Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Przyszła królowa staje się zbuntowaną detektywką, gdy przysięga rozwiązać zagadkę zwłok mężczyzny, odkrytego na terenie Pałacu Kensington – przez nią samą.
Młoda Wiktoria nie pamięta niczego poza Pałacem Kensington. Przychodząc na świat jako niemowlę, wychowała się w jego stęchłych, pokrytych pleśnią murach. Inni mogą dostrzegać wartość bezcennych artefaktów i dzieł sztuki, ale dla młodej Wiktorii pałac jest więzienną celą. Wychowywana według niezwykle surowego reżimu, nieustannie obserwowana przez matkę - despotyczną, urodzoną w Niemczech Victoire - i cenionego doradcę Victoire, żądnego władzy sir Johna Conroya, bystra piętnastolatka nie ma prawa do żadnej wolności.
Jednak pewnego feralnego popołudnia Wiktoria wymyka się matce. Z niechętną Jane u boku, księżniczka wybiega galopem z pałacowego skweru. Jednak to, co normalnie byłoby zwyczajną wędrówką po dobrze znanym terenie, tym razem przedstawia zbuntowanej księżniczce najbardziej oszałamiający widok — martwego człowieka, i to na terenie pałacu…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 348
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Wszystkim tym, którzy mają dość czekania.
Na temat królowej Victorii wciąż wiemy zaskakująco niewiele.
Brzmi to osobliwie w odniesieniu do jednej z najczęściej opisywanych postaci w dziejach ludzkości. Poświęcono jej setki książek, nie wspominając o filmach i serialach. Pozostawiła po sobie także setki dzienników i tysiące listów. Szacuje się, że w ciągu swojego życia przelała na papier około sześćdziesięciu milionów słów.
Sęk w tym, że przez ostatnie dwieście lat teksty królowej były drobiazgowo cenzurowane. Owe sześćdziesiąt milionów słów wielokrotnie poddawano osądowi – zarówno ze strony jej rodziny, jak też archiwistów. Redagowano, przepisywano, a także zamykano je w archiwach i palono. Ilekroć ktoś uznał, że wersja jej własnego życia przedstawiona przez Victorię mogłaby postawić ją samą (albo ich) w niekorzystnym świetle, przekręcał, ukrywał albo niszczył jej słowa. W rezultacie również ich bohaterkę przycięto, wygładzono i dopasowano do ówcześnie obowiązujących ram.
Znamy więc jedynie oficjalną wersję postaci Victorii. Współcześni historycy próbowali zajrzeć pod tę fasadę, by odsłonić jej pełniejszy obraz – lecz mimo tych wysiłków wciąż pozostaje on niekompletny.
Ta książka nie jest pracą historyczną, lecz opowieścią zainspirowaną białymi plamami w udokumentowanym życiu księżniczki Alexandriny Victorii z Kentu – późniejszej królowej Wiktorii. Część opisanych tu zdarzeń rzeczywiście miała miejsce. Niektóre są jedynie domysłami. Jeszcze inne – wytworem mojej wyobraźni. Niewykluczone, że na karty tej powieści zakradły się też błędy, które mi umknęły, za co przepraszam.
Mam nadzieję, że jej lektura sprawi Wam przyjemność.
Często żartuję, że w XIX-wiecznej Anglii imion było jak na lekarstwo.
Jak donosi Wikipedia, John Conroy poślubił Elizabeth Fisher i miał z nią dwie córki: Elizabeth oraz Victorię. Ponieważ w tej książce występują już Victoire i księżniczka Victoria, postanowiłam – by uniknąć (jeszcze większego) zamieszania – zmienić imię Victorii Conroy na Jane.
Arystokracja, a szczególnie rodzina królewska, borykała się z przeciwnym problemem: nadmiarem imion. Mogły się one zmieniać wielokrotnie w ciągu życia. Jedna i ta sama osoba nosiła imię nadane podczas chrztu, otrzymywała rodzinny przydomek, a do tego cały arsenał tytułów. Kobiety zmieniały nazwisko po zawarciu małżeństwa, a także w rezultacie przesuwania się (w górę lub w dół) hierarchii społecznej.
Dobrym przykładem są tu bracia króla Williama IV, zwani „królewskimi książętami”. Mam nadzieję, że uprościłam sprawę, konsekwentnie posługując się ich tytułami (książę Sussex, Cambridge itd.), nawet jeśli w kręgu rodzinnym zapewne zwracano się do nich inaczej.
Sidmouth, 1820
On umiera.
Victoire, księżna Kentu, siedziała na twardym stołku przy łożu męża i całą siłą woli próbowała go zmusić, by oddychał dalej.
W pokoju panował mrok; jedynym źródłem światła był ogień, który trzaskał niespokojnie w kominku, na próżno usiłując zagłuszyć huk wiatru i fal za oknem, nadaremno próbując ogrzać izbę i przywrócić choćby nikłą iskrę życia mężczyźnie leżącemu nieruchomo na wąskim łóżku.
Głos zabrał lekarz, William Maton. Doktor Maton był zrzędliwym, otyłym, bladym, łysiejącym człowiekiem. Przez ostatnie cztery dni z niezłomną pewnością siebie zapewniał o niezawodnej skuteczności swoich skalpeli, baniek i pijawek. Teraz jednak twierdził coś zgoła innego. Umysł Victoire był zbyt otępiały ze zmęczenia, by w pełni przełożyć jego angielski na ojczysty niemiecki, lecz ton rozumiała doskonale. „Zrobiliśmy wszystko, co było w naszej mocy” – powiedział to albo coś bardzo podobnego. „Teraz zostało nam tylko czekać”. Czy coś w tym rodzaju. Mógł też wtrącić coś o zaufaniu miłosiernemu Bogu.
Victoire zacisnęła zęby, usiłując stłumić szloch.
Lekarz umilkł, lecz w ciszy lodowatego pokoju pojawił się nowy dźwięk – cienki, natarczywy płacz niemowlęcia leżącego w kołysce w sąsiednim pokoju. Dziewczynce było zimno albo była głodna. Lub też protestowała przeciwko temu, że znajdowała się sama w ciemnym domku, pośród szalejącej na zewnątrz burzy, podczas gdy mężczyzna, który kochał ją najbardziej na świecie, umierał.
Przeciąg omiatał szyję Victoire. Wyobrażała go sobie pod postacią palców zjawy. Widziała ją, jak sunie po kołdrach, by pogładzić policzek jej męża. By zasłonić mu usta. By odebrać mu oddech.
Doktor Maton znów się odezwał. Odpowiedział mu drugi z mężczyzn: Conroy – adiutant i osobisty sekretarz jej męża. Victoire całkiem zapomniała, że on też jest w pokoju. Ich prowadzone po angielsku rozmowy furkotały jej wokół głowy. Zdołała wychwycić słowa: nadzieja, silny, godzina. Reszta jej umknęła.
Odwróciła twarz ku oknu, choć nie było tam nic do oglądania. Okiennice zamknięto, ale na próżno – nie chroniły ani przed chłodem, ani przed odgłosami burzy.
Dziecko wciąż płakało. Gdzie się podziała mamka? Lehzen? Albo choćby Feodora? Należało coś zrobić. Wydać polecenie. Sprawić, by ją zrozumiano.
Nie była zdolna wykonać najdrobniejszego gestu.
– Victoire.
Ledwie szept, a jednak go usłyszała. Serce zabiło jej gwałtownie. Edward miał otwarte oczy i szukał jej.
– Tak, najdroższy, jestem przy tobie – zwróciła się do niego po niemiecku.
Chwyciła go za rękę. Była gorąca i lekka, jakby jego kości zdążyły już obrócić się w popiół. A może tak jej się tylko zdawało, bo upuszczono z niego niemal całą krew. Doktor Maton twierdził, że tym razem upuścił tylko pintę1. Według niej – co najmniej galon2.
– Victoire – powtórzył Edward.
– Odpoczywaj, skarbie. Musisz odzyskać siły – mówiła lekkim tonem, modląc się, by nie zauważył łez spływających po jej zapadniętych policzkach.
Edward zawsze był taki silny – i dumny z tej siły. Niech jego królewscy bracia piją i hulają. Niech balują z rozrzutnymi przyjaciółmi i trwonią majątki. Edward nie zamierzał brać z nich przykładu. Żył skromnie i surowo, miał niewyszukaną dietę, dbał o ruch. Ach, jak wspaniale wyglądał w siodle albo na koźle powozu! Już sam jego widok wystarczył, by serca kobiet zaczynały żywiej bić.
Nawet serce Victoire, sponiewierane pierwszym małżeństwem, dwojgiem dzieci, biedą i lękiem o przyszłość.
Przyszłość, od której Edward mnie ocalił.
Wyrwał ją z maleńkiego, zdeptanego niemieckiego księstewka i przywiózł aż do Anglii. Wzbraniała się przed tak daleką podróżą w zaawansowanej ciąży, ale Edward się uparł. Ich dziecko musiało urodzić się na angielskiej ziemi. Nie chciał dopuścić do tego, by ktokolwiek podważył jego ojcostwo – albo prawa dziecka do brytyjskiej korony.
Ulokował ich w Pałacu Kensington, rzucając braciom wyzwanie, by spróbowali zakwestionować jego prawo do komnat w królewskiej rezydencji – zwłaszcza po narodzinach dziecka: ich maleńkiej Herkuleski, księżniczki w kieszonkowym wydaniu.
I na co nam przyszło?
Gruby George przyczaił się w Windsorze i zacierał chciwie ręce przy łożu ślepego, obłąkanego ojca. Oddawał się rozpuście z kochankami, lżył prawowitą małżonkę, pił na umór i przegrywał skarb Anglii przy karcianym stole. A jednak Gruby George żył – i nic nie wskazywało na to, by miało się to w najbliższym czasie zmienić.
Freddy, sędziwy książę Yorku, grzebał jedną ręką pod spódnicami kochanki, drugą sięgając do publicznej kasy.
Gamoniowaty Billy, książę Clarence, błąkał się po ulicach, zapominając o kapeluszu, i leczył złamane serce po rozpustnej aktorce, którą porzucił, by poślubić księżniczkę jeszcze uboższą niż Victoire i spłodzić choć jednego prawowitego dziedzica.
Augustus, książę Sussexu, postanowił dać rodzinie prztyczka w nos, odmawiając małżeństwa z kimkolwiek „odpowiednim”. Jego małżeństwo się rozpadło, a on sam snuł się bezużytecznie po ruinach Pałacu Kensington, wśród kolekcji zegarów i Biblii.
Przez cały ten czas Ernest – lubieżny, przeklęty, oszpecony, na wpół ślepy książę Cumberland – szczerzył zęby do braci z pałacu swojej żony w Niemczech i czekał, który z nich padnie pierwszy.
A Edward? Silny, wiodący skromne życie Edward zabrał Victoire i dzieci z Londynu, ponieważ Gruby George odmówił mu pieniędzy potrzebnych do utrzymania się w stolicy. Przyjechali do tego ponurego nadmorskiego miasteczka i gnieździli się w nędznej chatce.
A później Edward wybrał się na spacer w grudniowym deszczu i przemoczył nogi.
Tylko tyle. Jak to możliwe, że umiera, skoro wydarzyło się tylko to?
Victoire przycisnęła dłonie do oczu.
Dziecko wciąż płakało. A mąż chciał z nią zamienić słowo.
– Conroy – powiedziała.
– Tak, Wasza Książęca Mość? – John Conroy był wysokim mężczyzną o pociągłej twarzy, jasnoniebieskich oczach i gęstych, ciemnych włosach. Damy rumieniły się i trzepotały rzęsami na jego widok. Co bardziej złośliwi plotkarze zastanawiali się, jakiego rodzaju usługi świadczy księżnej, którą mąż sprowadził do Anglii.
– Proszę zająć się dzieckiem – powiedziała. Conroy sam jest ojcem. Nie boi się wejść do pokoju dziecięcego. – Porozmawiać z mamką. Sprawdzić, czy Feodora i Karl nadal śpią. Ja… ja nie mogę.
– Oczywiście, Wasza Łaskawość.
Jeśli się ukłonił, nie odwróciła głowy, by to zobaczyć. Wypłukała lnianą ściereczkę w misie stojącej na stoliku nocnym i delikatnie otarła nią czoło Edwarda. Jego skóra była zbyt sucha. Oczy – zbyt błyszczące, zaś policzki – przeraźliwie blade.
Bez kropli krwi.
– Chyba nie płaczesz, Victoire? – zwrócił się do niej po niemiecku. Usilnie starał się ją nauczyć angielskiego, lecz gdy byli sami, zawsze wracali do niemieckiego.
– Nie, oczywiście, że nie płaczę – skłamała. – Nigdy nie płaczę. Wiesz o tym.
– Wiem. – Jego palce zacisnęły się na dłoni żony, lekkie jak piórko. Serce Victoire ścisnęło się z bólu. – Jeszcze im pokażę. Zrobiłem to, czego oni nie byli w stanie. Znalazłem sobie dobrą żonę. Spłodziłem zdrowe dziecko. Wspólnie sięgniemy po koronę, najdroższa. Stworzymy miejsce dla naszej Alexandriny Victorii. Sprawimy, że wszyscy pochylą głowy przed nią… i przed nami. Przed nami.
Victoire trzymała jego rozpaloną dłoń i rozpaczliwie starała się w to uwierzyć. Lecz jeśli gorączka i upuszczanie krwi wycieńczyły Edwarda do cna, to ją w równym stopniu wycieńczył strach. Cała wiara, jaką zdołała w sobie wzbudzić, nie wypełniała nawet najdrobniejszej cząstki tej pustki.
– Minie trochę czasu, zanim wyzdrowieję – ciągnął. – W międzyczasie możesz polegać na Conroyu. Jest przy mnie od tylu lat. Ufam mu bezgranicznie.
– Tak, najdroższy.
Pragnęła, by przestał mówić. Był taki słaby. Rozmowa mu nie służyła. Lecz nie miała odwagi mu tego powiedzieć.
– I nie pozwól im zabrać naszej córki. – Im, czyli jego rodzinie. Obłąkanemu ojcu, groteskowej matce, zgorzkniałym niezamężnym siostrom, a nade wszystko chciwym braciom. – Na pewno spróbują to uczynić, lecz zależy im wyłącznie na tym, by obrócić ją przeciwko nam i wykorzystać do własnych celów. Musisz trzymać ją przy sobie.
– Nie będą mieli szansy. – Chciała nadać swoim słowom lekkość, lecz głos jej się załamał. – Zresztą zdążysz wyzdrowieć, nim się na to poważą.
– Tak, tak. Przecież ci obiecałem, prawda? – Jego powieki zatrzepotały i opadły.
Doktor Maton wrócił i z wielką ostrożnością obszedł ją dookoła – była w końcu księżną, więc nie można jej było po prostu odepchnąć łokciem. Stanął po drugiej stronie łóżka, między Edwardem a ścianą, uniósł jego nadgarstek i wlepił wzrok w zegarek.
W piersi Victoire wezbrała nowa fala lęku. Jej mąż słabł z każdą godziną, a doktor Maton był ostatnią nadzieją, jaka im pozostała. Niemal nie odstępował łoża chorego, zmagając się z uporczywą gorączką za pomocą noży, baniek i pijawek – niestrudzony, drobiazgowy, pewny swych metod. Księżna starała się patrzeć na niego z wiarą, że zdoła pokonać chorobę.
Musi ją przezwyciężyć. Był ich ostatnią deską ratunku.
– Cóż – odezwał się cicho medyk. – Cóż. Gorączka się wzmogła. Tak. Sądzę, że możemy upuścić mu jeszcze nieco krwi.
– Upuścić krwi? – wyszeptała, zawstydzona własną słabością, irracjonalnością. – Przecież nic mu już nie zostało.
Po spojrzeniu doktora Matona poznała, że odezwała się po niemiecku. Nie potrafiła jednak zebrać myśli, by przejść na angielski.
– Wasza Książęca Mość. – Conroy wysunął się z cienia. – Musimy posłuchać lekarza.
Doktor Maton spojrzał na niego z wyraźnym niepokojem. Być może obawiał się, że księżna oszalała z rozpaczy i plecie niedorzeczności.
Dłoń Edwarda drgnęła w jej uścisku. Oczy znów się otworzyły.
– Edwardzie? – zawołała.
– Wasza Książęca Mość? – Lekarz pochylił się nad nim. – Musimy obniżyć gorączkę! Muszę ponownie upuścić panu krwi.
Edward przesunął językiem po wargach, próbując je zwilżyć. Victoire chwyciła ściereczkę, ponownie ją wypłukała i przyłożyła mu do ust.
Książę zamknął oczy. Przełknął. Victoire poczuła, że jej serce trzeszczy jak lód tuż przed pęknięciem.
– Niech tak będzie – odparł Edward po angielsku. A gdy otworzył oczy, ujrzała w nich dawną iskrę. Serce pisnęło z nadziei, a ból okazał się jeszcze gorszy niż rozpacz.
– Conroy – wyszeptał Edward. – Conroy, zaopiekuj się moją żoną i córką.
– Oczywiście, sir. – Ukłonił się krótko, po żołniersku.
A potem książę dodał po niemiecku:
– Nie bój się, najdroższa. Wciąż jestem silny. Maton wyciśnie ze mnie tę gorączkę. – Jego palce znów splotły się z palcami żony. – Wtedy im pokażemy. Ty, ja i nasza córka. Pokażemy im prawdziwą królową, a oni padną przed nią na kolana.
Pałac Kensington Lipiec 1835
– Nie zostawaj w tyle, Jane!
– Staram się! – jęknęła Jane Conroy, siedząc chwiejnie na Smokey, swojej pulchnej klaczy. Księżniczka zdążyła ją już odsadzić o całą długość.
– Dzień taki piękny! – Nie dawała za wygraną Victoria, choć wiatr szarpał połami jej sukni i rondem kapelusza. Chłodne powietrze pachniało sadzą, błotem i deszczem. Pod koniec lipca powinno być gorąco i sucho, tymczasem od trzech dni lało bez przerwy. W rezultacie Victoria siedziała zamknięta w pałacowych murach. Nie zamierzała zmarnować tego przejaśnienia, jakkolwiek krótkie by się okazało. – Nie masz ochoty pogalopować?
– Nie wolno, Wasza Wysokość. – Hornsby, ich stajenny, wyglądał na śmiertelnie przerażonego. – Matka panienki nigdy by na to nie pozwoliła.
Jakbym o tym nie wiedziała.
Ale Mama była w pałacu, a Victoria (oraz Jane i Hornsby) – w ogrodach. Minęli już alejki i starannie przystrzyżone żywopłoty. Okrągły staw z gęgającymi gęsiami i podejrzliwymi łabędziami również zostawili daleko w tyle. Przed nimi rozciągał się kobierzec trawy i łagodnych pagórków, aż po bramę oddzielającą teren pałacu od parku.
Prince wyczuwał zniecierpliwienie dziewczynki. Poruszył się pod nią, jakby na znak, że i on ma ochotę puścić się galopem.
Jane odchyliła głowę i spojrzała na ciężkie, szare chmury zasnuwające niebo. Po grymasie, który wykrzywił jej twarz, można by sądzić, że lada chwila spadną i ją uduszą. Tymczasem pojedyncza kropla deszczu trafiła ją prosto w oko.
– Aua! Ojej!
Victoria spuściła głowę, z trudem powstrzymując uśmiech.
– Nie możemy – mruknęła Jane, wycierając oczy. – Ojciec będzie się gniewał. Obiecałam, że przywiozę cię z powrotem, jak tylko zbierze się na deszcz!
I rzeczywiście tak było. Ta obietnica w połączeniu z ponurą obecnością Jane były jedynym powodem, dla którego Victorii pozwolono na konną przejażdżkę.
Była to jawna niesprawiedliwość, ale też element „systemu kensingtońskiego”, który regulował każdy najdrobniejszy aspekt życia Victorii. Ów system wymagał, by każda minuta jej dnia była zaplanowana – i, co gorsza, nie pozwalał jej zostać ani na chwilę samej. Jeśli więc Mama nie mogła opuścić pałacu, Victoria musiała zabrać ze sobą Jane albo pozostać w jego murach.
Starała się nie okazać zniecierpliwienia. Grzecznie zniosła układanie fryzury i ubieranie. Odbębniła lekcje geografii, historii, kaligrafii i muzyki (ta ostatnia nie była dla niej żadną udręką). W milczeniu patrzyła, jak Mama przegląda jej dziennik i książki, a później egzaminuje nauczycieli z taką samą pieczołowitością, z jaką oni egzaminowali jej Victorię.
Po sprawdzeniu dziennika Mama udała się na naradę z Sir Johnem – w sprawie jednego z rozlicznych objazdów północnych hrabstw zaplanowanego na wrzesień.
W efekcie Victoria zyskała cenne dziesięć minut bez żadnego zajęcia, pod czujnym okiem lady Flory Hastings i guwernantki księżniczki, Louise Lehzen.
A także, rzecz jasna, Jane Conroy. Jane siedziała ponuro w fotelu z robótką na kolanach i zeszytem ćwiczeń obok. Nie radziła sobie z jazdą konną, wyszywaniem, graniem na instrumentach, rysowaniem czy malowaniem. Żadnym z niekończących się poleceń ojca.
Victoria próbowała wzbudzić w sobie choć odrobinę współczucia dla Jane, która nie miała najmniejszej ochoty tu być – podobnie jak księżniczka nie miała ochoty na jej obecność. A jednak była tu. Dziś i każdego innego dnia.
Victoria stanęła przy oknie, trzymając na rękach spaniela Dasha. Spojrzała na ogrody – a raczej próbowała spojrzeć. Widok przesłaniały smugi brudu. Gdy miała sześć lat, zapytano ją, co chciałaby dostać na urodziny. Odpowiedziała, że chciałaby, aby umyto okna. Pamiętała zdumione twarze dorosłych i ich nerwowy śmiech. Nic z tego jednak nie wynikło. Otrzymała lalki, książki i emaliowaną broszkę zamiast tego, czego naprawdę pragnęła.
Światło słoneczne – gdy w ogóle się pojawiało – wciąż było przytłumione przez warstwę sadzy i kurzu. Widok – niemal całkowicie rozmazany – przybierał postać rozmytych zieleni i szarości, przez co cały apartament wydawał się posępny nawet w najpogodniejsze dni.
Nawet Dash wiedział, że to nie w porządku. Skamlał cicho i drapał łapą w szybę.
Ty też chcesz wyjść, prawda? Pocałowała go w czubek głowy.
Pałac Kensington w istocie był pałacem. Ogromnym, pełnym rzadkich i cennych przedmiotów, zamieszkanym przez zmieniający się orszak członków rodziny królewskiej. Było jednak również prawdą, że drzwi skrzypiały i zacinały się, myszy podgryzały brzegi kosztownych dywanów, a wilgoć nadymała iluzjonistyczne malowidła zdobiące królewskie schody, aż twarze namalowanych postaci pękały i wybrzuszały się.
Mama opowiadała, że gdy przyjechali tu po raz pierwszy, w ich pokojach rosły grzyby. Jako małe dziecko Victoria była tą myślą zachwycona – kojarzyła jej się baśniowo. Szukała grzybów po kątach, lecz znajdowała jedynie cienie, pająki i rozkwitające plamy czarnej pleśni.
– Nie daj się zwieść, Victorio – powtarzała Mama (niestrudzenie). – Mieszkamy w tej obskurnej norze, ponieważ rodzina twojego ojca mnie nienawidzi, a nienawidzi mnie dlatego, że nie pozwalam im dobrać się do ciebie. Nigdy nie zostaniesz ich zakładnicą ani zabawką, biegającą z ich bękartami i poplecznikami, aż zepsują cię do reszty, na swoje podobieństwo.
– Dość – mruknęła Victoria do siebie.
Nie mogła – nie zamierzała – stać tu dłużej, czekając na kolejne polecenie, rozkaz, wskazówkę.
Szybko przytuliła Dasha, po czym zwróciła się do osób zgromadzonych w pokoju.
– Wybiorę się na konną przejażdżkę – oświadczyła. – Prince potrzebuje ruchu.
– W taką pogodę absolutnie nie ma mowy, panienko! – Lady Flora zareagowała z takim oburzeniem, jakby Victoria zasugerowała, że zatańczy w ogrodach nago. – Niech Wasza Wysokość nawet o tym nie myśli!
Jane Conroy skrzywiła się niechętnie.
– Będzie padać.
– Najwcześniej za parę godzin – odparła Victoria, jakby mogła to sprawić samą mocą swoich słów.
– Może pójdę porozmawiać z księżną? – zaproponowała Lehzen.
Victoria wyobraziła sobie, jak mówi: Jest zajęta rozmową z Sir Johnem. Pojadę tylko na chwilę. A potem przeszłaby do garderoby, kazała pokojówce przynieść strój do jazdy, poleciła stajennemu osiodłać Prince’a i przyprowadzić go na dziedziniec. Tak postąpiłaby każda inna młoda kobieta. Bo one mogły się poruszać bez cudzego pozwolenia i prowadzącej je dłoni.
Dłoni, która je powstrzymuje. Dłoni, która nie pozwala im dokądkolwiek pójść.
Żadna z tych młodych kobiet nie była jednak księżniczką Victorią, następczynią tronu Wielkiej Brytanii. Gdyby opuściła pokoje bez zgody Mamy, rozpętałaby się awantura, a księżniczka zostałaby zamknięta w buduarze na wiele dni.
Sir John i ja tylko próbujemy cię chronić.
– Nie fatyguj się, Lehzen. Sama pójdę.
– Czym Lehzen ma się nie fatygować?
Victoria drgnęła bezwiednie. Mama wróciła.
Victoire, księżna Kentu – Mama – była kobietą wysoką i elegancką. Jak to możliwe, że mam taką niską, pulchną córeczkę, hm? To zapewne wpływ krwi twojego ojca. Jej ciemne włosy opadały w dramatycznych lokach, znacznie gęstszych niż jasne włosy Victorii. Siedź spokojnie, Victorio. Ludzie nie mogą cię oglądać z włosami rozpuszczonymi jak u dzikuski. Co by sobie pomyśleli? Miała szeroko osadzone oczy, które jednym spojrzeniem potrafiły objąć całe pomieszczenie – lub człowieka. Pilnuj się, Victorio. Jeśli dziekan zobaczy, że bujasz w obłokach, co sobie pomyśli?
Dash wiercił się w ramionach Victorii, więc odstawiła go na podłogę. Od razu pobiegł do swojego kosza i wślizgnął się pod koc, jakby wyczuwał nadchodzącą burzę.
– Dlaczego wciąż sterczysz przy oknie, Victorio? – Głos Mamy potrafił w sobie łączyć znużenie i gniew; był to jej największy talent. – Natychmiast stamtąd odejdź. Ile razy powtarzałam, żebyś się tam nie kręciła? A gdyby ktoś na drodze zatrzymał się, by na ciebie spojrzeć? Co by sobie pomyślał?
– Na przykład, że sprawdzam, czy pogoda jest odpowiednia na przejażdżkę – odparła Victoria. – Prince potrzebuje ruchu, a ja skończyłam pisać dziennik i listy.
A także uporałam się z lekcjami, fortepianem…
– Nie, Victorio – odparła krótko Mama. – Na dworze jest paskudnie. A co jeśli przemokniesz i się przeziębisz? Zresztą musimy cię przygotować do kolacji. Zwłaszcza książę Liechtensteinu powinien cię poznać z jak najlepszej strony. Wiesz, że doniesie o twoim zachowaniu…
– Przejadę się tylko po ogrodach – powiedziała Victoria. – Nie zajmie mi to więcej niż godzinę. Do tego czasu na pewno nie zacznie padać. Wrócę wystarczająco wcześnie, żebyś mogła mnie przepytać przed kolacją.
Znowu.
– Powiedziałam nie, Victorio. A teraz chodź tu do mnie.
Mama wyciągnęła rękę. Zgodnie z systemem kensingtońskim Victoria nie mogła chodzić nigdzie sama. Zwłaszcza po schodach. Trzeba ją było asekurować. Prowadzić. Kierować nią, pouczać i wydawać polecenia.
Tyle że przez okrągłe trzy dni siedziała zamknięta w murach pałacu z powodu deszczu, a to mogła być jej jedyna okazja, by zaczerpnąć świeżego powietrza.
– Pojeżdżę konno, Mamo. Nie zostanę tu tylko po to, żebyś po raz setny kazała mi recytować nazwiska i historie twoich gości.
Mama nachyliła się i chwyciła Victorię za podbródek silnymi, białymi palcami.
– Wiem, co knujesz. – Miała gorący oddech, pachnący winem Madera i lukrecją. – Stoisz tu bezczynnie, gapisz się przez okno i użalasz nad sobą. Oczerniasz matkę przed guwernantką, damami dworu i swoją przyjaciółką.
– Jane nie jest moją przyjaciółką – wycedziła Victoria przez zaciśnięte zęby. Mama ściskała ją boleśnie. Powinnam stać nieruchomo.
Nie zamierzam.
– Jane przychodzi tu, bo Sir John ją do tego zmusza, a ty mu na to pozwalasz – dodała ostro. – To nie w porządku. Nigdy nie traktowałabym nikogo z mojej rodziny w ten sposób!
Uścisk mamy jeszcze się wzmógł. Dash wysunął nos spod koca i zaszczekał.
– Ostrzegałam, Wasza Wysokość – mruknęła pod nosem Lehzen.
Głowa Mamy gwałtownie się uniosła. Uścisk osłabł. Victoria wyszarpnęła brodę. Dash wyskoczył z kosza i przybiegł do niej.
– Coś ty powiedziała, Lehzen?
– Proszę mi wybaczyć – odparła guwernantka, unosząc podbródek, jakby sama była księżną, a nie córką pruskiego nauczyciela. Ta jej postawa nieustannie doprowadzała Mamę do szału. – Po prostu uprzedzałam już Jej Wysokość, iż przejażdżka w taką pogodę byłaby nierozsądna.
– A ja doceniam twoje rady w kwestii zdrowia i bezpieczeństwa mojego dziecka! – Słowa Mamy ociekały protekcjonalnością i podejrzliwością. – Możesz twierdzić, że ją ostrzegałaś, ale ja znam twoje metody. Pewnie sama podsunęłaś jej ten pomysł!
– To nie był pomysł Lehzen! – krzyknęła Victoria, a Dash przywarł do jej łydki. – Nie zrzucisz na nią winy!
– A cóż tu się dzieje?
Do pokoju wparował Sir John. Jane rozejrzała się w panice, próbując ustalić, czego nie powinna była robić. Mama natomiast przybrała pozę teatralnej ulgi.
– Victoria uparła się, żeby jeździć konno!
Mówisz to takim tonem, jakbym co najmniej planowała podpalić stajnie.
– Od pół godziny nie daje mi spokoju!
– Powiedziałam, że jazda przy tak paskudnej pogodzie nie będzie możliwa, Sir Johnie – odezwała się Lehzen. – Ale uparła się, że pojedzie z pańską córką.
Naturalnie Lehzen nie powinna kłamać – Mamie ani Sir Johnowi. A jednak to zrobiła. Wplątanie Jane w całą tę historię sprawiło, że na twarzy Sir Johna pojawił się uśmiech. Jego oczy były olśniewająco błękitne i zdradzały każdą myśl, która przelatywała mu przez głowę. A raczej potrafił sprawić, by ludzie w to wierzyli. To z kolei budziło zaufanie u osób wszelkich stanów: jedni sądzili, że jest szczery, inni – że potrafią go przechytrzyć.
Ani jedno, ani drugie nie było prawdą. Victoria obserwowała go i wiedziała lepiej. Gdy nie czarował, jego jasne oczy mierzyły rozmówcę badawczym spojrzeniem w poszukiwaniu słabości, które mógłby obnażyć. Jego z pozoru swobodny uśmiech był w istocie wyrazem samozadowolenia. Przyprawiał Victorię o dreszcz znacznie gorszy niż jego gniew.
– Cóż, nie widzę w tym pomyśle nic złego, jeśli Jej Wysokość pojedzie z Jane. – Spojrzał na córkę, szczerząc zęby w uśmiechu. – Dopilnujesz, byście wróciły, gdy tylko zacznie się zbierać na deszcz, prawda, Jane?
Miała taką miną, jakby wolała zostać zesłana na Hebrydy Zewnętrzne niż ze mną jechać. Podniosła się jednak z krzesła, wbijając wzrok w podłogę.
– Tak, Ojcze – wymamrotała.
Dash zawarczał. Sir John gwałtownie odwrócił głowę. Spaniel zaszczekał. Ku przerażeniu Victorii zarządca cofnął stopę – tylko odrobinę, ale wystarczająco, by wymierzyć jej pupilowi kopniaka.
Z bijącym sercem porwała Dasha w ramiona. Sir John jakby się zreflektował, a nawet do niej uśmiechnął.
– Tak, sądzę, że przejażdżka z Jane przyniesie same korzyści – stwierdził.
Udawał, że nic się nie stało. Ale Victoria widziała, co zrobił i nie zamierzała mu tego puścić płazem.
Ale to wszystko było wcześniej. Teraz była w ogrodach, na świeżym powietrzu. Prince kłusował sprężyście po rozległej pałacowej murawie. Pies szczekał radośnie i obwąchiwał trawę, zbyt bystry, by wpaść pod końskie kopyta. Kropla deszczu uderzyła w grzbiet osłoniętej rękawiczką dłoni Victorii. Kolejna pacnęła Prince’a w głowę, aż potrząsnął uszami.
– Musimy wracać – jęknęła Jane. – Ojciec będzie wściekły, że wyszłyśmy na tak długo.
Twój Ojciec może i tak – pomyślała Victoria. – Za to mój był wybornym jeźdźcem. Uwielbiałby nasze wspólne przejażdżki.
Jej Ojciec zmarł od przeziębienia, którego nabawił się podczas deszczu. Kolejna kropla – a potem następna – trafiła w kapelusz Victorii. Słyszała tę historię tysiąc razy. Setki tysięcy. Z czasem przybrała ona formę katechizmu – tyle że zamiast zbawiać duszę, miała ją trzymać w ryzach lęku, zamkniętą w czterech ścianach, ilekroć chmurzyło się niebo.
Na myśl o tych wszystkich zakazach straciła resztki cierpliwości.
Prince parsknął, a ona – jakby w odpowiedzi na sygnał do startu – klepnęła go palcatem w nakrapiany zad. Wałach położył uszy po sobie i wyrwał naprzód.
– Panienko, nie! – krzyknęła Jane.
– Wasza Wysokość! – zawył Hornsby.
Ale było już za późno. Prince był szybki jak strzała; Victoria mogłaby pędzić na jego grzbiecie aż na kraniec świata. Czemużby nie? – Odsłoniła zęby w uśmiechu, jakby rzucała im wszystkim wyznanie: niech no tylko spróbują ją złapać. – Dlaczego miałabym się powstrzymywać?
Bramy były zamknięte, ale mur stanowił raczej sugestię niż prawdziwą granicę między terenem pałacu a parkiem (co Mama nieustannie uświadamiała Victorii, by wzbudzić w niej jeszcze większy lęk). Victoria mogła go przeskoczyć. Prince poradziłby sobie bez trudu. Poszybowałby nad murem i wylądował po drugiej stronie. Dash prześlizgnąłby się pod bramą. Wspólnie ruszyliby ku drodze dla powozów.
Wiatr świszczał księżniczce w uszach – przenikliwy, upajający. Victoria pochyliła się nisko nad szyją Prince’a, zbierając wodze dłońmi w rękawiczkach. Zaśmiała się. Bo nie mogli jej zatrzymać. Nie mogli jej nawet dogonić. Na pewno nie ta biedna, ponura Jane ani Hornsby o skwaszonej twarzy. Zostawi ich za sobą – razem z resztą tego nędznego dnia.
Galop wypełnił wszystkie jej zmysły: pęd świata wirującego wokół niej; tętent kopyt Prince’a, bijące od niego ciepło i życie; wysiłek potrzebny, by utrzymać równowagę w siodle, by się nie potknąć, by nie stracić panowania nad wodzami; konieczność czujnego wypatrywania króliczych nor i kretowisk.
Wolność.
Kapelusz spadł z głowy Victorii i trzymał się już tylko na wstążkach. Włosy rozplotły się i spływały kaskadą po plecach. Deszcz bębnił o skórę głowy. Jane, Sir John, Mama, pałac, system, przeklęta kolacja – wszystko zostało daleko w tyle. Nikt nie mógł się oburzyć na jej odkrytą głowę.
Wolność!
Deszcz szczypał ją w twarz i oczy, lecz nie ściągnęła lejców. Skoro Prince’owi nie przeszkadzała odrobina deszczu, czemu miałaby przeszkadzać jej? Krzyknęła z czystej radości i znów musnęła bok wałacha palcatem. Niech tylko spróbują ją dogonić. Prince ich wszystkich prześcignie. Poniesie ją daleko stąd.
Z dala od Mamy i jej pouczeń, uszczypnięć i łez.
Z dala od Sir Johna Conroya, jego krzyków, kazań i żądań, by bez sprzeciwu podporządkowała się jego systemowi.
Z dala od Jane – ich bezwolnego, niechętnego szpiega.
Wspięli się na wzniesienie. Prince oddychał coraz ciężej; ziemia pod końskimi kopytami była śliska od deszczu. Dash szczekał gdzieś z tyłu, sygnalizując, że wkrótce ich dogoni. Zbocze przed nimi było strome. Victoria ściągnęła wodze, by wyhamować Prince’a, czując, jak wzbiera w niej rozczarowanie. Pragnienie ucieczki nie było jednak warte ryzyka – złamania nogi, skręcenia karku…
Nagle Prince się spłoszył.
Koń zarżał przeraźliwie. Victoria krzyknęła. Świat zawirował i zwalił jej się na głowę. Przez chwilę widziała tylko migoczące gwiazdy, oszołomiona falą bólu, który przetoczył się przez jej czaszkę i kości. Nic nie widziała. Nie mogła nawet oddychać.
Potem, bardzo powoli, dotarło do niej, że leży na plecach. Na zboczu wzgórza. W mokrej trawie. Lodowaty deszcz wlewał jej się do oczu i nosa. Dash szczekał w rozpaczliwym przerażeniu, lecz dźwięk ten zdawał się dochodzić z bardzo daleka.
Victoria zakaszlała i przekręciła się, próbując się podnieść – może wtedy ucichnie to dzwonienie, które wypełniało jej uszy?
Lecz wtedy odkryła, że patrzy na nieboszczyka.
1 Pinta – dawna angielska jednostka miary objętości; w XIX-wiecznej Anglii odpowiadała ok. 0,57 litra.
2 Galon – dawna angielska miara objętości (ok. 4,5 l).
Tytuł oryginału:
THE HEIR
Copyright © 2025 by Darcie Wilde
First published by Kensington Publishing Corp. All Rights reserved
Polish edition copyright © 2026 Agencja Wydawniczo-Reklamowa
Skarpa Warszawska Sp. z o. o.
Polish translation copyright © 2026 Grażyna Woźniak
Tłumaczenie
Grażyna Woźniak
Redakcja
Magdalena Chrobok
Korekta
Agata Jagiełło
Projekt graficzny okładki
Joanna & Grzegorz Japoł – LUNA Design Studio
Skład i łamanie wersji do druku
Łukasz Slotorsz
Wydanie pierwsze
ISBN: 9788384303092
Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.
WYDAWCA
Agencja Wydawniczo-Reklamowa
Skarpa Warszawska Sp. z o.o.
ul. K.K. Baczyńskiego 1 lok. 2
00-036 Warszawa
tel. 22 416 15 81
www.skarpawarszawska.pl
@skarpawarszawska
Przygotowanie wersji elektronicznej
Okładka
Strona tytułowa
Od autorki
O imionach
Prolog
Rozdział 1
Przypisy
Strona redakcyjna
Spis treści
Dedykacja
