Dubajki. Między luksusem a pułapką - Michał Żmuda-Trzebiatowski - ebook + audiobook + książka

Dubajki. Między luksusem a pułapką ebook i audiobook

Michał Żmuda-Trzebiatowski

4,3
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

W Dubaju, mieście ze złota, kupuje się nie tylko rzeczy, ale i ludzi.

Michał zna miasto od podszewki. Wie, ile kosztuje wejście do zamkniętego dla większości osób świata. Pewnego dnia do Dubaju przyjeżdża jego dawna przyjaciółka Helena – samotna matka i kasjerka z hipermarketu, która desperacko pragnie odmienić swoje życie.

Agata, młoda piosenkarka, która uciekła z Polski, gdy były narzeczony upublicznił w sieci ich intymne nagranie, poznaje na basenie apartamentowca Michała i Helenę. Ich wspólne wyjście na karaoke przynosi dramatyczny zwrot akcji – jedna piosenka zaśpiewana przez Agatę wystarczy, by zwrócił na nią uwagę szejk, który nie zna słowa „nie”.

Bezlitosna opowieść o kobietach wchodzących w relacje z najbogatszymi w zamian za życie, które wygląda z zewnątrz jak spełnienie marzeń. Ale czy naprawdę takie jest? Czy płaci się za nie najwyższą cenę?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 198

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 5 godz. 38 min

Lektor: Marcin Procki

Oceny
4,3 (51 ocen)
31
13
1
2
4
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
angedevi

Nie oderwiesz się od lektury

Dobrze napisana, ciekawa książka. Bardzo wciągająca. Jestem pozytywnie zaskoczona.
00
Mada10000

Nie oderwiesz się od lektury

szkoda ze takie zakonczenie
00
martavanleeuwen

Nie polecam

Może i książka jest ok tego niestety nie wiem ponieważ jak szybko zaczęłam słuchać tak i szybko przestałam … Lektor i ten głos dla mnie porażka myślę że kobieta by tutaj była odpowiednią lektorką .. Ale oczywiście to są moje odczucia
00
Monikagrabek

Nie oderwiesz się od lektury

bardzo ciekawa i wciagająca opowiesc
00
Bozena_1952

Dobrze spędzony czas

Co jest między bajką , a rzeczywistością ... czy ta historia da odpowiedź ...?
00



Copy­ri­ght © by Michał Żmuda Trze­bia­tow­ski 2026 Copy­ri­ght © by TIME SA 2026

Wydaw­czyni: Nata­lia Gowin Redak­cja: Kamila Recław Korekta: Monika Kociuba / e-DYTOR, Domi­nika Ładycka / e-DYTOR Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Maciej Szy­ma­no­wicz

Wydawca: TIME S.A. ul. Jubi­ler­ska 10, 04-190 War­szawa

War­szawa 2026 Wyda­nie pierw­sze ISBN 978-83-8343-762-0

Wię­cej o naszych auto­rach i książ­kach:

face­book.com/har­de­wy­daw­nic­two insta­gram.com/har­de­wy­daw­nic­two tik­tok.com/@harde.wydaw­nic­two

Dział sprze­daży i kon­takt z czy­tel­ni­kami: harde@gru­pazpr.pl

Wer­sję elek­tro­niczną przy­go­to­wano w sys­te­mie Zecer

Wprowadzenie

Zasta­na­wia­li­ście się kie­dyś, dla­czego kobiety chcą być trak­to­wane jak księż­niczki?

Kobiety, kobietki, nasto­latki, dziew­czynki, damy z salo­nów, nawet, a może nawet tym bar­dziej, te upa­dłe – wszyst­kie chcą być trak­to­wane jak księż­niczki. Zasta­na­wia­li­ście się kie­dyś dla­czego? I czego one wła­ści­wie pra­gną? Marzą o zamku, kró­le­wi­czu, zło­cie i dia­men­tach czy może o czymś zupeł­nie innym? Czy w każ­dej miesz­kance tego globu nie mieszka ciche pra­gnie­nie bycia zauwa­żoną, wybraną i kochaną? Księż­niczka w baśni nie jest uprzy­wi­le­jo­wana przez bogac­two, jej przy­wi­le­jem jest bycie zauwa­żoną. Wszy­scy – od dworu przez księ­cia do króla – widzą i cenią w niej war­tość, zanim jesz­cze ona sama zdąży się wypo­wie­dzieć, a nawet na długo przed samym wysta­wie­niem się na widok i ocenę publiczną. Kobiety chcą być trak­to­wane jak „księż­niczki”, a ozna­cza to naj­czę­ściej czu­łość w drob­nych gestach, sza­cu­nek w sło­wach i pew­ność, że ich obec­ność ma zna­cze­nie. To tęsk­nota za świa­tem, w któ­rym o miłość nie trzeba ani wal­czyć, ani latami cze­kać na nią w nadziei, bo ona po pro­stu jest.

A histo­rie o ksią­żę­tach arab­skich?

One rodzą się z tej samej nadziei i tęsk­noty, tylko sce­no­gra­fia się zmie­nia. Arab­ski książę ina­czej niż ten pol­ski, a nawet euro­pej­ski, w wyobraźni kobiet nie jest jedy­nie męż­czy­zną, on jest jak obiet­nica nowego, pięk­nego, egzo­tycz­nego świata, gdzie słońce ni­gdy nie zacho­dzi. To świat jak z bajki, w któ­rym uczu­cia nie są hamo­wane, pozo­stają inten­sywne, dekla­ra­cje natych­mia­stowe, a miłość bez­wstyd­nie wielka. Tutaj nikt nie prze­staje się­gać po swoje marze­nia, nikt nie boi się pożą­da­nia, męż­czy­zna jest jed­no­cze­śnie kochan­kiem i opie­ku­nem. Tęsk­nimy za takimi ksią­żę­tami. Oni są gwa­ran­cją ode­rwa­nia się od sza­rej rze­czy­wi­sto­ści. W Dubaju kobieta nie musi wal­czyć o uwagę ani tłu­ma­czyć się ze swo­ich potrzeb i pra­gnień. W oczach tych ksią­żąt jest jak perła, cenna sama przez się. A książę? On nie pyta, czy wolno mu kochać. On kocha. I wła­śnie ta pew­ność, ta baśniowa inten­syw­ność spra­wia, że nasze serca biją szyb­ciej. W grun­cie rze­czy nie cho­dzi o pałace, mar­mury i torebki naj­lep­szych pro­jek­tan­tów, bo to jedy­nie kon­se­kwen­cja wyboru. Cho­dzi o reali­za­cję głę­bo­kiej fan­ta­zji, marze­nia z dzie­ciń­stwa, by choć na chwilę zna­leźć się w opo­wie­ści, w któ­rej miłość poko­nuje zło, świat dzięki wiel­kim pie­nią­dzom staje się prost­szym i sym­pa­tycz­niej­szym miej­scem, a na koniec – i to naj­waż­niej­sze – kobieta czuje się kochana, bez­pieczna, chciana i abso­lut­nie wyjąt­kowa. Odkąd miesz­kam w Dubaju, prze­wi­nęło się przez moje życie wiele kobiet i ich histo­rii, które spra­wiły, że posta­no­wi­łem zabrać Was do tego świata. Dla więk­szo­ści jest on wielką tajem­nicą, bo dostęp mają tutaj wyłącz­nie odważni i piękni ludzie. Dubaj przy­po­mina w całej swo­jej sze­ro­ko­ści i dłu­go­ści targ. Zazwy­czaj próż­no­ści, bo wszystko kon­cen­truje się na pięk­nym ciele i gład­kim licu.

Za wiel­kie pie­nią­dze wszystko na tym targu jest genial­nie zor­ga­ni­zo­wane i co naj­waż­niej­sze – dys­kretne. Bo jak dobrze wiemy, pie­nią­dze i miłość lubią ciszę. Jak można sobie wyobra­zić, szej­ko­wie i człon­ko­wie rodziny kró­lew­skiej lubią wszystko to, co naj­lep­sze. Ma się świe­cić nie­wy­obra­żal­nym świa­tłem, prze­py­chem i pre­sti­żem. Dla­tego męż­czyźni tak chęt­nie płacą po to, żeby się­gnąć po naj­pięk­niej­sze kobiety, do tego roz­po­zna­walne na are­nie mię­dzy­na­ro­do­wej. Na tym targu próż­no­ści cele­brytki nie czują się upa­dłe, w ich mnie­ma­niu deli­kat­nie prze­kształ­ciły model biz­ne­sowy. Świat sze­roko poję­tego show-biz­nesu uczy kobiety jed­nej rze­czy wyjąt­kowo sku­tecz­nie – jesteś tyle warta, ile przy­cią­gniesz spoj­rzeń i polu­bień w mediach spo­łecz­no­ścio­wych. Wtedy wcho­dzi klient, który nie pyta ich o talent, tylko o dostęp­ność. Szejk czy książę, choć czę­sto ich fan­ta­zje mogą suge­ro­wać, że jest egzo­tycz­nym demo­nem, w Dubaju jest postrze­gany jako racjo­nalny kon­su­ment. Ma pie­nią­dze, wła­dzę i abso­lutną pew­ność, że Zachód sprzeda wszystko, jeśli tylko cena się zga­dza. A cele­brytka? Ona dosko­nale rozu­mie zasady gry. Wie, że „pre­sti­żowe towa­rzy­stwo” brzmi lepiej niż „usługa”. Wie, że oprócz jej ciała naj­wy­żej cenione są tutaj mil­cze­nie i ule­głość. Więk­szość kobiet, które tra­fiły do Dubaju jako damy do towa­rzy­stwa, czuje się wyeman­cy­po­wana. One w końcu zara­biają na swoje potrzeby i nie­za­leż­ność. To kapi­ta­lizm w wer­sji nagiej. Jeśli i tak była pro­duk­tem, tylko na sce­nie przed obiek­ty­wem, to dla­czego mia­łaby nie sprze­dać się dro­żej? Jeśli i tak była oce­niana od stóp do głów, to czemu mia­łaby nie wyce­nić cało­ści?

W dzi­siej­szym świe­cie moral­ność jest towa­rem defi­cy­to­wym i ze wszech miar luk­su­so­wym. Powo­dów, dla któ­rych cele­brytki decy­dują się na pro­sty­tu­owa­nie, jest nie­zli­cze­nie wiele. Spójrzmy na żonę naj­bar­dziej wpły­wo­wego, ale też kon­tro­wer­syj­nego poli­tyka na świe­cie, Mela­nię Trump. Jak bar­dzo nasze, pol­skie, gwiazdki i gwiaz­deczki róż­nią się od pierw­szej damy? Co sie­dzi w kobie­cie, która wygląda przy swoim mężu na wiecz­nie nie­szczę­śliwą i zasę­pioną? Czy gdyby miała moż­li­wość ponow­nego wyboru, weszłaby z nim nawet w naj­płyt­szą rela­cję? Czy pie­nią­dze, choćby te naj­więk­sze, sta­no­wią pla­ster na upo­ko­rze­nia, zdrady, śmiesz­ność w oczach innych?

A spo­łe­czeń­stwo? Spo­łe­czeń­stwo gra w swoją uko­chaną zabawę, obu­rza się gło­śno i na pokaz. Publicz­nie potę­pia, łaja i wyśmiewa, pry­wat­nie klika, laj­kuje i dzieli się. Niby gar­dzi kobietą, ale fascy­nuje się jej ceną. Bo nic tak nie pod­nieca opi­nii publicz­nej, jak cudza intym­ność, i to ta w pakie­cie VIP. Luk­sus, piękne oto­cze­nie, dro­gie ubra­nia, naj­lep­sza biżu­te­ria wybie­lają naj­więk­sze prze­wi­nie­nia i naj­bo­le­śniej­sze upadki. Szcze­rze? Naj­uczciw­sze w tej histo­rii są pie­nią­dze. One nie udają uczuć bez pokry­cia, nie mani­pu­lują, nie zapew­niają o miło­ści, nie sprze­dają bajek. Cała reszta to genialny mar­ke­ting, obu­do­wany w lukier naszych cza­sów. I hipo­kry­zja. Bo jeśli pytamy, dla­czego cele­brytki to robią, powin­ni­śmy zapy­tać gło­śniej – dla­czego świat nauczył je, że to jedna z nie­wielu dróg, która naprawdę im się opłaca?

Słowo od autora

Miesz­kam w Dubaju, który zachwyca mnie swoim pięk­nem i prze­py­chem od samego początku, gdy się tu zja­wi­łem. Tutaj wszystko jest jakieś. Każdy, kto dotyka się dubaj­skiego luk­susu, marzy, żeby w nim zostać. Zabie­ram cię, drogi Czy­tel­niku, w podróż, nie jako tury­stę, ale świadka sytu­acji, z któ­rymi się zde­rzy­łem. Dubaj i jego miesz­kańcy – szej­ko­wie, biz­nes­meni, „kró­lew­scy” – nikt na świe­cie bar­dziej niż Ara­bo­wie nie potrafi spra­wić, że kobiety czują się jak księż­niczki. Noszone na rękach, otu­lone luk­su­sem i podzi­wiane. A jed­no­cze­śnie w tych samych rela­cjach czę­sto te same kobiety żyją w klat­kach nie­wi­docz­nych dla oka. Uza­leż­nione od cudzych pie­nię­dzy i wpły­wów, zbu­do­wa­nych z zależ­no­ści, stra­chu i speł­nia­nia cudzych fan­ta­zji oraz czę­sto cho­rych ocze­ki­wań. To mia­sto jak żadne inne umie speł­niać marze­nia, ale jesz­cze lepiej potrafi zasta­wiać pułapki. Ta książka jest histo­rią dwóch moich kole­ża­nek. Róż­nią się nie­mal wszyst­kim: wyglą­dem, cha­rak­te­rem, tem­pe­ra­men­tem i wybo­rami. Obie uwie­rzyły, że tutaj wszystko jest moż­liwe. To opo­wieść o chęci wyrwa­nia się z biedy, chęci bycia kochaną, ale też o naiw­no­ści, sła­bo­ści, o wol­no­ści, która czę­sto oka­zuje się czy­stą ilu­zją. O ludziach, któ­rzy dzięki pie­nią­dzom i wła­dzy mogą nie­mal wszystko, i o tych, któ­rzy muszą nauczyć się, jak wiele dzięki nim mogą stra­cić. Jeśli wej­dziesz do tego świata razem ze mną, zoba­czysz Dubaj nie z per­spek­tywy wie­żow­ców, lecz ludz­kich losów.

I być może na samym końcu tej histo­rii zdo­łasz odpo­wie­dzieć sobie na pyta­nie: gdzie koń­czą się marze­nia, a zaczyna wię­zie­nie?

Dubajki

Agata

Za czarną kotarą back­stage’u pul­so­wał bas, a w chwi­lach ciszy dało się sły­szeć pod­eks­cy­to­wane roz­mowy ludzi cze­ka­ją­cych na poja­wie­nie się swo­jej gwiazdy. Agata stała przed wyso­kim lustrem i podzi­wiała swoją opa­le­ni­znę, którą przy­wio­zła z Seszeli.

– No i co? Ukląkł? – pytał sty­li­sta Adaś, gej, który ukła­dał na pio­sen­karce jej roc­kową sty­li­za­cję.

– Nie… to twoje fana­be­rie, mamy jesz­cze na to czas…

– Nie gadaj, że byś nie chciała…

– Może tro­szeczkę. – Agata uśmiech­nęła się na myśl o dwóch tygo­dniach, które spę­dziła w raju, w ramio­nach swo­jego chło­paka. Poznała go, gdy zatrud­niała ochro­nia­rzy na swoją nową trasę. Wysoki blon­dyn z barami, w któ­rych kobieta czuje się bez­piecz­nie.

– Dwie minuty! – rzu­cił ktoś z ekipy, prze­my­ka­jąc obok z table­tem.

Agata unio­sła kciuk, a już w następ­nej chwili miała przed sobą tele­fon. Kamera. Czer­wona kropka. Rolka.

– Hej, kochani! – powie­działa kocim szep­tem, wdzię­cząc się do obiek­tywu.

Jej uroda, cha­rak­te­ry­styczna ener­gia, sek­su­alna aura spra­wiały, że roz­grze­wała swo­ich fanów do czer­wo­no­ści.

– Jeste­śmy wła­śnie na back­stage’u – ekipa przy­wi­tała się macha­niem i ukło­nami – za chwilę wycho­dzimy na scenę i… serio, czuję się dziś jak we śnie.

Odwró­ciła tele­fon, poka­zu­jąc frag­ment kulis: kable wijące się po pod­ło­dze, per­ku­sję cze­ka­jącą w pół­mroku.

– A w ogóle… – dodała, znów kie­ru­jąc kamerę na sie­bie – muszę wam powie­dzieć, że kilka godzin temu wró­ci­łam z Seszeli. Było cudow­nie. Tur­ku­sowa woda, cisza, słońce… i on. – Jej głos zmiękł. Uśmiech prze­stał być sce­niczny, stał się pry­watny. – Mój facet jest abso­lut­nie moim domem. Kocham go tak, że cza­sem aż mnie to zaska­kuje. Tam, na plaży, wszystko było pro­ste. Jakby świat na chwilę zwol­nił tylko dla nas.

– Agata, wywiad! – zawo­łała mene­dżerka, wska­zu­jąc na znaną dzien­ni­karkę z topo­wej śnia­da­niówki, już z mikro­fo­nem w dłoni.

– Już, już. – Agata zaśmiała się kokie­te­ryj­nie, koń­cząc nagra­nie krót­kim buzia­kiem w stronę kamery.

– Jak się czu­jesz przed dzi­siej­szym kon­cer­tem? – padło zgrane jak płyta pyta­nie.

– Jestem wdzięczna – odpo­wie­działa bez waha­nia – za swój zespół, za tych cudow­nych ludzi, któ­rzy tu dziś przy­szli. Za to, że mogę robić to, co kocham. I że mam do kogo wra­cać po zej­ściu ze sceny!

W tle per­ku­si­sta ude­rzył prób­nie w wer­bel. Gita­rzy­sta prze­cią­gnął struny. Dźwięki zło­żyły się w zna­jome napię­cie, które zawsze ozna­czało jedno. Agata zamknęła oczy na sekundę, wzięła głę­boki oddech. Poczuła napły­wa­jącą adre­na­linę, która zaczęła wypeł­niać jej ciało. Uwiel­biała ten moment, w zasa­dzie dla niego żyła. Występ był już zada­niem, czymś, w co wcho­dziła jak w trans. Tych kilka minut przed wej­ściem na scenę doda­wało jej życiu magii. Czuła się pożą­dana, kochana i potrzebna. Reali­zo­wała się w tym.

– Dobra – powie­działa, już bar­dziej do sie­bie niż do innych – show must go on, gramy.

Świa­tła za kotarą roz­bły­sły. Publicz­ność zawrzała. Agata ukło­niła się do kamery, po czym ruszyła w stronę sceny, a razem z nią aura, która przy­cią­gała spoj­rze­nia pełne podziwu i nie­ukry­wa­nej zazdro­ści. W wieku dwu­dzie­stu czte­rech lat była już wielką gwiazdą i miała wszystko. Kto by nie chciał żyć jej życiem, które wyglą­dało jak naj­pięk­niej­szy sen?

Agata zacho­wy­wała się na sce­nie jak zwie­rzę, była pewna sie­bie, dosko­nale czuła się w swoim ciele. Kiedy śpie­wała, cała zamie­niała się w muzykę. Za każ­dym razem, gdy reflek­tory roz­ci­nały ciem­ność, sta­wała się żywio­łem, który dopro­wa­dzał publicz­ność do szału. Każdy począ­tek nowej pio­senki, roz­le­wa­jący się po ogrom­nej sali kon­cer­to­wej, spra­wiał, że tłum odpo­wia­dał natych­miast – falą rąk, okrzy­ków, chó­ral­nym śpie­wa­niem i rapo­wa­niem wer­sów, które wra­cały do niej wzmoc­nione set­kami gar­deł. Adre­na­lina się­gała tu zenitu, wszy­scy byli w eks­ta­zie. Agata czuła, jak ciało samo pro­wa­dzi jej głos, scena była dla niej dru­gim domem. Tutaj czuła się naj­waż­niej­sza i kochana. W prze­rwach zaga­dy­wała fanów, pod­cho­dziła do nich i robiła sobie z nimi sel­fie, śmiała się do mikro­fonu. W trak­cie ulu­bio­nych pio­se­nek zamy­kała oczy na refre­nie, by dać się ponieść. Publicz­ność sza­lała. Świa­tła wiro­wały, pot spły­wał jej po ple­cach, a ona czuła to szcze­gólne „tak”, które mówi: wszystko gra, wszystko jest dokład­nie takie, jak być powinno.

Wybie­gła na back­stage, miała pięt­na­ście sekund na prze­bra­nie się. Zauwa­żyła jed­nak, że wszy­scy dziw­nie się zacho­wy­wali, nie nawią­zy­wali z nią kon­taktu wzro­ko­wego, nie zaga­dy­wali jak zwy­kle, by chwa­lić ją pod nie­biosa. Ale ona miała to gdzieś, była jak w tran­sie.

Kolejna pio­senka zaczy­nała się ide­al­nie, choć gdzieś na obrze­żach jej uwagi poja­wiła się pierw­sza rysa. Powie­trze jakby nagle zgęst­niało. W pierw­szych rzę­dach ktoś odwra­cał się do sąsiada, sły­chać było krót­kie, ury­wane komen­ta­rze. Kilka twa­rzy zamiast sceny i śpie­wa­ją­cej gwiazdy wybie­rało ekrany tele­fo­nów, wpa­tru­jąc się w nie z napię­ciem. Agata zare­je­stro­wała to kątem oka. Była tro­chę zdzi­wiona, czuła drobne ukłu­cia nie­po­koju, ale sta­rała się je zigno­ro­wać, głos niósł ją dalej. Pewny, mocny, jak ona, show must go on – powta­rzała w myślach. Jed­nak z każdą wyśpie­waną zwrotką roz­mowy wśród publicz­no­ści nara­stały. Nie były już szep­tem, jak przed chwilą. Ktoś wska­zał na scenę, ktoś inny krę­cił głową, jakby chciał zaprze­czyć temu, co widzi w tele­fo­nie. Po chwili gło­śny gwizd prze­ciął powie­trze, ostry, obcy dźwięk, zupeł­nie nie­pa­su­jący do aktu­al­nej melo­dii. Agata trzy­mała linię, pod­no­siła głowę, wycią­gała rękę do publicz­no­ści, pró­bo­wała zszyć to, co zaczy­nało się na jej oczach pruć. Nagle coś minęło ją dosłow­nie o włos, butelka ude­rzyła w pod­łogę sceny i roz­biła się z gło­śnym trza­skiem na milion kawał­ków. Agata zapa­mię­tała prze­ra­że­nie i ten drobny mak ze szkła już do końca swo­jego życia. Serce pode­szło jej do gar­dła. Na moment wszystko zwol­niło – świa­tła, dźwięk, nawet twa­rze człon­ków jej zespołu.

Zer­k­nęła w bok, w stronę ekipy przy sce­nie. Reali­za­tor dźwięku stał nie­ru­chomo, z ręką zawie­szoną nad suwa­kiem. Ktoś z back­stage’u patrzył na nią sze­roko otwar­tymi oczami, jakby chciał coś powie­dzieć, ale nie mógł lub się bał. Mene­dżerka miała bladą twarz, tele­fon przy uchu, a wzrok bez­na­mięt­nie w nią wbity. Agata nie potra­fiła z niego nic odczy­tać. Kilka osób w pierw­szych rzę­dach prze­stało śpie­wać. Zamiast tego nachy­lali się do sie­bie, szep­tali coś ner­wowo, po czym wybu­chali krót­kim, gło­śnym i szy­der­czym śmie­chem. Ktoś odwró­cił się i wska­zał na scenę. Na nią. Spoj­rzała w tłum, fala prze­cho­dziła przez ludzi. Roz­mowy, spoj­rze­nia, tele­fony uno­szone nie po to, by nagry­wać, ale by spraw­dzić. Śmiech nie był rado­sny. Był ostry. Obcy.

Widziała, jak agre­sja roz­lewa się krę­gami. Wszę­dzie dookoła pod­nie­sione głosy, ner­wowe śmie­chy, kolejne gwizdy. Ktoś krzy­czał coś nie­zro­zu­mia­łego. Tele­fony błysz­czały, reje­stru­jąc jej reak­cje na ten nie­spo­dzie­wany wybuch zło­ści. Jak zimne oczy. Agata widziała, jak ochrona patrzy czuj­nie w jej kie­runku. Głos zadrżał jej tylko przez uła­mek sekundy, po czym wró­cił jesz­cze sil­niej­szy, jakby chciał posta­wić mur z dźwięku prze­ciwko temu, co się tu dzieje. I wtedy jakiś męż­czy­zna wdarł się na scenę, pró­bo­wał jej dosię­gnąć, ale jeden z ochro­nia­rzy powa­lił go na pod­łogę. Zgar­nął Agatę w ramiona i wypro­wa­dził ją bez­piecz­nie na zaple­cze. Zapa­no­wały chaos, krzyk, agre­sja. Pio­sen­karka niczego nie rozu­miała, gdy wsia­dała do vana. Zajęła miej­sce z tyłu i spoj­rzała wiel­kimi oczami na ochro­nia­rza. Ten wrę­czył jej torebkę.

– Dla wła­snego dobra nie zaglą­daj do tele­fonu – powie­dział spo­koj­nie, odjeż­dża­jąc sprzed klubu.

– Co się stało? – Agata czuła, jak gorące łzy napły­wają jej do oczu, nie wie­działa dla­czego, ale prze­wi­dy­wała naj­gor­sze.

– Po pro­stu nie zaglą­daj. Im dłu­żej nie będziesz tego robiła, tym lepiej dla cie­bie.

Miała od razu ochotę wziąć tele­fon w rękę i spoj­rzeć, o co cho­dzi. Nie będzie jej jakiś typ mówił, co ma robić. Gdy jed­nak już miała to zro­bić, coś ją powstrzy­mało. Spoj­rzała na spo­wite desz­czem mia­sto. Ból żołądka był nie do znie­sie­nia.

Kto lub co wła­śnie jej zaszko­dziło?

Helena

Helena pra­co­wała w popu­lar­nym dys­kon­cie, w któ­rym świa­tło było zawsze za jasne, bolały ją od niego głowa i oczy, nie mogła się do niego przy­zwy­czaić, czuła się tutaj jak na sali ope­ra­cyj­nej. Tylko że tam klient jest nie­przy­tomny, a w jej pracy było odwrot­nie. Ludzie zawsze znaj­do­wali się o krok za bli­sko. Pozwa­lali sobie wobec niej na nie­wy­bredne komen­ta­rze, krzyk, zło­śli­wo­ści, uszczy­pli­wo­ści. Przez pierw­sze pół roku pła­kała, póź­niej zaczęła wszystko przyj­mo­wać z zimną obo­jęt­no­ścią, choć tak naprawdę czuła, jak z każ­dym dniem zapada się w sobie, nie­na­wi­dząc ludzi. Zmiany zaczy­nały się wcze­śnie, musiała wsta­wać o czwar­tej rano, żeby się wyszy­ko­wać, wypić kawę i doje­chać auto­bu­sem. Zanim prze­sta­wała być zmę­czona po poprzed­nim dniu, przy­cho­dził kolejny. Czuła się wiecz­nie brzydka i nie­wy­spana. Wkła­dała fir­mową koszulkę, która ni­gdy nie leżała tak, jak powinna, i zbie­rała włosy w gumkę, jakby chciała scho­wać coś, co i tak było widoczne. Wstyd.

W gim­na­zjum i liceum była naj­lep­sza. Nauka przy­cho­dziła jej łatwo, wygry­wała kon­kursy mate­ma­tyczne. A póź­niej poja­wił się on. Naj­przy­stoj­niej­szy chło­pak w liceum, typ spor­towca, miała mu poma­gać w mate­ma­tyce. Była ładna, ale w typie, któ­rym inte­re­sują się tacy chłopcy. Nie „insta­gra­mowo”, nie krzy­kli­wie. Raczej w spo­sób, który prze­szka­dza innym, bo przy­po­mina, że życie bywa nie­spra­wie­dliwe bez powodu. Bo jej wszystko przy­cho­dziło łatwo. Do czasu gdy Mariusz pierw­szy raz ją poca­ło­wał. Od tego momentu wszystko zaczęło się kom­pli­ko­wać. Odli­czała czas, by tylko się z nim spo­tkać. Ich poca­łunki prze­ro­dziły się w piesz­czoty, piesz­czoty w seks. Gdy spóź­niał jej się okres, pełna nadziei poszła do apteki po test, a gdy wska­zał wynik pozy­tywny, pobie­gła do chło­paka z rado­sną nowiną. W odpo­wie­dzi dostała w twarz. Jego rodzice szybko zała­twili sprawę, usta­la­jąc z jej rodzi­cami wyso­kość ali­men­tów. Mariu­sza wysłali do innego mia­sta, by skoń­czył szkołę. Nie wyobra­żali sobie, żeby uczył się w obec­no­ści cię­żar­nej – dokład­nie tak powie­dzieli jej rodzi­com. Bła­gała o prze­rwa­nie ciąży, ale rodzice byli nie­ugięci, nie są mor­der­cami. W ich prze­ko­na­niu rato­wali życie, ale dla niej ozna­czało to koniec dotych­cza­so­wego świata. Jej marzeń, pla­nów na przy­szłość. Z naj­lep­szej uczen­nicy w szkole stała się naj­gor­szą, wyszy­dzaną i poka­zy­waną pal­cami. Im bar­dziej brzuch sta­wał się widoczny, tym czę­ściej omi­jała lek­cje. W końcu ojciec zała­twił jej pracę w dys­kon­cie, w któ­rym był kie­row­ni­kiem.

Gdy Maja przy­szła na świat, wnio­sła blask w jej rze­czy­wi­stość. Helena zno­siła narze­ka­nie matki, która musiała zosta­wać z wnuczką, gdy córka cho­dziła do pracy. Zno­siła narze­ka­nia ojca, gdy musiała się zwol­nić z pracy, bo Maja znowu cho­ro­wała. Wszystko robiła dla niej. O sobie już dawno nie myślała, prze­stała się czuć sobą w momen­cie, gdy Mariusz dał jej w twarz, po tym jak wcze­śniej zro­bił jej brzuch. Zro­zu­miała, że świat nie jest spra­wie­dliwy, a ludzie w więk­szo­ści są zwy­czaj­nie źli.

Klienci mówili do niej gło­śniej, niż trzeba. Jakby była głu­cha. Albo gor­sza.

– To ma być pro­mo­cja? – syk­nęła kobieta w płasz­czu droż­szym niż wszystko, co Helena miała w sza­fie.

– Pro­szę pani, ja tutaj tylko ska­nuję – odpo­wie­działa auto­ma­tycz­nie, z uśmie­chem, który był już tylko mecha­ni­zmem obron­nym.

– Bo tylko do tego się nada­jesz. – Kobieta nawet nie spoj­rzała jej w oczy, Helena czuła, że jest dla niej jak powie­trze.

Przy kasie stała jak mię­dzy dwoma świa­tami. Jeden prze­su­wał się na taśmie – chleb, wino, jogurty w pro­mo­cji. Drugi stał za nią, na pół­kach, które musiała uzu­peł­niać, gdy tylko robiło się luź­niej. W pracy nie miała ochoty jeść, zamiast tego wycho­dziła w prze­rwach na papie­rosa. Kole­żanki zazdro­sne o jej figurę, kwoki z domów, które ktoś mógłby uznać za szczę­śliwe, co chwilę jej dopie­kały.

– Po co się tak mocno malu­jesz? – rzu­ciła jedna z nich, patrząc na Helenę w lustrze zaple­cza. – Prze­cież to tylko sklep.

Helena ski­nęła głową. W skle­pie wszystko było „tylko”. Nie odpo­wia­dała, nie bro­niła się. Robiła, co do niej nale­żało, czu­jąc się coraz bar­dziej jak robot. Lawi­ru­jąc mię­dzy kasą a alej­kami, wykła­dała towar. Dubaj­ską cze­ko­ladę w zło­tych opa­ko­wa­niach. Dubaj­skie pączki, mięk­kie, prze­sad­nie ide­alne, jakby nie miały prawa ist­nieć w takim miej­scu jak to. Gdy przy­szły dubaj­skie żele pod prysz­nic, obiet­nica luk­susu zamknięta w pla­stiku, kupiła jeden z nich. Gdy zmy­wała z sie­bie smu­tek i brud nagro­ma­dzony w trak­cie całego dnia, zasta­na­wiała się, jaki jest Dubaj. Czę­sto wra­cała prze­siąk­nięta nim do domu, bo w pracy usta­lono „tydzień dubaj­ski”, każdy napis krzy­czał do niej: Dubaj, Dubaj, Dubaj. Czuła się jak cień wła­snego życia. Prze­su­wała kar­tony, pro­sto­wała półki, prze­pra­szała za rze­czy, na które nie miała wpływu.

Na prze­rwie usia­dła na zaple­czu, scho­wana mię­dzy rzę­dami bute­lek, i otwo­rzyła Tik­Toka. Bez­myśl­nie, jak sięga się po coś, co ma tylko zabić czas. I wtedy go zoba­czyła. Chło­pak z liceum. Ten, który zawsze sie­dział w ostat­niej ławce i mówił, że „stąd trzeba ucie­kać”. Teraz stał na dachu budynku, za nim był basen z lazu­rową wodą, epic­kie mia­sto mie­niło się w słońcu. Dubaj. Michał wyglą­dał jak model, śmiał się. Mówił o życiu w Dubaju, o pracy tutaj, o tym, że „warto było zary­zy­ko­wać”. Helena poczuła zazdrość, która nie była zła. Raczej pusta. Nie chciała jego pie­nię­dzy ani basenu. Chciała tego, co było w jego gło­sie, tej pew­no­ści, że jest się we wła­ści­wym miej­scu. Że wygrało się życie. Ona czuła, że swoje bole­śnie prze­grała. Zablo­ko­wała ekran. Wró­ciła na sklep. Kasę numer trzy znów oto­czył sznur wście­kłych, narze­ka­ją­cych klien­tów. Świa­tło było za jasne. Dubaj za daleko.

– Przy­szła gwiazda! – krzyk­nął sta­rzec bez przed­nich zębów.

A Helena tylko się uśmiech­nęła, czu­jąc, jak coraz bar­dziej znika w tym świe­cie.

Gdy dotarła do domu, wszy­scy już dawno spali. Weszła po cichu do sypialni rodzi­ców, żeby zabrać ze sobą Maję. Jutro miała wolne, chciała każdą sekundę spę­dzić ze swoim dziec­kiem. Dziew­czynka spała słodko, a Helena poczuła, jak ści­ska ją w dołku. Spro­wa­dziła na świat tę cudowną istotę, żeby żyła jak ona? W cie­niu upo­ko­rze­nia, w cen­trum pod­ło­ści ludzi? Jaka matka robi coś takiego swo­jemu dziecku? Zaj­rzała do barku, w któ­rym zna­la­zła połowę otwar­tego wina, zabrała tru­nek ze sobą do pokoju, by cho­ciaż tro­chę się znie­czu­lić. Helena leżała obok córki na wąskim łóżku, patrzyła tępo przed sie­bie i popi­jała słod­kie wino, od któ­rego wykrzy­wiało jej twarz. Czuła, jak coś w niej pęka, po raz kolejny do wewnątrz, ciszej, ale głę­biej.

Się­gnęła po tele­fon. Ekran roz­świe­tlił pokój zbyt mocno. Przez chwilę tylko scrol­lo­wała, bez celu. Wia­do­mo­ści, któ­rych nie otwo­rzyła. Zdję­cia ludzi, któ­rzy zwie­dzali świat, bawili się pod pal­mami, patrzyli na wyso­kie budynki, pisali, że tylko niebo jest ich gra­nicą. W prze­rwach reklamy łatwego życia, pro­stych roz­wią­zań, do któ­rych Helena nie miała w swoim odczu­ciu prawa wstępu. Upiła duży łyk, po czym wpi­sała w wyszu­ki­warkę hasło, które od tygo­dnia krą­żyło jej po gło­wie, ale ni­gdy nie chciało przejść przez palce – kre­dyt online. Strony wyglą­dały podob­nie. Uśmiech­nięte twa­rze. Obiet­nice bez­piecz­nego jutra. Małe literki na dole, któ­rych nie czy­tała dokład­nie. Nie dla­tego, że nie rozu­miała, tylko dla­tego, że już zde­cy­do­wała. Kwota poja­wiła się na ekra­nie jak wyrok i jak ratu­nek jed­no­cze­śnie. Wystar­cza­jąca, żeby wyje­chać. Wypeł­niała pola auto­ma­tycz­nie. Imię. Nazwi­sko. PESEL. Dochód, który ledwo ist­niał. Zazna­czała zgody, które brzmiały jak obiet­nice bez pokry­cia. Palec zawa­hał się tylko raz przy pyta­niu o cel kre­dytu. Wpi­sała – wydatki na dziecko. Gdy przy­szło potwier­dze­nie, nie poczuła ulgi. Poczuła spo­kój. Jakby chaos wresz­cie uło­żył się w jedną, pro­stą całość. Wstała cicho. Przy­kryła córkę dokład­niej, popra­wiła jej koł­derkę, otu­la­jąc jej ciałko. Przez moment chciała ją obu­dzić, przy­tu­lić, powie­dzieć coś waż­nego, ale zrozu­miała, że nie umia­łaby zna­leźć słów, które nie zła­ma­łyby wszyst­kiego. W kuchni zapa­liła lampkę. Wyjęła kartkę z szu­flady, dłu­go­pis, który zawsze prze­ry­wał w poło­wie zda­nia. Pisała wolno, ale sta­ran­nie. Jakby każde słowo miało zostać tam na zawsze, wykute w mar­mu­rze. „Mamo, Tato, nie ucie­kam od Was i Majusi. Wiem, że jeste­ście zmę­czeni. Ja też jestem. Muszę spró­bo­wać ina­czej, bo jeśli nie spró­buję, to umrę. Zaj­mij­cie się nią. Zro­bię wszystko, żeby zabrać ją do sie­bie. Nie szu­kaj­cie mnie. Ode­zwę się, kiedy będę mogła, Helena”. Zło­żyła kartkę na pół. Poło­żyła ją na stole, przy zega­rze. Przez chwilę stała bez ruchu, jakby dom mógł ją jesz­cze zatrzy­mać. Potem wzięła swój szkolny ple­cak. Spa­ko­wała nie­wiele, bo też nie­wiele posia­dała. Doku­menty. Ubra­nia, które dało się zło­żyć w kostkę. Tele­fon. Łado­warkę. I skar­petkę córeczki. Zatrzy­mała się w progu. Nie pła­kała. Nie mogła.

– Wrócę po cie­bie – wyszep­tała. Nie do niej. Do sie­bie.

Drzwi zamknęły się cicho. Na zewnątrz noc była chłodna, ide­alna do ucieczki. Helena szła szybko, nie oglą­da­jąc się za sie­bie. Czuła, jak każdy krok jest coraz lżej­szy, choć wie­działa, że od teraz przy­szłość będzie ważyła wię­cej niż kie­dy­kol­wiek. Nagle zaczął padać deszcz. Helena zamiast szu­kać schro­nie­nia, spoj­rzała w górę, sky is the limit, uśmiech­nęła się, czu­jąc szczę­ście po raz pierw­szy, odkąd pamię­tała.

Nie umrę. Dam mojej córce życie, na jakie zasłu­żyła.

Agata

Przed apar­ta­men­tow­cem Agaty cza­iła się masa papa­razzi, któ­rzy chcieli jej krwi. Ochro­niarz na ich widok momen­tal­nie zawró­cił, pra­wie zde­rza­jąc się z oso­bówką.

– Masz jakąś przy­ja­ciółkę?

Agata zlę­kła się tego pyta­nia.

– Nie… nie wiem… o co cho­dzi? – Patrzyła na hieny, które wciąż cze­kały z ata­kiem na nią. – Możemy jechać do mojego chło­paka – wyszep­tała.

Zoba­czyła, jak kie­rowca patrzy na nią w lusterku wstecz­nym, nie znała go, był nowy, podobno kie­dyś pra­co­wał w poli­cji. Nagle poczuła tor­sje, zatrzy­mał się, a ona wybie­gła zwy­mio­to­wać na pobo­cze. Miała oczy pełne łez, nie wie­działa, co się dzieje, bała się. Ochro­niarz wyszedł z samo­chodu, odpa­lił jej papie­rosa i podał, po czym zapa­lił sobie. Się­gnął do tele­fonu, który jej prze­ka­zał. Na wyświe­tla­czu było widać ją z Mariu­szem w wiel­kim łóżku z bal­da­chi­mem. Zro­biła mu nie­spo­dziankę na uro­dziny, to miała być ich sek­sta­śma. Pamiątka na lata, kiedy ich ciała będą przy­po­mi­nać rodzynki, tak się śmiali. Poczuła, jak zie­mia się pod nią osuwa, chciała znów zwy­mio­to­wać, ale nie miała już czym, zamiast tego zacią­gnęła się mocno papie­ro­sem.

– Muszę się napić – wyszep­tała.

Wró­cił do samo­chodu, po czym przy­niósł z niego pier­siówkę. Wlała w sie­bie jej zawar­tość i poczuła, jak cie­pło roz­cho­dzi się po żołądku.

– Zawiozę cię do jakie­goś hotelu na obrze­żach, w domu nie będziesz miała spo­koju.

Spoj­rzała w jego prze­krwione błę­kitne oczy, był dla niej dobry. Ufała mu.

W hotelu przy lot­ni­sku było cicho i spo­koj­nie. Zamknęła drzwi, oparła się o nie ple­cami i osu­nęła na pod­łogę. Ręce jej drżały. W gło­wie wciąż widziała twa­rze z tłumu, obce, wro­gie, jakby nagle prze­stali ją znać. Nikt nie chciał jej powie­dzieć, co się stało. A ona bała się bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek, bo czuła, że to nie koniec. Wrota pie­kła dopiero się otwo­rzyły. Agata uświa­do­miła sobie, że nie ma do kogo zadzwo­nić, nie ma osoby, któ­rej by ufała, którą chcia­łaby teraz zoba­czyć. Jej życie przy­po­mi­nało tak naprawdę wydmuszkę, smutną farsę. Prze­szła do pokoju, w lodówce zna­la­zła mini bute­leczki z alko­ho­lami. Wle­wała je w sie­bie, aż odcięło jej prąd.

Pora­nek przy­szedł bru­tal­nie, bez­li­to­śnie. Świa­tło wdzie­rało się przez nie­do­mknięte zasłony jak oskar­że­nie. Agata obu­dziła się z suchymi ustami, pul­su­jącą głową i cię­ża­rem w ciele, jakby całą noc nosiła na sobie wstyd. Tele­fon leżał obok, wibro­wał, prze­sta­wał, znów wibro­wał – nie­ustan­nie, natar­czy­wie. Dzi­wiła się, jak to moż­liwe, że jesz­cze nie padła bate­ria. Otwo­rzyła oczy tylko na tyle, by zer­k­nąć na ekran. Wia­do­mo­ści od rodzi­ców. Jedna po dru­giej. „Nie wiemy, co powie­dzieć ludziom”. „Jest nam strasz­nie wstyd”. „Jak mogłaś nam to zro­bić?” „Nie wiemy, jak sobie z tym pora­dzić”. Każde zda­nie było jak kamień rzu­cony jej w twarz. Te zda­nia nie krzy­czały, a jed­nak bolały bar­dziej niż naj­gło­śniej­szy krzyk. Chciała odpi­sać, wytłu­ma­czyć, że też nie wie, że jest prze­ra­żona, że ktoś, kogo bar­dzo kochała i kogo chciała im przed­sta­wić, ją zdra­dził. Sprze­nie­wie­rzył na tylu pozio­mach, że nie wie, co ze sobą zro­bić. Wzięła tele­fon w dłoń, ale palce jej nie słu­chały. Prze­ra­ziła się, gdy nagle zadzwo­nił. I znowu. Nie­znane numery, dzien­ni­ka­rze, ludzie, któ­rzy nagle uznali, że mają prawo mówić i pytać. Była zmę­czona do gra­nic. Zmę­czona myśle­niem, tłu­ma­cze­niem się w myślach. Była zmę­czona oddy­cha­niem. Czuła się upo­ko­rzona. Alko­hol wciąż krą­żył w krwio­biegu, znie­kształ­cał rze­czy­wi­stość, spra­wiał, że emo­cje były ostrzej­sze, bar­dziej bole­sne.

Wstała z pod­łogi, pokój zawi­ro­wał. Pode­szła do okna i zoba­czyła samo­lot. Bez planu, bez reflek­sji, weszła w inter­net. Loty. Ucieczka w czy­stej postaci. Pierw­sze mia­sto, które wysko­czyło – Dubaj. Daleko. Inny kli­mat, inne twa­rze, inny język. Nikt jej nie roz­po­zna, nikt nic nie będzie od niej chciał. Klik­nęła. Kupiła miej­sce. Serce zabiło szyb­ciej, nie z ulgi, ale z lęku o to, co będzie dalej. Taki kraj jak Pol­ska nie wyba­cza kobie­tom. Nie takie sytu­acje. Facet byłby gwiazdą, noszony na sztan­da­rach, pew­nie jego sława i zasięgi momen­tal­nie by wzro­sły. Ona w oczach wszyst­kich jest brudna i prze­klęta. Jest dziwką. Bo się puściła. Nikt nie bie­rze pod uwagę, że zako­chała się w Mariu­szu. Chciała mu zro­bić pre­zent, o któ­rym marzył. Pew­nie od początku miał taki plan, uwieść ją i roz­ko­chać, a następ­nie sprze­dać sek­sta­śmę z nią. Czuła się nikim. W torebce zna­la­zła szybko napi­sany na kartce numer do Pawła, ochro­nia­rza, który wczo­raj jej pomógł.

– Potrze­buję two­jej pomocy – wyszep­tała.

– Będę za pięt­na­ście minut.

Dała mu listę potrzeb­nych rze­czy i cze­kała na niego w hote­lo­wej restau­ra­cji, wdzięczna wszech­świa­towi, że jej go zesłał. W innym wypadku nie wie, co by zro­biła. Znów poczuła skurcz w żołądku. Nie zabije się. Nie da tym cho­ler­nym skur­wy­sy­nom tej satys­fak­cji. Pod­nie­sie się z gówna, w któ­rym wylą­do­wała, i będzie silna, jak ni­gdy wcze­śniej. Obie­cała to sobie, pisząc dłu­go­pi­sem po ser­wetce: „Jesteś wszyst­kim”. Scho­wała ją do kie­szeni i poczuła, jak łzy napły­wają jej do oczu.

Gdy Agata wyszła z samo­chodu ochro­nia­rza, poczuła coś, co przy­po­mi­nało upo­ko­rze­nie fizyczne, jakby każdy jej krok był mar­szem wstydu. Jakby każdy patrzył na nią jak na śmie­cia i się z niej śmiał. Zało­żyła czapkę z dasz­kiem i oku­lary, prze­szła odprawę pasz­por­tową i usia­dła w restau­ra­cji tyłem do wszyst­kich, a potem popi­jała piwo. Czuła się mała i obna­żona, nie tyle w kwe­stii ciała, ile god­no­ści. Ucie­kała nie tylko przed ludźmi, ich kry­tyką i nie­na­wi­ścią, przed ohyd­nym czło­wie­kiem, który wyko­rzy­stał jej miłość dla pie­nię­dzy i sławy, ale przed całą sytu­acją, która wymknęła się spod kon­troli. Tele­fon znów zawi­bro­wał. Nie spoj­rzała. Patrzyła przed sie­bie, na ter­mi­nal. Teraz wie­działa tylko jedno – nie będzie miała tutaj na razie po co wra­cać. Na szczę­ście miała dokąd uciec. I ta myśl przy­nio­sła jej ulgę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki