Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
103 osoby interesują się tą książką
Diamenty lśnią najmocniej, gdy trawi je ogień
Osiemnastoletnia Avery Vanderbilt ma wszystko, o czym inni mogą jedynie marzyć – pochodzi z jednej z najbogatszych rodzin na Upper East Side, uczęszcza do prestiżowego liceum, a jej przyszłość jawi się w jasnych barwach.
Za perfekcyjną maską kryje się jednak dziewczyna, która pragnie czegoś więcej niż kolejnej sukni balowej i wyreżyserowanych uśmiechów.
Tym „więcej” staje się dla niej Dean Carter – niepokorny chłopak, miłośnik wyścigów samochodowych, o spojrzeniu równie mrocznym jak jego przeszłość. Ich światy nigdy nie powinny się połączyć, a jednak magnetyczna siła zbliża ich do siebie.
Każde spotkanie sprawia, że Avery coraz śmielej podważa zasady, wśród których dorastała, a Dean zaczyna rozumieć, że nawet najpiękniejszy diament może mieć skazy…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 262
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Dla wszystkich, którym wydawało się, że dla nikogo nie są całym światem. Zdziwilibyście się, gdybyście wiedzieli, ile osób jest gotowych rzucić dla was wszystko.
Dla moich dziadków,
którzy niesamowcie wspierają mnie
w mojej pisarskiej karierze
Książka przeznaczona jest dla czytelników powyżej 16. roku życia.
Jako autor nie popieram i nie romantyzuję szkodliwych zachowań pojawiających się w historii. Jest ona jedynie wymysłem mojej wyobraźni, pod żadnym względem nie jest oparta na faktach.
MIŁEJ LEKTURY!
Kolejny raz jako jedna z pierwszych osób przekroczyłam próg prywatnego liceum Marymount School. Powoli przemierzałam puste korytarze, które już za paręnaście minut miały się zapełnić ludźmi. Wątpiłam jednak, że będzie ich tylu, ilu być powinno, ponieważ był to pierwszy dzień szkoły po wakacjach, więc zapewne nieliczna grupa osób zamierzała się zjawić. Było tak, odkąd pamiętam. Bogate dzieciaki wolały w ostatni dzień zrobić ogromną imprezę, a nie pojawić się w placówce, której nienawidziły z całego serca i którą najchętniej usunęłyby z powierzchni ziemi. Nie żebym ja miała inaczej. Niestety, moja pozycja oraz oczekiwania ze strony rodziców i dyrektora jednak zobowiązywały. Ale to już ostatni rok. Później wyjadę na studia, jak najdalej stąd, i będę miała tak długo wyczekiwany spokój.
Przystanęłam przed gabinetem dyrektora i wzięłam głęboki wdech. Niezbyt pomogło. Wygładziłam spódniczkę od mundurka i poprawiłam włosy. Wygięłam usta w wymuszonym uśmiechu i zapukałam do drzwi. Po wydarzeniach, które miały miejsce przed wakacjami, znienawidziłam to miejsce i tego człowieka.
– Proszę! – usłyszałam ze środka poważny, męski głos. Ponownie wzięłam głęboki wdech i weszłam do środka.
Pomieszczenie nic a nic się nie zmieniło. Podłoga wyłożona wykładziną, beżowe ściany, na których wisiało pełno zdjęć i dyplomów, niewielki stolik kawowy, dwa fotele, krzesło i biurko.
Spojrzałam na mężczyznę, który przeglądał plik dokumentów i nieszczególnie zwracał na mnie uwagę. Jak na faceta, który niedługo kończy czterdzieści pięć lat, trzymał się całkiem nieźle. Wysportowaną sylwetkę opinał granatowy garnitur, a kosmyki brązowych włosów opadały mu na czoło i skroń. Wreszcie raczył spojrzeć w moją stronę i rozchylił usta w leniwym uśmiechu.
– Avery. – Cmoknął. – Jak zawsze punktualna i niezawodna.
– Przyszłam zapytać, czy wszystko jest przygotowane do apelu na rozpoczęcie roku – powiedziałam, wbijając paznokcie we wnętrze dłoni, kiedy mężczyzna lustrował mnie ciekawskim spojrzeniem.
– Może tak, może nie – odparł zdawkowo, wychodząc zza biurka, i zamknął drzwi na klucz. Zadrżałam. Znowu to samo. – Stęskniłaś się, słońce? – zapytał, podchodząc do mnie, i dotknął delikatnie mojego podbródka.
– Nie nazywaj mnie tak. – Wzdrygnęłam się pod wpływem jego dotyku i wyszarpnęłam głowę z jego rąk. – Nie chcę tego.
– Mnie się jednak wydaje, że chcesz – mruknął, pochylając się nade mną.
Zamknęłam oczy, a spod mojej powieki uciekła łza. Jedna samotna łza. Zaraz po niej spłynęła druga. Poczułam ucisk w klatce piersiowej i rosnącą gulę w gardle. Nie musisz tego znosić. Wystarczy, że krzykniesz, a sekretarka od razu się zainteresuje – powtarzałam w myślach jak mantrę. Nie działało. Nadal nie ruszyłam się z miejsca i nie wydobyłam z siebie żadnego dźwięku. Czułam się jak sparaliżowana. Odkąd rok temu przyłapałam go, jak zdradzał swoją żonę z dawną sekretarką, nie dawał mi spokoju. Młodą dziewczynę zwolnił, a mnie nękał, bojąc się, że mogę coś powiedzieć. Uważał mnie za zagrożenie, mimo że się zarzekałam, iż nie puszczę pary z ust. W ostatnim miesiącu szkoły doznałam tak mocnego dręczenia psychicznego, jak nigdy przez całe moje życie.
Wzdrygnęłam się, słysząc pukanie do drzwi. Odetchnęłam głęboko, dziękując w duchu temu, który nade mną czuwał.
– Dokończymy naszą rozmowę następnym razem – szepnął. – Ogarnij się. Sekundkę! – powiedział już głośniej.
Ponownie wygładziłam ręką spódniczkę, poprawiłam lekko potargane włosy i otarłam tusz, który spłynął wraz z moimi łzami. Wyciągnęłam jeszcze telefon i włączyłam aparat, aby się upewnić, że na pewno wyglądam nienagannie, nawet po tej sytuacji. William szybko zjechał mnie wzrokiem, a następnie podszedł do drzwi, aby je otworzyć. Klucz przekręcił tak bezszelestnie, aby drzwi sprawiały wrażenie cały czas otwartych.
– Witam, Tracy. Co cię do mnie sprowadza?
– Przyprowadziłam nowego ucznia, Deana Cartera, tak jak pan ostatnio prosił.
– Ach, tak! Całkiem o tym zapomniałem – powiedział, uśmiechając się szeroko, a ja mogłam się założyć, że w tym momencie szkolnej sekretarce zmiękły nogi. Nie było żadną tajemnicą, że kobieta, zresztą nie pierwsza, już od dawna próbowała się przypasować mężczyźnie, lecz ten miał ją głęboko w poważaniu. Na szczęście dla jego żony, a na nieszczęście dla biednej kobiety, która była tego totalnie nieświadoma. – Wprowadź go, proszę.
Wyprostowałam się na fotelu i przybrałam swój formalny uśmiech, kiedy do pomieszczenia wszedł chłopak. Szczerze? Biorąc pod uwagę fakt, że dołączył do prywatnej szkoły w ostatnim roku, spodziewałam się raczej słodkopierdzącego chłopczyka w okularach z dobrej rodziny, który co rok dostaje stypendium, cały czas siedzi w książkach, a wszyscy ciągle wokół niego skaczą. Może i jest to stereotypowy obraz, ale – nie oszukujmy się – w wielu przypadkach prawdziwy.
Osoba, która weszła do gabinetu, w niczym nie przypominała wykreowanego przeze mnie obrazu. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to jego twarz. Szczękę miał mocno zarysowaną, usta pełne i kształtne, a brązowe oczy były błyszczące. Naprawdę. Błyszczały jak diamenty lub kamienie bursztynu. Nie ukrywam, zrobiło to na mnie wrażenie. Sprawiło, że na moich ustach zagościł niewymuszony uśmiech. Kilka kosmyków brązowych włosów opadło mu na czoło, ale szybko je odgarnął. Sylwetkę miał dobrze zbudowaną. Zapewne uprawiał jakiś sport. Może kosza? Z jego wzrostem nie zdziwiłabym się, jeśli ta opcji okazałaby się trafna. Na jego ciele, zamiast mundurka, znajdowała się biała koszulka oraz czarne dresy.
Kiedy tylko jego wzrok spoczął na mnie, obdarzył mnie przyjaznym uśmiechem, co od razu odwzajemniłam. Nie kojarzyłam go w żaden sposób, dlatego podejrzewałam, że nie był z okolic Nowego Jorku.
– Witamy w progach naszej szkoły! Mam nadzieję, że miło spędzisz tutaj swój ostatni rok nauki. W sekretariacie dostałeś plan lekcji oraz rozkład szkoły. W razie gdybyś miał jakieś pytania, możesz udać się do Avery, naszej niezawodnej przewodniczącej – wygłosił swoją gadkę Jones, a ja z uśmiechem przyklejonym do ust podeszłam do chłopaka.
– Avery, miło mi. – Podałam mu rękę.
– Dean, mi również – odparł i delikatnie ujął moją dłoń, po czym pocałował jej wierzch. Poczułam się przez to nieco skrępowana, ponieważ nikt, oprócz paru współpracowników ojca, nie zachowywał się wobec mnie w ten sposób.
– Jeżeli masz przy sobie telefon, możesz zapisać sobie mój numer, bo może ci się on przydać.
– Jasne.
***
Po wyjściu z gabinetu dyrektora oparłam się plecami o zimną ścianę tuż za rogiem. Serce dudniło mi w piersi jak bęben wojenny. Zacisnęłam powieki, próbując powstrzymać kolejną falę łez. Nie mogłam się teraz rozsypać – nie tutaj, nie w szkole, nie pierwszego dnia. Już i tak za dużo osób plotkowało o tym, co działo się pod koniec zeszłego roku. Choć większość nie znała szczegółów, to nie dało się ukryć, że coś było nie tak. Avery Vanderbilt – dziewczyna idealna, przewodnicząca, oczko w głowie nauczycieli i rodziców – zgasła. Pojawiły się cienie pod oczami, nieobecne spojrzenie, chłód w głosie.
Przesunęłam się wzdłuż ściany i weszłam do najbliższej łazienki. Zamykałam się tam, kiedy było źle. Drzwi kabiny trzasnęły, a ja osunęłam się na pokrywę sedesu, chowając twarz w dłoniach. Czułam się jak w potrzasku. Mogłam to zgłosić, powinnam to zgłosić, ale… nie potrafiłam. Zbyt wiele razy słyszałam, że jestem „nadwrażliwa”, że „sobie coś ubzdurałam”, że „może źle zrozumiałam intencje”. To, że William Jones był dyrektorem, tylko wszystko komplikowało. Miał władzę, wpływy, był częścią tej samej socjety co moi rodzice.
W końcu się opanowałam. Wyszłam z kabiny i popatrzyłam na siebie w lustrze. Musiałam założyć maskę. Jak zwykle.
Reszta dnia minęła spokojnie. Podczas apelu stałam na scenie obok nauczycieli, czując na sobie wzrok kilkudziesięciu par oczu. Przemowa dyrektora brzmiała jak typowy bełkot: o wartościach, prestiżu szkoły, nowym roku pełnym wyzwań. Na sali panował półsen – uczniowie przysypiali lub przeglądali ukradkiem telefony. Mimo to coś mnie rozproszyło. A raczej ktoś.
Dean siedział w jednym z tylnych rzędów, rozparty wygodnie na krześle, z rękami skrzyżowanymi na piersi. Nie wyglądał na znudzonego. Raczej na… uważnego. Wodził wzrokiem po scenie, aż zatrzymał się na mnie. Na krótką chwilę nasze spojrzenia się spotkały i poczułam coś dziwnego. Jakby ciepło w klatce piersiowej. Nie uśmiechnął się. Nie odwrócił wzroku. Po prostu patrzył. Przenikliwie. Jakby próbował zajrzeć w głąb mojej duszy i dowiedzieć się, co siedzi mi w głowie. Całe szczęście tego nie potrafił. Nie znalazłby tam nic ciekawego.
Po apelu odnalazłam go przy automacie z napojami. Pomyślałam, że skoro oficjalnie zostałam jego przewodniczącą-opiekunką, to mogę potraktować to jako obowiązek. A może… coś mnie do niego ciągnęło? Nie. Byłam po prostu rozstrojona emocjonalne i myślałam o głupotach.
– Znalazłeś już swoją klasę? – zapytałam, podchodząc do niego. Dean spojrzał na mnie z ukosa, jakby był zaskoczony, że sama zdecydowałam się do niego zagadać.
– Jeszcze nie. Wszystko zlewa się tu w jedną beżową plamę. – Zaśmiałam się cicho na jego słowa.
– Witamy w Marymount. Architektura szkoły zainspirowana więzieniem dla młodzieży z lat trzydziestych dwudziestego wieku. Celowo.
– Brzmi doprawdy zachęcająco – odparł z delikatną ironią w głosie, uśmiechając się lekko. – Myślisz, że kiedyś się stąd wydostaniemy?
– Tylko jeśli przetrwasz pierwsze dwa miesiące.
Ruszyliśmy korytarzem. Opowiadałam mu po drodze o skrzydłach szkoły, gdzie są sale specjalistyczne; tłumaczyłam, gdzie nie wchodzić bez pozwolenia, jak uniknąć szkolnego gang… to znaczy… komitetu samorządowego.
– A ty? – zapytał w pewnym momencie. – Wydajesz się… inna od reszty.
Spojrzałam na niego uważnie. Nie było w tym pytaniu nic nachalnego, ale poczułam się przezroczysta.
– Może dlatego, że udaję lepiej niż inni – rzuciłam półżartem, ale jego mina nie drgnęła.
– A może po prostu jesteś sobą i nie boisz się pokazać, co czujesz – odpowiedział.
Zamilkłam na chwilę. Dean Carter nie miał pojęcia, jak bardzo się pomylił.
***
Po południu, gdy wróciłam do pustego domu, zsunęłam buty w holu i rzuciłam plecak na fotel. Cisza była niemal namacalna. Przeszłam przez przestronny salon, gdzie na marmurowym stoliku leżała karteczka z informacją od matki: „Kochanie, musieliśmy wyjechać do Miami. Wracamy w weekend. Buziaki – mama i tata”.
Rodzice mieli wielką firmę zajmującą się zarządzaniem luksusowymi nieruchomościami, dlatego rzadko bywali w domu. Ich portfolio obejmowało najbardziej prestiżowe apartamenty, penthousy i rezydencje na Upper East Side oraz poza nim. Ich firma oferowała kompleksowe usługi, od projektowania wnętrz po concierge dla najbardziej wymagających klientów. Dodatkowo byli mocno zaangażowani w ekskluzywne wydarzenia charytatywne i kulturalne, dlatego dużo czasu spędzali na różnych galach i uroczystościach, na które czasem ciągnęli także mnie. Nie żebym miała coś do takiego stylu życia, ale czasem potrzebowałam czegoś więcej niż tylko zaspokajania moich potrzeb materialnych. Rodzeństwa nie miałam i choć w naprawdę wielu aspektach było mi to na rękę, podczas tych chwil samotności bardzo żałowałam, że rodzice zdecydowali się jedynie na mnie. Często brakowało mi życzliwości i ciepła rodzinnego, które zauważałam u wielu innych rodzin, tylko nie u mojej.
Westchnęłam ciężko. Przeszłam do kuchni i wyjęłam z lodówki miskę z pokrojonymi owocami, którą zostawiła mi pani Eugienie, nasza gosposia. Pracowała z nami od lat. W zasadzie czasem odnosiłam wrażenie, że ta kobieta była mi bliższa niż moi rodzice. Często rozmawiałyśmy godzinami, szczególnie wtedy, gdy miałam problemy.
Usiadłam przy kuchennym blacie, odpaliłam laptopa i zaczęłam pisać notatki do szkolnej gazetki. Poczucie obowiązku było jak kaganiec – trzymało mnie w pionie.
Na moje nieszczęście myśli w głowie cały czas wracały do Deana. I do Jonesa. I do tego, że ten rok będzie trudniejszy, niż przypuszczałam.
Zrzuciłam mundurek i wskoczyłam w szare dresy oraz luźną koszulkę, związałam włosy w niedbały kok i usiadłam na parapecie, wpatrując się w panoramę miasta. Nowy Jork – zimny i błyszczący jednocześnie. Taki sam jak świat, w którym przyszło mi żyć i dorastać.
W dłoniach obracałam telefon. Miałam tyle osób w kontaktach, a czułam się, jakby żadna z nich nie była dla mnie naprawdę dostępna. W końcu z wahaniem weszłam na nowy kontakt zapisany jako „Dean Carter”. Jego numer już tam był – zapisał go wcześniej i wysłał mi wiadomość z uśmiechniętą emotką. Zwykły gest. Banalny. Sprawił jednak, że kąciki moich ust drgnęły nieznacznie ku górze.
Nie znałam go, a mimo to coś w jego spojrzeniu wydało mi się… znajome. Jakby też nosił w sobie ciężar, którego nikt inny nie dostrzegał. W tym krótkim momencie, gdy nasze oczy się spotkały, odniosłam wrażenie, ż połączyło nas coś niewidzialnego. Niewyjaśnionego. Tajemniczego.
Może przesadzałam. Może po prostu szukałam kogoś, kto wyrwie mnie z tej emocjonalnej stagnacji. Ale jeśli mam być szczera – pierwszy raz od miesięcy poczułam coś, co nie było strachem, wstrętem czy obojętnością.
Zasunęłam zasłony, odcięłam się od miejskich świateł i opadłam na łóżko. Nie miałam siły myśleć o tym, co się wydarzyło w gabinecie Jonesa. O jego dotyku, spojrzeniu, tonie głosu. Nie mogłam też tego tak po prostu wymazać. Jego słowa wciąż dźwięczały mi w głowie jak echo: „Ogarnij się”. Słyszałam je nawet wtedy, gdy zakopywałam się pod kocem.
Chciałam wierzyć, że to był ostatni raz, że już mnie nie dotknie, że da mi spokój, ale przez ostatnie trzy lata zdążyłam poznać tego człowieka zbyt dobrze. Wiedziałam jedno – nie odpuści, dopóki nie upewni się, że naprawdę zamilknę na zawsze.
Wieczorem spojrzałam ponownie przez okno na ciemniejące niebo. Ulice Upper East Side powoli pustoszały. Zapaliłam lampkę nocną i wyjęłam stary zeszyt, w którym kiedyś prowadziłam pamiętnik. Przez długi czas leżał nietknięty na dnie komody, ale dziś… coś kazało mi po niego sięgnąć.
Dzień 1
Nowy uczeń, Dean Carter, ma uśmiech, który wydaje się znać wszystkie moje sekrety. I spojrzenie, które mówi więcej niż słowa.
William Jones – nadal jest zagrożeniem. Nadal czuję jego oddech na karku.
Rodzice – jak zwykle nieobecni.
Ja – znowu gram swoją rolę. Ale chyba zaczynam mieć dość tej sztuki.
Zamknęłam zeszyt, zgasiłam światło i poszłam spać.
Usiadłam przed ekranem komputera i wpisałam w wyszukiwarkę „Dean Carter”. Niestety, niewiele to dało. Jedyne, co mi się wyświetliło, to konto na Facebooku oraz Instagramie chłopaka. Zawahałam się na moment, zanim kliknęłam w link do Instagrama. Czy to w ogóle w porządku? Przecież ledwo go poznałam. Ale z drugiej strony… coś w jego spojrzeniu, w tym, jak milczał, kiedy inni mówili, a jednak zdawał się wiedzieć o nas więcej, niż powinien – to wszystko nie dawało mi spokoju. Nie umiałam tego nazwać, lecz Dean Carter wyglądał jak ktoś, kto nosi w sobie opowieści, którymi nie chciałby się dzielić. Właśnie to najbardziej mnie do niego ciągnęło.
Na profilu nie było zbyt wielu zdjęć. Jedno przedstawiało chłopaka całującego się z jakąś dziewczyną na tle fajerwerków. Spojrzałam na datę: 1.01.2016 roku, czyli dwa lata temu. Oboje wyglądali na szczęśliwych. Kliknęłam w oznaczony na zdjęciu profil dziewczyny. Melodie Roberts. Była piękna. Nie tak sztucznie piękna, jak większość dziewczyn z naszego kręgu, ale raczej… filmowo naturalna. Miała uśmiech, który sprawiał, że człowiekowi robiło się ciepło na sercu. Takie dziewczyny z reguły powinny mieć wszystko: pieniądze, popularność, chłopaka jak z okładki. Wyglądało na to, że ona miała.
Zaczęłam przeglądać jej profil. Miała dużo więcej postów niż chłopak. Na niektórych pozowała samotnie, na innych – jak się domyślam – ze swoimi przyjaciółmi, a na jeszcze innych z Deanem. Zatrzymałam się przy zdjęciu, na którym siedzieli razem przy jakimś jeziorze. Melodie uśmiechała się do aparatu, ale Dean patrzył gdzieś w bok, jakby coś go zaniepokoiło. Może to tylko przypadek, lecz jego twarz… wyglądał na nieobecnego.
Wróciłam na profil chłopaka, na którym widniało jeszcze jedno zdjęcie. Brunet siedział na masce białego Lambo razem z innym chłopakiem i szczerzyli się do aparatu. Zerknęłam na datę: 22.05.2018 roku. Całkiem niedawno. Chwilę się zawahałam, ale ostatecznie zdecydowałam się zaobserwować Deana. Po paru sekundach przyszło mi powiadomienie, że chłopak prosi o możliwość obserwowania mojego konta. Z lekkim uśmiechem na ustach zaakceptowałam ją, a po chwili wyłączyłam laptopa. Zgaszenie ekranu wcale nie ugasiło mojej ciekawości. Wręcz przeciwnie – miałam wrażenie, że tym kliknięciem otworzyłam jakieś drzwi, za którymi kryje się znacznie więcej niż kilka zdjęć i parę tagów.
Kiedy leżałam na łóżku, przeglądając TikToka, rozdzwonił się mój telefon. Uśmiechnęłam się na widok tego, kto dzwonił. Był to Max Campbell, największe ciacho w szkole, kapitan szkolnej drużyny koszykówki, no i, oczywiście, mój chłopak.
– Cześć, słońce, jak leci? – usłyszałam zaraz po odebraniu połączenia.
– Totalnie nie mam na co narzekać. Znowu siedzę sama w domu, bo rodzice są na firmowym wyjeździe, Mia i Evelyn kolejny raz nie miały czasu, dodatkowo zostałam opiekunką nowego ucznia. Normalnie żyć, nie umierać –westchnęłam.
– Dalej nie mogę zrozumieć, dlaczego nadal się z nimi przyjaźnisz – prychnął. – Już od dłuższego czasu mają na ciebie wywalone.
– Może żeby nie zostać sama jak palec?
– Palców jest pięć i nigdy żaden nie jest sam, więc to złe porównanie – zaśmiał się. – A poza tym, każdy jest ci gotów z ręki jeść. Jesteś miła, mądra i ładna. Wszyscy to cenią.
– Zapomniałeś dodać, że jestem także obrzydliwie bogata i większość z nich chce to wykorzystać – mruknęłam.
– Ale ty masz pesymistyczne podejście do wszystkiego.
– Po prostu myślę realistycznie i przyszłościowo.
– W takim razie, czy twoje przyszłościowe myślenie obejmuje spotkanie ze mną wieczorem?
– To zależy – uśmiechnęłam się leniwie i poczułam motylki w brzuchu.
– Myślisz, że ja, ty i wspólna kolacja dobrze nam zrobi?
– Myślę, że tak.
– Pasuje ci godzina siedemnasta? – zapytał. Zerknęłam na zegar. Na ewentualne przygotowania miałam tylko godzinę. Postanowiłam negocjować.
– Osiemnasta? – zapytałam z nadzieją w głosie.
– Niech ci będzie. Do zobaczenia.
– Na razie.
Uśmiechnęłam się szeroko na myśl o spędzeniu całego wieczoru z Maxem. Nasza znajomość kiełkowała już od bardzo dawna, ale dopiero w trzeciej klasie zdecydowaliśmy się na związek. Nie był on może długi, lecz stabilny. Przy chłopaku czułam się dobrze i komfortowo. Nie musiałam nakładać maski i udawać kogoś, kim nie byłam. Wiedziałam, że nie zależało mu na pieniądzach, ponieważ jego rodzice również należeli do osób z wyższych sfer. Ale… czasem się zastanawiałam, czy to wystarcza. Max był dokładnie taki, jakiego chciałaby dla mnie moja mama: przystojny, ambitny, z dobrego domu. Czasem jednak czułam, że bardziej pasuje do mojego życia na papierze niż do mojego serca.
W tym wszystkim chłopak miał jednak jedną zasadniczą wadę. Niekiedy był zbyt wylewny i na siłę starał się stworzyć słodko-pierdzący, książkowy związek. Oczywiście miało to także swoje zalety, ale zdecydowanie więcej wad.
Stanęłam w garderobie niezdecydowana, w co mam się ubrać. Nie chciałam nic wyszukanego ani nic zbyt zwyczajnego. Po paru minutach gapienia się w ścianę sięgnęłam po biały sweterkowy golf, czarną skórzaną spódniczkę, czarne rajstopy oraz czarne szpilki. Zanim je włożyłam, usiadłam jeszcze na brzegu łóżka i sięgnęłam po zdjęcie sprzed kilku lat. Byliśmy na wakacjach w Toskanii. Uśmiechnięta ja, mama, tata, a obok – Max. Już wtedy zaczynał kręcić się wokół mnie. To było miłe, ale nawet tam, wśród słońca i winorośli, czułam, że coś mnie dusi. Jakby jego obecność była obowiązkiem, a nie wyborem.
Byłam w trakcie nakładania rajstop, kiedy po raz kolejny dzisiejszego dnia rozdzwonił się mój telefon. Przerwałam wykonywaną czynność i chwyciłam do ręki urządzenie. Dzwonił ojciec. Było to dosyć rzadkie zjawisko. Rozmowy telefoniczne odbywałam głównie z matką, która mi tłumaczyła, dlaczego będą musieli zostać dłużej w firmie lub na wyjeździe służbowym, ewentualnie dawała wskazówki, co powinnam ogarnąć w czasie, kiedy ich nie będzie. Ojciec fatygował się, żeby do mnie zadzwonić, tylko wtedy, kiedy matka naprawdę nie miała jak tego zrobić, co – jak wspomniałam wcześniej – zdarzało się niezwykle rzadko, praktycznie nigdy. Nacisnęłam zieloną słuchawkę ciekawa, co moi rodziciele mają mi do przekazania.
– Avery, jesteś tam? – usłyszałam lekko zachrypnięty głos ojca po drugiej stronie połączenia.
– Jestem – westchnęłam cicho. – Stało się coś, że do mnie dzwonisz?
– Musiało się coś stać? – udał zdziwienie. – Dzwonię zapytać, czy masz jakieś plany, i przy okazji cię poinformować, że wrócimy z matką nieco później, niż planowaliśmy, więc nie martw się i na nas nie czekaj – powiedział prawie na jednym wydechu.
– Tak, mam plany. Wychodzę z Maxem do restauracji i jasne, rozumiem, że praca was potrzebuje bardziej ode mnie – mruknęłam rozczarowana, ponieważ naiwnie sądziłam, że uda mi się spędzić z nimi nieco czasu.
– Avy – westchnął męczeńsko. – Wiem, że obiecaliśmy wracać najwcześniej, jak to możliwe, jednak robota sama się nie zrobi. Cieszę się, że umiesz sobie zaplanować czas, i mam nadzieję, że jesteś wystarczająco dorosła, aby zrozumieć naszą sytuację.
– Tak.
– W takim razie, jeżeli wszystko mamy załatwione, możemy się chyba pożegnać.
– Tato? – wtrąciłam, zanim zdążył się rozłączyć. – Mogę cię o coś, a raczej o kogoś zapytać?
– Oczywiście.
– Co wiesz o Deanie Carterze?
– Człowiek świat – prychnął ojciec. – Został wyrzucony z poprzednich trzech szkół przez problemy z używkami i alkoholem. Dodatkowo miłośnik szybkiej i niebezpiecznej jazdy w nielegalnych wyścigach. Nie muszę chyba wspominać, że z prawem i policją też mu nie po drodze. Podsumowując: nikt ważny i godny twojej uwagi. Nie zapytam, dlaczego ciekawi cię jego temat, ponieważ ci ufam i wierzę, że nie zrobisz nic głupiego. Muszę kończyć, bo matka mnie potrzebuje. Kocham cię, do zobaczenia w domu! – Rozłączył się, kończąc tym swój monolog.
Stałam z telefonem w dłoni, czując, jak moje ciało powoli stygnie. Wszystko, co powiedział ojciec, powinno mnie zniechęcić. Powinno zamknąć temat, ale nie zamknęło. Te słowa właśnie go otworzyły.
Z głową zajętą informacjami o Deanie dokończyłam szykowanie się na kolację. Punktualnie o osiemnastej dostałam wiadomość od Maxa, że czeka na mnie pod domem. Włożyłam cienki, beżowy płaszcz, do którego kieszeni wsunęłam telefon oraz paczkę chusteczek, i wyszłam z domu, zamykając za sobą drzwi na klucz.
Gdy zeszłam po schodach i zobaczyłam jego samochód, poczułam znajome ukłucie w żołądku. Niepokój? A może tylko rozczarowanie, które nie chciało już zniknąć, mimo że tak bardzo próbowałam dać nam szansę.
Zatrzymałam się na moment, słysząc z tylnego siedzenia znajome głosy. Najpierw myślałam, że to radio, ale nie – to byli oni. Chłopaki z drużyny. Jak to…?
– Serio, Max? – zapytałam cicho, siadając obok niego.
– No co? Mówiłem, że będzie fajnie. – Wzruszył ramionami, nie odrywając wzroku od lusterka.
Chciałam coś powiedzieć, ale słowa ugrzęzły mi w gardle. Jak zwykle podjął decyzję za nas dwoje. Jak zwykle wszystko wiedział lepiej.
Okazało się, że mój jakże cudowny chłopak umówił się także z chłopakami z drużyny i dziwnym trafem zapomniał mnie o tym poinformować podczas naszej rozmowy telefonicznej. Zaczęłam przeliczać w myślach, który to już raz. Czwarty? Piąty? Za każdym razem mówiłam, że nie czuję się dobrze w tym towarzystwie, a on udawał, że słucha. Udawał. W tym przypadku słowo klucz.
Nie wiedziałam, dlaczego Max nie potrafił zrozumieć, że czuję się tam jak piąte koło u wozu.
Siedziałam przy stole w zatłoczonej knajpie, a oni śmiali się z czegoś, czego nie rozumiałam. Nie próbowałam nawet udawać zainteresowania. Mój głos za każdym razem niknął między okrzykami, opowieściami z treningu i szyderczymi komentarzami rzucanymi do kelnerki.
– Ej, Avery, a ty to znasz się na footballu? – zapytał jakiś chłopak o głosie jak piła tarczowa.
– Raczej nie – odpowiedziałam, nawet nie próbując się uśmiechnąć.
– To Max musi cię podszkolić! – rzucił inny i uderzył go żartobliwie w ramię.
Max tylko się uśmiechnął, jakby to wszystko było takie niewinne, takie zabawne. A ja? Siedziałam tam jak rekwizyt przy stole.
Byłam dla niego dodatkiem. Ładnym obrazkiem do pokazywania, trofeum, którym można się pochwalić. Nie partnerką. Nie kimś, czyje zdanie się liczy. A najbardziej bolało to, że przecież jeszcze niedawno wierzyłam, że jesteśmy sobie bliscy.
Max miał pewną wadę, która niesamowicie mi przeszkadzała. Zawsze mu się wydawało, że wszystko wie lepiej. Nawet kiedy mówiłam mu o moich odczuciach, on dalej siedział w mojej głowie i był w stanie powiedzieć lepiej ode mnie, co myślę na dany temat. Widziałam to w jego oczach – ten lekki uśmieszek, gdy mówiłam, że coś mnie rani. Jakby to było urocze nieporozumienie, które on zaraz naprawi swoją racją. A przecież nie chciałam racji. Chciałam tylko być wysłuchana.
Po tym, jak wróciłam do domu z tej jakże feralnej randki, myślałam tylko o tym, aby się położyć i jutro wstać z nową energią do życia. Było to jednak trudne, zważając na fakt, że jutro miały się odbyć pierwsze lekcje, a ja przez cały dzień musiałam chodzić z przyklejonym do ust uśmiechem, być nadmiernie miła dla wszystkich i pomagać pierwszakom, którzy przyszli do naszej szkoły. Na samą myśl miałam ochotę zawinąć się w koc i udawać, że mnie nie ma. Bycie tą idealną wersją siebie wymagało więcej wysiłku, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. A ja byłam zmęczona.
Jedyną myślą, która wydawała mi się pocieszająca w tym wszystkim, było to, że może ponownie zobaczę nowego chłopaka i dam radę zamienić z nim parę słów więcej niż ta oficjalna gadka, którą słyszy każdy nowy uczeń naszej szkoły od trzech lat.
Zauważyłam, że jego spojrzenie było inne. Uważne, ciche. Może tylko mi się wydawało, ale miałam wrażenie, że kiedy patrzył, to widział. A ja naprawdę potrzebowałam kogoś, kto w końcu mnie zobaczy.
Szłam szkolnym korytarzem razem z Mią i słuchałam o tym, co ominęło mnie na ostatniej imprezie. Moim zdaniem Mason rzygający przez okno i Julie zdradzająca Chrisa to nie widok, którego koniecznie chciałam być świadkiem.
– Serio, nie żałuję, że mnie tam nie było. – Skrzywiłam się na myśl o Masonie, który znowu nie wytrzymał i zwrócił całą zawartość żołądka przez okno sypialni. – Jak oni w ogóle nadal są razem po tych wszystkich dramach?
– Julie i Chris? – Mia wzruszyła ramionami. – Przecież oni nie są razem z miłości. Ona lubi, że jest popularny, a on… lubi to, że ona ma duży tyłek.
Nie imprezowałam często, choć dosyć to lubiłam. Robiłam to głównie wtedy, kiedy coś zaprzątało mi głowę i potrzebowałam od tego odpocząć. Stan upojenia alkoholowego skutecznie mi w tym pomagał. Niestety, ostatnio coraz częściej myślałam o tym, by znowu się gdzieś wyrwać, napić i po prostu przestać analizować. Związek z Maxem, szkoła, presja bycia przewodniczącą – to wszystko zaczynało mnie przygniatać. Miałam wrażenie, że każdy czegoś ode mnie oczekuje, a ja już nie miałam siły nikogo zadowalać – ani Maxa, ani rodziców, ani siebie samej.
Po chwili przystanęłam razem z dziewczyną przy szafkach, aby wyjąć potrzebne podręczniki. Ja miałam teraz chemię, rudowłosa zaś matematykę.
– Powodzenia z pierwiastkami – rzuciłam na odchodne, kierując się w stronę sali, w której miały się odbyć zajęcia.
Dzisiejszy dzień zaczął się nad wyraz dobrze. Zdążyłam zjeść razem z rodzicami śniadanie i wypić ciepłą kawę. Cały dzień spędziłam wyłącznie z Mią, ponieważ Evelyn rozłożyło przeziębienie, dlatego miała nie pojawiać się w szkole najprawdopodobniej do piątku.
Brak Evelyn był trochę jak dziura w rutynie – zazwyczaj siedziałyśmy razem na lunchu, wymieniałyśmy się notatkami, a jej suchy humor zawsze wybijał mnie z melancholii. Bez niej czułam się trochę tak, jakby coś było nie na swoim miejscu. Uważałam, że Mia jest cudowna, ale ona nie znała mnie tak dobrze. Nie wiedziała, kiedy tylko udaję, a kiedy naprawdę nie daję już rady.
Weszłam do klasy i zajęłam swoje standardowe miejsce w środkowym rzędzie na samym końcu klasy. Mimo że byłam przewodniczącą, a moim ocenom nie dało się nic zarzucić, nie lubiłam robić wokół siebie szumu większego, niż trzeba.
Lekcję chemii prowadził profesor Ficket, który miał już swoje lata. Chociaż powinien odejść na emeryturę, nadal uczył w naszej szkole, ponieważ – jak uważał – jego ciało może jest stare, ale umysł pozostaje nadal młody. Niezbyt rozumiałam to jego zamiłowanie do pracy z młodzieżą. Większość z nas to były osoby, które miały wysoko postawionych rodziców i żeby nie zepsuć ich renomy, przykładały się do nauki, ale nie zawsze. Niektórzy z moich rówieśników woleli imprezować, a czyjeś życie zawsze było dla nich ciekawsze od własnego.
Wypakowałam wszystko, co było mi potrzebne, i aby zabić czas, zajęłam się przeglądaniem Instagrama. Wśród stories zobaczyłam zdjęcia z imprezy, o której mówiła Mia. Julie tuliła się do nieznanego chłopaka, a Chris wyglądał, jakby właśnie połknął cytrynę razem ze skórką. Typowe. Przewinęłam dalej: zdjęcia śniadań, nowe stylizacje, kolejna drama pod postem Ashley. Westchnęłam cicho, już chcąc zamknąć aplikację, kiedy nagle poczułam obok siebie ruch. Nie podniosłam wzroku, będąc pewna, że jest to jak zwykle mój chłopak.
– Hej – rzuciłam, nie przerywając oglądania instastory moich przyjaciółek.
– Cześć – usłyszałam w odpowiedzi. Nie był to jednak głos Maxa. Podniosłam wzrok i moim oczom ukazał się poznany wczoraj chłopak. Dzisiaj także nie miał na sobie mundurka, włożył za to czarną bluzę i niebieskie jeansy z dziurami na kolanach.
– Wiesz, że za nieprzestrzeganie regulaminu mogą kazać ci powtórzyć klasę lub wyrzucić cię ze szkoły? – zapytałam, mierząc chłopaka wzrokiem.
– Nie pierwszy i nie ostatni raz. – Przewrócił rozbawiony oczami. – Poza tym nie oszukujmy się. Widzisz mnie w czymś takim? – zapytał, wskazując głową na chłopaka siedzącego przed nami. Lekki uśmiech wpłynął na moje usta, kiedy spróbowałam go sobie wyobrazić w mundurku. Był to doprawdy śmieszny obraz.
– Totalnie nie – odparłam.
Dean już otwierał usta, aby mi coś odpowiedzieć, ale przeszkodził mu wchodzący do klasy nauczyciel. Lekcja się zaczęła i oboje skupiliśmy się na tym, co mówił mężczyzna. Po około piętnastu minutach drzwi do sali otworzyły się i stanął w nich mój chłopak.
– Panie Campbell – nauczyciel przeniósł na niego wzrok – chyba pan wie, że ja nie toleruję spóźnień, więc lepiej niech pan ma jakąś sensowną wymówkę. Proszę siadać – rzucił surowo.
Max ruszył w stronę końca sali, aby usiąść na miejscu obok mnie. Kiedy jego wzrok spoczął na chłopaku, który siedział w mojej ławce, zacisnął usta w cienką linię. Byłam pewna, że jego oczy, gdyby mogły, rzucałyby gromami. Po chwili namysłu odwrócił się i usiadł w ławce obok Ashley. Szmaciarz. Wiedział, że jej nienawidzę.
Ashley Rivers. Wysoka dziewczyna o czarnych włosach i zielonych oczach. Moja największa rywalka od początku liceum. Już od pierwszych dni w tym budynku miała do mnie niemy problem. Kiedy jednak posądziła mnie o kradzież, miarka się przebrała. Na szczęście udało mi się udowodnić swoją niewinność, ale od tamtego czasu konkurowała ze mną w każdej dziedzinie. O Maxa również. Nie zliczę, ile razy mówiłam mu, jak bardzo jej nienawidzę, a on teraz poszedł i postanowił z nią usiąść, aby zrobić mi na złość.
Widziałam ich kątem oka – jak coś do niej szepnął, jak Ashley pochyliła się z tym swoim irytującym uśmieszkiem, jakby właśnie zdobyła pierwsze miejsce w konkursie „Jak najbardziej działać Avery na nerwy”. Zacisnęłam dłonie na blacie ławki. Paznokcie wbiły się w skórę. Jeśli to była gra, to Max był wyjątkowo głupi, myśląc, że nie znam jego towarzyszki z ławki z tej właśnie strony. Ashley była mistrzynią manipulacji. Zawsze wiedziała, jak się zachować, żeby facet czuł się potrzebny, adorowany, a ona mogła potem nim pomiatać.
Wszystko się we mnie zagotowało, kiedy odwróciła się w moją stronę i posłała mi zwycięski uśmiech, który miał mówić, że wygrała. Że Max, mój chłopak, wybrał ją, nie mnie.
– Wydawało mi się, czy najpierw ten chłopak wyglądał, jakby chciał mnie zabić, a później ty spiorunowałaś tę dziewczynę wzrokiem, jakby twoim jedynym marzeniem było, aby wąchała kwiatki od spodu? – szepnął do mnie lekko rozbawiony Dean.
– Nie wydawało ci się – odszepnęłam i odwróciłam głowę, aby patrzeć wszędzie, tylko nie na tamtą dwójkę.
– Twój chłopak i jego była?
– Mój chłopak i jego przyszła, niedoszła była – mruknęłam.
– Debil z niego – parsknął Carter. – Pokazuje, że jest zły, bo usiadłaś z kimś innym. Musi mieć naprawdę przerośnięte ego.
– Uwierz mi, ma.
Dean cicho parsknął, ale zaraz potem spojrzał na mnie uważnie. Przez ułamek sekundy jego spojrzenie stało się poważne, jakby chciał coś powiedzieć, lecz w ostatniej chwili się powstrzymał. Poczułam coś dziwnego. Czyżby widział więcej, niż pokazywałam na zewnątrz? [...]
Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.
Diamentowe Cienie
isbn: 978-83-8423-316-0
© Anna Sobota i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
redakcja: Magdalena Czarnecka
korekta: Anna Miotke
okładka: Izabela Surdykowska-Jurek
przygotowanie e-booka: Gabriel Wyględacz – Studio Akapit
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: sekretariat@grupazaczytani.pl
https://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
