Equalibrum. Zwiastun Śmierci - Andrzej Dąbroś - ebook

Equalibrum. Zwiastun Śmierci ebook

Andrzej Dąbroś

5,0

Opis

Śmierć nadciąga. Wypełznie z ciemności i zbierze żniwo.

Przed wiekami potężny nekromanta, zwany Pożeraczem Światów, zapragnął wznieść swoje imperium na ruinach krainy żywych. Pokonany i uwięziony w krypcie, czekał na dzień, gdy jego więzy osłabną… a ktoś pomoże mu powrócić i dokonać zemsty.

Wiele stuleci później Alex budzi się w ciemnym lesie, pozbawiony wspomnień, z kamieniem o tajemniczej mocy w dłoni. Zdezorientowany, wyrusza w głąb nieznanego świata, gdzie napotyka krwiożercze bestie, zaskakujące przeszkody i… niespodziewanych sojuszników. Razem z dociekliwą Anastazją próbuje odkryć prawdę o sobie oraz krainie, która wydaje się chylić ku zagładzie.

Tymczasem królestwa Equalibrum, opuszczone przez bogów, pogrążają się w intrygach politycznych i konfliktach wojennych. Świat spowijają złowrogie cienie.

Nadciąga czas chaosu i wkrótce nikt nie zazna spokoju – ani żywi, ani martwi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 434

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (3 oceny)
3
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
maniamisia2024

Nie oderwiesz się od lektury

Jako debiut polskiego młodego autora , już na starcie pokazuje duży potencjał ,powieść osadzona jest w rozbudowanym , skomplikowanym świecie , pełnym mitologicznych stworzeń , magii , półbogów , wojowników oraz adeptów szkół. Bogactwo elementów fantasy sprawia że książka jest różnorodna i intrygująca . Jednym z największych atutów książki jest dynamiczna akcja , od pierwszych stron zostajemy wrzuceni w sam środek wydarzeń . Naturalnie rodzi się ciekawość jak potoczą się losy bohaterów ? I jak przetną się ich drogi ? Na szczególną uwagę zasługują młodzi bohaterowie są to postacie o wyrazistym charakterze który jest tak potrzebny by przetrwać w tak mrocznym świecie . Warto zaznaczyć że książka nie jest przeznaczona dla młodszych czytelników z powodu wulgarnego języka i brutalnych scen , które podkreślają tylko mroczny klimat książki .jesli chodzi o słabe strony momentami można odczuć przytłoczenie natłokiem informacji, wątków i ilością postaci . Świat przedstawiony jest bardzo rozbudowan...
00
washingtoniene

Nie oderwiesz się od lektury

„Equalibrum. Zwiastun Śmierci” to mroczne fantasy, które wciąga od pierwszych stron. Świat pogrążony w chaosie, pradawne moce wracające do życia, królestwa tonące w intrygach. Tutaj spokój to tylko złudzenie. Jeśli lubisz historie pełne napięcia, tajemnicy i mroku, ta książka wciągnie Cię bez reszty.
00
bookmarta

Nie oderwiesz się od lektury

Masz chęć zanurzyć się w mrocznym świecie fantasy? Przed Tobą książka, od której nie oderwiesz się od tak, możesz uwierzyć na słowo, zwłaszcza jeżeli uwielbiasz takie klimaty. Tysiące lat przed głównymi wydarzeniami, pierwszy człowiek, Atros, buntuje się przeciw stwórcom i pociąga za sobą część ludzkości. Tym samym bogowie karają buntowników zsyłając ich do odizolowanych światów, jednym z nich jest nasze tytułowe EQUALIBRUM - kraina przesiąknięta magią i chaosem. Głównym bohaterem powieści jest Alex, chłopiec, który budzi się w mrocznym lesie bez wspomnień, z tajemniczym kamieniem w dłoni. Poczucie zagrożenia towarzyszy mu od samego początku, niepokojące głosy i zjawy robią swoje, w dodatku ma wrażenie, że ktoś go śledzi. W trakcie wędrówki Alex spotka wrogów jak i sojuszników, później towarzyszy mu Anastazja, oboje próbują odkryć prawdę o świecie, a także prawdę o sobie. Autor w trakcie powieści stopniowo odsłania elementy przepowiedni mówiącej o chłopcu, który doprowadzi do powrotu...
00

Popularność




Pro­log

Ty­sią­ce lat te­mu, gdy bo­go­wie i lu­dzie ży­li w Pod­nieb­nych Kró­le­stwach, pierw­szy czło­wiek imie­niem Atros sprze­ci­wił się stwór­com i zbun­to­wał część ra­sy ludz­kiej prze­ciw nim. Znie­wa­że­ni bo­go­wie prze­klę­li bun­tow­ni­ków i strą­ci­li ich do wcze­śniej utwo­rzo­nych świa­tów, któ­rych nikt nie za­miesz­ki­wał: Oxe­lum, Equ­ali­brum, Mo­ros, Pa­le­xe­rum, Ha­os i Pe­gaz. Na ich cze­le sta­nę­li pół­bo­go­wie, zwa­ni Za­ło­ży­cie­la­mi lub Pierw­szy­mi, któ­rzy mie­li pil­no­wać po­rząd­ku i wy­zna­czać lu­dziom dro­gę do na­wró­ce­nia. Jed­nym z Za­ło­ży­cie­li zo­stał wy­nie­sio­ny byt Atros, któ­re­go bo­go­wie chcie­li na­uczyć po­słu­szeń­stwa. Atros mu­siał ob­ser­wo­wać po­czy­na­nia lu­dzi i ka­rać ich za prze­wi­nie­nia. To mia­ła być na­ucz­ka da­na ra­sie ludz­kiej, nim z po­wro­tem do­sta­nie po­zwo­le­nie, by za­siąść w Kom­na­tach Chwa­ły.

Bo­go­wie nie do­ce­ni­li jed­nak lu­dzi i ich umie­jęt­no­ści. W jed­nym ze świa­tów, zwa­nym Equ­ali­brum, na­stał cha­os – lu­dzie na­uczy­li się pa­no­wać nad ma­gią, któ­ra sta­no­wi­ła część tam­tej­szej zie­mi. W pierw­szej erze naj­po­tęż­niej­szy z ży­ją­cych wte­dy lu­dzi – ne­kro­man­ta, któ­re­mu nada­no przy­do­mek Po­że­racz Świa­tów – otu­lił mgłą ca­łe Equ­ali­brum tak, że na­wet bo­go­wie nie mo­gli uj­rzeć, co się w nim dzie­je. Po­że­racz za­czął prze­miesz­czać się mię­dzy świa­ta­mi i bu­do­wać swo­je im­pe­rium. Wów­czas bo­go­wie wy­sła­li Atro­sa, naj­po­tęż­niej­sze­go z pół­bo­gów, by po­zbył się za­gro­że­nia i przy­niósł du­szę Po­że­ra­cza do Kom­nat Chwa­ły, gdzie cze­kał go sąd.

Nie­ste­ty Atros nie po­ra­dził so­bie z prze­ciw­ni­kiem. Pod­czas ich star­cia ne­kro­man­ta oka­zał się zbyt po­tęż­ny. Po­ko­na­ny Atros uciekł i pró­bo­wał skryć się przed bo­ga­mi, oba­wia­jąc się ich gnie­wu. Bo­go­wie jed­nak go od­na­leź­li i po­sta­wi­li przed są­dem w Pod­nieb­nych Kró­le­stwach. Gdy Atros opo­wie­dział, co się wy­da­rzy­ło i jak prze­grał wal­kę z Po­że­ra­czem, wście­kli bo­go­wie zde­gra­do­wa­li go i wy­sła­li do Pie­kiel­nej Stre­fy X, od­bie­ra­jąc mu tym sa­mym bo­ską chwa­łę. Za­czę­li oba­wiać się Po­że­ra­cza, wier­ci­li się nie­spo­koj­nie na zło­tych tro­nach i wy­glą­da­li zza osło­ny nie­bios w kie­run­ku pla­net, któ­re stwo­rzy­li. Na­ra­dza­li się w Kom­na­tach Chwa­ły, ob­my­śla­jąc zstą­pie­nie na zie­mię, i dzi­wi­li się przy tym, jak zwy­kły czło­wiek mógł stać się aż tak wszech­moc­ny. W mię­dzy­cza­sie Po­że­racz Świa­tów znik­nął, a mgła opa­dła, roz­pusz­cza­jąc się w ga­lak­ty­ce. Świat Equ­ali­brum za­czął bu­do­wać się na no­wo.

Po pew­nym cza­sie oka­za­ło się, że ne­kro­man­ta zo­stał uwię­zio­ny w sta­ro­żyt­nej kryp­cie przez in­ne­go czło­wie­ka. Do­ko­nał on te­go, cze­go nie mógł zro­bić Za­ło­ży­ciel – za­koń­czył dzia­ła­nia Po­że­ra­cza. Bo­go­wie od­na­leź­li te­go czło­wie­ka i we­zwa­li go do Pod­nieb­nych Kró­lestw, by przed ni­mi sta­nął. Za­pro­po­no­wa­li mu za­szczyt spra­wo­wa­nia pro­tek­to­ra­tu nad świa­tem i moż­li­wość wy­nie­sie­nia do ran­gi pół­bo­ga, lecz sto­ją­cy w Kom­na­tach Chwa­ły czło­wiek od­mó­wił im i po­wró­cił na zie­mię, gdzie ży­je po dziś dzień. Był to ko­lej­ny raz, gdy przed­sta­wi­ciel ra­sy ludz­kiej oka­zał brak sza­cun­ku bo­gom, mi­mo to po­zwo­li­li mu wró­cić do Equ­ali­brum, wy­łącz­nie ze wzglę­du na je­go za­słu­gi.

Nie wie­dzie­li jed­nak, że przed uwię­zie­niem Po­że­racz za­po­wie­dział, że po­wró­ci jesz­cze sil­niej­szy, wte­dy sa­mi bo­go­wie za­drżą w po­sa­dach, a z nie­bios po­pły­ną łzy po­wo­do­wa­ne pa­ra­no­icz­nym stra­chem.

Roz­dział 1

Upa­dły Las

Po­wie­trze się za­ła­ma­ło, two­rząc okrąg w tur­ku­so­wym ko­lo­rze kil­ka stóp nad zie­mią. Dziw­nie za­cho­wu­ją­cy się por­tal, nie­znacz­nie prze­miesz­cza­ją­cy się w po­wie­trzu, wy­pluł z sie­bie chłop­ca, któ­ry opadł na pod­ło­że cał­kiem na­gi. Po­wie­trze znów się za­ła­ma­ło, a por­tal znik­nął, jak­by zo­stał wcią­gnię­ty przez in­ny świat lub nie­wi­dzial­ne­go po­two­ra. Chło­pak ock­nął się po chwi­li na mo­krej zie­mi, dłu­gie kru­czo­czar­ne wło­sy le­pi­ły mu się do czo­ła. By­ło ciem­no, więc gdy otwo­rzył oczy, w świe­tle księ­ży­ca zo­ba­czył tyl­ko ko­ły­szą­ce się ko­ro­ny drzew. W jed­nej dło­ni chłop­ca spo­czy­wał pła­ski ka­mień o ciem­nej bar­wie i kształ­cie przy­po­mi­na­ją­cym ośmio­kąt, a w dru­giej – nie­wiel­ka la­tar­ka. Chło­piec pod­niósł się ocię­ża­le i ro­zej­rzał po le­sie. Nie pa­mię­tał, jak się tu­taj zna­lazł, po­sta­no­wił więc ru­szyć przed sie­bie. Gdy tak szedł, zmar­z­nię­ty, prze­stra­szo­ny i zmę­czo­ny, za­czął sły­szeć gło­sy. Po­tem wy­da­wa­ło mu się, że ktoś za nim idzie, rzu­cił się więc bie­giem w po­szu­ki­wa­niu schro­nie­nia.

Bie­gnąc przez las, nie miał na ty­le od­wa­gi, aby obej­rzeć się za sie­bie. Czuł się co­raz bar­dziej zmę­czo­ny, a nie­ustan­ne gło­sy, któ­re sły­szał w gło­wie, nie da­wa­ły mu spo­ko­ju. Coś al­bo ktoś na­wo­ły­wa­ło go, aby się za­trzy­mał, lecz on, na prze­kór tym gło­som, przy­spie­szał za każ­dym ra­zem, gdy je sły­szał. Ale czy by­ły one praw­dzi­we?

Omi­ja­jąc gę­sto ro­sną­ce drze­wa, ucie­kał przed czymś, lecz sam nie wie­dział przed czym. Biegł już dość dłu­go, trud­no by­ło mu okre­ślić mi­ja­ją­cy czas. Dzie­sięć, pięt­na­ście mi­nut… a mo­że czter­dzie­ści, mo­że go­dzi­nę. Pro­mień la­tar­ki spły­wał po drze­wach w po­szu­ki­wa­niu ostat­niej de­ski ra­tun­ku, lecz był bar­dzo sła­by, jak­by ba­te­ria mia­ła się za­raz wy­czer­pać. Jak na iro­nię – aku­rat dzi­siaj.

W koń­cu chło­piec ze­brał w so­bie wy­star­cza­ją­co du­żo od­wa­gi, aby spoj­rzeć za sie­bie, a przy­naj­mniej tak mu się wy­da­wa­ło. Nie za­trzy­mu­jąc się, od­wró­cił gło­wę, jed­nak wte­dy usły­szał głos. W tym mo­men­cie po­tknął się o wy­sta­ją­cy ko­rzeń po­tęż­ne­go drze­wa. Szyb­kim ru­chem pod­niósł się z błot­ni­stej ka­łu­ży, otarł twarz i po zła­pa­niu rów­no­wa­gi za­czął biec da­lej. Pod­czas upad­ku zgu­bił la­tar­kę, ale nie miał naj­mniej­sze­go za­mia­ru po nią wra­cać. Ta noc by­ła zim­na i bar­dzo ja­sna ze wzglę­du na peł­nię. Deszcz mu­siał pa­dać nie­ustan­nie przez kil­ka dni, po­nie­waż bo­se sto­py co­raz bar­dziej za­pa­da­ły się w bło­cie, któ­re­go ca­ły czas przy­by­wa­ło.

Na­gle w od­da­li chło­pak do­strzegł rze­kę, któ­rej nurt wy­glą­dał na dość rwą­cy. Po­my­ślał, że po dru­giej stro­nie mógł­by być bez­piecz­ny, więc gdy tyl­ko zbli­żył się do brze­gu, bez wa­ha­nia wsko­czył do rze­ki, wy­biw­szy się z wiel­kie­go gła­zu. Od ra­zu od­czuł prze­szy­wa­ją­ce zim­no; wo­da by­ła lo­do­wa­ta. Przez mo­ment za­sta­na­wiał się, czy nie za­wró­cić, ale po­dmuch mro­ku na kar­ku wy­da­wał mu się zbyt strasz­ny, by tak ła­two się pod­dać. Chciał uciec, od­po­cząć, za­znać spo­ko­ju przy­naj­mniej przez chwi­lę. Ze­brał się więc w so­bie, a strasz­ne gło­sy mo­ty­wo­wa­ły go do prze­mie­rza­nia rze­ki.

Pły­nął dość dłu­go. Ko­ry­to oka­za­ło się o wie­le szer­sze, niż to so­bie wy­obra­żał. Był już wy­czer­pa­ny, ale po­wo­li zbli­żał się do dru­gie­go brze­gu, aż w koń­cu po­czuł dno. Wów­czas za­czął iść, wy­ma­chu­jąc ner­wo­wo rę­ka­mi i roz­chla­pu­jąc wo­dę na wszyst­kie stro­ny. Sar­ny, któ­re nie­opo­dal pi­ły wo­dę, ucie­kły w po­pło­chu. Nie prze­stra­szy­ły się jed­nak sa­me­go chłop­ca, tak jak my­ślał, tyl­ko zo­ba­czy­ły coś za nim, w od­da­li… ob­rys cze­goś po­tęż­ne­go. Cho­wa­ło się w mro­ku, jak­by cze­ka­ło na od­po­wied­ni mo­ment do ata­ku, a mo­że ce­lo­wo naj­pierw stra­szy­ło swo­ją ofia­rę, ba­wiąc się nią przed nie­unik­nio­ną śmier­cią.

Chło­piec wciąż nie oglą­dał się za sie­bie. Gdy wo­da zna­la­zła się na po­zio­me je­go ko­lan, opadł na nie z wy­czer­pa­nia, a póź­niej prze­wró­cił się, aż cał­kiem go przy­kry­ła. Gło­sy w wo­dzie by­ły cich­sze, ale wy­raź­niej­sze i strasz­niej­sze. Za­nim się wy­nu­rzył, usły­szał jesz­cze coś dziw­ne­go. Na pew­no nie pod­su­nę­ła mu te­go wy­obraź­nia.

– Wi­taj w Equ­ali­brum, Alex.

Prze­ra­żo­ny chło­pak do­czoł­gał się do brze­gu, prze­krę­cił na ple­cy, po czym stra­cił przy­tom­ność. Ock­nął się do­pie­ro po chwi­li. Las wy­da­wał się in­ny. Gło­sy cał­kiem uci­chły, a Alex, wi­dząc, że za­gro­że­nie mi­nę­ło, z tru­dem po­pa­trzył w stro­nę, o któ­rej jesz­cze kil­ka chwil te­mu chciał za­po­mnieć. Ni­cze­go jed­nak tam nie do­strzegł, żad­ne­go mon­strum czy czło­wie­ka. Ni­ko­go – tyl­ko ciem­ność, pust­ka. Ode­tchnąw­szy nie­co, wstał z tru­dem, wszak czuł głód i zmę­cze­nie, a je­go wą­tłe, zmar­z­nię­te cia­ło nie by­ło przy­zwy­cza­jo­ne do ta­kich wy­praw. Ro­zej­rzał się jesz­cze raz, gdyż chciał mieć pew­ność, że nic mu nie gro­zi. Noc by­ła bo­wiem strasz­na, a las za­pew­ne skry­wał wię­cej nie­bez­pie­czeństw; nie­ostroż­ni prze­chod­nie lub po­szu­ki­wa­cze przy­gód mo­gli­by tu mar­nie skoń­czyć.

W tym mo­men­cie za­uwa­żył, że zgu­bił ka­mień, któ­ry miał przy so­bie wcze­śniej. Gdy pły­ną­łem, trzy­ma­łem go jesz­cze w rę­ce – przy­po­mniał so­bie. Ner­wo­wo ru­szył da­lej. Kie­dy stą­pał, ra­nił swo­je bo­se sto­py na nie­wdzięcz­nym pod­ło­żu, a róż­ne­go ro­dza­ju ro­śli­ny ob­cie­ra­ły mu łyd­ki, zo­sta­wia­jąc na nich krwa­we ry­sy. Na­gle Alex do­strzegł tur­ku­so­wą po­świa­tę na ko­na­rze zła­ma­ne­go przez bu­rzę drze­wa. Pod­szedł bli­żej i zo­ba­czył ka­mień. Gdy tyl­ko go do­tknął, blask znik­nął. Dziw­ne – po­my­ślał chło­piec, ale ucie­szył się, że od­zy­skał zgu­bę, któ­ra nie wie­dzieć cze­mu by­ła dla nie­go waż­na. Jesz­cze dziw­niej­sze by­ło to, jak ka­mień zna­lazł się po dru­giej stro­nie rze­ki.

Cał­kiem prze­mo­czo­ny i zzięb­nię­ty, ru­szył da­lej w po­szu­ki­wa­niu ja­kie­goś miej­sca do prze­no­co­wa­nia i od­po­czyn­ku. Błą­kał się mię­dzy po­tęż­ny­mi drze­wa­mi, co chwi­lę od­kry­wa­jąc no­we, nie­koń­czą­ce się ścież­ki. Eks­plo­ru­jąc jed­ną z nich, na­po­tkał na­wet ka­mien­ne krę­gi, przy­po­mi­na­ją­ce miej­sca kul­tu. Peł­ne ży­cia ro­śli­ny by­ły tu bar­dziej ży­wio­ło­we niż w zwy­kłych la­sach, lecz Alex sta­rał się o tym nie my­śleć. Za­ro­śla wy­da­wa­ły się ca­ły czas ro­snąć, a nie­któ­re po­ra­sta­ją­ce je grzy­by i mchy świe­ci­ły sła­bym lub mie­ni­ły się moc­niej­szym ja­sno­zie­lo­nym pig­men­tem. Z każ­dym kro­kiem ro­ślin­ność sta­wa­ła się co­raz gęst­sza, jak­by chcia­ła wchło­nąć chłop­ca do wła­snych trze­wi. Prze­py­cha­ją­ce się wy­so­ko nad zie­mią ko­ro­ny drzew nie prze­pusz­cza­ły pra­wie żad­ne­go świa­tła, a moc­no świe­cą­cy księ­życ w peł­ni nie od­wa­żył się zaj­rzeć w głąb la­su. Ten zaś, jak­by nie­spo­koj­ny, co chwi­lę zo­sta­wiał na cie­le chłop­ca co­raz to now­sze otar­cia, pie­ką­ce za­dra­pa­nia i si­nia­ki, któ­re nie­dłu­go mia­ły dać o so­bie znać. Ska­le­cze­nia czy drob­ne prze­cię­cia uwal­nia­ły ry­sy krwi.

W koń­cu, po dłu­gich po­szu­ki­wa­niach, Alex do­strzegł w od­da­li ża­rzą­ce się świa­tło, praw­do­po­dob­nie by­ła to lam­pa umiesz­czo­na na jed­nej ze ścian ja­kie­goś bu­dyn­ku. Zro­bił krok do przo­du, a wte­dy po­czuł na bar­ku lek­ki do­tyk dło­ni. Dał­by so­bie gło­wę uciąć, że to ko­ści­ste pal­ce ja­kie­goś umar­la­ka, ale nie miał za­mia­ru te­go spraw­dzać. Na­tych­miast rzu­cił się do uciecz­ki. Mi­ga­ją­ce świa­tło wy­da­wa­ło się znaj­do­wać cał­kiem bli­sko, wy­star­czy­ło tyl­ko omi­nąć kil­ka drzew i prze­sko­czyć dzi­ki ży­wo­płot.

Dro­ga cią­gnę­ła się jed­nak Ale­xo­wi w nie­skoń­czo­ność, uczu­cie go­nią­cej go śmier­ci na­peł­nia­ło i pa­ra­li­żo­wa­ło ca­łe cia­ło. Prze­la­tu­ją­ce obok czar­ne smu­gi zjaw, czy mo­że de­mo­nów, nie­mal ode­bra­ły chłop­cu ro­zum. Czy one są praw­dzi­we? – wciąż za­da­wał so­bie to py­ta­nie. Ostry smród roz­kła­da­ją­ce­go się mię­sa był nie do wy­trzy­ma­nia, za­krył więc dło­nią po­draż­nio­ny nos i prze­sko­czył przez upra­gnio­ny ży­wo­płot, któ­ry znacz­nie otarł je­go cia­ło.

Opa­ry de­mo­nicz­ne­go la­su za­czę­ły dzia­łać; Ale­xo­wi za­krę­ci­ło się w gło­wie, upadł i zwy­mio­to­wał. Gdy pod­no­sił się na ko­la­na, do­padł go atak kasz­lu, oczy za­czę­ły łza­wić, a ból pod czasz­ką stop­nio­wo na­ra­stał. Oszo­ło­mio­ny ob­ró­cił się, jed­ną dło­nią do­ty­ka­jąc roz­pa­lo­ne­go czo­ła, a dru­gą pod­pie­ra­jąc się o zim­ne, mo­kre pod­ło­że. W jed­nej rę­ce ca­ły czas trzy­mał ka­mień, któ­re­go strzegł, by nie zgu­bić go ko­lej­ny raz. Tuż za so­bą zo­ba­czył prze­ni­ka­ją­cą przez ży­wo­płot po­stać, lecz nie mógł się jej do­kład­nie przyj­rzeć. Za­la­ne łza­mi, po­draż­nio­ne oczy uj­rza­ły je­dy­nie roz­ma­za­ną czar­ną mgłę, wpa­tru­ją­cą się w nie­go dwoj­giem pa­lą­cych się czer­wo­nych śle­piów. Zja­wa wy­cią­gnę­ła ku chłop­cu rę­kę. Alex wzdry­gnął się, szyb­ko prze­tarł swę­dzą­ce oczy i na czwo­ra­ka prze­mie­rzył po­zo­sta­łą dro­gę do bu­dyn­ku, na­stęp­nie po­cią­gnął za srebr­ną okrą­głą klam­kę.

Drzwi otwo­rzy­ły się bez­gło­śnie, a ja­sne świa­tło wy­do­sta­ją­ce się z wnę­trza od­stra­szy­ło po­two­ra. Alex pod­cią­gnął się ocię­ża­le na klam­ce, po czym ner­wo­wo za­ry­glo­wał wej­ście od środ­ka za po­mo­cą gru­bej bel­ki, dla pew­no­ści za­piął jesz­cze łań­cuch. Gło­śno dy­sząc, spły­nął po drzwiach na drew­nia­ny par­kiet. Po obu stro­nach wej­ścia znaj­do­wa­ły się smu­kłe okna w kształ­cie mig­da­łów z ko­lo­ro­wy­mi wi­tra­ża­mi. Alex z lę­kiem po­pa­trzył na jed­no z nich i od­pro­wa­dził wzro­kiem prze­la­tu­ją­cą czar­ną smu­gę. Gdy zja­wa od­le­cia­ła, prze­stra­szo­ny chło­pak po­now­nie prze­tarł oczy i za­czął chu­chać na zmar­z­nię­te dło­nie, któ­rych pra­wie nie czuł. Wciąż opie­ra­jąc się o ciem­ne dę­bo­we drzwi, uniósł gło­wę, by ro­zej­rzeć się po wnę­trzu chat­ki.

Na wprost je­go tur­ku­so­we­go spoj­rze­nia zni­kąd wy­ro­sły dwie pio­no­we źre­ni­ce oto­czo­ne żół­ty­mi tę­czów­ka­mi. Na­le­ża­ły one do smu­kłe­go czar­ne­go ko­ta, któ­ry sie­dział na sto­le i od sa­me­go po­cząt­ku ob­ser­wo­wał Ale­xa. Spo­koj­ny fu­trzak jesz­cze przez chwi­lę mie­rzył go wzro­kiem, a po­tem ze­sko­czył na par­kiet i udał się do po­ko­ju z uchy­lo­ny­mi drzwia­mi.

Wnę­trze, w któ­rym zna­lazł się chło­pak, by­ło ja­sno oświe­tlo­ne przez do­syć spo­ry ży­ran­dol wi­szą­cy na moc­nym sta­lo­wym łań­cu­chu, z so­lid­ny­mi czar­ny­mi ogni­wa­mi. Na okrą­głej me­ta­lo­wej kon­struk­cji rów­niut­ko po­usta­wia­no świecz­ki, te­raz mniej wię­cej w po­ło­wie wy­pa­lo­ne. Każ­da bez wy­jąt­ku się pa­li­ła, nie prze­ry­wa­jąc ide­al­ne­go krę­gu. Pod ży­ran­do­lem dum­nie stał wiel­ki stół, tak pro­sty, że bez pro­ble­mów mógł­by zo­stać wy­ko­na­ny przez każ­de­go mniej lub bar­dziej do­świad­czo­ne­go sto­la­rza. Część bla­tu zaj­mo­wa­ły ko­rze­nie: bia­łe, bor­do­we oraz brą­zo­we, nie­któ­re ubru­dzo­ne zie­mią, jak­by świe­żo wy­rwa­no je z grząd­ki. Obok na drew­nia­nej de­sce dłu­gi nóż cze­kał na po­wrót mi­strza, zaś w klep­sy­drze sto­ją­cej na kra­wę­dzi sto­łu już pra­wie wszyst­kie ziarn­ka pia­sku prze­mie­rzy­ły wą­ski szkla­ny ko­ry­tarz.

Na koń­cu po­miesz­cze­nia, obok uchy­lo­nych drzwi, wi­sia­ły pół­ki ze sło­ika­mi z róż­no­ra­ką za­war­to­ścią. W nie­któ­rych znaj­do­wa­ły się su­szo­ne list­ki kwia­tów i in­nych ro­ślin. Jed­na pół­ka by­ła spe­cjal­nie za­re­zer­wo­wa­na dla ma­łych isto­tek – w szkla­nych po­jem­ni­kach za­mknię­to śli­ma­ki, pi­jaw­ki, mo­ty­le i in­ne ma­łe stwo­rze­nia, a tak­że szczu­ry i wę­że. Znacz­ną część znaj­du­ją­ce­go się obok re­ga­łu zaj­mo­wa­ły bu­tel­ki od­bi­ja­ją­ce świa­tło świec, wy­peł­nio­ne moc­nym sa­mo­go­nem oraz róż­no­rod­ny­mi wi­na­mi. Z nie­do­mknię­tych szu­flad wy­sta­wa­ły glo­ny i wo­do­ro­sty, a wszech­obec­ne zio­ła i przy­pra­wy po­za­sta­wia­ły cie­ka­wy, moc­ny za­pach.

Pod pół­ka­mi na bia­łych ka­fel­kach wi­sia­ły no­że, łyż­ki, sier­py, me­ta­lo­we garn­ki, ta­le­rze, a jesz­cze ni­żej nad pa­lą­cym się drew­nem bul­go­tał ko­cio­łek z po­ma­rań­czo­wą za­war­to­ścią o cud­nym za­pa­chu. Po le­wej stro­nie po­miesz­cze­nia mie­ści­ło się jesz­cze jed­no okno, rów­nież w kształ­cie mig­da­ła, ale du­żo mniej­sze od po­zo­sta­łych. Ze ścia­ny pod nim wy­cho­dził mar­mu­ro­wy pa­ra­pet przy­ozdo­bio­ny pięk­ny­mi kwia­ta­mi o ży­wych ko­lo­rach: czer­wo­nym i nie­bie­skim. Po dru­giej stro­nie uchy­lo­nych drzwi znaj­do­wał się wy­so­ki re­gał z nie­zli­czo­ną licz­bą ksią­żek. Do­dat­ko­wo na wy­cią­gnię­cie le­wej rę­ki chłop­ca sta­ła drew­nia­na ba­lia z pa­ru­ją­cą go­rą­cą wo­dą.

Alex po­pra­wił się w nie­wy­god­nej po­zy­cji i za­czął przy­glą­dać się ka­mie­nio­wi, któ­ry trzy­mał na wy­cią­gnię­tej zim­nej dło­ni. Jed­na stro­na przez chwi­lę za­świe­ci­ła się mor­ską po­świa­tą. Przy jed­nej z kra­wę­dzi ka­mie­nia zdzi­wio­ny czter­na­sto­la­tek do­strzegł wy­gra­we­ro­wa­ne sło­wa: Azen­trion var­ten ma­hel­l­nort, przy dru­giej kra­wę­dzi zaś lśnią­cy, ale już do­go­ry­wa­ją­cy mor­ski na­pis: Wła­sność Ja­co­ba Ra­ve­na.

Alex za­marł. Te­raz miał już pew­ność, że wcze­śniej­sze wy­da­rze­nia w le­sie by­ły praw­dzi­we, wszyst­ko wska­zy­wa­ło na to, że be­stia też. Do­pa­dła go pod wo­dą i zo­sta­wi­ła po so­bie pa­miąt­kę, ale dla­cze­go nie za­bi­ła go od ra­zu? Mo­że jest jej po­trzeb­ny, a mo­że ko­muś in­ne­mu? Mo­że tyl­ko go na­zna­czy­ła, a w przy­szło­ści przyj­dzie po nie­go jak po sta­rą za­baw­kę? Chło­pak nie miał już si­ły o tym my­śleć.

Gdy ostat­nie zia­ren­ko pia­sku prze­mie­rzy­ło klep­sy­drę, zza uchy­lo­nych drzwi do po­ko­ju we­szła pięk­na doj­rza­ła ko­bie­ta z dłu­gi­mi, czar­ny­mi, fa­lo­wa­ny­mi wło­sa­mi. W jej na­szyj­ni­ku spo­czy­wał wiel­ki ru­bin, a na pal­cach z wy­sta­ją­cy­mi czar­ny­mi pa­znok­cia­mi w kształ­cie mig­da­łów tkwi­ły lśnią­ce pier­ścion­ki. Nie­zna­jo­ma mia­ła na so­bie śnież­no­bia­łą ko­szu­lę z za du­ży­mi, wręcz na­pom­po­wa­ny­mi rę­ka­wa­mi, któ­re wy­jąt­ko­wo jej pa­so­wa­ły. Czar­ne spodnie opi­na­ły dłu­gie smu­kłe no­gi, a sto­py nie­znacz­nie cho­wa­ły się w ni­skich bu­tach na szpi­cza­stych ko­tur­nach. Ko­bie­ta prze­krę­ci­ła klep­sy­drę, a piw­ne oczy skie­ro­wa­ła na chłop­ca. Alex na­tych­miast wstał, pró­bu­jąc coś po­wie­dzieć, lecz pięk­na nie­zna­jo­ma go ubie­gła.

– A cóż ci się przy­da­rzy­ło, ko­cha­niut­ki? – spy­ta­ła, nie ocze­ku­jąc na od­po­wiedź. Po­de­szła i ła­god­nie do­tknę­ła po­licz­ka chłop­ca cie­płą dło­nią, dłu­gie szczu­płe pal­ce po­wo­li i czu­le prze­mie­rza­ły de­li­kat­ną skó­rę. Na twa­rzy ko­bie­ty po­ja­wi­ło się współ­czu­cie. Po chwi­li jed­nak ob­ró­ci­ła się na pię­cie i od­su­nę­ła krze­sło.

– Ja… – Alex po­now­nie pró­bo­wał coś wy­krztu­sić, przy­sła­nia­jąc kro­cze dłoń­mi.

– Sia­daj! – prze­rwa­ła mu gwał­tow­nie. – Na pew­no je­steś głod­ny, więc… A nie, chwi­lecz­kę, za­cze­kaj, naj­pierw ką­piel, je­steś brud­ny i zmar­z­nię­ty. – Uśmiech­nę­ła się sym­pa­tycz­nie, po czym wska­za­ła na ba­lię, gdzie go­rą­ca, spie­nio­na wo­da już cze­ka­ła. Gdy ko­bie­ta pa­trzy­ła na chło­pa­ka, przy­gry­za­ła pa­lec.

Alex ob­ser­wo­wał ba­daw­czo ko­bie­tę, nie pa­ła­jąc do niej za­ufa­niem. Czar­no­wło­sa mu­sia­ła to wy­czuć, po­nie­waż rzu­ci­ła, jak­by chcąc do­dać mu pew­no­ści:

– Bie­dac­two. Nie bój się, czuj się jak u sie­bie. Nie je­steś pierw­szym za­gu­bio­nym w tym le­sie czło­wie­kiem. – Za­chi­cho­ta­ła, przy­glą­da­jąc się na­gie­mu chłop­cu. – Pój­dę po czy­ste ubra­nia, a ty w tym cza­sie wska­kuj do cie­płej wo­dy. Two­ja mło­da, de­li­kat­na skó­ra po­trze­bu­je te­go – do­da­ła za­do­wo­lo­na, a po­tem za­czę­ła nu­cić pod no­sem dziw­ną me­lo­dię.

Alex nie­pew­nie od­pro­wa­dził ko­bie­tę wzro­kiem, gdy ta wy­cho­dzi­ła z głów­ne­go po­miesz­cze­nia. Na­stęp­nie pod­szedł do ba­lii i odło­żył za nią ka­mień, tak aby nie był wi­docz­ny. Zwil­żył dło­nie w wo­dzie i prze­tarł twarz. Dłu­go nie mu­siał się za­sta­na­wiać – cie­pła ką­piel prze­ko­na­ła go do sie­bie. Spoj­rzał jesz­cze raz w kie­run­ku uchy­lo­nych drzwi, po czym wszedł do wan­ny.

Ko­bie­ta ob­ser­wo­wa­ła go, scho­wa­na w mro­ku za uchy­lo­ny­mi drzwia­mi, przy­gry­za­jąc przy tym ko­niusz­ki pal­ców. Gdy chło­pak le­żał już pod war­stwą pie­nią­cej się wo­dy, od­cze­ka­ła chwi­lę i we­szła do po­ko­ju. Usia­dła nie­da­le­ko nie­go, zno­wu nu­cąc tę sa­mą me­lo­dię.

Spoj­rze­nia Ale­xa i ko­bie­ty się prze­cię­ły i przez ja­kiś czas obo­je wpa­try­wa­li się w sie­bie.

– Je­stem Eve­lynn. Tu masz świe­że ubra­nia. Mo­gą być tro­chę za du­że, są po bra­cie – po­wie­dzia­ła czar­no­wło­sa i wsta­ła z krze­sła, po­zo­sta­wia­jąc na nim odzie­nie, któ­re sta­no­wi­ły czar­ne spodnie, bia­ła ko­szu­la i ja­kieś ob­dar­te brą­zo­we bu­ty na ko­tur­nie, się­ga­ją­ce za kost­kę.

– Gdzie on te­raz jest? – spy­tał bez­wied­nie, kar­cąc się za to w my­ślach.

– Nie ży­je! – wark­nę­ła sta­now­czo, gło­śno ude­rza­jąc ostrym ta­sa­kiem i prze­ci­na­jąc na pół bor­do­wy ko­rzeń, resz­tę wa­rzy­wa za­czę­ła sie­kać na drob­ne ka­wał­ki. – Prze­pra­szam, je­stem wraż­li­wa, nie przej­muj się tym. A jak ty masz na imię, je­śli moż­na wie­dzieć?

– Prze­pra­szam, przy­kro mi… Nie wie­dzia­łem… Ja… je­stem Alex.

– Ład­nie. To po­wiesz mi te­raz, gdzie się tak po­ha­ra­ta­łeś? – spy­ta­ła, zno­wu się uśmie­cha­jąc.

– Zgu­bi­łem się i ca­łą noc prze­mie­rza­łem las w po­szu­ki­wa­niu schro­nie­nia. – Nie chciał mó­wić wię­cej. Po­my­ślał, że je­śli opo­wie o go­nią­cych go mon­strach, ko­bie­ta weź­mie go za sza­leń­ca. Po­za tym od sa­me­go po­cząt­ku wy­da­wa­ła mu się dziw­na, więc nie chciał jej się zwie­rzać. Wpa­tru­jąc się w nie­zna­jo­mą, pró­bo­wał bez­sku­tecz­nie wy­czy­tać z jej twa­rzy, czy mu uwie­rzy­ła.

– Wy­bra­łeś chy­ba naj­gor­sze miej­sce, że­by się zgu­bić. Wszę­dzie wko­ło ro­sną tru­ją­ce grzy­by, od któ­rych moż­na do­stać ha­lu­cy­na­cji. Po tym le­sie trze­ba umieć się po­ru­szać – stwier­dzi­ła Eve­lynn, a na­stęp­nie wy­szła z po­ko­ju ener­gicz­nym kro­kiem, co zdzi­wi­ło Ale­xa.

Alex za­czął się za­sta­na­wiać, czy wi­dzia­ne przez nie­go zja­wy by­ły wy­ni­kiem dzia­ła­nia tru­ją­cych grzy­bów, ale po chwi­li przy­po­mniał so­bie, że prze­cież za ba­lią le­ży ka­mień, któ­ry… Przy­po­mniał so­bie, jak go do­tknął, nim zna­lazł się w le­sie i stra­cił przy­tom­ność. Jak po po­ko­na­niu dłu­gich scho­dów zna­lazł się w kom­na­cie, gdzie za­uwa­żył ka­mień na bia­łym po­stu­men­cie. Jak pod­szedł do nie­go i go do­tknął. Pa­mię­tał, że po­czuł je­go chłod­ne kra­wę­dzie, a po­tem ka­mień za­bły­snął tur­ku­so­wą po­świa­tą roz­świe­tla­ją­cą ciem­ną kom­na­tę. Póź­niej obu­dził się w le­sie na­gi i wy­czer­pa­ny. Nie pa­mię­tał, kie­dy to się sta­ło, jak daw­no te­mu. Te­raz, gdy sie­dział w cie­płej wo­dzie, pró­bo­wał przy­po­mnieć so­bie coś jesz­cze, ale nie zdo­łał. Znów po­my­ślał o ka­mie­niu i obej­rzał się za sie­bie, by zo­ba­czyć, czy wciąż jest ukry­ty za wan­ną. Le­żał tam, zim­ny, zga­szo­ny. Nic mi się nie przy­wi­dzia­ło – po­my­ślał Alex.

Eve­lynn po­now­nie we­szła do po­ko­ju, po­pa­trzy­ła na chło­pa­ka, po­pra­wi­ła wło­sy i wrzu­ci­ła do wy­wa­ru drob­ne ko­rze­nie.

– Za­tem miesz­kasz tu sa­ma? – spy­tał Alex, szo­ru­jąc brud­ną łyd­kę.

– Nie­zu­peł­nie, mam psy i ko­ty, ale już nie­dłu­go… – Uśmiech­nę­ła się. – To strasz­na dziu­ra, praw­da? – do­da­ła. – Po śmier­ci bra­ta mu­sia­łam za­jąć się spad­kiem, obec­nie szu­kam na­byw­cy, ale dom w ta­kim miej­scu… Ech, to bę­dzie nie­zmier­nie trud­ne.

– Bar­dzo tu przy­tul­nie – stwier­dził chło­pak, roz­glą­da­jąc się po wnę­trzu. – Co to za oko­li­ca, masz ja­kichś są­sia­dów?

– Nie­ste­ty nie, brat ko­chał na­tu­rę i spo­kój. Dla­te­go za­miesz­kał nie­mal­że w środ­ku la­su.

– Ro­zu­miem.

– Nie­któ­rzy lu­dzie sie­ją plot­ki, że ten dom jest na­wie­dzo­ny.

– Na­wie­dzo­ny?

– A tak, po wsiach nie­da­le­ko la­su krą­ży prze­ko­na­nie, że Uza­el, mój brat, zo­stał tu za­mor­do­wa­ny i od tam­tej po­ry dom jest prze­klę­ty, dasz wia­rę? Więk­szość na­wet uwa­ża, że ca­ły las jest prze­klę­ty. Ech, lu­dzie to ma­ją wy­obraź­nię. – Po­krę­ci­ła gło­wą z dez­apro­ba­tą.

Po chwi­li ko­bie­ta i chło­piec usły­sze­li ude­rze­nie do drzwi wej­ścio­wych. Alex ob­ró­cił się ner­wo­wo, a ser­ce za­bi­ło mu moc­niej. Eve­lynn wsta­ła. Prze­mie­rzy­ła po­kój, stu­ka­jąc mia­ro­wo ko­tur­na­mi, wyj­rza­ła przez okno, na­stęp­nie po­de­szła do drzwi.

– Nie­źle to po­za­my­ka­łeś, he, he – po­wie­dzia­ła, zdej­mu­jąc za­bez­pie­cze­nia, a po­tem uchy­li­ła drzwi.

Nie­spo­koj­ny Alex prze­łknął śli­nę, ob­ser­wu­jąc ner­wo­wo po­czy­na­nia ko­bie­ty.

– Ach, to ty, De­mon – rzu­ci­ła ze śmie­chem, po czym otwo­rzy­ła ma­łą kla­pę w pod­ło­dze. Uklęk­nę­ła i po­chy­li­ła się nad ko­mór­ką, eks­po­nu­jąc kształt­ne pier­si wy­cho­dzą­ce z roz­pię­tej na trzy gu­zi­ki ko­szu­li.

Alex nie wi­dział, co znaj­du­je się za drzwia­mi, sły­szał je­dy­nie ci­che sa­pa­nie i wi­dział, jak do cie­płe­go wnę­trza prze­do­sta­wał się ob­ło­czek pa­ry, jak­by od­dech ja­kiejś isto­ty.

– Aaaa, tu­taj je­steś! – do­da­ła czar­no­wło­sa, chwy­ta­jąc me­ta­lo­we wia­dro, któ­re z tru­dem wy­tar­ga­ła z ko­mór­ki. By­ło cięż­kie i wy­peł­nio­ne aż po brze­gi po­dej­rza­ną czer­wo­ną sub­stan­cją, któ­rą Alex mógł ob­ser­wo­wać tyl­ko przez uła­mek se­kun­dy. Eve­lynn wy­sta­wi­ła wia­dro na ze­wnątrz, po czym za­mknę­ła drzwi oraz kla­pę i po­szła prze­myć rę­ce.

– To dla mo­ich pie­sków, mam ich pa­rę – wy­ja­śni­ła, wi­dząc prze­stra­szo­ną mi­nę chłop­ca. – Po­wi­nie­neś coś zjeść, nie wy­glą­dasz za do­brze. Zu­pa już pra­wie go­to­wa.

– De­mon? – spy­tał Alex.

– Tak się wa­bi, to po­mysł bra­ta.

– Ro­zu­miem. Już koń­czę, ką­piel by­ła świet­na, dzię­ku­ję – od­po­wie­dział tro­chę ner­wo­wo. – Co to za zu­pa?

– Zu­pa ko­rzen­na. Nie rób ta­kich oczu, sma­ku­je na­praw­dę do­brze. – Uśmiech­nę­ła się zno­wu.

– Je­stem go­to­wy. Czy mo­gła­byś się od­wró­cić? – Alex wska­zał na ubra­nia.

– Nie krę­puj się… ale oczy­wi­ście, je­śli te­go chcesz. – Eve­lynn po­de­szła do pa­le­ni­ska, by spró­bo­wać wy­wa­ru. Chło­piec w tym cza­sie wy­tarł się mięk­ką tka­ni­ną i ubrał się, spo­glą­da­jąc co ja­kiś czas na ko­bie­tę. Ukrad­kiem scho­wał ka­mień do kie­sze­ni spodni.

Na­gle zza uchy­lo­nych drzwi wy­do­był się gło­śny plask.

Ko­bie­ta pod­sko­czy­ła wy­stra­szo­na, aż upu­ści­ła trzy­ma­ny w rę­ku nóż.

– Pro­szę – po­wie­dział Alex, po­da­jąc jej na­rzę­dzie.

– Ach, to pew­nie ko­ty. Dzię­ku­ję – od­par­ła po­śpiesz­nie, po czym wy­szła z po­ko­ju.

Alex ostroż­nie zbli­żył się do uchy­lo­nych drzwi. Za pro­giem do­strzegł wy­so­ko za­wie­szo­ne spi­ral­ne czar­ne scho­dy. Spoj­rzał w gó­rę, opie­ra­jąc rę­kę o me­ta­lo­wą ba­lu­stra­dę. Te­raz głu­cha ci­sza prze­ni­ka­ła ca­łą chat­kę, a naj­mniej­szy sze­lest wy­da­wał się gło­śniej­szy od my­śli. Na­gle po scho­dach stur­lał się kłę­bek włócz­ki, a z gó­ry do­bie­gło miau­cze­nie ko­ta.

Chło­pak wró­cił do głów­ne­go po­miesz­cze­nia, za­sta­na­wia­jąc się, ja­ką ta­jem­ni­cę skry­wa Eve­lynn. Cze­ka­jąc na nią, za­uwa­żył na re­ga­le du­żą fio­le­to­wą księ­gę ze zna­kiem czasz­ki na grzbie­cie. Chwy­cił ją i obej­rzał okład­kę, ale nie do­strzegł nic nad­zwy­czaj­ne­go po­za zdo­bie­nia­mi, po­sta­no­wił więc zaj­rzeć do środ­ka.

W tej sa­mej chwi­li Eve­lynn we­szła bez­sze­lest­nie do po­ko­ju i wy­rwa­ła mu ją de­li­kat­nie.

– Prze­pra­szam, ja… – zmie­szał się chło­piec.

– Nie szko­dzi, za­po­mnia­łam ci po­wie­dzieć, że­byś ni­cze­go nie do­ty­kał. Zu­pa już go­to­wa. – Uśmiech­nę­ła się i wska­za­ła mu krze­sło przy sto­le.

Nie­dłu­go po­tem po­sta­wi­ła ta­lerz z zu­pą tuż przed no­sem Ale­xa, a obok po­ło­ży­ła łyż­kę z pięk­nie zdo­bio­nym trzo­nem. Aro­mat wy­wa­ru był wspa­nia­ły, a uwal­nia­ją­ca się z nie­go pa­ra ła­god­nie ła­sko­ta­ła twarz chłop­ca.

– Smacz­ne­go. Jedz zup­kę, chłop­cze. Je­steś ta­ki spię­ty – po­wie­dzia­ła Eve­lynn, sta­jąc za nim. Za­czę­ła ma­so­wać mu kark, a wi­dząc, że chło­pak się roz­luź­nia, po­ca­ło­wa­ła go w gło­wę, po­tem w ucho i szy­ję, na­stęp­nie za­cią­gnę­ła się je­go za­pa­chem.

Chło­piec był zdzi­wio­ny jej za­cho­wa­niem, ale sam sta­rał się za­cho­wy­wać na­tu­ral­nie. Chwy­cił więc łyż­kę i już miał na­brać sma­ko­wi­cie wy­glą­da­ją­cej zu­py, kie­dy w od­bi­ciu sztuć­ca zo­ba­czył czar­ne pio­no­we źre­ni­ce z żół­ty­mi tę­czów­ka­mi, na bar­kach zaś po­czuł pa­znok­cie, któ­re się wy­dłu­ży­ły i za­ostrzy­ły. Ję­zyk ko­bie­ty za­czął prze­mie­rzać szy­ję chłop­ca. Prze­ra­żo­ny Alex po­wo­li odło­żył łyż­kę i się­gnął trzę­są­cą się rę­ką do kie­sze­ni, by zła­pać za ka­mień.

– Oj, za­po­mnia­łam się. A więc już wiesz, szko­da – rzu­ci­ła ko­bie­ta, po czym wbi­ła dłu­gie kły w de­li­kat­ną szy­ję chłop­ca.

Alex wrza­snął z bó­lu, ale za­raz ude­rzył Eve­lynn w gło­wę ka­mie­niem, któ­ry w tym mo­men­cie jak­by się obu­dził i za­czął lśnić mor­ską po­świa­tą. Wszyst­kie świe­ce na ży­ran­do­lu zga­sły i za­pa­no­wa­ła ciem­ność. Ko­bie­ta wy­da­ła gło­śny ryk, po­ka­zu­jąc przy tym ostre kły. Mon­strum, w któ­re się zmie­ni­ła, bły­ska­wicz­nym ru­chem wy­trą­ci­ło ka­mień na zie­mię, jed­ną rę­ką chwy­ci­ło chłop­ca za ubra­nie i ci­snę­ło nim z im­pe­tem o gru­by blat sto­łu. Zwi­ja­ją­cy się z bó­lu Alex po omac­ku ba­dał stół, aż je­go rę­ka na­po­tka­ła dłu­gi nóż. Na­stęp­nie chwy­cił go i wbił kil­ka ra­zy w pierś Eve­lynn.

– Aaa! Kur­wa! – za­klął de­mo­nicz­ny fe­no­men. – Argh! Gdy wy­pi­ję two­ją krew, skoń­czysz w ko­tle! Two­je ko­ści rzu­cę oga­rom na po­żar­cie!

Dziu­ry po ostrzu zra­sta­ły się szyb­ko, de­mon wy­da­wał przy tym strasz­ne, wy­so­kie dźwię­ki. Alex ru­szył w kie­run­ku drzwi, naj­szyb­ciej jak po­tra­fił ścią­gnął z nich łań­cuch i otwo­rzył je, a wte­dy sta­nął na wprost ża­rzą­cych się czer­wo­nych śle­piów, któ­re po­ja­wi­ły się w miej­scu żół­tych ko­cich oczu. Eve­lynn te­le­por­to­wa­ła się tuż obok, jej ra­ny cał­kiem się za­go­iły. Wrzesz­cząc opę­tań­czo na bę­dą­ce­go w szo­ku chłop­ca, ode­pchnę­ła go nie­wi­dzial­ną mo­cą.

Cia­ło Ale­xa su­nę­ło po pod­ło­dze, aż za­trzy­ma­ło się na ka­mien­nej ścia­nie. Rzad­ka krew wy­pły­nę­ła mu z no­sa, roz­piesz­cza­jąc zmy­sły kre­atu­ry. Rę­ka chło­pa­ka zna­la­zła się w za­się­gu wcze­śniej wy­trą­co­ne­go świe­cą­ce­go ka­mie­nia. Ostat­nia szan­sa – po­my­ślał. Gdy Eve­lynn do­sko­czy­ła do nie­go, Alex przy­ło­żył świe­cą­cy ka­mień do jej gło­wy.

Mon­strum za­czę­ło ry­czeć i szar­pać się obłą­kań­czo. Ka­mień pa­rzył po­li­czek Eve­lynn, roz­ta­pia­jąc jej skó­rę aż do ko­ści. Nik­czem­na krew wy­le­wa­ła się na ka­mień, do­da­jąc mu jesz­cze więk­szej mo­cy. Za­sko­czo­na Eve­lynn uwol­ni­ła się po chwi­li i zmie­niw­szy się w wiel­kie­go kru­ka, od­le­cia­ła, po­zo­sta­wia­jąc po so­bie śla­dy krwi.

Alex wy­biegł na ze­wnątrz. Wi­dząc, że ka­mień świe­ci co­raz moc­niej, za­czął biec ile sił w no­gach. Świa­tło wy­do­by­wa­ją­ce się z ka­mie­nia roz­pro­szy­ło gę­ste drze­wa, uka­zu­jąc nie­bo i ja­sny księ­życ; otwie­ra­ło chłop­cu ścież­kę do opusz­cze­nia la­su. Biegł zdy­sza­ny, trzy­ma­jąc ca­ły czas ka­mień nad gło­wą, aż w że­brach po­czuł na­ra­sta­ją­cy, pe­ne­tru­ją­cy ból. Od opusz­cze­nia la­su dzie­li­ło go tyl­ko kil­ka­na­ście więk­szych su­sów, a świa­tło wy­do­by­wa­ją­ce się z ar­te­fak­tu sła­bło.

W tym mo­men­cie zre­ge­ne­ro­wa­na już Eve­lynn przy­wo­ła­ła wiel­kie gni­ją­ce oga­ry. Bie­gną­ce z za­trwa­ża­ją­cą pręd­ko­ścią po­two­ry za­czę­ły do­ga­niać chłop­ca. Ka­mień prze­stał świe­cić, a sze­ro­ko otwar­ta dro­ga po­ma­łu się zwę­ża­ła. Uja­da­nie wście­kłych, żąd­nych krwi psów do­pro­wa­dza­ło ser­ce Ale­xa do nie­na­tu­ral­nie szyb­kiej pra­cy.

Chło­piec w przy­pły­wie pa­ni­ki rzu­cił ka­mień w za­ci­ska­ją­ce się przed nim pę­dy, a ar­te­fakt uwol­nił jesz­cze na mo­ment stru­mień świa­tła, któ­ry od­stra­szył mrocz­ne ro­śli­ny. Zba­wien­ny re­likt mi­nio­nej epo­ki za­czął nie­po­ko­ją­co się zsu­wać do ja­kiejś głę­bo­kiej no­ry, na szczę­ście roz­pę­dzo­ny Alex w ostat­niej chwi­li schwy­tał go reszt­ka­mi sił, po­ty­ka­jąc się przy tym o wy­sta­ją­ce pną­cze, i prze­tur­lał się na zie­lo­ną łą­kę. Za­raz po­tem okrę­cił się i usiadł na mo­krej tra­wie, pod­pie­ra­jąc się z ty­łu po­kie­re­szo­wa­ny­mi rę­ka­mi. Trzy kro­ki za nim, na gra­ni­cy la­su, Eve­lynn z gro­bo­wą mi­ną znik­nę­ła w to­wa­rzy­stwie oga­rów w za­my­ka­ją­cym się przez mrocz­ne ro­śli­ny przej­ściu.

Roz­dział 2

Łotr zwa­ny łow­cą

Jo­seph Co­oper od kil­ku dni obo­zo­wał nad brze­giem je­zio­ra De­nvel. Ten po­ra­nek nie róż­nił się zbyt­nio od in­nych. Do­pie­ro co wze­szło słoń­ce, więc by­ło jesz­cze do­syć chłod­no jak na let­nią po­rę. Co praw­da, w cie­śni­nie Vertz zi­ma przy­po­mi­na­ła la­to, lecz mi­mo to lu­dzie za­miesz­ku­ją­cy te te­re­ny na­rze­ka­li na bo­lą­ce ko­ści przy naj­drob­niej­szej zmia­nie po­go­dy. Ide­al­ny czas na tre­ning – po­my­ślał męż­czy­zna.

Ogrom­ny cedr ro­sną­cy nie­da­le­ko brze­gu da­wał wie­le cie­nia przez więk­szość dnia. Co­oper zwi­sał na jed­nej z ga­łę­zi, moc­no wy­gię­tej ku zie­mi, ale so­lid­nie wy­glą­da­ją­cej. Był pew­nie nie­co po trzy­dzie­st­ce, twarz miał groź­ną, choć jed­no­cze­śnie przy­stoj­ną. Oczy pa­li­ły się błę­kit­nym bla­skiem, a szczę­kę i szy­ję po­kry­wa­ły za­cię­cia po go­le­niu bro­dy. Dłu­gie ciem­ne wło­sy, się­ga­ją­ce nie­co za bar­ki, no­sił roz­pusz­czo­ne. Je­go po­nad­dwu­me­tro­we cia­ło by­ło do­brze zbu­do­wa­ne, o wa­dze z pew­no­ścią do­rów­nu­ją­cej dorosłemu dzikowi czy gorylowi. Ple­cy wy­da­wa­ły się sze­ro­kie jak sto­do­ła, do te­go do­cho­dzi­ły po­tęż­ne rę­ce przy­po­mi­na­ją­ce mło­ty i roz­bu­do­wa­ne kap­tu­ry. Szcze­gól­nie roz­wi­nię­ta by­ła tyl­na część ra­mie­nia, któ­ra wy­glą­da­ła, jak­by ży­ła wła­snym ży­ciem i chcia­ła odejść od resz­ty cia­ła. Bar­ki prąż­ko­wa­ły przy każ­dym ru­chu, jesz­cze bar­dziej uwy­dat­nia­jąc pul­su­ją­ce ży­ły wi­docz­ne na każ­dym mię­śniu. Jed­no by­ło pew­ne: prze­ro­śnię­ty męż­czy­zna był wiel­kim ło­trem.

Co­oper pod­cią­gał się mia­ro­wo i po­wo­li, roz­my­śla­jąc o zle­ce­niach. Miał na so­bie tyl­ko ciem­ne, sztyw­ne i szorst­kie spodnie z wie­lo­ma kie­sze­nia­mi. Wi­dać by­ło, że zo­sta­ły do­brze wy­ko­na­ne, praw­do­po­dob­nie uszy­to je na mia­rę, z ba­weł­ny oraz wy­so­kiej ja­ko­ści pi­ko­wa­nej skó­ry, któ­ra wzmac­nia­ła miej­sca na ko­la­nach czy po bo­kach uda. Z przo­du spodni na udzie mie­ści­ły się przy­szy­te gru­bą ni­cią skó­rza­ne pa­ski. Je­den z nich był więk­szy, a po­zo­sta­łe dwa nie­co mniej­sze i na­chy­lo­ne pod ma­łym ką­tem, by da­ło się w nich umiesz­czać no­że. Do te­go męż­czy­zna no­sił woj­sko­we bu­ty o gru­bych po­de­szwach, przy­po­mi­na­ją­ce te no­szo­ne przez ka­wa­le­rzy­stów z po­łu­dnia. Się­ga­ły aż do ko­lan, co mia­ło chro­nić mię­dzy in­ny­mi przed ja­do­wi­ty­mi wę­ża­mi. Bu­ty zo­sta­ły do­dat­ko­wo wy­po­sa­żo­ne w sta­lo­we wstaw­ki, gład­kie i błysz­czą­ce, któ­re za­bez­pie­cza­ły sto­py oraz ko­ści pisz­cze­lo­we przed zła­ma­niem. Za­pew­nia­ły tak­że moc­ne, a na­wet śmier­tel­ne kop­nię­cia. Na ty­le cho­le­wy jed­ne­go z bu­tów, na wy­so­ko­ści łyd­ki, moż­na by­ło do­strzec ko­lej­ny pa­sek na nóż.

Dwa­dzie­ścia trzy, dwa­dzie­ścia czte­ry… – li­czył w my­ślach Co­oper, a każ­dy ruch wy­da­wał mu się bar­dzo dłu­gi. – Gło­wa ner­sa­ża jest war­ta dwa­dzie­ścia zło­tych mo­net, za smo­ka mor­skie­go do­sta­nę trzy­dzie­ści pięć, ale to bar­dziej ry­zy­kow­ne za­ję­cie – my­ślał. – Wal­ka w wo­dzie jest trud­na i bar­dziej mę­czą­ca niż na lą­dzie. Trze­ba by ku­pić no­we sie­ci, gdyż ostat­nie znisz­czy­ły su­my.

W cie­śni­nie Vertz, mię­dzy pań­stwem mor­skim Gra­vadzzk a pań­stwem Se­vil­lith, oraz na pół­noc­ny wschód od Se­vil­lith, w naj­szer­szym punk­cie do­pły­wu rze­ki Wer­tis su­my do­ra­sta­ły na­wet do pięt­na­stu stóp i by­ły za­dzi­wia­ją­co sil­ne. Po­je­dyn­czy okaz mógł sam wy­wró­cić na bok ma­łą łódź.

Kur­wa, pięć lat mi słu­ży­ły… Trzy­dzie­ści je­den, trzy­dzie­ści dwa… – li­czył da­lej. – Do te­go do­cho­dzi do­pła­ta za prze­by­cie gra­ni­cy i prom. Se­vil­li­ci są po­je­ba­ni, bio­rą pięć zło­tych mo­net, to wię­cej niż w bur­de­lu u Fre­zie­go. Mo­że na­pra­wił­by i uru­cho­mił sta­re­go skor­pio­na… Ach, Will… on wie­dział­by, co zro­bić…

– Wi­taj! – rzu­cił ktoś z od­da­li.

– Kur­wa!

Przy trzy­dzie­stym siód­mym pod­cią­gnię­ciu Co­oper usły­szał trzask i po­czuł moc­ny ból w oko­li­cy krzy­ża. Ga­łąź nie wy­trzy­ma­ła. Łow­ca pod­niósł się ocię­ża­le z zie­mi. Do je­go spo­co­nych ple­ców przy­kle­iły się źdźbła tra­wy oraz tro­chę zie­mi. Po­ło­żył dło­nie na bo­kach i skrę­cał tu­łów, by roz­cią­gnąć ple­cy; gry­mas na je­go twa­rzy two­rzył ob­raz trud­ny do opi­sa­nia. Ką­tem oka za­uwa­żył lek­ko chwie­ją­ce­go się na no­gach star­sze­go męż­czy­znę, kro­czą­ce­go ocię­ża­le w je­go stro­nę.

Pięk­nie, jesz­cze te­go tu bra­ko­wa­ło – po­my­ślał Co­oper.

– Mo­głem się do­my­ślić, że gdzie się nie po­ja­wisz, za­wsze ko­muś sta­je się nie­szczę­ście. Wi­dzia­łem cię w wio­sce, je­steś prze­klę­ty czy co, dziad­ku? – po­wie­dział, wbi­ja­jąc pal­ce w obo­la­łe mię­śnie.

– Wi­taj, sy­nu! Nic ci się nie… hik!… sta­ło? – spy­tał przy­bysz, nie­udol­nie pró­bu­jąc ukryć czkaw­kę. – Sze­dłem przy­pad­kiem obok i wi­dzia­łem, jak… hik!… upa­dłeś. Nic ci nie jest? Mo­że po­słać po me­dy­ka?

Po­sta­rza­ły męż­czy­zna był ni­ski i chu­dy jak pa­tyk. Skó­rę na twa­rzy miał po­marsz­czo­ną i nie­co czer­wo­ną, szcze­gól­nie w oko­li­cy no­sa. W jed­nej rę­ce trzy­mał skrę­ta, a w dru­giej bu­tel­kę w po­ło­wie na­peł­nio­ną męt­ną cie­czą, naj­pew­niej ta­nim bim­brem. Ubra­ny był w lnia­ną, pier­wot­nie kre­mo­wą ko­szu­lę w kra­tę, te­raz uma­za­ną bło­tem oraz ja­kąś dziw­ną ciem­ną sub­stan­cją, któ­ra cuch­nę­ła na ki­lo­metr. Dol­ną część stro­ju sta­no­wi­ły po­dar­te spodnie i je­den but.

– Skończ pie­przyć, star­cze, do­sko­na­le wiem, że nie przy­sze­dłeś tu w tro­sce o mo­je zdro­wie. – Co­oper pod­szedł do wą­tłe­go męż­czy­zny, któ­ry wy­glą­dał przy nim jak nie­zbyt uro­dzi­we dziec­ko, i spoj­rzał z gó­ry w je­go oczy.

– Ale cze­mu od ra­zu tak z mor­dą, co? Ta­lus usma­ży cię za te plu­ga­stwa. – Sta­rzec uśmiech­nął się kpią­co. – Po­trze­bu­ję tyl­ko kil­ku srebr­nych mo­net.

– Znów schle­jesz się jak wieprz, cór­ka cię za to za­bi­je. Pa­mię­tam, co zro­bi­łeś w wio­sce, ob­raz god­ny po­gar­dy – pod­jął Co­oper.

– Nie twój pro­blem – wy­mam­ro­tał ob­ra­żo­ny sta­rzec.

Co­oper się ro­ze­śmiał.

– Ra­cja, nie mój. Ale mu­szę przy­znać, że to by­ło dość za­baw­ne i wi­do­wi­sko­we ob­ser­wo­wać cię w ta­kim sta­nie. Póź­niej po­noć zna­leź­li cię na­gie­go, ula­ne­go po łok­cie w chle­wie, śpią­ce­go obok świń. Mó­wio­no też, że przy­pro­wa­dzi­łeś ze so­bą ko­zła. Praw­da to, star­cze? Sły­sza­łem też, że dwa ty­go­dnie te­mu…

– Do­brze, już do­brze… hik! Po­ra­tu­jesz czy nie?

– Słu­chaj, nie mam cza­su się z to­bą kłó­cić. Masz i spie­przaj.

Sta­rzec zła­pał wy­strze­lo­ną przez Co­ope­ra srebr­ną mo­ne­tę z wi­ze­run­kiem doj­rza­łe­go męż­czy­zny o po­waż­nej twa­rzy i z cy­lin­drem na gło­wie. Pod je­go po­do­bi­zną znaj­do­wał się na­pis Rosh.

– Dzię­ku­ję, dzię­ku­ję! Za­wsze wie­dzia­łem, że je­steś do­brym czło­wie­kiem, przy­by­szu, na­praw­dę – ucie­szył się dzia­dek. – Mógł­byś jed­nak być tak mi­ły, by po­dzie­lić się ze mną jesz­cze jed­ną mo­ne­tą? – spy­tał bez­czel­nie.

– Za­mknij się, nie je­stem Ban­kiem Cen­tral­nym. Przy­by­łem tu nie­daw­no i nie masz po­ję­cia, ja­kie rze­czy cho­dzą mi po gło­wie. Le­piej więc bę­dzie dla cie­bie, je­śli stąd pój­dziesz, za­nim wrzu­cę cię do je­zio­ra – od­parł łotr, roz­bie­ra­jąc się.

Dzia­dek wzdry­gnął się na te sło­wa. Nie zno­sił ką­pie­li, ostat­nio ką­pał się ja­kieś wie­ki te­mu.

– O nie, nie! – za­pro­te­sto­wał. – Chy­ba nie my­ślisz… hik!… mój do­bro­dzie­ju, że po­zo­sta­wię cię z pu­sty­mi rę­ko­ma, co?

– Za­wsze to ro­bisz. Nie mo­żesz mi nic za­ofe­ro­wać po­za swo­im ża­ło­snym to­wa­rzy­stwem. – Po tych sło­wach Co­oper wszedł do je­zio­ra. Wo­da by­ła zim­na, tak jak lu­bił.

Sta­ru­szek przy­glą­dał mu się przez chwi­lę, ale nie od­pu­ścił.

– A mo­gę! Mam dla cie­bie in­for­ma­cję, cen­ną in­for­ma­cję… hik! Uwa­żasz? Słu­chaj. Za ty­dzień w Gra­vadz­z­ku, w Mie­ście Po­stę­pu od­bę­dzie się tur­niej kar­cia­ny. Zja­dą się te, jak to mó­wią, no, te… ele­gan­ty i pięk­ne ko­bie­ty z po­łu­dnia… hik! Po­za tym staw­ka jest du­ża, po­dob­no sto zło­tych Haw­kin­sów za sa­mo trze­cie miej­sce, nie mó­wiąc już o resz­cie.

– Nie gram już w kar­ty, sta­ry mo­czy­mor­do. Po­za tym do Gra­vadz­z­ka jest pięć dni dro­gi kon­no. Pięć dni bez prze­rwy w twar­dym sio­dle. Chcesz, abym od­pa­rzył so­bie du­pę? – Co­oper po­pa­trzył na nie­go znie­chę­co­ny.

– No to co, łow­co? Na­gro­da jest war­ta wy­sił­ku. – Sta­rzec wzru­szył ra­mio­na­mi. – A szko­da, że­byś mar­no­wał swój ta­lent, sy­nu. Pa­mię­tam, jak przy­by­łeś tu pierw­szy raz i bez pro­ble­mu ogra­łeś jed­no­okie­go Be­na. Kar­ta ci szła, po­wi­nie­neś spró­bo­wać raz jesz­cze. Tak czy ina­czej, zro­bisz, jak uwa­żasz. Nie mu­sisz mi dzię­ko­wać – po­wie­dział, po czym od­szedł, za­ta­cza­jąc się.

– Ja miał­bym dzię­ko­wać to­bie? – prych­nął Co­oper. – Sta­ry mo­czy­mor­da – mruk­nął po chwi­li i mach­nął rę­ką. Po­tem roz­luź­nił się i po­ło­żył ple­ca­mi na ta­fli je­zio­ra. Gdy za­mknął oczy, cie­płe pro­my­ki słoń­ca otu­li­ły je­go po­wie­ki.

Po ką­pie­li pod­szedł do wy­pa­lo­ne­go ogni­ska pod wiel­kim ce­drem. Po­lał po­piół wo­dą wy­ci­śnię­tą z wcze­śniej za­mo­czo­nej ko­szu­li. Przed dro­gą na po­łu­dnio­wy wschód czę­sto za­kła­dał wil­got­ne odzie­nie, by schło­dzić or­ga­nizm. Tem­pe­ra­tu­ry kil­ka go­dzin po brza­sku za­czy­na­ły się ro­bić nie­zno­śne dla ludz­kie­go cia­ła, a na wscho­dzie by­ło jesz­cze cie­plej niż w oko­li­cach cie­śni­ny Vertz. Co­oper za­wsze się za­sta­na­wiał, co za dur­no­wa­te bó­stwo wy­my­śli­ło ta­ki sys­tem: zim­ne no­ce, pod­czas któ­rych moż­na się za­zię­bić, a po nich nie­od­pusz­cza­ją­cy upał w cią­gu dnia.

Te­raz miał w pla­nach udać się do Menr­thifs, ma­łe­go mia­sta na zie­mi ni­czy­jej przed pań­stwem Se­vil­lith, zwa­nym Ty­gry­sa­mi, aby ode­brać tam na­gro­dę za po­przed­nie zle­ce­nie, a przy oka­zji za­ku­pić no­we no­że do rzu­ca­nia. Dro­ga do Menr­thifs by­wa­ła nie­bez­piecz­na, tak sa­mo jak roz­le­gła nie­za­miesz­ka­na część wscho­du, gdzie za spra­wą bar­ba­rzyń­ców z kla­nu Tu­scha­trx oraz na­jaz­dów Pu­styn­nych Pi­ra­tów nie by­ło żad­nych miast ani wio­sek.

Bez­piecz­niej i roz­waż­niej by­ło­by dziś przy­wdziać peł­ne wy­po­sa­że­nie – po­my­ślał Co­oper. Wy­po­sa­że­nie, któ­re bę­dzie cięż­kie, nie­zno­śne i prze­szka­dza­ją­ce w po­dró­ży. Nie miał jed­nak wyj­ścia, wo­lał nie ry­zy­ko­wać wal­ki z jed­nym z pa­tro­li Pu­styn­nych Pi­ra­tów, któ­rzy naj­czę­ściej ata­ko­wa­li hor­da­mi. Prze­ciw­ni­cy o prze­wa­dze li­czeb­nej skrzęt­nie wy­ko­rzy­sta­li­by nie­przy­go­to­wa­ne­go sa­mot­ne­go po­dróż­ni­ka. Co wię­cej, w od­róż­nie­niu od bar­ba­rzyń­ców z Tu­scha­trx, któ­rzy naj­pew­niej za­bi­li­by go na miej­scu, Pu­styn­ni Pi­ra­ci po­dob­no lu­bi­li skó­ro­wać lu­dzi żyw­cem, przy­ozda­biać twa­rze ludz­ki­mi ma­ska­mi, a na szyi wie­szać na­szyj­ni­ki zro­bio­ne z ich ko­ści. Przy­naj­mniej tak sły­szał w jed­nym z tu­tej­szych miast.

Łow­ca za­ło­żył ko­szu­lę, na nią po­rząd­ną skó­rza­ną zbro­ję, wzmac­nia­ną ele­men­ta­mi sta­lo­wy­mi. Przed­ra­mio­na za­bez­pie­czył skó­rza­ny­mi kar­wa­sza­mi, a do naj­więk­sze­go z pa­sków znaj­du­ją­cych się na pra­wym udzie wło­żył dłu­gi nóż. Dwa ko­lej­ne po­zo­sta­ły pu­ste, gdyż no­że do rzu­ca­nia prze­pa­dły pod­czas jed­nej z wy­praw. Do po­chwy przy le­wym bo­ku wsa­dził krót­ki miecz, a na pa­sku na łyd­ce za­wie­sił ma­ły hak. Wierzch cia­ła okrył dłu­gą czar­ną pe­le­ry­ną bez ra­mion, ale z kap­tu­rem. Na ko­niec umie­ścił na ple­cach wiel­ki to­pór z dwu­stron­nym pół­okrą­głym ostrzem.

Na­stęp­nie osio­dłał ko­nia i przy­tro­czył do nie­go wy­peł­nio­ne ju­ki. Do nich sznur­kiem przy­wią­zał szpo­ny har­pii, któ­re upo­lo­wał wcze­śniej. Tru­chła by­ły tak ogrom­ne, że zwi­sa­ły te­raz z bo­ku ko­nia pra­wie do zie­mi. W jed­nej z to­reb znaj­do­wa­ły się ser, chleb oraz ma­nier­ki z wo­dą, z in­nej zaś od cza­su do cza­su do­bie­ga­ło grze­cho­ta­nie ocie­ra­ją­cych się o sie­bie ogniw gru­be­go łań­cu­cha. Wzdłuż sio­dła w po­chwie spo­czy­wał miecz krzy­żo­wy, mie­rzą­cy pra­wie trzy łok­cie, z dru­giej stro­ny przy­cze­pio­na by­ła ma­ła skła­da­na ku­sza, któ­rą łow­ca lu­bił mon­to­wać na przed­ra­mie­niu, jed­nak nie tym ra­zem. Klacz Co­ope­ra, Kay­le, by­ła sil­na, przy­zwy­cza­jo­na do no­sze­nia cię­ża­rów, w tym odzia­ne­go w stal ol­brzy­ma. Na­le­ża­ła do ra­sy ra­ghor­skich ko­ni, pra­wie pół­to­ra ra­zy więk­szych od zwy­kłych ko­ni, tak że na­wet do­ro­śli męż­czyź­ni mie­li pro­ble­my w ich do­sia­da­niu, nie mó­wiąc już o ko­bie­tach.

Gdy Jo­seph już wszyst­ko przy­go­to­wał, wsiadł na grzbiet kla­czy, chwy­cił lej­ce i ru­szył na wschód.

*

W po­łu­dnie był już w po­ło­wie dro­gi do Menr­thifs. Prze­mie­rzał su­chą sa­wan­nę o zło­ci­stej tra­wie, żuł ty­toń i ob­ser­wo­wał ży­ra­fy ob­gry­za­ją­ce li­ście nie­licz­nych na tym te­re­nie drzew, aż uj­rzał w od­da­li cien­ką struż­kę dy­mu. Mo­men­tal­nie po­cią­gnął za lej­ce, a Kay­le sta­nę­ła po­słusz­nie. Łotr ro­zej­rzał się do­oko­ła, za­ta­cza­jąc ko­niem pół­okrąg. Przez chwi­lę na­słu­chi­wał, lecz sły­szał tyl­ko ci­che świsz­cze­nie wia­tru i tra­wy. Póź­niej po­ło­żył dłoń na rę­ko­je­ści krót­kie­go mie­cza i po­zwo­lił Kay­le po­wo­li zbli­żyć się do źró­dła dy­mu.

Z od­da­li do­strzegł ruch pod drze­wem, spod któ­re­go uno­sił się dym. Nie mógł okre­ślić, czy to czło­wiek, czy ja­kieś zwie­rzę, zbli­żał się więc ostroż­nie, od cza­su do cza­su oglą­da­jąc się za sie­bie. Gdy zna­lazł się nie­da­le­ko drze­wa, za­uwa­żył, że coś le­ży w ni­skiej tra­wie. Wy­glą­da­ło dziw­nie, mia­ło ró­żo­wą bar­wę. Pod­je­chał bli­żej i zo­ba­czył zwło­ki – du­żo zwłok – któ­re le­ża­ły w nie­wiel­kich od­le­gło­ściach od sie­bie i cuch­nę­ły.

Kay­le prych­nę­ła i pod­nio­sła łeb. Co­oper ze­sko­czył z ko­nia, ścią­gnął z ple­ców to­pór i pod­szedł do jed­ne­go z tru­cheł. Prze­krę­cił je na bok; po py­sku z wiel­ki­mi po­krwa­wio­ny­mi zę­bi­ska­mi po­znał, że by­ła to oskó­ro­wa­na hie­na. Obej­rzał plac przed drze­wem, ale nie zna­lazł tu nic po­za tru­chła­mi zwie­rząt. Po­tem zbli­żył się do nie­do­pa­lo­ne­go ogni­ska, kuc­nął, po­grze­bał w ża­rze, wo­kół do­strzegł śla­dy wie­lu bu­tów i pod­ków. Bar­ba­rzyń­cy tu by­li, być mo­że na­dal są – po­my­ślał.

Już miał wsia­dać na ko­nia, kie­dy usły­szał trzask przy­po­mi­na­ją­cy pa­lą­ce się drew­no. Przy­go­to­wał to­pór, ro­zej­rzał się i pod­szedł do pnia, gdzie do­strzegł no­wy ślad cią­gną­cy się za drze­wo. Za­raz po­tem usły­szał od­dech i za­uwa­żył cień. Ru­szył za nim wście­kle. Oka­za­ło się, że w tra­wie czoł­gał się mło­dy chło­pak, chu­dy, w po­dar­tym stro­ju, z krwa­wią­cą no­gą. Dzie­ciak roz­pacz­li­wie za­czął na­wo­ły­wać coś w nie­zro­zu­mia­łym dla łow­cy ję­zy­ku. Gdy zo­ba­czył, jak wiel­ki to­pór uno­si uzbro­jo­ny ol­brzym, zbladł, za­krył twarz rę­ka­mi i za­czął krzy­czeć. Co­oper jed­nak cho­wał tyl­ko broń do szluf­ki na płasz­czu z ty­łu ple­ców.

– Gdzie bar­ba­rzyń­cy? To ich spraw­ka? Pi­ra­ci? Ma­ru­de­rzy? – Łotr pod­szedł do chło­pa­ka i po­trzą­snął nim, lecz w od­po­wie­dzi do­stał je­dy­nie kil­ka nie­zro­zu­mia­łych słów, głów­nie ję­ki i bła­ga­nia, któ­rym to­wa­rzy­szy­ły łzy. – Są tu­taj? Od­je­cha­li? – do­py­ty­wał, ale bez­sku­tecz­nie.

Pod­niósł chło­pa­ka.

– Mów! Gdzie po­je­cha­li? – Co­oper wska­zał rę­ką na wschód, po­tem na za­chód, lecz dzie­ciak zła­pał się za gło­wę i za­czął wrzesz­czeć. Pró­bo­wał się uwol­nić, ko­piąc Co­ope­ra w zbro­ję.

– Za­mknij się, bo ich tu ścią­gniesz ty­mi wrza­ska­mi! – wark­nął łow­ca, po czym ude­rzył chło­pa­ka w tył gło­wy, aż ten stra­cił przy­tom­ność.

Łotr odło­żył nie­przy­tom­ne­go dzie­cia­ka na zie­mię i ro­zej­rzał się do­oko­ła. Z kie­sze­ni płasz­cza wy­cią­gnął skrę­ta, od­pa­lił go od ża­ru, a po­tem za­rzu­cił so­bie chło­pa­ka na bark jak wo­rek ziem­nia­ków. Za­gwiz­dał i Kay­le przy­cwa­ło­wa­ła bli­żej. Co­oper prze­ło­żył nie­przy­tom­ne cia­ło przez ma­syw­ny kark ko­nia, po czym sam usiadł w sio­dle.

– Ru­szaj.

*

Mia­sto Menr­thifs le­ża­ło na ma­łym pła­sko­wy­żu, pro­wa­dzi­ły do nie­go za­wi­łe ka­mien­ne dro­gi, któ­re by­ło wi­dać już z od­da­li. Łow­ca zdzi­wił się, gdy za­miast po­wie­wa­ją­cych tu kre­mo­wych flag z czer­wo­ny­mi skor­pio­na­mi zo­ba­czył na mu­rach ło­po­czą­ce na wie­trze ciem­no­zie­lo­ne cho­rą­gwie z wi­ze­run­kiem ty­gry­sa. Menr­thifs za­wsze by­ło mia­stem neu­tral­nym, go­ścin­nym dla wszyst­kich, sły­ną­cym z bo­gac­twa i han­dlu. Co, u li­cha, ro­bi tu fla­ga Se­vil­li­tów? – po­my­ślał Co­oper.

Przed głów­nym wjaz­dem, po obu stro­nach dro­gi sta­ły roz­ło­żo­ne stra­ga­ny z lnia­ny­mi bal­da­chi­ma­mi chro­nią­cy­mi przed słoń­cem. Łow­ca zsiadł z ko­nia, zła­pał za uzdę i za­czął prze­mie­rzać bru­ko­wa­ną uli­cę, na któ­rej pa­no­wał ścisk. Stra­ga­ny by­ły do­syć dłu­gie, da­ło się je omi­nąć od wscho­du lub za­cho­du, ale Co­oper lu­bił prze­mie­rzać tłum, słu­chać gwa­ru roz­mów i ob­ser­wo­wać lu­dzi.

Nie­któ­rzy dziw­nie się na nie­go pa­trzy­li, ustę­po­wa­li mu miej­sca, in­ni zaś szyb­ko opusz­cza­li wzrok, za­nie­po­ko­je­ni. Co­oper nie wy­glą­dał na miej­sco­we­go. Wy­róż­niał się z tłu­mu, w koń­cu mie­rzył nie­co po­nad dwa me­try, był uzbro­jo­ny po zę­by, a przez grzbiet ko­nia miał prze­wie­szo­ne har­pie oraz nie­przy­tom­ne­go chło­pa­ka. Po­tęż­ne ra­mio­na męż­czy­zny świe­ci­ły się od po­tu, je­go ple­cy kle­iły się do skó­rza­nej zbroi, a wło­sy do spo­co­nej twa­rzy. Twarz Jo­se­pha bu­dzi­ła nie­pew­ność wśród lu­dzi, z je­go oczu nie moż­na by­ło wy­czy­tać ni­cze­go do­bre­go. Pew­nie bra­li go za han­dla­rza nie­wol­ni­ków, któ­rych za­zwy­czaj peł­no się tu pa­no­szy­ło.

Je­den z roz­pę­dzo­nych stra­ga­nia­rzy od­bił się od bar­ku łow­cy jak od ścia­ny i upadł na ka­mie­nie, roz­sy­pu­jąc po­ma­rań­cze. Gdy spoj­rzał w gó­rę, na­po­tkał prze­szy­wa­ją­ce go błę­kit­ne oczy. Łow­ca po­dał rę­kę prze­ra­żo­ne­mu męż­czyź­nie i po­mógł mu wstać. Han­dlarz po­spiesz­nie ski­nął gło­wą i za­czął zbie­rać roz­sy­pa­ne owo­ce. Po do­tar­ciu do głów­nej bra­my Co­oper skrę­cił w pra­wo do znaj­du­ją­cej się nie­opo­dal staj­ni. Ścią­gnął nie­przy­tom­ne­go chło­pa­ka z grzbie­tu Kay­le, przy­tasz­czył nie­wład­ne cia­ło do ko­ry­ta z wo­dą, do któ­re­go wsa­dził gło­wę nie­szczę­śni­ka. Gdy po­czuł ruch, wy­nu­rzył dzie­cia­ka i pchnął go pod no­gi sta­jen­ne­go.

– Bę­dzie­my mieć przez to kło­po­ty. Od kie­dy mia­sto jest pod pro­tek­to­ra­tem Se­vil­li­tów, nie wol­no tu han­dlo­wać nie­wol­ni­ka­mi – po­wie­dział sta­jen­ny.

– Pod pro­tek­to­ra­tem? – zdzi­wił się Co­oper. – Nie han­dlu­ję nie­wol­ni­ka­mi, ko­niu­szy. Zna­la­złem chło­pa­ka na trak­cie, praw­do­po­dob­nie po­rwa­li go Pu­styn­ni Pi­ra­ci. Zaj­mij się nim, jest ran­ny. Ko­niem też się zaj­mij, tyl­ko uwa­żaj na nie­go, jest wie­le wart. Nie bój się har­pii wi­szą­cych na bo­ku ko­nia, są mar­twe. Mu­szę ode­brać za nie na­gro­dę, wró­cę po nie póź­niej, więc nie waż się ich ru­szyć. – Rzu­cił sta­jen­ne­mu srebr­ną mo­ne­tę.

Póź­niej wró­cił do bra­my, gdzie od ra­zu zde­ner­wo­wa­li go straż­ni­cy. By­li mło­dzi, na ich na­pier­śni­kach wid­nia­ły po­do­bi­zny ty­gry­sów, a na ple­cach po­wie­wa­ły cien­kie ciem­no­zie­lo­ne płasz­cze.

– Chwi­lecz­kę, nie tak pręd­ko. Ty­le sta­li na jed­nym czło­wie­ku? Po­lu­je­cie na niedź­wie­dzia? – rzu­cił straż­nik, re­cho­cząc do ko­le­gi.

– Niedź­wiedź, phi! Co to dla nie­go? Pew­nie po­lu­je na dar­ke­ra, smo­ka z baj­ki! – do­dał dru­gi, za­no­sząc się śmie­chem.

Co­oper zdzi­wił się, bo za­zwy­czaj lu­dzie nie od­zy­wa­li się do nie­go w ten spo­sób. Ba­li się go. Do­pie­ro po chwi­li wy­czuł od mło­ko­sów za­pach na­lew­ki.

– Dar­ker? A co to ta­kie­go? – pod­jął ich grę.

– Pra­daw­ny po­twór – od­parł pierw­szy ze straż­ni­ków.

– Je­stem pew­ny, że to je­go mat­ka. – Dru­gi wska­zał pal­cem na Co­ope­ra. – Tak, je­stem pew­ny… To je­go mat­ka, sko­ro wy­da­ła na świat ko­lej­ne­go po­two­ra! – Za­to­czył się lek­ko, a po­tem obaj straż­ni­cy wy­bu­chli śmie­chem.

– Ta stal mo­że za­raz przy­ozdo­bić wa­sze wstręt­ne mor­dy – wark­nął łotr, do­ty­ka­jąc rę­ko­je­ści krót­kie­go mie­cza.

Straż­ni­cy spo­waż­nie­li, wy­pro­sto­wa­li się i chwy­ci­li moc­niej dłu­gie lan­ce. Je­den z nich zro­bił wy­pad w przód i od­parł:

– Przej­ścia nie ma. Je­śli zo­sta­wisz broń przed wej­ściem, to cię wpu­ści­my.

– Ni­cze­go nie zo­sta­wię, z dro­gi! – sprze­ci­wił się łow­ca i marsz­cząc czo­ło, ru­szył przed sie­bie.

Straż­ni­cy za­re­ago­wa­li na­tych­miast, przy­ci­ska­jąc ostre czub­ki lanc do pier­si Co­ope­ra.

– Wy­co­faj się, mię­śnia­ku! Nie po­trze­bu­je­my tu awan­tur­ni­ków.

Łow­ca w mgnie­niu oka chwy­cił lan­ce pod pa­chy, przy­cią­gnął je do sie­bie ra­zem ze straż­ni­ka­mi i zła­mał, na­prę­ża­jąc mię­śnie. Na­stęp­nie, uni­ka­jąc pra­we­go sier­po­we­go oraz le­we­go pro­ste­go, chwy­cił gło­wy straż­ni­ków i zde­rzył je moc­no, aż za­dud­ni­ło. Wy­cie­ra­jąc dło­nie, ru­szył da­lej.

– Stój! – za­wo­łał ko­lej­ny straż­nik, któ­ry mie­rzył do łow­cy z łu­ku. Chwi­lę póź­niej do­łą­czy­li do nie­go ko­lej­ni, okrą­ża­jąc in­tru­za.

– Kur­wa! – ryk­nął Co­oper, zdej­mu­jąc to­pór z ple­ców.

– Opuść broń, bar­ba­rzyń­co!

Przed sze­reg zbroj­nych wy­stą­pił wy­so­ki i po­staw­ny męż­czy­zna w śred­nim wie­ku, ubra­ny w lek­ką zbro­ję. Rę­ce miał za­ple­cio­ne za ple­ca­mi, a je­go miecz spo­czy­wał w po­chwie. Na krót­kich wło­sach by­ło znać pa­rę si­wych ko­smy­ków.

– Na­zy­wam się De­an Aze­berh, je­stem do­wód­cą dwu­dzie­ste­go gar­ni­zo­nu pie­cho­ty wojsk Se­vil­lith – cią­gnął męż­czy­zna. – We­dług ko­dek­su na­paść na żoł­nie­rza ka­ra­na jest wię­zie­niem lub stra­ce­niem. Dla­te­go w imie­niu Ja­na Kha­ve­da II, wład­cy Se­vil­lith oraz ziem znaj­du­ją­cych się pod je­go pro­tek­to­ra­tem, aresz­tu­ję cię. Cze­ka cię pro­ces, bar­ba­rzyń­co. Od­daj broń.

Łow­ca ro­zej­rzał się i od­dał to­pór żoł­nie­rzom. By­ło ich za du­żo, na­wet jak na czło­wie­ka, któ­ry trud­ni się za­bi­ja­niem be­stii.

– Jesz­cze nóż – do­dał De­an Aze­berh.

Co­oper usłu­chał i wy­cią­gnął nóż z pa­ska na udzie.

– Pój­dziesz za mną – na­ka­zał do­wód­ca i ru­szył w kie­run­ku mu­rów, a za nim po­dą­żył Co­oper w eskor­cie ma­łe­go gar­ni­zo­nu żoł­nie­rzy.

Prze­mie­rzy­li nie­dłu­gi od­ci­nek, po czym do­wód­ca spo­czął pod wiel­kim na­mio­tem. Męż­czy­zna usiadł na krze­śle wy­ko­na­nym z drew­na i lnu.

– Mów, skąd przy­by­wasz i co tu ro­bisz? – spy­tał De­an Aze­berh.

– Na­zy­wam się Jo­seph Co­oper, je­stem łow­cą. Zaj­mu­ję się za­bi­ja­niem po­two­rów, przy­je­cha­łem ode­brać na­gro­dę za zle­ce­nie. Od kie­dy Menr­thifs jest pod pro­tek­to­ra­tem? Daw­niej moż­na by­ło tu wno­sić broń.

– Pań­stwo Se­vil­lith ob­ję­ło pro­tek­to­rat nad Menr­thifs po za­ma­chu na kró­la Ja­na Kha­ve­da I.

– Po za­ma­chu? – spy­tał zdzi­wio­ny łow­ca.

– Tak, król Jan Kha­ved I zo­stał za­mor­do­wa­ny dwie no­ce te­mu. Na­ka­zem no­we­go kró­la zo­sta­li­śmy przy­dzie­le­ni tu­taj, a na­szym za­da­niem jest za­bez­pie­cza­nie gra­nic pań­stwa.

– Z te­go, co wiem, Menr­thifs znaj­du­je się po­za gra­ni­ca­mi Se­vil­liath – za­uwa­żył Co­oper.

– To praw­da, lecz miesz­kań­cy mia­sta sa­mi zgo­dzi­li się na pro­tek­to­rat – od­parł De­an Aze­berh, no­tu­jąc coś na per­ga­mi­nie.

– Sa­mi się zgo­dzi­li czy zo­sta­li zmu­sze­ni si­łą? – Jo­seph nie wy­trzy­mał.

– Uwa­żaj, łow­co. Je­den z mo­ich żoł­nie­rzy twier­dzi, że han­dlu­jesz nie­wol­ni­ka­mi. Wi­dział jed­ne­go na two­im ko­niu, gdy wjeż­dża­łeś do mia­sta.

– To zwy­kły chło­pak, zna­la­złem go na trak­cie. Za­bra­łem go, choć mo­głem zo­sta­wić na śmierć. Za­pła­ci­łem sta­jen­ne­mu, że­by się nim za­jął. Spy­taj­cie go, je­śli mi nie wie­rzy­cie.

Do­wód­ca wcią­gnął po­wie­trze, za­sta­no­wił się chwi­lę.

– Mi­mo wszyst­ko na­pa­dłeś na żoł­nie­rzy, mu­sisz zo­stać uka­ra­ny – oznaj­mił sta­now­czo.

– Czy straż­ni­cy na war­cie mo­gą spo­ży­wać al­ko­hol lub środ­ki odu­rza­ją­ce? – spy­tał Co­oper.

– Nie, ko­deks te­go za­bra­nia – przy­znał De­an.

– Pro­szę więc przyj­rzeć się swo­im lu­dziom. Ni­g­dy nie za­ata­ko­wał­bym żoł­nie­rza bez po­wo­du. Dzia­ła­łem w obro­nie wła­snej.

Do­wód­ca kiw­nął pal­cem na straż­ni­ka znaj­du­ją­ce­go się po je­go pra­wej i roz­ka­zał mu spraw­dzić ze­zna­nia Jo­se­pha.

– Je­steś więc łow­cą, tak? – zwró­cił się po­now­nie do Co­ope­ra. – Mo­że nam się jesz­cze przy­dasz. Jed­nak ko­deks to ko­deks, a ja mu­szę wy­peł­niać roz­ka­zy.

– Co ze mną zro­bi­cie? – Łow­ca uniósł brew.

– Jak na ra­zie zo­sta­niesz wtrą­co­ny do lo­chów i zo­sta­niesz tam, do­pó­ki nie do­koń­czy­my śledz­twa.

– Nie mo­że­cie te­go zro­bić.

– Mo­że­my i zro­bi­my to. Módl się ra­czej, abyś nie zo­stał stra­co­ny.

– Do ko­go? Do wa­szych bo­gów? Jed­no­okie­go Ko­ta?

– Nie ob­ra­żaj nas! – wark­nął do­wód­ca z po­waż­ną mi­ną. – Za­brać go i nie za­po­mnij­cie go skuć.

W tym mo­men­cie do Co­ope­ra pod­szedł mło­dy żoł­nierz, któ­ry pew­nie do­pie­ro co zo­stał wcie­lo­ny do ar­mii. Rę­ce mu drża­ły, naj­wy­raź­niej mło­dzik bał się więź­nia.

– Rę­ce – roz­ka­zał nie­pew­nie.

Jo­seph za­wie­sił wzrok na nie­bie, jak­by szu­kał ra­tun­ku, na­stęp­nie wes­tchnął i wy­cią­gnął rę­ce do przo­du. Mło­de­mu żoł­nie­rzo­wi tak trzę­sły się dło­nie, że upu­ścił kaj­da­ny.

– Cho­le­ra! – za­klął do­wód­ca, po czym wy­rwał kaj­da­ny chło­pa­ko­wi i sam skuł wiel­kie nad­garst­ki Co­ope­ra. – Na­przód!

Eskor­ta ru­szy­ła z więź­niem mar­szo­wym kro­kiem. Gdy do­tar­li pod mu­ry, ze­szli po dłu­gich scho­dach do lo­chów znaj­du­ją­cych się obok spły­wa­ją­cych ście­ków. Ce­le by­ły ma­łe, lecz pra­wie pu­ste. Ma­ło kto od­wa­żał się kraść czy za­bi­jać, gdy woj­ska Ty­gry­sów za­go­ści­ły w mie­ście.

– Mam tu wejść? – spy­tał znie­sma­czo­ny Co­oper.

– Wchodź, nie ma­rudź – rzu­cił je­den z żoł­nie­rzy.

– Śmier­dzi tu go­rzej niż w staj­ni – zde­ner­wo­wał się Jo­seph.

– Wej­dziesz sam al­bo cię we­pchnie­my.

– Zdej­mij­cie mi cho­ciaż to że­la­stwo.

– Le­vai. – Żoł­nierz ski­nął dło­nią na mło­de­go chło­pa­ka, któ­ry do­sko­czył szyb­ko do łow­cy, roz­kuł mu rę­ce i od ra­zu cof­nął się za star­sze­go ko­le­gę. Ten we­pchnął Co­ope­ra do ce­li i za­mknął drzwi na kłód­kę. – Mi­łej za­ba­wy! Na­stęp­nym ra­zem tra­fisz do pia­chu – do­dał, a po­tem od­szedł z resz­tą eskor­ty.

Wnę­trze nie by­ło zbyt przy­jem­ne, wszę­dzie znaj­do­wał się pia­sek, po­sła­nie sta­no­wi­ły wi­kli­no­we ma­ty, a o wy­chod­ku mógł za­po­mnieć. Je­dy­nym plu­sem by­ło to, że nie do­cie­ra­ło tu słoń­ce. Co­oper ro­zej­rzał się po lo­chach. W in­nych ce­lach zo­ba­czył star­ca oraz dwóch mło­dych męż­czyzn. Po­tem usiadł na pia­sku i oparł się o ścia­nę.

– Wspa­nia­le, kur­wa, wspa­nia­le – mruk­nął, opusz­cza­jąc gło­wę i cho­wa­jąc ją w dło­niach.

Roz­dział 3

Krwa­wy Księ­życ

Jak ob­li­czyć si­łę po­trzeb­ną do skru­sze­nia mu­ru Te­zie­go?

To py­ta­nie wy­wo­ły­wa­ło prze­ra­że­nie w umy­słach mło­dych adep­tów Szko­ły Śród­mie­ścia. Jed­nak nie w gło­wie Ana­sta­zji. Jej umysł był czy­sty, spo­koj­ny i lek­ki jak za­zwy­czaj. Dziew­czy­na już daw­no te­mu wy­ko­na­ła za­da­nie, któ­re nie spra­wi­ło jej więk­szych trud­no­ści. Cze­ka­ła więc ze znu­dze­niem, aż resz­ta uczniów do­koń­czy spraw­dzian. Te­raz spo­glą­da­ła przez okno, ob­ser­wu­jąc, jak ziarn­ka pia­sku prze­mie­rza­ją klep­sy­drę, wbu­do­wa­ną we fron­to­wą ścia­nę bu­dyn­ku nad drzwia­mi wej­ścio­wy­mi.

Po­tęż­na kon­struk­cja, wy­so­ka na oko­ło pięć­dzie­siąt łok­ci, pra­wie w ca­ło­ści skła­da­ła się z wy­trzy­ma­łe­go szkła. Po prze­sy­pa­niu się pia­sku zmie­nia­ła po­ło­że­nie dzię­ki dwóm wiel­kim or­bi­tom w ko­lo­rze gra­fi­tu, ozdo­bio­nym zło­ty­mi gli­fa­mi. Or­bi­ta­mi zaś po­ru­szał ma­gicz­ny rdzeń, któ­ry ema­no­wał nie­bie­ską po­świa­tą przy­po­mi­na­ją­cą bły­ska­wi­ce. Dzię­ki nie­mu klep­sy­dra dzia­ła­ła nie­prze­rwa­nie od po­cząt­ku ist­nie­nia szko­ły, czy­li od prze­szło czte­ry­stu lat, i by­ła naj­więk­szą du­mą tu­tej­szych wie­dzą­cych. Sta­no­wi­ła je­den z pierw­szych i nie­licz­nych od­mier­za­czy cza­su, któ­re jesz­cze ni­g­dy w hi­sto­rii nie ule­gły po­psu­ciu.

Klep­sy­drę naj­le­piej by­ło wi­dać z okrą­głe­go dzie­dziń­ca, wy­ło­żo­ne­go kost­ką o ja­snej, nie­mal bia­łej bar­wie. Ucznio­wie za­zwy­czaj spę­dza­li tam prze­rwy na mar­mu­ro­wych ław­kach. Ścia­ny szko­ły wy­ko­na­no z ce­gieł wy­pa­la­nych z bia­łej gli­ny, wy­do­by­wa­nej w ko­pal­niach pod Ve­ratz, nie­da­le­ko Mia­sta Po­stę­pu. Ce­gły z te­go ma­te­ria­łu róż­ni­ły się od in­nych – by­ły za­dzi­wia­ją­co lek­kie i gład­kie, ale też wy­trzy­ma­łe. Dla­te­go w Gra­vadz­z­ku więk­szość pań­stwo­wych bu­dow­li wzno­szo­no z wy­ko­rzy­sta­niem te­go bu­dul­ca.

Ogrom­ny gmach Szko­ły Śród­mie­ścia wy­glą­dem przy­po­mi­nał za­mek z wie­lo­ma wie­życz­ka­mi znacz­nie prze­wyż­sza­ją­cy­mi mu­ry. Pla­ców­kę zbu­do­wa­no na pa­gór­ko­wa­tym te­re­nie ziem Te­ratz, dzię­ki cze­mu bu­dow­la przy­po­mi­na­ła wzbie­ra­ją­ce fa­le na mo­rzu. Po­łu­dnio­wa część szko­ły za­czy­na­ła się nad je­zio­rem i cią­gnę­ła się na pół­noc, gdzie cho­wa­ła się w le­sie. Od głów­nej osi bu­dyn­ku przy­po­mi­na­ją­cej li­te­rę U wy­cho­dzi­ło wie­le mniej­szych od­nóg. Na wy­so­ko osa­dzo­nych da­chach znaj­do­wa­ły się roz­ma­ite Opa­da­ją­ce Ogro­dy, któ­rych ro­ślin­ność przy­kry­wa­ła znacz­ną część mu­rów szko­ły. By­ły to za­zwy­czaj zie­lo­ne pną­czo­spa­dy, ale w nie­któ­rych miej­scach wy­stę­po­wa­ły tak­że pur­pu­ro­we gni­cy­je oraz ró­żo­we i ja­sno­nie­bie­skie blusz­czo­wij­ki. Naj­bar­dziej od­da­lo­ne od sie­bie czę­ści szko­ły po­łą­czo­no wi­szą­cy­mi prze­szklo­ny­mi ko­ry­ta­rza­mi.

Ca­łą kon­struk­cję ota­cza­ły pre­cy­zyj­nie przy­strzy­żo­ne traw­ni­ki, oczka wod­ne oraz fon­tan­ny ozdo­bio­ne róż­no­rod­ny­mi mar­mu­ro­wy­mi rzeź­ba­mi. Du­żą atrak­cję sta­no­wi­ły krzy­wo ro­sną­ce drze­wa o ga­łę­ziach wy­gi­na­ją­cych się w róż­ne stro­ny, cha­rak­te­ry­stycz­ne dla tu­tej­sze­go kli­ma­tu. Bli­żej sa­mych mu­rów znaj­do­wa­ły się bo­iska do gry w smo­ka, dzi­ki ży­wo­płot, w któ­rym po­tra­fi­ły zgu­bić się na­wet naj­tęż­sze gło­wy, oraz róż­ne­go ro­dza­ju po­la do ćwi­cze­nia szer­mier­ki.

Szko­ła zo­sta­ła okrzyk­nię­ta jed­ną z naj­lep­szych w Gra­vadz­z­ku, nie­któ­rzy twier­dzi­li, że do­rów­ny­wa­ła szko­le Atil­li Glass w Wer­sh­mah­cie, sto­li­cy Gra­vadz­z­ka. Je­śli wie­rzyć ostat­nim do­nie­sie­niom, w dzie­dzi­nie na­uk ści­słych nie­znacz­nie prze­wyż­szy­ła już sto­łecz­ną uczel­nię, jed­nak na kie­run­ku woj­sko­wym na­dal po­zo­sta­wa­ła da­le­ko w ty­le.

Ana­sta­zja, czter­na­sto­let­nia adept­ka ar­chi­tek­tu­ry, nie lu­bi­ła uczyć się w do­mu, choć mia­ła na to czas i moż­li­wo­ści. Jej oj­ciec był wy­bit­nym ar­chi­tek­tem, któ­ry pro­jek­to­wał ma­chi­ny wo­jen­ne, mu­ry obron­ne oraz pro­ste bu­dyn­ki. Mat­ka zaś by­ła ka­płan­ką z po­wo­ła­nia, od­pro­wa­dza­ła du­sze zmar­łych na dru­gi brzeg we­dług sta­rych wie­rzeń. Mi­mo do­bro­by­tu i sprzy­ja­ją­cych wa­run­ków do ucze­nia się w do­mu czter­na­sto­lat­ka więk­szość na­uk przy­swa­ja­ła w szko­le, dzię­ki te­mu, że jej umysł szyb­ko chło­nął wie­dzę. Pod­czas gdy in­ni ucznio­wie bie­ga­li po ko­ry­ta­rzach lub za­ba­wia­li się roz­ma­ity­mi gra­mi, ona sie­dzia­ła w księ­gach.

Bar­dziej wy­ma­ga­ją­ce przed­mio­ty, ta­kie jak ob­szer­na hi­sto­ria czy astro­no­mia, zaj­mo­wa­ły dziew­czy­nie wię­cej cza­su, dla­te­go sia­da­ła do nich tak­że po­za lek­cja­mi, lecz ro­bi­ła to za­zwy­czaj po­za do­mem w dziw­nych miej­scach. Jak sa­ma twier­dzi­ła, do roz­wo­ju umy­słu po­trzeb­ne by­ły świe­że po­wie­trze i wol­na prze­strzeń. Za­bie­ra­ła więc książ­ki ze so­bą i czy­ta­ła je w la­sach lub na ska­li­stych kli­fach. Ostat­nio upodo­ba­ła so­bie sze­ro­ki na trzy­dzie­ści stóp czer­wo­ny dach ma­ga­zy­nu, na któ­re­go koń­cu mie­ścił się warsz­tat z wiel­kim ce­gla­nym ko­mi­nem. Ob­ser­wo­wa­ła z nie­go ogrom­ne stat­ki cu­mu­ją­ce w por­cie dłu­gim na jed­ną trze­cią gra­ni­cy mia­sta. Gdy prze­cho­dzi­ła na dru­gą stro­nę da­chu, mo­gła zo­ba­czyć ćwi­czą­cych w ko­tli­nie lu­dzi, zwa­nych fi­zycz­ny­mi, przy­go­to­wu­ją­cych się do co­rocz­nych za­wo­dów ku czci Mer­ry, Va­de­ta i Syt­nio­na. W ten spo­sób oby­wa­te­le Mia­sta Po­stę­pu od­da­wa­li hołd tym trzem bó­stwom w po­dzię­ko­wa­niu za do­bre plo­ny.

Te­raz ja­sno­zie­lo­ne oczy dziew­czy­ny wpa­try­wa­ły się w szy­bę znaj­du­ją­cą się na wschod­niej ścia­nie po­miesz­cze­nia, skąd mia­ła świet­ny wi­dok na wy­bieg, gdzie o rok star­si adep­ci, głów­nie chłop­cy, ćwi­czy­li jaz­dę kon­ną oraz po­je­dyn­ko­wa­nie się. Za­zdro­ści­ła im, nie mo­gła się do­cze­kać koń­ca lek­cji, któ­ra po­ma­łu za­czy­na­ła ją nu­żyć. Choć lu­bi­ła przed­mio­ty ści­słe i by­ła w nich po­nad­prze­cięt­na, naj­więk­szą ra­dość spra­wia­ły jej za­ję­cia fi­zycz­ne oraz na­uka zna­ków ma­gii sta­tycz­nej.

W tym mo­men­cie uwa­gę dziew­czy­ny przy­kuł Jeff Ta­nis, syn ge­ne­ra­ła Var­to­za Ta­ni­sa z pią­tej dru­ży­ny pie­cho­ty. Chło­pak był wy­jąt­ko­wo wy­spor­to­wa­ny jak na swój wiek. Gra­vadz­z­cy sy­no­wie szyb­ko sta­wa­li się sil­ni i męż­ni, szcze­gól­nie gdy wy­bie­ra­li spe­cja­li­za­cje woj­sko­we, tak jak Jeff. Po­je­dyn­ko­wał się wła­śnie z wyż­szym od sie­bie He­brem, któ­ry wy­da­wał się zbyt pew­ny sie­bie.

– Pst, Ana!

Obej­rza­ła się w stro­nę Ri­vi­na, jed­nak od ra­zu od­wró­ci­ła wzrok. Zdą­ży­ła za­uwa­żyć tyl­ko je­go skom­pli­ko­wa­ny gest dło­ni. W prze­ci­wień­stwie do dziew­czy­ny Ri­vin nie miał ta­len­tu do na­uki. Za­wsze uśmiech­nię­ty ciem­no­skó­ry chło­pak o po­god­nej twa­rzy i krót­kich roz­pro­szo­nych we wszyst­kie stro­ny wło­sach wzbu­dzał za­ufa­nie i był lu­bia­ny do te­go stop­nia, że na­uczy­cie­le li­to­wa­li się nad je­go nie­po­rad­no­ścią, dzię­ki cze­mu za­wsze uda­wa­ło mu się zda­wać waż­ne eg­za­mi­ny w ter­mi­nie.

Ana­sta­zja szyb­ko za­czę­ła kre­ślić licz­by i dziw­nie wy­glą­da­ją­ce zna­ki na mięk­kim per­ga­mi­nie. Po­tem zmię­ła kart­kę i spoj­rza­ła na za­pa­trzo­ne­go w ma­py wie­dzą­ce­go, któ­ry nie wy­da­wał się za­in­te­re­so­wa­ny ucznia­mi, po czym bły­ska­wicz­nym ru­chem rzu­ci­ła ją ko­le­dze. Ri­vin zła­pał po­mię­ty per­ga­min i naj­szyb­ciej jak umiał scho­wał go do rę­ka­wa bia­łej ko­szu­li. Przez chwi­lę nie wy­ko­ny­wał żad­nych ru­chów i ob­ser­wo­wał za­czy­ta­ne­go na­uczy­cie­la. Upew­nił się jesz­cze, czy sie­dzą­ca w pierw­szej ław­ce Ga­vri To­net nie wi­dzia­ła ca­łe­go zaj­ścia, gdyż na pew­no po­skar­ży­ła­by się wie­dzą­ce­mu.

Ana­sta­zja z po­wro­tem wbi­ła wzrok w szy­bę. Przez chwi­lę trwa­ją­cą nie­dłu­żej niż se­kun­dę po­czu­ła wście­kłość na Ri­vi­na, gdyż przez nie­go prze­oczy­ła mo­ment zwy­cię­stwa Jef­fa Ta­ni­sa w po­je­dyn­ku z He­brem, któ­ry te­raz trzy­mał się za pierś. Jeff ga­lo­po­wał już na ko­niec gro­ma­dy, dzier­żąc pięk­ny ro­ga­ty hełm przy bo­ku, a dłu­gie blond wło­sy chło­pa­ka roz­wie­wa­ły po­dmu­chy wia­tru. Wy­glą­dał jak je­den z żoł­nie­rzy oświe­co­nej bry­ga­dy, wal­czą­cy z nie­przy­ja­cie­lem w bi­twie pod We­ne. Ci, któ­rzy oca­le­li, na­zwa­li to miej­sce Do­li­ną Cie­ni.

Wzrok dziew­czy­ny szyb­ko przy­ku­ła jed­nak syl­wet­ka nie­co szczu­plej­sze­go, ale rów­nie atle­tycz­nie zbu­do­wa­ne­go Fla­ver­ta Gro­ma, na­zy­wa­ne­go Strza­łą. Fla­vert pod­niósł wzrok i w oknie uj­rzał Ana­sta­zję. Na­stęp­nie wy­cią­gnął przed sie­bie dłoń, na­kre­ślił w po­wie­trzu znak, któ­ry na­brał gę­sto­ści sła­be­go dy­mu, a na­stęp­nie pchnął go wy­żej. W po­wie­trzu po­ja­wi­ło się dym­ne ser­ce, któ­re po chwi­li się roz­pro­szy­ło. Nie­wie­lu uczniów po­tra­fi­ło stwo­rzyć coś ta­kie­go, Fla­vert był na­praw­dę uta­len­to­wa­ny. Ana­sta­zja mo­men­tal­nie się skrzy­wi­ła. Nie­po­trzeb­nie ostat­nio da­ła się wcią­gnąć w gier­ki chło­pa­ka, za­miast od ra­zu od­rzu­cić je­go za­lo­ty. Mia­ła na gło­wie na­ukę, a te­raz jesz­cze mu­sia­ła wy­my­ślić, jak po­zbyć się upo­rczy­we­go ad­o­ra­to­ra. Mo­gła zdzie­lić go po gło­wie gru­bą na dwa pal­ce książ­ką o trwa­ją­cej pra­wie trzy mie­sią­ce woj­nie na Czar­nym Mo­rzu. W tej chwi­li ża­ło­wa­ła, że te­go nie zro­bi­ła.

– Hej, Ana – wy­szep­tał Ri­vin.

Dziew­czy­na od­wró­ci­ła się raz jesz­cze do ko­le­gi, tym ra­zem z uśmie­chem, jak­by w po­dzię­ko­wa­niu za to, że od­cią­gnął ją od wpa­try­wa­nia się w okrop­ną fa­cja­tę Fla­ver­ta Gro­ma. Ri­vin znów za­czął ży­wo ge­sty­ku­lo­wać. Ana­sta­zja za­zwy­czaj do­brze od­czy­ty­wa­ła je­go ge­sty, jed­nak tym ra­zem nie mo­gła zro­zu­mieć, o co cho­dzi, roz­ło­ży­ła więc rę­ce i unio­sła brwi. Ri­vin otwo­rzył już usta, że­by coś po­wie­dzieć, kie­dy usły­szał zgrzyt me­ta­lu. To by­ła no­ga krze­sła, na któ­rym sie­dział wie­dzą­cy.

– Do­brze, odłóż­cie pió­ra – po­wie­dział na­uczy­ciel nie­co ochryp­nię­tym gło­sem.

Nie­któ­rzy twier­dzi­li, że sza­no­wa­ny przez in­nych wie­dzą­cy, oświe­co­ny Van Bra­in, prze­żył już wiek, co wy­ja­śnia­ło­by je­go dziw­ne za­cho­wa­nia. Po­cho­dzą­cy ze wschod­niej czę­ści gór Ta­nah, osiem­dzie­się­cio­dzie­wię­cio­let­ni na­uczy­ciel, był wy­so­ki, szczu­pły, o si­wych wło­sach i krót­kim za­ro­ście. Na cha­rak­te­ry­stycz­nym, dłu­gim or­lim no­sie spo­czy­wa­ły ogrom­ne oku­la­ry, z za­usz­ni­ka­mi za­ha­czo­ny­mi o kan­cia­ste uszy, przez co męż­czy­zna wy­glą­dał nie­co śmiesz­nie. Do te­go ubie­rał się rów­nie dziw­nie i nie­mod­nie, co Ve­znań­czy­cy z Pół­noc­nej Gra­ni. Dziś miał na so­bie ja­sno­zie­lo­ną ko­szu­lę z wiel­kim koł­nie­rzem, ozdo­bio­ną w ja­śniej­sze i ciem­niej­sze rom­by, a tak­że brą­zo­we spodnie oraz bu­ty z kwa­dra­to­wym no­skiem. Ca­ło­ści do­peł­niał za­rzu­co­ny na wierzch brą­zo­wy płaszcz, choć na ze­wnątrz by­ło do­syć cie­pło.

Ri­vin spo­chmur­niał na wi­dok wsta­ją­ce­go wie­dzą­ce­go. Wy­pro­sto­wał się i splótł pal­ce dło­ni na dę­bo­wym biur­ku.

– Czas mi­nął – po­wtó­rzył wie­dzą­cy i ru­szył wzdłuż ła­wek, zbie­ra­jąc per­ga­mi­ny.

Ław­ki Ri­vi­na i Ana­sta­zji znaj­do­wa­ły się obok sie­bie, dzie­li­ła ich tyl­ko ma­ła prze­rwa, jak zresz­tą mię­dzy wszyst­ki­mi biur­ka­mi. Gdy tyl­ko wie­dzą­cy prze­szedł obok nich, Ri­vin rzu­cił na ław­kę Ana­sta­zji zwi­tek pa­pie­ru i od ra­zu od­wró­cił wzrok. Ana szyb­ko go schwy­ci­ła i ukry­ła w dłu­gich ja­sno­blond wło­sach. Wte­dy wie­dzą­cy ob­ró­cił się ener­gicz­nym ru­chem w jej kie­run­ku. Zmie­rzył ją po­dejrz­li­wym wzro­kiem, a póź­niej po­szedł da­lej.

W mię­dzy­cza­sie Ana­sta­zja roz­pro­sto­wa­ła pa­pier otrzy­ma­ny od Ri­vi­na. Chło­piec na­ry­so­wał na nim okno oraz wi­docz­ne za nim mu­ry z za­krzy­wio­ną strzał­ką.

– Przez mu­ry? – wy­szep­ta­ła Ana­sta­zja.

Ri­vin po­ki­wał gło­wą z bły­skiem w oczach i spoj­rzał na klep­sy­drę. W gór­nej czę­ści przy­rzą­du po­zo­sta­ło nie­wie­le pia­sku.

Zmę­czo­ny na­uczy­ciel usiadł i wrzu­cił ster­tę per­ga­mi­nów do swo­jej za­cza­ro­wa­nej tor­by, któ­ra sa­ma się za­mknę­ła. Ścią­gnął zbyt du­że opraw­ki z no­sa i prze­tarł oczy, czym pod­kre­ślił głę­bo­kie zmarszcz­ki na po­licz­kach. Po­tem za­ło­żył z po­wro­tem oku­la­ry i pod­jął:

– Pa­mię­taj­cie, aby…

[…]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Equ­ali­brum. Zwia­stun Śmier­ci

isbn: 978-83-8423-261-3

© An­drzej Dą­broś i Wy­daw­nic­two No­vae Res 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa No­vae Res.

re­dak­cja: Aga­ta Do­bosz

ko­rek­ta: Kon­rad Wit­kow­ski

okład­ka: Oli­wia Błasz­czyk

Wy­daw­nic­two No­vae Res na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-ma­il: se­kre­ta­riat@gru­pa­za­czy­ta­ni.pl

https://no­va­eres.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.