40,00 zł
Na górze gołębie, na dole monstery,
Anielka Jasna kręci nowe afery!
Wracamy do świata Anielki!
Wracamy na osiedle!
Absurd, groza, dużo humoru, wyraziści bohaterowie i współczesne problemy, które prowokują do dyskusji.
Wiedźma balkonowa Aniela Jasna próbuje poskładać swoją codzienność po starciu z Kościejem Suchotnikiem, jednak świat za bardzo jej w tym nie pomaga. Tymczasem matka Anieli zamienia szpilki na sandały i próbuje ratować córkę… kakao ceremonialnym. Kot Grażyna potajemnie mobilizuje swoją armię. Do Rady Osiedla dołącza wiedźma prasowa – Anka Feliet dolewa oliwy do ognia wszędzie, gdzie się pojawi. Do tego babcia Demonicjusza, Demonowefa Wolff, wjeżdża w życie Anielki z gracją walca drogowego.
Wszystko jednak naprawdę staje na głowie, gdy na osiedlu powstaje nowa inwestycja. Blok objawia się za oknem Anieli pewnego ranka, wciśnięty między starą zabudowę z fantazją ambitnego patodewelopera. Szybko jednak się okazuje, że tym razem chodzi nie tylko o budowanie mieszkań rozmiarów kociej kuwety – na budowie zaczynają bowiem dziać się niepokojące rzeczy.
Zupełnie jakby mieszał tam ktoś, kto zna się na magii…
Gdy do gry wracają starzy wrogowie i nowi przyjaciele, Aniela znów musi stanąć na polu walki. Czy odnajdzie to, czego szuka, zanim świat zniknie w paszczy żarłocznego potwora?
Po najgorętszym debiucie 2025 roku Sylwia Dec nie zwalnia tempa i zaprasza na kolejne spotkanie z bohaterką, która podbiła serca Czytelników.
To jazda obowiązkowa dla fanów szalonych opowieści, które potrafią jednocześnie rozbawić i wzruszyć, a do tego z mistrzowską precyzją wyławiają skrywane na dnie serca lęki i marzenia.
Sylwia Dec – pisarka i opowiadaczka. Jako pisarka tworzy decologie – magiczne historie urban fantasy, które z uśmiechem opowiadają o uniwersalnych sprawach. Do tej pory ukazały się jej dwie powieści: „Do Jasnej Anielki. Balkony i demony” – historia wiedźmy balkonowej, oraz „Krystyno, uspokój się!” – opowieść o emerytowanej południcy, która trafia do sanatorium dla upiorów i demonów.
Jako opowiadaczka przywraca do życia dawny rytuał wspólnego doświadczania historii i występuje z warszawską grupą Kolektyw Opowieści Tamdarym oraz solo. Krąży po Polsce, zwiedza pociągi, gości na dużych festiwalach, w domach kultury i bibliotekach lub w nietypowych, kameralnych przestrzeniach – tam, gdzie potrzeba magii słowa i dobrej opowieści.
Opowiada baśnie na żywo dla dorosłych, bo wierzy, że w dzisiejszych czasach potrzebujemy rytuału wspólnego bycia w kręgu i dzielenia się historiami. Pisze fantastykę, bo kocha tworzyć magiczne światy, które pokazują wszystko to, co gra w ludzkich sercach. Opiekuje się trzema kotami, całą chmarą kwiatów i bohaterami książkowymi, którzy przychodzą do niej w snach. Mieszka na Podlasiu, gdzie szuka inspiracji wśród zieleni i na leśnych szlakach.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 379
Copyright © Sylwia Dec, 2026
Projekt okładki
Magdalena Babińska
Redaktor prowadzący
Izabella Sieńko-Holewa,
Anna Derengowska
Redakcja
Anna Płaskoń-Sokołowska
Korekta
Grażyna Nawrocka
ISBN 978-83-8444-562-4
Warszawa 2026
Wydawca
Prószyński Media Sp. z o.o.
02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28
www.proszynski.pl
PROLOG
Potem wspominał ten wieczór wiele razy, snując scenariusze odmienne od rzeczywistości. W swojej wyobraźni reagował na różne sposoby. Tłumaczył Anielce, dlaczego nie powinna tego robić. Kłócił się z nią i wypraszał ją za drzwi, pozostając głuchym na jej prośby. Dzwonił po matkę, wołał kota Grażynę, robił, co tylko mógł, by jej pomóc.
Ale w rzeczywistości Demonicjusz Wolff zachował się zupełnie inaczej.
Tamtego wieczora padał deszcz, z rodzaju tych, które w czerwcowy wieczór przypominają o istnieniu listopada. Na biurku Demonicjusza rozkładał się laptop, na nim szkic historii Buldożera Rozkoszy i Zemsty, w kielichu o kształcie czaszki czerwieniało wino, blask świec snuł się po mieszkaniu. Owszem, może było to trochę ekstrawaganckie, ale na litość – jak pisarki wystawiały swoje świeczuszki, kwiatuszki i ulubione ciuchy do pisania, to było kreowanie atmosfery sprzyjającej twórczości, a jak on wystawiał czaszki, sztuczne pajęczyny i zbereźne maski, to od razu afera, że zboczeniec.
A przecież to też było kreowanie twórczej atmosfery. Tyle że „twórczej” w rozumieniu Demonicjusza.
Cholerne podwójne standardy.
Głowił się właśnie, w którym miejscu Chuciołak powinien ulokować swoje serce, gdy rozległo się pukanie do drzwi. Spojrzał na stary zegar, podświetlony blaskiem świecy. Dochodziła północ.
O tej porze mogła pukać tylko jedna osoba.
Zerwał się zza biurka. Spojrzał w stronę czarnego aksamitnego fotela, który od kilku tygodni pełnił funkcję szafy. Szlafrok w cycate diablice, czarne futro, krwistoczerwone kimono – przerzucił kilka ubrań, aż wreszcie złapał za najzwyklejsze z nich.
Za prosty czarny sweter.
Gdy otworzył drzwi, zorientował się od razu, że z Anielką coś się stało. Dziewczyna miała czerwone oczy, jej dwa warkocze wyglądały, jakby właśnie wróciły z przewalania się po krzakach, a na różowej piżamie ciemniały mokre plamy.
– Demonicjusz, mam prośbę – mruknęła nieśmiało, siląc się na uśmiech.
– Jeśli ta prośba dotyczy przyjęcia pod swój dach kota Grażyny, to sorry, ja w to nie wchodzę. – Demonicjusz zdecydował się postawić na żarty. – Moja lodówka dalej świeci pustkami po jego ostatniej wizycie, a nie mam już żadnych pająków w mieszkaniu.
Uśmiech spłynął z twarzy Anielki.
– Stary, ja na poważnie. Weź to. – Wyciągnęła ku niemu dłoń z małym metalowym przedmiotem. – I wyrzuć. Albo schowaj. Zrób z tym cokolwiek, bo ja muszę się odciąć.
Kryła część przedmiotu w dłoni, tak że Demonicjusz widział tylko chropowatą srebrną nóżkę, zakończoną kilkoma wyszczerbionymi wypustkami.
– Co to jest?
Anielka przez chwilę milczała. Zacisnęła mocniej palce na drobnym przedmiocie, zawahała się, tak jakby chciała się zawrócić, a potem popatrzyła prosto w jego oczy.
– Klucz. Do mojego wiedźmowego pokoju. Nie dam rady postawić tam stopy. Boję się bycia wiedźmą.
Kiedy potem myślał o tej chwili, pluł sobie w brodę. Jakim był durniem! Pieprzony idiota, wieczny pajac… Jak można było tak spieprzyć?
Ale gdy ta chwila się działa, Demonicjusz Wolff wziął klucz.
I pozwolił Anielce uciec.
ROZDZIAŁ 1
Dobra, panowie, tutaj wnosimy! – usłyszałam dziarski głos mojej matki, gdy tylko lekko uchyliłam drzwi. – Nie obijać się! Płacę, wymagam! Moja córka potrzebuje, to matka nie może być bierna!
Stanęłam w korytarzu jak wryta. Do tej pory widywałam matkę w różnych stylówkach i anturażach. Moja matka w panterce, moja matka w złocie, moja matka w czarnym lateksie, jakby była Batwoman, a nie szefową działu w korporacji budowlanej. Ale na to nie byłam gotowa. Na coś takiego zupełnie nie przygotowało mnie całe moje dzieciństwo, całe dorosłe życie ani afera jak stąd do innego kręgu.
Matka wkroczyła do mojego mieszkania boso, wnosząc ze sobą zapach kadzidła i lawendy. Dookoła przegubów oraz kostek miała owinięte rzemienie z piórkami i drewnianymi koralikami w kolorach ziemi. Jej ciało otulała lniana, prosta sukienka i coś, do czego najbardziej pasowało słowo „szata” – kolorowa tkanina we wzorzyste mandale, spływająca majestatycznie z jej ramion. W uszach wisiały małe łapacze snów, na szyi dyndały złota dłoń Hamsy, srebrna celtycka triquetra i na oko z pół kilo kryształów, kamieni oraz minerałów. Włosy po raz pierwszy od kilku dobrych lat nie były wyprostowane – we wracających do naturalnego skrętu kosmykach tkwiły kwiaty i wstążeczki. Ale najbardziej z tego wszystkiego zszokowała mnie jej twarz.
Moja matka nie była umalowana.
Zero. Nic. Czysto jak na oknie dla Jezuska przed Wielkanocą. Żadnego podkładu, żadnych konturów bronzera, rumieńców różu, blasku rozświetlacza ani krwistej czerwieni pomadki.
Stałam jak wryta, gapiłam się na jej lekko pomarszczoną skórę wokół oczu, na wąskie usta, na piegi na nosie, a w mojej głowie zaczynała pulsować natrętna, niewygodna myśl.
Moja matka była… ładna.
Ale to, co przywlokła ze sobą, w mig oderwało mnie od jakichkolwiek rozważań.
Najpierw zobaczyłam, jak po schodach gramoli się trzech kurierów. Każdy zmachany i spocony, wszyscy próbujący pomieścić się na wąskiej klatce peerelowskiego bloku. A potem zobaczyłam to, co z trudem taszczą.
Wtedy oparłam się o ścianę.
– Mamo… co to ma być? – warknęłam, widząc, jak trzech chłopa próbuje się wgramolić do mojego mieszkania z czymś, co widziałam pierwszy raz w życiu.
Co to było?
Ano, wyobraźcie sobie, macica. Ale nie taka z obrazka w podręczniku do biologii, tylko taka rozmiarów dorosłego chłopa, wyszywana w litery arabskiego, indyjskiego, a może atlantydzkiego czy w ogóle kosmicznego alfabetu, zawieszona na wielkim metalowym stojaku. Macica kolebała się na boki, trzech chłopa próbowało ją łapać, a moja matka…
– To Kosmiczny Kokon Oczyszczenia! – zawołała już z salonu, do którego przemknęła, łapiąc najwyraźniej chwilę mojej słabości. – Stworzony przez szamanów ze Wschodu, utkany z przedwiecznej Energii, ponadczasowej Jaźni i nepalskiej bawełny, która wzrastała w rytm mantr buddyjskich mnichów. Doceń to, Anielciu, bo w pierwszym odruchu chciałam cię wysłać na oczyszczające kąpiele w świętych stawach na Bali, ale przypomniałam sobie, że nie lubisz pływać.
Och, łaskawczyni. Wody się bałam, odkąd pamiętam – unikałam basenu w podstawówce, migałam się od taplania w jeziorach na wakacjach, dostawałam spazmów na widok kajaka.
– I po co to? – zapytałam, ustępując miejsca kolesiom, którzy najwyraźniej znaleźli sposób, jak pomieścić kosmiczne oczyszczenie w wąskiej kiszce korytarza.
– Nie pytaj, Anielciu, nie pytaj – rzuciła moja matka. – Doświadczaj i odczuwaj, kochanie!
Ale czego mam doświadczać – chciałam zapytać – skoro trzech chłopa właśnie próbuje zdemolować mi salon za pomocą gigantycznej macicy na stojaku? Ale nie doceniłam mojej matki.
To przecież był dopiero początek.
Chwilę później do mieszkania wparowały jej cztery koleżanki. Ale żadna nie miała tipsów, żadna nie otwierała prosecco, nie było muzyki ani podekscytowanych krzyków. Wszystkie koleżanki mojej matki miały na sobie lekkie, powłóczyste sukienki, dookoła przegubów wisiały im takie same piórka i koraliki, co u mojej szanownej madre, a liczba kamieni u dekoltów budziła poważne obawy o to, co by się stało, gdyby któraś z pań nieoczekiwanie wpadła do rzeki.
Patrzyłam oszołomiona na te natchnione miny, na ten powolny krok, na tę procesję, która oto wkraczała do mojego mieszkania – a potem zbaraniałam zupełnie, bo na samym końcu szedł…
– Budda? – mruknęłam zdumiona na widok ogolonego dzieciaka, przyodzianego w pomarańczowe szaty. Nie domyśliłabym się, czyj cosplay przedstawia, gdyby nie to, że ktoś pomalował go całego na złoto. – Przebrałyście dzieciaka za Buddę?
Ale nikt mi nie odpowiedział.
Matka pogoniła kurierów i zaczęła się rządzić wśród swoich bestie.
– To moje Kobiety Ezorakiety! – rzuciła z dumą. – Wiedziałam, że one jak nikt inny pomogą mi w przywróceniu twojej równowagi. Ej, masz to palo santo? – rzuciła do tej, która nosiła na sobie irracjonalne ilości ptasiego pierza.
Kobiety. Ezorakiety. Trzymajcie mnie, błagam.
– Mam! – Opierzona wyciągnęła pniaczek spod swojej szaty.
Matka uśmiechnęła się szeroko.
– Okadzimy całą przestrzeń, tę materialną i tę mentalną – rzuciła z satysfakcją. – Dzwonki?
Druga psiapsi zaczęła dłubać w fałdach sukmany.
– Nie znalazłam wietrznych – wymamrotała. – Ale w zoologicznym mieli takie dla kota.
Wyciągnęła plątaninę małych dzwoneczków, takich, które zwykli ludzie zakładają zwierzakom na szyję, by nie robiły rozpieprzu w ekosystemie okolicy.
Pożałowałam, że nie ma takich dzwoneczków dla ludzi – ekipie mojej matki ewidentnie by się przydały.
– Liczy się dźwięk, nie forma – skwitowała i spojrzała ku trzeciej. – A kakao ceremonialne wzięłaś? – mruknęła do kolejnej kumpeli.
– Nie było w markecie – bąknęła słabo tamta. – Mieli tylko Puchatka. – Po czym wyciągnęła spod sukni plastikowy żółty słoik.
Moja matka przyskoczyła do złotego dzieciaka.
– Budda, nie patrz na to! – Zasłoniła mu oczy, a ja dopiero wtedy się zorientowałam, skąd znam tę opędzlowaną złotem gębę.
– To nie Budda – rzuciłam trzeźwo, choć w tym momencie nie wiedziałam, po jakim świecie stąpam. – To Grzechu spod jedynki.
Dzieciak wyrwał się z objęć mojej matki i zaśmiał tryumfalnie z energią zupełnie niepasującą do dalekowschodniego bóstwa.
– Mówiłem, że nie ma po co mnie golić! Wisi mi pani jeszcze jedną stówę!
– Stówę? – zainteresował się kot Grażyna, wystawiając łeb z korytarza.
Przez chwilę spojrzenia wszystkich: Buddy, czterech psiapsi i mojej matki, wbiły się w zaintrygowany koci pysk, a ja już zaczęłam szukać jakiegoś logicznego wytłumaczenia.
Ale ratunek przyszedł zupełnie znienacka.
Ktoś nagle znowu zastukał do drzwi.
– Czy to tutaj zamawiano ryby? – Kolejny kurier wszedł na pewniaka.
Grażyna dał nogę do kuchni, a moja matka zwinnie wypłynęła na przestwór korytarza i przejęła przesyłkę.
Parę chwil później z namaszczeniem rozwijała pakunek, cztery dziewoje w lnianych sukniach wzdychały nabożnie, a ja przecierałam oczy.
To działo się naprawdę. Oblepiony naklejkami ze szklanką karton skrywał akwarium, a w nim pływały…
– Ryby? – sapnęłam. Sześć wielkich burych ryboli kręciło się w szkle, łypiąc na nas oczami, a ja poczułam, że mój rozsądek właśnie zaczyna domagać się eksmisji.
– Ryby – potwierdziła moja matka. – Ryby ze świętego jeziora w Indiach, które oczyszczają stopy, a zarazem dusze. W ich pyszczkach znika wszelkie cierpienie, a w ich trzewiach rodzi się nowa moc życia, wolna od zniewolenia, zakłóceń i duchów przeszłości. Kupiłam na Allegro.
Pokręciłam głową. Co prawda znałam się na roślinach, ale nie trzeba było wiedzy starego fanatyka wędkarstwa, by dopatrzyć się jednej nieścisłości.
– Mamo… – zaczęłam.
Ale ona wpadła w oratorski ciąg:
– Mówią, że sama bogini Kali ujeżdżała święte grzbiety tych ryb, a muśnięcie ich płetwy aktywuje drogę do otwarcia trzeciego oka…
– Mamo…
– Nawet w Kamasutrze wspomniano o ich potężnej mocy, która wyzwalała pragnienie i żądzę wtedy, gdy wszystko inne zawiodło…
– MAMO – nie wytrzymałam i wrzasnęłam na pół bloku – ONE WYGLĄDAJĄ JAK KARPIE!
Popłoch, strach, dezorientacja.
Cztery natchnione raszple zerknęły trwożliwie na akwarium, moja matka złapała się za serce, a kurier rozmyślnie zwiał. Miałam wrażenie, że echa mojego świętokradczego krzyku właśnie dzwonią w pięciu głowach, każdą napełniając bólem, szokiem i obrazą uczuć religijnych.
– Nie tylko wyglądają! – W tę ciszę wdarł się nagle zadowolony głos. – Capi mułem aż miło!
Wszyscy obróciliśmy się w kierunku źródła głosu.
Tak, był nim kot Grażyna.
Tak, kot Grażyna właśnie wyciągał z gęby rybi szkielet.
Tak, kot Grażyna był teraz jedynym szczęśliwym stworzeniem w tym domu.
– Ta kupa futra właśnie pożarła świętego karpia! – wrzasnęła matka, a Grażyna parsknął śmiechem.
– Czy rośnie mi aureolka? – rzucił rubasznie.
I nagle w pokoju się zakotłowało, bo matka rzuciła się w jego stronę, za nią skoczyły ku Grażynie cztery natchnione raszple, a kot rzucił tylko:
– TAKI MAŁY, TAKI DUŻY, MOŻE ŚWIĘTYM BYĆ! – I dał drapaka z salonu.
Chwilę później w moim mieszkaniu rozległ się tętent bosych stóp i tupot spierdalającego kota.
– ŚWIĘTY WCINA KARPIA, CHOCIAŻ KRZYCZY HARPIA, ŚWIĘTE MORDECZKI JEDZĄ RYBY Z RZECZKI! – wył Grażyna, a w tle rozbrzmiewały krzyki matki i jej koleżanek.
Zapragnęłam schować się do wielkiej macicy… o pardon, do Kosmicznego Kokonu Oczyszczenia.
– Ten kot gadał – zauważył trzeźwo Grzechu, być może najrozsądniejsza osoba w tym mieszkaniu, który nadal sterczał przy Kokonie.
– MRAAAAŁ! – dobiegł mnie krzyk Grażyny. – MRAAAŁ, KURWA!
A potem stało się kilka rzeczy naraz.
Grażyna wparował do salonu. Skoczył na stół, na fotel, na kanapę. Pięć par rąk natchnionych kobiet próbowało go złapać, ale każda wchodziła sobie w drogę. Szaty zaczęły się plątać, rzemienie rozwiązywać i nagle pierwsza rymsnęła na ziemię, druga poleciała za nią, trzecia już zaczęła tracić równowagę, a kot Grażyna spiął się dziarsko i skoczył na szafę. I już prawie lądował, ale w ostatniej chwili matka trąciła go w ogon i całą równowagę szlag trafił. Kot ledwo zaczepił się o krawędź regału, przez chwilę jeszcze walczył z grawitacją, ale siły natury i kociego sadła okazały się silniejsze.
A ja tylko stałam i patrzyłam, jak regał się przechyla. Jak leci prosto na kosmiczną macicę, a książki i pierdolet z półek sypią się niczym deszcz – na moją matkę, na jej koleżanki, na kota Grażynę, nawet na nieporuszone tą aferą święte karpie.
Ale ten rozpieprz miał jeden plus.
Wreszcie zjawił się jakiś ratunek.
– Co tu się dzieje? – Demonicjusz wparował bez pukania, w lśniącym szlafroku, bokserkach w diablice i złotym boa. – Pani Gertrudo, pani znowu ze striptizerem? JA NIE MOGĘ PISAĆ PRZEZ TE HAŁASY!
– Ja przeszłam duchowe oczyszczenie, panie Wolff – sapnęła moja matka, gramoląc się spod regału.
– Chyba przeczyszczenie – odparował zgrabnie Demonicjusz, rozglądając się dookoła po powstałym chwilę temu pandemonium.
– Ja zrozumiałam swoje błędy. – Matka wyprostowała się z godnością. – Byłam złą matką. A teraz, kiedy już wiem, że moja Anielcia – tu spojrzała na mnie i chlipnęła teatralnie – jest wiedźmą, chcę nadrobić stracony czas.
– Ja z pani córką wiedźmą łapałem mordercze cebule, gdy pani jeszcze klikała excele w korporacji – prychnął Demonicjusz.
– Dalej klikam excele w korporacji! – sapnęła z oburzeniem matka i rozłożyła dłonie, jakby była lotosem na środku wzburzonego jeziora. – Pracuję nadal, by tworzyć dobrą aurę i emanować mocą zmian w tym miejscu.
Demonicjusz uśmiechnął się nieszczerze.
– No, to chyba pani zrozumie, że dobra aura w tym mieszkaniu wymaga pani wyjścia.
Matka złożyła ręce z powrotem i podeszła do niego.
– Panie Wolff, pan wydajesz na świat książki, ale to ja urodziłam moją córkę. Sięgnęłam do głębi swojej jaźni, spotkałam się ze swoim cieniem, otworzyłam trzecie oko. I chcę na tę samą drogę zabrać Anielcię! – podniosła głos, poprawiając protekcjonalnie złote boa na demonicjuszowej klacie.
– Zamiast otwierania trzeciego oka radziłbym zamknąć gębę – odciął się rzeczowo mój sąsiad.
– No już, drogie paniusie! – Pospieszyłam ze wsparciem, wbijając się między Ezorakiety i poklepując dwie z nich familiarnie po ramieniu. – Buzie w ciup i wypieprzać. Zabierać to ustrojstwo. Zabierać te ryby. Zabierać złotego dzieciaka. Bo zaraz wyciągnę grymuar i zamienię was w opętane dżdżownice.
Tak, nie robiłam wcześniej takich rzeczy. Ale do jasnej cholery, kiedy ucieka się przed żarłocznym potworem przez pół osiedla, nagle zmienia się skala rzeczy niemożliwych.
Moja skala nie zmieniła się spektakularnie – ale wjechało na nią zdecydowanie opierdalanie ludzi, którzy na rzeczony opierdol sobie zasłużyli.
Matka i Demonicjusz zastygli w zdumieniu. Z mieszkania dobiegł pełen podziwu gwizd kota Grażyny. Ezorakiety natomiast od razu się ożywiły.
– A umiesz takie rzeczy? – wyszczerzyła się jedna.
– A mojego starego też byś zamieniła? – zainteresowała się druga.
Na twarzy trzeciej pojawił się lubieżny uśmiech.
– A jeśli to mojemu staremu trzeba coś zamienić?
I wtedy wszystkie moje impulsy, odkrycia i złości zamknęły się w jednym słowie. W jednym prostym słowie, nasączonym tym, co tłukło mi się w sercu i w głowie.
– JAZDA.
Nie wiem, co dokładnie wydarzyło się w tej chwili. Czy to mój głos, czy magia zaskoczenia, czy też koniunkcja jakichś szalonych sfer w kosmosie. W każdym razie parę chwil później regał stał z powrotem na swoim miejscu, cztery raszple gramoliły się z wielką macicą mocy na korytarz, a moja matka próbowała negocjować z Demonicjuszem nad akwarium.
Ale z nim żadnej dyskusji nie było. Demonicjusz osobiście zamknął za matką drzwi, a potem zawrócił do mojego salonu.
– Dziękuję, Demonicjusz – mruknęłam, patrząc na stertę pierdoletu i książek, która piętrzyła się na środku pokoju. – Doceniam, że oderwałeś się od pisania.
Demonicjusz podszedł do mnie i uśmiechnął się dziwnie.
– Nie pisałem – odparł. – Przyszedłem, bo usłyszałem, że się coś odpieprza.
Popatrzyliśmy przez chwilę na siebie. Tak jak w licealnych czasach, kiedy mówiłam mu, że już nie dam rady w tej szkole, że to wszystko mnie przerasta, że mam dosyć. To była jedna z tych chwil, kiedy zza złotych boa, zza futer, zza masek patrzył na mnie chłopak, którego kiedyś znałam – tak samo dziwny, tak samo zagubiony, może tylko odrobinę bardziej bezczelny.
Ta chwila szybko minęła.
Mieliśmy przecież robotę do ogarnięcia.
Pod wieczór kot Grażyna siedział na poduszce jak pyzaty cherubinek i uśmiechał się tak szeroko, że prawie kły wypadały mu z pyska. Przez otwarte okno wdzierało się ciepło – lato nie miało litości w tym roku i nawet schyłek dnia buchał ciepłem, którego nie pamiętałam od dawna. Ale Grażynie to nie przeszkadzało. Grażyna dookoła szyi przewiązał sobie gustowną kokardę, na łeb nałożył czapeczkę w myszki w seksownym bikini i wodził po nas takim wzrokiem, z jakim człowiek patrzy na porcję frytek. Obok siebie miał wazę do zupy, z której czasem pociągał przez złotą słomkę. Ale w wazie nie pływała pomidorowa czy inny rosół – kot Grażyna zażyczył sobie whisky w największym zbiorniku, jaki mamy w domu, i zgodził się łaskawie na wazę, gdy powiedziałam, że ma do wyboru ją, wiadro od mopa albo kibel. Każdego innego dnia darłabym się na niego – za miętoszenie mojej ulubionej poduszki w kwiaty kocim tyłkiem, za to, że my też musieliśmy na szyjach nosić kokardy, za czapeczki z roznegliżowanymi gryzoniami i za to, że cały dom walił whisky.
Ale dzisiaj kot Grażyna mógł.
Dzisiaj kot Grażyna miał imieniny.
Na tę okazję Demonicjusz przywdział swój specjalny strój – frak kapitana piratów ze sztucznym hakiem, kapelusz, z którego wyskakiwał mózg, i przepaskę, zza której wypływało oko. Ale ta okazałość stroju bynajmniej nie peszyła kota Grażyny.
– Może ja powinienem sobie sprawić z tej okazji nazwisko – dumał kocur, pociągając whisky z wazy do zupy. – Grażyna Miauczetti: czy to dobrze brzmi? A może Miaulini? Chociaż nie, Miauczentow byłoby godniejszą opcją.
Demonicjusz parsknął śmiechem.
– Ty nie jesteś żaden Miaulini. Miaulini brzmi jak poeta, a ty jesteś twarda proza życia. Grażyna Kawał Sukinsyna, jak już coś.
Kot Grażyna uśmiechnął się lekceważąco.
– Kocicysyna chyba raczej. Ale z tym nie zrobię kariery na podwórku. Krzywy Mruczek tego nie wymówi i nie będzie mógł powtarzać, jak się mnie boi. Czy ja już mogę prezenty? – dodał tonem znudzonego wielmoży.
Gdy skinęłam głową, Grażyna najpierw sięgnął po kanciastą paczkę ode mnie. Sprawnymi ruchami pazurka zdarł złoty papier we wzór monsterowych liści i koci pysk rozpromienił się na widok tego, co krył pakunek.
– To puzzle! I ja podbijający kosmosy!
Na opakowaniu puzzli bure kocisko sterczało na tle galaktyki, a jego mina przywodziła na myśl ten moment w życiu kota Grażyny, kiedy wracał on w marcu z podwórka, z kroplami krwi rywali na swoich wąsiskach. Wiedziałam, że to mu się spodoba.
– Powieszę sobie na ścianie – orzekł zadowolony i sięgnął po małe pudełeczko.
Nie musiałam się zastanawiać, kto przyniósł ten prezent, bo pakunek był cały wymalowany w pentagramy, diabły i żarłoczne piersi, które goniły żarłoczne waginy.
Demonicjusz nawet nie musiał się podpisywać.
Kot Grażyna zdarł papier, wziął w łapy małą paczuszkę, a potem patrzył, patrzył, patrzył… Przez koci pysk przetoczyły się wszystkie emocje, o które nikt nie podejrzewałby kotów, aż wreszcie kocia łapa zwróciła się w stronę Demonicjusza.
– Czy to jest to, co myślę? – zapytał Grażyna wzruszony, jakby ktoś obsypał go kiełbasą.
A równie dumny Demonicjusz odparł:
– Pies na baby. Sam zrobiłem tę maskę, byśmy mogli razem paradować po mieście.
Maska, którą Grażyna trzymał w łapie, przedstawiała mopsa o pysku zwiniętym jak cynamonka, z wywalonym jęzorem i dwoma okrutnie czerwonymi serduszkami w oczach. Ale to nie był koniec. Gdy Demonicjusz dotknął psiego nosa, mechanizm wygrał tandetną melodyjkę, stylizowaną na coś między Elvisem Presleyem, Pitbullem a rykiem zarzynanego świniaka.
Musiało to jednak utrafić w muzyczne gusta Grażyny, bo kot już zabrał się do przymierzania precjozum. Wsunął maskę, stanął na cztery łapy, dał nura w stronę balkonu i wrócił zadowolony, gdy na zewnątrz rozległ się przestraszony krzyk.
– Stary, jestem gotowy! – orzekł.
W tej samej chwili zadzwonił dzwonek do drzwi.
– A co to? – zainteresował się Grażyna. – Torcik i wyskakujące koteczki?
Parsknęłam śmiechem na wspomnienie Henia Purchawki, najętego przez moją matkę.
– Wystarczy mi tortów i striptizerów do końca życia – mruknęłam i poszłam otworzyć.
Na korytarzu stał kurier. Młody chłopak w czapce z daszkiem rzucił mi paczkę i popędził dalej, a ja na szarym papierze rozczytałam napis: „Dla Pani Grażyny”.
Nie zdążyłam wejść do salonu, a kot już na mnie wisiał.
– O, to dla mnie! – rzucił, wyszarpując paczuszkę. – No co, sam sobie zamówiłem prezent – dodał, widząc nasze zaskoczone miny.
– A za czyje ty sobie zamówiłeś prezent? – Demonicjusz się uśmiechnął, a Grażyna posłał mu buziaka godnego samej Marilyn Monroe.
– Oczywiście, że za twoje, kochanieńki – odparł. – Skoro prezenty kupuje się dla najważniejszych osób, to nie mogłem zapomnieć o sobie.
Nie powiem, trochę się bałam jego fantazji. Ale gdy kocur zdarł papier z paczki, okazało się, że środek jest zdumiewająco mało kontrowersyjny. Ot, mały bordowy garnuszek, z okazałymi słonecznikami na froncie i śladami użytkowania we wnętrzu. Grażyna jednak wyglądał na podekscytowanego. Obejrzał garnek z góry na dół, a potem zaczął do niego wrzucać podarte papiery, wstążki czy listki, które walały się w okolicy doniczek. Patrzyliśmy z Demonicjuszem zaskoczeni, jak Grażyna kręci się po salonie jak w amoku. Kot chyba wreszcie dostrzegł nasze zdumione miny, bo w drodze po kolejny liść zamiokulkasa rzucił:
– Oszukali mnie, chuje.
– A co to miało być? – zainteresował się Demonicjusz, drapiąc się sztucznym hakiem po brodzie.
– Kociołek-zaskoczołek – odparł Grażyna takim tonem, jakby Demonicjusz pytał go o rzeczy oczywiste. – Wrzucasz jedno, wyciągasz drugie. Wrzucasz mało, wyciągasz dużo.
– A gdzie to się zamawia? – zdziwiłam się, bo pierwszy raz o czymś takim słyszałam.
– No jak to gdzie? Na Wiedźmolx – odpalił Grażyna. – Na Wiedźmallegro też było, ale strasznie darli z prowizją.
To rzekłszy, poleciał do kuchni z garnkiem w ręku, a chwilę później dobiegło nas zduszone:
– Właź tutaj, karpiu.
Demonicjusz sięgnął po pudełko z puzzlami i otworzył je płynnym ruchem haka. Wysypał wszystko na dywan, po czym zaczął rozdzielać stertki elementów, odkładając na bok te, które miały nadrukowane tylko tło.
– Widzisz, Aniela, może tak trzeba żyć – mruknął do mnie, zerkając w stronę kuchni, gdzie Grażyna dalej próbował dokonać rybiego rozmnożenia. – Dbanie o ważne osoby zacznij od siebie.
Pochyliliśmy się obydwoje nad puzzlami, które ewidentnie przegrały z bordowym garneczkiem. Z kuchni dobiegało sapanie kota Grażyny, a z sypialni przyleciały Łajduszki. Dobry to był wieczór, spokojny i przyjemny.
A ja wiedziałam, że muszę się nim nacieszyć i nasycić.
Planowałam przecież wielkie zmiany.
ROZDZIAŁ 2
Następnego ranka obudził mnie głos ożywionych dyskusji w kuchni i echa starego rocka. Po ciepłej nocy dzień od samego początku przysmażał świat upałem, wygrzebałam się więc z mokrej pościeli i w samej piżamie poczłapałam tam, gdzie życie toczyło się już w najlepsze.
W kuchni powitała mnie intrygująca scena. Stary rock rzeczywiście dudnił – piskliwym głosem rockman śpiewał, że trzeba rock and roll all night and party every day. Przy jednym stole siedzieli Demonicjusz z kubkiem kawy w kształcie czaszki, kot Grażyna z saszetą w łapie i karp. Gwoli ścisłości: karp nie siedział – karp pływał w misce, której zwykle używałam do przetworów, a do której któryś z figlarzy przykleił papierową parasolkę do drinków. Biorąc pod uwagę, że parasolka była ozdobiona wzorem kostuch tańczących danse macabre w różowych spódniczkach tutu, podejrzewałam, że należała do Demonicjusza.
A bordowy kociołek, który stał pod ścianą, zdradzał, że Grażyna w kwestii eksperymentów jeszcze nie powiedział ostatniego słowa.
– Może o tym powinienem kiedyś napisać? – Demonicjusz rozpierał się na krześle. Poły czarnego lśniącego szlafroka opadały dramatycznie na podłogę, a z drugiego krzesła zwisało czarne futro. – Mężczyzna łowi karpia, trzyma go w wannie, ale rano zamiast ryby znajduje seksowną, aczkolwiek pachnącą rzecznym mułem kobietę. I próbują żyć razem, on z rodziną w swojej podmiejskiej willi, ona w oczku wodnym…
– A zagraża im żona, która domyśla się prawdy, wuj fanatyk wędkarstwa i bystry kocur! – zawołał kot Grażyna tak żywo, jakby twórczy impuls wyskoczył nagle z otwartej saszety i strzelił go w nos.
– No. A potem zbliża się Wigilia – podjął z zapałem Demonicjusz. – Żona domaga się pysznego karpika, bo czuje pismo nosem. Mąż jednak nie chce poświęcić swojej rybiej panny, więc żona zakrada się w nocy…
– A karp to syrena! – Grażyna cisnął precz saszetę i wskoczył na stół. – I przy okazji kochanka faceta. I oni się zakochują, ale żona i wuj fanatyk wędkarstwa snują swoje intrygi, więc ona musi pokazać swoją prawdziwą naturę: zmienia się w harpię z laserami w oczach i pustoszy całe osiedle.
– Tak! A potem organizuje bunt wigilijnych karpi! – dorzucił ekstatycznie Demonicjusz.
– Karpie przejmują miasto! – Kot Grażyna rozdziawił paszczę, udając futrzastą Godzillę.
– Ale jak one mogą przejąć miasto z wanny? – Demonicjusz brutalnie przerwał mu performens.
Grażyna zastanawiał się mniej więcej jedną czwartą minuty. W końcu rzucił radośnie:
– Nasza syrenokarpica karmi je swoją ikrą! I każdemu wyrastają dwie nogi, dwie ręce, a także paszcza do pożerania wrogów. A potem ruszają na miasto, przejmują je i świętują Wigilię, zajadając się ludźmi w galarecie.
– O fuuuu! Dobre! – Demonicjusz zaklaskał, uradowany jak małe dziecko. – Tytuł?
– „Harpie diem”! – wyrzekł kot Grażyna i dał nura pod stół w poszukiwaniu ciśniętej saszety.
Dopiero wtedy szanowne państwo zauważyło moją obecność.
– Aniela, mamy to! – Demonicjusz uśmiechnął się szeroko. – Mój ulubiony ogoniasty przyjaciel pomógł mi rozwikłać twórcze problemy.
– Och, przesadzasz, Demonicjuszku – odezwał się Grażyna spod stołu.
– Ogoniasty i skromny! – dodał Demonicjusz, a kot wygramolił się z powrotem na krzesło.
– Nie pomógł rozwiązać, tylko rozwiązał – sprostował. – Wisisz mi pięćdziesiąt procent tantiem i trzy noce z fankami. Kierowniczko, jesteś świadkiem.
– Mnie w swoje biznesy nie mieszaj – zastrzegłam i zabrałam się do robienia kawy, bo czułam, że stężenie absurdu o poranku mnie pokonuje.
– I co ty będziesz robił z tymi fankami? – Demonicjusz się zaśmiał. – O tantiemy nawet nie pytam, mogę ci z nich kupić co najwyżej worek z karmą, i to w promocji. Pisarze nie zarabiają najlepiej w tym kraju.
Kot Grażyna podkręcił wąsa i zacmokał jak handlarz, który zbiera się do sprzedania historii o Niemcu, co to płakał, jak sprzedawał.
– Nie zarabiali, kochaniutki – poprawił go, akcentując czas przeszły. – Ale teraz wszystko się zmieni, bo jednego pisarza wspiera demon wyobraźni i biznesu. Zobaczysz, ludzie będą rzucać w nas pieniędzmi, jak to napiszesz.
– No tak, „nas” się kończy, jak trzeba pisać – parsknął Demonicjusz.
Kot Grażyna z godnością zassał saszetę i oparł się o miskę z karpiem, tak by mieć w okolicy parasolkę w tańczące kostuchy.
– Ja jestem geniuszem. Geniusz nie może się przepracowywać – oświadczył. – Patrz na karpia. On też pewnie jest genialny, skoro żeśmy na siebie trafili.
Bul, bul, bul – zabulgotało w misce, a kot Grażyna mało się nie zakrztusił sosikiem z saszety.
– To jest dobry materiał na książkę! – zawołał. – „Bul istnienia”. Karp zakochuje się…
Nagle obaj zamilkli. Demonicjusz pokraśniał tak, jakby moja kuchnia zamieniła się w szkolną klasę, a nauczycielka przyłapała go właśnie na kitraniu świerszczyka między stronami elementarza. Nerwowym ruchem sięgnął do telefonu i wyłączył starego rockmana. Kot Grażyna się skrzywił, strząchnął, zadrżał, jakby przez jego trzewia sunął kłaczek rozmiarów przynajmniej drugiego kota. I dopiero kiedy spojrzał na mnie wielkimi czarnymi oczami, kiedy błysnęło w nich coś na kształt kocich łez, kiedy uszy klapnęły mu smętnie na łeb, zaczęłam powoli rozumieć, co tu się właściwie dzieje.
Ale nikt nie dał mi dojść do głosu.
– Głupio wyszło – jęknął Grażyna.
– Nie powinniśmy – Demonicjusz uderzył się w klatę.
– Jesteśmy idiotami – sapnął Grażyna.
– Puste jak dzban! – Demonicjusz strzelił się w czoło z miną wskazującą na brak wiary w znalezienie czegokolwiek pod kopułą.
– O co wam chodzi? – Spojrzałam na obu bacznie. Znałam jednego i drugiego od dawna. I żadnego nie podejrzewałam o takie zdolności do zawstydzenia się.
– Bo my tu o miłości, a ty… – Demonicjusz zaczął ostrożnie.
– Ty właśnie nurzasz się w odmętach rozpaczy – Grażyna podjął wątek.
– Żeglujesz przez ocean żałoby – dodał Demonicjusz pospiesznie, a kot westchnął ciężko.
– Robisz salto między fale…
– Nie, Grażyna, to nie jest dobra metafora – Demonicjusz przerwał mu iście redaktorskim tonem. – Salto się nie dekoduje jako…
Wtedy ja przerwałam im obu:
– Chodzi wam o Adriela?
Jeden i drugi wlepili we mnie zdezorientowany wzrok, a w kuchni zapadła grobowa cisza.
Tak, nazwałam to po imieniu. Być może dawna Anielka zamykałaby oczy, kryłaby się przed prawdą we śnie, w porządkach, w gapieniu się w kubek kawy, ba, może nawet w pracy! Ale jak już raz świat się potrzaskał na kawałki, to nie da się wrócić do tego samego miejsca. Można tylko składać siebie na nowo z odłamków.
I z tego, co znalazło się po drodze.
A ja po drodze znalazłam coś, czego nie miałam w sobie wcześniej.
– Możecie mówić o tym po ludzku – powiedziałam. Głos zaczął mi drżeć, ale słowa nie chciały czekać, słowa domagały się uwolnienia. – Po prostu. No, ty nie możesz, bo jesteś kotem, Grażyna. Ale…
I nagle poczułam, jak drżenie głosu zamienia się w łzy. Niezależnie od mojej woli czy siły najpierw coś załaskotało mnie w gardle, potem zaszkliło się w oczach, by znienacka spłynąć po policzkach.
Wtedy obaj się zerwali.
Demonicjusz przysunął się do mnie bez słowa. Objął mnie ramieniem, spojrzał na mnie współczująco ze swojej wysokości i otarł delikatnie łzy z jednego policzka. Po drugim policzku przejechał koci ogon – to kot Grażyna wdrapał się Demonicjuszowi na ramię i rozlał się z gracją, tak by objąć mnie z drugiej strony.
Po raz pierwszy od dawna, a może po raz pierwszy w ogóle, pozwoliłam sobie nic nie mówić i nic nie robić – tylko byłam, czułam ciepłą bliskość żywych ciał i płakałam.
A łzy, które najpierw wyszarpnęły się ze mnie, płynęły po moich policzkach coraz spokojniej.
– Włóż futro, Anielcik – wymruczał troskliwie Demonicjusz po długiej, naprawdę długiej chwili.
– Ja płaczę, nie zamarzam – wymamrotałam, czując, jak dodatkowo otula mnie kilogram ciężkiego kołtuna, pachnący kadzidłami i perfumami Demonicjusza.
– Nie szkodzi – odparł ciepło Demonicjusz, a potem coś zimnego wsunęło mi się za pazuchę.
– Masz, kierowniczko – miauknął Grażyna, siąkając jednocześnie nosem.
– Co to? – Złapałam przedmiot, próbując się zorientować, co to za chłodna, gładka faktura, a wtedy między moją twarz a ramię Demonicjusza wcisnęło się przejęte kocie pyszczydło.
– Odpalam ci swoją porcję boczku – odparł Grażyna śmiertelnie poważnym tonem, demonstrując zapakowany w folię okazały kawałek cesarskiego premium. – Na pocieszenie.
Wtedy już nie wytrzymałam i parsknęłam śmiechem przez łzy.
– Jesteście niemożliwi – jęknęłam. – Ale zmykajcie stąd. Muszę się przygotować.
Karp zabulgotał z miski, a z obu stron dostrzegłam zdziwione spojrzenia.
– Na co? – zapytał zaintrygowany Demonicjusz.
Wzięłam głęboki oddech, wysunęłam się z objęć Demonicjusza, a potem puściłam Grażynę i boczek cesarski premium. Byłam już wiedźmą, robiłam szalone rzeczy, ale być może to, co właśnie chciałam oznajmić, należało do najbardziej odważnych.
– Idę do pracy.
Doceniłam, że żaden z nich nie wdał się wtedy w dyskusję. Demonicjusz wybąkał coś kurtuazyjnego o ciekawej decyzji, kot Grażyna zaś oznajmił, że jego zdaniem koncept pracy jest przereklamowany i dla słabych, po czym zajął się swoim karpiem. Zostawiłam ich w kuchni, wdzięczna, że nie musiałam bronić swoich racji.
To nie było tak, że miałam pewność.
Nie myślałam o tym jak o nowej, ekscytującej ścieżce. Wręcz przeciwnie – czułam, że schodzę z tarczą ze ścieżki, po której do tej pory stąpałam. Owszem, życie w Radzie pod pewnymi względami było dobre. Magiczna opieka nad roślinami była lepszym zadaniem niż przewalanie papierów w korporacji. Rada dbała także o utrzymanie swoich członków – do tego stopnia, że udawało mi się nawet odkładać jakieś zaskórniaki co miesiąc.
Ale czułam, że dłużej już tak nie mogę.
Że się skończyłam.
Przez resztę dnia nie widziałam już chłopaków – Demonicjusz wrócił do siebie, a Grażyna zgarnął karpia i popędził za sąsiadem. Rozsiadłam się na balkonie, zgarnąwszy wcześniej lemoniadę i laptopa, odpaliłam internet i ruszyłam na poszukiwania inspiracji. Pierwsza robota, jaką udało mi się znaleźć, nie była może spektakularna, ale uznałam, że wykonanie kwiatowych dekoracji na uroczystość rodzinną będzie idealne na rozruch. Przez kolejne godziny oglądałam różne inspiracje. A to na kwiatowy bukiet, a to na gustowne ułożenie roślin w wazonie, a to na kompozycję do udekorowania stołu. Zawsze mówiłam mojej matce, że jestem florystką, ukrywając swoją magiczną robotę – ale teraz, kiedy już nie musiałam się kryć, zatęskniłam do normalnych, ludzkich zadań. Prostych, przewidywalnych i niepociągających za sobą ofiar większych niż konieczność wstania z łóżka przed ósmą.
To było wymarzone popołudnie. Na balkonie grzało słońce, a kwiaty pachniały oszałamiająco. Przyszedł ten moment lata, kiedy znad balustrad spływała największa dzicz – a moje rośliny, choć nadwerężone ostatnimi aferami, poradziły sobie i dzielnie odbiły. Znowu pachniały surfinie, znów kołysały się begonie, a Pan Pelargonia wypuszczał nowe listki. Gdy tak siedziałam w swoim uroczym zakątku, czułam, że mogłabym tu spędzić resztę życia – tylko ja, rośliny i cisza.
I wspomnienia, które wciąż były ranami, a nie zaleczoną blizną.
Dopiero pod wieczór ruszyłam się z balkonu. Upał zelżał, ustępując miejsca przyjemnemu chłodowi. Porzuciłam więc czeluście internetu i wyszłam na spacer. Lubiłam takie letnie wędrówki przez osiedle, kiedy na balkonach rozsiadali się leniwie ludzie i zaspane koty, a między koronami drzew i blokami przebijał wielobarwny zachód słońca. Osiedle wydawało mi się wtedy mikrokosmosem, gdzie wszystko jest na swoim miejscu – i bloki, i ludzie, i rośliny, i te cuda na niebie, które nic sobie nie robiły z tego, że są widoczne nad zwykłymi, szarymi budynkami, i pyszniły się tak, jakby to była najwspanialsza turystyczna destynacja.
Tym razem jednak nie uszłam daleko.
Demonicjusz siedział na ławce przy koszu na śmieci z miną, która wskazywała, że czai się na jakiegoś zabłąkanego psiarza czy spacerowicza. Na tyle, na ile znałam fantazję mojego sąsiada, spodziewałam się jakiejś niespodzianki ukrytej w śmietniku. Nie zobaczyłam jednak tego artefaktu w akcji. Na mój widok Demonicjusz poderwał się gwałtownie i przywołał mnie, pokazując na ławeczkę.
Chwilę później siedziałam już obok niego. Ściągnęłam klapki i zanurzyłam stopy w trawie, która, choć przycięta, dalej przyjemnie muskała skórę. Lubiłam bardzo ten dziedziniec, wtopiony w okrąg między blokami. W cieniu drzew rozkładał się trawnik, nad nim zaś wznosiły się niewielki plac zabaw i ukryta pod dachem pompa. Na tej ławce przysiadywali różni ludzie o różnych porach dnia – staruszkowie w drodze z porannych zakupów, dzieciaki, którym niestraszny był upał, popołudniowa zmiana matek z pociechami czy wieczorna zmiana psiarzy.
Dzisiaj przysiedliśmy na niej my – i pomyślałam, że robimy to zdecydowanie za rzadko.
Ale nie doceniłam Demonicjusza.
Bo nagle Demonicjusz przypuścił atak.
– Aniela, jesteś pewna? – mruknął z troską w głosie, jaką ostatni raz słyszałam u niego, gdy w akcie desperacji upiłam się na imprezie w liceum i rzygałam całą noc jak, nie przymierzając, kot.
Więc taki był plan! Osłabić moją czujność i złapać mnie znienacka.
– Oczywiście – odparłam, siląc się na lekki ton. – Jak wszystkiego w swoim życiu.
Ławeczka, która chwilę temu wabiła spokojem i przytulnością, nagle zamieniła się w pole minowe. Demonicjusz zerkał na mnie poważnie, a ja dobrze wiedziałam, co jest tą tykającą bombą.
– Ja nie wyrzuciłem klucza – szepnął ciszej.
– A może powinieneś – syknęłam w odpowiedzi.
Demonicjusz podniósł głowę. Rozsiadł się wygodniej na ławce, rozprostował nogi, rozłożył ręce.
– Wydaje mi się, że jesteś jedną z niewielu osób w Radzie, które mają choć odrobinę zdrowego rozsądku – zaczął energicznie.
Znałam te momenty, kiedy Demonicjusz zabierał się do argumentowania swoich racji: zawsze miał wtedy werwę i polot, nawet gdy udowadniał nam, że kolejna książka o orgii zombiaków i płaskoziemców podbije rynek wydawniczy.
Dlatego stłumiłam jego zapał w zalążku.
– Rozsądek nie ocalił Adriela – odparłam, przełykając gorzką gulę w gardle.
Demonicjusz zamilkł, jakby ktoś strzelił go w twarz.
Dopiero wtedy zorientowałam się, że dookoła nas nadal toczy się życie. Ktoś wołał psa, ktoś puścił muzykę z balkonu, z miasta dobiegało wycie karetki. Ale przez te kilka chwil byliśmy tylko tu i teraz, uwięzieni w rozmowie i wspomnieniach.
Położyłam mu dłoń na ramieniu.
– Nie ty jesteś winny – powiedziałam łagodnie. – Ja też nie. Ale… co, jeśli uciekłam w świat magii, bo bałam się świata ludzi? A z magią nie ma żartów. Może szarpnęłam się na zbyt wiele? Może…
Demonicjusz spojrzał na moją dłoń zaskoczony, jakby nie wiedział, co zrobić z tym gestem.
Odsunęłam się. Poczułam leciutkie ciepło rumieńca na policzkach.
– Zrób, jak uważasz, Anielka – mruknął, a w jego głosie zabrzmiała ta sama, choć lekko podszyta smutkiem troska. Wstał, posłał mi enigmatyczny uśmiech, po czym zanurkował ręką w śmietniku, by wyciągnąć z niego czarny chochoł z zębatą, krwistą paszczą.
A potem zwiał.
Tak po prostu.
Ja zaś opadłam na oparcie ławki z wrażeniem, że wydarzyło się tu coś, czego nie dostrzegłam.
ROZDZIAŁ 3
Następnego dnia jednak nie miałam głowy do tego, by martwić się o Demonicjusza.
Czekała przecież na mnie robota, i to taka najzwyklejsza, ludzka. Żadnych czarów, tylko układanie kwiatów. Największy problem: telefony do hurtowni, które wykonałam już kilka dni temu. Ja, Anielka Jasna, naczelna społeczna boidupa, dzwoniłam do tych wszystkich pań Mariolek i Anetek, rozmawiałam o cenach i rodzajach kwiatów, a w głowie kołatało mi się gorzkie odkrycie.
Bardziej niż dzwonienia do obcych ludzi bałam się magii.
Największy lęk milenialsa był niczym przy wizji, że sięgnę po czary.
Nie płoszył mnie nawet fakt, że miałam udekorować salę domu pogrzebowego.
Gdy z samego rana przyjechały chryzantemy, złociste jak pani jesień, od razu wzięłam się do roboty. Część powiązałam w bukiety, a części wyczarowałam korzenie i zupełnie plebejsko, własnymi rękoma, wsadziłam je w doniczkę. Kot Grażyna mi pomagał – na początku czytał książkę na balkonie, następnie wpieprzył się z nią do wody, w której miałam trzymać wiązanki, ale potem zabrał się za trzymanie kwiatów, dosypywanie ziemi, szukanie podstawek. O drugiej w nocy na środku mojego salonu stały chryzantemy tak okazałe, że pół cmentarza padłoby z zazdrości, gdyby to był listopad.
Nie powiem, poczułam lekkie połechtanie dumy.
Zmyłam z rąk ziemię. Wykąpałam się i wygrzebałam z szafy najbardziej ponury ciuch – prostą, elegancką sukienkę, kupioną kiedyś w porywie myśli o dorosłości. Zrobiłam sobie makijaż – po raz pierwszy od dawna. Ręka mi drżała, gdy rysowałam kreskę, a tusz do rzęs zaszczypał lekko, bo odrobina dostała się do oka. Tak, nie malowałam się często. Ale może trzeba było zacząć?
Wyszykowana, z chryzantemami w wiaderkach i z kotem Grażyną na smyczy, wzięłam do ręki telefon. Jeszcze tylko rozmowa z taksówkarzem. Doprawdy Anielka Jasna zwariowała, z własnej woli wystukuje numer.
W tej samej chwili jednak rozległo się pukanie do drzwi. Otworzyłam je, a wtedy moim oczom ukazał się…
– Dzień dobry, rekinico biznesu. – Demonicjusz wparował do środka z taką gracją, jakby wbijał na parkiet. – Grażyna mówił, że to dzisiaj. A ja przecież nie zostawię cię samej w tej niedoli.
– Stary, wyglądasz, jakbyś całe życie przepracował w zakładzie pogrzebowym – parsknęłam śmiechem.
Mój sąsiad wciągnął na siebie bowiem gustowny smoking i cylinder. Smoking byłby prawie normalny, gdyby nie miał wyszywanych srebrną nitką nagrobków na klapach, a wokół nasady cylindra biegł malutki rząd gustownych, lśniących trupich rączek z czarnych cyrkonii w srebrnej obwódce. Styl, szyk i elegancja. W sumie mogło być o wiele gorzej.
Mogły przecież wjechać rogi albo malowana klata.
– Chcesz, to pożyczę ci cylinder. – Demonicjusz ściągnął nakrycie głowy i ukłonił się.
– Nie trzeba. – Wcisnęłam mu wiaderko z chryzantemami. – Wystarczy, że weźmiesz kwiaty.
Zeszliśmy po schodach do auta Demonicjusza, nie wracając już do tamtej rozmowy z ławeczki. Miałam wrażenie, że spotkałam wtedy kogoś zupełnie innego. Ten Demonicjusz, który był teraz obok mnie, schodził dziarsko po schodach, rzucał głupie żarty i poganiał idącego na smyczy kota Grażynę. Sama chciałam jakoś nawiązać do ostatniej sytuacji, ale w drodze się nie złożyło.
A gdy dojechaliśmy na miejsce, na głowie miałam już inne problemy.
Gdyby to moja matka przyszła do Domu Pogrzebowego Łódź Charona, powiedziałaby, że da się tu wyczuć negatywne wibracje i czakry same się zamykają już od wejścia.
Ja miałam trochę inne zdanie.
– To wygląda jak mordownia – szepnęłam do Demonicjusza, który w jednej ręce dźwigał kosz kwiatów do dekoracji, a w drugiej trzymał smycz kota Grażyny.
– Mordownia? – prychnęło kocisko. – Nie rozpędzajmy się z komplementami, kierowniczko.
– Może to raczkujący biznes – bąknął Demonicjusz, ale kot Grażyna natychmiast go obśmiał.
– To wygląda jak miejsce z twoich książek! Tak, z tych o zombiebobrach i nawiedzonych zakonnicach.
– Ale mówili, że wystawią fakturę.
Grażyna spojrzał sceptycznie znad pyszczka.
– Może księgowy też jest nawiedzony.
– Księgowi zawsze są nawiedzeni, Grażyna – parsknął Demonicjusz. – Życia nie znasz.
Grażyna uśmiechnął się, aż podniosły mu się kocie pucki.
– Ja tam nie wiem, stary. Ja znam tylko nawiedzonych pisarzy.
Podczas gdy oni się przekomarzali, ja lustrowałam budynek. Tynk odrapany, jakby Łódź Charona przeżyła szturm zombie. Okna zakratowane niczym w szpitalu dla wariatów albo siedzibie gestapo. Nad wejściem szyld – jak w knajpie – na którym czyjaś ręka wymalowała łódź i siedzącego w niej kolesia. Koleś pewnie miał być nobliwy, ale ktoś, zapewne nastoletni grafficiarz, domalował mu okazałego penisa, a tuż obok rekina, który w stronę tegoż penisa skakał.
I to właśnie był moment, w którym zaczęłam się zastanawiać, czy powinnam przyjmować to zlecenie.
Mimo to rzuciłam do chłopaków:
– Wchodzimy?
– Wystawili fakturę – powtórzył uparcie Demonicjusz, jakby to wystarczyło za gwarancję.
Kot Grażyna dziarsko podreptał przed siebie.
– No bez przesady, co się może wydarzyć w zakładzie pogrzebowym! – Zarechotał. – Najwyżej impreza będzie sztywna.
Ale ta impreza nie była sztywna ani trochę.
Pierwszy przypał – w środku już rozstawiono trumnę. Nikt nie czekał na dekoracje, na kwiaty, na florystę – na katafalku stała trumna, otworzona na oścież, a z trumny wystawało trupisko. Koleś miał prawie dwa metry, był zupełnie siny, a makijażysta… cóż, wszystko wskazywało na to, że pomylił make-up do grobu z tym na Halloween.
Demonicjusz się ucieszył, Grażyna zaintrygował, ja z trudem powstrzymałam odruch wymiotny.
Pierwsza taka robota i już na otwartej trumnie?
Rada nierada, wyciągnęłam chryzantemy z kosza i powoli przystąpiłam do pracy.
Cały wystrój sali był mocno przaśny. Po obu stronach stały dwie wielkie, ciężkie gabloty, upolowane zapewne na antykach, zastawiane medalami i pucharami z imprez typu Trumniarz Polski, Zawody Grabarza Roku, Konkurs w Kopaniu czy Eternal Make-up Pcim Górny 2013. Przed katafalkiem – dywan, kiedyś chyba czarny, dziś w idealnie burym kolorze wymiocin.
Kolejny raz powstrzymałam jęk trzewi i wróciłam do roboty. Ledwo jednak zdążyłam rozłożyć te większe chryzantemy do bukietów i te mniejsze do wieńców na stare, skrzypiące ławki, z korytarza poniósł się wrzask.
– Gdzie pędzisz, szantrapo!
– Odczep się, ladacznico!
– Ratunku, wyrwała mi włosy!
– To nie włosy, to peruka, ty lafiryndo!
Zastygliśmy całą trójką, biorąc przykład z trupa.
I wtedy do sali wparowało tornado.
Tornado składało się z jednej łysej kobiety ze skalpem w ręce, drugiej grubej kobiety w wielkim kapeluszu, z trójki identycznie ubranych dzieci i z kilku na oko randomowych krewnych, którzy próbowali za tym wszystkim nadążyć.
Ale się nie dało.
Łysa baba pierwsza przypadła do trumny.
– Mój Janeczku! – zapłakała.
Wtedy baba w kapeluszu podbiegła i sprzedała jej plaskacza, aż echo poszło.
– On nienawidził, jak się do niego mówiło Janeczku!
– Jak dochodził, to lubił! – odparowała łysa, na co dzieci od razu się ożywiły. – Chyba że… Ha, ha, ha! Chyba że ty z nim dochodziłaś tylko do krawędzi łóżka!
Baba w kapeluszu aż się zagotowała.
– Zabiję ją! No zabiję raszplę!
– Zabij mnie i złóż obok Janeczka! – odpaliła teatralnie łysa. – Nie oddam ci spadku!
Wtedy zobaczyłam, że dzieją się dwie rzeczy.
Z trumny wystawał pysk kota Grażyny, który w najlepsze mościł sobie miejsce w nogach nieboszczyka. Zakręcił tłustym tyłkiem na jego łydkach, raz i drugi, wsadził nos w chryzantemy, które Demonicjusz położył nieopodal, a potem wrzasnął krótko a boleśnie. Kwiat na chwilę zacisnął się wokół jego nosa. Czy ta chryzantema go ugryzła?
Czy ja to naprawdę zobaczyłam?
A potem dostrzegłam rzecz drugą.
Pęk chryzantem nagle zerwał się i zebrał do skoku. Jedna odbiła się od głowy łysej baby, druga zaatakowała kapelusz, a pozostałe…
Gdy się obróciłam, właśnie lądowały na szczycie gabloty. I nagle siup, nagle łup, wielka gablota zachwiała się i poleciała w dół, naręcze medali i pucharów gruchnęło o ziemię jak złudzenia klasy robotniczej, a chryzantemy z wdziękiem upadły na to pobojowisko.
– Co to było? – zajazgotała kobieta z peruką w ręce. – Płacę, wymagam! Co to jest za burdel!
– Są ladacznice, to i burdel się zrobił – odparowała kapeluszniczka.
Ale ja wiedziałam, że coś się dzieje. Że coś jest mocno niehalo.
Dlaczego te chryzantemy… umiały skakać?
Spojrzałam na kota Grażynę. Grażyna spojrzał na Demonicjusza, jakby to był Dziki Zachód, ta jedna słynna scena z Clintem Eastwoodem. Baby i randomowi krewni rzucili się do gabloty, do odgarniania trofeów, do torowania drogi.
Ale gablota za nic nie chciała się ruszyć.
I nagle zapadła zimna, niewygodna cisza.
– Co się tutaj właściwie dzieje? – zapytała baba w kapeluszu.
– O co tu chodzi? – Druga kobieta przyjrzała się nam uważnie.
Tymczasem kot Grażyna wymknął się z trumny i wskoczył mi na ramię jak słodki pupilek.
Ugięłam się – najpierw od tej pieszczoty, a potem od tego, co prosto do ucha wyszeptał mi koci pyszczek:
– Kierowniczko, głupio wyszło. Pamiętasz tę książkę, co wczoraj czytałem? To była Sztuka wojny.
– Że co ty czytałeś? – wycedziłam dyskretnie. Tego tylko brakowało, żeby ktoś zobaczył, jak gadam do kota.
– Sun Tzu. Sztuka wojny – wyszeptał kot Grażyna. – Twoja matka mi to poleciła do rozwiązania zatargu z Krzywym Mruczkiem. „Wojna nie polega na tym, aby oczekiwać, że wróg się nie zjawi, ale na tym, aby odpowiednio go przyjąć” – zacytował z przejętą miną.
Sztuka wojny. Aż sapnęłam. Poradnik dla zblazowanych menedżerów, którzy potrzebują żałosnych cytatów do ciskania nimi na równie żałosnych spotkaniach. Nie wiedziałam, jak się zemszczę na mojej matce, ale wiedziałam, że będzie długo i zimno.
Odwróciłam się do ściany i spojrzałam w kocie oczy.
Były skruszone jak wierzch szarlotki.
– Grażyna, co to ma wspólnego z chryzantemami? – syknęłam.
Oczy kota Grażyny zamieniły się w dwie wielkie kule cukru.
– Bo ja się wyjebałem i ta książka wpadła mi do wody. No i w tej wodzie potem… – zaczął, a ja skończyłam grobowym tonem:
– Trzymałam chryzantemy.
W tej samej chwili w sali Zakładu Pogrzebowego Łódź Charona rozległ się przeraźliwy krzyk.
To chryzantemy zaczęły wcielać w życie sztukę wojny.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI
PROLOG
CZĘŚĆ 1
ROZDZIAŁ 1. ZŁOTY BUDDA
ROZDZIAŁ 2. HARPIE DIEM
ROZDZIAŁ 3. CHRYZANTEMY ZŁOCISTE
Okładka
