Dziedzictwo Smoczej Krwi - Adam Lamczyk - ebook

Dziedzictwo Smoczej Krwi ebook

Adam Lamczyk

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Uczucie piasku pod stopami. Zapach wyprawionej skóry, szmer metalowych pierścieni pancerza. Odgłos stali uderzającej o stal i ogłuszający wrzask tłumu. Półmrok rozświetlany tylko blaskiem świec. Dotyk starej oprawy księgi pod palcami. Pergaminy tak delikatne, że kruszą się przy najdrobniejszym ruchu. Sekrety, tajemnice, zapomniane historie. Spojrzenie istot tak strasznych, że nikt przy zdrowych zmysłach nie odważyłby się przed nimi stanąć.

Ragros pamięta to wszystko. Niewolnik, gladiator, banita, zdrajca, demonolog. Był nimi wszystkimi, a mimo to wciąż brnie dalej. To dążenie do kolejnego celu, to mrowienie pod skórą, krążące po całym ciele, ponaglające do podejmowania coraz trudniejszych wyzwań. Przymus dążenia do wielkości i chwały — to zaklęte w jego żyłach dziedzictwo smoczej krwi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 319

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Prolog

Szkarłatny blask dogasającego słońca barwił kamienne ściany zigguratów na kolor ognia. Płomienie tańczyły na rdzawych plamach krwi, które wgryzły się w strukturę ołtarzy ofiarnych. Zbliżała się noc z pozoru taka jak pozostałe, tylko nieliczni wiedzieli, że dziś nastąpi ważne wydarzenie: zbliżała się bowiem Godzina Przyjścia. Narodzić się miał potomek Wielkiego Pana. Miasto Świątyń było wyludnione i choć większość mieszkańców nie zdawała sobie sprawy z tego, co ma się wydarzyć, podporządkowali się nakazom Rady.

Główne trakty patrolowane były przez elitarną Straż Świątynną.

Dwumetrowa sylwetka, błękitne łuski i kostny kołnierz na głowie świadczyły jednoznacznie o przynależności do Ts’rukh. Każdy ze strażników nosił pozłacany napierśnik, choć ich łuski były wystarczająco twarde, żeby odeprzeć większość ataków. Miedziane tabliczki z runicznymi symbolami i słowami przytwierdzone były do żuchwy za pomocą stalowych pierścieni. W dłoniach ozdobionych złotymi obręczami dzierżyli ogromne halabardy. Ich zadaniem tego wieczoru było, poza ochroną świątynnego kompleksu, wyłapywanie wszystkich, którzy nie dostosowali się do poleceń rządzących i przebywali poza domami. Zmobilizowano całą Straż Świątynną. Ponad sześć tysięcy ostrzy. Wszystkich złapanych zamykano w lochach, a stawiających opór ścinano na miejscu. Kiedy słońce zniknęło za horyzontem, przez wszystkie kaplice przetoczył się ogłuszający dźwięk trąb. Głównym traktem nadciągał pochód zmierzający do świątyni Boga Smoka poświęconej Szmaragdowookiemu Tyranowi. Dziewięć istot. Zakrzywione pazury na rękach i nogach, ciała pokryte zielono-brązowymi łuskami, wijące się ogony i pełne ostrych zębów paszcze, ponad którymi falowały błoniaste kołnierze, świadczyły o tym, że były one drakodianami, humanoidalnymi gadami. W środku pochodu kroczyła bogato przyozdobiona przedstawicielka tej rasy. Już na pierwszy rzut oka widać było, że owa samica nie jest zwykłym drakodianinem. Przewyższała pozostałych o ponad pół metra, jej kołnierz biegł aż do połowy pleców i miał nietypowy dla tej płci czerwony kolor. Również jasnozielona barwa oczu wyróżniała samicę spośród jej żółtookich pobratymców. Doskonale umięśnione ciało Arcykapłanki świadczyło o jej wielkiej sile i krzepkości. Najdziwniejsze były jednak łuski – większe niż u innych, miały niespotykany, granatowy kolor. Nosiła czerwono-złotą szatę przepasaną czarną szarfą. Wiszący na jej szyi amulet wieńczył doskonale oszlifowany szafir. W szponiastym ręku trzymała zakończony gadzią czaszką kostur.

Grupa przemierzała miasto szybkim krokiem i po kilku klepsydrach zatrzymała się przed główną świątynią. Przez chwilę Arcy- czarownica modliła się cicho, po czym zaczęła się wspinać na szczyt ogromnej budowli, a reszta pochodu ruszyła za nią. Świątynia Boga Smoka była wielkim zigguratem zbudowanym u podnóża góry. Część kompleksu znajdowała się w głębokich jaskiniach, przez co bazylika wyglądała, jakby wyrastała ze wzniesienia. Wejścia pilnowało czterech świętych strażników, którzy widząc zbliżającą się kapłankę, przyklękli i pochylili głowy. Przywódczyni grupy wyszeptała kilka cichych słów błogosławieństwa, po czym weszła do świątyni. Bogato zdobione figury i płaskorzeźby wypełniające wnętrza zostały wykonane przez mistrzów rzemieślników. Pochód przemierzał szerokie korytarze, kierując się do Kaplicy Objawień mieszczącej się w samym sercu góry. Kiedy przeszli przez masywne, wzmacniane stalą i adamantytem wrota, znaleźli się w ogromnej jaskini, której wnętrze jaśniało zgniłozielonym blaskiem pochodni, a powietrze przesycone było zapachem stęchlizny i rozkładających się ciał.

Środkową część pomieszczenia zajmowało jezioro bulgoczącej cieczy, nad którym unosiła się chmura oparów. Z pięciu brzegów wznosiły się kamienne stopnie, które łączyły się w ołtarz ozdobiony fioletowym żyłkowaniem.

Całość kamiennej płyty pokrywały tajemnicze symbole, runy i litery jakiejś starożytnej rasy. Na sklepieniu groty tuż nad ołtarzem widniało przepiękne malowidło przedstawiające walczące ze sobą czarne i złote smoki. Dookoła sadzawki palące się świece tworzyły kształt pentagramu. W miejscach wskazywanych przez ramiona pięcioramiennej gwiazdy znajdowały się zamknięte kamienne drzwi. Górne ramię pentagramu zwrócone było w kierunku wielkich, masywnych, pozłacanych i inkrustowanych klejnotami wrót stanowiących wejście do prywatnych komnat Arcyczarownicy.

Kiedy pochód zatrzymał się nad jeziorem, do kapłanki podszedł stary samiec w podniszczonej zbroi płytowej z naramiennikami w kształcie czaszek i wielkim wyszczerbionym mieczem przytroczonym do pleców. Odezwał się niskim syczącym głosem:

– Jesteś gotowa, Wybrana?

Samica kiwnęła od niechcenia głową, okazując w ten sposób pogardę obecnym w sanktuarium samcom, po czym wstąpiła na wyłożone zieloną tkaniną schody prowadzące do ołtarza. Za nią podążyło pozostałych pięć czarownic. Weszły one na każde z pięciu ramion gwiazdy, na których szczycie znajdowały się małe podesty łączące się z głównym ołtarzem. W każdym z nich widniały otwory, do których samice włożyły niesione ze sobą rubiny. Najwyższa Czarownica pogładziła delikatnie, niemal z matczyną czułością wiszący na jej szyi szafir, po czym położyła się na ołtarzu i pozwoliła przykuć solidnymi stalowymi łańcuchami. Łączyła je mała złota obręcz, wewnątrz której Arcyczarownica umieściła odczepiony od amuletu szafir będący tak naprawdę bramą dla Iskry Życia. Kiwnięciem głowy nakazała rozpocząć od dawna przygotowywaną ceremonię.

Do stojącego na brzegu sadzawki starego samca podszedł Strażnik Kaplicy uzbrojony w halabardę, ciężką kuszę i szeroki miecz z zadziorami oraz stalową tarczę. Obrona sanktuarium była trudnym zadaniem, ale także olbrzymim zaszczytem, dlatego też na to stanowisko wybierano najlepszych spośród Ts’rukh.

– Wodzu, powinniśmy opuścić kaplicę.  

Czerwone Oko odwrócił głowę w stronę templariusza. Dopiero teraz widać było, że jedno oko wodza zostało zastąpione rubinem, od którego pochodziło jego imię. Samiec skinął głową, po czym opuścił sanktuarium, a gwardziści kaplicy zamknęli i zapieczętowali wrota.

Z wnętrza słychać było tylko ciche głosy czarownic wypowiadających niezrozumiałe słowa zaklęć.

***

Poranek był słoneczny, lecz chłodny. Większość niewolników pracowała nad wznoszeniem murów Świętego Miasta już od pierwszego promienia słońca. Nadzorcy skwapliwie pilnowali, czy plany budowy są dokładnie wykonywane, okładając przy tym mniej pracowitych służących kolczastymi łańcuchami. Wódz Czerwone Oko przystanął na chwilę i z zainteresowaniem patrzył na mrowie sług uwijających się przy pracy. Główny strażnik, widząc go, schylił głowę w geście szacunku dla starego samca, który ruszył w stronę wschodniej części miasta, leżącej bezpośrednio pod ścianą gór.

Swój wielki miecz zostawił w leżu, jako że nie spodziewał się żadnej walki w samym sercu Miasta Świątyń, a poza tym tak ciężki kawał stali mógłby przypadkowo uszkodzić wysadzaną szmaragdami szkatułę niesioną przez niego w szponiastych łapach. Gdyby coś stało się z jej zawartością, zostałby powieszony pomimo swojej pozycji. Minąwszy główny plac, wszedł między domy, a potem bocznymi uliczkami poszedł do opuszczonej od dawna królewskiej części miasta. Ogromne pałace, pradawne świątynie ze wspaniałymi pomnikami i rzeźbami zostały porzucone, ponieważ w Świętym Mieście od czterech setek lat nie było władcy, a rządy sprawowała w jego imieniu Rada złożona z najwyżej postawionych urzędników i czarownic. Wczorajsza ceremonia miała to zmienić.

Na skraju małego placu za zniszczoną bramą rezydencji stał posąg przedstawiający siedzącego na tronie z brązu człowieka w misternie zdobionej zbroi płytowej. Czerwone Oko, minąwszy wyrwaną bramę, podszedł do porośniętej mchem ściany budynku i zaczął ją gładzić, szukając ukrytej szczeliny. Nagle usłyszał odgłos przesuwanego kamienia. Zrozumiał, że to budzący się strażnik. Powoli odwrócił się w stronę ożywionego tworu, a potem z zawieszonej na szyi sakwy wyciągnął oszlifowany onyks wielkości pięści, na którego krawędzi znajdował się niewidoczny dla oczu znak oznaczający sługę.

Golem przyglądał się klejnotowi przez dłuższą chwilę. Stał w bezruchu gotowy do zadania ciosu, po chwili odwrócił się i powolnym krokiem wrócił na swoje miejsce. Kiedy zasiadł z powrotem na tronie, rośliny i mech oplatające rezydencję rozstąpiły się, ukazując zarys tajnych drzwi.

W centralnej części na wysokości oczu drakodianina znajdowało się zagłębienie. Gdy włożył w nie onyks, rozległ się cichy odgłos otwierających się wrót. Czerwone Oko wszedł do środka bez strachu, lecz z wyraźnym szacunkiem. We wnętrzu panowały ciemności, nie paliła się żadna pochodnia, nie dochodziły tu promienie słońca. Jedyne światło padało z otwartych drzwi. Brak oświetlenia nie stanowił problemu dla starego samca, gdyż dzięki swojemu sztucznemu oku dostrzegał nawet najdrobniejsze szczegóły otoczenia.

Znajdował się w wielkiej izbie wypełnionej przedmiotami typowymi dla wysokiego urzędnika. Tuż obok miejsca, w którym stał, były drzwi do pokoi służby oraz ochrony, natomiast z przedsionka przechodziło się do izby będącej kiedyś gabinetem. Wszystko stało na swoim miejscu nieruszane od lat, tak jakby dom czekał na powrót właścicieli.

Czerwone Oko przedostał się do znajdującej się na tyłach domu spiżarni, otworzył uchyloną w podłodze klapę i wskoczył do środka. Wszechogarniające ciemności nie powstrzymały samca, który zdecydowanym krokiem podszedł do zachodniej ściany. Tuż obok pustych beczek znajdowało się kolejne zagłębienie. Otworzywszy kolejne magiczne drzwi, wódz ruszył na spotkanie z Pierwszym. Kilka klepsydr później doszedł do rozległej groty z bogato zdobionym złotymi nićmi ołtarzem w środku.

Powoli, bardzo delikatnie położył szkatułkę na kamieniu, a potem podniósł jej wieko. Wnętrze wyłożone było czerwonym aksamitem, pośrodku którego leżały przypominające małą hybrydę człowieka i gada niemowlę oraz brosza z symbolem Thangalyii – Najwyższej Czarownicy i matki dziecka. Drakodianin położył na stole odpiętą od pasa sakwę z onyksami, ulubionymi klejnotami Pierwszego, bezpośredniego łącznika ze Szmaragdowookim Tyranem.

Z głębi groty dobiegł wodza stłumiony szmer, a chwilę później ukazały się świecące czerwienią oczy. Z mroku wyłonił się ciemniejszy niż najczarniejsza noc trzygłowy jaszczur. Smok odezwał się telepatycznie:

„Czy to jest jej dziecię?”

– Tak, Pierwszy.

„Czy jest silny?”

– Najsilniejszy ze wszystkich.

„Imię?”

– Ragnarotharnisarros.

„Ragros, bardzo ciekawe. Możesz odejść, przyjmuję go”.

Czerwone Oko pokłonił się z czcią, szybkim krokiem wyszedł z groty, a potem ciemnymi korytarzami przemieścił się w stronę wejścia do opuszczonej willi. Kiedy drakodianin zniknął, Lagrru podszedł bliżej do szkatułki, zniżył jeden ze swoich łbów i jeszcze raz przyjrzał się niemowlęciu. Używając wrodzonych umiejętności, przeobraził się w wysokiego, przystojnego mężczyznę z dobrze utrzymaną brodą i długimi do ramion czarnymi włosami. Miał na sobie granatową jedwabną koszulę, eleganckie spodnie w tym samym kolorze i skórzane wysokie buty. Wyciągnął niemowlę ze szkatułki, drugą ręką chwycił pozostawioną przez Czerwone Oko sakwę i podążył długim, wąskim korytarzem do swojego legowiska. Po chwili znalazł się w rozległej grocie wypełnionej po same brzegi klejnotami, kamieniami szlachetnymi i monetami. Jej środkową część zajmowały schody prowadzące do bogato zdobionego postumentu, na którym smok odpoczywał. Lagrru wysypał zawartość sakwy na najbliższy stos monet i nie zatrzymując się, podszedł do tylnej ściany. Przytknął dłoń do skały, wypowiadając kilka niezrozumiałych słów. Ściana nagle pokryła się runicznymi symbolami ułożonymi na kształt drzwi. Przejście wypełnione było błękitną półpłynną energią, w którą smok wszedł bez żadnych zahamowań. Znajdował się teraz w przeogromnej sali, której sufit i ściany ginęły we wszechobecnej mgle. W przezroczystych kolumnach leżały ogromne ilości klejnotów, a na kamiennej podłodze porozrzucane były monety wszelkiego rodzaju i rozmiaru. Lagrru w kilka chwil znalazł się na środku pomieszczenia. Cztery pary kamiennych schodów wznosiły się na wysokość trzech metrów, łącząc się tuż pod ogromną płytą skalną pokrytą mistycznymi symbolami, których znaczenia ani pochodzenia nie znał, pomimo że przeżył już na tym padole ponad czterysta lat. Pierwszy podniósł powoli oczy i popatrzył na swojego ojca.

Ogromna paszcza wypełniona ostrymi jak brzytwa zębami gwarantowała śmierć każdemu, kto by znalazł się w jej zasięgu. Łeb wieńczyła para ogromnych, poskręcanych rogów wygiętych na kształt litery S. Broda oraz tylna część głowy pokryte były licznymi guzami, wyrostkami i mniejszymi rogami, nad karkiem wznosił się błoniasty kołnierz koloru zielonoszarego. Potężne skrzydła ułożone były tak, aby przykrywać niemal całe ciało Odwiecznego, natomiast wystające z nich przednie łapy zakończone były potężnymi pazurami, w których znajdowały się kanały z niewyobrażalnie silną trucizną. Łuski wielkiego gada lśniły niezwykłą, nieblednącą, pochłaniającą wszelkie światło czernią.

Nagle zamknięte dotąd oczy otworzyły się i zwróciły w stronę stojącego u podnóża schodów syna. W wysoko uniesionych rękach trzymał nowo narodzonego potomka.

„Imię?” – zabrzmiało mentalne pytanie Pradawnego.

„Ragnarotharnisarros”.

„Ragros” – zawisło w powietrzu.

„Jestem usatysfakcjonowany, a teraz, Pierwszy, idź i wychowaj mojego syna tak, aby stał się potęgą, którą będę mógł kiedyś wykorzystać”.

Przemieniony w człowieka smok skłonił głowę, chwycił pewniej dziecko i szybkim krokiem podążył do wciąż otwartego portalu. Kiedy jego sylwetka zniknęła w strumieniu energii, Arcysmok przemówił do siebie:

– Już niedługo się pożegnamy, mój drogi Lagrru.

Rozdział 1

– Czy to jest on?

– Tak.

– Zatem czego ode mnie oczekujesz?

– Weźmiesz go ze sobą do Sorgirre, wychowasz na twardego wojownika, nie szczędząc przy tym sił i środków. Każda suma pieniędzy potrzebnych na jego utrzymanie zostanie ci natychmiast dostarczona. Ale pamiętaj, potrafię rozpoznać krętaczy, więc nie próbuj wyłudzać złota. Karć go i znieważaj przy każdej nadarzającej się okazji, poniżaj go, lecz wszystko w odpowiednich granicach. To go zahartuje i wzmocni. Możesz robić z nim, cokolwiek zechcesz, ale ma żyć i być zdrowy, a jeśli zobaczę, że brak mu choćby jednego palca, to będziesz żałował do końca swoich dni, że się wyklułeś z jaja!

Pan niewolników już zaczął obliczać zyski z posiadania kolejnego „podopiecznego”.

– Oczywiście, wszystko jest jasne – zapewnił zleceniodawcę.

– W takim razie szykuj się do drogi. Przydzielę ci ochronę, żebyś mógł spokojnie wrócić na szlak do tej twojej zapyziałej dziury.

Odziany w bogate złoto-turkusowe szaty tłusty drakodianin kiwnął tylko głową, chwycił cenną szkatułę z dzieckiem, po czym bijąc pokłony, wyszedł z komnaty audiencyjnej Pierwszego.

Przy wejściu do sali stało czterech strażników świątynnych. Ssablih przyjrzał się im ukradkiem. Wyrastający z nosa róg i rozszerzona czołowa część pyska pokryta licznymi guzami oraz brak błoniastego kołnierza świadczyły o tym, że należeli do Quanah, kasty wojowników specjalnie wyhodowanych i szkolonych do obrony Miasta Świątyń i klanowych wodzów.

Po opuszczeniu stolicy Ssablih nadal miał wrażenie, że jest obserwowany, lecz otaczająca go zbita masa drzew pozostawała nieprzenikniona i nic nie mąciło jej spokoju. Drakodianin odepchnął od siebie dziwne myśli i skupił się na szacowaniu wydatków, jakie będzie musiał poświęcić na nowy nabytek. Droga była długa i nużąca, nie działo się nic ciekawego. Nadzorca wątpił, żeby ktokolwiek chciał atakować jego karawanę ochranianą przez niewolników-gladiatorów i straż. Podróż na drugi koniec imperium zawsze była mozolna, a on śpieszył się, żeby przejąć swój interes od zarządcy. Zabrał ze sobą kilka służek zajmujących się niemowlęciem w jego prywatnym powozie.

Dalsza część drogi przebiegała pomyślnie i Ssablih dotarł do Sorgirre w wyznaczonym czasie. Jego dom był zbudowany z czerwonej cegły – wielka krwista bryła odpychała wyglądem, wnętrze zaś podzielone było na dwa światy. Na niższych poziomach mieszkała służba – pozbawiona wygód tłoczyła się we wspólnych izbach. Lochy przeznaczone były dla niewolników i gladiatorów pozamykanych w klatkach pod stałym nadzorem straży. Górne piętra domostwa zajmowały wypełnione przepychem, bogactwem prywatne kwatery Ssabliha, gdzie dywany, draperie, lampy oliwne emanowały dostojeństwem i rozmachem. Młody samiec, jako jedyny, posiadał imię, reszta określana była liczbami.

Jak to było powszechne wśród drakodian lepszych podras, dziecko rosło w zadziwiającym tempie, po kilku miesiącach potrafiło już samodzielnie chodzić i jeść. Gdy nowy niewolnik miał dwa lata, po obu stronach żuchwy przymocowano mu pierścieniami miedziane płytki. Na jednej widniał znak Ssabliha jako niepodważalny dowód, że to on jest właścicielem tego osobnika, druga zaś była pusta, co świadczyło o tym, że młody drakodianin jest niewolnikiem.

Po jakimś czasie dorównywał już wzrostem i parametrami dorosłym osobnikom i nadal rósł. Osiągnął też odpowiednią masę i budowę ciała, żeby można go było wystawić w walkach gladiatorów. Kilka pierwszych walk stoczył ze słabszymi od siebie przeciwnikami, zazwyczaj ludzkimi lub elfimi niewolnikami. Przejawiał wrodzony talent do walki, a sposoby posługiwania się bronią przyswajał, przyglądając się innym pojedynkom. Przynosił spore zyski, jako że pokonywał gladiatorów o ugruntowanej pozycji i sławie.  Ssablih wiedział, jak manipulować młodym umysłem – system pochwał i kar zapobiegał wzrostowi poczucia własnej wartości, a co za tym idzie samodzielnego decydowania o swoim losie.

Życie młodego samca toczyło się stałym rytmem. O brzasku pierwsza walka, przed południem kolejna, gdy słońce chyliło się ku zachodowi i tuż przed nastaniem nocy dwie ostatnie. Po wygranych walkach zawsze pojawiali się uzdrowiciele – pan młodego niewolnika leczył go nie z sympatii, lecz konieczności. Dlaczego miałby ograniczać świeży dopływ złota, nawet jeśli otrzymywał żądane kwoty na wychowanie tego niewolnika od wysłanników z Miasta Świątyń?

Któregoś dnia, po tym jak medycy opuścili jego celę, do klatki obok wrzucono mizernego, chudego drakodianina z nietypowymi brązowymi łuskami. Podopieczny Ssabliha siedział, jak to miał w zwyczaju, w rogu celi, przyglądając się rozgardiaszowi panującemu w domu zarządcy. Nowy niewolnik jęczał i bredził coś pod nosem. Potem podpełzł do krat, a jego dziwnie rozmyty wzrok spoczął na czarnołuskim towarzyszu niedoli. Wpatrywał się w niego jak zahipnotyzowany. Ragros pochwycił jego spojrzenie.

– Na co się gapisz, pokrako? – zapytał.

Więzień odpowiedział bełkotliwie:

– Smocza krew spętana pod ziemią, Smocza krew w kajdanach spoczywa…

Dziwaczna paplanina urwała się, kiedy młodzieniec chwycił obłąkańca za gardło.

– Przestań bredzić! Nie ma tu żadnej krwi – wysyczał, puszczając jego wychudzoną szyję.

Niewolnik potarł zranione miejsce.

– Ty masz w sobie smoczą krew, ty jesteś dziedzicem wielkich jaszczurów, powinieneś rządzić, nie walczyć, dla uciechy miejskiej hołoty. – Słowa te zabrzmiały całkowicie normalnie i gdyby Ragros nie słyszał wcześniejszego bełkotu, nigdy by nie pomyślał, że ten drakodianin jest szalony. – Zerwij okowy kontroli, pozwól wypełznąć furii, niech rośnie, płonie w każdym skrawku twojego ciała, niech ogarnie cię żądza krwi, niech mord stanie się całym twoim światem…

– Przestań bredzić, błaźnie! – ryknął gladiator.

Szaleniec skulił się w kącie celi, lecz po chwili znów zaczął majaczyć, bazgrząc coś pazurem po ziemi. Skomplikowane symbole wyglądały dziwnie znajomo. Młody drakodianin spojrzał na nie przez kraty swojej celi:

– Ognista bestia w stali spętana… Śmierć… chwała… przepowiednia… skrzydlaty jaszczur… płomień… Kości… tron – czytał te pojedyncze słowa i choć widział je pierwszy raz w życiu, uświadomił sobie, że rozumie ten dziwny język. Współwięzień popatrzył na niego zamglonym od szaleństwa wzrokiem, a w jego oczach przez chwilę można było dostrzec błysk zrozumienia. Wyrysował kolejny symbol, w który postukał palcem.

– Rozumiesz, co to znaczy, prawda? – zapytał.

– Tak, choć nie wiem skąd. Nigdy nie uczono mnie czytać, pierwszy raz widzę te znaki, a jednak potrafię je rozszyfrować. – Pokręcił z niedowierzaniem głową.

– To część twojego dziedzictwa, dar twojego ojca, dar rozumienia, dar wiedzy, która jest w tobie gdzieś głęboko, uśpiona, czekająca na odpowiedni moment, żeby się ujawnić…

W półmroku rozbrzmiał odgłos gongu wzywającego gladiatorów na arenę. Ciche podziemia w jednej chwili ożyły. Otwierano cele, niewolników wysyłano do zbrojowni – rozpoczynały się igrzyska.

– Wybacz, świrze, czas na mnie. Muszę się oderwać, bo od tego twojego ględzenia zrobiło mi się niedobrze.

Niewolnik wstał z posłania. Czekając na otwarcie celi, uderzył pięścią w otwartą dłoń. Kiedy nadzorca w asyście trzech strażników otwierał kraty, gladiator po raz ostatni spojrzał na żałosnego starca zamkniętego obok. Jego złośliwy uśmiech odsłonił ostre, zakrzywione zęby.

– Kieruj się instynktem, niech prowadzi cię furia – wymamrotał szaleniec.

Gladiatorzy wyprowadzani byli pojedynczo. Przed zbrojownią nieustannie stała straż. Drakodianin wybrał pancerz, który sobie upodobał – skórzane, wzmacniane metalowymi płytkami nagolenice, szeroki bojowy pas zasłaniający brzuch, nabijane ćwiekami naramienniki i stalowe opancerzenie ręki z długim karwaszem. Aby zapobiec buntom i pojedynkom w kazamatach, broń trzymano w różnych częściach areny.

Kiedy wyszedł na ubity piasek placu, w jego uszy uderzył znajomy wrzask rozentuzjazmowanej gawiedzi. Naprzeciwko wyjścia na podwyższeniu umieszczono leża dla dostojników i władców miasta. Młody niewolnik dostrzegł wśród nich znienawidzonego Ssabliha. Przypomniał sobie dziwaczne słowa szalonego współwięźnia, prychnął pogardliwie, po czym splunął. Kątem oka zauważył, że jego ślina bulgocze na piasku. Zaskoczony rozejrzał się. Właśnie unosiły się kraty, za którymi czekał pierwszy przeciwnik. Chwycił przytwierdzony do pala długi, szeroki miecz.

Wyzwaniem miał być opancerzony ogr… Co za głupota! Ilu takich już pokonał? Zawsze było tak samo – zbroja wykonana z prostych nakładających się płyt, idealna do blokowania cięć.

Ogr zaatakował przewidywalnie, pierwszy cios ogromnej maczugi spadł pionowo w dół, dając drakodianinowi idealną okazję zadania szybkiego pchnięcia pod pachę. Cios nie był silny, a rana nie głęboka, lecz denerwująca. Wielkolud poderwał broń dolnym zamachem, na spotkanie buławy ruszył miecz. Odgłos zderzającego się oręża zadźwięczał w uszach rywali. Olbrzym nie przypuszczał, że ten drakodianin może być równie silny jak on. Ostrze czarnołuskiego wgryzło się głęboko w drewnianą rękojeść bezpośrednio pod głowicą maczugi. Nastąpił impas, oręż był zablokowany. Przeciwnicy mierzyli się spojrzeniami, do momentu, gdy ogr pociągnął z całą siłą za miecz. Mięśnie pod czarnymi łuskami napięły się, a łuskowaty gladiator jednym ruchem rozbroił swojego oponenta. Odrzucił złączone bronie na bok, wykonując przy tym zapraszający gest dłonią.

– Może się trochę zabawimy? – zapytał kpiąco.

Drakodianin nie przewidział ciosu ogra. Pięść olbrzyma uderzyła w pysk gada, który zatoczył się do tyłu. Chwilę później kolejny atak spadł na głowę przeciwnika. Gladiator starł krew wierzchem dłoni, z głębi jego gardła wydobył się głęboki, dudniący pomruk. Łuskowaty wojownik poderwał się, kilkoma krokami przebiegł dzielącą go od celu odległość i chlasnął pazurami, pozostawiając na gębie olbrzyma długie bruzdy. Z każdą chwilą wzrastała w nim furia, niepohamowana, ale słodka zarazem, upajała go, przysłaniając wszystko poza jednym celem: zabić. Budzący się w nim szał wyostrzył jego zmysły, spowalniając jednocześnie reakcje otoczenia. Wymierzony w niego cios obitej metalem pięści wydawał się płynąć leniwie w powietrzu. Drakodianin chwycił nadlatujące ramię i wykręcając je do tyłu, wskoczył na plecy ogra. Pazury drugiej ręki wbił w żuchwę olbrzyma. Szarpnął ramieniem, odsłaniając kark przeciwnika, który miotał się i wrzeszczał, chcąc zrzucić z siebie dwustukilogramowy ciężar. Zaopatrzona w rzędy zagiętych, ostrych zębów paszcza wgryzła się w odkrytą ogrzą szyję.

Przekleństwa przeszły w głuchy bulgot, któremu wtórowała wyciekająca z pyska krew. Odbiwszy się od pleców swojej ofiary, Ragros wylądował obok porzuconej broni. Z tyłu słychać było odgłos upadającego ciała i zgrzyt metalowych płyt. Gladiator chwycił zablokowany miecz i jednym szarpnięciem wyrwał go z maczugi, po czym ryknął potężnie, obwieszczając swoje zwycięstwo. Jego szmaragdowe oczy zachodziły coraz bardziej niewidoczną mgiełką wzbierającego szaleństwa. Tłum wiwatował, gdy krata po przeciwnej stronie areny zaczęła się unosić.

Drakodianin zerwał się do biegu i pokonał kolejne metry dzielące go od nowego wyzwania, którym okazał się ork. Jego głowę chronił hełm z koszykową osłoną na twarz. Poza tym i naramiennikami z kołnierzem nie miał na sobie żadnej ochrony, jego owłosiona skóra pokryta była licznymi tatuażami i totemicznymi znakami. Walczył dwoma jednoostrzowymi toporami.

Wyprowadzone przez młodego samca uderzenie ork zatrzymał krzyżowym blokiem. Nowi przeciwnicy spojrzeli na siebie, badając swoje siły i szukając potencjalnych słabych punktów. Po chwili bezruchu odskoczyli od siebie, uwalniając broń. Drakodianin wiedział, że nie będzie w stanie blokować podwójnych ataków, zdawał sobie również sprawę, że ork ma wystarczająco dużo siły, żeby przebić jego łuski. Musiał znaleźć sposób, żeby szybko go wyeliminować, jeśli chce walczyć dalej. Uderzył lekkim, lewym cięciem w ramię, ale miecz napotkał stylisko topora. Pod hełmem orkokrwisty uśmiechnął się wrednie i zamierzył się drugą bronią. Nie zdążył jej jednak opuścić, gdy koszykowa osłona twarzy wygięła się pod uderzeniem łuskowatej pięści.

Gladiator zachwiał się, robiąc kilka kroków do tyłu i dając tym samym chwilę drakodianinowi. Cofając się, uderzył na odlew – topór trafił w naramiennik przeciwnika. Młody samiec ryknął, czując zagłębiające się w ramieniu ostrze. Na szczęście wzmocniona skóra przejęła większą część uderzenia, zapobiegając odcięciu ręki. Ostrze przebiło się przez łuski, lecz nie naruszyło mięśni. Ogłuszający ryk wzbił się ponad głowy motłochu i szlachty Sorgirre. Ragros skoczył na orka i powalił go na ubity piach areny samą swoją masą. Potężne uderzenie szponiastą łapą rozerwało tętnicę szyjną – trysnęła struga krwi. Kolejny cios trafił w odsłoniętą pierś. Pazury zagłębiły się w ciele ofiary – gladiator uderzał raz za razem, masakrując i tak już nieżyjącego wroga. Szaleństwo popychało go do ciągłego ataku.

Zaprzestał bezczeszczenia zwłok, dopiero kiedy całe jego ręce i pierś zachlapane były posoką. Odrzucił martwe ciało na bok i rozejrzał się za kolejnym rywalem, którym okazał się szarżujący w jego stronę minotaur. Z opuszczonego pyska unosiły się kłęby pary. Według czarnołuskiego poruszał się w żółwim tempie. Wyostrzone do granic możliwości zmysły gladiatora rejestrowały poruszenie się każdego mięśnia bykostwora.

Ragros przykucnął bokiem, opuścił głowę na pierś i w momencie, kiedy minotaur był prawie dokładnie nad nim, chwycił go za nogę oraz bark. Używając całej swojej siły, wykonał dźwignię, podnosząc przeciwnika nad głowę, by cisnąć nim jak głazem. Humanoidalna bestia poszybowała w róg areny i z głośnym, chrapliwym rykiem nabiła się na wystające ze ścian zaostrzone pale.

Ragros ruszył w stronę wiszącego truchła. Zerwał ze stojaka korbacz zakończony kolczastą kulą, podbiegł do końca areny, skoczył i chwycił się zakrzywionych rogów martwego minotaura. Podciągnął się, po czym zaczął się wspinać po kolcach do pierwszych rzędów widowni. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, oszalały gladiator przeskoczył przez kamienny murek i zamachnął się. Kolczasta głowica zmiażdżyła trzech widzów, rozległ się przeraźliwy ryk spanikowanej gawiedzi, która rzuciła się do ucieczki.

Drakodianin dopadł jeszcze kilka ofiar ociągających się z odwrotem. W momencie kiedy zabrakło mu pod ręką widzów, rozszalały umysł niewolnika zaczął poszukiwać nowych przeciwników. Jego wzrok spoczął na loży szlachty. Zamachnął się i cisnął korbaczem w najbliższego wysoko urodzonego. Kolczasta kula zmiażdżyła głowę pechowca niczym dojrzały owoc. Zaraz po rzucie popędził śladem lecącej broni, dopadając drugiego drakodianina, odzianego w przepyszne złote szaty ociekające klejnotami. Jego pulchne gardło nie stanowiło żadnej przeszkody dla pazurów gladiatora.

Próbującego uciec tchórza przebił kostną kosą na końcu ogona. Jego spojrzenie przykuł siedzący na zdobionym tronie osobnik. Miał dziwny czerwonobrązowy kolor łusek, a jego głowę i pysk pokrywały drobne guzy i wyrostki. Siedział rozparty na swoim miejscu, stukając o poręcz trzymaną w dłoni buławą. Niewolnik ruszył w jego stronę, ale gdy dzieliło ich zaledwie kilka kroków, znieruchomiał. Jego umysł oplotły niewidzialne sieci zamykającej się mentalnej klatki. Szaleństwo z wolna ustępowało, zastąpione przez dziwną pustkę. Ostatnie, co pamiętał, to jak padł na ziemię obezwładniany niezliczonymi rękoma strażników.

Ocknął się na chwilę, zbudzony gardłowymi krzykami. To miejscy dostojnicy debatowali, co z nim zrobić. Wisiał przykuty do ściany masą łańcuchów pod pilną strażą. Przy marmurowym stole siedziało dziesięciu dygnitarzy, w tym jego pan Ssablih, milczący i ponury. Dziwny brązowy gad jednym gestem dłoni uciszył pozostałych. Najwidoczniej to on był władcą miasta.

„Dobrze, będę wiedział, kogo zabić jako pierwszego” – pomyślał były gladiator.

– Jedyną karą za jego zbrodnie jest śmierć, nie ma co do tego wątpliwości. Dokona się to jutro na głównym rynku – dziwny dostojnik wyraził swoją opinię, która była najwidoczniej równoznaczna z rozkazem.

Niewolnika wrzucono do ciasnej celi i odurzono jakimiś ziołami, żeby się nie stawiał. Tak minęła noc i wczesny ranek. Gdy prowadzono go na miejsce egzekucji, nadal odczuwał skutki podania leków, dlatego nie zauważył, że jeden z jego strażników pada martwy z poderżniętym gardłem. Zaraz po nim upadli dwaj kolejni. Nim zbrojni zdołali się zorientować, zamachowcy zlikwidowali praktycznie całą eskortę Ragrosa, jego samego pozostawiając przy życiu.

Jeden z morderców przytknął gladiatorowi pod nos parującą butelkę. Intensywny zapach przegnał resztki narkotyków i wybudził czarnołuskiego z odrętwienia. Piętnastu skrytobójców popatrzyło na niego spod swoich kapturów, a jeden z nich rzucił na ziemię przed niewolnika zmięty papier. W momencie, kiedy gladiator schylił się, żeby go podnieść, zabójcy rozpłynęli się niczym cienie. To był list.

„Przecież ja nie umiem czytać” – pomyślał wyzwoleniec. Spojrzał na kartkę, na której narysowane były znaki tego dziwnego języka, jakiego używał stary szaleniec w celi obok, i ze zdumieniem zaczął mimowolnie czytać:

Jeśli czytasz tę wiadomość, znaczy, że moi najemnicy dobrze się spisali, tak jak Ty na ostatnim turnieju. W ciągu kilku chwil zlikwidowałeś trzech moich największych rywali, chociaż wiem, że nie byłeś tego świadom.

Uznałem, że wyświadczyłeś mi przysługę, którą postanowiłem spłacić, ratując Cię przed niechybną śmiercią. Zapewne będą Cię szukać, a ja nie mogę sobie pozwolić na ukrywanie Cię na swoim terenie, bo to jednoznacznie dowodziłoby, że Ci pomagam. Udaj się do naczelnika kopalni i pokaż mu dołączony do listu sygnet – będzie wiedział, co robić dalej. Liczę na Twój rozsądek…

Rozdział 2

Przez jakiś czas zbieg ukrywał się w opuszczonych domach i rezydencjach, unikając przemierzających miasto patroli straży. Ciągle się zastanawiał, czy posłuchać tajemniczego wybawiciela.

„A co, jeśli to kolejny podstęp? Jeśli mnie złapią i odeślą z powrotem do tego spasionego śmierdziela? Najwyżej znajdę go i zabiję” – rozmyślał.

Z tym postanowieniem poczekał do nocy, a potem podkradł się niezauważony do północnego muru Sorgirre, gdzie znajdowała się wyrwa prowadząca do wielkiego usypiska ziemi usuwanego z kopalni razem z resztą nieprzerobionego surowca.

Był środek nocy, więc nikogo nie powinno być u naczelnika. Podszedł do starego, zniszczonego budynku i upewniwszy się, że wokoło jest pusto i cicho, wszedł do środka bocznym wejściem. Nadzorca okazał się sędziwym drakodianinem, którego łuski wyblakły do tego stopnia, że przybrały śnieżnobiały kolor. Przez jego pysk biegło podwójne, sinogranatowe pomimo upływu lat, cięcie w kształcie litery X. Jedna ze szram przechodziła tuż obok oka, powodując jego opadnięcie, co stanowiło komiczny widok.

Staruch otworzył szerzej oczy, gdy zobaczył wyłaniającego się z mroku pomieszczenia młodego zbiega.

− Co ty tu…? – zająknął się zaskoczony.

Nim pytanie wybrzmiało do końca, Ragros rzucił na stół złoty sygnet od swojego wyzwoliciela. Metal przyjemnie zabrzęczał na drewnianym blacie.

− Czy to pierścień od…?

− Nie wiem, czyj jest ten kawałek metalu, wiem tylko, że masz ukryć tego, który ci go pokaże.

− Tak, tak, oczywiście – mówiąc to, stary gad wstał, podszedł do tylnej ściany i przekręcił uchwyt z wygaszoną pochodnią.

Z lekkim zgrzytem przesunęła się ruchoma część elewacji, ukazując otwarte przejście. Nadzorca kiwnął głową, aby przybysz podążył za nim. Tunel oświetlał jedynie blask niesionego przez przewodnika łuczywa. Szli dość długo, raz wspinając się, raz schodząc ostro w dół. Nie rozmawiali ze sobą. Przedłużający się spacer skończył się nagle przed kolejnymi zamkniętymi drzwiami. Starzec zastukał w nie trzy razy, odczekał chwilę, po czym uderzył kolejne trzy razy. Rozległ się odgłos przesuwanej, ciężkiej szafy. Wejście otworzyło się, a w blasku bijącym z pomieszczenia widać było ludzką sylwetkę.

− Witaj, Garze, mam do ciebie prośbę – rzekł zarządca.

− Jeśli nie jest zbyt wymagająca… – Uśmiechnął się lekko człowiek i odsunął od drzwi.

− Poczekaj tu chwilę – szepnął drakodianin do młodzieńca, po czym wszedł do pomieszczenia. Stanął obok człowieka w średnim wieku, odzianego w starą tunikę. Pod nią widać było dobrze utrzymaną kolczugę, przy pasie wisiał długi miecz w wysłużonej pochwie.

− Nasz wysoko postawiony przyjaciel prosi, aby ukryć tego osobnika, którego przyprowadziłem. Pilnujesz najdalszych zakątków kopalni, więc powinien tu być bezpieczny. – Mówiąc to, skinął na młodego głową. Gdy ten podszedł, człowiek uniósł brwi. Ten drakodianin miał, o dziwo, czarne łuski i zielone oczy. Widać było, że jest młody, nadzwyczaj młody. Ile mógł mieć lat? Dziesięć? Dwanaście? Tymczasem mierzył ponad dwa metry. Można było się spodziewać, że osiągnie trzy do dwudziestego roku życia. Zadziwiające. To musiał być gladiator. Zdradzała go postawa. Pewne siebie spojrzenie, był dumny i nieokrzesany, miał idealnie wyrobione mięśnie tańczące pod łuskami.

„Jest silny, przyda mi się” – pomyślał Gar, po czym odparł głośno:

− Dobrze, ukryję go, w końcu mam u ciebie dług wdzięczności.

We dwóch podeszli do tunelu i spojrzeli jeszcze raz na opartego o ścianę młodzieńca.

− Chodź za mną, musisz się dostać do innych pracujących w trakcie zmiany warty – rzekł człowiek.

Drakodianin wszedł do pomieszczenia, pochylając głowę i szorując kołnierzem o sufit. Nadzorca sięgnął do kufra i wyciągnął kajdany połączone łańcuchami. Młodzieniec dał się zakuć, patrząc przy tym pogardliwie na dwie niedojdy. Bransolety na kostkach i nadgarstkach były dziwne, a łączące je metalowe pierścienie w niewielkim stopniu krępowały jego ruchy.

− Tylko ostrożnie, nie próbuj wykonywać zbyt gwałtownych ruchów, w tych osłonach są specjalne ostrza otwierające się przy każdym szarpnięciu. Jeśli więc nie chcesz mieć odciętych dłoni, nie rzucaj się.

Weszli do kolejnego korytarza, a stary nadzorca rozpoczął drogę powrotną do swojego małego biura.

***

Ragros szedł za człowiekiem. Minęli kilka zakrętów, po czym trafili do dużej jaskini przeznaczonej na spoczynek dla niewolników. Widać było przeważnie drakodian, nie zabrakło jednak paru orków czy minotaurów, był nawet troll.

Dozorca niewolników zwrócił się szeptem do strażnika:

− To jest nowy, powiedz mu pokrótce, co i jak, i miej go na oku. Interesuje się nim nasz sponsor, więc nie przesadzaj z zabawą. – Po tych słowach odwrócił się na pięcie i odszedł.

Młody niewolnik otrzymał drewnianą miskę wypełnioną jakąś mazią, być może gęstą zupą. Podczas jedzenia został poinformowany, że ma pracować, póki razem z innymi nie wydobędą określonej ilości kruszcu dziennie, a jeśli ktoś wyrobi więcej, otrzyma dodatkową porcję strawy lub możliwość dłuższego wypoczynku. W przypadku, gdy jeden ze strażników ginął, odbywały się zawody. Zwycięski więzień zyskałby wtedy wolność i zajął miejsce poprzednika. Za nieposłuszeństwo natomiast czekały tortury, ograniczenie racji żywieniowych i godzin snu.

Ragros usadowił się w naturalnym zagłębieniu, które wyżłobiła cieknąca przez lata woda. Przyglądał się wszystkim, pozostając na uboczu. Założono mu specjalny spleciony z łańcuchów pas pozwalający odnaleźć go w mrokach kopalni. W czułe nozdrza czarno- łuskiego uderzył wszechobecny odór. Połączone zapachy niewolników

i skalnych wyziewów drażniły młodego samca, ale przynajmniej tutaj nie będą go szukać.

***

Niestety Ragros nie miał racji. Pościg deptał mu po piętach, przeszukując dokładnie wszystkie miejsca, w których się ukrywał. Kilka godzin po tym, jak wmieszał się w tłum robotników, grupa poszukiwawcza stanęła przed domem nadzorcy kopalni.

Nie wiadomo, jakim zrządzeniem losu tak wyszkoleni poszukiwacze zgubili trop swojej ofiary, zważywszy na to, że był wśród nich czarodziej. Wyglądało to tak, jakby zbieg pojawił się przy kopalni, ale uciekł dalej w nieznanym kierunku. Przerażony zarządca nie wiedział, co się dzieje, gdy grupa piętnastu drakodian wpadła do jego malutkiego schronienia i zaczęła poszukiwania. Wyglądali niemal jak psy wietrzące za tropem swojej ofiary. Bez słowa wytłumaczenia zniknęli z taką samą szybkością, z jaką się pojawili. Nie odkryli na szczęście tajnego przejścia ani jego udziału w ucieczce młodzieńca. Nie wiedział, czemu zawrócili, skoro dotarli tu tak szybko, lecz nie obchodziło go to. Ważne, że wykonał polecenie sponsora i nikt się o tym nie dowiedział.

***

Życie Ragrosa w kopalni wyglądało cały czas tak samo. Pobudka, praca przez nie wiadomo ile godzin, chwila wytchnienia przy posiłku, dalsza praca i drugi lekki posiłek rozpoczynający krótki czas snu. Po kilku tygodniach stracił rachubę czasu. Nie wiedział, czy jest dzień, czy noc, kolejny dzień, czy minęło kilkanaście godzin pracy, a może dopiero parę minut.

Wydobywanie kruszców było żmudnym zajęciem, ale jego przywykłe do wielogodzinnego wysiłku z bronią i pancerzem ciało dawało sobie radę. Nie zmieniało to faktu, że był zmęczony. Wiedział już, jak pracować, aby zasłużyć na „nagrodę”, jak nazywali to strażnicy. Dodatkowy posiłek lub kilka godzin snu – mógł wybrać, ale był to trudny wybór. Pracował, jak długo starczało mu sił, śmiał się w duchu z innych, widząc ich miny, gdy zjadał trzeci posiłek w ciągu dnia pracy. Kiedy jego mięśnie odmawiały posłuszeństwa, wybierał dodatkowy sen.

Był pupilem strażników, którzy zakładali się między sobą, ile surowca zdoła w dany dzień wydobyć. Zdarzało się, że oberwał batem jak każdy, jednak stróże nie byli nazbyt skłonni do zabaw z niewolnikami. Zdawali sobie sprawę z wagi każdego robotnika i że nowy podopieczny to dodatkowe funty wydobytego kruszcu, czyli większy zarobek dla nich.

***

Pewnego dnia, gdy odebrał dodatkową porcję strawy, stanęło przed nim dwóch współwięźniów. Zielonoskóry troll i barczysty minotaur – widać było, że trzymają się razem, aby wymuszać dla siebie darmowe posiłki, jak i inne nieliczne rzeczy, jakie mieli kopacze.

− Popatrz, Skała, to ten nowy. Podobno jest dobry, bo wydobywa dużo kamieni – zakpił troll. – Ty dziwaku, ja i mój przyjaciel ciężko dziś pracowaliśmy, potrzebujemy więcej jedzenia, a tobie go zbywa.

− Wypowiadasz się za was dwóch czy twój kumpel nie umie gadać? Wyrwali mu język czy po prostu jest za tępy, żeby powiedzieć poprawnie parę słów? – zapytał z przekąsem drakodianin. – Wysługuje się taką miernotą jak ty? Pewnie trzymasz mu miskę w porze karmienia, żeby jej nie rozwalił.

− Jak ci… – zaczął minotaur.

Ragros skończył jeść i odłożył pustą miskę na bok, po czym odparł:

− A jednak potrafisz mówić! Cóż za niespodzianka! Już myślałem, że będę musiał wysłuchiwać jęczenia tego zielonego pajaca… – Słysząc to, bykostwór zaatakował w typowy dla swojej rasy sposób. Pochylił głowę i skoczył do przodu, chcąc nadziać gada na rogi. Nie wiedział jednak jednego. Sprowokował do walki czarnołuskiego, którego jedynym zajęciem przez pierwsze piętnaście lat życia było gladiatorskie rzemiosło. Nim umysł zdołał przeanalizować, co się stało, zadziałało wyszkolenie i instynkt.

Ragros odskoczył w bok i ogonem uderzył w kark minotaura, powalając go na ziemię. W momencie, kiedy bykostwór legł na glebę, troll wskoczył na plecy drakodianina, zamykając swoje chude, ale nad wyraz silne ręce na szyi czarnołuskiego. Troll począł dusić przeciwnika, który musiał coś zrobić, żeby odzyskać oddech. Po raz kolejny z pomocą przyszedł mu instynkt. Były gladiator chlasnął pazurami brzuch zielonoskórego, a gdy ten, sycząc z bólu, poluzował uchwyt, wbił w jego trzewia żądlastą kosę kończącą jego ogon.

Troll odskoczył jak oparzony, uwalniając Ragrosa. Drakodianin, charcząc, zwrócił się do przeciwnika i splunął na niego. Zielonoskóry ryknął jak porażony, jego skóra w miejscu, gdzie dosięgła go plwocina, poczęła schodzić, jakby została poparzona kwasem. W momencie, kiedy troll rzucił się na ziemię, wyjąc z bólu, na Ragrosa wskoczyło kilku strażników. Pozostali związali go łańcuchami. Dopiero teraz poczuł ostrza bransolet wbitych w jego skórę, ale nie miał czasu nad tym myśleć. Ciągnięty był do dowódcy wachty. Ten patrzył na niego, wysłuchując relacji podkomendnych.

− Walczył z dwoma innymi górnikami o numerach A-sto siedemnaście i A-zero pięćdziesiąt, zostali nieźle poturbowani.

− Ile zajmie ich leczenie?

− Góra dzień, jak sądzę.

Dowódca spojrzał w oczy czarnołuskiemu. Nie widział w nich ani żalu, ani strachu. Uśmiechnął się do siebie.

„Szkoda, że tacy harują w kopalni, a nieudolni dowódcy przegrywają bitwę za bitwą” – pomyślał, a potem wydał rozkaz: – Wychłostać go i niech wraca do roboty.

Ragros został przykuty do specjalnie przygotowanego postumentu krępującego jego ruchy, a trzech strażników zaczęło okładać go batami. Dziesiąty… trzydziesty… sześćdziesiąty… setny… Nie dawał po sobie poznać, że praktycznie nic nie czuje, bo jego łuski były już na tyle twarde, aby zamortyzować uderzenia. Kiedy go odnosili i udawał słaniającego się na nogach. Rzucili nim o skały. Lekko postękując, położył się na boku, żeby nie narażać obolałych pleców. Przynajmniej dostanie kilka godzin snu.

Kilka tygodni później sytuacja się powtórzyła – sprowokowany po raz kolejny drakodianin ponownie wdał się w bójkę. Tym razem nie użyto zwykłych batów, tylko specjalnie splątanych skórzanych pasów z wszytymi metalowymi kulkami o ostrych krawędziach, które bezbłędnie wnikały w przestrzenie między łuskami, wsączając w skórę substancję powodującą nieznośny ból.

Teraz życie młodego samca dzieliło się na dwa etapy: pierwszy względnego spokoju i drugi, zaczynający się w chwili kolejnej bójki.

***

Po kilku latach Ragros przywykł do tego. Nie spotulniał, a przeciwnie – stał się jeszcze bardziej agresywny i brutalny.

Osiągnął już swoje ostateczne rozmiary – niemal trzymetrowa postać wyróżniała się z tłumu sięgających mu do barków drakodian. Niezliczone godziny pracy wyżłobiły potężne mięśnie pod łuskowatą skórą. Przypominał teraz chodzący posąg ze spiżowymi splotami.

– Dlaczego stąd nie uciekniesz? – zapytał któregoś dnia pracujący obok niego więzień.

– Myślisz, że się da? – zakpił czarnołuski. – Za dużo straży, za głębokie tunele, nawet gdybym przez nie przebrnął, musiałbym pokonać całe miasto patroli. Bez sensu.

– Powinieneś podnieść bunt. Każdy w kopalni się ciebie boi, widziałem, jak patrzą, gdy przechodzisz obok nich. Gdybyś rozpoczął rewoltę, poszliby za tobą.

– Banda snujących się obdartusów na moim karku, tego mi jeszcze trzeba – żachnął się.

– Większość z pracujących tu to nieposłuszni gladiatorzy i skazani za zbrodnie złodzieje i mordercy. Potrafią się posługiwać bronią – zauważył więzień.

− Daj mi spokój i zamknij jadaczkę, bo cię usłyszą, a ja nie mam ochoty na kolejne baty.

***

Minęło kilka lat, gdy w polu widzenia Ragrosa znów pojawili się troll i minotaur. Z początku omijali się z daleka, tak jakby się nigdy nie spotkali. Drakodianin wiedział jednak, że to jedynie pozory i tych dwóch tylko czeka na nadarzającą się okazję, aby spróbować po raz kolejny udowodnić mu swoją wyższość. Po tygodniu spokojnej pracy nastał ten dzień. Ragros domyślał się, że atak nastąpi podczas posiłku lub na koniec dnia pracy. Kiedy strażnicy opuścili swoje stanowisko, pozostawiając niewolnikom czas na odpoczynek, czarnołuski usiadł na stercie przerobionego materiału.

Zamknął oczy i czekał. Jego miarowy oddech mógł wprowadzić niedoświadczonego obserwatora w mylne przekonanie, że młodzieniec śpi oparty o zwisający ze stropu stalagmit. Nagle usłyszał ciche, ledwie słyszalne kroki okrążające skalny naciek. Rozległ się gardłowy głos:

− Popatrz na mnie, śmieciu! Zobacz, przez co musiałem przejść z powodu twojego głupiego uporu. – To był głos tego żałosnego trolla.

Drakodianin powoli otworzył oczy.

− Gdzie się podział twój bezmózgi przyjaciel? Zgubił się, idąc na stronę? – Mówiąc to, zobaczył kątem oka lekki ruch. Nie zdradził się jednak i dalej grał w tę śmieszną grę pozorów.