Dziewczyna, którą znał - Tracey Garvis Graves - ebook
Opis

Tracey Garvis Graves, autorka bestselleru „New York Timesa” Na wyspie, przedstawia fascynującą, beznadziejnie romantyczną historię o bezwarunkowej miłości.
Annika Rose studiuje anglistykę na Uniwersytecie Illinois. Nie najlepiej się czuje w towarzystwie ludzi, a zachowania większości osób uważa za skomplikowane. Woli spędzać czas, czytając książki lub grając sama ze sobą w szachy. 
Jonathan Hoffman dołączył do klubu szachowego, po czym oddał swoją pierwszą partię – oraz serce – nieśmiałej i nieporadnej, ale bystrej oraz pięknej Annice. Podziwiał jej umiejętność bycia szczerą z samą sobą oraz jej dziwactwa. Zaakceptował wyzwanie związane z kontynuowaniem tej znajomości. Jonathan i Annika wydobywają z siebie nawzajem to, co najlepsze, odnajdując pokłady pewności siebie oraz odwagi, by planować wspólną przyszłość. Wynika z tego burzliwa, pełna czułości miłość, która przetrwałaby wszystko prócz nieprzewidzianej tragedii, która ich rozdziela, zmuszając, aby samotnie szli przez życie. 
Teraz, po dziesięciu latach, zrządzeniem losu Annika i Jonathan spotykają się ponownie w Chicago. Ona prowadzi życie, jakiego chciała – została bibliotekarką. On jest debeściakiem z Wall Street otrząsającym się po rozwodzie i chcącym zacząć wszystko od nowa. Pożądanie oraz silne uczucia, które niegdyś do siebie żywili, natychmiast odżywają. Jednak jeśli nie zmierzą się z obawami oraz lękami, które ich rozdzieliły, druga szansa przepadnie, zanim tak naprawdę się rozpocznie.



Tracey Garvis Graves stworzyła niesamowitą historię z unikalnym przekazem i postaciami, którym każdy chce kibicować. Ostatnie trzydzieści stron wbiło mnie w fotel. Ta książka jest piękna”. 
Colleen Hoover, autorka bestsellerów „New York Timesa” It Ends with Us i Wszystkie nasze obietnice.                                                                                                

„Silna, emocjonalna więź między Anniką a Jonathanem chwyta za serce. Graves tworzy wiarygodny romans, w którym Annika nie jest przedstawiona jako postać infantylna, ale po prostu inna. Kiedy nadchodzi katastrofa, jej odmienność staje się jej siłą, po raz pierwszy w życiu zmuszając ją do przejęcia inicjatywy”. 
Kirkus 


„Podziwiam pracę Tracey Garvis Graves”. 
Sarah Pekkanen, współautorka bestsellera „New York Timesa” Żona między nami. 

Tracey Garvis Graves jest pisarką, której książki trzeba przeczytać. Jej słowa są mądre, czułe oraz niebanalne”. 
Taylor Jenkins Reid, autorka The Seven Husbands of Evelyn Hugo.

„Napisane z uczuciem. To najbardziej intrygująca i niebanalna powieść, którą czytałam od lat”. 
Barbara Delinsky, autorka bestsellera „New York Timesa” Sweet Salt Air.

„Od pierwszej strony ta czarująca historia promieniuje inteligentnym humorem oraz barwnymi szczegółami. Podziwiam tę książkę”. 
Tammara Webber, autorka bestsellerowej serii „New York Timesa” „Kontury serca”. 

„To mądra i emocjonująca powieść z oryginalnymi bohaterami, którym można jedynie kibicować. Dziewczyna, którą znał jest inna niż wszystkie książki, które czytałam. Kocham każdą stronę”. Camille Pagán, autorka bestsellera Life and Other Near-Death Experiences. 

Tracey Garvis Graves utrzymuje czytelników w ogromnym napięciu. Od pierwszej do ostatniej strony każdy będzie chciał dla tej pary szczęśliwego zakończenia”. 
Kate Hilton, autorka bestsellerów The Hole in the Middle i Just Like Family.                                                                                                

Tracey Garvis Graves zapełnia strony książki pięknie przedstawionymi bohaterami. Ta niezwykła opowieść jest przepełniona uczuciami oraz empatią, które pozwalają czytelnikowi spojrzeć na świat autystów oczami kobiety, która udowadnia, że jest tak samo śmiała, jak czarująca. Nie ważcie się ominąć tej pozycji”. 
Kellie Coates Gilbert, autorka „The Sun Valley Series”.

"Tracey dostarczyła kolejną romantyczną perełkę! Odkryła przed nami ujmującą historię o daniu miłości drugiej szansy, połączonej z prawdziwą tragedią. Kilka ostatnich rozdziałów sprawiło, że moje serce biło z szaleńczą prędkością”.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 323

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Tytuł oryginału

The Girl He Used to Know

Copyright © 2019 by Tracey Garvis Graves

All rights reserved

Wydawnictwo NieZwykłe

Oświęcim 2019

Wszelkie prawa zastrzeżone

Redakcja:

Barbara Marszałek

Korekta:

Patrycja Piasecka

Magdalena Zięba-Stępnik

Redakcja techniczna:

Mateusz Bartel

Projekt okładki:

Paulina Klimek

www.wydawnictwoniezwykle.pl

Dystrybucja: ATENEUM www.ateneum.net.pl

Numer ISBN: 978-83-8178-069-8

Skład wersji elektronicznej:

Kamil Raczyński

konwersja.virtualo.pl

Każdemu, kto kiedykolwiek czuł,

że nie pasuje do tego świata.

I Lauren Patrici Graves,

która jest światełkiem w moim życiu.

1Annika

CHICAGO

Sierpień 2001

Ze wszystkich miejsc, w których mogłam na niego wpaść, los wybrał właśnie Dominick’s. Kręcę się przy lodówkach, szukając truskawek do porannego smoothie, gdy nagle gdzieś po mojej prawej stronie słyszę niepewnie brzmiący męski głos.

– Annika?

Kątem oka dostrzegam wyraz jego twarzy. Chociaż minęło dziesięć lat, od kiedy widzieliśmy się po raz ostatni, a ja często nie rozpoznaję ludzi, gdy się ich nie spodziewam, tym razem nie mam wątpliwości. Wiem, że to jest on. Czuję nadchodzące drżenie, jakby ciche dudnienie odległego pociągu, i jestem wdzięczna za zimny powiew od strony lodówek, jako że temperatura mojego ciała nagle podskoczyła. Mam ochotę zapomnieć o truskawkach i skierować się prosto do wyjścia. Wciąż jednak w mojej głowie niczym mantra pobrzmiewają słowa Tiny: „Nie uciekaj od odpowiedzialności. Bądź sobą”.

Biorę nierówny oddech, który ledwie dociera do moich płuc, po czym odwracam się w jego stronę.

– Cześć, Jonathan.

– To naprawdę ty – mówi.

Uśmiecham się.

– Tak.

Moje włosy, niegdyś długie do pasa i zazwyczaj „wołające szczotkę”, teraz proste i lśniące, ledwie sięgają mi do ramion. Dopasowana bluzka oraz obcisłe spodnie, które mam na sobie, bardzo różnią się od mojej garderoby z czasów college’u, składającej się głównie z sukienek oraz spódnic o dwa numery za dużych. To ta odmiana prawdopodobnie tak go uderzyła.

On natomiast, mimo swoich trzydziestu dwóch lat, wciąż wygląda dla mnie tak samo: ciemne włosy, niebieskie oczy, szerokie ramiona pływaka. Nie uśmiecha się, lecz jego brwi nie są zmarszczone. Chociaż znacznie poprawiłam swoją umiejętność odczytywania ludzkich emocji i innych niewerbalnych znaków, nie potrafię stwierdzić, czy jest zły albo czy czuje się zraniony. Ma prawo i do jednego, i do drugiego.

Postępujemy krok do przodu, by się uściskać, ponieważ nawet ja zdaję sobie sprawę z tego, że po tak długim czasie – i po tym wszystkim, co razem przeszliśmy – po prostu tak wypada. Gdy tylko mnie obejmuje, nagle czuję się bezpieczna. Pod tym względem nic się nie zmieniło. Zapach chloru, który kiedyś na stałe przylegał do jego skóry, zniknął zastąpiony aromatem lasu, na szczęście nie tak ciężkim ani mdlącym.

Nie mam pojęcia, dlaczego przyjechał do Chicago. Prestiżowa firma z Nowego Jorku świadcząca usługi finansowe zgarnęła Jonathana z Illinois, zanim jeszcze atrament zdążył wyschnąć na jego dyplomie, gdy to, co kiedyś było planami dla dwojga, zmieniło się w karierę solową.

Odsuwamy się od siebie.

– Byłam pewna, że mieszkasz… Jesteś tu w sprawach biznesowych? – Potykam się o własne słowa.

– Już ponad pięć lat temu przeniosłem się do biura w Chicago – mówi.

To niesamowite, że przez cały ten czas, kiedy poruszałam się po mieście, które teraz nazywam domem, nigdy nie przypuszczałam, że moglibyśmy na siebie wpaść, że w ogóle istnieje taka możliwość. Ile razy byliśmy oddaleni od siebie zaledwie o mile, w ogóle nie zdając sobie z tego sprawy? Jak często był tuż za mną lub przede mną na zatłoczonym chodniku? A może jedliśmy kiedyś w tej samej restauracji?

– Moja mama potrzebowała kogoś, kto będzie nadzorował jej opiekę – wyjaśnia.

Jego mamę spotkałam co prawda tylko raz, ale to wystarczyło, bym polubiła ją jak własną. Miło było zobaczyć, po kim Jonathan odziedziczył dobroć.

– Pozdrów ją ode mnie.

– Zmarła kilka lat temu. Demencja. Lekarz mówił, że prawdopodobnie cierpiała na nią już od dawna.

– Nazywała mnie Katherine i zawsze gubiła gdzieś klucze – mówię, ponieważ doskonale to pamiętam. Teraz jej zachowanie nabiera sensu.

Reaguje krótkim skinieniem głowy.

– Pracujesz w śródmieściu? – pyta.

Zamykam drzwi lodówki, trochę zażenowana tym, że zostawiłam je otwarte przez cały ten czas.

– Tak, w bibliotece imienia Harolda Waszyngtona.

Na jego twarzy po raz pierwszy gości uśmiech.

– Całkiem nieźle.

Panuje niezręczne milczenie. Jonathan zawsze brał na siebie prowadzenie rozmowy, ale tym razem mi nie odpuszcza. Cisza staje się ogłuszająca.

– Miło było cię spotkać – wypalam. Mój głos wydaje się bardziej piskliwy niż zazwyczaj. Czuję ciepło na twarzy i żałuję, że jednak nie zostawiłam otwartych drzwi lodówki.

– Ciebie również.

Kiedy odwraca się, by odejść, uczucie tęsknoty uderza we mnie tak mocno, że uginają się pode mną kolana. Zbieram się na odwagę.

– Jonathan?

Kiedy odwraca się w moją stronę, dostrzegam lekko uniesione brwi.

– Tak?

– Miałbyś ochotę czasem gdzieś wyskoczyć? – Czuję napięcie, gdy powracają wspomnienia. Mówię sobie, że to niesprawiedliwe w stosunku do niego, już dość zrobiłam.

Waha się przez chwilę.

– Jasne, Anniko. – Wyciąga długopis z wewnętrznej kieszeni płaszcza, a następnie sięga po kartkę z listą zakupów, którą trzymam w ręku. Na tylnej stronie zapisuje numer telefonu.

– Niedługo zadzwonię – obiecuję.

Kiwa głową z obojętnym wyrazem twarzy. Prawdopodobnie myśli, że tego nie zrobię. Nie winię go za to.

Ale zadzwonię. I przeproszę. Zapytam, czy moglibyśmy zacząć od nowa. Czyste konto, tak mu powiem.

Pragnę zastąpić jego wspomnienia o dziewczynie, którą znał, całkiem nowymi – o kobiecie, którą się stałam.

2Annika

CHICAGO

Sierpień 2001

Podczas mojej pierwszej sesji terapeutycznej z Tiną, pięć minut zajęło mi przyzwyczajanie oczu do panującego w pokoju półmroku. Kiedy w końcu udało mi się zobaczyć wszystko wyraźnie, zdałam sobie sprawę, że efekt ten był zamierzony, a wszystko w pomieszczeniu zostało ustawione w taki sposób, aby oddziaływało uspokajająco. Jedynym źródłem światła była lampa z kremowym abażurem stojąca w rogu, która rzucała na ścianę cienie. Meble pokryte brązową skórą były miękkie jak masło pod opuszkami palców, a pokrywający podłogę gruby dywan zachęcał do zrzucenia butów, by rozkoszować się dotykiem jego miękkich, puszystych włókien.

– Spotkałam Jonathana – mówię Tinie na mojej cotygodniowej wizycie, zanim jeszcze zdąży zamknąć drzwi. Siada na fotelu, a ja osuwam się na kanapie. Jej poduszki otulają mnie, jak zawsze łagodząc mój niepokój związany z byciem tutaj.

– Kiedy?

– W ostatni wtorek. Gdy wracałam z pracy, wstąpiłam do Dominick’s. I on tam był.

Spędziłyśmy wiele godzin, rozmawiając o Jonathanie. Na pewno jest ciekawa tego, co jej powiem, jednak wyraz jej twarzy jak zawsze pozostaje dla mnie zagadką.

– Jak było?

– Przypomniałam sobie, jak mówiłaś, co powinnam zrobić, jeśli kiedykolwiek go spotkam. – Rozpogadzam się, siadając trochę wyżej, mimo że kanapa usilnie próbuje mnie pochłonąć. – Przeprowadziliśmy rozmowę. Była krótka, ale przyjemna.

– Jeszcze kilka lat temu nie zdobyłabyś się na to.

– Jeszcze kilka lat temu uciekłabym tylnym wyjściem i zaszyła się na dwa dni w łóżku. – Gdy w końcu wróciłam do domu, czułam się wyczerpana. Pomimo tego, że chciałam zapomnieć o żalu, który czułam z powodu śmierci matki Jonathana, rozpłakałam się jak bóbr, ponieważ on teraz nie ma już żadnego rodzica. Nie pomyślałam nawet o tym, by powiedzieć mu, jak bardzo jest mi przykro. Mimo zmęczenia tej nocy długo nie mogłam zasnąć.

– Myślałam, że jest w Nowym Jorku.

– Był, ale przeniósł się tutaj, by opiekować się swoją mamą, zanim zmarła. Tak naprawdę to wszystko, co wiem.

Pojawienie się Jonathana było tak niespodziewane, tak nieprawdopodobne, że nie zdążyłam zadać mu wielu pytań, które dopiero później przyszły mi do głowy. Z opóźnieniem zrozumiałam, że nie wiem nawet, czy on jest żonaty. Zwyczajne opuszczenie wzroku na palec serdeczny w poszukiwaniu obrączki jest tego rodzaju rozwiązaniem, na które zawsze wpadam po fakcie. W przypadku Jonathana – dwa pełne dni później.

– Jak sądzisz, co działo się w głowie Jonathana wtedy, gdy zobaczył cię w tamtym sklepie?

Tina doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jak ciężko mi zrozumieć, co czują inni ludzie, więc jej pytanie nie jest dla mnie zaskoczeniem. Przez te dziesięć lat, kiedy ostatnio widziałam Jonathana, wielokrotnie wspominałam ostatnie tygodnie naszego związku, odtwarzając w głowie ostatnią wiadomość, jaką mi zostawił. Tina pomogła mi spojrzeć na te wydarzenia oczami Jonathana i to, co sobie wówczas uświadomiłam, sprawiło, że poczułam wstyd.

– Nie wydawał się zły ani zraniony – mówię, wiedząc, że nie jest to odpowiedź na jej pytanie. Tina dokładnie zna obraz sytuacji, więc równie dobrze to ona mogłaby mi powiedzieć, co czuł Jonathan. Ona po prostu chce usłyszeć moje zdanie. W naszych sesjach najbardziej cenię to, że swobodnie decyduję o przebiegu rozmowy, więc Tina nie będzie naciskać. W każdym razie nie za bardzo.

– A jaki się wydawał?

– Chyba obojętny. Uśmiechnął się, gdy wspomniałam o bibliotece. Już zaczynał odchodzić, gdy zapytałam go, czy nie chciałby gdzieś czasem wyskoczyć. Dał mi swój numer.

– Zrobiłaś naprawdę duże postępy, Anniko. Powinnaś być z siebie dumna.

– Chyba nie wierzy, że do niego zadzwonię.

– A zadzwonisz?

Choć czuję niepokój, gdy wyobrażam sobie ścieżkę, którą zamierzam podążać, odpowiadam stanowczo:

– Tak.

Przyglądam się wyrazowi jej twarzy i choć nie mogę być całkowicie pewna, to wydaje mi się, że dostrzegam zadowolenie.

3Annika

UNIWERSYTET ILLINOIS URBANA-CHAMPAIGN

1991

Gdy mnie ktoś szukał w college’u, wystarczyło sprawdzić tylko w trzech miejscach: w klinice weterynaryjnej, w bibliotece albo w budynku związku studenckiego, gdzie odbywały się spotkania mojego klubu szachowego.

Patrząc na to, ile czasu spędzałam, pomagając w klinice, niejedna osoba mogłaby pomyśleć, że w przyszłości chcę zostać weterynarzem. Zwierzęta sprawiały, że czułam się szczęśliwa, szczególnie te, które wymagały mojej uwagi. Niektórzy wolontariusze mogliby uznać, że zwierzęta stanowiły ucieczkę od samotności i izolacji, które towarzyszyły mi podczas studiów, ale niewielu rozumiało, że ja po prostu bardziej ceniłam sobie towarzystwo zwierząt niż ludzi. Spojrzenie ich oczu, gdy nauczyły się mi ufać, dodawało mi sił bardziej niż jakakolwiek relacja społeczna.

Jeśli istniało na świecie coś, co kochałam tak bardzo jak zwierzęta, były to książki. Czytanie pozwalało mi przenosić się w egzotyczne miejsca, do zamierzchłych czasów albo światów diametralnie różnych od naszego. Pewnego śnieżnego grudniowego popołudnia, kiedy miałam osiem lat, moja mama, oszalała ze zmartwienia, znalazła mnie w domku na drzewie pochłaniającą moją ulubioną książką Laury Ingalls Wilder, tę, w której tatę dopadła zamieć śnieżna i zjadł świąteczne cukierki, które miał dla Laury i Mary. Mama szukała mnie przez ponad pół godziny, wołając po imieniu tak długo, aż straciła głos. I chociaż jej tłumaczyłam, nie rozumiała, że ja po prostu byłam Laurą czekającą w domu. Pójście do zimnej chatki na drzewie wydawało mi się świetnym pomysłem. Później, kiedy odkryłam, że mogę rozwijać swoją karierę w takim kierunku, by móc spędzać całe dnie w bibliotece, ogarnęła mnie niewypowiedziana radość.

Zanim tata nauczył mnie grać w szachy, gdy miałam siedem lat, trudno było wymienić coś, w czym byłam dobra. Nie uprawiałam żadnego sportu i jak przystało na przeciętnego ucznia zgarniałam zarówno najwyższe, jak i najniższe oceny, w zależności od zajęć i tego, jak bardzo mnie interesowały. Wrodzona nieśmiałość uniemożliwiała mi udział w zabawach szkolnych lub innych zajęciach pozalekcyjnych. Ale podobnie jak książki, szachy wypełniały pustkę w moim życiu. Chociaż zajęło mi to nieco czasu, w końcu zrozumiałam, że mój mózg nie działa tak, jak u innych ludzi. Myślę w czerni i bieli. Konkrety, nie abstrakcja. Szachy wymagały strategii i miały swoje reguły, co pasowało do mojego światopoglądu. Zwierzęta oraz książki podtrzymywały mnie na duchu, ale szachy dawały mi szansę bycia częścią czegoś.

Kiedy grałam, czułam, że zaczynam gdzieś pasować.

***

Członkowie klubu szachowego Illini od osiemnastej do dwudziestej spotykali się na stołówce w budynku związku studenckiego. Liczba uczestników była bardzo zróżnicowana. Na początku semestru, kiedy członkowie nie byli jeszcze obciążeni natłokiem zajęć, frekwencja mogła wynosić nawet trzydziestu studentów. Na czas finałów będziemy mieli szczęście, mając dziesięć osób. Niedzielne spotkania klubu szachowego były dość luźne i opierały się głównie na swobodnej grze oraz pogaduchach. Spotkania drużyny szachowej – dla członków, którzy chcieli rywalizować z innymi graczami – odbywały się w środowe wieczory i skupiały się na szkoleniu we współzawodnictwie, rozwiązywaniu puzzli szachowych czy analizowaniu znanych partii. Mimo że posiadałam niezbędne umiejętności i wolałam formalną strukturę spotkań drużyny szachowej, nie miałam ochoty brać udziału w zawodach.

Jonathan dołączył do nas w niedzielny wieczór w drugim tygodniu moich zajęć na drugim roku. Podczas gdy reszta członków podzieliła się na grupki i zaczęła rozmawiać, ja wierciłam się na swoim miejscu z rozstawioną planszą, gotowa do gry. Zrzuciłam buty i nacisnęłam bosymi stopami na zimną podłogę, ponieważ tak dobrze się z tym czułam w sposób, jakiego nie potrafiłam nikomu wytłumaczyć, nieważne jak bardzo próbowałam. Przyglądałam się, jak Jonathan podchodzi do Erica, przewodniczącego klubu, który uśmiechnął się, uścisnąwszy mu dłoń. Kilka minut później Eric poprosił o uwagę, podnosząc głos z powodu panującego hałasu.

– Witam wszystkich. Nowych członków proszę, aby się przedstawili. Dla zainteresowanych, po spotkaniu zapraszam na pizzę w Uno. – Eric odwrócił się do Jonathana i wskazał na mnie. Ten gest napełnił mnie grozą. Znieruchomiałam.

Niemal zawsze grałam z Erikiem z dwóch powodów: po pierwsze, oboje dołączyliśmy do klubu tego samego dnia na swoim pierwszym roku i jako że byliśmy najnowszymi członkami, wydawało się to sensowne, abyśmy rozegrali razem pierwszą partię. Po drugie, nikt poza nim nie chciał ze mną grać. Jeżeli szybko kończyliśmy naszą partyjkę, to zaczynał grę z kimś innym, a ja szłam do domu. Lubiłam z nim grać. Był miły, ale nie powstrzymywało go to przed dawaniem z siebie wszystkiego w trakcie rozgrywki. Jeżeli go pokonałam, to wiedziałam, że nie dawał mi forów. Teraz, gdy został przewodniczącym, musiał odpowiadać na pytania i sprawować inne funkcje administracyjne, więc nie zawsze mógł ze mną zagrać.

Kiedy podszedł do mnie Jonathan, żołądek mi się skurczył i starałam się uspokoić, potrząsając rękami pod stołem, tak jakbym chciała pozbyć się czegoś nieprzyjemnego z koniuszków palców. Kiedy byłam dzieckiem, w takich sytuacjach zaczęłabym kołysać się i nucić, ale gdy podrosłam, nauczyłam się ukrywać moje metody na uspokojenie. Kiedy usiadł naprzeciwko, skinęłam na przywitanie.

– Eric uznał, że możemy dzisiaj zagrać razem. Nazywam się Jonathan Hoffman.

Miał kwadratową szczękę i niebieskie oczy. Jego krótkie, czarne włosy lśniły. Zastanawiałam się, czy gdybym ich dotknęła, to okazałyby się miękkie i jedwabiste. Pachniał trochę chlorem, lecz mimo że nie cierpiałam większości zapachów, ten z jakiegoś powodu mi nie przeszkadzał.

– Annika Rose – powiedziałam, a mój głos był minimalnie głośniejszy od szeptu.

– Monica?

Pokręciłam głową.

– Annika.

Zamieszanie wokół mojego imienia towarzyszyło mi przez całe życie. W siódmej klasie pewna szczególnie wredna dziewczyna o imieniu Maria wepchnęła moją głowę do szafki i syknęła: „Dziwaczne imię dla dziwacznej dziewczyny”, wysyłając mnie ze łzami w oczach do gabinetu pielęgniarki.

– Annika – powtórzył Jonathan, tak jakby sprawdzał, czy dobrze je wymawia. – Fajne. Zagrajmy.

Eric i ja co turę zamienialiśmy się białymi pionkami, ciesząc się wynikającą z tego niewielką przewagą. Gdybyśmy grali razem, to przypadałaby jego kolej. Pionki po jego stronie były białe. Z powodu niespodziewanego sparowania z Jonathanem, to on zaczynał.

Jego sekwencja rozpoczynająca naśladowała ruchy mistrza świata Anatolija Karpowa. Kiedy rozszyfrowałam jego strategię, wybrałam odpowiednią obronę, po czym pogrążyłam się w rozgrywce, a różne dźwięki i zapachy jedzenia zniknęły wraz z niepokojem. Nie słyszałam już urywków rozmów studentów, gdy jedli swoje burgery z frytkami, ani skwierczenia woka ze świeżą porcją smażonego ryżu z kurczakiem. Nie czułam też zapachu gorącej pizzy pepperoni z pieca. Od początku grałam bezlitośnie, ponieważ celem każdej rozpoczętej partii było zwycięstwo. Poświęcałam czas, koncentrując się na następnym ruchu. Ani ja, ani Jonathan nie powiedzieliśmy ani słowa.

Gra w szachy w dużej mierze przebiega w ciszy. Moim zdaniem brak dźwięku ma w sobie prawdziwe piękno.

– Szach-mat – oznajmiłam.

– Dobrze grasz – powiedział po dłuższej chwili. Rozejrzał się wokół, ale pozostało tylko kilku członków klubu. Kiedy byliśmy zaaferowani rozgrywką, reszta gdzieś poszła.

– Ty też – oświadczyłam, gdyż to zwycięstwo było tak trudne jak każde, które osiągnęłam, grając z Erikiem.

– Idziesz na pizzę i piwo?

Wstałam, chwytając swój plecak.

– Nie. Wracam do domu.

***

Kiedy otworzyłam drzwi do mieszkania w kampusie, w którym od prawie dwóch lat żyłyśmy z Janice, przywitał mnie zapach drzewa sandałowego oraz Lysolu1. Kadzidełko miało zamaskować zapach gandzi, który na zawsze przylgnął do ubrań jej chłopaka, Joe. Janice nigdy nie pozwoliłaby mu ćpać w mieszkaniu i nie potrafiła sama wyczuć na nim tego zapachu, jednak ja miałam bardzo wrażliwy nos, przez co wiedziałam o tym od momentu, gdy nas sobie przedstawiła.

Lysol miał maskować zapach tego, co Jan ugotowała dla Joego. Uwielbiała eksperymentować z przepisami i spędzała w kuchni całe godziny. Jej podniebienie podążało raczej w stronę smakoszy, podczas gdy moje zatrzymało się na poziomie zbliżonym do zwyczajów żywieniowych sześciolatki. Nieraz widziałam, jak Joe wpatruje się w grillowany ser albo nuggetsy na moim talerzu, kiedy Janice przygotowywała coś skomplikowanego. Doceniałam jej starania, by zniwelować zapachy w naszym mieszkaniu do minimum, jednak nie miałam serca powiedzieć jej, że w ten sposób dodaje tylko odświeżacz i kadzidełko do tej mieszanki. Nigdy bym jej tego nie zrobiła, ponieważ i tak życie ze mną nie było łatwe.

– Jak było w klubie szachowym? – spytała Janice, gdy weszłam do środka, rzuciłam plecak na podłogę, po czym opadłam na kanapę.

– Strasznie. Mamy nowego członka i musiałam z nim zagrać.

– Był przystojny?

– Jestem bardzo zmęczona.

Usiadła obok mnie.

– Jak ma na imię?

– Jonathan. – Ściągnęłam buty. – Jestem taka wściekła na Erica. Wie, że zawsze gramy razem.

– Kto wygrał?

– Co? Ach. Ja.

Janice się roześmiała.

– Jak to się skończyło?

– Tak samo jak zawsze.

– Chcesz, bym ci przygotowała grillowany ser? Wcześniej przygotowałam kawałek dla Joego. W zamrażarce mam wszystko, by przygotować kurczaka po florencku, ale wolał to. I ty mówisz, że nie macie ze sobą nic wspólnego.

– Nie wziął mnie na poważnie – oznajmiłam.

Jonathan popełnił typowy dla nowych członków błąd: nie docenił moich umiejętności i był zbyt pewny swoich. Wkrótce nauczy się, że to pierwszy i ostatni raz, kiedy mnie tak zbagatelizował.

– Nie martw się, w następną niedzielę zagrasz z Erikiem.

– Jestem zbyt zmęczona, by jeść.

„Nie mam pojęcia, o czym wy dwie rozmawiacie”, powiedział kiedyś Joe, gdy po raz pierwszy był świadkiem naszej konwersacji. Szczerze mówiąc, to chyba nie tylko kwestia tego, że był na haju. Janice miała dwa lata, aby nauczyć się, jak ze mną rozmawiać i muszę przyznać, że po mistrzowsku opanowała mój język. Nie mogąc dłużej znieść dalszej rozmowy, poczłapałam korytarzem do swojej sypialni, padłam twarzą na łóżko i spałam tak w ubraniach do rana.

4Jonathan

CHICAGO

Sierpień 2001

Gdy idę do baru zobaczyć się z Nate’em, dzwoni mój telefon, a na ekranie wyświetla się nieznany numer. Przez cały dzień miałem spotkania i jedyne, co mnie teraz interesuje, to kufel zimnego piwa. Sierpień w Chicago bywa bezlitosny i czuję, jak koszula klei mi się do pleców. Kiedy słyszę dźwięk informujący, że ktoś dzwonił albo zostawił wiadomość głosową, uznaję, że równie dobrze mogę zająć się tym teraz, by móc później w spokoju cieszyć się piwkiem.

Na dźwięk głosu Anniki staję jak wryty. Szansa na to, że zadzwoni wydawała mi się tak niewielka jak to, że jeszcze kiedyś spotkam się oko w oko z byłą żoną. Czyli właściwie bliska zeru. Ruszam, na powrót wtapiając się w rzekę przechodniów. W jednej ręce trzymam telefon, a drugą przyciskam do ucha, by lepiej słyszeć jej głos. Przewijam wiadomość do początku.

Hej, zastanawiałam się, czy może miałbyś ochotę skoczyć razem na śniadanie w Bridgeport Coffee w sobotę albo niedzielę? Jaka godzina by ci pasowała? Okej, cześć.

W jej głosie słyszę drżenie.

Jest też kolejna wiadomość.

Cześć, tu Annika. Zapomniałam się przedstawić w poprzedniej wiadomości.

Wciąż słychać drżenie, tym razem podszyte lekkim zakłopotaniem.

I jeszcze jedna.

Przepraszam za te wszystkie wiadomości, ale właśnie zdałam sobie sprawę z tego, że ty nie masz mojego numeru.

Wydaje się sfrustrowana, gdy zaczyna recytować cyfry, zupełnie zresztą niepotrzebnie, ponieważ jej numer wyświetla mi się teraz na liście połączeń. 

Więc zadzwoń do mnie, jeśli będziesz miał ochotę wyskoczyć na kawę. Okej, na razie.

Wyobrażam sobie, jak po wysłaniu ostatniej wiadomości opada wyczerpana na krzesło. Wiem, że te sprawy zawsze były dla niej trudne.

To, że jednak zdobyła się na ten krok, daje mi do myślenia.

***

Skąpany w mdłym świetle bar pachnie dymem papierosowym i wodą kolońską. To miejsce przyciąga głównie świeżo osamotnionych mężczyzn, którzy przychodzą tu odpocząć przed powrotem do pustych mieszkań. Nie znoszę tego typu miejsc, ale Nate wciąż przechodzi fazę picia po tym, jak niedawno rozstał się z żoną, a ja aż zbyt dobrze pamiętam, jakie to uczucie. Gdy wchodzę do środka, widzę, jak siedzi za barem i zdziera etykietę z butelki piwa.

– Hej – mówię, siadając obok niego. Rozluźniam krawat i gestem daję znać barmanowi, że dla mnie to samo.

Nate wskazuje na okno z ustami przy szyjce butelki.

– Widziałem cię. Lepiej wyłącz telefon, jeśli chcesz wypić to piwo w spokoju – mówi.

Nate i ja nie pracujemy dla tej samej firmy, ale nasi szefowie mają takie samo motto: Nie zabawa, lecz praca szczera, robią z firmy milionera.

– Dostałem wiadomość głosową od byłej. Kilka dni temu wpadliśmy na siebie. Mówiła, że zadzwoni, ale nie sądziłem, że to zrobi.

– Kiedy z nią byłeś?

– Gdy po raz ostatni ją widziałem, miałem dwadzieścia dwa lata. – A gdybym wiedział, że nie zobaczę jej przez następne dziesięć lat, inaczej bym sobie z tym poradził.

– Jak teraz wygląda?

Barman podaje mi piwo. Pociągam solidny łyk.

– Czas okazał się dla niej łaskawy – mówię, odstawiając butelkę na stół.

– To było coś poważnego czy tylko przygodny romans?

– Dla mnie coś poważnego. – Powtarzam sobie, że ona miała podobne podejście, ale są dni, kiedy zastanawiam się, czy nie okłamuję samego siebie.

– Myślisz, że ona chce do ciebie wrócić?

– Nie mam pojęcia. – To akurat jest prawdą. Nawet nie wiem, czy Annika wciąż jest singielką. Mężatką raczej nie, bo nie dostrzegłem na jej palcu obrączki, ale to nie znaczy, że nie jest z kimś w związku.

– Wciąż ci na niej zależy?

Co jakiś czas, szczególnie tuż po rozstaniu z Liz, kiedy leżałem sam w łóżku, nie mogąc spać, rozmyślałem o Annice.

– To było tak dawno temu.

– Znam typa, który nigdy nie doszedł do siebie po tym, jak w ósmej klasie dostał kosza od dziewczyny.

– Chyba nie tylko on jeden tak ma. – Chociaż minęło dużo czasu, są dni, gdy mam wrażenie, że rozmawialiśmy zaledwie wczoraj. Ledwie przypominam sobie imiona dziewczyn, z którymi umawiałem się wcześniej, a później była tylko Liz. Pamiętam natomiast każdy detal z czasów, kiedy spotykałem się z Anniką.

Prawdopodobnie dlatego, że jeszcze nikt nigdy nie kochał mnie tak bezwzględnie i bezwarunkowo jak ona.

Podnoszę wzrok na Nate’a.

– Czy zakochałeś się kiedyś w wyjątkowej dziewczynie? Takiej, która nie tylko różniła się od kobiet, z którymi dotychczas się umawiałeś, ale była też inna od reszty ludzi?

Nate zamawia u barmana kolejne piwo.

– Chodziła własnymi ścieżkami, co?

– Zbaczała ze ścieżek i szła na przełaj przez miejsca, których nigdy nie widziałeś, o których nigdy byś nie pomyślał, że mogą ci się spodobać.

Gdy Annika zaczynała mnie denerwować, co zdarzało się dość często, mówiłem sobie, że świat jest pełen dziewcząt o mniej wymagającym charakterze, ale dwadzieścia cztery godziny później pukałem już do jej drzwi. Brakowało mi widoku jej twarzy oraz uśmiechu. Tęskniłem za każdą cechą, która czyniła ją wyjątkową.

– Musiała być seksowna, bo takie rzeczy raczej nie przechodzą, jeśli dziewczyna jest przeciętna.

Kiedy samolot Johna Kennedy’ego Juniora rozbił się na Atlantyku – kilka miesięcy przed tym, jak Liz dała za wygraną i sama wróciła do Nowego Jorku – jego zdjęcie wraz z żoną i szwagierką nie znikało z ekranów telewizorów przez kilka następnych dni. Jako że nie interesowałem się wiadomościami ze świata polityki czy celebrytów, dopiero wtedy zauważyłem niezwykłe podobieństwo Anniki do Carolyn Bessette Kennedy. Miały tę samą sylwetkę, błękitne oczy i włosy tak jasne, że niemal białe. Uroda ich obu wyróżniała je spośród tłumu. Kiedy w Dominick’s wpadłem na Annikę, jeszcze bardziej uderzyło mnie to podobieństwo. Miała krótsze włosy niż w czasach college’u, proste i lśniące, ale na ustach dostrzegłem znajomy kolor szminki. Gdy tylko mój mózg zarejestrował ten fakt, pewne konkretne wspomnienie roztopiło nieco lód w moim sercu.

– Annika jest piękna.

– Więc to, że jest stuknięta, nie ma znaczenia.

– To nie jest to, o czym mówiłem. – Moje słowa brzmią bardziej szorstko, niż zamierzałem. Zapada kłopotliwe milczenie, gdy w ciszy pociągamy kolejne łyki piwa.

Skłamałbym, gdybym nie przyznał się przynajmniej przed samym sobą, że wygląd Anniki miał wpływ na to, że mnie pociągała oraz na to, że niektóre rzeczy łatwiej mi było puścić w niepamięć.

Gdy tamtego dnia w budynku związku studenckiego Eric wskazał mi właśnie ją, nie mogłem uwierzyć we własne szczęście, chociaż zastanawiałem się jednocześnie, dlaczego taka atrakcyjna panna siedzi tu zupełnie sama. O wiele łatwiej byłoby, gdybym ją odrzucił tak samo jak inni i następnym razem znalazł sobie nowego partnera do gry. Ale odnajdywałem tę dziewczynę raz za razem, ponieważ czułem się przytłoczony tarapatami, w jakie wpadłem w Northwestern. Byłem zgorzkniały od ciężaru, który od tego czasu przyszło mi dźwigać. Czułem się wówczas bardzo niepewnie, a przegrana z dziewczyną wcale mi w tym nie pomogła. Wzdrygnąłem się na to wspomnienie. Dopiero teraz, po dziesięciu latach zrozumiałem, ile czasu oraz energii zmarnowałem w nieistotnych zmaganiach, które okazały się zupełnie niepotrzebne. Annika jeszcze wtedy nie miała pojęcia, że jest właśnie tym, kogo potrzebowałem, by znów uwierzyć w siebie. Ja zaś w porę zorientowałem się, że reprezentuje sobą coś więcej niż tylko ładną buzię.

– Zamierzasz się z nią spotkać? – pyta Nate.

Za każdym razem, gdy myślę o Annice, mój umysł powraca do tego, jak wszystko zakończyła i do powtarzającego się pytania bez odpowiedzi. To było dla mnie niczym kamień w bucie – niewygodne, ale do zniesienia.

Ale mimo wszystko wciąż nie zniknęło.

Biorę kolejny łyk piwa, wzruszając ramionami.

– Jeszcze nie wiem.

***

Gdy wracam do domu, nalewam sobie whiskey i staję przed oknem panoramicznym, by obserwować zachodzące za horyzontem słońce. Po wypiciu szklanki alkoholu jeszcze raz odsłuchuję wiadomości od Anniki. Jestem pijany i brakuje mi jej głosu. To, że jeszcze do niej nie oddzwoniłem, wydaje mi się dziecinne oraz małostkowe, a może po prostu żal mi samego siebie, bo jedyne dwie kobiety, które w życiu kochałem, zdecydowały się mnie porzucić. Gdy Liz wystąpiła o rozwód, to uczucie już obumarło, ale z Anniką sprawa wyglądała zupełnie inaczej.

Sięgam po telefon i oddzwaniam. Włącza się poczta głosowa. Nagrywam się.

– Hej, tu Jonathan. Możemy spotkać się na kawę w niedzielę o dziesiątej. Co ty na to? Do zobaczenia.

Może Annika dzwoniła, ponieważ jest gotowa raz na zawsze usunąć ten kamień z mojego buta? Poza tym chcę wiedzieć – pomimo tego, co czuję odnośnie sposobu, w jaki zakończył się nasz związek – czy wszystko u niej w porządku. Z tego co widziałem, wydaje się nieźle trzymać, przynajmniej z zewnątrz. Muszę jednak wiedzieć, czy wciąż dźwiga w środku ten ciężar.

Poza tym nigdy nie powiedziałem jej „nie”.

Nie potrafiłem.

5Jonathan

CHICAGO

Sierpień 2001

Kiedy jestem już w pobliżu kawiarni, widzę Annikę stojącą na chodniku. Czeka na mnie. Przenosi ciężar ciała z boku na bok, bujając się na piętach. Na mój widok natychmiast przestaje to robić.

– Dzień dobry – mówię.

– Dzień dobry. – Sukienka na ramiączkach, którą ma na sobie, w odróżnieniu od ubrań, które nosiła kiedyś, przylega do jej ciała. Moje oczy przesuwają się po jej szczupłych ramionach do obojczyka.

– Wejdziemy do środka?

– Jasne. – Rusza w stronę drzwi, ale zamiera na widok tłumu ludzi znajdującego się wewnątrz ciasnego pomieszczenia. Annika wybrała miejsce, ale to ja podałem godzinę. Może ona wolałaby spotkać się wcześniej lub później, by uniknąć tłoku.

O ile dobrze pamiętam, ta kawiarnia miała duży ogródek na zewnątrz, więc może jeszcze nie wszystko stracone. Podświadomie wyciągam rękę, by położyć ją na plecach Anniki i w ten sposób pokierować, ale w ostatniej chwili się powstrzymuję. Kiedyś byłem jedyną osobą, której dotyk tolerowała. Z czasem nawet pokochała otaczające ją ramiona, a moje ciało stało się dla niej osobistym kocem bezpieczeństwa.

Od tego czasu minęło jednak wiele lat.

Powoli podchodzimy do kontuaru i składamy zamówienie. W czasach college’u Annika zamówiłaby sok, ale dzisiaj oboje decydujemy się na mrożoną kawę.

– Jadłaś już śniadanie? – pytam, wskazując na witrynę pełną wyrobów cukierniczych.

– Nie, to znaczy, nie wiedziałam, czy ty już będziesz po śniadaniu, więc zjadłam tylko trochę. Nie można tego zaliczyć jako pełnoprawnego posiłku, ale na razie nie jestem głodna.

Gdy słowa przestają wypływać z jej ust, spogląda na własne buty, potem gdzieś ponad moim ramieniem, na baristę… Wszędzie, tylko nie na mnie. Nie przeszkadza mi to. Dziwactwa Anniki są dla mnie jak wsuwanie stóp w wygodną parę butów; trudno mi się do tego przyznać, nawet przed samym sobą, ale jej nerwowość zawsze sprawiała, że czułem się swobodnie.

Próbuję zapłacić, ale ona mi nie pozwala.

– Nie masz nic przeciwko temu, żebyśmy usiedli na zewnątrz? – pyta.

– Nie. – Siadamy przy stoliku w cieniu ogromnego parasola. – Świetnie wyglądasz, Anniko. Już dawno powinienem był ci to powiedzieć.

Na jej twarzy pojawia się lekki rumieniec.

– Dziękuję, ty również.

Chłodny cień sprawia, że kolor na jej policzkach szybko znika. Kiedy podnoszę szklankę i wsuwam słomkę do ust, Annika uważnie śledzi ruch mojej lewej ręki. Dopiero po chwili dociera do mnie, że sprawdza, czy mam obrączkę.

– Co tam u rodziny? – pytam.

Widzę ulgę na jej twarzy, że poruszyłem taki neutralny temat.

– Wszystko w porządku. Mój tata jest na emeryturze i wraz z mamą zaczęli podróżować. Will wciąż jest w Nowym Jorku. Widziałam się z nim kilka miesięcy temu, gdy poleciałam odwiedzić Janice. Ona z kolei mieszka wraz z mężem i sześciomiesięczną córeczką w Hoboken.

– Wciąż masz z nią kontakt? – Janice zawsze była dla Anniki kimś więcej niż tylko współlokatorką, więc nie powinno mnie zaskoczyć to, że ich przyjaźń przetrwała tak długo.

– Jest moją najlepszą przyjaciółką, chociaż teraz rzadko się widujemy. – Bierze łyk kawy. – A ty? Mieszkasz gdzieś tu niedaleko?

– West Roosevelt.

– Ja w South Wabash – mówi.

Zaledwie dziesięć minut spacerkiem, tyle nas dzieliło.

– Ciekawe, ile razy mijaliśmy się, nawet o tym nie wiedząc.

– Też się nad tym zastanawiałam.

– Nigdy nie posądzałbym cię o zostanie mieszczuchem.

– To tylko dwadzieścia minut piechotą od mojej pracy. Gdy pada, wsiadam w tramwaj. Mam co prawda prawo jazdy, ale nie posiadam samochodu, bo tak naprawdę nie jest mi potrzebny.

– Jak ci się podoba praca w bibliotece?

– Uwielbiam ją. Zawsze chciałam to robić – oznajmia, po czym przez chwilę milczy. – Ty też musisz lubić to, co robisz, bo po dziesięciu latach wciąż tam pracujesz.

– To solidna firma, wywiązali się z każdej złożonej obietnicy. – Zaszedłem nawet trochę dalej, niż się tego spodziewało szefostwo. Zazwyczaj moja praca była w porządku, chociaż zdarzały się też dni, kiedy jej nienawidziłem. Wtedy jednak przypominałem sobie, że to jest właśnie to, czego zawsze pragnąłem.

– Wciąż pływasz?

– Każdego ranka. A ty? Jak spędzasz swój wolny czas?

– Kiedy tylko mogę, pomagam w schronisku dla zwierząt. Pracuję też na część etatu w Chicago Children’s Thea­tre. W każdą sobotę rano pomagam uczyć klasę teatralną. Napisałam dla nich sztukę.

– Napisałaś sztukę? To fantastycznie.

– To było zabawne. Dzieci wykonały świetną robotę. Teraz pracuję nad kolejną dla nich, tym razem z okazji świąt.

– W jakim wieku są?

– Pracuję z kilkoma grupami wiekowymi. Najmłodsze mają cztery lub pięć lat, a najstarsze od dziewięciu do jedenastu. To naprawdę wspaniałe dzieciaki.

– A masz jakieś swoje?

Otwiera szeroko oczy.

– Ja? Nie.

– A masz męża? Jesteś w związku?

Potrząsa głową.

– Nigdy nie byłam mężatką. Spotykałam się z kimś przez chwilę, ale zerwaliśmy. A ty? Jesteś żonaty?

– Byłem. Rozwiedliśmy się jakoś półtora roku temu.

– Czy to ta dziewczyna, o której mówiłeś przez automatyczną sekretarkę?

A więc zgaduję, że jednak dostała tę wiadomość.

– Tak.

– Masz dzieci? – Gdy czeka na moją odpowiedź, wygląda na zaniepokojoną.

– Nie.

Liz miała bardzo konkretne cele związane ze swoją karierą i nie chciała przestać wspinać się po korporacyjnej drabinie, dopóki nie przebije głową szklanego sufitu. To właśnie jej pasja do biznesu niczym latarnia morska zaprowadziła mnie do niej, gdy po raz pierwszy przybyłem do Nowego Jorku. Popierałem ją w tej wspinaczce, ale wejście na każdy szczebel zajmuje trochę czasu i kiedy poinformowała mnie, że nie będzie gotowa założyć rodziny przed czterdziestym pierwszym rokiem życia i spytała, co sądzę o zamrożeniu jej jajników, myślałem, że żartuje.

Mówiła poważnie.

To zabawne, jak każda cecha, która sprawia, że ktoś wydaje się atrakcyjny, staje się nie do zniesienia, gdy się od siebie oddalacie. Nie na tyle zabawne, żeby się śmiać, ale wystarczająco, by zadać sobie pytanie, jak można było tego wcześniej nie zauważyć?

Zgodziłem się dzisiaj spotkać z Anniką, bo miałem nadzieję, że otrzymam kilka odpowiedzi. Gdy jednak wypiliśmy kawę, skończyło się na jałowej pogawędce. Nie jest w żaden sposób przygotowana, by wrócić do tego, co się pomiędzy nami wydarzyło. Przynajmniej jeszcze nie teraz. Zmuszając ją do tej rozmowy, niepotrzebnie sprawiłbym jej przykrość.

– Gotowa? – pytam, gdy w naszych kubkach zostaje już tylko topniejący lód. W odpowiedzi wstaje i kiedy ruszamy, wspomina o tym, jak bardzo cieszy się z tego, że jej mieszkanie jest w pobliżu parku oraz muzeów. Wymienia swoje ulubione miejsca z jedzeniem na wynos oraz sklepy, w których lubi robić zakupy. Ta okolica zapewnia jej wszystko, czego mogłaby kiedykolwiek potrzebować i nazwanie jej mieszczuchem teraz nabiera sensu. Żyje w bańce, w której nic nie wyprowadza jej ze strefy komfortu. Wszystko ma w zasięgu ręki.

Od razu powinienem zdać sobie sprawę z jednej rzeczy: Annika daje sobie radę. Nie ma potrzeby nikogo ratować. Gdy docieramy do budynku, w którym mieszka, jej skoczny krok i nerwowa paplanina nasila się, w miarę jak gorączkowo wzrasta jej niepokój. Czekała, abym coś powiedział i teraz, gdy prawie jesteśmy w domu, obawia się zbliżającej konfrontacji.

Chwytam ją za rękę, ponieważ nie wiem, jak inaczej mogę ją uspokoić i wtedy uderza we mnie wspomnienie. Nagle nie znajdujemy się w South Wabash, ale w drzwiach jej mieszkania w akademiku. W dłoni trzymam jej rękę, drobną i delikatną. Czuję się tak samo, jakbym trzymał ją po raz pierwszy.

– Nie musimy o tym rozmawiać – oznajmiam. Annika się zatrzymuje. Wyraz nieopisanej ulgi na jej twarzy mówi mi, że mam rację. Dzisiaj nie będzie żadnych wyjaśnień. I tak nie jestem pewien, czy mam dość hartu ducha, by ciągnąć ją za język w celu uzyskania odpowiedzi. – Po prostu chciałem wiedzieć, czy wszystko u ciebie w porządku.

Bierze głęboki wdech.

– Jest w porządku.

– Dobrze. – Patrzę w stronę wejścia do budynku. – Cóż, powinienem już iść. Dobrze było cię zobaczyć. Dziękuję za kawę. Trzymaj się, Anniko.

Mimo że sama ma problem z rozszyfrowaniem wyrazu twarzy u innych ludzi, jej własne oblicze jest łatwą do odczytania księgą. Zawsze zastanawiało mnie to, czy specjalnie uwydatnia swoją mimikę, by pomóc ludziom w zrozumieniu jej myśli. Uważam to za ujmujące. Wygląda na zdruzgotaną, kiedy zdaje sobie sprawę z tego, że jedno wyjście na kawę jest dopiero pierwszym krokiem do powrotu „do siebie”. Mimo że nie robię tego specjalnie i na pewno nie w celu rewanżu, dotyka mnie przelotna myśl, że to pierwszy raz, kiedy to ja ją krzywdzę.

Czuję się z tym fatalnie.

Może nie minęło jeszcze wystarczająco dużo czasu od rozpadu mojego małżeństwa. Nieważne jak bardzo ty i twoja małżonka zgadzacie się co do tego, że wasze małżeństwo jest nieudane. Gdy jednak każdy pójdzie swoją drogą, boli jak diabli i ten ból podąża za tobą, aż któregoś dnia wreszcie się ulatnia. Dopiero niedawno zauważyłem, że mój zniknął i nie mam zamiaru ryzykować, aby ktoś znów złamał mi serce.

Nie chcę odchodzić.

Chcę przytulić Annikę, zanurzyć palce w jej włosach i pocałować ją, tak jak kiedyś.

Zamiast tego odchodzę od niej, czując się trochę samotny i bardzo, bardzo zmęczony.

6Annika

UNIWERSYTET ILLINOIS URBANA-CHAMPAIGN

1991

Tydzień po tym, jak ograłam Jonathana w szachy, Eric usiadł naprzeciwko mnie, kilka minut przed rozpoczęciem niedzielnego spotkania klubu. Tym samym przywrócił porządek, który zburzył w moim świecie.

– Powiedz mi, że w tym roku zgodzisz się jechać na zawody – rzucił.

– Wiesz, że nie.

– Mogłabyś jechać, gdybyś tylko chciała.

– Ale ja właśnie nie chcę. Nie lubię być z dala od domu.

– Musiałabyś tam pojechać tylko kilka razy. Trzy, jeśli udałoby nam się dostać do Pan-Am. W październiku odbędzie się spotkanie praktyczne w St. Louis. Na to mogłabyś pójść. Wybadasz sytuację i wrócisz do domu.

– Nie mam prawa jazdy.

– Zabierz się z kimś innym.

– Przemyślę to jeszcze.

Skinął głową.

– To dobrze. Myślę, że spodobałoby ci się tam.

Byłam pewna, że wręcz przeciwnie. Natychmiast wyrzuciłam z głowy tę myśl.

Studiowałam planszę, tworząc strategię i zastanawiając się, jak najlepiej zacząć, gdy nagle usłyszałam głos.

– Nie masz nic przeciwko, jeśli znów zagram z Anniką? – Jonathan stał nad nami, spoglądając w dół. Dlaczego miałby chcieć ponownie ze mną zagrać? W tych kilku sytuacjach, kiedy Eric był nieobecny na spotkaniach klubu, pozostali członkowie raczej unikali gry ze mną i zazwyczaj kończyło się na tym, że wymykałam się i wracałam do domu.

– Jasne, stary, nie ma problemu – powiedział Eric.

Jonathan usiadł naprzeciwko mnie.

– Nie masz nic przeciwko?

Wytarłam dłonie o materiał dżinsów, starając się nie panikować.

– Zawsze gram z Erikiem.

– To twój chłopak?

– Co? Nie, ja tylko… zawsze z nim gram.

Eric tymczasem zajął już miejsce dwa stoliki dalej, naprzeciwko Drewa, studenta pierwszego roku.

– Przepraszam, chcesz zatem, bym poprosił go, aby jednak zagrał z tobą? – zapytał Jonathan.

To było dokładnie to, czego chciałam, ale jeszcze bardziej pragnęłam, byśmy oboje zaczęli grę i wreszcie skończyli tę gadaninę. Zrobiłam więc jedyną rzecz, która przyszła mi do głowy.

Podniosłam białego pionka i wykonałam pierwszy ruch.

***

Tym razem to on wygrał. Wykorzystałam każdą możliwą umiejętność i doświadczenie, jakie miałam, ale nawet to okazało się niewystarczające. Zasłużył na zwycięstwo.

– Dziękuję – powiedział. – To była wspaniała gra. – Gwizdał, pakując swoje rzeczy.

Nasza gra trwała tak długo, że wszyscy inni zdążyli już pójść na kolację. Kiedy sięgnęłam po plecak i odwróciłam się, by odejść, Jonathan chwycił swój, po czym ruszył u mojego boku. Miałam nadzieję, że po prostu oboje zmierzamy w tym samym kierunku, do głównego wyjścia, i że będzie to droga w ciszy, ale się myliłam.

– Masz ochotę dołączyć do reszty i wyskoczyć na pizzę?

– Nie.

– Jesteś naprawdę niezła w szachy.

– Wiem.

– Jak długo już grasz? – spytał.

– Odkąd skończyłam siedem lat.

– A jak długo należysz do klubu szachowego?

– Od pierwszego roku.

Miał chyba z metr dziewięćdziesiąt, ja metr sześćdziesiąt pięć, a jego nogi były znacznie dłuższe od moich. Musiałam iść szybko, aby dopasować się do jego tempa i odpowiadać na pytania, którymi mnie zarzucał, co wydawało się niesprawiedliwe, ponieważ tak naprawdę nie chciałam rozmawiać ani iść obok niego.

– Zawsze chciałaś dołączyć do klubu szachowego?

– Nie.

O istnieniu klubu szachowego dowiedziałam się przez przypadek trzy tygodnie po tym, jak wprowadziłam się do akademika. Tamtego dnia zadzwoniłam do rodziców, by powiedzieć im, że rzucam szkołę i poprosić, by jak najszybciej mnie stąd zabrali. Przez ostatnie dwadzieścia dni obracałam się w paraliżującym wirze głośnych dźwięków, nieprzyjemnych zapachów, przytłaczających bodźców i mylących norm społecznych. Tego już było dla mnie po prostu za dużo. Rodzice zabrali mnie ze szkoły w połowie siódmej klasy i do matury uczyła mnie mama, więc ta nagła zmiana była dla mnie szczególnie wstrząsająca oraz dezorientująca. Janice Albright, gadatliwa brunetka z Altoona w stanie Iowa, którą uniwersytet losowo uczynił moją współlokatorką, zdawała się bez wysiłku funkcjonować w nawałnicy życia studenckiego, podczas gdy ja wciąż błąkałam się po labiryncie, wybierając złe ścieżki i zawracając. Chodziłam za nią krok w krok. Byłam niczym smuga dymu, którego nigdy nie mogła się całkowicie pozbyć. Podążałam za Janice na wykłady, do biblioteki oraz jadalni.

Tej szczególnej niedzieli, niedługo po tym, jak skończyłam płakać, rozmawiając z rodzicami, Janice wróciła wraz z dwiema koleżankami. Jedna z nich usiadła z Janice na jej łóżku, a druga przycupnęła na końcu mojego. Ja siedziałam ze skrzyżowanymi nogami u szczytu łóżka, ale gdy przyszły dziewczyny, schowałam się pod kołdrę z książką i latarką, której używałam jeszcze w dzieciństwie, gdy rodzice kazali mi iść spać. To był wrzesień. Nasze pozbawione klimatyzacji mieszkanie zmieniło się w saunę. Pod kołdrą powietrze było gorące i duszne, niemal nie do wytrzymania.

– To, że jesteś ładna, nie oznacza, że możesz zachowywać się jak dziwak – powiedziała jedna z dziewczyn. Zamarłam, mając nadzieję, że nie mówiła tego do mnie, chociaż z drugiej strony od razu wiedziałam, że nie ma innej opcji. Już wiele razy słyszałam podobne twierdzenie, gdy robiłam coś, co ludzie uznawali za dziwne albo nietypowe. Ale ona jest taka śliczna, zachwycali się, jakby to, co robię, wykluczało się z tym, jak wyglądam.

Jestem śliczna. Wiem o tym z dwóch powodów: po pierwsze, ludzie powtarzają mi to przez całe życie, a po drugie, mam lustro. Czasem zastanawiam się, czy ludzie traktowaliby mnie gorzej, gdybym była brzydka. Nigdy jednak nie myślę o tym zbyt długo, bo odpowiedź wydaje mi się oczywista.

– Bądź miła – warknęła Janice.

– Co? – Zdziwiła się tamta. – To już jest dziwne.

Chociaż Janice przez te trzy tygodnie rzadko się do mnie odzywała, zawsze była miła. Raz w drugim tygodniu mojego pobytu w akademiku, kiedy zapas czystych ubrań gwałtownie się skurczył, pokazała mi, gdzie znajduje się pralnia i jak z niej korzystać. W milczeniu stałyśmy obok siebie i składałyśmy czyste ubrania, wkładając je do kosza, który potem ona zaniosła z powrotem do naszego pokoju.

Nagle znów ogarnęło mnie przerażenie, którego nie odczuwałam od lat. Chciałam tylko, żeby ludzie zostawili mnie w spokoju. Drżałam, czując, jak moje oczy wypełniają się łzami. Spływające kropelki potu powodowały swędzenie skóry przy linii włosów, a powietrze pod kołdrą stało się nie do zniesienia. Nie mogłam teraz pokazać swojej twarzy.

– Może jednak idźcie beze mnie – stwierdziła Janice. – Mam trochę nauki.

– Jezu, dali ciała, przydzielając ci taką współlokatorkę – powiedziała jedna z dziewczyn.

– Zapomnij o niej – poradziła druga. – To nie twój problem.

– Nie mam nic przeciwko temu, żeby się nią zajmować. Poza tym byłoby to jak kopnięcie szczeniaka – szepnęła Janice, ale słyszałam wszystko.

Cichy dźwięk zamykanych drzwi powiedział mi, że już wyszły. Zrzuciwszy kołdrę, wzięłam głęboki oddech, wdychając chłodniejsze powietrze.

– Jak ktoś mógłby kiedykolwiek kopnąć szczeniaka?

– Nie mógłby.

– Więc dlaczego tak mówiłaś?

– To tylko takie wyrażenie.

Wytarłam policzki wierzchem dłoni. Im bardziej starałam się powstrzymać płynące z moich oczu łzy, tym więcej ich się zbierało. Siedziałam z Janice w ciszy, a jedynym dźwiękiem było moje pociąganie nosem, gdy próbowałam się uspokoić. Dzwonek uchronił mnie przed dalszym upokorzeniem. Janice wstała, by odebrać telefon.

– Hej, tak, tu Janice. – Usłyszałam, jak mówi, a potem rozciągnęła kabel, by móc wyjść z telefonem na korytarz i porozmawiać na osobności. Wróciła po pięciu minutach, odłożyła słuchawkę, a następnie przysiadła na skraju mojego łóżka.

– Czasami brakuje mi mojego starego pokoju. Mam sześciu braci, ale wszyscy już się wyprowadzili. Pamiętam jednak, jak to było, gdy wszyscy mieszkaliśmy razem. Doprowadzali mnie do obłędu. Trudno jest nie mieć własnej przestrzeni, w której można być samemu – oznajmiła.

Nie wypowiedziałam ani słowa, a jednak Janice jakoś zdawała się dokładnie wiedzieć, co myślę i jak się czuję. Jak ona to robiła?

– Jest tak gorąco. Pomyślałam, aby wyskoczyć do stołówki na lemoniadę. Może chciałabyś pójść razem ze mną?

Nie chciałam. Rodzice obiecali, że przyjadą następnego dnia rano, by zabrać mnie z tego koszmaru. Najchętniej wczołgałabym się z powrotem pod kołdrę i odliczała czas. Jednak jakaś część mnie rozumiała, że ona robi to dla mnie.

– Okej – powiedziałam.

Gdy szłyśmy do stołówki, Janice wskazała na budynek kliniki weterynaryjnej.

– Słyszałam, że szukają wolontariuszy. Powinnaś pójść z nimi pogadać. Prawdopodobnie będą chcieli kogoś, kto jest miły dla zwierząt.

Skinęłam głową, ale nie miałam odwagi powiedzieć jej, że już jutro mnie tu nie będzie.

Gdy stałyśmy w kolejce, by zamówić lemoniadę, dostrzegłam plansze do gry w szachy. Było ich co najmniej piętnaście, rozłożone na pobliskich stolikach, z rozstawionymi pionkami, gotowe do gry. Przy nich siedzieli studenci, śmiejąc się i rozmawiając.

Musiałam się intensywnie wpatrywać, bo po chwili usłyszałam pytanie Janice.

– Grasz?

– Tak.

– Chodź, sprawdzimy to.

– Nie chcę.

– No dalej.

Wzięłam swoją lemoniadę, po czym podążyłam za Janice do starszego studenta stojącego obok jednej z plansz.

– Co tutaj macie? Moja koleżanka gra w szachy i jest zainteresowana.

– Tutaj spotyka się klub szachowy – wyjaśnił, spoglądając na mnie. – Jestem Rob. Spotykamy się w każdą niedzielę od osiemnastej do dwudziestej. Jak się nazywasz?

Janice szturchnęła mnie.

– Annika – powiedziałam.

Odwrócił się do chłopaka po swojej prawej.

– Poznaj Erica. On też jest tu nowy. Jeśli zostaniesz, będziemy mieli liczbę parzystą i każdy będzie mógł zagrać.

– Spodoba jej się to – stwierdziła Janice.

Patrzyłam w dal. Janice przesunęła się w moje pole widzenia, by spojrzeć mi w oczy. Czułam rosnący niepokój.

– Przyjdę po ciebie o dwudziestej, dobrze? Przyjdę dokładnie tutaj, do tego stolika i razem wrócimy do domu.