Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
19 osób interesuje się tą książką
Cień Wyrzynacza jeszcze nie zniknął, a Puławy znów spływają krwią.
Zespół komisarz Anny Głowackiej jest na skraju wyczerpania. Gdy w mieście zaczynają znikać młodzi mężczyźni, a ich ciała noszą ślady bestialskich eksperymentów, do gry wchodzi śledczy z Lublina. Jego teoria o nowym seryjnym mordercy, zamiast zjednoczyć, dzieli skłócony wydział.
Podczas gdy policjanci toczą wewnętrzną wojnę, sprawca bezkarnie realizuje swój makabryczny plan. Czy śledczym uda się powstrzymać rzeź, zanim historia zatoczy koło? I co wspólnego ma nowa fala zbrodni z koszmarem sprzed kilku tygodni?
Druga runda walki ze złem właśnie się rozpoczęła.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 410
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © 2026 KRZYSZTOF JÓŹWIK
All rights reserved / Wszelkie prawa zastrzeżone
Copyright © 2026 WYDAWNICTWO INITIUM
Wszelkie prawa zastrzeżone
Redakcja: MAŁGORZATA STAROSTA
Korekta: KATARZYNA KUSOJĆ
Projekt okładki, projekt typograficzny, skład i łamanie: PATRYK LUBAS
Współpraca organizacyjna: ANITA BRYLEWSKA, MAŁGORZATA SZOSTAK
Fotografia wykorzystana na okładce: SHUTTERSTOCK
Lektor audiobooka: WOJCIECH MASIAK
WYDANIE I
ISBN 978-83-68205-95-4
Wydawnictwo INITIUM
www.initium.pl
e-mail: [email protected]
facebook.com/wydawnictwo.initium
Dzień 1 – Wtorek
Dzień 2 – Środa
Dzień 3 – Czwartek
Dzień 4 – Piątek
Dzień 5 – Sobota
Dzień 6 – Niedziela
Dzień 7 – Poniedziałek
Dzień 8 – Wtorek
Dzień 14 – Poniedziałek
Dzień 15 – Wtorek
Dzień 16 – Środa
Dzień 17 – Czwartek
Dzień 18 – Piątek
Dzień 19 – Sobota
Dzień 20 – Niedziela
Dzień 21 – Poniedziałek
Dzień 22 – Wtorek
Epilog
Rok później
Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.
„Tak, to zdecydowanie psujące się mięso”. Z taką właśnie pierwszą myślą powrócił do rzeczywistości.
Co prawda, gdy ocknął się z uśpienia, nie był do końca pewny, czy smród dochodzący do jego nozdrzy jest realny, czy to może raczej efekt koszmarów sennych, które go dręczyły, ale ucisk w gardle i bulgotanie w żołądku potwierdziły jego teorię. Przez kilka długich chwil zastanawiał się, gdzie jest i z jakiego powodu boli głowa oraz dlaczego jest tak ciemno. Nie pamiętał, co działo się poprzednio. W dodatku nie mógł się ruszyć, jakby był szczelnie czymś owinięty. Szarpnął się, ale w efekcie uzyskał tylko tyle, że zahuśtał się na boki, jakby był pakunkiem zawieszonym na linach.
– Kurwa! Co jest? – powiedział do siebie.
Trzeźwiał coraz bardziej i gdy wreszcie zabłysło mizerne żółtawe światło, zrozumiał, że znajduje się w znacznie gorszym położeniu, niż przypuszczał.
Z przerażenia wybałuszył oczy, bo to, co przed sobą zobaczył, stanowiło koszmar, którego nigdy by się nie spodziewał. Widok resztek wnętrzności zwisających z zamontowanych tuż nad jego głową haków spowodował, że targnęły nim torsje.
Ponieważ nie mógł się poruszyć, przechylił tylko głowę i zwymiotował na bok, starając się nie zakrztusić.
– Dobrze, że się obudziłeś, bo już traciłem nadzieję – zabrzmiał z tyłu jakiś męski głos. – Jesteś Daniel, prawda? Daniel Skowroński?
Uwięziony mężczyzna próbował się jakoś obrócić, by dojrzeć tego, który się odezwał, ale niewiele to dało. Mocno owinięty czymś na wzór nylonowej siatki, znajdował się w podwieszonym do sufitu hamaku. Jedyne, co mógł zrobić, to rozbujać się ruchem ciała. Tak się tym wszystkim zdziwił, że aż zaniemówił.
– W pewnym momencie już myślałem, że przesadziłem z narkotykiem i że zejdziesz mi tu na zatrzymanie akcji serca. – Porywacz niemalże roześmiał się ze swojego żartu. Nadal mówił zza pleców swojego więźnia, uznawszy, że nie ma potrzeby ujawniać swojej twarzy.
– Gdzie jestem?! Dlaczego mnie związałeś?! O co tu chodzi?! – zaczął się gorączkować unieruchomiony mężczyzna.
Nie usłyszał odpowiedzi, więc szarpnął się ze wściekłością, aż zabujał się na boki.
– Kurwa!!! Rozwiąż mnie!!!
– Uspokój się. Krzyki nic nie dadzą, bo i tak nikt ich nie usłyszy. Jesteśmy na odludziu. Ta piwnica służyła wiele lat pewnemu myśliwemu, który polował na zające i innego drobnego zwierza. Niestety, biedak dostał udaru i w połowie sparaliżowany wylądował na wózku inwalidzkim, a że nie ma żadnych krewnych, to w zamian za doraźną opiekę przejąłem od niego tę ruderę.
Te wyjaśnienia zabrzmiały w obecnej sytuacji dość surrealistycznie, więc uwięziony nawet nie skomentował. Znów szarpnął się wściekle.
Jeszcze nie potrafił w pełni ocenić sytuacji.
Jeszcze nie czuł strachu.
Jeszcze nie wiedział, co go czeka.
– Nic mnie to nie obchodzi, skurwielu! Uwolnij mnie, bo tego pożałujesz!
W odpowiedzi rozległ się metaliczny dźwięk, jakby na ziemię spadł ciężki stalowy łańcuch. Potem po betonowej posadzce szurnął jakiś przedmiot. W umyśle uwięzionego mężczyzny pojawił się obraz plastikowej skrzynki po piwie przesuwanej po podłodze. Pod wpływem tego skojarzenia zorientował się, że potwornie chce mu się pić.
– Żebyśmy mieli jasność – powiedział porywacz. – Jesteś tu nie przez przypadek. Zasłużyłeś sobie na ten nieprzychylny los, choć możesz o tym nie wiedzieć. Odpowiesz za to, czego się dopuściłeś. Nadszedł czas kary. I ja ci tę karę wymierzę. Musisz wiedzieć, że odpowiednio się do tego przygotowałem, o czym wkrótce się przekonasz. Niestety, boleśnie się przekonasz.
– O czym ty pierdolisz?! Chuju jebany! O czym ty pierdolisz?!
– Proszę się powstrzymać od tych niecenzuralnych słów – padła reprymenda. – Bo będę musiał zastosować odpowiednie środki…
– Jebańcu!!! Wypuść mnie, chuju niemyty!!! Skurwielu!!! – rozdarł się związany mężczyzna, z całej siły szarpiąc się z oplatającą go siatką i krępującym ruchy hamakiem. Jego wściekłość osiągnęła apogeum. Wrzeszczał i szarpał się, nie myśląc już o tym, czy to w ogóle da mu szansę na uwolnienie.
Porywacz cmoknął z rozczarowaniem i westchnął.
Potem znów coś zachrobotało, a następnie zasyczało.
Wrzeszczący wniebogłosy Daniel Skowroński w ogóle nie zwrócił na to uwagi, ale gdy tuż za swoimi plecami usłyszał pisk przypominający dźwięk ładującego się defibrylatora, zdążył tylko pomyśleć, że to nie może być to. Potem poczuł zimno sondy przyłożonej do szyi i jego ciałem wstrząsnął ładunek elektryczny o mocy kilkudziesięciu tysięcy woltów. Potem znów i znów, dopóki nie stracił przytomności.
Skrzypnęło krzesło, uginając się pod ciężarem poprawiającego się na nim mężczyzny, jakby w ten sposób chciało wyrazić zniecierpliwienie z przedłużającej się, niełatwej i póki co nieprowadzącej do niczego konstruktywnej rozmowy. Wyglądało to tak, jakby ten wysłużony mebel odczuwał dokładnie to samo, co siedzący na nim człowiek, jakby ten kawałek metalu i plastiku chciał już zrzucić z siebie ciężar kilkudziesięciu kilogramów i odsapnąć po tym trudnym spotkaniu.
Ubrany w ciemnoszary garnitur mężczyzna przymknął na chwilę zmęczone oczy, wziął głębszy oddech, wciągając do płuc duszne powietrze znajdujące się w słabo wietrzonym pomieszczeniu, i pokręcił z niesmakiem głową. Chwilę tak trwał, balansując na krawędzi zamyślenia, i zastanawiał się, co dalej. Potem na powrót otworzył oczy i spojrzał na siedzącego naprzeciw niego aresztanta. Krystian Romaniuk nawet nie drgnął, nie zmienił wyrazu twarzy, nie dał najmniejszego znaku, że chce współpracować. Z przyklejonym do twarzy ironicznym uśmieszkiem, ubrany w szary więzienny dres, wpatrywał się tępo w oblicze swojego rozmówcy, przydzielonego mu z urzędu obrońcy, pięćdziesięciokilkuletniego prawnika specjalizującego się w sprawach karnych. Prawnik odwzajemniał spojrzenie, czując nieprzyjemne mrowienie na całym ciele. Powodem tego była czerwona skóra twarzy Romaniuka, uszkodzone lewe oko, jego szyja i prawa dłoń. Wszystkie te części ciała podrażnione zostały kilka tygodni wcześniej na skutek przeprowadzonego na nim ataku z użyciem kwasu siarkowego. Podsądny tylko cudem nie stracił wzroku, gdy atakujący chlusnął mu żrącym płynem prosto w twarz. Romaniuk miał ogromne szczęście, że ocalało mu prawe oko, bo w ostatniej chwili odwrócił twarz i kwas zalał mu tylko jedną stronę.
Mężczyzna w garniturze znów wciągnął powietrze.
– Moja cierpliwość ma swoje granice – sapnął prawnik, przybrawszy kwaśną minę. – Praca adwokata polega na jak najlepszej obronie podsądnego oskarżonego nawet o najgorsze zbrodnie. Przysięgałem wykonywać swoje zadania najlepiej, jak potrafię, i to bez względu na to, co prywatnie myślę o przewinieniach oskarżonego i jak bardzo odrażające czyny ma na swoim sumieniu. Moim zadaniem jest działać na korzyść klienta i użyć wszystkich logicznych argumentów, by skutecznie przeprowadzić linię obrony. Jestem profesjonalistą i chcę się dobrze przygotować do czekającego nas postępowania sądowego.
Siedzący naprzeciwko Romaniuk przewrócił oczami, pokazując tym samym, że nic sobie nie robi z tej prawniczej tyrady. Najwyraźniej miał gdzieś to wszystko, co płynęło z ust jego rozmówcy. Nie krył się z tym, i to już od początku znajomości z prawnikiem. Swoją postawą pokazywał, że nie ma ochoty z nim pracować.
– Sąd wyznaczył termin pierwszej rozprawy. – Obrońca nagle przyjął twardszy ton głosu, zdawszy sobie sprawę, że szybko musi znaleźć sposób, by dotrzeć do oskarżonego. Inaczej czekało go dużo ciężkiej pracy. – Co prawda mamy ponad dwa miesiące, aby się na to przygotować, ale musisz mi ułatwić to zadanie i już dziś zacząć ze mną współpracować. Jeśli mam mieć szansę dobrze cię reprezentować i być gwarantem sprawiedliwości dbającym o twoje konstytucyjne prawo do uczciwej obrony, to…
– Gówno mnie to obchodzi – wszedł mu w słowo Krystian, obrzucając go nieprzychylnym spojrzeniem. Jego mina nagle się zmieniła i z twarzy zniknął ironiczny uśmiech maskujący prawdziwe uczucia. – I tak mnie z tego nie wybronisz. Będę tkwił za kratami do końca swojego życia.
Prawnik z zainteresowaniem przyjrzał się Romaniukowi. To już był jakiś sukces. Szansa na nawiązanie pierwszego dialogu, na zdobycie jakichś informacji, które pomogą przygotować linię obrony. Szansa na to, by dobrze wypaść w roli obrońcy z urzędu, nawet jeśli jego klientem jest bezwzględny morderca mający na sumieniu życie innych ludzi zaszlachtowanych w bestialski sposób.
– Dobrze, że zdajesz sobie sprawę ze swojego położenia – skwitował mecenas. – Bo jest jasne jak słońce, że nie ma takiego prawnika w tym kraju, który dobrze poradziłby sobie z tą sprawą. Uniewinnienie nie wchodzi w ogóle w grę. Mam nadzieję, że to rozumiesz?
Krystian się skrzywił. Oczywiście, że zdawał sobie z tego sprawę. Jeśli wcześniej miał jakąkolwiek nadzieję na uniknięcie kary, to wnikliwe badania psychiatryczne przeprowadzone na wniosek prokuratury rejonowej w Puławach spowodowały, że jego plan legł w gruzach. Grana podczas pierwszego prokuratorskiego przesłuchania rola psychicznie pokrzywdzonego w młodości człowieka nic mu nie dała. Na podstawie przeprowadzonego badania sądowo-psychiatrycznego lekarze jednogłośnie orzekli, że Romaniuk jest poczytalny i jego zachowanie nie nosi znamion choroby psychicznej, która miałaby jakikolwiek wpływ na podejmowane przez niego decyzje. Medycy stwierdzili, że był także poczytalny, gdy dopuszczał się zbrodni. Obalony został tym samym mit, że dramatyczne przeżycia, na jakie został narażony, kiedy miał siedemnaście lat, gdy zmuszony przez sytuację ćwiartował ciało zamordowanego przez jego matkę mężczyzny, wpłynęły na to, że Krystian w dorosłym życiu nie wiedział, co robi. Wręcz przeciwnie, podejmował swoje działania w pełnej świadomości wynikających z nich konsekwencji.
Ponowne badania psychiatryczne dotyczące tej sprawy nie wchodziły już w grę.
– To jest oczywiste, że czeka cię wiele lat w więzieniu – mówił dalej adwokat, bezlitośnie przytaczając fakty. – Nie ma co się oszukiwać, że ktoś cię z tego wyciągnie. Za dużo złego zrobiłeś i musisz za to odpowiedzieć.
– To po jaką cholerę ta cała gadka? – rzucił ze złością Wyrzynacz. – Po co marnować czas na zbędne rozmowy i wyciąganie ze mnie informacji, jeśli nie jesteś w stanie mi pomóc?
Prawnik postukał palcem w stół, zwracając w ten sposób uwagę, że właśnie dotarli do sedna sprawy. W myślach odtrąbił mały sukces.
– Długa odsiadka w więzieniu to jedno z najgorszych doświadczeń, jakie może spotkać takiego młodego człowieka jak ty. Masz zaledwie dwadzieścia dziewięć lat, prawie połowę tego, co ja. Mógłbyś mieć tyle planów i tyle rzeczy do zrobienia. Gdybyś tylko odpokutował swoje winy i znów wrócił do społeczeństwa…
– Do rzeczy, panie prawniku – przerwał mu Krystian, równocześnie posyłając zniecierpliwione spojrzenie.
– Za to, co zrobiłeś, może ci grozić nawet dożywocie – zabrzmiało twardo. – W tej chwili w naszym kraju taką karę odbywa około trzystu osób. Nie jest to taki rzadki przypadek, że w najcięższych sprawach sędziowie wydają najsurowsze wyroki.
Romaniuk łypnął okiem na rozmówcę, ale nie skomentował tej wypowiedzi.
– Zdajesz sobie sprawę ze świadomości, że do końca swoich dni możesz pozostać w zamknięciu? Że możesz już nigdy nie pójść do lasu na spacer, nie wykąpać się w morzu, nie wybrać na wycieczkę w góry? Jeśli dostaniesz dożywocie, to już nigdy nie pójdziesz do klubu, żeby napić się drinka, i nie będziesz miał szansy na seks z kobietą. Jedyną szansą na uciechy cielesne będą współwięźniowie, gdy zostaniesz cwelem lub sam zaczniesz cwelować. Czy tak chcesz spędzić kolejnych kilkadziesiąt lat życia i tkwić w tym do końca swoich dni? Bez szansy na powrót do normalności?
– I tak nie mam co ugrać w tej grze…
– Owszem, masz. I to dużo.
Krystian spojrzał na obrońcę spode łba. Jego wzrok wyrażał pytanie: „Co to znaczy dużo?”.
– Przy wyroku innym niż dożywocie, i to niezależnie od zasądzonej liczby lat więzienia, skazanego można zwolnić warunkowo po odbyciu… – mężczyzna specjalnie zawiesił głos, by wzmocnić to, co za chwilę miało paść z jego ust – …piętnastu lat pozbawienia wolności.
Romaniuk zacisnął usta, odwrócił głowę i wbił wzrok w zakratowane okno.
Prawnik odetchnął głębiej i już wiedział, że osiągnął zakładany cel, by aresztant zaczął z nim w końcu współpracować.
– Ja widzę istotną różnicę w tym, czy posiedzisz kolejne pięćdziesiąt lat i umrzesz w mamrze, czy wyjdziesz, mając pięćdziesiąt trzy lata, czy wreszcie opuścisz więzienie za lat piętnaście, gdy jako czterdziestoczterolatek będziesz jeszcze w pełni sił i będziesz miał przed sobą kawał życia.
Wyrzynacz milczał chwilę, analizując to, co przed chwilą usłyszał. Wbił wzrok w stół, jakby na porysowanej powierzchni blatu doszukiwał się odpowiedzi na pytanie, czy warto walczyć o najłagodniejszy wymiar kary.
W końcu podjął decyzję, spojrzał w oczy prawnika i rzucił:
– Dobra. Pytaj, o co chcesz. Odpowiem na każde pytanie. Będę współpracował.
* * *
Rozmowa z tymczasowo aresztowanym Krystianem Romaniukiem ostatecznie okazała się bardzo udanym spotkaniem i mecenas Tadeusz Dobrowolski wyszedł z sali widzeń w dość dobrym nastroju. Dzięki swojemu doświadczeniu i umiejętnościom udało mu się odblokować podsądnego i namówić go do współpracy. Usłyszał wiele cennych informacji i już teraz wiedział, w jaki sposób przygotować linię obrony. Mimo ogromnego ciężaru popełnionych przez Wyrzynacza przestępstw i niezwykle trudnej sytuacji, w jakiej miał pracować jego obrońca z urzędu, sprawa nie była aż tak beznadziejna. Dobrowolski miał pewien pomysł, lecz by udało mu się go zrealizować, musiał bardzo mocno zagłębić się w tej sprawie i poszperać w wielu dawno zapomnianych dokumentach. Wyzwanie wydawało się duże, ale gra była warta świeczki. Miał wiele do zrobienia, by profesjonalnie poprowadzić tę sprawę…
– Dzień dobry, panie mecenasie!
Zamyślony prawnik, wychodząc już z chronionej części lubelskiego aresztu śledczego, natknął się na sapiącego z wysiłku, obdarzonego wielkim brzuszyskiem prokuratora Zatorskiego, który zagrodził mu drogę, wyszedłszy zza zakrętu korytarza, mało się z nim nie zderzając.
– Dzień dobry – odpowiedział Dobrowolski, stając w bezpiecznej odległości od spotkanego mężczyzny. Miał nadzieję, że ten wiecznie spocony człowiek nie będzie chciał uściskać mu dłoni wilgotną ręką. Na szczęście w jednej trzymał skórzaną teczkę, a w drugiej mocno wypchany plik jakichś dokumentów.
– Co za spotkanie! – wyraźnie ucieszył się prokurator. – Był pan u Wyrzynacza?
– Tak, miałem spotkanie z moim klientem, panem Romaniukiem.
– Nie zazdroszczę panu roli jego obrońcy, bo to niewdzięczne zadanie. – Zatorski zachichotał, jakby opowiedział świetny dowcip. – Ten bestialski zabójca nie ma najmniejszych szans na uniknięcie najwyższego wymiaru kary. Dostanie dożywocie jak nic. Już po nim. Doskonale znam sędziego, który będzie prowadził jego proces.
Adwokat nie odpowiedział. W ogóle nie miał zamiaru wdawać się w dyskusje na temat jego klienta. Miał swoje zadanie do wykonania.
– A co pana sprowadza do aresztu śledczego, panie prokuratorze? – zapytał, zmieniając tok rozmowy.
– A różne takie… – sapnął jego rozmówca. – Papierkowa robota. Szkoda tylko, że trzeba jeździć do Lublina. Przy takiej skali spraw karnych powinniśmy w końcu doczekać się takiej jednostki w naszych Puławach, prawda?
Mecenas Dobrowolski pokiwał ze zrozumieniem głową. Pewnie ułatwiłoby to wiele rzeczy.
Zapadło milczenie.
W końcu prokurator machnął głową w jakimś bliżej nieokreślonym kierunku i zapytał:
– Wyrzynacz powiedział panu coś ciekawego? Wyjaśnił coś więcej niż na przesłuchaniach?
– Pan wybaczy, panie prokuratorze, ale nie mogę zdradzać szczegółów rozmowy z moim klientem.
– Daj spokój, Tadek. I tak mu nie pomożesz. Ten gość zdechnie za kratami. Taki jego los…
Adwokat poczuł rozdrażnienie. Nie tylko z powodu nieprofesjonalnego tonu, w jakim prowadzona była ta rozmowa, ale też dlatego, że spod koszuli Zatorskiego dolatywał przykry zapach spoconego ciała.
– Muszę się już pożegnać, za chwilę mam kolejne spotkanie. Do zobaczenia, panie prokuratorze.
Dobrowolski kiwnął głową i ruszył przed siebie. Gdy odszedł kilka kroków, usłyszał jeszcze za sobą:
– Nie marnuj na niego czasu, Tadek. Zrób tylko tyle, ile musisz. On nie jest tego wart.
Prawnik nawet się nie obejrzał, tylko przyspieszył kroku, by jak najszybciej opuścić budynek aresztu śledczego.
* * *
Anka Głowacka weszła do gabinetu komendanta jako pierwsza, a za nią niezgrabnie wkroczył Hubert. Oboje spojrzeli na czekających już na nich pozostałych policjantów, kiwnęli głowami w stronę swojego bezpośredniego szefa, naczelnika wydziału kryminalnego, i bez słowa zajęli miejsca wskazane ruchem dłoni komendanta. Niepozornej budowy ciała komisarz Głowacka usiadła przy stole konferencyjnym, ale tyczkowaty wysoki Hubert chwilę walczył z tym zadaniem, próbując dostosować pozycję krzesła. Gdy dryblas w końcu umościł się już za stołem i jakoś zmieścił długie nogi pod blatem, gospodarz spotkania, darując sobie niepotrzebny wstęp, przystąpił do rzeczy.
– Podkomisarza Adriana Stefańskiego, funkcjonariusza lubelskiej komendy wojewódzkiej, już państwo znają, bo kilka tygodni temu pomagał nam przy sprawie Wyrzynacza. I jak państwo pamiętają, dzięki jego nieocenionej i profesjonalnej pomocy poczyniliśmy znaczne postępy w dochodzeniu i zatrzymaliśmy ściganego mordercę.
Anka Głowacka poczuła, jakby jej zespół dostał mokrą ścierką w twarz. Z wypowiedzi szefa komendy wynikało, że nie determinacja Ewy i jej działania przyniosły efekt w postaci odkrycia dziupli Krystiana, tylko wkład policjantów z Lublina. Już miała zdecydowanie zaprotestować, ale naczelnik wydziału w porę dostrzegł grymas na jej twarzy i na migi dał jej znać, by powstrzymała jakiekolwiek próby przerwania komendantowi. Posłusznie zapanowała więc nad swoimi emocjami, zaciskając zęby.
Wspomniany przed chwilą funkcjonariusz wypowiedział zdawkowe „dzień dobry”, obrzucając puławskich policjantów przelotnym spojrzeniem. Wyglądało to tak, jakby czuł się od nich lepszy. I nie musiał wcale nic mówić, żeby dało się to odczuć. Głowacka odpowiedziała mu krótkim kiwnięciem głowy, starając się zachować spokój. Czekała na dalszy ciąg spotkania i wyjaśnienie szczegółów.
– Skala działalności przestępczej w naszym regionie zatrważająco wzrosła w ciągu ostatnich lat – mówił dalej komendant. – Ponadto zespół pani komisarz Głowackiej został dotkliwie uszczuplony niedyspozycją Ewy Jędrycz przebywającej na bezterminowym zwolnieniu lekarskim.
Zabrzmiało to dość zatrważająco i Anka poczuła lekkie ukłucie niepokoju. Teraz już się domyślała, jaki jest cel tego spotkania i przyjazdu funkcjonariusza z wojewódzkiej.
– Po konsultacji z panem naczelnikiem wydziału kryminalnego oraz z kolegami z komendy wojewódzkiej uzgodniliśmy, że na czas odbudowy ekipy wydziału kryminalnego w naszej jednostce pan podkomisarz Stefański dołączy do nas i wspomoże nas w codziennych działaniach operacyjnych. Wykazał się już poprzednio i udowodnił, że może być cennym współpracownikiem. Poza tym ma na swoim koncie bardzo duże sukcesy, które odnosił w Lublinie.
Hubert nie krył zdziwienia, i jak to on, nie utrzymał języka między zębami:
– Ale przecież Ewa wróci do nas lada dzień, a do tego czasu jakoś sobie poradzimy. Limit seryjnych morderców i brutalnych spraw został chyba wyczerpany na kolejnych kilka lat.
Naczelnik obrzucił policjanta ostrym spojrzeniem, ale nie zdążył odpowiedzieć, bo wyręczył go komendant.
– Pani aspirant Ewa Jędrycz zapewne już nie wróci do czynnej służby jako policjantka wydziału kryminalnego – padło złowrogo. – Nawet jeśli psychologowie dopuszczą taką ewentualność, że jest zdolna do dalszej służby, to nie sądzę, żeby było to możliwe w naszej jednostce. Wygląda na to, że pani Jędrycz w ciągu ostatnich miesięcy zbyt dużo przeszła i nie udźwignęła ciężaru, jaki na nią spadł.
Zaniewski miał zamiar coś odpowiedzieć na tak sformułowaną tezę, lecz Głowacka wyprzedziła go, włączając się do dyskusji.
– Nie skreślałabym Ewy tak szybko – stwierdziła z naciskiem. – Nie jest jej łatwo, bo życie ostatnio dało jej mocno w kość, ale to świetna policjantka i praca w naszym wydziale to jej żywioł. Już nie raz udowodniła, że ma mocną psychikę i potrafi poradzić sobie z niejednym kryzysem. Jestem przekonana, że tym razem też tak będzie, potrzeba jej tylko trochę czasu i naszego wsparcia. Oraz wiary, że z tego wyjdzie. Zauważcie, że jej… – zawahała się na moment, szukając odpowiedniego słowa – …przyjaciel okazał się bezwzględnym mordercą, ojciec jej dziecka został w bestialski sposób zabity, jej syn znalazł się w sytuacji zagrożenia życia, a ona sama ledwo uszła z rąk Wyrzynacza. Takie przeżycia zostawiają głęboki ślad na psychice, ale wierzę, że Ewa z tego wyjdzie.
Wszystko to, co powiedziała Anka, było oczywiście prawdą. Jędrycz faktycznie miała mocną psychikę i do tej pory wychodziła z każdego kryzysu obronną ręką.
Poza jedną jedyną rzeczą.
Poza tym jednym incydentem sprzed kilku tygodni.
– Pani komisarz. – Tym razem to naczelnik podjął dyskusję, zwróciwszy się do Głowackiej. Mimo że od wielu lat doskonale się znali i prywatnie byli na „ty”, to w oficjalnych rozmowach zachowywali etykietę. – To, czego dopuściła się pani aspirant Jędrycz w areszcie śledczym, w którym przebywa aresztowany Krystian Romaniuk, w moich oczach skreśla ją z listy naszych pracowników. I nie obchodzi mnie ani werdykt lekarzy, ani to, czy pani Jędrycz zda jakieś testy psychologiczne. Funkcjonariuszka już kilka razy balansowała na granicy nieregulaminowego działania, ale napaść na osadzonego w areszcie człowieka i spowodowanie ciężkiego uszkodzenia ciała są nie do zaakceptowania. Nawet najbardziej traumatyczne przeżycia sprzed trzech miesięcy nie mogą tłumaczyć tak karygodnego zachowania.
– Ewa działała w stanie najwyższego…
– Nie! Pani komisarz! – przerwał jej ostro naczelnik. – To nie było działanie pod wpływem emocji. Ono było dokładnie zaplanowane i przeprowadzone z najdrobniejszymi szczegółami. Pani Ewa doskonale wiedziała, co robi i jakimi konsekwencjami grozi oblanie aresztowanego żrącym płynem. Wyprowadziła w pole strażników z aresztu, wyprowadziła w pole nas i siebie samą. Moim zdaniem, i mam nadzieję, że także zdaniem pana komendanta oraz komisji dyscyplinarnej, pani aspirant Jędrycz nie może wrócić do czynnej służby. Obawiam się, że prokurator zadecyduje o wniesieniu sprawy do sądu i będzie to jednoznaczne z wydaleniem jej ze służby. Na razie do głosu doszli psycholodzy, ale finał tej sprawy dla mnie jest oczywisty. Ewa Jędrycz nie będzie już aktywnie działającą w terenie funkcjonariuszką policji.
Zapadła cisza.
Zabrakło argumentów do dyskusji. Sprawa wydawała się oczywista.
Anka i Hubert doskonale wiedzieli, że decydując się na napaść na Wyrzynacza, Ewa przekreśliła swoją przyszłość zawodową. Czekała ją sprawa karna o uszkodzenie ciała, poważne konsekwencje, a w skrajnym przypadku nawet kara pozbawienia wolności. Jej sytuacja nie była dobra. Była bardzo zła.
– Moi państwo – wznowił w końcu komendant. – Zostawmy sprawę aspirant Jędrycz, bo tym zajmuje się wydział wewnętrzny z Lublina oraz tamtejsza prokuratura. Nie jesteśmy w stanie jej pomóc. Nawet gdybyśmy chcieli.
Ostatnie zdanie zostało szczególnie mocno zaakcentowane, dając wszystkim do zrozumienia, że sprawa jest z góry przegrana i nikt z Komendy Powiatowej w Puławach nie uratuje policjantki przed czekającymi ją konsekwencjami.
– Celem spotkania jest przedstawienie państwu podkomisarza Adriana Stefańskiego i wprowadzenie go we wszystkie działania operacyjne – wyjaśnił szef komendy. – Poproszę pana naczelnika o nakreślenie bieżącej sytuacji, a panią komisarz Głowacką o dalsze szczegóły.
* * *
Znów się obudził, ale tym razem jego sytuacja diametralnie się zmieniła.
W pierwszych sekundach powrotu do rzeczywistości otępiały umysł i zmęczone ciało nie pozwoliły w pełni zrozumieć faktów, tym bardziej że w piwnicy cały czas panowała ciemność. Dopiero po kilku długich sekundach dotarło do niego to, co się zmieniło.
Pierwszą anomalią, którą odnotował, było to, że teraz znajdował się w pozycji pionowej. Pod wpływem powoli schodzącego z jego umysłu otępienia wydało mu się to wręcz kuriozalne. Przecież porywacz trzymał go w bardzo niewygodnej pozycji: związanego siatką i umieszczonego w hamaku.
Potem dotarło do niego, że potwornie bolą go nadgarstki obu rąk, a także że jest mu bardzo zimno. Potrzebował kolejnych kilku chwili, aby jego umysł wrócił do przyzwoitej sprawności i przetworzył otrzymane z przytępionych zmysłów informacje. Wtedy uwięziony zrozumiał, co się dzieje.
Czuł dotkliwe zimno, bo z jego ciała zniknęło ubranie. Teraz był całkiem nagi i wystawiony na działanie chłodu piwnicy. Następną rzeczą, którą zrozumiał, było to, że za ostry ból nadgarstków odpowiada jego pozycja. Skonstatował, że został podwieszony do sufitu za związane ręce, zupełnie jakby był kawałkiem tuszy wieprzowej zawieszonej w chłodni.
Mężczyzna przeciągle jęknął z bólu, zastanawiając się coraz trzeźwiej, czy nie ma przypadkiem wyłamanych stawów nadgarstkowych. Ręce miał zdrętwiałe. Nie wiedział, jak długo tak wisiał ani co w czasie ostatnich godzin porywacz z nim robił. Towarzyszyła temu potworna suchość w ustach i gardle.
Wtem dość niespodziewanie oblała go fala euforii, bo mimo trudności w myśleniu i zdrętwienia całego ciała zrozumiał, że nie jest aż tak źle, jak mu się początkowo wydawało. Zdał sobie sprawę, że wcale nie wisi całym ciężarem swojego ciała, tylko opiera się na kolanach, klęcząc na zimnym i nieprzyjemnym podłożu. Dźwignął się więc do góry i wstał na nogi. Mimo że łydki mu drżały i ledwo czuł odrętwiałe stopy, pierwszy raz od wielu godzin udało mu się wyprostować.
Sznurek krepujący mu ręce pozwalał na trochę swobody, więc spróbował się ruszyć. Zrobił krok do przodu, ale zderzył się z zimną ścianą. Krok do tyłu i stało się to samo. Po kilku próbach uczynionych we wszystkich kierunkach stwierdził, że znajduje się w jakimś bardzo ciasnym pomieszczeniu. Zdziwił się i przestraszył. Od dziecka cierpiał na klaustrofobię. Gnany paniką, szybko przekonał się o tym, jakie są granice tego więzienia. O ile nie myliły go zmysły, wyglądało na to, że znajduje się w jakiejś klatce o niewielkich rozmiarach pozwalających zrobić zaledwie dwa drobne kroki w każdą stronę. Dotykając nogami granic więzienia, poczuł, że ściany nie są z betonu ani z drewna. Wydawało mu się, że to konstrukcja ze stali, jak wielka konserwa. Panika się wzmogła, serce łomotało, krew dudniła w głowie. Aż krzyknął ze strachu, a jego głos odbił się od metalowych ścian. Zupełnie jakby znajdował się w jakiejś studni.
Po kilku chwilach z trudem opanował atak paniki. Odetchnął kilka razy i gdy zapanował nad zwierzęcym strachem, zajął się krępującym go sznurkiem. Ledwo poruszył związanymi dłońmi i pomacał krępujący go dość luźny węzeł, zrozumiał, że łatwo się wyswobodzi. Po chwili udało mu się go zdjąć. Potem rozmasował bolące nadgarstki i z narastającą nadzieją próbował przebić wzrokiem ciemność. Natrafił dłonią na poprzednio krępującą go, zwisającą z góry linkę, odruchowo za nią pociągnął, a ta swobodnie opadła. Mężczyzna nawet się nie spodziewał, że tą czynnością właśnie popełnił największy błąd swojego życia.
Nagle zrobiło się jasno i kompletnie go oślepiło. Odruchowo zasłonił oczy, porażone silnym strumieniem światła. Przeklął przy tym siarczyście. Nad jego głową musiał być zainstalowany reflektor ogromnej mocy. Jego światło odbijało się od lśniących metalowych ścian, dodatkowo wzmagając efekt oślepienia.
– Dzień dobry, Danielu. Widzę, że odzyskałeś świadomość.
Mówiący te słowa człowiek musiał podejść do klatki, bo następne słowa Skowroński usłyszał już zupełnie blisko, zza ściany.
– Widzę, że już się wyswobodziłeś. Niestety, ściągnąłeś sznurek z haczyka. Bardzo niemądrze, bardzo niemądrze…
Uwięziony mężczyzna, wciąż zszokowany tym, co się dzieje, nawet nie odpowiedział. Powoli przyzwyczajał się do jasności, więc po chwili mógł już obejrzeć wnętrze pułapki, w której się znajdował. Przekonał się, że pierwsze podejrzenia okazały się właściwe: to faktycznie była puszka o stalowych ścianach i podłodze z niewielkimi otworami. Na szybko oceniając, od ściany do ściany klatki mogło być najwyżej dwa metry. Podłoga miała kształt kwadratu, tak samo jak ściany. Jedynie wysoko zawieszony otwór sufitu prawdopodobnie stanowił otwartą przestrzeń, ale nad nim znajdował się silny strumień światła, ciężko więc było to ocenić, póki świeciło mu prosto w oczy. Uprowadzony mężczyzna nie miał szans zauważyć, że tuż obok lampy zamontowana jest kamera filmująca wnętrze pomieszczenia.
– Wypuść mnie! – krzyknął uwięziony mężczyzna. – Ja przecież nic nie zrobiłem! Kurwa! Człowieku!
Porywacz nie odpowiedział. Przechadzał się dookoła klatki, tupiąc butami po betonowej podłodze. Dźwięk odbijał się od zewnętrznych ścian metalowego więzienia, dając uprowadzonemu informację, po której stronie przebywa jego oprawca. Informację w jego położeniu kompletnie nieprzydatną.
– Niestety nie zrobię tego – stwierdził tamten po chwili, niemalże ze smutkiem w głosie. – Nie po to polowałem na mordercę i zwyrodnialca, by teraz go wypuszczać.
– Co?! – zdziwił się uwięziony. – Jakiego mordercę?! Jakiego zwyrodnialca?! Człowieku, o czym ty mówisz?! Ochujałeś do reszty?!
Brak odpowiedzi. Tylko odgłos kroków chodzącego dookoła pułapki człowieka.
– Niestety policja słabo sobie radzi w naszym pięknym mieście – padło nagle z filozoficzną zadumą. – Popełnia błędy, porusza się po omacku, nie jest w stanie na czas ratować ofiar bezwzględnych morderców. Nie jest w stanie skutecznie ochronić obywateli przed narastającą falą zbrodni…
– Przecież to jakiś absurd! – przerwał mu Daniel. – Ja nie mam nic wspólnego ze zbrodnią! Nie jestem żadnym mordercą!
– …i dlatego sam musiałem zakasać rękawy – ciągnął porywacz, nie zwracając uwagi na słowa swojej ofiary. – Trzeba było samemu wziąć się do tropienia takich ludzi jak ty. Oczyścić nasz region. Przywrócić tu porządek, nad którym nie panuje policja.
– Rany boskie! Człowieku! O czym ty mówisz?! Jestem niewinny! Ja nic nie zrobiłem… – zakwilił uwięziony, rozglądając się po wnętrzu metalowej puszki. Jego wzrok już zupełnie przyzwyczaił się do warunków, ale przez te dziwne otwory w ścianach niczego nie dało się dojrzeć. Obmacał wszystkie ściany i kilka razy uderzył w jedną z nich pięścią, odpowiedział mu jednak tylko głuchy odgłos metalu. Wyciągnął do góry ręce, lecz do krawędzi sufitu było za wysoko. Na pierwszy rzut oka wyglądało to na co najmniej trzy metry. Zapewne nie dałby rady tam doskoczyć, nawet gdyby bardzo mocno się wybił.
Nagle przyszła mu do głowy myśl.
– No dobrze! – krzyknął. – Jeśli coś przeskrobałem i jestem czemuś winien, to oddaj mnie w ręce policji. Niech sprawiedliwości stanie się zadość.
– O nie, mój drogi. – Porywacz prawie się zaśmiał. – Moim zadaniem nie jest przekazywanie schwytanych przestępców w ręce funkcjonariuszy ani prokuratury. Nie o to w tym wszystkim chodzi. Moim celem jest zadać sprawcom taki sam ból i cierpienie, jakich doznały ofiary. Żeby zapłacili za swoje winy w sposób kompletny i ostateczny.
– To jakaś pomyłka…
– Ja cię już stąd nie wypuszczę, tylko będę cię męczył tak długo, aż sam będziesz mnie błagał o śmierć. – Porywacz nagle darował sobie ogólną przemowę i przeszedł do konkretów, co w połączeniu z łagodnie wypowiedzianą groźbą zabrzmiało niepokojąco.
Uwięziony w klatce mężczyzna poczuł zaciskającą się na jego gardle niewidzialną pętlę. Poprzednie otępienie odpuściło i do akcji wkroczyły emocje. Strach, przerażenie, panika.
– Błagam… Ja jestem niewinny… Ja nic nie zrobiłem… – zakwilił przez zaciśnięte gardło.
Porywacz już mu nie odpowiedział. Słychać było, jak odszedł kilka kroków od klatki, a potem rozległ się dźwięk uderzania o siebie jakichś metalowych przedmiotów. Chwilę później do uszu skazańca dotarło szuranie po betonowej podłodze czegoś ciężkiego. Potem coś uderzyło w klatkę, aż cała zadrżała. Nie wróżyło to niczego dobrego i uwięziony poczuł, jak zawartość żołądka podchodzi mu do gardła.
* * *
Było już po dwudziestej trzeciej, gdy zadzwonił telefon. Hubert spojrzał na ekran swojego smartfona i momentalnie zrobiło mu się gorąco. Szybko wyciszył sygnał dzwonka, pozostawiając tylko wibracje, i niemalże z lękiem rzucił okiem na leżącą już w łóżku żonę. Zaalarmowana głośnym sygnałem dzwonka otworzyła oczy i podniosła głowę.
– Kto to? – zapytała niezadowolona.
Nie odpowiedział, tylko zagryzł wargi.
– Nie mów, że to znów z pracy – warknęła zła na to, że ktoś o tej porze niepokoi jej męża. Od jakiegoś czasu stanowiło to kość niezgody między nimi. – Mówiłam już, że masz coś z tym zrobić. Coś wreszcie zmienić. Przenieść się do drogówki albo w inne miejsce. W każdym razie wynieść się z kryminalnych.
Po ostatnich wydarzeniach z Wyrzynaczem, gdy część policjantów otarła się o śmierć, gdy jego żona dowiedziała się, jak brutalny i niebezpieczny finał zgotował im zabójca i że posunął się do zaatakowania rodziny Ewy oraz próby zabójstwa jej syna, kropla przelała czarę goryczy. Nie wytrzymała i postawiła mu ultimatum: albo Hubert zmieni wydział w komendzie i znajdzie sobie spokojniejszą, bezpieczniejszą posadę, a najlepiej to w ogóle odejdzie z policji, albo ona wniesie pozew o rozwód i przeniesie się do innego miasta. Dla swojego bezpieczeństwa i dla bezpieczeństwa dzieci.
– Nie, nie z pracy – skłamał chudzielec, wstając z łóżka.
Tak właściwie to nie skłamał, ale nie chciał niczego teraz tłumaczyć ani wszczynać kolejnej awantury prowadzącej do bezsennej nocy.
Zostawiając za sobą piorunujący wzrok wybudzonej żony, wyślizgnął się bezszelestnie z sypialni i poszedł wprost do łazienki. Tam szczelnie zamknął drzwi i puścił wodę pod prysznicem. Nagle sam się zganił za takie postępowanie. Zachowywał się jak zaszczuty pantoflarz, który musi chodzić na paluszkach i grzecznie wykonywać rozkazy żony.
Nie miał jednak teraz czasu na analizowanie ani swojej postawy, ani stanu małżeństwa, bo w jego dłoni wciąż wibrował telefon.
Dryblas przysiadł na sedesie, odetchnął i w końcu odebrał połączenie.
– Halo – szepnął.
W słuchawce usłyszał tylko urywany oddech dzwoniącej do niego osoby.
– Ewa… odezwij się… co się dzieje?
Wiedział, że koleżanka przeżywa bardzo trudne chwile, być może najtrudniejsze w swoim życiu. Nie dość, że Wyrzynacz zburzył jej wiarę w miłość, to w dodatku zarówno ona, jak i jej syn ledwo uszli z życiem. Dodatkowym ciosem okazała się tragiczna i brutalna śmierć Wieśka. Ale najgorszą rzeczą, jaka ją spotkała, była nieuchronna utrata stanowiska w policji i być może nawet czekający ją wyrok sądowy za napaść na aresztowanego Krystiana Romaniuka. Za uszkodzenie ciała groziła odsiadka nawet do pięciu lat.
– Ewa – szepnął znów Hubert – wiem, że ci ciężko. Jeśli potrzebujesz mojego wsparcia, to tylko powiedz. Przyjechać do ciebie? Mogę coś dla ciebie zrobić?
Z głośniczka telefonu dobył się szloch Jędrycz. Po chwili padły ciężkie słowa:
– Wiedzieliście o tym, że prokurator chce ograniczenia mojej władzy rodzicielskiej? – powiedziała urywanym głosem. – Że niby stanowię zagrożenie dla syna i jestem niestabilna emocjonalnie. Chcą mnie karać za to, że próbowałam zemścić się na Wyrzynaczu i oblałam go kwasem.
– Kurde… Ewa… Nie wiedziałem… Tak mi przykro…
Policjantka pociągnęła nosem.
– Nie dosyć, że tyle przeszliśmy, nie dosyć, że Jacek stracił ojca i ma potworną traumę, nie dosyć, że grozi mi wyrok, to jeszcze chcą mi go odebrać. Przecież ja muszę przy nim być i się nim zaopiekować.
– Ewa, oni tylko tak straszą – próbował pocieszyć ją Zaniewski. – Przecież wiedzą, że dziecku potrzebna jest matka. Tym bardziej w takiej sytuacji.
– Poza tym nie będę już policjantką. – Ewa wyrzucała z siebie kolejne żale. – Zmarnowałam sobie życie. Tyle lat wyrzeczeń i poświęceń, a i tak wszystko pójdzie na marne. Kto mnie teraz zatrudni i z czego będę żyła?
Jędrycz rozpłakała się na dobre.
– Ja wyląduję pod mostem, a Jacek w domu dziecka – zawyła z bólu.
– Proszę cię, nie mów tak. – Hubert kiepsko się czuł w takich sytuacjach. To zawsze Ewa brała na siebie trudne rozmowy z poszkodowanymi i to właśnie ona potrafiła okazać empatię. Zawsze była dobra w te klocki, a on nie.
– Nie wiem, co robić… – powiedziała, pociągając nosem.
– Na pewno wszystko będzie dobrze – skłamał i poczuł się głupio, bo sam w to nie wierzył. Wiedział przecież, że za to, co zrobiła, zostanie wydalona z policji. Faktycznie jej sytuacja była dramatyczna. – Nie zabiorą ci Jacka. Prokurator tylko tak straszy. I zobaczysz, że umorzą sprawę za napaść. Jesteś zasłużoną funkcjonariuszką, która z narażeniem życia wiele razy przysłużyła się społeczeństwu.
Nie odpowiedziała. Pociągnęła znów nosem.
– Sprawdzę wewnętrznymi kanałami, jak to wygląda, i dam ci znać. Poza tym naczelnik na pewno się za tobą wstawi. Poproszę też Zatorskiego o pomoc. Niech pogada z prokuratorem z Lublina. Mimo tego, że jest gburem i czasami zachowuje się jak kretyn, to jednak ma wpływy i znajomości.
– Myślisz…?
– Tak, Ewa. Na pewno ci odpuszczą. A pracę jakąś sobie znajdziesz. Pomożemy ci.
Nagle rozległo się pukanie do drzwi łazienki.
– Hubert, do diabła – zasyczała żona chudzielca. – Kończ tę rozmowę i idź już do łóżka. Bo będziesz spać na podłodze.
„Cholera – pomyślał dryblas. – Jeszcze czeka mnie awantura”.
– Ewcia, muszę kończyć. Zadzwonię jutro, gdy tylko czegoś się dowiem. Obiecuję, że będę miał same dobre informacje.
Tej nocy Hubert bardzo źle spał, bo śniło mu się, że Jędrycz dostała wysoki wyrok i poszła do więzienia na pięć lat, zostawiwszy Jacka samego.
* * *
Gdy tylko ustał odgłos szurania ciężkich przedmiotów i pobrzękiwania metalowych części, porywacz znów się odezwał:
– Jak już powiedziałem, kiepsko zrobiłeś, że ściągnąłeś z haka ten sznurek, którym wcześniej związałem ci ręce. To było bardzo nierozsądne. Teraz już ci się na nic nie przyda. No, chyba że znajdziesz dla niego jakieś zastosowanie, o którym ja nie pomyślałem.
Uwięziony w klatce mężczyzna kucnął i podniósł z zimnej podłogi dość długi, syntetyczny cienki sznurek. Taki zwyczajny, pomarańczowo-czarny, z marketu budowlanego. Nie mógł zrozumieć, o czym mówi ten szaleniec, bo panika nie pozwalała mu rozsądnie myśleć. Pod czaszką piętrzyły się pytania bez odpowiedzi.
– Choć w zasadzie, gdy będziesz już bardzo zdesperowany i zmęczony – mówił dalej porywacz – to możesz w jakiś sposób użyć tej linki, żeby sobie ulżyć. Żeby pożegnać się ze światem i wyręczyć mnie w tej niewdzięcznej roli strażnika porządku i bezpieczeństwa. Jeszcze nie wiem, co mógłbyś z nią zrobić, ale pewnie coś wymyślisz.
Skowroński nie mógł uwierzyć w to, co słyszy. Tępo wpatrywał się w sznurek.
O co w tym wszystkim chodziło? Po co tyle wysiłku i kombinowania?
– Pewnie zastanawiasz się, po co ta klatka? – Wyglądało to tak, jakby porywacz czytał w myślach swojej ofiary.
Nie powiedział jednak nic więcej, tylko znów zaczął się przechadzać dookoła metalowej puszki. Postukiwał co chwilę w ściany konstrukcji w różnych miejscach, jakby sprawdzał, czy wszystko jest w porządku.
– Zawsze lubiłem majsterkować, a że mam dostęp do różnych elementów konstrukcyjnych i umiem posługiwać się spawarką oraz innymi narzędziami, to wpadłem na pomysł zbudowania tego urządzenia. Co prawda w średniowieczu używano już podobnych konstrukcji, ale moja jest lepiej dopracowana. Bardzo praktyczna i niezwykle uniwersalna. Służąca do długotrwałego i wyrafinowanego zadawania cierpienia swoim ofiarom. Wykorzystująca zdobycze techniki i nowoczesną technologię. Czegoś takiego na pewno jeszcze nie doświadczyłeś.
– Wypuść mnie!!! Ratunku!!! Ludzie!!! Pomóżcie mi!!! – Uwięziony mężczyzna stracił cierpliwość i resztki opanowania. Rzucił sznurek na podłogę i zaczął walić pięściami w metalowe ściany. Wpadł w skrajną panikę. Dotarło do niego, że znajduje się w tak tragicznej sytuacji, że jeśli natychmiast nie spróbuje czegoś zrobić, to faktycznie czeka go kaźń.
Nie zdążył jednak krzyknąć nic więcej, bo wtem rozległ się wizg jakiegoś elektrycznego urządzenia, przerywając wrzaski porwanego mężczyzny. Sekundę później klatką rzuciło w bok tak mocno i niespodziewanie, jakby ktoś po prostu potrząsnął nią jak zabawką. Wzywający ratunku człowiek poleciał na jedną ze ścian i boleśnie uderzył nagim ciałem w zimną, twardą powierzchnię. Potem miotnęło nim jeszcze raz. I kolejny. Zawył z bólu, gdy tak niespodziewanie został brutalnie obity o stalowe ściany pułapki. Kiedy klatka znów zastygła, Skowroński opadł na zimną podłogę i poczuł, że solidnie oberwał. Rwał go bark i jedno z obtłuczonych kolan. Nie mógł wstać, więc usiadł na podłodze, opierając się o ścianę.
– To tylko małe ostrzeżenie i próbka tego, co potrafi klatka – padło z reprymendą w tonie. – Muszę cię prosić, byś mi nie przerywał, kiedy mówię, bo będziesz cierpiał. Jeszcze nie dokończyłem, a mam trochę do powiedzenia. Chciałbym, żebyś dokładnie wiedział, co cię czeka. I żebyś mi przyznał, że jestem pomysłowy.
Uwięziony zakwilił z bólu i strachu. Poczuł, że za chwilę się rozpłacze.
Porywacz nic sobie z tego nie robił, tylko kontynuował opowieść:
– Urządzenie, które zbudowałem, to dość skomplikowana konstrukcja ze stali osadzona na specjalnych podporach i wyposażona w kilka mocnych siłowników elektrycznych. Klatka może się poruszać, kołysać, wirować i robić jeszcze wiele innych rzeczy, dostarczając różnorodności doznań. Konstrukcja jest solidna i nie da się jej łatwo zniszczyć, a już na pewno nie siedząc w środku. Wyjść także się z niej nie da. Co prawda, jak widzisz, sufit jest otwarty i teoretycznie można byłoby z niego skorzystać, ale znajduje się na wysokości ponad trzech metrów. Przy bardzo dobrej sprawności fizycznej i niezłej skoczności być może udałoby się dotrzeć do jego otworu i jakoś uciec, ale…
Porywacz na moment przerwał opowieść. Spacerował dookoła swojego dzieła, popukując co chwilę w metalową obudowę klatki.
– …ale system czujników i kamera, z której mam podgląd, nie pozwoli na to. Zainstalowałem tu kilka środków zaradczych, więc nawet nie radzę próbować, bo może się to okazać niezwykle bolesne.
– Błagam… – zakwilił nieszczęśnik, próbując nastawić sobie bark. Gdy dotknął ramienia, zawył z bólu.
– Pewnie zastanawiasz się, po co otwory w ścianach. – Konstruktor urządzenia nic sobie z tych próśb nie robił, tylko mówił dalej: – Mogą pełnić różne funkcje. Przekonasz się w praktyce, co potrafią. A potrafią bardzo dużo.
Uprowadzony mężczyzna nie mógł w to wszystko uwierzyć i w pewnej chwili pomyślał, że to tylko bardzo zły sen. Problem polegał na tym, że to był bardzo bolesny zły sen.
– No dobrze, mój drogi. Czas zacząć cierpieć za popełnione zbrodnie. Trochę tu posiedzisz, więc zacznijmy od… hmm… – zastanowił się na głos. – Może od czegoś łagodnego? Na przykład od huśtawki?
– Człowieku… zlituj się i wypuść mnie stąd…
Porywacz nie odpowiedział. Zamiast tego zaczął gmerać przy jakichś przełącznikach, bo dało się słyszeć charakterystyczne stuknięcia sprężyn przemysłowych przekaźników wysokiego napięcia i po chwili znów zadziałały elektryczne silniki.
– Ja cię teraz opuszczam, bo muszę odpocząć. Jutro przecież trzeba iść do pracy – powiedział oprawca. – Wrócę tu za kilka godzin i zobaczymy, co dalej. Tymczasem dobrej zabawy.
Nagle klatką szarpnęło i zaprojektowany przez porywacza mechanizm rozpoczął swój szatański taniec, wprawiając metalową puszkę w co prawda powolny, ale regularny, powtarzalny ruch. Pułapka przechylała się z boku na bok o dobre kilkanaście stopni, a uwięziony w środku mężczyzna, nie mogąc się niczego przytrzymać, zaczął bezwładnie przewalać się z boku na bok i uderzał co chwilę to w jedną, to w drugą ścianę. Machał przy tym żałośnie rękami i nogami, próbując jakoś zminimalizować efekt trafiania obolałym barkiem i kolanem w twardą powierzchnię.
Po dwóch minutach walki z bujającą się w tę i z powrotem metalową klatką udało mu się trochę opanować emocje i zacząć myśleć logicznie. Położył się na podłodze, zaparł nogami o jedną ze ścian i przytrzymał sprawną ręką przeciwległej. W ten sposób przynajmniej już się nie obijał o nieprzyjemny metal, tylko bujał się wraz z klatką, przylegając do zimnej podłogi. Przez chwilę czuł ulgę, dość szybko jednak zrozumiał, że długo tak nie wytrzyma, bo dopadły go mdłości. Nawet nie wiedział, że ma chorobę morską. Nie miał pojęcia, ile czasu wytrzymają jego mięśnie blokujące ciało w tej pozycji ani jak długo wytrzyma jego psychika.
