Dzieci niczyje - Helena Apanowicz - ebook

Dzieci niczyje ebook

Helena Apanowicz

0,0

Opis

Wszystko się zaczęło, gdy autorka usłyszała jedno zdanie: „Zawsze chciałem, by mój ojciec umarł”…

Nie dawało jej spokoju, wracało i nie chciało zniknąć – dlatego postanowiła je zapisać.

Z czasem wokół tych słów zaczęły narastać historie. Takie, które wydarzyły się naprawdę, oraz te, które mogłyby się przydarzyć.

Tak narodziła się opowieść o świecie, w którym brak zrozumienia, przemoc, molestowanie i milczenie są na porządku dziennym, a wołanie o pomoc pozostaje bez odpowiedzi.

Bo kto powiedział, że dom zawsze będzie bezpiecznym miejscem?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 210

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Dzieci niczyje

Helena Apanowicz

Text © Helena Apanowicz, 2026

Redakcja: Magdalena Zielonka

Korekta: Angelika Kotowska

BOOKEA POLAND sp. z o.o.

Romana Dmowskiego 3 /9

50-203 Wrocław

www.lavapublishing.pl

Wydrukowano w Europie

ISBN 978-83-68590-11-1

Dzieci

niczyje

Helena Apanowicz

Wszystkim niezrozumianym dzieciom, niezależnie od ich wieku.

I

Niedużej wielkości kamień trafił w moje okno, wywołując huk.

– Miria!

Znów usłyszałam uderzenie.

– Mirka, słyszysz?

Podeszłam bliżej i odchyliłam firankę, wyglądając za nią. Pod blokiem zobaczyłam dwóch chłopaków, więc otworzyłam szerzej okno.

– No w końcu. Przynajmniej ty.

Jeden z nich z impetem podniósł ręce w górę.

– Idziemy na stadion posiedzieć na trybunach. Noe już tam na nas czeka. Idziesz z nami?

Odwróciłam się, by zobaczyć, czy drzwi do pokoju na pewno są zamknięte i czy mama niczego nie słyszała.– Tylko się przebiorę.

– Jak będziesz schodziła, to zapytaj Olka, czy idzie z nami, bo też nie odpisuje.

Machnęłam ręką w geście zrozumienia, zaciągnęłam zasłonę i zaczęłam się przebierać.

Olek mieszka piętro nade mną. Jesteśmy wszyscy w jednej paczce znajomych. Właściwie to on mnie wciągnął w to towarzystwo. Gdy byliśmy dziećmi, zawsze bawiliśmy się razem. Jako że w naszym bloku nie było nikogo w naszym wieku, bo głównie mieszkali tu starsi ludzie, on zakolegował się z chłopakami zosiedla – Tobiaszem, Noe i Witkiem. Z czasem zaczął przyprowadzać ich na plac zabaw przed naszym blokiem i w ten sposób znamy się już chyba z dziesięć lat, ale kto by to liczył. Choć wtedy, jako dzieciaki, nie byliśmy ze sobą zbyt blisko – w rozumieniu tego słowa przez osobę dorosłą. Po prostu spędzaliśmy razem całe dnie po szkole lub w trakcie wakacji, jak to zazwyczaj wygląda utrzymywanie kontaktów w takim wieku. Teraz, gdy już jesteśmy nastolatkami, sprawy mają się trochę inaczej. Odnoszę wrażenie, że dopiero zaczynamy się poznawać, że dopiero teraz poruszamy tematy dla nas ważne, zaczynamy się przed sobą otwierać i odzierać z własnych słabości i zamiarów. Od pewnego czasu odczuwam zmianę z relacji polegającej jedynie na spędzaniu zesobą czasu na faktyczną przyjaźń – bezinteresowną chęć pomocy, autentyczną chęć wysłuchania najgłupszych pierdół, które akurat nas trapią, czy po prostu wspieranie się.

I choć lubię ich wszystkich, to właśnie z Olkiem czuję najbliższą więź. Mam wrażenie, że jesteśmy do siebie bardzo podobni. Osoby raczej z nas ciche, oboje lubimy obserwować. Często między sobą poruszaliśmy głębsze tematy, gdy z resztą chłopaków po prostu dobrze się bawiliśmy. Ale lubiłam to. Cieszyłam się, że mam takich ludzi wokół siebie. Takich jak oni, którzy są zwykłymi chłopakami, kolegami z osiedla, którzy nigdy nie mieli względem mnie żadnych oczekiwań, a ja nie musiałam nikogo przed nimi udawać. Byli taką odskocznią po szkolnych lekcjach, gdzie musiałam utrzymywać pozycję dobrej uczennicy, i po zajęciach gry na pianinie, które wymagały ode mnie sporo wyrzeczeń. Odskocznią od atmosfery w domu, gdzie z mamą nie dogadywałam się najlepiej. Po prostu szłam do nich i byłam sobą.

Atmosfera zawsze była luźna, dzięki czemu czuliśmy się w swoim towarzystwie swobodnie. Bywały dni, kiedy spotykaliśmy się ze sobą tylko po to, żeby ze sobą być, nie robiąc nic konkretnego. Żeby po prostu razem nic nie robić. Objawiało się to tym, że podczas spotkania potrafiliśmy zamienić ze sobą wyłącznie kilka skromnych zdań. Jednak nie był to objaw płytkich relacji, a prawdziwej przyjaźni. Kiedyś o tym rozmawialiśmy i zgodnie doszliśmy do wniosku, że właśnie poczucie się przy kimś na tyle swobodnie, bez presji ciągnięcia rozmowy, jest czymś istotnym, co możemy sobie wszyscy nawzajem dać. A co najważniejsze – mieliśmy świadomość, że możemy na sobie polegać. Ale jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że będziemy musieli to udowodnić.

Wyszłam z pokoju i zobaczyłam mamę krzątającą się po kuchni.– Idę do Kaliny, wrócę za jakieś dwie godziny.

Mama spojrzała na mnie zza okularów i już po samym jej wzroku wiedziałam, że będzie robiła problem.

Przeklęłam w duchu. Przestąpiłam z jednej nogi na drugą i całą siłą woli próbowałam nie przewrócić oczami. Z kamienną twarzą obserwowałam, jak zmienia się jej mimika.

Jeszcze jedna ważna informacja: mamie nigdy nie podobało się, że koleguję się z tymi chłopakami. Uważała ich za gorszy sort, jeśli w ogóle można tak o kimś powiedzieć, a było to spowodowane tym, że pochodzili z rodzin bardzo przeciętnych, nie chcę użyć słowa „biednych”, chociaż chyba bardziej by pasowało. Traktowała ich trochę z góry, zapominając, że to nasi sąsiedzi. Dla mnie to byli „nasi”. Sama zdawała się tego nie zauważać i twierdziła, żetworzymy lepszy dom. Choć mieszkamy tak jak i oni – w jednym z tych obskurnych bloków. Ona sama jest pielęgniarką, a znaczy to, że wykonuje pracę z wyższej półki. Ważne, by córka była jak najlepiej wykształcona i zawsze dobrze ubrana. Ale prawda jest taka, że wszyscy jesteśmy tu tacy sami. Ona zdaje się nie dostrzegać, że mieszkamy w tej samej biednej części miasta co oni, że u nas też się nie przelewa i nie tworzymy wcale wspaniałego domu. Uważa się za lepszą. Oczywiście nigdy mi tego wszystkiego nie powiedziała wprost, ale dało się to odczuć, więc gdy tylko mogę, ukrywam przed nią, z kim wychodzę. Wolę unikać zbędnych kłótni, choć i tak nigdy nie zdarzały się one zbyt często. My raczej po prostu się do siebie nie odzywamy. Ciche dni są u nas chlebem powszednim. Od niedawna wiem, że cisza może być karą, ale w tym przypadku nie wiedziałam, czy to jest kara, czy po prostu brak umiejętności rozmowy z obu stron.– Już robi się ciemno.

– Tak, ale zdążę dojechać autobusem, zanim całkiem się ściemni. To tylko dwa przystanki, a jej tato powiedział, że odwiezie mnie z powrotem autem.

Musiałam ją okłamać, a Tina była dobrą wymówką. Chodzę z nią do klasy, a moja mama zna jej rodziców, którzy są prawnikami i również planują jak najlepszą przyszłość dla córki. Sama dziewczyna ma bardzo dobre oceny i uczęszcza na zajęcia gry na fortepianie, na które moja mama również mnie zapisała. Mama bardzo wierzy w to, żemoja przyjaźń z Kaliną zapewni mi lepszą przyszłość, chociaż ja bym tego nie nazwała przyjaźnią. Lubię ją, nie mogę powiedzieć, że nie, ale nie jest to nic głębokiego. Tina jest bardzo miła, czasem spotykamy się, żeby się razem pouczyć, i chodzimy razem na dodatkowe zajęcia. Od zawsze miałam wrażenie, że jest taką typową ułożoną dziewczyną z dobrej rodziny. Wiedziałam, że nie jest to do końca coś dla mnie. Nigdy nie potrafiłam tego wyjaśnić, ale przy niej czułam, że też muszę trochę udawać, że nie mogę być całkowicie sobą. Starałam się przy niej przyjmować pozę podobną do jej – ułożonej uczennicy bez wad, która dni spędza na krążeniu między szkołą, zajęciami muzycznymi i kościołem.

Wydaje mi się, że rodzice wyprali jej mózg do takiego stopnia, że liczy się dla niej jedynie sprostanie ich oczekiwaniom. Poza tym ona po prostu ma taki analityczny umysł. Często pomagała mi z matematyką, wszystko planowała i obmyślała plany, podczas gdy ja byłam typem marzycielki z głową w chmurach. Często się zawieszałam, odlatując myślami gdzieś daleko.– Przygotowuję dla nas kolację – powiedziała mama pretensjonalnym tonem.

– Mamo, proszę cię, nie musimy udawać. – Przewróciłam oczami.

– Słucham?

– Kiedy ostatni raz jadłyśmy jakikolwiek posiłek razem? – Oparłam dłonie na biodrach i popatrzyłam na nią z politowaniem.

Na chwilę zapadła cisza. Ewidentnie nie wiedziała, co powiedzieć. Nie spodziewała się takiego zachowania z mojej strony. Ja zresztą też. Zawsze starałam się unikać konfliktów z nią. Ale ile można grać i udawać, że wszystko jest w porządku? Wolę wyjść i spędzić miło czas ze znajomymi niż siedzieć z nią w niezręcznej ciszy i się męczyć. Wiem, że to brutalne, bo to moja mama, a ja powinnam lubić z nią być. Ale nie lubię. Chciałabym, ale nie umiem. Może to moja wina. Może każda z nas po części ponosi odpowiedzialność za to, jak wygląda nasza relacja. Już dawno miałam z tego powodu wyrzuty sumienia. Na tyle, że wolałam o nich nie myśleć. Zaplanowałam zająć się tym w przyszłości. Rozmyślanie o tym, że nie lubię mojej mamy, a przecież jest moją mamą i dużo mi poświęciła, tylko psuło mi humor.

– Pracuję od rana do nocy, żeby cię utrzymać i zapewnić ci jak najlepszą przyszłość, a ty będziesz mi wypominać takie rzeczy? Myślisz, że skąd biorę pieniądze na rachunki, jedzenie, twoje ubrania czy lekcje gry na fortepianie? – zaczęła wyliczać.

Tak jak było wspomniane, wiele mi poświęciła. Nie tylko mam tego świadomość, ale też często jest mi to przypominane, żebym przypadkiem nie zapomniała.

– Okej, dzięki, ale potrzebuję też mamy. Nie tylko jej pieniędzy.

– Przecież robię wszystko dla twojego dobra. Zobaczysz, kiedyś mi za to podziękujesz.

Pogroziła mi palcem, ale już mnie to nie interesowało, odwróciłam się na pięcie i ruszyłam w stronę drzwi wyjściowych.

– Nie pozwoliłam ci wyjść. Zostajesz dzisiaj w domu, słyszysz? Mira!

Zamknęłam za sobą drzwi i ruszyłam na wyższe piętro, gdzie dokładnie nade mną, na najwyższym – piątym – piętrze mieszka Olek. Wzięłam kilka głębokich wdechów, żeby się trochę uspokoić, bo od tych emocji czułam już rumieńce na polikach. Zbliżając się, usłyszałam dziwne dźwięki. Po chwili zdałam sobie sprawę, że to jakieś krzyki i, jak można się domyślić, odgłosy przepychanki. Nie oszukujmy się, nie mieszkamy na najlepszym osiedlu, przemoc jest tu codziennością. Wszyscy przywykliśmy do stałych krzyków zza ścian, mijania podejrzanych typów pod blokiem czy regularnych odwiedzin mundurowych. Norma.

Stanęłam przed drzwiami mieszkania numer czterdzieści pięć i zapukałam, jednak nikt mi nie otwierał. W pierwszej chwili pomyślałam, że nikogo nie ma, i chciałam odejść, jednak usłyszałam ze środka jakiś hałas i zaraz pojawił się Olek.

– Hej, chłopaki po nas przyszli. Kazali cię zapytać, czy też idziesz posiedzieć na trybunach… – Nie dokończyłam, bo przerwał mi w połowie zdania.

– Tak, tylko założę buty.

– Nie ma mowy – odezwał się głęboki, zachrypnięty głos ze środka mieszkania.

Zaraz potem, zaglądając przez ramię Olka, dostrzegłam jego ojca. Skinęłam do niego głową na przywitanie, mamrocząc ciche „dzień dobry”, jednak zdawał się tego nie zauważyć.

– Ale…

– Nie wyjdziesz, dopóki nie wyprowadzisz psa.

– Nie możesz ty tego zrobić? Chłopaki już czekają.

– Ty chciałeś tego kundla, więc go wyprowadzisz.

Zrobiło się niezręcznie. Czułam, że przeszkadzam. Wiedziałam, że Olkowi jest głupio, że jestem świadkiem takiego zachowania jego ojca. Niejednokrotnie dało się wyłapać z jego opowieści, że nie mają najlepszych relacji. Mówił o nim opryskliwie, nie krył się ze swoją niechęcią do niego. Ja jednak nigdy nie wypytywałam go o to. Czułam, że to by było zbyt wiele, wchodzenie w zbyt prywatne i wrażliwe tematy. Gdyby chciał, to sam by powiedział.

– Okej – powiedział ciszej Olek. – Poczekaj na mnie, wezmę Inkę – zwrócił się do mnie i zamknął drzwi.

Historia tego psa jest taka, że parę ładnych lat temu ktoś podrzucił go pod sklep rodziców Noego. Siedział tam kilka dni, a my go karmiliśmy. W końcu po długich błaganiach ojciec Olka zgodził się zabrać go do domu. I tak jest u nich do dziś.

Po chwili chłopak wyszedł z Inką na smyczy, a ta rzuciła się na mnie, energicznie machając ogonem. Przywitałam się z nią i ruszyliśmy na dół.

– No, dłużej się nie dało? – krzyknął Wito, gdy tylko zobaczył nas wychodzących z budynku.

Był najbardziej niecierpliwy, a zarazem najbardziej dziecinny z nas wszystkich. Urodził się w tym samym roku co ja, oboje byliśmy dwa lata młodsi od reszty chłopaków, którzy teraz są już w drugiej klasie liceum. Prawdopodobnie znalazł się w tej paczce ze względu na to, że jest młodszym bratem Tobiasza, który wychodząc ze znajomymi, musiał go zawsze zabierać ze sobą. Jednak nikt na to nie narzekał, ponieważ nigdy nie sprawiał kłopotów, a nawet czasem poprawiał atmosferę.

Zerwał się z trawnika, a raczej czegoś, co miało przypominać trawnik, gdyż większa część placu była wydeptana. Nikomu nie zależało na dobru wspólnym i nikt o to nie dbał.

Tobiasz leżał na ziemi.

– Czekajcie, chłopaki, ojciec kazał mi jeszcze wyprowadzić psa. – Olek przewrócił oczami, a reszta wydała z siebie jęk niezadowolenia.

– O Boże, chyba nigdy tam nie dojdziemy. – Wito wyrzucił ręce w górę.

Razem zrobiliśmy kilka okrążeń wokół bloku i poczekaliśmy, aż Olek odprowadzi psa do mieszkania, a następnie ruszyliśmy ścieżką w stronę osiedlowego boiska, przy którym postawiono kilka rzędów trybun. Często na nich przesiadywaliśmy lub ja przesiadywałam sama, czytając książki, gdy chłopaki grali w piłkę. Tym razem w planie mieliśmy po prostu posiedzieć, nic wielkiego. Woleliśmy się spotkać niż siedzieć w domach.

Gdy dotarliśmy na miejsce, w pozycji półleżącej przywitał nas Noe. Przeglądał coś w telefonie i sączył piwo. Podniósł się od razu, gdy zauważył, żesię zbliżamy.

– Świetnie, zasnąłem prawie.

– Dziewczyna musiała się wystroić. – Tobi zaczął przekomarzanie, za co dostał ode mnie kuksańca w żebra. – Kupiłeś nam coś czy sam będziesz pił?

Ciemnoskóry chłopak zaczął wyjmować z plecaka szklane butelki i podał nam, gdy już się porozsiadaliśmy.

Co do Noego, jak już wspomniałam, wyróżniał się najbardziej z nas wszystkich, a to przez swój kolor skóry. Jego tato pochodzi z Nigerii, ale od dawna mieszka w Polsce i tutaj też założył rodzinę. Razem ze swoją żoną prowadzą osiedlowy sklep spożywczy. Dzięki temu znam ich całkiem dobrze. Właściwie to zna ich całe osiedle – w końcu prowadzą jedyny spożywczy sklep w okolicy. Często ich widuję, gdy wychodzimy z mamą na większe zakupy albo gdy w ciągu dnia zabraknie w domu jakiegoś produktu. Na szczęście od naszego mieszkania do ich sklepu jest pięć minut drogi. Oboje zawsze sprawiali wrażenie raczej spokojnej pary. Niejednokrotnie mnie zagadują – a to o naukę, a to o mamę. Nie mam wyrobionego zdania na ich temat. Nie znam ich najlepiej. Te nasze rozmowy są raczej błahe.

W sklepie często pomaga im syn. Niestety, poziom tolerancji jeszcze nie był i nie jest na takim poziomie, jak byśmy chcieli, więc Noe niejednokrotnie musiał się mierzyć i mierzy do dziś z docinkami na temat swojej odmienności. Pamiętam, jak lata temu, gdy byliśmy jeszcze w podstawówce, dzieciaki dokuczały mu w szkole, więc nie chciał tam chodzić, bo był wytykany i wyszydzany. Do tej pory nie mogę zrozumieć, co się dzieje w głowach tak małych dzieci, że już w młodym wieku potrafi w nich być tyle zła. Na szczęście Noe zawsze miał nas, nigdy nie traktowaliśmy go inaczej, nie było ku temu powodów, przecież różni nas tylko kolor skóry. Głupio, że takie rzeczy trzeba jeszcze komukolwiek tłumaczyć.– W ogóle, Mira, przez jakiś czas chyba nie będziemy mogli pokazywać się pod waszym blokiem – zaśmiał się Tobi.

– Czemu? – Zmarszczyłam brwi, patrząc na niego pytająco.

– Nie odpisywałaś, a nam nie chciało się wchodzić na górę, więc rzuciliśmy kamieniem i… no, nie trafiliśmy za pierwszym razem. – Zasłonił dłonią usta, próbując udawać, że wcale nie bawi go ta sytuacja.

– I w sumie za drugim też – dodał Wito. – Ale wasi sąsiedzi i tak za nami nie przepadali, więc nie odczuwam większej różnicy. – Wzruszył nonszalancko ramionami i upił kolejny łyk piwa.

Nie wiem, kiedy to się stało, ale zaczęło się ściemniać. Powietrze zrobiło się chłodniejsze, a my kończyliśmy już po trzecim piwie, które tym razem kupił Tobiasz w pobliskim sklepie. Wszyscy siedzieliśmy wygodnie w pozycjach półleżących i wyglądaliśmy, jakbyśmy nie mieli chęci do życia. Toczyliśmy powolną rozmowę o sprawach, o których jeszcze nigdy nie mówiliśmy. Pierwszy raz nasze tematy były tak głębokie. Pewnie przez alkohol. W zasadzie to pierwszy raz go piłam. Jako szesnastolatka teoretycznie nie powinnam tego robić, ale w praktyce to wygląda inaczej. Nie chcę wyjść na jakąś niewychowaną, po prostu tutaj już w gimnazjum wiele osób pierwszy raz sięga po alkohol. Nie jest to dla nikogo wielkim zaskoczeniem. Wiem, że nie jest to poprawne, i nie mam zamiaru przesadzać z ilością i częstotliwością picia. Byłam po prostu ciekawa, jak to jest – w końcu wiele osób w moim wieku już próbowało, a ja nie chciałam być gorsza. Nie ukrywam, że powszechnie mówi się, przynajmniej w kręgu osób, w którym ja bywam, że tylko te fajne dzieciaki piją i imprezują. Noe, Olek i Tobiasz pierwszy raz spróbowali już jakiś czas temu. A Witkowi i mnie nie pozwalali, ze względu na to, że jesteśmy trochę młodsi. Ostatnimi czasy jednak Wito poruszył temat, że chciałby spróbować piwa, na co Tobiasz po dłuższym namyśle się zgodził. Jako starszy brat nie był tym zachwycony, ale młody argumentował, że on sam w jego wieku już próbował, a poza tym lepiej, żeby zrobił to w jego towarzystwie, niż pił potajemnie w krzakach.– Zmieniając temat, myślicie, że uda wam się być w przyszłości kimś, kim chcecie być? – zapytałam.

To było coś, co trapiło mnie od dłuższego czasu. Alkohol pozwolił mi się przed nimi otworzyć trochę bardziej niż dotychczas.

– I czy wiecie, kim w ogóle chcecie być w przyszłości?

– Nie oszukujmy się, nikt z nas nie ma bogatych starych. Jak mamy osiągnąć coś w przyszłości? – podjął temat Noe.

– Myślisz, że bez pieniędzy nie da się czegoś osiągnąć?

– Nie, coś tam możesz, ale na pewno nie będzie to coś znaczącego.

– Ależ jesteś pesymistyczny. Studia są darmowe, jeśli masz chęci, to dasz radę. Niejedna osoba pracuje i studiuje jednocześnie. Myślę, że najważniejsze są samozaparcie i motywacja.

– Szczerze? Nie wiem, jak u was, ale we mnie nikt nigdy nie obudził takiego myślenia. Nikt mi nie mówił, że powinienem się regularnie uczyć, że ważne jest zdrowe odżywianie i ruch, czy gówniane kontrolne wizyty u dentysty. Nie oszukujmy się, rodziny grają dużą rolę.

Po słowach Tobiasza wszyscy zamilkliśmy. Trochę mnie to zdziwiło, on był z nas wszystkich najstarszy i zdecydowanie sprawiał wrażenie najbardziej odpowiedzialnego. On był takim naszym ojcem grupy. Pewnie dlatego, że ciągle pod opieką miał młodszego brata, czasem miałam wrażenie, że nas wszystkich też. Niejednokrotnie jego odpowiedzialność była tematem żartów, ale trzeba też przyznać, że po prostu martwił się o nasze bezpieczeństwo i nie raz uratował nam tyłki. Czego by nie mówić, miał rację. Rodzice spełniali tylko część naszych potrzeb. Nie zwracali uwagi na takie chociażby sprawy jak na przykład uczucia. Byli zbyt zapracowani, by nas wychowywać. Pewnie dlatego teraz mamy takie problemy z poruszaniem tego typu tematów.

– Ale, nie zapeszając, jak w takim razie widzicie swoją przyszłość?

– Mam trochę więcej czasu na decyzję od was, chłopaki, ale myślę, że chciałbym pomagać ludziom. Jeszcze nie wiem, w jaki sposób miałbym to robić. Nie mam żadnych zdolności. Może zostanę strażakiem. – Machnął ręką. – Zobaczymy. A ty, Tobiasz, nie chciałeś zostać psychologiem?

– Serio? – Autentycznie mnie to zainteresowało.

– Ma milion książek w domu na tematy związane z psychologią. Już się nie mieszczą na półkach – mówił w imieniu brata Wito.

– Bo pomagam staremu Omarowi w księgarni, więc często pozwala mi wybrać sobie jakieś książki… No tylko czasem nie wie o tym, że je podbieram.

– Ja to pewnie odziedziczę sklep po rodzicach. I tak dużo im pomagam, myślę, że jest to spoko opcja na przyszłość. Lubię pracować w tym sklepie. Nie jest to zbyt stresujące i to mi właśnie pasuje. Nie mam potrzeby osiągania wielkich rzeczy. Chcę mieć po prostu spokój. A ty, młoda? Skąd w ogóle taki temat? – zapytał Noe.

– Szczerze, nie mam pojęcia. Chciałabym robić to, co lubię najbardziej, czyli grać na fortepianie. Kocham to robić, może uda się połączyć z tym przyszłość i będę mogła się z tego utrzymywać. Za kilka miesięcy w naszej szkole muzycznej jest wielki coroczny koncert, na który przyjeżdżają łowcy talentów. Jest możliwość zdobycia stypendium, a mi marzy się to w Londynie. Ale to bardzo prestiżowa szkoła, jeśli mi się uda, to będzie cud. Muszę teraz ciężko pracować. Olek, a ty?

– Sam nie wiem, ciężko stwierdzić. Głupie jest to, że w tak młodym wieku musimy decydować o tak ważnych wyborach.

– Stary, chyba nie muszę przypominać o twoich ocenach ze wszystkiego właściwie… – Tobiasz przewrócił oczami. – Jestem pewny, że zdasz egzaminy końcowe najlepiej ze wszystkich w szkole. Dostaniesz się, gdzie tylko chcesz.

– Wiem, Tobiasz, nie boję się o egzaminy. Po prostu nie wiem, co robić dalej, jaki kierunek wybrać. Nie czuję żadnego powołania. Nic mnie nawet nie interesuje na tyle, żeby się temu poświęcić. A nie mam zamiaru się męczyć na jakimś głupim kierunku. Chociaż jedno wiem na pewno – że chciałbym stąd wyjechać.– O, tak! – Noe poderwał się z miejsca. – Ej, ale poważnie, to nie jest taki głupi pomysł. Jeśli nie jesteśmy pewni, co chcemy robić w przyszłości, a kończymy szkołę, wiecie, co trzeba zrobić? – Popatrzył na nas porozumiewawczym spojrzeniem.

– Zrobić sobie rok przerwy za granicą – dokończył Olek, wskazując na niego palcem.

– Dokładnie, bracie. Tobiasz, wchodzisz w to? Przez ten rok możemy przecież gdzieś pracować. Dorobisz sobie na te twoje studia. Jezu, jestem genialny, wszystko pasuje.

Zaśmiałam się z dziecięcej ekscytacji Noego.

– Hola, hola, przystopuj, kowboju. Dokąd chcecie jechać? Gdzie zamieszkacie? – Mimo wypitego alkoholu starałam się trzeźwo myśleć.

– Chłopaki, wasz wujek przypadkiem nie mieszka w Londynie? Ten, który był tu ostatnio na święta?

Przytaknęli.

Pan Stefan jest starszym mężczyzną. Myślę, że nie jest on tak właściwie wujkiem chłopaków, tylko bratem ich dziadka. Wszyscy mówimy na niego „wujku”, gdy przyjeżdża, choć robi to rzadko, bo tylko na niektóre święta i czasem na wakacje. Jest samotnym emerytem, więc gdy się zjawia, zawsze go odwiedzamy. Naprawdę się z nim dogadujemy. Liczyliśmy na to, że mógłby pomóc chłopakom z zaplanowaniem przynajmniej tak podstawowych aspektów wyjazdu jak nocleg. Może zna kogoś, kto potrzebuje rąk do pracy.– Popytam go. Mam nadzieję, że się zgodzi. Nie ma nic do roboty i całymi dniami siedzi sam jak palec w swoim domu. A my dotrzymamy mu towarzystwa. – uśmiechnął się, zadowolony ze swojego pomysłu. – Ale my jesteśmy dobroduszni. Jutro do niego zadzwonię.

– Ale serio to robimy? Wyjeżdżamy? Taką decyzję chyba trzeba przemyśleć, a nie podejmować tak spontanicznie, i to jeszcze po alkoholu. – Tobiasz na potwierdzenie swoich słów podniósł do góry piwo i patrzył nam wszystkim wyczekująco w oczy. Przeskakiwał wzrokiem po każdym z nas, jakby chciał zobaczyć, czy wszyscy sobie z niego nie żartujemy.

– Ja jestem pewny – odezwał się Olek, a reszta się z nim zgodziła.

– Poza tym patrzcie, jak to się złożyło. Jeśli wszystko pójdzie tak, jak planujemy, skończymy w tym samym mieście. Nie będziemy musieli się rozdzielać. No z wyjątkiem ciebie, Wito. Masz jeszcze dwa lata szkoły, gówniarzu. Będziemy tęsknić.

Zaczęli się przekomarzać, a ja odpłynęłam myślami, zastanawiając się nad przyszłością. Może wszystko się ułoży tak, jak planujemy. Może za rok o tej porze będziemy zwiedzać nowe miasto. Będziemy wieść zupełnie inne życie. Takie, o jakim marzyłam.

Przez cały ten czas chłopcy dyskutowali o czymś, ale byłam zbyt pochłonięta snuciem marzeń.– A czy bylibyście w stanie kogoś zabić? – rzucił któryś z nich. – Tak czysto teoretycznie – dodał i wzruszył ramionami.

Gdy zobaczył nasze reakcje, prychnął. Nie spodziewaliśmy się takiego pytania, więc potrzebowaliśmy chwili, żeby do nas dotarło.

– To zależy. W samoobronie pewnie tak. To znaczy, takich rzeczy się nie planuje. Ale faktycznie, gdy grozi ci realne niebezpieczeństwo, włącza się instynkt przetrwania i po prostu nie myślisz trzeźwo. Wtedy wszystko może się wydarzyć. – Jako pierwszy odpowiedział Tobiasz, a zaraz za nim jego młodszy brat, Wito.

– A ja nawet bez samoobrony. Gdyby ktoś zrobił coś naprawdę okropnego mnie lub któremuś z moich bliskich, to bym się nie zastanawiał nawet.

– Jesteś młody i głupi. Nie wiesz, co mówisz. – Starszy brat próbował go uciszyć.

Zawsze patrzyłam na ich relację z zazdrością. Cokolwiek by się nie działo, mają siebie. Co prawda, często się kłócą i robią sobie na złość, ale gdy trzeba, jeden staje za drugim murem. Widać, że Witek patrzy na Tobiasza z pewnym podziwem, choć pewnie nigdy by tego nie przyznał na głos, a gdyby się dowiedział, że tak uważam, to obraziłby się na śmierć. Tobi zawsze stanowił jakiś wyznacznik i wzór, a w razie potrzeby również wyciągał z kłopotów.– …ja marzyłem o tym, żeby mój ojciec umarł.

To było zdanie, które wyrwało mnie z zamyślenia i które miało ze mną zostać na długo. Patrzyłam na Olka, ale on zachowywał się tak, jakby mówił o pogodzie. Chciałam wiedzieć, co znajduje się w jego głowie. Zawsze tak było, on mnie fascynował na jakimś innym poziomie. Miałam do niego zupełnie inny stosunek niż do pozostałych chłopaków i nie byłam pewna, czy powodem było to, żejego znałam dłużej. Pokładałam w nim nadzieje, stanowił dla mnie niczym nieuzasadniony autorytet. Lubiłam z nim rozmawiać o wszystkim. Często zaczynałam jakieś tematy nie dlatego, że miałam je poukładane, a dlatego, że po prostu chciałam usłyszeć, co on ma do powiedzenia. Nie było to zauroczenie, czy inny romantyczny pakt. Nigdy nie myśleliśmy o sobie w taki sposób. Mam wrażenie, że po prostu łączy nas coś innego. Z nikim innym nie miałam do tej pory takiego porozumienia. Myślę, że jeśli istnieje coś takiego jak bratnia dusza, to on jest moją. Zawsze chciałam znać jego sposób myślenia, pojąć, jak odbiera rzeczywistość, co dokładnie siedzi mu w głowie.– O kurwa, rodzice potrafią dać w kość – prychnął Noe.

– My coś o tym wiemy, co?

Tobiasz i Wito, podśmiewając się, przybili sobie piątkę.– Ja to mam czasem ochotę udusić babę od matematyki. Jak ona mnie wkurza… – Noe kolejny raz wzniósł ręce do góry.

– To mnie akurat wcale nie dziwi, stary – zaśmiał się Tobi. – Ostatnio wyszedłeś z klasy w trakcie lekcji, szkoda, że nie widziałeś jej reakcji.

– Twierdzi, że jestem najgorszym uczniem, jakiego kiedykolwiek miała – oburzył się Noe.

– Nie oszukujmy się, najlepszy nie jesteś – dopiekł mu kolejny raz Tobi.

– Okej, okej, dodam jeszcze, że nazywa mnie czarnuchem. Przy wszystkich – oburzył się. – To już nie jest normalne.

– To było akurat chujowe. Ale mogę ci wytłumaczyć temat, który teraz przerabiamy. Mam notatki, jutro do ciebie zajrzę – powiedział mój sąsiad.

– Dzięki, bracie, ratujesz mnie. Mam nadzieję, że jakoś dotrzesz do mojego mózgu, bo jak nie poprawię ostatniego sprawdzianu, to mnie obleje.

– Spoko, następnym razem stawiasz mi piwo.

– Wracając do tematu rodziców i tego, jak bardzo potrafią dać w kość, jeśli zaraz nie wrócę, to mnie rodzice wydziedziczą. – Noe zaczął się podnosić.

– No co ty, niedługo wakacje.

– No właśnie, muszę poprawić oceny. To co, do jutra, Olek?

– Do jutra. – Olek kiwnął w jego stronę głową.

– A, i jeszcze jedno! Pablo organizuje w ten piątek imprezę na działce i powiedział, że mogę zabrać ze sobą znajomych. Idziecie, prawda? To pytanie retoryczne. Oczywiście, że idziecie. Mówię tylko dlatego, żebyście odwołali inne plany, jeśli je macie. Szykuje się gruba impreza – powiedział na odchodne Noe.

– Czekaj. Jaki Pablo? – dopytywał się Tobiasz.

– No ten z klasy humanistycznej. Znasz go. Sprzedaje dzieciakom fajki na sztuki.

I wtedy wszyscy pokiwali głowami ze zrozumieniem, mrucząc pod nosem „aha”. Ponieważ nie chodziłam z nimi do szkoły, nie miałam pojęcia, o kim mówią, więc dopytałam.

– Ty raczej nie będziesz wiedziała, ale chodź z nami, to go poznasz. Będzie fajnie.

Niedługo po tym poszliśmy w ślady Noego i też zaczęliśmy się zbierać. Szliśmy razem w stronę naszego blokowiska i w pewnym momencie rozdzieliliśmy się, każdy w ruszył w stronę swojego bloku. Szłam ramię w ramię z Olkiem w stronę naszej klatki i nie odzywaliśmy się do siebie. Przyznam, że choć nie wypiłam dużo, lekko kręciło mi się w głowie. Starałam się nie pokazywać tego po sobie, skupiłam się, by się nie chwiać, i brałam głębokie wdechy. Chłopaki wytłumaczyli mi, że tak się będzie działo, więc nie byłam przestraszona.

Kilka kroków przed drzwiami wejściowymi Olek zatrzymał się i spojrzał w górę.

– Cholera – rzucił pod nosem.

Zmarszczyłam brwi, bo nie wiedziałam, o co mu chodzi. Też spojrzałam tam gdzie on, ale to był tylko nasz blok, taki sam jak zawsze, nic nowego.

– Ojciec nie śpi.

Faktycznie w jego mieszkaniu paliło się światło.