Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Śmierć nadciąga. Wypełznie z ciemności i zbierze żniwo.
Przed wiekami potężny nekromanta, zwany Pożeraczem Światów, zapragnął wznieść swoje imperium na ruinach krainy żywych. Pokonany i uwięziony w krypcie, czekał na dzień, gdy jego więzy osłabną… a ktoś pomoże mu powrócić i dokonać zemsty.
Wiele stuleci później Alex budzi się w ciemnym lesie, pozbawiony wspomnień, z kamieniem o tajemniczej mocy w dłoni. Zdezorientowany, wyrusza w głąb nieznanego świata, gdzie napotyka krwiożercze bestie, zaskakujące przeszkody i… niespodziewanych sojuszników. Razem z dociekliwą Anastazją próbuje odkryć prawdę o sobie oraz krainie, która wydaje się chylić ku zagładzie.
Tymczasem królestwa Equalibrum, opuszczone przez bogów, pogrążają się w intrygach politycznych i konfliktach wojennych. Świat spowijają złowrogie cienie.
Nadciąga czas chaosu i wkrótce nikt nie zazna spokoju – ani żywi, ani martwi.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 482
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tysiące lat temu, gdy bogowie i ludzie żyli w Podniebnych Królestwach, pierwszy człowiek imieniem Atros sprzeciwił się stwórcom i zbuntował część rasy ludzkiej przeciw nim. Znieważeni bogowie przeklęli buntowników i strącili ich do wcześniej utworzonych światów, których nikt nie zamieszkiwał: Oxelum, Equalibrum, Moros, Palexerum, Haos i Pegaz. Na ich czele stanęli półbogowie, zwani Założycielami lub Pierwszymi, którzy mieli pilnować porządku i wyznaczać ludziom drogę do nawrócenia. Jednym z Założycieli został wyniesiony byt Atros, którego bogowie chcieli nauczyć posłuszeństwa. Atros musiał obserwować poczynania ludzi i karać ich za przewinienia. To miała być nauczka dana rasie ludzkiej, nim z powrotem dostanie pozwolenie, by zasiąść w Komnatach Chwały.
Bogowie nie docenili jednak ludzi i ich umiejętności. W jednym ze światów, zwanym Equalibrum, nastał chaos – ludzie nauczyli się panować nad magią, która stanowiła część tamtejszej ziemi. W pierwszej erze najpotężniejszy z żyjących wtedy ludzi – nekromanta, któremu nadano przydomek Pożeracz Światów – otulił mgłą całe Equalibrum tak, że nawet bogowie nie mogli ujrzeć, co się w nim dzieje. Pożeracz zaczął przemieszczać się między światami i budować swoje imperium. Wówczas bogowie wysłali Atrosa, najpotężniejszego z półbogów, by pozbył się zagrożenia i przyniósł duszę Pożeracza do Komnat Chwały, gdzie czekał go sąd.
Niestety Atros nie poradził sobie z przeciwnikiem. Podczas ich starcia nekromanta okazał się zbyt potężny. Pokonany Atros uciekł i próbował skryć się przed bogami, obawiając się ich gniewu. Bogowie jednak go odnaleźli i postawili przed sądem w Podniebnych Królestwach. Gdy Atros opowiedział, co się wydarzyło i jak przegrał walkę z Pożeraczem, wściekli bogowie zdegradowali go i wysłali do Piekielnej Strefy X, odbierając mu tym samym boską chwałę. Zaczęli obawiać się Pożeracza, wiercili się niespokojnie na złotych tronach i wyglądali zza osłony niebios w kierunku planet, które stworzyli. Naradzali się w Komnatach Chwały, obmyślając zstąpienie na ziemię, i dziwili się przy tym, jak zwykły człowiek mógł stać się aż tak wszechmocny. W międzyczasie Pożeracz Światów zniknął, a mgła opadła, rozpuszczając się w galaktyce. Świat Equalibrum zaczął budować się na nowo.
Po pewnym czasie okazało się, że nekromanta został uwięziony w starożytnej krypcie przez innego człowieka. Dokonał on tego, czego nie mógł zrobić Założyciel – zakończył działania Pożeracza. Bogowie odnaleźli tego człowieka i wezwali go do Podniebnych Królestw, by przed nimi stanął. Zaproponowali mu zaszczyt sprawowania protektoratu nad światem i możliwość wyniesienia do rangi półboga, lecz stojący w Komnatach Chwały człowiek odmówił im i powrócił na ziemię, gdzie żyje po dziś dzień. Był to kolejny raz, gdy przedstawiciel rasy ludzkiej okazał brak szacunku bogom, mimo to pozwolili mu wrócić do Equalibrum, wyłącznie ze względu na jego zasługi.
Nie wiedzieli jednak, że przed uwięzieniem Pożeracz zapowiedział, że powróci jeszcze silniejszy, wtedy sami bogowie zadrżą w posadach, a z niebios popłyną łzy powodowane paranoicznym strachem.
Powietrze się załamało, tworząc okrąg w turkusowym kolorze kilka stóp nad ziemią. Dziwnie zachowujący się portal, nieznacznie przemieszczający się w powietrzu, wypluł z siebie chłopca, który opadł na podłoże całkiem nagi. Powietrze znów się załamało, a portal zniknął, jakby został wciągnięty przez inny świat lub niewidzialnego potwora. Chłopak ocknął się po chwili na mokrej ziemi, długie kruczoczarne włosy lepiły mu się do czoła. Było ciemno, więc gdy otworzył oczy, w świetle księżyca zobaczył tylko kołyszące się korony drzew. W jednej dłoni chłopca spoczywał płaski kamień o ciemnej barwie i kształcie przypominającym ośmiokąt, a w drugiej – niewielka latarka. Chłopiec podniósł się ociężale i rozejrzał po lesie. Nie pamiętał, jak się tutaj znalazł, postanowił więc ruszyć przed siebie. Gdy tak szedł, zmarznięty, przestraszony i zmęczony, zaczął słyszeć głosy. Potem wydawało mu się, że ktoś za nim idzie, rzucił się więc biegiem w poszukiwaniu schronienia.
Biegnąc przez las, nie miał na tyle odwagi, aby obejrzeć się za siebie. Czuł się coraz bardziej zmęczony, a nieustanne głosy, które słyszał w głowie, nie dawały mu spokoju. Coś albo ktoś nawoływało go, aby się zatrzymał, lecz on, na przekór tym głosom, przyspieszał za każdym razem, gdy je słyszał. Ale czy były one prawdziwe?
Omijając gęsto rosnące drzewa, uciekał przed czymś, lecz sam nie wiedział przed czym. Biegł już dość długo, trudno było mu określić mijający czas. Dziesięć, piętnaście minut… a może czterdzieści, może godzinę. Promień latarki spływał po drzewach w poszukiwaniu ostatniej deski ratunku, lecz był bardzo słaby, jakby bateria miała się zaraz wyczerpać. Jak na ironię – akurat dzisiaj.
W końcu chłopiec zebrał w sobie wystarczająco dużo odwagi, aby spojrzeć za siebie, a przynajmniej tak mu się wydawało. Nie zatrzymując się, odwrócił głowę, jednak wtedy usłyszał głos. W tym momencie potknął się o wystający korzeń potężnego drzewa. Szybkim ruchem podniósł się z błotnistej kałuży, otarł twarz i po złapaniu równowagi zaczął biec dalej. Podczas upadku zgubił latarkę, ale nie miał najmniejszego zamiaru po nią wracać. Ta noc była zimna i bardzo jasna ze względu na pełnię. Deszcz musiał padać nieustannie przez kilka dni, ponieważ bose stopy coraz bardziej zapadały się w błocie, którego cały czas przybywało.
Nagle w oddali chłopak dostrzegł rzekę, której nurt wyglądał na dość rwący. Pomyślał, że po drugiej stronie mógłby być bezpieczny, więc gdy tylko zbliżył się do brzegu, bez wahania wskoczył do rzeki, wybiwszy się z wielkiego głazu. Od razu odczuł przeszywające zimno; woda była lodowata. Przez moment zastanawiał się, czy nie zawrócić, ale podmuch mroku na karku wydawał mu się zbyt straszny, by tak łatwo się poddać. Chciał uciec, odpocząć, zaznać spokoju przynajmniej przez chwilę. Zebrał się więc w sobie, a straszne głosy motywowały go do przemierzania rzeki.
Płynął dość długo. Koryto okazało się o wiele szersze, niż to sobie wyobrażał. Był już wyczerpany, ale powoli zbliżał się do drugiego brzegu, aż w końcu poczuł dno. Wówczas zaczął iść, wymachując nerwowo rękami i rozchlapując wodę na wszystkie strony. Sarny, które nieopodal piły wodę, uciekły w popłochu. Nie przestraszyły się jednak samego chłopca, tak jak myślał, tylko zobaczyły coś za nim, w oddali… obrys czegoś potężnego. Chowało się w mroku, jakby czekało na odpowiedni moment do ataku, a może celowo najpierw straszyło swoją ofiarę, bawiąc się nią przed nieuniknioną śmiercią.
Chłopiec wciąż nie oglądał się za siebie. Gdy woda znalazła się na poziome jego kolan, opadł na nie z wyczerpania, a później przewrócił się, aż całkiem go przykryła. Głosy w wodzie były cichsze, ale wyraźniejsze i straszniejsze. Zanim się wynurzył, usłyszał jeszcze coś dziwnego. Na pewno nie podsunęła mu tego wyobraźnia.
– Witaj w Equalibrum, Alex.
Przerażony chłopak doczołgał się do brzegu, przekręcił na plecy, po czym stracił przytomność. Ocknął się dopiero po chwili. Las wydawał się inny. Głosy całkiem ucichły, a Alex, widząc, że zagrożenie minęło, z trudem popatrzył w stronę, o której jeszcze kilka chwil temu chciał zapomnieć. Niczego jednak tam nie dostrzegł, żadnego monstrum czy człowieka. Nikogo – tylko ciemność, pustka. Odetchnąwszy nieco, wstał z trudem, wszak czuł głód i zmęczenie, a jego wątłe, zmarznięte ciało nie było przyzwyczajone do takich wypraw. Rozejrzał się jeszcze raz, gdyż chciał mieć pewność, że nic mu nie grozi. Noc była bowiem straszna, a las zapewne skrywał więcej niebezpieczeństw; nieostrożni przechodnie lub poszukiwacze przygód mogliby tu marnie skończyć.
W tym momencie zauważył, że zgubił kamień, który miał przy sobie wcześniej. Gdy płynąłem, trzymałem go jeszcze w ręce – przypomniał sobie. Nerwowo ruszył dalej. Kiedy stąpał, ranił swoje bose stopy na niewdzięcznym podłożu, a różnego rodzaju rośliny obcierały mu łydki, zostawiając na nich krwawe rysy. Nagle Alex dostrzegł turkusową poświatę na konarze złamanego przez burzę drzewa. Podszedł bliżej i zobaczył kamień. Gdy tylko go dotknął, blask zniknął. Dziwne – pomyślał chłopiec, ale ucieszył się, że odzyskał zgubę, która nie wiedzieć czemu była dla niego ważna. Jeszcze dziwniejsze było to, jak kamień znalazł się po drugiej stronie rzeki.
Całkiem przemoczony i zziębnięty, ruszył dalej w poszukiwaniu jakiegoś miejsca do przenocowania i odpoczynku. Błąkał się między potężnymi drzewami, co chwilę odkrywając nowe, niekończące się ścieżki. Eksplorując jedną z nich, napotkał nawet kamienne kręgi, przypominające miejsca kultu. Pełne życia rośliny były tu bardziej żywiołowe niż w zwykłych lasach, lecz Alex starał się o tym nie myśleć. Zarośla wydawały się cały czas rosnąć, a niektóre porastające je grzyby i mchy świeciły słabym lub mieniły się mocniejszym jasnozielonym pigmentem. Z każdym krokiem roślinność stawała się coraz gęstsza, jakby chciała wchłonąć chłopca do własnych trzewi. Przepychające się wysoko nad ziemią korony drzew nie przepuszczały prawie żadnego światła, a mocno świecący księżyc w pełni nie odważył się zajrzeć w głąb lasu. Ten zaś, jakby niespokojny, co chwilę zostawiał na ciele chłopca coraz to nowsze otarcia, piekące zadrapania i siniaki, które niedługo miały dać o sobie znać. Skaleczenia czy drobne przecięcia uwalniały rysy krwi.
W końcu, po długich poszukiwaniach, Alex dostrzegł w oddali żarzące się światło, prawdopodobnie była to lampa umieszczona na jednej ze ścian jakiegoś budynku. Zrobił krok do przodu, a wtedy poczuł na barku lekki dotyk dłoni. Dałby sobie głowę uciąć, że to kościste palce jakiegoś umarlaka, ale nie miał zamiaru tego sprawdzać. Natychmiast rzucił się do ucieczki. Migające światło wydawało się znajdować całkiem blisko, wystarczyło tylko ominąć kilka drzew i przeskoczyć dziki żywopłot.
Droga ciągnęła się jednak Alexowi w nieskończoność, uczucie goniącej go śmierci napełniało i paraliżowało całe ciało. Przelatujące obok czarne smugi zjaw, czy może demonów, niemal odebrały chłopcu rozum. Czy one są prawdziwe? – wciąż zadawał sobie to pytanie. Ostry smród rozkładającego się mięsa był nie do wytrzymania, zakrył więc dłonią podrażniony nos i przeskoczył przez upragniony żywopłot, który znacznie otarł jego ciało.
Opary demonicznego lasu zaczęły działać; Alexowi zakręciło się w głowie, upadł i zwymiotował. Gdy podnosił się na kolana, dopadł go atak kaszlu, oczy zaczęły łzawić, a ból pod czaszką stopniowo narastał. Oszołomiony obrócił się, jedną dłonią dotykając rozpalonego czoła, a drugą podpierając się o zimne, mokre podłoże. W jednej ręce cały czas trzymał kamień, którego strzegł, by nie zgubić go kolejny raz. Tuż za sobą zobaczył przenikającą przez żywopłot postać, lecz nie mógł się jej dokładnie przyjrzeć. Zalane łzami, podrażnione oczy ujrzały jedynie rozmazaną czarną mgłę, wpatrującą się w niego dwojgiem palących się czerwonych ślepiów. Zjawa wyciągnęła ku chłopcu rękę. Alex wzdrygnął się, szybko przetarł swędzące oczy i na czworaka przemierzył pozostałą drogę do budynku, następnie pociągnął za srebrną okrągłą klamkę.
Drzwi otworzyły się bezgłośnie, a jasne światło wydostające się z wnętrza odstraszyło potwora. Alex podciągnął się ociężale na klamce, po czym nerwowo zaryglował wejście od środka za pomocą grubej belki, dla pewności zapiął jeszcze łańcuch. Głośno dysząc, spłynął po drzwiach na drewniany parkiet. Po obu stronach wejścia znajdowały się smukłe okna w kształcie migdałów z kolorowymi witrażami. Alex z lękiem popatrzył na jedno z nich i odprowadził wzrokiem przelatującą czarną smugę. Gdy zjawa odleciała, przestraszony chłopak ponownie przetarł oczy i zaczął chuchać na zmarznięte dłonie, których prawie nie czuł. Wciąż opierając się o ciemne dębowe drzwi, uniósł głowę, by rozejrzeć się po wnętrzu chatki.
Na wprost jego turkusowego spojrzenia znikąd wyrosły dwie pionowe źrenice otoczone żółtymi tęczówkami. Należały one do smukłego czarnego kota, który siedział na stole i od samego początku obserwował Alexa. Spokojny futrzak jeszcze przez chwilę mierzył go wzrokiem, a potem zeskoczył na parkiet i udał się do pokoju z uchylonymi drzwiami.
Wnętrze, w którym znalazł się chłopak, było jasno oświetlone przez dosyć spory żyrandol wiszący na mocnym stalowym łańcuchu, z solidnymi czarnymi ogniwami. Na okrągłej metalowej konstrukcji równiutko poustawiano świeczki, teraz mniej więcej w połowie wypalone. Każda bez wyjątku się paliła, nie przerywając idealnego kręgu. Pod żyrandolem dumnie stał wielki stół, tak prosty, że bez problemów mógłby zostać wykonany przez każdego mniej lub bardziej doświadczonego stolarza. Część blatu zajmowały korzenie: białe, bordowe oraz brązowe, niektóre ubrudzone ziemią, jakby świeżo wyrwano je z grządki. Obok na drewnianej desce długi nóż czekał na powrót mistrza, zaś w klepsydrze stojącej na krawędzi stołu już prawie wszystkie ziarnka piasku przemierzyły wąski szklany korytarz.
Na końcu pomieszczenia, obok uchylonych drzwi, wisiały półki ze słoikami z różnoraką zawartością. W niektórych znajdowały się suszone listki kwiatów i innych roślin. Jedna półka była specjalnie zarezerwowana dla małych istotek – w szklanych pojemnikach zamknięto ślimaki, pijawki, motyle i inne małe stworzenia, a także szczury i węże. Znaczną część znajdującego się obok regału zajmowały butelki odbijające światło świec, wypełnione mocnym samogonem oraz różnorodnymi winami. Z niedomkniętych szuflad wystawały glony i wodorosty, a wszechobecne zioła i przyprawy pozastawiały ciekawy, mocny zapach.
Pod półkami na białych kafelkach wisiały noże, łyżki, sierpy, metalowe garnki, talerze, a jeszcze niżej nad palącym się drewnem bulgotał kociołek z pomarańczową zawartością o cudnym zapachu. Po lewej stronie pomieszczenia mieściło się jeszcze jedno okno, również w kształcie migdała, ale dużo mniejsze od pozostałych. Ze ściany pod nim wychodził marmurowy parapet przyozdobiony pięknymi kwiatami o żywych kolorach: czerwonym i niebieskim. Po drugiej stronie uchylonych drzwi znajdował się wysoki regał z niezliczoną liczbą książek. Dodatkowo na wyciągnięcie lewej ręki chłopca stała drewniana balia z parującą gorącą wodą.
Alex poprawił się w niewygodnej pozycji i zaczął przyglądać się kamieniowi, który trzymał na wyciągniętej zimnej dłoni. Jedna strona przez chwilę zaświeciła się morską poświatą. Przy jednej z krawędzi kamienia zdziwiony czternastolatek dostrzegł wygrawerowane słowa: Azentrion varten mahellnort, przy drugiej krawędzi zaś lśniący, ale już dogorywający morski napis: Własność Jacoba Ravena.
Alex zamarł. Teraz miał już pewność, że wcześniejsze wydarzenia w lesie były prawdziwe, wszystko wskazywało na to, że bestia też. Dopadła go pod wodą i zostawiła po sobie pamiątkę, ale dlaczego nie zabiła go od razu? Może jest jej potrzebny, a może komuś innemu? Może tylko go naznaczyła, a w przyszłości przyjdzie po niego jak po starą zabawkę? Chłopak nie miał już siły o tym myśleć.
Gdy ostatnie ziarenko piasku przemierzyło klepsydrę, zza uchylonych drzwi do pokoju weszła piękna dojrzała kobieta z długimi, czarnymi, falowanymi włosami. W jej naszyjniku spoczywał wielki rubin, a na palcach z wystającymi czarnymi paznokciami w kształcie migdałów tkwiły lśniące pierścionki. Nieznajoma miała na sobie śnieżnobiałą koszulę z za dużymi, wręcz napompowanymi rękawami, które wyjątkowo jej pasowały. Czarne spodnie opinały długie smukłe nogi, a stopy nieznacznie chowały się w niskich butach na szpiczastych koturnach. Kobieta przekręciła klepsydrę, a piwne oczy skierowała na chłopca. Alex natychmiast wstał, próbując coś powiedzieć, lecz piękna nieznajoma go ubiegła.
– A cóż ci się przydarzyło, kochaniutki? – spytała, nie oczekując na odpowiedź. Podeszła i łagodnie dotknęła policzka chłopca ciepłą dłonią, długie szczupłe palce powoli i czule przemierzały delikatną skórę. Na twarzy kobiety pojawiło się współczucie. Po chwili jednak obróciła się na pięcie i odsunęła krzesło.
– Ja… – Alex ponownie próbował coś wykrztusić, przysłaniając krocze dłońmi.
– Siadaj! – przerwała mu gwałtownie. – Na pewno jesteś głodny, więc… A nie, chwileczkę, zaczekaj, najpierw kąpiel, jesteś brudny i zmarznięty. – Uśmiechnęła się sympatycznie, po czym wskazała na balię, gdzie gorąca, spieniona woda już czekała. Gdy kobieta patrzyła na chłopaka, przygryzała palec.
Alex obserwował badawczo kobietę, nie pałając do niej zaufaniem. Czarnowłosa musiała to wyczuć, ponieważ rzuciła, jakby chcąc dodać mu pewności:
– Biedactwo. Nie bój się, czuj się jak u siebie. Nie jesteś pierwszym zagubionym w tym lesie człowiekiem. – Zachichotała, przyglądając się nagiemu chłopcu. – Pójdę po czyste ubrania, a ty w tym czasie wskakuj do ciepłej wody. Twoja młoda, delikatna skóra potrzebuje tego – dodała zadowolona, a potem zaczęła nucić pod nosem dziwną melodię.
Alex niepewnie odprowadził kobietę wzrokiem, gdy ta wychodziła z głównego pomieszczenia. Następnie podszedł do balii i odłożył za nią kamień, tak aby nie był widoczny. Zwilżył dłonie w wodzie i przetarł twarz. Długo nie musiał się zastanawiać – ciepła kąpiel przekonała go do siebie. Spojrzał jeszcze raz w kierunku uchylonych drzwi, po czym wszedł do wanny.
Kobieta obserwowała go, schowana w mroku za uchylonymi drzwiami, przygryzając przy tym koniuszki palców. Gdy chłopak leżał już pod warstwą pieniącej się wody, odczekała chwilę i weszła do pokoju. Usiadła niedaleko niego, znowu nucąc tę samą melodię.
Spojrzenia Alexa i kobiety się przecięły i przez jakiś czas oboje wpatrywali się w siebie.
– Jestem Evelynn. Tu masz świeże ubrania. Mogą być trochę za duże, są po bracie – powiedziała czarnowłosa i wstała z krzesła, pozostawiając na nim odzienie, które stanowiły czarne spodnie, biała koszula i jakieś obdarte brązowe buty na koturnie, sięgające za kostkę.
– Gdzie on teraz jest? – spytał bezwiednie, karcąc się za to w myślach.
– Nie żyje! – warknęła stanowczo, głośno uderzając ostrym tasakiem i przecinając na pół bordowy korzeń, resztę warzywa zaczęła siekać na drobne kawałki. – Przepraszam, jestem wrażliwa, nie przejmuj się tym. A jak ty masz na imię, jeśli można wiedzieć?
– Przepraszam, przykro mi… Nie wiedziałem… Ja… jestem Alex.
– Ładnie. To powiesz mi teraz, gdzie się tak poharatałeś? – spytała, znowu się uśmiechając.
– Zgubiłem się i całą noc przemierzałem las w poszukiwaniu schronienia. – Nie chciał mówić więcej. Pomyślał, że jeśli opowie o goniących go monstrach, kobieta weźmie go za szaleńca. Poza tym od samego początku wydawała mu się dziwna, więc nie chciał jej się zwierzać. Wpatrując się w nieznajomą, próbował bezskutecznie wyczytać z jej twarzy, czy mu uwierzyła.
– Wybrałeś chyba najgorsze miejsce, żeby się zgubić. Wszędzie wkoło rosną trujące grzyby, od których można dostać halucynacji. Po tym lesie trzeba umieć się poruszać – stwierdziła Evelynn, a następnie wyszła z pokoju energicznym krokiem, co zdziwiło Alexa.
Alex zaczął się zastanawiać, czy widziane przez niego zjawy były wynikiem działania trujących grzybów, ale po chwili przypomniał sobie, że przecież za balią leży kamień, który… Przypomniał sobie, jak go dotknął, nim znalazł się w lesie i stracił przytomność. Jak po pokonaniu długich schodów znalazł się w komnacie, gdzie zauważył kamień na białym postumencie. Jak podszedł do niego i go dotknął. Pamiętał, że poczuł jego chłodne krawędzie, a potem kamień zabłysnął turkusową poświatą rozświetlającą ciemną komnatę. Później obudził się w lesie nagi i wyczerpany. Nie pamiętał, kiedy to się stało, jak dawno temu. Teraz, gdy siedział w ciepłej wodzie, próbował przypomnieć sobie coś jeszcze, ale nie zdołał. Znów pomyślał o kamieniu i obejrzał się za siebie, by zobaczyć, czy wciąż jest ukryty za wanną. Leżał tam, zimny, zgaszony. Nic mi się nie przywidziało – pomyślał Alex.
Evelynn ponownie weszła do pokoju, popatrzyła na chłopaka, poprawiła włosy i wrzuciła do wywaru drobne korzenie.
– Zatem mieszkasz tu sama? – spytał Alex, szorując brudną łydkę.
– Niezupełnie, mam psy i koty, ale już niedługo… – Uśmiechnęła się. – To straszna dziura, prawda? – dodała. – Po śmierci brata musiałam zająć się spadkiem, obecnie szukam nabywcy, ale dom w takim miejscu… Ech, to będzie niezmiernie trudne.
– Bardzo tu przytulnie – stwierdził chłopak, rozglądając się po wnętrzu. – Co to za okolica, masz jakichś sąsiadów?
– Niestety nie, brat kochał naturę i spokój. Dlatego zamieszkał niemalże w środku lasu.
– Rozumiem.
– Niektórzy ludzie sieją plotki, że ten dom jest nawiedzony.
– Nawiedzony?
– A tak, po wsiach niedaleko lasu krąży przekonanie, że Uzael, mój brat, został tu zamordowany i od tamtej pory dom jest przeklęty, dasz wiarę? Większość nawet uważa, że cały las jest przeklęty. Ech, ludzie to mają wyobraźnię. – Pokręciła głową z dezaprobatą.
Po chwili kobieta i chłopiec usłyszeli uderzenie do drzwi wejściowych. Alex obrócił się nerwowo, a serce zabiło mu mocniej. Evelynn wstała. Przemierzyła pokój, stukając miarowo koturnami, wyjrzała przez okno, następnie podeszła do drzwi.
– Nieźle to pozamykałeś, he, he – powiedziała, zdejmując zabezpieczenia, a potem uchyliła drzwi.
Niespokojny Alex przełknął ślinę, obserwując nerwowo poczynania kobiety.
– Ach, to ty, Demon – rzuciła ze śmiechem, po czym otworzyła małą klapę w podłodze. Uklęknęła i pochyliła się nad komórką, eksponując kształtne piersi wychodzące z rozpiętej na trzy guziki koszuli.
Alex nie widział, co znajduje się za drzwiami, słyszał jedynie ciche sapanie i widział, jak do ciepłego wnętrza przedostawał się obłoczek pary, jakby oddech jakiejś istoty.
– Aaaa, tutaj jesteś! – dodała czarnowłosa, chwytając metalowe wiadro, które z trudem wytargała z komórki. Było ciężkie i wypełnione aż po brzegi podejrzaną czerwoną substancją, którą Alex mógł obserwować tylko przez ułamek sekundy. Evelynn wystawiła wiadro na zewnątrz, po czym zamknęła drzwi oraz klapę i poszła przemyć ręce.
– To dla moich piesków, mam ich parę – wyjaśniła, widząc przestraszoną minę chłopca. – Powinieneś coś zjeść, nie wyglądasz za dobrze. Zupa już prawie gotowa.
– Demon? – spytał Alex.
– Tak się wabi, to pomysł brata.
– Rozumiem. Już kończę, kąpiel była świetna, dziękuję – odpowiedział trochę nerwowo. – Co to za zupa?
– Zupa korzenna. Nie rób takich oczu, smakuje naprawdę dobrze. – Uśmiechnęła się znowu.
– Jestem gotowy. Czy mogłabyś się odwrócić? – Alex wskazał na ubrania.
– Nie krępuj się… ale oczywiście, jeśli tego chcesz. – Evelynn podeszła do paleniska, by spróbować wywaru. Chłopiec w tym czasie wytarł się miękką tkaniną i ubrał się, spoglądając co jakiś czas na kobietę. Ukradkiem schował kamień do kieszeni spodni.
Nagle zza uchylonych drzwi wydobył się głośny plask.
Kobieta podskoczyła wystraszona, aż upuściła trzymany w ręku nóż.
– Proszę – powiedział Alex, podając jej narzędzie.
– Ach, to pewnie koty. Dziękuję – odparła pośpiesznie, po czym wyszła z pokoju.
Alex ostrożnie zbliżył się do uchylonych drzwi. Za progiem dostrzegł wysoko zawieszone spiralne czarne schody. Spojrzał w górę, opierając rękę o metalową balustradę. Teraz głucha cisza przenikała całą chatkę, a najmniejszy szelest wydawał się głośniejszy od myśli. Nagle po schodach sturlał się kłębek włóczki, a z góry dobiegło miauczenie kota.
Chłopak wrócił do głównego pomieszczenia, zastanawiając się, jaką tajemnicę skrywa Evelynn. Czekając na nią, zauważył na regale dużą fioletową księgę ze znakiem czaszki na grzbiecie. Chwycił ją i obejrzał okładkę, ale nie dostrzegł nic nadzwyczajnego poza zdobieniami, postanowił więc zajrzeć do środka.
W tej samej chwili Evelynn weszła bezszelestnie do pokoju i wyrwała mu ją delikatnie.
– Przepraszam, ja… – zmieszał się chłopiec.
– Nie szkodzi, zapomniałam ci powiedzieć, żebyś niczego nie dotykał. Zupa już gotowa. – Uśmiechnęła się i wskazała mu krzesło przy stole.
Niedługo potem postawiła talerz z zupą tuż przed nosem Alexa, a obok położyła łyżkę z pięknie zdobionym trzonem. Aromat wywaru był wspaniały, a uwalniająca się z niego para łagodnie łaskotała twarz chłopca.
– Smacznego. Jedz zupkę, chłopcze. Jesteś taki spięty – powiedziała Evelynn, stając za nim. Zaczęła masować mu kark, a widząc, że chłopak się rozluźnia, pocałowała go w głowę, potem w ucho i szyję, następnie zaciągnęła się jego zapachem.
Chłopiec był zdziwiony jej zachowaniem, ale sam starał się zachowywać naturalnie. Chwycił więc łyżkę i już miał nabrać smakowicie wyglądającej zupy, kiedy w odbiciu sztućca zobaczył czarne pionowe źrenice z żółtymi tęczówkami, na barkach zaś poczuł paznokcie, które się wydłużyły i zaostrzyły. Język kobiety zaczął przemierzać szyję chłopca. Przerażony Alex powoli odłożył łyżkę i sięgnął trzęsącą się ręką do kieszeni, by złapać za kamień.
– Oj, zapomniałam się. A więc już wiesz, szkoda – rzuciła kobieta, po czym wbiła długie kły w delikatną szyję chłopca.
Alex wrzasnął z bólu, ale zaraz uderzył Evelynn w głowę kamieniem, który w tym momencie jakby się obudził i zaczął lśnić morską poświatą. Wszystkie świece na żyrandolu zgasły i zapanowała ciemność. Kobieta wydała głośny ryk, pokazując przy tym ostre kły. Monstrum, w które się zmieniła, błyskawicznym ruchem wytrąciło kamień na ziemię, jedną ręką chwyciło chłopca za ubranie i cisnęło nim z impetem o gruby blat stołu. Zwijający się z bólu Alex po omacku badał stół, aż jego ręka napotkała długi nóż. Następnie chwycił go i wbił kilka razy w pierś Evelynn.
– Aaa! Kurwa! – zaklął demoniczny fenomen. – Argh! Gdy wypiję twoją krew, skończysz w kotle! Twoje kości rzucę ogarom na pożarcie!
Dziury po ostrzu zrastały się szybko, demon wydawał przy tym straszne, wysokie dźwięki. Alex ruszył w kierunku drzwi, najszybciej jak potrafił ściągnął z nich łańcuch i otworzył je, a wtedy stanął na wprost żarzących się czerwonych ślepiów, które pojawiły się w miejscu żółtych kocich oczu. Evelynn teleportowała się tuż obok, jej rany całkiem się zagoiły. Wrzeszcząc opętańczo na będącego w szoku chłopca, odepchnęła go niewidzialną mocą.
Ciało Alexa sunęło po podłodze, aż zatrzymało się na kamiennej ścianie. Rzadka krew wypłynęła mu z nosa, rozpieszczając zmysły kreatury. Ręka chłopaka znalazła się w zasięgu wcześniej wytrąconego świecącego kamienia. Ostatnia szansa – pomyślał. Gdy Evelynn doskoczyła do niego, Alex przyłożył świecący kamień do jej głowy.
Monstrum zaczęło ryczeć i szarpać się obłąkańczo. Kamień parzył policzek Evelynn, roztapiając jej skórę aż do kości. Nikczemna krew wylewała się na kamień, dodając mu jeszcze większej mocy. Zaskoczona Evelynn uwolniła się po chwili i zmieniwszy się w wielkiego kruka, odleciała, pozostawiając po sobie ślady krwi.
Alex wybiegł na zewnątrz. Widząc, że kamień świeci coraz mocniej, zaczął biec ile sił w nogach. Światło wydobywające się z kamienia rozproszyło gęste drzewa, ukazując niebo i jasny księżyc; otwierało chłopcu ścieżkę do opuszczenia lasu. Biegł zdyszany, trzymając cały czas kamień nad głową, aż w żebrach poczuł narastający, penetrujący ból. Od opuszczenia lasu dzieliło go tylko kilkanaście większych susów, a światło wydobywające się z artefaktu słabło.
W tym momencie zregenerowana już Evelynn przywołała wielkie gnijące ogary. Biegnące z zatrważającą prędkością potwory zaczęły doganiać chłopca. Kamień przestał świecić, a szeroko otwarta droga pomału się zwężała. Ujadanie wściekłych, żądnych krwi psów doprowadzało serce Alexa do nienaturalnie szybkiej pracy.
Chłopiec w przypływie paniki rzucił kamień w zaciskające się przed nim pędy, a artefakt uwolnił jeszcze na moment strumień światła, który odstraszył mroczne rośliny. Zbawienny relikt minionej epoki zaczął niepokojąco się zsuwać do jakiejś głębokiej nory, na szczęście rozpędzony Alex w ostatniej chwili schwytał go resztkami sił, potykając się przy tym o wystające pnącze, i przeturlał się na zieloną łąkę. Zaraz potem okręcił się i usiadł na mokrej trawie, podpierając się z tyłu pokiereszowanymi rękami. Trzy kroki za nim, na granicy lasu, Evelynn z grobową miną zniknęła w towarzystwie ogarów w zamykającym się przez mroczne rośliny przejściu.
Joseph Cooper od kilku dni obozował nad brzegiem jeziora Denvel. Ten poranek nie różnił się zbytnio od innych. Dopiero co wzeszło słońce, więc było jeszcze dosyć chłodno jak na letnią porę. Co prawda, w cieśninie Vertz zima przypominała lato, lecz mimo to ludzie zamieszkujący te tereny narzekali na bolące kości przy najdrobniejszej zmianie pogody. Idealny czas na trening – pomyślał mężczyzna.
Ogromny cedr rosnący niedaleko brzegu dawał wiele cienia przez większość dnia. Cooper zwisał na jednej z gałęzi, mocno wygiętej ku ziemi, ale solidnie wyglądającej. Był pewnie nieco po trzydziestce, twarz miał groźną, choć jednocześnie przystojną. Oczy paliły się błękitnym blaskiem, a szczękę i szyję pokrywały zacięcia po goleniu brody. Długie ciemne włosy, sięgające nieco za barki, nosił rozpuszczone. Jego ponaddwumetrowe ciało było dobrze zbudowane, o wadze z pewnością dorównującej dwóm dorosłym dzikom. Plecy wydawały się szerokie jak stodoła, do tego dochodziły potężne ręce przypominające młoty i rozbudowane kaptury. Szczególnie rozwinięta była tylna część ramienia, która wyglądała, jakby żyła własnym życiem i chciała odejść od reszty ciała. Barki prążkowały przy każdym ruchu, jeszcze bardziej uwydatniając pulsujące żyły widoczne na każdym mięśniu. Jedno było pewne: przerośnięty mężczyzna był wielkim łotrem.
Cooper podciągał się miarowo i powoli, rozmyślając o zleceniach. Miał na sobie tylko ciemne, sztywne i szorstkie spodnie z wieloma kieszeniami. Widać było, że zostały dobrze wykonane, prawdopodobnie uszyto je na miarę, z bawełny oraz wysokiej jakości pikowanej skóry, która wzmacniała miejsca na kolanach czy po bokach uda. Z przodu spodni na udzie mieściły się przyszyte grubą nicią skórzane paski. Jeden z nich był większy, a pozostałe dwa nieco mniejsze i nachylone pod małym kątem, by dało się w nich umieszczać noże. Do tego mężczyzna nosił wojskowe buty o grubych podeszwach, przypominające te noszone przez kawalerzystów z południa. Sięgały aż do kolan, co miało chronić między innymi przed jadowitymi wężami. Buty zostały dodatkowo wyposażone w stalowe wstawki, gładkie i błyszczące, które zabezpieczały stopy oraz kości piszczelowe przed złamaniem. Zapewniały także mocne, a nawet śmiertelne kopnięcia. Na tyle cholewy jednego z butów, na wysokości łydki, można było dostrzec kolejny pasek na nóż.
Dwadzieścia trzy, dwadzieścia cztery… – liczył w myślach Cooper, a każdy ruch wydawał mu się bardzo długi. – Głowa nersaża jest warta dwadzieścia złotych monet, za smoka morskiego dostanę trzydzieści pięć, ale to bardziej ryzykowne zajęcie – myślał. – Walka w wodzie jest trudna i bardziej męcząca niż na lądzie. Trzeba by kupić nowe sieci, gdyż ostatnie zniszczyły sumy.
W cieśninie Vertz, między państwem morskim Gravadzzk a państwem Sevillith, oraz na północny wschód od Sevillith, w najszerszym punkcie dopływu rzeki Wertis sumy dorastały nawet do piętnastu stóp i były zadziwiająco silne. Pojedynczy okaz mógł sam wywrócić na bok małą łódź.
Kurwa, pięć lat mi służyły… Trzydzieści jeden, trzydzieści dwa… – liczył dalej. – Do tego dochodzi dopłata za przebycie granicy i prom. Sevillici są pojebani, biorą pięć złotych monet, to więcej niż w burdelu u Freziego. Może naprawiłby i uruchomił starego skorpiona… Ach, Will… on wiedziałby, co zrobić…
– Witaj! – rzucił ktoś z oddali.
– Kurwa!
Przy trzydziestym siódmym podciągnięciu Cooper usłyszał trzask i poczuł mocny ból w okolicy krzyża. Gałąź nie wytrzymała. Łowca podniósł się ociężale z ziemi. Do jego spoconych pleców przykleiły się źdźbła trawy oraz trochę ziemi. Położył dłonie na bokach i skręcał tułów, by rozciągnąć plecy; grymas na jego twarzy tworzył obraz trudny do opisania. Kątem oka zauważył lekko chwiejącego się na nogach starszego mężczyznę, kroczącego ociężale w jego stronę.
Pięknie, jeszcze tego tu brakowało – pomyślał Cooper.
– Mogłem się domyślić, że gdzie się nie pojawisz, zawsze komuś staje się nieszczęście. Widziałem cię w wiosce, jesteś przeklęty czy co, dziadku? – powiedział, wbijając palce w obolałe mięśnie.
– Witaj, synu! Nic ci się nie… hik!… stało? – spytał przybysz, nieudolnie próbując ukryć czkawkę. – Szedłem przypadkiem obok i widziałem, jak… hik!… upadłeś. Nic ci nie jest? Może posłać po medyka?
Postarzały mężczyzna był niski i chudy jak patyk. Skórę na twarzy miał pomarszczoną i nieco czerwoną, szczególnie w okolicy nosa. W jednej ręce trzymał skręta, a w drugiej butelkę w połowie napełnioną mętną cieczą, najpewniej tanim bimbrem. Ubrany był w lnianą, pierwotnie kremową koszulę w kratę, teraz umazaną błotem oraz jakąś dziwną ciemną substancją, która cuchnęła na kilometr. Dolną część stroju stanowiły podarte spodnie i jeden but.
– Skończ pieprzyć, starcze, doskonale wiem, że nie przyszedłeś tu w trosce o moje zdrowie. – Cooper podszedł do wątłego mężczyzny, który wyglądał przy nim jak niezbyt urodziwe dziecko, i spojrzał z góry w jego oczy.
– Ale czemu od razu tak z mordą, co? Talus usmaży cię za te plugastwa. – Starzec uśmiechnął się kpiąco. – Potrzebuję tylko kilku srebrnych monet.
– Znów schlejesz się jak wieprz, córka cię za to zabije. Pamiętam, co zrobiłeś w wiosce, obraz godny pogardy – podjął Cooper.
– Nie twój problem – wymamrotał obrażony starzec.
Cooper się roześmiał.
– Racja, nie mój. Ale muszę przyznać, że to było dość zabawne i widowiskowe obserwować cię w takim stanie. Później ponoć znaleźli cię nagiego, ulanego po łokcie w chlewie, śpiącego obok świń. Mówiono też, że przyprowadziłeś ze sobą kozła. Prawda to, starcze? Słyszałem też, że dwa tygodnie temu…
– Dobrze, już dobrze… hik! Poratujesz czy nie?
– Słuchaj, nie mam czasu się z tobą kłócić. Masz i spieprzaj.
Starzec złapał wystrzeloną przez Coopera srebrną monetę z wizerunkiem dojrzałego mężczyzny o poważnej twarzy i z cylindrem na głowie. Pod jego podobizną znajdował się napis Rosh.
– Dziękuję, dziękuję! Zawsze wiedziałem, że jesteś dobrym człowiekiem, przybyszu, naprawdę – ucieszył się dziadek. – Mógłbyś jednak być tak miły, by podzielić się ze mną jeszcze jedną monetą? – spytał bezczelnie.
– Zamknij się, nie jestem Bankiem Centralnym. Przybyłem tu niedawno i nie masz pojęcia, jakie rzeczy chodzą mi po głowie. Lepiej więc będzie dla ciebie, jeśli stąd pójdziesz, zanim wrzucę cię do jeziora – odparł łotr, rozbierając się.
Dziadek wzdrygnął się na te słowa. Nie znosił kąpieli, ostatnio kąpał się jakieś wieki temu.
– O nie, nie! – zaprotestował. – Chyba nie myślisz… hik!… mój dobrodzieju, że pozostawię cię z pustymi rękoma, co?
– Zawsze to robisz. Nie możesz mi nic zaoferować poza swoim żałosnym towarzystwem. – Po tych słowach Cooper wszedł do jeziora. Woda była zimna, tak jak lubił.
Staruszek przyglądał mu się przez chwilę, ale nie odpuścił.
– A mogę! Mam dla ciebie informację, cenną informację… hik! Uważasz? Słuchaj. Za tydzień w Gravadzzku, w Mieście Postępu odbędzie się turniej karciany. Zjadą się te, jak to mówią, no, te… eleganty i piękne kobiety z południa… hik! Poza tym stawka jest duża, podobno sto złotych Hawkinsów za samo trzecie miejsce, nie mówiąc już o reszcie.
– Nie gram już w karty, stary moczymordo. Poza tym do Gravadzzka jest pięć dni drogi konno. Pięć dni bez przerwy w twardym siodle. Chcesz, abym odparzył sobie dupę? – Cooper popatrzył na niego zniechęcony.
– No to co, łowco? Nagroda jest warta wysiłku. – Starzec wzruszył ramionami. – A szkoda, żebyś marnował swój talent, synu. Pamiętam, jak przybyłeś tu pierwszy raz i bez problemu ograłeś jednookiego Bena. Karta ci szła, powinieneś spróbować raz jeszcze. Tak czy inaczej, zrobisz, jak uważasz. Nie musisz mi dziękować – powiedział, po czym odszedł, zataczając się.
– Ja miałbym dziękować tobie? – prychnął Cooper. – Stary moczymorda – mruknął po chwili i machnął ręką. Potem rozluźnił się i położył plecami na tafli jeziora. Gdy zamknął oczy, ciepłe promyki słońca otuliły jego powieki.
Po kąpieli podszedł do wypalonego ogniska pod wielkim cedrem. Polał popiół wodą wyciśniętą z wcześniej zamoczonej koszuli. Przed drogą na południowy wschód często zakładał wilgotne odzienie, by schłodzić organizm. Temperatury kilka godzin po brzasku zaczynały się robić nieznośne dla ludzkiego ciała, a na wschodzie było jeszcze cieplej niż w okolicach cieśniny Vertz. Cooper zawsze się zastanawiał, co za durnowate bóstwo wymyśliło taki system: zimne noce, podczas których można się zaziębić, a po nich nieodpuszczający upał w ciągu dnia.
Teraz miał w planach udać się do Menrthifs, małego miasta na ziemi niczyjej przed państwem Sevillith, zwanym Tygrysami, aby odebrać tam nagrodę za poprzednie zlecenie, a przy okazji zakupić nowe noże do rzucania. Droga do Menrthifs bywała niebezpieczna, tak samo jak rozległa niezamieszkana część wschodu, gdzie za sprawą barbarzyńców z klanu Tuschatrx oraz najazdów Pustynnych Piratów nie było żadnych miast ani wiosek.
Bezpieczniej i rozważniej byłoby dziś przywdziać pełne wyposażenie – pomyślał Cooper. Wyposażenie, które będzie ciężkie, nieznośne i przeszkadzające w podróży. Nie miał jednak wyjścia, wolał nie ryzykować walki z jednym z patroli Pustynnych Piratów, którzy najczęściej atakowali hordami. Przeciwnicy o przewadze liczebnej skrzętnie wykorzystaliby nieprzygotowanego samotnego podróżnika. Co więcej, w odróżnieniu od barbarzyńców z Tuschatrx, którzy najpewniej zabiliby go na miejscu, Pustynni Piraci podobno lubili skórować ludzi żywcem, przyozdabiać twarze ludzkimi maskami, a na szyi wieszać naszyjniki zrobione z ich kości. Przynajmniej tak słyszał w jednym z tutejszych miast.
Łowca założył koszulę, na nią porządną skórzaną zbroję, wzmacnianą elementami stalowymi. Przedramiona zabezpieczył skórzanymi karwaszami, a do największego z pasków znajdujących się na prawym udzie włożył długi nóż. Dwa kolejne pozostały puste, gdyż noże do rzucania przepadły podczas jednej z wypraw. Do pochwy przy lewym boku wsadził krótki miecz, a na pasku na łydce zawiesił mały hak. Wierzch ciała okrył długą czarną peleryną bez ramion, ale z kapturem. Na koniec umieścił na plecach wielki topór z dwustronnym półokrągłym ostrzem.
Następnie osiodłał konia i przytroczył do niego wypełnione juki. Do nich sznurkiem przywiązał szpony harpii, które upolował wcześniej. Truchła były tak ogromne, że zwisały teraz z boku konia prawie do ziemi. W jednej z toreb znajdowały się ser, chleb oraz manierki z wodą, z innej zaś od czasu do czasu dobiegało grzechotanie ocierających się o siebie ogniw grubego łańcucha. Wzdłuż siodła w pochwie spoczywał miecz krzyżowy, mierzący prawie trzy łokcie, z drugiej strony przyczepiona była mała składana kusza, którą łowca lubił montować na przedramieniu, jednak nie tym razem. Klacz Coopera, Kayle, była silna, przyzwyczajona do noszenia ciężarów, w tym odzianego w stal olbrzyma. Należała do rasy raghorskich koni, prawie półtora razy większych od zwykłych koni, tak że nawet dorośli mężczyźni mieli problemy w ich dosiadaniu, nie mówiąc już o kobietach.
Gdy Joseph już wszystko przygotował, wsiadł na grzbiet klaczy, chwycił lejce i ruszył na wschód.
*
W południe był już w połowie drogi do Menrthifs. Przemierzał suchą sawannę o złocistej trawie, żuł tytoń i obserwował żyrafy obgryzające liście nielicznych na tym terenie drzew, aż ujrzał w oddali cienką strużkę dymu. Momentalnie pociągnął za lejce, a Kayle stanęła posłusznie. Łotr rozejrzał się dookoła, zataczając koniem półokrąg. Przez chwilę nasłuchiwał, lecz słyszał tylko ciche świszczenie wiatru i trawy. Później położył dłoń na rękojeści krótkiego miecza i pozwolił Kayle powoli zbliżyć się do źródła dymu.
Z oddali dostrzegł ruch pod drzewem, spod którego unosił się dym. Nie mógł określić, czy to człowiek, czy jakieś zwierzę, zbliżał się więc ostrożnie, od czasu do czasu oglądając się za siebie. Gdy znalazł się niedaleko drzewa, zauważył, że coś leży w niskiej trawie. Wyglądało dziwnie, miało różową barwę. Podjechał bliżej i zobaczył zwłoki – dużo zwłok – które leżały w niewielkich odległościach od siebie i cuchnęły.
Kayle prychnęła i podniosła łeb. Cooper zeskoczył z konia, ściągnął z pleców topór i podszedł do jednego z trucheł. Przekręcił je na bok; po pysku z wielkimi pokrwawionymi zębiskami poznał, że była to oskórowana hiena. Obejrzał plac przed drzewem, ale nie znalazł tu nic poza truchłami zwierząt. Potem zbliżył się do niedopalonego ogniska, kucnął, pogrzebał w żarze, wokół dostrzegł ślady wielu butów i podków. Barbarzyńcy tu byli, być może nadal są – pomyślał.
Już miał wsiadać na konia, kiedy usłyszał trzask przypominający palące się drewno. Przygotował topór, rozejrzał się i podszedł do pnia, gdzie dostrzegł nowy ślad ciągnący się za drzewo. Zaraz potem usłyszał oddech i zauważył cień. Ruszył za nim wściekle. Okazało się, że w trawie czołgał się młody chłopak, chudy, w podartym stroju, z krwawiącą nogą. Dzieciak rozpaczliwie zaczął nawoływać coś w niezrozumiałym dla łowcy języku. Gdy zobaczył, jak wielki topór unosi uzbrojony olbrzym, zbladł, zakrył twarz rękami i zaczął krzyczeć. Cooper jednak chował tylko broń do szlufki na płaszczu z tyłu pleców.
– Gdzie barbarzyńcy? To ich sprawka? Piraci? Maruderzy? – Łotr podszedł do chłopaka i potrząsnął nim, lecz w odpowiedzi dostał jedynie kilka niezrozumiałych słów, głównie jęki i błagania, którym towarzyszyły łzy. – Są tutaj? Odjechali? – dopytywał, ale bezskutecznie.
Podniósł chłopaka.
– Mów! Gdzie pojechali? – Cooper wskazał ręką na wschód, potem na zachód, lecz dzieciak złapał się za głowę i zaczął wrzeszczeć. Próbował się uwolnić, kopiąc Coopera w zbroję.
– Zamknij się, bo ich tu ściągniesz tymi wrzaskami! – warknął łowca, po czym uderzył chłopaka w tył głowy, aż ten stracił przytomność.
Łotr odłożył nieprzytomnego dzieciaka na ziemię i rozejrzał się dookoła. Z kieszeni płaszcza wyciągnął skręta, odpalił go od żaru, a potem zarzucił sobie chłopaka na bark jak worek ziemniaków. Zagwizdał i Kayle przycwałowała bliżej. Cooper przełożył nieprzytomne ciało przez masywny kark konia, po czym sam usiadł w siodle.
– Ruszaj.
*
Miasto Menrthifs leżało na małym płaskowyżu, prowadziły do niego zawiłe kamienne drogi, które było widać już z oddali. Łowca zdziwił się, gdy zamiast powiewających tu kremowych flag z czerwonymi skorpionami zobaczył na murach łopoczące na wietrze ciemnozielone chorągwie z wizerunkiem tygrysa. Menrthifs zawsze było miastem neutralnym, gościnnym dla wszystkich, słynącym z bogactwa i handlu. Co, u licha, robi tu flaga Sevillitów? – pomyślał Cooper.
Przed głównym wjazdem, po obu stronach drogi stały rozłożone stragany z lnianymi baldachimami chroniącymi przed słońcem. Łowca zsiadł z konia, złapał za uzdę i zaczął przemierzać brukowaną ulicę, na której panował ścisk. Stragany były dosyć długie, dało się je ominąć od wschodu lub zachodu, ale Cooper lubił przemierzać tłum, słuchać gwaru rozmów i obserwować ludzi.
Niektórzy dziwnie się na niego patrzyli, ustępowali mu miejsca, inni zaś szybko opuszczali wzrok, zaniepokojeni. Cooper nie wyglądał na miejscowego. Wyróżniał się z tłumu, w końcu mierzył nieco ponad dwa metry, był uzbrojony po zęby, a przez grzbiet konia miał przewieszone harpie oraz nieprzytomnego chłopaka. Potężne ramiona mężczyzny świeciły się od potu, jego plecy kleiły się do skórzanej zbroi, a włosy do spoconej twarzy. Twarz Josepha budziła niepewność wśród ludzi, z jego oczu nie można było wyczytać niczego dobrego. Pewnie brali go za handlarza niewolników, których zazwyczaj pełno się tu panoszyło.
Jeden z rozpędzonych straganiarzy odbił się od barku łowcy jak od ściany i upadł na kamienie, rozsypując pomarańcze. Gdy spojrzał w górę, napotkał przeszywające go błękitne oczy. Łowca podał rękę przerażonemu mężczyźnie i pomógł mu wstać. Handlarz pospiesznie skinął głową i zaczął zbierać rozsypane owoce. Po dotarciu do głównej bramy Cooper skręcił w prawo do znajdującej się nieopodal stajni. Ściągnął nieprzytomnego chłopaka z grzbietu Kayle, przytaszczył niewładne ciało do koryta z wodą, do którego wsadził głowę nieszczęśnika. Gdy poczuł ruch, wynurzył dzieciaka i pchnął go pod nogi stajennego.
– Będziemy mieć przez to kłopoty. Od kiedy miasto jest pod protektoratem Sevillitów, nie wolno tu handlować niewolnikami – powiedział stajenny.
– Pod protektoratem? – zdziwił się Cooper. – Nie handluję niewolnikami, koniuszy. Znalazłem chłopaka na trakcie, prawdopodobnie porwali go Pustynni Piraci. Zajmij się nim, jest ranny. Koniem też się zajmij, tylko uważaj na niego, jest wiele wart. Nie bój się harpii wiszących na boku konia, są martwe. Muszę odebrać za nie nagrodę, wrócę po nie później, więc nie waż się ich ruszyć. – Rzucił stajennemu srebrną monetę.
Później wrócił do bramy, gdzie od razu zdenerwowali go strażnicy. Byli młodzi, na ich napierśnikach widniały podobizny tygrysów, a na plecach powiewały cienkie ciemnozielone płaszcze.
– Chwileczkę, nie tak prędko. Tyle stali na jednym człowieku? Polujecie na niedźwiedzia? – rzucił strażnik, rechocząc do kolegi.
– Niedźwiedź, phi! Co to dla niego? Pewnie poluje na darkera, smoka z bajki! – dodał drugi, zanosząc się śmiechem.
Cooper zdziwił się, bo zazwyczaj ludzie nie odzywali się do niego w ten sposób. Bali się go. Dopiero po chwili wyczuł od młokosów zapach nalewki.
– Darker? A co to takiego? – podjął ich grę.
– Pradawny potwór – odparł pierwszy ze strażników.
– Jestem pewny, że to jego matka. – Drugi wskazał palcem na Coopera. – Tak, jestem pewny… To jego matka, skoro wydała na świat kolejnego potwora! – Zatoczył się lekko, a potem obaj strażnicy wybuchli śmiechem.
– Ta stal może zaraz przyozdobić wasze wstrętne mordy – warknął łotr, dotykając rękojeści krótkiego miecza.
Strażnicy spoważnieli, wyprostowali się i chwycili mocniej długie lance. Jeden z nich zrobił wypad w przód i odparł:
– Przejścia nie ma. Jeśli zostawisz broń przed wejściem, to cię wpuścimy.
– Niczego nie zostawię, z drogi! – sprzeciwił się łowca i marszcząc czoło, ruszył przed siebie.
Strażnicy zareagowali natychmiast, przyciskając ostre czubki lanc do piersi Coopera.
– Wycofaj się, mięśniaku! Nie potrzebujemy tu awanturników.
Łowca w mgnieniu oka chwycił lance pod pachy, przyciągnął je do siebie razem ze strażnikami i złamał, naprężając mięśnie. Następnie, unikając prawego sierpowego oraz lewego prostego, chwycił głowy strażników i zderzył je mocno, aż zadudniło. Wycierając dłonie, ruszył dalej.
– Stój! – zawołał kolejny strażnik, który mierzył do łowcy z łuku. Chwilę później dołączyli do niego kolejni, okrążając intruza.
– Kurwa! – ryknął Cooper, zdejmując topór z pleców.
– Opuść broń, barbarzyńco!
Przed szereg zbrojnych wystąpił wysoki i postawny mężczyzna w średnim wieku, ubrany w lekką zbroję. Ręce miał zaplecione za plecami, a jego miecz spoczywał w pochwie. Na krótkich włosach było znać parę siwych kosmyków.
– Nazywam się Dean Azeberh, jestem dowódcą dwudziestego garnizonu piechoty wojsk Sevillith – ciągnął mężczyzna. – Według kodeksu napaść na żołnierza karana jest więzieniem lub straceniem. Dlatego w imieniu Jana Khaveda II, władcy Sevillith oraz ziem znajdujących się pod jego protektoratem, aresztuję cię. Czeka cię proces, barbarzyńco. Oddaj broń.
Łowca rozejrzał się i oddał topór żołnierzom. Było ich za dużo, nawet jak na człowieka, który trudni się zabijaniem bestii.
– Jeszcze nóż – dodał Dean Azeberh.
Cooper usłuchał i wyciągnął nóż z paska na udzie.
– Pójdziesz za mną – nakazał dowódca i ruszył w kierunku murów, a za nim podążył Cooper w eskorcie małego garnizonu żołnierzy.
Przemierzyli niedługi odcinek, po czym dowódca spoczął pod wielkim namiotem. Mężczyzna usiadł na krześle wykonanym z drewna i lnu.
– Mów, skąd przybywasz i co tu robisz? – spytał Dean Azeberh.
– Nazywam się Joseph Cooper, jestem łowcą. Zajmuję się zabijaniem potworów, przyjechałem odebrać nagrodę za zlecenie. Od kiedy Menrthifs jest pod protektoratem? Dawniej można było tu wnosić broń.
– Państwo Sevillith objęło protektorat nad Menrthifs po zamachu na króla Jana Khaveda I.
– Po zamachu? – spytał zdziwiony łowca.
– Tak, król Jan Khaved I został zamordowany dwie noce temu. Nakazem nowego króla zostaliśmy przydzieleni tutaj, a naszym zadaniem jest zabezpieczanie granic państwa.
– Z tego, co wiem, Menrthifs znajduje się poza granicami Sevilliath – zauważył Cooper.
– To prawda, lecz mieszkańcy miasta sami zgodzili się na protektorat – odparł Dean Azeberh, notując coś na pergaminie.
– Sami się zgodzili czy zostali zmuszeni siłą? – Joseph nie wytrzymał.
– Uważaj, łowco. Jeden z moich żołnierzy twierdzi, że handlujesz niewolnikami. Widział jednego na twoim koniu, gdy wjeżdżałeś do miasta.
– To zwykły chłopak, znalazłem go na trakcie. Zabrałem go, choć mogłem zostawić na śmierć. Zapłaciłem stajennemu, żeby się nim zajął. Spytajcie go, jeśli mi nie wierzycie.
Dowódca wciągnął powietrze, zastanowił się chwilę.
– Mimo wszystko napadłeś na żołnierzy, musisz zostać ukarany – oznajmił stanowczo.
– Czy strażnicy na warcie mogą spożywać alkohol lub środki odurzające? – spytał Cooper.
– Nie, kodeks tego zabrania – przyznał Dean.
– Proszę więc przyjrzeć się swoim ludziom. Nigdy nie zaatakowałbym żołnierza bez powodu. Działałem w obronie własnej.
Dowódca kiwnął palcem na strażnika znajdującego się po jego prawej i rozkazał mu sprawdzić zeznania Josepha.
– Jesteś więc łowcą, tak? – zwrócił się ponownie do Coopera. – Może nam się jeszcze przydasz. Jednak kodeks to kodeks, a ja muszę wypełniać rozkazy.
– Co ze mną zrobicie? – Łowca uniósł brew.
– Jak na razie zostaniesz wtrącony do lochów i zostaniesz tam, dopóki nie dokończymy śledztwa.
– Nie możecie tego zrobić.
– Możemy i zrobimy to. Módl się raczej, abyś nie został stracony.
– Do kogo? Do waszych bogów? Jednookiego Kota?
– Nie obrażaj nas! – warknął dowódca z poważną miną. – Zabrać go i nie zapomnijcie go skuć.
W tym momencie do Coopera podszedł młody żołnierz, który pewnie dopiero co został wcielony do armii. Ręce mu drżały, najwyraźniej młodzik bał się więźnia.
– Ręce – rozkazał niepewnie.
Joseph zawiesił wzrok na niebie, jakby szukał ratunku, następnie westchnął i wyciągnął ręce do przodu. Młodemu żołnierzowi tak trzęsły się dłonie, że upuścił kajdany.
– Cholera! – zaklął dowódca, po czym wyrwał kajdany chłopakowi i sam skuł wielkie nadgarstki Coopera. – Naprzód!
Eskorta ruszyła z więźniem marszowym krokiem. Gdy dotarli pod mury, zeszli po długich schodach do lochów znajdujących się obok spływających ścieków. Cele były małe, lecz prawie puste. Mało kto odważał się kraść czy zabijać, gdy wojska Tygrysów zagościły w mieście.
– Mam tu wejść? – spytał zniesmaczony Cooper.
– Wchodź, nie marudź – rzucił jeden z żołnierzy.
– Śmierdzi tu gorzej niż w stajni – zdenerwował się Joseph.
– Wejdziesz sam albo cię wepchniemy.
– Zdejmijcie mi chociaż to żelastwo.
– Levai. – Żołnierz skinął dłonią na młodego chłopaka, który doskoczył szybko do łowcy, rozkuł mu ręce i od razu cofnął się za starszego kolegę. Ten wepchnął Coopera do celi i zamknął drzwi na kłódkę. – Miłej zabawy! Następnym razem trafisz do piachu – dodał, a potem odszedł z resztą eskorty.
Wnętrze nie było zbyt przyjemne, wszędzie znajdował się piasek, posłanie stanowiły wiklinowe maty, a o wychodku mógł zapomnieć. Jedynym plusem było to, że nie docierało tu słońce. Cooper rozejrzał się po lochach. W innych celach zobaczył starca oraz dwóch młodych mężczyzn. Potem usiadł na piasku i oparł się o ścianę.
– Wspaniale, kurwa, wspaniale – mruknął, opuszczając głowę i chowając ją w dłoniach.
Jak obliczyć siłę potrzebną do skruszenia muru Teziego?
To pytanie wywoływało przerażenie w umysłach młodych adeptów Szkoły Śródmieścia. Jednak nie w głowie Anastazji. Jej umysł był czysty, spokojny i lekki jak zazwyczaj. Dziewczyna już dawno temu wykonała zadanie, które nie sprawiło jej większych trudności. Czekała więc ze znudzeniem, aż reszta uczniów dokończy sprawdzian. Teraz spoglądała przez okno, obserwując, jak ziarnka piasku przemierzają klepsydrę, wbudowaną we frontową ścianę budynku nad drzwiami wejściowymi.
Potężna konstrukcja, wysoka na około pięćdziesiąt łokci, prawie w całości składała się z wytrzymałego szkła. Po przesypaniu się piasku zmieniała położenie dzięki dwóm wielkim orbitom w kolorze grafitu, ozdobionym złotymi glifami. Orbitami zaś poruszał magiczny rdzeń, który emanował niebieską poświatą przypominającą błyskawice. Dzięki niemu klepsydra działała nieprzerwanie od początku istnienia szkoły, czyli od przeszło czterystu lat, i była największą dumą tutejszych wiedzących. Stanowiła jeden z pierwszych i nielicznych odmierzaczy czasu, które jeszcze nigdy w historii nie uległy popsuciu.
Klepsydrę najlepiej było widać z okrągłego dziedzińca, wyłożonego kostką o jasnej, niemal białej barwie. Uczniowie zazwyczaj spędzali tam przerwy na marmurowych ławkach. Ściany szkoły wykonano z cegieł wypalanych z białej gliny, wydobywanej w kopalniach pod Veratz, niedaleko Miasta Postępu. Cegły z tego materiału różniły się od innych – były zadziwiająco lekkie i gładkie, ale też wytrzymałe. Dlatego w Gravadzzku większość państwowych budowli wznoszono z wykorzystaniem tego budulca.
Ogromny gmach Szkoły Śródmieścia wyglądem przypominał zamek z wieloma wieżyczkami znacznie przewyższającymi mury. Placówkę zbudowano na pagórkowatym terenie ziem Teratz, dzięki czemu budowla przypominała wzbierające fale na morzu. Południowa część szkoły zaczynała się nad jeziorem i ciągnęła się na północ, gdzie chowała się w lesie. Od głównej osi budynku przypominającej literę U wychodziło wiele mniejszych odnóg. Na wysoko osadzonych dachach znajdowały się rozmaite Opadające Ogrody, których roślinność przykrywała znaczną część murów szkoły. Były to zazwyczaj zielone pnączospady, ale w niektórych miejscach występowały także purpurowe gnicyje oraz różowe i jasnoniebieskie bluszczowijki. Najbardziej oddalone od siebie części szkoły połączono wiszącymi przeszklonymi korytarzami.
Całą konstrukcję otaczały precyzyjnie przystrzyżone trawniki, oczka wodne oraz fontanny ozdobione różnorodnymi marmurowymi rzeźbami. Dużą atrakcję stanowiły krzywo rosnące drzewa o gałęziach wyginających się w różne strony, charakterystyczne dla tutejszego klimatu. Bliżej samych murów znajdowały się boiska do gry w smoka, dziki żywopłot, w którym potrafiły zgubić się nawet najtęższe głowy, oraz różnego rodzaju pola do ćwiczenia szermierki.
Szkoła została okrzyknięta jedną z najlepszych w Gravadzzku, niektórzy twierdzili, że dorównywała szkole Atilli Glass w Wershmahcie, stolicy Gravadzzka. Jeśli wierzyć ostatnim doniesieniom, w dziedzinie nauk ścisłych nieznacznie przewyższyła już stołeczną uczelnię, jednak na kierunku wojskowym nadal pozostawała daleko w tyle.
Anastazja, czternastoletnia adeptka architektury, nie lubiła uczyć się w domu, choć miała na to czas i możliwości. Jej ojciec był wybitnym architektem, który projektował machiny wojenne, mury obronne oraz proste budynki. Matka zaś była kapłanką z powołania, odprowadzała dusze zmarłych na drugi brzeg według starych wierzeń. Mimo dobrobytu i sprzyjających warunków do uczenia się w domu czternastolatka większość nauk przyswajała w szkole, dzięki temu, że jej umysł szybko chłonął wiedzę. Podczas gdy inni uczniowie biegali po korytarzach lub zabawiali się rozmaitymi grami, ona siedziała w księgach.
Bardziej wymagające przedmioty, takie jak obszerna historia czy astronomia, zajmowały dziewczynie więcej czasu, dlatego siadała do nich także poza lekcjami, lecz robiła to zazwyczaj poza domem w dziwnych miejscach. Jak sama twierdziła, do rozwoju umysłu potrzebne były świeże powietrze i wolna przestrzeń. Zabierała więc książki ze sobą i czytała je w lasach lub na skalistych klifach. Ostatnio upodobała sobie szeroki na trzydzieści stóp czerwony dach magazynu, na którego końcu mieścił się warsztat z wielkim ceglanym kominem. Obserwowała z niego ogromne statki cumujące w porcie długim na jedną trzecią granicy miasta. Gdy przechodziła na drugą stronę dachu, mogła zobaczyć ćwiczących w kotlinie ludzi, zwanych fizycznymi, przygotowujących się do corocznych zawodów ku czci Merry, Vadeta i Sytniona. W ten sposób obywatele Miasta Postępu oddawali hołd tym trzem bóstwom w podziękowaniu za dobre plony.
Teraz jasnozielone oczy dziewczyny wpatrywały się w szybę znajdującą się na wschodniej ścianie pomieszczenia, skąd miała świetny widok na wybieg, gdzie o rok starsi adepci, głównie chłopcy, ćwiczyli jazdę konną oraz pojedynkowanie się. Zazdrościła im, nie mogła się doczekać końca lekcji, która pomału zaczynała ją nużyć. Choć lubiła przedmioty ścisłe i była w nich ponadprzeciętna, największą radość sprawiały jej zajęcia fizyczne oraz nauka znaków magii statycznej.
W tym momencie uwagę dziewczyny przykuł Jeff Tanis, syn generała Vartoza Tanisa z piątej drużyny piechoty. Chłopak był wyjątkowo wysportowany jak na swój wiek. Gravadzzcy synowie szybko stawali się silni i mężni, szczególnie gdy wybierali specjalizacje wojskowe, tak jak Jeff. Pojedynkował się właśnie z wyższym od siebie Hebrem, który wydawał się zbyt pewny siebie.
– Pst, Ana!
Obejrzała się w stronę Rivina, jednak od razu odwróciła wzrok. Zdążyła zauważyć tylko jego skomplikowany gest dłoni. W przeciwieństwie do dziewczyny Rivin nie miał talentu do nauki. Zawsze uśmiechnięty ciemnoskóry chłopak o pogodnej twarzy i krótkich rozproszonych we wszystkie strony włosach wzbudzał zaufanie i był lubiany do tego stopnia, że nauczyciele litowali się nad jego nieporadnością, dzięki czemu zawsze udawało mu się zdawać ważne egzaminy w terminie.
Anastazja szybko zaczęła kreślić liczby i dziwnie wyglądające znaki na miękkim pergaminie. Potem zmięła kartkę i spojrzała na zapatrzonego w mapy wiedzącego, który nie wydawał się zainteresowany uczniami, po czym błyskawicznym ruchem rzuciła ją koledze. Rivin złapał pomięty pergamin i najszybciej jak umiał schował go do rękawa białej koszuli. Przez chwilę nie wykonywał żadnych ruchów i obserwował zaczytanego nauczyciela. Upewnił się jeszcze, czy siedząca w pierwszej ławce Gavri Tonet nie widziała całego zajścia, gdyż na pewno poskarżyłaby się wiedzącemu.
Anastazja z powrotem wbiła wzrok w szybę. Przez chwilę trwającą niedłużej niż sekundę poczuła wściekłość na Rivina, gdyż przez niego przeoczyła moment zwycięstwa Jeffa Tanisa w pojedynku z Hebrem, który teraz trzymał się za pierś. Jeff galopował już na koniec gromady, dzierżąc piękny rogaty hełm przy boku, a długie blond włosy chłopaka rozwiewały podmuchy wiatru. Wyglądał jak jeden z żołnierzy oświeconej brygady, walczący z nieprzyjacielem w bitwie pod Wene. Ci, którzy ocaleli, nazwali to miejsce Doliną Cieni.
Wzrok dziewczyny szybko przykuła jednak sylwetka nieco szczuplejszego, ale równie atletycznie zbudowanego Flaverta Groma, nazywanego Strzałą. Flavert podniósł wzrok i w oknie ujrzał Anastazję. Następnie wyciągnął przed siebie dłoń, nakreślił w powietrzu znak, który nabrał gęstości słabego dymu, a następnie pchnął go wyżej. W powietrzu pojawiło się dymne serce, które po chwili się rozproszyło. Niewielu uczniów potrafiło stworzyć coś takiego, Flavert był naprawdę utalentowany. Anastazja momentalnie się skrzywiła. Niepotrzebnie ostatnio dała się wciągnąć w gierki chłopaka, zamiast od razu odrzucić jego zaloty. Miała na głowie naukę, a teraz jeszcze musiała wymyślić, jak pozbyć się uporczywego adoratora. Mogła zdzielić go po głowie grubą na dwa palce książką o trwającej prawie trzy miesiące wojnie na Czarnym Morzu. W tej chwili żałowała, że tego nie zrobiła.
– Hej, Ana – wyszeptał Rivin.
Dziewczyna odwróciła się raz jeszcze do kolegi, tym razem z uśmiechem, jakby w podziękowaniu za to, że odciągnął ją od wpatrywania się w okropną facjatę Flaverta Groma. Rivin znów zaczął żywo gestykulować. Anastazja zazwyczaj dobrze odczytywała jego gesty, jednak tym razem nie mogła zrozumieć, o co chodzi, rozłożyła więc ręce i uniosła brwi. Rivin otworzył już usta, żeby coś powiedzieć, kiedy usłyszał zgrzyt metalu. To była noga krzesła, na którym siedział wiedzący.
– Dobrze, odłóżcie pióra – powiedział nauczyciel nieco ochrypniętym głosem.
Niektórzy twierdzili, że szanowany przez innych wiedzący, oświecony Van Brain, przeżył już wiek, co wyjaśniałoby jego dziwne zachowania. Pochodzący ze wschodniej części gór Tanah, osiemdziesięciodziewięcioletni nauczyciel, był wysoki, szczupły, o siwych włosach i krótkim zaroście. Na charakterystycznym, długim orlim nosie spoczywały ogromne okulary, z zausznikami zahaczonymi o kanciaste uszy, przez co mężczyzna wyglądał nieco śmiesznie. Do tego ubierał się równie dziwnie i niemodnie, co Veznańczycy z Północnej Grani. Dziś miał na sobie jasnozieloną koszulę z wielkim kołnierzem, ozdobioną w jaśniejsze i ciemniejsze romby, a także brązowe spodnie oraz buty z kwadratowym noskiem. Całości dopełniał zarzucony na wierzch brązowy płaszcz, choć na zewnątrz było dosyć ciepło.
Rivin spochmurniał na widok wstającego wiedzącego. Wyprostował się i splótł palce dłoni na dębowym biurku.
– Czas minął – powtórzył wiedzący i ruszył wzdłuż ławek, zbierając pergaminy.
Ławki Rivina i Anastazji znajdowały się obok siebie, dzieliła ich tylko mała przerwa, jak zresztą między wszystkimi biurkami. Gdy tylko wiedzący przeszedł obok nich, Rivin rzucił na ławkę Anastazji zwitek papieru i od razu odwrócił wzrok. Ana szybko go schwyciła i ukryła w długich jasnoblond włosach. Wtedy wiedzący obrócił się energicznym ruchem w jej kierunku. Zmierzył ją podejrzliwym wzrokiem, a później poszedł dalej.
W międzyczasie Anastazja rozprostowała papier otrzymany od Rivina. Chłopiec narysował na nim okno oraz widoczne za nim mury z zakrzywioną strzałką.
– Przez mury? – wyszeptała Anastazja.
Rivin pokiwał głową z błyskiem w oczach i spojrzał na klepsydrę. W górnej części przyrządu pozostało niewiele piasku.
Zmęczony nauczyciel usiadł i wrzucił stertę pergaminów do swojej zaczarowanej torby, która sama się zamknęła. Ściągnął zbyt duże oprawki z nosa i przetarł oczy, czym podkreślił głębokie zmarszczki na policzkach. Potem założył z powrotem okulary i podjął:
– Pamiętajcie, aby…
[…]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
Equalibrum. Zwiastun Śmierci
isbn: 978-83-8423-261-3
© Andrzej Dąbroś i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
redakcja: Agata Dobosz
korekta: Konrad Witkowski
okładka: Oliwia Błaszczyk
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: sekretariat@grupazaczytani.pl
https://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
