Divine Violence II - Magdalena Mileszko - ebook
NOWOŚĆ

Divine Violence II ebook

Magdalena Mileszko

3,9

786 osób interesuje się tą książką

Opis

Czy warto wciągać ukochaną kobietę do świata, do którego nie należy, i ryzykować, że straci się ją na zawsze?  

 

Sera wyjechała do  rodziny w Teksasie, a sytuacja pomiędzy różnymi organizacjami mafijnymi w Chicago coraz bardziej się zaognia. Dominico doskonale wie, że jako przyszły capo powinien zająć się sytuacją i opanować narastający chaos.

 

Decyduje jednak inaczej. Podąża za Serą. 

 

Kobieta jego życia nadal uważa, że różnice między ich światami pozostają nie do pogodzenia, a mimo to postanawia dać Dominico szansę. Lecz czy mężczyzna nie wykazał się zbyt wielkim egoizmem?

 

Chcąc mieć Serę przy sobie, naraża ją na wielkie niebezpieczeństwo. Wkrótce oboje przekonają się o jego skali.

 

Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia. 

Opis pochodzi od Wydawcy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 493

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,9 (16 ocen)
10
1
0
3
2
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Astromenda

Z braku laku…

Nie dałam rady przeczytać do końca, znudzila mnie. Pierwsza część duzo lepsza.
20
Laurka2026

Z braku laku…

Max 2/5 pierwszy tom dużo lepszy. Ta część nudna i naciągana. Słaba ta mafia. Taka bez polotu.
20
katarinadeuch

Nie polecam

Koszmarek… próbowałam dać drugą szansę autorce, ale no nie jestem w stanie tego czytać…
10
malinowatoja

Nie oderwiesz się od lektury

Cudowna książka
11
AgaGl43

Nie oderwiesz się od lektury

super dwie godziny i przeczytana ,nie moglam sie oderwac ❤️❤️
11



Copyright © for the text by Magdalena Mileszko

Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2026

All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone

Redakcja: Katarzyna Moch

Korekta: Aleksandra Krasińska, Monika Baran, Martyna Janc

Oprawa graficzna książki: Weronika Szulecka

ISBN 978-83-8418-856-9 • Wydawnictwo NieZwykłe • Oświęcim 2026

Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek

ROZDZIAŁ 1

Domenico

Zabranie ze sobą tych trzech idiotów było moją największą pomyłką.

Z tylnych siedzeń rozbrzmiewa coś, co tylko przy bardzo dużej wyobraźni można by nazwać śpiewem.

– COUNTRY ROAAAAADS, TAKE ME HOOOOME! TO THE PLAAAACE I BELOOOONG! – Fałsz wydobywający się z ich gardeł kaleczy moje uszy. Przymykam powieki na ułamek sekundy i czuję, jak z każdą nutą moja cierpliwość wisi na coraz cieńszym włosku. – WEST VIRGINIAAAAA MOUNTAIN MAMAAAAAA!

– My nawet nie jesteśmy w Wirginii… – mamroczę pod nosem, ale oczywiście nikt mnie nie słyszy. A jeśli nawet, to kompletnie ignoruje moją uwagę.

– TAKE ME HOOOME, COUNTRY ROAAAAADS!

Mój ból głowy zaraz dostanie bólu głowy.

– YESTERDAYYYY! YESTERDAYYYY!

– Jesteśmy, kurwa, w Teksasie! – oznajmiam głośno.

– COUNTRY ROAAAAADS! TAKE ME HOOOME! – wydziera się Donatello, udając, że z całej trójki umie śpiewać najlepiej.

– TO THE PLAAAAACE I BELOOOONG! – Lorenzo dołącza się po nim głosem przypominającym agonię koguta.

– WEST VIRGINIAAAAA, MOUNTAIN MAMAAAAAA! – fałszuje z pasją Carlo, który, kurwa, jest Włochem z krwi i kości, a nie pieprzonym farmerem z Wirginii. Ale najwyraźniej w tej chwili mu się o tym zapomniało.

Wreszcie pękam. Wyłączam radio, a wraz z nim muzykę. Cisza jest błogosławieństwem, choć trwa tylko ułamek sekundy.

– Jezu, masz się wczuć w klimat – jęczy Donatello, przewracając oczami jak obrażony dzieciak.

– Śpiewasz o jebanej Wirginii, a jesteś w Teksasie – stwierdzam.

On wzrusza ramionami.

– Ale przekaz jest ten sam.

Prycham, powtarzając pod nosem z udawanym zaangażowaniem:

– Take me home, to the place I belong. – Krzywię się, a i te słowa zostawiają w moich ustach gorzki posmak. – Jak chuj to jest właśnie miejsce, do którego należysz – dodaję.

Donatello unosi brew.

– Nie ja pisałem ten tekst, debilu. I ta piosenka nie jest tylko dla miejscowych czy dla Wirginii.

– Domenico, wyluzuj. Przecież nie wjedziesz tam z miną, jakbyś chciał wszystkich pozabijać – wtrąca się Carlo z miejsca obok mnie.

Kręcę głową, ignorując jego słowa. Patrzę na braci w odbiciu lusterka, myśląc o tym, jak bardzo są niepoważni, zważywszy na wszystko, co się u nas dzieje.

Lorenzo spogląda na pustkowia za oknem.

– Jesteśmy na jakimś jebanym zadupiu.

Zerkam na niego.

– Ej, oglądaliście Wzgórza mają oczy? Właśnie w takich górach żyli ci kanibale – odzywa się poważnym tonem Donatello.

Unoszę brwi, patrząc jednym okiem na „góry”.

– To nie są góry, tylko pagórki – uświadamiam go.

Brat macha ręką.

– Na jedno wychodzi.

Lorenzo przewraca oczami.

– Dlaczego ja się zgodziłem na ten wyjazd? – pyta cicho, ale nie na tyle, by go nie słyszeć.

Wzdycham, kręcąc głową. Bliźniacy pojawili się na lotnisku w ostatniej chwili, dosłownie wbiegli na pokład, gdy stewardesa już zamykała drzwi samolotu. Miałem lecieć tylko z Carlem. Gdyby nie to, że samolot zaczynał już kołować, gdy kazałem im wysiąść, wyrzuciłbym ich przez okno.

– Jeśli nam się zepsuje auto, ja nie wychodzę. – Otello znów przerywa ciszę.

Lorenzo patrzy na niego z uniesioną brwią.

– Masz ze sobą broń.

– To na nich nie działa. A nawet jeśli, to padnie jeden i po nim zleci się cała reszta jego obleśnej rodzinki – wyjaśnia z powagą.

Teraz mój brat spogląda na swojego bliźniaka jak na wariata.

– Kiedy ty oglądałeś to gówno?

– Z Markiem. Naraz wszystkie części. Dwa dni dochodziłem do siebie.

– A gdzie ja byłem w tym czasie?

Donatello wzrusza ramionami.

– Skąd mam wiedzieć? Nie było cię.

Przestaję ich słuchać. Za niecałą godzinę mamy dotrzeć na miejsce. Mam nadzieję, że tam przynajmniej zaznam trochę spokoju. Niestety, patrząc na moje szczęście w ostatnim czasie, to marzenie ściętej głowy.

***

Parkuję czarnego Mercedesa obok kilku furgonetek. Gaszę silnik i po chwili drzwi otwierają się synchronicznie, gdy we czterech wychodzimy na żwirową nawierzchnię. Rozglądamy się po okolicy. Lampy rzucają przyćmione światła na podniszczone drewniane budynki, a przed nimi znajduje się duży bar, z którego dudni muzyka. Lorenzo dowiedział się od Ginevry, że Sera wraz ze swoją siostrą i kuzynkami zabrały ją do tutejszego baru.

Marszczę brwi. Garniturowe spodnie, skórzane buty i długi czarny płaszcz sprawiają, że wyglądam, jakbym pomylił budynki. Rzucam okiem na Carla, który prezentuje się równie nie na miejscu – jego nienaganna koszula i ciemny płaszcz są tak samo dalekie od obowiązującego tutaj stylu. Lorenzo i Donatello natomiast mogliby uchodzić za tutejszych – czarne spodnie, skórzane kurtki i ciężkie buty nadają im bardziej normalnego wyglądu, ale ich oceniające spojrzenia zdradzają, że też zbytnio tu nie pasują.

Zauważam dwa czarne samochody zaparkowane po drugiej stronie placu. Przez przyciemniane szyby nikogo nie widzę, ale wiem, że to moi ludzie. Jeden z nich, jak na potwierdzenie, mruga światłami, a ja podnoszę rękę w niemym geście.

– Idziemy do środka – rzucam sucho.

Zmierzamy w stronę dużego baru i mijamy ludzi stojących na zewnątrz. Przestają rozmawiać i przenoszą na nas spojrzenia.

To aż niedorzeczne, jak bardzo nie pasujemy do tego miejsca.

Przybieram swój naturalny wyraz twarzy, który jednoznacznie sugeruje, by trzymać się ode mnie z daleka.

Przy samych drzwiach mijają nas dwie pijane dziewczyny, które nie mogą przestać się śmiać. Chwieją się, a ich dźwięczny śmiech unosi się w powietrzu. Donatello odwraca za nimi głowę i z szelmowskim uśmiechem szepcze do Lorenza:

– Widziałeś te nogi?

Enzo nawet nie próbuje ukrywać, że również patrzy w ich stronę.

– Trudno było je, kurwa, przegapić.

Nie komentuję. Przytrzymuję drzwi, które zalane dziewczyny prawie zamknęły nam przed nosem, i wchodzimy do środka.

Już od progu uderza w nas fala dźwięku – głośna, rytmiczna muzyka country, dudniące rozmowy i śmiechy. Bar jest ogromny, wypełniony ludźmi. Na środku znajduje się scena, na której kilka osób tańczy synchronicznie. Nie rozpoznaję słów piosenki, ale rytm zdradza, że muzyka pochodzi z tej części kraju. Kobiety ubrane są albo w krótkie spodenki, odsłaniające naprawdę sporo, albo w długie spodnie z szerokimi nogawkami. I każda ma na sobie kowbojki. Mężczyźni zaś są w dżinsach, przytrzymywanych paskiem, koszulach wsadzonych do spodni i prawie każdy z nich ma na głowie charakterystyczny kapelusz. Powiedzieć, że się tutaj wyróżniamy, to jak nie powiedzieć nic.

– Zakochałem się, chłopaki – mówi nagle Lorenzo, wyrywając mnie z zamyślenia.

Marszczę brwi i spoglądam na brata. Wpatruje się intensywnie w scenę. Przenoszę tam wzrok i widzę dziewczynę. Ma długie, falujące blond włosy i tańczy w równej linii z innymi kobietami. Sam śmiało stwierdzam, że wyróżnia się na tle innych dziewczyn. Jej promienny uśmiech aż razi po oczach.

Kątem oka dostrzegam znajomą twarz. Ginevra stoi niedaleko sceny i przygląda się tańczącym. Ruszam w jej stronę, ignorując braci. W połowie drogi ktoś przyciąga mój wzrok. To był instynkt, by spojrzeć w lewo. Sera siedzi na stołku przy barze i ma szeroki uśmiech na twarzy. Zatrzymuję się natychmiast, patrząc na gościa, do którego tak się uśmiecha. Stoi odwrócony do mnie plecami, w ciemnym kowbojskim kapeluszu.

Czuję, jak zalewa mnie fala gorącej zazdrości.

Kiedy mężczyzna pochyla się w jej stronę i ewidentnie chce ją pocałować, ruszam zdecydowanie przed siebie, ignorując tłum. Odpycham ludzi z drogi, czując, jak ochota odebrania komuś życia wraca do mnie z taką siłą, jak jeszcze nigdy w życiu.

– Kurwa, Domenico! – słyszę za sobą głos Carla.

Nie zwalniam.

Nie przejechałem, kurwa, pół jebanego kraju, by oglądać, jak na moich oczach flirtuje z jakimś kolesiem.

Seraphina zauważa mnie w momencie, gdy jestem już zaledwie kilka kroków od nich. W jej oczach pojawia się zaskoczenie, które szybko ustępuje miejsca przerażeniu. Dopadam do mężczyzny i odpycham go. Unoszę pięść, gotów do uderzenia, ale zanim zdążę wymierzyć cios, czuję mocny uścisk na ramieniu.

– Do reszty zgłupiałeś?! – Głos kuzyna jest zimny.

Wyrywam się z jego uchwytu, ale kiedy odwracam się z powrotem, przed mężczyzną stoi już Sera. Oczy płoną jej ze złości.

– Co ty wyprawiasz, do cholery? – cedzi przez zęby.

– Co ja wyprawiam? Widziałem, jak chciał cię pocałować! To jest według ciebie „danie sobie czasu”? – mówię z groźbą w głosie, patrząc na nią z wściekłością.

Spogląda na mnie jak na szaleńca.

– Słucham?! – oburza się. – Czyś ty się z mrówką na rozum zamienił?! – Wskazuje na mężczyznę, który stoi za nią. – To jest Ryan, mój przyjaciel od lat! Od lat! – podkreśla.

Spoglądam na faceta spode łba. Odpowiada mi lodowatym spojrzeniem. Jest równie wysoki jak ja, a jego postawa zdradza, że nie zamierza się cofnąć.

– Tylko rozmawialiśmy – kontynuuje Sera.

– Wiem, co widziałem – odpowiadam, mrużąc oczy.

– Nie wierzę po prostu… – Kręci głową. – Naprawdę myślisz, że zrobiłabym coś takiego? – pyta z rozczarowaniem.

Zanim zdążę cokolwiek powiedzieć, Ryan się prostuje i odwraca w moją stronę. Na jego twarzy nie ma strachu – tylko spokojna, twarda pewność człowieka, który wie, gdzie jest.

– Albo dajesz mi w mordę za normalną rozmowę, ale wtedy ci się odpłacę tym samym, albo siadasz i kończymy to teraz. To nie Chicago.

Patrzę na niego beznamiętnie, potem rozglądam się po sali. Kilka osób, w tym barmani i kelnerki, obserwuje nas z niezdrową ciekawością, jakby tylko czekało, aż ktoś da im sygnał. Zaciskam zęby, ale unoszę ręce w geście kapitulacji.

– Musimy porozmawiać – mówię do Sery, ignorując typa.

– Co ty tu w ogóle robisz? – Przenosi wzrok za mnie, gdzie zapewne dostrzega chłopaków. – Co wy tutaj robicie?

– Musimy porozmawiać – powtarzam wolniej, z naciskiem.

– Przyjechałeś tutaj, bo chciałeś porozmawiać… Nie wierzę. Od tego są telefony.

– Gdybyś je jeszcze odbierała… – rzucam cynicznie.

Patrzy na mnie gniewnie.

– Wpadasz tutaj jak do siebie, przeszkadzasz mi i jeszcze atakujesz mojego przyjaciela. – Złość aż bucha jej z oczu. – Nie waż się mówić do mnie takim tonem.

– „Przyjaciela”? – powtarzam niskim głosem. – Wyglądało, jakby chciał cię pocałować.

– Bo się nachylił, żeby coś mi powiedzieć. Tu jest głośno – odpowiada ostro. – Ale oczywiście ty wiesz lepiej. Zawsze wiesz lepiej.

Odwraca się i odchodzi, zostawiając mnie samego.

Wpatruję się w nią, podobnie jak wielu innych gości. Wcześniej nie zwróciłem na to uwagi, ale ona, do kurwy nędzy, ma na sobie obcisłe dżinsy, kowbojki i krótką koszulkę na grubych ramiączkach, która przyciąga spojrzenia wszystkich facetów, co podjudza moją chęć mordu.

– Jest środek zimy – warczę pod nosem, nie spuszczając wzroku z jej pleców.

Ryan odzywa się zza moich pleców:

– Pijecie piwo czy coś mocniejszego?

Spoglądam na niego lodowato.

– Najlepsza whisky, jaką tutaj macie.

***

Przyglądam się Seraphinie, która wraz z innymi kobietami tańczy na parkiecie. Ich ruchy są synchroniczne, a kroki powtarzalne, lecz pełne energii i swobody. Z głośników płynie chwytliwa melodia, zaś słowa „Did you burn through money? Did your ex find out?” idealnie dopasowują się do rytmu tańca. Sera wygląda jak część tego świata – beztroska, pełna życia, widać, że w pełni odnajduje się w tym klimacie. Mimowolnie zaciskam szczęki.

A co, jeśli zechce wrócić do Teksasu na stałe?

Wypijam ostatni łyk whisky i czuję, jak alkohol rozgrzewa mi gardło. Odwracam się w stronę barmana, a gdy ten podchodzi, rzucam krótko:

– Jeszcze raz to samo.

Ryan opiera się o bar, rozglądając się po otoczeniu.

– Twoi koledzy już się zdążyli zadomowić – stwierdza.

Przenoszę spojrzenie na braci. Lorenzo wciąż jak urzeczony wpatruje się w scenę, a Otello flirtuje z jakąś brunetką, której śmiech przebija się nawet ponad gwar baru. Jak znam tego drugiego z bliźniaków, za pięć minut dziewczyna będzie wisieć mu na szyi.

– To moi bracia – odpowiadam chłodno.

Ryan unosi brew, uśmiechając się kpiąco.

– No to jeden z twoich braci właśnie flirtuje z córką Lincolna Dawsona. Jeśli staruszek to zobaczy, może się polać krew. To kawał niezłego skurwiela… – przerywa i przenosi wzrok tam, gdzie trzymam swoją broń. – I nawet to, co chowasz za marynarką, wam nie pomoże.

Mierzę go lodowatym spojrzeniem, po czym odwracam się do Carla, który obok pije piwo.

– Digli che non vogliamo problemi, quindi si diano una regolata e stiano lontani da tutte le donne qui presenti1 – mówię po włosku.

Kiwa głową, odstawia kufel i rusza w stronę bliźniaków, by szybko zażegnać problem. Wracam wzrokiem do Ryana.

– Jak długo znacie się z Serą? – pytam.

Posyła mi leniwy uśmiech, biorąc łyk piwa, po czym odpowiada:

– Całe życie. Seraphina jest ode mnie tylko rok starsza. Dorastaliśmy razem.

– Jej rodzice mieszkają kawał drogi stąd – zauważam.

Ryan opiera się plecami o bar.

– Sera i Josie urodziły się tutaj. Na początku mieszkały na ranczu wujka. Dopiero w połowie pierwszej klasy liceum przeprowadziły się z rodzicami.

Marszczę brwi. Nie wiedziałem o tej części jej życia. To nowe informacje, które tylko podsycają moją frustrację.

– Łączyło was coś kiedyś? – pytam wyzywająco.

Kowboj śmieje się pod nosem.

– Tylko to, co może łączyć dwoje dorastających nastolatków – wyjaśnia z uśmiechem. Posyłam mu morderczy wzrok. – Nie wyszliśmy poza pierwszą bazę, stary! – dodaje z rozbawieniem.

Odrobinę się rozluźniam, choć wciąż w moich oczach kryje się rezerwa. Ryan, widząc to, unosi kufel piwa i mówi z pewnym ostrzeżeniem w głosie:

– Tutaj naprawdę nie jest jak w Chicago. Jesteście przyjezdnymi. Jedno niewłaściwe słowo czy spojrzenie, a może się rozpętać prawdziwe gówno. Jesteś w Teksasie, gdzie pozwolenie na broń dostanie nawet idiota.

Ignoruję go. W tej chwili Carlo wraca z Lorenzem i Otellem. Spoglądam na nich wymownie, a potem wracam wzrokiem na scenę.

Sera i reszta kobiet zeszła już z podestu i udaje się w naszą stronę. Nie mogę oderwać od niej wzroku. Jest zjawiskowa, nawet w tym prostym stroju. W dżinsach, kowbojkach i białej koszulce. Zatrzymuję się spojrzeniem na wisiorku na jej odsłoniętym dekolcie. Ten widok sprawia mi ulgę.

Nie ściągnęła go. To dobry znak.

Ginevra na nasz widok robi minę, jakby była zaskoczona, co uważam za zbędną rolę do odegrania, skoro sama wysłała nam swoją lokalizację. Właściwie to wiele jej zawdzięczam, a teraz czuję, że obecność siostry jeszcze może mi się przydać.

Spoglądam na Serę, a nasze spojrzenia krzyżują się na chwilę, zanim zatrzymuje się przede mną. Nim zdążę coś powiedzieć, zza jej pleców wychodzi kobieta o podobnych oczach. Ma jednak krótsze włosy, sięgające ramion. Wyciąga rękę w moją stronę, a na jej twarzy pojawia się uśmiech.

– Jestem Josie, siostra Sery.

Szybko przywołuję na twarz uprzejmy uśmiech i ściskam wyciągniętą dłoń.

– Domenico Marchetti.

Dziewczyna unosi brew i patrzy na mnie przyjaźnie.

– Jaki formalny. – Zerka na swoją siostrę. – Ale dokładnie taki, jak go opisywałaś.

Sera prycha cicho i klepie ją w ramię.

– Nie słuchaj jej – rzuca z lekkim rozdrażnieniem, po czym zwraca się do reszty: – Poznajcie Domenica. – Wskazuje na mnie dłonią, a potem przenosi wzrok na moją rodzinę. – To Carlo, Lorenzo i Donatello.

Josie się śmieje.

– Zaraz sprowadzisz nam tu całe Chicago.

W tym momencie Lorenzo wyrywa się do przodu, wyraźnie zainteresowany kobietą, którą wcześniej obserwował na parkiecie, a która teraz stoi obok Sery.

– Lorenzo – przedstawia się pewny siebie, wyciągając do niej rękę.

Dziewczyna patrzy niepewnie na niego, a potem na jego wyciągniętą dłoń. Rumieniec zakwita jej na policzkach, gdy odwzajemnia uścisk.

– Lara.

Natychmiast rozpoznaję uśmiech, który posyła jej mój brat. Widziałem go już setki razy i wiem, że oznacza tylko jedno. Nim jednak sytuacja może się rozwinąć, obok nas pojawia się Ryan, który mierzy go morderczym spojrzeniem.

– Moja siostra – rzuca zimno.

Lorenzo, kompletnie ignorując jego ostrzeżenie, nadal wpatruje się w Larę.

– Fermati subito prima che suo fratello ti stacchi la testa2 – warczę na niego.

Brat przewraca oczami, ale słucha mnie i cofa na swoje miejsce z komentarzem po włosku skierowanym do Donatella.

Atmosfera na chwilę się zagęszcza, więc ciszę przerywa Sera:

– Poznajcie też moje kuzynki.

Przedstawia pozostałe kobiety, po czym zwraca się do barmana i zamawia kolejkę alkoholu dla wszystkich. Gapię się na nią, czując, jak narasta we mnie frustracja. Chcę porozmawiać, ale ona najwidoczniej uparła się mnie ignorować.

Ruszam w jej stronę i staję tuż obok.

– Porozmawiajmy, Sera – mówię cicho.

Odwraca się, trzymając w dłoni kieliszek.

– Naprawdę chcesz rozmawiać o tym, co się stało, w barze pełnym ludzi? Owszem, mamy sobie wiele do powiedzenia, ale nie chcę gadać o tym teraz. Dziś jest mój wieczór. Nie chcę przejmować się tym wszystkim. Chcę mieć jeden wieczór, podczas którego mogę być samolubna. Nie widziałam się z niektórymi przyjaciółmi i kuzynkami od roku, więc nie, Domenico, nie porozmawiamy. Dziś chcę się tylko dobrze bawić.

Zanim zdążę cokolwiek powiedzieć, opróżnia kieliszek i odchodzi, kierując się w stronę sceny. Po drodze zatrzymuje się jednak przy grupce znajomych, z którymi zaczyna rozmowę. Patrzę na nią z zaciśniętymi zębami, nie wiedząc, czy bardziej czuję gniew, czy bezradność.

Odwracam się w stronę braci, ale każdy z nich jest już zajęty. Carlo rozmawia z jakimś gościem, Lorenzo i Donatello szepczą coś między sobą, a Ryan gdzieś zniknął. Zostałem sam. Wzdycham i opróżniam jednym ruchem szklankę whisky.

To będzie długi wieczór.

***

Dwie, kurwa, godziny później mam ochotę wyjść z siebie. Od dwóch godzin siedzę przy barze w tym samym miejscu. Wokół rozbrzmiewa muzyka, dźwięk butów uderzających o drewnianą podłogę i śmiech ludzi, a ja nie potrafię się zrelaksować. Nie w sytuacji, gdy Sera przetańczyła na scenie z pięć piosenek, za każdym razem wyglądając tak pociągająco, że musiałem używać całej swojej wyćwiczonej samokontroli, by trzymać nerwy na wodzy.

Miałem wrażenie, że każdy facet w barze wpatrywał się tylko w nią. Dalej mam, kurwa, takie wrażenie. Jej uśmiech, który zdaje się rozświetlać całe miejsce, jej pewne, swobodne ruchy i warkocz podskakujący z każdym krokiem w rytm muzyki. Sam taniec nie jest skomplikowany. Załapałem układ już po pierwszym refrenie, obserwując ludzi na scenie. Ale to nie taniec mnie interesuje, tylko ona. Patrzę na jej uśmiechniętą twarz i czuję mieszankę emocji. Kocham ten widok – jest wtedy taka promienna, taka swobodna. Ale jednocześnie czuję się roztrzęsiony.

Co, jeśli naprawdę będzie chciała wrócić tutaj na stałe?

Myśl o tym, że mogę ją stracić na rzecz tego miejsca, gdzie wydaje się taka szczęśliwa, sprawia, że tracę grunt pod nogami.

Ale kim ja jestem, żeby jej tego zabraniać?

Wiem, że Sera zawsze robi to, co sobie postanowi, a ja nawet nie umiałbym odebrać jej tego szczęścia.

Wypijam kolejną szklankę whisky. Jest to już czwarta tego wieczoru. Zanim proszę o piątą, do baru podchodzi Carlo z dwoma talerzami.

– Jedz, bo nie wiem, czy sam wytoczysz się z tego miejsca, bracie – rzuca, podsuwając mi burgera.

Jestem mu wdzięczny. Nie jadłem nic od rana, a kilka szklanek whisky na pusty żołądek to zdecydowanie za dużo. W milczeniu wgryzam się w bułkę i czuję, jak mięso rozpływa mi się w ustach.

– Dzwoniłeś do Nina? – pytam, przełykając jedzenie.

– Tak. Został z Eleonorą na ranczu. Nie chciała tu przyjść z dziewczynami.

Kiwam głową i nagle głośniki wybrzmiewają nowym utworem. Rozpoznaję melodię z Footloose. Gdy podnoszę wzrok na scenę, prawie zakrztuszam się burgerem.

Donatello i Lorenzo z uśmiechami na ustach, w czarnych podkoszulkach, które doskonale podkreślają ich umięśnione sylwetki i tatuaże, zaczynają tańczyć na parkiecie. Rzucili kurtki gdzieś z boku i z pełnym zaangażowaniem powtarzają kroki, które pokazuje im jedna z kuzynek Sery.

Nieco dalej tańczą Ginevra, która w pełni skupia się na krokach, by się nie pomylić, i Lara, choć ta druga bardziej zerka na Lorenza, z pamięci powtarzając układ. Inne dziewczyny na scenie również nie mogą oderwać oczu od bliźniaków, którzy wpasowali się w klimat baru aż za dobrze.

Carlo zrywa się z miejsca i wyciąga telefon z kieszeni.

– Giovanni mi, kurwa, nie uwierzy – rzuca przez śmiech, kierując obiektyw w stronę sceny.

Kręcę tylko głową, ale na moich ustach pojawia się uśmiech.

– Wyślij to też Marcowi – mówię.

Kuzyn spogląda na mnie przez ramię, śmiejąc się jeszcze bardziej.

– Żebyś wiedział, że to zrobię.

Ponownie biorę kęs burgera, obserwując, jak zmierza na parkiet, by nagrać bliźniaków z bliska.

Nie mogę powstrzymać śmiechu. Ostatnie, czego bym się spodziewał, to chłopaków tańczących line dance3 w barze w Teksasie.

Z lewej podchodzi do mnie Ryan, rozbawiony wydarzeniami na scenie.

– Twoi bracia wiedzą, jak się bawić – oznajmia z szerokim uśmiechem.

Wzruszam ramionami, by ukryć lekkie rozbawienie.

– Umieją się wczuć w każdy klimat – odpowiadam, zerkając na tańczących, którzy powoli zbliżają się do końca piosenki.

Wraca Carlo i wciąż nie może opanować śmiechu.

– To było najlepsze, co w życiu widziałem – mówi. – Rozesłałem to wszystkim.

W naszą stronę ruszają Donatello, Lorenzo i Sera z dziewczynami. Patrzę na tych dwóch pomyleńców, nie mogąc ukryć uśmiechu.

– A gdzie my w ogóle śpimy? – interesuje się Carlo, unosząc brew.

Przymykam oczy, bo kompletnie o tym zapomniałem. Planowałem to załatwić, gdy tylko tu przyjedziemy, ale czas minął szybciej, niż się spodziewałem. Jest już po dwudziestej drugiej.

– Jest tu jakiś hotel? – zwracam się do Ryana.

– Jedyny hotel mamy u pani Hurdstrom, ale na święta jest zajęty. Rodzina się do niej zjeżdża – wyjaśnia, marszcząc brwi. – Najbliższy otwarty jest w mieście obok, jakieś pięćdziesiąt kilometrów stąd.

Seraphina podchodzi bliżej, chcąc coś powiedzieć, ale zanim zdąży choćby otworzyć usta, podchodzi do nas młody chłopak, wyglądający na rówieśnika bliźniaków.

– Kto potrzebuje hotelu? – pyta z ciekawością.

Sera uśmiecha się na jego widok, a on to odwzajemnia.

– Mój… – zaczyna i krzyżuje ze mną wzrok. – Mój partner – kończy, a słowo „partner” brzmi w moich uszach jak wybawienie. Ulga, która spływa na mnie po tych słowach, jest niemal namacalna. – I dwóch jego braci, i kuzyn. Przyjechali z Chicago – tłumaczy, przerywając nasz kontakt wzrokowy.

Chłopak wyciąga rękę w naszą stronę.

– Gus Cowper – wita się.

Odwzajemniam uścisk dłoni, po czym chłopak oznajmia:

– My mamy kilka wolnych domków. Niektórzy wyjechali na święta. – Zerka na Ryana.

Stojąca obok niego Lara dodaje:

– Dokładnie trzy wolne.

Dopiero teraz dostrzegam podobieństwo między nimi. Jasne oczy, podobne uśmiechy – rodzeństwo.

– Jeśli nie przeraża was spanie w domkach, gdzie mieszkają kowboje, a smród ciągnie się na kilometry, to możecie tam zostać. Ale nie odpowiadam za to, co tam zastaniecie – ostrzega Ryan, patrząc na mnie.

Kiwam głową i wyciągam rękę w jego stronę.

– Dzięki, zapłacimy za pobyt.

Uśmiecha się szeroko, ściskając moją dłoń.

– Twoi bracia wydoją kilka krów i będziemy kwita.

– Zgoda.

Donatello, który oczywiście nie może się powstrzymać, natychmiast się wtrąca:

– Chyba cię do reszty pojebało. Sam sobie wydój krowę.

Wszyscy wybuchają śmiechem.

– My wracamy do domu – stwierdza po chwili Sera.

– Też się zbieramy – odzywa się Ryan, zerkając na mnie, a ja kiwam głową, zgadzając się z nim. – Pojedziecie za nami.

Zaczynamy się zbierać. Wkładam płaszcz, gdy podchodzi do mnie Otello.

– Nie będę doić żadnych krów, żebyś ty miał dach nad głową, kurwa – wyrzuca wściekły, a ja nie mogę powstrzymać uśmiechu.

– W takim razie będziemy spać w samochodzie – odpowiadam spokojnie, wzruszając ramionami.

– Jak chuj – prycha.

– On nawet mleka do kawy nie umie nalać, a co dopiero doić krowę – mówi z rozbawieniem Carlo.

– Właśnie! – potwierdza Donatello. – Nie umiem nalać mleka do kawy, więc zapomnij, że poradzę sobie, kurwa, z wielką, muczącą krową!

– Nie ma u nas krów – stwierdza Lara, zatrzymująca się obok nas. Donatello wyraźnie oddycha z ulgą, ale ona z rozbawionym uśmiechem dodaje: – Ale ranczo dalej ma całe stada.

Odchodzi, by przybić piątkę naszej siostrze.

– Wyluzuj, oni tylko sobie pogrywają – rzuca Lorenzo, klepiąc brata po ramieniu.

Ruszamy do wyjścia przez zatłoczony bar. Gdy jesteśmy już na zewnątrz, słyszę, jak Donatello idący obok Sery pyta:

– Ej, Sera, skołujesz mi taki kapelusz? – Wskazuje na głowę Ryana.

Spogląda na niego z rozbawieniem.

– Tak.

– Ale nie jakieś badziewie, tylko taki porządny kapelusz kowbojski – tłumaczy z powagą.

– Możemy pojechać jutro do sklepu, gdzie są takie porządne kapelusze – podkreśla ostatnie słowa z rozbawieniem.

Chłopak kiwa głową.

– Dobra, ale nie wiem, gdzie mnie wywożą, więc będziesz musiała po mnie przyjechać.

Sera się śmieje i obiecuje, że przyjedzie.

Idę za nimi, obserwując. Mam ochotę ją zatrzymać, pocałować, wszystko jej powiedzieć. Marzę o tym od momentu, gdy wyjechała, ale obawiam się teraz, jak zareaguje.

Ryan i Gus ruszają do czarnego pick-upa, a Lara dołącza do nich po krótkim pożegnaniu się z dziewczynami.

– Ja poprowadzę. Ty wypiłeś za dużo – odzywa się Carlo koło mnie.

Podaję mu kluczyki, ale zamiast iść do pojazdu, kieruję się w stronę Sery, która stoi przy białym aucie.

Jebać to, jak zareaguje.

– Sera?

Unosi na mnie wzrok, otulając się ciaśniej płaszczem.

– Daj mi chwilę – proszę.

Odchodzi od samochodu i zbliża się do mnie.

– Domenico…

Nie kończy zdania, bo łapię ją w pasie i przyciągam do siebie gwałtownie, nie zważając na to, kto na nas patrzy. Przywiera do mnie, odpowiadając na pocałunek. Nasze usta spotykają się w gwałtownym, pełnym emocji tańcu. Jest w nim cała tęsknota z tych długich dni rozłąki, całe pragnienie, którego nie potrafiłem uciszyć, i ta namiętność, która nigdy nie pozwalała mi o niej zapomnieć. Tulę ją mocniej. Wędruję dłońmi po jej plecach, niemal rozpaczliwie, szukając bliskości, której brakowało mi od momentu, gdy rozstaliśmy się na lotnisku. Ona wsuwa palce pod mój rozpięty płaszcz i zaciska je na materiale koszuli. Nasze oddechy mieszają się ze sobą, a pocałunek pogłębia się, staje się bardziej niecierpliwy, bardziej intensywny. Czuję w nim nie tylko pragnienie, ale i żal i gniew, które wciąż między nami wiszą. Sera odchyla głowę, pozwalając mi na więcej.

Kiedy w końcu się od siebie odsuwamy, oboje jesteśmy zadyszani.

– Tęskniłem za tobą – mówię w jej usta.

W spojrzeniu, które na mnie kieruje, widzę wszystko – od bólu i pragnienia, po pewien rodzaj ulgi.

Opiera swoje czoło o moje.

– Ja też tęskniłam – odpowiada cicho.

Przez moment stoimy bez słów, aż w końcu odsuwa się pierwsza, a ja dostrzegam, że ma szkliste oczy.

– Zobaczymy się jutro – mówi, jakby walczyła sama ze sobą.

Nachyla się jeszcze raz, po czym całuje mnie szybko w usta i odchodzi do samochodu. Stoję w miejscu, akceptując jej wybór, po czym ruszam w stronę swojego auta.

Gdy wsiadam, Carlo rusza za czarnym pick-upem, a ja, siedząc obok, wciąż czuję na ustach smak jej pocałunku.

ROZDZIAŁ 2

Sera

Czuję znajome ukłucie sentymentu, gdy wjeżdżam na żwirową drogę prowadzącą do domków pracowników. To ranczo było moim ulubionym miejscem w dzieciństwie, pełnym śmiechu, zapachu koni i siedzenia do późnej nocy. Tutaj nauczyłam się jeździć konno, tutaj spędzałam długie letnie dni, podkochując się w pracownikach taty Ryana. Buzowały we mnie hormony jak u każdej dorastającej osoby. Moja siostra nie była ode mnie lepsza. Obie, jak na zakochane nastolatki przystało, udawałyśmy, że bardzo nam się podoba zajmowanie się końmi w stajniach, byle tylko być blisko kowbojów. Uśmiecham się na tę myśl.

Zatrzymuję samochód i przez chwilę siedzę nieruchomo, spoglądając na dobrze mi znany krajobraz. Stajnie w oddali, pastwiska rozciągające się aż po horyzont, cichy rodzinny dom Ryana, w którym teraz pewnie połowa mieszkańców przygotowuje się do pracy. To miejsce jest mi bliskie.

Patrzę w lusterko wsteczne i widzę, że tuż za mną parkują ludzie Domenica. Wzdycham cicho i sięgam po telefon.

Ja:

Śpisz?

Odpowiedź przychodzi natychmiast.

Domenico:

Nie.

Ja:

To dobrze, bo jestem na zewnątrz.

Spoglądam na zegar na desce rozdzielczej. Jest dziesięć po szóstej. Tej nocy prawie nie spałam. Przewracałam się z boku na bok, rozmyślając o tym, że Domenico przejechał dla mnie setki kilometrów i spał na ranczu obok. Ta myśl nie dawała mi spokoju. Nadal jestem na niego zła. To, jak rzucił się na Ryana, jak w jednej chwili uwierzył, że mogłabym go zdradzić… To było niedorzeczne. A jednak on w to uwierzył. Ryan jest jednym z moich najbliższych przyjaciół. Jest dla mnie jak brat, a ja dla niego jak druga siostra.

Nie wybaczyłam mu jeszcze sprawy z Williamem. Wiem, że przyjechał, by o tym porozmawiać. Rozumiem jego wczorajszy gniew, ale to był jeden z normalniejszych wieczorów, odkąd on pojawił się w moim życiu. Nie chciałam się przejmować jego atakiem na Williama ani tym, że w Chicago ktoś może mnie skrzywdzić, chcąc dopaść jego. Wczoraj chciałam się po prostu dobrze bawić ze swoją siostrą, kuzynkami i przyjaciółmi. Dziś jestem gotowa z nim porozmawiać. Zrozumieć jego stronę. Zdaję sobie sprawę, że został wychowany w świecie, w którym lojalność jest wszystkim, a zdrada równa się wyrokowi. Gdzie nie ma sądu, a sprawiedliwość wymierza się na własną rękę. Szanuję w pewien sposób jego zasady, ale nie mogę pozwolić, by narzucał mi swoje spojrzenie na świat. Muszę postawić granice.

Unoszę głowę. Drzwi jednego z domków się otwierają i wychodzi z nich Domenico. Wygląda tak jak zawsze – czarne, garniturowe spodnie, długi, dopasowany płaszcz w tym samym kolorze i biała koszula, jakby za chwilę miał spotkanie biznesowe.

Uśmiecham się mimowolnie.

Nie pasuje tutaj. Nie do drewnianych domków i powietrza pachnącego sianem i końmi.

Podchodzi do mojego samochodu, ale ja nie wysiadam. To jest wyraźny sygnał, że ma wsiąść do środka. Od razu pojmuje aluzję i bez słowa zajmuje miejsce pasażera. Zamyka drzwi i odwraca się w moją stronę.

– Dzień dobry.

– Dzień dobry – odpowiadam cicho, spoglądając na niego.

– Możemy już porozmawiać? – przechodzi od razu do rzeczy.

Kiwam głową.

– Tak, ale nie tutaj. Zabiorę cię gdzieś. Możesz powiedzieć swoim ludziom, żeby za nami nie jechali? – proszę, patrząc mu prosto w oczy.

– Dobrze – zgadza się bez wahania. Wykonuje szybki telefon, a ja w tym czasie odpalam silnik i ruszam w stronę wyjazdu z rancza.

– Tutaj nic nam nie grozi – mówię po chwili.

Domenico odwraca głowę w moją stronę.

– Wszędzie ci coś grozi, odkąd jesteś ze mną.

– Wcześniej nie byliśmy razem, a i tak przydzieliłeś mi ochronę.

– Ale ludzie, którzy mnie obserwują, wiedzieli już o tobie. Nigdy nie spotykałem się z kobietami tak otwarcie jak z tobą.

– Byliśmy widziani razem może ze trzy razy.

– I tyle wystarczyło. – Jego głos jest spokojny. – Jak mówiłem, nigdy wcześniej nie byłem tak otwarcie zainteresowany jakąś kobietą.

Nie odpowiadam, bo mam mieszane uczucia.

– Gdzie jedziemy? – interesuje się w końcu.

Uśmiecham się delikatnie.

– To niespodzianka. – Zerkam na niego z ukosa. – Właściwie powinniśmy dotrzeć tam na koniach, ale założyłam, że nie umiesz jeździć konno. – Patrzy na mnie, jakbym powiedziała coś niedorzecznego. – I jest za zimno, by rozmawiać na zewnątrz – dodaję, wracając spojrzeniem na drogę.

Jedziemy przez kolejne minuty w ciszy, aż w końcu parkuję Jeepa na skarpie i oddycham z ulgą. Droga tutaj była wyboista, pełna dziur i kamieni, ale wiedziałam, że warto było się pomęczyć. Gdybym nie pożyczyła samochodu od wujka, pewnie w połowie trasy musielibyśmy zawrócić. Zza przedniej szyby rozciąga się widok na dolinę otuloną poranną mgłą, a w oddali majaczy linia horyzontu, na której lada moment pojawi się słońce.

Podkręcam lekko ogrzewanie, rozpinam pasy i odwracam się do Domenica. Mężczyzna siedzi nieruchomo, podziwiając krajobraz za oknem. Twarz ma spokojną, choć zdaję sobie sprawę, że w jego głowie pewnie toczy się nieustanna walka.

– Przyjechałam tutaj pierwszy raz z mamą, gdy nauczyłam się dobrze jeździć – opowiadam cicho. – Zobaczysz najpiękniejszy wschód słońca na Ziemi.

Domenico milczy, lecz spogląda na mnie kątem oka. Nawet się nie łudzę, że interesują go takie romantyczne widoki. Nie po to go tutaj zabrałam. Po prostu nie było na ranczu innego miejsca, gdzie moglibyśmy porozmawiać w ciszy i bez świadków.

– Słońce wstaje za piętnaście minut – wyjaśniam.

Odrywa wzrok od widoku i spogląda na mnie uważnie.

– Sero… – zaczyna mówić, ale przerywam mu, zanim zdąży się wysłowić:

– Musimy znaleźć jakiś kompromis. Wyznaczyć granice.

Oczy lekko mu ciemnieją, a mięśnie napinają się pod materiałem koszuli.

– Proszę, powiedz, co dokładnie masz na myśli.

Biorę głęboki oddech i spoglądam na niego z determinacją.

– Powiedziałam ci, że po zwolnieniu sama sobie poradzę. Obiecałeś mi, że będziesz się trzymać od tej sprawy z daleka. Obiecałeś, że nie zrobisz mu krzywdy.

– Obiecałem, że go nie zabiję. I tego nie zrobiłem.

Kręcę głową, czując narastającą frustrację.

– I widzisz? Łapiesz mnie za słówka. Ja coś mówię, a ty wyłapujesz nieścisłości i przekręcasz je na swoją korzyść. – Zamykam oczy i biorę kolejny długi wdech, próbując się uspokoić. – Zostałam zwolniona. To był dla mnie ogromny cios, ale nie zamierzam przez to palić całego szpitala. Wiem, kto za to odpowiada, i wbrew temu, co sobie myślisz, nie daję się atakować. Po prostu działam inaczej. Mam gdzieś opinię ludzi, są mi obojętni, jeśli chcą dla mnie źle. Liczy się tylko prawda, a ludzie, którzy mnie znają, wiedzą, jaka ona jest. Mój następny pracodawca też ją pozna, jeśli zapyta o powód mojego zwolnienia. – Domenico nie spuszcza ze mnie wzroku. – Żyjesz, jak żyjesz. Pogodziłam się z tym, chociaż nie ze wszystkim się zgadzam. To jest twój świat, a ja do niego weszłam. Ale ty również wszedłeś do mojego. Ja szanuję twoje zdanie i wybory i tego samego oczekuję od ciebie.

Odchyla głowę i spogląda na mnie z cieniem niedowierzania.

– Nie rozumiesz, Sero. Najpierw cię dotknął, więc go tylko ostrzegłem. Ale później cię ośmieszył, pokazał, że może zrobić, co tylko chce, bo mu odmówiłaś. Gdy coś takiego się dzieje, nie mogę stać z boku. Będę działać i nie pozwolę, by ktoś cię poniżał.

Zaciskam dłonie.

– Staram się to zrozumieć. Naprawdę się staram. Ale ty też musisz zrozumieć mnie. Działamy po dwóch stronach barykady. Nie możesz krzywdzić ludzi z mojego otoczenia i oczekiwać, że będę się temu przyglądać, a potem jeszcze ci podziękuję.

Mruży lekko oczy.

– A ty nie możesz oczekiwać, że będę tylko słuchać i stać bezczynnie.

Zapada cisza.

Wzdycham, opieram głowę o zagłówek i patrzę na horyzont. Pierwsze promienie słońca zaczynają się przebijać przez zimną mgłę, barwiąc niebo na pomarańczowo.

Jak pięknie.

Ale to nie rozwiąże naszego problemu.

Jeśli nie dojdziemy do porozumienia, co będzie z naszym związkiem?

Domenico porusza się na miejscu pasażera. Waham się przez chwilę, ale w końcu spoglądam na niego z powrotem i mówię:

– On mógł umrzeć.

– Niewielka strata – wzdycha ciężko. – Tysiące ludzi umiera codziennie. – Odwracam się do niego gwałtownie, wstrząśnięta jego słowami. – Sero, nie myśl sobie, że wzbudzisz we mnie jakieś wyrzuty sumienia. Nawet to, że jesteś na mnie zła, nie sprawi, że będę żałować tego, co zrobiłem. Zrobiłbym to jeszcze raz, ale niestety ludzie mają tylko dwie ręce.

Szczęka mi opada. Przez chwilę naprawdę myślę, że tylko żartuje, ale minę ma całkowicie poważną.

– Niech zatem tak będzie. Znajdziemy kompromis i wyznaczymy granice – oznajmia.

Mrugam, wciąż oszołomiona.

– Właśnie powiedziałeś, że niczego nie żałujesz.

– Wiesz, że on, nawet gdy zdał sobie sprawę, co zaraz mu się stanie, dalej chciał cię obrażać?

Krzywię się, lecz nie daję się sprowokować.

– Jak mam ci mówić cokolwiek, jeśli nie jestem pewna, jak zareagujesz?

– Rozmawiamy po to, by dojść do porozumienia. Nie rozstaniemy się przez to, że nie możemy się dogadać. W ogóle się nie rozstaniemy.

– Czuję się, jakbyśmy utknęli w błędnym kole.

Przez chwilę oboje milczymy, ale w końcu się do niego odwracam i łapię go za dłoń. Nasze palce lekko się stykają, a ja unoszę wzrok, by znów spojrzeć mu w oczy.

– Chcę tylko, byś szanował moje zdanie.

Patrzy na mnie przez chwilę, po czym oznajmia:

– Szanuję. Szanuję całą ciebie.

Kręcę głową.

– Zaprzeczasz temu, działając wbrew mojej woli. – Nie odpowiada. – Nie chcę, żebyś krzywdził ludzi z mojego powodu. Ja tego po prostu nie chcę. William zrobił, co zrobił, ale to, co go spotkało, też mi ciąży. – Zaciskam usta. – Domenico, gdy jestem na sali operacyjnej, nie patrzę na to, kto leży na stole. Liczy się tylko, że jest to życie, które muszę uratować. Złożyłam przysięgę.

Mruży lekko oczy.

– Nawet gdy jest to człowiek, który dzień wcześniej wpadł do szkoły i strzelał do dzieci jak do kaczek? – wtrąca się surowo.

– Nawet wtedy – mówię po chwili ciszy. – Nie ja zostałam wyznaczona, by wymierzać mu sprawiedliwość. Z całego serca wierzę, że dopadnie go to, na co zasługuje, ale to nie ja mam decydować o jego losie. Tego uczyłam się przez całe życie, takie są moje przekonania. – Patrzy na mnie intensywnie, jakby ważył każde moje słowo. – Jeśli mamy przetrwać, musisz mi teraz obiecać, ale obiecać naprawdę, bez żadnych ukrytych zamiarów, że będziemy ze sobą szczerzy. Że jeśli ci powiem, że coś mi się stało i kto za tym stoi, ty nie postawisz na nim od razu krzyżyka. Porozmawiamy i wspólnie znajdziemy rozwiązanie.

– Kurwa, Sera. To tak nie działa. – Przeciera twarz dłońmi.

– Ale musi zacząć działać, Domenico. Jeśli ja mogę się dopasować do ciebie, ty powinieneś zrobić to samo dla mnie.

W samochodzie zapada cisza. On milczy, analizując moje słowa w głowie, aż w końcu wzdycha cicho.

– Zgodzę się na to pod jednym warunkiem.

Kiwam głową, zachęcając go do kontynuacji.

– To dotyczy wyłącznie ludzi z twojego otoczenia.

Marszczę brwi.

– Co konkretnie masz na myśli?

Spogląda na mnie uważnie.

– Wiesz, że mam wrogów. Więcej, niż pewnie mógłbym zliczyć. Jeśli choć jeden na ciebie spojrzy, będzie chciał cię skrzywdzić…

Przełykam ślinę, przypominając sobie słowa jego taty.

– Tego nie przeskoczę. A jeśli ja zgodzę się na te ustępstwa, ty nie możesz wymagać ode mnie, że złamię to, co jest dla mnie ważne.

Nie odpowiadam od razu. Przenoszę wzrok na wschód słońca, które teraz oświetla cały horyzont ciepłym blaskiem. W głowie brzmią mi słowa Ginevry. Wreszcie wracam wzrokiem do Domenica i kiwam głową.

– W porządku.

Natychmiast się rozluźnia.

– Ale nie chcę o tym wiedzieć. To zostawimy za drzwiami, dobrze?

Przysuwa się w moją stronę, nachylając się lekko.

– Dobrze. Niech to będzie za drzwiami.

Kiwam głową, choć wciąż czuję ucisk w żołądku.

To wcale nie jest proste, ale taki jest nasz kompromis. Pytanie tylko brzmi, czy wystarczy.

– Dlaczego właściwie tutaj przyjechałeś? – interesuję się.

Unosi brew, jakby moje pytanie go rozbawiło.

– Nie cieszysz się?

– Cieszę, ale nie rozumiem, skąd nagle pomysł, żeby tu przyjechać.

Spogląda na mnie uważnie.

– Tęskniłem za tobą – stwierdza po prostu.

Marszczę brwi, ale ostatecznie kiwam głową. Nachylam się, by go pocałować, gdy nagle pyta innym, dziwnym tonem:

– Wrócisz do Chicago po świętach?

To pytanie ma dla niego chyba ogromne znaczenie. Odsuwam się lekko, bo jestem zdezorientowana.

– Tak. A dlaczego miałabym nie wrócić?

Przygląda mi się intensywnie.

– Wczoraj byłaś taka szczęśliwa. Ludzie cię zaczepiali, a ty się uśmiechałaś, jakbyś wcale nie przyjeżdżała tu raz do roku, tylko była cały czas. Pasujesz do tego miejsca.

Nagle wszystko rozumiem.

– Przyjechałeś, bo się boisz, że nie będę chciała wrócić?

Odwraca wzrok na chwilę, po czym kiwa głową.

– To jeden z powodów, dla których tu jestem.

Biorę głęboki oddech, chcąc rozwiać jego wątpliwości.

– Myślałam nad tym, nie będę kłamać, że było inaczej. Kocham Teksas. Tęsknię za rodziną i przyjaciółmi… ale w Chicago… – Nasze spojrzenia się spotykają. – To w Chicago jest całe moje życie.

Domenico nie spuszcza ze mnie wzroku. W końcu się nachyla i łączy nasze usta w pocałunku – mocnym, namiętnym i przepełnionym emocjami, od których serce mi przyspiesza. To takie uczucie, jakby cały świat się rozpadał, pozostawiając tylko jego.

Wstaję z miejsca, a on natychmiast łapie mnie w pasie i przenosi na swoje kolana. Nasze ruchy są ograniczone przez wąską przestrzeń samochodu, ale jakoś sobie radzimy. Siadam na nim okrakiem, nie przerywając pocałunku, a on od razu kładzie ręce na moich biodrach i zaciska lekko. Odnajduje ustami moją dolną wargę i przygryza ją lekko.

– Nie kłóćmy się więcej – szepczę w jego usta.

– Dobrze – odpowiada, po czym pogłębia pocałunek.

Przesuwa dłonie na moją talię i przyciąga mnie bliżej. Serce bije mi mocno, a powietrze w samochodzie nagle staje się cięższe, gęste od emocji. Odwzajemniam pocałunek, wtapiając palce w jego włosy, czuję, jak przeszywa mnie dreszcz. To nie jest tylko dotyk – to coś więcej. W tym pocałunku kryją się wszystkie niewypowiedziane słowa, obietnice i lęki.

Chwytam go za płaszcz i odchylam się lekko.

– Musimy wracać – mówię.

– Nie musimy. – Nachyla się, by pocałować mnie jeszcze raz, ale odsuwam się do tyłu i dotykam plecami deski rozdzielczej.

– Musimy – powtarzam z uśmiechem.

Wstaję, a on pomaga mi wrócić na miejsce. Odgarniam włosy za ucho i próbuję uspokoić oddech.

– Na jak długo przyjechaliście? – pytam.

– Muszę wyjechać jeszcze dziś. Ostatnio dużo się dzieje i nawet nie powinno mnie tu być – tłumaczy, poprawiając płaszcz.

Zapinam pasy, spoglądając na niego z uwagą.

– Czy świat się skończy, jeśli zostaniecie do jutra? – Odwracam się do niego twarzą, w moich oczach tańczą łagodne iskierki. – Wujek kazał was zaprosić na kolację, a skoro już tutaj jesteś, chciałabym, żebyś poznał moich bliskich.

Milczy przez chwilę, jakby rozważał wszystkie za i przeciw. Jednak widzę w jego oczach, że decyzja już zapadła.

– Ale wyjeżdżamy z samego rana – mówi w końcu.

Uśmiecham się szeroko.

– Dziękuję.

Odwzajemnia uśmiech, a ja odpalam silnik.

– Wracamy na ranczo, zjemy tam śniadanie – decyduję. – Później muszę zabrać Donatella do miasta.

Marszczy brwi.

– On pewnie tylko żartował.

– Nie. Pisał do mnie jeszcze w nocy.

Spogląda na mnie zdziwiony.

– Skąd ma twój numer?

– Nie wiem. Może Ginevra mu dała.

– Pojadę z wami.

Kiwam głową i ruszam samochodem w stronę drogi.

– Jak się ma Eleonora? – pyta po chwili.

Zerkam na niego, a potem, kierując się na ranczo, opowiadam mu, jak sobie radzi jego siostra.

***

Stoję obok Donatella, opierając się na jednej nodze, i ciężko wzdycham. Mój poziom cierpliwości sięga dna, bo brat Domenica przymierza przed lustrem chyba już dziesiąty kapelusz.

– Kolor mi się nie podoba – stwierdza, przekrzywiając głowę i marszcząc brwi.

– Donatello, to uniwersalny kolor tych kapeluszy – wyjaśniam, nie mogąc powstrzymać lekkiego sarkazmu w głosie.

W odbiciu zauważam rozbawione spojrzenie Lary. Kręcę do niej głową, dając jej do zrozumienia, że mam już serdecznie dość tej modowej analizy. Jesteśmy tu od ponad godziny, a on dalej nie może się zdecydować.

– Sera, ten kapelusz będzie moją wizytówką. Poznam dziś twoich rodziców.

Parskam śmiechem na jego poważny ton.

– Donatello, nie będziesz ich prosić o moją rękę.

Brat Domenica puszcza mi oczko.

– Nigdy nie mów nigdy.

– To od razu bierz kapelusz, w którym cię pochowamy – wtrąca się Carlo, przeciągając się leniwie.

Otello bez wahania wystawia mu środkowy palec.

– Wybierz w końcu ten jebany kapelusz i wynośmy się stąd – dodaje jego kuzyn, przewracając oczami.

Donatello zwraca się do mnie:

– Chyba wezmę ten trzeci.

Podchodzę do wskazanego przedmiotu i biorę go do ręki.

– Ten czarny?

– Pasuje do mojej karnacji – odpowiada z powagą.

Kręcę głową rozbawiona, a Carlo rzuca:

– Chyba do koloru twojej duszy.

– Jest tak samo zepsuta jak twoja – odparowuje, a tamten jedynie wzrusza ramionami.

– Przy kasie możesz nadać mu kształt, a nawet coś z tyłu napisać – dodaję.

Carlo jęczy.

– Sera, nie zachęcaj go.

Uśmiecham się tylko i ruszam w stronę Lary, która pochyla się nad przymierzającą kowbojki Ginevrą.

– I jak? – pytam.

Ginevra podnosi na mnie wzrok i z błyskiem w oczach pokazuje mi białe buty.

– Wezmę te dwie pary. Piękne, prawda?

Patrzę na drugą parę – to czarne kowbojki z cekinowymi wzorami motyli.

– Rozkręcasz się, Ginevro – zauważam, widząc, jak dziewczyna lekko się rumieni. – Idealnie do ciebie pasują. Bierz je.

Unosi lekko kąciki ust i kiwa głową. Wtedy wpada mi do głowy pomysł. Odchodzę od dziewczyn i ruszam w stronę regałów z kapeluszami, szukając odpowiedniego dla Domenica. Nie mógł z nami przyjechać, bo Simon do niego dzwonił w jakiejś ważnej sprawie. Lorenzo też został w domu, bo dziś przy śniadaniu Ryan mu wypaplał, że zbudował sobie siłownię w nieużywanej stajni. Brat Domenica nie mógł się powstrzymać przed treningiem. Wydaje mi się, że jego walka jest na początku nowego roku.

Przez kilka minut przeglądam różne modele, aż w końcu znajduję idealny kapelusz. Zadowolona ruszam do kasy.

***

Kilka godzin później podjeżdżamy pod dom mojego wujka. Miałam nadzieję, że wcześniej przedstawię Domenica rodzicom, ale mama pojechała z Josie do miasta obok i nie znaleźliśmy żadnej okazji.

Wysiadam z samochodu i podchodzę do Domenica, by złapać go za rękę. Obok zatrzymuje się Ryan, a z jego auta wyskakują Gus i Lorenzo. Wygląda na to, że tych dwóch znalazło wspólny język podczas treningu. Z trzeciego samochodu wysiadają Carlo, Donatello z kowbojskim kapeluszem na głowie oraz dziewczyny.

Domenico rozgląda się po okolicy.

– Gotowy poznać moich rodziców? – pytam.

Spogląda na mnie z tym swoim charakterystycznym uśmiechem.

– Oczywiście – przytakuje, po chwili jednak dodaje prowokacyjnie: – Pytanie, czy oni są gotowi poznać mnie?

Nie mogę się powstrzymać i uśmiecham się szeroko.

– Nino stał się ostatnio ulubieńcem mojego taty, więc ty też pewnie szybko zaskarbisz sobie jego przychylność.

Patrzy na mnie już zupełnie poważnie.

– A twoja mama?

Czuję lekkie napięcie, ale ukrywam je za spokojnym wyrazem twarzy.

– Moja mama… Zaraz się przekonamy.

ROZDZIAŁ 3

Domenico

Wchodzę do domu, wciąż trzymając Serę za rękę. Jej dłoń jest ciepła, uścisk pewny, lecz i tak wyczuwam lekkie napięcie w palcach, gdy przekraczamy próg. W powietrzu unosi się intensywny zapach przypraw i smażonego mięsa, a z korytarza dochodzą rozmowy i śmiechy. Najbliżsi Seraphiny witają nas uśmiechami, jednak mój wzrok od razu przyciąga kobieta stojąca nieco z tyłu, obok wysokiego mężczyzny o ciemnych włosach poprzetykanych siwizną. Nie muszę zgadywać. Sera jest do mamy uderzająco podobna – te same oczy, ten sam kształt ust. Tylko wzrok jej matki jest nieco inny. Bardziej zdystansowany, chłodniejszy. Kiedy nasze spojrzenia się spotykają, widzę, jak na ułamek sekundy cała sztywnieje, choć jej twarz pozostaje niewzruszona.

Czuję, jak uścisk na mojej dłoni się wzmacnia, a chwilę później znika. Seraphina się ode mnie odsuwa i robi krok do przodu.

– Mamo, tato, poznajcie Domenica – przedstawia mnie z delikatnym napięciem w głosie.

Mężczyzna od razu wyciąga dłoń w moją stronę. Ma pogodny uśmiech, ale jego spojrzenie jest czujne.

– Axel Silva. Miło mi cię poznać.

Bez wahania odwzajemniam gest, ściskając jego rękę mocno, lecz bez przesady.

– Pana również miło poznać.

Puszczam go i odwracam się do jego żony. Kobieta patrzy mi w oczy, zanim wyciąga dłoń.

– Hazel – przedstawia się chłodno.

– Sera dużo mi o pani opowiadała. Cieszę się, że wreszcie się spotykamy.

Skinienie głowy to jedyna reakcja, na jaką mogę liczyć. Wiem, że nie popiera tego, kim jestem i czym się zajmuję. Wiem też, że próbowała przekonać córkę do powrotu do Teksasu. Ale to już nie ma znaczenia. Sera zostaje w Chicago, i to jest najważniejsze.

Seraphina wyczuwa napięcie i szybko odwraca się w stronę swojej siostry.

– Josie już znasz, a to jej mąż, Crew.

Mężczyzna uśmiecha się szeroko i wyciąga do mnie rękę.

– Cześć, stary.

Kiwam głową i odwzajemniam gest. Josie wskazuje na dwóch chłopców stojących obok niej.

– A to nasze szkraby. Młodszy to Billy – oznajmia, dotykając głowy chłopca o niebieskich oczach. Malec spogląda na mnie nieśmiało, ale zaraz odrywam od niego wzrok, bo kobieta wskazuje na starszego dzieciaka: – To zaś jest Blaze.

Ten kiwa mi głową.

– Resztę poznasz w salonie – dodaje Sera.

Odwracam się do swojej rodzinki, by ją przedstawić.

– To moi bracia, Donatello i Lorenzo, no i kuzyn Carlo.

Otello wyrywa się do przodu w tym swoim kowbojskim kapeluszu. Wzdycham, ale on tylko się uśmiecha i zdejmuje nakrycie głowy, by uścisnąć rękę Hazel. Na jej ustach dostrzegam cień rozbawienia.

– Bardzo mi miło państwa poznać. – Mój brat z szerokim uśmiechem na ustach wyciąga dłoń także do Axela. – Sera jest już dla nas jak trzecia siostra. – Puszcza jej oczko, po czym dodaje beztrosko: – Może niedługo naprawdę staniemy się rodziną.

Sera posyła mi panikujące spojrzenie, a ja mam ochotę udusić własnego brata. Widzę, jak Hazel się krzywi, lecz jej mąż nie ukrywa rozbawienia. Tak samo jak Josie i Crew.

Gdy wszyscy już zostają sobie przedstawieni, ruszamy w głąb domu. Drewniane ściany i akcenty związane z kulturą Teksasu nadają mu charakteru. W salonie czeka na nas kolejna grupka ludzi.

Gdzie my się wszyscy pomieścimy na tej kolacji?

Od razu zauważam Eleonorę. Siedzi w fotelu, o który opiera się Ginevra. Wygląda lepiej niż ostatnim razem. Nadal w jej oczach widać ból i strach, ale nabrała kolorów i po ciuchach stwierdzam, że przybrała na wadze, na co wzdycham z ulgą. Nie wydaje się szczęśliwsza, ale wygląda lepiej, a to dla mnie najważniejsze. Niedaleko niej stoi Nino. Patrzy na mnie uważnie. Nasza ostatnia rozmowa skończyła się kłótnią. Od tamtej pory wymienialiśmy się jedynie wiadomościami, w których składał krótkie raporty i odpowiadał na moje pytania jednym lub dwoma zdaniami. Sera miała rację, powinienem inaczej spojrzeć na jego relację z moją siostrą. Ale nadal nie umiem sobie tego wyobrazić. Przed wyjazdem muszę z nim porozmawiać.

Po przedstawieniu się wszystkim podchodzę do Eleonory.

– Cześć. – Staję przy niej.

– Cześć, Domenico – odpowiada łagodnie.

– Jak się masz?

Unosi na mnie wzrok.

– Czuję się… – Zaciska usta, jakby szukała odpowiedniego słowa, po czym kontynuuje: – Lepiej. – Kiwam głową, ale nagle wyraz jej twarzy się zmienia. Spogląda na mnie z paniką. – Przyjechałeś, żeby mnie stąd zabrać? – Nachylam się do niej, a ona dodaje ze łzami w oczach: – Nie chcę wracać, Domenico. Nie każ mi jeszcze tam wracać.

Dotykam delikatnie jej ramienia, lecz ona od razu się wzdryga, więc cofam dłoń.

– Nie przyjechałem po to, żeby cię zabrać – tłumaczę spokojnie. – Zostaniesz tutaj tak długo, jak będziesz chciała. – Oddycha z ulgą. – Wrócisz, gdy będziesz gotowa.

Te słowa mnie ranią, ale wiem, że to dla niej najlepsze. Sera miała rację. Eleonora potrzebuje spokoju i zrozumienia. Mamma jest załamana wyjazdem swoich córek, ale może powinna do nich przyjechać, gdy już wrócą do pensjonatu. Muszę zapytać dziś Hazel, czy jej wizyta nie byłaby dla nich problemem.

Po kilku minutach wujek Sery woła wszystkich do jadalni.

1 Powiedz im, że nie chcemy kłopotów, więc niech się wezmą w garść i trzymają łapy z dala od wszystkich obecnych tutaj kobiet (wł.) (przyp. aut.).

2 Zatrzymaj się natychmiast, zanim jej brat urwie ci łeb (wł.) (przyp. aut.).

3Line dance to taniec, w którym połączone figury taneczne tworzą powtarzające się sekwencje, wykonywane identycznie i w tym samym czasie przez tancerzy, znajdujących się w jednej lub kilku równoległych liniach (przyp. aut.).