Druciarz - Krzysztof Jóźwik - ebook + książka
NOWOŚĆ

Druciarz ebook

Jóźwik Krzysztof

4,3

156 osób interesuje się tą książką

Opis

ŚMIERĆ ZAWSZE ZOSTAWIA PO SOBIE ŚLAD.

Puławami wstrząsa kolejna popełniona z najwyższym okrucieństwem zbrodnia. Na terenie Zakładów Azotowych policjanci znajdują bestialsko okaleczoną, martwą, nagą kobietę. Mimo oczywistego, seksualnego motywu zabójstwa oraz nietypowego miejsca kaźni, śledczy z Komendy Powiatowej Policji nie mają łatwego zadania. Morderca jest na wolności i w każdej chwili może uderzyć drugi raz.

CZY EWA JĘDRYCZ WRAZ Z HUBERTEM ZANIEWSKIM ROZGRYZĄ W PORĘ MISTERNĄ ZAGADKĘ Z PRZESZŁOŚCI, KTÓRA POPYCHA MORDERCĘ DO KOLEJNYCH ZABÓJSTW?
JAKĄ ROLĘ GRA TUTAJ MIEJSCE ZBRODNI?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 381

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,3 (14 ocen)
8
4
0
2
0
Sortuj według:
washingtoniene

Nie oderwiesz się od lektury

Mroczna, brutalna i nieprzewidywalna. Tak właśnie mogę określić tę książkę. Fabuła jest dynamiczna i przemyślana, a napięcie wyczuwamy do ostatniej strony. To jest rasowy kryminał i najważniejsze, że wyszedł z polskiej ręki. IG: @mania.ksiazkowaniaa
00
AgnieszkaSulkowska

Nie oderwiesz się od lektury

Muszę uprzedzić, to nie jest lektura dla każdego, to nie jest lektura dla wrażliwych, to nieodkładalna lektura. W "Druciarzu" nic nie jest takie, jak wydaję się na początku czytelnikowi! Polecam!
00
Felunia1981

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo dobra książka .Myślałam że wiem kto jest winny a jednak się pomyliłam.Takiego zakończenia się nie spodziewałam.Jak dla mnie 10/10.
00



 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Wszystkie przedstawione w tej powieści postaci i zdarzenia są fikcyjne i są wymysłem wyobraźni autora. Jakiekolwiek ­podobieństwa nazwisk i zdarzeń do sytuacji rzeczywistych są przypadkowe.

 

 

 

 

 

 

 

 

Teraz

 

5 listopada

 

 

 

Zbezczeszczone nagie kobiece zwłoki leżały na wznak pomiędzy rozmokłymi kartonami, foliowymi torbami po nawozach, drewnianymi kawałkami połamanych palet i innych śmieci. Padała zamarzająca mżawka i wiał nieprzyjemny, lodowaty wiatr.

Ciało oświetlane teraz mocnymi policyjnymi latarkami zostało przypadkowo odkryte pół godziny wcześniej przez jednego z pracowników puławskich zakładów azotowych, który zapuścił się nie wiadomo po co do tej odludnej części bocznicy kolejowej, do tego składowiska śmieci i niepotrzebnych odpadów.

Nie tylko późna pora i odludne miejsce stanowiły dla policji komplikację, bo dodatkowo było przejmująco zimno i mokro. Zacinający, marznący listopadowy deszcz rozmywał krew po bladej skórze martwej kobiety, tworząc na jej powierzchni fantazyjne wzory. Z powodu niskiej temperatury szybko zamieniał się w cienką warstwę lodu na zimnym już ciele.

– Dajcie, do cholery, ten namiot, bo deszcz zmyje nam wszystkie ślady! – krzyknął ze zdenerwowaniem któryś z policjantów przybyłych na miejsce ujawnienia zwłok. Z jego ust dobyła się chmura pary wodnej, a on sam energicznie zatarł ręce, próbując je choć trochę ogrzać. Przeklinał tę pogodę i choć rozpadało się dosłownie godzinę wcześniej, to już zdążyło się na tyle ochłodzić, że ponury jesienny wieczór szybko zamieniał się w preludium zimowej aury.

Wysoki i chudy policjant zaklął pod nosem.

Po chwili, w świetle żółtego światła jednej z nielicznych latarni stojących wzdłuż torów kolejowych, zobaczył sylwetki nadchodzących ludzi. Szybko ocenił, że to pracownicy Powiatowej Komendy Policji, więc żwawo ruszył w ich kierunku. Chciał im pomóc i przyspieszyć montaż tak potrzebnej im osłony. Funkcjonariusze niosący ciemnoniebieską brezentową płachtę niezdarnie ślizgali się po szybko zamieniających się w lodową warstwę betonowych płytach bocznicy. Nagle jeden z nich zachwiał się i wywinął orła, boleśnie przy tym tłukąc sobie kość ogonową.

– Kurwa! – zaklął głośno, wypuszczając z dłoni trzymany wcześniej pęk aluminiowych rurek, potrzebnych do zbudowania szkieletu konstrukcji. – Jebana pogoda!

Wysoki chudzielec, starszy aspirant Hubert Zaniewski, podbiegł ostrożnie do obolałego kolegi i pomógł mu się podnieść. Mężczyźni pozbierali rozsypane aluminiowe rurki i niezdarnie stawiając stopy na niebezpiecznej nawierzchni, dotarli w końcu do śmieciowiska.

– Pogoda chujowa, ale mamy tu robotę – mruknął tyczkowaty policjant, kładąc rurki na ziemi. Zdał sobie sprawę, że to tłumaczenie jest zupełnie niepotrzebne, bo wszyscy wiedzieli, że na aurę nie mają żadnego wpływu. Potem spojrzał na pozostałych dwóch mężczyzn zaczynających walkę ze sztywnym od zimna brezentem i doszedł do wniosku, że poradzą sobie sami. Co prawda rozkładali namiot skostniałymi z zimna rękami, ale robili to dosyć sprawnie.

Hubert spojrzał na zegarek, dochodziła dwudziesta trzydzieści pięć. Odruchowo rzucił jeszcze okiem na datę, zapamiętując te dane potrzebne mu do późniejszego raportu z miejsca zbrodni.

Był zły.

To kolejny wieczór, gdy ominął trening w squasha, a co gorsza, zapewne czekała go kolejna zarwana noc. No, w najlepszym wypadku przynajmniej pół nocy. To, co jeszcze bardziej pogarszało jego humor, to świadomość, że nad ranem, gdy niewyspany usłyszy w domu dźwięk budzika, będą go czekać nieprzyjemne wyrzuty płynące z ust żony zrzędliwie domagającej się od niego zmiany pracy. Usłyszy to co zawsze: że ona ma już dosyć jego późnych powrotów, zabrudzonych krwią ubrań i tego, jak on wierci się w nocy z powodu dręczących go złych snów. Że jego dzieci, Nina i Olaf, praktycznie nie widują go w ciągu tygodnia, bo albo pracuje, albo chodzi na te swoje treningi sportowe. Że w praktyce to tylko ona zajmuje się dziećmi, a sama też przecież ma zainteresowania i potrzeby. Potem, ku jego zniechęceniu i rozdrażnieniu, znów zagrozi rozwodem albo w najlepszym przypadku niekończącymi się kolejnymi wyrzutami. On, jak zwykle zaspany i zmęczony, wymruczy coś pod nosem, tłumacząc jej, że lubi swoją pracę i że takie ma przecież powołanie. Że zawsze chciał być policjantem i że praca w wydziale kryminalnym to spełnienie jego marzeń. I na koniec, że „widziały gały, co brały”. Że nie zmieni pracy na żadną inną. I że ona musi się z tym wreszcie pogodzić.

– Panie starszy aspirancie, technicy już są. – Głos jednego z funkcjonariuszy wyrwał go z głębokiego zamyślenia, więc Zaniewski odgonił dręczące go myśli i natychmiast powrócił do rzeczywistości. Tak odpłynął, że zapomniał nawet o lodowatym deszczu siekającym jego twarz i teraz boleśnie poczuł, jak szczypie go skóra. Skrzywił się tylko i spojrzał na dobrze znane blade twarze techników, których sylwetki skulone pod płaszczami ślizgały się w stronę rozstawionego już namiotu.

– Cześć! – Starszy z nich przywitał się machnięciem ręki. – Ale psia pogoda. Że też musieli znaleźć tego trupa o takiej porze. O cholera! – Mężczyzna nagle się poślizgnął, ale w ostatniej chwili chwycił się rusztowania namiotu, o mało nie przewracając tej prowizorycznej budowli. Zachwiał się razem z nią, ale ostatecznie utrzymał równowagę. Zaklął pod nosem.

– Służba nie drużba – westchnął filozoficznie drugi z nich i nie czekając na zaproszenie, wślizgnął się po prostu do środka, uciekając przed nieprzyjemną wilgocią.

Pozostali dwaj mężczyźni podążyli za nim. Pod dachem było wystarczająco miejsca dla kilku osób.

– Dziękuję, że tak szybko przyjechaliście z Lublina.

– Akurat byliśmy pod ręką. A prokurator i lekarz? – zainteresował się technik wyciągający z torby wysłużony aparat fotograficzny. Przyświecił sobie latarką i sprawdził, czy wziął ze sobą wszystkie potrzebne mu narzędzia. Jeden z mundurowych podał mu specjalną lampę do zawieszenia na jednej z rurek stelaża.

– W drodze.

Lakoniczna, oszczędna odpowiedź Zaniewskiego wystarczyła. Nikt nie miał ochoty na specjalną wylewność ani długie pogaduszki. Mieli tu robotę do zrobienia i każdy marzył tylko o tym, by jak najszybciej wrócić do ciepłego i przytulnego zacisza domowego. Ewentualnie na komendę, by spisać najważniejsze dane z miejsca przestępstwa i zrobić raport.

– Jedzie tutaj też nasza nowa szefowa, pani komisarz Głowacka – dorzucił Hubert już od siebie, bo poczuł, że jednak należy się im dalsze wyjaśnienie. – Prosiła, żeby zaczekać z oględzinami na jej przybycie.

W głosie chudzielca zabrzmiało to jak wyrzut, ale technicy nie zwrócili na to w ogóle uwagi. W końcu nie ­przyjechali tu po to, by analizować wypowiedziane przez policjanta skargi. Dopiero teraz, gdy już odpowiednio przygotowali się do zadania, skierowali na pokaleczone ciało silny snop światła. I dopiero teraz mogli oszacować ogrom bestialstwa. Zaniemówili na dobre kilkanaście sekund, przypatrując się leżącej na ziemi martwej kobiecie. Co prawda policjanci już niejedno widzieli, ale to, co ujrzeli tego wieczoru, mimo i tak niezwykle chłodnej aury i marznącego deszczu, skutecznie ich zmroziło.

Milczeli zbyt długo. W końcu ktoś musiał się odezwać i był to jeden z techników.

– Masakra… Nawet nie jestem w stanie sobie wyobrazić, co czuła ta babka, gdy on…

– Przecież nie wiadomo, czy mordercą był mężczyzna – przerwał mu natychmiast drugi funkcjonariusz.

– Kurde. To na pewno był facet. Zwyrodniały i pojebany facet. Kobieta nie zrobiłaby drugiej takiej krzywdy. Nie w taki sposób.

Zapadło milczenie, podczas którego kilka par oczu wpatrywało się dość długo w to, co bezwzględny morderca zrobił swojej ofierze. Policjanci staliby tak dalej, ale do namiotu, jak na komendę, weszły nowe osoby, przerywając ten stan zawieszenia. Nowi goście pojawili się w tym samym momencie, zupełnie jakby się umówili lub po prostu przyjechali tu razem. Pierwszy zjawił się prokurator Zatorski, który swoją tuszą zajmował miejsce co najmniej dwóch osób. Potem do środka wślizgnęła się niepozorna i drobna Anna Głowacka, komisarz grupy śledczej Wydziału Kryminalnego Komendy Powiatowej w Puławach. Kobieta kiwnęła tylko głową i od razu spojrzała na trupa.

– Cholerny ziąb – zamruczał zgryźliwie prokurator i bez słowa „przepraszam” przepchnął się pomiędzy technikami, podchodząc bardzo blisko leżącego na ziemi ciała. Nie było to łatwe, bo wielkie brzuszysko mężczyzny zajmowało sporo miejsca. Przykucnął ze stęknięciem i bez słowa wyjął z dłoni jednego z funkcjonariuszy podłużną latarkę. Ogarnął silnym snopem światła zwłoki i pokiwał do siebie głową, jakby w ten sposób dawał do zrozumienia, że wszystko jest dla niego jasne: rozmiar zbrodni, motywy i okoliczności zdarzenia.

Potem z trudem wstał, oddał latarkę i filozoficznie ­westchnął:

– Jakiś zwyrodnialec postanowił się trochę rozerwać i dopadł swoją ofiarę. Dał upust chorej wyobraźni. Dla mnie wszystko jasne: mamy tu do czynienia z psycholem. – Poprawił sobie kołnierz płaszcza i spojrzał na zegarek, jakby się spieszył. – Proszę zabezpieczyć wszystkie ślady i zrobić pełną dokumentację. Lekarza jeszcze nie ma?

– Zaraz powinien być – potwierdził szybko Hubert, przejmując na siebie ciężar odpowiedzialności za prowadzenie rozmowy. – Miał jakiś problem z samochodem, ale już jedzie.

Prokurator wzruszył ramionami i machnął tylko dłonią, jakby jego rola się już zakończyła. Wyglądało na to, że mężczyzna chce jak najszybciej ulotnić się z tego miejsca.

– Pani komisarz – zwrócił się do Głowackiej, która nie powiedziała dotąd ani słowa, tylko jak zahipnotyzowana wpatrywała się w leżące na ziemi zwłoki. – Proszę zadbać o wszystko. Dla mnie sprawa jest oczywista, nic tu po mnie. Jutro rano uruchomię oficjalne śledztwo. Teraz muszę już lecieć. Zdzwonimy się rano.

I nie czekając na odpowiedź, ruszył w kierunku wyjścia z namiotu, ale zatrzymał się jeszcze na chwilę i spojrzał na policjantów.

– Ta sprawa nie może wyciec do mediów. – Pogroził im palcem. – Zróbcie wszystko, by zachować to jak najdłużej w tajemnicy.

– Będzie ciężko – stwierdziła Głowacka, odzywając się po raz pierwszy. – Robotnik, który godzinę temu odkrył ciało, pewnie już wszystko opowiedział, komu tylko się dało.

Prokurator zagryzł zęby ze złości.

– Mimo to spróbujmy to zatrzymać, żeby media zaraz nam nie rozpętały burzy. Postraszcie tego faceta konsekwencjami. Może jeszcze nie jest za późno?

Komisarz kiwnęła tylko głową, a uspokojony prokurator pożegnał się i natychmiast wyszedł z namiotu. W środku od razu zrobiło się wyraźnie luźniej.

– Nikt niczego nie dotykał? – Subtelny głos Głowackiej nie pasował do sytuacji, do krwi, do zwłok i do panującej mroźnej aury. Hubert nie dał się jednak zwieść pozorom, bo wiedział, że pod tą delikatną powłoką i kruchym kobiecym głosem kryje się mocna i twarda policjantka. Przez ostatni rok niejednokrotnie przekonał się na własnej skórze, że pani komisarz tylko tak niepozornie wygląda, a tak naprawdę jest zdecydowaną i zaprawioną w boju funkcjonariuszką, doskonale znającą swój fach i mającą niezłomny charakter.

– Oczywiście, że nie – potwierdził Zaniewski i pytająco kiwnął głową w stronę trupa. – Zaczynamy oględziny czy czekamy na lekarza, pani komisarz?

– Chcę obejrzeć ciało już teraz. Poświećcie mi tutaj.

Jeden z techników skierował światło latarki na zwłoki. Głowacka wciągnęła gumowe rękawiczki na swoje drobne dłonie i kucnęła przy głowie zamordowanej. Zaczęła się jej przyglądać, obracać głowę w jedną i drugą stronę, obmacywać gardło i policzki, szukając śladów, które mogły się przydać w śledztwie. Uwagę Huberta przykuło jednak coś innego. Była to część ciała potraktowana niezwykle brutalnie i nietypowo. Zresztą od samego początku wszyscy przybyli na miejsce mężczyźni kierowali swój wzrok właśnie tam.

– Cholera, co to za chory pomysł, żeby tak… – technikowi z Lublina zabrakło słów – …żeby tak… bestialsko kogoś pokiereszować?

Hubert spojrzał na mówiącego te słowa mężczyznę i odruchowo zgodził się z nim w duchu. On też miał problem ze zrozumieniem motywów sprawcy.

Potem przeniósł znów wzrok na martwą kobietę i aż westchnął z przejęcia. To, że pod ciałem ofiary widniały plamy krwi i odchody, nie zrobiło na nim aż takiego wrażenia, bo wielokrotnie już to widział w swojej policyjnej karierze. Rozluźnienie zwieraczy martwego człowieka powodujące defekację było normalną reakcją. Zaniewskim wstrząsnęło zupełnie coś innego. Tym czymś był poharatany i zakrwawiony wzgórek łonowy kobiety.

Dziesiątki drucianych szpikulców tworzyło niemalże idealny trójkąt, jaki powstaje w naturalny sposób, gdy kobieta się nie depiluje. Policjant nie zamierzał nawet dotykać tego miejsca, ale podejrzewał, że powtykane w miękkie ciało druty zostały wykonane z bardzo sztywnego materiału, a końce szpikulców zaostrzono, by lepiej wchodziły w skórę i mięśnie. Za chwilę mieli to dokładnie zbadać, gdy na miejscu zjawi się lekarz patolog, ale już na pierwszy rzut oka można było wysnuć taki wniosek.

Jeden z policjantów zbliżył do ciała latarkę i mocno poświecił.

– On ją chyba najpierw… wydepilował.

Zaniewski zmarszczył czoło i przyjrzał się uważniej.

Technik miał rację. Co prawda ciało kobiety pokrywały czerwone strupy, a gęsto powsadzane druty utrudniały dojrzenie szczegółów, ale można było się domyślać, że oprawca tuż przed rozpoczęciem tortur musiał dokładnie wydepilować to miejsce. Zaniewski dłuższą chwilę oglądał efekt działania zabójcy.

– Poszukajcie maszynki do golenia – powiedział w końcu i zerknął znacząco na Głowacką, która skończyła już oględziny głowy zamęczonej na śmierć kobiety. – Może porzucił ją gdzieś w pobliżu?

Nikt z dwójki techników nie kwapił się, by wyjść na marznący zimny deszcz, ale pod chłodnym spojrzeniem pani komisarz młodszy z mężczyzn westchnął ciężko, zrozumiawszy, że nie uniknie tego zadania, założył na głowę kaptur kurtki i wymknął się z latarką z namiotu.

Zaniewski wrócił do oględzin, a Głowacka podeszła bliżej niego. Zmarszczyła czoło, przypatrując się martwej kobiecie.

– Co za zwyrodnialec! – rzucił technik, który pozostał w namiocie. W jego głosie zabrzmiało autentyczne oburzenie. – To musiało bardzo boleć…

Pod surowym spojrzeniem policjantki urwał jednak w pół zdania. Zrozumiał, że ten komentarz niczego nie wnosi, więc wrócił do przygotowywania sprzętu fotograficznego.

Zaniewski i Głowacka dość długo w milczeniu patrzyli na zwłoki. Widok był przerażający i okrutny, nietypowy i budzący grozę.

– Zamysł mordercy jest dla mnie jasny – powiedział aspirant. – Najpierw wydepilował owłosioną część ciała, a potem zamontował tę drucianą… – mężczyzna przez chwilę szukał odpowiedniego słowa – …kompozycję. Zastanawia mnie jednak, co spowodowało śmierć tej kobiety, bo od odniesionych ran raczej by nie umarła. Nie wyglądają na śmiertelne.

– To oceni lekarz, gdy w końcu tu przyjedzie – odparła policjantka z wyrzutem. – Ale moim zdaniem, kiedy skończył te tortury, to po prostu ją udusił. Na jej szyi da się dostrzec sine ślady palców.

– Zabił ją tutaj? – zapytał Zaniewski.

– Tak właśnie podejrzewam. To miejsce jest dość dobrze osłonięte stosami palet i śmieciami. Musiał wiedzieć, że będzie tu bezpieczny i że nikt mu nie przeszkodzi.

Hubert nie wyglądał na przekonanego. Nie potrafił wyobrazić sobie tej sceny, tym bardziej że rozstawiony namiot osłaniał mu widok otoczenia.

– A ona dała się tak po prostu torturować? Nie bierzemy pod uwagę tego, że może najpierw ją zabił, a potem wyżył się już na martwym ciele?

– Myślę, że niestety żyła, gdy to wszystko jej robił – zabrzmiało ze smutkiem. – Na przegubach dłoni i na kostkach widać przekrwione otarcia. Najprawdopodobniej morderca przywiązał ją czymś za ręce i za nogi. Pewnie jakimś sznurkiem lub taśmą. Domyślam się, że wykorzystał stosy leżących na zewnątrz palet jako punkt ich zaczepienia.

Rzeczywiście, zanim rozłożono namiot, Hubert wokół widział mnóstwo stosów palet. Niektóre z nich były ułożone w tak wysokie wieże, że tworzyły skuteczną osłonę przez niepożądanym wzrokiem przypadkowych przechodniów.

– Zakneblował ją? – zapytał po chwili.

– Na to wygląda. Na twarzy widać otarcia pozostałe po założeniu knebla.

Do namiotu w końcu wrócił przemoczony technik i ze złością w głosie oznajmił, że nie znalazł żadnej maszynki do golenia, choć przejrzał kawał terenu.

– W tym deszczu nie będę dalej gmerał w śmieciach, bo to jest jak szukanie igły w stogu siana. Równie dobrze morderca mógłby ją wyrzucić gdzieś po drodze albo zabrać ze sobą – zakończył i uznał temat za zamknięty.

– Nie ma ubrań tej kobiety ani sznurka, którym ją związał. Zakładam, że te wszystkie rzeczy wziął ze sobą. Na pewno był na tyle ostrożny, że nie zostawił niepotrzebnych śladów – dopowiedział Zaniewski, patrząc porozumiewawczo na Głowacką. Nie skomentowała, ale pewnie pomyślała to samo.

Chwilę później przyjechał patolog i zabrał się do pracy. Miał co oglądać i analizować, ale dość szybko potwierdził przypuszczenia pani komisarz co do przyczyny zgonu. Śmierć przez uduszenie wydawała się teraz najbardziej prawdopodobna, choć jak zwykle z ostatecznym werdyktem należało zaczekać na wyniki sekcji zwłok.

Technicy robili dalej swoje, wykonując dokładną dokumentację fotograficzną i zabierając do analizy wszystko, co wydawało się istotne.

Dwie godziny później aspirant Zaniewski i komisarz Głowacka pojechali na komendę, zostawiwszy pozostałe procedury technikom i lekarzowi. Musieli podsumować zebrane informacje i mimo później pory przygotować się na rozpoczęcie dochodzenia.

 

 

 

 

 

 

 

 

Wtedy

 

Jedenaście lat wcześniej

 

 

 

Rzucony z rozmachem kapsel po piwie uderzył o metalowy pogięty kontener śmietnika ustawionego na tyłach sklepu spożywczego. Głuchy, metaliczny dźwięk rozszedł się po wnętrzu pojemnika, sugerując, że w środku jest raczej pusto. Po chwili niemal w to samo miejsce uderzył drugi przedmiot. Był to rzucony z dużą siłą mały kamyk, który spowodował, że ostry drażniący uszy dźwięk rozszedł się ponownie.

Ktoś splunął na ziemię.

Po chwili dało się słyszeć dźwięk bulgotu przelewającego się z butelki piwa, a zaraz potem niezbyt głośne beknięcie.

– Dawaj! Teraz ja!

Wyglądający na około trzynaście lat chłopak wyrwał butelkę z rąk drugiego podrostka, posyłając mu groźne, upominające spojrzenie. Tamten spojrzał ze smutkiem na oddane piwo, ale nie śmiał oponować. Wiedział, że z fighterem się nie negocjuje. Że to on jest szefem ich bandy, trzyosobowej paczki największych łobuzów, których wszyscy się boją. Nie miał szans mu zabrać tej butelki perły, bo to w końcu fighter ją załatwił i to właśnie jemu należała się największa porcja trunku.

– Bo mi wszystko wydoisz, głąbie jeden! – dopowiedział jeszcze chłopak i nie zważając na miny pozostałych kolegów, zabrał się do picia.

Siedzieli we trzech na małej rampie towarowej na tyłach wiejskiego sklepu wielobranżowego znajdującego się w Leokadiowie pod Puławami. Było już po lekcjach i teraz mieli czas wolny. Niedawno zaczął się rok szkolny, ale nie miało to dla nich większego znaczenia. Naukę mieli gdzieś, a jedyne, co się liczyło, to ich trzyosobowa banda, której bała się cała klasa i pół szkoły. Teraz byli w najstarszej klasie podstawówki i mogli rządzić. Szóstoklasistów nikt nie mógł ruszyć.

Tomek Wojnar, nieformalny lider grupy i największy rozrabiaka, skończył pić piwo, odstawił z brzdękiem butelkę na betonową rampę i głośno beknął. Lubił popisywać się przed swoimi kompanami nie tylko odwagą i brawurą, ale też umiejętnością picia alkoholu. Chłopak splunął na ziemię, a następnie spojrzał z wyższością na kolegów.

– Zostawiłem wam trochę, teraz możecie dopić.

Wydane w ten sposób polecenie nie czekało zbyt długo na wykonanie. Dwóch pozostałych trzynastolatków rzuciło się na butelkę i w mgnieniu oka dopiło to, co dla nich pozostało.

Mariusz Czajka i Radek Krupa stanowili uzupełnienie grupy. Byli wiernymi kompanami, zauroczonymi przywódczym stylem bycia Wojnara. Znajdowali się pod jego niezwykle silnym wpływem, pozbawieni własnego zdania, ale nie zdawali sobie za bardzo z tego sprawy. Uważali, że należą do paczki, bo tego chcą, a nie dlatego, że to właśnie tutaj, a nie w domu, znaleźli wzór do naśladowania i podziwiania. W domu nie czekało ich zbyt wiele, bo rodzice nie przywiązywali wielkiej wagi do wychowania synów, zajęci zaspokajaniem swoich prymitywnych potrzeb, wśród których alkohol stanowił najważniejszy punkt w rozkładzie dnia.

– Mam coś dobrego. – Wojnar zrobił tajemniczą minę i sięgnął w kierunku sfatygowanego szarego plecaka służącego za tornister.

Jego koledzy wyczulili zmysły i z zaciekawieniem spojrzeli w kierunku torby. Z doświadczenia wiedzieli, że fighter lubił ich zaskakiwać i często pokazywał im fajne przedmioty, czasem nielegalne, czasem niebezpieczne, a czasem po prostu śmieszne. Był obrotny i cwany. Potrafił podwędzić z półek sklepowych dosłownie wszystko.

Chłopak dostał się w końcu do środka plecaka i chwycił za coś, co zaszeleściło. Nie wyjął jednak tego od razu, tylko przeciągał tę chwilę, wzbudzając w kolegach narastające podniecenie. Nie mogli się doczekać, siedzieli jak na szpilkach. I o to mu właśnie chodziło.

W końcu w dziecięcej dłoni Tomka Wojnara pojawiła się jakaś kolorowa, mocno już podniszczona gazeta. Machnął nią przed oczami Mariusza i Radka.

– Pornos – powiedział w końcu z radością w głosie. – Podwędziłem staremu, jak spał pijany. Chcecie obejrzeć?

Pozostali chłopcy rzucili się z zaciekawieniem w kierunku ich lidera. Obsiedli go z obu stron, przyciskając się mocno do jego boków. Z wypiekami na twarzach wlepili spojrzenia w okładkę pisma, na której jakaś modelka porno prężyła swoje nagie ciało. Chłopcy nie dostrzegli, że gazeta jest bardzo stara. Jej nazwa „My Fair Lady” nic im nie mówiła. Gdyby pamiętali lata osiemdziesiąte dwudziestego wieku, gdyby choć raz widzieli zdjęcie grup muzycznych z nurtu new romantic, gdyby kojarzyli fryzury modelek z tamtych lat, to dostrzegliby, że gazeta jest właśnie z tamtego okresu. Nie miało to jednak dla nich żadnego znaczenia, liczyło się tylko to, że mieli przez oczami prawdziwy świerszczyk z zawartością dla dorosłych. To była dla nich jedna z niewielu okazji, by zobaczyć prawdziwe porno.

Pochodzili z prostych wiejskich rodzin. Nie mieli jeszcze smartfonów, a w domu nie było internetu. O komputerach nawet nie było co marzyć. Ta gazetka to było ich okno na świat seksu i rozpusty.

– Nie ciągnij tak, bo porwiesz stronę! – Wojnar wrzasnął na jednego z nich, gdy tamten zbyt mocno złapał za papier. – Muszę to oddać staremu, bo jak zobaczy, że mu coś zginęło, to mnie zajebie.

Mariusz i Radek się nie odzywali. Po pierwsze, byli zbyt podnieceni oglądanymi zdjęciami, a po drugie, po prostu nie odzywali się bez potrzeby, nie w obecności fightera. Zupełnie jak w wojsku. Gdy dowódca nie pozwalał, to nie wolno było nic mówić.

– Ta jest niezła! – Tomek Wojnar pokazał palcem na jedno ze zdjęć, na którym pozująca kobieta pokazywała wszystkie szczegóły ginekologiczne. Pomiędzy jej szeroko rozszerzonymi nogami widniało coś, co dla tych trzynastoletnich chłopców było na razie czystą teorią, czymś abstrakcyjnym i niedostępnym.

– Myślicie, że tam jest coś więcej, pomiędzy tymi włosami? Taki siusiak? – Wreszcie jeden z dwóch kompanów fightera zdecydował się zabrać głos. To był Czajka.

Przywódca grupy natychmiast wybuchł śmiechem.

– No co ty? To ty nie wiesz, co tam jest?

– No a skąd mam wiedzieć? – Chłopak się speszył i mimowolnie cofnął się nieco, jakby chciał się schować za plecy kompana. Było mu głupio, bo Radek też dołączył do śmiejącego się fightera.

Gdy spoważnieli, Wojnar szybko przekartkował gazetkę w poszukiwaniu odpowiedniego zdjęcia. Gdy już znalazł to, czego szukał, zrobił poważną minę i pokazał palcem na odpowiedni fragment fotografii.

– Patrz tutaj. Tak to wygląda.

Chłopak powoli zwalczył wstyd wynikający z niewiedzy i nieznajomości kobiecej anatomii. Naturalna ciekawość wzięła górę i Mariusz spojrzał uważnie na zdjęcie. Patrzył bardzo długo, zafascynowany i jednocześnie nieco speszony, co chwilę zerkając na kolegów. Oni też zahipnotyzowani nie mogli oderwać oczu od pozującej nagiej kobiety. Oto otwierał się przed nimi zupełnie nowy, nieznany dotąd świat, a pierwsze, nieśmiałe sygnały rodzącej się seksualności uderzały do głowy.

– Dosyć tego! – Fighter zamknął w końcu gazetę i schował ją do plecaka. Znudził się oglądaniem golasów, teraz miał ochotę coś zrobić. Splunął na ziemię i sprawnie zeskoczył z rampy. Popatrzył bojowniczo na swoich kolegów. – Idziemy skołować jakieś fajki – powiedział. – Palić mi się chce.

 

 

 

 

 

 

 

 

Teraz

 

5 listopada

 

 

 

Medycy zabrali ciało po dwudziestej drugiej. Technicy też się już zwinęli, a policjanci z komendy powiatowej złożyli namiot. Co się dało, to zabezpieczyli: biologiczne wydzieliny zebrane spod zwłok, jakieś kawałki materiału, który mógł służyć za knebel, walające się dookoła śmieci mogące stanowić materiał dowodowy i doprowadzić do sprawcy tego bestialskiego morderstwa.

Tymczasem na komendzie Zaniewski nastawił czajnik i nie pytając Głowackiej, wyjął z szafki dwa białe kubki i wrzucił do środka po torebce zwykłej czarnej ekspresowej herbaty. Przemoczone deszczem spodnie lepiły mu się do ciała, ale nie dało się z tym za bardzo nic zrobić. W tej sytuacji można było jedynie rozgrzać się od środka. Hubert żałował, że nie może dolać sobie kilku kropel whisky albo po prostu czystej wódki.

Komisarz Głowacka otworzyła laptop i zaczęła intensywnie stukać w klawiaturę. Skupiona twarz i ściągnięte brwi świadczyły o maksymalnej koncentracji. Gdy Hubert w końcu przyniósł dwa parujące naczynia i postawił je na biurku, kiwnęła tylko nieznacznie głową w podzię­kowaniu. Była, jak zwykle, oszczędna w słowach.

Zaniewski usiadł na krześle naprzeciwko. Niegdyś, ­razem z Ewą Jędrycz z ich zespołu, siadał tak przed swoim poprzednim szefem, podkomisarzem Markiem Podgórskim. Ale to była już historia, bo jego już tu dawno nie było. Była za to pani komisarz Anna Głowacka.

– Podsumujmy to, co wiemy o sprawcy i sposobie jego działania – odezwała się w końcu. Spojrzała bystro na policjanta, upewniając się, że jej słucha. – Mamy do czynienia z morderstwem bardzo dokładnie przemyślanym. Narzędzia tortur, te kawałki drutu, zostały wcześniej do tego celu przygotowane. Trzeba koniecznie sprawdzić, co to za drut i czy nie pochodzi z pobliskich zakładów.

Hubert pokazał ruchem głowy, że to dobry pomysł. On także od razu pomyślał o tym, że miejsce zbrodni i wykorzystany materiał są tutaj nieprzypadkowe.

– Z kolei sposób zadawania ran świadczy o fascynacji kobiecymi genitaliami – mówiła dalej policjantka. – To typ psychopatyczny, być może skrzywdzony w dzieciństwie. Z jakimiś urazem albo wcześnie ukutą fascynacją, która poszła w złym, obsesyjnym kierunku. Według mnie to osoba mająca problemy z kobietami, niemogąca ułożyć sobie normalnego życia, myśląca tylko o realizacji swoich marzeń. Długo skrywanych przed światem i przed sobą perwersyjnych fantazji.

Policjantka zamyśliła się na chwilę, jakby analizowała sens wypowiedzianych przez siebie słów. Potem znów spojrzała na swoje notatki i szybko przebiegła wzrokiem po kilku linijkach zapisanego wcześniej tekstu.

– Można założyć, że mordercę interesował sam akt wbijania drutów w ciało kobiety, a morderstwo wynikało z czysto praktycznego powodu. Po prostu musiał ją finalnie wyeliminować. On nie zabija dla samego zabijania, jego interesuje to, co dzieje się wcześniej. Podejrzewam, że odprawia w ten sposób jakieś swoje misterium.

Hubert upił łyk herbaty i uniósł nieco brwi, jakby coś mu nie pasowało.

– Ale w takim miejscu? I przy takiej pogodzie?

– No właśnie… – zastanowiła się policjantka. – Dość dziwne jak na taką operację. Choć wygląda mi na to, że zostało wybrane nie przez przypadek. Myślę, że…

Głowacka zamyśliła się nieco, patrząc gdzieś w dal, w kierunku okien, za którymi szalał listopadowy deszcz. Hubert znów upił łyk gorącej herbaty i mruknął do siebie:

– …że sprawca musiał dobrze znać to miejsce lub wręcz pracuje w Azotach i ma możliwość obserwacji terenu przylegającego do zakładów. Znając zwyczaje pracowników i rozkład dnia, mógł mieć pewność, że nikt mu nie przeszkodzi. Mógł wtedy wszystko dokładnie zaplanować. Poza tym miał swobodny dostęp do zwojów drutu, które potem pociął na kawałki.

Pani komisarz skinęła tylko, zgadzając się z policjantem. Nagle przyszło jej coś do głowy. Sięgnęła do klawiatury i zapisała coś w komputerze.

– Trzeba sprawdzić, jak wygląda rozkład dnia bocznicy: kiedy przyjeżdżają transporty, kto rozładowuje towar, jakie mają zmiany. On musiał dokładnie wiedzieć, jak wygląda dzień pracy i kiedy będzie mógł zaciągnąć tam ofiarę. Idealnie byłoby zdobyć listę pracowników z dzisiejszego dnia mających swobodny dostęp do tego miejsca. Może wśród nich kryje się morderca?

– Zajmę się tym jutro z samego rana – obiecał Zaniewski i upił herbaty.

– Niech ci Ewa w tym pomoże, bo to kupa roboty.

– Jasne.

Hubert nie oponował, choć współpraca z koleżanką nie układała się jak dawniej. Kiedyś ta tryskająca humorem i energią życiową kobieta stanowiła najjaśniejszy punkt zespołu śledczego Wydziału Kryminalnego ich komendy. Kiedyś, zawsze w dobrym nastroju, co prawda nieco kąśliwa i złośliwa, ale pozytywnie nastawiona policjantka, teraz zamieniła się w zgryźliwą i zdemotywowaną. Po przejściach, które spotkały cały ich zespół rok wcześniej, po śmiertelnych wydarzeniach i po tej krwawej historii zemsty sprzed lat, którą tropili przez wiele dni, to już nie była ta sama osoba. Ewa Jędrycz zmieniła się nie do poznania, bo tragiczne wydarzenia dotknęły przecież członka jej rodziny. Ale przede wszystkim zmieniła się dlatego, że stanęła oko w oko ze śmiercią. To w końcu właśnie ona pociągnęła wtedy za spust. To ona zabiła mordercę. To ona po raz pierwszy w życiu w ogóle kogoś zabiła.

Hubert mógł tylko podejrzewać, jak duże piętno odcisnęła ta tragedia na jego koleżance, bo on sam wyszedł z tego bez szwanku. Obserwując z biegiem czasu policjantkę, upewniał się, że nie poradziła sobie z tym tak do końca. Nie odzyskała dawnej siebie.

– Najważniejsze pytanie. – Jego rozważania przerwała Głowacka. – Kim jest ofiara i jak się tam znalazła? Czy przyszła dobrowolnie zwabiona podstępem? Czy znała sprawcę? Czy została tam ściągnięta siłą?

– Najpierw musimy ustalić tożsamość zamordowanej. Wtedy będzie łatwiej odpowiedzieć na pozostałe pytania.

Pani komisarz pokiwała twierdząco głową.

– Ponieważ nie znaleźliśmy dokumentów ani żadnych rzeczy osobistych zamordowanej, trzeba będzie jutro odpytać kierownictwo Azotów, czy któraś z pracownic nie zgłosiła się do pracy – podpowiedziała szybko. – Intuicja mi podpowiada, że to może być dobry trop. A jeśli nic to nie da, to może ktoś zgłosi jutro rano zaginięcie osoby pasującej wyglądem fizycznym do ofiary.

– Tak zrobimy, szefowo. Chyba że ktoś znajdzie dokumenty tej kobiety porzucone w jakimś koszu na śmieci na terenie firmy.

Głowacka postukała palcem w klawiaturę laptopa, jakby zastanawiała się, co dalej. Dość szybko wpadła na kolejny pomysł.

– Trzeba przeczesać bazę danych z podobnymi morderstwami. Być może sprawca już wcześniej dopuścił się takich czynów, niekoniecznie zakończonych zabójstwem. Poproszę Ewę, żeby poszukała jutro z samego rana zgłoszonych przypadków uszkodzenia ciała mogących wyglądać na robotę tego samego człowieka. Na naszym terenie oraz w ościennych województwach.

Zaniewski nie miał nic do dodania. Ziewnął ukradkiem. Co prawda trochę się ogrzał, ale i tak marzył o powrocie do domu. Jutro od samego rana czekała ich duża robota, więc chciał przynajmniej się wyspać.

– Idź już, Hubert. – Głowacka zauważyła minę policjanta. Wiedziała, że przynajmniej on ma normalną rodzinę, dom, dzieci. Potrzebował odpoczynku i kontaktu z bliskimi. Ona nie. Ona nikogo nie miała. – Od jutra czeka nas ciężka orka. Bądź na ósmą, jak możesz.

– Będę – potwierdził skwapliwie. – Niech pani za długo nie siedzi, pani komisarz.

Po twarzy Głowackiej przemknął cień uśmiechu, jakby chciała w ten sposób podziękować za troskę, za tę odrobinę sympatii okazaną w tak przesyconym brutalnością dniu. Poczuła, że Hubert ma więcej empatii niż ona sama.

– Do zobaczenia – powiedziała tylko i wróciła do komputera.

 

***

 

Kiedy wyszedł zza bramy zakładu prosto w ciemną listopadową noc, o mało co nie wywrócił się na śliskiej, zamarzniętej nawierzchni. Zaklął głośno, bo w rozpaczliwym odruchu utrzymania równowagi zrobił niemalże szpagat. Utrzymał jednak prostą pozycję i stawiając ostrożnie kroki, poszedł w stronę przystanku autobusowego. Zaraz za nim zza murów przedsiębiorstwa wyszło kilkanaście innych osób, które skończyły wieczorną zmianę.

Już nie padało tak mocno jak dwie godziny wcześniej, ale siąpiąca nieprzyjemna mżawka od razu zamarzała, tworząc na chodniku niebezpieczne lodowisko.

Tomasz Wojnar doczłapał do przystanku i natychmiast schował się przed deszczem za szklaną wiatą. Spojrzał na rozkład jazdy autobusów. Zrobił to odruchowo, bo przecież godziny odjazdów raczej nie zmieniały się z dnia na dzień. Jego zmiana w fabryce kończyła się na tyle wcześnie, że spokojnie zdążał na ostatni autobus linii 17, ten o dwudziestej drugiej osiem. Do tego czasu miał jeszcze dwie minuty.

Mężczyzna spojrzał uważnie na wychodzących z bramy zakładów azotowych kolejnych pracowników. Chwilę obserwował ciemne sylwetki ludzi przechodzących ostrożnie po śliskim chodniku i jezdni. Zdecydowana większość z nich szła prosto do swoich samochodów zaparkowanych przed bramą firmy. W kierunku przystanku podążała tylko jedna osoba, jakaś kobieta zakutana w długą pikowaną kurtkę i z naciągniętą na głowę wełnianą czapą. Wojnar pod wpływem widoku ciepłego odzienia kobiety odruchowo naciągnął na głowę kaptur cienkiej wiatrówki i skulił się z zimna. Wsadził ręce do kieszeni kurtki, chwilę macał coś w środku, aż po chwili wyjął szklaną buteleczkę wódki. Otworzył ją i nie zwlekając, natychmiast wypił jednym haustem. Na jego twarzy momentalnie odmalowało się uczucie błogości.

Gdy kobieta doszła wreszcie do przystanku i przykleiła się w przeciwległym kącie zadaszenia do szyby wiaty, Wojnar automatycznie skierował na nią wzrok. Nie było na czym zawiesić oka, bo długa kurtka zakrywała jej sylwetkę, a wysokie zimowe buty dopełniały reszty kamuflażu, ale dobrą chwilę świdrował ją rozanielonym od wypitej wódki spojrzeniem. Wypił niewiele, ale nawet taka dawka alkoholu dość szybko zadziałała na pusty żołądek. Mężczyzna patrzył na wydatny nos, dość szerokie usta i głęboko osadzone oczy. Nie było wiadomo, czy znał ją z fabryki i teraz starał się sobie przypomnieć, skąd dokładnie ją kojarzy: z firmowej stołówki, na której serwowano byle jakie dania, ale za to za bardzo rozsądną cenę? A może widział ją na korytarzu biura, do którego czasami zachodził, gdy musiał załatwić jakąś sprawę w dziale personalnym? A może po prostu teraz zwyczajnie się nudził i obserwowanie kobiety wydało mu się jedyną sensowną rozrywką? Kobieta przez chwilę udawała, że nie widzi, jak on wlepia w nią swoje przenikliwe oczy, ale w pewnym momencie musiało to ją zaniepokoić lub po prostu zdeprymować, bo odwróciła twarz w drugą stronę. Niezadowolony Wojnar szepnął do siebie coś niecenzuralnego i splunął na zamarznięty chodnik.

W końcu nadjechał autobus i z sykiem otworzyły się drzwi.

Kobieta weszła przednimi drzwiami i zajęła miejsce tuż za kierowcą, jakby chciała być jak najbliżej przodu pojazdu. Gdy usiadła, przekręciła głowę i wbiła wzrok w szybę, obserwując widok za oknem. Wojnar klapnął po drugiej stronie, dwa miejsca dalej. Ze swojego siedzenia miał na nią dobry widok i choć widział tylko wielką wełnianą brązową czapę, to przynajmniej miał ją na oku.

Autobus ruszył.

Kiedy kilka minut później przejeżdżali przez centrum miasta, kobieta wstała ze swojego miejsca i podeszła do drzwi. Wojnar podczas całej podróży nie odrywał od niej wzroku, a teraz dostał kolejną okazję i mógł popatrzeć na profil jej twarzy. Zmrużył oczy i rozchylił nieco usta, jakby szykował się do wypowiedzenia kilku słów. Pasażerka wciąż patrzyła przed siebie, zupełnie ignorując natarczywego mężczyznę, ale czując na sobie jego palące spojrzenie, jednak nie wytrzymała i skręciła głowę w jego kierunku. To był ułamek sekundy, krótka chwila, podczas której ich spojrzenia się spotkały. Wojnar wykorzystał to mgnienie oka i posłał kobiecie pocałunek. Trochę obleśny, trochę szyderczy, a trochę niepokojący. Na jej twarzy momentalnie pojawił się wyraz strachu.

Kobieta zamarła dosłownie na ułamek sekundy, zmrożona przestrachem, ale ten ułamek wystarczył, by obserwator uznał ją za łatwy łup. On już wiedział, że ona się boi. Instynkt łowcy podpowiedział mu, że warto natychmiast ruszyć w pogoń, że jeśli wykorzysta okazję, to szybko ją dopadnie i zrobi co trzeba. We krwi drapieżcy zakotłowały się adrenalina i podniecenie. Mózg został zaatakowany natarczywymi myślami i rozkazami: „Bierz ją! Ona jest twoja!”. Serce przyspieszyło, dłonie odruchowo zacisnęły się w pięści. Prymitywne odruchy i instynkty wzięły górę.

Minęły może trzy sekundy.

Tak krótko, a jednocześnie wystarczająco długo.

Zetknięcie spojrzeń, podniecenie i rządza z jednej strony, paniczny strach z drugiej.

Po chwili wszystko jednak rozleciało się jak domek z kart. Autobus zatrzymał się na przystanku, drzwi się otworzyły, a przestraszona pasażerka wyskoczyła z pojazdu i ruszyła przed siebie żwawym krokiem. Nie oglądała się za siebie. Nie chciała dłużej kusić losu.

Nieświadomy niczego kierowca autobusu zamknął drzwi i ruszył dalej.

Wojnar dalej siedział na swoim miejscu. Powoli dochodził do siebie, odzyskując poprzedni stan. Wsadził dłonie do kieszeni wiatrówki, ale kolejnej buteleczki z wódką już tam nie znalazł. Musiał jakoś sobie poradzić bez alkoholu, przynajmniej zanim dotrze do domu.

Zadarł głowę i spojrzał na rozkład jazdy, zapamiętując nazwę przystanku, na którym wysiadła kobieta.

 

*

 

Dotarł do domu pół godziny później. Wszedł do sieni i zatrzasnął stare drewniane drzwi. Powinien je zmienić, zamontować coś bardziej nowoczesnego i bezpieczniejszego, ale nie miał na to pieniędzy. W ogóle ledwo starczało mu na życie, bo nadal spłacał długi zostawione przez jego ojca. Głównie za wypitą przez lata litrami wódkę, która zamieniła jego życie w piekło, a ojca i matkę szybko wpędziła do grobu. Teraz Wojnar mieszkał sam w starej chałupie, dawno nieremontowanej i bardzo skromnie wyposażonej.

Gdy miał już zdjąć kurtkę, coś mu się przypomniało, więc zatrzymał się w pół kroku.

Wyszedł z domu i przeszedł przez zamarznięte podwórko. Skierował się do małej drewnianej szopy od dawna służącej za graciarnię, gdzie walały się jakieś pordzewiałe narzędzia, stary popsuty rower i resztki wiekowych mebli. Zimne powietrze listopadowej nocy zniwelowało trochę duszny zapach panujący w tym miejscu, ale Wojnar i tak poczuł charakterystyczną woń starości.

Mężczyzna zapalił ledwo tlącą się słabą latarkę, pamiętającą jeszcze poprzednią dekadę, i poświecił po ścianie, na której były zawieszone różne przedmioty. W większości przypadków nie nadawały się już do niczego, ale on nie chciał ich wyrzucać, a poza tym zwyczajnie nie chciało mu się z tym nic robić. Chwilę szukał czegoś wzrokiem, aż w końcu podszedł do pęku sztywnego stalowego drutu i zdjął go z przerdzewiałego gwoździa.

Natychmiast wrócił do chałupy, zrzucił kurtkę i buty, a drut położył na stole. Wyjął z lodówki kawałek kiełbasy i natychmiast ugryzł ze smakiem. Potem podszedł do dużego telewizora kupionego za niemałą, jak dla niego, kwotę i włączył go klawiszem umieszczonym z boku obudowy. Pilot gdzieś mu się zawieruszył czy popsuł, już tego nie pamiętał, a nie miał głowy, żeby kupić nowy. Poza tym szkoda mu było na to pieniędzy. Następnie kucnął przy dość wiekowym odtwarzaczu VHS i włączył odtwarzanie znajdującej się w środku kasety. Wtedy dopiero usiadł na krześle i ponownie ugryzł trzymaną w dłoni kiełbasę.

Był przygotowany.

I podniecony.

Po chwili ekran rozjarzył się jasnym blaskiem.

To był ten sam obraz oglądany co noc, nielegalny i nad wyraz brutalny. To był film bardzo trudny do zdobycia. Nie można było go tak po prostu oficjalnie kupić. To był film zakazany, wyprodukowany kosztem krwi, cierpienia i życia wielu kobiet.

Wojnar poczuł erekcję i szybsze tętno. Łomotało mu pod czaszką i wręcz namacalnie czuł, jak szybko pompowana krew rozsadza mu żyły. Wpatrywał się jak zahipnotyzowany w ekran telewizora, przeżywając najbardziej emocjonujące chwile tego dnia.

Film pokazujący dręczenie, torturowanie i, ostatecznie, zabijanie kobiet trwał dość długo. Z bezwzględną brutalnością pokazywał najbardziej bestialskie i okrutne sceny. Nie było tam nic udawanego, nic wyreżyserowanego. Wojnar doskonale o tym wiedział i to kręciło go najbardziej. Jego wykolejona psychika zachłannie chłonęła każdą scenę.

Gdy mężczyzna nie mógł się już dłużej powstrzymać, zdjął spodnie i ulżył sobie, dając upust swoim fantazjom. Wycieńczony emocjami, zmęczony i zaspokojony, po chwili poczłapał do łóżka. Momentalnie zasnął, nie zdążywszy nawet się umyć ani przebrać.

Film się skończył, a odtwarzacz przestał działać.

Ekran telewizora mżył całą noc.

 

 

 

 

 

 

 

 

Osiem miesięcy wcześniej

 

20 lutego

 

 

 

Często nie śpię po nocach, kręcę się w łóżku, męczę się. Natrętne myśli oplatają mój umysł, paraliżują, nie dają się skupić na niczym innym. Czuję, że nie jestem w stanie kontrolować samego siebie.

Doskonale wiem, kiedy to się zaczęło.

To było dawno temu, gdy byłem jeszcze w podstawówce. Trudy dzieciństwa, mroczny dom, alkohol, przemoc, bieda. Uciekałem od tego wszystkiego, starałem się być jak najdalej od tego całego brudu, poniżenia i cierpienia. Znalazłem kolegów i stworzyliśmy zgraną paczkę młodych wykolejeńców. To była moja odskocznia, mój sposób na przeżycie tego dramatu. Fajki, alkohol, drobne kradzieże w sklepach, bójki, zaczepianie dziewczyn, zdobywane ukradkiem porno świerszczyki. Żyliśmy w przekonaniu, że to wszystko nam się należy, że nikt nie może nam zabronić tak żyć.

Wchodziliśmy w świat seksu nie od tej strony, od której powinno się to robić. Zwłaszcza ja. Młode umysły zostały szybko zdeformowane, a erotyczne potrzeby ukształtowane w niewłaściwy sposób. Zeszliśmy na manowce, niewłaściwie zrozumieliśmy tę sferę życia, wykoleiliśmy się. Zresztą nikt nam nie powiedział, że tak nie powinno być, nikt nas tego nie nauczył. Byliśmy pozostawieni sami sobie.

Nie chcę się tłumaczyć, a już na pewno nie przed samym sobą. Tak po prostu wyszło.

Obsesja rozwijała się powoli. Najpierw tego nie rozumiałem, byłem przecież dzieckiem, niedojrzałym i nie do końca świadomym tego, co się dzieje z moim ciałem. Co więcej, nie rozumiałem ciała kobiety. Znałem co prawda anatomię, ale na tym kończyła się moja wiedza. Wiedza zdobyta w perwersyjny, zły i destrukcyjny sposób.

Już dziś nie pamiętam dokładnie, kiedy po raz pierwszy pomyślałem, że koniecznie muszę to zrobić. Na pewno stało się to wtedy, gdy byłem już pełnoletni. Po przejściach dzieciństwa i trudach dorastania, po wyrwaniu się z bagna domowego nieszczęścia, odetchnąłem. Stałem się dorosłym człowiekiem. Co prawda niedojrzałym i niezbyt wartościowym, ale na pewno dojrzałym w sensie fizycznym.

Jedna, druga, potem trzecia kobieta. Seks, który nie dawał żadnej satysfakcji. Potem próby przełamania się, namówienia do współpracy swojego umysłu i ciała. Bez sukcesu. Normalna, zwykła kopulacja stała się ogromnym rozczarowaniem. Po którejś z kolei próbie, gdy znów okazało się, że mechaniczne spółkowanie z kobietą to tylko pozbawione wrażeń ćwiczenia fizyczne, naszły mnie te myśli. Najpierw pojawiły się nieśmiało, jakby na próbę, sprawdzając, czy zareaguję we właściwy sposób. Gdy okazało się, że mój mroczny, zdeformowany perwersjami umysł otworzył szeroko ręce i krzyknął „tak!”, nic już nie stało na przeszkodzie. Zdecydowana, brutalna fala czarnych jak smoła demonów wlała się szerokim nurtem do środka mojej głowy i zajęła centralną pozycję, przyćmiewając wszystkie inne, słabe i niemrawe myśli. Od tej chwili stałem się ich niewolnikiem. Gdzieś usłyszałem czy przeczytałem, że to, co mnie spotkało, to „uwarunkowanie”. Że to choroba, że powinno się to leczyć. Miałem to w dupie. Widocznie taki był mój los, takie pieprzone życie. Tylko tak mogłem przeżyć spełnienie. W żaden inny sposób.

Śledziłem ją bardzo długo, łażąc za nią, poznając jej zwyczaje, zapamiętując miejsca, w których bywała. Od samego początku wiedziałem, że to musi być ona. Nie było alternatywy. Ta kobieta wygląda identycznie jak tamta. Taki sam szeroki nos, takie same ruchy, podobna budowa ciała. Gdy zobaczyłem ją pierwszy raz, nogi się pode mną ugięły, przed oczami pojawiły mi się czarne plamy, prawie upadłem. Emocje były tak silne, że musiałem się napić mocnego alkoholu, ale on tylko wzmógł pragnienia, nie ukoił pożądania, zadziałał odwrotnie, niż zakładałem. Wtedy utwierdziłem się tylko w przekonaniu, że zrobienie tego jest już nieodwołalne.

Stało się. Klamka zapadła.

Długo się zastanawiałem, w jaki sposób i gdzie powinienem to zrobić. Przez głowę przelatywały setki pomysłów, na horyzoncie pojawiały się dziesiątki rozwiązań.

W końcu trochę pomógł mi przypadek.

 

 

Ciąg dalszy w wersji pełnej

 

 

 

Copyright © by Krzysztof Jóźwik, 2022

Copyright © by Wydawnictwo FILIA, 2022

 

Wszelkie prawa zastrzeżone.

 

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

 

Wydanie I, Poznań 2022

 

Projekt okładki: © Mariusz Banachowicz

Zdjęcie na okładce: © Leonardo Alpuin / arcangel

 

 

Redakcja i korekta: Sylwia Chojecka | Od słowa do słowa

Skład i łamanie: Tomasz Chojecki | Od słowa do słowa

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej:

„DARKHART”

Dariusz Nowacki

[email protected]

 

 

eISBN: 978-83-8280-243-6

 

 

Wydawnictwo Filia

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

 

Seria: FILIA Mroczna Strona

mrocznastrona.pl

 

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.