Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
30 osób interesuje się tą książką
Pirjeri Ryynänen nie jest człowiekiem szczególnie religijnym. Jest operatorem dźwigu, rozwiedzionym Finem, który z wysokości swojej kabiny patrzy na świat i od czasu do czasu wdaje się w rozmowy z Bogiem. Ma Mu sporo do powiedzenia: o wojnach, ludzkiej głupocie, niesprawiedliwości i wszystkich tych sprawach, które od wieków pozostają nierozwiązane.
Bóg jednak ma już tego dość! Zmęczył się światem, ludźmi i własnym urzędem. Postanawia więc zrobić sobie rok przerwy. A skoro trzeba znaleźć zastępcę, wybór pada na Ryynänena. I nagle operator dźwigu ma rządzić światem…
Arto Paasilinna, autor bestsellerowego Roku zająca opowiada o Bogu, który potrzebuje urlopu, człowieku, który niespodziewanie dostaje władzę nad rzeczywistością, i świecie, którego naprawienie okazuje się znacznie trudniejsze, niż mogłoby się wydawać.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 298
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Arto Paasilinna
Fin z wami!
Z języka fińskiego przełożył
Sebastian Musielak
Pan Bóg jest przystojny. Ma sto siedemdziesiąt osiem centymetrów wzrostu i harmonijną budowę ciała, jest nieco przy kości, ale stoi jak posąg. Rysy twarzy są czyste, nos prosty, czoło wysokie. Bóg patrzy serdecznie i stanowczo, lecz w Jego spojrzeniu wyraźnie widać zmęczenie. Uszy Bogu nie odstają, nic Mu się w nich nie zbiera. Nie ma brody ani wąsów. Jest brunetem o prostych, krótko przystrzyżonych włosach z przedziałkiem, zaczesuje się na prawo, patrząc z Jego strony. Skronie już Mu lekko oprószyła siwizna, lecz nie wygląda jeszcze bardzo staro.
Pan Bóg ma długie i delikatne palce, bez żadnych pierścieni. Nie ma jabłka Adama.
Nosi dobrze dopasowany garnitur z szarej flaneli. Wzór pozwala przypuszczać, że komplet pochodzi z lat pięćdziesiątych. Marynarka jest dwurzędowa i ma czarne guziki, nogawki są z mankietem. Pan Bóg chodzi w czarnych sznurowanych półbutach z miękkiej skóry, rozmiar czterdzieści dwa. Pod spodnie zakłada bokserki, pod marynarką nosi kamizelkę, a pod nią szelki. Koszulę ma uszytą z jakościowej bawełny i nie ma na niej metki producenta, co tyczy się zresztą całej Bożej garderoby.
Pan Bóg nie używa wody kolońskiej, lecz nie czuć od Niego potem. Wydziela naturalnie męski, łagodny zapach. Jego głos pobrzmiewa barytonem.
Z Jego postaci emanuje oczywista charyzma. Pan Bóg wygląda na wszechstronnie wykształconego. Po oczach widać, że jest obdarzony wyjątkową inteligencją. Jego szlachetne czoło jest pomarszczone od stresu i zmęczenia.
Oto Bóg chrześcijan, Stworzyciel Nieba i Ziemi, Bóg Ojciec Wszechmogący, Nasz Pan, Bóg Najwyższy, Bóg Miłosierny… – znany jest pod wieloma imionami. Nasz Pan niezbyt pasuje do stworzonego przez ludzkość obrazu Boga: nie jest przedpotopowym siwobrodym starcem w chałacie i z pasterską laską, nie ma wokół głowy gorejącej aureoli. Wygląda jak człowiek, a nie jak Bóg z wyobrażeń człowieka, czemu dziwić się nie należy, w końcu Pan stworzył człowieka na własny obraz.
Można dostrzec pewne podobieństwo między Nim a Jego synem – Jezus bez wątpienia wdał się w Ojca, choć odziedziczył także pewne cechy matki. Można powiedzieć, że Jezus ma nos Marii i oczy Pana Boga.
Wszechmogący mieszka zarówno w Niebie, jak i na Ziemi, za pośrednictwem aniołów jest obecny wszędzie. Posiada boską umiejętność przemieszczania się wyłącznie za pomocą myśli to tu, to tam, a dokądkolwiek się udaje, towarzyszą Mu pomocnicy z całym potrzebnym sprzętem.
Tak oto prezentuje się Bóg Wszechmogący, Pan Nieba i Ziemi.
Pan Bóg odpoczywał w swoim ukochanym skórzanym fotelu. Mebel stał pośrodku pomieszczenia w ośmiokątnej wieży pewnego starego zamczyska w Bułgarii. Budowlę wzniesiono dawno temu na górze Sjutkja, niedaleko wioski Hjornakurdzal pod Dospatem. Dawniej mieścił się tam żeński klasztor, obecnie jednak zamek ział pustką; zakonnic w Bułgarii było coraz mniej, z czasem rody szlacheckie wygasły, a ostatnie niedobitki zdusiła rewolucja. Pejzaż był górzysty, Pan Bóg lubił otwarte przestrzenie. Był pochmurny, ale bezdeszczowy dzień jesienny. Między zamkiem a pobliskim zboczem rozkrakały się kruki, wysoko pod niebem kołował posępnie wygłodniały orzeł.
Setki milionów lat temu, u zarania dziejów, Panu Bogu strzeliło do głowy, żeby stworzyć sobie nową, fajną planetę, coś w rodzaju ciała niebieskiego do przeprowadzania pasjonujących eksperymentów z różnymi formami szczęśliwego życia. Był jeszcze wówczas Bogiem młodym, żądnym nowych przeżyć. Wszystkie surowce niezbędne do stworzenia Ziemi bez trudu zebrał z pobliskiego kosmicznego śmietniska, głównie z niewielkiej gwiazdy, którą nazywał Słońcem. Gdy ustanowił siłę przyciągania i orbitę nowej planety oraz rozwiązał wszystkie inne zasadnicze kwestie, zajął się Pan Bóg tworzeniem na niej życia.
Praca była z początku nadzwyczaj zajmująca i dawała Mu wiele satysfakcji. Bóg uczynił rozmaite komórki i prymitywne organizmy, które z entuzjazmem zaczęły sobie żyć. Wypełnił młodą planetę wszelkiej maści skorupiakami i ślimakami, potem popuścił wodze fantazji i jął eksperymentować z budową ciała, majstrować z genomami, żywotnością, kolorami i trybem życia; pozwolił istotom mnożyć się bez przeszkód i w spokoju rosnąć. Po kilku stuleciach wpadł na pomysł, aby poeksperymentować ze stworzeniami trochę zmyślniejszymi. Zaczął od ryb i jaszczurek, potem zapalił się do tworzenia ptaków i na koniec ssaków. Aż wreszcie, w przypływie szaleństwa, z grona tych najwyżej rozwiniętych istot Pan Bóg najpierw wyłonił małpę, a potem stworzenie podobne do Niego samego: człowieka. I tego swojego ostatniego dzieła przyszło mu potem gorzko pożałować.
Pan Bóg jest z natury dobry i chciał, aby stworzony przez Niego człowiek również taki był. Jednak w tym twórczym Bożym szale doszło do jakiegoś potknięcia, do paskudnej wtopy: najwyraźniej w trakcie procesu Szatan zdołał domieszać swe diabelskie geny do wysokojakościowych składników człowieka i od tamtej pory Bóg miał z ludzkością same kłopoty. A może Szatan maczał palce już w tworzeniu bardziej rozwiniętych ssaków? Bo w sumie z wilkiem było podobnie. Pan planował uczynić milutkiego futrzaka, przystosowanego do życia w zimnych rejonach kuli ziemskiej. Miało to być zwierzę z natury przyjazne i łagodne, żywiące się trawą i stadnie baraszkujące po zaśnieżonych stepach. Gdy jednak było gotowe, Pan Bóg musiał przyznać, że coś z tym wilkiem jest mocno nie tak. Paskud zaraz chciał ugryźć swojego Stwórcę w kostkę i w zasadzie należało go wygubić, zanim jednak do tego doszło, bestia zdążyła się rozprzestrzenić na całej półkuli północnej. Na podobnej zasadzie to tu, to tam zaczęły się pojawiać inne drapieżniki, a na końcu się okazało, że najbardziej wrednym z nich wszystkich jest człowiek, który bywa niekiedy gorszy od samego diabła.
Nasz Pan żywił nadzieję, że człowiek stanie się wybawieniem dla dzieła stworzenia, dał mu przecież rozum i wiele wspaniałych uczuć. Człowiek miał uwolnić świat od krwiożerczych bestii. Co prawda od czasu do czasu jeden z drugim porządnym istotnie się trafiali, przeważająca większość ludzi była jednak tak wojownicza, tak zachłanna, tak tępa i żądna władzy, że Pan Bóg z wielkim smutkiem patrzył na zwieńczenie swojego dzieła.
Im wyższy poziom wykształcenia człowiek zdobywał, tym bardziej wydawał się opętany. W czasach historycznych nauczył się formować narody i wydoskonalił sztukę zabijania. Bez przerwy wszczynał i prowadził okrutne wojny, siejąc na świecie strach i cierpienie na skalę dotychczas niespotykaną.
Dwa tysiące lat temu Pan Bóg podjął próbę wyprowadzenia świata na spokojniejsze wody i zesłał na Ziemię swojego jedynego syna, Jezusa, aby ludzi uspokoił. Trzeba przyznać, że była to decyzja trochę pochopna.
Pomysł rzeczywiście spalił na panewce. Ludzie zachowali się zgodnie ze swoją diabelską naturą: zamienili życie Jezusa w prawdziwe piekło, szydzili z niego i nie traktowali go poważnie. W końcu posunęli się do tego, że zabili naiwnego i niewinnego syna Bożego, i to w sposób najokrutniejszy z możliwych. Z typowym dla siebie brakiem litości żywcem przybili biedaka do krzyża za ręce i nogi. Panu Bogu nie pozostało nic innego, jak wskrzesić syna z martwych i wezwać go do Nieba, aby wylizał się z ran.
Obecnie Jezus podróżuje po dalekim Wszechświecie z niejakim Rutją. Jeśli Wszechmogącego nie zwodziła pamięć, ów Rutja był synem fińskiego boga piorunów, a więc kimś w rodzaju kolegi Jego syna, wywodził się ostatecznie z tej samej klasy boskiego potomstwa. I taka to historia Mojego syna, pomyślał zmęczony Bóg. Zaiste uczynił wszystko, co było w Jego mocy, aby wybawić świat od zagłady, ludzkość jednak nie przejawiała najmniejszej ochoty do poprawy.
Pan Bóg był rozczarowany i znudzony, a Jego dobre serce – zmęczone ogromem wywołanej przez samego człowieka ludzkiej nędzy. Przez głowę przemknęła Mu myśl, aby wybić tę szemraną planetę z orbity i urządzić w Układzie Słonecznym lokalny koniec świata. Rach-ciach i po zawodach! Kula ziemska najpierw zgubi rytm obrotu, a potem zapadnie się w kosmiczną lodówkę i roztrzaska na kawałki w czarnej dziurze, która wessie ją do środka.
Wszechmogący nie wcielił jednak w życie tej rozpaczliwej myśli. W końcu przez te miliony lat pracy udało mu się stworzyć na Ziemi tyle pięknych i zachwycających form życia, że żal byłoby teraz niszczyć wszystko, co dobre, wyłącznie z powodu zła człowieka.
A jeśli nadzieja jeszcze nie umarła? A gdyby tak raz jeszcze stanąć do walki, zebrać wszystkie niebieskie zastępy i wypędzić z ludzi całe zło? Wymagałoby to niewyobrażalnych sił, Pan Bóg doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Czuł jednak, że jest na taką konfrontację za bardzo zmęczony. Sprawy tego świata zaczęły mu się wymykać, Wszechmogący wiedział, że jest na prostej drodze do wypalenia. Że też akurat Jego musiało dopaść wyczerpanie duchowe! Był w poważnym stresie.
Pan Bóg westchnął ciężko. Gdyby tak mógł wziąć chociaż roczny urlop i odpocząć gdzieś z dala od tej grzesznej Ziemi… Cudowna myśl! Wybrałby się wtedy na Kulę Nieziemską, najbliższą planetę, na której istoty bardziej rozwinięte od ludzi wiodą dobre, zbożne życie w doskonałym pokoju. Pan Bóg poczuł, że rzeczywiście potrzebuje tego szabatowego roku, przypomniał sobie, że w sumie to cierpi na depresję już od pierwszej wojny światowej.
Nasz Pan miał dwóch bliskich pomocników, własnych niebieskich kanclerzy: Świętego Piotra i archanioła Gabriela, urzędników zdolnych i doświadczonych. Piotr był kiedyś niezłym rybakiem, ale później został uczniem Jezusa, a na koniec apostołem. Archanioł Gabriel z kolei mógł się poszczycić naprawdę długą i wybitną praktyką administracyjną w Niebie, a w sprawach światowych orientował się niemal tak samo dobrze jak Bóg Ojciec.
Piotr i Gabriel w swoim czasie starali się wybić Panu Bogu z głowy nawracające myśli o końcu świata. I nic dziwnego: zagłada Ziemi położyłaby kres również ich karierze. Na obcych, odległych planetach z pewnością nie byłoby już takiego zapotrzebowania na ich wiedzę i umiejętności, obaj byli wszak specjalistami od spraw ludzkich, typowo ziemskich. W innych okolicznościach i warunkach nie znaczyliby nic. Dlatego też perorowali, że zniszczenie Ziemi byłoby czynem skrajnie nierozważnym i do tego okropnym grzechem, aż w końcu zdołali wyperswadować Stwórcy potworne zamierzenia. Koniec świata został tymczasowo odwołany i kula ziemska mogła jeszcze, przynajmniej przez jakiś czas, pozostać na swojej orbicie.
Wszechmogący jednak oznajmił, że roczny urlop i tak weźmie. Czuł się całkowicie wyczerpany i tak mu się sprzykrzyły sprawy tego świata, że nie miał już siły dłużej patrzeć na ohydne postępki ludzkości. Apostoł Piotr z archaniołem Gabrielem uznali Jego stanowisko za zrozumiałe, acz dość niespotykane. Już sama idea urlopującego Boga zdawała im się dość radykalna. Tak czy owak, niebiescy kanclerze musieli teraz zorganizować dla Boga Prawdziwego jakiegoś zmiennika, który zająłby się światem w tym czasie, gdy On będzie przebywał na zasłużonym urlopie wypoczynkowym i ładował akumulatory.
Wszechmogący był zdania, że na Jego zmiennika najlepiej nadawałby się któryś z nich, Piotr albo Gabriel. Do obu miał pełne zaufanie. Ostatecznie jeden rok to krótki okres w całej historii człowieka, Jego kanclerze spokojnie daliby radę w tym czasie wypełniać Boże obowiązki.
Pomysł Stwórcy przeraził i jednego, i drugiego. Kto jak kto, ale oni najlepiej zdawali sobie sprawę z tego, w jak żałosnym stanie znajduje się ten świat, więc za diabła nie wzięliby na siebie odpowiedzialności za ludzkie sprawy na miesiąc, o całym roku nawet nie wspominając. Propozycja Najwyższego oczywiście bardzo im pochlebiała, zadanie jednak było zbyt niewdzięczne. Obaj kanclerze wymówili się od zaszczytu – bo zaszczytnie byłoby przecież zostać Panem Bogiem, bez dwóch zdań, wszystko ma jednak swoje granice. Zarówno jeden, jak i drugi mieli po łokcie własnej roboty, tak więc boskość w ramach dodatku do normalnych obowiązków wydawała im się najzwyczajniej w świecie ciężarem nie do udźwignięcia.
Gabriel zaproponował kompromis. A gdyby tak powierzyć zastępstwo jakiemuś zdolnemu i prawemu człowiekowi? Piotr całym sercem poparł wniosek archanioła. Koniec końców to ludzie sami sprowadzili na siebie wszystkie swoje kłopoty, byłoby więc zaprawdę słuszne i sprawiedliwe, aby to właśnie człowiek na rok objął tę stajnię, którą ludzkość wypełniła po brzegi mierzwą własnych grzechów.
Pan Bóg się zamyślił. Chociaż archanioł wyskoczył z tym człowiekiem jak filip z konopi, propozycja była w sumie całkiem do rzeczy.
– Poza tym nie powinno być problemu ze znalezieniem chętnych do objęcia najważniejszego urzędu świata – dodał Gabriel.
– Tak, człowiek musi wreszcie wziąć odpowiedzialność za własne czyny – przyszedł mu w sukurs Święty Piotr.
– Myślisz? – Bóg Ojciec nie był przekonany.
Jednak po gruntownym rozważeniu propozycji archanioła Najwyższy przychylił się do stanowiska swoich kanclerzy. Podjął decyzję i zaraz też im ją oznajmił:
– Zaprawdę wam powiadam, jestem Bogiem sprawiedliwym, ale zmęczonym, tak więc rozkazuję wam odszukać na Ziemi zdolnego i prawego człowieka, niechaj mnie zastąpi!
W Niebie uzgodniono, że nie będzie publicznego naboru na stanowisko pełniącego obowiązki Pana Boga. Znajomość człowieczej natury pozwalała domniemywać, że do konkursu zgłosi się więcej niż połowa ludzkości, a już na pewno wszyscy Niemcy i cała środkowa Finlandia.
Pan Bóg skierował wzrok ku górom. Akurat w tej samej chwili kołujący dotąd wysoko w chmurach orzeł nagle zanurkował i porwał kraczącego kruka. Stwórca aż się wzdrygnął.
– Niby orzeł, a całkiem jak człowiek – mruknął pod nosem. Potem pomyślał o ptaku w szponach orła. – Kruk też niewiele lepszy… I tę gadzinę trzeba było sobie darować.
Birger Ryynänen, dla znajomych Pirjer, był czterdziestoletnim operatorem żurawia wieżowego. Zarabiał na chleb w państwowym przedsiębiorstwie budowlanym Haka, obecnie na budowie w centrum Helsinek przy ulicy Kluuvikatu, na wysokości czterdziestu metrów, między ziemią a niebem. Był brunetem, nieco przy kości, lecz trzymał się całkiem prosto. Włosy zaczesywał tak samo jak Pan Bóg. W tygodniu zalatywało od niego potem, bo musiał włazić na górę i złazić na dół wiele razy na dzień. Pirjer nie nosił brody ani wąsów.
Ręce miał żylaste, nie zakładał też obrączki, przestał po rozwodzie. Ubierał się w luźny kombinezon roboczy z wielkim napisem HAKA na plecach. Chodził zwykle w niebieskich Adidasach. W pracy nie uznawał wody kolońskiej ani piwa, inaczej niż w czasie wolnym.
Birger Ryynänen był zdolny i nienajgorzej wykształcony. Miał również swój rozum i poczucie humoru, choć nie można powiedzieć, by sypał żartami jak z rękawa. Za młodu zdał maturę i złożył papiery na politologię, ale kiedy ożenił się z pewną studentką stomatologii, dał sobie spokój z wyższym wykształceniem i poszedł do pracy, aby żona mogła bez żadnych trosk finansowych skupić się na nauce pielęgnowania uzębienia. Pirjer zatrudnił się jako sprzedawca w sklepie monopolowym; przy okazji wyuczył się na niezłego znawcę win. Był również w bibliotece na zastępstwie, dwa semestry zimowe przepracował w osiedlowej podstawówce w Kuusamo jako niewykwalifikowany nauczyciel, potem został dokerem w helsińskim Porcie Wschodnim, kierowcą cysterny i na koniec, dzięki zdobytym wcześniej umiejętnościom – budowlańcem w helsińskim przedsiębiorstwie.
Lawirując między tymi tymczasowymi zajęciami, zdołał Pirjer niejako ukończyć politologię, obronił bowiem licencjat. Dyplom uprawniałby go do objęcia jakiegoś urzędu, był jednak wówczas na takim etapie życia, że kariera gryzipiórka już go nie ciągnęła: biuraliści nie dość, że guzdrzą się z robotą jak muchy w smole i kopią pod sobą dołki, to na dodatek jeszcze słabo zarabiają.
Ostatnimi laty Pirjer Ryynänen pracował na oszałamiających wysokościach i był zadowolony zarówno ze swoich perspektyw, jak i z całkiem przyzwoitej wypłaty. Należał do ludzi, których życie i praca nie przerażają. Już od lat nie myślał ani o magisterce, ani tym bardziej o studiach doktoranckich i pisaniu rozprawy. Nie żeby miało go to przerastać; ot, po prostu sprawa przestała go już interesować: znalazł zadowalającą, samotną i spokojną pracę wysoko ponad rojowiskiem budowy i całego miasta. Nie lubił, kiedy mu ktoś przeszkadzał, zawsze chciał robić wszystko sam, ponad innymi, choć bez poniżania kogokolwiek. Pirjer był człowiekiem o szerokich horyzontach.
Wkrótce po ukończeniu stomatologii jego żona Jaana wniosła o rozwód: dzięki studiom szybciej awansowała społecznie niż jej mąż. Co z tego, że mogła się pochwalić własnym, całkiem dochodowym gabinetem w niebiednej przecież dzielnicy Helsinek, skoro przyjmowała pacjentów w mieszkaniu, które na domiar złego dzieliła z niewykwalifikowanym wiejskim nauczycielem, zarabiającym wówczas na życie pracą fizyczną w porcie? Przy rozwodzie wspólną córkę małżonków Mirkkę pozwolono dalej psuć matce, a kosztami obarczono ojca. Płacił za to osiemnaście lat.
Pirjer urodził się w Helsinkach na Alppili, jego rodzice przeprowadzili się tam po wojnie z majątku w Myrskyli. Ojciec, przedwojenny ekonom Johannes Ryynänen, stracił pracę wskutek reformy agrarnej: jego pracodawca, wielki właściciel ziemski, znaczną część majątku musiał oddać przesiedleńcom z Przesmyku Karelskiego. Johannes Ryynänen wyjechał więc do Helsinek, gdzie zatrudnił się jako motorniczy.
Matka Pirjera pochodziła z lepszego domu, przyszła bowiem na świat w rodzinie wikariusza w wiejskiej parafii w Lohji. Zawsze mówiła, że jej przodkowie przyjechali z Francji, byli Walonami sprowadzonymi w czasach Gustawa II do pracy w metalurgii i górnictwie. Lubiła też powtarzać, że ów waloński ród Ventuerée, który w osiemnastym wieku przeniósł się do fińskiego Mustio, szczycił się nawet w owym czasie niższym tytułem szlacheckim. W latach trzydziestych dwudziestego wieku wikariusz lohjańskiej parafii Kristo Ventturoinen przeprowadził dość pobieżne badania losów rodu af Ventuerée i odkrywszy, że oprócz walońskiego praojca miał w rodzinie również rzeszę koniokradów, zabójców i bezbożników, zaprzestał dalszego uprawiania genealogii. W każdym razie panieńskie nazwisko matki Pirjera brzmiało Ventturoinen. Przez ród przewinęło się kilku pastorów, z których najbardziej znaczącym był przewielebny Anatoli Ventturius z parafii Yli-Kiiminki pod Oulu.
Matka Pirjera zwykle nie wsiadała do tramwaju kierowanego przez męża. I dobrze, gdyż była kobietą zapalczywą i co rusz zgłaszała uwagi do jego stylu jazdy. Pech jednak chciał, że w czasie strajku generalnego oboje znaleźli się w tym samym wagonie. Cóż to był za kurs! Ona oczywiście nie potrafiła się powstrzymać od krytykowania zachowania motorniczego: wykrzykiwała w stronę męża zgryźliwe uwagi i porady dotyczące hamowania, przyspieszania i innych elementów techniki jazdy.
Tramwaj jechał akurat stromą ulicą prowadzącą z Kallio na Plac Hakaniemi. Kostyczna małżonka czepiała się również nadmiernej jej zdaniem prędkości składu. Mąż pozostawał jednak głuchy na komentarze żony, choć trzeba przyznać, że sunął po śliskich torach z nadmierną fantazją. Na zakręcie przed placem rozpędzony tramwaj wyskoczył z szyn, przewrócił się na bok i tak wjechał na Hakaniemi, szorując po ziemi z potwornym zgrzytem. Pobiły się wszystkie okna od strony bruku. Dwie pasażerki odniosły obrażenia, jedna lekkie, a druga, pani Ryynänen, znacznie poważniejsze: matka Pirjera uderzyła w poręcz i paskudnie rozbiła sobie głowę, skutkiem czego straciła zdolność mówienia. Od tamtej pory w mieszkaniu państwa Ryynänenów na Alppili znów panowała małżeńska zgoda.
Ojciec zamierzał dać synowi imię Kauko, lecz matka chciała się popisać: „Birger” brzmiał w jej uszach szlachecko i zarazem sympatycznie. Przed wojną przeżyła w Lohji pierwszą miłość, zakochała się w studencie o imieniu Birger, synu inżyniera Lönströma. Przyjechał do plebanii na sianokosy; matka przez całe życie pamiętała, jak dorodnie się prezentował ów przedwojenny Birger, gdy w samej czapce studenckiej na głowie przedzierał się na czworakach przez szeleszczący stóg siana prosto ku niej. Tak więc matka nigdy nie nazywała syna Pirjerem, tak jak wszyscy inni, lecz zwracała się do niego per „mój kochany Birgerze”.
Po wypadku tramwajowym nie odzywała się już jednak do nikogo słowem. I właśnie za sprawą owego nieszczęśliwego wypadku oficjalna forma imienia jej syna poszła w zapomnienie, jako że odkąd matka przestała mówić, nikt już tego Birgera nie używał. Obecnie jednak dawno nie żyła, a i ojciec nie pracował już w miejskim przedsiębiorstwie komunikacyjnym, bo całe lata temu przeszedł na emeryturę. Nadal mieszkał w ich ciasnym dwupokojowym mieszkaniu na Alppili. Na komodzie trzymał model tramwaju, którym dawniej jeździł. Wygrał go w zakładowych zawodach w wędkarstwie podlodowym niedługo przed przejściem na emeryturę. Drugą cenną pamiątką w mieszkaniu Johannesa Ryynänena był zardzewiały ząb od brony – z czasów, gdy pracował jeszcze jako ekonom na majątku w Myrskyli.
Pirjer żył obecnie w nieformalnym związku. Mieszkał z konkubiną, też rozwiedzioną. Nazywała się Eija Solehmainen, skończyła trzydzieści parę lat i pracowała w Drukarni Państwowej. Była to kobieta porządna, dorodna i energiczna, ale potwornie zazdrosna. Mieszkali z Pirjerem na drugim piętrze przy ulicy Runeberga na Töölö. Przyzwyczaili się do miejskiego hałasu, tak jak ich sąsiedzi przywykli do ich awantur, bo Eija miała w zwyczaju co rusz urządzać Pirjerowi okropne sceny zazdrości. Niewiele było trzeba, żeby zaczęła tłuc talerze, z łatwością też wybuchała rozdzierającym płaczem. Często darła się w domu na całe gardło.
Matka Pirjera wychowała syna w surowym duchu luterańskim, posłała do szkółki niedzielnej, nauczyła modlitw wieczornych i kilku pieśni religijnych. Pirjer był na obozie konfirmacyjnym i nawet po rozpoczęciu studiów nie wystąpił z Kościoła, choć było to wówczas, w latach sześćdziesiątych, bardzo modne.
Pirjer był więc serdecznym i dobrodusznym młodzieńcem, dobrze osadzonym w swojej wierze. Nie wyrósł jednak na klepiącego pacierze fajtłapę, tylko na zdecydowanego, a kiedy było trzeba, to i twardego mężczyznę. Gdy sytuacja tego wymagała, szeroki gest Ryynänena potrafił się zamienić w prawy sierpowy.
I w wieku lat czterdziestu Pirjer ciągle wierzył w Boga, w pewnym sensie, z typowym dla Finów niedowierzaniem. Nie praktykował, nie chodził do kościoła, wystarczyła mu osobista relacja ze swoim Stwórcą. Miał w zwyczaju rzucać w potrzebie ku niebu soczystą wiązankę nieformalnej modlitwy; jeśli Pan Bóg go wysłuchał i sprawę załatwił, to świetnie: wiara Pirjera w istnienie Wszechmogącego miała się wtedy trochę lepiej. Jeżeli znów modlitwa okazywała się próżna, Pirjer tylko wzruszał ramionami i stwierdzał, że niczego mu przecież od tego nie ubyło. Ostatecznie wychodziło mu jednak na to, że Boga nie ma. Kiedy w wielkie mrozy tkwił na wieży żurawia w swojej nieszczelnej, zimnej kabinie, telepanej na wszystkie strony przez lodowate wichry, zabijał czas modleniem się do Wszechmogącego o lepszą pogodę, prosił też wtedy raz za razem, żeby mu w stawy nie zalazł reumatyzm. Natomiast w słoneczne dni lata rzadziej się oddawał modlitewnemu hobby.
Praca operatora żurawia jest samotna i czasem również nudna. W dole gnuśni budowlańcy robią przerwę to na kawę, to na papierosa, bywa więc, że żuraw stoi bez ruchu całymi godzinami. Siedzi wtedy człowiek w kabinie zły, ale też nie chce mu się znowu złazić na dół. I tylko od niego zależy, czym sobie wypełnia dłużyzny na budowie. Pirjer miał zawsze w kabinie pod ręką coś do czytania, parę powieści i nawet coś popularnonaukowego, no i dobrą lornetkę, przez którą uważnie oglądał roztaczający się przed nim krąg świata. Wypełniał też sobie czas wszelakim rozmyślaniem nad sprawami ziemskimi.
W ostatnich latach zaczął także prowadzić jednostronne rozmowy z Panem Bogiem. Tak jak teraz, kiedy przez boczne okno kabiny spojrzał na morze i wzniósł oczy ku niebu, gdzie – jak sądził – mieści się sadyba Najwyższego.
– Szanowny Panie Boże – wyrzekł pod nosem. – Tu znów Pirjer Ryynänen z Finlandii, dzień dobry.
Po tym wstępie chwilę odczekał, aby Stwórca miał czas odłożyć na bok to, czym się akurat zajmował, i nadstawić ucha na dzisiejszy monolog helsińskiego operatora żurawia.
– Na Twoim miejscu stanowczo bym ukrócił poczynania dyktatur wojskowych w Afryce. Dziś rano przeczytałem w gazecie, że Hutu zabili dziesiątki tysięcy Tutsich… Żołnierze chodzili po wsiach i zarzynali ludność jak zwierzęta. Gdybym to ja rządził w Niebie, takie rzezie by się skończyły. Czym Ty się w tym Niebie w sumie zajmujesz? Czy Ty w ogóle istniejesz? I czy się nadajesz do tej roboty? No bo jeszcze te Indie, o których Ci mówiłem w ubiegłym tygodniu. W samej Kalkucie z głodu i chorób umiera dziennie setka ludzi. To nie wygląda dobrze!
Pirjer omawiał po kolei wszystkie światowe punkty zapalne, regiony objęte klęską głodu, piekła tortur i prześladowań politycznych, ciężki los kobiet, segregację rasową, zniewolenie… i co rusz powtarzał, że gdyby to on rządził w Niebie, czegoś takiego po prostu by nie było.
Zdarzało się, że tak bardzo się zatracał w tych swoich podniebnych monologach, tak bardzo się zacietrzewiał, że podnosił głos, zaczynał wygrażać pięścią Najwyższemu, który siedział sobie gdzieś tam wysoko nad Zatoką Fińską, i mówić Mu, co o Nim myśli. Biedny Ryynänen aż trząsł się z bezsilnej wściekłości, gdy myślał o niekończących się cierpieniach narodów Ziemi i o tym, że sam nie jest w stanie w żaden sposób wpłynąć na poprawę sytuacji – no bo co to zmieniło, że czasem posłał do Nikaragui paczkę świąteczną dla maluchów z jakiejś szkoły w dżungli? Zwykły robotnik nie da rady naprawić całego świata. Robotnik nie jest Panem Bogiem.
Pirjer Ryynänen żądał od Pana Boga szczęścia i wszelkiej pomyślności dla ludzi i zwierząt. Jeżeli trudno Mu było tak od razu urządzić świat jak należy, co Mu przeszkadza zapewnić wszystkim stworzonym przez siebie istotom choćby ten przysłowiowy dobry dzień? Co Go zmusza do tego, by zawsze, w każdym przypadku, ze wszystkich ewentualności wybierać tę najgorszą? Co komu przyjdzie z tego, że jakaś kobieta poślizgnie się na oblodzonym chodniku i złamie sobie biodro? Z jakiej paki bidula z Afryki musi ginąć od spadającego jej na głowę ciężkiego kokosu, czemu dziecinie nie mogła spaść pod nogi cała kiść bananów? Miałaby dobry dzień!
I po jakiego diabła człowiek został dożywotnio obarczony rujnującym spokój ducha strachem przed śmiercią? Komu to potrzebne, na co? Czy naprawdę zwierzęta i ludzi trzeba było odróżnić od siebie jeszcze czymś takim? Pirjer uświadomił Panu Bogu, że prawdziwa różnica między człowiekiem a resztą stworzenia zasadza się na tym, że zwierzę nie potrafi myśleć o śmierci, ani o swojej, ani o cudzej: koniec życia innego zwierzęcia oznacza dla niego co najwyżej świeży posiłek.
Ryynänen się zarzekał, że gdyby mógł decydować o wszystkim jak Pan Bóg, zacząłby działać na rzecz pokoju światowego. Wszelka pomyślność i pokój na Ziemi – o te dwie rzeczy Pirjer by zadbał. No i uwolniłby człowieka od bezsensownego strachu przed śmiercią.
Pirjer był człowiekiem głęboko empatycznym i miał dobre serce. Los świata stanowił przedmiot jego codziennej troski.
Przyjaciół w zasadzie nie miał, kolegów w pracy – wcale; relacji międzyludzkich nie da się budować w zawieszonej wysoko nad ziemią, samotnej kabinie żurawia. Przyjaźnił się jednak z niejakim Torstim Rahikainenem, biznesmenem i nieudacznikiem. Byli rówieśnikami, często chodzili razem na spacery brzegiem morza. Pirjer filozofował o problemach świata, a Rahikainen miał zawsze szalone pomysły, wyciągał je jak z kapelusza. I choć był gotowy w każdej chwili wejść w dowolny nowy biznes, do tej pory nie posmakował jeszcze prawdziwego bogactwa. W jego żyłach płynęła niespokojna krew: Torsti kochał ryzyko i często też ryzykował, jednak raz za razem przychodziło mu stwierdzić, że na posiadanych zasobach daleko nie ujedzie. Mimo że życie go nie oszczędzało, miał niespożyte siły witalne. Pirjer kochał go jak własnego brata i gdyby miał jakiś majątek, bez wahania inwestowałby w biznesy Rahikainena ogromne pieniądze, nie domagając się w zamian żadnych gwarancji.
Ryynänen często pamiętał w modlitwach o swoim przyjacielu. Prosił Pana Boga, żeby Rahikainenowi poszczęściło się chociaż trochę, niechby wreszcie bez oglądania się na koszty rozwinął szeroko skrzydła i sprawdził, jak daleko go poniosą. Pirjer wyceniał tę odrobinę szczęścia na minimum sto tysięcy marek fińskich.
Archanioł Gabriel i Święty Piotr spotkali się w bibliotece starego bułgarskiego klasztoru żeńskiego i odbyli gorączkową naradę kryzysową. W agendzie mieli tylko jedną sprawę, bo i nie było niczego ważniejszego i pilniejszego od znalezienia jakiegoś zmiennika dla Wszechmogącego.
Na samym początku Gabriel stwierdził, że już dawno spostrzegł, iż Pan Bóg jest zmęczony. Zaprawdę, Stwórcy potrzeba długiego urlopu wypoczynkowego i będą mogli mówić o szczęściu, jeśli ten jeden rok Mu wystarczy. Zdaniem archanioła Najwyższy ostatnimi czasy sposępniał, co uwidaczniało się już choćby w Jego upodobaniu do spędzania czasu w tej zapomnianej przez Boga i ludzi, zagrzybionej ruinie.
Święty Piotr zauważył, że Pan Bóg bynajmniej o tej ruinie nie zapomniał, bo właśnie w niej przebywa, choć prawda, że tylko by przesiadywał w tym swoim fotelu na wieży i gapił się apatycznie na góry. No i rzeczywiście są tutaj daleko od centrum wydarzeń.
– Użyłem być może niewłaściwego sformułowania, lecz nie da się o tej okolicy powiedzieć nic dobrego. Te zawilgocone ściany mnie też kiedyś w końcu wpędzą w depresję – odrzekł Gabriel.
– Zaiste, Naszemu Panu potrzeba urlopu – przyznał mu rację Piotr.
Sam zauważył, że Stwórca stał się roztargniony i robota ostatnio w ogóle Mu nie idzie. Na przykład kilka tygodni temu, kiedy trzeba już było na gwałt dopinać ptakom wędrownym loty z półkuli północnej do ciepłych krajów, Pan porządnie zamieszał w starych systemach.
– Wyobrażasz to sobie? Tylko w jeden dzień ni stąd, ni zowąd posłał jakieś sześć tysięcy flamingów do syberyjskiej tundry zamiast do Doliny Nilu, nawet nie zdążyłem mrugnąć! No i oczywiście wyruszyły w drogę, wielkie stada flamingów najpierw dotarły do Turcji, potem okrążyły od wschodu Morze Kaspijskie, wzięły kurs na Ural i dalej na Syberię. Musiała to być dla tych biednych stworzeń straszliwa przeprawa i teraz, rzecz jasna, będą musiały tam zostać i marznąć.
Archanioł Gabriel przeraził się nie na żarty. Jak można było tak okropnie sfuszerować sprawę? Czy ta wtopa przebiła się do powszechnej świadomości? Czy da się to wszystko jeszcze odkręcić?
Piotr wyjaśnił, że flamingi leciały głównie nad obszarami niezamieszkałymi, a na stepach Azji, nie mówiąc już o syberyjskiej tundrze, ornitologów na szczęście się nie widuje. Kilka nieszczęśników jednak pobłądziło po drodze i zboczyło do Finlandii. Czyli tam, gdzie jeszcze nikt nigdy nie widział czegoś takiego na wolności. Miłośnicy ptaków wypatrzyli jednego z zesłanych na Sybir flamingów na wyspie Hailuoto niedaleko Oulu i prasa zaraz zrobiła z tego wielką sensację. Finowie nie mogli wyjść ze zdumienia. Opublikowano nawet zdjęcia biednego ptaka.
– No i miałem zagwozdkę, jak teraz stamtąd wyciągnąć tę zbłąkaną sztukę. Postanowiłem skorzystać z pomocy pewnego ohara, ostatecznie to też z natury ptak wędrowny. Załatwiłem sprawę w ten sposób, że ohar zaprzyjaźnił się z flamingiem i z wyspy odleciały już razem. Gdy ohar z czasem wyruszy z powrotem na południe, jest nadzieja, że flaming się połapie i zabierze z nim, no i przestanie w końcu mącić Finom w głowach. Oczywiście to drobiazg w porównaniu z wielkimi problemami tego świata, no bo cóż przy nich znaczy sześć tysięcy flamingów, niemniej sprawa jest symptomatyczna – powiedział apostoł Piotr i westchnął.
– Dopiero się narobi, gdy Szatan się zorientuje i ogłosi, że Boży świat całkiem stanął na głowie – dodał z zatroskaną miną archanioł Gabriel.
– Tę kwestię zastępstwa musimy tymczasem utrzymywać w największej tajemnicy. Umówmy się może, że nie będziemy sprawy ogłaszać, dopóki zmiennik Pana nie przejmie sterów – zaproponował Święty Piotr.
– Nie wolno tego rozgłaszać już choćby z punktu widzenia naszej kosmicznej reputacji. Pomyśl tylko, co by było, gdyby o wszystkim dowiedział się taki Allah. Temu i bez tego ostatnio nieźle odbija – stwierdził Gabriel.
– Fakt, Allah jest specyficzny, ale nie warto się nim za bardzo przejmować – rzekł uspokajająco Piotr.
– Może i nie, ale jak na Boga jest jednak trochę za krewki. – Gabriel pokręcił głową. – No i ma szerokie poparcie ludów pustyni.
Niebiescy kanclerze przystąpili do omawiania praktycznej strony problemu. W pierwszej kolejności sporządzili wstępny opis obowiązków przyszłego zastępcy Pana Boga. Poszło im to łatwo, jako że obaj wiedzieli z doświadczenia, czym zajmuje się Stwórca, a czym z kolei oni ze swoimi anielskimi zastępami.
Apostoł i archanioł uznali, że właściwa osoba na stanowisko pełniącego obowiązki Pana najszybciej się znajdzie przez kanał modlitewny. Ludzie, jak wiadomo, modlą się żarliwie: dzień i noc zwracają się do Boga we wszelkich możliwych sprawach. Liczba kierowanych do Nieba modlitw idzie w miliony i zasadniczo wszystkie należałoby rozpatrywać, ale rąk do pracy w Niebie jest wciąż za mało w stosunku do potrzeb. W praktyce więc nikt nie ma siły słuchać tego wiecznego koncertu życzeń, a cóż dopiero mówić o zajęciu stanowiska wobec każdej modlitwy i uruchomieniu procedury wdrożeniowej. Anielskie zastępy najzwyczajniej w świecie nie dają sobie z tym wszystkim rady. Utarło się więc w Niebie, że słucha się jedynie tych najżarliwszych i najbardziej rzeczowych modlitw. Choć stanowią one średnio piętnaście procent ogółu, w grę tak czy owak wchodzą miliony modlitw dziennie. Z tej grupy aniołowie niższego szczebla wybierają według uznania, a czasem też losowo, reprezentatywną próbkę, dwa do trzech procent, i te modlitwy kierują do rozpatrzenia. Tak więc ostatecznie może tylko co tysięczna modlitwa skutkuje podjęciem pożądanych działań. To i tak nieźle, bo na przykład według rozeznania Piotra kancelaria wspomnianego niedawno Allaha rejestruje ledwie jedną na dziesięć tysięcy modlitw, a i w tej grupie pozytywne rozpatrzenia dałoby się policzyć na palcach jednej ręki. Innymi słowy, selekcję mają tam srogą, no ale wiadomo, islam to religia młoda, niemająca jeszcze doświadczenia w załatwianiu takiej liczby petentów.
– To może zróbmy tak: przysłuchujmy się w tym tygodniu uważnie napływającym do nas modlitwom, wybierzmy autorów tych najinteligentniejszych i najbardziej żarliwych, po czym każmy aniołom wybrać z tej grupy najlepsze kandydatury do dalszej selekcji. Myślisz, że dziesięć tysięcy wiernych nam wystarczy i że damy radę wybrać spośród nich zastępcę Pana Boga?
– Zaprawdę powiadam ci, Święty Piotrze, że urobimy sobie z tym ręce po same łokcie – przepowiedział archanioł Gabriel.
– Co poradzisz. Nasz Pan jest w takim stanie, że trzeba Mu znaleźć zmiennika na już.
Tak więc Święty Piotr i archanioł Gabriel przystąpili do rozkręcania młynów Pana Boga. Wezwali kilku dyrektorów wyższego szczebla i rozdzielili zadania: zacząć uważny nasłuch i wydać anielskim zastępom szczegółowe instrukcje odnośnie do skrupulatnego monitoringu modlitw. Przez najbliższe siedem dni aniołowie mieli oceniać modlących się wiernych pod kątem ich inteligencji, doświadczenia, wykształcenia, prawości, pobożności, zuchwałości, polotu, sumienności i tak dalej. Wszystko po to, aby ni mniej, ni więcej, tylko wyłonić najlepszego chrześcijanina na całym świecie. Zastępy mają przyłożyć się do roboty, ciąży teraz na nich ogromna odpowiedzialność.
Oczywiście na tym etapie nie wolno było informować nikogo, czemu ta selekcja ma ostatecznie służyć. Istniały obawy, że któryś z aniołów z głupoty czy naiwności się wygada i do opinii publicznej wycieknie tajemnica, że w Niebie trwają w najlepsze poszukiwania nowego Boga dla chrześcijan. Pośród aniołów, a nawet świętych zdarzają się rozmaite ptaki niebieskie, pobożność nie zawsze idzie w parze z rozumnością. Piotr i Gabriel widzieli to w praktyce już tysiące razy. Czasem zresztą archanioł rzucał z przekąsem, że czym anioł świętszy, tym zazwyczaj głupszy.
Tak oto w ów wrześniowy tydzień w Niebie nareszcie pilnie wsłuchiwano się w modlitwy chrześcijańskiego świata, wciągano je do rejestrów i na bieżąco uzupełniano wszystkie statystyki. Po siedmiu dniach zarejestrowano ponad siedemset milionów modlitw, z czego większość stanowiły oczywiście zwykłe dyrdymały, niedające żadnych podstaw do uruchomienia procedur wdrożeniowych. Ludzie modlili się do Pana Boga o usunięcie nagniotków, odrośnięcie włosów na łysinie, obicie mordy gnojkowi od sąsiadów, uzupełnienie garderoby, umycie okien… i o wiele innych podobnych głupot. Aż nie do wiary, ilu było proszących o pieniądze, a ilu oczekujących, że Pan Bóg zainterweniuje w ich sprawach sercowych. Zdarzali się również delikwenci rozgoryczeni i żądni krwi: Wszechmogącego błagano, by starł z powierzchni Ziemi całe rody, plemiona, ludy i społeczności międzynarodowe. Lwia część wiernych wykazywała się interesownością i egoizmem. Po wielu innych było widać, że to zwyczajni niewierni Tomasze, że tak naprawdę wcale nie wierzą w istnienie Boga. A już w ogóle najwięcej w tym wszystkim uwierała rutyna, zwłaszcza w modlitwach wieczornych i tych klepanych przez pastorów z poczucia obowiązku. Wszystkie je oczywiście odrzucano bez komentarza.
Ale zarejestrowano również wiele szczerych i żarliwych próśb w obliczu naprawdę wielkiej trwogi i beznadziei. Ludzie modlili się także za najbliższych, pobożni wierni wznosili oczy ku niebu z myślą o rodzinie, domu, ojczyźnie, a nawet o całej ludzkości. To właśnie z tej grupy aniołowie wybrali wstępny surowiec do dalszej, dokładniejszej obróbki – w sumie nieco ponad milion wiernych.
Po tygodniu Święty Piotr i archanioł Gabriel podali swoim analitykom dokładniejsze kryteria wyboru. Idealny kandydat miał spełniać wyśrubowane wymagania, do procesu selekcji zaadaptowano fiński wzorzec rozmów rekrutacyjnych dla kandydatów na stanowiska w administracji. Jednym z warunków było posiadanie kwalifikacji w dziedzinie zarządzania i administracji, innym – nieskazitelna prawość. Do ważnych wymogów zaliczono inteligencję, dalej poczucie humoru, odwagę, lotność umysłu… No, dość powiedzieć, że w procesie selekcji Niebo kierowało się bardzo wieloma kryteriami.
W międzyczasie Piotr i Gabriel zwrócili się do Wszechmogącego z pytaniem, czy życzy sobie na zmiennika mężczyznę czy kobietę. Gdyby bowiem miało się okazać, że kobieta nie nadaje się na stanowisko pełniącego obowiązki Pana Boga, uprościłoby to znacznie sprawę: kandydatów byłoby wtedy o połowę mniej.
Pytanie niebieskich kanclerzy tak bardzo Stwórcę zdziwiło, że aż zaniemówił. A kiedy już ochłonął, wpadł w okropną złość: wszak kobieta jest dzieckiem Bożym tak samo jak mężczyzna, dzieckiem równie jak on mądrym i umiejętnym, a przy tym z natury często pobożniejszym i bez wyjątku po wielokroć przyjemniejszym dla oka. Jego zdaniem nic nie stało na przeszkodzie, aby miał zmienniczkę zamiast zmiennika. Owszem, w paru zacofanych krajach wciąż nie powołuje się kobiet do kapłaństwa, w Niebie jednak na podobną dyskryminację nie ma miejsca.
Ponieważ seksizm nie wchodził w rachubę, należało kontynuować selekcję opartą na rzeczywistych kwalifikacjach kandydatów obu płci. Była to praca niemal tytaniczna, ale że najlepiej rokujące kandydatury analizowano teraz na trzy zmiany, przez całą dobę na okrągło, zaczęły się pojawiać pierwsze efekty. Bezlitośni aniołowie hurtem wyrzucali za burtę dobrych chrześcijan, aż w końcu sporządzili listę dziesięciu tysięcy prawych i wybitnie uzdolnionych wiernych, którą przedstawili Świętemu Piotrowi i archaniołowi Gabrielowi.
Niebiescy kanclerze przystąpili do analizy. Ślęczeli nad papierami dniami i nocami, dopytywali, szukali nowych kryteriów oceny – i tak zdołali skrócić listę o połowę. Na przykład podniesienie poprzeczki w kategorii odwagi pozwoliło na wyeliminowanie jakichś trzech tysięcy nazwisk: przyszły Bóg musiał być gotów zeskoczyć z dachu dwupiętrowego budynku na stóg siana. Podczas rekrutacji niebiańskiego personelu nie można przecież brać pod uwagę osoby z lękiem wysokości, tym bardziej gdy w grę wchodzi zastępstwo na urzędzie Najwyższego.
Dodatkowe punkty przyznawano za dobrą pamięć, ale pamiętliwych odrzucano bez skrupułów. Już tylko z tej racji odsiano kolejnych sześciuset kandydatów, w tym dziesiątki świątobliwych kardynałów i biskupów, nie mówiąc o całym legionie księży i pastorów. Obecny papież nie przeszedł do kolejnej rundy, choć sprawiał wrażenie nadzwyczaj pobożnego. Przy jego nazwisku na liście pojawiła się miażdżąca notatka: „Klepie modlitwy z przyzwyczajenia, nie wierzy w Boga”. Warto w tym miejscu wspomnieć, że fiński biskup Olavi Rimpiläinen, który robił wokół siebie tyle szumu, że echa jego poczynań dochodziły aż do samego Nieba, w ogóle nie był brany pod uwagę. Bynajmniej nie z powodu niskiej oceny jego potencjalnej dobroci, pobożności, umiejętności czy nawet pewnej odwagi, a po prostu dlatego, że w ciągu owych siedmiu dni Rimpiläinen całkiem zapomniał o modlitwie. Miał wtedy na głowie ważniejsze rzeczy: tak zajadle głosił swój sprzeciw wobec kapłaństwa kobiet, że ani razu nie porozmawiał ze swoim Panem. Można tylko załamywać ręce nad tą potencjalnie wielką stratą, jaką poniósł przez to świat Boży.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
Tytuł oryginału: Auta armias
Redaktor inicjujący: Tomasz Zaród
Redaktorka prowadząca: Urszula Pieczek
Redakcja: Gabriela Niemiec
Korekta: Marcin Dymalski, Małgorzata Kuśnierz
Współpraca produkcyjna: Szczepan Kulpa
Projekt makiety: Karolina Korbut
Projekt okładki: Wojtek Świerdzewski
© Copyright by The Estate of Arto Paasilinna and International Literary Properties LLC, 1989
© Copyright for the Polish translation by Sebastian Musielak, 2026
© Copyright for the edition by Książkowe Klimaty, 2026
Published in the Polish language by arrangement with Rights&Brands and Macadamia Literary Agency
This work has been published with the financial assistance of FILI – Finnish Literature Exchange
ISBN 978-83-68640-21-2
Książkowe Klimaty
www.ksiazkoweklimaty.pl
Opracowanie ebooka Katarzyna Rek
