Dopalacz - Sierpiec Izabela - ebook + książka
NOWOŚĆ

Dopalacz ebook

Sierpiec Izabela

0,0

61 osób interesuje się tą książką

Opis

Miłość to najniebezpieczniejszy narkotyk

Aleksandra Stanowska to jedna z najbardziej pracowitych i odważnych ratowniczek z Warszawy. Nie bez powodu zostaje więc wysłana do walki z plagą najnowszych dopalaczy, która szerzy się w Łodzi. Niebezpieczna substancja masowo zatruwa młodych mieszkańców miasta, a część z nich za jej zażycie płaci najwyższą cenę.

Podkomisarz Łukasz Strzelczyk próbuje namierzyć potwora odpowiedzialnego za dystrybucję śmiercionośnego narkotyku. Podczas jednej z akcji wpada w pułapkę, z której – ku jego zaskoczeniu – ratuje go Ola.

Ratowniczka i podkomisarz szybko nawiązują nić porozumienia. Oboje zmagają się z przeszłością, która zostawiła blizny na ich duszach, i oboje odpychają od siebie ludzi, ponieważ bronią się przed zranieniem.

Walka o wspólną sprawę kruszy wzniesione przez nich mury. Żeby jednak obalić je całkowicie, będą musieli zmierzyć się nie tylko z własnymi demonami, lecz także z niebezpieczeństwami, które czyhają na nich w mrocznych zakamarkach miasta…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 324

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Don’t hate the play­er. Hate the game.(IN­DEB, PLEU)

– Wi­taj, mój wier­ny to­wa­rzy­szu nie­do­li. Go­to­wy na wiel­ką przy­go­dę? – za­py­ta­łam mo­je­go naj­lep­sze­go przy­ja­cie­la, pa­ku­jąc się do jego domu z wa­liz­ka­mi.

Na­stęp­ne­go dnia mie­li­śmy wy­je­chać w de­le­ga­cję do Ło­dzi, by wspo­móc tam­tej­szych ra­tow­ni­ków w wal­ce ze skut­ka­mi po­ja­wie­nia się no­we­go do­pa­la­cza.

– Wiel­ką przy­go­dę? Olka, je­dzie­my na trzy mie­sią­ce pra­co­wać w mie­ście obok. Opa­nuj swo­je pod­eks­cy­to­wa­nie i le­piej sprawdź, czy wszyst­ko spa­ko­wa­łaś – od­po­wie­dział kpią­co.

– Nu­dziarz z cie­bie, ale ja i tak cię ko­cham. Zo­ba­czysz, że to bę­dzie nie­sa­mo­wi­ta przy­go­da.

– Tak, tak, oczy­wi­ście. Przy­go­da ży­cia le­vel ma­ster. A te­raz wy­bacz, ale nu­dziarz idzie spać, bo ktoś nas ju­tro do tej Ło­dzi musi do­wieźć, a to aku­rat może być nie­za­po­mnia­ne prze­ży­cie.

– A to cze­mu? – Za­cie­ka­wi­łam się.

– Bo to mia­sto jest kró­lo­wą ulic jed­no­kie­run­ko­wych, roz­ko­pa­nych i w do­dat­ku z nie­dzia­ła­ją­cą w paru miej­scach sy­gna­li­za­cją – po­wie­dział z re­zy­gna­cją.

– To ja mogę po­pro­wa­dzić. Do­je­dzie­my w mig! – krzyk­nę­łam z eks­cy­ta­cją.

– Taaa… Pro­sto na ko­men­dę, z two­imi zdol­no­ścia­mi – pod­su­mo­wał mnie bru­tal­nie.

– O co ci cho­dzi? Ja świet­nie jeż­dżę sa­mo­cho­dem – obu­rzy­łam się.

– A przy­po­mnieć ci, jak nie zda­łaś praw­ka za pierw­szym ra­zem, kie­dy eg­za­mi­na­tor ka­zał ci skrę­cić w pra­wo, a ty za­py­ta­łaś, w któ­re pra­wo?

Nie mu­siał mi tego przy­po­mi­nać, ale i tak ro­bił to, kie­dy tyl­ko miał oka­zję. Cóż, nie­ste­ty na­wet moje tłu­ma­cze­nia, że są róż­ne pra­wa, jak na przy­kład rzym­skie czy egip­skie, nie po­ma­ga­ły.

– Ze­stre­so­wa­na by­łam. Każ­de­mu się może zda­rzyć – bro­ni­łam się.

– Każ­de­mu nie, ale to­bie na pew­no. A te­raz do spa­nia, kró­lo­wo pol­skich dróg, bo ju­tro o czwar­tej po­bud­ka.

– Do­bra, już do­bra. Tyl­ko nie że­gnaj się tam za gło­śno z żoną, bo na pew­no nie usnę – od­gry­złam się.

– Wiesz, że je­steś mał­pą? – Po­krę­cił gło­wą, jak­by roz­ma­wiał ze swo­ją pię­cio­let­nią cór­ką.

– Wiem, ale ko­chasz tę mał­pę – od­po­wie­dzia­łam z sze­ro­kim uśmie­chem.

– Co praw­da, to praw­da. Idź spać, Skrza­cie. Do­bra­noc – rzu­cił, wy­cho­dząc z sa­lo­nu, w któ­rym mia­łam się po­ło­żyć.

– Do­bra­noc. – Po­ma­cha­łam mu jesz­cze na po­że­gna­nie.

***

Sie­dzia­łem na ko­men­dzie i za­sta­na­wia­łem się, jak do­trzeć do gno­ja, któ­ry po­sta­no­wił stwo­rzyć gów­no tru­ją­ce te bied­ne dzie­cia­ki. Daw­no nie mia­łem do czy­nie­nia z tak szko­dli­wym sy­fem, a tro­chę już w ży­ciu wi­dzia­łem. Moje roz­my­śla­nia prze­rwał Kry­stian, któ­ry sie­dział w tej spra­wie rów­nie głę­bo­ko jak ja.

– Za­mie­rzasz tu­taj dzi­siaj no­co­wać? – za­py­tał, pod­no­sząc się ze swo­je­go krze­sła.

– Może – od­po­wie­dzia­łem zdaw­ko­wo.

– A może jed­nak nie. Ru­szaj dupę, idzie­my od­re­ago­wać.

– Nie mam dzi­siaj ocho­ty na dupy. Idź sam – od­po­wie­dzia­łem, wciąż nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od mo­ni­to­ra.

– To­bie tyl­ko jed­no w gło­wie. Nie idzie­my na dupy, tyl­ko po­strze­lać.

W koń­cu na nie­go spoj­rza­łem. Ta­kiej pro­po­zy­cji się nie spo­dzie­wa­łem.

– Do ży­wych ce­lów? Je­śli zgła­szasz się na ochot­ni­ka, to mi­nu­ta i je­stem go­to­wy – oświad­czy­łem, si­ląc się na po­wa­gę.

– Uwa­żaj, bo za­raz cie­bie coś lub ktoś strze­li – od­parł su­ge­styw­nie.

– Tym kimś niby miał­byś być ty? – Pod­pusz­cza­łem go.

– Ga­daj tak da­lej, to się prze­ko­nasz. Idziesz czy ci po­móc? – za­py­tał to­nem, któ­rym prze­słu­chi­wał po­dej­rza­nych.

– Co cię wzię­ło na strze­la­nie? – Wsta­łem od swo­je­go biur­ka i ru­szy­łem za Kry­stia­nem do wyj­ścia.

– Mu­szę się wy­żyć, bo jak to ja będę miał za­szczyt aresz­to­wać tego su­kin­sy­na, to le­piej dla nie­go, że­bym nie był w ta­kim sta­nie jak te­raz.

Do­sko­na­le ro­zu­mia­łem, co miał na my­śli. To w koń­cu on dzi­siaj mu­siał prze­ka­zać ro­dzi­com pew­ne­go na­sto­lat­ka, że ich syn wal­czy o ży­cie.

– W ta­kim ra­zie obaj bę­dzie­my mu­sie­li wy­strze­lać chy­ba kil­ka­na­ście ma­ga­zyn­ków – rzu­ci­łem, wsia­da­jąc do auta.

– Po­je­dziesz ze mną ju­tro do domu tego za­tru­te­go chło­pa­ka? Chcę po­ga­dać z jego bra­tem. Też miał ten syf przy so­bie w szko­le, tyl­ko nie zdą­żył wziąć – za­sta­na­wiał się, wy­raź­nie prze­ję­ty lo­sem tych dzie­cia­ków.

– Wiesz, że nie mu­sisz na­wet py­tać. Tym bar­dziej od­re­aguj­my ten dzień na tyle, na ile to moż­li­we. To może nie być ła­twa roz­mo­wa.

– Je­stem pra­wie pew­ny, że bę­dzie w cho­le­rę trud­na, ale nie mam za­mia­ru tak tego zo­sta­wiać. Nie po­zwo­lę, żeby jemu też coś się sta­ło.

Do­je­cha­li­śmy na strzel­ni­cę i każ­dy z nas sku­pił się na wła­snych my­ślach i tym, co chce z sie­bie wy­rzu­cić. Po dwóch go­dzi­nach było nam nie­wie­le le­piej, ale to mu­sia­ło wy­star­czyć. Umó­wi­li­śmy się na na­stęp­ny dzień z sa­me­go rana pod do­mem Kry­stia­na, żeby ra­zem po­je­chać do chło­pa­ka z jego dzi­siej­szej in­ter­wen­cji.

***

– Do­jeż­dża­my. Włącz na­wi­ga­cję, to jest szan­sa, że nie po­je­dzie­my pod prąd – po­wie­dział drwią­co mój przy­ja­ciel.

– Za­po­biec temu może też pa­trze­nie na zna­ki, ale to taki drob­ny szcze­gół, kie­row­co do­sko­na­ły – od­gry­złam się za wczo­raj. – Skręć w pra­wo na na­stęp­nym skrzy­żo­wa­niu.

– Któ­re pra­wo? – Nie mógł so­bie da­ro­wać.

– Bar­dzo za­baw­ne. My­ślę, że eg­za­mi­na­tor już wcze­śniej pod­jął de­cy­zję, że mnie ob­le­je. Dziw­nie się na mnie pa­trzył, jak śpie­wa­łam. – Za­śmia­łam się.

– Śpie­wa­łaś w trak­cie eg­za­mi­nu na pra­wo jaz­dy? Ty nor­mal­na je­steś? – Po­pa­trzył na mnie jak na wa­riat­kę.

– Nor­mal­ność to po­ję­cie względ­ne. Śpie­wa­łam, bo tak mi się le­piej pro­wa­dzi­ło – wy­ja­śni­łam.

– Co mu za­ser­wo­wa­łaś w re­per­tu­arze? – drwił so­bie.

– Mój ulu­bio­ny wte­dy ka­wa­łek oczy­wi­ście. Tak na od­stre­so­wa­nie – oznaj­mi­łam z peł­ną po­wa­gą.

– Nie – od­po­wie­dział na­tych­miast, zer­ka­jąc na mnie.

– Tak – po­wie­dzia­łam do­bit­nie.

– Nie. Po­wiedz, że na eg­za­mi­nie na praw­ko nie śpie­wa­łaś Na za­krę­cie.

Akie­dy spo­tka­my się na za­krę­cie

Spoj­rzysz mi w oczy, za­py­tasz, co z nami bę­dzie

Masz moje sło­wo, trzy­mam cię za rękę

Po­dam ci pla­ster i dwa ca­łu­sy na szczę­ście1

Za­śpie­wa­łam re­fren, pre­zen­tu­jąc swo­je zdol­no­ści wo­kal­ne, a ra­czej ich brak.

– Ja my­ślę, że eg­za­mi­na­tornie­raz za­dał so­bie py­ta­nie, co z nim bę­dzie. Pew­nie na­wet na każ­dym za­krę­cie – sko­men­to­wał Adam, krę­cąc przy tym prze­sad­nie gło­wą.

– Ga­daj da­lej, ja tam swo­je wiem. Je­stem lep­szym kie­row­cą od cie­bie.

Za­nim zdą­żył od­po­wie­dzieć, wró­ci­łam do na­wi­go­wa­nia, do­kład­nie ob­ja­śnia­jąc przy tym kie­run­ki świa­ta. Mu­szę przy­znać, że dro­ga fak­tycz­nie nie była ła­twa. Z po­wo­du re­mon­tu wpa­dli­śmy w ob­jazd, a kie­dy mia­ło po­ja­wić się świa­teł­ko w tu­ne­lu, za­czy­nał się ko­lej­ny. Pew­nie mia­ła­bym pro­blem, żeby sa­mej tu do­je­chać, ale prze­cież ni­g­dy w ży­ciu tego gło­śno nie przy­znam.

W koń­cu uda­ło nam się do­je­chać pod szpi­tal i ru­szy­li­śmy na po­szu­ki­wa­nia ga­bi­ne­tu or­dy­na­to­ra. Ten uda­ło nam się zna­leźć mniej wię­cej z taką samą ła­two­ścią, jak prze­je­chać przez Łódź. Mó­wiąc krót­ko: lek­ko nie było. A Adam nie wie­rzył mi, że to bę­dzie wiel­ka przy­go­da…

– No do­bra, to przed­sta­wie­nie czas za­cząć. – Mia­łam po­wie­dzieć to w my­ślach, ale jak zwy­kle nie wy­szło.

– Co za­cząć? – Spoj­rzał na mnie po­dejrz­li­wie.

– Pra­cę. Pra­cę czas za­cząć. A co usły­sza­łeś? – Zgry­wa­łam nie­wi­niąt­ko.

– Nic, nic. Pa­nie przo­dem. – Prze­pu­ścił mnie w drzwiach, wzdy­cha­jąc przy tym z re­zy­gna­cją.

– Dzień do­bry, pa­nie or­dy­na­to­rze – przy­wi­ta­łam się. – Cie­szy­my się, że mo­że­my cho­ciaż na ten krót­ki czas do­łą­czyć do pana ze­spo­łu. – Tu już może trosz­kę kła­ma­łam, ale na szczę­ście tyl­ko mój przy­ja­ciel mógł to wie­dzieć.

– Przy­kro nam tyl­ko, że z ta­kie­go po­wo­du – do­dał Adam.

– Dzień do­bry, pani Olu. Wi­tam, pa­nie Ada­mie. Jak po­dróż? Do­je­cha­li­ście bez pro­ble­mu?

No i weź się za­sta­na­wiaj, czy to żart, sar­kazm, czy gość pyta po­waż­nie.

– Tak, bez pro­ble­mu – od­po­wie­dział mój to­wa­rzysz, za­nim zdą­ży­łam wy­pa­lić coś głu­pie­go.

– To się cie­szę. Dzię­ku­ję za wa­szą po­moc. Nie­ste­ty mamy obec­nie bra­ki w za­ło­gach do tak licz­nych wy­jaz­dów spo­wo­do­wa­nych tym sy­fem. W szpi­ta­lu bę­dzie­cie pra­co­wać głów­nie na ka­ret­ce. Je­śli zaj­dzie taka po­trze­ba, sko­rzy­sta­my z pań­stwa spe­cja­li­za­cji. Wiem, że w War­sza­wie łą­czy­cie ra­tow­nic­two z pra­cą na od­dzia­le. Pa­nie Ada­mie, ma pan spe­cja­li­za­cję z kar­dio­chi­rur­gii, zga­dza się?

– Tak, do­kład­nie – po­twier­dził mój przy­ja­ciel.

– A pani jest pa­to­lo­giem, praw­da? – zwró­cił się do mnie.

– Ra­czej pa­to­lo­gią.

Po­czu­łam ukłu­cie w że­bra, co uświa­do­mi­ło mi, że znów wy­po­wie­dzia­łam my­śli na głos.

– Słu­cham? – Chy­ba or­dy­na­tor da­wał mi dru­gą szan­sę.

– Tak, pa­nie or­dy­na­to­rze. Mam spe­cja­li­za­cję z pa­to­lo­gii i świet­nie się na niej znam.

Cóż, nie kła­ma­łam. Cho­ciaż w tam­tej chwi­li ra­czej każ­de z nas mia­ło na my­śli inną pa­to­lo­gię.

– Świet­nie, za­pew­ne chęt­nie sko­rzy­sta­my z wa­szej wie­dzy. Zejdź­cie te­raz na dół. Przy wa­szej ka­ret­ce bę­dzie cze­kał An­tek, trze­ci ra­tow­nik. Z ra­cji tego, że je­ste­ście z in­ne­go mia­sta, on też bę­dzie kie­row­cą ka­ret­ki.

– Dzię­ki Bogu! – nie­mal krzyk­nę­li­śmy z ulgą.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku? – Or­dy­na­tor chy­ba za­czy­nał mar­twić się o stan psy­chicz­ny no­we­go na­byt­ku szpi­ta­la.

– W jak naj­lep­szym – po­twier­dzi­li­śmy zgod­nie.

– Do­sko­na­le, ży­czę wam spo­koj­nej zmia­ny – rzekł na po­że­gna­nie.

– Dzię­ku­je­my i wza­jem­nie – znów od­po­wie­dzie­li­śmy jed­no­cze­śnie.

***

Pod­je­cha­łem pod blok Kry­stia­na rów­no o siód­mej i cze­ka­łem, aż zej­dzie. Po­ja­wił się parę mi­nut póź­niej.

– Spa­łeś coś w ogó­le? – za­py­ta­łem, wi­dząc, jak źle wy­glą­da.

– Nie­spe­cjal­nie, a co? Czyż­byś się o mnie mar­twił? – Pró­bo­wał mnie zbyć sar­ka­zmem.

– Nie, kur­wa, po pro­stu zwy­kłe dzień do­bry wy­da­ło mi się zbyt ba­nal­nym po­wi­ta­niem – od­po­wie­dzia­łem, wie­dząc, że zro­zu­mie iro­nię.

– Nic mi nie jest, sta­ry. Je­dzie­my czy bę­dzie­my tak tu stać? – Bły­ska­wicz­nie zmie­nił te­mat.

–Da­waj ad­res, ale na­wet nie myśl, że to ko­niec tej roz­mo­wy – ostrze­głem go.

– Gdzież­bym śmiał tak po­my­śleć.

Kry­stian po­dał mi ad­res, a ja chwi­lo­wo po­sta­no­wi­łem nie drą­żyć te­ma­tu. Póź­niej i tak to z nie­go wy­cią­gnę.

– No to je­ste­śmy. Masz ja­kiś po­mysł, jak chcesz to za­ła­twić? – za­py­ta­łem, kie­dy za­par­ko­wa­łem sa­mo­chód.

– Żad­ne­go. Czy­sta im­pro­wi­za­cja spraw­dza się cza­sem naj­le­piej.

Wy­sie­dli­śmy z auta i ru­szy­li­śmy w kie­run­ku in­te­re­su­ją­ce­go nas miesz­ka­nia. Oko­li­ca na­le­ża­ła do tych do­brze zna­nych na­szej jed­no­st­ce z licz­nych in­ter­wen­cji. Za­pu­ka­li­śmy do wła­ści­wych drzwi, a po chwi­li otwo­rzy­ła nam je star­sza ko­bie­ta.

– Dzień do­bry. Na­zy­wam się Kry­stian Zaj­da, a to jest pod­ko­mi­sarz Łu­kasz Strzel­czyk. – Wska­zał na mnie. – By­łem tu wczo­raj w spra­wie za­tru­cia do­pa­la­cza­mi. Mo­że­my za­jąć chwi­lę?

– Dzień do­bry, pro­szę wejść. Wia­do­mo już, kto pró­bo­wał za­bić mi wnu­ka? – za­py­ta­ła ko­bie­ta, z tru­dem pa­nu­jąc nad emo­cja­mi.

– Nie­ste­ty jesz­cze nie, ale chciał­bym po­roz­ma­wiać z pani młod­szym wnu­kiem, je­śli się pani zgo­dzi – od­po­wie­dział Kry­stian.

– Ja się zga­dzam, ale nie je­stem pew­na, czy on bę­dzie chciał z wami roz­ma­wiać. Jest w swo­im po­ko­ju. W ko­ry­ta­rzu ostat­nie drzwi po le­wej stro­nie. Pro­szę mnie za­wo­łać, je­śli będę po­trzeb­na – od­rze­kła i wy­co­fa­ła się do kuch­ni.

– Dzię­ku­je­my.

Uda­li­śmy się pod wska­za­ne drzwi i za­pu­ka­li­śmy. Chwi­lę póź­niej otwo­rzył nam chło­pak, któ­ry miał może z czter­na­ście lat.

– Cześć, mo­że­my za­jąć ci chwi­lę? – za­py­tał Kry­stian ła­god­nym to­nem.

– To pan był wczo­raj w szko­le. Je­ste­ście z po­li­cji, praw­da? – Był wy­raź­nie za­sko­czo­ny na­szym wi­do­kiem.

– Praw­da. Mo­że­my wejść?

– Po co py­ta­cie, sko­ro i tak zro­bi­cie to, co bę­dzie­cie chcie­li? – Wzru­szył ra­mio­na­mi.

Spoj­rza­łem na przy­ja­cie­la, któ­re­go tak samo jak mnie za­cho­wa­nie chłop­ca ani tro­chę nie dzi­wi­ło.

– Nie zgo­dzę się z tobą. Jak po­wiesz, że mamy so­bie stąd pójść, to pój­dzie­my. Więc jak? – włą­czy­łem się do roz­mo­wy.

– Cze­go ode mnie chce­cie? – za­py­tał już nie­co ła­god­niej.

– Chce­my po­ga­dać o tym, co się wczo­raj sta­ło.

– Nie mamy o czym ga­dać. Mój brat pra­wie umarł, a wam cho­dzi tyl­ko o to, że­bym wy­dał wam tego, któ­ry nam to sprze­dał – rzu­cił ze zło­ścią.

– Prze­cież nie wiesz, jak się na­zy­wa gość, któ­ry tym han­dlu­je, więc po co mie­li­by­śmy cię o to py­tać? – zwró­cił się do nie­go Kry­stian.

– A skąd pan wie, co wiem, a cze­go nie? W po­li­cji uczą czy­ta­nia w my­ślach? – za­drwił.

– Chciał­bym. Bar­dzo by to uła­twia­ło na­szą pra­cę. Po­zwo­lisz, że sam po­wiem, dla­cze­go tu je­ste­śmy, czy bę­dziesz zga­dy­wał za nas? – Kry­stian nie od­pusz­czał.

– Do­bra, miej­my to za sobą. Wejdź­cie. – Od­su­nął się i wpu­ścił nas do środ­ka.

– Dzię­ki, Ma­ciek. Do­brze za­pa­mię­ta­łem imię, praw­da?

– Tak.

– Ja je­stem Kry­stian, a ten mniej przy­stoj­ny to Łu­kasz. Jak się czu­jesz?

– Co? – Chło­pak był co­raz bar­dziej sko­ło­wa­ny, a ja za­czą­łem się do­my­ślać, dla­cze­go Kry­stia­no­wi tak bar­dzo za­le­ża­ło na przy­jeź­dzie tu­taj.

– Pro­ste py­ta­nie. Jak się czu­jesz?

– A jak mam się czuć? Pra­wie stra­ci­łem bra­ta. Ra­czej nie jest mi we­so­ło. – Wzru­szył ra­mio­na­mi.

– Mar­twił­bym się, gdy­by ci było. Dla­cze­go ku­pi­li­ście to gów­no?

– Nie pana spra­wa.

– Po­zwól, że sam to oce­nię. Dla­cze­go? – nie od­pusz­czał.

– Dla za­ba­wy?

– Gów­no praw­da. Za by­stry na to je­steś. Twój brat pew­nie tak samo.

– Wie pan, to po chwi­li roz­mo­wy ze mną? – drwił so­bie.

– Zga­dza się. Też je­stem by­stry. Łu­kasz też pró­bu­je być, ale róż­nie mu to wy­cho­dzi.

Chło­pak co­raz bar­dziej pa­trzył na nas jak na ja­kichś ko­smi­tów. Po­wo­li za­czy­na­łem go ro­zu­mieć.

– Żar­ty so­bie ze mnie ro­bi­cie? Po co tu przy­szli­ście?

– Za­py­tać, jak mo­że­my ci po­móc. Co się dzie­je u cie­bie w domu? – Kry­stian spo­waż­niał.

– Nic, a niby co ma się dziać? – za­py­tał zde­ner­wo­wa­ny.

– O to py­tam cie­bie. Ma­cie ta­kie si­nia­ki, że je­stem pew­ny, że nie po­wsta­ły w cza­sie gry w pił­kę. Bok­su też ra­czej nie tre­nu­je­cie.

– Skąd wiesz, ja­kie mamy si­nia­ki i czy w ogó­le je mamy? – Zmru­żył oczy i za­ło­żył ręce na pier­si.

– Stąd, że wczo­raj re­ani­mo­wa­łem two­je­go bra­ta, a do tego roz­ry­wa się ko­szul­kę. Two­je wi­dzę dzi­siaj.

Spoj­rze­li­śmy z Kry­stia­nem uważ­nie na Mać­ka, któ­ry pró­bo­wał te­raz ukryć śla­dy prze­mo­cy. Nie było opcji, że stąd wyj­dzie­my, do­pó­ki nie po­wie nam, kto za to od­po­wia­da.

– Nie mam wam nic do po­wie­dze­nia. Wyjdź­cie stąd! – pró­bo­wał uciąć szyb­ko te­mat.

– Nie chcesz nam po­wie­dzieć, bo się bo­isz, czy uwa­żasz, że nic z tym nie zro­bi­my? – za­py­ta­łem.

– Prze­cież nie zro­bi­cie. Wie pan, ile razy była tu po­li­cja? – Za­śmiał się ner­wo­wo.

– Nie wiem, ale je­śli byli tu i nic się nie zmie­ni­ło, to schrza­ni­li spra­wę. Po­wiedz mi, kto wam to robi, a obie­cu­ję, że znik­nie z wa­sze­go ży­cia – nie od­pusz­cza­łem.

– Jak wam po­wiem, to za­raz sam będę mu­siał wal­czyć o ży­cie. Nie ma mowy.

– Mło­dy, ro­zu­miem, że nie masz do nas za­ufa­nia, bo po­li­cja już cię za­wio­dła, ale nie udo­wod­nię ci ni­cze­go, je­śli nie dasz mi szan­sy. Kto wam to robi?

Wi­dzia­łem, jak bije się z my­śla­mi. Na jego miej­scu pew­nie sam nie miał­bym po­ję­cia, co po­cząć.

– Nasz oj­ciec. Ale i tak mu nic nie zro­bi­cie. Nie mamy na to do­wo­dów.

– Od zbie­ra­nia do­wo­dów to je­ste­śmy tu my, ko­le­go. Mam na­dzie­ję, że nie bę­dziesz za nim tę­sk­nił – od­par­łem na­tych­miast.

– Co wy chce­cie zro­bić? – Wi­dzia­łem wy­raź­nie strach w jego oczach.

– To, co już daw­no ktoś po­wi­nien był zro­bić, ale dał cia­ła. Nic się nie martw. Dzi­siaj wasz kosz­mar się skoń­czy – obie­ca­łem mu.

Wsta­li­śmy i ru­szy­li­śmy w kie­run­ku drzwi. Mu­sie­li­śmy dzia­łać szyb­ko, ale jed­no­cze­śnie ostroż­nie, żeby ten skur­wiel nie zdą­żył już ni­ko­mu wy­rzą­dzić krzyw­dy.

– Wy­cho­dzi­cie? – za­py­tał zdez­o­rien­to­wa­ny.

– Tak, ale jesz­cze się zo­ba­czy­my. Uwa­żaj na sie­bie, mło­dy, i jak jesz­cze raz prze­wi­niesz mi się w ja­kiejś spra­wie z do­pa­la­cza­mi, to ina­czej po­ga­da­my. Ro­zu­mie­my się? – zwró­cił się do nie­go Kry­stian.

– Tak.

Zo­sta­wi­li­śmy chło­pa­ka sa­me­go ze swo­imi my­śla­mi i wró­ci­li­śmy do auta.

– Je­dzie­my na ko­men­dę i dzia­ła­my. Mu­si­my go dzi­siaj zgar­nąć – po­wie­dział Kry­stian, jak tyl­ko od­pa­li­łem sil­nik.

– Roz­kaz, ko­mi­sa­rzu.

***

Wy­szli­śmy z ga­bi­ne­tu or­dy­na­to­ra i znów roz­po­czę­li­śmy na­sze po­szu­ki­wa­nia. Nie dość, że trze­ba było zna­leźć ka­ret­kę, to jesz­cze przy­dał­by się ten An­tek. Na szczę­ście raz w ży­ciu szczę­ście po­sta­no­wi­ło się do nas uśmiech­nąć i An­tek zgod­nie z za­pew­nie­nia­mi stał przy ka­ret­ce.

– Cześć, je­stem An­tek Ja­ku­bow­ski, miło was po­znać. – Przy­wi­tał się z nami.

– Cześć, Ola Sta­now­ska i Adam Biel­ski, cie­bie rów­nież – od­po­wie­dzia­łam z sze­ro­kim uśmie­chem. – Dłu­go tu pra­cu­jesz? – za­in­te­re­so­wa­łam się.

– Osiem lat, więc od­kąd tyl­ko zo­sta­łem ra­tow­ni­kiem. A jak u was?

– My od po­cząt­ku w War­sza­wie. Ja jeż­dżę sześć lat, a Adam już trzy­na­ście.

– Ka­wał cza­su. Mie­wasz cza­sem już dość? – za­py­tał mo­je­go przy­ja­cie­la.

– Za każ­dym ra­zem, jak Ola się od­zy­wa, ale pra­cy to nie – rzu­cił z prze­ką­sem.

– Słu­cham? Do­brze, to nie będę się od­zy­wać wca­le. Włą­czy­my mu­zy­kę i spę­dzi­my ten czas w ci­szy – sko­men­to­wa­łam obu­rzo­na.

– Jak przy mu­zy­ce, to ra­czej nie w ci­szy, ma­toł­ku.

– Ja­kieś pre­fe­ren­cje co do play­li­sty? – prze­rwał nam An­tek, bo­jąc się chy­ba, do­kąd nas ta wy­mia­na zdań do­pro­wa­dzi.

– Gibbs! – krzyk­nę­li­śmy jed­no­cze­śnie.

Od­po­wiedź usły­szał z pew­no­ścią nie tyl­ko An­tek, ale są­dząc po twa­rzach skie­ro­wa­nych w na­szą stro­nę, pew­nie wszy­scy w pro­mie­niu kil­ku­na­stu me­trów. A może po­my­śle­li, że Gibbs po­sta­no­wił od­wie­dzić szpi­tal?…

– Też uwiel­biam. A oprócz nie­go?

– Ogól­nie głów­nie hip-hop, ale nie ogra­ni­cza­my się tyl­ko do tego ga­tun­ku – od­po­wie­dzia­łam.

– To się do­ga­da­my. Okej, czas na nas.

Ru­szy­li­śmy na uli­ce Ło­dzi i z każ­dą ko­lej­ną go­dzi­ną co­raz bar­dziej prze­ko­ny­wa­łam się do łódz­kich dróg. Cho­ciaż jesz­cze nie na tyle, by sa­mej po­rwać się na ta­kie sza­leń­stwo jak pro­wa­dze­nie tu sa­mo­cho­du. An­tek oka­zał się prze­sym­pa­tycz­nym roz­mów­cą (bo wbrew mo­jej de­kla­ra­cji zbyt dłu­go w ci­szy nie wy­trzy­ma­łam) i na szczę­ście z tym sa­mym gu­stem mu­zycz­nym.

Pierw­szy dzień był dla nas ła­ska­wy i nie mie­li­śmy zbyt wie­le zgło­szeń. Te, któ­re do­sta­li­śmy, na szczę­ście nie do­ty­czy­ły sy­tu­acji za­gro­że­nia ży­cia. To dla Ant­ka z pew­no­ścią miła od­mia­na po wie­lu wy­jaz­dach z po­wo­du przedaw­ko­wań ja­kie­goś no­we­go gów­na, któ­re za­czę­to roz­pro­wa­dzać w tym mie­ście. Za­sta­na­wia­łam się, jaki syf jesz­cze po­wsta­nie tyl­ko po to, by ktoś mógł się wzbo­ga­cić.

Z mo­ich roz­my­ślań wy­rwa­ło mnie py­ta­nie Ant­ka, co do któ­re­go mia­łam na­dzie­ję, że szyb­ko nie pad­nie.

– Jak się w su­mie po­zna­li­ście? W pra­cy?

– W pew­nym sen­sie. – za­czę­łam. – Tyl­ko wte­dy nie by­łam ra­tow­nicz­ką, a pa­cjent­ką.

– Wy­pa­dek? – do­py­tał.

– Nie­zu­peł­nie. Na­pa­dli mnie, kie­dy mia­łam pięt­na­ście lat. Po­bi­li mnie do tego stop­nia, że stra­ci­łam przy­tom­ność. Na szczę­ście dwóch męż­czyzn prze­cho­dzi­ło i po­wstrzy­ma­li tam­tych. Tyl­ko dla­te­go nie uda­ło im się skoń­czyć tego, co za­czę­li. Je­śli wiesz, co mam na my­śli. – Opo­wia­da­jąc, wró­ci­łam my­śla­mi do jed­nej z naj­gor­szych chwil w moim ży­ciu.

– Prze­pra­szam, nie wie­dzia­łem. Przy­kro mi. – Sły­sza­łam w jego gło­sie szcze­rość.

– W po­rząd­ku. Nie mo­głeś wie­dzieć. Tra­fi­łam do szpi­ta­la, a że miesz­ka­łam w domu dziec­ka i nikt się mną spe­cjal­nie nie in­te­re­so­wał, to Adam mnie od­wie­dzał. Zresz­tą nie tyl­ko on. Tych dwóch, któ­rzy mnie ura­to­wa­li, też z sali wy­go­nić nie mo­głam. Oka­za­ło się, że to w pew­nym sen­sie przy­szy­wa­ni bra­cia i dzi­siaj są dla mnie jak ro­dzi­na. Te­raz po trzy­na­stu la­tach w za­sa­dzie nie pa­mię­tam, jak to było, kie­dy ich nie mia­łam. Mi­chał, Da­mian i Syl­wia są jak moje ro­dzeń­stwo. Przez więk­szość cza­su miesz­ka­li­śmy ra­zem. W za­sa­dzie zgar­nę­li mnie do sie­bie za­raz po domu dziec­ka, a też wca­le nie mie­li ła­two. Ro­dzi­ce Mi­cha­ła i Syl­wii zgi­nę­li w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym, kie­dy Mi­chał miał dwa­dzie­ścia lat, a Syl­wia dwa­na­ście. Prze­jął opie­kę nad nią, bo in­nej ro­dzi­ny nie mie­li, co też dla tak mło­de­go chło­pa­ka, któ­ry stra­cił ro­dzi­ców, mu­sia­ło być cho­ler­nie trud­ne. Da­mian miał po­dob­ną sy­tu­ację do mo­jej. Tyl­ko że moi ro­dzi­ce pili, a jego wo­le­li nar­ko­ty­ki. No i on nie był w domu dziec­ka. Po­znał Mi­cha­ła któ­rejś nocy, jak na­wiał z domu, a ten za­brał go do sie­bie. Póź­niej w za­sa­dzie już spę­dzał tam więk­szość cza­su i nikt go spe­cjal­nie nie szu­kał. No i tak się trzy­ma­my już kil­ka­na­ście lat ra­zem.

– Tyle do­bre­go w tym ca­łym gów­nie. Do­brze, że na sie­bie tra­fi­li­ście – pod­su­mo­wał ze smut­kiem.

– To praw­da.

Po mo­ich ostat­nich sło­wach za­pa­dła ci­sza i wszy­scy wsłu­cha­li­śmy się w mu­zy­kę pły­ną­cą z gło­śni­ka.

Sto­ję gdzieś w tłu­mie, by tłu­mić strach

Szu­ka­my tyl­ko lep­szej stro­ny słoń­ca2

– Gdzie się za­trzy­ma­li­ście? – Po ja­kimś cza­sie ci­szę prze­rwał An­tek.

– Wy­na­ję­li­śmy miesz­ka­nie na Ki­liń­skie­go w oko­li­cy Tu­wi­ma – od­rze­kłam.

– Sami przy­je­cha­li­ście? To jed­nak ka­wa­łek od War­sza­wy, a u cie­bie wi­dzę ob­rącz­kę – zwró­cił się do Ada­ma.

– Tak, mam żonę i dwie có­recz­ki. Zo­sta­ły w War­sza­wie, bo wia­do­mo: przed­szko­le, szko­ła, pra­ca. Na szczę­ście to nie aż tak da­le­ko, więc bę­dzie­my się czę­sto wi­dy­wać.

– Ro­zu­miem. U mnie po­dob­nie. Też trzy ko­bie­ty w domu – od­po­wie­dział z uśmie­chem. – A ty, Ola?

– Ja nie mam męża i dwóch có­rek, więc oszczę­dzę na pa­li­wie – za­żar­to­wa­łam, co za­owo­co­wa­ło ko­lej­nym spo­tka­niem mo­ich że­ber z łok­ciem Ada­ma. – Umiem się też usta­wić, i dzi­siaj Syl­wia przy­jeż­dża do mnie z Ra­fa­łem, jej na­rze­czo­nym, więc to oni będą mnie od­wie­dzać – kon­ty­nu­owa­łam z dumą w gło­sie.

– Tak też moż­na. – An­tek śmiał się. – Ja­kie pla­ny na wie­czór?

– Ola i Syl­wia będą drzeć mor­dy, a ja i Ra­fał bę­dzie­my sta­ra­li się to prze­trwać. – Adam nie mógł prze­pu­ścić oka­zji, gdy mógł wrzu­cić ja­kąś zło­śli­wość.

– Do­kład­nie tak bę­dzie. Dziś w re­per­tu­arze przy­go­to­wa­ły­śmy dla was utwo­ry Sa­nah. Bę­dzie­cie za­chwy­ce­ni. – Wy­szcze­rzy­łam się do nie­go.

– Już nie mogę się do­cze­kać – stwier­dził iro­nicz­nie.

– Po­wo­dze­nia, Adam. Czu­ję, że może ci się przy­dać – wtrą­cił An­tek.

– Na­wet nie wiesz, jak bar­dzo. – Wes­tchnął te­atral­nie.

– Koń­czy­my na dzi­siaj. Dzię­ki za świet­ną zmia­nę i baw­cie się do­brze wie­czo­rem… Ewen­tu­al­nie po pro­stu prze­trwaj­cie ten wie­czór. – Do­da­jąc to, An­tek zde­cy­do­wa­nie nie pa­trzył na mnie.

– Dzię­ku­je­my. To­bie też ży­czy­my uda­ne­go wie­czo­ru – od­po­wie­dzia­łam z naj­szer­szym uśmie­chem, na jaki było mnie w tym mo­men­cie stać.

***

Na ko­men­dzie po­pro­si­li­śmy o po­moc mo­je­go ojca. W ta­kich spra­wach nie miał so­bie rów­nych, bo prak­tycz­nie za­wsze uda­wa­ło mu się na­kło­nić ofia­ry do mó­wie­nia. A je­śli to nie dzia­ła­ło, znaj­do­wał inny spo­sób, żeby win­ne po­dob­nych prze­stępstw po­two­ry od­po­wie­dzia­ły za swo­je grze­chy.

– Jak chce­cie to za­ła­twić? – za­py­tał nas, kie­dy zo­sta­li­śmy sami.

– Zgar­nia­my go na czter­dzie­ści osiem go­dzin. W tym cza­sie mu­si­my zna­leźć na nie­go ab­so­lut­nie wszyst­ko, co się da. Spraw­dzi­łem ten ad­res. Tyl­ko w ze­szłym ty­go­dniu były tam dwie in­ter­wen­cje. Nie ro­zu­miem, ja­kim, kur­wa, cu­dem on jesz­cze nie sie­dzi. – Kry­stian z tru­dem nad sobą pa­no­wał.

– Jedź­cie po nie­go. Zaj­mę się resz­tą. Tyl­ko ostroż­nie, do cho­le­ry! Ma­cie wszyst­ko zro­bić książ­ko­wo i to jesz­cze z pier­do­lo­nym uśmie­chem na twa­rzy, żeby nie pró­bo­wał nas o nic oskar­żyć i w ten spo­sób się bro­nić, ja­sne?

– Mo­żesz być pe­wien, że aresz­tu­je­my go z sze­ro­kim uśmie­chem – od­po­wie­dzia­łem ojcu zgod­nie z praw­dą.

Po­je­cha­li­śmy do szpi­ta­la i do­ko­na­li­śmy na­sze­go wzo­ro­we­go pod każ­dym wzglę­dem za­trzy­ma­nia. Kie­dy my by­li­śmy w dro­dze na ko­men­dę, mój oj­ciec prze­ko­ny­wał mat­kę chłop­ców do zło­że­nia ze­znań. Nie by­łem ani tro­chę za­sko­czo­ny tym, że uda­ło mu się to nie­mal od razu. W mię­dzy­cza­sie oka­za­ło się jesz­cze, że od­ci­ski pal­ców na­sze­go pry­mi­tyw­ne­go bok­se­ra zna­la­zły się w miej­scu ostat­nio do­ko­na­ne­go roz­bo­ju. Czy­li poza bi­ciem wła­snej ro­dzi­ny lu­bił też okra­dać i bić star­sze oso­by. By­łem pe­wien, że dłu­go nie opu­ści wię­zien­nych mu­rów, gdzie prze­ko­na się, jak czu­ły się jego ofia­ry. Te­raz po­zo­sta­wa­ła naj­lep­sza część tej ro­bo­ty.

– Dzień do­bry. Szu­ka­my mi­ło­śni­ków do­pa­la­czy, są tu ja­cyś? – za­py­ta­łem, kie­dy drzwi otwo­rzył nam chło­pak, z któ­rym roz­ma­wia­li­śmy rano.

– Nie ma. Po­my­li­li­ście ad­res. – Ma­ciek uśmie­chał się do nas.

– To szko­da. Mamy do­brą i złą wia­do­mość. Od któ­rej za­cząć? – za­py­tał Kry­stian, gdy wcho­dzi­li­śmy do środ­ka.

– Od złej. – Spoj­rzał na nas uważ­nie.

– Do­bry wy­bór. Nie­ste­ty bę­dzie­my mu­sie­li cię pro­sić, że­byś opo­wie­dział nam do­kład­nie, co dzia­ło się u was w domu, tym ra­zem ofi­cjal­nie.

– A do­bra?

– Twój oj­ciec zo­stał aresz­to­wa­ny i pew­nie wyj­dzie za ja­kieś dzie­sięć lat. Mam na­dzie­ję, że to nie pro­blem? – za­py­ta­łem, mimo że do­brze zna­łem od­po­wiedź.

Ma­ciek pa­trzył na nas tak, jak­by­śmy wła­śnie po­wie­dzie­li, że na jego osie­dlu spa­ce­ru­je oran­gu­tan i opo­wia­da dzie­ciom baj­ki.

– Mó­wi­cie po­waż­nie? – za­py­tał do­pie­ro po chwi­li.

– Rzad­ko by­wa­my po­waż­ni, ale tym ra­zem nie żar­tu­je­my. To ko­niec tego gów­na. Opie­kuj się mamą i pil­nuj bra­ta, że­bym nie mu­siał tu przy­pad­kiem służ­bo­wo przy­jeż­dżać, bo prze­sta­nie­my się lu­bić, ja­sne? – za­py­tał z uśmie­chem Kry­stian.

– Tak… Dzię­ku­ję. – Wi­dzie­li­śmy, że wciąż to do nie­go nie do­cie­ra, więc po­sta­no­wi­li­śmy po­zwo­lić mu się z tym oswo­ić.

– Po­le­ca­my się na przy­szłość, ale obyś nie mu­siał ko­rzy­stać. Trzy­maj się, mło­dy.

Za­nim wy­szli­śmy, zo­sta­wi­li­śmy jesz­cze chło­pa­ko­wi na­sze wi­zy­tów­ki, żeby za­wsze miał moż­li­wość skon­tak­to­wać się z nami, gdy bę­dzie po­trze­bo­wał po­mo­cy. Te­raz przy­szła pora wró­cić do nie­szczę­snej spra­wy do­pa­la­czy.

***

Wró­ci­li­śmy do na­sze­go tym­cza­so­we­go domu bez więk­szych prze­szkód. Oby­ło się bez jaz­dy pod prąd i błą­dze­nia po ca­łym mie­ście, a Adam na­wet nie użył na­wi­ga­cji. Nie ma co, fa­cet ma mój sza­cu­nek. Roz­pa­ko­wa­li­śmy się też w mia­rę spraw­nie i cze­ka­li­śmy na Syl­wię i Ra­fa­ła.

Dłu­go cze­kać nie mu­sie­li­śmy.

– Hej, go­łą­becz­ki! Jak wam mi­nę­ła po­dróż? – przy­wi­ta­łam się z wcho­dzą­cy­mi go­ść­mi. Cie­ka­we, czy wy­czu­li sar­kazm.

– Do­brze, do­pó­ki nie wje­cha­li­śmy do Ło­dzi – od­po­wie­dział mi Ra­fał, utwier­dza­jąc mnie w prze­ko­na­niu, że wy­szu­ka­ny sar­kazm zo­stał zro­zu­mia­ny.

– Ol­cia, ty po­win­naś zda­wać praw­ko tu­taj. Już wi­dzę, jak by to było. Pew­na sie­bie Ola wjeż­dża w uli­cę Tu­wi­ma, na co eg­za­mi­na­tor na­tych­miast re­agu­je, krzy­cząc: „Pani Olu, ta uli­ca jest jed­no­kie­run­ko­wa!”.Ola z jesz­cze więk­szą pew­no­ścią sie­bie od­po­wia­da: „No prze­cież wiem. Nie ro­zu­miem, o co panu cho­dzi”. W od­po­wie­dzi sły­szy: „Na li­tość bo­ską je­dzie pani pod prąd!”.Wte­dy już nie­co mniej pew­na sie­bie Ola od­po­wia­da: „Cho­le­ra, ja my­śla­łam, że ona jest jed­no­kie­run­ko­wa, ale w tym dru­gim kie­run­ku”. – Adam koń­czy swo­ją barw­ną opo­wieść, du­sząc się ze śmie­chu.

Oczy­wi­ście cała resz­ta nie po­zo­sta­je mu dłuż­na i po chwi­li wszy­scy już re­cho­czą, wli­cza­jąc rów­nież mnie. Co zro­bić? To jed­no py­ta­nie na eg­za­mi­nie bę­dzie mnie prze­śla­do­wać do koń­ca ży­cia i o je­den dzień dłu­żej.

Resz­ta wie­czo­ru mija w po­dob­nej at­mos­fe­rze. Dużo śmie­chu, dużo śpie­wu (wia­do­mo w czy­im wy­ko­na­niu) i oczy­wi­ście dużo sar­ka­zmu i zło­śli­wo­ści, bez któ­rych ta ro­dzi­na nie by­ła­by w sta­nie funk­cjo­no­wać.

***

Mia­łem szcze­rze dość bie­ga­nia po róż­nych me­li­nach i szu­ka­nia di­le­rów tego gów­na. Nar­ko­ty­ko­wi też już nie wy­ra­bia­li. Zresz­tą cięż­ko ten syf na­zwać nar­ko­ty­kiem. Nie są­dzi­łem, że kie­dyś bę­dzie mi bra­ko­wać cza­sów, w któ­rych han­dlo­wa­no wy­łącz­nie zwy­kły­mi pro­cha­mi.

– Do­bra, ma­cie na dzi­siaj jesz­cze jed­no miej­sce do spraw­dze­nia. To ja­kiś ano­ni­mo­wy do­nos, ale spraw­dzić trze­ba – ode­zwał się ko­men­dant, wcho­dząc do po­ko­ju.

– Świet­nie. Pew­nie jak zwy­kle ja­kiś żar­tow­niś wy­pi­su­je te bzdu­ry, a po­tem cze­ka i spraw­dza, jak szu­ka­my ni­cze­go – sko­men­to­wał mój szwa­gier.

Jego nie mniej wku­rza­ło to całe ba­gno. Dzi­siaj zmarł na­sto­la­tek, któ­ry na­wet nie wziął tego dużo. Nie mogę się do­cze­kać, aż do­rwie­my tych skur­wie­li, któ­rzy my­ślą, że jak nie ma cze­goś na li­ście sub­stan­cji za­ka­za­nych, to już za nic nie mogą od­po­wia­dać. Ci od­po­wie­dzą na pew­no.

– Do­mi­nik, wo­lisz pie­szy pa­trol noc­ny w ja­kiejś „przy­jem­nej” oko­li­cy? – od­po­wie­dział mu ko­men­dant.

– Nie, sze­fie. Z dwoj­ga złe­go wolę już spraw­dzać te za­po­mnia­ne przez Boga miej­sca.

– Łu­kasz – zwró­cił się do mnie – po­je­dziesz z Rad­kiem, Asią i Do­mi­ni­kiem. Taki ro­dzin­ny wy­pad.

– Z naj­więk­szą przy­jem­no­ścią. Daw­no ni­g­dzie ra­zem nie by­li­śmy – od­po­wie­dzia­łem z iro­nią.

– Świet­nie, do ro­bo­ty – rzekł szef, igno­ru­jąc mój sar­kazm.

Mu­szę przy­znać, że wy­pad fak­tycz­nie był ro­dzin­ny. Uro­ki służ­by z oj­cem i sio­strą. A jak do tego doj­dzie mąż sio­stry, to już ist­na ro­dzin­na sie­lan­ka.

Pod­je­cha­li­śmy pod miej­sce wska­za­ne w ano­ni­mie i od razu mia­łem prze­czu­cie, że to ja­kaś po­mył­ka albo – jak twier­dził Do­mi­nik – głu­pi żart.

– To ja­kieś to­tal­ne za­du­pie prze­cież – rzu­ci­łem do po­zo­sta­łych.

– Oso­bi­ście uwa­żam, że w tym mo­men­cie ob­ra­zi­łeś nie­jed­no za­du­pie, okre­śla­jąc to miej­sce tym mia­nem – od­po­wie­dział mi szwa­gier.

– Prze­stań­cie ko­men­to­wać i rusz­cie tył­ki. Im szyb­ciej to za­du­pie, jak po­wie­dzia­łeś, synu, spraw­dzi­my, tym szyb­ciej bę­dzie­my mo­gli z nie­go wró­cić.

– Tak jest, pa­nie in­spek­to­rze! – krzyk­nę­li­śmy rów­no­cze­śnie ra­zem z Do­mi­ni­kiem.

Asia tyl­ko po­pa­trzy­ła na nas z po­li­to­wa­niem, ale nic nie od­rze­kła. Tata też da­ro­wał so­bie ko­men­tarz. Zu­peł­nie nie ro­zu­miem dla­cze­go – oj­ciec, nie oj­ciec, sza­cu­nek trze­ba oka­zać, praw­da?

Po­de­szli­śmy do je­dy­ne­go bu­dyn­ku znaj­du­ją­ce­go się na miej­scu. Cho­ciaż w su­mie było to ra­czej wspo­mnie­nie bu­dyn­ku, ale coś tam z nie­go zo­sta­ło.

– Bar­dziej się boję, że to się za­wa­li, niż tego, że ktoś może być w środ­ku. – Moja sio­stra wy­po­wie­dzia­ła gło­śno to, co wszy­scy po­my­śle­li­śmy.

– Do­bra wy­cią­gać broń, dzie­ciacz­ki – roz­ka­zał in­spek­tor.

– Na pew­no nam się przy­da, jak kon­struk­cja za­cznie się wa­lić – wy­pa­lił Do­mi­nik.

We­szli­śmy i w środ­ku za­sta­li­śmy do­kład­nie to samo, co na ze­wnątrz, czy­li kom­plet­nie nic. W do­dat­ku ci­sza, któ­ra pa­no­wa­ła w bu­dyn­ku, wy­da­wa­ła się aż przy­tła­cza­ją­ca. Nie było sły­chać na­wet wia­tru. Za­ob­ser­wo­wa­li­śmy, że cza­sem no­co­wa­li tu bez­dom­ni, bo gdzie­nie­gdzie wa­la­ły się śmie­ci, a na zie­mi le­ża­ły sta­re koce.

– Prze­cież tu nic nie ma. Co my tu, do cho­le­ry, ro­bi­my?!

Gdy tyl­ko Do­mi­nik skoń­czył za­da­wać to py­ta­nie, padł strzał. Kil­ka se­kund póź­niej pa­trzy­łem, jak mój szwa­gier pada na zie­mię, a moja sio­stra, któ­ra sta­ła naj­da­lej, ma przy­sta­wio­ną do skro­ni lufę. Nie wiem na­wet, na ile zda­wa­ła so­bie z tego spra­wę, bo wy­ry­wa­ła się z ca­łych sił, krzy­cząc na wi­dok po­więk­sza­ją­cej się wo­kół męża ka­łu­ży krwi.

***

Ko­lej­ny dzień był już znacz­nie mniej spo­koj­ny. Tyl­ko w cią­gu dwóch ostat­nich go­dzin mie­li­śmy aż pięć wy­jaz­dów.

– Do­bra, mamy zgło­sze­nie – ode­zwał się An­tek, in­for­mu­jąc o ko­lej­nym.

– Ja­kiś chło­piec zgła­sza strze­la­ni­nę w sta­rej od­lew­ni. Brak do­kład­nych in­for­ma­cji o ewen­tu­al­nych po­szko­do­wa­nych. Na miej­scu jest już po­li­cja. Za­cho­waj­cie szcze­gól­ną ostroż­ność – roz­legł się w ra­diu głos dys­po­zy­to­ra.

– No to je­dzie­my. – An­tek włą­czył sy­re­nę i przy­śpie­szył.

– Coś mi tu nie pa­su­je. Cze­mu dziec­ko wzy­wa ka­ret­kę, sko­ro na miej­scu jest po­li­cja? – za­sta­no­wi­łam się na głos.

– Do­bre py­ta­nie. Tro­chę to dziw­ne – po­parł mnie An­tek.

– Adam, za­dzwoń do Ra­fa­ła i po­daj mu szcze­gó­ły. Niech pod­je­dzie na miej­sce zgło­sze­nia i weź­mie na­szą broń. Mam ja­kieś złe prze­czu­cia – po­pro­si­łam przy­ja­cie­la.

– Robi się.

– Broń? Umiesz strze­lać? A poza tym, o co cho­dzi z tym ca­łym Ra­fa­łem? – An­tek był wy­raź­nie za­sko­czo­ny.

– To, że umiem, to je­den z wa­run­ków po­sia­da­nia bro­ni, oczy­wi­ście le­gal­ne­go. A Ra­fał jest po­li­cjan­tem i za­pew­niam, że obo­je strze­la­my świet­nie.

– Robi się co­raz cie­ka­wiej. Czte­ry mi­nu­ty i je­ste­śmy.

Jak się oka­za­ło, na­wet nie­ca­łe czte­ry mi­nu­ty, co było za­słu­gą tego, jak świet­nym kie­row­cą jest An­tek.

– Stoi ja­kieś auto, ale to nie ra­dio­wóz. Adam, za­dzwoń do Ra­fa­ła i za­py­taj, za ile bę­dzie. An­tek, zgłoś, pro­szę, że na miej­scu nie ma po­li­cji. Niech tu przy­ja­dą – po­pro­si­łam chło­pa­ków.

Adam wy­ko­nał bły­ska­wicz­ny te­le­fon i oka­za­ło się, że nasz Rafi jest nie gor­szym kie­row­cą – trzy ko­lej­ne mi­nu­ty i był na miej­scu.

– Po­dej­dę i zo­ba­czę, jak to wy­glą­da. Wy tu zo­stań­cie – po­wie­dział, gdy tyl­ko wy­siadł z sa­mo­cho­du.

– Cze­kaj, idę z tobą. Jak bę­dzie ja­kiś ran­ny, to od razu oce­nię jego stan – ode­zwa­łam się.

– Do­bra, tyl­ko ostroż­nie. Trzy­maj. – Po­dał mi broń.

Ru­szy­li­śmy w stro­nę bu­dyn­ku.

To, co tam zo­ba­czy­li­śmy, spra­wi­ło, że nas za­mu­ro­wa­ło. Na środ­ku le­żał po­strze­lo­ny męż­czy­zna w nie­wiel­kiej na szczę­ście ka­łu­ży krwi. Miał bla­chę na szyi, więc był to po­li­cjant. Z le­wej ja­kiś fa­cet trzy­mał lufę przy gło­wie wy­ry­wa­ją­cej się ko­bie­ty, któ­ra strasz­nie krzy­cza­ła i pła­ka­ła. Do­my­śli­łam się, że po­wo­dem tego był ran­ny męż­czy­zna. Resz­ta mie­rzy­ła do sie­bie z bro­ni. Nie­ste­ty tam­ci mie­li dwu­krot­ną prze­wa­gę li­czeb­ną nad po­li­cjan­ta­mi. Szczę­śli­wie nikt nie zdą­żył nas zo­ba­czyć, więc po ci­chu ode­szli­śmy z po­wro­tem do ka­ret­ki.

– An­tek, zgłoś, że na miej­scu znaj­du­je się ran­ny po­li­cjant. W do­dat­ku po­li­cja jest w za­sadz­ce. Pię­ciu uzbro­jo­nych na­past­ni­ków i trzech po­li­cjan­tów, z cze­go jed­na po­li­cjant­ka zo­sta­ła za­kład­nicz­ką – zre­la­cjo­no­wa­łam sy­tu­ację.

– Przy­je­cha­li­ście na sy­gna­le? – za­py­tał Ra­fał.

– Tak, a co? – od­po­wie­dzia­łam zdzi­wio­na tym py­ta­niem.

– Ja­kim cu­dem was nie usły­sze­li?

– Może usły­sze­li, tyl­ko my­śle­li, że po­je­cha­li­śmy da­lej. To nie po­li­cyj­na sy­re­na, żeby zwra­ca­li na nią uwa­gę, a jak wi­dzisz, sto­imy dość da­le­ko od bu­dyn­ku – stwier­dził przy­tom­nie Adam.

– Co ro­bi­my? – za­py­ta­łam.

– Nie mo­że­my cze­kać na przy­jazd po­li­cji, za duże ry­zy­ko, że ten po­li­cjant się wy­krwa­wi – od­po­wie­dział mi Ra­fał. – Ja tam wej­dę i spró­bu­ję od­wró­cić ich uwa­gę. We trój­kę mamy tam i tak więk­sze szan­se niż tam­ta osa­mot­nio­na dwój­ka. Naj­gor­sze, że mają tę po­li­cjant­kę na musz­ce – my­ślał na głos.

– Nie. Za duże ry­zy­ko. Wje­dzie­my tam na sy­gna­le ka­ret­ką i na­ro­bi­my za­mie­sza­nia. Cha­os może być te­raz na­szym naj­lep­szym sprzy­mie­rzeń­cem – za­pro­po­no­wa­łam inne roz­wią­za­nie.

– Cho­le­ra, Olka, nie je­ste­ście z po­li­cji! Chcesz wal­czyć z gru­pą uzbro­jo­nych na­past­ni­ków strzy­kaw­ka­mi? – od­po­wie­dział mi wku­rzo­ny.

– Jak bę­dzie trze­ba, to tak. Jak bę­dzie trze­ba, to ich roz­je­dzie­my. Poza tym też mam broń – przy­po­mnia­łam mu. – Ra­fał, nie de­ner­wuj mnie. Ra­zem mamy szan­sę. Sam tam nie wej­dziesz. Nie za­mie­rzam po­cie­szać sio­stry na two­im po­grze­bie. – Uży­łam ar­gu­men­tu, któ­ry za­wsze dzia­łał.

– Niech to szlag! Wsia­daj­cie do tej pie­przo­nej ka­ret­ki. Nie ma cza­su.

Zro­bi­li­śmy to na­tych­miast i na sy­gna­le ru­szy­li­śmy w stro­nę bu­dyn­ku.

***

– A już się ba­li­śmy, że nie przy­je­dzie­cie – rzu­cił je­den z na­past­ni­ków.

– Na­tych­miast ją puść i do­brze wam ra­dzę, rzuć­cie tę pie­przo­ną broń! – krzyk­ną­łem, ce­lu­jąc w nie­go z pi­sto­le­tu.

– A co ty nam mo­żesz zro­bić, co? Nie wiem, czy za­uwa­ży­łeś, ale mamy nad wami pew­ną prze­wa­gę. Chy­ba że w po­li­cji ma­cie pro­ble­my z ma­te­ma­ty­ką, to mogę ob­ja­śnić. – To po­wie­dziaw­szy, dru­gi z nich za­śmiał się.

– Za­raz to wy bę­dzie­cie mieć po­waż­ne pro­ble­my, jak za­cznie­my wam wy­li­czać za­rzu­ty. – Za­ak­cen­to­wa­łem wła­ści­we sło­wo.

– Nie wy­da­je mi się. Tam­ten się za­raz wy­krwa­wi. Wy też za­raz zgi­nie­cie. A ona albo zgi­nie od razu, albo się naj­pierw za­ba­wi­my.

Pa­trzy­łem na Asię i wi­dzia­łem, że się pod­da­ła. Prze­sta­ła wal­czyć i zda­je się, że żad­ne sło­wa do niej nie do­cie­ra­ły. Nie dzi­wi­łem się. Do­mi­nik po­wo­li się wy­krwa­wiał tuż obok nas i nic nie mo­gli­śmy w tej chwi­li zro­bić. Sam le­d­wo nad sobą pa­no­wa­łem.

– Po moim, kur­wa, tru­pie! – od­po­wie­dzia­łem i wy­ce­lo­wa­łem pro­sto w tego, któ­ry trzy­mał Asię.

Na szczę­ście przez to, że po­cząt­ko­wo moc­no wy­ry­wa­ła się na­past­ni­ko­wi, jego chwyt nie był te­raz moc­ny i mo­głem od­dać strzał. Pro­blem tkwił w tym, że ich było pię­ciu, a nas dwóch. Asi na­wet nie li­czę, nie była te­raz zdol­na do wal­ki. Szan­se więc mie­li­śmy mar­ne, ale nie rów­ne zeru. A cze­kać na ra­tu­nek nie za­mie­rza­łem, bo wie­dzia­łem, że za­nim ktoś zo­rien­tu­je się w sy­tu­acji, nas już daw­no nie bę­dzie.

– A to się aku­rat da zro­bić. – Do­sta­łem od­po­wiedź na swo­ją wcze­śniej­szą de­kla­ra­cję.

Za­nim jed­nak kto­kol­wiek zdą­żył coś zro­bić, do bu­dyn­ku wje­cha­ła na sy­gna­le ka­ret­ka. Za­trzy­ma­ła się tuż przy nas, ale tak, żeby za­sło­nić Do­mi­ni­ka. Nie za­sta­na­wia­łem się dłu­go. Od­da­łem strzał w kie­run­ku tego, któ­ry trzy­mał Asię, i ru­szy­łem w jej stro­nę. W tym sa­mym cza­sie z ka­ret­ki wy­sie­dli fa­cet z ko­bie­tą i ra­zem z moim oj­cem od­da­wa­li strza­ły w kie­run­ku po­dej­rza­nych. Trzech szyb­ko zo­sta­ło zneu­tra­li­zo­wa­nych. Kie­dy ostat­ni z nich zo­rien­to­wał się w sy­tu­acji, za­czął ucie­kać.

– Jest mój! – krzyk­nął fa­cet z ka­ret­ki i po­biegł za nim.

Przy­tu­li­łem moc­no Aśkę i ru­szy­li­śmy ra­zem do Do­mi­ni­ka. W tym cza­sie oj­ciec pil­no­wał po­dej­rza­nych.

***

– Hej, sły­szysz mnie? Jak masz na imię? – za­py­ta­łam gło­śno ran­ne­go po­li­cjan­ta. Po­zo­sta­wał przy­tom­ny, więc nie było naj­go­rzej.

– Do­mi­nik. Trud­no nie sły­szeć, jak tak krzy­czysz. – Usły­sza­łam w od­po­wie­dzi ci­chy głos, ale i tak mnie za­mu­ro­wa­ło. Nie spo­dzie­wa­łam się żar­tów z jego stro­ny. Na­tych­miast go po­lu­bi­łam.

– No to na pew­no nie umie­rasz, sko­ro masz siłę so­bie żar­to­wać, i to w do­dat­ku ze mnie – po­wie­dzia­łam żar­to­bli­wym to­nem. – Da­waj­cie, chło­pa­ki, ta­mu­je­my to krwa­wie­nie i wie­zie­my żar­tow­ni­sia na sa­lo­ny. Po­trze­bu­ję opa­tru­nek uci­sko­wy i wen­ty­lo­wy.

Szyb­ko wy­ko­na­li­śmy nie­zbęd­ne czyn­no­ści, a chwi­lę póź­niej Do­mi­nik był już w ka­ret­ce. We­zwa­li­śmy też po­moc dla po­zo­sta­łych ran­nych. Na szczę­ście nie były to po­waż­ne ob­ra­że­nia i nikt nie wy­ma­gał na­tych­mia­sto­wej in­ter­wen­cji.

– Nie mamy cza­su, mu­si­my je­chać. Zgar­nie­cie Ra­fa­ła? – za­py­ta­łam po­li­cjan­tów.

Do­pie­ro te­raz spoj­rza­łam na ich twa­rze i w jed­nej z nich roz­po­zna­łam tego, któ­re­go kie­dyś już do­brze po­zna­łam. Są­dząc po spo­so­bie, w jaki na mnie pa­trzył, on rów­nież mnie roz­po­znał. Nie było jed­nak te­raz cza­su na roz­mo­wy.

– To ten fa­cet, któ­ry po­biegł za po­dej­rza­nym? – za­py­tał młod­szy z nich.

– Tak – po­twier­dzi­łam.

– Zgar­nie­my, jedź­cie – od­rzekł na­tych­miast.

– Je­dziesz z nami? – zwró­ci­łam się do za­pła­ka­nej po­li­cjant­ki. Da­lej nie wie­dzia­łam, kim jest dla po­szko­do­wa­ne­go, ale mia­łam pew­ność, że musi być kimś bli­skim.

– Tak, to mój mąż. – Choć za­pła­ka­na, mia­ła tyle przy­tom­no­ści umy­słu, że od razu wy­ja­śni­ła.

– Ru­sza­my. Za­bie­ra­my go na Po­mor­ską – po­in­for­mo­wa­łam po­li­cjan­tów.

1 Frag­ment utwo­ru Inee i Gib­b­sa pt. Na za­krę­cie, z al­bu­mu 13 (wyd. 2025).

2 Frag­ment utwo­ru Gib­b­sa pt. Lep­sza stro­na słoń­ca, z al­bu­mu Czar­no na bia­łym (wyd. 2021).

***

Pod­sze­dłem szyb­ko do ojca, któ­ry pil­no­wał aresz­to­wa­nych. Da­lej nie wie­dzia­łem, co tu się wła­ści­wie sta­ło. Ka­ret­ka po­ja­wi­ła się zni­kąd, a w do­dat­ku wy­sko­czy­li z niej uzbro­je­ni ra­tow­ni­cy. Ja­kaś to­tal­na abs­trak­cja.

– Co z Do­mi­ni­kiem? – za­py­tał od razu tata.

– Nie jest naj­go­rzej. Był jesz­cze przy­tom­ny i na­wet żar­to­wał so­bie z tej ra­tow­nicz­ki – od­rze­kłem z lek­kim uśmie­chem.

– Znam ją – po­wie­dział na­gle.

– Kogo? Tę ra­tow­nicz­kę? – zdzi­wi­łem się.

– Tak. Ma na imię Ola.

– Skąd ją znasz? – Spoj­rza­łem na nie­go uważ­nie.

– Trzy­na­ście lat temu pro­wa­dzi­łem jej spra­wę. Bru­tal­ne po­bi­cie i pró­ba gwał­tu – od­po­wie­dział z wy­raź­nie wy­czu­wal­nym smut­kiem.

– O kur­wa! – Na żad­ną inną od­po­wiedź nie było mnie stać.

– Wła­śnie. Wła­śnie tak, synu.

W tej sa­mej chwi­li do bu­dyn­ku za­czę­ły wjeż­dżać ra­dio­wo­zy, a za­raz za nimi ka­ret­ki. Po­dej­rza­ni, poza jed­nym, nie wy­ma­ga­li trans­por­tu do szpi­ta­la. Zo­sta­li opa­trze­ni, a ra­dio­wo­zy za­bra­ły ich tam, gdzie ich miej­sce. Ten je­den w asy­ście po­li­cji zo­stał prze­trans­por­to­wa­ny do szpi­ta­la, skąd póź­niej tra­fi do aresz­tu.

– Mam go! – Usły­sze­li­śmy za sobą krzyk, o ile do­brze pa­mię­tam imię, Ra­fa­ła.

– Wiel­kie dzię­ki za po­moc. Ura­to­wa­li­ście nam ży­cie. Skąd wy się tu w ogó­le wzię­li­ście? – za­py­ta­łem, wciąż zdez­o­rien­to­wa­ny.

Ra­fał zre­la­cjo­no­wał nam prze­bieg zda­rzeń. Mu­szę przy­znać, że że za­ło­ga ka­ret­ki zro­bi­ła na mnie ogrom­ne wra­że­nie. Sa­mej ak­cji też nie po­wsty­dzi­li­by się naj­lep­si po­li­cjan­ci. Ra­fał, jak się oka­za­ło, na­wet nim był. Ogar­nę­li­śmy wszyst­ko, co było ko­niecz­ne, i ru­szy­li­śmy szyb­ko do szpi­ta­la. Po dro­dze tata za­dzwo­nił jesz­cze do mamy, bo Asia na pew­no nie mia­ła do tego gło­wy. Na szczę­ście mat­ka nie ze­szła na za­wał, a u niej to wca­le nie ta­kie oczy­wi­ste.

[…]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Do­pa­lacz

isbn: 978-83-8423-549-2

© Iza­be­la Sier­piec i Wy­daw­nic­two No­vae Res 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czytja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zuwy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa No­vae Res.

re­dak­cja: Pa­weł Po­mia­nek | Je­zy­ko­we­Dy­le­ma­ty.pl

ko­rek­ta: MAQ PRO­JECTS

okład­ka: Oli­wia Błasz­czyk

kon­wewr­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two No­vae Res na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-mail: se­kre­ta­riat@gru­pa­za­czy­ta­ni.pl

https://no­va­eres.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.