Frivolla Puella - Hector Kung - ebook
NOWOŚĆ

Frivolla Puella ebook

Kung Hector

0,0

10 osób interesuje się tą książką

Opis

Niektórzy ludzie dla pieniędzy poświęcą wszystko

Thomas Kraft, wrażliwy introwertyk rozczarowany życiem, marzy o tym, by raz na zawsze odciąć się od społeczeństwa. Powoli gromadzi środki, które mają mu pozwolić wyrwać się z rozpędzonej machiny kapitalizmu i stać się całkowicie niezależnym.

Jego plan zaczyna się jednak trząść w posadach, gdy ktoś włamuje się do jego domu, szukając czegoś, czego Thomas… nigdy nie posiadał. Zdewastowane wnętrza i późniejszy atak na jego życie dowodzą, że sprawa jest poważna.

Kraft nie ma pojęcia, czym jest Frywolna Dziewczyna, której pragnie włamywacz, ani dlaczego – jego zdaniem – miałaby należeć właśnie do niego. Wie tylko jedno: są ludzie, którzy nie cofną się przed niczym, by ją zdobyć.
A on znalazł się na ich celowniku.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 330

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Ze spe­cjal­nym po­dzię­ko­wa­niemi de­dy­ka­cją dla Al­le­gry

Nie ma zna­cze­nia, czy masz styl,re­pu­ta­cję albo pie­nią­dze,je­śli nie masz do­bre­go ser­ca,nie je­steś nic wart.

Lo­uis de Fu­nes

Poniedziałek

Dzień po­grze­bu przy każ­dej po­go­dzie jest smut­ny. A co po­wie­dzieć, kie­dy za­miast jed­nej wi­dzisz przed sobą aż czte­ry trum­ny? Cała ro­dzi­na. Mama, tata i dwo­je dzie­ci. Naj­bar­dziej po­ra­żał wi­dok ma­łych, bia­łych tru­mie­nek nie­let­nich istot, któ­rych ży­cie jesz­cze na do­bre się nie za­czę­ło i już zga­sło.

Było par­no i bar­dzo go­rą­co. Słoń­ce da­wa­ło się wszyst­kim moc­no we zna­ki, tym bar­dziej że więk­szość męż­czyzn tkwi­ła w gar­ni­tu­rach, a ko­bie­ty w czar­nych suk­niach. Czu­łem struż­ki potu spły­wa­ją­ce po­wo­li wzdłuż krę­go­słu­pa i wsią­ka­ją­ce w bie­li­znę. Wciąż po­chło­nię­ty my­śla­mi o wła­snej dro­dze i tej wspól­nej, prze­by­tej z je­dy­nym przy­ja­cie­lem, ja­kie­go mia­łem i któ­ry le­żał te­raz w dę­bo­wej skrzy­ni, bez więk­szej uwa­gi ło­wi­łem po­je­dyn­cze zda­nia za­wo­do­we­go ak­to­ra – dość elo­kwent­ne­go du­chow­ne­go. Mimo mło­de­go wie­ku i fak­tu, że stał pod nie­wiel­kim bal­da­chi­mem, też się ob­fi­cie po­cił. Odzia­ny w czar­ną su­tan­nę, gło­sem prze­peł­nio­nym wy­re­ży­se­ro­wa­nym ża­lem, wy­gła­szał ka­za­nie, po­dob­ne in­nym mo­wom po­że­gnal­nym, w któ­rych tyl­ko imio­na zmar­łych ule­ga­ły zmia­nie. Po­tem za­in­to­no­wał pieśń wy­peł­nio­ną od pierw­szej do ostat­niej stro­fy sprzecz­no­ścia­mi; o wiecz­nym spo­czyn­ku, nie­śmier­tel­nej du­szy, trwa­łej stra­cie dla bli­skich i nie­bio­sach ocze­ku­ją­cych z ra­do­ścią na no­we­go miesz­kań­ca.

Po­grą­że­ni w smut­ku uczest­ni­cy ce­re­mo­nii za­mknę­li śpiew­ni­ki w chwi­li, kie­dy ze wscho­du do­tar­ły do nas po­mru­ki nad­cią­ga­ją­cej bu­rzy. Kil­ka osób obej­rza­ło się od­ru­cho­wo za sie­bie.

Na­stą­pi­ła chwi­la mo­dli­twy, po niej dwa­dzie­ścia se­kund mil­cze­nia. Grud­ka wil­got­nej zie­mi wrzu­co­na do jamy i jesz­cze ob­li­ga­to­ryj­ne kon­do­len­cje zło­żo­ne bli­skim. Z uczest­nic­twa w sty­pie zre­zy­gno­wa­łem. Zu­peł­nie nie mia­łem ocho­ty na smęt­ne roz­wa­ża­nia przy za­sta­wio­nym sto­le o kwe­stii kru­cho­ści ludz­kie­go ży­cia, bo i bez tego na­ra­sta­ła we mnie fala lęku. De­struk­cyj­ne­go uczu­cia, któ­re bez mała przez całą mło­dość sta­no­wi­ło o moim by­cie i któ­re to praw­dzi­wie nad­ludz­kim wy­sił­kiem uda­ło mi się wie­le lat temu okieł­znać. Lęk przed cho­ro­bą, nie­szczę­śli­wym wy­pad­kiem, utra­tą pod­staw eg­zy­sten­cji, no i na­tu­ral­nie przed śmier­cią, tym czymś ab­so­lut­nie nie­unik­nio­nym. Akt, w ja­kim wła­śnie uczest­ni­czy­łem, nie­uchron­nie przy­wo­ły­wał de­mo­ny prze­szło­ści, dla­te­go chcia­łem jak naj­szyb­ciej się stąd od­da­lić.

Od kie­dy pa­mię­tam, stra­szy­li mnie wszy­scy. Zu­peł­nie jak­by nie było in­nych me­tod wy­cho­waw­czych i je­dy­nym klu­czem wła­ści­we­go kształ­to­wa­nia oso­bo­wo­ści po­zo­sta­wał strach.

Bu­do­wa­na wo­kół mnie at­mos­fe­ra obaw, a na­wet trwo­gi, przy­bie­ra­ła róż­ne for­my i stop­nie na­tę­że­nia. Pier­wot­nie, kie­dy jesz­cze uczy­łem się mó­wić, sia­dać, a na­stęp­nie cho­dzić, ob­ja­wia­ła się sro­gi­mi mi­na­mi, krzy­kiem, nie­kie­dy na­wet prze­mo­cą. Wiem, że z tego wcze­sne­go okre­su ży­cia nie­wie­le się pa­mię­ta, ale ja za­pa­mię­ta­łem. Twa­rze peł­ne zło­ści i bez­u­stan­ny wrzask! W wie­ku przed­szkol­nym pro­ces za­stra­sza­nia po­stę­po­wał da­lej, cho­ciaż na­bie­rał sub­tel­niej­sze­go cha­rak­te­ru i wy­ra­żał się po­wta­rza­ny­mi w kół­ko groź­ba­mi, że kie­dy nie zjem, to nie uro­snę, kie­dy nie będę grzecz­ny, do­sta­nę la­nie, je­śli zaś nie pój­dę do ko­ścio­ła – umrę w mę­kach. Wszyst­ko, cze­go nie ro­bi­łem po­dług woli in­nych, wy­da­wa­ło się grze­chem i w jego kon­se­kwen­cji karą, prze­kleń­stwem, a na­wet wiecz­nym ogniem pie­kiel­nym, któ­ry naj­bar­dziej prze­ma­wiał mi do wy­obraź­ni i któ­re­go ba­łem się jak dia­bli.

Cie­sząc się nie­złym zdro­wiem, ro­słem jak na droż­dżach. Doj­rze­wa­łem tak­że psy­chicz­nie i zmie­nia­ły się eta­py mo­je­go ży­cia, lecz w wy­mia­rze emo­cjo­nal­nym wca­le nie dzia­ło się le­piej. Prze­ciw­nie! Lę­ko­wy ter­ror ule­gał na­si­le­niu. Szcze­gól­nie w domu od­no­si­łem wra­że­nie, jak­by wszy­scy zmó­wi­li się prze­ciw­ko mnie i od­pusz­cza­li do­pie­ro po wy­raź­nych ob­ja­wach po­pło­chu i pa­ni­ki. Środ­kiem re­pre­sji za brak wy­ni­ków w szko­le było na­cią­ga­nie uszu, chło­sta­nie dup­ska pa­skiem od spodni, no i wer­bal­ny de­spo­tyzm, że jak nie przy­ło­żę się do na­uki, to tata zno­wu mi przy­ło­ży albo zo­sta­nę ni­kim, czy­li sta­rym ma­to­łem. Do­szło na­wet do tego, że kie­dy na­uczy­ciel ma­te­ma­ty­ki wy­ra­ził wąt­pli­wo­ści w kwe­stii pro­mo­cji do na­stęp­nej kla­sy, ro­dzi­ce za­wy­ro­ko­wa­li, że moja przy­szłość bę­dzie zwią­za­na ze zbie­ra­niem bu­te­lek lub in­nych su­row­ców wtór­nych.

Szko­ła znie­chę­ca­ła mnie pra­wie na każ­dej płasz­czyź­nie, a wspo­mnia­ny na­uczy­ciel był moim wro­giem oso­bi­stym nu­mer je­den. Fa­cet pro­wa­dził też z na­szą kla­są za­ję­cia fi­zycz­ne, któ­re wy­jąt­ko­wo lu­bi­łem, mimo to otrzy­my­wa­łem od nie­go za­wsze men­tal­ną chło­stę, bo z ja­kichś nie­zna­nych po­wo­dów mnie nie cier­piał. Nie ukry­wał tej nie­chę­ci, a na­wet ją ma­ni­fe­sto­wał. Na po­cząt­ku lek­cji ro­bi­li­śmy wy­li­czan­kę, żeby usta­lić, kto bę­dzie pro­wa­dził i wy­bie­rał skład dru­ży­ny pił­kar­skiej, ko­szy­kar­skiej, albo in­nej. Kie­dy pa­da­ło na mnie, ten krę­cił z dez­apro­ba­tą gło­wą.

– Nie, tyl­ko nie ty. Jak zo­sta­niesz ka­pi­ta­nem, to za­raz bę­dzie trze­ba wo­łać straż po­żar­ną albo przy­da­rzy się ko­muś inne nie­szczę­ście.

Przez gru­pę dzie­cia­ków prze­ta­czał się śmiech, a ja po­kor­nie wy­co­fy­wa­łem się, żeby zejść z pola wi­dze­nia wred­ne­go bel­fra i unik­nąć do­dat­ko­wych szy­derstw.

Na wła­snym po­dwór­ku rze­czy mia­ły się po­dob­nie. Od za­wsze cier­pia­łem na brak na­wet krzty­ny uzna­nia, a kie­dy już ta­kie otrzy­my­wa­łem, wo­la­łem nie mieć żad­ne­go. Dla mnie prze­wi­dzia­no po pro­stu stem­pel nie­udacz­ni­ka, ofer­my, nie­li­czą­ce­go się out­si­de­ra. Na­wet ba­wiąc się z dzieć­mi w In­dian, od­czu­wa­łem ja­kiś ro­dzaj od­rzu­ce­nia. Kie­dy inni mo­gli no­sić dum­ne imio­na, jak: Pę­dzą­cy ba­wół albo Wiel­ka sto­pa, mnie w naj­lep­szym ra­zie na­zy­wa­no Dziu­ra­wą skar­pe­tą czy po­dob­nie.

Po­pa­da­łem w zwąt­pie­nie i co­raz głęb­szy ma­razm emo­cjo­nal­ny. Co zdu­mie­wa­ją­ce, po­mi­mo ro­sną­ce­go dy­stan­su do oto­cze­nia wca­le nie czu­łem się sa­mot­ny, nic z tych rze­czy. Prze­by­wa­łem z nie­od­łącz­nym przy­ja­cie­lem – lę­kiem! To­wa­rzy­szył mi, kie­dy za­sy­pia­łem, i po­ja­wiał się na­tych­miast po prze­bu­dze­niu. Był ze mną bez prze­rwy.

By nie po­grą­żyć się do resz­ty w od­mę­tach roz­pa­czy, szu­ka­łem go­rącz­ko­wo po­cie­sze­nia, kon­kret­nej na­dziei. Przez pe­wien czas mą­drym roz­wią­za­niem wy­da­wa­ła mi się wia­ra.

Nie­ste­ty, zwró­ce­nie się ku Bogu nie dało mi upra­gnio­ne­go wy­tchnie­nia. Po­mię­dzy nami był jesz­cze Ko­ściół i całe za­stę­py urzę­du­ją­cych w nim do­stoj­ni­ków, któ­rzy do­ło­ży­li wszel­kich sta­rań, by pod­trzy­mać moje fo­bie i zgry­zo­ty, a na­wet je roz­wi­nąć. Sza­tan, po­tę­pie­nie, czy­ściec, no i samo pie­kło! Mia­łem do­pie­ro kil­ka­na­ście lat i już nie chcia­ło mi się żyć, a we­dług Ko­ścio­ła mo­gło być jesz­cze go­rzej. Bo gdzieś tam w tle ist­nia­ła cał­kiem re­al­na opcja wiecz­ne­go prze­kleń­stwa czy, jak kto woli, nie­koń­czą­ce­go się cier­pie­nia.

Do­sko­na­le pa­mię­tam, jak w okre­sie mo­je­go doj­rze­wa­nia po­ja­wi­ła się moda na dys­ku­sje o koń­cu świa­ta. Nie­któ­rzy za­pusz­cza­li ko­rze­nie głę­biej w te­mat, gło­sząc ka­zno­dziej­skim to­nem nie­uchron­nie nad­cią­ga­ją­cy sąd osta­tecz­ny, co mia­ło na­stą­pić nie­ba­wem. Gwo­li praw­dy, to ostat­nie nie ro­bi­ło na mnie spe­cjal­ne­go wra­że­nia, bo ży­łem w prze­ko­na­niu, że taki do­ko­nu­je się wła­śnie te­raz, przy­naj­mniej nad moją oso­bą. Na­to­miast go­rzej było ze skut­ka­mi tego sądu, któ­re wy­da­wa­ły się nie­unik­nio­ne i tak strasz­ne, że sta­ra­łem się o nich nie my­śleć.

W tym przy­tła­cza­ją­cym świe­cie jed­no sta­ło się pew­ne: za­nim zdą­ży­łem prze­stać być dziec­kiem, by­łem już po­rząd­nie wy­stra­szo­ny.

Mój roz­wój oso­bi­sty, na­pięt­no­wa­ny sys­te­mo­wo lub cha­otycz­nie kształ­to­wa­ny­mi fo­bia­mi, wy­pa­czył zna­czą­co po­strze­ga­nie świa­ta i od­ci­snął bo­le­sne pięt­no na póź­niej­szym ży­ciu do­ro­słe­go osob­ni­ka.

Ba­łem się. Ba­łem się jak cho­le­ra! Strach jest niby rze­czą ogól­no­ludz­ką i peł­ni na­wet po czę­ści funk­cję ochron­ną, ale mój był zde­cy­do­wa­nie inny, a już na pew­no więk­szy niż u ró­wie­śni­ków, przy­naj­mniej tak uwa­ża­łem.

Uni­ka­łem to­wa­rzy­stwa, nie mia­łem dziew­czy­ny, opu­ści­łem się w na­uce, a za­li­cze­nie ko­lej­ne­go roku szkol­ne­go za­wdzię­cza­łem zde­cy­do­wa­nie ak­tom ła­ski pe­da­go­gów niż wła­snym umie­jęt­no­ściom. Nic, ale to zu­peł­nie nic mi nie wy­cho­dzi­ło, gdyż w sil­nych ob­ję­ciach, ni­czym w po­trza­sku, trzy­ma­ły mnie wbi­ja­ne do gło­wy rze­ko­ma nie­udol­ność i brak wszel­kich kom­pe­ten­cji. No bo sko­ro twym prze­zna­cze­niem mia­ło być se­gre­go­wa­nie pu­stych bu­te­lek, to czy sam od sie­bie mo­żesz jesz­cze cze­go­kol­wiek ocze­ki­wać!? Na­wet na chwi­lę nie opusz­cza­ła mnie świa­do­mość wro­dzo­nej in­do­len­cji. Po co ro­bić co­kol­wiek, kie­dy i tak wia­do­mo, że to zro­bię źle, nie­do­sta­tecz­nie albo zu­peł­nie spie­przę i że ktoś z tego po­wo­du ucier­pi lub bę­dzie nie­szczę­śli­wy. To prze­świad­cze­nie pa­ra­li­żo­wa­ło moje dzia­ła­nia już w za­rod­ku. Kie­dy na do­kład­kę po­my­śla­łem o ka­ta­lo­gu kon­se­kwen­cji, a na­wet kar, cze­ka­ją­cych każ­de­go za nie­uwień­czo­ne suk­ce­sem za­bie­gi, za­mie­ra­ło we mnie wszyst­ko.

Dla­te­go, wbrew nie­rzad­ko sprzecz­nym ocze­ki­wa­niom oto­cze­nia, sta­ra­łem się nie ro­bić zbyt wie­le od sie­bie, bo to gro­zi­ło czymś spo­za za­kre­su naj­mrocz­niej­szych snów, re­gu­lar­nie mnie na­wie­dza­ją­cych. Wy­ni­kiem tej smut­nej ku­mu­la­cji było tak wiel­kie znie­chę­ce­nie ży­ciem w ogó­le, że po gło­wie za­czę­ły mi cho­dzić sza­leń­cze my­śli. Za­sta­na­wia­łem się na po­waż­nie, czy war­to je kon­ty­nu­ować.

I kie­dy już wy­da­wa­ło się, że ten wszech­obec­ny i pa­ra­li­żu­ją­cy lęk po­chło­nie mnie bez resz­ty albo pchnie do ja­kie­goś de­spe­rac­kie­go czy­nu, do­ko­na­łem od­kry­cia.

Je­dy­nym za­ję­ciem, któ­re wy­da­wa­ło się bez­piecz­ne i nie wy­wo­ły­wa­ło przy­krych re­per­ku­sji, było czy­ta­nie. Dla­te­go wręcz na­mięt­nie od­da­wa­łem się stu­dio­wa­niu wszel­kiej li­te­ra­tu­ry. W trak­cie po­chła­nia­nia ko­lej­nej książ­ki przy­pad­ko­wo wpa­dłem na cy­tat fran­cu­skie­go hi­sto­ry­ka i pu­bli­cy­sty, Ale­xi­sa de To­cqu­evil­le’a, któ­ry sfor­mu­ło­wał cie­ka­wy po­gląd, że „Świat jest dziw­nym te­atrem, w któ­rym naj­gor­sze sztu­ki od­no­szą naj­więk­szy suk­ces”.

To krót­kie, la­pi­dar­ne zda­nie pa­so­wa­ło jak ulał do mo­ich od­czuć, a na­wet wię­cej! Z punk­tu wi­dze­nia bez­na­dziej­nej sy­tu­acji, w ja­kiej tkwi­łem, myśl ta była bar­dzo in­try­gu­ją­ca, dla­te­go z za­in­te­re­so­wa­niem wczy­ta­łem się w jej roz­wi­nię­cie i uza­sad­nie­nie. Za­in­we­sto­wa­ny w ten spo­sób czas przy­niósł nie­spo­dzie­wa­ne owo­ce, bo od­le­gła w cza­sie dok­try­na w przy­stęp­ny spo­sób wy­ja­śnia­ła całą gamę wła­snych spo­strze­żeń na­szpi­ko­wa­nych sprzecz­no­ścia­mi. Od­po­wia­da­ła na py­ta­nia, któ­re drę­czy­ły, i wska­za­ła kie­ru­nek wła­ści­wych po­szu­ki­wań. I co naj­waż­niej­sze, przy­swa­ja­na fi­lo­zo­fia ujaw­ni­ła wie­dzę, jak znie­wa­la­ją­ce mnie sła­bo­ści prze­kuć na za­le­ty, na in­dy­wi­du­al­ną siłę. Wy­star­czy­ło uważ­nie ob­ser­wo­wać, nie zra­żać się żad­nym pro­pa­go­wa­nym chła­mem, nie ule­gać kul­tu­ro­wej czy pseu­do­nau­ko­wej in­dok­try­na­cji i wy­cią­gać wnio­ski, któ­re po kil­ku pró­bach oka­za­ły się tym, cze­go szu­ka­łem.

No i sta­ło się!

Wraz z koń­cem pry­wat­nych stu­diów prze­sze­dłem wpierw wstrząs, a za­raz po­tem me­ta­mor­fo­zę. Kto by po­my­ślał! Ska­za­ny na sa­mot­ność nie­udacz­nik i prze­ra­żo­ny wła­snym po­ło­że­niem in­tro­wer­tyk po­wo­li prze­ista­czał się w ak­to­ra czy, jak kto woli, zgry­wu­sa.

Dzię­ki nie­złe­mu ta­len­to­wi do ukry­wa­nia praw­dzi­wych emo­cji i pra­gnień oka­za­łem się wręcz ide­al­nym ma­te­ria­łem na ble­fia­rza. Dla­te­go na po­waż­nie po­świę­ci­łem się wy­su­bli­mo­wa­nej sztu­ce, wcho­dząc świa­do­mie i co­raz bar­dziej umie­jęt­nie w role, któ­re na­pi­sa­ło mi ży­cie. Przy­swa­ja­łem so­bie ge­sty, mi­mi­kę i so­fi­stycz­ny spo­sób mó­wie­nia, trak­tu­jąc ca­łość jako me­to­dę dzia­ła­nia i po­wło­kę no­wej oso­bo­wo­ści. Tak ra­dy­kal­ne zmia­ny przy­nio­sły ze sobą spo­rą pa­le­tę no­wych roz­te­rek, ale czy rów­nież wy­rzu­tów su­mie­nia?

Szcze­rze po­wie­dziaw­szy, nie bar­dzo! W koń­cu grze­szy­li i gra­li wszy­scy. Ro­dzi­ce, ko­le­dzy, na­uczy­cie­le, wła­ści­wie cały ota­cza­ją­cy mnie świat. Im sze­rzej otwie­ra­łem oczy, tym wię­cej do­strze­ga­łem fa­sa­do­wo­ści w oto­cze­niu. Zresz­tą w nie­dłu­gim cza­sie oka­za­ło się, że mój wy­bór był strza­łem w przy­sło­wio­wą dzie­siąt­kę. Za­le­d­wie po kil­ku ty­go­dniach wpro­wa­dza­nia zmian stwier­dzi­łem po­nad wszel­ką wąt­pli­wość, że nie je­stem taki ostat­ni me­le­pe­ta i mam na­wet po­ten­cjał lub przy­naj­mniej za­dat­ki do kie­ro­wa­nia in­ny­mi. Co naj­istot­niej­sze, ten krok wresz­cie umoż­li­wił mi zro­zu­mie­nie me­cha­ni­zmów po­wszech­ne­go za­kła­ma­nia i tym sa­mym od­na­le­zie­nie się w ludz­kiej zbio­ro­wo­ści, gdzie więk­szość niby wie­dzia­ła, jak być po­win­no i co jest wła­ści­we, a na­wet wszel­ką po­praw­ność pro­pa­go­wa­ła, ale z re­gu­ły ro­bi­ła zu­peł­nie na od­wrót. Ob­łu­da, głu­po­ta i ma­ni­pu­la­cja były tak po­wszech­ne, jak moje wąt­pli­wo­ści, któ­re te­raz zna­czą­co zma­la­ły.

Naj­bar­dziej zdu­mia­ło mnie nowe spoj­rze­nie na po­li­ty­kę i wszel­ką wła­dzę oraz jej sto­su­nek do tych, któ­rzy po­zwa­la­li jej prze­wo­dzić. Wy­ni­ki mo­ich spo­strze­żeń były przy­kre, ale za­ra­zem oczy­wi­ste. Do­wol­ny kie­row­nik, po­wszech­nie uzna­wa­ny au­to­ry­tet czy inny herszt do­mi­no­wał, bo znał ta­jem­ni­cę praw­dy uni­wer­sal­nej. Stresz­cza­jąc się w jed­nym zda­niu: wy­star­czył gu­stow­ny ubiór, sta­ran­nie wy­stu­dio­wa­ne ge­sty, w mia­rę zgrab­nie do­bie­ra­ne sło­wa po­łą­czo­ne z pew­no­ścią sie­bie, a kie­dy jesz­cze taki ktoś za­kła­dał oku­la­ry, to z miej­sca ro­bił wra­że­nie, że jest in­te­li­gent­ny i ma man­dat prze­wo­dze­nia. Tym­cza­sem za tą fa­sa­dą tkwił czę­sto nie­do­uczo­ny głąb, po­zba­wio­ny wszel­kich kom­pe­ten­cji, cho­ciaż nie­rzad­ko le­gi­ty­mu­ją­cy się na­uko­wym ty­tu­łem lub przy­naj­mniej dy­plo­mem ja­kiejś uczel­ni.

Naj­bar­dziej przy­kra re­flek­sja, z któ­rą się bo­le­śnie zde­rzy­łem, to bez­spor­ny fakt, że tak zwa­ni do­brzy lu­dzie od po­cząt­ku byli ska­za­ni na po­raż­kę. Trak­to­wa­ni przez ku­tych na czte­ry łapy krę­ta­czy jak na­iw­ni fra­je­rzy, nie tyl­ko do­sta­wa­li bo­le­sne cię­gi, ale sta­wa­li się ich nie­wol­ni­ka­mi. To na ich gar­bach pro­fi­lo­wa­li się wszel­kiej ma­ści cwa­nia­cy i ka­rie­ro­wi­cze. Zo­rien­to­wa­łem się, jak bez­na­dziej­nym było upa­try­wa­nie w za­kła­ma­nych śro­do­wi­skach war­to­ści czy wzor­ców, szcze­gól­nie u tych, któ­rzy mnie bez­u­stan­nie za coś pięt­no­wa­li.

Wy­zby­ty znacz­nej czę­ści pier­wot­nych lę­ków i nie­śmia­ło­ści, któ­re dłu­go mnie to­czy­ły, uczy­łem się me­cha­ni­zmów kon­tro­li oto­cze­nia. Re­cep­ta była pro­sta: uda­wać! Ciż­ba za­wsze po­dą­ża za prze­wod­ni­kiem, bez wzglę­du na to, czy jest do­brym, czy złym fa­chow­cem, czy prze­ja­wia szla­chet­ne, czy też pod­łe za­mia­ry. Obo­jęt­ne!

Zro­zu­mia­łem, że ta ludz­ka rze­sza była jak za­gu­bio­ne sta­do ba­ra­nów, któ­re szu­ka i re­gu­lar­nie wy­bie­ra no­we­go pa­ste­rza. Pa­ste­rza spo­śród sie­bie, czy­li też ba­ra­na, ale bar­dziej cwa­ne­go od resz­ty.

Sko­ro tak, do­sze­dłem do wnio­sku, że w tej wa­riac­kiej spo­łecz­no­ści opor­tu­ni­stów, któ­ra dzi­siaj jest za, ju­tro prze­ciw, a po­ju­trze nie ma zda­nia, zde­cy­do­wa­nie le­piej bę­dzie zo­stać pa­ste­rzem ba­ra­nem niż zwy­czaj­nym ba­ra­nem pod­le­głym temu pierw­sze­mu. To po­sta­no­wie­nie dało mi nie tyl­ko ko­ją­cy dy­stans, ale po­zwa­la­ło sku­tecz­nie przy­tłu­mić w pa­mię­ci czas na­ce­cho­wa­ny cier­pie­niem i sku­pić się na no­wych moż­li­wo­ściach.

Rzecz ja­sna dość szyb­ko do­świad­czy­łem, że bez­u­stan­ne da­wa­nie przed­sta­wień ma też dru­gą stro­nę me­da­lu. Od tego uda­wa­nia i co­dzien­ne­go wci­ska­nia wszyst­kim fa­bu­ły za­cie­ra­ła się róż­ni­ca po­mię­dzy rze­czy­wi­sto­ścią a fik­cją. Wy­mu­szo­ne ak­tor­stwo wcią­gnę­ło mnie do tego stop­nia, że sta­wa­łem się co­raz mniej wraż­li­wy i praw­dzi­wy. Do­strze­głem nie tyl­ko ten kon­kret­ny pro­blem, ale rów­nież zwią­za­ne z nim nie­bez­pie­czeń­stwa. Nie­mniej na­dal prze­ko­na­ny o słusz­no­ści no­wej dro­gi, przez pe­wien czas głów­ko­wa­łem nad ade­kwat­nym roz­wią­za­niem.

No i zna­la­złem!

Kie­dy brak szcze­ro­ści za­czy­nał sta­wać się przy­tła­cza­ją­cy i od­zy­wa­ły się we mnie stłu­mio­ne lęki, kon­tro­wa­łem we­wnętrz­ny głos pro­te­stu po­in­tą, że sko­ro by­cie sobą jest nie­mniej mę­czą­ce i nie przy­no­si do­raź­nych ko­rzy­ści, lo­gicz­nym po­zo­sta­je kon­ty­nu­acja ob­ra­nej dro­gi.

I to mi po­ma­ga­ło!

Ukształ­to­wa­łem w so­bie byt dru­giej oso­bo­wo­ści, zu­peł­nie in­ne­go, ob­ce­go czło­wie­ka. Może nie sta­łem się kla­sycz­nym so­cjo­pa­tą, ale na pew­no czło­wie­kiem o dwóch twa­rzach. Z jed­nej stro­ny cwa­niak, spryt­niej­szy od in­nych cwa­nia­ków, z dru­giej ro­man­tyk-sen­ty­men­ta­li­sta z prze­chy­łem ku współ­czu­ciu i bez­u­stan­nie wal­czą­cy ze spu­ści­zną wcze­snych lat mło­do­ści. Raz za ra­zem tłu­mi­łem po­ja­wia­ją­cą się sa­mo­rzut­nie ścież­kę roz­wa­żań, czy dane dzia­ła­nie jest mą­dre, spra­wie­dli­we, bez­grzesz­ne itp. W to miej­sce na­rzu­ca­łem so­bie sche­mat my­śle­nia, czy moja ak­tyw­ność jest i bę­dzie sku­tecz­na! Czy za­pro­wa­dzi mnie do wy­zna­czo­ne­go celu, czy osią­gnę suk­ces?!

Jaki był tego re­zul­tat?

W du­żej czę­ści taki, jak esen­cja my­śli Wil­lia­ma Ar­thu­ra War­da: „Pe­sy­mi­sta na­rze­ka na wiatr; opty­mi­sta spo­dzie­wa się jego zmia­ny; re­ali­sta do­sto­so­wu­je ża­gle”.

Miej­sce do­tych­cza­so­wych lę­ków za­peł­ni­ła te­raz so­lid­na daw­ka prag­ma­ty­zmu, ale i też nie­ma­ła por­cja cy­ni­zmu, przez co bez­spor­nie coś utra­ci­łem, cze­go nie umia­łem na­wet na­zwać i cze­go co­raz bar­dziej mi bra­ko­wa­ło. Ale coś za coś! Dzię­ki bry­lo­wa­niu na sce­nie zbie­ra­łem nie­złe plo­ny i po­tra­fi­łem się wy­kpić z mniej przy­jem­nych rze­czy, na przy­kład mo­zo­łu, bie­dy, wy­drwić ze wszyst­kie­go… No, po­wiedz­my pra­wie wszyst­kie­go, bo od śmier­ci wy­kpić się nie da, przy­naj­mniej nie sły­sza­łem o ta­kim wy­pad­ku.

Co naj­bar­dziej zdu­mie­wa­ją­ce, to wła­śnie na ba­zie lęku przed nie­uchron­nym zbu­do­wa­łem świet­nie pro­spe­ru­ją­cy biz­nes, opar­ty na pro­stym do bólu sche­ma­cie. Sche­ma­cie two­rze­nia po­zo­rów, czy­li wła­ści­wie kłam­stwa! Im­pul­sem dla kon­kret­ne­go kie­run­ku dzia­ła­nia był mój są­siad, agent ubez­pie­cze­nio­wy ubra­ny za­wsze w ele­ganc­ki gar­ni­tur i jeż­dżą­cy na co dzień wiel­kim au­tem. Po­dzi­wia­łem go, od kie­dy pa­mię­tam. Za­dba­ny, try­ska­ją­cy ener­gią i za­do­wo­lo­ny z ży­cia fa­cet, ob­da­rza­ją­cy przy­ja­znym uśmie­chem każ­de­go na­po­tka­ne­go czło­wie­ka, zu­peł­nie jak­by gość nie miał więk­szych ży­cio­wych pro­ble­mów.

W pew­nej chwi­li po­my­śla­łem, że sko­ro inni zu­peł­nie le­gal­nie sprze­da­ją ubez­pie­cze­nia na ży­cie, co ład­nie i dość prze­ko­nu­ją­co brzmi, ale w koń­co­wym efek­cie daje za­bez­pie­cze­nie nie temu, któ­ry je za­wie­ra, to mogę zro­bić po­dob­nie. Za wir­tu­al­ną obiet­ni­cę z fi­zycz­nym po­twier­dze­niem po­bie­rać opła­tę. So­wi­tą opła­tę!

Jak po­sta­no­wi­łem, tak zro­bi­łem!

Wpierw były stu­dia, uwień­czo­ne dy­plo­mem in­ży­nie­ra w za­kre­sie bu­do­wy mo­stów, tu­ne­li i po­krew­nych kon­struk­cji. Po­tem kil­ku­let­nia prak­ty­ka w te­re­nie, a kie­dy wie­dzia­łem już cał­kiem spo­ro o sta­li, be­to­nie i ich za­sto­so­wa­niach, za­ło­ży­łem z przy­ja­cie­lem fir­mę i za­czą­łem bu­do­wać bun­kry!

Kon­kret­nie, żel­be­to­no­we po­miesz­cze­nia usa­do­wio­ne głę­bo­ko pod zie­mią, któ­re da­wa­ły ich wła­ści­cie­lom po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa przed woj­ną, ato­mo­wą za­gła­dą czy wy­bu­chem anar­chii. Za­my­ka­ne od we­wnątrz, wy­po­sa­żo­ne w wy­go­dy i ma­ga­zy­ny na wodę oraz trwa­łą żyw­ność, gwa­ran­to­wa­ły na­byw­cy i jego bli­skim prze­ży­cie skraj­nie nie­ko­rzyst­nych cza­sów w wię­cej niż przy­zwo­itych wa­run­kach. Po­nie­waż cena ta­kich obiek­tów wraz z wy­po­sa­że­niem nie­rzad­ko prze­kra­cza­ła war­tość domu i dział­ki, na któ­rej je bu­do­wa­li­śmy, po­ten­cjal­ny ku­piec mu­siał wpierw zo­stać od­po­wied­nio skon­fi­gu­ro­wa­ny, czy­li wy­stra­szo­ny. A kto mógł zro­bić to le­piej ode mnie? Wła­śnie!

Z za­pa­łem re­da­go­wa­łem bro­szu­ry i fol­de­ry re­kla­mo­we, któ­rych głów­nym spo­iwem był strach. Strach przed glo­bal­nym kon­flik­tem, za­miesz­ka­mi na mię­dzy­na­ro­do­wą ska­lę, nie­spo­dzie­wa­ną pan­de­mią i po­dob­ny­mi ka­ta­kli­zma­mi. Mu­szę też uczci­wie przy­znać, że przy pi­sa­niu tych far­ma­zo­nów wca­le nie mu­sia­łem ucie­kać się do wy­obraź­ni. W zu­peł­no­ści wy­star­cza­ła mi wła­sna pa­mięć i za­war­te w niej do­świad­cze­nia. I było coś jesz­cze! Każ­do­ra­zo­wo po zre­da­go­wa­niu no­we­go pro­spek­tu od­czu­wa­łem ulgę, a kie­dy dru­kar­nia przy­sy­ła­ła go­to­we już dzie­ło, po­pa­da­łem nie­mal w eks­ta­zę. Może za­brzmi to jak dzi­wac­two, ale ca­łość dzia­ła­ła na mnie te­ra­peu­tycz­nie. Kie­dy gdzieś wy­bu­cha­ła woj­na, za­ra­za, prze­wro­ty po­li­tycz­ne, umie­jęt­nie wy­ko­rzy­sty­wa­łem te fak­ty na po­trze­by fir­mo­wa­nej lo­giem na­sze­go przed­się­bior­stwa pro­pa­gan­dy lęku. Wów­czas przy­by­wa­ło nam zle­ceń i in­te­res krę­cił się do­sko­na­le.

Cho­ciaż sam uwa­ża­łem bu­do­wę cze­goś po­dob­ne­go za kom­plet­ny idio­tyzm, to jed­nak rów­nież zo­sta­łem po­sia­da­czem ta­kie­go bun­kra. Po­wód był na­tu­ry prak­tycz­nej. Sko­ro sprze­da­ję schro­ny in­nym, mu­szę pod tym wzglę­dem świe­cić przy­kła­dem. No i świe­ci­łem. Po­nad sto me­trów kwa­dra­to­wych pod­ziem­ne­go kom­plek­su z luk­su­so­wym wy­po­sa­że­niem sta­ło się moją naj­lep­szą wi­zy­tów­ką biz­ne­so­wą. Za­pra­sza­łem do sie­bie wąt­pią­cych i tych już za­an­ga­żo­wa­nych, prze­ko­nu­jąc, że nie ma lep­szej po­li­sy na ży­cie po­nad taki schron. Ro­bi­łem to z pre­me­dy­ta­cją i uza­sad­nio­ną na­dzie­ją, że wzmoc­nio­na wi­zją lo­kal­ną pro­pa­gan­da do­trze do ta­kich, któ­rzy mają pie­nią­dze i nie­złe­go pie­tra!

Cy­nicz­ne sia­nie stra­chu funk­cjo­no­wa­ło! Przy­naj­mniej do dzi­siaj, bo w tej chwi­li wła­śnie uczest­ni­czy­łem w ob­rzę­dzie, któ­ry był na­ma­cal­nym do­wo­dem, że moja do­bra pas­sa może mieć swój ko­niec.

Wsia­da­łem do wozu kom­plet­nie prze­po­co­ny, kie­dy do­pa­dły mnie pierw­sze kro­ple je­sien­ne­go desz­czu. Rzu­ci­łem na tyl­ne sie­dze­nie zło­żo­ną ma­ry­nar­kę, zro­bi­łem kil­ka głę­bo­kich wde­chów i ru­szy­łem. Dłuż­szy czas la­wi­ro­wa­łem po­mię­dzy nie­dba­le za­par­ko­wa­ny­mi wo­za­mi nie­wiel­kie­go par­kin­gu, trzy­ma­jąc się ja­dą­ce­go przede mną ka­ra­wa­nu.

Uda­ło się! Po kil­ku mi­nu­tach wy­je­cha­łem na dro­gę szyb­kie­go ru­chu i do­da­łem gazu. Wy­cie­racz­ka po mo­jej stro­nie źle zbie­ra­ła wodę i skrzy­pia­ła. Ryt­micz­nie po­wra­ca­ją­cy dźwięk spra­wiał, że na­wet na krót­ką chwi­lę nie po­tra­fi­łem uwol­nić gło­wy od chmur­nych my­śli.

Jak to moż­li­we? Pe­łen ży­cia, ener­gii i pla­nów, za­wsze szcze­ry do bólu Frank spło­nął żyw­cem we wła­snym domu. I jesz­cze ro­dzi­na! Boże! Taki do­bry oj­ciec, mąż i do tego prze­zor­ny fa­cet! Czuj­ni­ki dymu i gazu nie­mal w każ­dym po­miesz­cze­niu z ga­ra­żem włącz­nie. Jed­na ga­śni­ca w kuch­ni, dru­ga w sa­lo­nie obok ko­min­ka i jesz­cze ap­tecz­ka pierw­szej po­mo­cy w ko­mo­dzie tuż przy wej­ściu.

Po­zna­li­śmy się na stu­diach i szyb­ko zna­leź­li­śmy wspól­ny ję­zyk. Ten sam kie­ru­nek na­uki, po­dob­ne cha­rak­te­ry, pro­ble­my ży­cio­we i wąt­pli­wo­ści, wspól­na ka­rie­ra, a po­tem wła­sna fir­ma, w któ­rej ro­zu­mie­li­śmy się bez słów.

Po­trzą­sną­łem ener­gicz­nie gło­wą i pró­bo­wa­łem sku­pić się na dro­dze, ale wy­obraź­nia wciąż nie opusz­cza­ła po­nu­rych re­gio­nów. Od daw­na nie po­tra­fi­łem już pła­kać, lecz je­śli było mi kie­dy­kol­wiek do ta­kie­go sta­nu bli­sko, to wła­śnie te­raz. Ze­wsząd obej­mo­wał mnie nie­utu­lo­ny żal za kimś, kogo na­praw­dę lu­bi­łem i sza­no­wa­łem, bo Frank na­le­żał do rzad­ko­ści. Był jed­nym z tych do­brych lu­dzi, któ­rych z au­to­ma­tu za­cho­wu­je się na za­wsze we wdzięcz­nej pa­mię­ci. Za­wsze przy­ja­zny i praw­do­mów­ny, a w ży­ciu, jak już wcze­śniej wspo­mnia­łem, naj­go­rzej mają ci szcze­rzy z otwar­tym ser­cem, są wręcz wy­ma­rzo­ną zwie­rzy­ną łow­ną dla ta­kich jak ja. Zde­cy­do­wa­nie mniej kry­tycz­ni, peł­ni em­pa­tii i bez wzglę­du na kosz­ty go­to­wi nieść po­moc każ­de­mu. Upa­tru­ją­cy w in­nych tych sa­mych cech, któ­re sami re­pre­zen­tu­ją. Tym­cza­sem po­szu­ki­wa­nie po­dob­nych cnót i od­ru­chów w spo­łecz­nych ma­sach jest czczą fan­ta­zją, bo zde­cy­do­wa­na więk­szość tej ciż­by nie do­wie­rza na­wet wła­snej du­pie. Może wła­śnie dla­te­go on był mar­twy, a ja wciąż od­dy­cha­łem.

No wła­śnie! Jak dłu­go jesz­cze będę w sta­nie swo­bod­nie od­dy­chać? Czy dam radę po­cią­gnąć biz­ne­so­wy wó­zek bez Fran­ka? Gdzie znaj­dę ko­goś po­dob­ne­go? Czy tacy w ogó­le jesz­cze ist­nie­ją?

Uśmiech­ną­łem się mi­mo­wol­nie. Czy świat, jaki za­sta­łem, nie stoi na gło­wie? Czy daje al­ter­na­tyw­ne opcje? Po­zwa­la być wol­nym, szcze­rym i do­bro­dusz­nym? Co otrzy­mu­je czło­wiek w za­mian za taką po­sta­wę? Stuk­nę­ła mi czter­dziest­ka i mimo że nie je­stem za­wo­do­wym ak­to­rem, za­gra­łem w ży­ciu wszyst­kie moż­li­we role, poza sobą, bo naj­trud­niej za­grać sa­me­go sie­bie, i w za­sa­dzie to je­dy­na po­stać, w któ­rą nie po­tra­fi­łem się wcie­lić!

Do koń­ca nie wiem, dla­cze­go tak wła­śnie jest. Być może ukształ­to­wa­na pod biz­nes uczci­wość ozna­cza świa­do­me wy­zby­cie się na­tu­ral­nych cech, od­ru­chów i za­stą­pie­nie ich kal­ku­lo­wa­ną aran­ża­cją, cią­giem sku­tecz­nych w dzia­ła­niu wzo­rów. A w kon­se­kwen­cji skut­ku­je to bra­kiem peł­nej szcze­ro­ści, bra­kiem sie­bie po pro­stu! Tak… to chy­ba naj­bar­dziej praw­do­po­dob­ne wy­ja­śnie­nie.

Zno­wu na­bra­łem po­wie­trza głę­bo­ko w płu­ca i wy­pu­ści­łem, gło­śno przy tym wzdy­cha­jąc.

Oto moja prze­strzeń, oto­cze­nie i rze­czy­wi­stość. Dwu­li­co­wy świat, w któ­rym nie­ustan­nie mu­sisz kon­fa­bu­lo­wać! Zu­peł­nie jak­by cały kunszt na­sze­go bytu spro­wa­dzał się do kre­owa­nia po­sta­ci, ja­ki­mi w isto­cie rze­czy nie je­ste­śmy, ale być mu­si­my. Ten, któ­ry się z pro­gra­mu wy­ła­mu­je, szyb­ko do­świad­cza, co taka po­sta­wa ze sobą nie­sie.

Kie­dy wspo­mnia­ny uprzed­nio cy­tat fran­cu­skie­go my­śli­cie­la po­zwo­lił mi zro­zu­mieć, że szcze­rość do ni­cze­go nie pro­wa­dzi, bo to tro­chę tak, jak­by w miej­scu pu­blicz­nym cho­dzić bez spodni i maj­tek. W pierw­szym od­ru­chu no­si­łem się z za­mia­rem unie­moż­li­wie­nia in­nym do­stę­pu do li­te­ra­tu­ry, któ­ra do­ko­na­ła w mo­jej men­tal­no­ści tak waż­kich zmian. Jed­nak szyb­ko za­rzu­ci­łem po­mysł, kie­dy w lo­kal­nej bi­blio­te­ce się zo­rien­to­wa­łem, że od dwu­dzie­stu pię­ciu lat by­łem pierw­szą oso­bą, któ­ra po tę po­zy­cję się­gnę­ła! Jesz­cze je­den smut­ny do­wód na to, czym wła­ści­wie była ta ludz­ka masa na ze­wnątrz.

Wów­czas do­strze­głem, jak wiel­ką szan­sę dał mi los! Szan­sę na inne, do­stat­nie i usła­ne suk­ce­sa­mi ży­cie. Mo­głem się od­kuć za wie­lo­let­nie cier­pie­nia i po­czu­cie bra­ku war­to­ści, sto­su­jąc ba­nal­ną za­sa­dę: być wbrew so­bie! Stać się ba­je­ran­tem, spryt­nym li­sem, ak­to­rem po pro­stu! Od­rzu­cić więk­szość mo­ral­nych ha­mul­ców i po­dob­ne du­pe­re­le, a w ich miej­sce sto­so­wać ka­mu­flaż i ro­bić oto­cze­nie w ko­nia. Nie mar­twić się o ju­tro, ale przeć bez­par­do­no­wo do przo­du, nie spusz­cza­jąc z oczu celu, bo to on jest naj­waż­niej­szy. Kie­dy go osią­gniesz, two­ją wy­gra­ną bę­dzie nie­za­leż­ność, a co za tym idzie po­wszech­ny po­dziw, uzna­nie i sza­cu­nek. Oczy­wi­ście sza­cu­nek uda­wa­ny, ale co za róż­ni­ca, sko­ro cała pu­bli­ka to też ak­to­rzy. Jed­ni mar­ni, inni lep­si, ci u sa­mej góry po pro­stu świet­ni.

W tam­tej chwi­li do­zna­ne­go olśnie­nia nie wie­dzia­łem jesz­cze do­kład­nie, co wła­ści­wie będę ro­bił, ale by­łem pew­ny, że chcę do­trzeć moż­li­wie na sam szczyt, i pra­wie się uda­ło! Szczy­tu co praw­da nie osią­gną­łem, bo nie po­tra­fi­łem wy­zbyć się dzie­dzicz­nej reszt­ki przy­zwo­ito­ści, któ­ra sta­wa­ła tu i ów­dzie w po­przek mo­ich pla­nów, ale za­sze­dłem da­le­ko. Gdy­by nie kil­ka sła­bo­ści, któ­re śla­do­wo jesz­cze prze­ja­wia­łem, za­szedł­bym da­lej!

Jed­ną z nich był Frank. Z jed­nej stro­ny po­trze­bo­wa­łem przy­naj­mniej jed­ne­go uczci­we­go w moim oto­cze­niu, a już na pew­no w fir­mie. Z dru­giej jego au­ten­tycz­na pro­sto­li­nij­ność nie­rzad­ko ni­we­czy­ła mi­ster­ny plan i do­pro­wa­dza­ła mnie do szew­skiej pa­sji. Mu­szę jed­nak uczci­wie przy­znać, że dzię­ki nie­mu to­wa­rzy­szył mi chro­nicz­nie nie­wiel­ki, ale praw­dzi­wy zbiór sprzecz­no­ści trud­nych do po­go­dze­nia, któ­ry po­wstrzy­my­wał mnie przed pój­ściem na ca­łość. W koń­co­wym efek­cie po­zwa­la­ło to za­cho­wać ja­kąś szla­chet­ność, a przy­naj­mniej jej reszt­ki.

Mi­ja­łem wła­śnie Mo­na­chium, kie­dy za­dzwo­ni­ła se­kre­tar­ka. Zi­gno­ro­wał­bym te­le­fon, ale mia­łem już kil­ka nie­ode­bra­nych po­łą­czeń, więc mimo we­wnętrz­nych opo­rów wci­sną­łem gu­zik. Za­nim się ode­zwa­łem, usły­sza­łem szyb­ko wy­po­wie­dzia­ne zda­nie…

– Do­brze, że pana zła­pa­łam! Dok­tor Fi­scher dzwo­nił już czte­ry razy i pro­si o pil­ny kon­takt!

Zi­ry­to­wa­ny ta­kim wstę­pem, od­cze­ka­łem chwi­lę.

– Wra­cam z po­grze­bu, pro­szę umó­wić go na po­ju­trze.

Ton Hil­dy był nie­ustę­pli­wy.

– Pan Fi­scher chce z pa­nem roz­ma­wiać te­raz. Robi wra­że­nie zde­ner­wo­wa­ne­go i jest, je­śli wol­no mi za­uwa­żyć, nie­przy­jem­ny. Za każ­dym ra­zem po­wta­rza, że to pil­ne.

Pró­bo­wa­łem od­szu­kać w gło­wie ob­raz twa­rzy dok­to­ra Fi­sche­ra, ale nie po­tra­fi­łem go so­bie przy­po­mnieć. Wie­dzia­łem tyl­ko, że od lat pi­sał dla nas eks­per­ty­zy praw­ne i spo­rzą­dzał umo­wy, ale o ze­wnętrz­nych do­rad­ców trosz­czył się do tej pory Frank, ten sam, któ­re­go zim­ne cia­ło przed go­dzi­ną znik­nę­ło w zie­mi…

– Wy­da­rzy­ło się coś jesz­cze?

– Nie­wie­le. Ja­kieś zwie­rzę­ta zbie­gły z zoo i te­raz po­li­cja pa­tro­lu­je uli­ce… są utrud­nie­nia w ru­chu.

Po chwi­li pau­zy Hil­da ostroż­nie do­py­ta­ła:

– Więc co mam po­wie­dzieć panu Fi­sche­ro­wi?

Nie by­łem w na­stro­ju do żad­nych roz­mów, tym bar­dziej że fa­ce­ta pra­wie nie zna­łem, ale…

– Ten Fi­scher jest jesz­cze na li­nii?

– Cały czas.

– Pro­szę mnie po­łą­czyć.

W tle usły­sza­łem kil­ka pyk­nięć, ja­kiś zgrzyt i wy­raź­nie zde­ner­wo­wa­ny mę­ski głos.

– Halo?!

– Tho­mas Kraft z tej stro­ny, dzień do­bry. Co mogę dla pana zro­bić?

Mój spo­koj­ny ton mu­siał po­dzia­łać na ner­wu­sa re­flek­syj­nie, bo na kil­ka chwil za­pa­dła ci­sza, a kie­dy wresz­cie się ode­zwał, czu­łem, jak sta­ra się za­pa­no­wać nad emo­cja­mi.

– Więc tak… Cho­dzi o pie­nią­dze. O moje pie­nią­dze. Prze­sła­łem pa­nom przed czte­re­ma ty­go­dnia­mi ra­chu­nek, otrzy­ma­łem pi­sem­ne po­twier­dze­nie, ale środ­ków wciąż nie ma! Pan Gru­ber za­pew­niał mnie, że na­za­jutrz będę miał je na kon­cie. Tym­cza­sem mi­nę­ły dwa ty­go­dnie! Nie po­tra­fię skon­tak­to­wać się z pa­nem Gru­be­rem i nikt nie jest w sta­nie mi po­wie­dzieć, kie­dy otrzy­mam prze­lew! – Ostat­nie zda­nie Fi­scher wy­po­wie­dział pod­nie­sio­nym to­nem.

Si­ląc się na spo­kój, po­wie­dzia­łem z nut­ką za­tro­ska­nia:

– Pro­szę wpierw przy­jąć moje szcze­re prze­pro­si­ny. To, co pana spo­tka­ło, nie po­win­no się zda­rzyć i pra­gnę za­pew­nić, że za­raz po po­wro­cie do biu­ra zaj­mę się pań­ską spra­wą oso­bi­ście.

Roz­mów­ca po dru­giej stro­nie na­brał no­we­go ani­mu­szu. Tłu­miąc z tru­dem wy­buch zło­ści, wy­rzu­cał z sie­bie pre­ten­sje:

– To skan­dal! Żeby tak trak­to­wać ko­ope­ran­ta! Mam ter­mi­no­we płat­no­ści, zo­bo­wią­za­nia. Pan Gru­ber mnie za­pew­niał, a po­tem na­wet nie od­dzwo­nił!

Od­cze­ka­łem cier­pli­wie, aż daw­ka fru­stra­cji się wy­czer­pie. Wte­dy tym sa­mym gło­sem prze­peł­nio­nym tro­ską i ża­lem oświad­czy­łem:

– Nie wie pan jesz­cze wszyst­kie­go, pa­nie Fi­scher. Pan Gru­ber zgi­nął wraz ze swo­ją ro­dzi­ną. Wra­cam wła­śnie z jego po­grze­bu.

W słu­chaw­ce na­sta­ła ci­sza. Nie by­łem pe­wien, czy mam jesz­cze po­łą­cze­nie, dla­te­go za­py­ta­łem:

– Jest pan tam jesz­cze?

Głos mo­je­go roz­mów­cy kom­plet­nie zmie­nił bar­wę. Te­raz prze­peł­nia­ło go nie­do­wie­rza­nie…

– Co pan mówi? Frank… To zna­czy, że pan Gru­ber nie żyje?

– Nie­ste­ty. Są­dzę, że dla­te­go wła­śnie pań­skie pie­nią­dze nie zo­sta­ły jesz­cze prze­la­ne, przy­kro mi.

– To strasz­ne! Cała ro­dzi­na? Jak to moż­li­we?

– Tra­gicz­ny wy­pa­dek.

Zno­wu za­pa­dło dłuż­sze mil­cze­nie…

– Boże… Ro­zu­miem. Oczy­wi­ście to zmie­nia wszyst­ko… Nie mia­łem po­ję­cia, by­łem na­wet wście­kły na… To zna­czy zły na pana Gru­be­ra. Więc… może zrób­my tak, kie­dy już bę­dzie pan u sie­bie, pro­szę do mnie za­dzwo­nić. Co praw­da ra­chu­nek opie­wa na bli­sko sto ty­się­cy, ale po­ra­dzę so­bie. My­ślę, że zwa­żyw­szy na oko­licz­no­ści, te kil­ka dni zwło­ki ni­cze­go już nie zmie­nią.

Umó­wi­łem się z Fi­sche­rem za dwa dni i w ete­rze za­pa­no­wa­ła bło­ga ci­sza.

Po­pra­wi­łem się wy­god­niej w fo­te­lu i pod­krę­ci­łem nie­co gło­śniej ra­dio, sły­sząc do­bie­ga­ją­ce tak­ty Czte­rech pór roku Vi­val­die­go. Mu­zy­ka ide­al­nie wpi­sy­wa­ła się w pej­zaż aury na ze­wnątrz i mo­je­go sa­mo­po­czu­cia. Za­czą­łem ukła­dać so­bie plan ju­trzej­sze­go dnia. Przede wszyst­kim księ­go­wość, trze­ba się zo­rien­to­wać, ja­kie prze­le­wy zo­sta­ły zre­ali­zo­wa­ne, a ja­kie nie. Ta­kich Fi­sche­rów może być wię­cej, z dru­giej stro­ny dla­cze­go Frank nic mi nie po­wie­dział o klien­cie, któ­re­mu za­le­ga­my z tak po­waż­ną kwo­tą?

Ko­lej­ny te­le­fon prze­rwał te roz­my­śla­nia – dzwo­ni­ła moja po­moc do­mo­wa. Cięż­ko wes­tchną­łem i ab­so­lut­nie po­zba­wio­ny en­tu­zja­zmu, ode­bra­łem.

– Tak, pani Elzo?

– Nie­szczę­ście! Strasz­ne nie­szczę­ście!

In­stynk­tow­nie zdją­łem nogę z gazu, po­chy­li­łem się do przo­du i wsłu­cha­łem w głos prze­peł­nio­ny roz­pa­czą.

– Co się sta­ło?

– Wła­ma­li się!

– Gdzie się wła­ma­li?

– Do pana się wła­ma­li!

Ką­tem oka zo­ba­czy­łem nie­bie­ski znak in­for­mu­ją­cy o par­kin­gu. Od­ru­cho­wo włą­czy­łem kie­run­kow­skaz i zje­cha­łem na pas zwal­nia­ją­cy, a po­tem do naj­bliż­szej za­to­ki. Ode­zwa­łem się do­pie­ro po za­trzy­ma­niu.

– Do mnie? Do mo­je­go domu?

– Tak!

– Kie­dy?

– Przy­szłam pod­lać kwiat­ki… jak zwy­kle. Nie wiem, kie­dy się wła­ma­li, bo ostat­ni raz by­łam tu sprzą­tać przed ty­go­dniem.

Zga­si­łem sil­nik, od­chy­li­łem gło­wę na za­głó­wek i pró­bo­wa­łem ze­brać my­śli.

Wzbie­rał we mnie gniew, ale nie na Elzę. Przed ro­kiem, pła­cąc dość sło­ną cenę, ku­pi­łem sta­ry dom w mało in­te­re­su­ją­cej bry­le, ale z dużą dział­ką. Cho­ciaż mo­głem do­ko­nać in­ne­go wy­bo­ru, zde­cy­do­wa­łem się wła­śnie na ten obiekt. Dom znaj­do­wał się w tym sa­mym mia­stecz­ku, co na­sza fir­ma, a po­śred­nik za­pew­niał o wy­jąt­ko­wo­ści dziel­ni­cy za­sie­dlo­nej przez za­moż­ną kla­sę śred­nią, czy­li miej­sca wol­ne­go od prze­stępstw i po­dej­rza­ne­go ele­men­tu. Za okna­mi mia­łem urze­ka­ją­cy wi­dok za­le­sio­nych wznie­sień Lasu Teu­to­bur­skie­go, za­dba­nych ogro­dów, czy­stych po­dwó­rek, ko­ją­cą ci­szę i świę­ty spo­kój. Wszyst­ko, cze­go nor­mal­ny czło­wiek pra­gnie naj­bar­dziej. Od dwu­na­stu mie­się­cy nie pła­ci­łem czyn­szu, bo in­we­sty­cję wła­sne­go lo­kum zre­ali­zo­wa­łem za go­tów­kę, co da­wa­ło mi rów­nież po­czu­cie kom­for­tu. Do tej pory nie mo­głem tych wa­lo­rów w peł­ni do­świad­czyć, pra­ca rzu­ca­ła mnie bo­wiem raz tu, raz tam i miesz­ka­łem u sie­bie od wiel­kie­go dzwo­nu. Na­wet na po­grzeb przy­ja­cie­la przy­je­cha­łem z mar­szu, to zna­czy zza gra­ni­cy, a do sie­bie mia­łem stąd jesz­cze okrą­głe sześć­set ki­lo­me­trów. To przez ro­dzi­nę żony Fran­ka, któ­ra po­sta­no­wi­ła spro­wa­dzić cia­ła w po­bli­że swo­je­go do­mo­stwa, by móc re­gu­lar­nie od­wie­dzać gro­by cór­ki, wnu­ków i zię­cia.

Usły­sza­łem jesz­cze bar­dziej nie­pew­ny głos Elzy.

– Halo?

– Je­stem, je­stem… Za­wia­do­mi­ła pani po­li­cję?

– Oni już tu są. Z zoo ucie­kły zwie­rzę­ta i po mie­ście krą­żą ra­dio­wo­zy, wy­szłam przed dom i je­den za­trzy­ma­łam.

– Może mi pani dać ko­goś do te­le­fo­nu?

Na­stą­pi­ła dłuż­sza prze­rwa. Nie by­łem pe­wien, czy mnie zro­zu­mia­ła, i mia­łem za­miar po­wtó­rzyć proś­bę, kie­dy w słu­chaw­ce za­brzmiał mę­ski głos…

– Pan Tho­mas Kraft?

– Przy te­le­fo­nie!

– Sier­żant An­dre­as Hi­mels­bach. Je­ste­śmy u pana w domu, co z pew­no­ścią jest już panu wia­do­me. Pań­ska go­spo­sia zgło­si­ła wła­ma­nie. Ktoś wszedł tu nie­pro­szo­ny i zo­sta­wił tro­chę ba­ła­ga­nu… Kie­dy może pan przy­je­chać na miej­sce?

Przez kil­ka se­kund się za­sta­na­wia­łem.

– Je­stem na po­łu­dniu, w Ba­wa­rii, ale zmie­nię tra­sę i po­pę­dzę w kie­run­ku domu. Są­dzę, że za­bie­rze mi to ja­kieś pięć, może sześć go­dzin.

– Do­brze! Cze­ka­my na ko­le­gów z kry­mi­nal­nej, zro­bią oglę­dzi­ny i za­bez­pie­czą śla­dy. Ktoś na pew­no się z pa­nem skon­tak­tu­je, usta­li­cie da­lej, co i jak.

Po­że­gna­łem się. W jed­nej chwi­li na­wie­dzi­ła mnie gwał­tow­na fala zło­ści. Co za su­kin­sy­ny! Niech to szlag ja­sny tra­fi! Nie dość, że ja­kieś ćwo­ki wla­zły mi do domu, to jesz­cze mu­sia­łem zno­wu od­pu­ścić od daw­na prze­kła­da­ne spo­tka­nie z praw­ni­kiem!

Za­dzwo­ni­łem do nie­go i od­by­łem trud­ną roz­mo­wę, a na­stęp­nie przez bite sto pięć­dzie­siąt ki­lo­me­trów roz­my­śla­łem nad tym, jak ona wpły­nie na pró­bę unor­mo­wa­nia sto­sun­ków z urzę­dem bu­dow­la­nym, z któ­rym od lat to­czy­łem wal­kę o mój mo­de­lo­wy bun­kier. Rzecz była tego ro­dza­ju, że zbu­do­wa­łem go na spo­rej wiel­ko­ści dział­ce o re­kre­acyj­nym prze­zna­cze­niu, wy­łą­czo­nej z kla­sycz­nej za­bu­do­wy. Po­nie­waż pra­wo za­bra­nia­ło bu­do­wa­nia obiek­tu na dział­ce, ale nie pod nią, wy­ko­rzy­sta­łem lukę w prze­pi­sach, a na­stęp­nie zre­ali­zo­wa­łem mój po­mysł. Przez kil­ka lat nic się nie dzia­ło, aż do chwi­li, kie­dy w urzę­dzie do­szło do zmia­ny ge­ne­ra­cji i ja­kiś mło­dy praw­nik pró­bo­wał ro­bić mi koło pió­ra. By­łem na­wet zmu­szo­ny do­ko­nać pew­nych zmian w bu­dow­li na rzecz wy­mo­gów bez­pie­czeń­stwa prze­ciw­po­ża­ro­we­go, bo gro­zi­ło mi kom­plet­ne za­mknię­cie obiek­tu, któ­ry peł­nił prze­cież rolę mo­jej re­kla­my.

Cóż, w tej chwi­li mam zwią­za­ne ręce i mu­szę się za­jąć bie­żą­cy­mi pro­ble­ma­mi. Więc po ko­lei, co mo­gli ukraść zło­dzie­je? Nie trzy­ma­łem w domu więk­szej go­tów­ki, bi­żu­te­rii i po­dob­nych skar­bów. Naj­więk­szą war­tość przed­sta­wia­ła bi­blio­te­ka zło­żo­na z kil­ku ty­się­cy ksią­żek i ko­lek­cja płyt wi­ny­lo­wych… i to wła­ści­wie wszyst­ko!

Im dłu­żej nad tym roz­my­śla­łem, tym bar­dziej ro­sło moje zdu­mie­nie. Do tego stop­nia, że przez resz­tę dro­gi drę­czy­ło mnie już tyl­ko jed­no py­ta­nie: co sku­si­ło zło­dziei do na­wie­dze­nia wła­śnie mo­jej cha­ty? Nie zna­la­złem od­po­wie­dzi…

Po zmierzchu

Za pięć dzie­wią­ta wie­czo­rem, wy­czer­pa­ny wie­lo­go­dzin­ną jaz­dą, za­par­ko­wa­łem przed wia­tą mo­je­go domu. Wcho­dząc na ga­nek, wzią­łem głę­bo­ki wdech i ro­zej­rza­łem się w po­szu­ki­wa­niu śla­dów wła­ma­nia, ale żad­nych nie za­uwa­ży­łem. Może nie jest tak źle – po­my­śla­łem.

Otwo­rzy­łem drzwi wej­ścio­we i na­tych­miast ska­mie­nia­łem. Wnę­trze przed­sta­wia­ło ob­raz spu­sto­sze­nia po hu­ra­ga­nie! Opar­łem się cięż­ko o ścia­nę, bo wi­dok prze­szedł moje naj­śmiel­sze ocze­ki­wa­nia. Drew­nia­na bo­aze­ria zo­sta­ła do­słow­nie zdar­ta ze ścian i su­fi­tu. Tu i ów­dzie na­ru­szo­no na­wet po­wierzch­nię pod­ło­gi. Ru­szy­łem przed sie­bie, ale im da­lej, tym go­rzej. Ku­chen­ne szaf­ki po­wy­ry­wa­ne ze ścien­nych mo­co­wań, roz­bi­ty zlew, zde­mo­lo­wa­na lo­dów­ka i jesz­cze roz­pru­te obi­cia krze­seł. W sa­lo­nie nie było le­piej, ze skó­rza­nej ka­na­py ster­cza­ły wy­be­be­szo­ne sprę­ży­ny i bia­ła gąb­ka, ale naj­bar­dziej ża­ło­sny wi­dok przed­sta­wiał mój ulu­bio­ny fo­tel. Skó­rza­ny fo­tel Che­ster­fiel­da z ory­gi­nal­nym obi­ciem, na­by­ty za cięż­kie pie­nią­dze na au­kcji w Rot­ter­da­mie, spra­wiał wra­że­nie, jak­by ktoś wło­żył w sie­dzi­sko gra­nat, a po­tem wy­jął za­wlecz­kę. Zre­zy­gno­wa­ny usia­dłem, a wła­ści­wie bez­wład­nie okla­płem na jego drew­nia­nej ra­mie, i za­pa­li­łem pa­pie­ro­sa…

Zła­ma­łem wła­sną za­sa­dę, bo po raz pierw­szy pa­li­łem w bi­blio­te­ce! Dłuż­szy czas się za­cią­ga­łem i pa­trzy­łem w je­den punkt pod­ło­gi, pró­bu­jąc za­pa­no­wać nad ner­wa­mi. Jesz­cze nikt ni­g­dy się do mnie nie wła­mał. Dziw­ne uczu­cie, kie­dy do­pa­da cię świa­do­mość, że ktoś zu­peł­nie obcy grze­bał w two­ich rze­czach, na­wet tych naj­bar­dziej oso­bi­stych.

Gdzie­kol­wiek pa­dał wzrok, wstrzą­sa­ła mną złość, a na­wet wście­kłość. Re­ga­ły z książ­ka­mi ze­rwa­no ze ścian i te­raz wszyst­ko two­rzy­ło kil­ka bez­ład­nych kup na pod­ło­dze. Ob­ra­zu roz­pa­czy do­peł­niał roz­bi­ty Vic­tor, gra­mo­fon ana­lo­go­wy na­by­ty w ubie­głym roku i z pie­ty­zmem od­re­stau­ro­wa­ny za kil­ka ty­się­cy.

Co to jest, do ja­snej cho­le­ry!? Skąd taka agre­sja u zło­dziei? Dla­cze­go tak spu­sto­szy­li miesz­ka­nie? Byli na­ćpa­ni?

Do­pa­li­łem pa­pie­ro­sa, za­sta­na­wia­jąc się, gdzie wy­rzu­cić peta? Krę­ci­łem się w kół­ko, nie znaj­du­jąc sto­sow­ne­go na­czy­nia, więc ru­szy­łem do to­a­le­ty i wrzu­ci­łem go do klo­ze­tu. Tu­taj, poza musz­lą i wan­ną, nic nie oca­la­ło, na­wet kon­so­la z umy­wal­ką zo­sta­ła po­trak­to­wa­na bru­tal­nie. Ręce umy­łem nad wan­ną, któ­ra od­zwier­cie­dla­ła po­przed­ni stan. Była wy­ko­na­na z so­lid­ne­go sto­pu że­li­wa, chy­ba tyl­ko dla­te­go nie dała się zde­wa­sto­wać.

Po­zba­wio­ny ja­kiej­kol­wiek na­dziei, po­wlo­kłem się do sy­pial­ni…

Na pię­trze za­sta­łem wi­dok bliź­nia­czo po­dob­ny do tego na dole. Łóż­ko z no­wiut­kim ma­te­ra­cem me­to­dycz­nie wy­pa­tro­szo­ne, je­dy­nie sza­fa trzy­ma­ła się kupy, cho­ciaż nie oszczę­dzo­no lu­ster. Jej za­war­tość wa­la­ła się w bez­ła­dzie po ca­łej pod­ło­dze. Re­ko­ne­sans resz­ty po­miesz­czeń prze­biegł bez nie­spo­dzia­nek, zgod­nie z ocze­ki­wa­nia­mi – było tak samo.

Na po­wrót zsze­dłem do bi­blio­te­ki i za­pa­li­łem ko­lej­ne­go pa­pie­ro­sa. Kil­ka mi­nut wał­ko­wa­nia moż­li­wych przy­czyn obec­ne­go sta­nu do­pro­wa­dzi­ło mnie do prze­ko­na­nia, że ra­bu­sie, roz­cza­ro­wa­ni bra­kiem cze­goś cen­ne­go, wy­ży­wa­li się na tym, co było w za­się­gu wzro­ku i ręki. Bo jak ina­czej wy­tłu­ma­czyć bez­sen­sow­ną ska­lę znisz­czeń?

Roz­glą­da­łem się wła­śnie za bu­tel­ką cze­goś pro­cen­to­we­go, co po­mo­gło­by zła­go­dzić efek­ty do­zna­ne­go szo­ku, kie­dy usły­sza­łem dzwo­nek do drzwi. Kogo li­cho nie­sie o tej po­rze? Może po­li­cja?

Znie­chę­co­ny pod­sze­dłem do do­mo­fo­nu i zo­ba­czy­łem na ekra­nie gębę po­czci­we­go, ale za­ra­zem naj­bar­dziej upier­dli­we­go są­sia­da, ja­kie­go no­si­ła świę­ta zie­mia… Udo! Za­sta­na­wia­łem się przez dłuż­szą chwi­lę, czy nie zi­gno­ro­wać go­ścia, ale to i tak by nic nie zmie­ni­ło, więc na­ci­sną­łem zwal­niacz elek­tro­zam­ka. Za­le­d­wie wszedł, jak zwy­kle od sa­me­go pro­gu wy­lał na mnie swą jo­wial­ność…

– Tho­mas, miły przy­ja­cie­lu! Gdzie się po­nie­wie­rasz? Całe ty­go­dnie cię nie wi­dzę…

Za­milkł i w ułam­ku se­kun­dy mina mu zrze­dła, kie­dy spo­strzegł znisz­czo­ną bo­aze­rię ko­ry­ta­rza.

– Co tu się sta­ło, do kata!?

Mach­ną­łem ręką w ge­ście re­zy­gna­cji.

– Ja­kieś za­sra­ne ćpu­ny szu­ka­ły for­sy na dra­gi i tak wła­śnie wy­glą­da ich roz­cza­ro­wa­nie.

Pa­trzył zu­peł­nie osłu­pia­ły wo­kół sie­bie.

– Ćpu­ny? Tu­taj? Kie­dy to się sta­ło?

– Nie wiem, bo nie było mnie w domu. Sprzą­tacz­ka od­kry­ła wła­ma­nie dzi­siaj, a że nie bywa tu co­dzien­nie, to do­kład­nej daty nie znam.

Są­siad po­krę­cił z nie­do­wie­rza­niem gło­wą.

– Współ­czu­ję… bar­dzo. Po­wiedz, jak mogę ci po­móc?

Po raz pierw­szy od przy­by­cia tu­taj się uśmiech­ną­łem. Po­mi­mo swej upier­dli­wo­ści Udo był uczyn­ny i miał nie­ogra­ni­czo­ne za­so­by cza­su. Jako kil­ku­let­nie dziec­ko uległ cięż­kie­mu wy­pad­ko­wi pod­czas jaz­dy kon­nej. Nie­szczę­śli­wie spadł z cha­be­ty, a ta dość bru­tal­nie po­trak­to­wa­ła jego gło­wę ko­py­ta­mi, w wy­ni­ku cze­go stra­cił oko i miał po­kie­re­szo­wa­ną czasz­kę. Po opusz­cze­niu szpi­ta­la pod­da­no go wie­lo­let­niej re­ha­bi­li­ta­cji, ale zdol­ność do pra­cy po­zo­sta­ła trwa­le ogra­ni­czo­na. Co praw­da przy­zna­no mu ren­tę wy­pad­ko­wą, jed­nak na tyle skrom­ną, że z tru­dem za­spa­ka­ja­ła pod­sta­wo­we po­trze­by, więc pró­bo­wał róż­nych za­jęć. Raz roz­wo­ził je­dze­nie, po­tem po­ma­gał w kuch­ni domu se­nio­ra, ale ni­g­dzie nie za­grzał miej­sca na dłu­żej.

Wąt­pli­wa ja­kość świad­czo­nych przez nie­go usług była wręcz le­gen­dar­na i sta­ła się nie­usta­ją­cym te­ma­tem żar­tów lo­kal­nej spo­łecz­no­ści. Zna­jo­my Włoch pro­wa­dzą­cy nie­wiel­ką re­stau­ra­cję z je­dze­niem na wy­nos opo­wia­dał, że o ile uda­ło się Udo z piz­zą tra­fić pod wła­ści­wy ad­res, to ta za­wsze zdą­ży­ła już osty­gnąć! Pra­ca w kuch­ni prze­bie­ga­ła po­dob­nie. Je­śli cze­goś nie przy­pa­lił albo nie za­po­mniał, to zjadł sam lub do­ku­ment­nie spie­przył!

Sy­tu­acja ma­te­rial­na Udo ule­gła znacz­nej po­pra­wie do­pie­ro przed dwo­ma laty, kie­dy otrzy­mał po ojcu dom i więk­szą jego część wy­na­jął. Po­zwa­la­ło mu to na ży­cie po­zba­wio­ne więk­szych trosk i za­prze­sta­nie szu­ka­nia pra­cy za­rob­ko­wej. On sam miesz­kał w skrom­nym lo­ka­lu na pod­da­szu tej cha­ty i wła­ści­wie bra­ko­wa­ło mu je­dy­nie ko­bie­ty, przy­naj­mniej tak twier­dził. Po­dej­mo­wał w tym kie­run­ku na­wet sta­ra­nia, ale były one po­dob­ne tym z szu­ka­niem pra­cy.

Chło­pak po­zo­stał sta­rym ka­wa­le­rem albo, uży­wa­jąc ję­zy­ka współ­cze­śnie mod­ne­go, sin­glem! Całe dnie spę­dzał na wę­drów­kach po na­szej mie­ści­nie, a je­dy­ne re­gu­lar­ne za­ję­cie, któ­re go ab­sor­bo­wa­ło, po­le­ga­ło na my­ciu i sprzą­ta­niu du­że­go kam­pe­ra. Dwu­na­sto­me­tro­wej dłu­go­ści wóz z peł­nym wy­po­sa­że­niem po­da­ro­wa­ła mu ja­kaś ciot­ka z Ame­ry­ki. Jed­nak po­jazd, ze wzglę­du na cał­ko­wi­tą masę prze­kra­cza­ją­cą pięć ton, wy­ma­gał od kie­ru­ją­ce­go pra­wa jaz­dy na cię­ża­rów­ki, któ­re­go Udo nie miał, więc chło­pak ni­g­dzie nim nie jeź­dził, ale za to mył i czy­ścił do­słow­nie co dru­gi dzień. W ca­łej oko­li­cy trud­no o bar­dziej za­dba­ny obiekt na ko­łach.

Jego na­mol­ny cha­rak­ter, nie­ty­po­we przy­zwy­cza­je­nia i inne po­krew­ne ce­chy były zna­ne miesz­kań­com na­sze­go mia­stecz­ka. Moż­na na­wet za­ry­zy­ko­wać twier­dze­nie, że wszy­scy bez wy­jąt­ku zna­li go na wy­lot. Cho­ciaż nie sta­no­wił spe­cjal­ne­go za­gro­że­nia, po­tra­fił być mę­czą­cy. Naj­bar­dziej uciąż­li­wy sta­wał się w trak­cie świąt i week­en­dów. Kie­dy w trak­cie po­zba­wio­nych celu spa­ce­rów do jego noz­drzy do­cie­rał za­pach wę­gla drzew­ne­go po­łą­czo­ne­go z aro­ma­tem gril­lo­wa­ne­go mię­sa, zwy­czaj­nie wpra­szał się lu­dziom do ogro­dów lub na ta­ra­sy, a ci mie­li go na kar­ku przez kil­ka go­dzin. Jak już do­stał krze­sło i do tego ta­lerz ze sztuć­ca­mi, bie­siad­ni­cy do­świad­cza­li, co zna­czy być ska­za­nym na karę to­wa­rzy­stwa wy­jąt­ko­we­go nu­dzia­rza i jesz­cze słu­cha­nia dow­ci­pów z bar­dzo dłu­gą bro­dą. Chło­pak opusz­czał gre­mium jako ostat­ni albo kie­dy zmę­czył się już je­dze­niem i śmie­chem z wła­snych ka­wa­łów, któ­rych więk­szość słu­cha­czy nie ro­zu­mia­ła.

Tak, tak, to nie żart! Miesz­kań­cy spo­koj­ne­go miej­sca za­wsze mu­sie­li li­czyć się z jego od­wie­dzi­na­mi i wszyst­kim, co one za sobą po­cią­ga­ły. Mimo to trak­to­wa­no go z wy­ro­zu­mia­ło­ścią i po­bła­ża­niem.

Po­dob­nie jak kil­ku­set­let­nia stud­nia na ryn­ku czy hi­sto­rycz­na bu­dow­la ra­tu­sza, Udo stał się czę­ścią miej­sco­we­go folk­lo­ru, nie­ro­ze­rwal­nie zwią­za­ne­go z mia­stem. Ni­g­dy nie sły­sza­łem o wy­pad­ku wy­rzu­ce­nia go z ja­kie­goś ogro­du czy domu, bo w koń­cu fa­cet był bar­dziej zna­ny od bur­mi­strzów, a ci ostat­ni co ja­kiś czas się zmie­nia­li.

Po­zna­łem go po­nad rok temu, w dniu prze­pro­wadz­ki, kie­dy prze­cho­dząc niby przy­pad­kiem obok, za­ofe­ro­wał swą po­moc. Przy­ją­łem ofer­tę jako rę­koj­mię do­bro­są­siedz­kich sto­sun­ków i nie­dłu­go po­tem chło­pak na­le­żał prak­tycz­nie do mo­je­go in­wen­ta­rza. Kie­dy wra­ca­łem do domu, nie­rzad­ko już na mnie cze­kał albo po­ja­wiał się krót­ko po­tem, uśmiech­nię­ty i za­do­wo­lo­ny z ży­cia!

Ko­lej­ne­go od­cin­ka tej udrę­ki do­świad­cza­łem wła­śnie te­raz, a za­ist­nia­ła sy­tu­acja od­bie­ra­ła mi siły do sta­wia­nia opo­ru, więc po­wie­dzia­łem to, co zwy­kle:

– Za­chodź! Na­pi­jesz się cze­goś?

Ob­da­rzył mnie ra­do­snym bły­skiem jed­ne­go oka i za­tarł z sa­tys­fak­cją ręce.

– Z tobą za­wsze!

Chwi­lę trwa­łem w bez­ru­chu, szu­ka­jąc wzro­kiem ja­kie­goś trun­ku… Zna­la­złem! W pra­wym rogu bi­blio­te­ki do­strze­głem wy­wró­co­ny do góry no­ga­mi ba­rek-glo­bus. Oca­la­ło tro­chę bu­te­lek, więc do­by­łem jed­nej, a po­tem za­sta­na­wia­łem się, do cze­go roz­lać pro­cen­to­wy płyn. W koń­cu od­krę­ci­łem bu­tlę, po­cią­gną­łem so­lid­nie dwa łyki i, po­da­jąc są­sia­do­wi na­czy­nie, po­wie­dzia­łem:

– Nie­ste­ty szkło zo­sta­ło uni­ce­stwio­ne, więc mu­si­my od­ka­zić się na in­diań­ską mo­dłę.

Mach­nął od nie­chce­nia ręką, wpa­trzo­ny w szkło, i przy­ssał do flasz­ki. Kie­dy mi ją od­dał, sta­ła się za­dzi­wia­ją­co lek­ka. Wy­raź­nie urze­czo­ny sma­kiem, otarł otwar­tą dło­nią usta, gło­śno bek­nął i za­py­tał:

– Mają ja­kiś ślad?

– Kto niby? Po­li­cja? Nie roz­ma­wia­łem jesz­cze z nimi, ale nie są­dzę. Ła­pa­nie ban­dy­tów, wła­my­wa­czy i im po­dob­nych to zbyt nie­bez­piecz­ne i mę­czą­ce za­ję­cie. Za kil­ka ty­go­dni otrzy­mam za­wia­do­mie­nie o umo­rze­niu po­stę­po­wa­nia na sku­tek nie­wy­kry­cia spraw­ców, chy­ba że ci ostat­ni sami się zgło­szą.

Ro­ze­śmia­li­śmy się, po czym bu­tel­ka zro­bi­ła jesz­cze jed­ną run­dę.

Udo na­dal roz­glą­dał się wo­kół i nie­spo­dzie­wa­nie po­dzie­lił cie­ka­wą i, jak mi się wy­da­wa­ło, cel­ną uwa­gą…

– Oni szu­ka­li cze­goś kon­kret­ne­go!

Za­sko­czo­ny w pierw­szej chwi­li, do­py­ta­łem:

– Po czym wno­sisz?

– Kie­dy zmar­ła bab­ka, po­dob­ną me­to­dę za­sto­so­wa­li­śmy z moim sta­rym, szu­ka­jąc scho­wa­nej for­sy.

– Zna­leź­li­ście? – za­in­te­re­so­wa­łem się.

– Kil­ka ko­pert z róż­ny­mi su­ma­mi i na­wet się tego tro­chę uzbie­ra­ło. Wte­dy cha­ta tak wła­śnie wy­glą­da­ła, ale stra­ta była nie­wiel­ka, bo ru­de­ra już od daw­na pro­si­ła się o grun­tow­ny re­mont.

Za­my­śli­łem się. Pierw­sze wra­że­nie po prze­kro­cze­niu pro­gu miesz­ka­nia wy­wo­ła­ło falę zło­ści i dla­te­go po­my­śla­łem o wan­da­lach, a nie me­to­dycz­nych po­szu­ki­wa­czach. Tym­cza­sem uwa­ga Udo nie była po­zba­wio­na pod­staw. Ćpu­ny albo po­dob­ne ćwo­ki nie za­da­ją so­bie tru­du sys­te­ma­tycz­ne­go de­mo­lo­wa­nia każ­de­go po­miesz­cze­nia do ostat­niej de­ski. Rze­czy­wi­ście tu­taj coś nie pa­so­wa­ło. […]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Fri­vol­la Pu­el­la

isbn: 978-83-8423-396-2

© Hec­tor Kung i Wy­daw­nic­two No­vae Res 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa No­vae Res.

re­dak­cja: Mar­ta Gro­chow­ska

ko­rek­ta: Kon­rad Wit­kow­ski

okład­ka: Grze­gorz Ara­szew­ski

źró­dła: do­me­na pu­blicz­na fre­epik.com

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two No­vae Res na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: se­kre­ta­riat@gru­pa­za­czy­ta­ni.pl

https://no­va­eres.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.