Duest - Paulina Jur-Suszczewicz - ebook
NOWOŚĆ

36 osób interesuje się tą książką

Opis

Kimberly Bennet jest uczennicą prestiżowej szkoły magicznej Duest, gdzie młodzi adepci uczą się sztuki walki z odwiecznymi wrogami siedmiu podkrólestw – belwingami. Razem z czwórką przyjaciół tworzy grupę, która swoim nieposkromionym duchem i żartami wywraca szkolne tradycje do góry nogami, stając się prawdziwym wyzwaniem dla nauczycieli.

Dotychczasowy porządek w Duest zostaje jednak zaburzony, gdy stanowisko dyrektora obejmuje Sawyer Kenzes – bezkompromisowy i tajemniczy nauczyciel, który nie cofnie się przed niczym, by osiągnąć swoje cele. Kiedy Kimberly i jej przyjaciele stają się świadkami mrocznych sekretów nowego dyrektora, rozpoczynają własne śledztwo, ryzykując wszystko, by odkryć prawdę.

Dziewczyna obiera sobie jako punkt honoru pozbycie się Kenzesa ze szkoły i powrót do dawnych zwyczajów, jednak wszystko komplikuje się, gdy spędzają ze sobą coraz więcej czasu. Między Kimberly a Sawyerem rodzi się zakazane i niebezpieczne uczucie, które może zmienić wszystko.

To opowieść pełna magii, przyjaźni, niebezpieczeństwa i miłości, która przeniesie Cię do świata, gdzie dorastanie splata się z tajemnicami, a serce nie zawsze podąża za rozumem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 404

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Duest

Paulina Jur-Suszczewicz

Wydawnictwo Inanna

Spis treści

Dedykacja

II klasa

Copyright

📖 Informacja o wersji demo

Dedykacja

Mojemu mężowi, dzięki któremu ta opowieść wyszła z szuflady

II klasa

Zima

Dorastałam jako wychowanka Duest, we wschodnich górach Amaranth, na terenie Imperionu. Nie sądzę, żebyś znał to miejsce. Najpewniej nigdy nie byłeś w naszym świecie. Ja nie znałam innego. Wychowywałam się w cieniu nieustannego zagrożenia, a otoczenie, szkoła i panujące w niej zasady nie dawały o nim zapomnieć. Trudno było o beztroskie dzieciństwo w miejscu, gdzie wręcz przymuszano nas do życia w ciągłym strachu. Miałam „zaszczyt” kształcić się we wcześniej wspomnianej szkole. Nie dramatyzuję – ta szkoła pachniała nudą, co sumiennie próbowałam zmienić, odkąd przekroczyłam jej próg. Możesz sobie wyobrazić stary, ledwo trzymający się kupy budynek zawieszony na zboczu góry z dwiema patetycznymi wieżami wychodzącymi na zachodnią i wschodnią stronę świata. Bez wątpienia Duest przypominało raczej fortecę niż szkołę. Ale dyrektorom nie przeszkadzała musztra, jakiej poddawali swoich niewinnych uczniów, więc myślę, że i wygląd tej naszej budy ani trochę ich nie raził.

Tu, na tym zdjęciu siedzę z grupką przyjaciół w Larkess, czyli wschodniej części szkoły, w miejscu, które zwykliśmy nazywać lochami lady Poldi. Zawsze panowała tam ciemność, choć przez prawie cały dzień promienie słoneczne wpadały przez podłużne okna na korytarz. Mury były zimne, a lekcje profesor Rosonepol nudne i – naszym zdaniem – całkowicie bezużyteczne.

Zdjęcie wykonano w czasie pamiętnych zajęć z historii zarania dziejów. Sama niezwykle wyniosła i dumna lady Poldi wyszła, gdyż „jacyś niedorozwinięci uczniowie” – jak to ujęła – wypuścili na główny korytarz tuzin pająków, których rozmiary i mutacje genetyczne sprawiły, że… cóż, w Twoim świecie zapewne takich nie ma. Niezbyt inteligentne stwory, szukając ciszy i spokojnego kąta, zaszyły się w gabinecie Rosonepol i zaatakowały Xenę – jej ukochaną, czarną jak noc kocicę.

Podczas robienia tego zdjęcia pani profesor właśnie uganiała się za ogromnymi potworami po swym biurze, wykrzykując na całą szkołę wyzwiska, które nie przystają nauczycielce renomowanej placówki edukacyjnej.

Oczywiście to my, dzieciaki ze zdjęcia, staliśmy za wszystkim. Mieliśmy po szesnaście lat i przyznaję, że byliśmy jeszcze wtedy niedojrzałymi smarkaczami. Z naszą niereformowalną psotnością dyrekcja walczyła przez ostatni rok.

Ten chłopak po lewej, z czarnymi loczkami na głowie, to Aleks. Dobry kolega z czasów, gdy – w Twoim rozumieniu – byliśmy jeszcze normalnymi dziećmi. Koło niego, z tym szczerym uśmiechem wymalowanym na ustach, stoi Agatha. Jak zwykle z ulubioną błękitną opaską trzymającą jej jasne włosy w ryzach.

Po prawej, w zagiętym narożniku, ze zmartwioną, niemal współczującą miną stoi Nićka, a właściwie Monika. Kasztanowa grzywka opada na jej bystre niebieskie oczy. Można by uznać jej współczucie za szczere, gdyby nie psująca wymiar tego nieszczęścia, stojąca na środku ciemnowłosa dziewczyna z łobuzerskim uśmiechem. W ręce trzyma ogromnego czarnego szczura, drugą rękę wyciągając, by takiego samego położyć Robertowi, wysokiemu brunetowi, na głowę. To właśnie ja.

Nie skłamałabym, stwierdziwszy w tym momencie, że byliśmy postrachem całej kadry nauczycielskiej. Wiele razy bezskutecznie próbowano nas moralizować, naprawiać zepsutych do cna szyderców… Każdy wreszcie się poddawał i zostawiał nas w spokoju, przymykając oko na nasze próby walki z systemem.

Pamiętam dzień, kiedy lekcje zostały przerwane, a na korytarzu rozległ się głos pana Excenta, zastępcy naszej dyrektorkii drugiej najważniejszej po niej osoby. Nauczyciel ogłosił, że dyrektorka szkoły, madame Rodline, poległa na polach Elmer w jednej z bitew mających rozstrzygnąć od lat trwającą wojnę.

Po tym oświadczeniu zapadła cisza, a potem przez korytarz przeszedł szmer, który powoli narastał. Po chwili pan Excent ryknął: „Cisza!” i wszyscy faktycznie umilkli.

– Ale ściema – powiedziałam, zeskakując z parapetu – wiadomo, że lady Poldi i pan Excent mają romans. Zapewne ukartowali śmierć poczciwej Rodline, bo wiedzieli, że Rosonepol ma szansę wygrać wybory na nowego dyrektora.

Zaśmialiśmy się wszyscy krótko, niezbyt wesoło. Wszyscy oprócz Moniki, która spojrzała na mnie spode łba.

– Kim, trochę więcej taktu – mruknęła.

Moja najlepsza przyjaciółka, mój głos rozsądku. Jedyna osoba, która potrafiła przywołać mnie do porządku, kiedy za bardzo szalałam.

Jeśli zaś chodziło o posadę dyrektora, wiadome było, że nikt nie poprze kandydatury lady Poldi.

Mimo zachowania pozorów beztroski, nawet my byliśmy wstrząśnięci. Wojna była coraz bliżej nas, z każdym dniem stawała się bardziej realna.

Czekały nas wielkie zmiany, jednak wybory nigdy się nie odbyły. Nasz nowy dyrektor był już znany i wcale nie była to Rosonepol.

Pojawił się zaraz po oświadczeniu o śmierci dyrektorki. Nie zdążyliśmy nawet porządnie ochłonąć. Przez całą szkołę niosły się jeszcze nerwowe szepty i krzyki. W pewnym momencie Pera, niezbyt rozgarnięta dziewczyna z mojej klasy, krzyknęła:

– Zamkną szkołę!

– To niemożliwe, tak jak przeszczep twojego mózgu. Niestety…

Pera obrzuciła mnie jadowitym spojrzeniem, wstrząsając swoimi złotymi lokami, wstała z ławki i po chwili zniknęła nam z oczu. Do tej pory nie wiem, czy zrozumiała.

Odetchnęłam z ulgą.

– Całe szczęście…

– Kim! – Nićka szarpnęła mnie za ramię i szepnęła: – Zobacz.

Korytarzem sunął pochód złożony z lady Poldi, szkolnej medium profesor Weraself oraz całkiem porządnego gościa od magii zakazanej i niedostępnej – pana Squarka. Dostrzegłam również ledwo widoczną w tłumie uczniów Urnę, której natura poskąpiła wzrostu. Nauczała biologii. Tak, mimo tego, że nasza szkoła miała przygotowywać do korzystania z magii i walki, mieliśmy także wiele standardowych nudnych lekcji.

Młody mężczyzna szedł pomiędzy nimi. Wtedy widziałam go po raz pierwszy. Było w nim coś niebezpiecznego. Jakby miał nad sobą wielki, świecący napis „Przybywam w pokoju, ale zniszczę was, jeśli wejdziecie mi w drogę”.Ubrany w czarną szatę kontrastującą z sięgającymi za uszy płowymi włosami wydawał się niezwykle pewny siebie i chłodny. Odsunęłam się od ściany i ruszyłam za tłumem, tracąc pochód rady nauczycielskiej z oczu.

Wraz z przyjaciółmi zajęliśmy najlepsze miejsce z widokiem na aulę – parapet przy wschodnim oknie.

– Stara Rodline umiera, a oni przyprowadzają nam do budy nowego ucznia?

– Kim, to raczej nie uczeń.

Odwróciłam się z parsknięciem, żeby odpowiedzieć Aleksowi na ten nonsens, ale zobaczyłam miny moich przyjaciół i zamiast tego zwróciłam się w stronę, w którą wszyscy patrzyli.

– Jakiś problem? – Nie wiadomo skąd, jasnowłosy chłopak znalazł się przed nami. – Proszę zejść z parapetu.

Miał niesamowicie głęboki, mocny głos. Przykuwał uwagę nie tylko wyglądem.

Nić zamrugała głupio oczami, ale wykonała polecenie. Rzadko któremuś nauczycielowi chciało się zwracać nam uwagę. Wszyscy wiedzieli, że i tak wracamy do swoich przyzwyczajeń. W efekcie tak rzadko słyszeliśmy komendę „zejść z parapetu”, że ledwo pamiętaliśmy, co ona oznacza.

Zmierzyłam chłopaka chłodnym spojrzeniem i zsunęłam się wreszcie na podłogę. Pochód z nieznajomym na czele ruszył dalej.

– Wszyscy uczniowie proszeni są o zebranie się w auli – mówił pan Excent, a jego głos niósł się za pomocą magii po wszystkich korytarzach.

Wtedy nie spodziewaliśmy się, jak wiele zmian przyniesie ten jeden dzień.

Byłam oburzona postawą gościa, który śmiał nam zwrócić uwagę zaledwie chwilę po tym, jak zjawił się w szkole. Mrużąc oczy szłam za tłumem, równie wstrząśniętym i zdezorientowanym.

– Podobno to uciekinier z Rest, szukający tu kryjówki – powiedziałam znawczym tonem na tyle głośno, by dotarło to do uszu Pery i paru jej, równie nierozgarniętych, koleżanek.

I tak w parę minut po szkole rozszedł się największy hit roku, który był niczym powiew świeżości morskiej bryzy w zatęchłych ścianach naszej budy. Korytarze wypełniły się plotkami o tym, że chłopak uciekł ze specyficznego więzienia dla ludzi, których zdolności nie pozwalały na normalne funkcjonowanie w świecie.

Każdy, kto widział kroczącego dumnie jasnowłosego chłopaka, od razu mógł wywnioskować, że nie może być on przestępcą. Przestępca nie szedłby swobodnie po korytarzach, zwracając uwagę uczniom i paradując na przedzie całej rady nauczycielskiej.

– Wygląda na kogoś ważnego – stwierdziła z lekkim niepokojem Agatha.

– Tak? A mi Aleks wygląda na hetero. Widzisz, pozory mylą – skinęłam w stronę chłopaka – bez urazy…

Chłopak posłał mi szczery uśmiech. W sumie odetchnęłam z ulgą, na wieść, że jest gejem. Ile przyjaźni damsko-męskich przetrwało wiek dojrzewania, nie przekształcając się po drodze w beznadziejną, zazwyczaj nieszczęśliwą miłość? Perspektywa zakochania się w najlepszym przyjacielu z dzieciństwa kompletnie mi nie odpowiadała. Aleks był niezwykle empatyczną, delikatną osobą. Ale kiedy trzeba było, potrafił się dobrze zabawić i za tę równowagę go ceniłam.

Wskoczyłam na podest przed drzwiami jednej z salek lekcyjnych. Miałam stamtąd widok na tłum uczniów podążających za lady Poldi, panem Excentem, Squarkiem oraz płowowłosym chłopakiem.

Ten ostatni otworzył drzwi zwykłej salki, w której odbywały się lekcje ze Skwarkiem, a która w specjalnych okolicznościach zmieniana była w ogromną aulę z lśniącym sklepieniem imitującym niebo.

W tej samej chwili mijała mnie Rasana – drobna młoda nauczycielka historii podziemi, która dobrze wiedziała, że nie radzi sobie w roli surowego nauczyciela Duest. Excent jakimś cudem wypatrzył mnie na podeście i pokazał ręką przechodzącej obok nauczycielce znak, by mnie stamtąd zdjęła.

Rasana posłała mi zakłopotane spojrzenie. Najwyraźniej nie bardzo miała pojęcie, co ze mną zrobić. Widziałam, że najchętniej zapadłaby się w tamtym momencie pod ziemię, byleby tylko nie musieć zwracać mi uwagi. Ruszyła mnie litość i postanowiłam już dłużej nie stresować biedaczki. Zeskoczyłam na podłogę i ruszyłam korytarzem, rozpychając grupę pierwszoroczniaków. Rasana czmychnęła dalej, wzdychając z ulgą.

Nić dogoniła mnie i złapała za ramię.

– Szykuje się jakaś gruba sprawa.

Agatha pokiwała głową.

– Ten nowy wygląda na nauczyciela, który może narobić problemów…

Parsknęłam, podążając za podekscytowanym tłumem w głąb auli.

– Nowymoże narobić kłopotów tylko sobie. Błagam, ile on ma lat? Daję mu miesiąc. Wyniesie się stąd jak Patyk.

Robert uśmiechnął się z błyskiem w oku.

– Trzymam za słowo.

Może to nie było zbyt humanitarne, ale zawsze tacy byliśmy. Likwidowaliśmy potencjalne zagrożenie w jedyny znany nam sposób. Ci, którzy okazywali się zbyt słabi na ujarzmienie grupki nastolatków, zazwyczaj prędzej czy później sami dochodzili do wniosku, że zawód nauczyciela to nie ich powołanie i rezygnowali. Można więc powiedzieć, że robiliśmy im przysługę, wystawiając na tę próbę. W końcu mogli przestać udawać, że się do tego nadają. Wówczas czułam się niezniszczalna. Nie wierzyłam, że istnieje cokolwiek, co jest w stanie nas zatrzymać. Nie dopuszczałam do siebie myśli, że czasy naszej beztroski mają datę ważności.

Tamtego dnia jednak wszystko miało się zmienić: Duest, nauczyciele, nawet my – postrach starych murów. Wokół czuć było narastający niepokój. Świadomość nadchodzącego zagrożenia była wszechobecna. Widmo wielkiej wojny północnej zmieniło nawet nas. Ale tylko trochę. I nie na długo.

Za to nadchodziło coś groźniejszego. Czas, kiedy musieliśmy wydorośleć. Wtedy w auli patrzyłam na jasnowłosego chłopaka, docinając Perze i śmiejąc się z fryzury lady Poldi. Jednak podświadomie czułam, że coś jest nie tak, że sprawa jest znacznie poważniejsza, niż nam się wydawało.

Pan Excent poczekał, aż wszyscy zajmą miejsca. Przez chwilę zawisł nieruchomo nad mikrofonem z miną, jakby nie mógł się zdecydować, czy coś powiedzieć, czy zamilknąć na wieki.

Potem zaczął mówić o nieszczęściu i złowrogim potworze, który zawisł nad naszą legendarną szkołą, o śmierci, wojnie i terrorze. O tym, że po stracie poczciwej Rodline musimy być jeszcze silniejsi i jeszcze bardziej przykładać się do nauki, by śmierć kobiety nie poszła na marne. A ja dosłownie odpłynęłam po pięciu minutach słuchania tych wzniosłych, sztucznych słów, tak starannie dobranych. Spodziewałam się jeszcze wytłumaczenia obecności w Duest nieznajomego chłopaka, więc pozostałam w miarę przytomna.

Ożywił mnie głos cudnej Pery, której loki łaskotały mnie po twarzy za każdym razem, kiedy z zapałem potrząsała głową niczym nakręcana lalka. Jej przesłodzony głos działał na mnie jak kubeł zimnej wody wylanej znienacka na twarz.

– Ależ on jest przystojny! – zaświergotała, a dopiero po chwili zrozumiałam, że chodzi jej o nowego. – Muszę go poznać, nawet jeśli jest seryjnym mordercą.

Przewróciłam oczami zastanawiając się, skąd na tej ziemi biorą się takie istoty jak Pera.

Rozglądałam się akurat za jakimś ciekawszym zajęciem niż słuchanie przemowy wicedyrektora, gdy wkoło zrobiło się niebywale cicho. Pan Excent przeszedł wreszcie do kwestii męczącej całą rzeszę uczniów i nauczycieli, a w sali znów rozległ się szmer szeptów, gdy doszły do nas słowa Excenta:

– …przedstawić profesora Sawyera Kenzesa, który zajmie miejsce zmarłej dyrektorki Duest.

– Profesora?! – Zaskoczona Agatha prawie poderwała się z krzesła.

– Dyrektora? – syknęłam z niedowierzaniem.

Robert zaczął się krztusić bułką, którą próbował zjeść po kryjomu, nachylony pod krzesłem, Nić klepała go po plecach, a Aleks rozdziawił tylko usta, nie kryjąc szoku.

– Ten szczeniak ma być dyrektorem? – Spojrzałam po zdezorientowanych twarzach przyjaciół, kiedy wstępnie otrząsnęliśmy się z zaskoczenia. – Ta buda naprawdę schodzi na psy.

Nikt się nie roześmiał. Nawet mi nie było wtedy do śmiechu, a wszystkie żarty na temat tej sytuacji wydawały się suche i bezsensowne.

We wrzawie nie dostrzeżono, że miejsce pana Excenta zajął już jasnowłosy chłopak.

– Cisza.

To nie była prośba. To nawet nie była komenda. To był ewidentny rozkaz.

Nie użył nawet mikrofonu, a jego głos odbił się echem od tylnej ściany i wciąż rozbrzmiewał z tą samą intensywnością w mojej głowie. Co wrażliwsi zatkali sobie uszy… No dobra, tylko Aleks je zasłaniał.

– Aleks! – skarciłam przyjaciela.

Chłopak wzruszył ramionami i uśmiechnął się kwaśno, powoli cofając ręce.

Sawyer wyprostował się, demonstrując w pełni swój metr osiemdziesiąt.

– Przybyłem tutaj nie bez przyczyny – kontynuował.

Jego postać emanowała chłodem, ale też niezwykłą charyzmą i mocą. Jego wzrok powoli przetaczał się przez całą salę, kiedy pozwalał wybrzmieć poszczególnym słowom, całą swoją postawą dając wyraz swojej stanowczości i powadze. Miał coś w tym głosie, to trzeba było przyznać. Trudno było od niego oderwać wzrok, kiedy stał tam na podwyższeniu. Miałam wrażenie, że wyssał z najbliższego otoczenia całe powietrze.

– Nasi wrogowie są coraz bliżej szkoły. Musimy podjąć odpowiednie kroki, by zabezpieczyć Duest. Dlatego zostałem przysłany przez króla, by pomóc szkole przetrwać najgorsze czasy.

– Śmierć poczciwej Rodline chyba była im na rękę – wtrąciła Agatha.

Uśmiechnęłam się, nie spuszczając jednak wzroku z nowego dyrektora. Zaś chłopak kontynuował.

– Zaprowadzę tu porządek… – Czemu miałam wrażenie, że patrzy akurat na mnie? – …zostanie wprowadzony nowy tok nauczania i nowe zasady. Nauczę was, jak się bronić. Duest przetrwa wojnę.

Zrobił, moim zdaniem, zbyt teatralną przerwę, po czym kontynuował swoją przemowę.

Kiedy skończył, nie rozległy się brawa, nikt nie wiwatował. Wciąż milczeliśmy ponuro. Jego słowa w pewnym sensie były iskrą, która wywołała pożar. Czuliśmy, że zbliża się coś, wciąż nie miało jednak określonego kształtu, było bezcielesnym strachem, który powoli się materializował.

Jak się dowiedzieliśmy następnego dnia, Sawyer Kenzes nie tylko zajął miejsce dyrektor Rodline, ale został także nowym nauczycielem od magii permanentnej.

Jego niekonwencjonalny charakter poznaliśmy już w pierwszych dniach, ale nie przeszkadzało nam to snuć planów, jak wykurzyć ze szkoły natrętnego profesora.

***

To była kolejna nudna lekcja historii zarania dziejów z panną Rosonepol. Rozdając nam egzaminy, spojrzała na mnie swym podejrzliwym wzrokiem. Nasza cudna nauczycielka uwielbiała się nad nami znęcać. Tryumfowała, kiedy zadawała pytanie, na które nikt nie potrafił odpowiedzieć. Lubowała się także w odpytywaniu nas i udowadnianiu, jak mało umiemy. Ale jej największym zwycięstwem zawsze były sprawdziany.

Kiedy tego dnia nasza ulubiona nauczycielka stała przed biurkiem z plikiem kartek i miną wyrażającą wszystkie gorące uczucia, jakimi nas darzyła, z korytarza dobiegł nas przeraźliwy dźwięk. Skowyt przeszedł w żałosny, przeciągły miauk. Poldi rzuciła testy na podłogę i wybiegła z sali, prawie gubiąc po drodze obcasy.

Spojrzałam na siedzącą obok mnie Nićkę i z uśmiechem przybiłyśmy sobie piątkę.

– Marco, działaj! – skinęłam głową do znajdującego się za mną czarnowłosego chłopaka. Ten podszedł do biurka nauczycielki i zaczął przebierać w leżących na nim arkuszach. Kiedy znalazł te z kluczem odpowiedzi, przytrzymał je nieruchomo przed sobą. Po chwili jego oczy zalśniły niebieskim blaskiem. Przeniósł wzrok na czystą kartkę, a na papierze zaczęły się pojawiać litery. Zrobił parę kopii i rzucił je w obieg, a potem wrócił grzecznie do swojej ławki. Wtedy usłyszeliśmy zbliżające się kroki.

– Dobra robota. – Mrugnęłam do Marco, spojrzawszy na otrzymaną kartkę.

Chłopak odwzajemnił uśmiech, a potem jak reszta klasy utkwił wzrok w drzwiach, w których już pojawiła się Rosonepol. Jej włosy były rozczochrane, siwe kosmyki wypadły z koka i powyginały się we wszystkie strony.

Nie była sama.

Koło niej, w czarnym płaszczu, stał jasnowłosy, wysoki chłopak.

– Czyja to sprawka? – Jego głos rozległ się po sali jak wtedy, kiedy uciszał nas podczas przemówienia na auli. Był śmiertelnie poważny, w przeciwieństwie do mnie, bo ja ledwo powstrzymywałam się od śmiechu.

Młody dyrektor trzymał za ogon Xenę, czarną kocicę lady Poldi. Kotka wyrywała się i syczała, próbując uwolnić się od zielonej substancji, którą była umazana, a także od uchwytu Kenzesa.

W końcu nie wytrzymałam i zachichotałam cicho, tłumiąc dźwięk skrawkiem swojej bluzy.

Wzrok Kenzesa poszybował na mnie.

– Proszę powiedzieć, co jest takie śmieszne? Bo ja nie widzę nic zabawnego w tym niedojrzałym dowcipie. A może chcesz nam coś powiedzieć na ten temat?

Wypuścił Xenę, która z dzikim wrzaskiem wylądowała na podłodze, obróciła się gwałtownie i wymknęła przez uchylone drzwi. Kenzes zbliżył się powoli do mojej ławki.

– Nie wiem, z jaką pobłażliwością spotykaliście się do tej pory, ale ja nie pozwolę na takie zachowania. Proszę wracać do zajęć, profesor Rosonepol.

Kenzes odwrócił się na pięcie, zamiatając podłogę swoją peleryną i zamknął drzwi, zostawiając z nami bezbronną lady Poldi ubraną w brudną od flegmy czarną sukienkę.

Biedaczka kontynuowała egzaminy, mając nadzieję na zemstę na nas. Na jej nieszczęście cała klasa dostała najwyższe oceny.

Zero jeden dla nas, dyrektorku.

***

Niefortunnym zbiegiem okoliczności stałam tuż obok Pery pod tablicą ogłoszeń, wysłuchując jej uwag wykrzykiwanych piskliwym, podekscytowanym głosem. Oglądałam nowy plan zajęć. Całkowicie zmodyfikowany i to w środku roku.

– Nie do wiary – rzuciłam do przyjaciółki przez ramię. – Mamy ze sobą tylko historię zarania dziejów i godzinę biblioteczną?

Nićka obrzuciła drugą tablicę zawiedzionym wzrokiem.

– Jeszcze biologię, no i magię permanentną.

Odwróciłam się.

– Te nowe rządy profesorka Kenzesa to jakaś porażka. Dziesięć godzin więcej praktyki i podstaw walki? Kiedy będziemy mieli czas, żeby chociaż pójść do toalety? – westchnęłam ciężko, spojrzawszy kątem oka na Perę i rozchichotaną gromadkę jej klonów. – Spadam stąd.

Monika dogoniła mnie na korytarzu.

– Co zamierzasz?

Zerknęłam na nią. Oczywiście wiedziała, co rozgrywa się w mojej głowie. Czasem mnie tym przerażała, znała mnie lepiej niż ja siebie.

– Działać. Nie dam się, jak wszyscy, tej dyktaturze profesora Czarnego.

„Czarnym” lub „Mrocznym” nazywali go już wszyscy wtajemniczeni ze względu na nieodłączny element jego stroju, jakim był czarny płaszcz.

– Drugi dzień i wszyscy zaczynają wariować. Nauczyciele, nawet uczniowie. Nie można żyć samą wojną.

Ujrzałam w tłumie przed nami Aleksa i pomachałam do niego. Przyjaciel uśmiechnął się na nasz widok i podszedł bliżej.

– Jutro pierwsza lekcja z Mrocznym. Co robimy?

– Całe szczęście, że mamy ją wszyscy razem.

Aleks stanął przede mną, poprawiając niesforny czarny loczek, który opadł mu na czoło.

– Na razie musimy go dobrze poznać, zaczniemy od obserwacji.

***

Kolejny dzień. Pierwsze zajęcia z Kenzesem. Musieliśmy wstać o nieludzkiej porze, jeszcze przed wschodem słońca. Stawiałam zaspane kroki na korytarzu Larkess, kiedy profesor Mroczny wyszedł nam naprzeciw z sali zajęć.

Był ubrany w zwykłą białą koszulkę, zrezygnował ze swojego czarnego płaszcza. Gdybym nie spojrzała na jego spiętą, poważną twarz, mogłabym pomylić go z uczniem, tym bardziej o tej porze dnia, kiedy ledwo udawało mi się utrzymać powieki w górze. Otaczające jego głowę jasne włosy lśniły w promieniach wschodzącego słońca wpadających przez wysokie okna. A ja poczułam, jak gotuję się w środku. Wyglądał na dobrze wychowanego, pochodzącego z wysoko usytuowanej rodziny z wpływami. Przystojny i perfekcyjny w każdym calu. Typ, który zawsze musi być szlachetny i poważny i patrzeć na wszystkich z pewną dozą wyższości i dumy. I musi doskonale zdawać sobie sprawę ze swojej idealnej twarzyczki.

Moje rozmyślania przerwało chrząknięcie.

– Zapraszam.

Zamrugałam energicznie, uświadomiwszy sobie, że na korytarzu stoimy już tylko ja i profesor. Reszta klasy weszła do sali. Co za fatalne rozegranie, Bennet. Pierwszy dzień wtapiania się w tłum i obserwacji z ukrycia, a ty już wykładasz się mu na tacy.

– A, tak… – mruknęłam, przekraczając próg.

Mijając go, uniosłam wysoko głowę.

Nie spoglądałam już w jego kierunku, ale czułam na sobie jego wzrok, gdy siadałam i rozpakowywałam książki.

– Zacznijmy od magii eterycznej. Tak zwiewnej i delikatnej, że nie pozostawia po sobie śladu. Niezwykle trudna do wytropienia, ale również wymagająca wielkiej koncentracji.

Profesor podszedł do pierwszej z brzegu ławki, w której siedziała Pera.

– Panno…?

Pera zatrzepotała rzęsami, jakby miała zaraz popłakać się ze szczęścia.

– Clairmount – podsunęła świergotliwym głosem.

– Proszę wymienić trzy kategorie magii eterycznej.

Przez tę krótką chwilę na twarzy Pery zagrały wszystkie odcienie tęczy. Zrobiła minę, jakby naprawdę nad czymś intensywnie myślała, po czym zastygła w typowym dla siebie słodkim uśmiechu.

– Obawiam się, że nie przerobiliśmy tego na zajęciach, profesorze.

Schyliłam się, szukając pod ławką pióra, które celowo upuściłam wcześniej na ziemię. Nićka spotkała mój wzrok i udała, że próbuje mi pomóc.

Otwierałam już usta, żeby coś powiedzieć, ale ubiegł mnie głos profesora dochodzący znad mojej ławki.

– Może szybciej będzie, jeśli ktoś pani pożyczy coś do pisania?

Zmarszczyłam brwi, podnosząc pióro spod buta i wyprostowałam się, próbując nie pokazywać na swojej twarzy irytacji.

– Może pani zna gatunki magii eterycznej?

Powoli podniosłam oczy. Złapałam jego spojrzenie, pewne siebie, przeszywające na wylot. Czekał z lekką oznaką zniecierpliwienia na moją odpowiedź.

– Jak już mówiła koleżanka Pera, nie przerabialiśmy tego na zajęciach.

Kenzes utrzymał jeszcze przez chwilę wzrok na mojej twarzy. Zmarszczka między jego brwiami pogłębiła się, kiedy pokręcił głową z pogardliwą miną.

– No tak, nie spodziewałem się, że ktokolwiek z was sięgnie po coś dodatkowego oprócz materiału, który przerabiacie na zajęciach.

Miałam ochotę mu coś odpyskować, taka już byłam. Traktowałam każdy konflikt bardzo osobiście. Nićka posłała mi zaniepokojone, ale też wyrażające ulgę spojrzenie, kiedy siadałam.

– To jednak dyrektor – uspokoiła mnie, gdy zobaczyła moją reakcję.

Zacisnęłam usta, spoglądając na profesora, który przechadzał się po sali i kontynuował przepytywanie. W końcu wrócił do swojego biurka, oparł się o jego blat i pokręcił z niezadowoleniem głową.

– Dobrze, widzę, że musimy inaczej porozmawiać, bo w takim tempie do końca zimy nie dowiem się, jaki jest obecny stan waszej wiedzy. Wyciągnijcie kartki. – Rozejrzał się z pogardą po naszych zdziwionych minach. – No, dalej, i tak stąd nie wyjdziemy, dopóki wszyscy nie oddadzą mi choćby czystej kartki podpisanej swoim nazwiskiem.

– To na ocenę? – rozległo się spanikowane pytanie z tylnej ławki.

No proszę, ledwo się pojawił, a już zaczął siać panikę. Dobry jest, pomyślałam, szturchając w plecy siedzącego w ławce przede mną Aleksa, żeby podzielił się ze mną kartką.

– Oczywiście – uśmiechnął się z przekąsem Kenzes, mrużąc oczy – ale z racji, że nie wiem, na jakim poziomie jesteście, umówmy się, że punktem odniesienia będzie najlepiej napisana kartkówka.

Świetnie, pomyślałam, patrząc w stronę klasowej kujonki Caroline Prant, która już czekała w gotowości z uniesionym nad kartką piórem. Jeśli to ma być punkt odniesienia, to mogę równie dobrze już oddać swoją kartkę i wyjść.

– A co, jeśli nikt nie odpowie poprawnie? – zapytałam w nadziei, że reszta klasy zrozumie mój fortel. Kenzes przeszył mnie spojrzeniem, od którego temperatura wokół niego musiała spaść o parę stopni.

– Zmuszony byłbym wtedy odwołać zimowe ferie, a może i letnie, żebyście mieli czas nadgonić swoje zaległości. Tak że mam nadzieję, że dacie z siebie wszystko i do tego nie dojdzie.

Sarkastyczny uśmiech. Cóż za sympatyczny typ.

– Zaczynajmy. Nie będę się powtarzał, tak że proszę uważać. – Usiadł za biurkiem, robiąc chwilę przerwy, jakby upewniając się, że wszyscy słuchamy go z należytą uwagą. – Pierwsze: wymienić rodzaje magii eterycznej. Dam wam jeszcze szansę, może jednak ktoś mnie zaskoczy. Drugie: zaklęcia pasywne, scharakteryzować i podać przykład. Trzecie: wymienić przynajmniej trzy kategorie magii permanentnej, o każdej z nich napisać parę słów. Na koniec proszę zapisać swoją moc własną, to tak bardziej, żebym mógł was poznać i, uwaga, pytanie pomocnicze, bo może jeśli odpowiedź na nie będzie dość ambitna i mnie zaciekawi, uratuje kogoś przed niezaliczeniem: jak, korzystając tylko ze swojej mocy, obroniłbyś się przed belwingiem. Macie czas do końca zajęć.

Może jeszcze rozmiar buta i datę urodzenia?, pomyślałam, zapisując przy nazwisku swój dar. Zaczęłam odpowiedzią na ostatnie pytanie, kreśląc na dole strony rysunek dwóch postaci, pierwszą podpisałam swoim imieniem, drugą zaś jako „belwing”. Z rąk tej lewej wylatywały błyskawice. Na kolejnym rysunku przedstawiłam te same postaci, jednak postać belwinga tym razem miała wszystkie kończyny rozłożone szeroko i była otoczona pofalowanymi liniami. Dorysowałam na jego głowie włosy stojące dęba i oczy jako dwie zakręcone muszle ślimaka. Na ostatnim rysunku postać belwinga leżała martwa, a moja stała nad nim w wyrażającej zwycięstwo pozie. Uśmiechając się pod nosem, wróciłam do próby odpowiedzi na wcześniejsze pytania próbując zajrzeć od czasu do czasu do kartki Moniki siedzącej obok. Koniec końców – wyskrobałam parę zdań na pytanie odnośnie do kategorii magii permanentnej i podałam dwa przykłady zaklęć pasywnych, które – miałam nadzieję – bezbłędnie przepisałam od przyjaciółki.

Kiedy zaś czekałam z oddaniem kartki na koniec zajęć, rozmyślałam tylko o tym, w jaki sposób uprzykrzyć życie nowemu profesorowi.

***

Następne zajęcia Kenzes zaczął od rozdania nam ocenionych kartkówek z ostatnich zajęć.

– Cóż, niektórzy z was faktycznie wykazali się jakąś wiedzą. – Przeczytał kolejne nazwisko i podał właścicielce kartkę z jej odpowiedziami. – Inni zaskoczyli swoją kreatywnością. Jeszcze inni… cóż… Bennet?

Podniosłam leniwie rękę. Podszedł do mnie i położywszy przede mną kartkę, zawiesił jeszcze przez chwilę wzrok na moich rysunkach.

– Inni nie wykazali się ani jednym, ani drugim. I chyba nie wzięli tego sprawdzianu na poważnie.

Cmoknął z dezaprobatą, odwracając się na pięcie.

Wzruszyłam ramionami, mimo wszystko usatysfakcjonowana trójką na szynach, która widniała na górze moich wypocin. Jasne, może mój rysunek nie był zbyt dojrzały. Ale, do cholery, rozumiem, że potrzeba wielu słów i pewnej dozy kreatywności, żeby opisać sposób zabicia belwinga za pomocą daru tworzenia kopii przedmiotów, jak Marco. Albo ze słuchem absolutnym Roberta. Ale mocą elektryczności, jaką posiadałam? Chyba nie trzeba było pisać na ten temat rozprawki, by dyrektorek mógł się domyślić, jak to działa. Ta kąśliwa uwaga potwierdzała tylko jego brak poczucia humoru.

Sawyer Kenzes rozdał ostatnie kartki i wrócił do swojego biurka. Siadając, odrzucił niemal teatralnie poły swojego czarnego płaszcza, po czym rozejrzał się po sali, jakby analizując, jakie wrażenie wywarły na nas otrzymane oceny.

– Mimo że uważam, że ważniejsze jest praktyczne przygotowanie, musicie solidnie przyswoić przynajmniej podstawy teorii magii permanentnej. Dlatego poświęcimy pierwszy semestr głównie na teoretycznym ich omówieniu, a później skupimy się na czystej praktyce. Żeby każdy nadrobił zaległości i wyniósł jak najwięcej z zajęć, będę sprawdzał poziom waszej wiedzy po każdym rozdziale. Wszystkie lekcje zaczynać zaś będziemy odpytaniem z zagadnień poznanych na poprzednich, czy to w formie pisemnej, czy ustnej. Oczekuję również, że będziecie zdobywać wiedzę nie tylko na samych zajęciach, ale też poza nimi. Dlatego co jakiś czas będziecie musieli przygotować się do zajęć we własnym zakresie. Jednocześnie pragnę zaznaczyć, że nie będę tolerował zapominalstwa, spóźnialstwa i braku przygotowania. Nie będzie taryfy ulgowej, a jeśli ktoś nie będzie przykładał się do zajęć, żeby zaliczyć przedmiot, będzie musiał przychodzić na poprawki indywidualne albo zajęcia wyrównawcze. W przeciwnym wypadku nie dopuszczę takiej osoby do egzaminów. – Rozejrzał się po naszych zaskoczonych minach. – Tak, wszystkich, nie tylko z magii permanentnej. To się tyczy zresztą każdego z przedmiotów obowiązkowych.

– Ale… – zaczęła piskliwym głosem Gladis, przyjaciółka Pery siedząca z nią w ławce – …to oznaczałoby niezaliczenie roku.

– Owszem – skwitował profesor – oraz powtarzanie klasy.

Musiałam przyznać, że chłopak miał tupet.

Albo może był na tyle świeży, że jeszcze chciało mu się przejmować naszymi ocenami, dręczyć za brak wiedzy i straszyć niezdaniem szkoły. Zapewne skończył dopiero którąś z renomowanych uczelni, a teraz postanowił sobie odbić te wszystkie lata, kiedy profesorowie kazali mu połknąć kij i chodzić z nim, dopóki nie nauczy się z pamięci recytować książek po samym numerze strony. Teraz uważał się za kogoś lepszego, a ja nienawidziłam tego typu ludzi.

***

– Kim, przerażasz mnie. Naprawdę nie możemy przecież! To…

– Przestępstwo? – weszłam przyjaciółce w słowo, uśmiechając się z przekąsem. – Już przecież raz nam się udało. Pamiętasz? Nic się wtedy nie stało. Teraz będzie tak samo.

Zamilkliśmy, mijając bibliotecznego Marka, a tak naprawdę profesora Markacciego, który był najbardziej wścibskim nauczycielem, jakiego znałam.

– Ale to była Rodline – syknęła Monika, kiedy znaleźliśmy się z dala od ciekawskich uszu nauczyciela. – Co innego ten cały Kenzes.

Spojrzałam na nią spode łba.

– Naprawdę? Agatha, Robert? – Spojrzałam na pozostałych. – Mogę na was liczyć?

Zawahali się na moment, ale w końcu przytaknęli. Nie dziwiłam się. Sama miałam wątpliwości, jednak nie wypowiedziałam ich na głos.

– Jasne – odparli bez przekonania.

– Nićkę też przekonamy, prawda?

Robert zarzucił ramię na szyję przyjaciółki. Monika prychnęła i spojrzała na chłopaka z pobłażaniem.

– Pewnie. Ciekawa jestem, co na to Aleks.

– Właśnie wraca z wywarów.

– Och, będzie zachwycony – zironizowała Nić, spoglądając na idącego w naszą stronę chłopaka.

– O co chodzi? – spytał, patrząc na mnie, jakby wyczuwając, że coś się święci.

– Kim chce się włamać do gabinetu dyrektora – burknęła oburzona Monika tonem, jakbym planowała co najmniej morderstwo.

– Nie włamać – sprostowałam – tylko odwiedzić podczas jego nieobecności. I może trochę pomyszkować.

Aleks pokręcił głową.

– Nie wiem, czy to dobry pomysł.

Nićka uśmiechnęła się z satysfakcją w oczach.

– Właśnie tłumaczyłam im, że…

– …to trochę za mało – przerwał jej Aleks, rozciągając usta w szerokim uśmiechu. – Myślę, że powinniśmy wymyślić coś bardziej ambitnego. Mam nawet pomysł co.

Nićka szturchnęła go w ramię.

– Zdrajca – burknęła.

W tej samej chwili na korytarzu rozległy się kroki.

W długim czarnym płaszczu zza zakrętu wyłonił się sam Sawyer Kenzes.

– Nie macie przypadkiem zajęć? – zapytał chłodno, przeskakując wzrokiem po naszych twarzach.

– Oczywiście, właśnie tam idziemy – uśmiechnęłam się głupkowato i posłusznie zeszłam mu z drogi.

***

– To jak, kiedy planujemy wielki skok? – Siedziałyśmy w piątkowy wieczór w zachodnim skrzydle biblioteki. Nasz azyl, schronienie przed wszelkimi wścibskimi uszami.

Uściskałam przyjaciółkę z radości.

– Wiedziałam, że nas nie zostawisz.

– Beze mnie nie dalibyście rady – odparła Nićka nieskromnie.

Słusznie, bez jej umiejętności moglibyśmy pomarzyć o cichym wślizgnięciu się do gabinetu dyrektora.

Tak to już było z tą naszą niezwykłą szkołą, że trafiali tam jedynie wybrańcy obdarzeni dodatkowym darem, niezwykli wśród niezwykłych. Musiało to mieć jakiś związek z genami, bo dary zazwyczaj przenosiły się w rodzinie. Każdy w królestwie był w stanie opanować zaklęcia – w różnym stopniu, ale zawsze potrafił chociaż stworzyć iskrę czy poruszyć przedmiotem. Zdarzali się jednak ludzie obdarzeni oryginalnymi zdolnościami, które mogli szlifować do mistrzostwa. Zostać świetnym magiem mógł każdy, ale tylko nieliczni wyróżniali się specjalnym talentem, naturalnym dla nich jak oddychanie. Byliśmy swego rodzaju mutantami wśród mutantów.

Nasza legendarna szkoła przyjmowała tylko takich uczniów. Dlatego uchodziła za tak renomowaną. W okolicy były inne placówki tego rodzaju. Homstack czy Rud Hill. Trafiłam do Duest po tym, jak w trakcie pierwszego semestru w Rud Hill spaliłam jej cały system elektryczny. Władze szkoły podjęły decyzję, że Duest nauczy mnie lepiej kontrolować swój dar. Dobra wymówka na pozbycie się problemu. Lepiej się jednak stało, że trafiłam do Duest. To tu poznałam Monikę, Agathę i Roberta. Aleksa znałam jeszcze przed rozpoczęciem swojej edukacji.

Wracając do mojej przyjaciółki – Monika miała dar telekinezy. Dlatego tylko ona mogła włamać się do gabinetu dyra, nie zostawiając na to żadnego dowodu.

Tak więc po dwóch dniach przygotowań przyszła wreszcie ta chwila.

Przez ten czas staraliśmy się nie wychylać, sporządzając dokładne plany naszego wypadu. Byliśmy wyjątkowo spokojni, co nie uszło uwadze Rosonepol, która każdego dnia miała na nas oko, zapewne obawiając się, że szykujemy na nią coś większego.

Zrobiło mi się na tyle żal kobiety, że miałam ochotę oświadczyć jej, że przez kolejny tydzień może być spokojna, jeśli chodzi o jej kotkę. Pewnie i tak by nie uwierzyła i wciąż podejrzewała kolejny podstęp.

Na większe akcje Monika zawsze zabierała aparat. Lubiła uwieczniać takie chwile, nawet za cenę tego, że zdjęcia mogły się stać kiedyś dowodem naszej winy.

Przypomina mi się kolejne zdjęcie. Z gabinetu Sawyera Kenzesa – uwiecznienie naszego zwycięstwa. Przedstawia nas z tryumfującymi uśmiechami na młodzieńczych twarzach. Stoję po lewej stronie, trzymając flaszkę wywaru alkaisowego, z której wylatuje siwy dym. Nićka wygląda spod biurka, a Aleks i Robert obserwują pracę samopiszącego pióra w akcji. Za nami stoi Agatha, połowa jej ręki znika w zamkniętych drzwiach szafy. Dar Agathy polegał na możliwości przenikania przez przedmioty.

Kenzes miał w tym czasie zajęcia, więc byliśmy pewni, że gabinet pozostanie pusty.

Wiedzieliśmy jednak, że pierwsze podejrzenia padną na nas, a nie mieliśmy żadnego alibi. Nasz plan przewidywał więc stworzenie zamieszania w całej szkole tak, żebyśmy zdążyli wrócić do swoich pokoi i udawać, że cały czas tam byliśmy.

Kiedy tylko uwieczniliśmy tę piękną chwilę paroma zdjęciami, pomyszkowaliśmy trochę po szafkach Kenzesa i rozpyliliśmy w gabinecie dym tymczasowego pozbawienia koloru, stwierdziliśmy, że najwyższa pora się wynosić. Ale czekała nas jeszcze jedna nieprzewidziana w planie atrakcja…

– Ktoś idzie – zawiadomił w pewnym momencie Robert. – To raczej nie Sawyer.

Nić złapała mnie za rękę.

– Już pora.

Dzięki swojej mocy wywołałam spięcie, które zabrało prąd w całym Larkess. Poczułam ciepło energii, promień przeszedł po moim ciele wywołując przyjemne znajome odczucie.

– Ile mamy czasu? – usłyszałam głos Aleksa.

Wymacałam po ciemku klamkę.

– Zanim Latarka zorientuje się, w czym leży problem. Nie mogę utrzymywać tego stanu dłużej, żeby nie domyślił się, że to nie był przypadek.

Latarka był woźnym w naszej szkole. Jego przezwisko wzięło się od sprzętu, który był nieodłącznym elementem jego stroju. Pewnie nosił ją na wypadek sytuacji takiej jak ta.

– Ktoś wciąż jest na korytarzu – ostrzegł Robert.

Dar Roberta polegał na niesamowicie wyostrzonym słuchu.

– Kto? – szepnęłam, wychylając się zza drzwi.

– Raczej uczeń.

– Raczej? – zamarłam. – Robert, skup się.

– Coś… mnie blokuje. Nie wiem, co się dzieje.

Wtedy i ja usłyszałam kroki.

– Za posąg, szybko – szepnęłam do przyjaciół.

W porę udało nam się schować za olbrzymim posągiem stojącym przed gabinetem dyrektorskim.

Aleks uniósł rękę i po chwili otoczyła nas niewidzialna kotara, przez którą nikt nie powinien nas dostrzec. Przynajmniej nikt, kto nie miał pojęcia o tym, że tam staliśmy.

Na korytarzu pojawił się blask świecy, a na ścianę padł cień postaci. Wreszcie zza zakrętu wyłonił się Berry, chłopak z rocznika wyżej. Agatha otworzyła usta, chcąc zapewne coś do niego powiedzieć. Przyjaciółka nigdy nie mówiła o tym otwarcie, ale podejrzewałam, że jej się podobał.

Agatha zamknęła usta, bo moment później usłyszeliśmy, że zza pleców Berry’ego zbliża się ktoś jeszcze. Coś podpowiedziało nam, żebyśmy nie wychylali się z kryjówki i było to cholernie dobre przeczucie. Na korytarzu pojawił się Sawyer Kenzes w ciągnącej się za nim groteskowej pelerynie.

Tym razem to ja musiałam się powstrzymywać, żeby czegoś nie powiedzieć.

Kenzes niósł coś za sobą. Przez chwilę miałam wrażenie, że widzę błysk metalu. Wyjął rękę zza pleców i wszyscy wstrzymaliśmy oddech. To był miecz. Ostrze błysnęło groźnie, kiedy Kenzes uniósł je, stając przed chłopakiem z rudawą czupryną. Berry odwrócił się bardzo powoli z wyrazem przerażenia na swojej jasnej twarzy.

– To koniec. Znalazłem cię. – Jeśli głos Sawyera na co dzień był zimny i nieprzystępny, teraz był czystym kryształem lodu wbijającym się boleśnie w głowę. Jego długie palce zacisnęły się mocniej na rękojeści miecza, po czym uniósł go na wysokość głowy i ciął ruchem tak szybkim, że chłopak nie miał szans zareagować.

Berry upuścił świecę, rozgrzany wosk z głuchym mlaśnięciem wylądował na posadzce, a świeca zgasła, pozbawiając korytarz jakiegokolwiek źródła światła.

Chłopak zdążył krzyknąć, ale najgorszy był moment, kiedy dźwięk ucichł. Wtedy wszyscy mieliśmy pewność, że nie żyje.

Ciemna postać stojąca pod ścianą przysunęła się bliżej swojej ofiary. Kat wymierzający wyrok. Sęp nad padliną. No dobra, może za bardzo się rozkręciłam z tymi skojarzeniami, ale dyrektor wyglądał wtedy naprawdę przerażająco. Jak gdyby właśnie nie zabił ucznia, schował miecz, podszedł do miejsca, w którym leżał Berry, wyszeptał jakieś zaklęcie, po czym po prostu odwrócił się i odszedł spokojnym krokiem z miejsca mordu.

Kiedy jego kroki ucichły, a ja poczułam, że mogę się już ruszyć, wstałam i podeszłam do miejsca, gdzie spodziewałam się ujrzeć zalanego krwią Berry’ego. Ale nie było go tam.

Posadzka była czysta. Nie było krwi, nie było żadnego ciała. Ani śladu po tym, co przed chwilą ujrzeliśmy.

Rozejrzałam się po twarzach przyjaciół i zauważyłam, że jest ich mniej.

– Gdzie Aleks? – spytałam drżącym głosem.

Robert podniósł świecę i kiwnął głową w stronę drzwi pobliskiej toalety.

– Opróżnia żołądek.

I ja przez chwilę poczułam mdłości na wspomnienie morderstwa, które wciąż widziałam pod zamkniętymi powiekami. Postanowiłam jednak wziąć się w garść.

– Czy ktokolwiek jest w stanie wytłumaczyć mi, co tu się właściwie stało?! – wykrzyknęłam w szoku, chyba odrobinę za głośno.

Nikt z nas nie potrafił.

Milczeliśmy, kiedy wracaliśmy ciemnymi korytarzami do swoich sal zajęć. Nie potrafiliśmy w żaden racjonalny sposób wytłumaczyć tego, czego byliśmy świadkami.

Nie mogliśmy cieszyć się z udanej akcji.

Milczeliśmy aż do końca dnia, na zajęciach ledwo skupiając się na tym, co próbowali nam przekazać nauczyciele.

Milczeliśmy aż do kolacji, kiedy kucharka spytała nas o stek…

– Krwisty czy wysmażony?

…a Agatha wybuchnęła płaczem…

Robert rzucił ponurym tonem:

– Ale bagno…

… a ja dla równowagi zaczęłam się histerycznie śmiać.

***

Wytłumaczenie Kenzesa było proste i całkiem przekonujące. Oczywiście dla wszystkich, którzy nie widzieli tego, co my. „Berry został przeniesiony do Homstack przez swoich rodziców, którzy doszli do wniosku, że jego dar nie stanowi podstawy, żeby trzymać go w Duest, a chcieliby, aby przebywał bliżej domu”.

Miałam dość kłamstw, którymi faszerowali nas wszyscy dookoła w celu przedłużenia dzieciństwa, beztroski czy innych ich wymysłów, wszystko, aby nas chronić. Ale żadna z tych rzeczy nigdy nie powodowała takiego strachu jak to, co ukrywał przed nami dyrektor.

Od tamtego zdarzenia przed jego gabinetem inaczej patrzyłam na profesora Kenzesa.

Przez kolejne dni nie byliśmy zbyt dowcipni, tak jakby ten moment na nas wszystkich odcisnął piętno, odbierając ochotę na rzucanie się w oczy. Nie mieliśmy pojęcia, co powinniśmy zrobić, do kogo się zwrócić. Nasza sytuacja była beznadziejna. Sami – zgraja dowcipnisiów, znanych z różnych wygłupów i jako postrach nauczycieli, buntujący się przeciwko dyrektorowi szkoły. Bez żadnych dowodów, że to on stał za zniknięciem Berry’ego. Byliśmy bardziej niż pewni, że nikt nie uwierzyłby nam na słowo.

Osamotnieni w całej tej sytuacji, trwaliśmy w dziwnym stanie otępienia, nie dowierzając, że coś tak absurdalnego, jak zamordowanie ucznia przez nauczyciela, mogło się w ogóle wydarzyć. W końcu nie co dzień dowiaduje się, że dyrektor szkoły to zabójca.

Mimo wszystko czuliśmy jednak, że nie powinniśmy tego tak zostawiać.

***

Przyszedł w końcu dzień, kiedy czekało nas nieuniknione spotkanie z Kenzesem.

Przez całe zajęcia miałam wrażenie, że nas obserwuje. Zaczęłam się nawet zastanawiać, czy nie widział nas wtedy pod gabinetem, czy nie zastanawiał się, jak pozbyć się niewygodnych świadków.

Kiedy w pewnym momencie wywołał moje nazwisko, o mało co nie podskoczyłam. Opanowałam swoje zszargane ostatnimi wydarzeniami nerwy i podniosłam powoli głowę, kontrując jego spojrzenie swoim, ukrywając wszelkie inne emocje pod maską pewności siebie i zadziorności.

– Panno Bennet – obszedł pierwszy rząd ławek i stanął naprzeciw mnie – jesteś dzisiaj zadziwiająco cicha. Może zaprezentujesz wszystkim zaklęcie, które przygotowałaś w ramach magii eterycznej?

No tak. Na ostatnich zajęciach dostaliśmy do przeczytania lekturę – mieliśmy wybrać jedno zaklęcie, opanować je i zaprezentować na zajęciach. Powiedzieć, że nie miałam głowy do przygotowania się na tę lekcję, to jak nic nie powiedzieć. Wieczór wcześniej rzuciłam okiem na pierwszy rozdział, ledwo rozumiejąc poszczególne słowa. Wstałam jednak, postanowiwszy nie zdradzić swojej niepewności i wyciągnęłam przed siebie rękę. Rozejrzałam się za odpowiednim celem i przez moje usta przemknął cień uśmiechu.

– Leste’a – wyszeptałam, kierując energię zaklęcia w stronę butów siedzącego w ławce przede mną Wiktora. Końcówki sznurówek splotły się ze sobą i stopiły w jedną całość.

Kenzes na ten pokaz westchnął głęboko, odwrócił się i potarł czoło w geście wyrażającym bezsilność.

– Zaklęcie wiążące. Bardzo ambitnie – zakpił, siadając za swoim biurkiem. – Jaki to rodzaj magii eterycznej?

Zmarszczyłam brwi, próbując przypomnieć sobie cokolwiek z tego, co wczoraj usiłowałam przyswoić z książki.

– Harmoni… harmonijnej?

Pokiwał powoli głową.

– Harmonicznej. Prawie dobrze. Proszę, niech ktoś powie, że dotarł dalej niż do pierwszego rozdziału i może nam zaprezentować coś więcej niż wiązanie butów albo czyszczenie kurzu.

Cóż, nasza cała klasa nie należała do prymusów. Jedynie Caroline Prant, cicha i zawsze dobrze przygotowana blondynka, miała w zanadrzu zaklęcie próżni. Wyjęła na ławkę mały słoik.

– Pervette – szepnęła, a szklane ścianki w jednej chwili zapadły się do środka z cichym pęknięciem, kiedy powietrze zostało gwałtownie wypchnięte ze środka słoika.

– Dobrze. – Sawyer pokiwał głową. – Dobrze. Magia pierwotnych żywiołów. Na następne zajęcia chcę, żeby każdy przeczytał rozdział o tym rodzaju magii eterycznej. A teraz zapraszam na środek.

Wstał z krzesła i oparł się o biurko. Kiedy ustawiliśmy się przed nim w półkolu, wyznaczył pierwszą osobę z brzegu, którą okazał się Marco, i kazał mu stanąć przed sobą.

– Pervette – wypowiedział zaklęcie, delikatnie modelując przepływającą energię ruchem nadgarstka i kierując ją w stronę torsu chłopaka.

Monika zacisnęła palce na moim ramieniu. Serce podskoczyło mi w piersi, kiedy zobaczyłam, jak Marco sięga ręką do gardła, próbując zatrzymać powietrze, które gwałtownie uciekło z jego płuc.

Sawyer zwolnił zaklęcie, zaciskając dłoń w pieść. Marco złapał łapczywie powietrze. Przed oczami przeleciał mi obraz leżącego na podłodze Berry’ego i pochylającego się nad nim Mrocznego. Potrząsnęłam głową, próbując pozbyć się tego widoku z głowy. Weź się w garść, Kim.

Kenzes kontynuował swój wywód jak gdyby nigdy nic.

– To jest zaklęcie, które może wam uratować życie.

Monika poruszyła się niespokojnie obok mnie, przystępując z nogi na nogę.

– Czy magia pierwotnych żywiołów nie jest już elementem magii zakazanej i niedostępnej? – zapytała, a ja spojrzałam na nią z zaskoczeniem.

Monika czasem chyba naprawdę siedziała w bibliotece, ucząc się, a nie tak jak my – jedynie na pogaduchach.

– Magia zakazana i niedostępna – prychnął Sawyer – cóż za idiotyczna nazwa. Jak inaczej chcecie walczyć z belwingami, jeśli nie za pomocą magii z jej kanonu, zaklęć, które faktycznie zadają rany i uśmiercają? Belwingi nie przestraszą się związanych sznurówek.

Wytrzymałam jego spojrzenie, kiedy wymawiał ostatnie zdanie.

– Na dzisiaj to wszystko. Ale za tydzień macie mieć przygotowane zastosowanie praktyczne magii żywiołów na przykładzie wybranego przez siebie zaklęcia. Będziemy ćwiczyć ich wykorzystywanie.

Sawyer wstał i zaczął porządkować swoje rzeczy na biurku, dając tym samym znać, że zajęcia faktycznie są skończone.

Spojrzałam wymownie na Monikę i zaczęłam w pośpiechu chować swoje rzeczy, kiedy usłyszałam swoje nazwisko. Opanowałam się, żeby nie pokazać swojego zaskoczenia.

– Panno Bennet, proszę zostać, pani przyjaciele również.

Przyznałam, że poczułam się słabo. Co gorsza – Kenzes zapamiętał już moje nazwisko. Koniec z anonimowością.

Schowałam ostatnią książkę do torby i czekałam oparta o ławkę, obserwując, jak profesor wolno przemierza salę, czekając, aż pozostali wyjdą.

Gdy drzwi w końcu się zamknęły, zostaliśmy tylko w piątkę.

Spojrzałam wymownie na przyjaciół, a potem przerzuciłam wzrok na Sawyera.

– Nie wiem, czy wasi nauczyciele nie zauważali waszych zachowań, czy nie chcieli zauważać – zaczął spokojnym, jednak zimnym głosem. – Wydaje mi się również, że do tej pory traktowali was z niemałym pobłażaniem i przymykali oczy na wasze żarty. Zrobiłem małe rozpoznanie i dowiedziałem się o was paru ciekawych rzeczy. Dlatego też – otworzył szufladę i wyjął z niej małą fioletową fiolkę – od razu pomyślałem o was, kiedy znalazłem w moim gabinecie to. Dodatkowo przestawione kilka książek w zamkniętej na klucz gablocie, dziwny dym w całym pomieszczeniu…

Mimo tych obciążających dowodów, które wymienił profesor, poczułam ulgę. Wiedział, że byliśmy w jego gabinecie. Ale do głowy mu nie przyszło, że mogliśmy widzieć znacznie więcej niż jego skarpetki poukładane według kolorów w szafie, że mogliśmy być świadkami jego zbrodni.

– Gratuluję subtelności. Nie chciało wam się nawet posprzątać na tyle, bym nie domyślił się, kto był sprawcą włamania do mojego gabinetu. Panno Belwiss – wycedził, przerzuciwszy wzrok na Agathę z gwałtownością jadowitej żmii – to nie jest śmieszne.

Spojrzałam na przyjaciółkę i odkryłam, że ta wcale nie próbuje powstrzymać śmiechu, ale raczej szloch, który szybko zamaskowała, chowając twarz w dłoniach.

Nie dziwiłam się jej. Wciąż przed oczami miałam makabryczny widok Sawyera Kenzesa mordującego niewinnego ucznia. W dodatku Agatha całkiem dobrze znała Berry’ego i wciąż nie doszła do siebie po jego śmierci. Wszyscy byliśmy przerażeni stojąc przed morderczym profesorem Mrocznym, oczekując, aż zrzuci swoją maskę powściągliwego nauczyciela i zdradzi, że zdaje sobie sprawę, że widzieliśmy, jak zabija.

Najgorsze minuty naszego życia.

– Nieważne, z jaką pobłażliwością spotykaliście się do tej pory. Ja nie będę tolerować waszego głupiego zachowania. Dziś dam wam tylko ostrzeżenie, ale następnym razem przygotujcie się na konsekwencje.

Kiedy nas beształ, tembr jego głosu był niższy, jeszcze głębszy niż podczas zajęć. Cedził każde słowo, jakby chciał mieć pewność, że dotrze do nas sens jego wypowiedzi, jakby chciał pozwolić każdemu zdaniu wyryć się w naszych umysłach i zrobić większe wrażenie. Jego chłodny wzrok ślizgał się po naszych twarzach. W tęczówkach, które stały się niemal czarne, kryła się niewypowiedziana groźba. Nie lubiłam, kiedy ktoś mi groził.

Mimo wszystko zbita z tropu jego nieznoszącą sprzeciwu postawą i bijącą od niego przenikliwą pewnością siebie, przełknęłam ślinę z niepokojem, zastanawiając się, czy pod obszernym płaszczem wciąż trzyma ukryty miecz oraz jak dokładnie miałyby wyglądać te konsekwencje.

– Nie masz dowodów, że to my, panie profesorze – powiedziałam mimo wszystko hardo, ale Sawyer zgromił mnie takim spojrzeniem, że natychmiast tego pożałowałam.

– Panno Bennet, proszę nie robić ze mnie idioty. – W jego głosie wyraźnie słychać było zniecierpliwienie. – Zamek nie był otwierany na siłę, a z tego, co wiem, jedynie panna Dusland dysponuje darem, który by to umożliwił. Dalej, ktoś zrobił bałagan w szafkach, które wcale nie były otwierane. – Spojrzał na Agathę, która się zarumieniła. – Stworzenie wywaru alkaisowego nie nastręczyłoby problemu uczniowi z odznaką piątego stopnia mistrza wywarów. – Oczywiście chodziło o Aleksa. – A twój dar, Bennet, odebrał szkole prąd.

Co za dogłębna analiza.

To niesprawiedliwe, że tylko daru Roberta nijak nie dało się powiązać z naszą zbrodnią i o nim Sawyer nie wspomniał.

– Wyjdźcie – mruknął Kenzes i odwrócił się od nas, dając wyraz temu, że ma nas w tym momencie w głębokim poważaniu.

Spojrzałam na niego spode łba, ale moje oczy napotkały jedynie tył jego głowy i jak zwykle pozostające w lekkim nieładzie, piaskowe włosy dyrektora. Zebrałam swoją torbę z ławki i ruszyłam ku wyjściu, pociągając za sobą niezbyt przytomną Agathę.

– Udaje, że nic się nie stało – szepnęła do mnie. Oczy miała wypełnione łzami, lecz wyrażały one nie tylko smutek, ale także niedowierzanie i złość. Jej głos drżał lekko. To nie powinno mu ujść na sucho.

– Oczywiście, że tak tego nie zostawimy – odparłam szeptem – ale bez dowodów nie możemy nic zdziałać.

Monika pokiwała głową.

– Nikt nam nie uwierzy.

– A jeśli on jednak wie, że wszystko widzieliśmy? – zapytałam, gdy wkraczaliśmy po schodach do zachodniego skrzydła Duest, czyli Cartes.

Chwilę wspinaliśmy się w ciszy.

– Musimy komuś powiedzieć! On zamordował ucznia! Mamy czekać, aż to się powtórzy?

Cholera, kto wie, czy już nie wydarzyło się to ponownie…

Położyłam Agacie dłoń na ramieniu, zmuszając ją, by stanęła i spojrzała na mnie.

– Przykro mi, naprawdę. Ale wiesz, jaką mamy tu sławę. Żaden z nauczycieli nie potraktuje tego poważnie. A z pewnością im też nie spodobają się te oskarżenia, bo mówimy o dyrektorze naszej szkoły. Wyobrażasz sobie, że odsyłają nas za to na dywanik do Kenzesa? Wtedy dowiedziałby się, że wszystko widzieliśmy. Musimy cierpliwie czekać i obserwować go uważnie. W końcu popełni jakiś błąd.

Agatha pokiwała powoli głową, ścierając resztę łez wierzchem dłoni.

Od sali, w której mieliśmy zajęcia z Sawyerem, do kolejnej mieliśmy kawał drogi, ale nie spieszyliśmy się za bardzo. Starszy profesor Raben i tak nie zauważał naszych spóźnień. Przychodziliśmy na jego zajęcia chyba jedynie z litości do zasuszonego, poczciwego staruszka, bo lekcje nie były ani trochę ciekawe.

Nasza słabość do profesora Rabena nie oznaczała jednak, że potrafiliśmy się powstrzymać od psikusów.

Wciąż trzymam gdzieś zdjęcie rosomata wypuszczonego z klatki. Raben zawsze zapewniał o spokojnym usposobieniu tych stworzeń. Potem miał niemały problem z wytłumaczeniem Rodline, dlaczego takie przyjazne zwierzę w wybuchu niespodziewanego szału rzuciło się na jedną z koleżanek Pery, chcącą je pogłaskać. Cóż, biedny profesor Raben może jednak nie czytał dokładnie historii ewolucji niespotykanych stworzeń, w której opisano dokładnie wszystkie preferencje Rosomatów oraz jak reagują na obecność beastgardów.

Wracając do profesora Mrocznego i do naszej rozmowy brutalnie przerwanej moimi rozmyślaniami…

– To by miało sens – odparłam, rzucając pod nogi jakiejś nieznanej mi dziewczyny magiczną gumę własnej roboty. Biedaczka zapewne przez kolejny kwadrans będzie próbowała odkleić but z tego miejsca. – Może wie, że to widzieliśmy i dlatego nas nie ukarał? Może się zwyczajnie boi i to go tak zdenerwowało?

Przypomniał mi się dzień, kiedy po raz pierwszy zobaczyliśmy Kenzesa i nasze rozważania na temat jego obecności w szkole. Pera mówiła wtedy, że to może być seryjny morderca… Cóż, może to wcale nie były głupie przemyślenia? Z naszym dyrektorem naprawdę było coś nie tak i musieliśmy jak najszybciej dowiedzieć się, kim naprawdę był i jaki miał cel w terroryzowaniu naszej szkoły.

Copyright

Duest

Copyright © Paulina Jur-Suszczewicz

Copyright © Wydawnictwo Inanna

Copyright © MORGANA Katarzyna Wolszczak

Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.

Wydanie pierwsze, Bydgoszcz 2026 r.

książka ISBN 978-83-7995-898-6

ebook ISBN 978-83-7995-899-3

Redaktor prowadzący: Marcin A. Dobkowski

Redakcja: Agata Milewska

Korekta: Anna Nowak | proAutor.pl

Projekt i adiustacja autorska wydania: Marcin A. Dobkowski

Projekt okładki: Ewelina Nawara | proAutor.pl

Skład i typografia: Bookiatryk.pl

Przygotowanie ebooka: Bookiatryk.pl

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

MORGANA Katarzyna Wolszczak

ul. Kormoranów 126/31

85-432 Bydgoszcz

[email protected]

www.inanna.pl

📖 Informacja o wersji demo

📖 Wersja demonstracyjna

To jest wersja demonstracyjna zawierająca 10% treści książki.

Aby przeczytać pełną treść, skorzystaj z pełnej wersji EPUB.

Konwersja i przygotowanie ebooka Bookiatryk.pl