Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
252 osoby interesują się tą książką
Zoe wyjeżdza do Kanady na wymianę. Nowe miejsce, obcy ludzie i lodowisko, którego szczerze nie znosi, szybko okazują się najmniejszym z jej problemów. Na jej drodze staje Trent - charyzmatyczny hokeista, który z pozoru wydaje się arogancki i pewny siebie. Z każdym kolejnym spotkaniem granica między irytacją a fascynacją zaczyna się zacierać. Zoe będzie musiała zdecydować czy zaryzykuje wszystko dla relacji, która pojawiła się w najmniej spodziewanym momencie.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 121
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
© Black J., 2026
Śnieg zacinał tak mocno, że przez chwilę nie widziałam nawet budynku szkoły.
— Witamy w Kanadzie — mruknęłam do siebie, wysiadając z taksówki. Zostałam sama przed ogromnym gmachem Northbridge High, gdzie przez najbliższy rok miałam chodzić do szkoły. To miał być tylko rok. Rok wymiany. Rok nowych doświadczeń. Powtarzałam to sobie od chwili, gdy pożegnałam się z mamą na lotnisku. Jej słowa wciąż kołatały mi się w głowie.
— Żadnych dramatów, Zoe. Skup się na nauce i wróć do domu z pięknymi wspomnieniami. Zresztą, jeśli ty będziesz dramatyzować, to ja też, a i tak mamy dość problemów.
Łatwo powiedzieć — nie dramatyzować. Byłam sama w obcym mieście i musiałam sobie ze wszystkim poradzić. Wzięłam głęboki oddech i ruszyłam w stronę wejścia. W holu było ciepło, pachniało kawą z sekretariatu i mokrymi kurtkami. Na ścianach wisiały zdjęcia drużyny hokejowej, a pośrodku znajdowała się ogromna gablota pełna pucharów. Northbridge Wolves. Wyglądało na to, że hokej był tutaj ważniejszy od matematyki. Poczułam znajome ukłucie na myśl o sportowcach. Zdecydowanie miałam ich po czubek nosa. Przeszłam kawałek dalej i rozejrzałam się po pomieszczeniu.
— Mogę pomóc? — usłyszałam miły głos.
Za biurkiem siedziała sekretarka o rudych włosach i nieco za dużych okularach. Wyglądała na miłą, a ja zupełnie nie wiedziałam, co mam ze sobą zrobić, więc przytaknęłam.
— Jestem Zoe Williams. Przyjechałam na wymianę.
— Och! Czekaliśmy na ciebie. Twoja opiekunka szkolna zaraz cię oprowadzi. Tylko gdzie ona jest? Hm… — Rozejrzała się w obie strony. — Będziesz mieszkać parę ulic za szkołą, niedaleko… Poznałaś już państwa Spencerów, prawda?
— Tak. Przyjechałam wczoraj wieczorem, więc już się poznaliśmy.
Sekretarka posłała mi delikatny uśmiech i poprawiła okulary.
— Mili ludzie, prawda? — Zlustrowała mnie raz jeszcze i, nie czekając na odpowiedź, wyszła. Kilka minut później obok mnie pojawiła się wysoka blondynka. Na nadgarstku miała pełno bransoletek z różnokolorowych koralików, a na szyi wielki wisior z bursztynem.
— Cześć! — krzyknęła nieco zbyt energicznie. — Ty jesteś ta nowa dziewczyna? Miło mi, Emma.
— Zoe.
Była prawie o dwie głowy wyższa ode mnie i zdecydowanie mocno ekspresyjna.
— Chodź. Pokażę ci szkołę i uratuję cię przed zgubieniem się pierwszego dnia. Za godzinę zaczynamy lekcje. Będziemy chodzić razem do klasy. Jak ci się podoba Kanada? W cholerę zimno tu, co? Już dawno nie było tu takiego mrozu, aż rzęsy zamarzają!
Zaśmiałam się. Emma mówiła bez przerwy. Nie dała mi odpowiedzieć na jedno pytanie, a już miała następne. Przeszłyśmy korzytarzem dalej. Pokazała mi bibliotekę, stołówkę, salę muzyczną i halę sportową. Kiedy otworzyła drzwi, prowadzące na lodowisko, dosłownie zamarłam. Ogromna tafla lodu. Trybuny. Światła. Na środku trening kończyła szkolna drużyna hokejowa. Krzyki trenera odbijały się echem od ścian.
— To nasi Wolves — powiedziała Emma z dumą.
Chłopaki właśnie zjeżdżali z lodu. Jeden z nich wyróżniał się na tle innych. Był wysoki, miał ciemne włosy i granatową koszulkę z numerem 28. Nawet z daleka można było zauważyć, że wszyscy schodzili mu z drogi.
— Kto to? — zapytałam.
Emma spojrzała w jego stronę.
— A… Trent Mercer. — Poprawiła instynktownie włosy.
— Jest taki sławny, że schodzą mu z drogi?
— To kapitan drużyny. Najlepszy zawodnik w całym stanie. Skauci z NHL oglądają każdy jego mecz.
— Mhm, brzmi jak gwiazda.
— Bo nią jest. Serio.
Odwróciłam wzrok. Nie przepadałam już za sportowcami. Zbyt pewni siebie. Zbyt przekonani, że świat należy do nich, a ten, o którym mówiła Emma, na pewno wpisywał się w ten sam trend. Ruszyłyśmy dalej. Emma poprowadziła mnie na piętro i po kolei omawiała każdą z sal. Było cicho, wszyscy musieli być na lekcjach, ale cieszyłam się, że nie trafiłam na przerwę i nie musimy się przepychać.
— No, to by było na tyle. Wracamy na dół, pokażę ci jeszcze twoją szafkę, a potem idziemy pod salę. Pamiętasz gdzie?
— 214 C?
Emma przytaknęła. Zbiegła po schodach i wskazała mi kierunek ręka. Chwilę potem rozległ się dzwonek na przerwę. Z sal wypadli ludzie, a ja poczułam się jak w ulu. Kiedy mijałyśmy zakręt, ktoś wpadł na mnie z impetem. Książki, które dostałam z biblioteki, rozsypały się po podłodze.
— Cholera… Co jest?
Podniosłam głowę. Numer dwadzieścia osiem. Te same niebieskie oczy. Szybko rozpoznałam, że to ten Trent Mercer. Kucnął i zaczął zbierać moje rzeczy.
— To moja wina. Sorry — rzucił i przeciągnął spojrzenie nieco dłużej. Miałam wrażenie, że patrzę w najbardziej błękitne tęczówki w życiu. Próbowałam otrząsnąć się z tego wrażenia, ale on nadal nie odwracał wzroku.
— Nic się nie stało — mruknęłam wreszcie.
Oddał mi zeszyty. Przez sekundę nasze dłonie się zetknęły. Cofnęłam się jak oparzona. Jezu. Tak zazwyczaj zaczynały się tandetne komedie romantyczne. Brakowało tylko spokojnej muzyki. Co za pech, że musiałam wpaść akurat na niego.
— Jesteś nowa.
To nie było pytanie. Uniosłam brew.
— Tak.
— Trent. — Wyciągnął rękę przed siebie. Spojrzałam na nią. Nie miałam ochoty witać się z gwiazdą sportu, ale postanowiłam nie pokazywać się jako wredna już od pierwszego dnia, więc przywitałam się.
— Zoe.
Uśmiechnął się lekko.
— Miło cię poznać, Zoe. Ciekawe imię. Jesteś z Londynu, tak? Od tygodnia mówiło się o dziewczynie, która przyjeżdża na wymianę. Zatrzymałaś się u Spencerów?
— Y… tak. Co takiego się mówiło? — Nie nadążałam za jego tokiem myślenie. Skakał z tematu na temat, więc nie miałam pojęcia, na co odpowiedzieć najpierw. Zanim zdążył się jednak odezwać, zza jego pleców dobiegł głośny okrzyk.
— Mercer! Rusz się! Trener czeka, bo chce zrobić naradę!
Chłopak odwrócił się gwałtownie.
— Do zobaczenia, nowa. Uważaj następnym razem, bo możesz wpaść w ścianę, a wtedy zderzenie będzie mocno średnie.
Puścił mi oczko, potem odszedł. Patrzyłam za nim jeszcze chwilę, ale odwróciłam głowę, gdy Emma westchnęła.
— Słodki jest, co? Ale lepiej o nim zapomnij.
— Dlaczego? — Podłapałam temat, choć wcale nie uważałam go za takiego, a już tym bardziej nie miałam ochoty na znajomość z gwiazdą. Jak dla mnie był taki jak reszta. Całkiem przystojny, ale nadęty.
— Bo połowa dziewczyn w tej szkole jest w nim zakochana.
— A druga połowa go nie znosi? — Odbiłam piłeczkę. — To nie mój problem. Nie zamierzam wchodzić tu w jakiekolwiek relacje.
— Jeszcze nie. Przed tobą cały rok.
Zmarszczyłam brwi. Nie sądziłam, że moje życie miłosne będzie tu aż tak analizowane.
— Naprawdę nie interesują mnie sportowcy — powtórzyłam dobitniej. — Przyjechałam tu po stypendium, mam nadzieję, że się uda.
Emma uśmiechnęła się tajemniczo.
— Wiesz… wszystkie tak mówią na początku. A potem i tak wpadamy po uszy. A Trent i Liam… oni są tacy słodcy. — Emma oparła się o parapet i powiodła wzrokiem w stronę hali sportowej. Westchnęłam. Ta laska była niereformowalna. I zdecydowanie należała do tej pierwszej połowy dziewczyn, czyli do tej, która prowadziła kółko adoracyjne Trenta i jego drużyny.
Wieczorem siedziałam przy oknie w domu Spencerów. Rodzina składająca się z dwójki dorosłych i dziecka była całkiem miła. Za szybą powoli padał śnieg. Płatki przyklejały się do okna, a potem wolno spadały. Odpaliłam WhatsAppa i napisałam do mamy. W Londynie miała tylko mnie i siostrę. Tata zmarł, kiedy miałam pięć lat, od tamtej pory byłyśmy same. Mama napisała niemal od razu.
Mama:I jak pierwszy dzień? Przeżyłaś?
Uśmiechnęłam się pod nosem.
Ja:Jeszcze żyję. Szkoła jest ogromna. Czuję się, jakbym codziennie miała zgubić drogę.
Przez chwilę widziałam tylko migający kursor, oznaczający, że pisze.
Mama:To normalne. Za tydzień będziesz się tam poruszać z zamkniętymi oczami.
Westchnęłam cicho.
Ja:Tęsknię za domem. Za wami.
Odpowiedź przyszła dopiero po kilkunastu sekundach.
Mama:Pamiętaj, po co tam jesteś. To twój rok. Wykorzystaj go. Jeśli zdobędziesz stypendium, to mocno poprawi twój start w dorosłość, a i nam pomoże. To duże pieniądze, wiesz, że Lilly ich potrzebuje.
Ja: Pamiętam.
Spojrzałam na zdjęcie ustawione jako tło czatu. Ja, mama i Lilly na plaży w Brighton. Zrobione kilka miesięcy przed wyjazdem. Wszystkie trzy uśmiechnięte, choć żadna nie chciała się wtedy przyznać, jak bardzo będzie nam ciężko. Już wtedy wiedziałyśmy o jej diagnozie.
Ja:Obiecuję, że zrobię wszystko, żeby się udało. A Lilly wyzdrowieje. Musi.
Odpisałam szybko, a potem odłożyłam telefon na parapet.
— Wszystko w porządku?
Odwróciłam się. W drzwiach stała pani Spencer z kubkiem gorącego kakao.
— Tak. Po prostu rozmawiałam z mamą.
Podała mi kubek. Zapach rozprzestrzenił się błyskawicznie.
— Pierwsze dni zawsze są najtrudniejsze. Ale przywykniesz. — Anna Spencer wyglądała jak nauczycielka, zarówno jeśli chodziło o styl ubierania jak i ton głosu. Trochę przypominała moją panią od polskiego.
— Dziękuję. Uwielbiam kakao.
Usiadła na fotelu naprzeciwko.
— Emma mówiła, że dobrze sobie poradziłaś. Mam z nią kontakt, poprosiłam, żeby się tobą trochę zaopiekowała.
Zaśmiałam się cicho. Prędzej to ja mogłam opiekować się nią i jej roztrzepaniem.
— To chyba przesada. Po prostu siedziałam na lekcjach i słuchałam nauczycieli. Raczej nic specjalnego.
— Uwierz mi. W zeszłym roku jedna dziewczyna z wymiany zgubiła się tak bardzo, że przez pół godziny siedziała w sali biologicznej, myśląc, że nauczyciel po prostu się spóźnia. Nie miała odwagi zapytać kogoś o drogę.
Parsknęłam śmiechem.
— To ze mną chyba nie było aż tak źle.
— Widzisz? Już się uśmiechasz. Będzie okej. Ale jakbyś miała jakieś problemy, daj znać. Postaramy się pomóc.
Kiwnęłam głową. Na słowo “problem” moje myśli mimowolnie powędrowały w stronę hokeistów.
— Dziękuję. Na razie wszystko jest w porządku. — Uśmiechnęłam się lekko, a Pani Spencer zostawiła mnie samą, życząc dobrej nocy. Jeszcze przez chwilę patrzyłam na padający śnieg. Wszystko było tu inne. Domy, ludzie, szkoła. Nawet cisza brzmiała inaczej niż w Londynie. Położyłam się spać z nadzieją, że drugi dzień okaże się łatwiejszy, ale znajome uczucie ekscytacji i stresu w brzuchu rozlało się po moim wnętrzu i nie pozwoliło szybko zmrużyć oka. Przekręciłam się z boku na bok, rozmyślając o rodzinie, byłym chłopaku i nowych przygodach, które czekały mnie w Kanadzie. Najważniejsze było jednak stypendium. Dzięki tej gotówce mogłam dołożyć cegiełkę do kosztownych leków Lilly.
Następnego ranka szkoła tętniła życiem jeszcze bardziej niż dzień wcześniej. Ludzi było sporo. W moim małym liceum w Londynie było nas zdecydowanie mniej. Tłumy mnie stresowały, ale musiałam do nich przywyknąć. Stanęłam pod swoją szafką i wyjęłam klucz z torby. Uniosłam, by otworzyć drzwiczki, ale głośny szczebiotliwy głos sprawił, że niemal w nie uderzyłam.
— Dzisiaj poznasz prawdziwe oblicze tej szkoły — oznajmiła Emma. — Jesteś gotowa?
— Brzmi groźnie. — Założyłam ręce za siebie. Co takiego miała na myśli?
— Dziś są wybory do klubów i zajęć dodatkowych. Każdy próbuje zwerbować nowych, więc na pewno będziesz atakowana, bo twój głos to prosta sprawa. Jesteś nowa, więc łatwo cię przekonać. O, zobacz tam! — Wskazała na lewo. Wysoki chłopak w okularach trzymał w rękach notes i chodził, namawiając na coś. — To Luke. Werbuje na kółko chemiczne. Zainteresowana?
Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo usłyszałyśmy donośny głos.
— Emma!
Odwróciłyśmy się. W naszą stronę szła wysoka blondynka z perfekcyjnie ułożonymi włosami. Towarzyszyły jej dwie dziewczyny, które wyglądały jak jej wierne kopie. Wszystkie trzy miały krótkie białe spódniczki, rajstopy i masę srebrnych bransoletek. Przy uszach kołysały się kolczyki koła.
— Hej, Claire — powiedziała Emma z wymuszonym uśmiechem. Dziewczyna nawet na mnie nie spojrzała.
— To ta nowa, którą oprowadzasz, tak?
— Tak, to Zoe.
Dopiero wtedy zmierzyła mnie od stóp do głów.
— Wymiana z Anglii? — zwróciła się do mnie, jakby od niechcenia.
— Tak — rzuciłam.
— Fajnie.
Nie brzmiało to ani trochę jak „fajnie”.
— Jestem Claire. A to moja mała rada. Nie siadaj przy stoliku hokeistów na stołówce. Nie pchaj się też do naszej grupki. Ja, Martha i Sylvia tworzymy zgrabne trio. Dziwacy i kujonice siedzą razem. Od sportowców lepiej trzymaj się z daleka, od popularnych w szkole też. Po prostu udawaj przezroczystą, okej?
Zmarszczyłam brwi.
— Nie planowałam siadać obok kogokolwiek z drużyny.
— Świetnie. Tego się trzymaj. To pa… Zolly?
— Zoe.
Jej koleżanki zachichotały.
— Tak, wybacz, nie mam pamięci do imion. No to pa.
Wzruszyła ramionami, odwróciła się na pięcie i odeszła. Patrzyłam za nią zupełnie zdezorientowana.
— O co jej chodziło?
Emma przewróciła oczami.
— Claire spotykała się kiedyś z Trentem.
— Aha.
— Od początku drugiej klasy byli razem. To taka nierozłączna parka, ale zerwali jakiś czas temu. Tylko nie do końca sobie chyba z tym poradziła. Nie ukrywajmy, każdy chciałby być z Trentem. Jest przystojny, świetnie gra.
— I?
— I to nie wystarczy?
Zaśmiała się krótko.
— Zależy komu. Ja nie przepadam za grą w hokeja, a to że ktoś jest ładny, nie ma aż takiego znaczenia.
— Czyli uważasz, że Trent jest ładny?
— Wolę się nie wypowiadać. Widziałaś minę tej Claire? Nie chciałabym się narażać — rzuciłam z ironią, ale prawda była taka, że rzeczywiście wyróżniał się na tle innych. Był przystojny. I miał ładny kolor oczu. Ale to nie oznaczało, że powinnam od razu skupiać na nim uwagę. Nie rozumiałam tego szumu, czy wszystkie dziewczyny rzeczywiście zwariowały na jego punkcie? Kult hokeja, świetnie.
***
Na długiej przerwie stołówka przypominała ul, zupełnie jak wczoraj podczas przerwy. Zajęłyśmy wolny stolik przy oknie. Rozglądałam się wokół. To miejsce nie przypominało ciasnej stołówki w mojej szkole. Było gwarno i tłoczno. Ludzie dzielili się na kilka grup. Popularni siedzieli razem, ci, których Claire nazwała kujonami, w przerwie między jedzeniem pokazywali sobie zeszyty, a chłopaki z drużyny byli oczywiście razem. Z Emmą rozmawiałyśmy o planie lekcji, kiedy nagle zrobiło się dziwnie cicho. Nie musiałam nawet podnosić głowy, by wiedzieć, że ktoś do nas idzie.
— Mogę?
Spojrzałam przed siebie. Trent stał z tacą w rękach. Patrzył prosto na mnie.
— Wszystkie miejsca zajęte — wyjaśnił z uśmiechem. A u was widzę, że jest go całkiem sporo. Chyba można się przysiąść?
Rozejrzałam się. Rzeczywiście. W grupie sportowców nie było ani jednego krzesełka. Jak to możliwe, że kapitan nie miał gdzie usiąść? Węszyłam jakiś podstęp, już miałam powiedzieć, że te miejsca też są zajęte, ale Emma kopnęła mnie lekko pod stołem.
— Jasne — odpowiedziała szybko, zanim zdążyłam jej przerwać. Cholerka. Nie miałam ochoty na obcowanie z tym chłopakiem. Trent mimo wszystko usiadł naprzeciwko mnie.
— Jak drugi dzień? — zagadnął, wkładając kanapkę do ust.
— W porządku. Nadal się nie zgubiłam.
— To postęp. A jak ściany? Nie weszłaś w jakąś?
Uśmiechnął się. Musiałam przyznać, że kiedy się uśmiechał, wyglądał mniej zarozumiale. Ale to, co mówił, raczej nie było już takie przyjemne. Oczywiście, nawiązywał do tego jak wpadłam na niego z książkami.
— Jakoś się udało — bąknęłam. Zaczął działać mi na nerwy. Umoczyłam miękkiego frytka w ketchupie i włożyłam do ust. Trent na moment przerwał jedzenie. Zanim się zorientowałam, wyciągnął rękę w moją stronę i otarł mi kciukiem kącik ust. Oblizał resztki ketchupu z palca i posłał mi dziwny uśmiech.
— Co ty robisz?
— Miałaś tam ketchup.
— Mogłam go wytrzeć sama.
— Następnym razem musisz być szybsza — odpowiedział z przekąsem. Co to, do cholery, było? Emma patrzyła zdezorientowana na naszą dwójkę, ale nie miałam w głowie żadnej odpowiedzi.
— Następnym razem usiądziesz ze swoją drużyną — wypaliłam wreszcie.
Uniósł wzrok znad talerza i przekrzywił głowę. Myślał, że jego urok działa na wszystkich? Nic bardziej mylnego, jak tylko widziałam te cwane twarzyczki sportowców, miałam ochotę przewrócić oczami.
— Trent!
Przez całą stołówkę rozległ się ostry głos. A potem gwizdy chłopaków z drużyny. Zlokalizowałam skąd pochodziło źródło tego dźwięku. Ach, tak… To sławna Claire. Szła prosto w naszym kierunku, jej białe kozaczki stukały o płytki coraz głośniej. Zatrzymała się przy stole i spojrzała najpierw na Trenta, potem na mnie.
— Szukałam cię.
— Nie zauważyłem. Byłem zajęty śniadaniem. Coś ważnego? — Nie zaszczycił jej nawet spojrzeniem.
— Widzę, że jesz. Ale widzę też, że urządzasz sobie pogawędki ze zabłąkanymi owieczkami? Co ty robisz? Siedzisz z dziwadłami? Trent, kotku, to do ciebie niepodobne, przecież znasz swoje miejsce w tej szkole. — Nachyliła się w jego stronę i zagryzła wargi. Atmosfera zgęstniała w jednej chwili. Emma spuściła wzrok na talerz. Ja miałam ochotę zniknąć. O co jej znowu chodziło? Zachowywała się jak totalna zazdrosna wariatka, a kompletnie nie miałam pojęcia dlaczego.
— Chodź ze mną, kapitan nie powinien siedzieć w takim miejscu. Co ty odwalasz? Przecież wszyscy na ciebie patrzą! — powiedziała chłodno Claire.
— Patrzą, bo się wydzierasz. Jakbyś trochę spuściła z tonu i nie robiła akcji, może nie byłoby tego widowiska.
Zagryzłam wargi, bo miałam ochotę parsknąć śmiechem. Najwyraźniej Trent nie pałał już do niej taką sympatią, a że dziewczyna ewidentnie szukała zaczepki, miło było posłuchać jak jej docinał.
— Nie będę z tobą rozmawiać przed nimi. — Obrzuciła Emmę i mnie kolejnym pogardliwym spojrzeniem.
— Jem, nie widzisz? — burknął i zajął się kanapką.
