Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
10 osób interesuje się tą książką
Niektórzy ludzie dla pieniędzy poświęcą wszystko
Thomas Kraft, wrażliwy introwertyk rozczarowany życiem, marzy o tym, by raz na zawsze odciąć się od społeczeństwa. Powoli gromadzi środki, które mają mu pozwolić wyrwać się z rozpędzonej machiny kapitalizmu i stać się całkowicie niezależnym.
Jego plan zaczyna się jednak trząść w posadach, gdy ktoś włamuje się do jego domu, szukając czegoś, czego Thomas… nigdy nie posiadał. Zdewastowane wnętrza i późniejszy atak na jego życie dowodzą, że sprawa jest poważna.
Kraft nie ma pojęcia, czym jest Frywolna Dziewczyna, której pragnie włamywacz, ani dlaczego – jego zdaniem – miałaby należeć właśnie do niego. Wie tylko jedno: są ludzie, którzy nie cofną się przed niczym, by ją zdobyć.
A on znalazł się na ich celowniku.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 330
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Ze specjalnym podziękowaniemi dedykacją dla Allegry
Nie ma znaczenia, czy masz styl,reputację albo pieniądze,jeśli nie masz dobrego serca,nie jesteś nic wart.
Louis de Funes
Dzień pogrzebu przy każdej pogodzie jest smutny. A co powiedzieć, kiedy zamiast jednej widzisz przed sobą aż cztery trumny? Cała rodzina. Mama, tata i dwoje dzieci. Najbardziej porażał widok małych, białych trumienek nieletnich istot, których życie jeszcze na dobre się nie zaczęło i już zgasło.
Było parno i bardzo gorąco. Słońce dawało się wszystkim mocno we znaki, tym bardziej że większość mężczyzn tkwiła w garniturach, a kobiety w czarnych sukniach. Czułem strużki potu spływające powoli wzdłuż kręgosłupa i wsiąkające w bieliznę. Wciąż pochłonięty myślami o własnej drodze i tej wspólnej, przebytej z jedynym przyjacielem, jakiego miałem i który leżał teraz w dębowej skrzyni, bez większej uwagi łowiłem pojedyncze zdania zawodowego aktora – dość elokwentnego duchownego. Mimo młodego wieku i faktu, że stał pod niewielkim baldachimem, też się obficie pocił. Odziany w czarną sutannę, głosem przepełnionym wyreżyserowanym żalem, wygłaszał kazanie, podobne innym mowom pożegnalnym, w których tylko imiona zmarłych ulegały zmianie. Potem zaintonował pieśń wypełnioną od pierwszej do ostatniej strofy sprzecznościami; o wiecznym spoczynku, nieśmiertelnej duszy, trwałej stracie dla bliskich i niebiosach oczekujących z radością na nowego mieszkańca.
Pogrążeni w smutku uczestnicy ceremonii zamknęli śpiewniki w chwili, kiedy ze wschodu dotarły do nas pomruki nadciągającej burzy. Kilka osób obejrzało się odruchowo za siebie.
Nastąpiła chwila modlitwy, po niej dwadzieścia sekund milczenia. Grudka wilgotnej ziemi wrzucona do jamy i jeszcze obligatoryjne kondolencje złożone bliskim. Z uczestnictwa w stypie zrezygnowałem. Zupełnie nie miałem ochoty na smętne rozważania przy zastawionym stole o kwestii kruchości ludzkiego życia, bo i bez tego narastała we mnie fala lęku. Destrukcyjnego uczucia, które bez mała przez całą młodość stanowiło o moim bycie i które to prawdziwie nadludzkim wysiłkiem udało mi się wiele lat temu okiełznać. Lęk przed chorobą, nieszczęśliwym wypadkiem, utratą podstaw egzystencji, no i naturalnie przed śmiercią, tym czymś absolutnie nieuniknionym. Akt, w jakim właśnie uczestniczyłem, nieuchronnie przywoływał demony przeszłości, dlatego chciałem jak najszybciej się stąd oddalić.
Od kiedy pamiętam, straszyli mnie wszyscy. Zupełnie jakby nie było innych metod wychowawczych i jedynym kluczem właściwego kształtowania osobowości pozostawał strach.
Budowana wokół mnie atmosfera obaw, a nawet trwogi, przybierała różne formy i stopnie natężenia. Pierwotnie, kiedy jeszcze uczyłem się mówić, siadać, a następnie chodzić, objawiała się srogimi minami, krzykiem, niekiedy nawet przemocą. Wiem, że z tego wczesnego okresu życia niewiele się pamięta, ale ja zapamiętałem. Twarze pełne złości i bezustanny wrzask! W wieku przedszkolnym proces zastraszania postępował dalej, chociaż nabierał subtelniejszego charakteru i wyrażał się powtarzanymi w kółko groźbami, że kiedy nie zjem, to nie urosnę, kiedy nie będę grzeczny, dostanę lanie, jeśli zaś nie pójdę do kościoła – umrę w mękach. Wszystko, czego nie robiłem podług woli innych, wydawało się grzechem i w jego konsekwencji karą, przekleństwem, a nawet wiecznym ogniem piekielnym, który najbardziej przemawiał mi do wyobraźni i którego bałem się jak diabli.
Ciesząc się niezłym zdrowiem, rosłem jak na drożdżach. Dojrzewałem także psychicznie i zmieniały się etapy mojego życia, lecz w wymiarze emocjonalnym wcale nie działo się lepiej. Przeciwnie! Lękowy terror ulegał nasileniu. Szczególnie w domu odnosiłem wrażenie, jakby wszyscy zmówili się przeciwko mnie i odpuszczali dopiero po wyraźnych objawach popłochu i paniki. Środkiem represji za brak wyników w szkole było naciąganie uszu, chłostanie dupska paskiem od spodni, no i werbalny despotyzm, że jak nie przyłożę się do nauki, to tata znowu mi przyłoży albo zostanę nikim, czyli starym matołem. Doszło nawet do tego, że kiedy nauczyciel matematyki wyraził wątpliwości w kwestii promocji do następnej klasy, rodzice zawyrokowali, że moja przyszłość będzie związana ze zbieraniem butelek lub innych surowców wtórnych.
Szkoła zniechęcała mnie prawie na każdej płaszczyźnie, a wspomniany nauczyciel był moim wrogiem osobistym numer jeden. Facet prowadził też z naszą klasą zajęcia fizyczne, które wyjątkowo lubiłem, mimo to otrzymywałem od niego zawsze mentalną chłostę, bo z jakichś nieznanych powodów mnie nie cierpiał. Nie ukrywał tej niechęci, a nawet ją manifestował. Na początku lekcji robiliśmy wyliczankę, żeby ustalić, kto będzie prowadził i wybierał skład drużyny piłkarskiej, koszykarskiej, albo innej. Kiedy padało na mnie, ten kręcił z dezaprobatą głową.
– Nie, tylko nie ty. Jak zostaniesz kapitanem, to zaraz będzie trzeba wołać straż pożarną albo przydarzy się komuś inne nieszczęście.
Przez grupę dzieciaków przetaczał się śmiech, a ja pokornie wycofywałem się, żeby zejść z pola widzenia wrednego belfra i uniknąć dodatkowych szyderstw.
Na własnym podwórku rzeczy miały się podobnie. Od zawsze cierpiałem na brak nawet krztyny uznania, a kiedy już takie otrzymywałem, wolałem nie mieć żadnego. Dla mnie przewidziano po prostu stempel nieudacznika, ofermy, nieliczącego się outsidera. Nawet bawiąc się z dziećmi w Indian, odczuwałem jakiś rodzaj odrzucenia. Kiedy inni mogli nosić dumne imiona, jak: Pędzący bawół albo Wielka stopa, mnie w najlepszym razie nazywano Dziurawą skarpetą czy podobnie.
Popadałem w zwątpienie i coraz głębszy marazm emocjonalny. Co zdumiewające, pomimo rosnącego dystansu do otoczenia wcale nie czułem się samotny, nic z tych rzeczy. Przebywałem z nieodłącznym przyjacielem – lękiem! Towarzyszył mi, kiedy zasypiałem, i pojawiał się natychmiast po przebudzeniu. Był ze mną bez przerwy.
By nie pogrążyć się do reszty w odmętach rozpaczy, szukałem gorączkowo pocieszenia, konkretnej nadziei. Przez pewien czas mądrym rozwiązaniem wydawała mi się wiara.
Niestety, zwrócenie się ku Bogu nie dało mi upragnionego wytchnienia. Pomiędzy nami był jeszcze Kościół i całe zastępy urzędujących w nim dostojników, którzy dołożyli wszelkich starań, by podtrzymać moje fobie i zgryzoty, a nawet je rozwinąć. Szatan, potępienie, czyściec, no i samo piekło! Miałem dopiero kilkanaście lat i już nie chciało mi się żyć, a według Kościoła mogło być jeszcze gorzej. Bo gdzieś tam w tle istniała całkiem realna opcja wiecznego przekleństwa czy, jak kto woli, niekończącego się cierpienia.
Doskonale pamiętam, jak w okresie mojego dojrzewania pojawiła się moda na dyskusje o końcu świata. Niektórzy zapuszczali korzenie głębiej w temat, głosząc kaznodziejskim tonem nieuchronnie nadciągający sąd ostateczny, co miało nastąpić niebawem. Gwoli prawdy, to ostatnie nie robiło na mnie specjalnego wrażenia, bo żyłem w przekonaniu, że taki dokonuje się właśnie teraz, przynajmniej nad moją osobą. Natomiast gorzej było ze skutkami tego sądu, które wydawały się nieuniknione i tak straszne, że starałem się o nich nie myśleć.
W tym przytłaczającym świecie jedno stało się pewne: zanim zdążyłem przestać być dzieckiem, byłem już porządnie wystraszony.
Mój rozwój osobisty, napiętnowany systemowo lub chaotycznie kształtowanymi fobiami, wypaczył znacząco postrzeganie świata i odcisnął bolesne piętno na późniejszym życiu dorosłego osobnika.
Bałem się. Bałem się jak cholera! Strach jest niby rzeczą ogólnoludzką i pełni nawet po części funkcję ochronną, ale mój był zdecydowanie inny, a już na pewno większy niż u rówieśników, przynajmniej tak uważałem.
Unikałem towarzystwa, nie miałem dziewczyny, opuściłem się w nauce, a zaliczenie kolejnego roku szkolnego zawdzięczałem zdecydowanie aktom łaski pedagogów niż własnym umiejętnościom. Nic, ale to zupełnie nic mi nie wychodziło, gdyż w silnych objęciach, niczym w potrzasku, trzymały mnie wbijane do głowy rzekoma nieudolność i brak wszelkich kompetencji. No bo skoro twym przeznaczeniem miało być segregowanie pustych butelek, to czy sam od siebie możesz jeszcze czegokolwiek oczekiwać!? Nawet na chwilę nie opuszczała mnie świadomość wrodzonej indolencji. Po co robić cokolwiek, kiedy i tak wiadomo, że to zrobię źle, niedostatecznie albo zupełnie spieprzę i że ktoś z tego powodu ucierpi lub będzie nieszczęśliwy. To przeświadczenie paraliżowało moje działania już w zarodku. Kiedy na dokładkę pomyślałem o katalogu konsekwencji, a nawet kar, czekających każdego za nieuwieńczone sukcesem zabiegi, zamierało we mnie wszystko.
Dlatego, wbrew nierzadko sprzecznym oczekiwaniom otoczenia, starałem się nie robić zbyt wiele od siebie, bo to groziło czymś spoza zakresu najmroczniejszych snów, regularnie mnie nawiedzających. Wynikiem tej smutnej kumulacji było tak wielkie zniechęcenie życiem w ogóle, że po głowie zaczęły mi chodzić szaleńcze myśli. Zastanawiałem się na poważnie, czy warto je kontynuować.
I kiedy już wydawało się, że ten wszechobecny i paraliżujący lęk pochłonie mnie bez reszty albo pchnie do jakiegoś desperackiego czynu, dokonałem odkrycia.
Jedynym zajęciem, które wydawało się bezpieczne i nie wywoływało przykrych reperkusji, było czytanie. Dlatego wręcz namiętnie oddawałem się studiowaniu wszelkiej literatury. W trakcie pochłaniania kolejnej książki przypadkowo wpadłem na cytat francuskiego historyka i publicysty, Alexisa de Tocqueville’a, który sformułował ciekawy pogląd, że „Świat jest dziwnym teatrem, w którym najgorsze sztuki odnoszą największy sukces”.
To krótkie, lapidarne zdanie pasowało jak ulał do moich odczuć, a nawet więcej! Z punktu widzenia beznadziejnej sytuacji, w jakiej tkwiłem, myśl ta była bardzo intrygująca, dlatego z zainteresowaniem wczytałem się w jej rozwinięcie i uzasadnienie. Zainwestowany w ten sposób czas przyniósł niespodziewane owoce, bo odległa w czasie doktryna w przystępny sposób wyjaśniała całą gamę własnych spostrzeżeń naszpikowanych sprzecznościami. Odpowiadała na pytania, które dręczyły, i wskazała kierunek właściwych poszukiwań. I co najważniejsze, przyswajana filozofia ujawniła wiedzę, jak zniewalające mnie słabości przekuć na zalety, na indywidualną siłę. Wystarczyło uważnie obserwować, nie zrażać się żadnym propagowanym chłamem, nie ulegać kulturowej czy pseudonaukowej indoktrynacji i wyciągać wnioski, które po kilku próbach okazały się tym, czego szukałem.
No i stało się!
Wraz z końcem prywatnych studiów przeszedłem wpierw wstrząs, a zaraz potem metamorfozę. Kto by pomyślał! Skazany na samotność nieudacznik i przerażony własnym położeniem introwertyk powoli przeistaczał się w aktora czy, jak kto woli, zgrywusa.
Dzięki niezłemu talentowi do ukrywania prawdziwych emocji i pragnień okazałem się wręcz idealnym materiałem na blefiarza. Dlatego na poważnie poświęciłem się wysublimowanej sztuce, wchodząc świadomie i coraz bardziej umiejętnie w role, które napisało mi życie. Przyswajałem sobie gesty, mimikę i sofistyczny sposób mówienia, traktując całość jako metodę działania i powłokę nowej osobowości. Tak radykalne zmiany przyniosły ze sobą sporą paletę nowych rozterek, ale czy również wyrzutów sumienia?
Szczerze powiedziawszy, nie bardzo! W końcu grzeszyli i grali wszyscy. Rodzice, koledzy, nauczyciele, właściwie cały otaczający mnie świat. Im szerzej otwierałem oczy, tym więcej dostrzegałem fasadowości w otoczeniu. Zresztą w niedługim czasie okazało się, że mój wybór był strzałem w przysłowiową dziesiątkę. Zaledwie po kilku tygodniach wprowadzania zmian stwierdziłem ponad wszelką wątpliwość, że nie jestem taki ostatni melepeta i mam nawet potencjał lub przynajmniej zadatki do kierowania innymi. Co najistotniejsze, ten krok wreszcie umożliwił mi zrozumienie mechanizmów powszechnego zakłamania i tym samym odnalezienie się w ludzkiej zbiorowości, gdzie większość niby wiedziała, jak być powinno i co jest właściwe, a nawet wszelką poprawność propagowała, ale z reguły robiła zupełnie na odwrót. Obłuda, głupota i manipulacja były tak powszechne, jak moje wątpliwości, które teraz znacząco zmalały.
Najbardziej zdumiało mnie nowe spojrzenie na politykę i wszelką władzę oraz jej stosunek do tych, którzy pozwalali jej przewodzić. Wyniki moich spostrzeżeń były przykre, ale zarazem oczywiste. Dowolny kierownik, powszechnie uznawany autorytet czy inny herszt dominował, bo znał tajemnicę prawdy uniwersalnej. Streszczając się w jednym zdaniu: wystarczył gustowny ubiór, starannie wystudiowane gesty, w miarę zgrabnie dobierane słowa połączone z pewnością siebie, a kiedy jeszcze taki ktoś zakładał okulary, to z miejsca robił wrażenie, że jest inteligentny i ma mandat przewodzenia. Tymczasem za tą fasadą tkwił często niedouczony głąb, pozbawiony wszelkich kompetencji, chociaż nierzadko legitymujący się naukowym tytułem lub przynajmniej dyplomem jakiejś uczelni.
Najbardziej przykra refleksja, z którą się boleśnie zderzyłem, to bezsporny fakt, że tak zwani dobrzy ludzie od początku byli skazani na porażkę. Traktowani przez kutych na cztery łapy krętaczy jak naiwni frajerzy, nie tylko dostawali bolesne cięgi, ale stawali się ich niewolnikami. To na ich garbach profilowali się wszelkiej maści cwaniacy i karierowicze. Zorientowałem się, jak beznadziejnym było upatrywanie w zakłamanych środowiskach wartości czy wzorców, szczególnie u tych, którzy mnie bezustannie za coś piętnowali.
Wyzbyty znacznej części pierwotnych lęków i nieśmiałości, które długo mnie toczyły, uczyłem się mechanizmów kontroli otoczenia. Recepta była prosta: udawać! Ciżba zawsze podąża za przewodnikiem, bez względu na to, czy jest dobrym, czy złym fachowcem, czy przejawia szlachetne, czy też podłe zamiary. Obojętne!
Zrozumiałem, że ta ludzka rzesza była jak zagubione stado baranów, które szuka i regularnie wybiera nowego pasterza. Pasterza spośród siebie, czyli też barana, ale bardziej cwanego od reszty.
Skoro tak, doszedłem do wniosku, że w tej wariackiej społeczności oportunistów, która dzisiaj jest za, jutro przeciw, a pojutrze nie ma zdania, zdecydowanie lepiej będzie zostać pasterzem baranem niż zwyczajnym baranem podległym temu pierwszemu. To postanowienie dało mi nie tylko kojący dystans, ale pozwalało skutecznie przytłumić w pamięci czas nacechowany cierpieniem i skupić się na nowych możliwościach.
Rzecz jasna dość szybko doświadczyłem, że bezustanne dawanie przedstawień ma też drugą stronę medalu. Od tego udawania i codziennego wciskania wszystkim fabuły zacierała się różnica pomiędzy rzeczywistością a fikcją. Wymuszone aktorstwo wciągnęło mnie do tego stopnia, że stawałem się coraz mniej wrażliwy i prawdziwy. Dostrzegłem nie tylko ten konkretny problem, ale również związane z nim niebezpieczeństwa. Niemniej nadal przekonany o słuszności nowej drogi, przez pewien czas główkowałem nad adekwatnym rozwiązaniem.
No i znalazłem!
Kiedy brak szczerości zaczynał stawać się przytłaczający i odzywały się we mnie stłumione lęki, kontrowałem wewnętrzny głos protestu pointą, że skoro bycie sobą jest niemniej męczące i nie przynosi doraźnych korzyści, logicznym pozostaje kontynuacja obranej drogi.
I to mi pomagało!
Ukształtowałem w sobie byt drugiej osobowości, zupełnie innego, obcego człowieka. Może nie stałem się klasycznym socjopatą, ale na pewno człowiekiem o dwóch twarzach. Z jednej strony cwaniak, sprytniejszy od innych cwaniaków, z drugiej romantyk-sentymentalista z przechyłem ku współczuciu i bezustannie walczący ze spuścizną wczesnych lat młodości. Raz za razem tłumiłem pojawiającą się samorzutnie ścieżkę rozważań, czy dane działanie jest mądre, sprawiedliwe, bezgrzeszne itp. W to miejsce narzucałem sobie schemat myślenia, czy moja aktywność jest i będzie skuteczna! Czy zaprowadzi mnie do wyznaczonego celu, czy osiągnę sukces?!
Jaki był tego rezultat?
W dużej części taki, jak esencja myśli Williama Arthura Warda: „Pesymista narzeka na wiatr; optymista spodziewa się jego zmiany; realista dostosowuje żagle”.
Miejsce dotychczasowych lęków zapełniła teraz solidna dawka pragmatyzmu, ale i też niemała porcja cynizmu, przez co bezspornie coś utraciłem, czego nie umiałem nawet nazwać i czego coraz bardziej mi brakowało. Ale coś za coś! Dzięki brylowaniu na scenie zbierałem niezłe plony i potrafiłem się wykpić z mniej przyjemnych rzeczy, na przykład mozołu, biedy, wydrwić ze wszystkiego… No, powiedzmy prawie wszystkiego, bo od śmierci wykpić się nie da, przynajmniej nie słyszałem o takim wypadku.
Co najbardziej zdumiewające, to właśnie na bazie lęku przed nieuchronnym zbudowałem świetnie prosperujący biznes, oparty na prostym do bólu schemacie. Schemacie tworzenia pozorów, czyli właściwie kłamstwa! Impulsem dla konkretnego kierunku działania był mój sąsiad, agent ubezpieczeniowy ubrany zawsze w elegancki garnitur i jeżdżący na co dzień wielkim autem. Podziwiałem go, od kiedy pamiętam. Zadbany, tryskający energią i zadowolony z życia facet, obdarzający przyjaznym uśmiechem każdego napotkanego człowieka, zupełnie jakby gość nie miał większych życiowych problemów.
W pewnej chwili pomyślałem, że skoro inni zupełnie legalnie sprzedają ubezpieczenia na życie, co ładnie i dość przekonująco brzmi, ale w końcowym efekcie daje zabezpieczenie nie temu, który je zawiera, to mogę zrobić podobnie. Za wirtualną obietnicę z fizycznym potwierdzeniem pobierać opłatę. Sowitą opłatę!
Jak postanowiłem, tak zrobiłem!
Wpierw były studia, uwieńczone dyplomem inżyniera w zakresie budowy mostów, tuneli i pokrewnych konstrukcji. Potem kilkuletnia praktyka w terenie, a kiedy wiedziałem już całkiem sporo o stali, betonie i ich zastosowaniach, założyłem z przyjacielem firmę i zacząłem budować bunkry!
Konkretnie, żelbetonowe pomieszczenia usadowione głęboko pod ziemią, które dawały ich właścicielom poczucie bezpieczeństwa przed wojną, atomową zagładą czy wybuchem anarchii. Zamykane od wewnątrz, wyposażone w wygody i magazyny na wodę oraz trwałą żywność, gwarantowały nabywcy i jego bliskim przeżycie skrajnie niekorzystnych czasów w więcej niż przyzwoitych warunkach. Ponieważ cena takich obiektów wraz z wyposażeniem nierzadko przekraczała wartość domu i działki, na której je budowaliśmy, potencjalny kupiec musiał wpierw zostać odpowiednio skonfigurowany, czyli wystraszony. A kto mógł zrobić to lepiej ode mnie? Właśnie!
Z zapałem redagowałem broszury i foldery reklamowe, których głównym spoiwem był strach. Strach przed globalnym konfliktem, zamieszkami na międzynarodową skalę, niespodziewaną pandemią i podobnymi kataklizmami. Muszę też uczciwie przyznać, że przy pisaniu tych farmazonów wcale nie musiałem uciekać się do wyobraźni. W zupełności wystarczała mi własna pamięć i zawarte w niej doświadczenia. I było coś jeszcze! Każdorazowo po zredagowaniu nowego prospektu odczuwałem ulgę, a kiedy drukarnia przysyłała gotowe już dzieło, popadałem niemal w ekstazę. Może zabrzmi to jak dziwactwo, ale całość działała na mnie terapeutycznie. Kiedy gdzieś wybuchała wojna, zaraza, przewroty polityczne, umiejętnie wykorzystywałem te fakty na potrzeby firmowanej logiem naszego przedsiębiorstwa propagandy lęku. Wówczas przybywało nam zleceń i interes kręcił się doskonale.
Chociaż sam uważałem budowę czegoś podobnego za kompletny idiotyzm, to jednak również zostałem posiadaczem takiego bunkra. Powód był natury praktycznej. Skoro sprzedaję schrony innym, muszę pod tym względem świecić przykładem. No i świeciłem. Ponad sto metrów kwadratowych podziemnego kompleksu z luksusowym wyposażeniem stało się moją najlepszą wizytówką biznesową. Zapraszałem do siebie wątpiących i tych już zaangażowanych, przekonując, że nie ma lepszej polisy na życie ponad taki schron. Robiłem to z premedytacją i uzasadnioną nadzieją, że wzmocniona wizją lokalną propaganda dotrze do takich, którzy mają pieniądze i niezłego pietra!
Cyniczne sianie strachu funkcjonowało! Przynajmniej do dzisiaj, bo w tej chwili właśnie uczestniczyłem w obrzędzie, który był namacalnym dowodem, że moja dobra passa może mieć swój koniec.
Wsiadałem do wozu kompletnie przepocony, kiedy dopadły mnie pierwsze krople jesiennego deszczu. Rzuciłem na tylne siedzenie złożoną marynarkę, zrobiłem kilka głębokich wdechów i ruszyłem. Dłuższy czas lawirowałem pomiędzy niedbale zaparkowanymi wozami niewielkiego parkingu, trzymając się jadącego przede mną karawanu.
Udało się! Po kilku minutach wyjechałem na drogę szybkiego ruchu i dodałem gazu. Wycieraczka po mojej stronie źle zbierała wodę i skrzypiała. Rytmicznie powracający dźwięk sprawiał, że nawet na krótką chwilę nie potrafiłem uwolnić głowy od chmurnych myśli.
Jak to możliwe? Pełen życia, energii i planów, zawsze szczery do bólu Frank spłonął żywcem we własnym domu. I jeszcze rodzina! Boże! Taki dobry ojciec, mąż i do tego przezorny facet! Czujniki dymu i gazu niemal w każdym pomieszczeniu z garażem włącznie. Jedna gaśnica w kuchni, druga w salonie obok kominka i jeszcze apteczka pierwszej pomocy w komodzie tuż przy wejściu.
Poznaliśmy się na studiach i szybko znaleźliśmy wspólny język. Ten sam kierunek nauki, podobne charaktery, problemy życiowe i wątpliwości, wspólna kariera, a potem własna firma, w której rozumieliśmy się bez słów.
Potrząsnąłem energicznie głową i próbowałem skupić się na drodze, ale wyobraźnia wciąż nie opuszczała ponurych regionów. Od dawna nie potrafiłem już płakać, lecz jeśli było mi kiedykolwiek do takiego stanu blisko, to właśnie teraz. Zewsząd obejmował mnie nieutulony żal za kimś, kogo naprawdę lubiłem i szanowałem, bo Frank należał do rzadkości. Był jednym z tych dobrych ludzi, których z automatu zachowuje się na zawsze we wdzięcznej pamięci. Zawsze przyjazny i prawdomówny, a w życiu, jak już wcześniej wspomniałem, najgorzej mają ci szczerzy z otwartym sercem, są wręcz wymarzoną zwierzyną łowną dla takich jak ja. Zdecydowanie mniej krytyczni, pełni empatii i bez względu na koszty gotowi nieść pomoc każdemu. Upatrujący w innych tych samych cech, które sami reprezentują. Tymczasem poszukiwanie podobnych cnót i odruchów w społecznych masach jest czczą fantazją, bo zdecydowana większość tej ciżby nie dowierza nawet własnej dupie. Może właśnie dlatego on był martwy, a ja wciąż oddychałem.
No właśnie! Jak długo jeszcze będę w stanie swobodnie oddychać? Czy dam radę pociągnąć biznesowy wózek bez Franka? Gdzie znajdę kogoś podobnego? Czy tacy w ogóle jeszcze istnieją?
Uśmiechnąłem się mimowolnie. Czy świat, jaki zastałem, nie stoi na głowie? Czy daje alternatywne opcje? Pozwala być wolnym, szczerym i dobrodusznym? Co otrzymuje człowiek w zamian za taką postawę? Stuknęła mi czterdziestka i mimo że nie jestem zawodowym aktorem, zagrałem w życiu wszystkie możliwe role, poza sobą, bo najtrudniej zagrać samego siebie, i w zasadzie to jedyna postać, w którą nie potrafiłem się wcielić!
Do końca nie wiem, dlaczego tak właśnie jest. Być może ukształtowana pod biznes uczciwość oznacza świadome wyzbycie się naturalnych cech, odruchów i zastąpienie ich kalkulowaną aranżacją, ciągiem skutecznych w działaniu wzorów. A w konsekwencji skutkuje to brakiem pełnej szczerości, brakiem siebie po prostu! Tak… to chyba najbardziej prawdopodobne wyjaśnienie.
Znowu nabrałem powietrza głęboko w płuca i wypuściłem, głośno przy tym wzdychając.
Oto moja przestrzeń, otoczenie i rzeczywistość. Dwulicowy świat, w którym nieustannie musisz konfabulować! Zupełnie jakby cały kunszt naszego bytu sprowadzał się do kreowania postaci, jakimi w istocie rzeczy nie jesteśmy, ale być musimy. Ten, który się z programu wyłamuje, szybko doświadcza, co taka postawa ze sobą niesie.
Kiedy wspomniany uprzednio cytat francuskiego myśliciela pozwolił mi zrozumieć, że szczerość do niczego nie prowadzi, bo to trochę tak, jakby w miejscu publicznym chodzić bez spodni i majtek. W pierwszym odruchu nosiłem się z zamiarem uniemożliwienia innym dostępu do literatury, która dokonała w mojej mentalności tak ważkich zmian. Jednak szybko zarzuciłem pomysł, kiedy w lokalnej bibliotece się zorientowałem, że od dwudziestu pięciu lat byłem pierwszą osobą, która po tę pozycję sięgnęła! Jeszcze jeden smutny dowód na to, czym właściwie była ta ludzka masa na zewnątrz.
Wówczas dostrzegłem, jak wielką szansę dał mi los! Szansę na inne, dostatnie i usłane sukcesami życie. Mogłem się odkuć za wieloletnie cierpienia i poczucie braku wartości, stosując banalną zasadę: być wbrew sobie! Stać się bajerantem, sprytnym lisem, aktorem po prostu! Odrzucić większość moralnych hamulców i podobne duperele, a w ich miejsce stosować kamuflaż i robić otoczenie w konia. Nie martwić się o jutro, ale przeć bezpardonowo do przodu, nie spuszczając z oczu celu, bo to on jest najważniejszy. Kiedy go osiągniesz, twoją wygraną będzie niezależność, a co za tym idzie powszechny podziw, uznanie i szacunek. Oczywiście szacunek udawany, ale co za różnica, skoro cała publika to też aktorzy. Jedni marni, inni lepsi, ci u samej góry po prostu świetni.
W tamtej chwili doznanego olśnienia nie wiedziałem jeszcze dokładnie, co właściwie będę robił, ale byłem pewny, że chcę dotrzeć możliwie na sam szczyt, i prawie się udało! Szczytu co prawda nie osiągnąłem, bo nie potrafiłem wyzbyć się dziedzicznej resztki przyzwoitości, która stawała tu i ówdzie w poprzek moich planów, ale zaszedłem daleko. Gdyby nie kilka słabości, które śladowo jeszcze przejawiałem, zaszedłbym dalej!
Jedną z nich był Frank. Z jednej strony potrzebowałem przynajmniej jednego uczciwego w moim otoczeniu, a już na pewno w firmie. Z drugiej jego autentyczna prostolinijność nierzadko niweczyła misterny plan i doprowadzała mnie do szewskiej pasji. Muszę jednak uczciwie przyznać, że dzięki niemu towarzyszył mi chronicznie niewielki, ale prawdziwy zbiór sprzeczności trudnych do pogodzenia, który powstrzymywał mnie przed pójściem na całość. W końcowym efekcie pozwalało to zachować jakąś szlachetność, a przynajmniej jej resztki.
Mijałem właśnie Monachium, kiedy zadzwoniła sekretarka. Zignorowałbym telefon, ale miałem już kilka nieodebranych połączeń, więc mimo wewnętrznych oporów wcisnąłem guzik. Zanim się odezwałem, usłyszałem szybko wypowiedziane zdanie…
– Dobrze, że pana złapałam! Doktor Fischer dzwonił już cztery razy i prosi o pilny kontakt!
Zirytowany takim wstępem, odczekałem chwilę.
– Wracam z pogrzebu, proszę umówić go na pojutrze.
Ton Hildy był nieustępliwy.
– Pan Fischer chce z panem rozmawiać teraz. Robi wrażenie zdenerwowanego i jest, jeśli wolno mi zauważyć, nieprzyjemny. Za każdym razem powtarza, że to pilne.
Próbowałem odszukać w głowie obraz twarzy doktora Fischera, ale nie potrafiłem go sobie przypomnieć. Wiedziałem tylko, że od lat pisał dla nas ekspertyzy prawne i sporządzał umowy, ale o zewnętrznych doradców troszczył się do tej pory Frank, ten sam, którego zimne ciało przed godziną zniknęło w ziemi…
– Wydarzyło się coś jeszcze?
– Niewiele. Jakieś zwierzęta zbiegły z zoo i teraz policja patroluje ulice… są utrudnienia w ruchu.
Po chwili pauzy Hilda ostrożnie dopytała:
– Więc co mam powiedzieć panu Fischerowi?
Nie byłem w nastroju do żadnych rozmów, tym bardziej że faceta prawie nie znałem, ale…
– Ten Fischer jest jeszcze na linii?
– Cały czas.
– Proszę mnie połączyć.
W tle usłyszałem kilka pyknięć, jakiś zgrzyt i wyraźnie zdenerwowany męski głos.
– Halo?!
– Thomas Kraft z tej strony, dzień dobry. Co mogę dla pana zrobić?
Mój spokojny ton musiał podziałać na nerwusa refleksyjnie, bo na kilka chwil zapadła cisza, a kiedy wreszcie się odezwał, czułem, jak stara się zapanować nad emocjami.
– Więc tak… Chodzi o pieniądze. O moje pieniądze. Przesłałem panom przed czterema tygodniami rachunek, otrzymałem pisemne potwierdzenie, ale środków wciąż nie ma! Pan Gruber zapewniał mnie, że nazajutrz będę miał je na koncie. Tymczasem minęły dwa tygodnie! Nie potrafię skontaktować się z panem Gruberem i nikt nie jest w stanie mi powiedzieć, kiedy otrzymam przelew! – Ostatnie zdanie Fischer wypowiedział podniesionym tonem.
Siląc się na spokój, powiedziałem z nutką zatroskania:
– Proszę wpierw przyjąć moje szczere przeprosiny. To, co pana spotkało, nie powinno się zdarzyć i pragnę zapewnić, że zaraz po powrocie do biura zajmę się pańską sprawą osobiście.
Rozmówca po drugiej stronie nabrał nowego animuszu. Tłumiąc z trudem wybuch złości, wyrzucał z siebie pretensje:
– To skandal! Żeby tak traktować kooperanta! Mam terminowe płatności, zobowiązania. Pan Gruber mnie zapewniał, a potem nawet nie oddzwonił!
Odczekałem cierpliwie, aż dawka frustracji się wyczerpie. Wtedy tym samym głosem przepełnionym troską i żalem oświadczyłem:
– Nie wie pan jeszcze wszystkiego, panie Fischer. Pan Gruber zginął wraz ze swoją rodziną. Wracam właśnie z jego pogrzebu.
W słuchawce nastała cisza. Nie byłem pewien, czy mam jeszcze połączenie, dlatego zapytałem:
– Jest pan tam jeszcze?
Głos mojego rozmówcy kompletnie zmienił barwę. Teraz przepełniało go niedowierzanie…
– Co pan mówi? Frank… To znaczy, że pan Gruber nie żyje?
– Niestety. Sądzę, że dlatego właśnie pańskie pieniądze nie zostały jeszcze przelane, przykro mi.
– To straszne! Cała rodzina? Jak to możliwe?
– Tragiczny wypadek.
Znowu zapadło dłuższe milczenie…
– Boże… Rozumiem. Oczywiście to zmienia wszystko… Nie miałem pojęcia, byłem nawet wściekły na… To znaczy zły na pana Grubera. Więc… może zróbmy tak, kiedy już będzie pan u siebie, proszę do mnie zadzwonić. Co prawda rachunek opiewa na blisko sto tysięcy, ale poradzę sobie. Myślę, że zważywszy na okoliczności, te kilka dni zwłoki niczego już nie zmienią.
Umówiłem się z Fischerem za dwa dni i w eterze zapanowała błoga cisza.
Poprawiłem się wygodniej w fotelu i podkręciłem nieco głośniej radio, słysząc dobiegające takty Czterech pór roku Vivaldiego. Muzyka idealnie wpisywała się w pejzaż aury na zewnątrz i mojego samopoczucia. Zacząłem układać sobie plan jutrzejszego dnia. Przede wszystkim księgowość, trzeba się zorientować, jakie przelewy zostały zrealizowane, a jakie nie. Takich Fischerów może być więcej, z drugiej strony dlaczego Frank nic mi nie powiedział o kliencie, któremu zalegamy z tak poważną kwotą?
Kolejny telefon przerwał te rozmyślania – dzwoniła moja pomoc domowa. Ciężko westchnąłem i absolutnie pozbawiony entuzjazmu, odebrałem.
– Tak, pani Elzo?
– Nieszczęście! Straszne nieszczęście!
Instynktownie zdjąłem nogę z gazu, pochyliłem się do przodu i wsłuchałem w głos przepełniony rozpaczą.
– Co się stało?
– Włamali się!
– Gdzie się włamali?
– Do pana się włamali!
Kątem oka zobaczyłem niebieski znak informujący o parkingu. Odruchowo włączyłem kierunkowskaz i zjechałem na pas zwalniający, a potem do najbliższej zatoki. Odezwałem się dopiero po zatrzymaniu.
– Do mnie? Do mojego domu?
– Tak!
– Kiedy?
– Przyszłam podlać kwiatki… jak zwykle. Nie wiem, kiedy się włamali, bo ostatni raz byłam tu sprzątać przed tygodniem.
Zgasiłem silnik, odchyliłem głowę na zagłówek i próbowałem zebrać myśli.
Wzbierał we mnie gniew, ale nie na Elzę. Przed rokiem, płacąc dość słoną cenę, kupiłem stary dom w mało interesującej bryle, ale z dużą działką. Chociaż mogłem dokonać innego wyboru, zdecydowałem się właśnie na ten obiekt. Dom znajdował się w tym samym miasteczku, co nasza firma, a pośrednik zapewniał o wyjątkowości dzielnicy zasiedlonej przez zamożną klasę średnią, czyli miejsca wolnego od przestępstw i podejrzanego elementu. Za oknami miałem urzekający widok zalesionych wzniesień Lasu Teutoburskiego, zadbanych ogrodów, czystych podwórek, kojącą ciszę i święty spokój. Wszystko, czego normalny człowiek pragnie najbardziej. Od dwunastu miesięcy nie płaciłem czynszu, bo inwestycję własnego lokum zrealizowałem za gotówkę, co dawało mi również poczucie komfortu. Do tej pory nie mogłem tych walorów w pełni doświadczyć, praca rzucała mnie bowiem raz tu, raz tam i mieszkałem u siebie od wielkiego dzwonu. Nawet na pogrzeb przyjaciela przyjechałem z marszu, to znaczy zza granicy, a do siebie miałem stąd jeszcze okrągłe sześćset kilometrów. To przez rodzinę żony Franka, która postanowiła sprowadzić ciała w pobliże swojego domostwa, by móc regularnie odwiedzać groby córki, wnuków i zięcia.
Usłyszałem jeszcze bardziej niepewny głos Elzy.
– Halo?
– Jestem, jestem… Zawiadomiła pani policję?
– Oni już tu są. Z zoo uciekły zwierzęta i po mieście krążą radiowozy, wyszłam przed dom i jeden zatrzymałam.
– Może mi pani dać kogoś do telefonu?
Nastąpiła dłuższa przerwa. Nie byłem pewien, czy mnie zrozumiała, i miałem zamiar powtórzyć prośbę, kiedy w słuchawce zabrzmiał męski głos…
– Pan Thomas Kraft?
– Przy telefonie!
– Sierżant Andreas Himelsbach. Jesteśmy u pana w domu, co z pewnością jest już panu wiadome. Pańska gosposia zgłosiła włamanie. Ktoś wszedł tu nieproszony i zostawił trochę bałaganu… Kiedy może pan przyjechać na miejsce?
Przez kilka sekund się zastanawiałem.
– Jestem na południu, w Bawarii, ale zmienię trasę i popędzę w kierunku domu. Sądzę, że zabierze mi to jakieś pięć, może sześć godzin.
– Dobrze! Czekamy na kolegów z kryminalnej, zrobią oględziny i zabezpieczą ślady. Ktoś na pewno się z panem skontaktuje, ustalicie dalej, co i jak.
Pożegnałem się. W jednej chwili nawiedziła mnie gwałtowna fala złości. Co za sukinsyny! Niech to szlag jasny trafi! Nie dość, że jakieś ćwoki wlazły mi do domu, to jeszcze musiałem znowu odpuścić od dawna przekładane spotkanie z prawnikiem!
Zadzwoniłem do niego i odbyłem trudną rozmowę, a następnie przez bite sto pięćdziesiąt kilometrów rozmyślałem nad tym, jak ona wpłynie na próbę unormowania stosunków z urzędem budowlanym, z którym od lat toczyłem walkę o mój modelowy bunkier. Rzecz była tego rodzaju, że zbudowałem go na sporej wielkości działce o rekreacyjnym przeznaczeniu, wyłączonej z klasycznej zabudowy. Ponieważ prawo zabraniało budowania obiektu na działce, ale nie pod nią, wykorzystałem lukę w przepisach, a następnie zrealizowałem mój pomysł. Przez kilka lat nic się nie działo, aż do chwili, kiedy w urzędzie doszło do zmiany generacji i jakiś młody prawnik próbował robić mi koło pióra. Byłem nawet zmuszony dokonać pewnych zmian w budowli na rzecz wymogów bezpieczeństwa przeciwpożarowego, bo groziło mi kompletne zamknięcie obiektu, który pełnił przecież rolę mojej reklamy.
Cóż, w tej chwili mam związane ręce i muszę się zająć bieżącymi problemami. Więc po kolei, co mogli ukraść złodzieje? Nie trzymałem w domu większej gotówki, biżuterii i podobnych skarbów. Największą wartość przedstawiała biblioteka złożona z kilku tysięcy książek i kolekcja płyt winylowych… i to właściwie wszystko!
Im dłużej nad tym rozmyślałem, tym bardziej rosło moje zdumienie. Do tego stopnia, że przez resztę drogi dręczyło mnie już tylko jedno pytanie: co skusiło złodziei do nawiedzenia właśnie mojej chaty? Nie znalazłem odpowiedzi…
Za pięć dziewiąta wieczorem, wyczerpany wielogodzinną jazdą, zaparkowałem przed wiatą mojego domu. Wchodząc na ganek, wziąłem głęboki wdech i rozejrzałem się w poszukiwaniu śladów włamania, ale żadnych nie zauważyłem. Może nie jest tak źle – pomyślałem.
Otworzyłem drzwi wejściowe i natychmiast skamieniałem. Wnętrze przedstawiało obraz spustoszenia po huraganie! Oparłem się ciężko o ścianę, bo widok przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. Drewniana boazeria została dosłownie zdarta ze ścian i sufitu. Tu i ówdzie naruszono nawet powierzchnię podłogi. Ruszyłem przed siebie, ale im dalej, tym gorzej. Kuchenne szafki powyrywane ze ściennych mocowań, rozbity zlew, zdemolowana lodówka i jeszcze rozprute obicia krzeseł. W salonie nie było lepiej, ze skórzanej kanapy sterczały wybebeszone sprężyny i biała gąbka, ale najbardziej żałosny widok przedstawiał mój ulubiony fotel. Skórzany fotel Chesterfielda z oryginalnym obiciem, nabyty za ciężkie pieniądze na aukcji w Rotterdamie, sprawiał wrażenie, jakby ktoś włożył w siedzisko granat, a potem wyjął zawleczkę. Zrezygnowany usiadłem, a właściwie bezwładnie oklapłem na jego drewnianej ramie, i zapaliłem papierosa…
Złamałem własną zasadę, bo po raz pierwszy paliłem w bibliotece! Dłuższy czas się zaciągałem i patrzyłem w jeden punkt podłogi, próbując zapanować nad nerwami. Jeszcze nikt nigdy się do mnie nie włamał. Dziwne uczucie, kiedy dopada cię świadomość, że ktoś zupełnie obcy grzebał w twoich rzeczach, nawet tych najbardziej osobistych.
Gdziekolwiek padał wzrok, wstrząsała mną złość, a nawet wściekłość. Regały z książkami zerwano ze ścian i teraz wszystko tworzyło kilka bezładnych kup na podłodze. Obrazu rozpaczy dopełniał rozbity Victor, gramofon analogowy nabyty w ubiegłym roku i z pietyzmem odrestaurowany za kilka tysięcy.
Co to jest, do jasnej cholery!? Skąd taka agresja u złodziei? Dlaczego tak spustoszyli mieszkanie? Byli naćpani?
Dopaliłem papierosa, zastanawiając się, gdzie wyrzucić peta? Kręciłem się w kółko, nie znajdując stosownego naczynia, więc ruszyłem do toalety i wrzuciłem go do klozetu. Tutaj, poza muszlą i wanną, nic nie ocalało, nawet konsola z umywalką została potraktowana brutalnie. Ręce umyłem nad wanną, która odzwierciedlała poprzedni stan. Była wykonana z solidnego stopu żeliwa, chyba tylko dlatego nie dała się zdewastować.
Pozbawiony jakiejkolwiek nadziei, powlokłem się do sypialni…
Na piętrze zastałem widok bliźniaczo podobny do tego na dole. Łóżko z nowiutkim materacem metodycznie wypatroszone, jedynie szafa trzymała się kupy, chociaż nie oszczędzono luster. Jej zawartość walała się w bezładzie po całej podłodze. Rekonesans reszty pomieszczeń przebiegł bez niespodzianek, zgodnie z oczekiwaniami – było tak samo.
Na powrót zszedłem do biblioteki i zapaliłem kolejnego papierosa. Kilka minut wałkowania możliwych przyczyn obecnego stanu doprowadziło mnie do przekonania, że rabusie, rozczarowani brakiem czegoś cennego, wyżywali się na tym, co było w zasięgu wzroku i ręki. Bo jak inaczej wytłumaczyć bezsensowną skalę zniszczeń?
Rozglądałem się właśnie za butelką czegoś procentowego, co pomogłoby złagodzić efekty doznanego szoku, kiedy usłyszałem dzwonek do drzwi. Kogo licho niesie o tej porze? Może policja?
Zniechęcony podszedłem do domofonu i zobaczyłem na ekranie gębę poczciwego, ale zarazem najbardziej upierdliwego sąsiada, jakiego nosiła święta ziemia… Udo! Zastanawiałem się przez dłuższą chwilę, czy nie zignorować gościa, ale to i tak by nic nie zmieniło, więc nacisnąłem zwalniacz elektrozamka. Zaledwie wszedł, jak zwykle od samego progu wylał na mnie swą jowialność…
– Thomas, miły przyjacielu! Gdzie się poniewierasz? Całe tygodnie cię nie widzę…
Zamilkł i w ułamku sekundy mina mu zrzedła, kiedy spostrzegł zniszczoną boazerię korytarza.
– Co tu się stało, do kata!?
Machnąłem ręką w geście rezygnacji.
– Jakieś zasrane ćpuny szukały forsy na dragi i tak właśnie wygląda ich rozczarowanie.
Patrzył zupełnie osłupiały wokół siebie.
– Ćpuny? Tutaj? Kiedy to się stało?
– Nie wiem, bo nie było mnie w domu. Sprzątaczka odkryła włamanie dzisiaj, a że nie bywa tu codziennie, to dokładnej daty nie znam.
Sąsiad pokręcił z niedowierzaniem głową.
– Współczuję… bardzo. Powiedz, jak mogę ci pomóc?
Po raz pierwszy od przybycia tutaj się uśmiechnąłem. Pomimo swej upierdliwości Udo był uczynny i miał nieograniczone zasoby czasu. Jako kilkuletnie dziecko uległ ciężkiemu wypadkowi podczas jazdy konnej. Nieszczęśliwie spadł z chabety, a ta dość brutalnie potraktowała jego głowę kopytami, w wyniku czego stracił oko i miał pokiereszowaną czaszkę. Po opuszczeniu szpitala poddano go wieloletniej rehabilitacji, ale zdolność do pracy pozostała trwale ograniczona. Co prawda przyznano mu rentę wypadkową, jednak na tyle skromną, że z trudem zaspakajała podstawowe potrzeby, więc próbował różnych zajęć. Raz rozwoził jedzenie, potem pomagał w kuchni domu seniora, ale nigdzie nie zagrzał miejsca na dłużej.
Wątpliwa jakość świadczonych przez niego usług była wręcz legendarna i stała się nieustającym tematem żartów lokalnej społeczności. Znajomy Włoch prowadzący niewielką restaurację z jedzeniem na wynos opowiadał, że o ile udało się Udo z pizzą trafić pod właściwy adres, to ta zawsze zdążyła już ostygnąć! Praca w kuchni przebiegała podobnie. Jeśli czegoś nie przypalił albo nie zapomniał, to zjadł sam lub dokumentnie spieprzył!
Sytuacja materialna Udo uległa znacznej poprawie dopiero przed dwoma laty, kiedy otrzymał po ojcu dom i większą jego część wynajął. Pozwalało mu to na życie pozbawione większych trosk i zaprzestanie szukania pracy zarobkowej. On sam mieszkał w skromnym lokalu na poddaszu tej chaty i właściwie brakowało mu jedynie kobiety, przynajmniej tak twierdził. Podejmował w tym kierunku nawet starania, ale były one podobne tym z szukaniem pracy.
Chłopak pozostał starym kawalerem albo, używając języka współcześnie modnego, singlem! Całe dnie spędzał na wędrówkach po naszej mieścinie, a jedyne regularne zajęcie, które go absorbowało, polegało na myciu i sprzątaniu dużego kampera. Dwunastometrowej długości wóz z pełnym wyposażeniem podarowała mu jakaś ciotka z Ameryki. Jednak pojazd, ze względu na całkowitą masę przekraczającą pięć ton, wymagał od kierującego prawa jazdy na ciężarówki, którego Udo nie miał, więc chłopak nigdzie nim nie jeździł, ale za to mył i czyścił dosłownie co drugi dzień. W całej okolicy trudno o bardziej zadbany obiekt na kołach.
Jego namolny charakter, nietypowe przyzwyczajenia i inne pokrewne cechy były znane mieszkańcom naszego miasteczka. Można nawet zaryzykować twierdzenie, że wszyscy bez wyjątku znali go na wylot. Chociaż nie stanowił specjalnego zagrożenia, potrafił być męczący. Najbardziej uciążliwy stawał się w trakcie świąt i weekendów. Kiedy w trakcie pozbawionych celu spacerów do jego nozdrzy docierał zapach węgla drzewnego połączonego z aromatem grillowanego mięsa, zwyczajnie wpraszał się ludziom do ogrodów lub na tarasy, a ci mieli go na karku przez kilka godzin. Jak już dostał krzesło i do tego talerz ze sztućcami, biesiadnicy doświadczali, co znaczy być skazanym na karę towarzystwa wyjątkowego nudziarza i jeszcze słuchania dowcipów z bardzo długą brodą. Chłopak opuszczał gremium jako ostatni albo kiedy zmęczył się już jedzeniem i śmiechem z własnych kawałów, których większość słuchaczy nie rozumiała.
Tak, tak, to nie żart! Mieszkańcy spokojnego miejsca zawsze musieli liczyć się z jego odwiedzinami i wszystkim, co one za sobą pociągały. Mimo to traktowano go z wyrozumiałością i pobłażaniem.
Podobnie jak kilkusetletnia studnia na rynku czy historyczna budowla ratusza, Udo stał się częścią miejscowego folkloru, nierozerwalnie związanego z miastem. Nigdy nie słyszałem o wypadku wyrzucenia go z jakiegoś ogrodu czy domu, bo w końcu facet był bardziej znany od burmistrzów, a ci ostatni co jakiś czas się zmieniali.
Poznałem go ponad rok temu, w dniu przeprowadzki, kiedy przechodząc niby przypadkiem obok, zaoferował swą pomoc. Przyjąłem ofertę jako rękojmię dobrosąsiedzkich stosunków i niedługo potem chłopak należał praktycznie do mojego inwentarza. Kiedy wracałem do domu, nierzadko już na mnie czekał albo pojawiał się krótko potem, uśmiechnięty i zadowolony z życia!
Kolejnego odcinka tej udręki doświadczałem właśnie teraz, a zaistniała sytuacja odbierała mi siły do stawiania oporu, więc powiedziałem to, co zwykle:
– Zachodź! Napijesz się czegoś?
Obdarzył mnie radosnym błyskiem jednego oka i zatarł z satysfakcją ręce.
– Z tobą zawsze!
Chwilę trwałem w bezruchu, szukając wzrokiem jakiegoś trunku… Znalazłem! W prawym rogu biblioteki dostrzegłem wywrócony do góry nogami barek-globus. Ocalało trochę butelek, więc dobyłem jednej, a potem zastanawiałem się, do czego rozlać procentowy płyn. W końcu odkręciłem butlę, pociągnąłem solidnie dwa łyki i, podając sąsiadowi naczynie, powiedziałem:
– Niestety szkło zostało unicestwione, więc musimy odkazić się na indiańską modłę.
Machnął od niechcenia ręką, wpatrzony w szkło, i przyssał do flaszki. Kiedy mi ją oddał, stała się zadziwiająco lekka. Wyraźnie urzeczony smakiem, otarł otwartą dłonią usta, głośno beknął i zapytał:
– Mają jakiś ślad?
– Kto niby? Policja? Nie rozmawiałem jeszcze z nimi, ale nie sądzę. Łapanie bandytów, włamywaczy i im podobnych to zbyt niebezpieczne i męczące zajęcie. Za kilka tygodni otrzymam zawiadomienie o umorzeniu postępowania na skutek niewykrycia sprawców, chyba że ci ostatni sami się zgłoszą.
Roześmialiśmy się, po czym butelka zrobiła jeszcze jedną rundę.
Udo nadal rozglądał się wokół i niespodziewanie podzielił ciekawą i, jak mi się wydawało, celną uwagą…
– Oni szukali czegoś konkretnego!
Zaskoczony w pierwszej chwili, dopytałem:
– Po czym wnosisz?
– Kiedy zmarła babka, podobną metodę zastosowaliśmy z moim starym, szukając schowanej forsy.
– Znaleźliście? – zainteresowałem się.
– Kilka kopert z różnymi sumami i nawet się tego trochę uzbierało. Wtedy chata tak właśnie wyglądała, ale strata była niewielka, bo rudera już od dawna prosiła się o gruntowny remont.
Zamyśliłem się. Pierwsze wrażenie po przekroczeniu progu mieszkania wywołało falę złości i dlatego pomyślałem o wandalach, a nie metodycznych poszukiwaczach. Tymczasem uwaga Udo nie była pozbawiona podstaw. Ćpuny albo podobne ćwoki nie zadają sobie trudu systematycznego demolowania każdego pomieszczenia do ostatniej deski. Rzeczywiście tutaj coś nie pasowało. […]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
Frivolla Puella
isbn: 978-83-8423-396-2
© Hector Kung i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
redakcja: Marta Grochowska
korekta: Konrad Witkowski
okładka: Grzegorz Araszewski
źródła: domena publiczna freepik.com
konwersja e-booka: Gabriel Wyględacz – Studio Akapit
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: sekretariat@grupazaczytani.pl
https://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
