Dom apokryf - Bartek Węglorz - ebook
NOWOŚĆ

Dom apokryf ebook

Bartek Węglorz

0,0

Opis

Dwie historie oddzielone od siebie czasem, połączone miejscem. Gdzieś na południu Polski.

Pierwsza część jest o Żółwiu, gołębiach, kurach i kunie, która te kury zabija. ale przede wszystkim o rodzeństwie, które poznaje się na nowo, bo za młodu jakoś im nie wyszło.

Druga część należy do nastoletniej banitki, która sama siebie nazwała Manną. Manna patrzy na świat który odchodzi. Utopce, nocznice, beboki odchodzą wraz z kimś, kogo Manna kocha najbardziej na świecie. Manna żegna się nie tylko z bliskimi, ale też z samą sobą. Zmienia się. Etnolodzy mówią na to okres mediacyjny, stan zawieszenia, gdzie łączą się światy i można zobaczyć duchy. Bo owszem, są i duchy.

A więc jest Żółw - wrócił i znowu pali węglem, jest Manna - patrzy na latające gołębie i czuje, że dawniej niebo było inne, światło jaśniejsze, trawa zieleńsza. Są nocznice, śnieg, sierpień, Śląsk Cieszyński i jego piękna gwara, język dzieciństwa autora.

 

O autorze

•Bartek Węglorz, rocznik '79, wychował się na Śląsku Cieszyńskim. Jest absolwentem liceum ekonomicznego, ale był - tak twierdzi - za słaby z matmy, żeby zostać bankierem. Na szczęście dla siebie. I dla banku. Ukończył etnologię na Uniwersytecie Śląskim w Cieszynie. Po studiach pracował w Anglii. Wrócił do kraju, by studiować w PWSFTviT w Łodzi, bo druga jego pasja, zaraz po książkach, to film. Jest absolwentem Szkoły Wajdy. Od 2008 roku zajmuje się montażem. 

•Mieszka w podwarszawskiej wsi. Kiedy wraca w rodzinne strony zawsze mówi gwarą. Lubi.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 179

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



ŻÓŁW

.

Za kotarą jest duszno, żółta żarówka w brudnym kloszu oświetla ciasny przedpokój. Z klosza zwisa oblepiony muchami lep. Ściągają kurtki i wciskają między inne na koślawym wieszaku.

Następne pomieszczenie jest przechodnim pokojem, ale wygląda jak poszerzony korytarz z oknem. Tu zdejmują buty, ustawiają je obok innych. Przy stoliku pod oknem siedzi mężczyzna w sile wieku, nawet elegancki, ale elegancją kościelnego, liczy ułożone przed nim drewniane klamerki. Wystający spod swetra biały kołnierzyk związany krawatem w jakiś sposób dodaje mu powagi.

– Szczęść Boże – mówi mama.

– Zapraszam. Nasz Tomasz jest już gotowy.

Mężczyzna mówi ściszonym głosem. Moduluje szept w półgłos, wyższe tony głaszczą Żółwia z tyłu głowy. Jak dotyk bioenergoterapeuty, elektryczność biegnąca z góry na dół, wywołująca przyjemne dreszcze.

Wręcza im po klamerce i zaprasza dalej. Za cienkim paździerzem przeszklonym mleczną szybą znajduje się właściwy pokój. Pokój Tomasza. Czuć obecność wielu osób.

Otwierają drzwi i wchodzą. Żółw staje w progu, Anka prowadzi matkę w tłum.

Na taboret wchodzi człowiek o suchej, szczurzej fizjonomii. Blady, niewyspany asceta, wzbudzający litość i zaufanie. Występuje w groteskowym gorsecie, do którego przypięte ma skrzydła z poliestru i bibuły – bluźniercze przedłużenie dwóch blizn, które podobno nosi na plecach. Mówią, że taki się urodził, tak jak rodzą się ludzie z ogonem czy błoną między palcami. Jebany oszust, myśli Żółw z podziwem, dobrze to wymyślił.

W tej samej chwili tłum zaczyna szeptać. Wpierw pojedynczymi ustami, gdzieś z przodu. Dołączają następne, najpierw niepewnie i nierówno, ale zaraz potem suną już razem, szerokim taranem niezachwianej wiary w tego zniewieściałego dziwoląga. To Aniele Boży, klasyka gatunku.

Anioł stoi z zamkniętymi oczami i po cichu, samymi wargami, też się modli. Ludzie chodzą wokół taboretu, z namaszczeniem trącają te święte syntetyczne skrzydła. Szurając skarpetkami po dywanie, elektryzują się i każdy taki kontakt naznaczony jest wyładowaniem elektromagnetycznym. Modlitwa zapętla się, wpada w mantryczny rytm, sama siebie miele, gubiąc sens słów, by przy kolejnym obrocie nadać im nowy.

Jakiś starszy człowiek wkłada w swoją klamerkę kartkę z intencją. Drżącymi rękoma przyczepia ją do prawego skrzydła, po czym pada na kolana i zaczyna płakać, głośno i szczerze. Anioł kładzie dłonie na jego plecach. Ludzie zaczynają przypinać klamerki i padać jeden po drugim. Anioł przeciska się między nimi i namaszcza każdego anielskim dotykiem. Anielskie skrzydła uginają się od ciężaru cierpień i próśb. Para, którą spotkali przed wejściem, przyczepia zdjęcie kilkuletniego dziecka; on w suchej, męskiej rozpaczy osuwa się na podłogę, ona z nadzieją obcałowuje skrzydła. Anioł też płacze.

Gdzieś w tej procesji przemazuje się mama. Podtrzymywana przez Ankę, zawiesza swoją klamerkę i znika w masie klęczących osób. Żółw domyśla się, że w intencji mamy chodzi o córkę i syna. Tylko dlaczego nie woła do Boga w skrytości swego matczynego serca, choćby nawet i na głos, ale z tyłu, w pustej ławce nawy bocznej, bezpośrednio? Nie może zrozumieć. Wyobraża sobie – i jest to nieprzyjemna wizja – jak kilka godzin później patoanioł siedzi przy stole i, rozbawiony, czyta wszystkie te desperackie wołania, a przydupas kościelny gdzieś z boku ceruje skrzydła. Ze stosu rozrzuconych kartek Anioł wyciąga jedną i mówi: Ty, obczaj to: za moją niewydarzoną Annę, żeby w końcu znalazła sobie chłopa, bo przecież nie jest taka brzydka, i za mojego Żółwia, żeby wreszcie przestał być pizdą i wziął się w garść, oraz żeby oboje wypierdalali z mojego domu, bo idzie za dużo prądu.

Tak to mogłoby brzmieć mniej więcej. Najgorsze, że matka ma rację. Powinni spierdalać. Kitrają się w jej norze niczym bezzębne szczeniaki. To cena, jaką ludzkość płaci za postęp cywilizacyjny: trzeba niańczyć słabych. Na szczęście dla Żółwia, bo inaczej musiałby skoczyć ze skały. Dla dobra społeczeństwa.

Anka też ma klamerkę, wiesza ją obok klamerki matki. Żółw nie może uwierzyć. Byli tu wiele razy i nigdy przedtem tego nie robiła. Był przekonany, że gardzi tą żałosną szopką tak samo jak on. No i po co są siostry?!

Modlitwa powoli dogorywa, tli się jeszcze na pojedynczych ustach, ale i tam po chwili gaśnie. Anioł wraca na taboret, pozwalając wiernym szlochać w wykładzinę. Stoi tylko Żółw i ich spojrzenia się spotykają.

Anioł przygląda się Żółwiowi ze smutkiem, jakby chciał powiedzieć: Rozumiem cię, też miałem kiedyś czarną duszę... Wyrozumiały skurwiel, nie weźmie go na wyrzuty sumienia, ni chuja, nie spuści wzroku. Trwają w tym niezręcznym impasie dość długo, w końcu Anioł, ta wychudzona szuja, znienacka zaczyna recytować Aniele Boży od początku. Głos ma piękny, lekko wibrujący, mówi cicho, ale dobitnie, z wysiłkiem. Tak mówią ludzie cierpiący, którzy nie powinni nic mówić, ale mówią, bo źli ludzie ich do tego zmuszają. Reszta podnosi głowy znad swoich zmartwień, bo nikt jeszcze nie słyszał takiego głosu. Patrzą na Anioła z uwielbieniem i dołączają do modlitwy. Jego twardy, nieustępliwy wzrok naprowadza ich na Żółwia, odwracają się i teraz wlepiają w niego swoje czerwone, mokre oczy – oceniające, ciężkie spojrzenie większości. Żółw nie wytrzymuje i klęka. Na swoje usprawiedliwienie – na jedno kolano. Ale ludziom to wystarcza. Uspokojeni wracają do swoich myśli. Żółw łyka to upokorzenie. Zwyciężyli. To nie tak, że nie potrafi przegrywać, jego życie jest definicją braku sukcesów, ale tutaj, w tym pokoju, w samych skarpetkach, czuje się zbrukany. W końcu podnosi głowę. Anioł wciąż patrzy na niego, ich spojrzenia znowu się spotykają i Anioł puszcza do niego oczko. Żółw aż się wzdryga. Czy to możliwe, żeby ten święcony kutas był tak bezczelny?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

© by Bartek Węglorz © for this edition by Nisza

ISBN 978-83-68716-10-8

Wydanie I

Warszawa 2026

Redakcja: KRYSTYNA BRATKOWSKA

Korekta: DOROTA DUL

Projekt graficzny: RYSZARD KAJZER

Skład i łamanie: JOANNA RENIGER

Wydawnictwo Nisza tel. +48 22 617 89 61 +48 607 622 [email protected]

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

fot. Alicja Antoszczyk

Bartek Węglorz, 79, wychował się na Śląsku Cieszyńskim. Jest absolwentem liceum ekonomicznego, ale był – tak twierdzi – za słaby z matmy, żeby zostać bankierem. Na szczęście dla siebie. I dla banku.

Ukończył etnologię na Uniwersytecie Śląskim w Cieszynie. Po studiach pracował w Anglii. Wrócił do kraju, by studiować w PWSFTviT w Łodzi, bo druga jego pasja, zaraz po książkach, to film. Jest absolwentem Szkoły Wajdy. Od 2008 roku zajmuje się montażem. Mieszka w podwarszawskiej wsi. Kiedy wraca w rodzinne strony zawsze mówi gwarą. Lubi.

.