Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
854 osoby interesują się tą książką
Vincenzo, najstarszy z rodzeństwa Squillacte, prowadzi podwójne życie. Pierwsze jego oblicze ukazuje lekarza ratującego ludzi przed śmiercią. Drugie, mroczniejsze, szefa nowojorskiego oddziału Cosa Nostry, który rządzi miastem twardą ręką.
Ukrywanie prawdy o sobie opanował do perfekcji, kiedy jednak na balu maskowym poznaje tajemniczą dziewczynę, wydaje się, że los chciał spłatać mu figla. Po tej jednej nocy kobieta zapada mu w pamięć, a on już wie, że nie spocznie, dopóki się nie dowie, kto ukrywał się za piękną maską.
Lareina Hofmann zaczyna praktyki w szpitalu i zostaje jej przydzielony opiekun. Okazuje się nim doktor Squillacte. Nie ma pojęcia, że to ten sam mężczyzna, z którym spędziła niezapomnianą noc na balu rok wcześniej, ani z jak niebezpiecznym człowiekiem ma do czynienia.
Czy Lareina posłucha rozumu, a może podąży za głosem serca? Czy problemy rodzinne Vincenzo przeszkodzą mu w związaniu się z kobietą, którą poszukiwał od roku?
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia. Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 708
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © for the text by Bianca Patricia
Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2026
All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone
Redakcja: Katarzyna Moch
Korekta: Katarzyna Dziedzicka, Dominika Kalisz-Sosnowska, Emilia Ziarnik
Skład i łamanie: Paulina Romanek
Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek
ISBN 978-83-8418-651-0 • Wydawnictwo NieZwykłe • Oświęcim 2026
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
Prolog
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31
Rozdział 32
Rozdział 33
Rozdział 34
Rozdział 35
Rozdział 36
Rozdział 37
Rozdział 38
Rozdział 39
Rozdział 40
Rozdział 41
Rozdział 42
Rozdział 43
Rozdział 44
Rozdział 45
Rozdział 46
Rozdział 47
Rozdział 48
Rozdział 49
Rozdział 50
Rozdział 51
Rozdział 52
Epilog
Playlista
Przypisy
Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.
Dla wszystkich niegrzecznych dziewczyn, które wolą starszych mężczyzn.Bądźmy ze sobą szczere, oni robią to lepiej.A teraz usiądźcie wygodnie i dajcie się pochłonąć mężczyźnie, który jest dżentelmenem za dnia, lecz diabłem pod przykrywką nocy
Lareina
Rok temu
– Czy mnie także poczęstuje pani szampanem?
Drgnęłam zaskoczona, gdy za moimi plecami odezwał się niski, męski głos. Omal nie rozlałam zawartości kieliszków stojących na tacy, którą trzymałam. Najpierw obejrzałam się przez ramię, a potem odwróciłam się cała.
Skupiłam uwagę na ciemnobrązowych oczach, które były zasłonięte czarną maską ze złotymi zdobieniami. Intensywność spojrzenia mężczyzny mnie peszyła, ale nie chciałam, by to zauważył, więc się wyprostowałam i przykleiłam na usta serdeczny uśmiech.
– Oczywiście.
Przysunęłam bliżej tacę, by ułatwić mu sięgnięcie po szampanówkę.
Z zaciekawieniem obserwowałam, jak nieznajomy bierze jeden z kieliszków i nie odrywa ode mnie wzroku. Przesunęłam spojrzeniem od jego palców do ramienia, po czym zlustrowałam go całego. Wieczorowy garnitur leżał na nim jak ulał, zdobiły go złote dodatki, tak samo jak stroje reszty mężczyzn, z którymi do tej pory siedział przy jednym ze stolików.
– Mogę zająć ci trochę czasu… – Spuścił wzrok na plakietkę, która zdobiła moją pierś. – Evie? – Niski tembr nieznajomego sprawił, że przeszedł mnie dreszcz.
Nieznacznie rozszerzyłam oczy zdziwiona jego pytaniem. Zmieszałam się, nie wiedząc, co odpowiedzieć, i zaczęłam wodzić wzrokiem po pokładzie statku, by znaleźć kogoś, kto uratowałby mnie z tej sytuacji. Dziwnie się czułam w obecności tego człowieka. Sama rozmowa z nim sprawiała wrażenie zakazanej. Był jednym z organizatorów tej imprezy, o której mało kto cokolwiek wiedział, a jeśli ktoś już miał jakieś informacje, to niechętnie się nimi dzielił. Znajdowaliśmy się na balu pełnym bogaczy skrywających swoją tożsamość za maskami.
– Jestem w pracy i nie mogę… – oznajmiłam z napięciem, w końcu na niego spoglądając.
– A ja jestem jedną z sześciu osób, które ustalają tu zasady – wszedł mi w słowo.
I to mnie w tej chwili najbardziej przeraża, pomyślałam, przełykając ciężko ślinę. W co ja się dałam wciągnąć? Byłam tu dla pieniędzy, żeby móc przeżyć, i mężczyzna doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Utwierdził mnie w tym przekonaniu, gdy sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki, po czym wysunął w moją stronę plik studolarowych banknotów.
– Pięć tysięcy za pół godziny twojego czasu.
Rozchyliłam usta, wpatrując się skołowana w pieniądze. Liczyłam, że się przesłyszałam lub źle go zrozumiałam. Chyba nie oczekiwał, że jestem taką kobietą. Potrzebowałam kasy, ale nie zamierzałam upaść tak nisko. Nie tak zostałam wychowana.
– Nie chciałem cię urazić – wyjaśnił, gdy przez szok nie byłam w stanie wydusić ani słowa. – Podjęłaś się tej pracy, by łatwo zdobyć pieniądze. Nie jesteś tu jedyna.
– Nie jestem taka – wydusiłam, nawiązując z nim kontakt wzrokowy.
– Chcę cię tylko poznać – zapewnił, bo widział, że zrozumiałam jego propozycję jednoznacznie.
– Mnie?
– Nie będę cię czarować uwodzicielskimi tekstami, bo to nie w moim stylu. Podobasz mi się i zaintrygowałaś mnie. Pragnę z tobą tylko porozmawiać.
– To naruszy moją anonimowość – zauważyłam, znów zerkając na plik, który był na wyciągnięcie dłoni i kusił.
– Jeśli zapytam cię o coś, na co nie będziesz chciała odpowiedzieć lub mogłoby to ujawnić, kim jesteś, dasz mi znać.
Zagryzłam wargę, rozglądając się wokół. Nikt nie zwracał na nas uwagi. Goście koncentrowali się na wciąż trwających licytacjach kawałek dalej od nas.
Nie wiedziałam, jak postąpić. Odmowa byłaby rozsądnym wyjściem, ale coś w głębi mnie chciało ulec nieznajomemu i przyjąć jego propozycję. Nie mogłam pozbyć się myśli, że gdybym się nie zgodziła, wyszłabym na idiotkę. Pięć tysięcy to sporo kasy. Za głupie pół godziny? Wręcz niewyobrażalnie dużo. Przecież nie musiałam z nim robić niczego, czego bym nie chciała. Zapewniała mnie o tym Stacy, więc dlaczego miałabym przepuścić okazję zarobienia tak łatwych pieniędzy?
Obyś tego nie żałowała, Lareina, mruknęłam do siebie w myślach, zanim odpowiedziałam organizatorowi:
– Dobrze.
You’re so bad for my health but I just can’t help myself. I’m so stupid for ya
– Tate McRae
Lareina
Obecnie
– Drodzy państwo, prosiłbym, byście jeszcze chwilę zostali – odezwał się profesor, gdy studenci zerwali się z miejsc, żeby czym prędzej opuścić salę. Wszyscy z niechęcią opadli z powrotem na drewniane, niewygodne siedzenia. – Jak zapewne wiecie, musicie odbyć praktyki zawodowe. – Sięgnął do szuflady biurka i wyciągnął z niej spięty plik kartek, po czym pokazał go studentom. – Na biurku zostawiam listę szpitali, w których możecie je odbyć. Maksymalnie piętnastu praktykantów na jeden ośrodek.
Wszyscy ponownie zaczęli się podnosić, by podejść do stolika profesora.
– Proszę przychodzić po kolei.
– Musimy być razem – szepnęła do mnie Louisa, która dotrzymywała mi kroku.
Przyjaźnimy się od dzieciństwa dzięki naszym rodzicom, którzy także trzymali się razem. Wspólnie studiowałyśmy na poprzednim kierunku i ogromnie się ucieszyłyśmy, gdy dostałyśmy się na NYC Grossman School of Medicine.
Pokiwałam głową i ruszyłam za przyjaciółką. Louisa miała na sobie granatową bluzę i dżinsy. Czarny warkocz kiwał jej się na boki, gdy schodziła w dół auli. Wsunęła telefon do tylnej kieszeni spodni, po czym poprawiła torbę na ramieniu.
Gdy po dłuższej chwili nastała nasza kolej na wpisanie się na listę, tylko w jednym szpitalu zostały dwa wolne miejsca, więc bez większego namysłu wpisałyśmy się w rubryczkę.
– Cel uzyskany – mruknęła, szturchając mnie biodrem.
Na dziedzińcu już czekali na nas Felix i Chester. Mieszkali naprzeciwko naszego pokoju w akademiku. Poznałyśmy się z nimi dosyć niestandardowo, gdy byłyśmy w stanie upojenia alkoholowego po nocnej imprezie, podczas której świętowałyśmy przeprowadzkę. Narobiłyśmy nad ranem na korytarzu strasznego hałasu, czym ich obudziłyśmy, a oni wcale nie wściekli się z tego powodu, tylko okazali się cudownymi sąsiadami, którzy pomogli nam zwalczyć kaca.
I w taki sposób zaczęliśmy się kolegować.
Siedzieli przy jednym z drewnianych stolików, na którym rozłożyli jedzenie. Felix uwielbiał gotować i sam z siebie robił posiłki dla całej naszej czwórki. Dzięki niemu oszczędzałyśmy masę czasu, który w innym wypadku spędzałybyśmy w kuchni.
– Wyglądasz paskudnie – stwierdził Chester, gdy się do nich dosiadłyśmy. Przeczesał palcami brązowe włosy, uważnie mi się przyglądając. W niebieskich tęczówkach ujrzałam coś na kształt zmartwienia.
Sięgnęłam po naleśnika z plastikowego pudełka, które leżało przed chłopakiem.
– Ja zawsze wyglądam ślicznie, to tobie brakuje gustu – burknęłam, po czym wgryzłam się w zawinięty w rulon placek.
Chester prychnął, ale kącik ust drgnął mu w rozbawieniu.
– Brakuje mi jedynie nowej pary oczu, bo te mi już wysiadły od twojej brzydoty.
Wskazałam Chestera palcem, gdy usłyszałam jego złośliwą ripostę.
– Jak już, to to się stało od blasku mojej zajebistości.
Kątem oka zerkałam na niego, gdy pałaszowałam naleśnika. Wyglądał, jakby się zastanawiał, czy ciągnąć przekomarzanki, które stały się już częścią naszej codzienności, czy jednak się zamknąć.
Zachowywałam się jak wredota, bo taki był mój język miłości, o czym przyjaciele dawno już wiedzieli i wcale im to nie przeszkadzało.
– Patrz! – pisnęła moja przyjaciółka, przyciągając mnie do siebie za przegub ręki, głową zaś kiwnęła lekko w bok, żebym tam spojrzała. – Ale ma dojebaną spódniczkę!
Przyjrzałam się czerwonemu, rozkloszowanemu ubraniu w czarną kratę, które sięgało jakiejś dziewczynie do kolan. Nie było w tej spódnicy nic, czym można by się zachwycić. Przynajmniej w mojej opinii.
Skrzywiłam się, darując sobie komentarz, na co chłopaki parsknęły śmiechem. Przeniosłam uwagę z powrotem na Louisę, której mina wyrażała, że nie podziela mojego zdania.
– Nie patrz tak na mnie. Jeśli chcesz wyglądać jak po przejściach, to mogę ci nabić limo pod okiem, wyjdzie taniej.
Przewróciła oczami i zdecydowała się nie drążyć tematu.
– Praktyki wybrane? – zaciekawił się Felix, przeskakując wzrokiem między mną a panną Walker. Dziewczyna mruknęła jakieś potwierdzenie, jedząc kanapki z kurczakiem zapiekane w piecu.
– Już przygotowuję się na ten zapieprz. Praktyki w dzień i praca w nocy – burknęłam i podciągnęłam jedną nogę tak, by stopę oprzeć na siedzisku ławki, a brodę o kolano.
Nasza tymczasowa praca zmieniła się w stałą. Miała to być robota, która zapewni nam dobre pieniądze na start, zanim znajdziemy coś lepszego. I wydarzyło się to, czego się obawiałam od samego początku. Przyzwyczaiłyśmy się do fajnych napiwków, które mocno zwiększały nasze miesięczne zarobki. Życie w Nowym Jorku jest drogie, a my nie chciałyśmy żyć w nędzy.
Westchnęłam głośniej, niż powinnam, czym zwróciłam uwagę przyjaciół. Cała trójka wlepiła we mnie zaciekawione spojrzenia.
– Co jest? – Chester zmarszczył brwi.
– Nic. Po prostu coś mi się przypomniało. – Machnęłam lekceważąco ręką, nie chcąc zaczynać tematu tajemniczego nieznajomego.
– Nie mów, że znowu o nim myślałaś – rzuciła z niedowierzaniem Louisa, na co wzruszyłam beznamiętnie ramionami.
– Mówiłem wam. Typ miał magicznego penisa – zażartował Felix, na co jego chłopak zdzielił go w głowę. – Ała! – Potarł obolałe miejsce, a potem poprawił ułożenie swoich ciemnoblond włosów. – Jak inaczej wytłumaczysz to, że minął rok, a ona wciąż o facecie pamięta? Musiała mieć z nim najlepszy seks w życiu!
Zdradziłam chłopakom to, co odwaliłam w zeszłym roku podczas pracy na imprezie charytatywnej. Ze względu na podpisaną umowę o poufności nie mogłam im powiedzieć zbyt wiele, ale nie potrafiłam też całkowicie wszystkiego ukryć. Zwłaszcza że szybko po mnie poznali, że coś się musiało wydarzyć w mojej pracy.
– Reina zachowuje się, jakby kutas zaćmił jej resztki szarych komórek – stwierdziła rozbawiona Louisa, zerkając na mnie. Posłałam jej pełne politowania spojrzenie. – Pobudka, twój rycerzyk spierdolił.
– Myślę, że powinnaś wybrać się na randkę w ciemno – zaproponował Felix, co sprawiło, że wszyscy troje popatrzyliśmy na niego jak na kosmitę. – Skoro w ciemno poznałaś faceta i straciłaś dla niego głowę, to może ponowna próba…
– Nie – zaprzeczyłam od razu.
– A może znowu pójdziesz na ten bal? Z tego, co pamiętam, odbywa się w tym miesiącu.
– Tym bardziej nie. Ustaliliśmy, że to była jednorazowa akcja.
– Chyba nie dla ciebie – uznał Chester, patrząc na mnie wymownie.
– Koniec tematu.
Przyjaciele nie naciskali więcej, za co byłam im niezmiernie wdzięczna. W ogóle nie było o czym gadać. Po prostu musiałam się w końcu ogarnąć i nie miałam pojęcia, czemu zajmowało mi to tak dużo czasu.
Vincenzo
Ludzie z mojego kręgu nie mogli zrozumieć, dlaczego podjąłem się tego zawodu i uparcie się go trzymałem, gdy zarabiałem znacznie więcej na rodzinnych interesach. Rządziłem Nowym Jorkiem, a pod sobą miałem pięć nowojorskich rodzin. Odpowiedź wcale nie była taka skomplikowana. Ta praca stała się moją odskocznią i sprawiała mi przyjemność. Chciałem pomagać ludziom w inny sposób, niż zwykle to robiliśmy. Mniej brutalny.
Gdy przeglądałem kartoteki pacjentów, rozległo się pukanie do drzwi, zza których po chwili wychyliła się Elena, jedna z pielęgniarek. Miała na sobie strój roboczy, a włosy w kolorze ciemnego blondu związała w niski kok. Była drobna i niewysoka. Dzieliły nas zaledwie trzy lata różnicy, dogadywaliśmy się świetnie.
– Witam, doktorze. Dostaliśmy listę studentek, które w przyszłym miesiącu będą odbywać praktyki w naszym szpitalu.
Przyglądałem jej się, nie rozumiejąc, czemu przychodzi z tym do mnie. Nigdy nie bawiłem się w opiekuna dla praktykantów.
– Wiem, że niechętnie podchodzisz do uczenia studentów, ale może tym razem się skusisz? Doktor Brown jest na urlopie i brakuje nam jednego lekarza.
Machnąłem ręką, by podała mi listę. Przeleciałem wzrokiem po nazwiskach, a później na proponowaną rozpiskę godzin. Sięgnąłem po swój kalendarz, żeby sprawdzić, jak wygląda mój rozkład pracy na listopad i grudzień. Nie pracowałem tu na pełny etat, więc trudno byłoby mi szkolić jakiegokolwiek studenta.
– Nie jestem pewien, czy mogę się tym zająć – przyznałem zgodnie z prawdą.
– Dyrektor zalecił mi, by przydzielić doktorowi chociaż jednego studenta z listy – wyjaśniła, na co ciężko westchnąłem. Nie zamierzałem robić problemów z tak błahego powodu, więc w końcu pokiwałem głową. Ten raz mnie nie zabije.
– Dobrze, Eleno, ale wezmę tylko jednego. – Oddałem jej rozpiskę.
– Jasne jak słońce – rzuciła radośnie, cofając się, po czym opuściła mój gabinet.
Elena była naszym promyczkiem w szpitalu. Pacjenci ją uwielbiali, szczególnie dzieci. Zawsze była wesoła, a uśmiech nie schodził jej z twarzy. Mimo wielu przykrych sytuacji, których była tutaj świadkiem, nie traciła światła. Podziwiałem ją za to, że z upływem lat wciąż tak samo kocha swoją pracę. Widok niejednej śmierci może źle wpłynąć na każdego człowieka.
Gdy moja przerwa na kawę się skończyła, ruszyłem na oddział. Zacząłem od najstarszej pacjentki. Gdy wszedłem do jej sali, kobieta leżała w łóżku i oglądała coś na laptopie. Kiedy mnie ujrzała, rozpromieniła się na twarzy. Ostrożnie podniosła urządzenie i odłożyła je na szafkę, która znajdowała się po jej lewej stronie.
– Dzień dobry, panie doktorze.
– Dzień dobry, Eleonoro. Jak się dziś czujesz? – spytałem i stanąłem przy jej łóżku.
– Bardzo dobrze. Pani Elena dotrzymała mi dziś towarzystwa i przyniosła książkę. – Wskazała na stolik nocny, na którym leżał egzemplarz Dumy i uprzedzenia, ja zaś obdarowałem ją uśmiechem.
– Obejrzę twoją ranę, by się upewnić, że nic złego się z nią nie dzieje – poinformowałem staruszkę, a potem udałem się do małej łazienki przy sali, by umyć i zdezynfekować ręce. Musiałem mieć pewność, że są sterylnie czyste, zanim zacznę badanie.
Wróciłem do kobiety i delikatnie podwinąłem jej koszulkę w miejscu, gdzie widniała rana. Eleonora została zaatakowana przez nożownika. Mężczyzna nie był przy zdrowych zmysłach i został wysłany na oddział zamknięty. Upewniłem się, by tam trafił. To się wydarzyło w moim mieście, a ja chciałem, żeby jego mieszkańcy czuli się bezpiecznie. Nie byłem dobrym człowiekiem, lecz starałem się nim być na tyle, na ile miałem taką możliwość.
– Rana prawidłowo się goi i nie widać żadnych śladów zakażenia, co jest bardzo dobrym znakiem. Wszystko wskazuje na to, że na dniach będziesz mogła wrócić do domu, Eleonoro – oznajmiłem, na co kobieta odetchnęła z ulgą.
– To cudowna wiadomość – uradowała się, ale po chwili się zmartwiła. Zmarszczyłem brwi, bo nie rozumiałem, co wpłynęło na jej zmianę nastroju. – Bardziej się martwię o pana, doktorze – stwierdziła, czym nieco mnie zdezorientowała. – Taki przystojny, młody mężczyzna, a kawaler. Aż się dziwię, że nie biega za panem tłum kobiet, które chciałyby zwrócić pana uwagę.
Z ust wyrwało mi się parsknięcie. Pokręciłem bezradnie głową.
Po chwili jednak do głowy wtargnął mi obraz brązowych włosów z blond pasemkami i magnetyczne spojrzenie czekoladowych oczu tajemniczej kobiety. Wciąż pamiętałem dotyk jej skóry i to, jak jęczała, gdy doprowadzałem ją do spełnienia.
Choć bardzo się starałem nie wracać wspomnieniami do tamtego wieczoru, to tej dziewczyny nie dało się zapomnieć.
– Och, znam ten wzrok. Jednak ma pan kogoś. – Na jej usta wpłynął szeroki uśmiech, co sprawiło, że szybko pokręciłem głową.
– Nie mam nikogo, Eleonoro.
Staruszka przewróciła oczami i załamana machnęła ręką.
– Dość przeżyłam, by nie nabierać się na takie stare kłamstwa – stwierdziła wyraźnie urażona. – Jeśli kobieta sprawia, że mężczyźnie oczy błyszczą tak jak panu doktorowi, to znaczy, że jest warta zachodu.
Zacisnąłem usta, a dłonie ukryłem w kieszeniach kitla. Nie zamierzałem raczyć kobiety opowieścią o chwili, w której straciłem nad sobą kontrolę i pozwoliłem sobie na jednorazowy numerek z kobietą, o której nie wiedziałem kompletnie nic.
Miałem pacjentkę zanudzić tym, że mimo upływu tylu miesięcy wciąż liczyłem, że spotkam kiedyś dziewczynę ukrytą za maską?
Przeprowadziłem z Eleonorą jeszcze krótki wywiad dotyczący jej samopoczucia, a następnie opuściłem salę, żeby sprawdzić stan reszty swoich pacjentów.
Jednak moje myśli znów jak bumerang wracały do tajemniczej Evie. Nurtowało mnie wiele pytań od czasu, kiedy ją poznałem. Kim naprawdę była? Czemu zdecydowała się pracować na tamtej imprezie? Co się wydarzyło w jej życiu, że tak desperacko chciała zarobić taką sporą kasę? Długi? Choroba? Uzależnienie?
Nie wiedziałem nic, ale przeczuwałem, że w końcu się to zmieni.
Wkrótce ją odnajdę.
A wtedy zrobię wszystko, by była moja.
Tonight all the monsters gonna dance. We’re comin’ to get ya
– China Anne Mcclain
Lareina
Rok temu
Mogłam się tego spodziewać po Louisie. Liczyłam, że po przylocie do Nowego Jorku będę mogła spokojnie odpocząć.
Moją przyjaciółkę jednak rozpierała ekscytacja i nie potrafiła usiedzieć na miejscu. Choć dzisiejszego wieczoru nie miałam na to ochoty, dałam się namówić na wyjście na miasto. Spodziewałam się, że pójdziemy do jakiejś knajpy albo po prostu na spacer, ale ona wymyśliła coś zupełnie innego. Dlatego właśnie stanęłyśmy w kolejce do wejścia do jednego z klubów na Manhattanie.
Uniosłam wzrok na różowy neonowy szyld z napisem „Paradise”, który bił po oczach. Zaplotłam ręce na piersiach, zerkając na Walker, która wodziła spojrzeniem po mężczyźnie, stojącym przed nami i rozmawiającym z innym facetem. Od razu było widać, że wpadł jej w oko.
Przysunęła się do mnie, żeby wyszeptać:
– Przystojniak.
Nie musiała nic więcej dodawać, bym wiedziała, że ten nieszczęśnik stanie się jej dzisiejszą ofiarą. Pokręciłam z rozbawieniem głową. Byłam bardzo ciekawa, jak się zabierze do poderwania chłopaka.
Nieznajomy, który zwrócił uwagę Walker, miał ciemną karnację. Włosy delikatnie poruszały mu się pod wpływem wiatru. Gdy mówił do swojego towarzysza, przekręcał mocniej głowę w jego stronę, dzięki czemu miałam idealny widok na jego profil. Spuściłam delikatnie wzrok, by mu się przyjrzeć. Czarna koszula opinała jego barki, które wyglądały, jakby sporo czasu spędzał na siłowni. Garniturowe spodnie w tym samym kolorze miał ozdobione paskiem.
Zauważyłam po prawej stronie ruch, co sprawiło, że straciłam zainteresowanie mężczyzną, a skupiłam się na przyjaciółce. Pochyliła się, jakby chciała zawiązać but, ale ona miała szpilki, które przecież nie były sznurowane. Ściągnęłam brwi zakłopotana, zastanawiając się, co ona wyprawia. Sapnęłam zaskoczona, widząc, jak traci równowagę i niezdarnie leci na faceta przede mną. Pisk dziewczyny obił się boleśnie o moje bębenki, gdy zderzyła się z nieznajomym. Jego towarzysz szybko zdał sobie sprawę, co się dzieje, i złapał Louisę za łokieć i biodro, pomagając jej w ten sposób utrzymać się na nogach.
Jej obiekt zainteresowania spojrzał na nią szeroko otwartymi oczami, a potem zerknął na mnie, jakby chciał się dowiedzieć, co tu się właśnie odwaliło. Nie uzyskał odpowiedzi, bo sama nawet nie drgnęłam, także skołowana tym, co się stało.
– Przepraszam! – Przycisnęła otwartą dłoń do klatki piersiowej z przerażeniem wypisanym na twarzy. Zacisnęłam z całej siły usta, nie chcąc parsknąć śmiechem na widok jej godnej nagrody gry aktorskiej. – Nic panu nie jest? Ależ ze mnie łamaga. – Sunęła spojrzeniem po mężczyźnie. Widziałam, jak walczy ze sobą, by nie pokazać, że delektuje się jego widokiem. Dla kogoś, kto jej nie zna, w jej oczach mogło tańczyć jedynie zmartwienie. Ja natomiast dostrzegałam tego małego czerwonego diabełka w jej źrenicach.
Louisa dokładnie wiedziała, jak się poruszać, by biła od niej skrucha, ale jednocześnie wodziła biednego chłopaka na pokuszenie.
I najlepsze w tej całej sytuacji było to, że jej dziwny sposób podrywu działał.
Nieznajomy wygiął usta w uśmiechu i położył dłoń na ramieniu dziewczyny, pożerając ją wzrokiem. Zauważyłam chwilowy błysk w jego oku, który dawał do zrozumienia, że cieszy się z tego spotkania.
Choć słowo „spotkanie” to spore wyolbrzymienie. Nawet zdania ze sobą nie zamienili, aczkolwiek przynęta została zarzucona, a on dał się na nią złapać.
Szacun, Louisa, pomyślałam. Proszę o korepetycje.
– Nic się nie stało, złotko. A z tobą wszystko dobrze?
Dziewczyna rozciągnęła usta w słodkim uśmiechu, który działał na większość osób z penisem między nogami.
– Jestem cała. Po prostu straciłam równowagę. Jeszcze raz przepraszam.
– Każdemu mogło się zdarzyć. – Przeczesał palcami ciemne kosmyki włosów, na które padało różowe światło. – Jestem Gabriel, a to mój kuzyn Antonio. – Machnął ręką na swojego towarzysza, który odpowiedział jedynie ledwie zauważalnym uniesieniem kącika ust.
– Ja jestem Louisa, a to Lareina, moja przyjaciółka.
Wymamrotałam tylko ciche „cześć”. Obaj skupili się na mnie na kilka długich sekund. Kuzyn mężczyzny stał z dłońmi wciśniętymi w kieszenie spodni i w końcu zaczął kręcić nieznacznie stopą, jakby chciał wydrążyć dziurę w betonowym podłożu.
Gdy uniósł rękę, by poprawić kołnierzyk koszuli, coś na jego palcu błysnęło w blasku lamp ulicznych. Zmrużyłam oczy, by lepiej się temu przyjrzeć. Biżuteria kojarzyła się jednak tylko z jednym – z obrączką.
– Chcecie może spędzić z nami wieczór? – Gabriel zerknął w moim kierunku, jakby dopiero teraz przypomniał sobie, że w ogóle istnieję.
– Pewnie! – Przyjaciółka rozpromieniła się z radości, że to zaproponował. Przekręciła głowę w moją stronę i uważnie mi się przyjrzała, jakby chciała się upewnić, że nie mam nic przeciwko. Coś czułam, że i tak nie mam zbyt wiele do powiedzenia.
Gdy w końcu dotarliśmy do wejścia, ochroniarz przywitał się z nowo poznanymi mężczyznami jak z kumplami. Ściągnęłam brwi, bo w zasadzie rozluźnił ramiona i uniósł kącik ust na widok kuzynów.
Antonio, który do tej pory nie okazywał żadnych emocji, teraz się uśmiechał. Gabriel niespodziewanie zarzucił Louisie rękę na szyję i kiwnął w moją stronę głową, dając znak, byśmy weszły. Popatrzyłam czujnie na ochroniarza, który już nie zwracał na nas uwagi, tylko legitymował kolejne osoby stojące za nami.
– Często tu przychodzicie? – usłyszałam głos Antonia i odwróciłam się w jego stronę. Intensywność jego szarych oczu sprawiła, że na chwilę się zmieszałam.
– Jesteśmy tu pierwszy raz. Dzisiaj dopiero przyleciałyśmy do Nowego Jorku.
Mężczyźni na sekundę nawiązali kontakt wzrokowy. Choć był krótki, zauważyłam między nimi nić porozumienia.
– Urlop? – Gabriel zaprowadził nas do jednego ze stolików, przy którym usiedliśmy.
– Dostałyśmy się na medycynę. – Louisa skrzyżowała spojrzenie z mężczyzną, uśmiechając się przy tym szeroko. W jego zielonych oczach błysnął podziw, gdy uniósł brwi aż do linii włosów.
Wyłączyłam się z tej rozmowy, wędrując wzrokiem po klubie. Kolorowe światła odbijały się w szkle stojącym na stolikach. Muzyka sprawiała, że czułam wibracje pod stopami. O bar opierali się ludzie, a za nim pracownicy energicznie robili drinki. Na prawo od nich znajdowała się scena, przy której DJ za konsolą podrygiwał do muzyki, przyciskając do ucha jedną ze słuchawek. Część gości siedziała przy stolikach i rozmawiała, a reszta tańczyła na parkiecie. Miejsce, gdzie najprawdopodobniej odbywały się jakieś pokazy, było oświetlone czerwonym światłem.
Gdy podeszła do nas kelnerka z notesem w ręku, przeniosłam uwagę na Walker, która przeglądała kartę z drinkami. Wtedy za uważyłam, że na jej odwrocie jest informacja o jakichś występach burleski.
Co ona za klub wybrała?
Gabriel i Antonio rozmawiali z kelnerką, jakby znali się od lat, a ja lekko zmarszczyłam nos. Musieli być tutaj stałymi bywalcami, co nieco odjęło im w moich oczach. Już po samym wystroju lokalu dało się stwierdzić, że to miejsce jest skierowane głównie do męskiej klienteli.
– To Stacy. – Antonio przedstawił dziewczynę mnie i Louisie. – Razem pracujemy.
– Tutaj? – spytałam z rezerwą, przeskakując wzrokiem po całej trójce, a następnie skupiłam się na obrączce mężczyzny. On także na nią spojrzał, ale nie schował ręki, choć się tego spodziewałam.
Jego żona godzi się na to, by zarabiał w takim miejscu? Nie miałam nic do takich klubów, ale ja chyba czułabym się nieswojo, gdyby mój facet pracował w klubie, w którym tańczą roznegliżowane laski. Kobieta musi mieć do niego ogromne zaufanie.
– Właśnie, Stacy. – Gabriel przykuł uwagę blondwłosej dziewczyny. – Louisa mi właśnie mówiła, że obie z koleżanką szukają pracy, a wiem, że ostatnio w klubie brakuje kelnerek.
Próbowałam znaleźć na twarzy przyjaciółki jakieś oznaki, że nie podoba jej się ten pomysł, ale szeroki uśmiech wskazywał na coś kompletnie przeciwnego.
– Tak, to wciąż aktualne, więc jeśli jesteście zainteresowane, możemy się jakoś umówić na rozmowę. – Przeskakiwała piwnymi oczami między mną a Louisą.
Nie byłam przekonana do pracy w takim miejscu, ale może jako coś na sam początek nie będzie to takie złe wyjście? Robotę zawsze można zmienić. Nie musimy się z tym miejscem związywać na zawsze.
– Co o tym myślisz, Reina? – Walker spojrzała na mnie, jakby szukała poparcia swojej decyzji, której nie wypowiedziała na głos, lecz która wyraźnie malowała się na jej opalonej twarzy.
– Warto spróbować. Dać ci nasz kontakt czy może zostawić go komuś innemu? – spytałam kelnerki.
– Wiesz co… – Stacy sięgnęła do kieszeni zapaski po komórkę, w której po chwili coś wystukała, a potem mi ją podała. – Wpisz swój numer. Odezwę się do ciebie jakoś na dniach.
Wzięłam od niej telefon, ale chwilę się wahałam przed wpisaniem swojego kontaktu. Na moment zerknęłam na przyjaciółkę, która wpatrywała się we mnie wyczekująco. Zauważyłam, że cała czwórka gapi się jak cielę w malowane wrota, więc w końcu się przemogłam i wpisałam ciąg cyfr.
Kiedy oddałam telefon kelnerce, zauważyłam, że mężczyźni ponownie wymienili się spojrzeniami. Ta niema komunikacja zaczynała mnie niepokoić. Rozważałam, by odciągnąć od nich Louisę i się oddalić, ale ona tak dobrze się z nimi dogadywała, że już stwierdziłam, że chyba jestem trochę przewrażliwiona. Zostałam więc na miejscu, starając się ignorować dziwne przeczucia i cieszyć tym wieczorem.
I need you to see me for what I have become
– Sleep Token
Vincenzo
Obecnie
Dzisiejszy dzień nie należał do najspokojniejszych. U kilku pacjentów doszło do komplikacji, a jednego niestety straciliśmy. Mimo wielogodzinnej walki ponieśliśmy porażkę, co sprawiło, że wśród personelu zapanowała smętna atmosfera. Nie była to pierwsza taka sytuacja i ktoś z zewnątrz mógłby pomyśleć, że lekarze powinni się do tego przyzwyczaić, ale to tak nie działa. Utrata podopiecznego, przy którym robiło się wszystko, by utrzymać go przy życiu, boli zawsze i napełnia smutkiem. Nie da się podchodzić do tego obojętnie. Nawet ja tak nie potrafię, choć nieraz, bez chwili wahania, pociągałem za spust, celując do drugiego człowieka.
Te dwie sytuacje sporo się od siebie różnią i nie każdy to rozumie.
Zmierzałem w kierunku swojego gabinetu, w którym chciałem zamknąć wszystkie sprawy na dzisiaj i wrócić w końcu do domu, by chociaż chwilę odpocząć, zanim usiądę do pracy związanej z organizacją.
Na korytarzu szpitala panował już spokój. Przez cały dzień personel się po nim krzątał, walcząc z czasem. Cisza wypełniająca ściany była przyjemna dla uszu.
Gdy sięgałem do kieszeni kitla po klucz do gabinetu, usłyszałem z niedaleka znajomy, męski głos:
– Doktorze Squillacte!
Zamarłem z dłonią przy zamku, przekręcając głowę w bok. Zmarszczyłem lekko czoło, usta ułożyłem w cienką kreskę. Przez hol szedł w moją stronę Cyril, także ubrany w biały fartuch, który w przeciwieństwie do mojego był rozpięty. Stawiał spore, choć spięte kroki. Pod oczami malowały mu się prawie czarne cienie. Był nieco blady na twarzy, a ciemne włosy miał w nieładzie, jakby chwilę wcześniej za nie ciągnął. Wszystko to sprawiło, że sam się zaniepokoiłem.
– Mogę zająć panu chwilę?
Pokiwałem głową.
– Ale nie tutaj – szepnął, po czym się odwrócił i ruszył w kierunku, z którego przyszedł.
Rozejrzałem się wokół i schowałem klucz do kieszeni, zanim podążyłem za mężczyzną.
Cyril rzadko zawracał mi głowę, choć dla mnie pracował. Ufałem mu, gdy w grę wchodziło wykonanie zleconej mu roboty. A jednak jego obecne zachowanie sprawiło, że zacząłem mieć co do niego wątpliwości.
Tak jak się domyślałem, prowadził mnie w kierunku wejścia do podziemi, którego od wielu lat nikt w szpitalu nie używał. Wszystko dzięki tajemniczemu najemcy, który zwrócił się do dyrektora obiektu o udostępnienie mu tego pomieszczenia. Tym najemcą oczywiście byłem ja, ale zrobiłem to przez pośrednika. Oczywiście później dokonałem wszelkich starań, żeby następnym dyrektorem szpitala został mój człowiek i by nikomu nie wpadła do głowy chęć odzyskania tej części budynku.
Cyril otworzył drzwi, do których klucz mieliśmy tylko my dwaj. Kiedy się znaleźliśmy na schodach prowadzących do piwnicy, zwróciłem się do mężczyzny:
– Czemu mnie tutaj sprowadziłeś?
Ruszyliśmy w dół.
– Mamy problem. – Nie odwrócił się, jakby nie chciał, bym odczytał emocje z jego twarzy.
Zmarszczka na moim czole się pogłębiła.
– To znaczy? – Surowość w moim głosie rozeszła się po pomieszczeniu. Cyril się zatrzymał, gdy znaleźliśmy się już niedaleko zamkniętych drzwi, za którymi trzymaliśmy nasz towar. Podniósł powoli ramiona, a potem opuścił je wraz ze świstem powietrza wypuszczanym z ust. W końcu się odwrócił, a jego twarz wyrażała niepokój.
– Tylko się nie denerwuj. Znajdziemy rozwiązanie.
Och, z pewnością, teraz jestem po stokroć spokojniejszy, zadrwiłem w myślach, świdrując go wzrokiem.
– Do rzeczy, Cyril.
Minęło kilka długich sekund, zanim wydusił z siebie to, przed czym się bronił przez całą drogę na dół.
– Nasze organy zniknęły. – Zacisnął dłonie w pięści, żeby ukryć ich drżenie.
– Wszystkie?
Mężczyzna chwilę się wahał, zanim otępiały pokiwał głową, potwierdzając w ten sposób tę nieprzyjemną wiadomość.
– Pokaż mi. – Oschłość w moim głosie w pustym i cichym pomieszczeniu wybrzmiała mocniej.
Odsunął niewielką komodę, za którą w ścianie znajdował się czytnik działający na odcisk palca. Gdy zagrała melodyjka, oznaczająca, że zamek masywnych drzwi ustąpił, Cyril nacisnął sporych rozmiarów klamkę. W środku znajdowały się specjalne pojemniki do przechowywania i transportu ludzkich organów.
Przekroczyłem próg pomieszczenia i wodziłem wzrokiem po wnętrzu, marszcząc przy tym brwi. Zacząłem otwierać transporter za transporterem, lecz wszystkie okazały się puste. Nie został ani jeden organ do przeszczepu.
– Przysięgam, że nikomu nic nie powiedziałem. – Głos mu drżał. Zerknąłem na faceta przez ramię. Zrobiłem to niespiesznie i ze spokojem, choć w środku buzowała we mnie złość. – Nie odważyłbym się. – Moje spojrzenie sprawiło, że kolory opuściły jego twarz i cały się spiął. Odwróciłem się i zbliżyłem do niego. Widziałem, że ma ochotę się wycofać, ale gdyby to zrobił, nie pochwaliłbym tego. Pogorszyłby tylko swoją sytuację.
– Nie byłeś ostrożny – oznajmiłem, wsuwając dłonie do kieszeni kitla. – Nie musiałeś nic mówić, żeby ktoś cię zauważył, jak tutaj schodzisz. Ktoś, kto nie powinien.
– Capo Vincenzo, przysięgam na swoje życie, że zawsze zachowywałem pełną ostrożność.
Westchnąłem ciężko, słysząc już chyba tysięczny raz to samo. Niektórzy zbyt łatwo dają słowo na coś, co jest dla każdego człowieka najcenniejsze na świecie.
– W tej sytuacji, jeśli chcesz to naprawić, możesz jedynie załatwić nowe organy, żeby nie zawieść naszych klientów.
Mężczyzna pokiwał głową i już chciał odejść, ale jeszcze bardziej się do niego zbliżyłem, co go wbiło w podłogę. Stałem na tyle blisko, że prawie stykaliśmy się palcami stóp.
– Dojdę do tego, kto i jakim cudem dowiedział się o tym miejscu. – Spojrzałem mu głęboko w oczy, na co on przełknął ciężko ślinę. – Jeśli zawiniłeś, już jesteś martwy.
Cyril jeszcze raz z napięciem pokiwał głową. Ewidentnie zabrakło mu języka w gębie.
– Możesz wrócić do pracy.
Nie zwlekał, niemal biegiem zniknął mi z pola widzenia. Dłuższą chwilę wpatrywałem się w drzwi na parter, którymi wyszedł, boleśnie zaciskałem przy tym szczęki.
Ktoś inny na moim miejscu bez wahania odebrałby mu życie za niedopilnowanie obowiązków. Ja wybrałem inne metody. Zwłaszcza że zabicie go tutaj przysporzyłoby mi o wiele więcej problemów, niż byłoby warte. Istnieje spore prawdopodobieństwo, że to on zawinił, ale wolę się wstrzymać z wyrokiem, póki nie nabiorę pewności.
Nie będzie uciekał ani próbował ujść z życiem. Zdaje sobie sprawę, że to bez sensu. Przed Cosa Nostrą nie da się ukryć. Mieliśmy ludzi, którzy zajmowali się tropieniem zbiegów. Może zająć to trochę czasu, ale zawsze ich znajdujemy i wykonujemy egzekucję.
Setki lat działania organizacji nauczyły nas sprawdzonych metod i dały doświadczenie, którego inne rodziny mogą nam tylko zazdrościć.
Gdy rozbrzmiał klik zamka, zsunąłem płaszcz z ramion i powiesiłem go na wieszaku. Usiadłem na małej ławeczce w przedpokoju, chcąc zdjąć buty, ale zanim to zrobiłem, rozejrzałem się po apartamencie. W środku panowała kompletna cisza. Z tego miejsca nie było słychać nawet tykania zegara. Od wielu lat mieszkałem sam i przywykłem już do takiego stanu rzeczy.
W kuchni zaparzyłem sobie kawę, bo wiedziałem, że i tak szybko nie zasnę przez dzisiejszą sytuację. Kazałem swoim ludziom przejrzeć nagrania z kamer, by ustalić, kto mógł się kręcić przy wejściu do szpitalnej piwnicy i ewentualnie, w jaki sposób się tam dostał. Zdobycie klucza nie było takie trudne, ale odcisk dłoni już tak. Pewne było jedynie to, że ktokolwiek się dopuścił kradzieży, zdecydowanie nie należał do amatorów. Wiedział, co i jak robi.
Wyciągnąłem z kieszeni spodni komórkę, żeby sprawdzić, czy nie dostałem czasem jakiejś wiadomości od swojego consigliere – Harveya. Pasek powiadomień świecił jednak pustkami.
Oparłem jedną rękę o blat kuchenny, a drugą uniosłem do ust filiżankę kawy. Budynek, w którym mieszkałem, stał przy Central Parku, na który miałem idealny widok z ogromnego, kuchennego okna. Przez kilka minut obserwowałem toczące się w dole życie na ulicach Manhattanu. Czasami tak robiłem, żeby zebrać myśli i poukładać je sobie w głowie.
Nagle ciszę przerwał dźwięk telefonu. Sięgnąłem po niego przekonany, że dostanę w końcu jakieś wieści na temat dzisiejszego incydentu, lecz na ekranie wyświetliło się połączenie od mojego brata.
– Słyszałeś? – westchnąłem, a filiżanka cicho stuknęła, gdy postawiłem ją na blacie.
– Owszem, i nieco mnie to zmartwiło – odpowiedział.
Lorenzo, jako don Cosa Nostry, otrzymywał cotygodniowe raporty dotyczące pracy każdego oddziału. W sytuacji takiej jak dzisiaj informacje były przekazywane jego consigliere natychmiast. Nie spodziewałem się jednak, że Lorenzo osobiście zaszczyci mnie telefonem.
– Moi ludzie już podjęli działania. W ciągu paru godzin powinniśmy poznać wszystkie szczegóły – wyjaśniłem.
– Nie wątpię, ale nie wydaje ci się to dziwne?
– Ktoś chciał mi zaszkodzić, jednak nie wiem, czemu wziął sobie za cel organy do przeszczepu. Gdyby chciał je sprzedać, ukradłby tylko te, na które miałby już klientów, a nie od razu wszystkie. – Myślałem na głos. – Gdyby chciał nas narazić na koszty, to celowałby w broń, kluby lub narkotyki.
Ludzkie narządy można przechowywać przez naprawdę krótki czas. Przeszczep należy wykonać jak najszybciej po pobraniu organu. Oczywiście każdy z nich ma inny termin ważności, ale niezależnie od rodzaju liczy się go w godzinach. Zabranie całego towaru z myślą o sprzedaży nie miałoby sensu, bo ktoś musiałby mieć idealnie dobranych odbiorców, a wątpiłem, by ktokolwiek dysponował tak precyzyjną wiedzą na temat naszego asortymentu.
– Może to miała być dla nas jakaś wiadomość? Możliwe, że ktoś chce wejść z nami w konflikt – zasugerował mój brat.
– Ten ktoś postąpiłby wyjątkowo nierozsądnie, Lorenzo. Zbyt mocno urośliśmy w siłę przez ostatnie lata, by komukolwiek opłacało się nas atakować.
– Na świecie chodzi wielu głupców pragnących władzy. – W słuchawce usłyszałem westchnienie. – Może za tą kradzieżą stoi Arturo?
Arturo Patriarca był od dłuższego czasu naszym utrapieniem. To najmłodszy syn Stefana – capo jednej z nowojorskich rodzin. Sprzeciwił się ojcu, odłączył od jego organizacji i pogrążył miasto w chaosie. Stał się naszym problemem w chwili, gdy zorganizował atak na żonę Lorenza, Vittorię. Wszedł też w układy z tatą Claire Monteiro, gdy ta była jeszcze pod jego władzą, a mój drugi brat się w niej zakochał. Dążył do śmierci Vitti i jej syna, gdy ten jeszcze się nie narodził. Na szczęście skończyło się jedynie na lekkim okaleczeniu dziecka.
Z ostatniego starcia z nami Arturo wyszedł jakimś cudem żywy i przepadł jak kamień w wodę. Szukaliśmy go, by się go pozbyć, zanim wpadnie na kolejny genialny pomysł, który zagrażałby mojej rodzinie.
Nie byliśmy pewni, czym był spowodowany jego bunt i działanie na własną rękę. Jednak szkodził nam i wkrótce mógł także innym klanom. Jeśli się nie opamięta, jedynym rozwiązaniem będzie egzekucja.
Skurczybyk jednak wie, jak się ukrywać, chociaż raczej nie będzie robić tego wiecznie. W końcu poczuje się na tyle bezpiecznie, że wyjdzie ze swojej nory, a wtedy moja rodzina go dopadnie i wykończy.
– Uważasz, że podjąłby się takiego ryzyka? Wróciłby do rodzinnego miasta i sabotował mnie?
– Miałem do czynienia z wieloma świrami i Arturo jest jednym z tych, którzy nie mają hamulców. Jest niebezpieczny. Żądny władzy. Nie jest liderem jak większość z nas, tylko niszczycielem. Zrówna z ziemią wszystko, co stoi mu na drodze do potęgi.
Pokiwałem głową, choć Lorenzo nie mógł tego zobaczyć. Jednego byliśmy pewni – Arturo nie czuł strachu. Nie był do tego zdolny lub po prostu był głupi, ale właściwie te dwie cechy się nie wykluczały.
– Jaki masz plan? – spytałem, bo wiedziałem, że dzwoni już z konkretnym pomysłem. Lorenzo był strategiem. Podchodził do spraw rozważnie i ze spokojem. Jeśli istniała możliwość rozwiązania problemu pokojowo, zawsze ją wybierał.
– Czuję nadchodzący na organizację atak, więc musimy mieć oczy dookoła głowy. Rodziny na całym świecie wyrażają swoje obawy względem sposobu, w jaki przejęliśmy władzę. Miałem na uwadze to, że w końcu znudzi im się bezczynne siedzenie. Możliwe, że ten czas nadszedł.
Nasza historia wygląda nieco inaczej, niż widzą ją inne organizacje. Dla nich pozbyliśmy się własnego ojca, by zdobyć władzę, i powoli przejmowaliśmy pełną kontrolę nad każdym oddziałem. Jedynie Lucas, nasz najmłodszy brat, przygotowywał się w tej chwili do roli capo w Miami. Inni mafiozi widzieli w nas piątkę dzieciaków pragnących potęgi. Może mieli po części rację.
Jednak w dużej części pielęgnujemy też to, co stworzyli nasi przodkowie, i budujemy lepszą przyszłość dla naszych dzieci. Niektórzy chcą nas jej pozbawić.
– Nie upadniemy, bracie – zapewniłem stanowczo, nieco mocniej zaciskając palce na komórce. – Wytrwamy dla naszej rodziny i lojalnych członków organizacji.
Can you light the fire? I need somebody who can take control. I know exactly what I need to do.‘Cause I don’t wanna be alone tonight (…) I’m dancing with a stranger
– Sam Smith & Normani
Lareina
Rok temu
Pierwszy miesiąc studiów minął w miarę dobrze. Trochę czasu zajęło mi przyzwyczajenie się do budzenia się w obcym miejscu i w ogóle do nowej rzeczywistości. Musiałam się zorientować, jak działa komunikacja miejska w tym wielkim mieście, a także zaakceptować nową pracę, do której chodzę od trzech tygodni. Klub okazał się nie taki zły, jak się obawiałam. Zostałyśmy z przyjaciółką ciepło przyjęte i dobrze się dogadywałyśmy ze współpracownikami.
Louisa szczególnie zacieśniała znajomość z Gabrielem. Ochroniarz ewidentnie był nią zainteresowany. Stwierdziłam to po tym, jak na nią patrzy, choć często w pracy dzieliła ich spora odległość, bo dziewczyna miała swój rewir z dala od wejścia, przy którym on zazwyczaj stał. Czasami łapałam ich na posyłaniu sobie nawzajem uśmiechów. Ciągnęło ich do siebie, lecz nie zauważyłam, by utrzymywali kontakt poza pracą.
Moje nastawienie do obu chłopaków uległo zmianie. Byłam do nich trochę uprzedzona, ale okazali się fantastycznymi kolegami. Dzięki temu, że poznaliśmy się wcześniej, czułam się w pierwszych dniach w klubie mniej nieswojo.
Wkrótce przywykłam do krótkich spódniczek i wydekoltowanych koszul. Makijaż, który nakładałam do klubu, wcale nie należał do lekkich, ale niestety dress code musiałam zaakceptować.
Cały czas szukałyśmy innej roboty, ale okazało się to trudniejsze, niż myślałam. Na razie obie byłyśmy skazane na pracę kelnerki w klubie. Louisa nie wydawała się narzekać z tego powodu. Ja wciąż upierałam się przy tym, że musimy znaleźć coś innego. Obawiałam się, że im dłużej tutaj zostaniemy, tym bardziej się przyzwyczaimy do wysokich napiwków i już w ogóle nie będziemy chciały się stąd zwalniać. Dostawałyśmy od klientów naprawdę fajne pieniądze.
Najlepszy kontakt złapałam z Elliotem, który był barmanem. Dowiedziałam się, że zaczął tutaj pracować, gdy był na studiach, a niedawno skończył dwadzieścia osiem lat.
– Co tam, złoty chłopcze? – rzuciłam, gdy weszłam za bar. Nadałam mu to przezwisko, bo w ciemnych światłach klubu jego włosy zyskiwały złocisty odcień. Nie przepadał za tym, zwłaszcza gdy inni pracownicy to podłapali i sami zaczęli w ten sposób się do niego zwracać.
– Zawsze mogło być gorzej, a u ciebie, marudo? – Oczywiście w odwecie on też wymyślił mi ksywę. Tak mnie nazywał, bo uwielbiałam narzekać na bogatych gości klubu, którzy z wielką chęcią wsadziliby fiuta w każdą pracującą tutaj kobietę. Przywykłam już do niemoralnych propozycji, które musiałam nieustannie odrzucać. – Gotowa na zapierdol?
Pokiwałam głową w momencie, gdy o bar po przeciwnej stronie oparła się Louisa i położyła na blacie tacę. Wszyscy chodziliśmy tak samo ubrani, z tą jedynie różnicą, że Elliot zamiast spódniczki miał czarne spodnie od garnituru.
– Jak myślicie, ile dzisiaj dostaniemy napiwków? – Dziewczyna patrzyła to na mnie, to na naszego kolegę. Uwielbiała podawać jakąś kwotę, a potem traktować ją jak wyzwanie, żeby faktycznie uzbierać tyle podczas zmiany.
– Dwieście dolców. – Wzruszyłam ramionami, po czym wyszłam zza baru, by zabrać się do ściągania krzeseł ze stolików.
– Ja myślę, że więcej. Ze trzysta.
Ruszyła za mną, a ja nic nie odpowiedziałam. Wzięłyśmy się do pracy, bo za niecałą godzinę miałyśmy otwierać lokal, a jeszcze parę rzeczy było do zrobienia.
– Cześć! – Czyjś głos rozszedł się po sali, zwracając naszą uwagę. Podeszła do nas Stacy, dziewczyna, która zaproponowała nam tutaj pracę. Blond włosy spięła w kucyk. Chyba jako jedyna malowała usta czerwoną szminką. Wykonywała wiele obowiązków kelnerki i gdyby nie plakietka, informująca, że jest menadżerką, wątpię, by ktokolwiek odróżnił ją od szeregowych pracowników. – Dzisiaj szef będzie mieć spotkanie w strefie VIP, więc wszystko musi pójść idealnie. Będzie obserwować naszą pracę.
Pokiwałyśmy głowami, że rozumiemy. Właściciel klubu rzadko tu zaglądał, lecz za każdym razem wszystkim towarzyszył z tego powodu ogromny stres. Nie wiedziałam, z czego to dokładnie wynika, ale faktycznie wyglądał na kogoś, z kim lepiej nie zadzierać. Osobiście nie miałam okazji faceta poznać, widziałam go tylko z daleka i takie odniosłam wrażenie.
– Po zmianie wpadnijcie do mnie do biura – poprosiła Stacy.
– Jasne – przystanęła Louisa.
Byłam ciekawa i jednocześnie zmartwiona, czemu chciała nas u siebie widzieć, ale nie miałam czasu się nad tym zastanawiać, bo obowiązki całkowicie mnie pochłonęły.
Po otwarciu lokalu goście szybko zaczęli się zbierać. Ruch przy barze zrobił się natychmiast. Przez pierwsze pół godziny zajmowałam się dekorowaniem drinków, zanim sala wypełniła się po brzegi i zaszła potrzeba, by wszystkie kelnerki obsługiwały stoliki.
Koło dwudziestej do klubu wszedł szef w towarzystwie dwóch mężczyzn. Byli ode mnie sporo starsi. Na oko mogli mieć koło pięćdziesiątki. Tylko właściciel miał lekko siwe włosy, czupryny dwóch pozostałych nie straciły jeszcze brązowej barwy. Czarne garnitury sprawiały, że biła od nich nutka grozy.
Ruszyli w kierunku strefy VIP, a ja zauważyłam, że kierowniczka podąża za nimi. Nie miałam jeszcze okazji pójść na piętro, dokąd zmierzali. U dołu schodów stała ochrona i zatrzymywała osoby, które nie mogły wchodzić do tej części lokalu. Dotyczyło to także kelnerek. Każda z nas miała swój rewir i musiała się go trzymać. Dziewczyny, które pracowały tutaj najdłużej, obsługiwały strefę VIP. Cieszyłam się, że mnie do niej nie przydzielono. Czasami słyszę, jak moje współpracownice narzekają, że niektóre VIP-y są upierdliwe.
– Ile za noc z panią?
Oderwałam wzrok od szefa i wróciłam nim do klienta siedzącego przy stoliku, który akurat sprzątałam.
– Nie świadczę takich usług. Roznoszę tylko drinki – wyjaśniłam, zmuszając się do uprzejmego uśmiechu. Mężczyzna chciał mnie złapać za biodro, ale w porę się odsunęłam, unikając jego obleśnego dotyku. Na samą myśl, że miałabym dać mu się zmacać, zbierało mi się na wymioty.
– Och, nie bądź taką cnotką, złociutka – mruknął rozbawiony facet, sięgając do kieszeni marynarki po portfel. Zszokowana obserwowałam, jak go otwiera i wyjmuje spory plik banknotów o wysokim nominale. – Pięćset dolców? Tysiąc? A może dwa?
– Ja naprawdę… – próbowałam odmówić, ale nie dane mi było dokończyć, bo u mojego boku pojawiła się jedna z koleżanek. Położyła rękę na moim ramieniu, a na usta przykleiła uwodzicielski uśmiech.
– Moja koleżanka nie oferuje takich usług, ale ja z przyjemnością ją wyręczę.
Naprawdę walczyłam sama ze sobą, by szczęka nie opadła mi do samej podłogi, kiedy to usłyszałam. Obiło mi się o uszy, że niektóre kelnerki obsługują klientów także w ten mniej moralny sposób, ale nigdy nie widziałam, by któraś to proponowała.
– Co za szkoda. – Koleś pokręcił bezradnie głową, ale podniósł się z krzesła i przyciągnął kobietę do siebie, zaciskając palce na jej biodrze. – Jednak nie jestem w stanie odmówić tak pięknej damie. Prowadź, kotku.
Patrzyłam, jak Lisa bierze go za dłoń i prowadzi w kierunku czerwonych pokoi, do których nigdy się nawet nie zbliżałam. Brązowe włosy spięte w kucyk powiewały jej na boki – w tym samym rytmie kołysała uwodzicielsko biodrami. Na samą myśl, że będzie się pieprzyć z tym facetem za pieniądze, zrobiło mi się tak niedobrze, że szybko sprzątnęłam stolik do końca i niemal biegiem wróciłam na zaplecze.
– A tobie co? – Zza rogu wyszła zmartwiona Louisa.
Musiała widzieć, jak tutaj wpadłam. Oparłam się o blat, na którym zostawiałyśmy brudne naczynia, by umyła je nasza pomoc kuchenna.
– Nie wierzę, że Lisa to robi – wydukałam, przecierając czoło dłonią.
– Jej wybór, Lareina. Jeśli jej to nie przeszkadza, nie widzę w tym nic złego. – Wzruszyła ramionami.
– To obrzydliwe.
– Zależy dla kogo – zauważyła. – Ewidentnie nie dla niej.
Gdzie my pracujemy?
Louisa podeszła, położyła dłonie na moich ramionach i skrzyżowała ze mną spojrzenie.
– Uspokój się i wracaj na salę, bo jest makabryczny ruch.
Pokiwałam głową w odpowiedzi.
– Zrobić ci kawę lub herbatę?
– Kawę. Dzięki. – Lekko się uśmiechnęłam.
Przyjaciółka opuściła zaplecze, a ja dałam sobie jeszcze minutę na przetrawienie tego, czego byłam świadkiem. Reszta zmiany minęła mi w miarę spokojnie. Oczywiście nie obyło się bez obrzydliwych tekstów czy niechcianego dotyku obcych mężczyzn, ale dało się przeżyć.
Wyszłam z szatni już przebrana i jeszcze chwilę czekałam na Louisę, zanim udałyśmy się do biura kierowniczki. Jej gabinet nie był duży. Jak większość pomieszczeń w klubie, urządzono go w ciemnych kolorach. Jedynie biurko było ozdobione paroma jaśniejszymi dekoracjami.
Stacy siedziała, wpatrując się w monitor komputera. Przeniosła wzrok na nas, rozciągnęła usta w uśmiechu i pokazała, byśmy usiadły. Gdy to zrobiłyśmy, oparła luźno ręce na blacie i splotła palce.
– Cieszę się, że jesteście – rzuciła. – Mam dla was pewną propozycję. – Sięgnęła po coś do szuflady, a potem wręczyła nam jakieś ulotki. – Co roku w połowie października jest organizowana impreza charytatywna na jachcie. Wyprawia go sześć najbogatszych rodzin w mieście. Jest to bal maskowy, na którym zbierają środki dla potrzebujących. Domów dziecka i samotnych matek, szpitali i innych instytucji – tłumaczyła, a my słuchałyśmy jej z zaciekawieniem. Spojrzałyśmy z Louisą na siebie, lekko zdezorientowane, dlaczego w ogóle nam o tym mówi. – Zostałam poproszona o załatwienie personelu do obsługi gości i chciałam spytać, czy byłybyście zainteresowane. Naprawdę dobrze płacą – dodała, jakby to miało nas zachęcić.
Spuściłam wzrok na przedmiot trzymany w dłoni. Wyglądało to na poważne wydarzenie. Zdjęcia, które, jak się domyślałam, pochodziły z poprzednich lat, krzyczały wręcz bogactwem. Impreza prezentowała się elegancko i dziwiło mnie, że Stacy akurat nam złożyła taką propozycję.
– I chcą kelnerek z klubu nocnego?
– Szef zna się z organizatorami, więc lepiej jest wziąć dziewczyny stąd niż z ulicy – wyjaśniła.
Zagryzłam wargę, nie wiedząc, co o tym myśleć. Kusiło mnie, żeby się zgodzić, chociażby dla samego doświadczenia. Wątpiłam, że kiedykolwiek jeszcze będę mieć okazję, by wybrać się na taką imprezę.
– Bal opiera się na anonimowości. – Stacy znów zwróciła moją uwagę. – Ochrona was sprawdzi i przetrzepie przed wejściem na jacht. Bogacze mają bzika na punkcie bezpieczeństwa. Będziecie też zobowiązane do podpisania klauzuli poufności. Wszystko, co się dzieje na statku, zostaje na statku. Uczestnicy szanują swoją prywatność i nie chcą, by ktoś poleciał z czymś niewygodnym do prasy. To jest tylko zabezpieczenie i działa też w drugą stronę. Nikt z gości nie pozna waszej tożsamości. Będzie ściśle chroniona.
– Jezu, to naprawdę poważna sprawa – rzuciłam zaskoczona.
– Nie do końca. Praca w zasadzie taka sama jak tutaj, tylko że na twarzach będziecie mieć maski, a na plakietkach pseudonimy. Dostaniecie sporą kasę za milczenie. Stroje i wszystko inne zapewnią wam organizatorzy.
– Sama nie wiem. Wydaje się to trochę podejrzane. – Zerknęłam na Louisę, by sprawdzić, czy sądzi podobnie. Po jej minie stwierdziłam, że nie jest do końca przekonana.
– Zaufajcie mi. Siedzę w tym od paru lat. Nie macie się czego bać – zapewniła, unosząc kąciki ust. Zagryzłam wnętrze policzka, znów spuszczając wzrok na ulotkę. – Musicie mi dać odpowiedź do piątku.
– Czy jest coś jeszcze, co powinnyśmy wiedzieć? – zaciekawiła się Louisa.
– Wszystko przeczytacie w umowie i klauzuli poufności.
Pokiwałyśmy głowami, a potem pożegnałyśmy się z szefową. Gabriel czekał na nas przy wyjściu, akurat kończył palić papierosa. Często oferował, że nas odwiezie, gdy mieliśmy wspólne zmiany. Nigdy nie odmawiałyśmy, bo nocami tutejsze ulice nie należały do najbezpieczniejszych.
Mężczyzna jeździł czarnym Mercedesem. Louisa zazwyczaj siadała z przodu, a ja z tyłu i tym razem też tak było. Gabriel popatrzył na nas ze zmarszczonymi brwiami.
– Co macie takie nietęgie miny? – spytał, gdy wyjeżdżał na drogę.
– Słyszałeś może o charytatywnym balu maskowym? – Louisa spojrzała na niego.
– Chyba jak każdy w mieście. – Zaśmiał się. – Stacy zaproponowała wam pracę?
– Tak – mruknęłam, bawiąc się komórką w dłoniach.
– Fajnie. Dwa lata z rzędu robiłem tam za ochroniarza – przyznał, czym w pełni kupił naszą uwagę. – Zastanawiacie się, czy ją wziąć? – Przeniósł wzrok najpierw na moją przyjaciółkę, a później zerknął w lusterku na mnie. W tym samym momencie kiwnęłyśmy głowami. – Nawet się nie wahajcie. To jedna noc, a kasa spoko i można zobaczyć, jak bawią się bogacze.
– Niby fajna oferta, ale niepokoi mnie ta obsesja na punkcie ochrony tożsamości. Rozumiem, że chcą chronić swoją prywatność, lecz czy to nie lekka przesada? – zainteresowałam się, wbijając wzrok w Gabriela. Ten wzruszył beznamiętnie ramionami.
– Kto bogatemu zabroni, Reina? Chodzi o ich komfort psychiczny. Czy to tak wiele za to, że pomagają potrzebującym?
Westchnęłam ciężko, bo w sumie miał rację.
– Na waszym miejscu bym się zgodził. Byłem na tym balu i widziałem, że nic złego się tam nie dzieje.
Louisa odwróciła się na fotelu, by na mnie spojrzeć.
– Co o tym myślisz?
– Może warto się zgodzić? – zapytałam bardziej samą siebie niż ją, ale przyjaciółka była tego samego zdania. Chyba właśnie podjęłyśmy decyzję. Miałam tylko nadzieję, że nie będziemy jej żałować.
She said: „You think the devil has horns? Well, so did I, but I was wrong, his hair is combed, and he wears a suit and tie. He’s nice, polite, he’ll catch you by surprise. A smile so bright, you’d never bat an eye”
– Marino
Vincenzo
Obecnie
Parę godzin po tym, jak okazało się, że organy zostały skradzione, moi ludzie wykorzystali nagrania z monitoringu i dowiedzieli się, kto się tego dopuścił. Mężczyzna starał się ukryć twarz przed kamerami, ale wystarczyła chwila nieuwagi, żeby popełnił błąd. Jakiś czas później został schwytany i przewieziony do siedziby oddziału.
Wybrałem się tam z samego rana. Podczas jazdy analizowałem sprawozdanie ze śledztwa. Facet, którego zatrzymaliśmy, nie działał sam. Pomagała mu dwójka ludzi, ale na ten moment nie wiedzieliśmy, kim byli. Dokonali tego w biały dzień w strojach lekarskich, dzięki czemu nie przykuli niczyjej uwagi i wynieśli narządy niezauważeni. Akcję zaplanowali dawno temu. Doskonale znali rozmieszczenie pokoi i korytarzy, a także podrobili klucze i zdobyli odcisk dłoni mojej lub Cyrila.
Nie znaliśmy jeszcze ich motywów, lecz wiedziałem, że to się wkrótce zmieni.
Federico, mój główny ochroniarz, zatrzymał samochód przed budynkiem, znajdującym się na obrzeżach Nowego Jorku. Mężczyzna dotrzymywał mi kroku, gdy wchodziliśmy do sporego domu jednorodzinnego. Niedaleko wejścia, po lewej stronie, mieściła się kuchnia, po prawej zaś znajdowało się przestronne biuro, którym zarządzały osoby zajmujące się papierkową robotą. Na piętrze mieliśmy sporą salę treningową dla żołnierzy. Natomiast stara piwnica została rozbudowana i robiła za miejsce przesłuchań.
Gdy zamknęliśmy za sobą drzwi i znaleźliśmy się na schodach prowadzących na dół, doszły do nas odgłosy wydawane przez torturowanego człowieka. Im bliżej byliśmy, tym wyraźniejsze się stawały. Przy wejściu do jednego z pokoi stał żołnierz, który nie wpuszczał nikogo niepożądanego.
– Capo Vincenzo. – Skinął głową na powitanie i się odsunął, po czym otworzył przede mną drzwi. W środku unosił się okropny zapach potu. Na szczęście na razie nie czułem żadnego innego odoru.
Ujrzałem mężczyznę, klęczącego na środku pomieszczenia i przykutego do podłogi łańcuchami, które owijały jego szyję, nadgarstki i kostki. Bladą skórę miał naznaczoną licznymi fioletowokrwistymi śladami od wielokrotnych uderzeń. Przez czoło aż do policzka ciągnęła mu się strużka już zaschniętej ciemnoczerwonej cieczy. Taki sam kolor pokrywał jego rozciętą wargę.
Poza nim w pokoju zastałem także swojego egzekutora. Gennaro zaciskał palce na rączce bicza. Skupiłem się na nim, czekając, aż podzieli się tym, czego się dowiedział przez te godziny znęcania się nad wrogiem.
– Milczy jak zaklęty. – Nie było to coś, co chciałem usłyszeć.
Przeniosłem wzrok na zakutego mężczyznę, który powoli opadał z sił. Bez jedzenia i picia słabł z każdą chwilą, jednak jeszcze nie nazwałbym go umierającym.
– Dla kogo pracujesz? – Chłód w moim głosie wypełnił pokój, lecz nieznajomy ani drgnął.
Oczywiste było, że nie okradł nas sam dla siebie, tylko na czyjeś zlecenie. Zwłaszcza że zbyt łatwo dał się złapać…
– Nie zamierzasz nic powiedzieć, co? – Zacisnąłem palce na oparciu krzesła, które do tej pory stało pod ścianą, po czym postawiłem je naprzeciwko mężczyzny i usiadłem. – Robisz to z głupoty czy lojalności?
Prychnął z kpiną, wciąż trzymając opuszczoną głowę.
– Pracujesz dla Artura?
– Pieprz się.
– Ostre słowa jak na kogoś, kto znajduje się w takiej sytuacji jak twoja.
– Myślisz, że się ciebie boję?
– Można być przerażonym i wciąż upartym – stwierdziłem, rozpinając guzik marynarki. – Uwierz mi, mam masę czasu, żeby testować wytrzymałość twojego uporu.
– W takim razie tylko go marnujesz. – W końcu uniósł na mnie wzrok, w którym dostrzegłem pustkę. Wiedział, że i tak go zabiję, i nie zamierzał puścić pary z ust.
– Te organy nie były ci potrzebne.
Nie odpowiedział. Nawet już na mnie nie patrzył. Lustrował otoczenie spojrzeniem, jakby moja wizyta go nudziła. Możliwe, że tak właśnie było, ale nie zamierzałem odpuścić.
– Gennaro. – Przekręciłem głowę w stronę egzekutora.
Mężczyzna wymienił bicz na taki z małymi kolcami, a potem zaszedł naszego więźnia od tyłu i wymierzył mu soczyste uderzenie. Człowiek krzyknął z bólu, choć walczył, by zachować milczenie. Gennaro powtórzył te tortury kilka razy, zanim złodziej odezwał się pełnym cierpienia głosem:
– Możesz mnie torturować aż do śmierci, ale to nie ja jestem teraz waszym problemem. Jestem jedynie pionkiem w rękach ludzi, którzy rzeczywiście wam zagrażają.
Ściągnąłem brwi i odrobinę się do niego pochyliłem.
– Kim oni są?
– Jesteś idiotą, jeśli myślisz, że ci powiem.
Spojrzałem znacząco na Gennara, a ten wykonał serię ciosów. Na bacie dostrzegłem krew, która delikatnie kapała na podłogę.
– Możesz to zakończyć. Milczeniem tylko przedłużasz sobie cierpienie. Zdaj się na moją łaskę i przestań ich kryć, a ja ci zapewnię szybką i bezbolesną śmierć.
– To ma mnie przekonać? – zakpił, śmiejąc się przy tym gorzko.
– Na wielu przed tobą to zadziałało, a więc…?
Zacisnął usta, podkreślając tym swój upór. Chwilę się w niego wpatrywałem z nadzieją, że może jednak pójdzie po rozum do głowy. Wypuściłem z ust westchnienie i się podniosłem. Kiwnąłem głową na złodzieja, dając tym znać Gennarowi, by kontynuował pracę nad nim.
Gdy zapinałem guzik marynarki, nawiązałem kontakt wzrokowy z Federikiem, który stał, oparty o ścianę, z rękami wciśniętymi do kieszeni dżinsów. Ochroniarz zrozumiał, że nic tutaj po nas, więc chwycił za klamkę metalowych drzwi, żeby je otworzyć.
– Wasz koniec się zbliża – oznajmił skuty mężczyzna, sycząc przy tym z bólu, gdy już zamierzałem wyjść na korytarz. Zerknąłem na niego przez ramię i zmarszczyłem brwi. Egzekutor zamarł z biczem w powietrzu, chcąc dać szansę więźniowi na polepszenie swojej sytuacji. – Możecie się uważać za niezniszczalnych, ale wcale tak nie jest. Oni już mają was w garści.
– Kto?! – warknąłem, bo denerwował mnie tymi swoimi półsłówkami.
– A tę informację zabiorę ze sobą do grobu. – Zaśmiał się facet, na co Gennaro wymierzył mu kolejny cios, zmywając w ten sposób uśmiech z jego twarzy.
Zacisnąłem palce w pięść, starając się nie stracić panowania nad sobą. Koleś okropnie działał mi na nerwy i miałem ochotę chwycić za pistolet i go zastrzelić, ale zdawałem sobie sprawę, że w ten sposób oddałbym mu tylko przysługę. Powinien konać w męczarniach, skoro taki lojalny z niego dupek.
– Wykończ go – poleciłem egzekutorowi, a potem obróciłem się na pięcie i wyszedłem, zostawiając złodzieja na pewną śmierć.
– Co zamierzasz? – Federico zrównał ze mną krok, gdy opuściliśmy piwnicę.
Mężczyzna był moim najbliższym i właściwie jedynym przyjacielem. Ochraniał mnie od dnia, gdy zostałem capo oddziału nowojorskiego. Dbał o bezpieczeństwo moje i córki, kiedy do mnie przylatywała, bo na co dzień mieszkała z moim bratem Lorenzem i jego żoną.
Przystanąłem i przez kilka sekund myślałem, bo nie miałem żadnego konkretnego planu.
– Skontaktuję się z rodzeństwem i omówimy to, czego się dowiedziałem.
– Myślisz, że mówił prawdę? – spytał, gdy ruszyliśmy w kierunku wyjścia z siedziby. – Może chciał nam tylko namieszać w głowie?
– Tego nie wiem, ale lepiej dmuchać na zimne.
Sięgnąłem do kieszeni marynarki po komórkę i wszedłem w konwersację z Lorenzem.
Ja:
Zaplanuj spotkanie na wieczór. Muszę z wami porozmawiać.
Udało mi się wrócić do mieszkania tuż przed rozpoczęciem wideorozmowy z rodzeństwem. Dzisiaj byłem kompletnie zabiegany. Spotkania z dwoma z pięciu capo totalnie mnie wykończyły. Nie przepadałem za żadnym z tych typów, ale mieliśmy na tyle dobre relacje, by współpracować. Zresztą jeśli chodzi o ich pracę ze mną, to jeszcze pół biedy, ale między nimi? To już była zupełnie inna bajka, zwłaszcza że na mojej głowie leżało to, żeby nowojorskie rodziny żyły ze sobą w pokoju.
Zanim Cosa Nostra stworzyła tu swój oddział i przejęła władzę, to miasto nie należało do najbezpieczniejszych, bo nowojorskie organizacje nie potrafiły żyć bez konfliktów. Moi poprzednicy zaprowadzili tu porządek i do tej pory się to nie zmieniło, choć utrzymanie tego stanu nie należało do najłatwiejszych zadań.
Wszedłem do gabinetu z kubkiem kawy w ręce. Tutaj, tak samo jak w reszcie mieszkania, dominowała ciemna kolorystyka. Szare ściany komponowały się z jasnymi panelami, a brązowe, drewniane meble dodawały pokojowi charakteru. Za biurkiem rozciągały się ogromne, sięgające od sufitu do podłogi, okna z widokiem na park.
Do tej pory uważam, że kupno tego apartamentu było strzałem w dziesiątkę. Krajobraz za oknem wynagradzał mi cały dzień ciężkiej pracy.
Usiadłem na skórzanym fotelu i uruchomiłem laptop. Zalogowałem się na skrzynkę mailową, gdzie czekała wiadomość od brata z linkiem do spotkania on-line. Lucas od najmłodszych lat interesował się nowymi technologiami i wyrósł na świetnego komputerowca. Od niedawna to na nim spoczywa odpowiedzialność za szyfrowanie połączeń, na wypadek gdyby służby chciały nas podsłuchiwać.
Już po chwili na ekranie wyświetliły mi się cztery okienka, w których ujrzałem swoje rodzeństwo oraz Vittorię, siedzącą u boku męża.
– Jak rodzinnie. – Giovanni odezwał się jako pierwszy. – Niespecjalnie się cieszę, że was widzę – dodał sarkastycznie z głupim uśmieszkiem na twarzy.
Vitti przewróciła oczami na tę kąśliwą uwagę.
– Na twój widok też się nikt nie cieszy – burknęła Elda, nasza siostra i jednocześnie bliźniaczka Lucasa. Oboje mieli czarne, kręcone włosy i takiego samego koloru oczy. Dziewczyna była dojrzalsza niż jej rówieśnik. Chłopak wciąż miał pstro w głowie i chciał się tylko bawić, ale zdawał już sobie sprawę, że kończą się jego swawole. Wkrótce miał przejąć posadę capo oddziału w Miami, z czym wiązała się ogromna odpowiedzialność.
– Nie spotkaliśmy się tutaj, byście mogli się przekomarzać – upomniała ich Vittoria. – Vince, co się dzieje, że nas wywołałeś?
– Ostatnio z mojego magazynu zniknęły ludzkie organy, na szczęście szybko znaleźliśmy winnego. – Don i jego capo bastone, czyli Vitti, wiedzieli o tym zdarzeniu, ale reszta raczej nie została jeszcze o tym powiadomiona. – Facet nie był skłonny do współpracy. Milczał jak zaklęty. Jednak wiemy, że dla kogoś pracował.
– Niech zgadnę – wtrącił się Giovanni. – Nie wiadomo tylko dla kogo?
Miałem ochotę przewrócić oczami, ale się powstrzymałem.
– Twój egzekutor jest słaby. Gdybym ja się zajął więźniem…
– To po minucie nic by z niego nie zostało, tylko mózg i flaki do zbierania z podłogi. – Elda weszła naszemu bratu w słowo.
Giovanni był najlepszy w swoim fachu. Budził strach, bo stosował niekonwencjonalne narzędzia tortur, czyli takie, których ludzie używali w średniowieczu. Nazwanie go psycholem byłoby eufemizmem.
– Przy mnie by pękł – szedł w zaparte.
– Szczerze w to wątpię. Był lojalny wobec ludzi, dla których pracował. Zamierzał zabrać wszystkie tajemnice ze sobą do grobu.
– Czyli właściwie nic nie wiemy? – stwierdziła Vittoria, zerkając na męża, który siedział w ciszy i analizował to, co usłyszał.
– Wyznał tylko, że nasz koniec się zbliża. Ktoś chce nas zniszczyć.
– Nie pierwszy i nie ostatni – mruknął Giovanni.
– To nie znaczy, że mamy podchodzić do sprawy lekceważąco. – W końcu głos zabrał Enzo. – Myślicie, że dlaczego teraz się na to odważyli? Giovanni się hajta i przejął władzę w Chicago. Elda także wkrótce wyjdzie za mąż, a od niedawna jest capo w Las Vegas. Robią to teraz, bo wasze pozycje nie są silne. Żadnego z nas. Dopiero zaczęliśmy zarządzać Cosa Nostrą.
– Vince już długo jest capo – wtrącił się Lucas.
– Jeden na piątkę rodzeństwa? Jeśli ktoś faktycznie planuje nas zaatakować, to tylko dlatego, że jest pewien, że nie uda nam się przekonać ludzi o naszej gotowości do pokierowania nimi w takiej sytuacji.
– To bzdura – oburzył się Giovanni. – Członkowie nam ufają i są lojalni. Żaden fagas tego nie zmieni.
– Tu się mylisz. – Wbiłem wzrok w brata, choć przez wideorozmowę mógł tego nie zauważyć. – Część klanu nie pochwala tego, że kobiety pełnią u nas funkcję capo. Chociaż jest to niewielka grupa, w chwili zawahania może się powiększyć grono osób, które wątpi w naszą siłę.
– To co robimy? – zmartwiła się Elda, przeskakując po nas wzrokiem.
