Equalibrum. Zwiastun Śmierci - Andrzej Dąbroś - ebook

Equalibrum. Zwiastun Śmierci ebook

Andrzej Dąbroś

0,0

Opis

Śmierć nadciąga. Wypełznie z ciemności i zbierze żniwo.

Przed wiekami potężny nekromanta, zwany Pożeraczem Światów, zapragnął wznieść swoje imperium na ruinach krainy żywych. Pokonany i uwięziony w krypcie, czekał na dzień, gdy jego więzy osłabną… a ktoś pomoże mu powrócić i dokonać zemsty.

Wiele stuleci później Alex budzi się w ciemnym lesie, pozbawiony wspomnień, z kamieniem o tajemniczej mocy w dłoni. Zdezorientowany, wyrusza w głąb nieznanego świata, gdzie napotyka krwiożercze bestie, zaskakujące przeszkody i… niespodziewanych sojuszników. Razem z dociekliwą Anastazją próbuje odkryć prawdę o sobie oraz krainie, która wydaje się chylić ku zagładzie.

Tymczasem królestwa Equalibrum, opuszczone przez bogów, pogrążają się w intrygach politycznych i konfliktach wojennych. Świat spowijają złowrogie cienie.

Nadciąga czas chaosu i wkrótce nikt nie zazna spokoju – ani żywi, ani martwi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 482

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Pro­log

Ty­sią­ce lat te­mu, gdy bo­go­wie i lu­dzie ży­li w Pod­nieb­nych Kró­le­stwach, pierw­szy czło­wiek imie­niem Atros sprze­ci­wił się stwór­com i zbun­to­wał część ra­sy ludz­kiej prze­ciw nim. Znie­wa­że­ni bo­go­wie prze­klę­li bun­tow­ni­ków i strą­ci­li ich do wcze­śniej utwo­rzo­nych świa­tów, któ­rych nikt nie za­miesz­ki­wał: Oxe­lum, Equ­ali­brum, Mo­ros, Pa­le­xe­rum, Ha­os i Pe­gaz. Na ich cze­le sta­nę­li pół­bo­go­wie, zwa­ni Za­ło­ży­cie­la­mi lub Pierw­szy­mi, któ­rzy mie­li pil­no­wać po­rząd­ku i wy­zna­czać lu­dziom dro­gę do na­wró­ce­nia. Jed­nym z Za­ło­ży­cie­li zo­stał wy­nie­sio­ny byt Atros, któ­re­go bo­go­wie chcie­li na­uczyć po­słu­szeń­stwa. Atros mu­siał ob­ser­wo­wać po­czy­na­nia lu­dzi i ka­rać ich za prze­wi­nie­nia. To mia­ła być na­ucz­ka da­na ra­sie ludz­kiej, nim z po­wro­tem do­sta­nie po­zwo­le­nie, by za­siąść w Kom­na­tach Chwa­ły.

Bo­go­wie nie do­ce­ni­li jed­nak lu­dzi i ich umie­jęt­no­ści. W jed­nym ze świa­tów, zwa­nym Equ­ali­brum, na­stał cha­os – lu­dzie na­uczy­li się pa­no­wać nad ma­gią, któ­ra sta­no­wi­ła część tam­tej­szej zie­mi. W pierw­szej erze naj­po­tęż­niej­szy z ży­ją­cych wte­dy lu­dzi – ne­kro­man­ta, któ­re­mu nada­no przy­do­mek Po­że­racz Świa­tów – otu­lił mgłą ca­łe Equ­ali­brum tak, że na­wet bo­go­wie nie mo­gli uj­rzeć, co się w nim dzie­je. Po­że­racz za­czął prze­miesz­czać się mię­dzy świa­ta­mi i bu­do­wać swo­je im­pe­rium. Wów­czas bo­go­wie wy­sła­li Atro­sa, naj­po­tęż­niej­sze­go z pół­bo­gów, by po­zbył się za­gro­że­nia i przy­niósł du­szę Po­że­ra­cza do Kom­nat Chwa­ły, gdzie cze­kał go sąd.

Nie­ste­ty Atros nie po­ra­dził so­bie z prze­ciw­ni­kiem. Pod­czas ich star­cia ne­kro­man­ta oka­zał się zbyt po­tęż­ny. Po­ko­na­ny Atros uciekł i pró­bo­wał skryć się przed bo­ga­mi, oba­wia­jąc się ich gnie­wu. Bo­go­wie jed­nak go od­na­leź­li i po­sta­wi­li przed są­dem w Pod­nieb­nych Kró­le­stwach. Gdy Atros opo­wie­dział, co się wy­da­rzy­ło i jak prze­grał wal­kę z Po­że­ra­czem, wście­kli bo­go­wie zde­gra­do­wa­li go i wy­sła­li do Pie­kiel­nej Stre­fy X, od­bie­ra­jąc mu tym sa­mym bo­ską chwa­łę. Za­czę­li oba­wiać się Po­że­ra­cza, wier­ci­li się nie­spo­koj­nie na zło­tych tro­nach i wy­glą­da­li zza osło­ny nie­bios w kie­run­ku pla­net, któ­re stwo­rzy­li. Na­ra­dza­li się w Kom­na­tach Chwa­ły, ob­my­śla­jąc zstą­pie­nie na zie­mię, i dzi­wi­li się przy tym, jak zwy­kły czło­wiek mógł stać się aż tak wszech­moc­ny. W mię­dzy­cza­sie Po­że­racz Świa­tów znik­nął, a mgła opa­dła, roz­pusz­cza­jąc się w ga­lak­ty­ce. Świat Equ­ali­brum za­czął bu­do­wać się na no­wo.

Po pew­nym cza­sie oka­za­ło się, że ne­kro­man­ta zo­stał uwię­zio­ny w sta­ro­żyt­nej kryp­cie przez in­ne­go czło­wie­ka. Do­ko­nał on te­go, cze­go nie mógł zro­bić Za­ło­ży­ciel – za­koń­czył dzia­ła­nia Po­że­ra­cza. Bo­go­wie od­na­leź­li te­go czło­wie­ka i we­zwa­li go do Pod­nieb­nych Kró­lestw, by przed ni­mi sta­nął. Za­pro­po­no­wa­li mu za­szczyt spra­wo­wa­nia pro­tek­to­ra­tu nad świa­tem i moż­li­wość wy­nie­sie­nia do ran­gi pół­bo­ga, lecz sto­ją­cy w Kom­na­tach Chwa­ły czło­wiek od­mó­wił im i po­wró­cił na zie­mię, gdzie ży­je po dziś dzień. Był to ko­lej­ny raz, gdy przed­sta­wi­ciel ra­sy ludz­kiej oka­zał brak sza­cun­ku bo­gom, mi­mo to po­zwo­li­li mu wró­cić do Equ­ali­brum, wy­łącz­nie ze wzglę­du na je­go za­słu­gi.

Nie wie­dzie­li jed­nak, że przed uwię­zie­niem Po­że­racz za­po­wie­dział, że po­wró­ci jesz­cze sil­niej­szy, wte­dy sa­mi bo­go­wie za­drżą w po­sa­dach, a z nie­bios po­pły­ną łzy po­wo­do­wa­ne pa­ra­no­icz­nym stra­chem.

Roz­dział 1

Upa­dły Las

Po­wie­trze się za­ła­ma­ło, two­rząc okrąg w tur­ku­so­wym ko­lo­rze kil­ka stóp nad zie­mią. Dziw­nie za­cho­wu­ją­cy się por­tal, nie­znacz­nie prze­miesz­cza­ją­cy się w po­wie­trzu, wy­pluł z sie­bie chłop­ca, któ­ry opadł na pod­ło­że cał­kiem na­gi. Po­wie­trze znów się za­ła­ma­ło, a por­tal znik­nął, jak­by zo­stał wcią­gnię­ty przez in­ny świat lub nie­wi­dzial­ne­go po­two­ra. Chło­pak ock­nął się po chwi­li na mo­krej zie­mi, dłu­gie kru­czo­czar­ne wło­sy le­pi­ły mu się do czo­ła. By­ło ciem­no, więc gdy otwo­rzył oczy, w świe­tle księ­ży­ca zo­ba­czył tyl­ko ko­ły­szą­ce się ko­ro­ny drzew. W jed­nej dło­ni chłop­ca spo­czy­wał pła­ski ka­mień o ciem­nej bar­wie i kształ­cie przy­po­mi­na­ją­cym ośmio­kąt, a w dru­giej – nie­wiel­ka la­tar­ka. Chło­piec pod­niósł się ocię­ża­le i ro­zej­rzał po le­sie. Nie pa­mię­tał, jak się tu­taj zna­lazł, po­sta­no­wił więc ru­szyć przed sie­bie. Gdy tak szedł, zmar­z­nię­ty, prze­stra­szo­ny i zmę­czo­ny, za­czął sły­szeć gło­sy. Po­tem wy­da­wa­ło mu się, że ktoś za nim idzie, rzu­cił się więc bie­giem w po­szu­ki­wa­niu schro­nie­nia.

Bie­gnąc przez las, nie miał na ty­le od­wa­gi, aby obej­rzeć się za sie­bie. Czuł się co­raz bar­dziej zmę­czo­ny, a nie­ustan­ne gło­sy, któ­re sły­szał w gło­wie, nie da­wa­ły mu spo­ko­ju. Coś al­bo ktoś na­wo­ły­wa­ło go, aby się za­trzy­mał, lecz on, na prze­kór tym gło­som, przy­spie­szał za każ­dym ra­zem, gdy je sły­szał. Ale czy by­ły one praw­dzi­we?

Omi­ja­jąc gę­sto ro­sną­ce drze­wa, ucie­kał przed czymś, lecz sam nie wie­dział przed czym. Biegł już dość dłu­go, trud­no by­ło mu okre­ślić mi­ja­ją­cy czas. Dzie­sięć, pięt­na­ście mi­nut… a mo­że czter­dzie­ści, mo­że go­dzi­nę. Pro­mień la­tar­ki spły­wał po drze­wach w po­szu­ki­wa­niu ostat­niej de­ski ra­tun­ku, lecz był bar­dzo sła­by, jak­by ba­te­ria mia­ła się za­raz wy­czer­pać. Jak na iro­nię – aku­rat dzi­siaj.

W koń­cu chło­piec ze­brał w so­bie wy­star­cza­ją­co du­żo od­wa­gi, aby spoj­rzeć za sie­bie, a przy­naj­mniej tak mu się wy­da­wa­ło. Nie za­trzy­mu­jąc się, od­wró­cił gło­wę, jed­nak wte­dy usły­szał głos. W tym mo­men­cie po­tknął się o wy­sta­ją­cy ko­rzeń po­tęż­ne­go drze­wa. Szyb­kim ru­chem pod­niósł się z błot­ni­stej ka­łu­ży, otarł twarz i po zła­pa­niu rów­no­wa­gi za­czął biec da­lej. Pod­czas upad­ku zgu­bił la­tar­kę, ale nie miał naj­mniej­sze­go za­mia­ru po nią wra­cać. Ta noc by­ła zim­na i bar­dzo ja­sna ze wzglę­du na peł­nię. Deszcz mu­siał pa­dać nie­ustan­nie przez kil­ka dni, po­nie­waż bo­se sto­py co­raz bar­dziej za­pa­da­ły się w bło­cie, któ­re­go ca­ły czas przy­by­wa­ło.

Na­gle w od­da­li chło­pak do­strzegł rze­kę, któ­rej nurt wy­glą­dał na dość rwą­cy. Po­my­ślał, że po dru­giej stro­nie mógł­by być bez­piecz­ny, więc gdy tyl­ko zbli­żył się do brze­gu, bez wa­ha­nia wsko­czył do rze­ki, wy­biw­szy się z wiel­kie­go gła­zu. Od ra­zu od­czuł prze­szy­wa­ją­ce zim­no; wo­da by­ła lo­do­wa­ta. Przez mo­ment za­sta­na­wiał się, czy nie za­wró­cić, ale po­dmuch mro­ku na kar­ku wy­da­wał mu się zbyt strasz­ny, by tak ła­two się pod­dać. Chciał uciec, od­po­cząć, za­znać spo­ko­ju przy­naj­mniej przez chwi­lę. Ze­brał się więc w so­bie, a strasz­ne gło­sy mo­ty­wo­wa­ły go do prze­mie­rza­nia rze­ki.

Pły­nął dość dłu­go. Ko­ry­to oka­za­ło się o wie­le szer­sze, niż to so­bie wy­obra­żał. Był już wy­czer­pa­ny, ale po­wo­li zbli­żał się do dru­gie­go brze­gu, aż w koń­cu po­czuł dno. Wów­czas za­czął iść, wy­ma­chu­jąc ner­wo­wo rę­ka­mi i roz­chla­pu­jąc wo­dę na wszyst­kie stro­ny. Sar­ny, któ­re nie­opo­dal pi­ły wo­dę, ucie­kły w po­pło­chu. Nie prze­stra­szy­ły się jed­nak sa­me­go chłop­ca, tak jak my­ślał, tyl­ko zo­ba­czy­ły coś za nim, w od­da­li… ob­rys cze­goś po­tęż­ne­go. Cho­wa­ło się w mro­ku, jak­by cze­ka­ło na od­po­wied­ni mo­ment do ata­ku, a mo­że ce­lo­wo naj­pierw stra­szy­ło swo­ją ofia­rę, ba­wiąc się nią przed nie­unik­nio­ną śmier­cią.

Chło­piec wciąż nie oglą­dał się za sie­bie. Gdy wo­da zna­la­zła się na po­zio­me je­go ko­lan, opadł na nie z wy­czer­pa­nia, a póź­niej prze­wró­cił się, aż cał­kiem go przy­kry­ła. Gło­sy w wo­dzie by­ły cich­sze, ale wy­raź­niej­sze i strasz­niej­sze. Za­nim się wy­nu­rzył, usły­szał jesz­cze coś dziw­ne­go. Na pew­no nie pod­su­nę­ła mu te­go wy­obraź­nia.

– Wi­taj w Equ­ali­brum, Alex.

Prze­ra­żo­ny chło­pak do­czoł­gał się do brze­gu, prze­krę­cił na ple­cy, po czym stra­cił przy­tom­ność. Ock­nął się do­pie­ro po chwi­li. Las wy­da­wał się in­ny. Gło­sy cał­kiem uci­chły, a Alex, wi­dząc, że za­gro­że­nie mi­nę­ło, z tru­dem po­pa­trzył w stro­nę, o któ­rej jesz­cze kil­ka chwil te­mu chciał za­po­mnieć. Ni­cze­go jed­nak tam nie do­strzegł, żad­ne­go mon­strum czy czło­wie­ka. Ni­ko­go – tyl­ko ciem­ność, pust­ka. Ode­tchnąw­szy nie­co, wstał z tru­dem, wszak czuł głód i zmę­cze­nie, a je­go wą­tłe, zmar­z­nię­te cia­ło nie by­ło przy­zwy­cza­jo­ne do ta­kich wy­praw. Ro­zej­rzał się jesz­cze raz, gdyż chciał mieć pew­ność, że nic mu nie gro­zi. Noc by­ła bo­wiem strasz­na, a las za­pew­ne skry­wał wię­cej nie­bez­pie­czeństw; nie­ostroż­ni prze­chod­nie lub po­szu­ki­wa­cze przy­gód mo­gli­by tu mar­nie skoń­czyć.

W tym mo­men­cie za­uwa­żył, że zgu­bił ka­mień, któ­ry miał przy so­bie wcze­śniej. Gdy pły­ną­łem, trzy­ma­łem go jesz­cze w rę­ce – przy­po­mniał so­bie. Ner­wo­wo ru­szył da­lej. Kie­dy stą­pał, ra­nił swo­je bo­se sto­py na nie­wdzięcz­nym pod­ło­żu, a róż­ne­go ro­dza­ju ro­śli­ny ob­cie­ra­ły mu łyd­ki, zo­sta­wia­jąc na nich krwa­we ry­sy. Na­gle Alex do­strzegł tur­ku­so­wą po­świa­tę na ko­na­rze zła­ma­ne­go przez bu­rzę drze­wa. Pod­szedł bli­żej i zo­ba­czył ka­mień. Gdy tyl­ko go do­tknął, blask znik­nął. Dziw­ne – po­my­ślał chło­piec, ale ucie­szył się, że od­zy­skał zgu­bę, któ­ra nie wie­dzieć cze­mu by­ła dla nie­go waż­na. Jesz­cze dziw­niej­sze by­ło to, jak ka­mień zna­lazł się po dru­giej stro­nie rze­ki.

Cał­kiem prze­mo­czo­ny i zzięb­nię­ty, ru­szył da­lej w po­szu­ki­wa­niu ja­kie­goś miej­sca do prze­no­co­wa­nia i od­po­czyn­ku. Błą­kał się mię­dzy po­tęż­ny­mi drze­wa­mi, co chwi­lę od­kry­wa­jąc no­we, nie­koń­czą­ce się ścież­ki. Eks­plo­ru­jąc jed­ną z nich, na­po­tkał na­wet ka­mien­ne krę­gi, przy­po­mi­na­ją­ce miej­sca kul­tu. Peł­ne ży­cia ro­śli­ny by­ły tu bar­dziej ży­wio­ło­we niż w zwy­kłych la­sach, lecz Alex sta­rał się o tym nie my­śleć. Za­ro­śla wy­da­wa­ły się ca­ły czas ro­snąć, a nie­któ­re po­ra­sta­ją­ce je grzy­by i mchy świe­ci­ły sła­bym lub mie­ni­ły się moc­niej­szym ja­sno­zie­lo­nym pig­men­tem. Z każ­dym kro­kiem ro­ślin­ność sta­wa­ła się co­raz gęst­sza, jak­by chcia­ła wchło­nąć chłop­ca do wła­snych trze­wi. Prze­py­cha­ją­ce się wy­so­ko nad zie­mią ko­ro­ny drzew nie prze­pusz­cza­ły pra­wie żad­ne­go świa­tła, a moc­no świe­cą­cy księ­życ w peł­ni nie od­wa­żył się zaj­rzeć w głąb la­su. Ten zaś, jak­by nie­spo­koj­ny, co chwi­lę zo­sta­wiał na cie­le chłop­ca co­raz to now­sze otar­cia, pie­ką­ce za­dra­pa­nia i si­nia­ki, któ­re nie­dłu­go mia­ły dać o so­bie znać. Ska­le­cze­nia czy drob­ne prze­cię­cia uwal­nia­ły ry­sy krwi.

W koń­cu, po dłu­gich po­szu­ki­wa­niach, Alex do­strzegł w od­da­li ża­rzą­ce się świa­tło, praw­do­po­dob­nie by­ła to lam­pa umiesz­czo­na na jed­nej ze ścian ja­kie­goś bu­dyn­ku. Zro­bił krok do przo­du, a wte­dy po­czuł na bar­ku lek­ki do­tyk dło­ni. Dał­by so­bie gło­wę uciąć, że to ko­ści­ste pal­ce ja­kie­goś umar­la­ka, ale nie miał za­mia­ru te­go spraw­dzać. Na­tych­miast rzu­cił się do uciecz­ki. Mi­ga­ją­ce świa­tło wy­da­wa­ło się znaj­do­wać cał­kiem bli­sko, wy­star­czy­ło tyl­ko omi­nąć kil­ka drzew i prze­sko­czyć dzi­ki ży­wo­płot.

Dro­ga cią­gnę­ła się jed­nak Ale­xo­wi w nie­skoń­czo­ność, uczu­cie go­nią­cej go śmier­ci na­peł­nia­ło i pa­ra­li­żo­wa­ło ca­łe cia­ło. Prze­la­tu­ją­ce obok czar­ne smu­gi zjaw, czy mo­że de­mo­nów, nie­mal ode­bra­ły chłop­cu ro­zum. Czy one są praw­dzi­we? – wciąż za­da­wał so­bie to py­ta­nie. Ostry smród roz­kła­da­ją­ce­go się mię­sa był nie do wy­trzy­ma­nia, za­krył więc dło­nią po­draż­nio­ny nos i prze­sko­czył przez upra­gnio­ny ży­wo­płot, któ­ry znacz­nie otarł je­go cia­ło.

Opa­ry de­mo­nicz­ne­go la­su za­czę­ły dzia­łać; Ale­xo­wi za­krę­ci­ło się w gło­wie, upadł i zwy­mio­to­wał. Gdy pod­no­sił się na ko­la­na, do­padł go atak kasz­lu, oczy za­czę­ły łza­wić, a ból pod czasz­ką stop­nio­wo na­ra­stał. Oszo­ło­mio­ny ob­ró­cił się, jed­ną dło­nią do­ty­ka­jąc roz­pa­lo­ne­go czo­ła, a dru­gą pod­pie­ra­jąc się o zim­ne, mo­kre pod­ło­że. W jed­nej rę­ce ca­ły czas trzy­mał ka­mień, któ­re­go strzegł, by nie zgu­bić go ko­lej­ny raz. Tuż za so­bą zo­ba­czył prze­ni­ka­ją­cą przez ży­wo­płot po­stać, lecz nie mógł się jej do­kład­nie przyj­rzeć. Za­la­ne łza­mi, po­draż­nio­ne oczy uj­rza­ły je­dy­nie roz­ma­za­ną czar­ną mgłę, wpa­tru­ją­cą się w nie­go dwoj­giem pa­lą­cych się czer­wo­nych śle­piów. Zja­wa wy­cią­gnę­ła ku chłop­cu rę­kę. Alex wzdry­gnął się, szyb­ko prze­tarł swę­dzą­ce oczy i na czwo­ra­ka prze­mie­rzył po­zo­sta­łą dro­gę do bu­dyn­ku, na­stęp­nie po­cią­gnął za srebr­ną okrą­głą klam­kę.

Drzwi otwo­rzy­ły się bez­gło­śnie, a ja­sne świa­tło wy­do­sta­ją­ce się z wnę­trza od­stra­szy­ło po­two­ra. Alex pod­cią­gnął się ocię­ża­le na klam­ce, po czym ner­wo­wo za­ry­glo­wał wej­ście od środ­ka za po­mo­cą gru­bej bel­ki, dla pew­no­ści za­piął jesz­cze łań­cuch. Gło­śno dy­sząc, spły­nął po drzwiach na drew­nia­ny par­kiet. Po obu stro­nach wej­ścia znaj­do­wa­ły się smu­kłe okna w kształ­cie mig­da­łów z ko­lo­ro­wy­mi wi­tra­ża­mi. Alex z lę­kiem po­pa­trzył na jed­no z nich i od­pro­wa­dził wzro­kiem prze­la­tu­ją­cą czar­ną smu­gę. Gdy zja­wa od­le­cia­ła, prze­stra­szo­ny chło­pak po­now­nie prze­tarł oczy i za­czął chu­chać na zmar­z­nię­te dło­nie, któ­rych pra­wie nie czuł. Wciąż opie­ra­jąc się o ciem­ne dę­bo­we drzwi, uniósł gło­wę, by ro­zej­rzeć się po wnę­trzu chat­ki.

Na wprost je­go tur­ku­so­we­go spoj­rze­nia zni­kąd wy­ro­sły dwie pio­no­we źre­ni­ce oto­czo­ne żół­ty­mi tę­czów­ka­mi. Na­le­ża­ły one do smu­kłe­go czar­ne­go ko­ta, któ­ry sie­dział na sto­le i od sa­me­go po­cząt­ku ob­ser­wo­wał Ale­xa. Spo­koj­ny fu­trzak jesz­cze przez chwi­lę mie­rzył go wzro­kiem, a po­tem ze­sko­czył na par­kiet i udał się do po­ko­ju z uchy­lo­ny­mi drzwia­mi.

Wnę­trze, w któ­rym zna­lazł się chło­pak, by­ło ja­sno oświe­tlo­ne przez do­syć spo­ry ży­ran­dol wi­szą­cy na moc­nym sta­lo­wym łań­cu­chu, z so­lid­ny­mi czar­ny­mi ogni­wa­mi. Na okrą­głej me­ta­lo­wej kon­struk­cji rów­niut­ko po­usta­wia­no świecz­ki, te­raz mniej wię­cej w po­ło­wie wy­pa­lo­ne. Każ­da bez wy­jąt­ku się pa­li­ła, nie prze­ry­wa­jąc ide­al­ne­go krę­gu. Pod ży­ran­do­lem dum­nie stał wiel­ki stół, tak pro­sty, że bez pro­ble­mów mógł­by zo­stać wy­ko­na­ny przez każ­de­go mniej lub bar­dziej do­świad­czo­ne­go sto­la­rza. Część bla­tu zaj­mo­wa­ły ko­rze­nie: bia­łe, bor­do­we oraz brą­zo­we, nie­któ­re ubru­dzo­ne zie­mią, jak­by świe­żo wy­rwa­no je z grząd­ki. Obok na drew­nia­nej de­sce dłu­gi nóż cze­kał na po­wrót mi­strza, zaś w klep­sy­drze sto­ją­cej na kra­wę­dzi sto­łu już pra­wie wszyst­kie ziarn­ka pia­sku prze­mie­rzy­ły wą­ski szkla­ny ko­ry­tarz.

Na koń­cu po­miesz­cze­nia, obok uchy­lo­nych drzwi, wi­sia­ły pół­ki ze sło­ika­mi z róż­no­ra­ką za­war­to­ścią. W nie­któ­rych znaj­do­wa­ły się su­szo­ne list­ki kwia­tów i in­nych ro­ślin. Jed­na pół­ka by­ła spe­cjal­nie za­re­zer­wo­wa­na dla ma­łych isto­tek – w szkla­nych po­jem­ni­kach za­mknię­to śli­ma­ki, pi­jaw­ki, mo­ty­le i in­ne ma­łe stwo­rze­nia, a tak­że szczu­ry i wę­że. Znacz­ną część znaj­du­ją­ce­go się obok re­ga­łu zaj­mo­wa­ły bu­tel­ki od­bi­ja­ją­ce świa­tło świec, wy­peł­nio­ne moc­nym sa­mo­go­nem oraz róż­no­rod­ny­mi wi­na­mi. Z nie­do­mknię­tych szu­flad wy­sta­wa­ły glo­ny i wo­do­ro­sty, a wszech­obec­ne zio­ła i przy­pra­wy po­za­sta­wia­ły cie­ka­wy, moc­ny za­pach.

Pod pół­ka­mi na bia­łych ka­fel­kach wi­sia­ły no­że, łyż­ki, sier­py, me­ta­lo­we garn­ki, ta­le­rze, a jesz­cze ni­żej nad pa­lą­cym się drew­nem bul­go­tał ko­cio­łek z po­ma­rań­czo­wą za­war­to­ścią o cud­nym za­pa­chu. Po le­wej stro­nie po­miesz­cze­nia mie­ści­ło się jesz­cze jed­no okno, rów­nież w kształ­cie mig­da­ła, ale du­żo mniej­sze od po­zo­sta­łych. Ze ścia­ny pod nim wy­cho­dził mar­mu­ro­wy pa­ra­pet przy­ozdo­bio­ny pięk­ny­mi kwia­ta­mi o ży­wych ko­lo­rach: czer­wo­nym i nie­bie­skim. Po dru­giej stro­nie uchy­lo­nych drzwi znaj­do­wał się wy­so­ki re­gał z nie­zli­czo­ną licz­bą ksią­żek. Do­dat­ko­wo na wy­cią­gnię­cie le­wej rę­ki chłop­ca sta­ła drew­nia­na ba­lia z pa­ru­ją­cą go­rą­cą wo­dą.

Alex po­pra­wił się w nie­wy­god­nej po­zy­cji i za­czął przy­glą­dać się ka­mie­nio­wi, któ­ry trzy­mał na wy­cią­gnię­tej zim­nej dło­ni. Jed­na stro­na przez chwi­lę za­świe­ci­ła się mor­ską po­świa­tą. Przy jed­nej z kra­wę­dzi ka­mie­nia zdzi­wio­ny czter­na­sto­la­tek do­strzegł wy­gra­we­ro­wa­ne sło­wa: Azen­trion var­ten ma­hel­l­nort, przy dru­giej kra­wę­dzi zaś lśnią­cy, ale już do­go­ry­wa­ją­cy mor­ski na­pis: Wła­sność Ja­co­ba Ra­ve­na.

Alex za­marł. Te­raz miał już pew­ność, że wcze­śniej­sze wy­da­rze­nia w le­sie by­ły praw­dzi­we, wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że be­stia też. Do­pa­dła go pod wo­dą i zo­sta­wi­ła po so­bie pa­miąt­kę, ale dla­cze­go nie za­bi­ła go od ra­zu? Mo­że jest jej po­trzeb­ny, a mo­że ko­muś in­ne­mu? Mo­że tyl­ko go na­zna­czy­ła, a w przy­szło­ści przyj­dzie po nie­go jak po sta­rą za­baw­kę? Chło­pak nie miał już si­ły o tym my­śleć.

Gdy ostat­nie zia­ren­ko pia­sku prze­mie­rzy­ło klep­sy­drę, zza uchy­lo­nych drzwi do po­ko­ju we­szła pięk­na doj­rza­ła ko­bie­ta z dłu­gi­mi, czar­ny­mi, fa­lo­wa­ny­mi wło­sa­mi. W jej na­szyj­ni­ku spo­czy­wał wiel­ki ru­bin, a na pal­cach z wy­sta­ją­cy­mi czar­ny­mi pa­znok­cia­mi w kształ­cie mig­da­łów tkwi­ły lśnią­ce pier­ścion­ki. Nie­zna­jo­ma mia­ła na so­bie śnież­no­bia­łą ko­szu­lę z za du­ży­mi, wręcz na­pom­po­wa­ny­mi rę­ka­wa­mi, któ­re wy­jąt­ko­wo jej pa­so­wa­ły. Czar­ne spodnie opi­na­ły dłu­gie smu­kłe no­gi, a sto­py nie­znacz­nie cho­wa­ły się w ni­skich bu­tach na szpi­cza­stych ko­tur­nach. Ko­bie­ta prze­krę­ci­ła klep­sy­drę, a piw­ne oczy skie­ro­wa­ła na chłop­ca. Alex na­tych­miast wstał, pró­bu­jąc coś po­wie­dzieć, lecz pięk­na nie­zna­jo­ma go ubie­gła.

– A cóż ci się przy­da­rzy­ło, ko­cha­niut­ki? – spy­ta­ła, nie ocze­ku­jąc na od­po­wiedź. Po­de­szła i ła­god­nie do­tknę­ła po­licz­ka chłop­ca cie­płą dło­nią, dłu­gie szczu­płe pal­ce po­wo­li i czu­le prze­mie­rza­ły de­li­kat­ną skó­rę. Na twa­rzy ko­bie­ty po­ja­wi­ło się współ­czu­cie. Po chwi­li jed­nak ob­ró­ci­ła się na pię­cie i od­su­nę­ła krze­sło.

– Ja… – Alex po­now­nie pró­bo­wał coś wy­krztu­sić, przy­sła­nia­jąc kro­cze dłoń­mi.

– Sia­daj! – prze­rwa­ła mu gwał­tow­nie. – Na pew­no je­steś głod­ny, więc… A nie, chwi­lecz­kę, za­cze­kaj, naj­pierw ką­piel, je­steś brud­ny i zmar­z­nię­ty. – Uśmiech­nę­ła się sym­pa­tycz­nie, po czym wska­za­ła na ba­lię, gdzie go­rą­ca, spie­nio­na wo­da już cze­ka­ła. Gdy ko­bie­ta pa­trzy­ła na chło­pa­ka, przy­gry­za­ła pa­lec.

Alex ob­ser­wo­wał ba­daw­czo ko­bie­tę, nie pa­ła­jąc do niej za­ufa­niem. Czar­no­wło­sa mu­sia­ła to wy­czuć, po­nie­waż rzu­ci­ła, jak­by chcąc do­dać mu pew­no­ści:

– Bie­dac­two. Nie bój się, czuj się jak u sie­bie. Nie je­steś pierw­szym za­gu­bio­nym w tym le­sie czło­wie­kiem. – Za­chi­cho­ta­ła, przy­glą­da­jąc się na­gie­mu chłop­cu. – Pój­dę po czy­ste ubra­nia, a ty w tym cza­sie wska­kuj do cie­płej wo­dy. Two­ja mło­da, de­li­kat­na skó­ra po­trze­bu­je te­go – do­da­ła za­do­wo­lo­na, a po­tem za­czę­ła nu­cić pod no­sem dziw­ną me­lo­dię.

Alex nie­pew­nie od­pro­wa­dził ko­bie­tę wzro­kiem, gdy ta wy­cho­dzi­ła z głów­ne­go po­miesz­cze­nia. Na­stęp­nie pod­szedł do ba­lii i odło­żył za nią ka­mień, tak aby nie był wi­docz­ny. Zwil­żył dło­nie w wo­dzie i prze­tarł twarz. Dłu­go nie mu­siał się za­sta­na­wiać – cie­pła ką­piel prze­ko­na­ła go do sie­bie. Spoj­rzał jesz­cze raz w kie­run­ku uchy­lo­nych drzwi, po czym wszedł do wan­ny.

Ko­bie­ta ob­ser­wo­wa­ła go, scho­wa­na w mro­ku za uchy­lo­ny­mi drzwia­mi, przy­gry­za­jąc przy tym ko­niusz­ki pal­ców. Gdy chło­pak le­żał już pod war­stwą pie­nią­cej się wo­dy, od­cze­ka­ła chwi­lę i we­szła do po­ko­ju. Usia­dła nie­da­le­ko nie­go, zno­wu nu­cąc tę sa­mą me­lo­dię.

Spoj­rze­nia Ale­xa i ko­bie­ty się prze­cię­ły i przez ja­kiś czas obo­je wpa­try­wa­li się w sie­bie.

– Je­stem Eve­lynn. Tu masz świe­że ubra­nia. Mo­gą być tro­chę za du­że, są po bra­cie – po­wie­dzia­ła czar­no­wło­sa i wsta­ła z krze­sła, po­zo­sta­wia­jąc na nim odzie­nie, któ­re sta­no­wi­ły czar­ne spodnie, bia­ła ko­szu­la i ja­kieś ob­dar­te brą­zo­we bu­ty na ko­tur­nie, się­ga­ją­ce za kost­kę.

– Gdzie on te­raz jest? – spy­tał bez­wied­nie, kar­cąc się za to w my­ślach.

– Nie ży­je! – wark­nę­ła sta­now­czo, gło­śno ude­rza­jąc ostrym ta­sa­kiem i prze­ci­na­jąc na pół bor­do­wy ko­rzeń, resz­tę wa­rzy­wa za­czę­ła sie­kać na drob­ne ka­wał­ki. – Prze­pra­szam, je­stem wraż­li­wa, nie przej­muj się tym. A jak ty masz na imię, je­śli moż­na wie­dzieć?

– Prze­pra­szam, przy­kro mi… Nie wie­dzia­łem… Ja… je­stem Alex.

– Ład­nie. To po­wiesz mi te­raz, gdzie się tak po­ha­ra­ta­łeś? – spy­ta­ła, zno­wu się uśmie­cha­jąc.

– Zgu­bi­łem się i ca­łą noc prze­mie­rza­łem las w po­szu­ki­wa­niu schro­nie­nia. – Nie chciał mó­wić wię­cej. Po­my­ślał, że je­śli opo­wie o go­nią­cych go mon­strach, ko­bie­ta weź­mie go za sza­leń­ca. Po­za tym od sa­me­go po­cząt­ku wy­da­wa­ła mu się dziw­na, więc nie chciał jej się zwie­rzać. Wpa­tru­jąc się w nie­zna­jo­mą, pró­bo­wał bez­sku­tecz­nie wy­czy­tać z jej twa­rzy, czy mu uwie­rzy­ła.

– Wy­bra­łeś chy­ba naj­gor­sze miej­sce, że­by się zgu­bić. Wszę­dzie wko­ło ro­sną tru­ją­ce grzy­by, od któ­rych moż­na do­stać ha­lu­cy­na­cji. Po tym le­sie trze­ba umieć się po­ru­szać – stwier­dzi­ła Eve­lynn, a na­stęp­nie wy­szła z po­ko­ju ener­gicz­nym kro­kiem, co zdzi­wi­ło Ale­xa.

Alex za­czął się za­sta­na­wiać, czy wi­dzia­ne przez nie­go zja­wy by­ły wy­ni­kiem dzia­ła­nia tru­ją­cych grzy­bów, ale po chwi­li przy­po­mniał so­bie, że prze­cież za ba­lią le­ży ka­mień, któ­ry… Przy­po­mniał so­bie, jak go do­tknął, nim zna­lazł się w le­sie i stra­cił przy­tom­ność. Jak po po­ko­na­niu dłu­gich scho­dów zna­lazł się w kom­na­cie, gdzie za­uwa­żył ka­mień na bia­łym po­stu­men­cie. Jak pod­szedł do nie­go i go do­tknął. Pa­mię­tał, że po­czuł je­go chłod­ne kra­wę­dzie, a po­tem ka­mień za­bły­snął tur­ku­so­wą po­świa­tą roz­świe­tla­ją­cą ciem­ną kom­na­tę. Póź­niej obu­dził się w le­sie na­gi i wy­czer­pa­ny. Nie pa­mię­tał, kie­dy to się sta­ło, jak daw­no te­mu. Te­raz, gdy sie­dział w cie­płej wo­dzie, pró­bo­wał przy­po­mnieć so­bie coś jesz­cze, ale nie zdo­łał. Znów po­my­ślał o ka­mie­niu i obej­rzał się za sie­bie, by zo­ba­czyć, czy wciąż jest ukry­ty za wan­ną. Le­żał tam, zim­ny, zga­szo­ny. Nic mi się nie przy­wi­dzia­ło – po­my­ślał Alex.

Eve­lynn po­now­nie we­szła do po­ko­ju, po­pa­trzy­ła na chło­pa­ka, po­pra­wi­ła wło­sy i wrzu­ci­ła do wy­wa­ru drob­ne ko­rze­nie.

– Za­tem miesz­kasz tu sa­ma? – spy­tał Alex, szo­ru­jąc brud­ną łyd­kę.

– Nie­zu­peł­nie, mam psy i ko­ty, ale już nie­dłu­go… – Uśmiech­nę­ła się. – To strasz­na dziu­ra, praw­da? – do­da­ła. – Po śmier­ci bra­ta mu­sia­łam za­jąć się spad­kiem, obec­nie szu­kam na­byw­cy, ale dom w ta­kim miej­scu… Ech, to bę­dzie nie­zmier­nie trud­ne.

– Bar­dzo tu przy­tul­nie – stwier­dził chło­pak, roz­glą­da­jąc się po wnę­trzu. – Co to za oko­li­ca, masz ja­kichś są­sia­dów?

– Nie­ste­ty nie, brat ko­chał na­tu­rę i spo­kój. Dla­te­go za­miesz­kał nie­mal­że w środ­ku la­su.

– Ro­zu­miem.

– Nie­któ­rzy lu­dzie sie­ją plot­ki, że ten dom jest na­wie­dzo­ny.

– Na­wie­dzo­ny?

– A tak, po wsiach nie­da­le­ko la­su krą­ży prze­ko­na­nie, że Uza­el, mój brat, zo­stał tu za­mor­do­wa­ny i od tam­tej po­ry dom jest prze­klę­ty, dasz wia­rę? Więk­szość na­wet uwa­ża, że ca­ły las jest prze­klę­ty. Ech, lu­dzie to ma­ją wy­obraź­nię. – Po­krę­ci­ła gło­wą z dez­apro­ba­tą.

Po chwi­li ko­bie­ta i chło­piec usły­sze­li ude­rze­nie do drzwi wej­ścio­wych. Alex ob­ró­cił się ner­wo­wo, a ser­ce za­bi­ło mu moc­niej. Eve­lynn wsta­ła. Prze­mie­rzy­ła po­kój, stu­ka­jąc mia­ro­wo ko­tur­na­mi, wyj­rza­ła przez okno, na­stęp­nie po­de­szła do drzwi.

– Nie­źle to po­za­my­ka­łeś, he, he – po­wie­dzia­ła, zdej­mu­jąc za­bez­pie­cze­nia, a po­tem uchy­li­ła drzwi.

Nie­spo­koj­ny Alex prze­łknął śli­nę, ob­ser­wu­jąc ner­wo­wo po­czy­na­nia ko­bie­ty.

– Ach, to ty, De­mon – rzu­ci­ła ze śmie­chem, po czym otwo­rzy­ła ma­łą kla­pę w pod­ło­dze. Uklęk­nę­ła i po­chy­li­ła się nad ko­mór­ką, eks­po­nu­jąc kształt­ne pier­si wy­cho­dzą­ce z roz­pię­tej na trzy gu­zi­ki ko­szu­li.

Alex nie wi­dział, co znaj­du­je się za drzwia­mi, sły­szał je­dy­nie ci­che sa­pa­nie i wi­dział, jak do cie­płe­go wnę­trza prze­do­sta­wał się ob­ło­czek pa­ry, jak­by od­dech ja­kiejś isto­ty.

– Aaaa, tu­taj je­steś! – do­da­ła czar­no­wło­sa, chwy­ta­jąc me­ta­lo­we wia­dro, któ­re z tru­dem wy­tar­ga­ła z ko­mór­ki. By­ło cięż­kie i wy­peł­nio­ne aż po brze­gi po­dej­rza­ną czer­wo­ną sub­stan­cją, któ­rą Alex mógł ob­ser­wo­wać tyl­ko przez uła­mek se­kun­dy. Eve­lynn wy­sta­wi­ła wia­dro na ze­wnątrz, po czym za­mknę­ła drzwi oraz kla­pę i po­szła prze­myć rę­ce.

– To dla mo­ich pie­sków, mam ich pa­rę – wy­ja­śni­ła, wi­dząc prze­stra­szo­ną mi­nę chłop­ca. – Po­wi­nie­neś coś zjeść, nie wy­glą­dasz za do­brze. Zu­pa już pra­wie go­to­wa.

– De­mon? – spy­tał Alex.

– Tak się wa­bi, to po­mysł bra­ta.

– Ro­zu­miem. Już koń­czę, ką­piel by­ła świet­na, dzię­ku­ję – od­po­wie­dział tro­chę ner­wo­wo. – Co to za zu­pa?

– Zu­pa ko­rzen­na. Nie rób ta­kich oczu, sma­ku­je na­praw­dę do­brze. – Uśmiech­nę­ła się zno­wu.

– Je­stem go­to­wy. Czy mo­gła­byś się od­wró­cić? – Alex wska­zał na ubra­nia.

– Nie krę­puj się… ale oczy­wi­ście, je­śli te­go chcesz. – Eve­lynn po­de­szła do pa­le­ni­ska, by spró­bo­wać wy­wa­ru. Chło­piec w tym cza­sie wy­tarł się mięk­ką tka­ni­ną i ubrał się, spo­glą­da­jąc co ja­kiś czas na ko­bie­tę. Ukrad­kiem scho­wał ka­mień do kie­sze­ni spodni.

Na­gle zza uchy­lo­nych drzwi wy­do­był się gło­śny plask.

Ko­bie­ta pod­sko­czy­ła wy­stra­szo­na, aż upu­ści­ła trzy­ma­ny w rę­ku nóż.

– Pro­szę – po­wie­dział Alex, po­da­jąc jej na­rzę­dzie.

– Ach, to pew­nie ko­ty. Dzię­ku­ję – od­par­ła po­śpiesz­nie, po czym wy­szła z po­ko­ju.

Alex ostroż­nie zbli­żył się do uchy­lo­nych drzwi. Za pro­giem do­strzegł wy­so­ko za­wie­szo­ne spi­ral­ne czar­ne scho­dy. Spoj­rzał w gó­rę, opie­ra­jąc rę­kę o me­ta­lo­wą ba­lu­stra­dę. Te­raz głu­cha ci­sza prze­ni­ka­ła ca­łą chat­kę, a naj­mniej­szy sze­lest wy­da­wał się gło­śniej­szy od my­śli. Na­gle po scho­dach stur­lał się kłę­bek włócz­ki, a z gó­ry do­bie­gło miau­cze­nie ko­ta.

Chło­pak wró­cił do głów­ne­go po­miesz­cze­nia, za­sta­na­wia­jąc się, ja­ką ta­jem­ni­cę skry­wa Eve­lynn. Cze­ka­jąc na nią, za­uwa­żył na re­ga­le du­żą fio­le­to­wą księ­gę ze zna­kiem czasz­ki na grzbie­cie. Chwy­cił ją i obej­rzał okład­kę, ale nie do­strzegł nic nad­zwy­czaj­ne­go po­za zdo­bie­nia­mi, po­sta­no­wił więc zaj­rzeć do środ­ka.

W tej sa­mej chwi­li Eve­lynn we­szła bez­sze­lest­nie do po­ko­ju i wy­rwa­ła mu ją de­li­kat­nie.

– Prze­pra­szam, ja… – zmie­szał się chło­piec.

– Nie szko­dzi, za­po­mnia­łam ci po­wie­dzieć, że­byś ni­cze­go nie do­ty­kał. Zu­pa już go­to­wa. – Uśmiech­nę­ła się i wska­za­ła mu krze­sło przy sto­le.

Nie­dłu­go po­tem po­sta­wi­ła ta­lerz z zu­pą tuż przed no­sem Ale­xa, a obok po­ło­ży­ła łyż­kę z pięk­nie zdo­bio­nym trzo­nem. Aro­mat wy­wa­ru był wspa­nia­ły, a uwal­nia­ją­ca się z nie­go pa­ra ła­god­nie ła­sko­ta­ła twarz chłop­ca.

– Smacz­ne­go. Jedz zup­kę, chłop­cze. Je­steś ta­ki spię­ty – po­wie­dzia­ła Eve­lynn, sta­jąc za nim. Za­czę­ła ma­so­wać mu kark, a wi­dząc, że chło­pak się roz­luź­nia, po­ca­ło­wa­ła go w gło­wę, po­tem w ucho i szy­ję, na­stęp­nie za­cią­gnę­ła się je­go za­pa­chem.

Chło­piec był zdzi­wio­ny jej za­cho­wa­niem, ale sam sta­rał się za­cho­wy­wać na­tu­ral­nie. Chwy­cił więc łyż­kę i już miał na­brać sma­ko­wi­cie wy­glą­da­ją­cej zu­py, kie­dy w od­bi­ciu sztuć­ca zo­ba­czył czar­ne pio­no­we źre­ni­ce z żół­ty­mi tę­czów­ka­mi, na bar­kach zaś po­czuł pa­znok­cie, któ­re się wy­dłu­ży­ły i za­ostrzy­ły. Ję­zyk ko­bie­ty za­czął prze­mie­rzać szy­ję chłop­ca. Prze­ra­żo­ny Alex po­wo­li odło­żył łyż­kę i się­gnął trzę­są­cą się rę­ką do kie­sze­ni, by zła­pać za ka­mień.

– Oj, za­po­mnia­łam się. A więc już wiesz, szko­da – rzu­ci­ła ko­bie­ta, po czym wbi­ła dłu­gie kły w de­li­kat­ną szy­ję chłop­ca.

Alex wrza­snął z bó­lu, ale za­raz ude­rzył Eve­lynn w gło­wę ka­mie­niem, któ­ry w tym mo­men­cie jak­by się obu­dził i za­czął lśnić mor­ską po­świa­tą. Wszyst­kie świe­ce na ży­ran­do­lu zga­sły i za­pa­no­wa­ła ciem­ność. Ko­bie­ta wy­da­ła gło­śny ryk, po­ka­zu­jąc przy tym ostre kły. Mon­strum, w któ­re się zmie­ni­ła, bły­ska­wicz­nym ru­chem wy­trą­ci­ło ka­mień na zie­mię, jed­ną rę­ką chwy­ci­ło chłop­ca za ubra­nie i ci­snę­ło nim z im­pe­tem o gru­by blat sto­łu. Zwi­ja­ją­cy się z bó­lu Alex po omac­ku ba­dał stół, aż je­go rę­ka na­po­tka­ła dłu­gi nóż. Na­stęp­nie chwy­cił go i wbił kil­ka ra­zy w pierś Eve­lynn.

– Aaa! Kur­wa! – za­klął de­mo­nicz­ny fe­no­men. – Argh! Gdy wy­pi­ję two­ją krew, skoń­czysz w ko­tle! Two­je ko­ści rzu­cę oga­rom na po­żar­cie!

Dziu­ry po ostrzu zra­sta­ły się szyb­ko, de­mon wy­da­wał przy tym strasz­ne, wy­so­kie dźwię­ki. Alex ru­szył w kie­run­ku drzwi, naj­szyb­ciej jak po­tra­fił ścią­gnął z nich łań­cuch i otwo­rzył je, a wte­dy sta­nął na wprost ża­rzą­cych się czer­wo­nych śle­piów, któ­re po­ja­wi­ły się w miej­scu żół­tych ko­cich oczu. Eve­lynn te­le­por­to­wa­ła się tuż obok, jej ra­ny cał­kiem się za­go­iły. Wrzesz­cząc opę­tań­czo na bę­dą­ce­go w szo­ku chłop­ca, ode­pchnę­ła go nie­wi­dzial­ną mo­cą.

Cia­ło Ale­xa su­nę­ło po pod­ło­dze, aż za­trzy­ma­ło się na ka­mien­nej ścia­nie. Rzad­ka krew wy­pły­nę­ła mu z no­sa, roz­piesz­cza­jąc zmy­sły kre­atu­ry. Rę­ka chło­pa­ka zna­la­zła się w za­się­gu wcze­śniej wy­trą­co­ne­go świe­cą­ce­go ka­mie­nia. Ostat­nia szan­sa – po­my­ślał. Gdy Eve­lynn do­sko­czy­ła do nie­go, Alex przy­ło­żył świe­cą­cy ka­mień do jej gło­wy.

Mon­strum za­czę­ło ry­czeć i szar­pać się obłą­kań­czo. Ka­mień pa­rzył po­li­czek Eve­lynn, roz­ta­pia­jąc jej skó­rę aż do ko­ści. Nik­czem­na krew wy­le­wa­ła się na ka­mień, do­da­jąc mu jesz­cze więk­szej mo­cy. Za­sko­czo­na Eve­lynn uwol­ni­ła się po chwi­li i zmie­niw­szy się w wiel­kie­go kru­ka, od­le­cia­ła, po­zo­sta­wia­jąc po so­bie śla­dy krwi.

Alex wy­biegł na ze­wnątrz. Wi­dząc, że ka­mień świe­ci co­raz moc­niej, za­czął biec ile sił w no­gach. Świa­tło wy­do­by­wa­ją­ce się z ka­mie­nia roz­pro­szy­ło gę­ste drze­wa, uka­zu­jąc nie­bo i ja­sny księ­życ; otwie­ra­ło chłop­cu ścież­kę do opusz­cze­nia la­su. Biegł zdy­sza­ny, trzy­ma­jąc ca­ły czas ka­mień nad gło­wą, aż w że­brach po­czuł na­ra­sta­ją­cy, pe­ne­tru­ją­cy ból. Od opusz­cze­nia la­su dzie­li­ło go tyl­ko kil­ka­na­ście więk­szych su­sów, a świa­tło wy­do­by­wa­ją­ce się z ar­te­fak­tu sła­bło.

W tym mo­men­cie zre­ge­ne­ro­wa­na już Eve­lynn przy­wo­ła­ła wiel­kie gni­ją­ce oga­ry. Bie­gną­ce z za­trwa­ża­ją­cą pręd­ko­ścią po­two­ry za­czę­ły do­ga­niać chłop­ca. Ka­mień prze­stał świe­cić, a sze­ro­ko otwar­ta dro­ga po­ma­łu się zwę­ża­ła. Uja­da­nie wście­kłych, żąd­nych krwi psów do­pro­wa­dza­ło ser­ce Ale­xa do nie­na­tu­ral­nie szyb­kiej pra­cy.

Chło­piec w przy­pły­wie pa­ni­ki rzu­cił ka­mień w za­ci­ska­ją­ce się przed nim pę­dy, a ar­te­fakt uwol­nił jesz­cze na mo­ment stru­mień świa­tła, któ­ry od­stra­szył mrocz­ne ro­śli­ny. Zba­wien­ny re­likt mi­nio­nej epo­ki za­czął nie­po­ko­ją­co się zsu­wać do ja­kiejś głę­bo­kiej no­ry, na szczę­ście roz­pę­dzo­ny Alex w ostat­niej chwi­li schwy­tał go reszt­ka­mi sił, po­ty­ka­jąc się przy tym o wy­sta­ją­ce pną­cze, i prze­tur­lał się na zie­lo­ną łą­kę. Za­raz po­tem okrę­cił się i usiadł na mo­krej tra­wie, pod­pie­ra­jąc się z ty­łu po­kie­re­szo­wa­ny­mi rę­ka­mi. Trzy kro­ki za nim, na gra­ni­cy la­su, Eve­lynn z gro­bo­wą mi­ną znik­nę­ła w to­wa­rzy­stwie oga­rów w za­my­ka­ją­cym się przez mrocz­ne ro­śli­ny przej­ściu.

Roz­dział 2

Łotr zwa­ny łow­cą

Jo­seph Co­oper od kil­ku dni obo­zo­wał nad brze­giem je­zio­ra De­nvel. Ten po­ra­nek nie róż­nił się zbyt­nio od in­nych. Do­pie­ro co wze­szło słoń­ce, więc by­ło jesz­cze do­syć chłod­no jak na let­nią po­rę. Co praw­da, w cie­śni­nie Vertz zi­ma przy­po­mi­na­ła la­to, lecz mi­mo to lu­dzie za­miesz­ku­ją­cy te te­re­ny na­rze­ka­li na bo­lą­ce ko­ści przy naj­drob­niej­szej zmia­nie po­go­dy. Ide­al­ny czas na tre­ning – po­my­ślał męż­czy­zna.

Ogrom­ny cedr ro­sną­cy nie­da­le­ko brze­gu da­wał wie­le cie­nia przez więk­szość dnia. Co­oper zwi­sał na jed­nej z ga­łę­zi, moc­no wy­gię­tej ku zie­mi, ale so­lid­nie wy­glą­da­ją­cej. Był pew­nie nie­co po trzy­dzie­st­ce, twarz miał groź­ną, choć jed­no­cze­śnie przy­stoj­ną. Oczy pa­li­ły się błę­kit­nym bla­skiem, a szczę­kę i szy­ję po­kry­wa­ły za­cię­cia po go­le­niu bro­dy. Dłu­gie ciem­ne wło­sy, się­ga­ją­ce nie­co za bar­ki, no­sił roz­pusz­czo­ne. Je­go po­nad­dwu­me­tro­we cia­ło by­ło do­brze zbu­do­wa­ne, o wa­dze z pew­no­ścią do­rów­nu­ją­cej dwóm do­ro­słym dzi­kom. Ple­cy wy­da­wa­ły się sze­ro­kie jak sto­do­ła, do te­go do­cho­dzi­ły po­tęż­ne rę­ce przy­po­mi­na­ją­ce mło­ty i roz­bu­do­wa­ne kap­tu­ry. Szcze­gól­nie roz­wi­nię­ta by­ła tyl­na część ra­mie­nia, któ­ra wy­glą­da­ła, jak­by ży­ła wła­snym ży­ciem i chcia­ła odejść od resz­ty cia­ła. Bar­ki prąż­ko­wa­ły przy każ­dym ru­chu, jesz­cze bar­dziej uwy­dat­nia­jąc pul­su­ją­ce ży­ły wi­docz­ne na każ­dym mię­śniu. Jed­no by­ło pew­ne: prze­ro­śnię­ty męż­czy­zna był wiel­kim ło­trem.

Co­oper pod­cią­gał się mia­ro­wo i po­wo­li, roz­my­śla­jąc o zle­ce­niach. Miał na so­bie tyl­ko ciem­ne, sztyw­ne i szorst­kie spodnie z wie­lo­ma kie­sze­nia­mi. Wi­dać by­ło, że zo­sta­ły do­brze wy­ko­na­ne, praw­do­po­dob­nie uszy­to je na mia­rę, z ba­weł­ny oraz wy­so­kiej ja­ko­ści pi­ko­wa­nej skó­ry, któ­ra wzmac­nia­ła miej­sca na ko­la­nach czy po bo­kach uda. Z przo­du spodni na udzie mie­ści­ły się przy­szy­te gru­bą ni­cią skó­rza­ne pa­ski. Je­den z nich był więk­szy, a po­zo­sta­łe dwa nie­co mniej­sze i na­chy­lo­ne pod ma­łym ką­tem, by da­ło się w nich umiesz­czać no­że. Do te­go męż­czy­zna no­sił woj­sko­we bu­ty o gru­bych po­de­szwach, przy­po­mi­na­ją­ce te no­szo­ne przez ka­wa­le­rzy­stów z po­łu­dnia. Się­ga­ły aż do ko­lan, co mia­ło chro­nić mię­dzy in­ny­mi przed ja­do­wi­ty­mi wę­ża­mi. Bu­ty zo­sta­ły do­dat­ko­wo wy­po­sa­żo­ne w sta­lo­we wstaw­ki, gład­kie i błysz­czą­ce, któ­re za­bez­pie­cza­ły sto­py oraz ko­ści pisz­cze­lo­we przed zła­ma­niem. Za­pew­nia­ły tak­że moc­ne, a na­wet śmier­tel­ne kop­nię­cia. Na ty­le cho­le­wy jed­ne­go z bu­tów, na wy­so­ko­ści łyd­ki, moż­na by­ło do­strzec ko­lej­ny pa­sek na nóż.

Dwa­dzie­ścia trzy, dwa­dzie­ścia czte­ry… – li­czył w my­ślach Co­oper, a każ­dy ruch wy­da­wał mu się bar­dzo dłu­gi. – Gło­wa ner­sa­ża jest war­ta dwa­dzie­ścia zło­tych mo­net, za smo­ka mor­skie­go do­sta­nę trzy­dzie­ści pięć, ale to bar­dziej ry­zy­kow­ne za­ję­cie – my­ślał. – Wal­ka w wo­dzie jest trud­na i bar­dziej mę­czą­ca niż na lą­dzie. Trze­ba by ku­pić no­we sie­ci, gdyż ostat­nie znisz­czy­ły su­my.

W cie­śni­nie Vertz, mię­dzy pań­stwem mor­skim Gra­vadzzk a pań­stwem Se­vil­lith, oraz na pół­noc­ny wschód od Se­vil­lith, w naj­szer­szym punk­cie do­pły­wu rze­ki Wer­tis su­my do­ra­sta­ły na­wet do pięt­na­stu stóp i by­ły za­dzi­wia­ją­co sil­ne. Po­je­dyn­czy okaz mógł sam wy­wró­cić na bok ma­łą łódź.

Kur­wa, pięć lat mi słu­ży­ły… Trzy­dzie­ści je­den, trzy­dzie­ści dwa… – li­czył da­lej. – Do te­go do­cho­dzi do­pła­ta za prze­by­cie gra­ni­cy i prom. Se­vil­li­ci są po­je­ba­ni, bio­rą pięć zło­tych mo­net, to wię­cej niż w bur­de­lu u Fre­zie­go. Mo­że na­pra­wił­by i uru­cho­mił sta­re­go skor­pio­na… Ach, Will… on wie­dział­by, co zro­bić…

– Wi­taj! – rzu­cił ktoś z od­da­li.

– Kur­wa!

Przy trzy­dzie­stym siód­mym pod­cią­gnię­ciu Co­oper usły­szał trzask i po­czuł moc­ny ból w oko­li­cy krzy­ża. Ga­łąź nie wy­trzy­ma­ła. Łow­ca pod­niósł się ocię­ża­le z zie­mi. Do je­go spo­co­nych ple­ców przy­kle­iły się źdźbła tra­wy oraz tro­chę zie­mi. Po­ło­żył dło­nie na bo­kach i skrę­cał tu­łów, by roz­cią­gnąć ple­cy; gry­mas na je­go twa­rzy two­rzył ob­raz trud­ny do opi­sa­nia. Ką­tem oka za­uwa­żył lek­ko chwie­ją­ce­go się na no­gach star­sze­go męż­czy­znę, kro­czą­ce­go ocię­ża­le w je­go stro­nę.

Pięk­nie, jesz­cze te­go tu bra­ko­wa­ło – po­my­ślał Co­oper.

– Mo­głem się do­my­ślić, że gdzie się nie po­ja­wisz, za­wsze ko­muś sta­je się nie­szczę­ście. Wi­dzia­łem cię w wio­sce, je­steś prze­klę­ty czy co, dziad­ku? – po­wie­dział, wbi­ja­jąc pal­ce w obo­la­łe mię­śnie.

– Wi­taj, sy­nu! Nic ci się nie… hik!… sta­ło? – spy­tał przy­bysz, nie­udol­nie pró­bu­jąc ukryć czkaw­kę. – Sze­dłem przy­pad­kiem obok i wi­dzia­łem, jak… hik!… upa­dłeś. Nic ci nie jest? Mo­że po­słać po me­dy­ka?

Po­sta­rza­ły męż­czy­zna był ni­ski i chu­dy jak pa­tyk. Skó­rę na twa­rzy miał po­marsz­czo­ną i nie­co czer­wo­ną, szcze­gól­nie w oko­li­cy no­sa. W jed­nej rę­ce trzy­mał skrę­ta, a w dru­giej bu­tel­kę w po­ło­wie na­peł­nio­ną męt­ną cie­czą, naj­pew­niej ta­nim bim­brem. Ubra­ny był w lnia­ną, pier­wot­nie kre­mo­wą ko­szu­lę w kra­tę, te­raz uma­za­ną bło­tem oraz ja­kąś dziw­ną ciem­ną sub­stan­cją, któ­ra cuch­nę­ła na ki­lo­metr. Dol­ną część stro­ju sta­no­wi­ły po­dar­te spodnie i je­den but.

– Skończ pie­przyć, star­cze, do­sko­na­le wiem, że nie przy­sze­dłeś tu w tro­sce o mo­je zdro­wie. – Co­oper pod­szedł do wą­tłe­go męż­czy­zny, któ­ry wy­glą­dał przy nim jak nie­zbyt uro­dzi­we dziec­ko, i spoj­rzał z gó­ry w je­go oczy.

– Ale cze­mu od ra­zu tak z mor­dą, co? Ta­lus usma­ży cię za te plu­ga­stwa. – Sta­rzec uśmiech­nął się kpią­co. – Po­trze­bu­ję tyl­ko kil­ku srebr­nych mo­net.

– Znów schle­jesz się jak wieprz, cór­ka cię za to za­bi­je. Pa­mię­tam, co zro­bi­łeś w wio­sce, ob­raz god­ny po­gar­dy – pod­jął Co­oper.

– Nie twój pro­blem – wy­mam­ro­tał ob­ra­żo­ny sta­rzec.

Co­oper się ro­ze­śmiał.

– Ra­cja, nie mój. Ale mu­szę przy­znać, że to by­ło dość za­baw­ne i wi­do­wi­sko­we ob­ser­wo­wać cię w ta­kim sta­nie. Póź­niej po­noć zna­leź­li cię na­gie­go, ula­ne­go po łok­cie w chle­wie, śpią­ce­go obok świń. Mó­wio­no też, że przy­pro­wa­dzi­łeś ze so­bą ko­zła. Praw­da to, star­cze? Sły­sza­łem też, że dwa ty­go­dnie te­mu…

– Do­brze, już do­brze… hik! Po­ra­tu­jesz czy nie?

– Słu­chaj, nie mam cza­su się z to­bą kłó­cić. Masz i spie­przaj.

Sta­rzec zła­pał wy­strze­lo­ną przez Co­ope­ra srebr­ną mo­ne­tę z wi­ze­run­kiem doj­rza­łe­go męż­czy­zny o po­waż­nej twa­rzy i z cy­lin­drem na gło­wie. Pod je­go po­do­bi­zną znaj­do­wał się na­pis Rosh.

– Dzię­ku­ję, dzię­ku­ję! Za­wsze wie­dzia­łem, że je­steś do­brym czło­wie­kiem, przy­by­szu, na­praw­dę – ucie­szył się dzia­dek. – Mógł­byś jed­nak być tak mi­ły, by po­dzie­lić się ze mną jesz­cze jed­ną mo­ne­tą? – spy­tał bez­czel­nie.

– Za­mknij się, nie je­stem Ban­kiem Cen­tral­nym. Przy­by­łem tu nie­daw­no i nie masz po­ję­cia, ja­kie rze­czy cho­dzą mi po gło­wie. Le­piej więc bę­dzie dla cie­bie, je­śli stąd pój­dziesz, za­nim wrzu­cę cię do je­zio­ra – od­parł łotr, roz­bie­ra­jąc się.

Dzia­dek wzdry­gnął się na te sło­wa. Nie zno­sił ką­pie­li, ostat­nio ką­pał się ja­kieś wie­ki te­mu.

– O nie, nie! – za­pro­te­sto­wał. – Chy­ba nie my­ślisz… hik!… mój do­bro­dzie­ju, że po­zo­sta­wię cię z pu­sty­mi rę­ko­ma, co?

– Za­wsze to ro­bisz. Nie mo­żesz mi nic za­ofe­ro­wać po­za swo­im ża­ło­snym to­wa­rzy­stwem. – Po tych sło­wach Co­oper wszedł do je­zio­ra. Wo­da by­ła zim­na, tak jak lu­bił.

Sta­ru­szek przy­glą­dał mu się przez chwi­lę, ale nie od­pu­ścił.

– A mo­gę! Mam dla cie­bie in­for­ma­cję, cen­ną in­for­ma­cję… hik! Uwa­żasz? Słu­chaj. Za ty­dzień w Gra­vadz­z­ku, w Mie­ście Po­stę­pu od­bę­dzie się tur­niej kar­cia­ny. Zja­dą się te, jak to mó­wią, no, te… ele­gan­ty i pięk­ne ko­bie­ty z po­łu­dnia… hik! Po­za tym staw­ka jest du­ża, po­dob­no sto zło­tych Haw­kin­sów za sa­mo trze­cie miej­sce, nie mó­wiąc już o resz­cie.

– Nie gram już w kar­ty, sta­ry mo­czy­mor­do. Po­za tym do Gra­vadz­z­ka jest pięć dni dro­gi kon­no. Pięć dni bez prze­rwy w twar­dym sio­dle. Chcesz, abym od­pa­rzył so­bie du­pę? – Co­oper po­pa­trzył na nie­go znie­chę­co­ny.

– No to co, łow­co? Na­gro­da jest war­ta wy­sił­ku. – Sta­rzec wzru­szył ra­mio­na­mi. – A szko­da, że­byś mar­no­wał swój ta­lent, sy­nu. Pa­mię­tam, jak przy­by­łeś tu pierw­szy raz i bez pro­ble­mu ogra­łeś jed­no­okie­go Be­na. Kar­ta ci szła, po­wi­nie­neś spró­bo­wać raz jesz­cze. Tak czy ina­czej, zro­bisz, jak uwa­żasz. Nie mu­sisz mi dzię­ko­wać – po­wie­dział, po czym od­szedł, za­ta­cza­jąc się.

– Ja miał­bym dzię­ko­wać to­bie? – prych­nął Co­oper. – Sta­ry mo­czy­mor­da – mruk­nął po chwi­li i mach­nął rę­ką. Po­tem roz­luź­nił się i po­ło­żył ple­ca­mi na ta­fli je­zio­ra. Gdy za­mknął oczy, cie­płe pro­my­ki słoń­ca otu­li­ły je­go po­wie­ki.

Po ką­pie­li pod­szedł do wy­pa­lo­ne­go ogni­ska pod wiel­kim ce­drem. Po­lał po­piół wo­dą wy­ci­śnię­tą z wcze­śniej za­mo­czo­nej ko­szu­li. Przed dro­gą na po­łu­dnio­wy wschód czę­sto za­kła­dał wil­got­ne odzie­nie, by schło­dzić or­ga­nizm. Tem­pe­ra­tu­ry kil­ka go­dzin po brza­sku za­czy­na­ły się ro­bić nie­zno­śne dla ludz­kie­go cia­ła, a na wscho­dzie by­ło jesz­cze cie­plej niż w oko­li­cach cie­śni­ny Vertz. Co­oper za­wsze się za­sta­na­wiał, co za dur­no­wa­te bó­stwo wy­my­śli­ło ta­ki sys­tem: zim­ne no­ce, pod­czas któ­rych moż­na się za­zię­bić, a po nich nie­od­pusz­cza­ją­cy upał w cią­gu dnia.

Te­raz miał w pla­nach udać się do Menr­thifs, ma­łe­go mia­sta na zie­mi ni­czy­jej przed pań­stwem Se­vil­lith, zwa­nym Ty­gry­sa­mi, aby ode­brać tam na­gro­dę za po­przed­nie zle­ce­nie, a przy oka­zji za­ku­pić no­we no­że do rzu­ca­nia. Dro­ga do Menr­thifs by­wa­ła nie­bez­piecz­na, tak sa­mo jak roz­le­gła nie­za­miesz­ka­na część wscho­du, gdzie za spra­wą bar­ba­rzyń­ców z kla­nu Tu­scha­trx oraz na­jaz­dów Pu­styn­nych Pi­ra­tów nie by­ło żad­nych miast ani wio­sek.

Bez­piecz­niej i roz­waż­niej by­ło­by dziś przy­wdziać peł­ne wy­po­sa­że­nie – po­my­ślał Co­oper. Wy­po­sa­że­nie, któ­re bę­dzie cięż­kie, nie­zno­śne i prze­szka­dza­ją­ce w po­dró­ży. Nie miał jed­nak wyj­ścia, wo­lał nie ry­zy­ko­wać wal­ki z jed­nym z pa­tro­li Pu­styn­nych Pi­ra­tów, któ­rzy naj­czę­ściej ata­ko­wa­li hor­da­mi. Prze­ciw­ni­cy o prze­wa­dze li­czeb­nej skrzęt­nie wy­ko­rzy­sta­li­by nie­przy­go­to­wa­ne­go sa­mot­ne­go po­dróż­ni­ka. Co wię­cej, w od­róż­nie­niu od bar­ba­rzyń­ców z Tu­scha­trx, któ­rzy naj­pew­niej za­bi­li­by go na miej­scu, Pu­styn­ni Pi­ra­ci po­dob­no lu­bi­li skó­ro­wać lu­dzi żyw­cem, przy­ozda­biać twa­rze ludz­ki­mi ma­ska­mi, a na szyi wie­szać na­szyj­ni­ki zro­bio­ne z ich ko­ści. Przy­naj­mniej tak sły­szał w jed­nym z tu­tej­szych miast.

Łow­ca za­ło­żył ko­szu­lę, na nią po­rząd­ną skó­rza­ną zbro­ję, wzmac­nia­ną ele­men­ta­mi sta­lo­wy­mi. Przed­ra­mio­na za­bez­pie­czył skó­rza­ny­mi kar­wa­sza­mi, a do naj­więk­sze­go z pa­sków znaj­du­ją­cych się na pra­wym udzie wło­żył dłu­gi nóż. Dwa ko­lej­ne po­zo­sta­ły pu­ste, gdyż no­że do rzu­ca­nia prze­pa­dły pod­czas jed­nej z wy­praw. Do po­chwy przy le­wym bo­ku wsa­dził krót­ki miecz, a na pa­sku na łyd­ce za­wie­sił ma­ły hak. Wierzch cia­ła okrył dłu­gą czar­ną pe­le­ry­ną bez ra­mion, ale z kap­tu­rem. Na ko­niec umie­ścił na ple­cach wiel­ki to­pór z dwu­stron­nym pół­okrą­głym ostrzem.

Na­stęp­nie osio­dłał ko­nia i przy­tro­czył do nie­go wy­peł­nio­ne ju­ki. Do nich sznur­kiem przy­wią­zał szpo­ny har­pii, któ­re upo­lo­wał wcze­śniej. Tru­chła by­ły tak ogrom­ne, że zwi­sa­ły te­raz z bo­ku ko­nia pra­wie do zie­mi. W jed­nej z to­reb znaj­do­wa­ły się ser, chleb oraz ma­nier­ki z wo­dą, z in­nej zaś od cza­su do cza­su do­bie­ga­ło grze­cho­ta­nie ocie­ra­ją­cych się o sie­bie ogniw gru­be­go łań­cu­cha. Wzdłuż sio­dła w po­chwie spo­czy­wał miecz krzy­żo­wy, mie­rzą­cy pra­wie trzy łok­cie, z dru­giej stro­ny przy­cze­pio­na by­ła ma­ła skła­da­na ku­sza, któ­rą łow­ca lu­bił mon­to­wać na przed­ra­mie­niu, jed­nak nie tym ra­zem. Klacz Co­ope­ra, Kay­le, by­ła sil­na, przy­zwy­cza­jo­na do no­sze­nia cię­ża­rów, w tym odzia­ne­go w stal ol­brzy­ma. Na­le­ża­ła do ra­sy ra­ghor­skich ko­ni, pra­wie pół­to­ra ra­zy więk­szych od zwy­kłych ko­ni, tak że na­wet do­ro­śli męż­czyź­ni mie­li pro­ble­my w ich do­sia­da­niu, nie mó­wiąc już o ko­bie­tach.

Gdy Jo­seph już wszyst­ko przy­go­to­wał, wsiadł na grzbiet kla­czy, chwy­cił lej­ce i ru­szył na wschód.

*

W po­łu­dnie był już w po­ło­wie dro­gi do Menr­thifs. Prze­mie­rzał su­chą sa­wan­nę o zło­ci­stej tra­wie, żuł ty­toń i ob­ser­wo­wał ży­ra­fy ob­gry­za­ją­ce li­ście nie­licz­nych na tym te­re­nie drzew, aż uj­rzał w od­da­li cien­ką struż­kę dy­mu. Mo­men­tal­nie po­cią­gnął za lej­ce, a Kay­le sta­nę­ła po­słusz­nie. Łotr ro­zej­rzał się do­oko­ła, za­ta­cza­jąc ko­niem pół­okrąg. Przez chwi­lę na­słu­chi­wał, lecz sły­szał tyl­ko ci­che świsz­cze­nie wia­tru i tra­wy. Póź­niej po­ło­żył dłoń na rę­ko­je­ści krót­kie­go mie­cza i po­zwo­lił Kay­le po­wo­li zbli­żyć się do źró­dła dy­mu.

Z od­da­li do­strzegł ruch pod drze­wem, spod któ­re­go uno­sił się dym. Nie mógł okre­ślić, czy to czło­wiek, czy ja­kieś zwie­rzę, zbli­żał się więc ostroż­nie, od cza­su do cza­su oglą­da­jąc się za sie­bie. Gdy zna­lazł się nie­da­le­ko drze­wa, za­uwa­żył, że coś le­ży w ni­skiej tra­wie. Wy­glą­da­ło dziw­nie, mia­ło ró­żo­wą bar­wę. Pod­je­chał bli­żej i zo­ba­czył zwło­ki – du­żo zwłok – któ­re le­ża­ły w nie­wiel­kich od­le­gło­ściach od sie­bie i cuch­nę­ły.

Kay­le prych­nę­ła i pod­nio­sła łeb. Co­oper ze­sko­czył z ko­nia, ścią­gnął z ple­ców to­pór i pod­szedł do jed­ne­go z tru­cheł. Prze­krę­cił je na bok; po py­sku z wiel­ki­mi po­krwa­wio­ny­mi zę­bi­ska­mi po­znał, że by­ła to oskó­ro­wa­na hie­na. Obej­rzał plac przed drze­wem, ale nie zna­lazł tu nic po­za tru­chła­mi zwie­rząt. Po­tem zbli­żył się do nie­do­pa­lo­ne­go ogni­ska, kuc­nął, po­grze­bał w ża­rze, wo­kół do­strzegł śla­dy wie­lu bu­tów i pod­ków. Bar­ba­rzyń­cy tu by­li, być mo­że na­dal są – po­my­ślał.

Już miał wsia­dać na ko­nia, kie­dy usły­szał trzask przy­po­mi­na­ją­cy pa­lą­ce się drew­no. Przy­go­to­wał to­pór, ro­zej­rzał się i pod­szedł do pnia, gdzie do­strzegł no­wy ślad cią­gną­cy się za drze­wo. Za­raz po­tem usły­szał od­dech i za­uwa­żył cień. Ru­szył za nim wście­kle. Oka­za­ło się, że w tra­wie czoł­gał się mło­dy chło­pak, chu­dy, w po­dar­tym stro­ju, z krwa­wią­cą no­gą. Dzie­ciak roz­pacz­li­wie za­czął na­wo­ły­wać coś w nie­zro­zu­mia­łym dla łow­cy ję­zy­ku. Gdy zo­ba­czył, jak wiel­ki to­pór uno­si uzbro­jo­ny ol­brzym, zbladł, za­krył twarz rę­ka­mi i za­czął krzy­czeć. Co­oper jed­nak cho­wał tyl­ko broń do szluf­ki na płasz­czu z ty­łu ple­ców.

– Gdzie bar­ba­rzyń­cy? To ich spraw­ka? Pi­ra­ci? Ma­ru­de­rzy? – Łotr pod­szedł do chło­pa­ka i po­trzą­snął nim, lecz w od­po­wie­dzi do­stał je­dy­nie kil­ka nie­zro­zu­mia­łych słów, głów­nie ję­ki i bła­ga­nia, któ­rym to­wa­rzy­szy­ły łzy. – Są tu­taj? Od­je­cha­li? – do­py­ty­wał, ale bez­sku­tecz­nie.

Pod­niósł chło­pa­ka.

– Mów! Gdzie po­je­cha­li? – Co­oper wska­zał rę­ką na wschód, po­tem na za­chód, lecz dzie­ciak zła­pał się za gło­wę i za­czął wrzesz­czeć. Pró­bo­wał się uwol­nić, ko­piąc Co­ope­ra w zbro­ję.

– Za­mknij się, bo ich tu ścią­gniesz ty­mi wrza­ska­mi! – wark­nął łow­ca, po czym ude­rzył chło­pa­ka w tył gło­wy, aż ten stra­cił przy­tom­ność.

Łotr odło­żył nie­przy­tom­ne­go dzie­cia­ka na zie­mię i ro­zej­rzał się do­oko­ła. Z kie­sze­ni płasz­cza wy­cią­gnął skrę­ta, od­pa­lił go od ża­ru, a po­tem za­rzu­cił so­bie chło­pa­ka na bark jak wo­rek ziem­nia­ków. Za­gwiz­dał i Kay­le przy­cwa­ło­wa­ła bli­żej. Co­oper prze­ło­żył nie­przy­tom­ne cia­ło przez ma­syw­ny kark ko­nia, po czym sam usiadł w sio­dle.

– Ru­szaj.

*

Mia­sto Menr­thifs le­ża­ło na ma­łym pła­sko­wy­żu, pro­wa­dzi­ły do nie­go za­wi­łe ka­mien­ne dro­gi, któ­re by­ło wi­dać już z od­da­li. Łow­ca zdzi­wił się, gdy za­miast po­wie­wa­ją­cych tu kre­mo­wych flag z czer­wo­ny­mi skor­pio­na­mi zo­ba­czył na mu­rach ło­po­czą­ce na wie­trze ciem­no­zie­lo­ne cho­rą­gwie z wi­ze­run­kiem ty­gry­sa. Menr­thifs za­wsze by­ło mia­stem neu­tral­nym, go­ścin­nym dla wszyst­kich, sły­ną­cym z bo­gac­twa i han­dlu. Co, u li­cha, ro­bi tu fla­ga Se­vil­li­tów? – po­my­ślał Co­oper.

Przed głów­nym wjaz­dem, po obu stro­nach dro­gi sta­ły roz­ło­żo­ne stra­ga­ny z lnia­ny­mi bal­da­chi­ma­mi chro­nią­cy­mi przed słoń­cem. Łow­ca zsiadł z ko­nia, zła­pał za uzdę i za­czął prze­mie­rzać bru­ko­wa­ną uli­cę, na któ­rej pa­no­wał ścisk. Stra­ga­ny by­ły do­syć dłu­gie, da­ło się je omi­nąć od wscho­du lub za­cho­du, ale Co­oper lu­bił prze­mie­rzać tłum, słu­chać gwa­ru roz­mów i ob­ser­wo­wać lu­dzi.

Nie­któ­rzy dziw­nie się na nie­go pa­trzy­li, ustę­po­wa­li mu miej­sca, in­ni zaś szyb­ko opusz­cza­li wzrok, za­nie­po­ko­je­ni. Co­oper nie wy­glą­dał na miej­sco­we­go. Wy­róż­niał się z tłu­mu, w koń­cu mie­rzył nie­co po­nad dwa me­try, był uzbro­jo­ny po zę­by, a przez grzbiet ko­nia miał prze­wie­szo­ne har­pie oraz nie­przy­tom­ne­go chło­pa­ka. Po­tęż­ne ra­mio­na męż­czy­zny świe­ci­ły się od po­tu, je­go ple­cy kle­iły się do skó­rza­nej zbroi, a wło­sy do spo­co­nej twa­rzy. Twarz Jo­se­pha bu­dzi­ła nie­pew­ność wśród lu­dzi, z je­go oczu nie moż­na by­ło wy­czy­tać ni­cze­go do­bre­go. Pew­nie bra­li go za han­dla­rza nie­wol­ni­ków, któ­rych za­zwy­czaj peł­no się tu pa­no­szy­ło.

Je­den z roz­pę­dzo­nych stra­ga­nia­rzy od­bił się od bar­ku łow­cy jak od ścia­ny i upadł na ka­mie­nie, roz­sy­pu­jąc po­ma­rań­cze. Gdy spoj­rzał w gó­rę, na­po­tkał prze­szy­wa­ją­ce go błę­kit­ne oczy. Łow­ca po­dał rę­kę prze­ra­żo­ne­mu męż­czyź­nie i po­mógł mu wstać. Han­dlarz po­spiesz­nie ski­nął gło­wą i za­czął zbie­rać roz­sy­pa­ne owo­ce. Po do­tar­ciu do głów­nej bra­my Co­oper skrę­cił w pra­wo do znaj­du­ją­cej się nie­opo­dal staj­ni. Ścią­gnął nie­przy­tom­ne­go chło­pa­ka z grzbie­tu Kay­le, przy­tasz­czył nie­wład­ne cia­ło do ko­ry­ta z wo­dą, do któ­re­go wsa­dził gło­wę nie­szczę­śni­ka. Gdy po­czuł ruch, wy­nu­rzył dzie­cia­ka i pchnął go pod no­gi sta­jen­ne­go.

– Bę­dzie­my mieć przez to kło­po­ty. Od kie­dy mia­sto jest pod pro­tek­to­ra­tem Se­vil­li­tów, nie wol­no tu han­dlo­wać nie­wol­ni­ka­mi – po­wie­dział sta­jen­ny.

– Pod pro­tek­to­ra­tem? – zdzi­wił się Co­oper. – Nie han­dlu­ję nie­wol­ni­ka­mi, ko­niu­szy. Zna­la­złem chło­pa­ka na trak­cie, praw­do­po­dob­nie po­rwa­li go Pu­styn­ni Pi­ra­ci. Zaj­mij się nim, jest ran­ny. Ko­niem też się zaj­mij, tyl­ko uwa­żaj na nie­go, jest wie­le wart. Nie bój się har­pii wi­szą­cych na bo­ku ko­nia, są mar­twe. Mu­szę ode­brać za nie na­gro­dę, wró­cę po nie póź­niej, więc nie waż się ich ru­szyć. – Rzu­cił sta­jen­ne­mu srebr­ną mo­ne­tę.

Póź­niej wró­cił do bra­my, gdzie od ra­zu zde­ner­wo­wa­li go straż­ni­cy. By­li mło­dzi, na ich na­pier­śni­kach wid­nia­ły po­do­bi­zny ty­gry­sów, a na ple­cach po­wie­wa­ły cien­kie ciem­no­zie­lo­ne płasz­cze.

– Chwi­lecz­kę, nie tak pręd­ko. Ty­le sta­li na jed­nym czło­wie­ku? Po­lu­je­cie na niedź­wie­dzia? – rzu­cił straż­nik, re­cho­cząc do ko­le­gi.

– Niedź­wiedź, phi! Co to dla nie­go? Pew­nie po­lu­je na dar­ke­ra, smo­ka z baj­ki! – do­dał dru­gi, za­no­sząc się śmie­chem.

Co­oper zdzi­wił się, bo za­zwy­czaj lu­dzie nie od­zy­wa­li się do nie­go w ten spo­sób. Ba­li się go. Do­pie­ro po chwi­li wy­czuł od mło­ko­sów za­pach na­lew­ki.

– Dar­ker? A co to ta­kie­go? – pod­jął ich grę.

– Pra­daw­ny po­twór – od­parł pierw­szy ze straż­ni­ków.

– Je­stem pew­ny, że to je­go mat­ka. – Dru­gi wska­zał pal­cem na Co­ope­ra. – Tak, je­stem pew­ny… To je­go mat­ka, sko­ro wy­da­ła na świat ko­lej­ne­go po­two­ra! – Za­to­czył się lek­ko, a po­tem obaj straż­ni­cy wy­bu­chli śmie­chem.

– Ta stal mo­że za­raz przy­ozdo­bić wa­sze wstręt­ne mor­dy – wark­nął łotr, do­ty­ka­jąc rę­ko­je­ści krót­kie­go mie­cza.

Straż­ni­cy spo­waż­nie­li, wy­pro­sto­wa­li się i chwy­ci­li moc­niej dłu­gie lan­ce. Je­den z nich zro­bił wy­pad w przód i od­parł:

– Przej­ścia nie ma. Je­śli zo­sta­wisz broń przed wej­ściem, to cię wpu­ści­my.

– Ni­cze­go nie zo­sta­wię, z dro­gi! – sprze­ci­wił się łow­ca i marsz­cząc czo­ło, ru­szył przed sie­bie.

Straż­ni­cy za­re­ago­wa­li na­tych­miast, przy­ci­ska­jąc ostre czub­ki lanc do pier­si Co­ope­ra.

– Wy­co­faj się, mię­śnia­ku! Nie po­trze­bu­je­my tu awan­tur­ni­ków.

Łow­ca w mgnie­niu oka chwy­cił lan­ce pod pa­chy, przy­cią­gnął je do sie­bie ra­zem ze straż­ni­ka­mi i zła­mał, na­prę­ża­jąc mię­śnie. Na­stęp­nie, uni­ka­jąc pra­we­go sier­po­we­go oraz le­we­go pro­ste­go, chwy­cił gło­wy straż­ni­ków i zde­rzył je moc­no, aż za­dud­ni­ło. Wy­cie­ra­jąc dło­nie, ru­szył da­lej.

– Stój! – za­wo­łał ko­lej­ny straż­nik, któ­ry mie­rzył do łow­cy z łu­ku. Chwi­lę póź­niej do­łą­czy­li do nie­go ko­lej­ni, okrą­ża­jąc in­tru­za.

– Kur­wa! – ryk­nął Co­oper, zdej­mu­jąc to­pór z ple­ców.

– Opuść broń, bar­ba­rzyń­co!

Przed sze­reg zbroj­nych wy­stą­pił wy­so­ki i po­staw­ny męż­czy­zna w śred­nim wie­ku, ubra­ny w lek­ką zbro­ję. Rę­ce miał za­ple­cio­ne za ple­ca­mi, a je­go miecz spo­czy­wał w po­chwie. Na krót­kich wło­sach by­ło znać pa­rę si­wych ko­smy­ków.

– Na­zy­wam się De­an Aze­berh, je­stem do­wód­cą dwu­dzie­ste­go gar­ni­zo­nu pie­cho­ty wojsk Se­vil­lith – cią­gnął męż­czy­zna. – We­dług ko­dek­su na­paść na żoł­nie­rza ka­ra­na jest wię­zie­niem lub stra­ce­niem. Dla­te­go w imie­niu Ja­na Kha­ve­da II, wład­cy Se­vil­lith oraz ziem znaj­du­ją­cych się pod je­go pro­tek­to­ra­tem, aresz­tu­ję cię. Cze­ka cię pro­ces, bar­ba­rzyń­co. Od­daj broń.

Łow­ca ro­zej­rzał się i od­dał to­pór żoł­nie­rzom. By­ło ich za du­żo, na­wet jak na czło­wie­ka, któ­ry trud­ni się za­bi­ja­niem be­stii.

– Jesz­cze nóż – do­dał De­an Aze­berh.

Co­oper usłu­chał i wy­cią­gnął nóż z pa­ska na udzie.

– Pój­dziesz za mną – na­ka­zał do­wód­ca i ru­szył w kie­run­ku mu­rów, a za nim po­dą­żył Co­oper w eskor­cie ma­łe­go gar­ni­zo­nu żoł­nie­rzy.

Prze­mie­rzy­li nie­dłu­gi od­ci­nek, po czym do­wód­ca spo­czął pod wiel­kim na­mio­tem. Męż­czy­zna usiadł na krze­śle wy­ko­na­nym z drew­na i lnu.

– Mów, skąd przy­by­wasz i co tu ro­bisz? – spy­tał De­an Aze­berh.

– Na­zy­wam się Jo­seph Co­oper, je­stem łow­cą. Zaj­mu­ję się za­bi­ja­niem po­two­rów, przy­je­cha­łem ode­brać na­gro­dę za zle­ce­nie. Od kie­dy Menr­thifs jest pod pro­tek­to­ra­tem? Daw­niej moż­na by­ło tu wno­sić broń.

– Pań­stwo Se­vil­lith ob­ję­ło pro­tek­to­rat nad Menr­thifs po za­ma­chu na kró­la Ja­na Kha­ve­da I.

– Po za­ma­chu? – spy­tał zdzi­wio­ny łow­ca.

– Tak, król Jan Kha­ved I zo­stał za­mor­do­wa­ny dwie no­ce te­mu. Na­ka­zem no­we­go kró­la zo­sta­li­śmy przy­dzie­le­ni tu­taj, a na­szym za­da­niem jest za­bez­pie­cza­nie gra­nic pań­stwa.

– Z te­go, co wiem, Menr­thifs znaj­du­je się po­za gra­ni­ca­mi Se­vil­liath – za­uwa­żył Co­oper.

– To praw­da, lecz miesz­kań­cy mia­sta sa­mi zgo­dzi­li się na pro­tek­to­rat – od­parł De­an Aze­berh, no­tu­jąc coś na per­ga­mi­nie.

– Sa­mi się zgo­dzi­li czy zo­sta­li zmu­sze­ni si­łą? – Jo­seph nie wy­trzy­mał.

– Uwa­żaj, łow­co. Je­den z mo­ich żoł­nie­rzy twier­dzi, że han­dlu­jesz nie­wol­ni­ka­mi. Wi­dział jed­ne­go na two­im ko­niu, gdy wjeż­dża­łeś do mia­sta.

– To zwy­kły chło­pak, zna­la­złem go na trak­cie. Za­bra­łem go, choć mo­głem zo­sta­wić na śmierć. Za­pła­ci­łem sta­jen­ne­mu, że­by się nim za­jął. Spy­taj­cie go, je­śli mi nie wie­rzy­cie.

Do­wód­ca wcią­gnął po­wie­trze, za­sta­no­wił się chwi­lę.

– Mi­mo wszyst­ko na­pa­dłeś na żoł­nie­rzy, mu­sisz zo­stać uka­ra­ny – oznaj­mił sta­now­czo.

– Czy straż­ni­cy na war­cie mo­gą spo­ży­wać al­ko­hol lub środ­ki odu­rza­ją­ce? – spy­tał Co­oper.

– Nie, ko­deks te­go za­bra­nia – przy­znał De­an.

– Pro­szę więc przyj­rzeć się swo­im lu­dziom. Ni­g­dy nie za­ata­ko­wał­bym żoł­nie­rza bez po­wo­du. Dzia­ła­łem w obro­nie wła­snej.

Do­wód­ca kiw­nął pal­cem na straż­ni­ka znaj­du­ją­ce­go się po je­go pra­wej i roz­ka­zał mu spraw­dzić ze­zna­nia Jo­se­pha.

– Je­steś więc łow­cą, tak? – zwró­cił się po­now­nie do Co­ope­ra. – Mo­że nam się jesz­cze przy­dasz. Jed­nak ko­deks to ko­deks, a ja mu­szę wy­peł­niać roz­ka­zy.

– Co ze mną zro­bi­cie? – Łow­ca uniósł brew.

– Jak na ra­zie zo­sta­niesz wtrą­co­ny do lo­chów i zo­sta­niesz tam, do­pó­ki nie do­koń­czy­my śledz­twa.

– Nie mo­że­cie te­go zro­bić.

– Mo­że­my i zro­bi­my to. Módl się ra­czej, abyś nie zo­stał stra­co­ny.

– Do ko­go? Do wa­szych bo­gów? Jed­no­okie­go Ko­ta?

– Nie ob­ra­żaj nas! – wark­nął do­wód­ca z po­waż­ną mi­ną. – Za­brać go i nie za­po­mnij­cie go skuć.

W tym mo­men­cie do Co­ope­ra pod­szedł mło­dy żoł­nierz, któ­ry pew­nie do­pie­ro co zo­stał wcie­lo­ny do ar­mii. Rę­ce mu drża­ły, naj­wy­raź­niej mło­dzik bał się więź­nia.

– Rę­ce – roz­ka­zał nie­pew­nie.

Jo­seph za­wie­sił wzrok na nie­bie, jak­by szu­kał ra­tun­ku, na­stęp­nie wes­tchnął i wy­cią­gnął rę­ce do przo­du. Mło­de­mu żoł­nie­rzo­wi tak trzę­sły się dło­nie, że upu­ścił kaj­da­ny.

– Cho­le­ra! – za­klął do­wód­ca, po czym wy­rwał kaj­da­ny chło­pa­ko­wi i sam skuł wiel­kie nad­garst­ki Co­ope­ra. – Na­przód!

Eskor­ta ru­szy­ła z więź­niem mar­szo­wym kro­kiem. Gdy do­tar­li pod mu­ry, ze­szli po dłu­gich scho­dach do lo­chów znaj­du­ją­cych się obok spły­wa­ją­cych ście­ków. Ce­le by­ły ma­łe, lecz pra­wie pu­ste. Ma­ło kto od­wa­żał się kraść czy za­bi­jać, gdy woj­ska Ty­gry­sów za­go­ści­ły w mie­ście.

– Mam tu wejść? – spy­tał znie­sma­czo­ny Co­oper.

– Wchodź, nie ma­rudź – rzu­cił je­den z żoł­nie­rzy.

– Śmier­dzi tu go­rzej niż w staj­ni – zde­ner­wo­wał się Jo­seph.

– Wej­dziesz sam al­bo cię we­pchnie­my.

– Zdej­mij­cie mi cho­ciaż to że­la­stwo.

– Le­vai. – Żoł­nierz ski­nął dło­nią na mło­de­go chło­pa­ka, któ­ry do­sko­czył szyb­ko do łow­cy, roz­kuł mu rę­ce i od ra­zu cof­nął się za star­sze­go ko­le­gę. Ten we­pchnął Co­ope­ra do ce­li i za­mknął drzwi na kłód­kę. – Mi­łej za­ba­wy! Na­stęp­nym ra­zem tra­fisz do pia­chu – do­dał, a po­tem od­szedł z resz­tą eskor­ty.

Wnę­trze nie by­ło zbyt przy­jem­ne, wszę­dzie znaj­do­wał się pia­sek, po­sła­nie sta­no­wi­ły wi­kli­no­we ma­ty, a o wy­chod­ku mógł za­po­mnieć. Je­dy­nym plu­sem by­ło to, że nie do­cie­ra­ło tu słoń­ce. Co­oper ro­zej­rzał się po lo­chach. W in­nych ce­lach zo­ba­czył star­ca oraz dwóch mło­dych męż­czyzn. Po­tem usiadł na pia­sku i oparł się o ścia­nę.

– Wspa­nia­le, kur­wa, wspa­nia­le – mruk­nął, opusz­cza­jąc gło­wę i cho­wa­jąc ją w dło­niach.

Roz­dział 3

Krwa­wy Księ­życ

Jak ob­li­czyć si­łę po­trzeb­ną do skru­sze­nia mu­ru Te­zie­go?

To py­ta­nie wy­wo­ły­wa­ło prze­ra­że­nie w umy­słach mło­dych adep­tów Szko­ły Śród­mie­ścia. Jed­nak nie w gło­wie Ana­sta­zji. Jej umysł był czy­sty, spo­koj­ny i lek­ki jak za­zwy­czaj. Dziew­czy­na już daw­no te­mu wy­ko­na­ła za­da­nie, któ­re nie spra­wi­ło jej więk­szych trud­no­ści. Cze­ka­ła więc ze znu­dze­niem, aż resz­ta uczniów do­koń­czy spraw­dzian. Te­raz spo­glą­da­ła przez okno, ob­ser­wu­jąc, jak ziarn­ka pia­sku prze­mie­rza­ją klep­sy­drę, wbu­do­wa­ną we fron­to­wą ścia­nę bu­dyn­ku nad drzwia­mi wej­ścio­wy­mi.

Po­tęż­na kon­struk­cja, wy­so­ka na oko­ło pięć­dzie­siąt łok­ci, pra­wie w ca­ło­ści skła­da­ła się z wy­trzy­ma­łe­go szkła. Po prze­sy­pa­niu się pia­sku zmie­nia­ła po­ło­że­nie dzię­ki dwóm wiel­kim or­bi­tom w ko­lo­rze gra­fi­tu, ozdo­bio­nym zło­ty­mi gli­fa­mi. Or­bi­ta­mi zaś po­ru­szał ma­gicz­ny rdzeń, któ­ry ema­no­wał nie­bie­ską po­świa­tą przy­po­mi­na­ją­cą bły­ska­wi­ce. Dzię­ki nie­mu klep­sy­dra dzia­ła­ła nie­prze­rwa­nie od po­cząt­ku ist­nie­nia szko­ły, czy­li od prze­szło czte­ry­stu lat, i by­ła naj­więk­szą du­mą tu­tej­szych wie­dzą­cych. Sta­no­wi­ła je­den z pierw­szych i nie­licz­nych od­mier­za­czy cza­su, któ­re jesz­cze ni­g­dy w hi­sto­rii nie ule­gły po­psu­ciu.

Klep­sy­drę naj­le­piej by­ło wi­dać z okrą­głe­go dzie­dziń­ca, wy­ło­żo­ne­go kost­ką o ja­snej, nie­mal bia­łej bar­wie. Ucznio­wie za­zwy­czaj spę­dza­li tam prze­rwy na mar­mu­ro­wych ław­kach. Ścia­ny szko­ły wy­ko­na­no z ce­gieł wy­pa­la­nych z bia­łej gli­ny, wy­do­by­wa­nej w ko­pal­niach pod Ve­ratz, nie­da­le­ko Mia­sta Po­stę­pu. Ce­gły z te­go ma­te­ria­łu róż­ni­ły się od in­nych – by­ły za­dzi­wia­ją­co lek­kie i gład­kie, ale też wy­trzy­ma­łe. Dla­te­go w Gra­vadz­z­ku więk­szość pań­stwo­wych bu­dow­li wzno­szo­no z wy­ko­rzy­sta­niem te­go bu­dul­ca.

Ogrom­ny gmach Szko­ły Śród­mie­ścia wy­glą­dem przy­po­mi­nał za­mek z wie­lo­ma wie­życz­ka­mi znacz­nie prze­wyż­sza­ją­cy­mi mu­ry. Pla­ców­kę zbu­do­wa­no na pa­gór­ko­wa­tym te­re­nie ziem Te­ratz, dzię­ki cze­mu bu­dow­la przy­po­mi­na­ła wzbie­ra­ją­ce fa­le na mo­rzu. Po­łu­dnio­wa część szko­ły za­czy­na­ła się nad je­zio­rem i cią­gnę­ła się na pół­noc, gdzie cho­wa­ła się w le­sie. Od głów­nej osi bu­dyn­ku przy­po­mi­na­ją­cej li­te­rę U wy­cho­dzi­ło wie­le mniej­szych od­nóg. Na wy­so­ko osa­dzo­nych da­chach znaj­do­wa­ły się roz­ma­ite Opa­da­ją­ce Ogro­dy, któ­rych ro­ślin­ność przy­kry­wa­ła znacz­ną część mu­rów szko­ły. By­ły to za­zwy­czaj zie­lo­ne pną­czo­spa­dy, ale w nie­któ­rych miej­scach wy­stę­po­wa­ły tak­że pur­pu­ro­we gni­cy­je oraz ró­żo­we i ja­sno­nie­bie­skie blusz­czo­wij­ki. Naj­bar­dziej od­da­lo­ne od sie­bie czę­ści szko­ły po­łą­czo­no wi­szą­cy­mi prze­szklo­ny­mi ko­ry­ta­rza­mi.

Ca­łą kon­struk­cję ota­cza­ły pre­cy­zyj­nie przy­strzy­żo­ne traw­ni­ki, oczka wod­ne oraz fon­tan­ny ozdo­bio­ne róż­no­rod­ny­mi mar­mu­ro­wy­mi rzeź­ba­mi. Du­żą atrak­cję sta­no­wi­ły krzy­wo ro­sną­ce drze­wa o ga­łę­ziach wy­gi­na­ją­cych się w róż­ne stro­ny, cha­rak­te­ry­stycz­ne dla tu­tej­sze­go kli­ma­tu. Bli­żej sa­mych mu­rów znaj­do­wa­ły się bo­iska do gry w smo­ka, dzi­ki ży­wo­płot, w któ­rym po­tra­fi­ły zgu­bić się na­wet naj­tęż­sze gło­wy, oraz róż­ne­go ro­dza­ju po­la do ćwi­cze­nia szer­mier­ki.

Szko­ła zo­sta­ła okrzyk­nię­ta jed­ną z naj­lep­szych w Gra­vadz­z­ku, nie­któ­rzy twier­dzi­li, że do­rów­ny­wa­ła szko­le Atil­li Glass w Wer­sh­mah­cie, sto­li­cy Gra­vadz­z­ka. Je­śli wie­rzyć ostat­nim do­nie­sie­niom, w dzie­dzi­nie na­uk ści­słych nie­znacz­nie prze­wyż­szy­ła już sto­łecz­ną uczel­nię, jed­nak na kie­run­ku woj­sko­wym na­dal po­zo­sta­wa­ła da­le­ko w ty­le.

Ana­sta­zja, czter­na­sto­let­nia adept­ka ar­chi­tek­tu­ry, nie lu­bi­ła uczyć się w do­mu, choć mia­ła na to czas i moż­li­wo­ści. Jej oj­ciec był wy­bit­nym ar­chi­tek­tem, któ­ry pro­jek­to­wał ma­chi­ny wo­jen­ne, mu­ry obron­ne oraz pro­ste bu­dyn­ki. Mat­ka zaś by­ła ka­płan­ką z po­wo­ła­nia, od­pro­wa­dza­ła du­sze zmar­łych na dru­gi brzeg we­dług sta­rych wie­rzeń. Mi­mo do­bro­by­tu i sprzy­ja­ją­cych wa­run­ków do ucze­nia się w do­mu czter­na­sto­lat­ka więk­szość na­uk przy­swa­ja­ła w szko­le, dzię­ki te­mu, że jej umysł szyb­ko chło­nął wie­dzę. Pod­czas gdy in­ni ucznio­wie bie­ga­li po ko­ry­ta­rzach lub za­ba­wia­li się roz­ma­ity­mi gra­mi, ona sie­dzia­ła w księ­gach.

Bar­dziej wy­ma­ga­ją­ce przed­mio­ty, ta­kie jak ob­szer­na hi­sto­ria czy astro­no­mia, zaj­mo­wa­ły dziew­czy­nie wię­cej cza­su, dla­te­go sia­da­ła do nich tak­że po­za lek­cja­mi, lecz ro­bi­ła to za­zwy­czaj po­za do­mem w dziw­nych miej­scach. Jak sa­ma twier­dzi­ła, do roz­wo­ju umy­słu po­trzeb­ne by­ły świe­że po­wie­trze i wol­na prze­strzeń. Za­bie­ra­ła więc książ­ki ze so­bą i czy­ta­ła je w la­sach lub na ska­li­stych kli­fach. Ostat­nio upodo­ba­ła so­bie sze­ro­ki na trzy­dzie­ści stóp czer­wo­ny dach ma­ga­zy­nu, na któ­re­go koń­cu mie­ścił się warsz­tat z wiel­kim ce­gla­nym ko­mi­nem. Ob­ser­wo­wa­ła z nie­go ogrom­ne stat­ki cu­mu­ją­ce w por­cie dłu­gim na jed­ną trze­cią gra­ni­cy mia­sta. Gdy prze­cho­dzi­ła na dru­gą stro­nę da­chu, mo­gła zo­ba­czyć ćwi­czą­cych w ko­tli­nie lu­dzi, zwa­nych fi­zycz­ny­mi, przy­go­to­wu­ją­cych się do co­rocz­nych za­wo­dów ku czci Mer­ry, Va­de­ta i Syt­nio­na. W ten spo­sób oby­wa­te­le Mia­sta Po­stę­pu od­da­wa­li hołd tym trzem bó­stwom w po­dzię­ko­wa­niu za do­bre plo­ny.

Te­raz ja­sno­zie­lo­ne oczy dziew­czy­ny wpa­try­wa­ły się w szy­bę znaj­du­ją­cą się na wschod­niej ścia­nie po­miesz­cze­nia, skąd mia­ła świet­ny wi­dok na wy­bieg, gdzie o rok star­si adep­ci, głów­nie chłop­cy, ćwi­czy­li jaz­dę kon­ną oraz po­je­dyn­ko­wa­nie się. Za­zdro­ści­ła im, nie mo­gła się do­cze­kać koń­ca lek­cji, któ­ra po­ma­łu za­czy­na­ła ją nu­żyć. Choć lu­bi­ła przed­mio­ty ści­słe i by­ła w nich po­nad­prze­cięt­na, naj­więk­szą ra­dość spra­wia­ły jej za­ję­cia fi­zycz­ne oraz na­uka zna­ków ma­gii sta­tycz­nej.

W tym mo­men­cie uwa­gę dziew­czy­ny przy­kuł Jeff Ta­nis, syn ge­ne­ra­ła Var­to­za Ta­ni­sa z pią­tej dru­ży­ny pie­cho­ty. Chło­pak był wy­jąt­ko­wo wy­spor­to­wa­ny jak na swój wiek. Gra­vadz­z­cy sy­no­wie szyb­ko sta­wa­li się sil­ni i męż­ni, szcze­gól­nie gdy wy­bie­ra­li spe­cja­li­za­cje woj­sko­we, tak jak Jeff. Po­je­dyn­ko­wał się wła­śnie z wyż­szym od sie­bie He­brem, któ­ry wy­da­wał się zbyt pew­ny sie­bie.

– Pst, Ana!

Obej­rza­ła się w stro­nę Ri­vi­na, jed­nak od ra­zu od­wró­ci­ła wzrok. Zdą­ży­ła za­uwa­żyć tyl­ko je­go skom­pli­ko­wa­ny gest dło­ni. W prze­ci­wień­stwie do dziew­czy­ny Ri­vin nie miał ta­len­tu do na­uki. Za­wsze uśmiech­nię­ty ciem­no­skó­ry chło­pak o po­god­nej twa­rzy i krót­kich roz­pro­szo­nych we wszyst­kie stro­ny wło­sach wzbu­dzał za­ufa­nie i był lu­bia­ny do te­go stop­nia, że na­uczy­cie­le li­to­wa­li się nad je­go nie­po­rad­no­ścią, dzię­ki cze­mu za­wsze uda­wa­ło mu się zda­wać waż­ne eg­za­mi­ny w ter­mi­nie.

Ana­sta­zja szyb­ko za­czę­ła kre­ślić licz­by i dziw­nie wy­glą­da­ją­ce zna­ki na mięk­kim per­ga­mi­nie. Po­tem zmię­ła kart­kę i spoj­rza­ła na za­pa­trzo­ne­go w ma­py wie­dzą­ce­go, któ­ry nie wy­da­wał się za­in­te­re­so­wa­ny ucznia­mi, po czym bły­ska­wicz­nym ru­chem rzu­ci­ła ją ko­le­dze. Ri­vin zła­pał po­mię­ty per­ga­min i naj­szyb­ciej jak umiał scho­wał go do rę­ka­wa bia­łej ko­szu­li. Przez chwi­lę nie wy­ko­ny­wał żad­nych ru­chów i ob­ser­wo­wał za­czy­ta­ne­go na­uczy­cie­la. Upew­nił się jesz­cze, czy sie­dzą­ca w pierw­szej ław­ce Ga­vri To­net nie wi­dzia­ła ca­łe­go zaj­ścia, gdyż na pew­no po­skar­ży­ła­by się wie­dzą­ce­mu.

Ana­sta­zja z po­wro­tem wbi­ła wzrok w szy­bę. Przez chwi­lę trwa­ją­cą nie­dłu­żej niż se­kun­dę po­czu­ła wście­kłość na Ri­vi­na, gdyż przez nie­go prze­oczy­ła mo­ment zwy­cię­stwa Jef­fa Ta­ni­sa w po­je­dyn­ku z He­brem, któ­ry te­raz trzy­mał się za pierś. Jeff ga­lo­po­wał już na ko­niec gro­ma­dy, dzier­żąc pięk­ny ro­ga­ty hełm przy bo­ku, a dłu­gie blond wło­sy chło­pa­ka roz­wie­wa­ły po­dmu­chy wia­tru. Wy­glą­dał jak je­den z żoł­nie­rzy oświe­co­nej bry­ga­dy, wal­czą­cy z nie­przy­ja­cie­lem w bi­twie pod We­ne. Ci, któ­rzy oca­le­li, na­zwa­li to miej­sce Do­li­ną Cie­ni.

Wzrok dziew­czy­ny szyb­ko przy­ku­ła jed­nak syl­wet­ka nie­co szczu­plej­sze­go, ale rów­nie atle­tycz­nie zbu­do­wa­ne­go Fla­ver­ta Gro­ma, na­zy­wa­ne­go Strza­łą. Fla­vert pod­niósł wzrok i w oknie uj­rzał Ana­sta­zję. Na­stęp­nie wy­cią­gnął przed sie­bie dłoń, na­kre­ślił w po­wie­trzu znak, któ­ry na­brał gę­sto­ści sła­be­go dy­mu, a na­stęp­nie pchnął go wy­żej. W po­wie­trzu po­ja­wi­ło się dym­ne ser­ce, któ­re po chwi­li się roz­pro­szy­ło. Nie­wie­lu uczniów po­tra­fi­ło stwo­rzyć coś ta­kie­go, Fla­vert był na­praw­dę uta­len­to­wa­ny. Ana­sta­zja mo­men­tal­nie się skrzy­wi­ła. Nie­po­trzeb­nie ostat­nio da­ła się wcią­gnąć w gier­ki chło­pa­ka, za­miast od ra­zu od­rzu­cić je­go za­lo­ty. Mia­ła na gło­wie na­ukę, a te­raz jesz­cze mu­sia­ła wy­my­ślić, jak po­zbyć się upo­rczy­we­go ad­o­ra­to­ra. Mo­gła zdzie­lić go po gło­wie gru­bą na dwa pal­ce książ­ką o trwa­ją­cej pra­wie trzy mie­sią­ce woj­nie na Czar­nym Mo­rzu. W tej chwi­li ża­ło­wa­ła, że te­go nie zro­bi­ła.

– Hej, Ana – wy­szep­tał Ri­vin.

Dziew­czy­na od­wró­ci­ła się raz jesz­cze do ko­le­gi, tym ra­zem z uśmie­chem, jak­by w po­dzię­ko­wa­niu za to, że od­cią­gnął ją od wpa­try­wa­nia się w okrop­ną fa­cja­tę Fla­ver­ta Gro­ma. Ri­vin znów za­czął ży­wo ge­sty­ku­lo­wać. Ana­sta­zja za­zwy­czaj do­brze od­czy­ty­wa­ła je­go ge­sty, jed­nak tym ra­zem nie mo­gła zro­zu­mieć, o co cho­dzi, roz­ło­ży­ła więc rę­ce i unio­sła brwi. Ri­vin otwo­rzył już usta, że­by coś po­wie­dzieć, kie­dy usły­szał zgrzyt me­ta­lu. To by­ła no­ga krze­sła, na któ­rym sie­dział wie­dzą­cy.

– Do­brze, odłóż­cie pió­ra – po­wie­dział na­uczy­ciel nie­co ochryp­nię­tym gło­sem.

Nie­któ­rzy twier­dzi­li, że sza­no­wa­ny przez in­nych wie­dzą­cy, oświe­co­ny Van Bra­in, prze­żył już wiek, co wy­ja­śnia­ło­by je­go dziw­ne za­cho­wa­nia. Po­cho­dzą­cy ze wschod­niej czę­ści gór Ta­nah, osiem­dzie­się­cio­dzie­wię­cio­let­ni na­uczy­ciel, był wy­so­ki, szczu­pły, o si­wych wło­sach i krót­kim za­ro­ście. Na cha­rak­te­ry­stycz­nym, dłu­gim or­lim no­sie spo­czy­wa­ły ogrom­ne oku­la­ry, z za­usz­ni­ka­mi za­ha­czo­ny­mi o kan­cia­ste uszy, przez co męż­czy­zna wy­glą­dał nie­co śmiesz­nie. Do te­go ubie­rał się rów­nie dziw­nie i nie­mod­nie, co Ve­znań­czy­cy z Pół­noc­nej Gra­ni. Dziś miał na so­bie ja­sno­zie­lo­ną ko­szu­lę z wiel­kim koł­nie­rzem, ozdo­bio­ną w ja­śniej­sze i ciem­niej­sze rom­by, a tak­że brą­zo­we spodnie oraz bu­ty z kwa­dra­to­wym no­skiem. Ca­ło­ści do­peł­niał za­rzu­co­ny na wierzch brą­zo­wy płaszcz, choć na ze­wnątrz by­ło do­syć cie­pło.

Ri­vin spo­chmur­niał na wi­dok wsta­ją­ce­go wie­dzą­ce­go. Wy­pro­sto­wał się i splótł pal­ce dło­ni na dę­bo­wym biur­ku.

– Czas mi­nął – po­wtó­rzył wie­dzą­cy i ru­szył wzdłuż ła­wek, zbie­ra­jąc per­ga­mi­ny.

Ław­ki Ri­vi­na i Ana­sta­zji znaj­do­wa­ły się obok sie­bie, dzie­li­ła ich tyl­ko ma­ła prze­rwa, jak zresz­tą mię­dzy wszyst­ki­mi biur­ka­mi. Gdy tyl­ko wie­dzą­cy prze­szedł obok nich, Ri­vin rzu­cił na ław­kę Ana­sta­zji zwi­tek pa­pie­ru i od ra­zu od­wró­cił wzrok. Ana szyb­ko go schwy­ci­ła i ukry­ła w dłu­gich ja­sno­blond wło­sach. Wte­dy wie­dzą­cy ob­ró­cił się ener­gicz­nym ru­chem w jej kie­run­ku. Zmie­rzył ją po­dejrz­li­wym wzro­kiem, a póź­niej po­szedł da­lej.

W mię­dzy­cza­sie Ana­sta­zja roz­pro­sto­wa­ła pa­pier otrzy­ma­ny od Ri­vi­na. Chło­piec na­ry­so­wał na nim okno oraz wi­docz­ne za nim mu­ry z za­krzy­wio­ną strzał­ką.

– Przez mu­ry? – wy­szep­ta­ła Ana­sta­zja.

Ri­vin po­ki­wał gło­wą z bły­skiem w oczach i spoj­rzał na klep­sy­drę. W gór­nej czę­ści przy­rzą­du po­zo­sta­ło nie­wie­le pia­sku.

Zmę­czo­ny na­uczy­ciel usiadł i wrzu­cił ster­tę per­ga­mi­nów do swo­jej za­cza­ro­wa­nej tor­by, któ­ra sa­ma się za­mknę­ła. Ścią­gnął zbyt du­że opraw­ki z no­sa i prze­tarł oczy, czym pod­kre­ślił głę­bo­kie zmarszcz­ki na po­licz­kach. Po­tem za­ło­żył z po­wro­tem oku­la­ry i pod­jął:

– Pa­mię­taj­cie, aby…

[…]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Equ­ali­brum. Zwia­stun Śmier­ci

isbn: 978-83-8423-261-3

© An­drzej Dą­broś i Wy­daw­nic­two No­vae Res 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa No­vae Res.

re­dak­cja: Aga­ta Do­bosz

ko­rek­ta: Kon­rad Wit­kow­ski

okład­ka: Oli­wia Błasz­czyk

Wy­daw­nic­two No­vae Res na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-ma­il: se­kre­ta­riat@gru­pa­za­czy­ta­ni.pl

https://no­va­eres.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.