Emanacje cienia - Kalina Jakubczak,Adam Jakubczak,Edyta Kos-Jakubczak - ebook

Opis

Nadciąga sztorm, jakiego świat dotąd nie widział

W świecie, gdzie archiwa Kościoła skrywają więcej niż tylko suche zapisy, a echo dawnych rytuałów wciąż odbija się w teraźniejszości, równowaga drży w posadach. Wokół polskiej rodziny żeglarzy zaczynają się pojawiać trudne do wyjaśnienia zjawiska. Wkrótce Andrzej wraz z bliskimi zostają wciągnięci w śledztwo, które otwiera drzwi do niebezpiecznych tajemnic. Mimowolnie wplątują się w przygodę prowadzącą ich w rejony, o których istnieniu nikt nie miał odwagi mówić.

„Emanacje cienia” to książka, która łączy tempo i zagadkowość znane z powieści Dana Browna z mroczną atmosferą urban fantasy i precyzją kryminału. Coś dla czytelników lubiących, gdy fikcja splata się z faktami, a intryga odsłania kolejne warstwy jedynie przed tymi, którzy odważą się zajrzeć głębiej. Ta historia zaczyna się jak podróżniczy thriller historyczny, a kończy w miejscu, gdzie pęka granica między rzeczywistością a sferą tabu, niosąc za sobą śmiertelne żniwo.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 603

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Emanacje cienia

Święte oficjum

Kalina JakubczakAdam JakubczakEdyta Kos-Jakubczak

Prolog

W historii Akademii Cieni byli ludzie, o których mówiło się szeptem. Nie z powodu ich przewinień, tylko dlatego, że przeżyli, choć nie powinni.

Ja zostałem jednym z nich.

Byłem prostym bratem. Wciągniętym w ten stan przymusem. Z czasem jednak odnalazłem się w ciszy. Najlepiej czułem się jako nowicjusz. Milczący, nieobecny, jakby przezroczysty. Moje myśli ciągle krążyły daleko poza murami klasztoru. Nie tęskniłem, jedynie żałowałem.

Stroniłem od ludzi, od rozmów, od światła. Szybko nauczyłem też otoczenie, że pozostawienie mnie w spokoju jest najbezpieczniejszym rozwiązaniem. Dawniej nie stroniłem od przemocy i nawet teraz się ona przydawała.

Po złożeniu pierwszych ślubów zakonnych najwięcej czasu spędzałem w bibliotece. Studiowałem manuskrypty, których nikt inny nie potrafił nawet otworzyć bez drżenia rąk. W kilka lat opanowałem martwe języki, o jakich większość słyszała tylko na wykładach. Paleohebrajski. Aramejski rytualny. Syryjski liturgiczny. Greka koptyjska. I te, których nazw nie wolno wypowiadać poza murami Akademii.

Mówili, że preferowane przeze mnie teksty same w sobie są pułapką. Że potrafię zgłębiać księgi „czytające czytającego”. Dlatego trzymali się ode mnie z dala.

Twierdzili, że mam w sobie syf, którego nie da się wypłukać modlitwą. Mieli trochę racji, choć ich ubogie w duchu łby nigdy by nie ogarnęły, co naprawdę mnie wówczas dotknęło.

Ja wtedy tam byłem. Nikt żywy nie wrócił.

Widziałem jego dłonie. Dłonie kapłana, dotykające czegoś, co nie miało prawa istnieć. A potem widziałem jego oczy. Puste. Wygaszone. Jakby ktoś zdusił w nich światło i zostawił tylko zimny, martwy popiół.

Kiedy pytano mnie, co się stało, milczałem. Ale czułem, że ten jeden pieprzony wieczór usunie mi z życia ciszę i spokój, jakby ktoś wyciął je nożem.

Tamten egzorcyzm zapowiadał się rutynowo. Tak mówili.

Byłem tylko dodatkowym mnichem. Pomocą. Kimś wyznaczonym do trzymania księgi, podania wody, przytrzymania ciała, jeśli zacznie się miotać. Nie miałem ingerować, tylko pomóc. Patrzeć i być użyteczny.

A jednak to ja jeden przeżyłem.

Do dziś marzę, by tamten zasrany dzień nigdy się nie wydarzył. To on otworzył drzwi, których już nigdy nie udało mi się zamknąć.

Pamiętam pokój. Był mały, duszny, z zabitym deskami oknem. Świece paliły się nierówno, jakby bały się własnego światła. W powietrzu wisiał zapach potu, kadzidła i czegoś jeszcze. Czegoś, co przypominało gnijące drewno.

Ojciec Samuel, kapłan, otworzył księgę. Jego dłonie drżały, a przecież to on był najstarszy, najpewniejszy, był tym, który nigdy nie pękał. Brat Marek stanął przy głowie opętanej, trzyma­jąc krucyfiks tak mocno, że aż pobielały mu knykcie. Brat Eliasz szeptał modlitwę, której nauczył się na pamięć, ale której sensu nikt z nas teraz do końca nie rozumiał.

A ja stałem w kącie z woluminem w dłoniach i próbowałem cicho oddychać.

Opętana leżała na łóżku. Sprawiała wrażenie przybitej do niego niewidzialnymi gwoździami. Jej klatka piersiowa unosiła się szybko, zbyt szybko. Oczy miała zamknięte, lecz powieki drżały, jakby coś się pod nimi poruszało.

Kiedy Samuel zaczął modlitwę, świece zgasły.

Nie było przeciągu. Nie było ruchu.

Zapłonęły dopiero, gdy opętana otworzyła oczy.

Wyglądały jak dwie studnie, w których ktoś utopił światło.

Brat Marek zrobił krok w tył. Brat Eliasz przestał na chwilę oddychać. A ja poczułem, jak coś zimnego dotyka mojego karku.

– Słyszałem o tobie, zanim jeszcze powstałem – powiedziało to coś głosem, który nie należał do człowieka.

Nie wiem, jak to możliwe, ale te słowa rozbrzmiewały w środku mojej głowy.

Słyszałem je tylko ja.

Ojciec Samuel próbował kontynuować modlitwę, lecz demon mówił jego głosem, szydząc z każdego zdania. Kapłan walczył, jednak jego oracje przestały się liczyć. Brat Marek zaczął się modlić po aramejsku. Niestety język, którego uczył się przez lata, nagle stał się dla niego obcy. To, co mówił nie miało sensu. Brat Eliasz upadł pierwszy. Jego serce przestało bić.

A ja, wciąż w kącie, czułem, jak coś patrzy na mnie z wnętrza opętanej. Coś, co nie powinno istnieć. Później pomieszczenie wypełnił cień. Mdły, wulgarny, cuchnący ciepłą krwią.

Kiedy wszystko się skończyło, byłem jedynym, który oddychał.

Nie pamiętam, jak wyszedłem. Nie pamiętam, kto mnie znalazł. Wiem tylko, że przez trzy dni nie powiedziałem ani słowa. I do dziś nie chcę mówić o tym, co się stało.

A oczywiście się stało. Pogłoski na temat tego, co miało miejsce wtedy w klasztorze, obiegły rzymski Kościół. Zainteresował się tym ojciec Dawid, opiekun biblioteki watykańskiej i nauczyciel w Akademii. Wtedy już wiedziałem, że nie wyjdę z tego gówna czysty. Nikt by nie wyszedł.

Nie wiem, jak długo siedziałem w infirmerii.

Czas po egzorcyzmie nie płynął normalnie. Był jak brudna woda. Gęsty, mętny, powolny i pełen rzeczy, których nie chciałem widzieć. W rozmytych wspomnieniach światło zdawało się zbyt jasne. Każdy dźwięk zbyt głośny. Każdy oddech zbyt ciężki.

Kiedy otworzyłem oczy, zobaczyłem przy swoim łóżku sylwetkę.

Ojciec Dawid stał nieruchomo, jakby był częścią ściany. Jakby czekał na mnie od wielu godzin, może dni. Jego twarz była spokojna, ale w oczach miał coś sprawiającego, że poczułem się nagi. Widział we mnie wszystko, co próbowałem ukryć.

– Wróciłeś – powiedział cicho.

Nie wiedziałem, czy to stwierdzenie, czy pytanie. Nie wiedziałem nawet, czy naprawdę wróciłem. Próbowałem usiąść, lecz ciało odmówiło posłuszeństwa. Ręce drżały. Głowa pulsowała. W ustach czułem smak żelaza.

– Nie mów – dodał. – Jeszcze nie. – Usiadł obok. Nie dotknął mnie, jednak jego obecność była jak ciężar na piersi. – Wiem, co się stało.

Zacisnąłem powieki. Nie chciałem wracać do tamtego pokoju i cienia.

– Nie musisz mi nic opowiadać – ciągnął Dawid. – Trzeba ci zrozumieć jedno: to, że żyjesz, nie jest przypadkiem.

Otworzyłem oczy.

– Inni zginęli – wyszeptałem.

– Wiem.

– Dlaczego więc ja…?

Dawid odchylił głowę. Zastanawiał się, jak bardzo może być szczery.

– Bo coś cię chroni – odparł w końcu. – Coś, czego nie rozumiesz. Coś, czego nie rozumiem nawet ja. Ale przez całe życie szukałem takiego jak ty. Będziesz musiał odnaleźć następnych i ich chronić. Na szczęście dla was czas jest łaskawy.

– Słyszałem go – wymamrotałem po dłuższej chwili. – Mówił do mnie. Tylko do mnie.

Dawid skinął głową, jakby właśnie na tę informację czekał.

– Wiem. I dlatego tu jestem. Pomogę ci przejąć kontrolę. – Usiadł bliżej. Jego głos był spokojny, lecz w środku miał stal. – To, co przeżyłeś, nie jest końcem. To początek. I jeśli chcesz stawić czoła temu, co przed tobą… musisz posiąść umiejętności, których nie szkolą w żadnym klasztorze.

Spojrzałem na niego. W jego oczach nie było strachu. Tylko decyzja.

– Nauczę cię poświęcenia i… narzędzi herezji.

Nie drgnąłem. Herezja była wtedy dla mnie jak wiedza i płótno. Jak prawda o tym, co się wydarzyło, jak żelazny gwóźdź wbity w to, co wiedziałem, bym mógł się na nim oprzeć.

To nie była nauka. To było rozbieranie mnie na części.

Dawid nie prowadził lekcji. On mnie przepalał – jak kowal, który chce sprawdzić, czy metal pęknie, czy wytrzyma. Pierwsze tygodnie były ciszą. Nie modlitwą. Ciszą tak głęboką, że słyszałem własny puls jak uderzenia kotwicy o burtę.

– Jeśli chcesz słyszeć wszystko, co ukryte – wyjaśniał Dawid – musisz najpierw poskromić to, co ludzkie.

Nie wiedziałem wtedy, że mówi do mnie, ale też o mnie.

Po miesiącach zabrał mi imię.

– Brat zakonny już nie istnieje – oznajmił. – Zostanie tu, w tej komnacie. Bo dzisiaj wyjdzie stąd biskup Spiriti.

Nie protestowałem. Imię było jak skóra, a ja czułem, że moja została zdarta.

Spiriti. Duch. Brzmiało jak coś, co nie ma ciała. Coś, co nie ma prawa żyć, jednak chodzi po ziemi.

Potem przyszły księgi.

Nie takie, które znałem i studiowałem latami.

Te były trzymane w archiwum, do którego nikt nie miał dostępu. Nikt poza kilkorgiem ludzi.

Zabrał mnie tam nocą. Korytarze Watykanu były wtedy jak zwłoki, ciemne, wilgotne, pełne szeptów, które nie miały źródła.

– Nie dotykaj niczego, czego nie rozumiesz – ostrzegł.

I oczywiście, kurwa, że dotknąłem. Czego ktoś się spodziewa, gdy mówi coś takiego? Księga leżała na osobnym pulpicie. Stara, popękana, z okładką, która wyglądała jak wysuszona skóra. Ale jej strony były niezapisane. Nie mogłem się powstrzymać.

– To żart? – zapytałem.

– Ona nie jest pusta. – Dawid pokręcił głową. – Ona czeka. Widzisz, w księgach często zawarte są słowa i emocje. Istnieją takie, w których jest też wiedza. I te, w których drzemie moc. Z czytającymi jest podobnie. Nie wszyscy są w stanie zrozumieć słowa. Naprawdę niewielu rozumie uczucia w treści. Tych, co widzą w księgach wiedzę, jest bardzo niewielu, najczęściej mniej niż jeden na pokolenie. Lecz właśnie ci poznają ich moc.

Nie wierzyłem mu. Do momentu, aż położyłem na księdze dłoń.

Strony zaczęły ciemnieć. Najpierw jakby ktoś rozlał na nie atrament. Potem układał się on w znaki, których nie znałem, mimo to rozumiałem. Nie słowami. Ciałem. Czułem, jak wchodzą mi pod skórę. Zdawało mi się, że księga pisze mnie na nowo.

Dawid patrzył na to bez mrugnięcia okiem.

– To jest wiedza i moc, której nie wolno było zapisać – wyjaśnił. – A jednak ktoś to uczynił.

– Dlaczego ja? – wyszeptałem. Jakbym się jeszcze nie nauczył, że nikt nie odpowiada mi wprost na to pytanie.

– Może jak ją przeczytasz, zdradzisz to nam obu.

Od tamtej nocy nie spałem normalnie. Sny były jak obce języki, pełne tajemniczych symboli. Czasem budziłem się z krwią na ustach. Innym razem z zimnem w kościach, jakby ktoś od środka dotknął mnie nicością.

Dawid mówił, że to dobrze.

– Wiedza i moc muszą znaleźć miejsce – powtarzał. – A w tobie jest dużo pustki.

Nie miałem pewności, czy to komplement.

Kiedy wezwano mnie na kolejny egzorcyzm, nie byłem już tym samym mnichem. Nie byłem nawet tym samym człowiekiem.

Tym razem nie stałem w kącie. Nie trzymałem księgi. Nie byłem obserwatorem.

Wyszedłem na środek pokoju. Demon nie spojrzał na towarzyszących mi braci.

Spojrzał na mnie.

I uśmiechnął się tak, jakbyśmy się znali.

A ja po raz pierwszy uśmiechnąłem się do niego.

– Wróciłeś – powiedział.

Nie ustami. Nie językiem. Głosem, który znałem od tamtej nocy.

– Tym razem jestem inny – odparłem.

Opętana kobieta uniosła głowę.

– Widzę, że cię szkolili – syknęła. – Ale nie nauczyli cię jednego. Nie możesz być gotów na mnie. Nikt nie może.

– Jestem przygotowany lepiej niż ty – zapewniłem.

Demon zaśmiał się krótko jak ktoś, kto zna wynik walki, zanim ta się zacznie.

– W takim razie… pokaż mi.

Wycharczał te słowa niczym wyzwanie. A ja chętnie podjąłem rękawicę.

Nie musiałem nic robić. Cień sam wysunął się spod moich stóp, jakby czekał na to od miesięcy. Był dłuższy, niż powinien. Głębszy. Cięższy.

Ciemny zarys opętanej odpowiedział natychmiast. Oderwał się od jej ciała jak dym od ognia.

I wtedy oba się zderzyły.

Nie było huku. Tylko nagłe napięcie w powietrzu, niczym naciągnięcie struny między dwoma światami. Czułem, jak ich siła napręża mury, piwnica trzeszczy w szwach. Bawiłem się tym, co widziałem.

Zakonnicy zaczęli modlitwę, ale ich głosy były zbyt słabe. Zbyt ludzkie.

Nasze zarysy walczyły bez dźwięku, niczym dwa oddechy, które próbują się nawzajem udusić.

– Nie wygrasz – syknął demon. – Nie jesteś jednym z nas.

– To prawda – przyznałem.

Już wtedy wiedziałem, że jestem kimś więcej niż on. Uznałem, że dość tej zabawy.

Mój cień był głodny od miesięcy. Zakonnicy krzyknęli. Nie widziałem, co się z nimi stało. Nie mogłem na nich spojrzeć, nie miałem na to czasu. Wiedziałem tylko, że ich modlitwy urwały się nagle, jakby ktoś przeciął je nożem.

Wtedy z pogardą skinąłem głową w stronę demona, na co rzuciło nim o ścianę. Wyciągnąłem dłoń i zacisnąłem ją powoli w pięść. Widziałem i czułem, że go miażdżę. Robiłem mu krzywdę, jakiej nigdy nie doznał. Upokarzałem i sprawiałem ból. Z uśmiechem w kąciku ust obserwowałem, jak stopniowo staje się wobec mnie bezbronny.

I wtedy pozwoliłem mu odpocząć. Rozchyliłem delikatnie dłoń i powiedziałem:

– Podaj mi swoje prawdziwe imię. Będziesz mi służył, ale… będziesz. A z mojej woli możesz przestać istnieć. Odbiorę ci godność, odbiorę ci siłę, odbiorę ci wspomnienia i zabiorę klucze do innych wymiarów już na zawsze. Sczeźniesz zapomniany w śmietniku jestestwa.

Nie było krzyku. Tylko nagłe, głębokie milczenie, które wdarło mi się do płuc.

Uniosłem dłoń wyżej i spiąłem mięśnie. Jeszcze nic nie zrobiłem, a on zdążył skulić się do zaledwie obłoczku brudnego cienia. Stało się jasne, że on już wie. Rozumie, że mogę mu zabrać wszystko. Wtedy pojawił się dźwięk. W języku kiedyś przeze mnie słyszanym. To było jego imię.

Z wciąż wyciągniętą ręką wypowiedziałem słowa, które same pojawiły się na moich ustach:

Szetu kku ef her user ren ef.

Dekher hetep ef re khet-ui i.

Sehed ba ef em hat-i,

Wedża user ef re wedża ni1.

Pochłonąłem go. Jak truciznę. Jak zimny oddech osiadający na kościach.

Demon zaśmiał się cicho wewnątrz mnie. Zacisnąłem delikatnie palce, a śmiech natychmiast zmienił się w jęk bólu i zaraz ustał.

Kiedy wyszedłem z pomieszczenia, byłem sam. Zakonnicy leżeli nieruchomo. Świece zgasły.

Czułem w sobie lekki ciężar, obecność i nową siłę dostępną na wyciagnięcie ręki. Za progiem spotkałem starą kobietę, która patrzyła na mnie z uwagą i zaciekawieniem. Nie ze strachem. Zapamiętałem ją i postanowiłem kiedyś odnaleźć.

Wiedziałem, że zapłacę cenę za to, co robiłem. Ale nie byłem już mnichem. Stałem się plugawym mieczem Akademii Cieni.

Egzorcyzmy powtórzyły się jeszcze kilka razy. Biskupi szybko pojęli, że lepiej, by nikt się nie zbliżał, gdy pracuję, i to ograniczyło straty braci zakonnych. Powoli pogłoski rozchodziły się po Kościele i większość robiła wszystko, by nie spotkać się ze mną nawet na korytarzach katedr. Lękali się, bo wiedzieli, czym jestem. Bali jeszcze bardziej, gdy nie wiedzieli.

A ja czułem, że w mroku, który mnie wypełnia, brakuje powoli miejsca dla mnie.

Wtedy któregoś rana znów koło łóżka zobaczyłem ojca Dawida. Modlił się i polecił mi iść za sobą. Był już jednym z nielicznych, którzy śmiali mi coś kazać. Zabrał mnie do kaplicy. Przygotował ją do nabożeństwa i liturgii eucharystycznej.

Domyślałem się, że chciał sprawdzić, jak zareaguję, ale mnie to nie obchodziło. Aż do chwili, gdy wyjął brewiarz i zaczął czytać w absolutnie nieznanym mi języku.

Już po pierwszych jego słowach straciłem władzę nad ciałem. Istoty we mnie zadrżały z bólu i lęku. Byłem zdziwiony, że Dawid dysponuje taką siłą, jakiej nie miał żaden demon. W kilka chwil straciłem przytomność.

Później na granicy świadomości, niczym zły sen, fragmentami przypominałem sobie, jak klęczał nade mną i ze łzami w oczach mówił:

– Wybacz mi, mój druhu. Miałem nadzieję, że ty uniesiesz ten ciężar i nie stracisz siebie, ale najwyraźniej się myliłem. Jestem zmuszony zabrać ci ostatni czas, wiedzę i moc, która w końcu by cię pochłonęła. Bracie mój… Nawet nie przeczuwałeś, jak bardzo cię potrzebujemy. Jednak nie pozwolę, byś oddał za to swoją duszę. Przyszedłeś do nas z własnym cieniem. Lecz nie był on mieczem, tylko tarczą. Ja chciałem dać ci oręż, który jedynie ty mógłbyś unieść, ale nie za cenę twojego życia. Nie kosztem tego, kim jesteś. Dlatego będę szukał dalej. Bo we mnie wciąż tli się nadzieja. Mimo że światło na ziemi już gaśnie, choć ty jeszcze tego nie dostrzegasz.

Znów spędziłem kilka dni w ciszy i samotności zakonnej infirmerii. Po wszystkim odszukałem Dawida i podziękowałem ze szczerego serca. Za to, że nie poświęcił mnie dla obrony wiary.

Swoją postawą przypomniał mi, że są rzeczy ważniejsze od władzy. Przypomniał, że istnieją przeciwnicy tak silni, iż do walki z nimi dopiero się przygotowuję. I jej wynik nie jest wcale oczywisty.

Jednak musiał wiedzieć jedno: nie udało mu się.

Zabrał mi pamięć, lecz było za późno, by odebrać moc. Tego nikt w Kościele już nie mógł mnie pozbawić.

Zostałem kardynałem. To nie był zaszczyt. Zrobiono to, bym sam podejmował decyzje. By cień tego, co czyniliśmy, brudził tylko moje imię, ręce i honor. A oni? Oni mogli nadal marzyć, że kiedyś zostaną świętymi.

1 Rozszarp jego cień i spal jego imię.

Złam mu wolę i wlej ją w moje kości.

Niech jego duch skuli się w moim wnętrzu,

A jego moc niech stanie się moją wolą.

Rozdział 1

Kardynał z Cienia

Wierzy się w coś nie dlatego, że jest to racjonalne, lecz dlatego, że często powtarzane.

Oscar Wilde

Na morzu przesądy unoszą się jak mgła nad wodą, są nieuchwytne, a jednak obecne, jakby same fale szeptały stare opowieści. Czy to znaczy, że gdy rozważam możliwe zagrożenia, to zgodnie z morskimi podaniami sam je przywołuję? Nie wiem. Wiem natomiast, że żywioł ten jest nauczycielem surowym i nieprzewidywalnym, a każdy dzień na jego łasce to lekcja pokory.

Bo choć przygotowanie daje mi siłę, a ćwiczenia uczą refleksu, to niespodzianki pojawiają się zawsze. Jak burze rodzące się z pozornie spokojnego nieba. Nigdy nie są takie same, nigdy nie można ułożyć ich w proste schematy. Jakby morze miało własną pamięć i złośliwą fantazję, podsuwając mi nowe próby i świeże zagadki.

I choć moja wiedza żeglarska rośnie z każdym dniem, a doświadczenie hartuje mnie jak stal, to wciąż wiem, że ostatecznie jedynie szczęście decyduje, czy bezpiecznie powrócę na brzeg. Dziki akwen jest jak zwierciadło losu: odbija nasze przygotowanie, ale zawsze dodaje własny cień przypadku. Dlatego nie lekceważę przesądów, bo są jak echo dawnych katastrof i ostrzeżeń. To z nich formuje się tak potrzebna nam intuicja. I choć ją cenię, mocno wierzę w czujność, realizm i to, że nawet w chaosie można znaleźć drogę.

A jednak mimo całego ryzyka żeglarstwo oceaniczne ma w sobie coś, co uzależnia jak narkotyk. Niebezpieczeństwo nie odstrasza, lecz przyciąga, bo każda chwila na otwartym morzu jest doświadczeniem granicznym. Ono hartuje duszę. Świadomość, że w obliczu awarii czy sztormu to ja, we własnej osobie, muszę ratować siebie i swoją załogę, jest tą nagrodą, której próżno szukać na lądzie. Tam życie toczy się w rutynie, pod parasolem systemów i instytucji. A tu, na oceanie, każdy gest i decyzja mają wagę ostateczną. I właśnie ta odpowiedzialność, z której płynie surowa lekcja wolności, sprawia, że raz po raz wracam na morze, jakby samo ryzyko było najczystszą formą życia.

Kilkadziesiąt minut temu opuściliśmy port w Benalmádenie i kierowałem nas na Gibraltar. Zamierzałem się tam spotkać z rodziną, która tym razem podróżowała naszym samochodem. Mieliśmy już dość wypożyczania poobijanych maleństw w Hiszpanii. Niby musieliśmy gdzieś dojechać jedynie sporadycznie, jednak bez auta nie dało się tam funkcjonować. Tymczasem sam proces to zawsze kilka godzin niepotrzebnych formalności i spore koszty. A mnie z całej trudnej jesiennej trasy po Morzu Śródziemnym został już tylko jeden cholerny dzień. Do przepłynięcia miałem kilkadziesiąt mil. Niestety, tuż pod domem zdarza się przecież najwięcej wypadków. Nie wiem, kurna, dlaczego, ale mnie zawsze trafia się pełen pakiet tego piekielnego syfu, który morze potrafi zaoferować.

Zatrzymałem się przy zejściówce jachtu. Nie powinienem czuć tu tego zapachu. Szczególnie gdy byliśmy jeszcze na wodzie. To chyba były spaliny.

Kurwa, pomyślałem, jest prawie pięć w skali Beauforta i wysokie fale. To nie czas na awarię. Trzeba zaangażować załogę. Byle w taki sposób, aby nie przyszło im do głowy panikować. Jacht dalekomorski to nie samochód. W chwili kryzysu wymaga wielu rąk do pracy.

Musiałem to zrobić systematycznie, powoli i pewnie. Ekipa była zmęczona i każdy z nas czuł już powiew sukcesu, ukończenia jesiennej wyprawy. Gdyby ktoś im to zabrał, mogliby się z tego nie podnieść.

– Krzysiek, sprawdź czujniki na panelu silnika i zmniejsz obroty. Czuć wyraźnie spaliny, a nie powinno tak być. Karol, przygotuj kontrafał genui do luzowania, natychmiast ­stawiamy zrefowane żagle sztagowe. Ja wybieram szot. Luzuj linę, na komendę „stop” obłóż i sklaruj. Jedziemy z tym teraz. Genua góra, luzuj kontrafał!

Szybko i bez trudności postawiliśmy część żagla przedniego.

– Kapitanie, silnik przerywa, ale czujniki są martwe! – zaczął krzyczeć Krzysiek. – Na panelu nie ma żadnych powiadomień. Chwila… Z wnętrza jachtu wydobywa się dym, chyba się palimy.

Szlag by to! Jeśli zaczęlibyśmy dryfować, to za piętnaście minut bylibyśmy na skałach. Musiałem działać, i to dyskretnie. Ale nie było, kurwa, gorszego miejsca na takie problemy. Fale i wiatr wpychały nas na przybrzeżne głazy. Planowaliśmy minąć je na silniku i dopiero później postawić żagle, lecz wszystko się spieprzyło w najgorszym możliwym miejscu.

– Karol, luzuj ten fał grota i czekaj na „stop”. Jak postawimy za duże żagle, to położy nas na burtę i gówno sprawdzimy, co z tym napędem. Krzysiek, silnik luz i stop. I jeszcze jedno, zamknij główny zawór gazu. Pamiętacie scenariusze alarmów. Robimy to, co ćwiczyliśmy wiele razy. – Próbowałem wzbudzić w załodze pewność, że na tę awarię też mamy receptę. – Karol, stop. Tyle żagla głównego, co mamy obecnie, to maks. Teraz z Krzyśkiem sklarujcie pokład i postarajcie się utrzymać skuteczny bejdewind ostro na wiatr. Wasz priorytet to niezbliżanie się do skał po zawietrznej. Płynęliśmy takim kursem już dziesiątki razy. Dacie radę! Ja idę przygotować pozostałych. Ach, i jeszcze jedno, Karol. Jak sklarujecie pokład, uwolnij ponton z dodatkowych zabezpieczeń. Zostaw tylko krawaty boczne. Całą resztę zdemontuj.

– Kapitanie, chcesz przez to powiedzieć, że się ewakuujemy?

– Nie. Macie przygotować to, o co proszę, i tyle. No dalej, samo się nie zrobi!

Schodząc na dolny pokład, zacząłem kaszleć i łzawić. ­Gęsty dym z mesy wypełniał już wejście i uderzał w twarz. Poszedłem do kajut dziobowych, lecz nie otworzyłem drzwi – jedynie krzyknąłem przez zamknięte:

– Wojtek i Piotr, wstawać! Tylko nie otwierajcie, bo wpuścicie dym do kajut. Macie wyjść na zewnątrz przez forpik w kamizelkach, za dwie minuty w kokpicie. Zrozumiano?

– Zrozumiano! – krzyknęli z kajut.

Na szczęście załoga nieraz trenowała ewakuację przez okno sufitowe w przedniej części jachtu. Ale, cholera, nie było dobrze. Problem z silnikiem rozwijał się za szybko. Zostało mi otworzenie wszystkich okien w mesie, przygotowanie się na pożar i na koniec sprawdzenie silnika. Uchylenie pokrywy napędu było jednak proszeniem się o wybuch. Jeśli w środku płonął już ogień, to dołożenie tlenu do wnętrza skutkowałoby pewną eksplozją. Chyba że miałem rację i to tylko spaliny. Przez szczelinę rewizyjną nic nie było widać, oświetlenie bloku niczego nie zmieniło i przez kilkucentymetrowe okienko dostrzegałem wyłącznie dym.

Rozejrzałem się jednak i stało się po mojej myśli. Po wyłączeniu silnika opary zaczęły się powoli rozpraszać. Musiałem zatem zabezpieczyć jacht i przygotować do pracy bez motoru. Spojrzałem przez schody zejściówki do kokpitu. Na górze cała załoga była już ubrana i gotowa do pracy. Kamizelki miała nienagannie zapięte, choć ciuchy jeszcze w nieładzie. Przynajmniej alarmy próbne i ćwiczenia nie poszły na marne.

W drodze na górny pokład zgarnąłem z dołu ręczne radio i pirotechnikę.

Chwilę później zwymiotowałem na schodach. Pomyślałem tylko: Kurwa, jeszcze to. Jakby sam dym nie wystarczył, to teraz musiały pojawić się pierwsze objawy zatrucia. Jednak na morzu nie pyta się „co?”, tylko „jak?”. A ja nie miałem teraz czasu na chorowanie, więc musiałem to olać. Czyli przetarłem usta i przemówiłem do załogi:

– Dobra, chłopaki, dlaczego nie ostrzymy? Cholera! – Na chwilę podniosłem głos.

– Kapitanie, są za duże fale. Nie dajemy rady. Mamy tak ostry kurs, że co chwila jest łopot żagli i tracimy prędkość. A jak odpadam, to płyniemy na skały.

– Jeśli nic nie zmienimy, to rozwalimy się za kilkanaście minut. Bierzemy się do pracy. Krzysiek, odpadnij od wiatru dziesięć stopni, nabierz prędkości i na komendę wyostrz do wiatru. Nie przejmuj się, że będziesz dryfować na kamieniska. Taki jest plan i jak zawsze się uda. To tylko chwila, nabierzemy szybkości, później znów wyostrzymy i oddalimy kurs od głazów. Wojtek i Piotr, do grota, stawiamy więcej żagla głównego. Ja będę luzować linę rolera. Piotr, będziesz wybierać szkentlę. Krzysiek, ostrz do wiatru, a pozostali grot góra. Teraz macie na żywo sprawdzian z tego, czego ostatnio się uczyliście!

Rozdzielałem zadania załodze, starając się trzymać codziennego planu pracy na linach. Każda sekunda miała znaczenie, lecz oni nie musieli tego wiedzieć.

– Wracamy na poprzedni kurs! Połowa żagla teraz nam wystarczy. Mamy, czego chcieliśmy. Zyskaliśmy kilkadziesiąt brakujących stopni i już nie płyniemy prosto na skały.

Widziałem w oczach załogi, że są z siebie dumni. Wróciła im siła i wola walki. Chociaż właściwie to mijałem się z prawdą. Rzeczywiście dryfowaliśmy na skały, tylko miało to nam zająć pół godziny więcej. Nie powiedziałem już tego na głos.

Na górnym pokładzie szalał bardzo silny wiatr i nawet komunikacja była utrudniona. Podmuchy przeszkadzały, a półtorametrowe fale nie dość, że zabierały ze sobą nasze słowa, to zagłuszały nawet sam wiatr. Po prawej mieliśmy dwieście metrów do ostrych jak brzytwa kamieni, do których niestety się zbliżaliśmy. Teraz musiałem się wysilić, żeby uratować nam życie. Na razie tylko kupiłem sobie trochę czasu.

– Chłopaki, potrzebuję prostego zabezpieczenia przed dymem. Przygotujcie szalik zmoczony w wodzie i maskę do pływania. Są w lewej tylnej bakiście. Ja wepnę linę do kamizelki, drugi koniec przełóżcie przez bom. Założycie go na kabestanie. Zejdę na dół, żeby sprawdzić silnik. Jak zemdleję przez spaliny, wyciągnięcie mnie na górę. – Spieszyłem się jak cholera, ale szczególnie teraz musiałem zachowywać się pewnie i spokojnie. – Pamiętacie, mówiliśmy o tym, że nie wolno samemu wchodzić do przestrzeni zagrożonych, jeśli nikt was nie asekuruje z zewnątrz. Dzisiaj to wy jesteście moją asekuracją i ostatnią nadzieją. Zwłaszcza gdy się zatruję oparami. Radio i pirotechnika są już na górze. W razie czego wiecie, jak je wykorzystać. Uczyliśmy się skutecznego wezwania pomocy. Ja biorę gaśnicę pianową i za kilka minut dam znać, co się dzieje. Ach, i na wszelki wypadek zwolnijcie uchwyty od tratwy ratunkowej i silnika zaburtowego, od pontonu. Pewnie się nie przydadzą, ale warto być przygotowanym. Dzięki za maskę, Krzyśku.

Nie mówiłem tego, lecz rozważałem opcję, że możemy się naprawdę palić. Gdybym spotkał w komorze napędu ogień, to ta banalna maska do nurkowania mogłaby mi się najwyżej rozpuścić na twarzy. Ale w sumie to wolałem cokolwiek widzieć, niż próbować dostrzec coś przez dym, który całkowicie podrażni mi oczy. Przynajmniej wiedziałbym wcześniej, co mnie, do cholery, dorwało. Przy odrobinie głupiego szczęścia mogło mi się udać.

Na schodach po raz ostatni nabrałem powietrza i pomyślałem, że jak nic się nie schrzani, to mam trzy do czterech minut na diagnozę silnika. Na dole wylałem na siebie cały garnek zimnej wody. Stał pod ręką, to był tylko jeden ruch, a zawsze kilka stopni więcej odporności na wypadek pożaru. Teraz musiałem sprawdzić tylne kajuty. Wyjątkowo spałem w dziobowej, bo spodziewaliśmy się wysokich fal i tylko ja tam nie miałem choroby morskiej. Nie wiedziałem zatem, czego się spodziewać z tyłu, jednak wcześniej spędziłem w prawej tylnej kajucie kilka lat swojego życia, znałem ją jak własną kieszeń, bo we wszystkich innych tygodniach była moja.

Uznałem zatem, że najpierw prawa. Tam znajdowały się też węzły energetyczne całego jachtu, pierwszy zbiornik paliwa i układ paliwowy w bloku napędu. Klamka była zimna, to pierwsza dobra wiadomość. Trzymając w gotowości gaśnicę pianową, otworzyłem drzwi. Zobaczyłem tylko dym i ledwo widoczne okno w kajucie. Na szczęście uchwyty okienne też były chłodne i łatwo można je było otworzyć. Po moim wyjściu kajuta już się wietrzyła. Teraz druga. W środku było podobnie. Tylko dym, żadnego ognia, żadnych zwęgleń. Tam też uchyliłem okienka i zostały mi do rozwarcia jedynie pokrywy motoru. Nie miałem już jednak powietrza i musiałem wrócić na górny pokład.

– Chłopaki, jest dobrze, nie mamy ognia pod pokładem. Ale czas nam ucieka. Karol, weź radio ręczne i na kanale siedemnastym wywołaj port Benalmádena. To ich bezpośredni kanał. Poproś o pomoc z powrotem. Jesteśmy trzy mile na południowy zachód od wejścia do przystani. Wyszliśmy niedawno i mamy awarię napędu głównego. Jest jeszcze czas na inne opcje, ale żadnej z nich nie możemy zaniedbać. Dajcie znać, co odpowiedzą. Ja wracam pod pokład i postaram się uruchomić silnik.

Wróciłem na dół z nową porcją powietrza w płucach. Miło, że widoczność na dolnym pokładzie się poprawiła i przekraczała już metr. Nadal jednak miałem świadomość, że jak odetchnę, to znów się zatruję. Otworzyłem pokrywę motoru i znów nie dostrzegłem ognia. Miałem zatem rację. To nie dym, tylko spaliny. Dlatego tak szybko zwymiotowałem.

Zaczynałem składać wszystko w całość, ale nie wiedziałem jeszcze, gdzie jest uszkodzenie. Musiałem zaryzykować ponowne kontrolowane uruchomienie napędu. Nie było czasu na drobiazgowe sprawdzanie element po elemencie całego układu.

– Krzysiek, uruchom silnik i czekaj na komendę, by go wyłączyć! – krzyknąłem przez okno w tylnej kabinie.

– Tak jest, kapitanie, jestem gotów.

– Teraz! Tylko na luzie – poleciłem, a gdy to zrobił, przyjrzałem się całej instalacji. – Mam cię, cholero! – zawołałem odruchowo. Okazało się, że to pęknięcie przewodu wydechowego. – Krzysiek, stop! Karol, daj mi rolkę szarej taśmy i torbę od pirotechniki. Wcześniej wyjmij rakiety i flary w mesie. Już jest bezpiecznie i nie będziemy ich potrzebować. Na dolnym pokładzie szybko się wywietrzy. Można już oddychać. Tylko, cholera, na jednej nodze, nie mamy nawet minuty do stracenia! Za chwilę prowizorycznie załatam uszkodzenia i uruchamiamy silnik.

Z torby wodoodpornej wyciąłem łatę i zamontowałem ją szarą taśmą. Plan był taki, że guma z torby się zwulkanizuje pod wpływem temperatury na rurze wydechowej. Na jakiś czas musiało wystarczyć. A teraz przyszła pora na powrót w bezpieczne miejsce.

Przeszły mnie ciarki. Nie znosiłem wracać do portu zaraz po wyjściu… To nigdy nie wróżyło nic dobrego.

– Krzysiek, silnik start. Wolno naprzód. Odzyskaliśmy napęd. Karol, jakie wieści z portu?

– Kapitanie, nie odpowiadają. Nie odpowiadają na siedemnastym ani na alarmowym szesnastym.

– Cholera, czemu mnie to nie dziwi…?

Cała Hiszpania. Pewnie dziady są jak zawsze na cholernym espresso. Dla baranów w marinie każda kropla czarnej kawy to sposób na trwanie w tej ich codziennej bezsensownej bezczynności.

– Okej, poradzimy sobie sami. Krzysiek, dawaj pół naprzód. Musimy zrobić zwrot przez sztag i wrócić do przystani. Teraz mamy moc, której brakowało nam tu na samych żaglach. Załoga do zwrotu. Szoty w gotowości. Zwrot!

Miło, gdy po tygodniach na morzu ekipa pracuje jak dobrze wyregulowany zegarek. Teraz pierwszym celem było wejście do portu.

– Wojtek, przygotuj jacht do cumowania bokiem. Nim wyjdziesz na pokład, wepnij swoją kamizelkę w life-line. Nie potrzebujemy teraz człowieka za burtą. Piotrek, po prawej za rufą widziałem dym, ale tym razem to nie nasz. Sprawdź, czy się nie mylę. Obserwuj sektor trzydzieści do siedemdziesiąt stopni, prawy tył. Daj znać, co zauważysz. Ja muszę się skoncentrować na powrocie.

Nareszcie mój jacht był pod kontrolą. Płynęliśmy do celu. Przy odrobinie szczęścia za godzinę powinniśmy stanąć w porcie, a ja mogłem zająć się naprawą. Teraz tylko prowizorycznie kupiłem czas, by odzyskać moc silnika. Z zamyślenia wyrwała mnie załoga.

– Kapitanie! Za rufą ktoś pali race. To chyba jakaś motorówka. Wygląda na to, że jest prawie tam, gdzie my chwilę temu. I też dryfuje na skały. Chwileczkę… Tak, odpalili teraz flarę ratunkową!

Znów oddałem ster Krzyśkowi. To mądry chłopak. Płynął ze mną jako oficer już szósty tydzień i bardzo się angażował. Ale miał też instynkt żeglarza. Jeśli była taka potrzeba, to nie zwracał uwagi na żadne przeszkody i wykonywał polecenia z zaangażowaniem. Teraz przyszedł czas na egzamin praktyczny.

– Krzysiek, kurs na port, rób swoje, jakbym był obok. Dasz radę. Karol, daj radio. – Odebrałem urządzenie i na kanale alarmowym szesnastym nadałem komunikat: – Jacht na mojej rufie. Południowy zachód od wejścia do mariny Benalmádena. Widzimy twój sygnał flarą. Podaj, jaki masz problem i czego potrzebujesz. Tu jacht żaglowy Zorza. Odbiór.

Sekundy później mieliśmy już odpowiedź.

– Tu jacht Avanti, jacht Zorza. Dryfuję na skały. Ten cholerny port nie odpowiada. Potrzebuję wsparcia, wystarczy holowanie.

– Jacht Avanti. Źle trafiłeś. Przed chwilą prawie utraciliśmy własny silnik. Mamy tylko moc awaryjną. Wezwę pomoc dla ciebie i wystrzelę swoją pirotechnikę. Mam nadzieję, że uda nam się wezwać pomoc. Czy możesz rzucić kotwicę? Spróbujcie, to wydłuży wasz czas przed rozbiciem się o skały. Odezwę się za kilka minut.

– Jacht Zorza. Mam tylko pięćdziesiąt metrów łańcucha i kotwicę trzydzieści pięć kilo. Przy tych falach to jak wykałaczka.

Szlag by to, pomyślałem. Dlaczego nic nie może być, kurwa, proste?!

– Chłopaki, trzeba mu wezwać pomoc. My możemy nie dać rady z nim za rufą. Ale i tak zawracamy. Na razie mamy moc i sterowność, a on nie. Następny zwrot robicie sami. Krzysiek, przejmujesz pokład. Ja idę na dół sprawdzić AIS, czy mamy kogoś w zasięgu komputera pokładowego. Ci głupcy z Benalmádeny nie odpowiadają. Karol, naszykuj rakiety sygnalizacyjne. Włóż skórzane rękawiczki i co trzy minuty strzelaj na zawietrzną.

Niestety, na ludzką głupotę czasem nie ma lekarstwa. Wiedziałem, że wystrzelamy się z pirotechniki i utkniemy w tym porcie do końca weekendu. Jeśli ma się świadomość, że ktoś płaci pracownikom przystani za czujność, a oni wszystko lekceważą, to łatwo sobie wyobrazić, jak bardzo w takich sytuacjach żeglarzy szlag trafia.

Miałem wtedy nadzieję, że może ktoś inny odpowie na radiu. Jak nie, to sami, na częściowej mocy, będziemy holować kogoś innego. Do komory silnika nadal dostawało się trochę spalin, nawet mimo łaty. To zaś zmieniało mieszankę paliwową. Mieliśmy może połowę normalnej mocy. Wariactwem byłoby holowanie kogoś w tych warunkach.

Wróciłem pod pokład do radia stacjonarnego. Jego zasięg i moc były dziesiątki razy większe od odbiornika ręcznego.

– Do wszystkich w zasięgu, securite, securite, securite. Potrzebujemy pomocy dla dryfującej jednostki motorowej Avanti. Płyną trzy mile na południowy zachód od portu Benalmádena. Za trzydzieści minut rozbiją się o skały. Odbiór.

Na szczęście jeszcze nie wszyscy na tym świecie wyłączają radia w porcie. Przynajmniej nie tak jak te dupki z obsługi nabrzeża. Kilka minut wystarczyło, abym usłyszał odpowiedź.

– Zorza, to Carpe Diem z portu Benalmádena. Możemy wam pomóc, ale potrzebujemy minimum czterdziestu pięciu minut, żeby do was dopłynąć. Dziś nie mam połowy załogi i trwać to będzie dłużej niż zwykle. Nie planowaliśmy wypływać. Czy to wam wystarczy? Odbiór.

– Carpe Diem, tu Zorza, jacht żaglowy. Na początek może być. Podaj swoją wagę i moc silnika. Ten jacht motorowy ma przynajmniej dziesięć ton. Może powstrzymam go przed wpadnięciem na skały, jednak nie damy rady asekurować go do samego portu. Będę potrzebować pomocy. Odbiór.

– Zorza. Mam ponad tysiąc koni i szesnaście metrów. Mogę holować kilka takich jak on naraz. Odbiór.

– Carpe Diem. Tego nam brakowało. Czekamy na ciebie. Bądź jak najszybciej. Ja podpłynę do jachtu motorowego i powstrzymam go na jakiś czas przed rozbiciem. Będę na radiu ręcznym. Usłyszymy się, jak podejdziesz bliżej. Odbiór.

– Zorza, zrozumiałem. Do zobaczenia na miejscu.

Wróciłem na górny pokład. Na niebie dogasała już nasza druga rakieta spadochronowa. Oczywiście nikt nie zareagował. No, poza tym jednym jachtem motorowym. Cholera, tylko w tym porcie stało pewnie z pięćset żaglówek, nie mówiąc o tysiącach ludzi na lądzie. Tyle że był jeszcze dzień. Kto z postronnych by pomyślał, że rakieta na niebie to wezwanie pomocy? Nie ma co zgadywać, wiedzieliśmy że nikt.

– Dość z sygnałami – zarządziłem. – Mamy szansę pomóc. Nawiązałem kontakt z jedną jednostką, ale oni będą tu za późno. Trzeba uratować ten jacht za nami. To będzie wariactwo, jednak może się udać. Musimy podpłynąć na resztkach mocy. Zgasimy żagle dopiero na miejscu. Podamy mu hol i znów na wszystkim, co mamy, skierujemy się na pełne morze. Kiedy hol będzie sprawny, postawimy żagle i damy całą moc silnika. Musimy tylko zyskać czas. Ile im zostało?

– Może z piętnaście minut.

– Przygotujcie linę holowniczą. Jest głęboko w prawej bakiście. Całe lata jej nie używałem – przekazywałem nową część planu. – Piotrek i Wojtek, dajcie ją na rufę. Krzysiek przejmuje ster. Karol, spakuj to, co zostało z pirotechniki, i sklaruj. Daj pod pokład, na razie się już nie przyda.

Kilkanaście minut później byliśmy przy burcie Avanti. Czas jest jednak niewymierny – dla nas wszystkich minęły godziny. Każdy miał wypisane na twarzy strach i wątpliwości. Zaledwie pół godziny wcześniej sami się ratowaliśmy. Teraz ocalaliśmy kogoś. A patrząc obiektywnie, to i my nadal potrzebowaliśmy pomocy.

– Avanti! – krzyknąłem.

Chwilę później starszy siwy pan z partnerką pomachali nam z pokładu i odpowiedzieli:

– Słyszymy. Dziękujemy, że przypłynęliście!

– O tym później. Odbierzcie linę i zamontujcie na dziobie. Mamy mało czasu. My zaraz postawimy pełne żagle. Będziemy pewnie w przechyle, więc się nie martwcie. Wiemy, co robimy. Za trzydzieści minut zjawi się tu szesnastometrowy jacht motorowy i was przejmie.

Minutę później byliśmy połączeni z Avanti za rufą.

– Załoga do żagli! Przygotować się do postawienia grota! – zakomenderowałem. – Wojtek, uważaj na hol. Na pewno lina będzie się napinać i luzować przez fale. Może się zahaczyć o wyposażenie naszej rufy. Skup się i nie ryzykuj niepotrzebnie.

Niestety stało się tak, jak przewidywałem. Kilka chwil później jacht położył się na burcie. Wiatr kontrowała tylko waga kilu. Fakt, że mieliśmy dwa razy większy ciężar do uciągnięcia, nie pomagał. Zamiast przecinać fale, wszystkie braliśmy na burtę. Normalnie płynęlibyśmy osiem węzłów. Teraz osiągaliśmy zaledwie trzy. Na szczęście to też wystarczyło. Wyraźnie oddalaliśmy się od skał za rufą.

Pierwszy raz holowałem za sobą na żaglach jednostkę prawie równą naszej, i to jeszcze z tak dużą powierzchnią narażoną na podmuchy, jaką ma motorówka. Po kwadransie mieliśmy cztery węzły i powoli zbliżaliśmy się do portu.

Już wewnątrz przystani przy takim wietrze mogliśmy się wszyscy rozbić w kilkadziesiąt sekund. Lecz była jeszcze druga część planu. Zgodnie z zapowiedzią po jakichś dwudziestu minutach zgłosił się drugi jacht – Carpe Diem.

– Zorza – usłyszałem przez radio – jesteśmy prawie na miejscu. Czy jacht na pełnych żaglach to wy?

– Zgadza się, Carpe Diem. Nie mieliśmy innego wyjścia, ale sobie radzimy. Przy tym ciężarze jestem mało sterowny i zabiorę Avanti do nabrzeża. Tam ich odetniemy. Wiatr wieje od portu, przystań was zatem zasłoni. Będziecie mieli mniejsze fale i więcej kontroli niż my. Macie własny hol czy zostawić nasz?

– Zostawcie. Wolę teraz naszego nie szukać.

– Okej, zrozumiałem. To oddam hol i się oddalę. Ja też mam awarię silnika, ale jakoś sobie radzę. Przekażę ustalenia na Avanti i jak wejdziecie, to spotkajmy się po godzinie przed biurem mariny.

– Zorza, tak też mi się wydawało, że to na morzu się nie skończy i ten wypadek zabierze nam jeszcze trochę czasu na lądzie. Mamy przed sobą weekend, a to Hiszpania, więc pewnie nic teraz nie zdziałamy. Jeśli uważasz, że uda ci się coś załatwić dzisiaj, to zgoda, spróbujmy. Do zobaczenia na lądzie.

– Do zobaczenia, Carpe Diem, miło was poznać. Za pięć minut oddam hol. Powodzenia.

W porcie miałem jeszcze zadbać o to, żeby nasze dzisiejsze przeżycia więcej się nie powtórzyły. Przede mną wciąż był ostatni awaryjny manewr: wejście do przystani.

– Załoga, za chwilę odrzucamy linę. Jesteśmy w cieniu przed wiatrem i jachty motorowodne dadzą już sobie radę. Krzysiek, trzymaj dalej ster. Na małej naprzód stańcie w linii podmuchu i zrzućcie żagle. Ja muszę zadzwonić, żeby na kei czekał na nas kondukt powitalny.

Wróciłem do mesy. Obserwowałem na instrumentach i kamerach pokładowych, jak radzi sobie załoga na górze. Miło było widzieć, że sami tak dobrze panują nad sytuacją.

Musiałem tymczasem zwrócić się o pomoc do kogoś, kto przejawia dużo więcej wiary w opatrzność boską niż ja i w przeciwieństwie do mnie ma jeszcze układy w instytucjach w tej cholernej Hiszpanii. Wybrałem odpowiedni numer.

– Ojciec Dawid, słucham.

– Cześć, miło cię słyszeć.

– Wszelki duch Pana Boga chwali. Andrzeju, miałeś być za dwa dni. Jesteś dopiero w drodze czy nauczyłeś się latać po tym morzu i dotarłeś na miejsce?

– Ha, ha – zaśmiałem się ironicznie. – Dzwonię w poważnej sprawie, więc mnie z łaski swojej nie denerwuj. Mam niestety jeszcze sporo do przepłynięcia.

– Mój drogi synu, łaski ci u mnie dostatek. Mów zatem, w czym skromny mnich może pomóc.

– Znów mnie irytujesz. Nie wiem, czy akurat skromności, ale innych zalet masz sporo. Teraz potrzebuję właśnie jednej z nich. A mianowicie trzeba mi pomocy. Inaczej za chwilę zamorduję kilku idiotów w marinie Benalmádena. Lecz od początku. Miałem awarię na morzu. Ktoś niedaleko chwilę później też miał problem. Sam bym w to nie uwierzył, że nagle wszystkie silniki padają. Nieprawdopodobne, a jednak. Już wracamy bezpiecznie do portu, tylko trzeba utrzeć nosa tym idiotom, przez których kilka osób mogło zginąć. Potraktuj to, proszę, jak wyznaczenie pokuty.

– Pokuta to ważna rzecz, ma być dotkliwa i oczywiście pouczająca. Ale najpierw powiedz mi, gdzie, do cholery, leży ta Benalmádena.

– No tak, jakieś sto kilometrów na wschód od ciebie. To duża marina i port na zachód od Malagi.

– Widzisz. Jednak Opatrzność ci sprzyja, choć jesteś grzesznikiem. W Maladze nasi bracia mają dużo do powiedzenia. Niedaleko znajduje się klasztor, Convento de Santa Catalina de Siena. A teraz bez ogródek. Czego ci trzeba? Bo za kilka minut mam mszę.

– Potrzebuję Guardię Civil2 za czterdzieści pięć minut w marinie. Nie chcę tych idiotów z portu pozbawiać pracy, ale muszą zrozumieć, że od nich zależy życie ludzi. Czy dasz radę to załatwić?

– Nie ma grzechu tak ciężkiego, by nie dało się go odpokutować. Więc zadośćuczynienie będzie dla nich ciężkie, lecz je uniosą. Nawiasem mówiąc, to ty się jakoś trzymasz? Bo brzmisz, jakbyś pił od tygodnia.

– Trochę ostatnio oddychałem spalinami, choć nie z wybo­ru. U mnie naprawdę okej. Może opowiem przy okazji. Wy­syłam ci naszą lokalizację i jestem pod telefonem.

– Dziękuję, synu. Pamiętaj, ten, kto działa z woli Boga, nie musi znać jutra. Wystarczy, że ufa dziś. A ja idę teraz na mszę.

– Dobra, dobra. Ty ufaj, a ja będę działał. Do usłyszenia później.

Cholera, czasem nie wiedziałem, czy Dawid znów ze mnie żartuje, czy mówi poważnie. Ale jeszcze nigdy mnie nie zawiódł. Musiałem więc drobiazgi zostawić w jego rękach. Sam miałem na głowie załogę i jacht. W mesie zrobiło się już przejrzyście, choć dalej było czuć spaliny. Na szczęście jak zawsze wszystko wracało do normalności. Wiedziałem, że przed nami jeszcze bezpieczne cumowanie i będziemy mogli odpocząć.

– Załogo, dziękuję za zdjęcie żagli. Dobra robota! – pochwaliłem szczerze. – Przejmę ster. Mamy zafalowanie, lecz wiatr wieje od przystani. Wewnątrz będzie spokojniej i dlatego wejdziemy za jachtami motorowodnymi. Oni staną przy biurze, na lewo. Zrobimy to samo, ale damy im więcej miejsca, będzie im łatwiej, a my zawsze sobie poradzimy. Teraz spokojnie. Trudne chwile mamy za sobą, pozostała już tylko rutyna. Jeszcze piętnaście minut koncentracji i odpoczniemy. – Następnie zwróciłem się do Karola, który był informatykiem: – Sprawdź, czy gdzieś w pobliżu jest jeszcze otwarty sklep marynistyczny lub warsztat morski. I nim zapytasz: wiem, jest piątek w Hiszpanii, to pewnie już od wczoraj mają ­weekend. Chociaż spróbujmy, może zdarzy się cud.

– Tak jest, Andrzej. Poszukam objawienia w tym ich internecie.

Wpłynęliśmy do portu. Motorówki stały przy kei niczym stado nabuzowanych psów na smyczy. Obserwowałem, jak Avanti cumuje na początku tego stada, a Carpe Diem wciska się do środka, pewnie wraca na swoje miejsce. Czasem zazdrościłem tym, co mają pod pokładem tysiąc koni mechanicznych i mogli je puścić wolno jednym ruchem dłoni. U mnie silnik sapał jak astmatyk na schodach, ale przynajmniej żagle jeszcze trzymały fason. Szkoda tylko, że nie da się mieć wszystkiego naraz – mocy i ciszy, prędkości i duszy. Życie na morzu jest jak stary kuter: zawsze czegoś brakuje, a reszta trzyma się na słowo honoru i odrobinę szczęścia, które potrafi zniknąć szybciej niż przekleństwo rzucone pod wiatr.

– Dobra, bierzemy się do roboty. Myślę, że to dzisiaj ostatni manewr. Wszyscy zasłużyliśmy na przerwę. Przygotować się do podejścia do nabrzeża.

Chwilę później już modelowo staliśmy przy kei. Przywitały nas oklaski starszego pana w sztormiaku. Gdy kończyliśmy klarować cumy, podszedł i niespodziewanie mnie przytulił. Naprawdę nie wiedziałem, jak się zachować, więc poczekałem chwilę i ostrożnie się uwolniłem.

– Bóg mi was zesłał. Jestem José z Avanti. Uratowaliście mnie i żonę. Nie wiem, co się stało. W zeszłym tygodniu nasz jacht miał generalny serwis. Czekaliśmy, aż trochę się poprawi na morzu, żeby wypłynąć choć na godzinkę. I nagle wszystko wysiadło. Nawet radio padło i miałem tylko radyjko ręczne. Gdyby nie wy, to nie wiem, co by się z nami stało.

– Witaj, José. Z tym Bogiem to bym nie przesadzał. Gdyby nie nasza wcześniejsza awaria, to w momencie nadania waszego komunikatu bylibyśmy za przylądkiem i w żadnym razie nie usłyszelibyśmy małego radia.

– Widzisz, to Bóg zadziałał. Szkoda tylko, że pomógł akurat nam, a w innych wypadkach nie był łaskawy. Nie rozumiem Go. Choć prawda, to, co dla nas jest przypadkiem, dla Boga jest planem. My musieliśmy pożegnać na morzu syna. Zginął niedawno na statku i nie odnaleziono ciała. Jednak wy jesteście wspaniali. Zaryzykowaliście dla nas.

– José, dziękuję za dobre słowa, ale każdy na naszym miejscu by tak zrobił.

– Obawiam się, że w tym akurat nie masz racji, kapitanie. Nie ma już zbyt wielu dobrych ludzi na świecie. Możemy was teraz zaprosić na kolację albo się jakkolwiek zrewanżować?

– Cóż, my też mamy uszkodzenia, a moja rodzina lada dzień będzie czekać na mnie na Gibraltarze. Muszę znaleźć jakiś sklep i kupić kawał przewodu wydechowego. Mój jest pęknięty. Mogę sam go naprawić, lecz prawda jest taka, że bez części to za daleko nie dopłynę.

– O, w tym akurat mogę ci pomóc! – ucieszył się staruszek. – Ale słyszałem, że umówiłeś nas tutaj z dowódcą Carpe Diem. Zobacz, właśnie idzie.

Rzeczywiście, chwilę potem podszedł do nas mężczyzna w średnim wieku.

– Witam, panowie, mam na imię Lukas. Ciekawe okoliczności nas tutaj sprowadziły. Jak się czujecie, wszystko z wami w porządku?

– Witaj, jestem Andrzej, a to José. Chociaż wy chyba już się znacie.

– Tak, mamy się dobrze i myślę sobie, że z żoną spotkaliśmy dwóch dobrych ludzi – odparł José. – Niech Bóg was błogosławi za wasze dobre serce.

– Dziękujemy ci, ale mamy jeszcze jedną sprawę do załatwienia. Nam udało się dziś dobić do portu, jednak inni mogą nie mieć takiego szczęścia. Za chwilę mój przyjaciel przyśle tu Guardię Civil. Trzeba też zgłosić absolutny brak reakcji mariny na wielokrotne wezwanie pomocy. I może to będzie nieprzyjemne, lecz musimy to zrobić. To nasz obowiązek – odparłem.

– Też o tym myślałem, tylko nie chciałem was do tego mieszać. Ja wezwałem za to policję – westchnął staruszek.

Jak na zawołanie usłyszeliśmy kilka nakładających się na siebie syren i nim minęło kilkanaście sekund, koło nas stało pięć radiowozów na sygnale. Chwilę później mundurowi rozmawiali już z José. Byli bardzo mili, wręcz usłużni. A myślałem, że to ja będę musiał siedzieć do północy, składając zeznania, wyjaśnienia i odwalając czarną robotę. Nie wiem, czy byłem bardziej zaskoczony, czy zirytowany tym, że przez długie minuty nie zaszczycili mnie ani Lukasa swoją uwagą. Po kwadransie cztery radiowozy odjechały, a José podszedł do nas z jednym z policjantów. Funkcjonariusz był ubrany po cywilnemu, ale wszyscy wyraźnie go słuchali.

– Nazywam się Antonio Martínez i jestem kapitanem miejscowej Guardii. Zdziwiło mnie, gdy dostaliśmy pilne wezwanie od biskupa Malagi. Jeszcze bardziej szokujące jest to, że spotkałem na miejscu byłego prezydenta miasta. Teraz już wiem, co się stało. Moi ludzie spiszą tylko państwa dane z dokumentów i sami się wszystkim zajmą. Bosmani w porcie zmądrzeją, jak przez kilka tygodni posprzątają sobie miejskie szalety. Mam nadzieję, że to panów satysfakcjonuje. To nie są źli ludzie, po prostu zbłądzili i trzeba ich kopnąć w dupę, żeby wrócili na właściwą drogę.

– Mnie pasuje. Nie chciałem im szkodzić, tylko wytłumaczyć, że inni mogą nie mieć takiego szczęścia jak my dzisiaj – odpowiedziałem.

– Dla mnie też w porządku – dodał Lukas. – Przypadkiem wybraliśmy się na jacht przed weekendem. Mój Carpe Diem nawet nie był gotów do drogi, zatem przydarzyło się dzisiaj wiele zbiegów okoliczności. I też nie chcę wciągać w to wszystko przyjaciół. Mieliśmy tylko chwilę odpocząć w porcie, z dala od zgiełku miasta, a wyszło, jak wyszło.

– No to ustalone. – Martínez pokiwał głową. – Ja wracam do swoich obowiązków. Funkcjonariusze postarają się jak najszybciej załatwić formalności. W imieniu miasta przepraszam za ten incydent.

Po kilku kurtuazyjnych słowach powoli rozeszliśmy się do jachtów, żeby przygotować dokumenty i podać szczegóły do raportów policji. Zostało jeszcze tylko jedno przeczucie, które nie dawało mi spokoju, więc po wszystkim udałem się jeszcze do José.

– Witam państwa raz jeszcze. Proszę przyjąć moje kondolencje z powodu syna. To wielka tragedia, wielka strata. Każdy dobry marynarz jest wart tyle, co jego waga w złocie. Ale wybaczcie, jedno pytanie nie daje mi spokoju. Dlaczego nie wezwaliście do pomocy wszystkich świętych? Był pan prezydentem. Nie takie sprawy załatwiał pan pewnie jednym skinieniem palca.

– Cóż, Andrzeju… Słusznie się domyślasz, nie szukaliśmy pomocy, tylko pokuty. To Bóg was zesłał. My go o to prosiliśmy. Dlatego przyjęliśmy wasze wsparcie. Nie drążmy tego – odparł José. – Jeszcze jedno, kapitanie. Za kilka minut ludzie z serwisu zajrzą na Zorzę i sprawdzą wasz silnik. Rozmawiałem z nimi i naprawią wszystko. A wy spędzicie noc w hotelu mariny. To nie jest Marriott, jednak swoje cztery gwiazdki ma. Są wam to winni. Wszystko jest już załatwione. My z żoną niestety nie zostaniemy. Nie bardzo potrafimy się teraz cieszyć. Jedziemy do katedry, by podziękować Bogu za ten przywilej… przeżywania dalej żałoby po synu. Proszę, zrozumcie.

– José, jesteście wspaniałymi ludźmi, wierzę, że sobie poradzicie. To wasza wspólna droga. Mam przyjaciela, byłego mnicha z Watykanu, to naprawdę mądry człowiek. Powtarza, że Bóg nie zawsze daje to, co sprawiedliwe. Czasem daje to, co trudne. Lecz życie to nie sąd, tylko droga. I skoro żyjemy, to znaczy, że wolą Boga jest, abyśmy nią kroczyli. Więc nigdy się nie poddajcie. Dziękuję ci, José. Mam nadzieję, że do ­zobaczenia. Ja też muszę wrócić do załogi.

– Idź z Bogiem, spakujcie się. Myślę, że macie najwyżej trzydzieści minut. Przyjedzie sporo ludzi, będziecie im tylko przeszkadzać. Wszystko już jest opłacone.

– Tak, domyśliłem się, choć nie wiem, czy na to zasłużyliśmy.

– Bóg to wie, Andrzeju. Ci, którzy zostali do tego zatrudnieni, też rozumieją, że zasłużyłeś. To wystarczy.

I tak udaliśmy się do hotelu. Nie pamiętam już, kiedy ostatnio spędziłem noc gdzie indziej niż na jachcie. Miałem jeszcze po kolacji iść i sprawdzić, co robią te całe ekipy serwisowe, ale zasnąłem w ubraniu, na fotelu.

Ranek był o tyle przyjemny, że mogłem włożyć wypraną odzież. W nocy nasze ubrania zostały odświeżone i już przed siódmą czekały spakowane. Wystarczyła mi kawa, chwilę później byłem na jachcie. Czterech samochodów serwisowych już nie było, ale obok żaglówki w białym Land Roverze siedział chłopak. Wręczył mi raport napraw i poczekał, aż przejdę po okręcie, by wszystko sprawdzić.

Na pokładzie już po chwili szlag mnie trafił. Idąc od pomieszczenia do pomieszczenia, kląłem jak wkurwiony szewc na robotę, którą ktoś spartolił złośliwie i z premedytacją.

– Kto ich, do cholery, o to prosił?! Jak ja teraz ogarnę, czy czegoś nie spieprzyli?! Cholera, część wyćwiczonych alarmów całkowicie się wali. I jak znów po półgodzinie od wyjścia z portu coś padnie, to zamiast działać, będziemy, kurwa, czytać instrukcje!

Okazało się, że poza wymianą przewodów wydechowych i dziesiątek innych części zamontowali w silniku chyba kilkaset nowych czujników. Do tego jeszcze automatyczny system gaśniczy w napędzie i kabinach. Lecz to nie wszystko. Umieścili wewnątrz aparat oddechowy oraz suche kombinezony we wszystkich kajutach. I jeszcze system kontroli obecności załogi.

Zerknąłem na rachunek. Wynosił ponad czterdzieści tysięcy euro. Nawet jak na Hiszpanię to kuriozalna suma. Za tyle miałbym dwa nowe silniki. Wściekłem się, choć zapłata nie poszła przecież z mojej kieszeni. Spojrzałem na nagłówek faktury i było tam logo mariny. Zatem tyle, kurwa, kosztowało po prostu nasze milczenie. Cóż, przynajmniej nie wyceniono nas tanio.

Godzinę później zjawiła się solidnie nakarmiona załoga, a o dziewiątej byliśmy już na wodzie. Na szczęście wszystko działało prawidłowo. Wyjąwszy to, że przed uruchomieniem motoru musieliśmy czekać ponad minutę, aż zakończy się automatyczna kontrola systemów. Jak w cholernym Star Treku.

Na mailu miałem też raport policji. Poza czterema stronami bez znaczenia pod koniec widniał napis Caso sobreseído, czyli sprawa umorzona. I jeszcze nadawca był intrygujący. To Kancelaria Biskupa Malagi.

Następna doba rejsu do Gibraltaru nie dała się zapamiętać. W kategorii tego, co przeżyliśmy w ostatnich dniach, zdawało się nudno. Nic się nie wydarzyło.

Kilka razy jeszcze wszyscy wracaliśmy do szczegółów poprzedniego dnia i zastanawialiśmy się, co dało się zrobić szybciej i lepiej. Dzisiaj z nowymi gadżetami byłoby nam łatwiej, ale doszliśmy do wniosku, że wtedy nic więcej nie moglibyśmy zrobić. Mnie jednak jeszcze długo nie opuszczało wrażenie, że José z żoną nie mieli tamtego dnia już więcej siły, by przeżywać żałobę. I to właśnie dla nich ta przygoda była największym szczęściem. Może znów zrozumieją, że życie ma wartość. Nawet kiedy człowiek myśli, że serce pękło na pół, czas potrafi poskładać to, co zostało.

Dla nas najważniejsze było to, że na morzu każda przygoda jest dobra, o ile dobrze się kończy. Pomyślałem, że na jakiś czas na pewno mam dość takich perypetii. Tego dnia na godzinę przed wejściem do naszego docelowego portu Alcaidesa jeszcze dwa razy sprawdzałem silnik przed uruchomieniem. Oczywiście wszystko było w niepodważalnym porządku, lecz złe doświadczenia zawsze nas zmieniają.

W porcie wiele osób pomogło przy cumowaniu. Byli to pracownicy mariny w asyście policji. Czyli jednak sława przygody z Malagi zdołała nas wyprzedzić. Właściwie nie widziałem w tym nic złego, ale na co dzień wolałem żeglować w cieniu i samotności, a nie w blasku reflektorów. Na szczęście przede mną było kilka tygodni odpoczynku na lądzie.

Chwilę po odejściu policji na pirsie w oddali zobaczyłem żonę, córeczkę i ojca Dawida. Miło, że na tym zwariowanym morskim świecie są jeszcze rzeczy niezmienne.

– Witajcie, kochani! – zawołałem. – Zapraszam na kawę, jest świeżo zaparzona.

– Cześć, tato, co tam u was się stało?

– Marysiu, idź do chłopaków do mesy, to opowiedzą ci swoją wersję, a ja porozmawiam chwilę z mamą i ojcem Dawidem. – Ucałowałem córkę w czoło, po czym zwróciłem się do żony: – Kochanie, dobrze widzieć cię piękną i uśmiechniętą jak zawsze! Choć mam wrażenie, że śmiejesz się teraz trochę z nas, a nie do nas. – Popatrzyłem na nią czule.

– No wiesz, jak tylko się na chwilę rozstajemy, to zaraz musisz naprawiać świat, a do mnie przez to tylko się spóźniasz. Biskup Malagi już do nas dzwonił i pytał, kim jesteś. Pierwszego dnia w regionie poznałeś jednych z bardziej wpływowych kapłanów i prezydentów. I to w raczej mało typowych okolicznościach!

– Ach, kochanie, prawdę mówiąc, mam nadzieję, że to wszystko niedługo się zakurzy i o mnie zapomną. Ostatnie, czego teraz pragnę, to kroczyć w blasku reflektorów. – Skrzywiłem się na samą myśl i spojrzałem na przyjaciela. – Dawid! Spakuję tylko torbę, piętnaście minut i chętnie jeszcze dzisiaj przenocuję na lądzie. Poczekajcie w kawiarni przy wejściu do mariny. Ogarnę jacht.

Najwyższy czas, by pozwolić załodze odpocząć ode mnie na kilka godzin. Jak kapitana nie ma, to można nareszcie utopić stres i emocje w kilku szklaneczkach whisky. Przy mnie nie wolno było nikomu ani pić, ani nawet na chwilę odpuścić swojej wachty.

– Załoga, pozwólcie na chwilę! – zawołałem, a gdy zebrali się wokół, zacząłem: – Mamy za sobą kilka wymagających tygodni. Nigdy nie zawiedliście, czas na odpoczynek. Tylko nie zapominajcie, że na pirsie są kamery, więc bez przesady. Ach, na Gibraltar też na waszym miejscu bym się dzisiaj nie wybierał. Skoro policja przywitała nas po wejściu do portu, teraz szybko nie odpuszczą. A mogą szukać też pretekstu, żeby utrzeć nam nosa. Nie wychylajcie się więc i nie opuszczajcie Hiszpanii. Tutaj moi przyjaciele zawsze mogą wam uratować dupę, lecz tam to już są terytoria zamorskie Wielkiej Brytanii, czyli poza ich wpływami – ostrzegłem. – No i miłej zabawy. Po weekendzie jeszcze kilka dni odpoczniemy, później ogarniemy nowe wyposażenie jachtu i może sprawdzimy je na Cieśninie Gibraltarskiej. Dobrze będzie też wrócić do Maroka. Ale o tym pomówimy później. Teraz życzę wam miłego odpoczynku, mamy ze dwa tygodnie na leczenie ran.

Pożegnaliśmy się i rozeszliśmy.

Moja Iwona i córeczka Marysia czekały w kawiarni. Dawid przed wejściem rozmawiał przez telefon. Muszę przyznać, niebagatelnie się wyróżniał. Dziadek z brodą ukryty w głębokim kapturze dominikańskiego habitu. To chyba jednak za dużo jak na dwudziesty pierwszy wiek, nawet z mojej perspektywy. Rozłączył się, gdy mnie zobaczył. W sumie to było dziwne, jednak to Dawid. Z nim nigdy nic nie wiadomo.

– Cześć, ojcze.

– Cześć, synu, choć nie pamiętam, żebyśmy byli spokrewnieni. I jak nie przestaniesz mnie tytułować, to będę się do ciebie zwracać per „kapitanie”.

– Dobra. Ale wystroiłeś się w habit jak stróż w Boże Ciało, to co się dziwisz.

– Czemu się czepiasz? Sam jesteś w mundurze, to dlaczego przeszkadza ci mój?

– Kurde, Dawid, chyba nawet koleś z rosyjskiego wywiadu w pełnym uniformie nie robiłby takiego wrażenia jak ty w tym swoim habicie.

– Wasze mundury istnieją od kilkudziesięciu lat, mój za to od ponad ośmiuset. Więc chyba rozumiesz, że może robić wrażenie.

– Wiesz, miło cię widzieć, stary druhu.

– No, teraz to już dołożyłeś. Sam jesteś stary. Ja co najwyżej doświadczony.

– Z ciebie naprawdę nie jest normalny mnich – prychnąłem rozbawiony.

– Cóż, synu, mądrość zakonna nie polega na milczeniu, lecz na tym, by mówić tylko wtedy, gdy warto, i śmiać się, kiedy nikt się nie spodziewa. I wiesz co, ciebie też miło widzieć, Andrzej. Powiedz mi, proszę, co ty nawywijałeś w Maladze…

– No właśnie. Z całych sił unikam przygód, ale one przyczepiają się jak rzep. I tak od lat. Chodź, idziemy do Iwony. Na miejscu wszystko wam opowiem.

Nie zawsze jestem dumny z moich przeżyć i najczęściej nie lubię do nich wracać. Dlatego najzwięźlej, jak potrafiłem, opowiedziałem przy kolacji w refektarzu3, co nas spotkało w ostatnich dniach. Po tej relacji szybko zabrałem rodzinę do naszych pokoi zakonnych, czyli do cel.

Oczywiście czasy, gdy w takich pomieszczeniach znajdowały się tylko siennik, klęcznik i miednica, już nie wrócą. Nie dało się jednak ukryć, że wygody ograniczono do minimum. W porównaniu z koją na morzu i tak było jak w dobrym hotelu. Najważniejsze, że nie trzeba przypinać się do łóżka, by ­uniknąć upadku z wysokości podczas snu. Dlatego tę noc wspominam jako spokojną i pełną odpoczynku. Choć jak zwykle była za krótka.

Szkoda, że kiedy wreszcie przychodzi głęboki i dobry sen, mam wrażenie, że zamykam oczy tylko po to, by za chwilę znowu je otworzyć. Tego dnia obudziłem się jak na morzu. Długo przed wszystkimi, zanim cisza zdążyła się poruszyć. Poszedłem do wewnętrznego ogrodu, do wirydarza, licząc na chwilę samotności wśród kamienia i zieleni. Chciałem się zanurzyć w tej spokojnej, cichej mistyce, ale zatrzymałem się tuż za progiem.

– Co, do cholery?

Większość roślin na dziedzińcu, który dotąd był ich oazą, okazała się uschnięta na wiór. Nie było już słychać łagodnego szumu liści. Na środku na kilkusetletnim drzewie owocowym też zostały tylko ostatnie umierające pędy. Normalnie choroba jest jak rdza na morzu, powolna, na początku niewidoczna, lecz w konsekwencji niszczycielska. Ale tu wyglądało to tak, jakby ktoś w jednej chwili wyssał całe życie tego mistycznego zakątka. I zostały tylko zakurzone wspomnienia dawnej wspaniałości. Aż przeszedł mnie dreszcz niepokoju.

Gdy zakląłem, zauważyłem ruch w ciemnym kącie po drugiej stronie tego ponurego ogrodu. Ze starego krzesła wstał Dawid. Przez chwilę twarz zakonnika oświetlało słońce i nagle jego wygląd w pełen grozy sposób upodobnił się do natury tego miejsca. Wczoraj ciągle skrywał się pod dominikańskim kapturem. Teraz najwidoczniej też chciał tutaj odpocząć i nabrać energii na rozpoczynający się dzień. Wyglądało na to, że żadnemu z nas nie będzie to dane.

Jego do niedawna gęste, brunatne włosy całkowicie pokrył biały szron siwizny. Zawadiackie bystre oczy teraz zapadły się głęboko w oczodołach. Jakoś przerażająco pasował do wirydarza. Mimo to odezwałem się do niego:

– Dzień dobry.

– Dzień dobry, Andrzeju. Widzę, że też nie możesz spać.

– Oj, mogę, jak najbardziej. Tylko lata na morskich wachtach zmieniły mój rytm życia. Potrafię usnąć w każdym hałasie, ale zawsze się budzę, gdy minie czas wachty. Na wodzie muszę wtedy wstać i dopilnować przejęcia sterów przez następną grupę. Zegar biologiczny dostaje świra. A ty dlaczego nie śpisz?

– Przyszedłem tu, jak zawsze, przywitać pierwszy promień słońca w moim małym ogrodzie.

– Kiedyś to może był ogród… Co, do diabła, się tu stało?

– Oj, Andrzeju, bez tego diabła, proszę. Widzisz, przeciwnością radości i życia nie jest śmierć. Kontrastem dla życia jest jego brak. A z tego miejsca właśnie ono odeszło. Nie posprzątałem tego, bo gdy przymykam oczy, w moich wspomnieniach to miejsce nadal tętni energią i radością, jak kiedyś…

– Kurwa, Dawid, co się dzieje? To nie jest normalne.

– Ach, kochany. Niestety taka jest ułomna natura człowieka. Doceniamy coś dopiero, kiedy to tracimy. I czasem nie zauważamy, że całe życie ucieka. Tu właśnie to się wydarzyło.

– Czy mogę ci jakoś pomóc? Nie wiem, czy ktoś już ci to powiedział, ale wyglądasz jak cień Dawida, którego znałem.

Pamiętałem, jak gościliśmy u niego ostatniej zimy. Nikt by nie uwierzył, ile on naprawdę ma lat. Organizował w biegu pielgrzymki, spotykał się z ludźmi i wszędzie go było pełno. Teraz z tamtego energicznego człowieka w sile wieku zostało tylko opakowanie. Wyglądał, jakby właśnie odchodził w ciszy, jak liść, który jeszcze nie spadł, lecz przestał już oddychać.

– Okej, czas na zmianę narracji – rzuciłem. – Idę na chwilę do samochodu, coś ci przywiozłem. A ty, mój drogi, bądź tak dobry i poczekaj na mnie w swoim kantorze. Tu czuję się jak na grobie. Pamiętam, że jest tam pełno pajęczyn, ale przy tym, co mamy tutaj, kantor wydaje się świeży niczym plaże na Ibizie. Do zobaczenia za pięć minut.

Poszedłem do auta i przeszukałem nasze bagaże.

Dawid nie miał wad. Przejawiał za to pewną ciekawą zaletę. Uważał, że to grzech zamknąć otwartą butelkę whisky. Dlatego wziąłem teraz piętnastoletni trunek, który naszykowałem na specjalną okazję. Chwilę mi zajęło, zanim wsadziłem do bagażnika wszystko, co niedawno jeszcze wypełniało nasze torby. Gdy teraz patrzyłem na wysypisko pod moimi nogami, trudno mi było uwierzyć, że to mogło się tu wcześniej zmieścić. Odrobina brutalnej siły pomogła i już byłem w drodze do kancelarii parafialnej, gdzie umówiłem się z Dawidem. Po drodze zastanowiło mnie, dlaczego brama jest otwarta na oścież. Wczoraj po północy sam ją zamknąłem. To nie było bezpieczne miejsce i nie po to Iwona z Marysią przejechały całą Europę samochodem, żeby na miejscu ukradli nam go już w pierwszych dniach. Postanowiłem zająć się tym jeszcze przed wieczorem.

Po przejściu przez następną bramę z parkingu zauważyłem kilka dziur po pociskach w ścianie i pancernych szybach w korytarzu. Pomyślałem, że ten widok na pewno skutecznie przypomni mi o zamknięciu dziś wjazdu. Ta parafia znajdowała się na granicy wielu kultur i religii, na linii frontu. Ślady po kulach można tu spotkać niemal na każdym kroku.

Gdy zbliżałem się do kancelarii, zauważyłem światło świec tańczące na progu. Świt był z godzinę temu, tylko dlaczego w środku wciąż było tak ciemno? Delikatnie uchyliłem drzwi. Wewnątrz Dawid trzymał w rękach swój brewiarz, ale nie wyglądał zwyczajnie. Cienie w jego oczodołach pląsały w tańcu śmierci, a na twarzy widniało… jakby obrzydzenie. Na stole leżała też chusta z narysowanymi dziwnymi znakami. Po chwili, którą spędziłem w progu, zapukałem w otwarte już drzwi. Dawid nawet się nie poruszył. Po kilku długich sekundach podniósł na mnie wzrok.

– Wejdź, Andrzeju. I nie zapalaj, proszę, światła. Płomień mnie uspokaja.

– Uspokaja? Dawid, wyglądasz, jakbyś za chwilę sam miał obrosnąć pajęczynami. Ale dobrze, ja też lubię świece. Czy szklanki dalej są w apteczce?

– Tak, dlaczego pytasz?

– Muszę rozlać prezent. Sam mnie nauczyłeś, że ludzie, którzy nie cenią materii, tylko wspomnienia, powinni cieszyć się chwilą zawsze, gdy nadarza się ku temu okazja. I teraz właśnie nadeszła. Nie spotykaliśmy się od roku. Choć jak na ciebie zerkam, to wydaje mi się, jakbym nie widział cię z pięćdziesiąt lat. Jednak ja nie o tym… Dawid, dziękuję za pomoc w Maladze. Chyba ten twój kolega biskup ma dużo do powiedzenia w tamtych rejonach.

– Wiesz, Hiszpania to kolebka Kościoła. Ta instytucja może i nie cieszy się już takim poważaniem jak kiedyś, ale na pewno nadal ma znaczenie. I to praktycznie w każdym aspekcie życia.

– Widzisz, teraz naprawdę mnie to raduje.

– A w co właściwie się tym razem wpakowałeś?

– No wiesz! Gotów jestem się obrazić. Ja sobie poradziłem, nawet jeszcze dałem radę pomóc komuś innemu. Tylko potrzebowałem kogoś, kto by mnie powstrzymał, żebym nie pourywał łbów baranom z mariny, którzy przez godzinę nie reagowali na wezwania od kilku jednostek na morzu.

– I udało się.

– No pewnie. To znaczy, że nadal żyją. Tylko nie wiem, czy świat na pewno na tym skorzysta.

– Nie nam decydować, kiedy milknie czyjeś serce. To zadanie Tego, który je stworzył.

– Masz rację. Jednak nie zawsze zauważam to od razu. Dlatego dobrze, że wczoraj odebrałeś telefon. Bo w wyobraźni już rozważałem, jak utopić tych kretynów bez świadków. Lecz teraz, Dawidzie, quid pro quo, tajemnica za tajemnicę. Co tu się, kurwa, stało? Wybacz, że do tego wracam, ale wszystko wygląda jak po epidemii.

– To nie sekret. Kilka tygodni temu mieliśmy napad na dom misyjny. Wydaje się, że nie chodziło tylko o rabunek. Chcieli na kogoś zapolować. Udało nam się obronić, choć nie wiem, czy się po tym podniosę.

– Czy ktoś ucierpiał? Coś skradziono?

– Nie, Andrzeju. Wszyscy i wszystko zostało na miejscu.

– To skąd ta żałoba w twoim głosie, a dookoła zgliszcza?

– Widzisz, wojna kończy się wtedy, gdy milkną działa, jednak echo strat trwa wiecznie. Tak jak tutaj.

– Jeśli oczekujesz, że wszystko zrozumiem z tych zagadek, to mnie przeceniasz.

Już miałem nadzieję, że usłyszę trochę faktów, a nie kaznodziejskich mądrości, gdy od progu usłyszeliśmy piśnięcie. Sekundę później do ośrodka wpadła moja córeczka Marysia, ślizgając się po wyfroterowanej podłodze.

– Cześć, ojcze Dawidzie! Czy to grzech śmiać się i bawić na terenie domu misyjnego?

– Nie, Marysiu, śmiech dziecka nigdy nie może być przewinieniem.

– Ojcze Dawidzie, tatusiu, pani Rosa zrobiła śniadanie i mam was szybko zabrać do refektarza na jedzenie. To co, idziemy? Nie żeby coś, ale jestem straszliwie głodna!

Przy posiłku nareszcie zapomnieliśmy o troskach i było jak zawsze tutaj. Kiedyś z Iwoną myśleliśmy, że to taki mały raj za kratami. Chociaż ta mekka natury obumarła, emocje zostały. Została też nadzieja, a my przywieźliśmy trochę radości.