19,99 zł
Trójka bohaterów układa sobie życie na nowo. Joanna została zwolniona z pracy, której w całości się poświęciła. Iza przechodzi przez kłopoty sercowe. Zaś Krzysztof postanawia zostać stewardem. Ich losy krzyżują się, kiedy wszyscy planują podróż do Tajlandii. Na miejsce dotrą tylko dziewczyny. Tam wśród orientalnych zapachów i przestrzeni, spojrzą na swoją sytuację zupełnie inaczej. Oprócz urokliwych krajobrazów pomogą im w tym nieznajomi mężczyźni... Czyżby odnalezienie prawdziwego szczęścia było na wyciągnięcie ręki? A może to tylko iluzja?
"Dziewczyna z Ajutthai" to debiutancka powieść Agnieszki Walczak-Chojeckiej, autorki znanej Sagi bałkańskiej, opowiadającej losy Jasminy i Dragana na tle wojennej zawieruchy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 271
Agnieszka Walczak-Chojecka
Saga
Dziewczyna z Ajutthai
Zdjęcie na okładce: Shutterstock
Copyright © 2013, 2021 Agnieszka Walczak-Chojecka i SAGA Egmont
Wszystkie prawa zastrzeżone
ISBN: 9788726806250
1. Wydanie w formie e-booka
Format: EPUB 3.0
Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.
www.sagaegmont.com
SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont
Kochanym Rodzicom
Przegrany mecz
Joanna otworzyła oczy. Spojrzała na budzik stojący koło łóżka. Siódma, o tej porze codziennie wstawała do pracy. Teraz jednak nie musiała się spieszyć do biura. Nigdzie nie musiała się spieszyć. Zaczęły jej się przypominać wydarzenia z poprzedniego dnia.
Siedziała w swoim eleganckim gabinecie z oknami do ziemi, za którymi mieniły się kolorami dachy Warszawy. Pracowała nad prezentacją na najbliższe spotkanie zarządu. Z zamyślenia wyrwał ją dzwonek telefonu.
– Możesz przyjść do szefa? – spytała Iwona, długonoga blondynka, asystentka prezesa.
– Czy mam wziąć ze sobą jakieś dokumenty?
– Nie, nie, tylko przyjdź...
Gdy Joanna weszła do Marka, zauważyła, że nie jest sam. Przy długim, wypolerowanym stole siedziała jeszcze Barbara, szefowa działu personalnego. Lubiła ich obydwoje. Z Barbarą zaczęły pracować w firmie w tym samym czasie, dziesięć lat temu. Była nieco skryta, ale kompetentna. Marek – pięćdziesięciolatek o życzliwym spojrzeniu, dołączył do nich dwa lata później. Dzięki jego śmiałym decyzjom firma zaczęła się szybko rozwijać. Odkąd jednak na światowych rynkach coraz częściej mówiono o kryzysie, centrala postanowiła mocniej kontrolować swoją filię w Polsce i Markowi wyraźnie podcinało to skrzydła.
– Siadaj, Joasiu – powiedział.
Miał dziwny głos i nie patrzył na nią. Poczuła, jak przez jej ciało przebiega dreszcz.
– Powiem krótko. Mam dla ciebie złe wieści. Wracam właśnie ze spotkania w centrali. Kazali dalej ciąć koszty. Tym razem nie mam wyjścia, muszę zredukować etaty. – Przez chwilę patrzył na nią smutno.
Wyglądał na bardzo zmęczonego. W jego wzroku było coś dziwnego, trochę jakby strach, a jednocześnie zawziętość.
– Muszę cię zwolnić. Twoje stanowisko zostanie zlikwidowane – wycedził. – Wiem, że to zrozumiesz. Taki jest biznes.
Joanna spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami. Przez chwilę miała wrażenie, że to jakiś senny koszmar... Przecież jej nie można wyrzucić jak śmiecia, stanowi z firmą jedność. Przez ostatnie lata poświęciła korporacji wszystko, harowała codziennie po dziesięć godzin, często także w weekendy. Wiedziała, że ostatnio Marek planował jakąś restrukturyzację i może nawet zwolnienia, ale nie spodziewała się, że to może dotknąć także ją. Zakręciło jej się w głowie i już nie bardzo słyszała, jak prezes mówił, że dalsze formalności załatwi z nią Barbara.
– Zrozum, Joasiu... Musiałem kogoś wybrać, rzucałem monetą.
Twarz Joanny przybrała kamienny wyraz.
– Byłam orłem, czy reszką? Zawsze mówiłeś, że mogę ci ufać...
Bezradnie rozłożył ręce. Joanna wstała od stołu. Chciała jak najszybciej wyjść z pokoju, w którym nagle zabrakło dla niej powietrza.
A teraz leżała na łóżku i patrzyła w sufit. Zwykle nienawidziła wczesnych pobudek, jednak dziś czas płynął inaczej. Czuła, jakby jej jedwabiste, kasztanowe włosy nagle posiwiały, jakby jej plecy przygarbiły się, a skóra twarzy poszarzała i pokryła się tysiącem zmarszczek. Czy w ciągu jednego dnia można się tak postarzeć? Przecież nie jestem chora – myślała. Dlaczego więc czuję się, jakbym była całkowicie pusta? Jestem niczym porcelanowa lalka, stłuczona przez czyjś nierozważny ruch, rozsypana na tysiąc kawałeczków, które lśnią jeszcze w słońcu, lecz nie da się już ich posklejać. Nie potrafiła uwierzyć, że nie ma dla niej miejsca w firmie, która była jej całym światem, którą od tylu lat uważała za swój dom, prawie za swoją rodzinę.
Miała trzydzieści cztery lata, apartament w drogim Miasteczku Wilanów, białe bmw w garażu i trochę odłożonych pieniędzy na koncie. I chyba nic poza tym. Kariera w firmie farmaceutycznej, jaką zaczęła zaraz po ukończeniu uznanej uczelni, sprawiła, że zabrakło jej czasu na założenie rodziny. Nie miała też zbyt wielu przyjaciół, choć na jej facebookowej stronie znajdowały się zdjęcia ponad dwustu znajomych.
W ostatnich latach przytrafiło jej się kilka romansów, ale żadnego z nich nie traktowała poważnie. Każdy z jej facetów prędzej czy później przegrywał z pracą... Wyjątkiem był Mateusz. On działał na nią jak żaden inny, lecz z nim nie mogło jej się udać. Miał jedną wadę – był żonaty.
Ciekawe, kto już wie o mojej porażce – zastanawiała się. Powiedziałam tylko Monice. Była w szoku. Naprawdę się przejęła, kochana. Jeszcze niedawno załatwiłam jej u nas pracę, a teraz sama wyleciałam...
Joanna miała w telefonie pięć SMS-ów od koleżanki. Nikt inny nie dzwonił. Pewnie nie wiedzą, co powiedzieć. Ja też nie zadzwoniłam do Romana, gdy zwolniono go miesiąc temu – przypomniała sobie. Nawet kilka razy chciałam, ale byłam taka zajęta... Może zadzwonić teraz – przemknęło jej przez głowę. Świetny pomysł, i co mu powiem? Cześć, Roman, mnie też wylali? Teraz mam czas, by z tobą pogadać?
Zarówno tego dnia, jak i następnego Joanna prawie w ogóle nie wstawała z łóżka. W nocy męczyły ją koszmary. Śnił jej się sen, jaki nawiedzał ją często w dzieciństwie. Widziała nitkę, która nagle zaczynała drgać szybciej i szybciej. W końcu robiła się coraz cieńsza, aż prawie pękała. Patrzenie na nią sprawiało ból i napawało strachem. Nigdy nie wiedziała, co ten sen oznacza, ale bała się go śnić. Po nim zawsze budziła się zlana potem. Teraz też tak było. Cienka atłasowa koszula na ramiączkach nadawała się do zmiany, co skłoniło Joannę do tego, by się w końcu ruszyć z łóżka.
Zresztą i tak musiała się zbierać, by pójść do biura na spotkanie z Barbarą. Miały ustalić warunki rozstania z firmą. Myśl o współczujących spojrzeniach koleżanek, które zapewne tam napotka, napawała ją odrazą. Nie chciała, by ktoś się nad nią użalał.
Miała jeszcze trochę czasu. Założyła najlepszą garsonkę, w kolorze delikatnego różu, stopy wsunęła w wysokie szpilki i starannie się umalowała, jak zawsze gdy szła do pracy. Teraz jednak potrzebowała odmiany, jakiejś iskry, która pomoże jej przetrwać jeden z najgorszych momentów w życiu. Stwierdziła, że zdąży jeszcze skoczyć do fryzjera. Szczęśliwym trafem, salon znajdował się na parterze jej bloku.
Siadając na fotelu, zadecydowała: farbujemy na rudo.
Aldona, miła fryzjerka, która zawsze czesała Joannę, zrobiła zdziwioną minę, ale podała klientce folder z kolorami.
– Ten! – Joanna wskazała palcem najbardziej płomienny odcień rudości.
– Jest pani pewna? To będzie radykalna zmiana... – upewniała się fryzjerka.
– Tak. Właśnie takiej potrzebuję – odpowiedziała stanowczo.
Gdy po godzinie spojrzała w lustro, na fotelu siedziała już inna kobieta... Oczy podobne, niebieskie, nos jak zwykle lekko zadarty, ale tylko troszeczkę, uszy zgrabne, niewielkie, lekko wystające kości policzkowe. Ale włosy... ich żywy kolor jakby rozjaśnił całą twarz i sprawił, że wyglądała bardzo młodo. Joanna Płomienna – nazwała samą siebie w myślach i uśmiechnęła się do swojego odbicia. I nagle poczuła wewnętrzny spokój. Wiedziała, że wszystko będzie dobrze. Może tak naprawdę dopiero teraz zacznie żyć! Strata pracy to przecież nie koniec świata, próbowała sobie wmówić. Tylko dlaczego czuła się tak cholernie zdołowana?
– Pani Joasiu, cóż za zmiana, ale pięknie pani wygląda! – zachwycała się sekretarka Barbary, gdy Joanna pojawiła się w biurze. – Szefowa już czeka.
Poskutkowało, uśmiechnęła się w myślach Asia. Ta dziewczyna skoncentrowała się na mojej fryzurze, a nie na tym, co mnie spotkało. A może jeszcze nie wie...?
– Chcę, żebyś miała jasność, że nie miałam z twoim zwolnieniem nic wspólnego. – Barbara tłumaczyła się już od progu. – Przecież wiesz, jak bardzo cię cenię. Dla mnie samej to szok. Jesteś przecież ikoną naszej firmy...
– Daj spokój – żachnęła się Joanna. – Przyszłam usłyszeć, co chcecie mi zaproponować po dziesięciu latach pracy, nie interesują mnie twoje wynurzenia. Wiesz dobrze, że znam wszystkie tajemnice firmy. Chyba zależy wam, żebym zachowała je tylko dla siebie? – Postanowiła grać ostro.
Przecież to biznes, jak niedawno powiedział jej prezes.
Barbara obrzuciła dziewczynę zdziwionym spojrzeniem i natychmiast zmieniła ton głosu.
– Ach tak, rozumiem. Mam nadzieję, że będziesz zadowolona z naszej oferty. Marek nie chce cię przecież skrzywdzić. – Barbara podsunęła Joannie plik dokumentów.
– Oczywiście, ale zależy, na którą stronę spadła dziś moneta – zakpiła.
– Coś ci powiem. – Zawiesiła głos Barbara. – Ja zawsze cię wspierałam, prezes też cię lubił, ale nie wszyscy tutaj byli ci życzliwi...
Joanna machnęła ręką, jakie to teraz miało znaczenie, nawet gdyby wiedziała, kto kopał pod nią dołki, niczego to już nie zmieni.
Wyszła na korytarz, lecz po chwili wróciła, chciała jednak o coś spytać. Nie zdążyła jeszcze otworzyć ust, gdy kątem oka dostrzegła jakiś dokument na biurku. Litery były małe, ale dziewczyna miała dobry wzrok. „Nominacja na stanowisko dyrektora marketingu”? Barbara szybkim ruchem wrzuciła papiery do szuflady. A więc to tak? Joanna wrosła w ziemię. Chciała coś powiedzieć, jednak po chwili bez słowa zamknęła za sobą drzwi.
Tej nocy również chodziła po biurze, ale nie mogła znaleźć swojego pokoju. Nagle wszystko wyglądało zupełnie inaczej. Zamiast dużych, mocno przeszklonych, nowoczesnych wnętrz w budynku znajdowały się malutkie pomieszczenia z ogromną ilością wąskich korytarzy. Ludzie biegali po nich niczym myszy. Przemieszczali się tak szybko, że nie mogła rozpoznać żadnej twarzy. Chciała kogoś zatrzymać i zapytać, gdzie jest jej pokój, ale nie potrafiła wydobyć z siebie głosu. Zaczęło przybywać pracowników i w pewnej chwili ten tłum porwał ją niczym wezbrana rzeka. Zrobiło się głośno. Ludzie skandowali: „Polska gola! Polska gola!”. W całym biurze łopotały narodowe flagi. Nagle tłum urwał pieśń, jakby na coś czekał w wielkim uniesieniu.
A potem z setek gardeł znów wydobył się głos i dobrze znana melodia: „Nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało...”.
Znów przegraliśmy – pomyślała Joanna. Ogarnął ją bezmierny smutek. I wtedy się obudziła.
Przypomniała sobie, że w Polsce trwa właśnie Euro, futbolowe szaleństwo. Niestety, nasza reprezentacja, mimo bojowych nastrojów, odpadła w przedbiegach. Czyli było jak zawsze, zapowiadało się świetnie, a wyszła wielka klapa. Piłkarze, których wczoraj noszono na rękach i traktowano jak narodowych bohaterów, dziś byli nikim. To niewiarygodne, że wszystko zmienił jeden niestrzelony gol... A jakiego gola ja nie strzeliłam? – zastanawiała się.
Z porannych niewesołych rozmyślań wyrwał ją dźwięk telefonu.
– Jak tam, radzisz sobie? – W głosie Moniki brzmiała troska.
Nie zapomniała o mnie w ferworze pracy, to miłe, pomyślała Joasia. Wyobraziła sobie, że koleżanka siedzi na wypolerowanym biurku i macha długimi nogami wystającymi spod nienagannie wyprasowanej obcisłej spódniczki. Często zastawała szefową komunikacji w takiej właśnie pozie, gdy jeszcze niedawno wpadała do jej gabinetu, by ją wyciągnąć na kawę.
Obie lubiły te krótkie chwile oddechu. Wspominały wtedy młodzieńcze czasy, obozy harcerskie, wspólne wypady w góry. Znały się od bardzo dawna, mieszkały kiedyś w jednym bloku w samym sercu Warszawy – Za Żelazną Bramą. Gdy były małe, bawiły się razem na trzepaku, grały w gumę i robiły tak zwane „widoczki” w ziemi. Kopało się mały dołek, wkładało do niego jakiś kwiatek, kilka kamyczków lub inną ozdobę i przykrywało kolorowym szkiełkiem, to była zabawa! Dziewczyny chodziły razem na zajęcia plastyczne do Pałacu Kultury i na pierwsze imprezy zakrapiane winem podkradzionym z barku rodziców.
W czasach licealnych wciąż trzymały się razem. Zdarzyło się nawet kilka podwójnych randek.
Ich drogi rozeszły się jednak, gdy Monika wyjechała na uczelnię do Krakowa. Po kilku latach wróciła do Warszawy jakaś odmieniona i niezdrowo szczupła. Joanna słyszała plotki o nerwicy, zaleczonej bulimii i skłonności do zbyt dużych ilości szampana, ale nie bardzo w to wierzyła.
Mimo że Monika rzeczywiście wyglądała, jakby popadła w życiowe tarapaty, nie wahała się ani chwili i poleciła ją w swojej firmie. Wiedziała, że jest ambitna i pracowita. I nie pomyliła się, dziewczyna szybko zdobyła uznanie prezesa.
– Czy radzę sobie? – Joanna powtórzyła pytanie. – Bywało lepiej, ale powoli się ogarniam.
Nie miała zamiaru udawać, że jest w dobrej formie.
– Gdybym mogła ci w czymkolwiek pomóc... – Telefon zniekształcał głos Moniki.
– Dzięki, sama muszę dojść ze sobą do ładu.
– Nadal nie mogę uwierzyć, że z naszego prezesa taki skurwiel! – wściekała się koleżanka. – Nawet nie wiesz, jak pusto bez ciebie w biurze. Kto mnie teraz będzie wspierał w trudnych chwilach?
– Daj spokój, nie uprzedzaj się do Marka. Zastanawia mnie tylko jedno... Powiedział, że redukuje moje stanowisko, a zdawało mi się, że widziałam u Barbary czyjąś nominację.
– Ej, musiało ci się chyba przywidzieć. – W głosie Moniki zabrzmiała nuta niepokoju.
– Pewnie tak. To przecież niemożliwe, żeby Marek łgał mi w żywe oczy. – Westchnęła.
– Też tak sądzę – przytaknęła przyjaciółka, po czym szybko zakończyła rozmowę, bo ktoś właśnie wszedł do jej gabinetu.
Joanna rzuciła komórkę na kołdrę i leżała nieruchomo, patrząc w sufit. Był jeden plus tej sytuacji – mogła tak leżeć bez końca.
***
Iza od dziecka wiedziała, że posiadanie planu to połowa sukcesu. Gdyby go nie miała, nie mogłaby robić wielu rzeczy naraz, a już od małego ta sztuka udawała jej się znakomicie. Naukę w dobrej szkole łączyła z intensywnym uprawianiem gimnastyki sportowej. Ciągłe treningi i turnieje, nieustająca rywalizacja, ukształtowały jej charakter. Zawsze umiała sobie radzić. Zawsze, aż do teraz...
Szła przez Ogród Saski, park jej dzieciństwa. Nagle poczuła, że wydarzenia ostatnich dni stały się dla niej ciężarem. Tak ciężkim, że nie potrafiła zrobić kolejnego kroku. Usiadła na ławce i ukryła twarz w dłoniach. Park nie był dobrym miejscem na to, by płakać, ale Iza nie przewidziała, że jej oczy zaczną nagle produkować tyle łez. Przecież nie rozpaczała nawet wtedy gdy jako szesnastolatka doznała poważnej kontuzji, która wykluczyła ją z kadry na upragnione mistrzostwa Europy, ani kiedy lekarz powiedział jej, że operację nadwyrężonego kolana trzeba będzie powtórzyć.
Tylko że wtedy nie chodziło o miłość jej życia, jak teraz. A Tomasz był jej miłością. Wiedziała to już przy pierwszym spotkaniu na Rodos, gdzie brała udział w kursie windsurfingowym. Młody mężczyzna wyniósł z morza chłopca, który zachłysnął się wodą. Normalny odruch, każdy porządny facet by się tak zachował, ale w tamtym momencie Izie przemknęła przez głowę myśl, która zaskoczyła ją samą: to będzie ojciec moich dzieci. Rok później Tomasz przecinał pępowinę ich pierwszej córki.
A teraz to Iza postanowiła przeciąć pępowinę ich małżeństwa. Już od dłuższego czasu czuła, że jeśli tego nie zrobi, ta pępowina zaciśnie się na jej szyi i całkowicie pozbawi ją powietrza. Przez całe życie wierzyła w ideę, że wszystko, co robisz, do ciebie wraca. Jeśli ciężko trenujesz, to osiągasz sukcesy, jeśli kogoś kochasz, to on kocha ciebie. Wszystko miało być proste. Ale nie było. Od początku ich znajomości to Izie zależało bardziej. A on? Jakby jej się cały czas wymykał. Mówił, że jest mu z nią dobrze, ale jednocześnie nie angażował się do końca. To było tak, jakby cały czas czekał na kogoś innego, ale jednocześnie nie chciał stracić osoby, którą podarował mu los.
Tomasz miał jasne wyobrażenie idealnej żony, a ona nijak do niego nie przystawała. Chciał kobiety, która będzie czekać z obiadem na męża i dbać o każdą jego zachciankę, tak jak robiła to jego matka, emerytowana nauczycielka, żona wojskowego. No i nie będzie robić dziur w maśle... Tak, miał prawdziwą obsesję na punkcie porządku. Ręczniki w łazience, wszystkie w takim samym kolorze, musiały wisieć wyprężone jak żołnierze podczas musztry w pułku jego ojca. Codziennie starał się kształtować Izę na podobieństwo swojego ideału: piastunki domowego ogniska.
Na początku małżeństwa bagatelizowała jego ciągłe dąsy. Choć miał jej za złe, że ich mieszkanie nie jest wystarczająco czyste, że kolacja, którą podała jego rodzicom, nie była dość wykwintna i że ona sama ma zbyt duże cienie pod oczami. Starała się puszczać mimo uszu uwagi, że nie umie równo umalować paznokci, a Karolina i Zosia – ich córeczki – mają źle zaostrzone ołówki. Jednak ciągłe złośliwości męża niepostrzeżenie zagnieżdżały się w jej świadomości, wpełzały do jej duszy.
Iza kochała Tomasza i jednocześnie go nienawidziła. Pragnęła jego miłości i uznania jak niczego na świecie, lecz choć była kobietą sukcesu, czuła się przy nim malutka i zagubiona. Na zewnątrz nadal stanowili z mężem doskonałą parę, ale w domu czuć było odór rozpadającego się związku.
Iza siedziała na ławce w parku i pierwszy raz w życiu płakała nad samą sobą. Przypominał jej się wieczór sprzed tygodnia. Tomasz po powrocie z biura oświadczył, że wpadną do nich jego znajomi z Gdańska i zostaną na noc. Już po godzinie w drzwiach stanęła para – szczupła blondynka i dużo starszy od niej, elegancki mężczyzna. Iza nie przeczuwała jeszcze nic złego. Podczas kolacji, która na pewno nie była wystarczająco dobra dla jego gości, Tomasz całą uwagę skupił na dziewczynie w krótkiej spódniczce. Ona go kokietowała i wspominała ich dawną znajomość. Dopiero wtedy Iza zrozumiała, że przy stole siedzi Ewa, miłość Tomasza ze studenckich czasów, kobieta, o której zapewne nigdy nie zapomniał. To na nią zawsze czekał, przemknęło Izie przez głowę. To pewnie do tej dziewczyny porównywał ją przy każdej kłótni.
Jak się okazało, Tomasz odnalazł Ewę na Facebooku, albo to może ona jego odnalazła. Tak czy inaczej, siedzieli teraz w wymuskanej rodzinnej jadalni Izy, wpatrzeni w siebie, jakby cofnęli się o piętnaście lat. Ich źrenice robiły się coraz większe, a salwy śmiechu głośniejsze. Jeszcze chwila i złapaliby się za ręce.
W końcu jednak wieczór się skończył i starszy pan, z którym Ewa przyjechała, pociągnął ją do gościnnego pokoju. Małżeństwo domowników też udało się na spoczynek. Po piętnastu minutach zza ściany zaczęły dochodzić przyspieszone oddechy gości i regularne skrzypienie łóżka. Niemrawe westchnięcia przerodziły się w śmiałe postękiwania, miłosne jęki przeplatały się z niecenzuralnymi okrzykami.
Iza poczuła, że jej mąż zastygł w oczekiwaniu, cały się naprężył, niczym struna ładnie wyrzeźbionych skrzypiec. Wstrzymała oddech, w szeroko otwartych oczach Tomasza dostrzegła cierpienie, a jednocześnie podniecenie wypełniające każdą cząstkę jego ciała.
Potem ciszę domu przerwał stłumiony odgłos rozkoszy, głośny, pełen doskonałego spełnienia. Iza pojęła, że w tej jednej chwili nieznajomy mężczyzna za ścianą odarł jej męża z lat oczekiwań i niespełnionych pragnień. Ciałem Tomasza wstrząsnął dreszcz, jakby to on doznał spełnienia lub jakby miał wybuchnąć szlochem.
Iza nie była w stanie dłużej tego znieść. Zerwała się z łóżka i zaczęła się szybko ubierać. Tomasz nawet nie drgnął zasłuchany w odgłosy dochodzące z pokoju obok.
Kobieta wybiegła z domu w ciemną noc. Na niebie nie było ani jednej gwiazdy. Wsiadła w srebrne volvo i ruszyła z piskiem opon. Nie pamiętała, ile godzin spędziła za kółkiem i jakie przemierzyła drogi. Rano obudziła się w samochodzie zaparkowanym na poboczu niedaleko domu. Jeździła w kółko?
W Ogrodzie Saskim zapalono latarnie. W torebce Izy zabrzęczała komórka.
– Mamusiu, przyjedziesz po mnie? Czekam tu już dwadzieścia minut. – Usłyszała głos Karolinki.
– Zaraz będę, córeczko. Już jadę! – Zerwała się z ławki.
Jak mogła zapomnieć o córce? Nigdy wcześniej nie była tak nieodpowiedzialna. W ostatnim czasie nie poznawała samej siebie. Postanowiła, że musi wziąć się w garść i przede wszystkim na nowo ułożyć sobie stosunki z mężem, tylko nie wiedziała jeszcze jak to zrobić. Nagle, przypomniała jej się Joanna, dobra koleżanka, z którą dawno się nie widziała. Ona zawsze umiała jej doradzić w damsko-męskich sprawach. Miała zdrowe podejście do facetów. Może by tak do niej zadzwonić...?
***
– Tęsknisz za nią? – Krzysiek patrzył na zasępioną twarz Mateusza.
Czuł, że coś złego dzieje się z kumplem. Chłopak od kilku dni był jakiś nieobecny. Po szkoleniu, w którym razem uczestniczyli, natychmiast zmywał się do pokoju, a to nie było do niego podobne. Dziś jednak Krzysztofowi udało się zaciągnąć kolegę do niewielkiego baru umiejscowionego w hotelowym lobby.
– Wiesz, że chyba tak – z pewnym ociąganiem odpowiedział mu Mateusz. – Bez Aśki nasze firmowe spotkania to już nie to samo. Nie mogę zapomnieć jej uśmiechu.
Pociągnął łyk piwa i zapatrzył się w dal.
– Przecież i tak się chyba nie spotykaliście? – spytał Krzysztof.
– Na poważnie niby nie. Jednak była blisko, często gadaliśmy. Chciałem spróbować się do niej bardziej zbliżyć, ale nie miałem śmiałości.
– Ty nie miałeś śmiałości? Stary, nie żartuj. – Roześmiał się Krzysiek. – Przecież wiem, że chciałeś zaciągnąć Aśkę do łóżka tuż przed własnym ślubem.
– No właśnie. I wtedy wszystko spieprzyłem. Myślałem, że jej też chodziło o zwykłe bara-bara, a ona chciała chyba czegoś więcej. – Mateusz spojrzał na przyjaciela spod krótkiej, nieco zadziornej grzywki.
Jego oczy miały kolor dojrzałych orzechów. Właściwie nie było w nim nic specjalnie ładnego, był niewysoki, ale wiedział, że ma w sobie to coś, co działa na kobiety. Pociągała je jego zawadiacka pewność siebie.
– Opowiedz mi, jak to właściwie było na tej imprezie w Mikołajkach? Chodzą różne słuchy... – poprosił Krzysiek.
– Przecież wiesz, że dżentelmeni nie mówią o takich rzeczach. – Mateusz się uśmiechnął.
– Tak, tylko że ty nie próbujesz być dżentelmenem, a ja jako twój najlepszy kumpel powinienem znać fakty.
– Prawda jest taka, że część plotek sam puściłem. Wiesz, jak to jest... Tańczysz z jedną z najlepszych lasek w firmie, potem gdzieś z nią wychodzisz, wszyscy to widzą... Dla ludzi sprawa jest prosta, wyobraźnia działa. Nie chciałem, by ktoś wiedział, jak było naprawdę. – Mateusz przeczesał dłonią grzywkę.
– A jak było?
– Hm, udało mi się zaciągnąć Joannę do pokoju i nawet rozpiąłem jej kilka guzików...
– I? – Krzysztof się niecierpliwił.
– Kurde, co mam ci powiedzieć? Czułem wyraźnie, że ona jest chętna. No bo wiadomo, że nie jest mi się łatwo oprzeć, co nie? – Uśmiechnął się zawadiacko. – Paplała jednak, że ona tak nie potrafi, że przecież się żenię...
– A ty byłeś już napalony. – Krzysiek pokiwał głową.
– Człowieku, Aśka to laska, przy której dyga na samą myśl.
– To prawda – zgodził się przyjaciel. – I co dalej?
– Mimo wszystko sytuacja zaczęła się rozkręcać. Naprawdę czułem, że Joanna na mnie leci. Sam myślałem, że zaraz mnie rozerwie... No i wtedy właśnie wszystko spieprzyłem. Wstawiłem jej gadkę, że to będzie taki niezobowiązujący seks przyjaciół.
– Uuu! – Krzysztof skrzywił się, jakby coś go oparzyło.
– No właśnie. A wiesz, co jest najgorsze? To, że czułem, że z nią to może być coś więcej, coś prawdziwego, ale... – Mateusz zawiesił głos. – Sam nie wiedziałem, co się dzieje. Wiesz, tutaj za tydzień ślub, dziecko w drodze, a ja z inną babką w hotelowym pokoju. No i wtedy Aśka mnie odepchnęła i... zwiała.
– Porządna, znaczy – podsumował Krzysiek. – Jak to mówią: jedną wadę może mieć. – Uśmiechnął się pod nosem.
Trudno mu się było do tego przyznać, ale ucieszyło go to, co usłyszał. Poklepał przyjaciela po ramieniu i bez ociągania ruszył za nim na piętro, gdzie znajdowały się pokoje. Był w tak dobrym humorze, że tego wieczoru nie potrzebował nawet towarzystwa.
Mateusz zaś tej nocy nie mógł zasnąć. Kręcił się na hotelowym twardym łóżku, choć zegar na służbowym iPhonie pokazywał już trzecią nad ranem. Jego małżeństwo z Anką, pulchną dziewczyną z sąsiedztwa, której zbyt wcześnie zrobił dziecko, było pomyłką. Starzy nie wyobrażali sobie ich życia bez ślubu, przycisnęli go. Ona była zakochana, on nie chciał wyjść na łajdaka. Zwykła historia.
Tęsknił za Joanną. A może za jej wyobrażeniem, które stworzył w swojej głowie. Czuł się jak zwierzę uwięzione w potrzasku, jak wilk, który jeszcze niedawno był królem lasu, a teraz może tylko lizać rany. Był wściekły na siebie, że za dużo opowiedział Krzyśkowi. Choć to kumpel, to nawet on nie powinien wszystkiego wiedzieć. Pracowali razem, a w korpo... wiadomo, dziś jesteś przyjacielem, jutro śmiertelnym wrogiem. Ludzie nie powinni znać twoich czułych punktów, bo mogą chcieć je wykorzystać.
– Tu nie ma miękkiej gry. – Westchnął.
A z Joanną będzie się musiał spotkać i szczerze z nią pogadać. Najwyższy czas wziąć się z życiem za bary.
Zagadka
– Słyszałam, Joasiu, co ci się przytrafiło. To po prostu skandal. Nieraz mówiłam, że ta firma schodzi na psy. – Oznajmiła Iza do słuchawki telefonu.
Nawet nie przypuszczała, że tak szybko znajdzie pretekst, by odnowić kontakt z dawną koleżanką. Od znajomych dowiedziała się, że Joannę zwolniono z pracy, a dzięki swym szerokim znajomościom, miała dla niej ciekawą propozycję. Zawsze wolała wyciągać do kogoś rękę, niż sama prosić o pomoc...
– Musimy się koniecznie spotkać, bo mam dla ciebie dobre wieści. Wszystko ci opowiem, jak się zobaczymy. To co, jutro o dwunastej w kawiarni „Pod Migdałami”?
Joanna nie zdążyła się nawet zdziwić, że słyszy Izę – jej głos tak szybko ucichł w telefonie. Bardzo ją lubiła. Kiedyś razem pracowały, w czasach gdy Asia przychodziła do biura z uśmiechem na twarzy. Niestety Iza odeszła z firmy i założyła własną agencję public relations.
Od tamtej pory zawsze była w biegu, miała tysiące spraw i pomysłów. Znała wszystkich w mieście i wszyscy znali ją. Joanna zastanawiała się, kiedy w tym pędzie zdołała poznać męża i urodzić dwie śliczne córeczki. Iza była jedyną znajomą, która odniosła sukces w każdej dziedzinie swojego życia. Prawdziwie spełniona. Joanna cieszyła się, że ją zobaczy.
Gdy następnego dnia usłyszała, jaką propozycję ma dla niej koleżanka, jej radość ze spotkania była jeszcze większa.
– Mój znajomy szuka dobrego szefa marketingu, kogoś takiego jak ty. Będziesz dla niego idealna! – zapalała się Iza, kiedy usiadły naprzeciw siebie w ulubionej kawiarni. – Tak cię przed nim wychwalałam, że jedyne, o co cię zapyta, to czy możesz zacząć od poniedziałku. – Śmiała się.
Było w niej coś ujmującego, klasa, której nie da się skopiować. Elegancka, dobrze dopasowana sukienka za kolano leżała na niej idealnie. Sprawiała, że Iza wyglądała profesjonalnie, ale nie sztywno.
– Och, wiem, że jesteś mistrzynią PR-u, lecz nie chciałabym, żeby ten człowiek się na mnie zawiódł – wzbraniała się Joanna.
– Nie ma takiej możliwości. Przecież jesteś świetna. No i powiedziałam mu, że także piękna.
– Iza! – Joasia się speszyła. – No co ty? Nie trzeba było opowiadać takich rzeczy.
– Ale ja naprawdę tak myślę. W tym wszystkim jest tylko jedno małe „ale”. Pan prezes jest totalnym pracoholikiem, lubi działać dwadzieścia cztery godziny na dobę.
– Z wariatami radzę sobie dość dobrze. – Joanna zabawnie zmarszczyła nos.
– Wiem, wiem. W końcu tyle lat wytrzymałaś ze mną w jednym pokoju. – Upiła łyk kawy. – Joasiu, muszę cię o coś spytać. – Zawiesiła głos. – Mówi się, że zwolnili cię, bo coś przeskrobałaś. Znam cię i wiem, że to nie mogło być nic wielkiego. O co chodziło?
– Że co?! – Joanna nie mogła uwierzyć własnym uszom. – Jak ludzie mogą pleść takie bzdury? Każdemu potrafią przyczepić łatkę. Marek mnie wylał, bo wypadła reszka.
– Słucham? – Iza zrobiła wielkie oczy.
– Musi zmniejszać koszty i zaczął od zarządu, a ja po prostu nie miałam szczęścia – wyjaśniła rzeczowo.
Starała się zachować spokój, ale w głowie kłębiły jej się setki myśli. Jak ktoś mógł puszczać takie durne plotki?
– A mieliśmy być jedną drużyną... – prychnęła.
– Słucham? – Przyjaciółka nie rozumiała.
– Nie pamiętasz, jak prezes wstawiał nam te durne gadki? Współpraca, zaufanie... wspólny sukces, bla, bla, bla. Wszystko to kit. Jak przyszło co do czego, to nawet mu ręka nie zadrżała, gdy podpisywał moje zwolnienie.
– Ech, widzisz, dlatego ja już dawno wybrałam własny biznes. Jestem sama sobie szefem i mam wszystkich w nosie.
– Zawsze byłaś szczęściarą. – Joanna się uśmiechnęła.
– Czy ja wiem...?
Iza miała ochotę opowiedzieć przyjaciółce o swoich kłopotach, ale wiedziała, że to nie najlepszy moment. Zamiast jej się zwierzyć, zamówiła kolejną kawę.
Joanna siedziała zamyślona. Może to Gruby? – głowiła się. Mówił, że sprzedaż i marketing muszą się trzymać razem... Ale kto wie, dla niego zawsze liczył się tylko wynik. Cyferki miały być duże i musiały wciąż rosnąć. A ludzie? Kto by się nimi przejmował? Nie ci, to inni zrobią sprzedaż, wystarczy ich dobrze przycisnąć. A może te plotki o mnie puszcza gwiazda rozwoju produktów, lafirynda Makowska? Chyba nigdy za mną nie przepadała, blondyneczka słodka – myślała zdenerwowana Asia. Otrząsnęła się jednak, by nie psuć atmosfery miłego spotkania z Izą. Dziewczyny nie mogły się sobą nacieszyć, dlatego postanowiły się częściej spotykać.
Wracając z kawiarni do domu, Joannie przypomniało się, że musi kupić prezent dla brata, który za kilka dni będzie miał urodziny. Zaparkowała więc pod swoją ulubioną Galerią Sadyba.
W sklepie z koszulami spostrzegła znajomego. Sympatyczny chłopak pracował w Leksarze, konkurencyjnej firmie farmaceutycznej. Spotykała go czasem na branżowych kongresach, wymieniali uwagi o rynku. Raz nawet poszła z nim na kawę. Miło im się gadało, o filmach i książkach, trochę o podróżach.
Miała wrażenie, że on też ją zobaczył, ale jakby się skulił i chciał czmychnąć ze sklepu. Boże, to tak teraz ludzie będą na mnie reagować? Wyrzucona z firmy, czyli trędowata?
Było jej przykro. Na przekór temu postanowiła się przywitać.
– Dzień dobry, panie Piotrze. Co tam słychać?
– U mnie okej, ale wiem, że u pani poważne zmiany. – Na chwilę zamilkł i wbił wzrok w podłogę. – Przepraszam, strasznie przepraszam. Ja naprawdę nie chciałem...
– Za co? Nie rozumiem. – Patrzyła na niego zdziwiona.
– Gdybym tylko wiedział, że szukają na panią haka... Nic bym nie pisnął. Przysięgam. Nie miałem pojęcia, że wasz prezes jest taki przewrażliwiony.
Joanna otworzyła szeroko oczy. Wpatrywała się w mężczyznę pytającym wzrokiem.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.
