Florescence - Noelia Grzyb - ebook

Florescence ebook

Noelia Grzyb

4,5

Opis

Potrzeba odpowiednich warunków, by rozkwitnąć

Minjun to charyzmatyczny tatuator z Seulu. Żyje zgodnie z rytmem wyznaczanym przez zakrapiane imprezy, undergroundowe koncerty i przelotne romanse. Kiedy jednak pewnego dnia do jego studia wchodzi blondyn w różowym płaszczu, który prosi o wytatuowanie skromnego wzoru bratka, wszystko się zmienia.

Jedno spotkanie uruchamia lawinę wydarzeń, których intensywność odmieni życie dwóch młodych mężczyzn na zawsze… i poda w wątpliwość wszystkie dotychczasowe decyzje Minjuna.

„Florescence” to opowieść o sile przeznaczenia, o przyjaźniach wystawianych na próby, o chwilach beztroski, a także o niebezpiecznych – równie mrocznych co myśli – zakamarkach Seulu, gdzie naprawdę łatwo się zgubić.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 326

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (2 oceny)
1
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
monika910302

Nie oderwiesz się od lektury

„Florescence” to historia, której się nie czyta, tylko przeżywa — powoli, intensywnie i często boleśnie, w brudnym, pulsującym Seulu. Opowiada o kruchej, niecukierkowej miłości MLM, która nie naprawia wszystkiego, lecz otwiera rany, uczy i czasem kończy się ciszą zamiast ukojenia. To książka, która łamie delikatnie, zostaje w głowie na długo i zmusza do pytania, czy niektóre spotkania nie są ważne właśnie dlatego, że trwają krótko.
00
MagdalenaSzary

Dobrze spędzony czas

"Ludzie są jak kwiaty, stworzeni do tego, aby się rozwijać."(A.L.) ⬇️ "Florescence" @nelielouvellie @wydawnictwo_novaeres [Współpraca reklamowa] Sięgając po ten tytuł byłam bardzo ciekawa jej wnetrza. Gatunek jest mi dobrze znany, dlatego naturalnie miałam wobec niej pewne oczekiwania. Szczerze mówiąc, trochę się zawiodłam, choć myślę, że wynika to głównie z mojego przyzwyczajenia do zupełnie innego tempa narracji. Autorka zabiera czytelnika do Korei i.. robi to naprawdę pięknie. Opisy uliczek usłanych różowymi płatkami kwitnącej wiśni zauroczyły mnie. Było w nich coś niezwykle malowniczego, niemal filmowego. Klimat, który zostaje w głowie na długo. Poznajemy głównego bohatera, prowadzącego dość luźne, rozrywkowe życie. Imprezy, intensywne romanse, używki, wszystko to staje się dla niego odskocznią od szarej, trudnej rzeczywistości, w której przyszło mu funkcjonować. Prowadzi własny salon tatuażu i mimo chaosu próbuje realizować swoje marzenia. Na jego barkach spoczywa także od...
00



Noelia Grzyb

Florescence

Dla wszystkich nierozkwitniętych pąków kwiatów, które wciąż próbują, by móc pochwalić się światu swymi najpiękniejszymi płatkami.

his dear pansy

Daj mi pachnący ogród z pięknymi kwiatami o świcie, gdzie będę mógł chodzić bez przeszkód.

Walt Whitman

Nietrudno byłoby przyrównać kwiat do życia.

Nasze rozwijanie się pod sercem matki przypominało stopniowy wzrost niewielkiego, bezbronnego pąku, zaś narodziny oznaczały jego rozkwit. Z każdym rokiem ukazywaliśmy coraz więcej siebie, niczym roślina rozchylająca bladoróżowe płatki kwiatu wiśni. Roślina rosła, dojrzewała – tak jak młody człowiek, przygotowując się do samodzielnego życia. Pomagały w tym doświadczenia, przeżycia i wyciąganie lekcji.

A jednak kwiat stale był narażony na zniszczenie – przez wichurę, ulewę, przez ludzkie czyny. To, czy pąk pozostał na drzewie, zależało tylko od tego, czy potrafiliśmy poradzić sobie z tym, co nas spotkało. Jeśli nie – kwiatek spadał i cierpliwie czekał na pomoc tych, którzy mogli znów dać mu słońce i wodę, czyli opiekę i troskę.

Wszystko po to, byśmy znów mogli ukazać drzemiące w nas piękno i siłę.

Być może właśnie tak widział to Minjun Jeon. Być może z tą myślą codziennie mijał chodnik usłany świeżymi płatkami z kwitnących drzew wiśni. Zatrzymywał się na moment, by nacieszyć oczy tym bajkowym widokiem i wciągnąć w płuca jego słodki zapach. Codziennie robił zdjęcie, nawet jeśli wyglądało identycznie jak wczoraj, i wrzucał je na relację w mediach społecznościowych. Miał wrażenie, że wszyscy już go z tego kojarzą.

Ten kadr stał się jego znakiem rozpoznawczym, z którym nawet nie próbował się ukrywać.

Kiedy płatki opadały na jego twarz, muskając policzki zaróżowione od porannego chłodu, uśmiechał się w duchu. Czuł wtedy, jakby ten subtelny dotyk dawał mu eteryczną czułość, otulając jego serce w delikatnej bańce bezpiecznej przystani. Przystani, w której mógł choć przez kilka sekund poczuć prawdziwą beztroskę.

Młody tatuator marzył o tym, by zamieszkać blisko natury; seulskie dzielnice nie miały z nią wiele wspólnego. Stolica nie była miejscem jego marzeń, ale na ten moment był na nią skazany. Miał tu dobrze płatne zajęcia, które go pasjonowały, i ludzi, których kochał. Trudno byłoby mu porzucić rytm życia, do którego przywykł, nawet jeśli był intensywny. Nie ukrywał, że taki tryb wybrał świadomie; nie chciał pogrążać się we własnych myślach. Nie znosił bycia sam. To wtedy najczęściej dopadało go rozpamiętywanie, którego szczerze nienawidził i które za każdym razem próbował zepchnąć w cień. Jego życie składało się z pracy, pasji, opieki nad siostrą, spotkań ze znajomymi i powrotów do domu późnym wieczorem – albo i wcale.

I taki styl życia mu odpowiadał.

Spojrzał na pościel w mieszkaniu rudowłosej dziewczyny, przesyconą ciężką wonią nocy – zapachem seksu i wiśniowego olejku z elektrycznego papierosa. Minjun patrzył bez wyrazu na jej plecy, unoszące się w rytmie oddechu. Jej twarz skryta była w głębokim śnie, a na poduszce spoczywała dłoń z pierścionkiem z białego złota – z drobnym cytrynem w kształcie serca.

Zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem dziewczyna nie zdradziła swojego chłopaka, może narzeczonego – tego, który podarował jej ten pierścionek. Ale nawet jeśli, nie mógł już nic zrobić. Nie mógłby cofnąć czasu. Poza tym nie przypominał sobie, żeby wspominała o kimś takim.

Sielankę przerwał dźwięk budzika. Telefon przypomniał mu, że miał dziś być w studiu. Przeklął w myślach i sięgnął po urządzenie, które niemal spadło mu na nos. Była ósma czterdzieści. Miał dwadzieścia minut na dotarcie do zupełnie innej dzielnicy. To graniczyło z cudem.

– Cześć, Minjun. – Z letargu wyrwał go głos przeciągającej się dziewczyny.

Naciągnęła pierzynę na swoje piersi, słodko się do niego uśmiechając.

– Hej – odparł jedynie. Było mu trochę wstyd to przyznać, ale nawet nie pamiętał jej imienia. – Słuchaj – zaczął – mógłbym skorzystać z prysznica? Za chwilę zaczynam pracę, a i tak jestem już spóźniony.

Rudowłosa pokiwała głową.

– Pierwsze drzwi na prawo – zawiadomiła. – Pójdę zrobić ci jakieś śniadanie na drogę – powiedziała, wpatrując się w jego całkiem dobrze zbudowane ciało ozdobione dziesiątkami tatuaży.

Jeon naciągał na siebie wczorajsze bokserki zgarnięte z podłogi.

– Nie potrzeba, dziękuję. Zwykle nie jadam śniadań.

Nie kłamał. Jego śniadanie zazwyczaj składało się z mocnej kawy – ewentualnie energetyka, gdy miał mniej czasu – i papierosa. Zdawał sobie sprawę z tego, że takie podejście nie było zdrowe, ale dopóki nie skarżył się na żadne dolegliwości, dopóty nie miał zamiaru tego zmieniać.

– W porządku – oznajmiła, podnosząc się do siadu.

Zanim mężczyzna wyszedł z pomieszczenia z zamiarem skierowania się do łazienki, kobieta zaczepiła go ponownie:

– A dostanę chociaż twój numer?

Czarnowłosy obawiał się tego pytania. Na szczęście stał odwrócony tyłem do wnętrza pokoju, dlatego dziewczyna nie mogła dostrzec jego zrezygnowanej miny i odrobinę bezczelnego przewrócenia oczami. Zacisnął palce na wczorajszych ubraniach, które zapewne były nieźle przepocone i śmierdziały alkoholem, po czym oparł się o framugę drzwi i posłał jej nieco wymuszony uśmiech.

– Wiesz – zaczął cicho i zrobił krótką przerwę, by efektownie przejechać językiem po górnym rządku zębów – wolę poczekać, aż los znów nas na siebie nakieruje. To o wiele bardziej… romantyczne. Nie sądzisz?

Dostrzegłszy karminowy rumieniec na jej policzkach, puścił do niej oczko i zniknął za drzwiami łazienki.

To nie tak, że był przesądny. Wręcz przeciwnie – nie wierzył w takie, jak zwykł to nazywać, „bzdety”, ale przecież musiał jakoś nieinwazyjnie wybrnąć z sytuacji. A Jeon dobrze wiedział, co powiedzieć kobiecie, żeby zwalić ją z nóg.

Po wejściu do toalety niemalże od razu ściągnął z siebie bokserki, a ubrania rzucił na deskę klozetową. Wszedł pod strumień letniej wody, próbując się rozbudzić. Sięgnął po pierwszy z brzegu żel pod prysznic – różowa, kwiatowa maź – i dopiero po chwili poczuł szorstkie drobinki na skórze. Spojrzał na etykietę. Peeling. Wzruszył ramionami i kontynuował mycie.

Pięć minut później był już gotowy. Umył zęby palcem – byle zabić smak alkoholu i papierosów – i ubrał się w czarne joggery oraz kangurkę. Nie mył włosów, bo nie chciał wyjść na mróz z mokrą głową. Przeczesał przetłuszczone kosmyki i ruszył w stronę domniemanego wyjścia. Z daleka zauważył, że rudowłosa pichci coś przy kuchence.

– Na pewno nie chcesz zabrać ze sobą jakiegoś jedzenia? – zapytała, wyłączając urządzenie, i powoli do niego podeszła.

Minjun momentalnie zaprzeczył.

– Dziękuję. Zaraz wstąpię do sklepu po jakiś jajangmyeon i ogarnę to na szybko w pracy. – Kłamstwo. Nie miał najmniejszego zamiaru wchodzić do sklepu, chyba że po jakiś napój energetyczny.

I na tym rozmowa najpewniej by się zakończyła, gdyby nie pytanie dziewczyny.

– Gdzie pracujesz, że możesz pozwalać sobie na takie luksusy? – parsknęła.

Jeon bił się z myślami, czy mówić prawdę, a jeśli tak – w jakim stopniu i kiedy uciąć temat. Ostatecznie doszedł do wniosku, że dziewczyna raczej nie będzie zbyt dociekliwa. Wątpił, by miała przeszukiwać całe miasto tylko po to, żeby zdobyć jego numer i ponownie się z nim spotkać. Naprawdę nie chciał sprawiać jej przykrości.

– Szef raczej może sobie na to pozwolić – zaśmiał się, wiążąc sznurówki w swoich białych air forcach.

Zauważył, że dziewczyna na moment zamarła. Jej twarz przybrała nieco skonfundowany wyraz – jakby nie wiedziała, jak to zinterpretować.

– Prowadzę studio z tatuażami – dodał.

Jeden z rudych kosmyków opadł na jej różaną twarz, a z gardła wydobyło się pełne zaskoczenia „o”, które ułożyło się także na ustach. Dziewczyna spojrzała na niego uważnie, jakby chciała się upewnić, czy mówi prawdę. W jej niemal czarnych oczach można było dostrzec pytanie: „Czy on naprawdę wygląda na tatuatora, czy raczej na zbuntowanego nastolatka z jednorazówką w ręku?”.

Minjun musiał przyznać, że dziś rzeczywiście tak wyglądał.

Na co dzień jednak przykładał wagę do stroju i do tego, jak się prezentuje. Czasem ubierał się nawet elegancko – mimo że nie zawsze było mu w tym wygodnie.

– Naprawdę tatuujesz? – dopytywała.

Jeon przytaknął, choć tym razem nie dlatego, że chciał szybko zakończyć temat. Wręcz przeciwnie – lubił, gdy ktoś interesował się tym, co kochał. A tatuaże były jego pasją.

– Chyba będę musiała wpaść do ciebie na swój pierwszy tatuaż – rzuciła z uśmiechem.

– Próbujesz oszukać przeznaczenie? – zagadnął, nawiązując do ich wcześniejszej rozmowy.

Rudowłosa znów delikatnie się zarumieniła, co pięknie komponowało się z jej ognistymi włosami. Uśmiechnęła się szeroko.

– Będę leciał. Muszę złapać jeszcze jakąś podwózkę i iść do tego sklepu.

– Rozumiem. – Pokiwała głową.

Mężczyzna otworzył drzwi i poczuł na twarzy subtelny, wiosenny wietrzyk.

– Dzięki za tę noc. Było naprawdę miło… – przeciągnął odruchowo, choć wcale nie interesowało go jej imię.

Nie chciał jednak wyjść na niegrzecznego.

– Gookhwa – przedstawiła się (zapewne ponownie w ciągu tych kilku godzin).

– Gookhwa – powtórzył, kiwając głową oraz pstrykając palcem, jakby to było oczywiste. – Tak, dokładnie – dodał, cofając się na schodek.

Dziewczyna oparła się o drzwi, otulając się ramionami. Miała na sobie tylko koronkowy podkoszulek i krótkie spodenki dresowe. Jej bose stopy zadrżały lekko od chłodu. Mimo to z uśmiechem pomachała mu na pożegnanie.

– Cześć, Jun – rzuciła lekko, śledząc wzrokiem, jak schodzi w dół. – Mam nadzieję, że nie zostawiamy tego losowi na marne.

Minjun nie odpowiedział, tylko szczerze odwzajemnił jej uśmiech. Nie chciał dawać jej złudnej nadziei ani ranić odmową. Wolał zostawić wszystko takim, jakie było. Może w innych okolicznościach rzeczywiście wymieniliby się numerami. Gookhwa wydawała się naprawdę sympatyczna i Jun był pewien, że mógłby zawrzeć z nią pewnego rodzaju przyjaźń. Jednak nie w momencie, kiedy gołym okiem widać, jak bardzo przypadł jej do gustu. Taka relacja na starcie byłaby skazana na porażkę.

Wyjął telefon. Ósma pięćdziesiąt. Wiedział, że nie zdąży, ale nie przejął się tym nadmiernie. Nie miał w zwyczaju się spóźniać, ale dziś musiał pogodzić się z wyjątkiem od tej reguły.

Zauważył w pobliżu sklep spożywczy i przyspieszył kroku, chowając telefon do kieszeni. Przeczesał rozczochrane włosy dłonią, na której widniał tatuaż róży, po czym nacisnął na klamkę i wszedł do środka. Zignorował uprzejme powitanie sprzedawczyni. Dziś nie miał siły na grzeczności.

Ruszył prosto do działu z energetykami i bez wahania sięgnął po puszkę z nadrukiem DJ-a G Parka. Już miał ruszyć w stronę kasy, gdy kątem oka dostrzegł półkę z zupkami typu instant. Przypomniał sobie słowa rzucone do Gookhwy i lekko przygryzł wargę. W dłoni ściskał puszkę, bijąc się z myślami.

Westchnął przeciągle. Uznał, że miałby wyrzuty sumienia, gdyby nie zabrał ze sobą czegoś do jedzenia – i gdyby przez to musiał przyznać, że ją okłamał. Sięgnął więc po swoją ulubioną zupkę jajangmyeon i szybkim krokiem podszedł do kasy.

Położył zakupy na ladzie. Gdy starsza ekspedientka skanowała produkty, sięgnął do kieszeni po zniszczony skórzany portfel. Wyciągnął kartę i przyłożył do terminala. Kiedy płatność przeszła, zupkę schował do kangurki, a energetyka od razu otworzył.

Mruknął krótkie „do widzenia” i ruszył w stronę najbliższego przystanku. Na szczęście znał tę okolicę; często bywał w klubach w Gangnam-gu.

Niedługo później zobaczył autobus podjeżdżający na przystanek. Na jego szczęście linia kończyła trasę tuż przy Itaewon, gdzie mieściło się jego studio. Pobiegł i wskoczył do środka w ostatniej chwili. W autobusie było zaskakująco pusto, więc bez trudu znalazł wolne miejsce.

Upił łyk limonkowego energetyka z nutą czarnej herbaty i sięgnął po telefon, który właśnie zawibrował w jego kieszeni.

Od: jjang jjang man[1]

Gdzie ty, do cholery, jesteś?

Do: jjang jjang man

Jadę, niedługo będę.

Szybko wystukał wiadomość, po czym niemal od razu wszedł w kontakty, aby odszukać numer do swojej siostry. Gdy go znalazł, bez zwłoki kliknął zieloną słuchawkę. Na ekranie pojawił się znajomy podpis: „kimchi-nyeo”[2].

Minęły dobre trzy, może cztery sygnały, zanim w końcu odebrała – i to racząc go nad wyraz nieprzyjemnym tonem.

– Czego? – zapytała, nie siląc się na żadne przywitanie. Minjun słyszał tylko jej przyspieszony oddech, jakby była w biegu. – Kurwa.

– Dojechałaś do szkoły? – spytał, ignorując przekleństwo. Już dawno przestał ją za to ganić.

– Autobus mi odjechał i musiałam biec. Kręgosłup mi się zaraz przegnie w drugą stronę przez ten zasrany plecak, a płuca to chyba wyrzygam – sapnęła. – I jeszcze do mnie wydzwaniasz i niepotrzebnie zajmujesz mi czas.

– Powiedz pani Choi, że autobus nie przyjechał. – Jun wzruszył ramionami.

– Jiyeon jeździ tym samym i pewnie już dawno jest na lekcji.

Minjun przewrócił oczami i zaczął główkować. Kiedy wpadł na pewien pomysł, zamknął oczy w niedowierzaniu, że aż tak bardzo ma zamiar się dla niej zbłaźnić i wziąć winę na siebie. Zresztą robił to zawsze, gdy nie chciał, by niepotrzebnie oberwała – nawet jeśli czasem mogło to być dla niej nauczką.

– To zrzuć winę na mnie i powiedz, że auto nie chciało mi odpalić – podsunął, wiedząc, że siostra z chęcią to wykorzysta. – Idź do klasy. Ja jadę do roboty.

– Dopiero? – zdziwiła się. – Kogo przez pół nocy obracałeś, braciszku? Pochwal się.

Jeon pokręcił głową, łapiąc się za nią teatralnie. Chociaż może tak właśnie działało na niego głupie gadanie młodszej siostry.

– Nie twoja sprawa, gówniaro – uciął. Czułby się co najmniej niekomfortowo, gdyby miał dzielić się swoimi przeżyciami z siostrą, mimo iż wiedział, że ta tylko się z nim droczy. – Mam przystanek. Na razie – skłamał i natychmiast się rozłączył.

Minjun przesiedział w autobusie jeszcze dwadzieścia minut – korki, jak zwykle, sparaliżowały seulskie ulice. Sam się dziwił, że dziś nie rzucał przekleństw pod nosem. Był zaskakująco spokojny. Przez chwilę pomyślał, że to zasługa rudowłosej Gookhwy – co poniekąd było prawdą. Mimo zmęczenia miał dość dobry humor, podbijany dodatkowo przez zapętlone Scary Love od The Neighbourhood na airpodsach. Oni – wraz z Arctic Monkeys, Cigarettes After Sex, Chase Atlantic oraz The Weeknd – byli jego uzależnieniem.

Na Itaewon dotarł o dziewiątej dwadzieścia pięć. Szedł niespiesznie przez umiarkowany tłum w stronę pracy, mijając dopiero co otwierające się restauracje, zamknięte jeszcze bary i drobne sklepiki. Miał szczęście – jego studio tatuażu było tu jedyne, bez żadnej konkurencji. I równie dobrze trafione było położenie: nie musiał przedzierać się przez głębokie zakamarki dzielnicy, żeby dotrzeć do celu. Cenił to sobie każdego dnia, szczególnie że lokal wcale nie kosztował majątku.

Zobaczył oświetlony ciemnym fioletem szyld – Arabella Ink Tattoo (nazwa wystarczająco zdradzała jego miłość do Arctic Monkeys) – i od razu pognał w tamtym kierunku. Bez zastanowienia pociągnął za klamkę i wszedł do środka. Natychmiast poczuł na sobie wzrok Juwona Mina.

– Siema – rzucił naprędce, zdejmując z siebie wierzchnie odzienie.

– Książę zaspał? – parsknął Min, kontynuując tatuowanie jakiegoś mężczyzny, na oko po czterdziestce. – Wyglądasz, jakbyś zarobił dwie śliwy po drodze.

Minjun westchnął, odwieszając swoją kurtkę. Wyjął z kieszeni zupkę i rzucił ją na swoje biurko. Rozsiadł się na fotelu, zarzucając kostkę na kolano, i wyjął telefon z kieszeni spodni.

– Mało dziś spałem – wyznał, kiwając głową, jakby chciał podkreślić prawdziwość swoich słów.

– Ciekawe dlaczego – rzucił rozbawiony tatuator, a kiedy poczuł na sobie pełne zdziwienia spojrzenie młodszego mężczyzny, pokazał palcem na bok jego szyi, gdzie kryła się niewielkich rozmiarów czerwona malinka. A może nawet dwie.

Jeon odruchowo je zakrył, nie dowierzając w gówniarskie poczucie humoru swojego przyjaciela. Czy oni mieli po piętnaście lat, by śmiać się z takich rzeczy?

– Trochę się napiłem na otwarciu klubu w Gangnam i tak jakoś wyszło – wyjaśnił, choć przecież wcale nie musiał się z tego tłumaczyć.

Juwon nie powinien mieć pretensji o kilkuminutowe spóźnienie szefa. Jun wiedział jednak, że jego pracownik próbuje jedynie nieudolnie go upokorzyć.

– Patrzysz na mnie, jakbyś się w gacie zesrał. Zazdrość zżera? – dodał.

– Absolutnie – zaprzeczył Min, kręcąc głową. – Nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak bogate życie seksualne miewam.

– „Miewasz” – sarknął Minjun.

W międzyczasie odpowiadał na Instagramie na wiadomości od klientów.

– Co u młodej? – zapytał Juwon.

Mężczyzna od zawsze nazywał tak Soojin. Ona była „młodą”, a Min „starym”.

– Nic ciekawego. Chociaż ostatnio dostałem newsa, że lizała się pod schodami na przerwie z jakimś kolesiem, i będę musiał przeprowadzić moralizatorską rozmowę z moją ukochaną siostrzyczką – odparł, po czym przerwał na chwilę, aby upewnić się, że przedstawił komuś poprawny cennik. – O ile nie zamknę jej w pokoju i nie odetnę internetu, żeby nie mogła żalić się temu skurwiałemu fagasikowi.

– I o ile nie zamordujesz wcześniej tego „skurwiałego fagasika” i nie pójdziesz za to siedzieć – dopowiedział Min, śmiejąc się pod nosem.

Juwon szczerze uwielbiał ich relację. Byli typowym rodzeństwem, które na co dzień pokazuje, jak bardzo się nienawidzi, ale gdy coś się działo, potrafili skoczyć za sobą w ogień. Kochali się jak cholera. Po prostu ich język miłości był pokręcony.

– Gdybym wiedział tylko, jak wygląda, toby go, kurwa, rodzona matka nie poznała – zapewnił.

– Daj spokój. Jest prawie dorosła – przypomniał Juwon.

Jeon zrobił niezadowoloną minę.

– Gówno, nie dorosła – rzucił, odkładając telefon ekranem do dołu. Poprawił się na wygodnym fotelu. – Poza tym…

Drzwi od salonu niespodziewanie się otworzyły. Juwon nawet nie spojrzał w tamtą stronę, zbyt skupiony na robieniu tatuażu. Minjun za to od razu podniósł wzrok.

W progu stał młody blondyn, góra metr siedemdziesiąt pięć, poprawiający swoje tlenione kosmyki, które wpadały mu w ciemne, lśniące od nienaturalnej pogodności oczy. Na ustach miał subtelny uśmiech, roztaczający wokół przyjemną aurę. Biała koszula, płaszcz w odcieniu pudrowego różu, ciemne spodnie i loafersy ze złotymi detalami pasującymi do biżuterii – wszystko w nim wyglądało jak z jakiegoś katalogu. Biło od niego dziwne ciepło. Tak osobliwe, że Jun nie umiał tego racjonalnie nazwać.

Wyglądał na lekko zawstydzonego, jakby nie planował się tu znaleźć, a jednak wszedł. Zupełnie przypadkiem, a mimo to – sądząc po jego wyrazie twarzy – wcale nieprzypadkowo. Minjun, gdyby minął go na ulicy, pomyślałby raczej, że nieznajomy zmierza na wystawę sztuki, a nie do jego studia tatuażu na Itaewon. Kompletnie tu nie pasował.

– Dzień dobry – przywitał się delikatnym, niewymuszonym głosem. Był on taki… melodyjny, srebrzysty, harmonijny, wręcz muzyczny.

Jun otrząsnął się ze swoich rozmyślań, podpierając podbródek na nadgarstku.

– Dzień dobry – powtórzył. Skoro chłopak milczał, postanowił, że sam pociągnie temat. – Zapisać na tatuaż?

Odpowiedziało mu skinienie głową. Jasnowłosy stanął przed jego biurkiem z jeszcze bardziej przyjaznym uśmiechem niż wcześniej. Jun mógłby przysiąc, że ten typ miał szczęście wypisane na twarzy – jakby całe życie mu sprzyjało.

– Chciałbym mieć bratka.

Pąk rozpoczął swój rozkwit.

*

Minjun nigdy nie wierzył w żadne moce dobrych energii czy wibracji, jakie rzekomo mogła mieć dana osoba. Dla niego to była kompletna abstrakcja – choroba umysłowa, jak mawiał – i otwarcie wyśmiewał w internecie każdego, kto wróżył, wierzył w byty albo inne bzdury. Takie osoby powinny się leczyć. Koniec, kropka.

Dla niego świat po prostu istniał, bo istniał. Powstał, bo tak. Nigdy nie zagłębiał się nawet w temat jego ateistycznego początku. Boga nie było. Gdyby był, nie byłoby wojen, głodu, krzywdy. Byliśmy zwykłymi śmiertelnikami z kilkudziesięcioma latami na karku, a potem czekała nas śmierć i grób. A z czasem zapomnienie. Nawet jeśli ktoś zostawił po sobie marny ślad, to i tak później było już tylko nic. Czerń. Ciemność. Pustka. Życie po śmierci? Nie istniało.

Dlatego właśnie zdziwił się, że od momentu wejścia blondyna do studia atmosfera jakby się zmieniła. Nabrała czegoś… beztroskiego. Jakby ktoś wpuścił do tego ciemnego miejsca trochę słońca. Coś w środku mówiło mu, że to nie przypadek. Jakby jakiś mały elfik usiadł mu na ramieniu i wyszeptał to do ucha.

– Będzie bardzo boleć? – zapytał blondwłosy, widząc, jak Minjun zbliża się w jego stronę z kalką bratka.

Jun wciąż sam nie rozumiał, dlaczego właściwie ją przygotował. Za kilkanaście minut miał przecież kolejnego klienta, a nie robił wyjątków dla nikogo poza stałymi bywalcami. To było coś nowego. Nie wiedział, czy chodziło o szybki zarobek, czy o te oczy w kolorze mlecznej czekolady, patrzące tak, że ciężko byłoby im odmówić, nie czując się jak ostatni drań.

– No. Rękę ci upierdoli – odparł z pełną powagą, przecierając ręczniczkiem zdezynfekowane przedramię. Gdy zobaczył spiętą minę blondyna, parsknął. – Żartuję. Będzie o wiele bardziej lajtowo, niż sobie to wykreowałeś. Mówią, że kolorowe tusze bolą bardziej, ale to raczej subiektywna opinia. Większość moich klientów twierdzi, że różnicy nie czuć. Fioletowy, który tu wykorzystamy, nie należy do bolesnych. A przedramię to nie jest miejsce, gdzie się kona z bólu. Cały ten ból siedzi w twojej głowie – wyjaśnił, dosuwając stołek.

Przyłożył kalkę do jego skóry, starając się ją jak najlepiej ułożyć. Po chwili ją odkleił. Na przedramieniu pojawił się malutki, uroczy bratek.

– Pierwszy tatuaż, jak mniemam? – dodał ze śmiechem.

Nie mówił tego złośliwie. W końcu każdy kiedyś zaczynał. I każdy się bał, chociażby trochę. On sam też się stresował przy swoim pierwszym. Byłoby wręcz dziwne, gdyby ktoś wsiadł na fotel całkowicie na luzie, bez szybszego bicia serca i bez spiętego uśmiechu. Jeon miał już mnóstwo tatuaży i mógł z czystym sumieniem powiedzieć, że to uczucie jest nie do porównania z czymkolwiek. I nie da się na nie przygotować.

Chłopak, na jego szczęście, nie poczuł się urażony. Zaśmiał się z rozbawieniem. Junowi spadł kamień z serca, bo przez chwilę obawiał się, że zagalopował się ze swoją charyzmą.

– Nie liczy się ilość, a znaczenie – doprecyzował blondyn, czym na moment zbił Minjuna z tropu, gdy sięgał po maszynkę.

Postanowił tego nie analizować. Miał ograniczony czas, więc zabrał się do pracy. Zapytał tylko, czy chłopak jest gotowy. Gdy usłyszał potwierdzenie, przyłożył maszynkę do skóry i zaczął. Najpierw obrysował kontury, po czym starł nadmiar tuszu chustką.

Minutę później ciekawość jednak wzięła górę.

– Co oznacza więc ten kwiat? – zapytał, odrywając na sekundę wzrok od tatuażu.

Spojrzał na twarz chłopaka. Ten patrzył na niego cały czas, wręcz uporczywie. Gdy ich spojrzenia się spotkały na pięć, może sześć sekund, coś się w nim zawiesiło. Blondyn odwrócił wzrok, a na jego policzkach pojawił się lekki rumieniec. Łatwo było pomylić go z różem do policzków.

– To symbol przyjęty przez pewną grupę ludzi – odpowiedział chłopak, wzrok wbijając gdzieś przed siebie, prosto w kalendarz z blondwłosą Amerykanką z odkrytymi piersiami. – Zdecydowali się myśleć poza społecznymi schematami, bez emocjonalnych oczekiwań i religijnych dogmatów. W swojej najwyższej formie bratek opiera się na logice i rozsądku.

Brunet był zaskoczony. Spodziewał się raczej jakiejś taniej historii – coś o miłości, przeznaczeniu, może o ważnej osobie. A tu coś nowego. Innego. Coś, co naprawdę go zainteresowało. Sam wolał tatuaże bez większej filozofii, po prostu dla wyglądu, ale ten motyw do niego przemówił.

– Kwiat jak każdy inny – prychnął, wzruszając ramionami.

Chłopak zaśmiał się cicho, jakby jego słowa były aż nazbyt nieprawdziwe, ale nie skomentował ich. Po prostu odpowiedział z uśmiechem:

– Kwiat szczęścia najpiękniej rozkwita, gdy opromienia go światło miłości [3] – zacytował z pamięci sentencję, która kiedyś wpadła mu w oko. – Pokocham ten tatuaż. Ma dla mnie naprawdę duże znaczenie, proszę pana.

– Wystarczy Minjun – mruknął.

Nie znosił, gdy ktoś zwracał się do niego formalnie, niezależnie od wieku rozmówcy. Sprawiało to, że czuł się dziwnie… staro.

Blondyn przyglądał mu się dalej, korzystając z tego, że Jun skupił się na pracy. Sam tatuaż prawie wcale nie bolał. Może lekko w cieńszych miejscach na skórze, ale dało się to znieść. Poza tym pomagała mu sama świadomość, że ten pierwszy pąk kwiatu rozkwita na jego ciele z konkretnego powodu.

– W porządku. – Pokiwał głową. – Minjun – powtórzył niemalże szeptem, jakby rozważał sens tego imienia. Mimo że to przecież tylko imię. – Pięknie – dodał z lekkim westchnieniem.

Minjun poczuł na sobie jego wzrok, w ciemnych tęczówkach chłopaka zatańczyły iskierki. Tatuator uśmiechnął się promiennie, był naprawdę wdzięczny, gdyż chyba jeszcze nikt nie zachwycił się jego imieniem. Blondyn z zaciekawieniem obserwował, jak Jun pracuje. Czarnymi rękawiczkami pewnie trzymał maszynkę, prowadząc ją po skórze z precyzją, która robiła wrażenie. Miejsce tatuażu było na razie zaczerwienione, gdzieniegdzie przeciekał tusz, pojawiały się drobne krople krwi, ale dla chłopaka już teraz był on najpiękniejszy. Wyjątkowy.

Patrzył z uwagą na każdy szczegół. Wiedział, że gdy się zagoi, będzie wyglądać jeszcze lepiej. Lepiej, niż to sobie wyobrażał. Wystarczyło spojrzeć, z jaką dokładnością i starannością pracował czarnowłosy.

– Czuć od ciebie, że lubisz to, co robisz. To również jest piękne – wyjawił to, co miał w sercu.

– To prawda. Nie potrafiłbym temu zaprzeczyć – przytaknął Minjun, czując, jak serce mu mięknie. Żaden komplement nie cieszył go bardziej niż ten, który dotyczył jego pasji.

– Dzięki takim ludziom świat kwitnie – powiedział blondwłosy chłopiec.

Minjun spojrzał na niego, rozbawiony:

– Jak kwiat?

– Dokładnie tak – przyznał.

Jeon poprawił nieco kąt położenia jego ręki. Mimo rękawiczek poczuł, jak przez jego ciało przechodzi ciepły, subtelny prąd.

– Jesteś jak słońce albo deszcz – dodał chłopak. – Dajesz mu warunki do życia przez to, że robisz to, co kochasz. Wkładasz w to całe serce. A dziś coraz trudniej o ludzi, którzy wiedzą, kim są. Bez pasji wszystko blaknie.

Brunet nie miał już wątpliwości, że ten chłopak urwał się z kosmosu. Może z planety, którą sam sobie wymyślił i nazwał. Ale mimo całego tego oderwania… mówił z sensem. Każde jego słowo zdawało się mieć swoje miejsce. I echo. W głowie Minjuna.

Sam powtarzał wielokrotnie, że wolałby umrzeć, niż egzystować bez pasji. To ona dawała mu siłę wstawać rano z łóżka.

– Nie śmiałbym się z tym nie zgodzić – powiedział, maczając igłę w zielonym tuszu, i rozpoczął robienie łodygi. – Nie potrafiłbym bez niej żyć. Jest dla mnie jak powietrze.

– Co nieco o tym wiem. – Uśmiechnął się blondyn.

Zapanowała cisza. Minjun tylko się zaśmiał, po czym skupił całą uwagę na pracy. Wymienili jeszcze kilka drobnych uśmiechów, ale nie rozmawiali. I nie było w tym ani krzty niezręczności. Jun chciał być dokładny; nie mógł pozwolić sobie na żaden błąd.

Pięć minut później wzór był gotowy. Zdezynfekował skórę pianką, przykleił folię ochronną. Może to zabrzmi dziwnie, ale zachwyciła go miękka, gładka skóra chłopaka. Mógł to wyczuć nawet przez rękawiczki.

– Podoba się? – zapytał, odkładając sprzęt.

Blondyn uśmiechnął się jeszcze szerzej.

– Opromieniłem go światłem miłości – odparł, wpatrując się w niego jak w najpiękniejszy z obrazów sztuki Moneta. – Stał się właśnie kwiatem szczęścia.

Nawiązał do wcześniejszych słów – i Minjun sam nie wiedział, dlaczego poruszyło go to aż tak bardzo.

– Folię zdejmij za dwadzieścia cztery godziny. Zbierze się tam trochę osocza i limfy, folia lekko napęcznieje, ale po zdjęciu przemyj to samą wodą i zostaw do wyschnięcia. Albo osusz jednorazowym ręcznikiem. Skocz do apteki po jakiś krem i smaruj do czterech razy dziennie przez tydzień, a w drugim tygodniu dwa razy. I tak przez mniej więcej miesiąc. A, no i nie mocz za bardzo. Po tym czasie wszystko powinno się zagoić i będzie cacy – objaśnił, wręczając mu wydrukowaną kartkę z zaleceniami po wykonaniu tatuażu. Dołożył też wizytówkę studia z jego nazwą, numerem służbowym i prywatnym. – Jakby coś się paprało, dzwoń na któryś numer i się umówimy.

– Przyda się, dziękuję – odparł bez namysłu.

Jun zmarszczył gęste brwi, nie do końca rozumiejąc, co chłopak miał na myśli. Ten wychwycił to spojrzenie i dodał:

– W głowie wykwitł mi kolejny pomysł i grzechem byłoby nie zrobić go właśnie u ciebie, Minjun – mruknął z szerokim uśmiechem, zaczesując przydługie kosmyki za ucho.

– W takim razie bardzo mi miło… – urwał Jun, czekając, aż ten poda mu swoje imię.

Blondwłosy jednak tego nie zrobił. Tylko uśmiechnął się subtelnie i ruszył w stronę drzwi, mijając się z kolejnym klientem. Złapał za klamkę, po czym jeszcze raz spojrzał w stronę zdziwionej, nieskazitelnie czystej twarzy Juna.

– Niech na razie pozostanie to słodką tajemnicą – rzucił lekko, poprawiając płaszcz. – Do zobaczenia, Minjun.

Chwilę później już go nie było, a pomieszczenie spowił skonsternowany głos Juwona:

– No pojebany.

love does not exist

Dalsza część dostępna w wersji pełnej

[1]Jjang jjang man (kor.) – super koleś, mega gość; potoczna ksywka w języku koreańskim (przyp. red.).

[2]Kimchi-nyeo (kor.) – w koreańskim slangu określenie kobiety roszczeniowej i skupionej na własnych korzyściach, często w kontekście finansowym; w tym fragmencie użyte żartobliwie wobec młodszej siostry, która nieustannie prosi brata o pieniądze (przyp. red.).

[3] Autorką cytatu jest Aldona Różanek.

Florescence

ISBN: 978-83-8423-243-9

© Noelia Grzyb i Wydawnictwo Novae Res 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.

REDAKCJA: Aleksandra Płotka

KOREKTA: Magdalena Brzezowska-Borcz

OKŁADKA: Izabela Surdykowska-Jurek

Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.

Grupa Zaczytani sp. z o.o.

ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]

http://novaeres.pl

Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.

Opracowanie ebooka Katarzyna Rek