dość długo, by jej akcent przeobraził się w dziwną mieszankę eleganckiego brytyjskiego i nadętego amerykańskiego – niektóre samogłoski przeciągała, inne skracała. Ze względu na to ostatnie słowo zabrzmiało jak „zbocznica” i mimowolnie się uśmiechnęłam. Zamierzałam powiedzieć o tym Blake’owi, mojemu młodszemu bratu, i przeczuwałam, że będziemy mieli mnóstwo uciechy, wyzywając siebie nawzajem od „zboczniców”.
– Myślałam, że ktoś się próbuje włamać – rzuciłam.
– I co chciałaś zrobić? Wystraszyć napastnika na śmierć? – Na twarzy mamy pojawił się wyraz troski. – Skarbie, czy ty się w ogóle nawilżasz? W tym świetle wyglądasz jak upiór.
I już mi się odechciało uśmiechać. Uniosłam wyżej popielnicę.
– Liczyłam raczej na jakieś ciosy tępym narzędziem. To po co tu przyszłaś?
Wskazała lampę.
– Zobaczyłam to w sklepie z antykami i pomyślałam, że idealnie będzie tu pasować.
– I nie mogłaś poczekać, aż otworzę?
Przewróciła teatralnie oczami.
– Och, błagam, Stella. W przeciwieństwie do ciebie my nie mamy czasu, by cały ranek zmitrężyć w brudnych dresach. Mam spotkanie przy śniadaniu, a potem dzień po brzegi wypełniony pracą i na koniec jeszcze przyjęcie charytatywne. Zbieramy na biedne dzieci. A gdybym nie wpadała bez zapowiedzi, w ogóle bym cię nie widywała.
Odwróciła się i pomaszerowała do lady niczym właścicielka tego przybytku. Dopiero po chwili spojrzałam na siebie i odkryłam, że w którymś momencie musiałam wylać na spodnie trochę kawy. I rzeczywiście jeszcze nie nałożyłam nic nawilżającego. Kto inny mógłby w ciągu dwóch minut wskazać wszystkie moje poranne porażki, jeśli nie kochana mamunia?
Westchnęłam i poszłam za nią. Moja matka dorastała w okrutnym i bezlitosnym domu, w którym nie uznawano czegoś takiego jak pochlebstwa, a troskliwość stanowiła towar deficytowy. Mimo wielu lat terapii wciąż niełatwo jej przychodziło okazywanie serdeczności, a swój snobizm przywdziewała niczym zbroję. Szczególnie gdy czuła się niepewna albo zaniedbywana – to właśnie taka chwila, jeśli sądzić po ostatnim komentarzu. Zamiast powiedzieć wprost, co jej leży na wątrobie, wyżywała się na mnie, bo nie zamierzała pokazywać, jak bardzo jej zależy i że jak każdy inny rodzic nieustannie się o mnie martwi.
Nie, swoją miłość wyrażała w znacznie subtelniejszy sposób. Na przykład próbowała ukradkiem opłacić moje rachunki albo bez zapowiedzi wpadała do salonu, wymyślając na poczekaniu jakiś pretekst. Dzisiaj przyniosła lampę, dwa tygodnie temu po prostu „była w okolicy”.
No więc właśnie, moja matka to snobka z ogromnym bagażem emocjonalnym, którego wciąż próbowała się pozbyć, i łączyła nas skomplikowana relacja. Mimo wszystko kochałam ją i to do niej zwróciłabym się po pomoc, gdybym wpadła w prawdziwe tarapaty. Znowu.
Postawiła lampę na ladzie i zaczęła ją poprawiać, odwrócona do mnie plecami.
Wykorzystałam to przeciwko niej i objęłam jej wąską talię.
– Też mi ciebie brakowało.
Od razu zesztywniała, więc się odsunęłam, zanim zdążyła się poczuć naprawdę niekomfortowo.
– Tak, cóż, nie ma powodów do takiej ckliwości – rzuciła, choć wiedziałam, że ją udobruchałam tym uściskiem. – Nie pozwól, by ktokolwiek dotykał tłustymi paluchami tej lampy. To Tiffany.
Prawie się zakrztusiłam.
– Serio chcesz, żeby mnie okradli?
Zbyła to machnięciem ręki, w przytłumionym świetle zalśniła jej biżuteria.
– Nie wydaje mi się, by twoi współpracownicy zauważyli, że to oryginał. A skoro o nich mowa… – Wyciągnęła z torebki wizytówkę. – Przekaż to Elayne. To kontakt do adwokata zajmującego się prawami lokatorskimi, którego poznaliśmy niedawno z ojcem. Opowiedziałam mu o okropnym człowieku, który wynajmuje jej mieszkanie. Jego zdaniem dałoby się coś z tym zrobić. Zgodził się przyjąć jej sprawę pro bono.
Wzięłam karteluszek – w stylu minimalistycznym, wykonany z grubego, teksturowanego papieru. Na widok nazwy firmy otworzyłam szeroko oczy, bo należała do najbardziej prestiżowych w mieście.
Pokręciłam głową. Mama może i bywała ekscentryczna, zdystansowana i pretensjonalna, lecz pod tą nieprzystępną wierzchnią warstwą kryło się złote serce. Tamto przyjęcie charytatywne, o którym wspomniała… Niewątpliwie zasiadała w zarządzie fundacji, sama zajęła się organizacją i zmusiła do uczestnictwa bogatych znajomych, na koniec praktycznie uwięzi wszystkich, dopóki nie zostanie osiągnięty cel finansowy. A potem z pewnością dopilnuje, by pieniądze dotarły do tych, którzy najbardziej ich potrzebowali.
Wyciągnęła rękę, jakby chciała mnie jeszcze raz uścisnąć, więc zamarłam, nie chcąc jej wystraszyć. Zawahała się, spojrzała mi w oczy i uśmiechnęła się sztywno, po czym jednak tylko poklepała mnie po ramieniu.
– Nadal planujesz wpaść na urodziny Tippi?
– Za nic w świecie bym tego nie przegapiła. – Tippi to nasz pies, bardzo stary biszon kędzierzawy, już na wpół ślepy, zupełnie głuchy i jeszcze bardziej wybredny niż jego pańcia.
Mama otaksowała mnie kolejny raz wzrokiem i skrzywiła się.
– Ale chyba… nie zamierzasz nosić tego do końca dnia, prawda?
Wskazałam jej drzwi.
– Wynocha.
Otworzyła usta, lecz ja uniosłam popielnicę i potrząsnęłam nią groźnie.
Mama mądrze ruszyła do wyjścia, ale nie spieszyła się ani trochę, żebym nie miała najmniejszych wątpliwości, że nie robi tego z własnego wyboru. Zatrzymała się jeszcze w progu i ściągnęła mocno brwi.
– Widziałam w ten weekend Maddie. To było w czasie corocznego letniego soiree twojej ciotki.
Zesztywniałam, a imię uderzyło we mnie jak otwarta dłoń.
– Pytała o ciebie – dodała mama, chmurniejąc.
– Dlaczego? – rzuciłam, czując wzbierający niepokój.
– Bo jest bezczelna? – odparła mama ze wzruszeniem ramion.
– W końcu dojrzała na tyle, by wziąć odpowiedzialność za to, co zrobiła?
Moja rodzicielka zaśmiała się gorzko i nie potrzebowałam żadnych wyjaśnień.
– Tak mi się wydawało – dodałam. – Dopóki nie powie wreszcie prawdy, nie chcę mieć z nią do czynienia.
– Wspomniałam ci o tym, bo jeśli jest na tyle zuchwała, by odezwać się do mnie, może też poważyć się na kontakt bezpośrednio z tobą. Nie twierdzę, że powinnaś jej wybaczyć, ale…
– Zrobiła coś niewybaczalnego – wypaliłam.
– Ale mordując ją, pewnie dorobiłabyś się zmarszczek, a skoro nie nawilżasz porządnie skóry, jesteś na nie szczególnie podatna…
– Okej, miło było cię widzieć. Pa! – rzuciłam, praktycznie wypychając ją z salonu.
Zatrzymała się i odwróciła z wyrazem żalu na twarzy, jakby zamierzała wejść z powrotem do środka i spróbować choć raz porozmawiać ze mną na serio. Już miałam otworzyć ponownie drzwi, lecz ona najwyraźniej zmieniła zdanie, kiwnęła tylko sztywno głową w ramach pożegnania i pomaszerowała do czekającego przy krawężniku Mercedesa.
WIELE GODZIN PÓŹNIEJ WŁAŚNIE kończyłam ostatnią sesję tego dnia. Moja klientka to dwudziestoparoletnia blondynka, która uważała się za najfajniejszą laskę w mieście. I w sumie może nawet miała rację. W mediach społecznościowych zebrała ponad dwa miliony obserwatorów i mniej więcej tyle samo subskrybentów na YouTube, dzięki czemu zarabiała całkiem przyzwoitą sumkę jako cozy gamerka.
Od teraz jej prawe przedramię zdobił stylizowany rysunek kruka przycupniętego na czaszce z wiankiem z kwiatów. Pracowałyśmy nad tym od paru miesięcy, bo miała bardzo niski próg bólu. Najpierw zrobiłyśmy kontur, potem cieniowanie, a na koniec kolor. Spod opatrunku z drugiej skóry widać było wyraźne barwy w palecie kamieni szlachetnych.
Uniosłam na nią wzrok.
– Ashley, przysięgam, że jeśli nie będziesz się stosować do instrukcji gojenia…
Przewróciła mocno wymalowanymi oczami i rzuciła sarkastycznie:
– Tak, mamo.
Zesztywniałam. Przecież nie dzieliła nas aż tak duża różnica wieku.
– To jedna z moich lepszych prac, nie spieprz jej.
– Bo co, dasz mi szlaban?
Pokręciłam głową.
– Wejdę na twojego następnego live’a i napiszę na czacie, że używasz kodów.
– Ej! Obowiązuje cię tajemnica zawodowa! – wypaliła i obejrzała się dokoła, żeby sprawdzić, czy nikt nas nie słyszy.
– Bynajmniej. Ani ze mnie prawniczka, ani terapeutka.
Zrobiła się czerwona ze złości.
– A ja ci zaufałam.
Wyszczerzyłam zęby.
– I wtedy popełniłaś swój pierwszy błąd.
Pokazała mi fakolca i głośno tupiąc, wymaszerowała z salonu.
– Dzięki za współpracę, czysta przyjemność! – zawołałam za nią.
Zanim drzwi się z powrotem zamknęły, poczułam na skórze podmuch kojącego wieczornego powietrza. Znowu mieliśmy upał, słońce nie odpuszczało, a wysoka wilgotność sprawiała, że nawet moje normalnie proste jak druty włosy lekko się zakręciły. Takie warunki powodowały, że wszystko się kleiło i śmierdziało. Betonoza tylko to pogarszała, kumulując ciepło przez wiele godzin niczym bateria energię, by oddać je w nocy, nie pozwalając nam nawet na chwilę ulgi. Nie mogłam się doczekać jesieni. Miałam w sobie wystarczająco dużo zwyczajnej typiary, by we wrześniu stanąć w kolejce po dyniowe latte.
Drzwi wreszcie się zatrzasnęły, odcinając mnie od ciepła, a ja wróciłam do komputera, by wyłączyć okienko z transakcją Ashley. Wybiła już dwudziesta pierwsza i we wnętrzu salonu dało się słyszeć gwar rozmów oraz bzyczenie maszynek.
Nasz przybytek był średnich rozmiarów, z prostym planem. Poczekalnia i lada znajdowały się po dwóch stronach wejścia. Korytarz między nimi prowadził w głąb budynku, odchodziło od niego sześć pomieszczeń do tatuowania. Ze względu na brak drzwi oraz betonowe podłogi dźwięki niosły się daleko. Muzyka grała dzisiaj radosna i żywa, bo Elayne przełączyła radio na stację z alternatywnym popem.
Uśmiechnęłam się szeroko, zadowolona, a może nawet szczęśliwa. Po tym, jak prawie wszystko straciłam, udało mi się stworzyć coś od zera. Coś, co należało wyłącznie do mnie. Nikt mi w tym nie pomógł, chociaż rodzice bardzo chcieli mieszać mi w życiu. Problem w tym, że naprawdę wiele im już zawdzięczałam i tę jedną rzecz chciałam ogarnąć samodzielnie.
Czy dręczył mnie lęk, że wszystko spierdolę? Oczywiście. Pieniędzy wciąż brakowało, ponieważ biznes powstał niedawno, a spadku potrzebowałam na coś innego, więc oszczędzałam, gdzie tylko mogłam. Pracowałam tu jako złota rączka, sprzątaczka, informatyczka, a raz – co pamiętam aż za dobrze – jako hydrauliczka.
Zaczynało to przynosić rezultaty. Dorobiliśmy się regularnych klientów i wielu pozytywnych recenzji. Liczba obserwatorów w mediach społecznościowych rosła dzięki odpowiednio dobranym zdjęciom i filmikom. Wciąż zdarzały mi się nieprzespane noce, gdy martwiłam się, że wszystko runie, jednak ten strach nie towarzyszył mi bez przerwy, a w takie tygodnie jak ten – kiedy wręcz groziła nam klęska urodzaju – zaczynałam zupełnie serio wierzyć, że to się uda, że po raz pierwszy w życiu osiągnę realny sukces. I to w czymś, co kochałam. Bo nie chodziło wyłącznie o to, by coś udowodnić. Ja z całego serca chciałam się tym zajmować.
Zatrzymałam wzrok na lampie Tiffany’ego stojącej przy kasie. Pasowała idealnie. Mama miała rację. Dobra, może nie umrę, jeśli mi o c i u p i n k ę pomogą, ale nie zamierzałam pozwalać im opłacać mi czynszu.
Z tych rozmyślań wyrwało mnie dudnienie ciężkich kroków. Odwróciwszy się, zobaczyłam Derricka – jednego z moich tatuażystów, mężczyznę po pięćdziesiątce z siwymi włosami i szorstką powierzchownością – który właśnie szedł korytarzem. Wysoki i umięśniony, rasy białej, z gęstymi bokobrodami i wydziarany bardziej niż ktokolwiek, kogo znałam. Dawno temu należał do gangu motocyklowego w Teksasie, ale pokłócił się z ich przywódcą z manią wielkości i uciekł stamtąd, żeby ratować życie. Nie miałam nawet pewności, czy Derrick to jego prawdziwe imię, ale gówno mnie to interesowało, bo specjalizował się w realizmie i z a j e b i ś c i e sobie radził.
Przeniosłam wzrok na klienta, który za nim szedł – wysokiego czarnoskórego chłopaka, który właśnie podziwiał nowy tatuaż na przedramieniu. Gdy się zbliżył, zrozumiałam, dlaczego nie potrafił oderwać od niego oczu – wyglądało to zupełnie tak, jakby coś się wydostawało spod skóry, wydrapując sobie drogę szponami, a spod trzech długich rozdarć dało się dostrzec obraz pantery. Praca była wręcz przerażająco realistyczna.
W takich chwilach nie mogłam się nadziwić, że Derrick w ogóle do mnie trafił. Jako artysta światowej klasy regularnie przyciągał znanych klientów i mógłby tatuować gdziekolwiek, a jednak z jakiegoś powodu pojawił się kiedyś tutaj i złożył podanie o posadę. Właściwie to dzięki niemu przeszły mi cotygodniowe ataki paniki – aż tyle przynosił nam dochodów. W głębi ducha się zastanawiałam, czy to nie rodzice jakoś go do tego skłonili. Zdarzało im się już próbować pomóc mi po kryjomu, chociaż powiedziałam, że muszę sobie poradzić sama. Zawsze gdy próbowałam wyciągnąć coś od Derricka, zmieniał zgrabnie temat albo rżnął głupa, a to tylko podsycało moją podejrzliwość.
– Wygląda niesamowicie – zauważyłam.
Derrick jedynie mruknął coś niezobowiązująco, za to jego klient posłał mi olśniewający uśmiech.
– Dzięki – rzucił.
Próbowałam udawać, że wcale się nie krępuję w obecności takiego gwiazdora.
– A na pewno zdąży się zagoić przed obozem treningowym?
Pokiwał głową.
– Tak, zaczynamy dopiero pod koniec września.
– Powodzenia w sezonie.
Uśmiechnął się jeszcze szerzej.
– Dzięki.
Ruszyłam do swojego kąta, żeby nie przyszło mi do głowy nic głupiego, na przykład podrywać słynnego koszykarza grającego w NBA.
– SEKSKLUB – POWIEDZIAŁEM. – Mamy seksklub.
Odwróciłem się do Nico „Juniora” Trocciego, swojego nowego wspólnika. Miał ciemne włosy, oliwkową skórę i kompleks Napoleona. Dziary na szyi stanowiłyby problem, gdyby chciał sobie załatwić normalną robotę, ale ponieważ należał do rodziny mafijnej, pewnie nie musiał się tym przejmować.
Naszą znajomość nazwałbym nieco skomplikowaną. Kiedyś sypiałem z jego kuzynką, Aly, która później zaręczyła się z moim najlepszym kumplem, Joshem. On z kolei, jak podejrzewałem, również kumplował się z Juniorem.
Zdrajca.
Nie lubiliśmy się. Nie miałem pewności, czy chodziło o wchodzenie sobie nawzajem w paradę, czy może po prostu nadawaliśmy na innych falach. A może o to, że wspólny interes z nim to ostatnie, czego bym się spodziewał. Niestety nie dało się tego uniknąć.
Pojawił się na statku w zeszłym tygodniu i chciał odkupić czyjś dług, a później praktycznie zaszantażowaliśmy siebie nawzajem. On zagroził, że powie Joshowi o mojej działalności hazardowej, a ja – że zdradzę ojcu Juniora (który niemal dorównywał swoim zjebaniem ojcu Josha) jego zainteresowanie tym budynkiem. Ostatecznie zgodziliśmy się na fifty-fifty i teraz bardziej niż kiedykolwiek wierzyłem, że obaj tego srogo pożałujemy.
– To się poprawnie nazywa klub zabawy – burknął Junior.
Popatrzyłem na niego z ukosa. Gnojek był naprawdę przystojny. Miał karnację po ojcu i zielone oczy po matce. Szkoda, że na całym świecie nie dałoby się znaleźć bardziej hetero gościa i tego napięcia między nami… rozładować. Nauczyłem się już, że jak ktoś porządnie zarucha, znacznie przyjemniej się z nim załatwia sprawy.
– A on w ogóle przynosi dochody? – zapytałem.
– Tak – odparł łagodny kobiecy głos.
Odwróciliśmy się i naszym oczom ukazała się dziewczyna Nica, Lauren – niska i zachwycająca, z długimi ciemnymi włosami, dużymi brązowymi oczami i skórą muśniętą słońcem. Tak bardzo przewyższała atrakcyjnością swojego faceta, że wciąż nie rozumiałem, jak ten humorzasty typek zdołał ją wyrwać.
– Możesz to udowodnić czy mam uwierzyć na słowo? – rzuciłem.
Junior trącił mnie łokciem.
– Nie tym tonem.
Spojrzałem prosto na Lauren.
– A co? Jesteś tak samo przewrażliwiona, jak twój chłoptaś?
Posłała mi wręcz oślepiający uśmiech.
– Lubię dokuczać ludziom, którzy mnie wkurzają. On próbuje chronić ciebie.
Prychnąłem, nie łykając tej ściemy.
Junior to zauważył i podniósł brzeg koszulki, odsłaniając brzydkie, na wpół zagojone oparzenie.
Natychmiast wróciłem wzrokiem do Lauren i jej usta rozciągnęły się w nieco ostrzejszym uśmieszku. Okej, czyli może jednak te świry do siebie pasowały.
– Pierdolony se… znaczy klub zabawy – poprawiłem się i rozejrzałem. Otwierali dopiero za kilka godzin, ale nawet w środku dnia wnętrze było ciemne i intymne, z tapetami z czarnego adamaszku, wygodnymi meblami wypoczynkowymi, błyszczącym barem przy ścianie naprzeciwko wejścia oraz schodami po prawej, które prowadziły na piętro z… seks pokojami? Scenami?
Jezu Chryste, w co ja się wjebałem?
Przeciągnąłem dłonią po twarzy.
– Jak ja mam to wyjaśnić swojemu siedemdziesięcioletniemu księgowemu?
– Powiedz mu, że eksplorujesz swój kink bachora – odparła Lauren.
Zmarszczyłem brwi, na co ona się żachnęła.
– Błagam. W życiu nie spotkałam kolesia, który by w równie oczywisty sposób potrzebował kogoś, kto kazałby mu klęknąć i zamknąć głupi ryj, dopóki nie zostanie poproszony do odpowiedzi.
Wyszczerzyłem zęby.
– Oferujesz instruktaż?
Junior wydał z siebie dźwięk podobny do warknięcia, czym tylko udowodnił swoje przewrażliwienie. Lauren zbyła moją uwagę śmiechem.
– Poskramianie bachorów nie znajduje się w moim kinkowym menu, ale nic się nie martw, mamy tu ludzi, którzy chętnie nauczą cię dobrych manier.
– Nie, dziękuję. Złe maniery są znacznie przyjemniejsze.
Junior ewidentnie tracił cierpliwość, bo wskazał schody.
– Możemy dokończyć tę wycieczkę krajoznawczą, żebym mógł się zająć swoimi sprawami?
Dałem mu znak, żeby ruszył przed siebie, bo ten jeden raz akurat podzielałem jego zdanie. Mnie też czekało jeszcze wiele zajęć.
– Ty przodem.
Kusiło dodać na koniec wręcz: „niscy przodem”, ale jeśli to partnerstwo miało przetrwać, pewnie powinienem jakoś zapanować nad tą potrzebą nieustannego ośmieszania go.
Cóż mogę powiedzieć na swoją obronę? Koleś aż się prosił, a chociaż nie dostrzegałem w sobie ciągot, o których wspominała Lauren, zawsze lubiłem drażnić innych ludzi. W emocjach dawali się podejść, niechcący się odsłaniali, potrafiło im się wymsknąć coś, co zamierzali zachować dla siebie. A takie drobne wpadki łatwo wykorzystać.
Junior i Lauren oprowadzili mnie po całym klubie; okazało się, że nosi nazwę Velvet. Na parterze znajdowały się przestrzenie wspólne ze specyficznie zorganizowanym barem, ponieważ w tej strefie miasta nie udzielano pozwoleń na sprzedaż alkoholu. Na szczęście zasada przynoszenia własnych trunków działała i barmani mieszali klientom drinki z tego, co ci wcześniej zdeponowali w klubie. Dalej przechodziło się do mniejszych sal z przytulnymi kącikami i wnękami, a nawet biblioteczką, która pachniała starym papierem i wyprawioną skórą. W gruncie rzeczy Velvet nie różnił się mocno od innych klubów w centrum.
A przynajmniej tak mi się wydawało, dopóki nie dotarliśmy do pokoi zabaw na piętrze. Ich rozkład był podobny: kwadratowe pomieszczenia z widownią po jeden stronie i nieco uniesioną sceną z drugiej. W pierwszej sali – tej dla podglądaczy – na przodzie stały wyłącznie łóżko i krzesło, a jeśli sądzić po porozumiewawczym spojrzeniu moich towarzyszy, wymienionym, gdy wydawało mi się, że nie widzę (spojler: ja widzę w s z y s t k o), chyba to miejsce miało dla nich szczególne znaczenie.
Zachowałem twarz pokerzysty, lecz wstrząsnęła mną myśl o tym, że Waniliowy Junior lubił oglądać ludzi uprawiających seks. Chociaż, jak się tak zastanowić, jego kuzynka Aly mocno się wkręciła w zabawy z maską z moim kumplem (o czym wolałbym zapomnieć), więc może kinki są dla nich rodzinne.
Później sprawdziliśmy pozostałe pokoje, Lauren wszystkie dokładnie opisała, i na koniec przeszliśmy do prywatnych sal, które ewidentnie służyły do pieprzenia się.
Dziewczyna odwróciła się do mnie pośrodku największej z nich, gdzie znajdowało się ogromne łóżko z baldachimem i całą jedną ścianę wyłożono lustrami.
– Te zamierzamy wynajmować w ciągu dnia na sesje buduarowe i pracę na kamerkach.
– Codziennie? – zapytałem. – Nie tylko w dni, gdy otwarty jest klub?
– Codziennie – potwierdziła Lauren.
Do tej pory to głównie ona mówiła, Junior jedynie kiwał głową i gapił się na nią z nieskrywanym podziwem. Przebywanie w ich obecności przypominało mi towarzystwo Josha i Aly. Wszyscy dokoła byli obrzydliwie zakochani i zaczynało mnie to przyprawiać o mdłości.
– Ile zamierzacie żądać za godzinę? – ciągnąłem.
Lauren udzieliła mi odpowiedzi, a ja zacząłem w myślach robić obliczenia, mnożąc liczbę pokoi przez liczbę godzin, które powinni być w stanie ogarnąć logistycznie w ciągu tygodnia.
– To by znacząco pomogło w pokryciu kosztów renowacji – zauważyłem.
W czasie wycieczki Lauren wyłuszczyła mi ich plany, by stworzyć w Velvet najbezpieczniejsze i najbardziej dochodowe miejsce seksualnych zabaw w kraju. W pełni popierałem ten zamysł, ponieważ każde pieniądze z legalnych biznesów są mile widziane na moich kontach. Po dokonaniu zemsty zamierzałem porzucić hazard na dobre, co oznaczało konieczność zastąpienia tych przychodów biznesami działającymi w majestacie prawa.
– Będziesz potrzebował pomocy w prowadzeniu księgowości? – zwróciłem się do Juniora.
– Nie, ogarnę sam – odparł, kręcąc głową.
Lauren wzięła go pod rękę i popatrzyła na niego z miłością.
– Jest sekretnym geniuszem matematyki.
To mnie akurat nie dziwiło. Junior to ostrożny człowiek. Nie uparłby się na kupno tego budynku, gdyby prowadzony tu biznes miał przynosić straty, bez względu na to, jak mocno się zakochał w jednej z właścicielek klubu.
– I tak chciałbym zajrzeć – powiedziałem. – Tak dla pewności. Jako inwestor muszę wiedzieć, na czym stoję.
– Wyślę ci później, co trzeba.
Spojrzałem na zegarek. Na resztę dnia zapisałem sporo rzeczy w kalendarzu i chciałem przed ostatnim i najważniejszym spotkaniem jeszcze skoczyć na siłkę.
– Skończyliśmy?
– Skończyliśmy – potwierdził Junior.
– Świetnie. Nie spierdol tego.
Po tych słowach wyszedłem.
PIĄTEK WIECZOREM, A MÓJ ostatni klient się spóźniał. Umówiliśmy się na kwadrans po dwudziestej trzeciej i powinien tu dotrzeć dziesięć minut temu. Technicznie rzecz biorąc zamykaliśmy dopiero o północy, ale nie miałam dzisiaj walk-inów, więc skoro ten człowiek się nie pojawił, nie musiałam tu siedzieć. Mogłam sobie pójść na górę i do dwunastej leżeć na kanapie z termoforem.
Tak jak podejrzewałam, zesztywniały mi mięśnie pleców i czułam ból w zmęczonych ramionach. Łyknęłam parę pigułek, żeby trochę odpuściło, niestety przez te dolegliwości zrobiłam się drażliwa i dlatego tak mnie wkurzyła nieobecność ostatniego kolesia.
Już zamierzałam się poddać, kiedy do salonu wszedł wysoki i barczysty blondyn. Ze swojej miejscówki w poczekalni mogłam dokładnie mu się przyjrzeć. Ubrany był jak totalny obszarpaniec, w szare spodnie dresowe i biały T-shirt, który wydawał się o dwa rozmiary za duży. Na ramieniu niósł torbę sportową i miał mokre włosy, jakby dopiero co wyszedł spod prysznica.
Czułam się jak „zbocznica”, obserwując go z ciemnego kąta, jednak nic nie zdołałoby sprawić, bym oderwała od niego wzrok. Przystojny profil z kanciastą szczęką, wyrazistym nosem, wysokimi kośćmi policzkowymi i pełną dolną wargą. Chciałam go spijać spojrzeniem, narysować, musnąć palcem te wszystkie ostre linie i nauczyć się na pamięć ich schematu, by stworzyć równie olśniewającego przedstawiciela naszego gatunku.
Spuściłam wzrok na jego mięsiste ręce. Wszędzie gładziutka, wolna od tuszu skóra. Świetnie. Lubiłam pracować z pustym płótnem. To łatwiejsze niż wciskanie się między dzieła innych artystów.
Zatrzymał się, kiedy nie zobaczył nikogo za ladą, i pewnie powinnam się odezwać, niestety za bardzo zajmowało mnie wgapianie się w niego. Wyglądał jak żywa reklama Farmers of America, uosobienie zdrowego chłopa karmionego kukurydzą. Wysoki jak na szczudłach, do tego tak potężny, że zaczynałam się martwić, czy hormon wzrostu w wołowinie nie szkodzi rodakom.
Gdy na mój widok wyraźnie się zirytował, zapomniałam o tych rolniczo-hodowlanych rozkminach – miał fizjonomię króla lodu, widziałam to nawet w wyniośle uniesionej brwi. Jeszcze bardziej zachciało mi się go narysować. Posadzić go na oszronionym tronie i włożyć mu na głowę koronę z sopli. Może dorzuciłabym do tego jelenie rogi i zrobiła z niego centaura. Wtedy zmieniłby się w czarnego bohatera prosto z Narnii, ze sługami w postaci niedźwiedzi polarnych w zbrojach.
– Stella? – zapytał szorstko, niszcząc moją fantazję.
– To zależy – odparłam, opadając na oparcie.
Ściągnął brwi.
– Od czego?
– Od tego, czy planujesz przeprosić za dziesięciominutowe spóźnienie.
– Zrobił się korek – rzucił, odwracając się do mnie całym ciałem. O g r o m n y m ciałem.
– I nie mogłeś zadzwonić?
Postanowił zamrozić mnie spojrzeniem.
– Nie, skoro prowadziłem.
– Wygodna wymówka.
Zacisnął zęby.
– Bierzemy się do roboty czy mam ci zostawić jednogwiazdkową opinię na Yelp?
Moja irytacja przerodziła się w gniew i zerwałam się z fotela.
– Bierzemy się, ale nie przez twoje groźby, Karen. Nie zadzieraj nosa.
Wargi mu drgnęły i z trudem oderwałam od nich wzrok. Niestety patrzenie w jego oczy nie okazało się lepsze. Były nie tyle niebieskie, ile kobaltowe, i zdawały się iskrzyć, gdy odbijały światło.
Dlaczego najatrakcyjniejsi ludzie są jednocześnie najbardziej nieznośni?
Ruszyłam w jego stronę i oznajmiłam:
– Zrobimy to, bo dzisiaj rano spędziłam kolejną godzinę nad twoim wzorem i nie zamierzam pozwolić, byś za niego nie zapłacił.
Otaksował mnie wzrokiem, gdy się do niego zbliżyłam, a na jego twarzy pojawił się przelotnie jakiś grymas. Wyrażał zimną kalkulację, ale też z a d o w o l e n i e. Pewnie tak samo samica modliszki patrzyła na swojego partnera tuż przed skróceniem go o głowę.
Zatrzymałam się dwa kroki od niego, podejrzliwie zerkając na te jego długie łapska i błyszczące żuwaczki. No dobra, to drugie może sobie tylko wyobraziłam, ale nie widziałam jeszcze jego zębów, więc postanowiłam zachować ostrożność.
Z bliska wydawał się jeszcze przystojniejszy, do tego na szerokość dwa razy taki jak ja. Miał sporo ponad metr osiemdziesiąt i jako raczej wysoka dziewczyna z miejsca sobie pomyślałam, że oto wreszcie różnica wzrostu, na jaką zasługuję. Zaraz skarciłam się w duchu, że w ogóle przyszło mi to do głowy. Może i był wysoki i seksowny, ale przy tym to straszny dupek. No i te jego blond włosy. Nie miałam wygórowanych standardów, lecz bez przesady, jakieś trzeba zachować.
– Czyli jednak rozmawiam ze Stellą – rzucił złośliwym tonem i poczułam, że się ze mnie śmieje.
– Ano. A ty? Przypomnij mi, jak ci na imię. – Oczywiście je znałam, niemniej taka odpowiedź wydawała mi się właściwa przy tym poziomie gnojkowatości.
– Theo – odparł z uśmieszkiem. – Jeszcze ci się wryje w pamięć.
Udałam, że mi się zebrało na wymioty. Normalnie nigdy nie traktowałam tak niegrzecznie swoich klientów, mimo to ten koleś miał jakąś nieznośną aurę.
– Możesz też zwracać się do mnie per panie Strickland, jeśli wolisz – wypalił wyszczerzony.
– Żadnych takich – odpyskowałam. – Nie jesteś moim panem.
Ta odpowiedź wywołała w nim śmiech, oczy mu zalśniły, gdy znowu otaksował mnie wzrokiem, tym razem dokładniej.
Czy jemu się to… podobało?
Obróciłam się na pięcie.
– Idziemy tam.
Nie oglądając się za siebie, pomaszerowałam do salki na końcu korytarza. Minęliśmy Derricka, który właśnie pracował nad swoim ostatnim tatuażem. Pozostali już zdążyli wyjść. Zieleniałam z zazdrości. Powinnam wreszcie przestać umawiać tylu klientów. Zmęczenie i obolałe plecy wywoływały u mnie rozdrażnienie i może Theo zasługiwał na to, by na niego powarczeć, ale co, jeśli będę niemiła dla kogoś innego?
Postanowiwszy, że trochę powstrzymam swoje wredne odruchy, wskazałam facetowi fotel na środku.
– Usiądź, proszę.
Theo wszedł, rzucił niedbale torbę, po czym rozejrzał się po pomieszczeniu. Ściany pomalowałam na głęboki odcień zieleni. Po prawej stronie minigalerię tworzyły portrety i widoczki w złotych ramkach. Naprzeciwko stała aksamitna kanapa w różanym kolorze, leżało na niej mnóstwo poduszek i koców. Miałam tu też półki z książkami i rośliny doniczkowe, a do tego ogromny mosiężny łeb jelenia ozdobiony sztucznym mchem. Cudowna uczta dla zmysłów.
Theo wydawał się tym przytłoczony.
– Chyba zaraz mnie rozboli głowa.
– No to zamknij oczy i się połóż – powiedziałam.
Utkwił we mnie wzrok.
– Wyłącznie jeśli obiecasz, że będziesz delikatna.
Popatrzyłam na niego tak, by wiedział, że nie robi na mnie wrażenia, a potem odwróciłam się do niego plecami. Góra mięsa, pusty łeb i jeszcze ten sarkazm. Czułam, że to będzie problematyczny klient. Wcześniej tylko wymienialiśmy e-maile, ale napisaliśmy ich tak dużo przy omawianiu szczegółów wzoru, że kusiło mnie, by sobie odpuścić tę konsultację.
Szanuję, gdy ktoś jest wybredny, i z takimi ludźmi stykam się na co dzień. W końcu tatuaże są na zawsze i rozumiem, dlaczego ktoś chce zadbać o to, by wzór spełniał jego oczekiwania. Jednak wiadomości od Theo to coś kompletnie innego. Koleś czepiał się każdego najdrobniejszego detalu moich szkiców. A potem jeszcze zażądał, żebym wydrukowała tymczasowy tatuaż w pełnym kolorze, bo chciał sprawdzić, jak będzie się prezentował w wybranym przez niego miejscu. I właśnie dlatego umówiliśmy się na dzisiaj.
Chwyciłam leżący na moim biurku wzór i odwróciłam się do Theo.
– Podciągnij rękaw.
Pokręcił głową i napiął mięśnie.
– Nie dam rady, mam za dużą pompę.
Teraz to na serio miałam wrażenie, że zwrócę ostatni posiłek, kiedy sięgnął do tyłu i złapał za materiał koszulki, by zdjąć ją płynnym ruchem.
Gdy tak stanął przede mną półnagi, poczułam się, jakbym dostała obuchem. Nie wiedziałam, gdzie oczy podziać. Niektórzy ćwiczący siłowo robią się żylaści, ale Theo miał na sobie dość tłuszczyku, by złocista skóra na jego wyrzeźbionym ciele pozostawała gładka. Musiał chodzić na wosk, bo na jego klatce piersiowej nie dostrzegłam ani jednego włoska. W blasku lampy sufitowej wydawał się nieziemski. Obscenicznie piękny. Niczym anioł, który zszedł z nieba, by się pieprzyć.
W głowie mi się zakręciło, a w majtkach zrobiło mokro.
Czułam się zupełnie tak, jakbym znowu przechodziła dojrzewanie.
Odrzucił koszulkę na bok i usiadł, dając mi bardzo potrzebną chwilę na ogarnięcie się. Co tu się właściwie wydarzyło? Przecież ja nienawidziłam mężczyzn.
Niestety ciągnęło mnie do nich wbrew mojej woli.
To fiutek, powtarzałam sobie w myślach, wkładając rękawiczki i zbierając niezbędne rzeczy. Ta mantra zmieniła się w „o matko, jaki fiut”, gdy odwróciłam się i zobaczyłam, jak materiał jego szarych spodni ułożył się w kroczu, idealnie okalając coś, co musiało być solidnym przyrodzeniem.
Oderwałam szybko wzrok, żeby koleś nie przyłapał mnie na gapieniu się. Całe szczęście skupił się na wystroju wnętrza, który wciąż omiatał spojrzeniem. Przysunęłam stołek do lewej strony Theo i przyciągnęłam wózek z przyborami.
Nie świruj, Stella. Przecież jesteś pierdoloną profesjonalistką.
Nieustannie pracowałam z roznegliżowanymi klientami. Czasami nie mieli na sobie nawet majtek. Ten przypadek nie powinien się różnić tylko dlatego, że Theo okazał się najbardziej atrakcyjnym fizycznie człowiekiem, jakiego widziałam.
Zajęłam miejsce i podjechałam bliżej. Theo pachniał drogim mydłem. Takim, które wytwarza się w małych porcjach z mleka kóz hodowanych w Vermoncie. Jego naga klatka piersiowa unosiła się i opadała przy każdym oddechu, mięśnie brzucha pracowały, gdy poruszył się lekko w moją stronę. Jego pięknej skóry nie znaczyła nawet kropla atramentu i aż mi się zrobiło sucho w ustach na myśl, że będę pierwszą artystką, która zostawi na nim trwały ślad.
– Co, jeśli za bardzo się zbliżysz do magnesów? – zapytał.
Uniosłam na niego wzrok i zobaczyłam, jak przygląda się mojej twarzy, a dokładnie piercingom: od kolczyka w brwi, przez sztangę na czubku nosa, aż po kuleczkę Monroe nad wargą.
– Rany, nie słyszałam wcześniej tego tekstu – mruknęłam, ale szczerze? W sumie to cieszyłam się, że palnął coś takiego, bo łatwiej przyszło mi się skoncentrować na tym, co najważniejsze, czyli na jego paskudnej osobowości.
Przeciągnął dłonią po ustach, jakby próbował ukryć uśmiech.
– Masz niskie poczucie własnej wartości? – wypaliłam. – To dlatego szukasz uwagi, próbując zniechęcić do siebie ludzi?
Zakołysał się w moją stronę.
– Może byłem zaniedbywany w dzieciństwie, więc każdy rodzaj uwagi jest dla mnie cenny.
– Rozważałeś pójście na terapię?
Prychnął.
– Po co? Tobie ewidentnie nie pomogła.
Posrało go, jeśli myślał, że dam się obrażać jakiemuś mięśniakowi.
– Od Stelli sprzed terapii już byś dostał w mordę.
Na jego twarzy pojawił się arogancki uśmieszek.
– Chyba śnisz.
Już miałam coś odpyskować, kiedy przypomniałam sobie znaczące postępy, jakich dokonałam na kozetce. Takie zachowanie z mojej strony świadczyło o regresie. Taka była dawna Stella. Zawsze musiała mieć ostatnie słowo. Zachowywała się jak wredna suka, ledwie w pobliżu znalazł się ktoś od niej większy, ponieważ nie cierpiała czuć się mała i słaba.
Przeniosłam swoją uwagę na wózek, przyciągając go jeszcze bliżej.
– Opuść luźno rękę.
Theo wbił we mnie wzrok, jakby podejrzliwy.
– Musi być prosta, żebym mogła ułożyć tatuaż – wyjaśniłam.
Niechętnie wykonał polecenie, a ze względu na to, w jakiej pozycji siedział, jego przedramię wylądowało idealnie między moimi udami, dość blisko, żebym poczuła podmuch powietrza w chwili ruchu. Rozpalił się we mnie żar. Gdyby Theo przesunął dłoń ociupinkę w prawo, mógłby złapać tymi długimi palcami moją kostkę. Pogłaskać łydkę. Wsunąć je pod brzeg moich szortów.
Przecięłam ten obraz mentalną gilotyną i chwyciłam wydruk, po czym odsunęłam się na tyle, by przyjrzeć się jego bicepsowi i rozpracować najlepsze ułożenie wzoru.
– Rozluźnij mięśnie – powiedziałam.
– Są rozluźnione.
– Daj spokój, typie. Nie chcę tu siedzieć całą noc.
Potrząsnął ręką, tym samym ocierając się o moje uda, które miałam ochotę zacisnąć. Musiałam powstrzymać ten odruch, by nie złapać go jak muchołówka. Co mnie dzisiaj napadło? Ach, no tak. Przez natłok pracy nie spałam z nikim przez dobre pół roku i ewidentnie zaczynało mi to źle robić na głowę. Pewnie z tego samego powodu wcześniej niemal nie złożyłam niedwuznacznej propozycji jednemu z najsłynniejszych ludzi w mieście.
– Serio są rozluźnione – upierał się Theo, równie zirytowany.
Dźgnęłam palcem jego wielkie łapsko i zdałam sobie sprawę, że nie kłamał. Nie napinał mięśni. Po prostu były aż tak wyrzeźbione.
– Och, okej.
Poruszył znacząco brwiami.
– Zaimponowałem ci?
– Tylko tym przerośniętym ego.
Jego usta rozciągnęły się lekko w diabelskim uśmiechu.
– Sądząc po tym, jak musiałaś zbierać szczękę z podłogi, gdy zdjąłem koszulkę, wręcz przeciwnie.
Cholera, czyli jednak zauważył.
Uniosłam na niego oczy, nasze spojrzenia spotkały się i nie chciały od siebie oderwać.
Zaszło między nami coś, czego nazwać nie potrafiłam. On chyba też to poczuł, jego źrenice się rozszerzyły, wargi rozchyliły. Powoli przesunął się w moją stronę. Ja siedziałam w bezruchu, walczyłam z instynktem, by wyjść facetowi na spotkanie. Wzrok Theo ześlizgnął się na moje usta i wtedy podniecenie rozwinęło się we mnie niczym płatki trującego kwiatu, zarażając moje kończyny i wyostrzając zmysły.
O nie. Czy my przez cały ten czas flirtowaliśmy? Czy właśnie tym było to przekomarzanie się? To antagonistyczne „nie lubię cię, ale to jeszcze nie oznacza, że cię nie przelecę” stanowiło grę wstępną?
Błagałam samą siebie w myślach, by to przerwać.
Nie, laska, my tego potrzebujemy, powiedziało moje napalone alter ego.
Wbrew mojej woli powieki zatrzepotały i się opuściły.
Theo się nachylił.
Z progu poniosło się chrząknięcie Derricka.
Oderwaliśmy się od siebie gwałtownie, jakby przyłapał nas na czymś o wiele gorszym.
Jedna z krzaczastych brwi Derricka się uniosła, gdy obrzucił nas taksującym wzrokiem.
– Już kończę. Chcesz może, żebym został dłużej?
Popatrzyłam na Theo. Może i był dupkiem, ale jakoś nie rozdzwonił się przy nim mój wewnętrzny alarm.
– Będziesz sprawiał problemy?
Puścił do mnie oko.
– Zawsze.
Trąciłam go w ramię, tym razem mocniej.
Uniósł drugą rękę, pokazał trzy palce, jakby salutował, i powiedział do Derricka:
– Będę grzeczny. Słowo honoru.
Starszy tatuator się nachmurzył.
– A tylko spróbuj go nie dotrzymać. Jeśli spadnie jej choćby włos z głowy i się o tym dowiem, odetnę ci kutasa i wepchnę ci tak głęboko do dupy, że przekonasz się, jak to jest wyruchać samego siebie.
Theo odwrócił się do mnie i wyglądał, jakby przednio się bawił.
– Macie w tym salonie doskonałą obsługę klienta. Chyba dam jednak dwie gwiazdki zamiast jednej.
To jest dokładnie to, czego nie należało mówić przy Derricku. Nie mogłam uwierzyć, że niewiele brakowało, bym dała się pocałować temu kretynowi.
Były motocyklowiec wszedł do salki.
Uniosłam rękę.
– Poradzę sobie.
Facet jeszcze taksował mnie chwilę wzrokiem, po czym pokręcił głową i wymaszerował, mamrocząc coś pod nosem o napalonych nastolatkach.
Poczułam rumieńce na policzkach z powodu spóźnionego wstydu. Derrick miał trochę racji. Zdecydowanie zachowywałam się jak smarkula, w której szaleją hormony. Całowanie się z klientem? Przecież to nie w moim stylu. A przynajmniej już nie.
Winiłam o to mamę. Jej uwaga o Maddie wyciągnęła na wierzch zbyt dużo przykrych spraw. Przez nią przypomniałam sobie dawną Stellę. Kiedyś żyłam tak, jakby moje czyny nie miały żadnych konsekwencji. Robiłam, co mi się żywnie podobało.
Cóż, zmieniłam się. Nie chciałam już taka być. Zamierzałam z powrotem zachowywać się profesjonalnie. Nie zniżę się do poziomu Theo, choćby nie wiem jak próbował mnie do tego sprowokować, a już z pewnością nie będę się z sukinsynem całować.
Odwrócił się do mnie zaraz po tym, jak Derrick zniknął z pola widzenia. Wyraz twarzy kolesia świadczył jednoznacznie, że za moment spróbuje mnie złamać.
– PRZYJEMNIACZEK – RZUCIŁEM, gdy wielgachny współpracownik Stelli zniknął w głębi korytarza.
– To jeden z najlepszych tatuażystów w kraju – powiedziała tym swoim niskim, zmysłowym głosem.
Ja pierdolę, nie byłem gotów na jego dźwięk, kiedy pierwszy raz otworzyła usta. Za każdym razem, gdy się odzywała, wydawała się o oddech od tego, by kazać mi zdjąć spodnie.
– I to niby usprawiedliwia jego obcesowość? – zapytałem wyłącznie po to, by usłyszeć ją znowu.
– Martwił się o mnie – odparła. – Jestem pewna, że rozumiesz.
Zmarszczyłem brwi.
– A ta uwaga co miała znaczyć?
Pokręciła głową.
– Nic. Nieważne.
Ach. No taaak. Byłem od niej dwukrotnie większy, a ona za chwilę zostanie ze mną sam na sam. Faktycznie mogłem się od razu domyślić, ale chociaż zdarzało, zdarza i – powiedzmy sobie szczerze – będzie zdarzać mi się robić paskudne rzeczy, przenigdy bym nikogo nie molestował.
– Nic ci nie grozi – zapewniłem. – Nie jestem taki.
Uniosła przekłutą brew.
– Gdybyś był, dokładnie to byś mi powiedział.
Przygryzłem policzek, żeby się nie uśmiechnąć. Cholera, ależ ona się szybko jeżyła. I tak łatwo dawała się podpuścić. Nie kłamałem wcześniej, mówiąc, że lubię każdy rodzaj uwagi, i jeśli dalej będzie tak na mnie warczeć, w moich portkach zrobi się ciaśniej. A ona to prędko zauważy, bo dresy nie pozostawiały zbyt wiele pola do popisu dla wyobraźni.
Nachyliłem się i zniżyłem głos:
– Ze mną jesteś bezpieczna, Stello.
W jej oczach coś zaiskrzyło, gdy wypowiedziałem jej imię; chyba zauważyła, że zabrzmiało jak pieszczota, jakbym się rozkoszował jego smakiem. Aż mi się zachciało je powtórzyć, tylko ciszej, ostrzej. Wyłącznie po to, by sprawdzić reakcję. Nie, nie zmusiłbym jej do niczego, jednak to nie wydawało się konieczne. Nie ubzdurałem sobie tego, co wydarzyłoby się między nami, gdyby nie wlazł tu tamten facet. Niewiele brakowało, a bym ją pocałował. A ona zamierzała mi na to pozwolić.
Otworzyła usta. Zamknęła. Wyglądało to, jakby z całych sił się przed czymś powstrzymywała.
Kusiło powiedzieć: dawaj, walcz ze mną.
Przyszedłem tutaj, by oznajmić Stelli, że los jej brata znajduje się w moich rękach, a potem wyłuszczyć swoje żądania. Jednak ledwie rozchyliła te nadąsane usteczka, od razu zrobiła sobie ze mnie wroga, więc stwierdziłem, że skoro tyle pracy mnie to kosztowało, mogę najpierw chwilę poznęcać się nad swoją ofiarą.
Najwyraźniej uznała, że lepiej milczeć – wielka szkoda – i spuściła wzrok na moją rękę.
– Musisz jeszcze raz usiąść prosto i się rozluźnić.
Wykonałem grzecznie polecenie, lecz nie odwróciłem się od niej twarzą. Stella patrzyła w dół, układając tymczasowy tatuaż na mojej skórze. Wykorzystałem tę chwilę, by w spokoju jej się przyjrzeć. Jej długie rzęsy muskały policzki, gdy mrugała. Kolczyki odbijały światło. Ciemne jak noc włosy splotła z tyłu w luźny warkocz, odsłaniając w ten sposób wyrazisty makijaż: kocie oko, konturowanie godne wyjścia na czerwony dywan, matowe ciemnoniebieskie usta w odcieniu tak głębokim, że niemal czarnym. Do tego krótka koszulka z jakimś zespołem, szorty ledwo sięgające za pośladki, kabaretki, buty wojskowe i niezliczone tatuaże – wyglądała jak uosobienie milenialki z depresją.
Sam byłem człowiekiem, który z całego serca popierał równe szanse. To oznaczało, że właściwie mógł mi się spodobać każdy. A jednak nigdy wcześniej nie pieprzyłem się z laską emo. Cholera, w zasadzie nie potrafiłem sobie przypomnieć, bym kiedykolwiek robił to z kimś tak gorącym jak Stella. Z bliska wydawała się wręcz nie z tego świata. Oczywiście częściowo zawdzięczała to perfekcyjnemu makijażowi, ale rysy i owal jej twarzy świadczyły o tym, że i bez niego musiała zachwycać urodą.
Dzięki zdjęciom wiedziałem, że jest piękna, ale nie przygotowały mnie na spotkanie na żywo. Nie pokazały jej niemożliwie długich nóg. I tego, jak niesamowicie ekspresyjną miała twarz. I tych iskier irytacji w oczach. Tej brwi unoszonej w perfekcyjnym wyrazie pogardy. Może i dopiero się poznaliśmy, ale poświęciłem wystarczająco dużo czasu na przyglądanie się ludziom przy kartach, by szybko zauważyć jej tiki. Podobało jej się nasze przekomarzanie, chociaż usilnie próbowała demonstrować coś przeciwnego, przez co tylko rosła we mnie chęć, by wbić jej kolejną szpilę, spuścić ze smyczy mojego niezbyt skrzętnie skrywanego wewnętrznego dupka, aż w końcu wkurzę ją na tyle, by coś w niej pękło i…
I co właściwie? Spełniłaby swoją wcześniejszą groźbę i uderzyła mnie w twarz? Wczepiła paznokcie w moją nagą pierś, na tyle głęboko, by poleciała krew? Co takiego miała w sobie, że pragnąłem ją sprowokować do przemocy?
Bachor. W mojej głowie rozbrzmiał głos aż nadto przypominający Lauren.
Nie. Niemożliwe. To nie mogło być to. Chciałem, by Stella pokazała pazury, bo w ten sposób łatwiej było mi pamiętać, kim jest naprawdę: moim wrogiem. Pionkiem na planszy, którym się zabawię do czasu, aż będę gotów wykonać kolejny krok. A później ją porzucę, zniszczoną i pognębioną, by osiągnąć swój cel.
Zamierzałem nią manipulować. Nawet jej zagrozić, gdyby zaszła taka potrzeba. Niestety nie spodziewałem się, że między nami zaiskrzy, i to od razu. Trudno właściwie opisać moje odczucia, natomiast ona… cóż, również wydawała się rozdarta. Jakby nie potrafiła zdecydować, czy woli mnie udusić, czy przelecieć.
Najlepiej jedno i drugie, podpowiadała moja podświadomość.
Starałem się jakoś nad tym zapanować, gdy wzrok Stelli ześlizgnął się z mojej ręki na resztę ciała, jakby nie potrafiła się powstrzymać. Zawładnęło mną pragnienie, by jej dotknąć – dość silne, bym musiał zacisnąć dłoń w pięść, bo kiedy trzymałem ją między jej nogami, korciło mnie, by zapuścić się tam, gdzie nie powinienem. Czułem bijący z niej żar, chciałem podążyć za jego źródłem, zastanawiając się, czy okazałoby się mokre.
Cholera. Wolałbym, by obyło się bez takich komplikacji. Nie umawiałem się z żadną kobietą od ponad sześciu miesięcy, skupiałem się wyłącznie na mężczyznach, więc wydawało mi się, że nie mam się czym martwić, bo ewidentnie tymczasowo przeszła mi ochota na płeć przeciwną. Oczywiście akurat musiała się pojawić Stella i przypomnieć, że cipki lubię tak samo.
Przez to budziła we mnie jeszcze większą niechęć. Uosabiała wszystko, czego nienawidziłem: była rozpieszczonym dzieckiem bogatych rodziców, któremu nigdy niczego nie brakowało. Nie miała pojęcia, jak to jest nieustannie się martwić o następny posiłek. Mogłem się założyć, że ten salon kupili jej rodzice, by wspierać jej małe hobby. Pewnie nie umiała nawet tatuować, a interes jeszcze się jakoś utrzymywał wyłącznie dzięki jej współpracownikom.
Mruknęła coś pod nosem w zamyśleniu i zabrała kalkę, by zrobić kilka cięć.
Spuściłem wzrok, by po raz pierwszy popatrzeć na ostateczny wzór. Musiałem przyznać, że wyszedł całkiem niezły – przedstawiał stylizowany szkielet, pełen barw i kontrastów. Zobaczyć szkic to jedno, ale na żywo i w pełni chwały naprawdę robił wrażenie.
– Sama to narysowałaś? – zapytałem z niedowierzaniem.
Nie dam sobie wmówić, że bananowej lasce chciałoby się szlifować talent.
Zacisnęła szczęki, jakby zgrzytała zębami.
– Tak.
– Nikt ci nie pomagał?
Spojrzała na mnie i w jej oczach coś błysnęło.
– Nie. Jeśli to już wszystkie pytania, serio chciałabym to już odbić i odesłać cię w cholerę, żebyś wkurzał kogoś innego… – Urwała i uśmiechnęła się tak sztucznie, że chyba ją to zabolało. – To znaczy, nie zajmować więcej twojego cennego czasu.
Mimo wszelkich chęci nie zdołałem powstrzymać szerokiego uśmiechu.
– Ale ja się tu z tobą znakomicie bawię.
Zignorowała prztyczek, zamiast tego przyłożyła znowu kartkę do mojej ręki i wtedy uświadomiłem sobie, że dzięki poprawkom wzór będzie korzystniej okalał moje mięśnie.
– Moim zdaniem powinniśmy go dać tutaj – powiedziała i odchyliła się, by lepiej się przyjrzeć.
– Dobra – odparłem.
Nie miałem najmniejszego zamiaru się u niej dziarać, więc mnie to nie obchodziło. Całe to spotkanie służyło wyłącznie temu, żebym ją wyczuł i sprawdził, jak ją sprowokować do tego, by zrobiła, co chcę. Na szczęście podjudzanie Stelli okazało się bułką z masłem.
– Wykonam teraz wszystkie kroki, które zrobiłabym normalnie przed przystąpieniem do tatuowania – oznajmiła. – W ten sposób najlepiej to dopasujemy.
Spuściłem wzrok między jej uda i w mojej głowie pojawiła się nieproszona myśl: Założę się, że tam też bym świetnie się dopasował. Te jej przeklęte spodenki przesunęły się do góry, spod kabaretek dało się zobaczyć umięśnione nogi. Dzięki stalkowaniu jej w internecie dowiedziałem się sporo rzeczy, na przykład że Stella tańczyła kiedyś w balecie. I wciąż miała chudziutkie ciało baleriny oraz pełne wdzięku ruchy – jej dłonie wydawały się płynąć w powietrzu, gdy sięgnęła do wózka po czyste nitrylowe rękawiczki.
