Druga twarz - Rain Winter - ebook
NOWOŚĆ

Druga twarz ebook

Rain Winter

4,3

31 osób interesuje się tą książką

Opis

Trisha jest młodą lekarką, która przenosi się do Nowego Jorku, żeby kontynuować specjalizację z chirurgii. Po tragedii, która w jednej chwili wywróciła do góry nogami jej poukładane życie, próbuje zacząć wszystko od nowa. Nie szuka znajomości ani przyjaźni. Chce skupić się wyłącznie na pracy. Tymczasem niewinny wypad do modnego nocnego klubu prowadzi do spotkania z mężczyzną, którego nie spodziewała się już nigdy więcej zobaczyć, a przypadek sprawia, że zostaje wciągnięta w mroczny świat gangsterskich porachunków. Trisha odkrywa, że od przeszłości nie da się tak po prostu uciec i że każdy ma drugą twarz…

„Ona nie powinna zobaczyć go po raz kolejny. On nie powinien spotkać jej nigdy. Dzieli ich przepaść, a los stawia w przeciwnych narożnikach, lecz na przekór wszystkiemu przeznaczenie zaskakuje ich po raz kolejny. Rain Winter stworzyła niebanalną, mądrą i dojrzałą opowieść o uczuciu, które nie powinno było się narodzić. Jednak życie wielokrotnie udowadnia, by nigdy nie mówić nigdy. „Druga twarz” to debiut, którego może pozazdrościć autorce niejeden poczytny pisarz. Z całego serca gorąco polecam!” - Anna Tuziak, autorka „Gry cieni” i „Francuskiej kocicy”

 

Druga twarzRain Winter to zaskakujący i przesiąknięty emocjami debiut. Autorka przeniesie Was do mrocznego i niebezpiecznego świata, w którym nic nie jest takie, jakie się wydaje. Dajcie się zatem pochłonąć historii przepełnionej namiętnością, tajemnicami i wartką akcją, od której nie sposób się oderwać.” - Lilianna Garden, autorka „Prawników”

 

„Książka, która wywołuje ogrom różnorodnych emocji. Rain Winter włada słowem niczym wprawny chirurg skalpelem. Biorąc do ręki tę powieść, wkroczycie do świata pełnego zwrotów akcji.” - Ewa Pirce, pisarka

 

„Postanowienia: zacząć nowe życie, skupić się na pracy, unikać zawierania przyjaźni. Ale nie od dziś wiadomo, jak to bywa. Wystarczy jeden moment, jedno spotkanie, aby cały misterny plan wziął w łeb, a wszystko wywróciło się do góry nogami. Trisha Nichols coś na ten temat wie… „Druga twarz” to debiut, dla którego warto zarwać noc. Szukacie dobrego romansu z wątkiem kryminalnym? W takim razie uprzejmie informuję, że właśnie go znaleźliście!” - Katarzyna Ewa Górka, @katherine_the_bookworm

 

Druga twarz” to powieść obyczajowa z motywem mafijnym, której akcja Was wciągnie, a bieg historii zaskoczy… Pani doktor, która ucieka przed przeszłością, i mężczyzna, który do złudzenia jej ją przypomina! Czasem łatwo pogubić się w swoich uczuciach i pragnieniach, a Trisha się o tym brutalnie przekona…” - Agnieszka Rybska, blonderka.pl

 

„Niebezpieczeństwo, gangsterskie porachunki, strach, krew, seks, po prostu WOW! Brutalna, mocna i naszpikowana erotyzmem historia, która wsiąka przez skórę, przedostaje się do krwiobiegu i buzuje niczym heroina, dzięki czemu będziecie błagać o więcej. Więcej! WIĘCEJ! Dwie twarze, trzy tajemnicze osobowości oraz tak ogromna dawka emocji, że nie oderwiecie się od lektury, zanim nie dotrzecie do ostatniej strony. Ciarki podczas czytania gwarantowane.” - D. B. Foryś, autorka cyklu „Tessa Brown”

 

„Dobro i zło. Biel i czerń… Opowieść pełna emocji oraz wiszącego w powietrzu napięcia. Dajcie się pochłonąć tajemnicy zamkniętej pod fasadą drapieżnego świata, w którym przemoc to tylko część historii. „Druga twarz” skrywa sekrety, jakie będziecie chcieli odkryć.” - Małgorzata Wiśniewska, Zakochana Zaczytana

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 415

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (608 ocen)
337
162
82
19
8
Sortuj według:
Lecacy_jednorozec

Z braku laku…

Takie sobie. Nic porywającego
00
muckers

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
00

Popularność




Copyright © by Rain Winter, 2019Copyright © by Wydawnictwo WasPos, 2021All rights reserved

Wszystkie prawa zastrzeżone, zabrania się kopiowaniaoraz udostępniania publicznie bez zgody Autora orazWydawnictwa pod groźbą odpowiedzialnościkarnej.

Redakcja: Kinga Szelest

Korekta: Aneta Krajewska

Zdjęcie na okładce: © by stokkete/123rf

Projekt okładki: Marta Lisowska

Skład i łamanie oraz wersja elektroniczna: Adam Buzek

Wydanie I - elektroniczne

ISBN 978-83-66754-61-4

Wydawnictwo WasPosWarszawa,Wydawca: Agnieszka Przył[email protected]

Dla Moich Chłopaków

Rozdział 1 – Sin1

W ostatniej chwili dobiegła do taksówki, którą akurat ktoś zwolnił, i zaśmiała się, sadowiąc na tylnej kanapie auta, z kubkiem termicznym w jednej ręce i nadgryzionym bajglem wdrugiej.

– Dokąd, złotko? – Kierowca też wyglądał narozweselonego.

– Róg Hundredth Street i FifthAvenue.

– Znaczy się, doszpitala.

– Tak, i naprawdę się spieszę – odezwała się już z kęsem bajgla wustach.

– Dziś wszyscy się spieszą. Takie czasy. Żyjemy w ciągłym pędzie – skwitował taksówkarz. – Ale bez obaw. Zrobię, co sięda.

– Wierzę w pana – dodała jeszcze i zaraz potem upiła łykkawy.

Niestety, kiedy pół godziny później wbiegała do windy zdyszana i z poplamionym kawą rękawem, była już spóźniona. Nawet iście sprinterskie tempo, w jakim przebrała się w szatni, niewiele pomogło, bo kończącą już obchód grupę dogoniła dopiero przy ostatniej sali na piętrze. Usiłowała jeszcze schować się za plecami jednego z lekarzy, ale nie uszło to uwadzeprowadzącego.

– Doktor Nichols, prawda? Jak miło, że zdążyła pani do nas dołączyć. – Nieco złośliwy ton Ethana Hendleya oraz jego baczne, utkwione w niej spojrzenie sprawiły, że w sekundzie zaschło jej w gardle. – Może w takim razie naświetli nam pani przypadek tego młodzieńca? – Zawiesił głos, dając Trishy czas na dotarcie na czoło grupy, po czym wręczył jej kartę pacjenta i wyczekująco zakołysał się nastopach.

Jejbłąd.

Nie spodziewała się na rutynowym, porannym obchodzie spotkania z zastępcą szefa chirurgii. W przeciwnym wypadku na pewno by się niespóźniła.

Dlatego zagryzła tylko wnętrze policzka, żeby nie palnąć czegoś głupiego i szybko przebiegła wzrokiem dane na karcie. Nie omieszkała też spojrzeć na młodego pacjenta, który podobnie jak cała reszta, obserwował ją z lekkimrozbawieniem.

– Kyle Meyer, dziewiętnaście lat. Zdiagnozowany kostniakomięsak lewego stawu kolanowego do częściowej resekcji kości – wyrecytowała jednym tchem, zanim ponownie spojrzała na Hendleya. – Pacjent po pełnym cyklu chemioterapii przedoperacyjnej, przyjęty na oddział wczoraj wieczorem. Przeprowadzono niezbędne badania, ale nie mamy jeszcze kompletu wyników – wyjaśniła spokojnymtonem.

– Proszę osobiście dopilnować, żeby wyniki trafiły do mnie jak najszybciej – polecił jej chirurg, nieco przeciągając ich kontakt wzrokowy, jakby chciał się w ten sposób upewnić, że dobrze gozrozumiała.

– Oczywiście. – Skinęła głową i natychmiast usunęła się z przejścia, chociaż najchętniej zapadłaby się ze wstydu pod ziemię. Zamierzała poczekać, aż wszyscy wyjdą, żeby opuścić salę jako ostatnia, kiedy dołączyła do niejKate.

– Cześć, gwiazdo poranna. Niezłewejście.

– Już chyba lepiej byłoby, gdybym dołączyła do was po obchodzie. – Trisha z rezygnacją pokręciła głową. – A co się stało zAlexem?

– Wyjechał na szkolenie i w ramach zastępstwa to właśnie Hendley będzie nadzorował naszą grupę – wyjaśniła jejkoleżanka.

– Po prostu bosko. A ja już pierwszego dnia zdążyłam mu podpaść – wymruczała podnosem.

– Na pewno zyskałaś jego uwagę, skoro zna twoje nazwisko. – Kate posłała jej znaczące spojrzenie. – A tak à propos naszego wypadu, rozumiem, że nadalaktualny?

– Tak. Zrobiłam jużrezerwację.

– To dobrze, bo skoro mieszkasz najdalej z nas, to chyba lepiej będzie spotkać się już na miejscu, prawda? – zapytała, wychodząc zsali.

– Jasne… Żaden problem – przytaknęła Trisha, zatrzymując się nachwilę.

Wcale nie spieszyło jej się, żeby dołączyć do grupy. I tak będą żartować z niej przez całydzień.

W końcu wyszła i zaraz za progiem niemal zderzyła się z lekarzem, który najwyraźniej czekał na nią wkorytarzu.

– Nie znam zwyczajów doktora Omsteeda i nie zamierzam w nie wnikać – zaczął z naciskiem. – Ale chciałbym, żeby zapamiętała pani na przyszłość, że nie toleruję spóźnień. Czas to cenna materia, doktor Nichols, a w naszej pracy ma znaczenie kluczowe – dodał, przytrzymując ją karcącymspojrzeniem.

– Zapamiętam, doktorze Hendley – przyznała zeskruchą.

– Mam nadzieję, że o wynikach Kyle’a Meyera również pani pamięta – wtrącił jeszcze, po czym zniknął za rogiem, zostawiając ją wosłupieniu.

– Potrzebuję kawy, morza kawy a potem kierunek laboratorium – sapnęła pod nosem, energicznie ruszając do automatu z napojami, na końcukorytarza.

Niecałe pół godziny później pukała do jego gabinetu z kompletem wyników, które nieco pobieżnie, ale jednak zdążyła przejrzeć. Uchyliła drzwi na tyle, by zobaczyć, że Hendley rozmawia akurat przez telefon. Wycofała się, ale nim zdążyła je przymknąć, usłyszała, jak woła ją zpowrotem.

– Proszę wejść, doktor Nichols. I czego się pani dowiedziała? – Totalnie zbił ją z tropu tym pytaniem, zwłaszcza że nie czekał, aż do niego podejdzie, tylko pofatygował się do drzwi, żeby samemu odebrać od niej plik analiz. – Czyżby chciała mi pani powiedzieć, że idąc tu, nawet nie rzuciła okiem na badania tego pacjenta? – Najwyraźniej nie zamierzał jej dzisiaj odpuścić. – Bo nie muszę chyba dodawać, że gdyby tak właśniebyło…

– Doktorze Hendley! – przerwała mu znacznie ostrzej, niż zamierzała, ale poczuła się dotknięta jego sugestią. – To prawda, że nie zaczęliśmy dobrze, ale jedno spóźnienie nie powinno rzutować na ocenę mnie jako lekarza. Na swoje usprawiedliwienie mam jedynie to, że jestem tu nowa i nadal poznaję topografię miasta, ale dostałam nauczkę i proszę wierzyć, że na długo ją zapamiętam – dodała szybko, ale już znacznie łagodniejszym tonem. – A wracając do pana pytania, chemioterapia co prawda przyniosła efekt i guz się obkurczył, ale tylko nieznacznie. Za to TK2 nie ujawniło żadnych przerzutów – wyjaśniła rzeczowo, na co uśmiechnął się nieznacznie, zmierzając z powrotem zabiurko.

Nie usiadł jednak, lecz na stojąco studiował przyniesioną przez nią dokumentację. To z kolei dało Trishy czas, żeby nieco ochłonąć i przy okazji w spokoju mu się przyjrzeć, zwłaszcza że do tej pory nie było ku temuokazji.

Nie miała pojęcia, ile Hendley ma lat, ale jego osiągnięcia w dziedzinie transplantologii oraz ilość publikacji w prasie medycznej wskazywały raczej na dojrzałego mężczyznę, podczas gdy jego zaskakująco młody wygląd wcale tego nie potwierdzał. Lekarz miał wysportowaną sylwetkę i przewyższał Trishę o głowę, a w błękitnej koszuli i nienagannie białym kitlu prezentował się nad wyraz dobrze. Brązowe, krótko przycięte włosy odsłaniały wysokie czoło, nadające twarzy nieco pociągły wygląd, przez co jego duże, grafitowe oczy stanowiły jej swoiste centrum. Nie tylko przyciągały uwagę, ale przede wszystkim onieśmielały, zwłaszcza kiedy świdrował nimi swojego rozmówcę na wylot. Całości dopełniał smukły nos, nieco wąskie, ale kształtne usta i mocno zarysowana, gładko ogolonaszczęka.

– Proszę usiąść, doktor Nichols. Ja nie gryzę – odparł niespodziewanie, nawet nie odrywając wzroku od badań i tylko dzięki temu nie została przyłapana na gapiostwie. – Gdyby zależało mi jedynie na przyniesieniu wyników, posłałbym po nie pielęgniarkę – dodał i dopiero wówczas na nią spojrzał, a błysk rozbawienia, jaki zdołała dostrzec w jego oczach, kolejny raz wprawił ją w konsternację. Kompletnie za nim nie nadążała. – Wiem, że pracuje tu pani od niedawna i jeszcze adaptuje się w nowym miejscu, ale cieszę się, że definitywnie wyjaśniliśmy sobie kwestię tego niefortunnego spóźnienia. A teraz chciałbym omówić szczegółowy plan operacji. Jest pani zainteresowana? – Zawiesił głos, wyczekująco się w niąwpatrując.

– Zainteresowana? – Nieco bezmyślnie powtórzyła za nim. – Bardzo! – Błyskawicznie oprzytomniała i zajęła wolne krzesło, na co mężczyzna po drugiej stronie biurka zrobił dokładnie to samo. – I dziękuję, że pomyślał pan właśnie omnie.

Nie umiała rozczytać tego człowieka, ale skoro nadarzała jej się okazja pracy z nim, byłaby skończoną idiotką, gdyby z niej nie skorzystała. Uważnie przeglądała wyniki badań i słuchała jego merytorycznych wywodów, kiedy punkt po punkcie omawiał poszczególne etapydziałania.

Gdy jakiś czas później opuszczała gabinet Hendleya, była tak pochłonięta myślami, że nie zareagowała nawet nawołanie.

– To prawda, comówią?

Drgnęła niespokojnie, kiedy Kate, która dosłownie zmaterializowała się tuż przed nią, zapytała z pretensją wgłosie.

– Nie… Nie wiem. – Z roztargnieniem pokręciła głową. – A comówią?

– Że w przyszłym tygodniu operujesz z Hendleyem tego chłopaka z dziewiątki – odparła z wyrzutem, boleśnie celując przy tym palcem w jej klatkępiersiową.

– Przestań! To boli! – Trisha błyskawicznie odtrąciła jej rękę, po czym z niedowierzaniem pokręciła głową. Dopiero wówczas dotarł do niej sens słów Kate. – Moment, skąd o tym wiesz? – Zreflektowała się, tym bardziej że dopiero przed chwilą uzgodnił z nią tękwestię.

– Twoje nazwisko jest na tablicy zabiegów, wpisane tuż obok jego. – Młoda lekarka nie potrafiła ukryć zawiści, ale rozpromieniona Trisha nawet nie zwróciła na to uwagi i odeszła, zostawiając ją totalniezdezorientowaną.

***

Początek weekendu ściągnął do klubu tłumy, przez co lokal dosłownie pękał w szwach. Tłok na parkiecie sprawiał, że Trisha mogła jedynie kołysać się do rytmu niesionego przez muzykę oraz tłum. I wszystko byłoby w porządku, gdyby ta niezamierzona bliskość nie rozochociła jej tanecznego partnera. Dopiero się poznali i zamienili ze sobą raptem kilka słów, co bynajmniej nie upoważniało go do śmiałości, z jaką zaczął ją właśniedotykać.

– Ej! – Pociągnęła go za koszulę, chcąc, żeby się do niej pochylił. Zamierzała uświadomić mu, że się zapędził, kiedy opacznie uznał ten ruch za zaproszenie i zaatakował jej usta swoimi. – Przestań! Co cię opętało? – Rozzłoszczona takim obrotem sytuacji, błyskawicznie uwolniła się z jegouścisku.

– Wydawałaś się chętna. Myślałem, że ci się podoba. – Nieco zdziwiony jej reakcją, wzruszył tylko ramionami i próbował ponownieobjąć.

– Chętna? Serio? – Gwałtownie go odepchnęła. – W takim razie kiepsko u ciebie z myśleniem! – Zirytowana jego sugestią, odwróciła się i czym prędzej zniknęła wtłumie.

Z niemałym trudem przeciskała się między stłoczonymi na parkiecie ludźmi, uparcie torując sobie przejście do baru. Potrzebowała trochę przestrzeni oraz czegoś do picia, koniecznie z dużą ilością procentów, bo wyłącznie to pomogłoby wymazać z pamięci nie tylko incydent z parkietu, ale przede wszystkim fakt, że Kate i reszta rezydentów wystawili ją dowiatru.

Teraz nie miała już przynajmniej złudzeń odnośnie do grupy. Zresztą od początku przewidywała, że będzie od nich odstawać. Nie mogło być inaczej, skoro dołączała do ekipy, która przetrwała ze sobą roczny staż i trzy kolejne lata rezydentury. Rozumiała to i dlatego starała się podejść do tematu pragmatycznie. Owszem, miała nadzieję, że Nowy Jork stanie się jej przystankiem na kilka najbliższych lat, ale przyjechała tu przede wszystkim, żeby dokończyć specjalizację. Zależało jej raczej na poprawnych stosunkach z grupą niż na nawiązywaniu nowychprzyjaźni.

Propozycja spotkania na neutralnym gruncie, przy muzyce i alkoholu, wyszła tak naprawdę od nich. Podobnie jak wybór miejsca. To dlatego zachodziła w głowę, co takiego sprawiło, że poza nią, w klubie nie pojawiło się żadne z trójki rezydentów. Jej telefon milczał, więc powodem nie mogło być wezwanie do szpitala. Przed wejściem do Sin próbowała skontaktować się z Kate, lecz ta nie odbierała. Zostawiła jej na poczcie krótkie info, że zaczeka w środku, i tak zrobiła. Pół godziny siedziała sama przy pustym stoliku, zanim w końcu dała się wyciągnąć do tańca. Wtedy wciąż jeszcze liczyła, że choć spóźnieni, jednak dotrą namiejsce.

Dopiero teraz, kiedy przeciskała się między tańczącymi, myśli niczym kostki domina zaczynały układać się w logiczny ciąg. Grupa była zgrana, a Kate, dzięki swej silnej osobowości, pełniła niejako funkcję przewodniczki stada. Pozostała dwójka, nawet jeśli nie w pełni akceptowała ten fakt, z pewnością wolała nie wdawać się z nią w konflikty. A czym ona zdołała jej podpaść? W kontekście ochłodzenia ich kontaktów na przestrzeni kilku ostatnich dni, powód wydawał się oczywisty – operacja u boku samego Ethana Hendleya. Najwyraźniej Kate kiepsko radziła sobie z tym, że to właśnie Trishy przypadła ona w udziale. Czyż nie był to wystarczający motyw, żeby zapamiętać ten dzień jako chwilę swojego triumfu, a nieporażki?

Zdopingowana tą myślą, dotarła w końcu do baru. Niewiarygodnie długi i błyszczący blat zdecydowanie przyciągał wzrok, wijąc się wzdłuż podświetlonych i mieniących kolorami półek z alkoholami, niczym wąż. Wszystko wskazywało na to, że właśnie taki był zamysł dekoratora wnętrz względem wystroju klubu. Świetna muzyka, feeria świateł, seksowne tancerki wyeksponowane na kilku platformach oraz morze alkoholu zalewające półki i wijący się pomiędzy tym wszystkim wąż. Wystarczająco spójny i czytelny przekaz. Tak samo jak nazwaklubu.

A skoro i tak tu utknęła, wolała sączyć drinki w tej fascynującej scenerii niż przy pustymstoliku.

Jakimś cudem udało jej się wypatrzyć wolny hoker i zanim jeszcze dobrze się na nim rozsiadła, jak spod ziemi wyrósł przed nią ciemnoskóry barman w białej koszuli i z czarującym uśmiechem naustach.

– Witaj w Sin, skarbie. Mam na imię Wade – mówiąc to, wskazał ręką na plakietkę przypiętą do kieszeni koszuli. – A ty wyglądasz na mocno spragnioną. Masz ochotę na coś konkretnego czy wolisz zdać się na moją magię? – zapytał, uwodzicielsko puszczając do niejoczko.

– Zdecydowanie wybieram magię. Czaruj do woli, Wade. – Była coraz bardziej przekonana, że trafiła dokładnie tam, gdzie miała sięznaleźć.

Kilka shotów później przestała już zwracać uwagę na bawiących się wokół ludzi, koncentrując ją niemal wyłącznie na sympatycznym i do tego całkiem przystojnym barmanie. Wypchnęła z głowy myśl, że tak właściwie on jest tutaj w pracy, a ona płaci za serwowany przez niego alkohol. Chciała jedynie cieszyć się tą chwilą i było tak do momentu, kiedy bezwiednie odwróciła głowę w lewo, a jej wzrok zatrzymał się na twarzy mężczyzny, którego widok zmroziłją.

Stał tuż przy parkiecie, zaledwie kilka metrów od niej, ze spojrzeniem skupionym na czymś za jej plecami i stanowił bodaj jedyny nieruchomy punkt, podczas gdy zdawało się, że wszystko wokół faluje w rytm płynącej z głośników muzyki. Brunet, do tego ubrany na czarno, wyglądał jak ciemna, nieożywiona plama na tle pulsującej palety barw, jaka gootaczała.

Trwało to najwyżej kilkanaście sekund, a zaraz potem kieliszek, który właśnie zamierzała podnieść do ust, wysunął się spomiędzy jej palców i przewrócił na blat, rozchlapując na nim swoją zawartość. Zdołała jeszcze niezdarnie poruszyć ustami, gdy nagle, nie wiadomo skąd, padły pierwsze strzały, a w ślad za nimi rozległ się potworny brzęk tłuczonegoszkła.

Stłoczonych na parkiecie ludzi natychmiast ogarnęła panika. Wśród przeraźliwych pisków i krzyków, zaczęli rozbiegać się na wszystkie strony w popłochu. Niektórzy padali na podłogę, tam gdzie stali; inni rzucali się w stronę wyjścia, tratując przy tym leżących. A ci, którym nie udało się uciec, kryli się za stertami poprzewracanych mebli, jakie zostawiał po sobie taranujący wszystko tłum; byle tylko zejść z widoku i nie zostać postrzelonym, lub, co gorsze, zabitym.

Jedynie Trisha, jakby na przekór logice i instynktowi samozachowawczemu, wciąż tkwiła przy barze, wydając się nie tylko głucha, ale również ślepa na to, co rozgrywało się dokoła. Na wszystko, za wyjątkiem tego mężczyzny, w którego wpatrywała się niczym zahipnotyzowana. Tylko na moment straciła go z oczu, kiedy ktoś z uciekającego tłumu wpadł na nią z impetem i dosłownie zrzucił z hokera, przez co dotkliwie uderzyła w niego prawą stroną tułowia. Mimo bólu wstała jednak i w chwili, gdy ich spojrzenia znów się spotkały, potężny dreszcz wstrząsnął całym jej ciałem. Irracjonalizm sytuacji podsuwał tylko jedną myśl, że to nie dzieje się naprawdę. Bała się jednak zerwać ten kontakt, choć bardziej czuła, niż miała świadomość tego, co właśnie toczyło się wokół nich. Mężczyzna coś do niej mówił albo nawet krzyczał. Widziała tylko, jak szybko porusza ustami i energicznie gestykuluje, podczas gdy ona rusza się jak na zwolnionych obrotach. Wszystko nabrało tempa dopiero w momencie, kiedy do niej dobiegł, złapał w pół i dosłownie przerzucił nad barem, po czym skoczył w ślad za nią, żeby z impetem pchnąć ją pod kontuar, a następnie rozpłynąć się wpowietrzu.

Być może sprawiły to narastający ból w prawym boku albo solidne uderzenie w głowę, w następstwie którego aż pociemniało jej w oczach, ale wreszcie to do niej dotarło – kakofonia strzałów, krzyki ludzi, zapętlony dźwięk z głośników i potworny brzęk tłuczonego szkła. Zupełnie jakby w jednej sekundzie przeniosła się ze świata ciszy w sam środek wojennej batalii. Zaatakowana przejmującą skalą docierających zza baru odgłosów, potrzebowała chwili, żeby opanować trwogę, jaka nagle ją ogarnęła, i samej nie zacząć przy tymkrzyczeć.

Powoli zaczęła rozróżniać poszczególne dźwięki i kiedy wysunęła się spod kontuaru, żeby wypatrzyć drogę ucieczki, dostrzegła nieprzytomnego barmana, leżącego najwyżej metr od niej. Tego samego, który jeszcze chwilę temu serwował jej drinki i zabawiał ją rozmową. Instynktownie ruszyła do niego z pomocą, ignorując zarówno bolesne stłuczenie, jak i huk strzelaniny. Wyglądało na to, że jeden z pocisków trafił chłopaka w udo i najprawdopodobniej uszkodził tętnicę, na co wskazywała pulsacyjnie wypływająca z rany krew, tworząca powiększającą się kałużę przy jego boku. Trisha bez zastanowienia wyszarpnęła pasek z jego spodni, żeby błyskawicznie owinąć nim nogę i zacisnąć z całych sił powyżej rany, odcinając w ten sposób dopływ krwi. Tylko tak mogła uratować mużycie.

– Spokojnie, Wade… Jestem lekarzem – sapnęła z wysiłku, jednocześnie rozglądając się za czymś do uciśnięcia rany. Wtedy dostrzegła rosnącą plamę czerwieni na jego piersi. – Cholera! – zaklęła, szarpiąc za materiał koszuli, żeby odsłonić ramię chłopaka i zlokalizować drugie źródłokrwawienia.

Niewielka rana wlotowa znajdowała się tuż pod lewym obojczykiem. Kula musiała uszkodzić żyłę głęboką, stąd obfite krwawienie, ale nie przeszła nawylot.

Trisha musiała szybko znaleźć coś, co mogłoby posłużyć za prowizoryczny opatrunek. Wierzchem zakrwawionej ręki odsunęła z twarzy kosmyki długich włosów, które przesłaniały jej widok. W samą porę, żeby jej wzrok padł na niski regał tuż przed nimi i półkę z białymi, ułożonymi równo ścierkami. Udało jej się dosięgnąć kilka sztuk i dopiero w chwili, kiedy dociskała je już do rany, uświadomiła sobie, że strzały ucichły. Wtedy też zobaczyła wpatrzoną w nią z przerażeniem dziewczynę, która ukrywała się pod jakimś blatem, zaledwie kilka metrów od nich. Chyba tak jak Wade była barmanką, bo podobnie jak chłopak, miała na sobie białą koszulę. Trisha kiwnęła na nią ręką, ale dziewczyna pokręciłagłową.

– Musisz mi pomóc! – krzyknęła do niej, nie zważając na konsekwencje. – On umrze, jeśli nie zatamuję krwotoku! – Dopiero tymi słowami zdołała przekonać ją do opuszczenia azylu. – Jak masz naimię?

– Cass… Cassie – wyjąkała cicho, szczękajączębami.

– Dobrze, Cassie… Trzymaj tu i mocno uciskaj. – Poinstruowała dziewczynę, a sama na powrót zajęła się ranąnogi.

– Czy on… CzyWade…

– Na razie stracił przytomność – odparła Trisha, zadając sobie w duchu to samopytanie.

Pewne było jedynie to, że musiał szybko trafić do szpitala, dlatego zaczęła wzywać pomocy. W ślad za jej głosem rozległy się nawoływania z głębi sali. Nie miała jednak żadnego rozeznania w sytuacji, bo widok przesłaniał wysoki kontuar, częściowo chroniący ich też przedostrzałem.

Krzyczała tak długo, aż w końcu dotarł do nich jakiś chłopak z dziewczyną, która na widok zakrwawionego barmana wpadła w histerię. Najgorzej, że jej towarzysz zamiast wezwać pomoc dla rannego, zaczął jąuspokajać.

– Zostaw ją i sprowadź tu pomoc! Szybko! Jej nic nie będzie, a ten człowiek zaraz umrze! Rozumiesz? Spójrz na mnie! – wykrzyczała, chcąc przyciągnąć jego uwagę. – Rusz się i wezwij pomoc. Słyszysz? – Widziała jego twarz zaledwie kątem oka, ale chyba w końcu do niego dotarła, bo poderwał się i wybiegł na salę, zostawiając ich ze swoją histerycznie lamentującą koleżanką. – Uspokój się! Jesteś ranna? – zapytała, ale nie doczekała się odpowiedzi. Dziewczyna była bardzo młoda – podobnie jak barmanka, która cały czas dzielnie jej asystowała – ale nie wyglądała na ranną. W efekcie tego, co zaszło w klubie, musiała doznać po prostuszoku.

Im dłużej to wszystko trwało, tym gorzej Trisha radziła sobie z własnym bólem, który stał się na tyle ostry, że zmuszona była spłycać oddech, aby jakoś funkcjonować. Do tego zaczęło jej się jeszcze kręcić w głowie, ale żeby nie przerazić Cassie, starała się niczego po sobie nie pokazać. To dlatego na widok załogi ambulansu niemal rozpłakała się zulgi.

– Rana postrzałowa prawej nogi… Uszkodzona tętnica udowa… Zastosowałam prowizoryczną opaskę uciskową… Drugi pocisk utknął pod lewym obojczykiem – rwała słowa, zagryzając zęby zbólu.

– W porządku. Świetnie się spisałaś, a teraz my go przejmujemy. – Opanowanie i spokój w głosie ratownika podziałały na niąkojąco.

Odsunęła się, robiąc mu miejsce przy rannym, a potem już tylko biernie obserwowała, jak we dwóch sprawnie układają pojękującego Wade’a nanoszach.

– A co z tobą? Potrzebujesz pomocy? – zainteresował się drugi zsanitariuszy.

– Nie… To tylko stłuczenie, ale on… – sapnęła, bagatelizując swój stan i wskazując ruchem głowy nanosze.

– Wiem. Bardzo dobrze się nim zajęłaś i jeśli przeżyje, to tylko dzięki tobie – odparł mężczyzna, umiejętnie manewrując noszami w wąskimprzejściu.

Dopiero kiedy załoga karetki zniknęła za barem, Trisha ze zdziwieniem odkryła, że została tu całkiem sama. Zniknęli zarówno chłopak z rozhisteryzowaną dziewczyną, jak i młoda barmanka. Nie było wyjścia. Musiała wydostać się stąd o własnych siłach. Z trudem udało jej się wstać, bo ból po prawej stronie tułowia coraz bardziej się nasilał, tak samo jak zawroty głowy. Próbowała utrzymać równowagę, ale podłoga dosłownie falowała jej przed oczami. W chwili, kiedy ugięły się pod nią kolana i bolesne spotkanie z podłożem wydawało się nieuniknione, pochwyciły ją czyjeś ramiona. Chciała coś powiedzieć, ale gwałtowny ból wydusił z niej tylko jęk protestu. Nie miała pojęcia, kim jest ten człowiek ani co do niej mówi, bo docierające do niej dźwięki były tubalne i zniekształcone. W jednej chwili ogarnęło ją dziwne uczucie unoszenia się albo spadania, a zaraz potem straciłaprzytomność.

1Sin – z ang. grzech.

2TK – tomografiakomputerowa.

Rozdział 2 – W centrum uwagi

Cruz stał przy poręczy na piętrze i z niedowierzaniem wpatrywał się w pobojowisko, które rozciągało się u jego stóp. Na zaludnionym zazwyczaj parkiecie piętrzyły się teraz sterty połamanych krzeseł, stolików i elementów dekoracji oraz połyskujące kawałki stłuczonych luster i wszelakiego rodzaju szkła. Bar, albo raczej to, co z niego zostało, trudno było rozpoznać. Podziurawione przez kule regały straszyły pustką, po podświetlanych półkach nie było w ogóle śladu, a całe to szkło rzęziło pod stopami przy każdym kroku. Nawet kontuar był nimpokryty.

Drgnął, kiedy w kieszeni jego marynarki zawibrował telefon. Sięgnął po niego i na widok imienia na wyświetlaczu tylko mocniej zacisnąłszczękę.

– Nie przyjeżdżaj, Ian – odezwał się, zanim zrobił to jego rozmówca. – W klubie roi się od glin, a na zewnątrz koczują dziennikarze – dodał z głośnym westchnieniem, po czym przez chwilę słuchał w milczeniu. – Wygląda na to, że dwóch, i obaj nie żyją. Jednego zdjął Shane, drugiego ktoś ze S.W.A.T., ale… Chcesz znać moje zdanie? – Zawiesił pytająco głos. – Masz rację. – Skrzywił się na komentarz w słuchawce, by natychmiast spoważnieć. – Teraz tylko siedem osób; czworo gości, barman, jedna z tancerek i któryś z ludzi Maxa – wyliczył, z głośnym świstem wydmuchując powietrze ustami. – Tak, tylko, bo przy pełnej obsadzie klubu to niemal cud – dodał z naciskiem i nerwowo uderzył dłonią w balustradę. – Jest wielu rannych i liczba ofiar może jeszcze wzrosnąć, ale biorąc pod uwagę skalę zniszczeń w klubie… To nie ludzie byli celem – powiedział ciężkim głosem i zamilkł, z uwagą wsłuchując się w słowa swojego rozmówcy, podczas gdy jego wzrok bacznie skanował otoczenie. Na widok zmierzającego w jego kierunku ogolonego na łyso mężczyzny w skórzanej kurtce i z policyjną odznaką zatkniętą za pasek spodni, wyprostował się. – Muszę kończyć – dodał tylko, rozłączając się. – Witam, detektywie – zwrócił się do przybyłego, jednocześnie odsuwając na bok, żeby zrobić dla niego miejsce nabalkonie.

– Dobry wieczór, panie Carver. – Mężczyzna skinął głową, stając obok. – Aż trudno uwierzyć, że wystarczyło dwóch ludzi, żeby podziurawić klub jak sito – dodał, spoglądając na widok, jaki rozciągał się przed nimi wdole.

– Szkło niestety lubi się tłuc. Bardziej martwią mnie straty w ludziach – odpowiedział ciężkim głosem. – Wiadomo już, kim bylisprawcy?

– Wyglądają na Latynosów, ale nie mieli przy sobie dokumentów, więc ustalenie ich tożsamości zajmie trochę czasu – odparł detektyw, przyglądając mu się zuwagą.

– Ile potrwa dochodzenie w klubie? Wiem, że wszystko wymaga czasu, ale właściciel chce jak najszybciej wyremontować lokal i wznowić jegodziałalność.

– W tej chwili nie jestem w stanie tego określić. To spora powierzchnia, więc sam pan rozumie. Chcemy przesłuchać obsługę i byłbym wdzięczny za udostępnienie jakiegoś pomieszczenia, gdzie funkcjonariusze mogliby się tym zająć na miejscu – dodał, po czym ruszył w kierunku schodów i zatrzymał się stopień niżej. – Będę też potrzebował broni do analizy, więc…

– Posiadamy wszelkie wymagane licencje i legalną broń, detektywie, więc bez trudu znajdzie ją pan w rejestrze, ale skoro taka jest procedura, to oczywiście mój człowiek przekaże ją do analizy. Może pan liczyć na pełną współpracę z naszej strony – zapewnił ze spokojem, a potem odprowadził detektywa uważnymwzrokiem.

***

Było po drugiej, kiedy Ethan dotarł do szpitala. Przekazano mu jedynie, że w centrum doszło do strzelaniny, a całej reszty dowiedział się już z radia w samochodzie. W drodze na miejsce minął przynajmniej kilkanaście karetek na sygnale i prawie tyle samo policji. Było jasne, że tej nocy całe miasto żyło nowątragedią.

Gdy wchodził do budynku, na podjazd zajechał właśnie kolejny ambulans i musiał usunąć się z przejścia, żeby nie zderzyć się z sanitariuszami ER-ki, którzy do niego wybiegali. Czym prędzej przebrał się w gabinecie i zmierzał już na blok operacyjny, kiedy tuż przed salą dogoniła go jedna zrezydentek.

– Nie teraz, Eaton. Mam już spremedykowanego pacjenta na stole – odezwał się pierwszy, tym bardziej że zdyszana kobieta nie mogła wydusić z siebiesłowa.

– Ale jest pan potrzebny… Wiozą do nas pacjenta z wypadku… Uraz wielonarządowy – wykrztusiła w końcu, czekając na jegodecyzję.

– W porządku – westchnął ciężko i cofnął rękę, która już dosięgała klamki. – Sprawdź, która sala jest wolna, i niech od razu wiozą go na górę – polecił lekarce, a sam zawrócił do centrum koordynacji. – Nastąpiła zmiana planów – poinformował pełniącą tam dyżur pielęgniarkę. – Wiozą nam ofiarę z wypadku, więc przywołaj doktora Garrica, żeby przejął pacjenta w dwójce… I ściągnij mi tu kogoś dopomocy.

Chwilę później na oddział wjeżdżało już łóżko z rannym z karetki, któremu towarzyszyła Kate i dwiepielęgniarki.

– Zarezerwowałam szóstkę, doktorze, i ściągnęłamanestezjologa.

– Dobrze, zabierzcie go tam. – Ponaglił pielęgniarki, po czym zwrócił się do rezydentki: – Widziałaś gdzieśNichols?

Dziewczyna tylko pokręciłagłową.

– Nie ma z nią kontaktu – dodała, posyłając mu dziwnie spłoszonespojrzenie.

– Niech dzwonią do skutku, dziś potrzebujemy każdej paryrąk.

– Tylko że… – urwała w pół zdania, czym jeszcze bardziej gozirytowała.

– Wyduś to z siebie, Eaton. Nie mamy całejnocy!

– Była w tym klubie, gdzie doszło do strzelaniny. – Pośpiesznie wyjaśniła i nerwowo zagryzłausta.

– Kto? O kim tymówisz?

– O Kalifornii… – wypaliła bezmyślnie, a widząc zdziwienie na twarzy Hendleya, szybko się poprawiła: – Chodziło mi oNichols.

– Jesteś tego pewna? – Mężczyzna wydawał się wstrząśnięty jejsłowami.

– O dwudziestej była w klubie. Zostawiła mi wiadomość na poczcie głosowej, a potem, kiedy ściągnięto nas wszystkich do szpitala, jej telefon przestał odpowiadać – przyznała równieporuszona.

– Czyli na razie status nieznany. A kontaktowałaś się z North General albo Saint Vincent’s? To tam trafiło najwięcej rannych. Dopiero potem zaczęli przywozić ich do nas, bo jak rozumiem, u nas na pewno jej nie ma? – Hendley nawet nie czekał na jej odpowiedź, tylko od razu skierował kroki do recepcji. – Saro, obdzwoń szpitale, do których zwozili rannych ze strzelaniny, i pytaj o doktor Nichols. Na cito. Może być jedną z ofiar. I na wszelki wypadek skontaktuj się też z policją, może będą w stanie jakoś pomóc – polecił, zwracając się bezpośrednio do przełożonejpielęgniarek.

– Chodzi o tę nową rezydentkę, która przyjechała zKalifornii?

– Właśnie o nią… Kalifornia… – przytaknął, zrozumiawszy wreszcie sens określenia, którego wcześniej użyła Eaton. – I informuj mnie na bieżąco, będę operował w szóstce – rzucił już przez ramię, zmierzając na blok operacyjny. – A ty idziesz ze mną – zwrócił się do podpierającej ścianęrezydentki.

***

Kiedy kilka godzin później opuszczał salę, słońce jaśniało już nad horyzontem. Był zmęczony długą i skomplikowaną operacją mężczyzny, u którego w wyniku wypadku doszło do rozległych uszkodzeń. Udało im się co prawda opanować krwotok wewnętrzny, ale kosztem usuniętej śledziony i części prawego płuca. Życie tego człowieka wciąż wisiało na włosku, co martwiło lekarza najbardziej. Niepokoił go również brak informacji oNichols.

Zsunął z głowy czepek i ścisnął go w dłoni, kierując się dorecepcji.

– Wiadomo coś? – zapytał, podpierając się na ladzie, tuż nad głową pielęgniarki, która zaprzeczyła z niepewną miną. – Próbuj dalej. I byłbym wdzięczny za kubek mocnej kawy – dodał, zmierzając ciężkim krokiem dogabinetu.

Wyjął z biurka teczki rezydentów i odszukał tę z nazwiskiem Nichols, po czym wyciągnął się na przykrótkiej kanapie i zaczął przeglądać jej zawartość. I chociaż zapoznał się z nią już znacznie wcześniej, wciąż usiłował zrozumieć, co skłoniło tę dziewczynę, żeby kontynuować rezydenturę akurat w Nowym Jorku, skoro była absolwentką renomowanej uczelni w San Francisco, a staż w Pacific Medical Center ukończyła z wyróżnieniem. Miała świetne wyniki i rekomendacje, a jednak z niezrozumiałych dla niego powodów postanowiła kontynuować specjalizację na drugim końcu kraju. Musiał przyznać, że nie spotkał się dotąd z tego typu praktyką. Jego rozmyślania przerwało pukanie do drzwi. Niechętnie opuścił nogi na ziemię i usiadł, odsuwając teczkę zkolan.

– Pańska kawa, doktorze. – Kobieta uśmiechnęła się ciepło, podchodząc do niego z kubkiem wręce.

– Dziękuję, Saro. Ratujesz mi życie – odparł zmęczonym głosem, biorąc łyk aromatycznegonapoju.

– Dzwonili z Saint Vincent’s – powiedziała z nadzieją w głosie. – Twierdzą, że nie ma u nich pacjentki o nazwisku Nichols, ale jest kilka NN i jedna z nich pasuje do opisu, jaki przekazałam im przez telefon – dodała z błyskiem woczach.

– Jesteś pewna? – Mężczyzna wyczekująco zastygł wbezruchu.

– Wiem tylko, że pielęgniarka z izby przyjęć podsłuchała rozmowę załogi jednej z karetek. Przywieźli do nich chłopaka z ranami postrzałowymi i twierdzili, że dziewczyna, która udzieliła mu pierwszej pomocy, musiała przejść przeszkolenie medyczne, bo dokładnie opisała wszystkie obrażenia i bardzo fachowo go opatrzyła – dodała z lekkim uśmiechem. – Trafiła do nich nieprzytomna, jakieś dwie godziny temu. Trochę poraniona, ze stłuczeniem żeber, ale bez ran postrzałowych. Podejrzewają też wstrząśnienie mózgu, bo po przebudzeniu miała nudności i była lekko splątana, ale już dochodzi do siebie. Nie miała przy sobie dokumentów, a teraz jest na badaniach, więc na razie nie mogę niczego potwierdzić. Myślę, że najlepiej byłoby tam kogoś podesłać. Może doktor Eaton? To jej koleżanka z grupy – zasugerowała, ale Hendley natychmiast pokręciłgłową.

– Sam się tym zajmę – odparł, wstając. – A tobie bardzo dziękuję za pomoc, Saro.

– Mam nadzieję, że to dobre trafienie. Też się o nią martwię, doktorze – dodała ciężkim głosem. – To bardzo miła dziewczyna i ma duży szacunek do pracy pielęgniarek. Nie zadziera nosa, jak co niektórzy, ale proszę udać, że tego już pan nie słyszał – dodała, znacząco ściszającgłos.

– Nie sposób się z tobą nie zgodzić, ale tę uwagę też zachowaj dla siebie. – Uśmiechnął się do niejciepło.

Pół godziny później był już w drodze do szpitala Saint Vincent’s.

***

Brak snu i zmęczenie powoli dawało się we znaki wszystkim w klubie. Cruzowi również. Wolał jednak nie zostawiać Maxa bez nadzoru, zwłaszcza że nadal trwały przesłuchania personelu i ochrony, a policyjni technicy wciąż przeprowadzali oględziny i zabezpieczaliślady.

Znużony czekaniem, postanowił napić się czegoś mocniejszego w swoim biurze. Ledwie tam dotarł, kiedy rozległo się pukanie do drzwi, a zaraz potem pojawiła się w nich młoda, ciemnowłosa dziewczyna, którą Max raptem miesiąc wcześniej zatrudnił jakobarmankę.

– Co jest? – Spojrzał na nią, mrużącoczy.

Ośmielona tymi słowami, wślizgnęła się do środka i zbliżyła do jego biurka, żeby położyć na nim coś, co wyglądało na małą, damską torebkę, tyle że mocno zakurzoną i z urwanympaskiem.

– Znalazłam to pod barem – zapewniła, szybko wycofując się pod same drzwi. – Nie wiedziałam, że należy do pańskiej dziewczyny, ale niczego nie ukradłam. Serio – rzuciła jeszcze i nim zaskoczony jej słowami Cruz zdołał zareagować, po barmance nie było jużśladu.

– Że co? – Zdziwił się, sięgając po torebkę, po czym wysypał jej zawartość nabiurko.

Adekwatnie do jej rozmiarów, nie było tego za wiele; pęk kilku kluczy, telefon, szpitalny identyfikator i portfel, z którego wysunęło się złożone na pół zdjęcie. Wziął je do ręki, rozłożył i przez długą chwilę wpatrywał się z niedowierzaniem. Przedstawiało tulącą się do siebie parę i na pierwszy rzut oka nie było w nim nic niezwykłego, poza faktem, że blondynka ze zdjęcia tuliła się właśnie do niego, albo raczej do mężczyzny, który był do niego łudzącopodobny.

– To jakiś żart? – Zdenerwował się i natychmiast sięgnął po leżący na biurku identyfikator ze zdjęciem. – Trisha Nichols, lekarz medycyny w Mount Sinai Hospital – przeczytał na głos, po czym utkwił wzrok w miniaturowymportrecie.

Nie znał jej, był tego pewien, ale miał też dziwne wrażenie, że gdzieś już ją widział. Usiłował sobie przypomnieć, ale zmęczenie skutecznie mu to uniemożliwiało. Olśnienie przyszło w chwili, gdy schylił się do szafki po butelkę z alkoholem, a w jego głowie pojawił się obraz dziewczyny siedzącej przy barze, która patrzyła na niego tak, jakby co najmniej zobaczyładucha.

– Kim ty, do cholery, jesteś i o co w tym chodzi? – zaklął pod nosem i ciężko opadł plecami na oparciekrzesła.

***

Zagubienie. To słowo najtrafniej określało psychiczną kondycję Trishy, która siedząc w poczekalni izby przyjęć, wpatrywała się w swoje poranione dłonie i mimo chaosu, jaki miała teraz w głowie, próbowała zebrać myśli. Była zdezorientowana i przytłoczona, a brudne i miejscami sztywne od zaschniętej krwi ubranie, było teraz wszystkim, co miała. Przepadła jej torebka wraz z całą zawartością, co znacząco komplikowało jej życie. Nie miała pieniędzy na taksówkę; telefonu, żeby dać znać, gdzie się znajduje; ani nawet kluczy do mieszkania. Porażka na całej linii. Póki co, starała się jednak nie panikować i skupić na konkretach. Żyła. To było najważniejsze. A obrażenia, których doznała, nie były na tyle groźne, żeby musiała zostać dłużej wszpitalu.

Tylko codalej?

Zapatrzona w swoje dłonie, odpłynęła myślami na tyle daleko, żeby nie zorientować się, że ktoś właśnie zajął miejsce obok niej. Dopiero kiedy poczuła na ramieniu czyjąś dłoń, drgnęła niespokojnie, natychmiast podrywającgłowę.

– Doktor Hendley? – zapytała zniedowierzaniem.

– Cieszę się, że wyszłaś z tego cało, Nichols. – Szczera troska w głosie i zmęczonych oczach mężczyzny była czymś tak zaskakującym, że niemal zakręciło jej się z wrażenia wgłowie.

– Skąd…

– Nie było łatwo, ale dzięki szefowej pielęgniarek udało nam się ciebie namierzyć – przyznał z ciepłym uśmiechem, a widząc zbierające się w oczach dziewczyny łzy, natychmiast ponownie potarł ręką jej ramię. – Cokolwiek przeżyłaś, masz to już za sobą, a teraz chodź, odwiozę cię do domu – dodał, wstając.

– Tylko że to niemożliwe – odpowiedziała, głośno pociągającnosem.

– Dlaczego?

– Zaginęły wszystkie moje rzeczy. Nie mam się tam jak dostać – dodała załamanymgłosem.

– W takim razie damy znać na policji; możliwe, że już są w ich posiadaniu, a na razie, odwiozę cię do przyszpitalnego hotelu. Na pewno znajdą tam jakiś wolny pokój. Odpoczniesz, prześpisz się, a potem zobaczymy, jak się sprawy mają – powiedział z przekonaniem, wyciągając rękę, żeby pomóc jej wstać. – Doktor Nichols, wiem, że nie zaczęliśmy dobrze – dodał z lekkim uśmiechem, celowo parafrazując jej słowa sprzed kilku dni. – Ale całą noc operowałem i sam ledwo trzymam się na nogach, więc jeśli masz lepszypomysł…

– Dziękuję – przerwała mu, wstając o własnychsiłach.

Bez słowa puścił ją przodem i ruszył zaraz zanią.

***

Było już jasno, kiedy Cruz wyszedł na niewielki, usytuowany z tyłu klubu parking, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza. Słońce odbijało się od ciemnej maski jego chevroleta camaro i raziło po oczach, kiedy zbliżał się dopojazdu.

Oparł się plecami o bok auta i sięgnął po telefon, żeby napisać krótką wiadomość do Shane’a.

Poznał go kilka lat temu w jakimś obskurnym barze na przedmieściach Miami, gdzie załatwiał interesy Salazara. Niestety sprawy poszły źle i niewinna z pozoru kłótnia, bardzo szybko zamieniła się w krwawąjatkę.

Zginęli nie tylko klienci, ale również kilku chłopaków z jego ówczesnej ekipy, a on sam został ranny i gdyby do akcji nie wmieszał się Shane, kto wie czy w ogóle wyszedłby z tegocało.

Kiedy wydobrzał, przygarnął chłopaka na próbę, lecz szybko okazało się, że ten zagorzały miłośnik motocrossu jest dobry nie tylko w walce w ręcz, ale także świetnie strzela i dziś po raz kolejny toudowodnił…

Jego rozmyślania przerwał sam Shane, który raptem chwilę później wyłonił się zza budynku w swoim nieodłącznym, skórzanym stroju na motor, z charakterystycznym czerwonym pasem na rękawach kurtki i niedbale przeczesując jasne, nieco przydługie włosy, bez słowa do niegodołączył.

– Skopiuj mi wszystkie dane z tego telefonu, a potem zgrabnie podrzuć to wszystko do Mount Sinai Hospital, ale tak, żeby trafiło we właściwe ręce – odparł Cruz, wręczając mu mocno zniszczoną, damską torebkę. – Dane z telefonu podrzuć Duchowi. Niech zajmie się resztą. Chcę mieć wszystko o tej kobiecie oraz jej rodzinie i to najszybciej, jak sięda.

– Będzie wniebowzięty. – Shane schował torebkę pod kurtkę, po czym spojrzał na szefa, mrużąc oczy od słońca. – Wiadomo już, kiedy gliny się stądwyniosą?

– Jedź! – Ponaglił go, a zaraz potem poklepał po ramieniu w przyjacielskim geście. – Dobrze, że akurat byłeś wpobliżu.

– Drugiego też bym w końcu zdjął – dodał jeszcze, po czym skinął głową i znów zniknął za rogiembudynku.

Rozdział 3 – W półmroku

W pokoju panował lekki półmrok, dzięki czemu Cruz szybko ogarnął wzrokiem pomieszczenie. Zielone cyfry na zegarku przy łóżku wskazywały drugą po południu. Miał jeszcze godzinę do ustawionego alarmu, zatem to coś innego musiało wyrwać go ze snu. Chwilę nasłuchiwał, ale w mieszkaniu panowała kojąca cisza. Odczekał jeszcze moment, po czym usiadł na łóżku. W samą porę, by odebrać telefon, który właśniezadzwonił.

– Tak? – W skupieniu słuchał swojego rozmówcy, po czym poderwał się na równe nogi. – Cholera, czułem, że tak będzie. Jakbym i bez tego miał mało problemów – kontynuował rozmowę, nerwowo przemierzając sypialnię w tę i z powrotem. – Nie wysyłaj nikogo. Sam się nim zajmę, ale dopiero wieczorem – odparł, przeciągając ręką po włosach. – Możesz to sobie odhaczyć z listy, ale na drugi raz… – Celowo zawiesił głos. – Dokładnie. Zrywaj się. – Kiedy się rozłączał, dyskretny uśmiech przemknął mu przezusta.

Przeciągnął się i podszedł do łóżka, ale tylko po to, żeby sięgnąć po leżące na brzegu spodnie. Ledwo zdążył je na siebie wciągnąć, kiedy zawył alarm jego auta. Błyskawicznie sięgnął za niski zagłówek łóżka po schowanego tam glocka, przeładował i półnagi zbliżył się do okna. Przylgnął plecami do ściany i dyskretnie odchylił roletę, żeby mieć widok na plac przed budynkiem. Podejrzewał, że alarm uruchomiło jakieś wałęsające się w pobliżu zwierzę, albo banda wyrostków, którzy mimo tablic ostrzegawczych czasami zapędzali się na to odludzie w poszukiwaniu wrażeń. Nie tracił czujności. Jednak widok ostentacyjnie siedzącej na masce auta dziewczyny totalnie go zaskoczył. Od razu ją rozpoznał i z niedowierzaniem pokręcił głową. Doskonale wiedział, że obecność tej krnąbrnej nastolatki przed jego prywatnym lokum, zwiastuje wyłącznie kolejne kłopoty. Wyłączył alarm pilotem i pokazał się w oknie. Zdawało się, że tylko na to czekała, bo natychmiast z ożywieniem do niego pomachała. Nie podzielał jej entuzjazmu, kategorycznym gestem wskazując, żeby podeszła do drzwi. Klnąc pod nosem, schował tylko na miejsce pistolet i boso zbiegł poschodach.

– Cześć, Cruz – zaszczebiotała słodkim głosem, kiedy odryglował zamki i pojawił się wreszcie w wąskiej szparzedrzwi.

– Co ty tu robisz, Cleo? – warknął, łapiąc ją za rękaw kurtki i wciągając dośrodka.

Dopiero kiedy z powrotem zabezpieczył drzwi, skupił uwagę na dziewczynie, nie omieszkując zauważyć, jak bezwstydnie pożera wzrokiem jegociało.

– Wow… – sapnęła, wyciągając rękę, żeby go dotknąć, ale byłszybszy.

Błyskawicznie wykręcił jej ramię i stanowczo popchnął ją w kierunkuschodów.

– Jeszcze czego! – warknął pod nosem, wchodząc zaraz za nią. – Znowu zwiałaś ze szkoły? Przecież wiesz, że jak tylko to zauważą, powiadomią twojegoojca!

– Ma teraz na głowie większe zmartwienie niż ukochana córeczka. Poza tym oboje wiemy, do kogo wtedy zadzwoni. – Wyszczerzyła zęby w uśmiechu, z zaciekawieniem rozglądając się po pomieszczeniu, do którego właśnie ją wprowadził. – Ale odjazd… A tam, co jest? Twoja sypialnia? – zapytała, podążając za Cruzem i okręcając się wokół własnej osi, żeby móc przeskanować swoim bystrym wzrokiem pokój, w jakim się znaleźli. – Nieee – przeciągnęła ze śmiechem. – Serio? Satynowa pościel? Zawsze wiedziałam, że masz dobry gust! – zawołała, z rozpędem rzucając się na jego niezasłane łóżko. – Takie duże i wygodne… – wymruczała, bez skrępowania przyglądając się, jak Cruz zakładakoszulkę.

Z irytacją pokręcił na to głową, jednocześnie odwracając się do niej plecami, żeby pośpiesznie zapiąć zamekspodni.

– Gdzie twoja ochrona? Znowu ichwystawiłaś?

– Mówisz o tej bandzie idiotów? Miną wieki, zanim zorientują się, że im zwiałam. – Nie kryłaradości.

– Nie obchodzi cię, że będą mieli przez ciebie kłopoty? – Kucnął, żeby założyćbuty.

– Gdybyś to ty mnie pilnował, byłabym posłuszna jak aniołek. Nie odstępowałabym cię na krok. – Rozmarzyłasię.

– Jakbym chciał mieć psa, tobym go przygarnął – wymamrotał pod nosem. – Na szczęście to nie moja działka – dodał już głośniej, żeby mogła gousłyszeć.

– Nigdy nie mów nigdy, Cruz. – Puściła do niego oczko, bezwstydnie przyciskając twarz do leżącej na łóżku poduszki i głośno zaciągając się jej zapachem. – Jestem pewna, że nie spodziewałeś się mnie tutaj dzisiaj, a teraz, proszę. – Zachęcająco poklepała dłonią materac. – Masz mnie w swoimłóżku.

Gwałtownie zachłysnęła się powietrzem, kiedy dosłownie w sekundę się przy niejznalazł.

– Naprawdę? Mam cię, Cleo?

Jego niskie vibrato sprawiło, że głośno przełknęła ślinę, wyraźnie speszona tą nagłą zmianą w jegozachowaniu.

Wystarczyło, żeby oparł kolano na materacu pomiędzy jej rozchylonymi nogami i leniwie pochylił się, aby zacisnąć dłoń na jej udzie, a natychmiast spąsowiała na twarzy. Zdawało się, że tylko na to czekał, bo zaraz potem poderwał się do pionu, jednocześnie energicznym ruchem ściągając dziewczynę z łóżka, w efekcie czego z hukiem wylądowała tyłkiem napodłodze.

– Mam nadzieję, że bolało i zapamiętasz, żeby więcej tego nie robić – dodał na powrót twardymgłosem.

– Ty, ty, ty… – Aż zapowietrzyła się zoburzenia.

– Cały ja, mała! – Zaśmiał się, sięgając do kieszeni po telefon, który zadzwonił zgodnie z jego przewidywaniami. – Tak? – Dobrze wiedział, kogo usłyszy w słuchawce. – Wiem, ale bez nerwów. Już ją namierzyłem i zaraz odstawię na miejsce – odpowiedział, kończąc rozmowę i z rozbawieniem obserwując, jak nastolatka masuje obolałe miejsca, ciskając w niego gromami. – Gotowa do drogi, skarbie?

– Dupek! – syknęła przez zęby, po czym rzuciła się na niego z pięściami, ale w porę przykucnął, sprytnie przerzucając ją sobie przezramię.

– Aaaaaaa! – zawyła wściekle, usiłując go kopnąć, ale bez trudu ją unieruchomił, by na koniec wymierzyć solidnego klapsa w pośladek. – Dupek do potęgi entej! – wrzeszczała, okładając go pięściami poplecach.

– Powtarzasz się, Cleo – odparł niewzruszony, znosząc ją poschodach.

– Pieprzsię!

– Pieprzę się tylko z kobietami – dodał, wychodząc nazewnątrz.

Dopiero wtedy postawił ją nanogach.

– To dlaczego ze mną niechcesz?

– Tobie do kobiety jeszcze sporo brakuje – odpowiedział, przekręcając klucz wzamku.

– Tak? A niby czego? – dociekała.

– Przede wszystkim lat, Cleo. – Zaśmiał się, widząc jej nadąsanąminę.

– Gówno prawda. Kilka miesięcy temu skończyłam siedemnaście i według prawa stanowego mogę legalnie uprawiać seks – odgryzłasię.

– Czyli nauki społeczne na coś ci się jednak przydały – dodał z rozbawieniem, czym jeszcze bardziej jąrozeźlił.

– A może nie jestem w twoim typie, jeśli taki w ogóle istnieje? Jeszcze kiedyś pożałujesz, że nie skorzystałeś z okazji! – żachnęłasię.

– Nie wierzę, że naprawdę o tym rozmawiamy – westchnął, prowadząc ją do samochodu. Otworzył dla niej drzwi od strony pasażera i poczekał, aż wsiądzie. – Zapnij pasy – dodał, po czym obszedł auto, żeby usadowić się zakierownicą.

– Przez ciebie będę miała w domu szlaban! – odgryzła się, posłusznie jednak wykonując jegopolecenie.

– Szef daje i odbiera, to już nie moja sprawa – zauważył, odpalając silnik. – Ja mogę zadbać tylko o to, żeby przydzielić ci znacznie bystrzejsząochronę.

– Na nowych też znajdę sposób! – Uśmiechnęła się do niegoszelmowsko.

– Nie wątpię. I już im współczuję. – Zaśmiał się, wyjeżdżając na szutrową drogę prowadzącą dotrasy.

***

– Skaranie boskie z tą dziewczyną – skwitował Salazar, spoglądając za córką, która bez słowa minęła go w drzwiach i niczym tornado popędziła na piętro. – Jak nie przestanie urywać się z zajęć, w końcu wywalą ją zeszkoły.

– Nie sądzę. Za dużo by na tym stracili – odezwał sięCruz.

– Niby tak, ale pod naporem rady rodziców mogą ustąpić, a wtedy nie będę mógł już wielezdziałać.

– Najpierw trzeba wymienić jej obstawę, bo ci dwaj nie dają rady. Zajmę się tym, jak tylko sprawdzę co w klubie i ogarnę mały problem na mieście. – Chociaż stali na zewnątrz, Cruz i tak ściszyłgłos.

Ian zamknął drzwi do domu i ruszył z nim w kierunku zaparkowanego na podjeździesamochodu.

– Jak mały? – zapytał z poważnąminą.

– To się okaże – odparł, mrużąc lekko oczy. – Hugo dał mi cynk, że jeden z jego dilerów nie rozliczył się z kasy i od wczoraj nikt go nie widział. Znam go, więc jeśli tylko zaćpał, to pół biedy. Gorzej, jeśli przepuścił kasę na wyścigach. Bukmacherzy mieli od niego nie przyjmować, ale mógł kogoś podstawić – kontynuowałCruz.

– Znajdź go i odzyskaj, ile się da. Reszta mnie nie obchodzi. – Stanowczy ton szefa był aż nadtowymowny.

– Taki mam zamiar – przytaknął tylko, ale nie ruszył się zmiejsca.

– Cośjeszcze?

– Niedobrze, że Cleo zna moje namiary. Polubiłem tę miejscówkę i sporo w nią zainwestowałem. Nie uśmiecha mi się przeprowadzka, ale jeśli znowu się tampojawi…

– W porządku – wszedł mu w słowa Ian. – Załatwię to z Shondą. W końcu matka wie najlepiej, jak rozmawiać z własną córką. – Westchnął głośno. – Jedź. Zajrzę wieczorem do klubu. Tam sięspotkamy.

– To raczej kiepski pomysł. W klubie wciąż totalna demolka, bo policja nie pozwala niczego ruszać, dopóki nie zbierze wszystkich dowodów. Szkoda, żebyś oglądał lokal w takim stanie. Wytrzymaj jeszcze dzień, dwa. Dam ci znać, kiedy dostanę zielone światło na wpuszczenie ekipy sprzątającej, i wtedy przyjedziesz. – Cruz otworzył drzwi doauta.

– Masz jakiś pomysł, kto za tym stoi? – zapytałIan.

– Jeszcze nie, ale pracuję nad tym – dodał, zaciskając mocnoszczękę.

– To za mało – rzucił wściekle Ian i splunął napodjazd.

– Może ta akcja w klubie to wewnętrzne rozgrywki między Javierem i jego znajomkami, a my oberwaliśmyrykoszetem.

– Trochę to zbyt grubymi nićmi szyte, jak dla mnie. – Skrzywił sięSalazar.

– Tutaj nie mam jak tego sprawdzić, a na wycieczkę do Meksyku to raczej kiepski moment. W każdym razie robię, co mogę – odparł Cruz, wsiadając dosamochodu.

Przed odjazdem spojrzał jeszcze w okna na piętrze. Na widok machającej do niego Cleo, zaśmiał się głośno i odjechał, zostawiając za sobą chmurękurzu.

***

Trisha nie miała pojęcia, jak długo spała, ale półmrok, jaki panował teraz w pokoju, wskazywał na to, że spędziła tu cały dzień. Z trudem usiadła, a potem ostrożnie zsunęła nogi na ziemię. Najwyraźniej środki przeciwbólowe, jakie podali jej w szpitalu, przestały już działać, bo znów zaczęła odczuwać nieprzyjemne pulsowanie po prawej stronie tułowia. Jednak najbardziej doskwierał jej brak podstawowych rzeczy, takich jak kąpiel, czyste ubranie i ciepły posiłek. A fakt, że mimo upływu czasu, wciąż była w punkcie wyjścia, niepomagał.

Na dźwięk pukania do drzwi drgnęła niespokojnie, po czym zagryzła zęby z bólu i wstała z łóżka. Nie wiedziała, kogo się spodziewać, ale z pewnością nie była to Kate, która na jej widok odetchnęła z wyraźnąulgą.

– Cześć. Mogę wejść? – Lekarka wydawała się skruszona, ale to nie zmyliło Trishy i gdyby nie sytuacja, w jakiej obecnie się znajdowała, najchętniej zatrzasnęłaby jej drzwi przed nosem. – Przyniosłam ci coś na przebranie i kanapkę z automatu. Pukałam już wcześniej, ale spałaś – dodała, wchodząc, po czym wręczyła jej papierową torbę, którą ściskała w ręku. – Mam też butelkę wody i tabletki przeciwbólowe. Hendley mówił, że będziesz ichpotrzebować.

– To on cię tu przysłał? – Nawet nie siliła się nauprzejmość.

– Nie, ale powiedział, gdzie mogę cię znaleźć – odpowiedziała Kate, podchodząc do okna i stając do niej plecami, żeby ukryć swoje zakłopotanie. – Potrzebujesz czegośjeszcze?

– Tak, ale nie od ciebie – odgryzłasię.

– Wiem, że masz do mnieżal…

– Żal? – Trisha przerwała jej z gniewem i niemal natychmiast tego pożałowała, bo gwałtowny ruch sprawił, że stłuczone żebra znów dały o sobie znać. – Tu nie chodzi o żal. Jestem na ciebie wściekła, bo to przez ciebie… – urwała, żeby opanować rwący ból. – Gdybym wiedziała, że mnie wystawisz… Że wszyscy mnie wystawicie… Powinnam była wrócić do domu, zamiast jak skończona idiotka łudzić się nadzieją, że jednak dotrzecie – sapnęła ze złością, jednocześnie łapiąc się za prawybok.

– Masz rację, ale nawciskasz mi innym razem. Jak będziesz w formie – odparła zaskakująco spokojnym tonem Kate, podchodząc do niej. – Teraz coś zjedz i weź tabletki. Nie ma sensu, żebyś sięmęczyła.

– Niech cię szlag, Eaton! – warknęła, rozdrażniona bólem i własnymwybuchem.

– Policja o ciebie pytała. Chcieli cię przesłuchać, ale Hendley odesłał ich z kwitkiem. Swoją drogą, już dawno nie widziałam go takwkurzonego.

– Niech najpierw znajdą moje rzeczy – dodała tylko podnosem.

– Zapomniałabym. Ktoś zostawił na recepcji twoją torebkę. Wsadziłam ją razem z ubraniem. Sama sprawdź, czy niczego nie brakuje – zreflektowała sięKate.

– I dopiero teraz mi o tym mówisz? – Trisha z irytacją wysypała zawartość papierowej torby na łóżko, żeby odszukać to, na czym najbardziej jej terazzależało.

Była mile zaskoczona, kiedy okazało się, że nic nie zginęło i dopiero wtedy z ulgą przysiadła na brzegumateraca.

– Nareszcie mogę wrócić dosiebie.

– Jeśli potrzebujesz podwózki, to…

– Poradzę sobie – przerwała jej Trisha, wyraźnie dając do zrozumienia, że powinna jużiść.

– W porządku, tylko najpierw zajrzyj do Hendleya. Chciał, żeby ktoś jeszcze raz cię przebadał, zanim pojedziesz do domu – powiedziała koleżanka, kierując się do drzwi. – I wiedz, że naprawdę jest mi bardzo przykro z powodu tego, co się stało. Martwiłam się o ciebie – dodała jeszcze i wyszła z pokoju, zostawiając jąsamą.

Świadomość, że nie jest już od nikogo zależna i może wreszcie bez przeszkód wrócić do mieszkania, zdecydowanie poprawiła Trishynastrój.

Najchętniej zadzwoniłaby teraz do domu, tego rodzinnego w Monterey w stanie Kalifornia, ale niestety w telefonie padła bateria. Wiadomość o strzelaninie na pewno obiegła krajowe media. Miała tylko nadzieję, że jej bliscy nie wpadli na to, że mogła być jedną z ofiar, i przez brak kontaktu z nią, nie odchodzą teraz odzmysłów.

Postanowiła zadzwonić do nich, jak dotrze do swojego mieszkania, ale najpierw musiała jeszcze odmeldować się uHendleya.

Ból żeber stawał się coraz bardziej dokuczliwy, więc wzięła leki i dla lepszego komfortu zmieniła też ubranie. Niebieski dres był co prawda trochę za duży, ale wygodny i miał jedną istotną zaletę – kaptur, pod którym mogła schować swoje długie i skołtunione teraz blondwłosy.

Dopiero wtedy opuściła pokój i lekko utykając, udała się doszpitala.

Nie chciała rzucać się w oczy, ale gdy tylko pojawiła się na oddziale, i tak wzbudziła spore zainteresowanie, a kilka pielęgniarek, które znała zaledwie z widzenia, pozdrowiło ją nawet, kiedy zmierzała dorecepcji.

– Dobrze widzieć panią całą, doktor Nichols – powitała ją przełożona pielęgniarek. – Martwiliśmysię.

– Jestem wdzięczna za troskę. Wiem, co pani dla mnie zrobiła, i bardzo za to dziękuję – odpowiedziała, nieco oszołomiona tym niespodziewanym, ciepłymprzyjęciem.

– Najwyższy czas skończyć z tym oficjalnym tonem. Mam na imię Sara – mówiąc to, kobieta wskazała palcem na przypięty do fartucha identyfikator. – Dołączyła pani do naszej rodziny, a my dbamy o swoich – dodała zprzekonaniem.

– To prawda. Przekonałam się o tym na własnej skórze. I mam na imię Trisha – zrewanżowałasię.

– Doktor Hendley jest u siebie. – Pielęgniarka znacząco spojrzała w kierunku drzwi gabinetu po prawej stronie, gdzie pojawiła się właśnie postaćchirurga.

– Nichols. Nareszcie! – niemal zawołał na jej widok, zapraszając gestem do środka. – Zaczynałem się już niepokoić – dodał, kiedy zostali już sami. – Jak sięczujesz?

– Obolała. Trochę – odparła z zakłopotaną miną, na widok której wyraźnie sięzamyślił.

– Leki przeciwbólowe powinny przynieść ulgę. – Podszedł do szafy, żeby wyjąć z niej marynarkę, a w jej miejsce odwiesić fartuch. – Ale dodatkowo smaruj miejsce stłuczenia maścią i noś opaskę uciskową – dodał, zakładając marynarkę i jednocześnie przyglądając się Trishy z uwagą. – Wystawiłem ci dwa tygodnie zwolnienia i niech do głowy ci nie przyjdzie, żeby pojawić się tu wcześniej. Zrozumiano? – W odpowiedzi skinęła tylko głową. – Podobno ktoś oddał twojerzeczy.

– Tak i na szczęście niczego nie brakuje. Nareszcie mogę jechać do siebie – przyznała z wyraźną ulgą w głosie. – Tylko szkoda, że tak wyszło, bo nie będę mogła z panem operować. – Przypomniała sobienagle.

– Jestem pewien, że okazji do tego nam nie braknie, ale najpierw wyzdrowiej. Inaczej nie dasz rady wystać przy stole nawet kwadransa – dodał, sięgając jeszcze po skórzaną torbę, a następnie zgasił lampkę na biurku. Wszystko wskazywało na to, że on także zbierał się do wyjścia. – Masz jakiś transport? Bo jeśli nie, to…

– Złapię taksówkę – odparła szybko, na co z politowaniem pokręciłgłową.

– Odpuść sobie. Wychodzimy – zadecydował. – Ten dzień nie należał do zbyt udanych, ale przynajmniej tę sprawę doprowadzę do końca. – Jego przekaz był wystarczająco jasny, więc nawet nie próbowałaoponować.

Kiedy pół godziny później dotarła na miejsce i pokonała w końcu schody na drugie piętro kamienicy, w której wynajmowała mieszkanie, była zlana potem, ale nie mniej szczęśliwa. Gorąca kąpiel z dodatkiem soli leczniczej pomogła jej rozluźnić napięte jak struny mięśnie i trochę przytłumiła ból. Przed snem podłączyła jeszcze telefon do ładowania i zapobiegawczo łyknęła kilka proszków. Odpłynęła, gdy tylko przyłożyła głowę dopoduszki.

Rozdział 4 – Sugar Domino

W ciągu kilku godzin ludzie Cruza odwiedzili większość miejscówek, w których zazwyczaj można było zastać Bookera, ale bez powodzenia. Ostatni raz widziano go dwa dni temu na Brooklynie, pod domem jego dziewczyny i od tamtej pory wszelki ślad po nim zaginął. Gdyby chodziło tylko o niego, strata byłaby niewielka. Problem stanowiło pół kilograma koki o rynkowej wartości blisko trzydziestu tysięcy dolarów, które przepadło wraz z nim. Kasa kasą, ale teraz ważniejszy był czytelny przekaz dla pozostałych dilerów, którzy uważnie śledzili rozwój wypadków. Dlatego bez względu na wszystko należało znaleźć chłopaka, a potem przykładnie ukarać, żeby żadnemu z nich już nigdy nie zaświtał w głowie podobnypomysł.

Dopóki każdy znał swój szczebel w drabinie wspólnych zależności, wszystko działało sprawnie. Wystarczył tylko jeden wyłom, by cała konstrukcja straciła stabilność, a to nie służyło nikomu. Zwłaszcza interesom, które Salazar prowadził na samej górze. Wieści o wszelkich kryzysach rozchodziły się z szybkością błyskawicy i stanowiły łakomy kąsek w walce o wpływy. A konkurencja tylko na toczekała.

Zirytowany dotychczasowym niepowodzeniem Shane, wsiadł do granatowej furgonetki jako ostatni i dał Grantowi znak do odjazdu. Młodziak, którego Cruz blisko rok temu wyłowił na nielegalnych wyścigach, nie tylko prowadził auto z taką płynnością, jakby sunęło po torach, lecz przede wszystkim znał w tym mieście każdy możliwy skrót i wielokrotnie wyprowadzał ich bez szwanku z policyjnych obław i pościgów. Z takim kierowcą potrzebowali raptem pół godziny, by dotrzeć do najliczniejszego kompleksu mieszkalnego w Queensbrige, gdzie kończył się trop po dilerze. Shane czekał przy samochodzie, Grant stał na czujce na rogu budynku, a Ramos zniknął w jego wnętrzu. Po chwili wrócił, niemal wlokąc za sobą ciemnoskórą dziewczynę, która wręcz skamlała z bólu, kiedy brutalnie ciągnął ją zawłosy.

– Gdzie on jest? – rzucił do niej Shane, otwierając drzwi na pakęauta.

– Ja… nic nie wiem. Naprawdę! – Załkała, usiłując złapać rosłego Meksykanina za rękę, którą ten z premedytacją podciągnął, żeby sprawić jej jeszcze większy ból. – Nie wiem! – krzyczała wniebogłosy, przyciągając uwagę mieszkańcówdomu.

Coraz licznej wylegali do okien, żeby sprawdzić, co się dzieje, ale żaden z nich nie odważył sięzainterweniować.

– Lepiej sobie przypomnij! – zasyczał jej do ucha Ramos, po czym brutalnie pchnął do wnętrza wyłożonego grubą folią auta i dołączył do niej z Shane’em.

Zaraz potem odjechali stamtąd, a pełne gapiów okna, jedno po drugim zamykały się i gasły w nichświatła.

Kilkanaście minut później wjeżdżali już na tereny nieczynnej cukrowni Domino3, gdzie czekał na nich Cruz. Kiedyś często wykorzystywali tę lokalizację do nocnych przeładunków albo składowania broni. Jednak odkąd jedna z firm developerskich wykupiła teren z przeznaczeniem na luksusowe apartamenty nad East River, zaczęło kręcić się tu za dużo ludzi. W każdym razie dziś dostali zieloneświatło.

Ramos wyskoczył z auta jako pierwszy i nim się obejrzeli, zaciągnął dziewczynę do metalowej barierki na skraju hali, gdzie ją przywiązał. Przerażona i zapłakana, co chwilę spluwała za siebie krwią z rozbitego nosa i łypała na nich jednym okiem. Drugie, zapewne od ciosu mężczyzny, zdołało już solidnie napuchnąć i najwyraźniej nie była w stanie gootworzyć.

Cruz wysiadł z auta i z niezadowoleniem splunął przez ramię, podchodząc dofurgonetki.

– Coś powiedziała? – zagadnął Shane’a.

– Nie widziała się z nim, ale mieli kontakt telefoniczny. Podobno wkurwił jakiegoś Chińczyka i ten nasłał na niego kilku swoich. Okradli go z towaru i części kasy. Bał się przyznać, więc postanowili zwiać z miasta – odparł, skubiąc zębami dolną wargę. – Swoją drogą warto by się tym zainteresować, bo już nie pierwszy raz Chińczycy zapuszczają się na naszteren.

– Całkiem dużo zdołaliście z niej wycisnąć – przyznał z uznaniemszef.

– To zasługa Ramosa. Sam wiesz najlepiej, jak nie znosi czarnych – wyjaśniłkrótko.

– W takim razie Chińczyka zostawiętobie.

– Liczyłem na to. – Zerknął w stronę krzyczącej z bólu dziewczyny, której Ramos bynajmniej nie odpuszczał. Kiedy w końcu do nich dołączył, na jego twarzy błąkał się uśmiechzadowolenia.

– Wiem, gdzie będzie na nią czekał. Jeśli Grant solidnie depnie, powinniśmy obrócić w pół godziny – zwrócił się doCruza.

– Jedźcie. My się tu trochę rozejrzymy – przyznał, poklepując Shane’a poramieniu.

***

Kiedy furgonetka wjechała do magazynu na pełnym gazie, głowy obu mężczyzn odwróciły się w jej stronę. Zaraz potem drzwi paki otworzyły się z hukiem, a ze środka, wykopany przez Ramosa, wypadł Booker. Próbował się podnieść, ale kiepsko mu z tym szło. Miał zakrwawiony i dziwnie skrzywiony nos, liczne otarcia na twarzy, a podpierając się, wyraźnie oszczędzał lewąrękę.

– Dotąd myślałem, że jesteś tylko głupi. – Cruz podszedł do poturbowanego dilera i łapiąc chłopaka za włosy, odchylił mu głowę, tak by ich spojrzenia się spotkały. – Ale w chwili kiedy postanowiłeś uciec, stałeś sięidiotą.

– Cruz, to nie tak. Chciałem zarobić dla was tę kasę i oddać. Naprawdę – wyjęczał z bólu, mrużąc oczy. – Odpracuję wszystko, jeśli tylko dostanę drugąszansę.

– Twój limit drugich szans już dawno się wyczerpał – odparł, jednocześnie dając Shane’owi znakgłową.

Obaj z Ramosem podnieśli Bookera z ziemi i przyciągnęli do metalowego szkieletu linii produkcyjnej, na którym go rozciągnęli iunieruchomili.

Rozglądał się wokół przerażonym wzrokiem, aż w końcu dostrzegł dziewczynę. Przywiązana za ręce do pozostałości wysięgnika, zwisała bezwładnie, ledwie dotykając stopami podłoża. Twarz miała zakrwawioną i opuchniętą, a usta zaklejone taśmą. Ten widok spotęgował tylko jego niepokój o nią, zwłaszcza że była nieprzytomna i nie dawała żadnych oznakżycia.

– Kisha… – jęknął zbolałym głosem diler, a potem ryknął do nich wściekle. – Bydlaki!

– Gdzie towar i kasa? – zapytał Ramos, bez ostrzeżenia waląc go pięścią wżebra.

Ostry ból pozbawił go głosu. Potrzebował chwili, żeby odzyskaćoddech.

– Kurwaaaa! Nie mam! – wyjęczał, urywanym głosem. – Pierdoleni Chińczycy… Zabraliwszystko.

– Nie pieprz. Zawsze dzielisz towar na części. Gdzie go schowałeś? – Tym razem odezwał sięCruz.

– Nie zdążyłem… – syczał, walcząc o oddech. – Zgarnęliwszystko.

Cruz skinął głową do Ramosa, który zbliżył się do dziewczyny i brutalnie pociągnął ją za włosy, na co oprzytomniała, wydając z siebie stłumionyjęk.

– Zostaw ją, popaprańcu! – wydarł się Booker, ale trafiony ciosem Shane’a, znowu zawył zbólu.

– Ona czy ty? – Pytanie Cruza byłokrótkie.

Diler zakasłał, a potem splunął w kierunku Shane’a, za co znowu mu sięoberwało.

– Cruz… błagam – wyjęczał z trudem. – Oszczędźją.

– To ty wydałeś na nią wyrok – odparł mężczyzna z kamiennym wyrazem twarzy i ledwie skończył mówić, rozległ się hukwystrzału.

Booker z przerażeniem szarpnął głową w kierunku dziewczyny, którą Shane zdejmował właśnie z wysięgnika. Żyła, choć nie była w stanie ustać o własnych siłach. Wystrzał był tylko ostrzeżeniem. Przynajmniej narazie.

– Pytam po raz ostatni. Gdzie kasa i reszta towaru? – wycedził Cruz przez zęby, a potem przytknął lufę glocka do kolana Bookera i nie czekając na odpowiedź, strzelił. Teraz wrzasnęli oboje. Zarówno postrzelony diler, jak i dziewczyna, której Ramos brutalnym szarpnięciem zerwał z usttaśmę.

– Ja… Ja wiem! Powiem! Tylko przestańcie. Błagam! – krzyczała przerażona, próbując resztką sił doczołgać się do rannegochłopaka.