Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
61 osób interesuje się tą książką
Miłość to najniebezpieczniejszy narkotyk
Aleksandra Stanowska to jedna z najbardziej pracowitych i odważnych ratowniczek z Warszawy. Nie bez powodu zostaje więc wysłana do walki z plagą najnowszych dopalaczy, która szerzy się w Łodzi. Niebezpieczna substancja masowo zatruwa młodych mieszkańców miasta, a część z nich za jej zażycie płaci najwyższą cenę.
Podkomisarz Łukasz Strzelczyk próbuje namierzyć potwora odpowiedzialnego za dystrybucję śmiercionośnego narkotyku. Podczas jednej z akcji wpada w pułapkę, z której – ku jego zaskoczeniu – ratuje go Ola.
Ratowniczka i podkomisarz szybko nawiązują nić porozumienia. Oboje zmagają się z przeszłością, która zostawiła blizny na ich duszach, i oboje odpychają od siebie ludzi, ponieważ bronią się przed zranieniem.
Walka o wspólną sprawę kruszy wzniesione przez nich mury. Żeby jednak obalić je całkowicie, będą musieli zmierzyć się nie tylko z własnymi demonami, lecz także z niebezpieczeństwami, które czyhają na nich w mrocznych zakamarkach miasta…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 324
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Don’t hate the player. Hate the game.(INDEB, PLEU)
– Witaj, mój wierny towarzyszu niedoli. Gotowy na wielką przygodę? – zapytałam mojego najlepszego przyjaciela, pakując się do jego domu z walizkami.
Następnego dnia mieliśmy wyjechać w delegację do Łodzi, by wspomóc tamtejszych ratowników w walce ze skutkami pojawienia się nowego dopalacza.
– Wielką przygodę? Olka, jedziemy na trzy miesiące pracować w mieście obok. Opanuj swoje podekscytowanie i lepiej sprawdź, czy wszystko spakowałaś – odpowiedział kpiąco.
– Nudziarz z ciebie, ale ja i tak cię kocham. Zobaczysz, że to będzie niesamowita przygoda.
– Tak, tak, oczywiście. Przygoda życia level master. A teraz wybacz, ale nudziarz idzie spać, bo ktoś nas jutro do tej Łodzi musi dowieźć, a to akurat może być niezapomniane przeżycie.
– A to czemu? – Zaciekawiłam się.
– Bo to miasto jest królową ulic jednokierunkowych, rozkopanych i w dodatku z niedziałającą w paru miejscach sygnalizacją – powiedział z rezygnacją.
– To ja mogę poprowadzić. Dojedziemy w mig! – krzyknęłam z ekscytacją.
– Taaa… Prosto na komendę, z twoimi zdolnościami – podsumował mnie brutalnie.
– O co ci chodzi? Ja świetnie jeżdżę samochodem – oburzyłam się.
– A przypomnieć ci, jak nie zdałaś prawka za pierwszym razem, kiedy egzaminator kazał ci skręcić w prawo, a ty zapytałaś, w które prawo?
Nie musiał mi tego przypominać, ale i tak robił to, kiedy tylko miał okazję. Cóż, niestety nawet moje tłumaczenia, że są różne prawa, jak na przykład rzymskie czy egipskie, nie pomagały.
– Zestresowana byłam. Każdemu się może zdarzyć – broniłam się.
– Każdemu nie, ale tobie na pewno. A teraz do spania, królowo polskich dróg, bo jutro o czwartej pobudka.
– Dobra, już dobra. Tylko nie żegnaj się tam za głośno z żoną, bo na pewno nie usnę – odgryzłam się.
– Wiesz, że jesteś małpą? – Pokręcił głową, jakby rozmawiał ze swoją pięcioletnią córką.
– Wiem, ale kochasz tę małpę – odpowiedziałam z szerokim uśmiechem.
– Co prawda, to prawda. Idź spać, Skrzacie. Dobranoc – rzucił, wychodząc z salonu, w którym miałam się położyć.
– Dobranoc. – Pomachałam mu jeszcze na pożegnanie.
***
Siedziałem na komendzie i zastanawiałem się, jak dotrzeć do gnoja, który postanowił stworzyć gówno trujące te biedne dzieciaki. Dawno nie miałem do czynienia z tak szkodliwym syfem, a trochę już w życiu widziałem. Moje rozmyślania przerwał Krystian, który siedział w tej sprawie równie głęboko jak ja.
– Zamierzasz tutaj dzisiaj nocować? – zapytał, podnosząc się ze swojego krzesła.
– Może – odpowiedziałem zdawkowo.
– A może jednak nie. Ruszaj dupę, idziemy odreagować.
– Nie mam dzisiaj ochoty na dupy. Idź sam – odpowiedziałem, wciąż nie odrywając wzroku od monitora.
– Tobie tylko jedno w głowie. Nie idziemy na dupy, tylko postrzelać.
W końcu na niego spojrzałem. Takiej propozycji się nie spodziewałem.
– Do żywych celów? Jeśli zgłaszasz się na ochotnika, to minuta i jestem gotowy – oświadczyłem, siląc się na powagę.
– Uważaj, bo zaraz ciebie coś lub ktoś strzeli – odparł sugestywnie.
– Tym kimś niby miałbyś być ty? – Podpuszczałem go.
– Gadaj tak dalej, to się przekonasz. Idziesz czy ci pomóc? – zapytał tonem, którym przesłuchiwał podejrzanych.
– Co cię wzięło na strzelanie? – Wstałem od swojego biurka i ruszyłem za Krystianem do wyjścia.
– Muszę się wyżyć, bo jak to ja będę miał zaszczyt aresztować tego sukinsyna, to lepiej dla niego, żebym nie był w takim stanie jak teraz.
Doskonale rozumiałem, co miał na myśli. To w końcu on dzisiaj musiał przekazać rodzicom pewnego nastolatka, że ich syn walczy o życie.
– W takim razie obaj będziemy musieli wystrzelać chyba kilkanaście magazynków – rzuciłem, wsiadając do auta.
– Pojedziesz ze mną jutro do domu tego zatrutego chłopaka? Chcę pogadać z jego bratem. Też miał ten syf przy sobie w szkole, tylko nie zdążył wziąć – zastanawiał się, wyraźnie przejęty losem tych dzieciaków.
– Wiesz, że nie musisz nawet pytać. Tym bardziej odreagujmy ten dzień na tyle, na ile to możliwe. To może nie być łatwa rozmowa.
– Jestem prawie pewny, że będzie w cholerę trudna, ale nie mam zamiaru tak tego zostawiać. Nie pozwolę, żeby jemu też coś się stało.
Dojechaliśmy na strzelnicę i każdy z nas skupił się na własnych myślach i tym, co chce z siebie wyrzucić. Po dwóch godzinach było nam niewiele lepiej, ale to musiało wystarczyć. Umówiliśmy się na następny dzień z samego rana pod domem Krystiana, żeby razem pojechać do chłopaka z jego dzisiejszej interwencji.
***
– Dojeżdżamy. Włącz nawigację, to jest szansa, że nie pojedziemy pod prąd – powiedział drwiąco mój przyjaciel.
– Zapobiec temu może też patrzenie na znaki, ale to taki drobny szczegół, kierowco doskonały – odgryzłam się za wczoraj. – Skręć w prawo na następnym skrzyżowaniu.
– Które prawo? – Nie mógł sobie darować.
– Bardzo zabawne. Myślę, że egzaminator już wcześniej podjął decyzję, że mnie obleje. Dziwnie się na mnie patrzył, jak śpiewałam. – Zaśmiałam się.
– Śpiewałaś w trakcie egzaminu na prawo jazdy? Ty normalna jesteś? – Popatrzył na mnie jak na wariatkę.
– Normalność to pojęcie względne. Śpiewałam, bo tak mi się lepiej prowadziło – wyjaśniłam.
– Co mu zaserwowałaś w repertuarze? – drwił sobie.
– Mój ulubiony wtedy kawałek oczywiście. Tak na odstresowanie – oznajmiłam z pełną powagą.
– Nie – odpowiedział natychmiast, zerkając na mnie.
– Tak – powiedziałam dobitnie.
– Nie. Powiedz, że na egzaminie na prawko nie śpiewałaś Na zakręcie.
Akiedy spotkamy się na zakręcie
Spojrzysz mi w oczy, zapytasz, co z nami będzie
Masz moje słowo, trzymam cię za rękę
Podam ci plaster i dwa całusy na szczęście1
Zaśpiewałam refren, prezentując swoje zdolności wokalne, a raczej ich brak.
– Ja myślę, że egzaminatornieraz zadał sobie pytanie, co z nim będzie. Pewnie nawet na każdym zakręcie – skomentował Adam, kręcąc przy tym przesadnie głową.
– Gadaj dalej, ja tam swoje wiem. Jestem lepszym kierowcą od ciebie.
Zanim zdążył odpowiedzieć, wróciłam do nawigowania, dokładnie objaśniając przy tym kierunki świata. Muszę przyznać, że droga faktycznie nie była łatwa. Z powodu remontu wpadliśmy w objazd, a kiedy miało pojawić się światełko w tunelu, zaczynał się kolejny. Pewnie miałabym problem, żeby samej tu dojechać, ale przecież nigdy w życiu tego głośno nie przyznam.
W końcu udało nam się dojechać pod szpital i ruszyliśmy na poszukiwania gabinetu ordynatora. Ten udało nam się znaleźć mniej więcej z taką samą łatwością, jak przejechać przez Łódź. Mówiąc krótko: lekko nie było. A Adam nie wierzył mi, że to będzie wielka przygoda…
– No dobra, to przedstawienie czas zacząć. – Miałam powiedzieć to w myślach, ale jak zwykle nie wyszło.
– Co zacząć? – Spojrzał na mnie podejrzliwie.
– Pracę. Pracę czas zacząć. A co usłyszałeś? – Zgrywałam niewiniątko.
– Nic, nic. Panie przodem. – Przepuścił mnie w drzwiach, wzdychając przy tym z rezygnacją.
– Dzień dobry, panie ordynatorze – przywitałam się. – Cieszymy się, że możemy chociaż na ten krótki czas dołączyć do pana zespołu. – Tu już może troszkę kłamałam, ale na szczęście tylko mój przyjaciel mógł to wiedzieć.
– Przykro nam tylko, że z takiego powodu – dodał Adam.
– Dzień dobry, pani Olu. Witam, panie Adamie. Jak podróż? Dojechaliście bez problemu?
No i weź się zastanawiaj, czy to żart, sarkazm, czy gość pyta poważnie.
– Tak, bez problemu – odpowiedział mój towarzysz, zanim zdążyłam wypalić coś głupiego.
– To się cieszę. Dziękuję za waszą pomoc. Niestety mamy obecnie braki w załogach do tak licznych wyjazdów spowodowanych tym syfem. W szpitalu będziecie pracować głównie na karetce. Jeśli zajdzie taka potrzeba, skorzystamy z państwa specjalizacji. Wiem, że w Warszawie łączycie ratownictwo z pracą na oddziale. Panie Adamie, ma pan specjalizację z kardiochirurgii, zgadza się?
– Tak, dokładnie – potwierdził mój przyjaciel.
– A pani jest patologiem, prawda? – zwrócił się do mnie.
– Raczej patologią.
Poczułam ukłucie w żebra, co uświadomiło mi, że znów wypowiedziałam myśli na głos.
– Słucham? – Chyba ordynator dawał mi drugą szansę.
– Tak, panie ordynatorze. Mam specjalizację z patologii i świetnie się na niej znam.
Cóż, nie kłamałam. Chociaż w tamtej chwili raczej każde z nas miało na myśli inną patologię.
– Świetnie, zapewne chętnie skorzystamy z waszej wiedzy. Zejdźcie teraz na dół. Przy waszej karetce będzie czekał Antek, trzeci ratownik. Z racji tego, że jesteście z innego miasta, on też będzie kierowcą karetki.
– Dzięki Bogu! – niemal krzyknęliśmy z ulgą.
– Wszystko w porządku? – Ordynator chyba zaczynał martwić się o stan psychiczny nowego nabytku szpitala.
– W jak najlepszym – potwierdziliśmy zgodnie.
– Doskonale, życzę wam spokojnej zmiany – rzekł na pożegnanie.
– Dziękujemy i wzajemnie – znów odpowiedzieliśmy jednocześnie.
***
Podjechałem pod blok Krystiana równo o siódmej i czekałem, aż zejdzie. Pojawił się parę minut później.
– Spałeś coś w ogóle? – zapytałem, widząc, jak źle wygląda.
– Niespecjalnie, a co? Czyżbyś się o mnie martwił? – Próbował mnie zbyć sarkazmem.
– Nie, kurwa, po prostu zwykłe dzień dobry wydało mi się zbyt banalnym powitaniem – odpowiedziałem, wiedząc, że zrozumie ironię.
– Nic mi nie jest, stary. Jedziemy czy będziemy tak tu stać? – Błyskawicznie zmienił temat.
–Dawaj adres, ale nawet nie myśl, że to koniec tej rozmowy – ostrzegłem go.
– Gdzieżbym śmiał tak pomyśleć.
Krystian podał mi adres, a ja chwilowo postanowiłem nie drążyć tematu. Później i tak to z niego wyciągnę.
– No to jesteśmy. Masz jakiś pomysł, jak chcesz to załatwić? – zapytałem, kiedy zaparkowałem samochód.
– Żadnego. Czysta improwizacja sprawdza się czasem najlepiej.
Wysiedliśmy z auta i ruszyliśmy w kierunku interesującego nas mieszkania. Okolica należała do tych dobrze znanych naszej jednostce z licznych interwencji. Zapukaliśmy do właściwych drzwi, a po chwili otworzyła nam je starsza kobieta.
– Dzień dobry. Nazywam się Krystian Zajda, a to jest podkomisarz Łukasz Strzelczyk. – Wskazał na mnie. – Byłem tu wczoraj w sprawie zatrucia dopalaczami. Możemy zająć chwilę?
– Dzień dobry, proszę wejść. Wiadomo już, kto próbował zabić mi wnuka? – zapytała kobieta, z trudem panując nad emocjami.
– Niestety jeszcze nie, ale chciałbym porozmawiać z pani młodszym wnukiem, jeśli się pani zgodzi – odpowiedział Krystian.
– Ja się zgadzam, ale nie jestem pewna, czy on będzie chciał z wami rozmawiać. Jest w swoim pokoju. W korytarzu ostatnie drzwi po lewej stronie. Proszę mnie zawołać, jeśli będę potrzebna – odrzekła i wycofała się do kuchni.
– Dziękujemy.
Udaliśmy się pod wskazane drzwi i zapukaliśmy. Chwilę później otworzył nam chłopak, który miał może z czternaście lat.
– Cześć, możemy zająć ci chwilę? – zapytał Krystian łagodnym tonem.
– To pan był wczoraj w szkole. Jesteście z policji, prawda? – Był wyraźnie zaskoczony naszym widokiem.
– Prawda. Możemy wejść?
– Po co pytacie, skoro i tak zrobicie to, co będziecie chcieli? – Wzruszył ramionami.
Spojrzałem na przyjaciela, którego tak samo jak mnie zachowanie chłopca ani trochę nie dziwiło.
– Nie zgodzę się z tobą. Jak powiesz, że mamy sobie stąd pójść, to pójdziemy. Więc jak? – włączyłem się do rozmowy.
– Czego ode mnie chcecie? – zapytał już nieco łagodniej.
– Chcemy pogadać o tym, co się wczoraj stało.
– Nie mamy o czym gadać. Mój brat prawie umarł, a wam chodzi tylko o to, żebym wydał wam tego, który nam to sprzedał – rzucił ze złością.
– Przecież nie wiesz, jak się nazywa gość, który tym handluje, więc po co mielibyśmy cię o to pytać? – zwrócił się do niego Krystian.
– A skąd pan wie, co wiem, a czego nie? W policji uczą czytania w myślach? – zadrwił.
– Chciałbym. Bardzo by to ułatwiało naszą pracę. Pozwolisz, że sam powiem, dlaczego tu jesteśmy, czy będziesz zgadywał za nas? – Krystian nie odpuszczał.
– Dobra, miejmy to za sobą. Wejdźcie. – Odsunął się i wpuścił nas do środka.
– Dzięki, Maciek. Dobrze zapamiętałem imię, prawda?
– Tak.
– Ja jestem Krystian, a ten mniej przystojny to Łukasz. Jak się czujesz?
– Co? – Chłopak był coraz bardziej skołowany, a ja zacząłem się domyślać, dlaczego Krystianowi tak bardzo zależało na przyjeździe tutaj.
– Proste pytanie. Jak się czujesz?
– A jak mam się czuć? Prawie straciłem brata. Raczej nie jest mi wesoło. – Wzruszył ramionami.
– Martwiłbym się, gdyby ci było. Dlaczego kupiliście to gówno?
– Nie pana sprawa.
– Pozwól, że sam to ocenię. Dlaczego? – nie odpuszczał.
– Dla zabawy?
– Gówno prawda. Za bystry na to jesteś. Twój brat pewnie tak samo.
– Wie pan, to po chwili rozmowy ze mną? – drwił sobie.
– Zgadza się. Też jestem bystry. Łukasz też próbuje być, ale różnie mu to wychodzi.
Chłopak coraz bardziej patrzył na nas jak na jakichś kosmitów. Powoli zaczynałem go rozumieć.
– Żarty sobie ze mnie robicie? Po co tu przyszliście?
– Zapytać, jak możemy ci pomóc. Co się dzieje u ciebie w domu? – Krystian spoważniał.
– Nic, a niby co ma się dziać? – zapytał zdenerwowany.
– O to pytam ciebie. Macie takie siniaki, że jestem pewny, że nie powstały w czasie gry w piłkę. Boksu też raczej nie trenujecie.
– Skąd wiesz, jakie mamy siniaki i czy w ogóle je mamy? – Zmrużył oczy i założył ręce na piersi.
– Stąd, że wczoraj reanimowałem twojego brata, a do tego rozrywa się koszulkę. Twoje widzę dzisiaj.
Spojrzeliśmy z Krystianem uważnie na Maćka, który próbował teraz ukryć ślady przemocy. Nie było opcji, że stąd wyjdziemy, dopóki nie powie nam, kto za to odpowiada.
– Nie mam wam nic do powiedzenia. Wyjdźcie stąd! – próbował uciąć szybko temat.
– Nie chcesz nam powiedzieć, bo się boisz, czy uważasz, że nic z tym nie zrobimy? – zapytałem.
– Przecież nie zrobicie. Wie pan, ile razy była tu policja? – Zaśmiał się nerwowo.
– Nie wiem, ale jeśli byli tu i nic się nie zmieniło, to schrzanili sprawę. Powiedz mi, kto wam to robi, a obiecuję, że zniknie z waszego życia – nie odpuszczałem.
– Jak wam powiem, to zaraz sam będę musiał walczyć o życie. Nie ma mowy.
– Młody, rozumiem, że nie masz do nas zaufania, bo policja już cię zawiodła, ale nie udowodnię ci niczego, jeśli nie dasz mi szansy. Kto wam to robi?
Widziałem, jak bije się z myślami. Na jego miejscu pewnie sam nie miałbym pojęcia, co począć.
– Nasz ojciec. Ale i tak mu nic nie zrobicie. Nie mamy na to dowodów.
– Od zbierania dowodów to jesteśmy tu my, kolego. Mam nadzieję, że nie będziesz za nim tęsknił – odparłem natychmiast.
– Co wy chcecie zrobić? – Widziałem wyraźnie strach w jego oczach.
– To, co już dawno ktoś powinien był zrobić, ale dał ciała. Nic się nie martw. Dzisiaj wasz koszmar się skończy – obiecałem mu.
Wstaliśmy i ruszyliśmy w kierunku drzwi. Musieliśmy działać szybko, ale jednocześnie ostrożnie, żeby ten skurwiel nie zdążył już nikomu wyrządzić krzywdy.
– Wychodzicie? – zapytał zdezorientowany.
– Tak, ale jeszcze się zobaczymy. Uważaj na siebie, młody, i jak jeszcze raz przewiniesz mi się w jakiejś sprawie z dopalaczami, to inaczej pogadamy. Rozumiemy się? – zwrócił się do niego Krystian.
– Tak.
Zostawiliśmy chłopaka samego ze swoimi myślami i wróciliśmy do auta.
– Jedziemy na komendę i działamy. Musimy go dzisiaj zgarnąć – powiedział Krystian, jak tylko odpaliłem silnik.
– Rozkaz, komisarzu.
***
Wyszliśmy z gabinetu ordynatora i znów rozpoczęliśmy nasze poszukiwania. Nie dość, że trzeba było znaleźć karetkę, to jeszcze przydałby się ten Antek. Na szczęście raz w życiu szczęście postanowiło się do nas uśmiechnąć i Antek zgodnie z zapewnieniami stał przy karetce.
– Cześć, jestem Antek Jakubowski, miło was poznać. – Przywitał się z nami.
– Cześć, Ola Stanowska i Adam Bielski, ciebie również – odpowiedziałam z szerokim uśmiechem. – Długo tu pracujesz? – zainteresowałam się.
– Osiem lat, więc odkąd tylko zostałem ratownikiem. A jak u was?
– My od początku w Warszawie. Ja jeżdżę sześć lat, a Adam już trzynaście.
– Kawał czasu. Miewasz czasem już dość? – zapytał mojego przyjaciela.
– Za każdym razem, jak Ola się odzywa, ale pracy to nie – rzucił z przekąsem.
– Słucham? Dobrze, to nie będę się odzywać wcale. Włączymy muzykę i spędzimy ten czas w ciszy – skomentowałam oburzona.
– Jak przy muzyce, to raczej nie w ciszy, matołku.
– Jakieś preferencje co do playlisty? – przerwał nam Antek, bojąc się chyba, dokąd nas ta wymiana zdań doprowadzi.
– Gibbs! – krzyknęliśmy jednocześnie.
Odpowiedź usłyszał z pewnością nie tylko Antek, ale sądząc po twarzach skierowanych w naszą stronę, pewnie wszyscy w promieniu kilkunastu metrów. A może pomyśleli, że Gibbs postanowił odwiedzić szpital?…
– Też uwielbiam. A oprócz niego?
– Ogólnie głównie hip-hop, ale nie ograniczamy się tylko do tego gatunku – odpowiedziałam.
– To się dogadamy. Okej, czas na nas.
Ruszyliśmy na ulice Łodzi i z każdą kolejną godziną coraz bardziej przekonywałam się do łódzkich dróg. Chociaż jeszcze nie na tyle, by samej porwać się na takie szaleństwo jak prowadzenie tu samochodu. Antek okazał się przesympatycznym rozmówcą (bo wbrew mojej deklaracji zbyt długo w ciszy nie wytrzymałam) i na szczęście z tym samym gustem muzycznym.
Pierwszy dzień był dla nas łaskawy i nie mieliśmy zbyt wiele zgłoszeń. Te, które dostaliśmy, na szczęście nie dotyczyły sytuacji zagrożenia życia. To dla Antka z pewnością miła odmiana po wielu wyjazdach z powodu przedawkowań jakiegoś nowego gówna, które zaczęto rozprowadzać w tym mieście. Zastanawiałam się, jaki syf jeszcze powstanie tylko po to, by ktoś mógł się wzbogacić.
Z moich rozmyślań wyrwało mnie pytanie Antka, co do którego miałam nadzieję, że szybko nie padnie.
– Jak się w sumie poznaliście? W pracy?
– W pewnym sensie. – zaczęłam. – Tylko wtedy nie byłam ratowniczką, a pacjentką.
– Wypadek? – dopytał.
– Niezupełnie. Napadli mnie, kiedy miałam piętnaście lat. Pobili mnie do tego stopnia, że straciłam przytomność. Na szczęście dwóch mężczyzn przechodziło i powstrzymali tamtych. Tylko dlatego nie udało im się skończyć tego, co zaczęli. Jeśli wiesz, co mam na myśli. – Opowiadając, wróciłam myślami do jednej z najgorszych chwil w moim życiu.
– Przepraszam, nie wiedziałem. Przykro mi. – Słyszałam w jego głosie szczerość.
– W porządku. Nie mogłeś wiedzieć. Trafiłam do szpitala, a że mieszkałam w domu dziecka i nikt się mną specjalnie nie interesował, to Adam mnie odwiedzał. Zresztą nie tylko on. Tych dwóch, którzy mnie uratowali, też z sali wygonić nie mogłam. Okazało się, że to w pewnym sensie przyszywani bracia i dzisiaj są dla mnie jak rodzina. Teraz po trzynastu latach w zasadzie nie pamiętam, jak to było, kiedy ich nie miałam. Michał, Damian i Sylwia są jak moje rodzeństwo. Przez większość czasu mieszkaliśmy razem. W zasadzie zgarnęli mnie do siebie zaraz po domu dziecka, a też wcale nie mieli łatwo. Rodzice Michała i Sylwii zginęli w wypadku samochodowym, kiedy Michał miał dwadzieścia lat, a Sylwia dwanaście. Przejął opiekę nad nią, bo innej rodziny nie mieli, co też dla tak młodego chłopaka, który stracił rodziców, musiało być cholernie trudne. Damian miał podobną sytuację do mojej. Tylko że moi rodzice pili, a jego woleli narkotyki. No i on nie był w domu dziecka. Poznał Michała którejś nocy, jak nawiał z domu, a ten zabrał go do siebie. Później w zasadzie już spędzał tam większość czasu i nikt go specjalnie nie szukał. No i tak się trzymamy już kilkanaście lat razem.
– Tyle dobrego w tym całym gównie. Dobrze, że na siebie trafiliście – podsumował ze smutkiem.
– To prawda.
Po moich ostatnich słowach zapadła cisza i wszyscy wsłuchaliśmy się w muzykę płynącą z głośnika.
Stoję gdzieś w tłumie, by tłumić strach
Szukamy tylko lepszej strony słońca2
– Gdzie się zatrzymaliście? – Po jakimś czasie ciszę przerwał Antek.
– Wynajęliśmy mieszkanie na Kilińskiego w okolicy Tuwima – odrzekłam.
– Sami przyjechaliście? To jednak kawałek od Warszawy, a u ciebie widzę obrączkę – zwrócił się do Adama.
– Tak, mam żonę i dwie córeczki. Zostały w Warszawie, bo wiadomo: przedszkole, szkoła, praca. Na szczęście to nie aż tak daleko, więc będziemy się często widywać.
– Rozumiem. U mnie podobnie. Też trzy kobiety w domu – odpowiedział z uśmiechem. – A ty, Ola?
– Ja nie mam męża i dwóch córek, więc oszczędzę na paliwie – zażartowałam, co zaowocowało kolejnym spotkaniem moich żeber z łokciem Adama. – Umiem się też ustawić, i dzisiaj Sylwia przyjeżdża do mnie z Rafałem, jej narzeczonym, więc to oni będą mnie odwiedzać – kontynuowałam z dumą w głosie.
– Tak też można. – Antek śmiał się. – Jakie plany na wieczór?
– Ola i Sylwia będą drzeć mordy, a ja i Rafał będziemy starali się to przetrwać. – Adam nie mógł przepuścić okazji, gdy mógł wrzucić jakąś złośliwość.
– Dokładnie tak będzie. Dziś w repertuarze przygotowałyśmy dla was utwory Sanah. Będziecie zachwyceni. – Wyszczerzyłam się do niego.
– Już nie mogę się doczekać – stwierdził ironicznie.
– Powodzenia, Adam. Czuję, że może ci się przydać – wtrącił Antek.
– Nawet nie wiesz, jak bardzo. – Westchnął teatralnie.
– Kończymy na dzisiaj. Dzięki za świetną zmianę i bawcie się dobrze wieczorem… Ewentualnie po prostu przetrwajcie ten wieczór. – Dodając to, Antek zdecydowanie nie patrzył na mnie.
– Dziękujemy. Tobie też życzymy udanego wieczoru – odpowiedziałam z najszerszym uśmiechem, na jaki było mnie w tym momencie stać.
***
Na komendzie poprosiliśmy o pomoc mojego ojca. W takich sprawach nie miał sobie równych, bo praktycznie zawsze udawało mu się nakłonić ofiary do mówienia. A jeśli to nie działało, znajdował inny sposób, żeby winne podobnych przestępstw potwory odpowiedziały za swoje grzechy.
– Jak chcecie to załatwić? – zapytał nas, kiedy zostaliśmy sami.
– Zgarniamy go na czterdzieści osiem godzin. W tym czasie musimy znaleźć na niego absolutnie wszystko, co się da. Sprawdziłem ten adres. Tylko w zeszłym tygodniu były tam dwie interwencje. Nie rozumiem, jakim, kurwa, cudem on jeszcze nie siedzi. – Krystian z trudem nad sobą panował.
– Jedźcie po niego. Zajmę się resztą. Tylko ostrożnie, do cholery! Macie wszystko zrobić książkowo i to jeszcze z pierdolonym uśmiechem na twarzy, żeby nie próbował nas o nic oskarżyć i w ten sposób się bronić, jasne?
– Możesz być pewien, że aresztujemy go z szerokim uśmiechem – odpowiedziałem ojcu zgodnie z prawdą.
Pojechaliśmy do szpitala i dokonaliśmy naszego wzorowego pod każdym względem zatrzymania. Kiedy my byliśmy w drodze na komendę, mój ojciec przekonywał matkę chłopców do złożenia zeznań. Nie byłem ani trochę zaskoczony tym, że udało mu się to niemal od razu. W międzyczasie okazało się jeszcze, że odciski palców naszego prymitywnego boksera znalazły się w miejscu ostatnio dokonanego rozboju. Czyli poza biciem własnej rodziny lubił też okradać i bić starsze osoby. Byłem pewien, że długo nie opuści więziennych murów, gdzie przekona się, jak czuły się jego ofiary. Teraz pozostawała najlepsza część tej roboty.
– Dzień dobry. Szukamy miłośników dopalaczy, są tu jacyś? – zapytałem, kiedy drzwi otworzył nam chłopak, z którym rozmawialiśmy rano.
– Nie ma. Pomyliliście adres. – Maciek uśmiechał się do nas.
– To szkoda. Mamy dobrą i złą wiadomość. Od której zacząć? – zapytał Krystian, gdy wchodziliśmy do środka.
– Od złej. – Spojrzał na nas uważnie.
– Dobry wybór. Niestety będziemy musieli cię prosić, żebyś opowiedział nam dokładnie, co działo się u was w domu, tym razem oficjalnie.
– A dobra?
– Twój ojciec został aresztowany i pewnie wyjdzie za jakieś dziesięć lat. Mam nadzieję, że to nie problem? – zapytałem, mimo że dobrze znałem odpowiedź.
Maciek patrzył na nas tak, jakbyśmy właśnie powiedzieli, że na jego osiedlu spaceruje orangutan i opowiada dzieciom bajki.
– Mówicie poważnie? – zapytał dopiero po chwili.
– Rzadko bywamy poważni, ale tym razem nie żartujemy. To koniec tego gówna. Opiekuj się mamą i pilnuj brata, żebym nie musiał tu przypadkiem służbowo przyjeżdżać, bo przestaniemy się lubić, jasne? – zapytał z uśmiechem Krystian.
– Tak… Dziękuję. – Widzieliśmy, że wciąż to do niego nie dociera, więc postanowiliśmy pozwolić mu się z tym oswoić.
– Polecamy się na przyszłość, ale obyś nie musiał korzystać. Trzymaj się, młody.
Zanim wyszliśmy, zostawiliśmy jeszcze chłopakowi nasze wizytówki, żeby zawsze miał możliwość skontaktować się z nami, gdy będzie potrzebował pomocy. Teraz przyszła pora wrócić do nieszczęsnej sprawy dopalaczy.
***
Wróciliśmy do naszego tymczasowego domu bez większych przeszkód. Obyło się bez jazdy pod prąd i błądzenia po całym mieście, a Adam nawet nie użył nawigacji. Nie ma co, facet ma mój szacunek. Rozpakowaliśmy się też w miarę sprawnie i czekaliśmy na Sylwię i Rafała.
Długo czekać nie musieliśmy.
– Hej, gołąbeczki! Jak wam minęła podróż? – przywitałam się z wchodzącymi gośćmi. Ciekawe, czy wyczuli sarkazm.
– Dobrze, dopóki nie wjechaliśmy do Łodzi – odpowiedział mi Rafał, utwierdzając mnie w przekonaniu, że wyszukany sarkazm został zrozumiany.
– Olcia, ty powinnaś zdawać prawko tutaj. Już widzę, jak by to było. Pewna siebie Ola wjeżdża w ulicę Tuwima, na co egzaminator natychmiast reaguje, krzycząc: „Pani Olu, ta ulica jest jednokierunkowa!”.Ola z jeszcze większą pewnością siebie odpowiada: „No przecież wiem. Nie rozumiem, o co panu chodzi”. W odpowiedzi słyszy: „Na litość boską jedzie pani pod prąd!”.Wtedy już nieco mniej pewna siebie Ola odpowiada: „Cholera, ja myślałam, że ona jest jednokierunkowa, ale w tym drugim kierunku”. – Adam kończy swoją barwną opowieść, dusząc się ze śmiechu.
Oczywiście cała reszta nie pozostaje mu dłużna i po chwili wszyscy już rechoczą, wliczając również mnie. Co zrobić? To jedno pytanie na egzaminie będzie mnie prześladować do końca życia i o jeden dzień dłużej.
Reszta wieczoru mija w podobnej atmosferze. Dużo śmiechu, dużo śpiewu (wiadomo w czyim wykonaniu) i oczywiście dużo sarkazmu i złośliwości, bez których ta rodzina nie byłaby w stanie funkcjonować.
***
Miałem szczerze dość biegania po różnych melinach i szukania dilerów tego gówna. Narkotykowi też już nie wyrabiali. Zresztą ciężko ten syf nazwać narkotykiem. Nie sądziłem, że kiedyś będzie mi brakować czasów, w których handlowano wyłącznie zwykłymi prochami.
– Dobra, macie na dzisiaj jeszcze jedno miejsce do sprawdzenia. To jakiś anonimowy donos, ale sprawdzić trzeba – odezwał się komendant, wchodząc do pokoju.
– Świetnie. Pewnie jak zwykle jakiś żartowniś wypisuje te bzdury, a potem czeka i sprawdza, jak szukamy niczego – skomentował mój szwagier.
Jego nie mniej wkurzało to całe bagno. Dzisiaj zmarł nastolatek, który nawet nie wziął tego dużo. Nie mogę się doczekać, aż dorwiemy tych skurwieli, którzy myślą, że jak nie ma czegoś na liście substancji zakazanych, to już za nic nie mogą odpowiadać. Ci odpowiedzą na pewno.
– Dominik, wolisz pieszy patrol nocny w jakiejś „przyjemnej” okolicy? – odpowiedział mu komendant.
– Nie, szefie. Z dwojga złego wolę już sprawdzać te zapomniane przez Boga miejsca.
– Łukasz – zwrócił się do mnie – pojedziesz z Radkiem, Asią i Dominikiem. Taki rodzinny wypad.
– Z największą przyjemnością. Dawno nigdzie razem nie byliśmy – odpowiedziałem z ironią.
– Świetnie, do roboty – rzekł szef, ignorując mój sarkazm.
Muszę przyznać, że wypad faktycznie był rodzinny. Uroki służby z ojcem i siostrą. A jak do tego dojdzie mąż siostry, to już istna rodzinna sielanka.
Podjechaliśmy pod miejsce wskazane w anonimie i od razu miałem przeczucie, że to jakaś pomyłka albo – jak twierdził Dominik – głupi żart.
– To jakieś totalne zadupie przecież – rzuciłem do pozostałych.
– Osobiście uważam, że w tym momencie obraziłeś niejedno zadupie, określając to miejsce tym mianem – odpowiedział mi szwagier.
– Przestańcie komentować i ruszcie tyłki. Im szybciej to zadupie, jak powiedziałeś, synu, sprawdzimy, tym szybciej będziemy mogli z niego wrócić.
– Tak jest, panie inspektorze! – krzyknęliśmy równocześnie razem z Dominikiem.
Asia tylko popatrzyła na nas z politowaniem, ale nic nie odrzekła. Tata też darował sobie komentarz. Zupełnie nie rozumiem dlaczego – ojciec, nie ojciec, szacunek trzeba okazać, prawda?
Podeszliśmy do jedynego budynku znajdującego się na miejscu. Chociaż w sumie było to raczej wspomnienie budynku, ale coś tam z niego zostało.
– Bardziej się boję, że to się zawali, niż tego, że ktoś może być w środku. – Moja siostra wypowiedziała głośno to, co wszyscy pomyśleliśmy.
– Dobra wyciągać broń, dzieciaczki – rozkazał inspektor.
– Na pewno nam się przyda, jak konstrukcja zacznie się walić – wypalił Dominik.
Weszliśmy i w środku zastaliśmy dokładnie to samo, co na zewnątrz, czyli kompletnie nic. W dodatku cisza, która panowała w budynku, wydawała się aż przytłaczająca. Nie było słychać nawet wiatru. Zaobserwowaliśmy, że czasem nocowali tu bezdomni, bo gdzieniegdzie walały się śmieci, a na ziemi leżały stare koce.
– Przecież tu nic nie ma. Co my tu, do cholery, robimy?!
Gdy tylko Dominik skończył zadawać to pytanie, padł strzał. Kilka sekund później patrzyłem, jak mój szwagier pada na ziemię, a moja siostra, która stała najdalej, ma przystawioną do skroni lufę. Nie wiem nawet, na ile zdawała sobie z tego sprawę, bo wyrywała się z całych sił, krzycząc na widok powiększającej się wokół męża kałuży krwi.
***
Kolejny dzień był już znacznie mniej spokojny. Tylko w ciągu dwóch ostatnich godzin mieliśmy aż pięć wyjazdów.
– Dobra, mamy zgłoszenie – odezwał się Antek, informując o kolejnym.
– Jakiś chłopiec zgłasza strzelaninę w starej odlewni. Brak dokładnych informacji o ewentualnych poszkodowanych. Na miejscu jest już policja. Zachowajcie szczególną ostrożność – rozległ się w radiu głos dyspozytora.
– No to jedziemy. – Antek włączył syrenę i przyśpieszył.
– Coś mi tu nie pasuje. Czemu dziecko wzywa karetkę, skoro na miejscu jest policja? – zastanowiłam się na głos.
– Dobre pytanie. Trochę to dziwne – poparł mnie Antek.
– Adam, zadzwoń do Rafała i podaj mu szczegóły. Niech podjedzie na miejsce zgłoszenia i weźmie naszą broń. Mam jakieś złe przeczucia – poprosiłam przyjaciela.
– Robi się.
– Broń? Umiesz strzelać? A poza tym, o co chodzi z tym całym Rafałem? – Antek był wyraźnie zaskoczony.
– To, że umiem, to jeden z warunków posiadania broni, oczywiście legalnego. A Rafał jest policjantem i zapewniam, że oboje strzelamy świetnie.
– Robi się coraz ciekawiej. Cztery minuty i jesteśmy.
Jak się okazało, nawet niecałe cztery minuty, co było zasługą tego, jak świetnym kierowcą jest Antek.
– Stoi jakieś auto, ale to nie radiowóz. Adam, zadzwoń do Rafała i zapytaj, za ile będzie. Antek, zgłoś, proszę, że na miejscu nie ma policji. Niech tu przyjadą – poprosiłam chłopaków.
Adam wykonał błyskawiczny telefon i okazało się, że nasz Rafi jest nie gorszym kierowcą – trzy kolejne minuty i był na miejscu.
– Podejdę i zobaczę, jak to wygląda. Wy tu zostańcie – powiedział, gdy tylko wysiadł z samochodu.
– Czekaj, idę z tobą. Jak będzie jakiś ranny, to od razu ocenię jego stan – odezwałam się.
– Dobra, tylko ostrożnie. Trzymaj. – Podał mi broń.
Ruszyliśmy w stronę budynku.
To, co tam zobaczyliśmy, sprawiło, że nas zamurowało. Na środku leżał postrzelony mężczyzna w niewielkiej na szczęście kałuży krwi. Miał blachę na szyi, więc był to policjant. Z lewej jakiś facet trzymał lufę przy głowie wyrywającej się kobiety, która strasznie krzyczała i płakała. Domyśliłam się, że powodem tego był ranny mężczyzna. Reszta mierzyła do siebie z broni. Niestety tamci mieli dwukrotną przewagę liczebną nad policjantami. Szczęśliwie nikt nie zdążył nas zobaczyć, więc po cichu odeszliśmy z powrotem do karetki.
– Antek, zgłoś, że na miejscu znajduje się ranny policjant. W dodatku policja jest w zasadzce. Pięciu uzbrojonych napastników i trzech policjantów, z czego jedna policjantka została zakładniczką – zrelacjonowałam sytuację.
– Przyjechaliście na sygnale? – zapytał Rafał.
– Tak, a co? – odpowiedziałam zdziwiona tym pytaniem.
– Jakim cudem was nie usłyszeli?
– Może usłyszeli, tylko myśleli, że pojechaliśmy dalej. To nie policyjna syrena, żeby zwracali na nią uwagę, a jak widzisz, stoimy dość daleko od budynku – stwierdził przytomnie Adam.
– Co robimy? – zapytałam.
– Nie możemy czekać na przyjazd policji, za duże ryzyko, że ten policjant się wykrwawi – odpowiedział mi Rafał. – Ja tam wejdę i spróbuję odwrócić ich uwagę. We trójkę mamy tam i tak większe szanse niż tamta osamotniona dwójka. Najgorsze, że mają tę policjantkę na muszce – myślał na głos.
– Nie. Za duże ryzyko. Wjedziemy tam na sygnale karetką i narobimy zamieszania. Chaos może być teraz naszym najlepszym sprzymierzeńcem – zaproponowałam inne rozwiązanie.
– Cholera, Olka, nie jesteście z policji! Chcesz walczyć z grupą uzbrojonych napastników strzykawkami? – odpowiedział mi wkurzony.
– Jak będzie trzeba, to tak. Jak będzie trzeba, to ich rozjedziemy. Poza tym też mam broń – przypomniałam mu. – Rafał, nie denerwuj mnie. Razem mamy szansę. Sam tam nie wejdziesz. Nie zamierzam pocieszać siostry na twoim pogrzebie. – Użyłam argumentu, który zawsze działał.
– Niech to szlag! Wsiadajcie do tej pieprzonej karetki. Nie ma czasu.
Zrobiliśmy to natychmiast i na sygnale ruszyliśmy w stronę budynku.
***
– A już się baliśmy, że nie przyjedziecie – rzucił jeden z napastników.
– Natychmiast ją puść i dobrze wam radzę, rzućcie tę pieprzoną broń! – krzyknąłem, celując w niego z pistoletu.
– A co ty nam możesz zrobić, co? Nie wiem, czy zauważyłeś, ale mamy nad wami pewną przewagę. Chyba że w policji macie problemy z matematyką, to mogę objaśnić. – To powiedziawszy, drugi z nich zaśmiał się.
– Zaraz to wy będziecie mieć poważne problemy, jak zaczniemy wam wyliczać zarzuty. – Zaakcentowałem właściwe słowo.
– Nie wydaje mi się. Tamten się zaraz wykrwawi. Wy też zaraz zginiecie. A ona albo zginie od razu, albo się najpierw zabawimy.
Patrzyłem na Asię i widziałem, że się poddała. Przestała walczyć i zdaje się, że żadne słowa do niej nie docierały. Nie dziwiłem się. Dominik powoli się wykrwawiał tuż obok nas i nic nie mogliśmy w tej chwili zrobić. Sam ledwo nad sobą panowałem.
– Po moim, kurwa, trupie! – odpowiedziałem i wycelowałem prosto w tego, który trzymał Asię.
Na szczęście przez to, że początkowo mocno wyrywała się napastnikowi, jego chwyt nie był teraz mocny i mogłem oddać strzał. Problem tkwił w tym, że ich było pięciu, a nas dwóch. Asi nawet nie liczę, nie była teraz zdolna do walki. Szanse więc mieliśmy marne, ale nie równe zeru. A czekać na ratunek nie zamierzałem, bo wiedziałem, że zanim ktoś zorientuje się w sytuacji, nas już dawno nie będzie.
– A to się akurat da zrobić. – Dostałem odpowiedź na swoją wcześniejszą deklarację.
Zanim jednak ktokolwiek zdążył coś zrobić, do budynku wjechała na sygnale karetka. Zatrzymała się tuż przy nas, ale tak, żeby zasłonić Dominika. Nie zastanawiałem się długo. Oddałem strzał w kierunku tego, który trzymał Asię, i ruszyłem w jej stronę. W tym samym czasie z karetki wysiedli facet z kobietą i razem z moim ojcem oddawali strzały w kierunku podejrzanych. Trzech szybko zostało zneutralizowanych. Kiedy ostatni z nich zorientował się w sytuacji, zaczął uciekać.
– Jest mój! – krzyknął facet z karetki i pobiegł za nim.
Przytuliłem mocno Aśkę i ruszyliśmy razem do Dominika. W tym czasie ojciec pilnował podejrzanych.
***
– Hej, słyszysz mnie? Jak masz na imię? – zapytałam głośno rannego policjanta. Pozostawał przytomny, więc nie było najgorzej.
– Dominik. Trudno nie słyszeć, jak tak krzyczysz. – Usłyszałam w odpowiedzi cichy głos, ale i tak mnie zamurowało. Nie spodziewałam się żartów z jego strony. Natychmiast go polubiłam.
– No to na pewno nie umierasz, skoro masz siłę sobie żartować, i to w dodatku ze mnie – powiedziałam żartobliwym tonem. – Dawajcie, chłopaki, tamujemy to krwawienie i wieziemy żartownisia na salony. Potrzebuję opatrunek uciskowy i wentylowy.
Szybko wykonaliśmy niezbędne czynności, a chwilę później Dominik był już w karetce. Wezwaliśmy też pomoc dla pozostałych rannych. Na szczęście nie były to poważne obrażenia i nikt nie wymagał natychmiastowej interwencji.
– Nie mamy czasu, musimy jechać. Zgarniecie Rafała? – zapytałam policjantów.
Dopiero teraz spojrzałam na ich twarze i w jednej z nich rozpoznałam tego, którego kiedyś już dobrze poznałam. Sądząc po sposobie, w jaki na mnie patrzył, on również mnie rozpoznał. Nie było jednak teraz czasu na rozmowy.
– To ten facet, który pobiegł za podejrzanym? – zapytał młodszy z nich.
– Tak – potwierdziłam.
– Zgarniemy, jedźcie – odrzekł natychmiast.
– Jedziesz z nami? – zwróciłam się do zapłakanej policjantki. Dalej nie wiedziałam, kim jest dla poszkodowanego, ale miałam pewność, że musi być kimś bliskim.
– Tak, to mój mąż. – Choć zapłakana, miała tyle przytomności umysłu, że od razu wyjaśniła.
– Ruszamy. Zabieramy go na Pomorską – poinformowałam policjantów.
1 Fragment utworu Inee i Gibbsa pt. Na zakręcie, z albumu 13 (wyd. 2025).
2 Fragment utworu Gibbsa pt. Lepsza strona słońca, z albumu Czarno na białym (wyd. 2021).
***
Podszedłem szybko do ojca, który pilnował aresztowanych. Dalej nie wiedziałem, co tu się właściwie stało. Karetka pojawiła się znikąd, a w dodatku wyskoczyli z niej uzbrojeni ratownicy. Jakaś totalna abstrakcja.
– Co z Dominikiem? – zapytał od razu tata.
– Nie jest najgorzej. Był jeszcze przytomny i nawet żartował sobie z tej ratowniczki – odrzekłem z lekkim uśmiechem.
– Znam ją – powiedział nagle.
– Kogo? Tę ratowniczkę? – zdziwiłem się.
– Tak. Ma na imię Ola.
– Skąd ją znasz? – Spojrzałem na niego uważnie.
– Trzynaście lat temu prowadziłem jej sprawę. Brutalne pobicie i próba gwałtu – odpowiedział z wyraźnie wyczuwalnym smutkiem.
– O kurwa! – Na żadną inną odpowiedź nie było mnie stać.
– Właśnie. Właśnie tak, synu.
W tej samej chwili do budynku zaczęły wjeżdżać radiowozy, a zaraz za nimi karetki. Podejrzani, poza jednym, nie wymagali transportu do szpitala. Zostali opatrzeni, a radiowozy zabrały ich tam, gdzie ich miejsce. Ten jeden w asyście policji został przetransportowany do szpitala, skąd później trafi do aresztu.
– Mam go! – Usłyszeliśmy za sobą krzyk, o ile dobrze pamiętam imię, Rafała.
– Wielkie dzięki za pomoc. Uratowaliście nam życie. Skąd wy się tu w ogóle wzięliście? – zapytałem, wciąż zdezorientowany.
Rafał zrelacjonował nam przebieg zdarzeń. Muszę przyznać, że że załoga karetki zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Samej akcji też nie powstydziliby się najlepsi policjanci. Rafał, jak się okazało, nawet nim był. Ogarnęliśmy wszystko, co było konieczne, i ruszyliśmy szybko do szpitala. Po drodze tata zadzwonił jeszcze do mamy, bo Asia na pewno nie miała do tego głowy. Na szczęście matka nie zeszła na zawał, a u niej to wcale nie takie oczywiste.
[…]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
Dopalacz
isbn: 978-83-8423-549-2
© Izabela Sierpiec i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczytjakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazuwymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
redakcja: Paweł Pomianek | JezykoweDylematy.pl
korekta: MAQ PROJECTS
okładka: Oliwia Błaszczyk
konwewrsja e-booka: Gabriel Wyględacz – Studio Akapit
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: sekretariat@grupazaczytani.pl
https://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
