Diamentowe Cienie - Sobota Anna - ebook
NOWOŚĆ

Diamentowe Cienie ebook

Sobota Anna

3,5

103 osoby interesują się tą książką

Opis

Diamenty lśnią najmocniej, gdy trawi je ogień

Osiemnastoletnia Avery Vanderbilt ma wszystko, o czym inni mogą jedynie marzyć – pochodzi z jednej z najbogatszych rodzin na Upper East Side, uczęszcza do prestiżowego liceum, a jej przyszłość jawi się w jasnych barwach.

Za perfekcyjną maską kryje się jednak dziewczyna, która pragnie czegoś więcej niż kolejnej sukni balowej i wyreżyserowanych uśmiechów.

Tym „więcej” staje się dla niej Dean Carter – niepokorny chłopak, miłośnik wyścigów samochodowych, o spojrzeniu równie mrocznym jak jego przeszłość. Ich światy nigdy nie powinny się połączyć, a jednak magnetyczna siła zbliża ich do siebie.

Każde spotkanie sprawia, że Avery coraz śmielej podważa zasady, wśród których dorastała, a Dean zaczyna rozumieć, że nawet najpiękniejszy diament może mieć skazy…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 262

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,5 (2 oceny)
1
0
0
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
kassiak24

Z braku laku…

Ehh...Ciężko się to czytało...
00
iilzcharlz

Nie oderwiesz się od lektury

Kocham kocham kocham
00



Dla wszyst­kich, któ­rym wy­da­wa­ło się, że dla ni­ko­go nie są ca­łym świa­tem. Zdzi­wi­li­by­ście się, gdy­by­ście wie­dzie­li, ile osób jest go­to­wych rzu­cić dla was wszyst­ko.

Dla mo­ich dziad­ków,

któ­rzy nie­sa­mow­cie wspie­ra­ją mnie

w mo­jej pi­sar­skiej ka­rie­rze

NO­TAT­KA OD AU­TOR­KI!

Książ­ka prze­zna­czo­na jest dla czy­tel­ni­ków po­wy­żej 16. ro­ku ży­cia.

Ja­ko au­tor nie po­pie­ram i nie ro­man­ty­zu­ję szko­dli­wych za­cho­wań po­ja­wia­ją­cych się w hi­sto­rii. Jest ona je­dy­nie wy­my­słem mo­jej wy­obraź­ni, pod żad­nym wzglę­dem nie jest opar­ta na fak­tach.

MI­ŁEJ LEK­TU­RY!

1

Spo­tka­nie na szkol­nym ko­ry­ta­rzu

Ko­lej­ny raz ja­ko jed­na z pierw­szych osób prze­kro­czy­łam próg pry­wat­ne­go li­ceum Ma­ry­mo­unt Scho­ol. Po­wo­li prze­mie­rza­łam pu­ste ko­ry­ta­rze, któ­re już za pa­rę­na­ście mi­nut mia­ły się za­peł­nić ludź­mi. Wąt­pi­łam jed­nak, że bę­dzie ich ty­lu, ilu być po­win­no, po­nie­waż był to pierw­szy dzień szko­ły po wa­ka­cjach, więc za­pew­ne nie­licz­na gru­pa osób za­mie­rza­ła się zja­wić. By­ło tak, od­kąd pa­mię­tam. Bo­ga­te dzie­cia­ki wo­la­ły w ostat­ni dzień zro­bić ogrom­ną im­pre­zę, a nie po­ja­wić się w pla­ców­ce, któ­rej nie­na­wi­dzi­ły z ca­łe­go ser­ca i któ­rą naj­chęt­niej usu­nę­ły­by z po­wierzch­ni zie­mi. Nie że­bym ja mia­ła ina­czej. Nie­ste­ty, mo­ja po­zy­cja oraz ocze­ki­wa­nia ze stro­ny ro­dzi­ców i dy­rek­to­ra jed­nak zo­bo­wią­zy­wa­ły. Ale to już ostat­ni rok. Póź­niej wy­ja­dę na stu­dia, jak naj­da­lej stąd, i bę­dę mia­ła tak dłu­go wy­cze­ki­wa­ny spo­kój.

Przy­sta­nę­łam przed ga­bi­ne­tem dy­rek­to­ra i wzię­łam głę­bo­ki wdech. Nie­zbyt po­mo­gło. Wy­gła­dzi­łam spód­nicz­kę od mun­dur­ka i po­pra­wi­łam wło­sy. Wy­gię­łam usta w wy­mu­szo­nym uśmie­chu i za­pu­ka­łam do drzwi. Po wy­da­rze­niach, któ­re mia­ły miej­sce przed wa­ka­cja­mi, znie­na­wi­dzi­łam to miej­sce i te­go czło­wie­ka.

– Pro­szę! – usły­sza­łam ze środ­ka po­waż­ny, mę­ski głos. Po­now­nie wzię­łam głę­bo­ki wdech i we­szłam do środ­ka.

Po­miesz­cze­nie nic a nic się nie zmie­ni­ło. Pod­ło­ga wy­ło­żo­na wy­kła­dzi­ną, be­żo­we ścia­ny, na któ­rych wi­sia­ło peł­no zdjęć i dy­plo­mów, nie­wiel­ki sto­lik ka­wo­wy, dwa fo­te­le, krze­sło i biur­ko.

Spoj­rza­łam na męż­czy­znę, któ­ry prze­glą­dał plik do­ku­men­tów i nie­szcze­gól­nie zwra­cał na mnie uwa­gę. Jak na fa­ce­ta, któ­ry nie­dłu­go koń­czy czter­dzie­ści pięć lat, trzy­mał się cał­kiem nie­źle. Wy­spor­to­wa­ną syl­wet­kę opi­nał gra­na­to­wy gar­ni­tur, a ko­smy­ki brą­zo­wych wło­sów opa­da­ły mu na czo­ło i skroń. Wresz­cie ra­czył spoj­rzeć w mo­ją stro­nę i roz­chy­lił usta w le­ni­wym uśmie­chu.

– Ave­ry. – Cmok­nął. – Jak za­wsze punk­tu­al­na i nie­za­wod­na.

– Przy­szłam za­py­tać, czy wszyst­ko jest przy­go­to­wa­ne do ape­lu na roz­po­czę­cie ro­ku – po­wie­dzia­łam, wbi­ja­jąc pa­znok­cie we wnę­trze dło­ni, kie­dy męż­czy­zna lu­stro­wał mnie cie­kaw­skim spoj­rze­niem.

– Mo­że tak, mo­że nie – od­parł zdaw­ko­wo, wy­cho­dząc zza biur­ka, i za­mknął drzwi na klucz. Za­drża­łam. Zno­wu to sa­mo. – Stę­sk­ni­łaś się, słoń­ce? – za­py­tał, pod­cho­dząc do mnie, i do­tknął de­li­kat­nie mo­je­go pod­bród­ka.

– Nie na­zy­waj mnie tak. – Wzdry­gnę­łam się pod wpły­wem je­go do­ty­ku i wy­szarp­nę­łam gło­wę z je­go rąk. – Nie chcę te­go.

– Mnie się jed­nak wy­da­je, że chcesz – mruk­nął, po­chy­la­jąc się na­de mną.

Za­mknę­łam oczy, a spod mo­jej po­wie­ki ucie­kła łza. Jed­na sa­mot­na łza. Za­raz po niej spły­nę­ła dru­ga. Po­czu­łam ucisk w klat­ce pier­sio­wej i ro­sną­cą gu­lę w gar­dle. Nie mu­sisz te­go zno­sić. Wy­star­czy, że krzyk­niesz, a se­kre­tar­ka od ra­zu się za­in­te­re­su­je – po­wta­rza­łam w my­ślach jak man­trę. Nie dzia­ła­ło. Na­dal nie ru­szy­łam się z miej­sca i nie wy­do­by­łam z sie­bie żad­ne­go dźwię­ku. Czu­łam się jak spa­ra­li­żo­wa­na. Od­kąd rok te­mu przy­ła­pa­łam go, jak zdra­dzał swo­ją żo­nę z daw­ną se­kre­tar­ką, nie da­wał mi spo­ko­ju. Mło­dą dziew­czy­nę zwol­nił, a mnie nę­kał, bo­jąc się, że mo­gę coś po­wie­dzieć. Uwa­żał mnie za za­gro­że­nie, mi­mo że się za­rze­ka­łam, iż nie pusz­czę pa­ry z ust. W ostat­nim mie­sią­cu szko­ły do­zna­łam tak moc­ne­go drę­cze­nia psy­chicz­ne­go, jak ni­g­dy przez ca­łe mo­je ży­cie.

Wzdry­gnę­łam się, sły­sząc pu­ka­nie do drzwi. Ode­tchnę­łam głę­bo­ko, dzię­ku­jąc w du­chu te­mu, któ­ry na­de mną czu­wał.

– Do­koń­czy­my na­szą roz­mo­wę na­stęp­nym ra­zem – szep­nął. – Ogar­nij się. Se­kund­kę! – po­wie­dział już gło­śniej.

Po­now­nie wy­gła­dzi­łam rę­ką spód­nicz­kę, po­pra­wi­łam lek­ko po­tar­ga­ne wło­sy i otar­łam tusz, któ­ry spły­nął wraz z mo­imi łza­mi. Wy­cią­gnę­łam jesz­cze te­le­fon i włą­czy­łam apa­rat, aby się upew­nić, że na pew­no wy­glą­dam nie­na­gan­nie, na­wet po tej sy­tu­acji. Wil­liam szyb­ko zje­chał mnie wzro­kiem, a na­stęp­nie pod­szedł do drzwi, aby je otwo­rzyć. Klucz prze­krę­cił tak bez­sze­lest­nie, aby drzwi spra­wia­ły wra­że­nie ca­ły czas otwar­tych.

– Wi­tam, Tra­cy. Co cię do mnie spro­wa­dza?

– Przy­pro­wa­dzi­łam no­we­go ucznia, De­ana Car­te­ra, tak jak pan ostat­nio pro­sił.

– Ach, tak! Cał­kiem o tym za­po­mnia­łem – po­wie­dział, uśmie­cha­jąc się sze­ro­ko, a ja mo­głam się za­ło­żyć, że w tym mo­men­cie szkol­nej se­kre­tar­ce zmię­kły no­gi. Nie by­ło żad­ną ta­jem­ni­cą, że ko­bie­ta, zresz­tą nie pierw­sza, już od daw­na pró­bo­wa­ła się przy­pa­so­wać męż­czyź­nie, lecz ten miał ją głę­bo­ko w po­wa­ża­niu. Na szczę­ście dla je­go żo­ny, a na nie­szczę­ście dla bied­nej ko­bie­ty, któ­ra by­ła te­go to­tal­nie nie­świa­do­ma. – Wpro­wadź go, pro­szę.

Wy­pro­sto­wa­łam się na fo­te­lu i przy­bra­łam swój for­mal­ny uśmiech, kie­dy do po­miesz­cze­nia wszedł chło­pak. Szcze­rze? Bio­rąc pod uwa­gę fakt, że do­łą­czył do pry­wat­nej szko­ły w ostat­nim ro­ku, spo­dzie­wa­łam się ra­czej słod­ko­pier­dzą­ce­go chłop­czy­ka w oku­la­rach z do­brej ro­dzi­ny, któ­ry co rok do­sta­je sty­pen­dium, ca­ły czas sie­dzi w książ­kach, a wszy­scy cią­gle wo­kół nie­go ska­czą. Mo­że i jest to ste­reo­ty­po­wy ob­raz, ale – nie oszu­kuj­my się – w wie­lu przy­pad­kach praw­dzi­wy.

Oso­ba, któ­ra we­szła do ga­bi­ne­tu, w ni­czym nie przy­po­mi­na­ła wy­kre­owa­ne­go prze­ze mnie ob­ra­zu. Pierw­sze, co rzu­ci­ło mi się w oczy, to je­go twarz. Szczę­kę miał moc­no za­ry­so­wa­ną, usta peł­ne i kształt­ne, a brą­zo­we oczy by­ły błysz­czą­ce. Na­praw­dę. Błysz­cza­ły jak dia­men­ty lub ka­mie­nie bursz­ty­nu. Nie ukry­wam, zro­bi­ło to na mnie wra­że­nie. Spra­wi­ło, że na mo­ich ustach za­go­ścił nie­wy­mu­szo­ny uśmiech. Kil­ka ko­smy­ków brą­zo­wych wło­sów opa­dło mu na czo­ło, ale szyb­ko je od­gar­nął. Syl­wet­kę miał do­brze zbu­do­wa­ną. Za­pew­ne upra­wiał ja­kiś sport. Mo­że ko­sza? Z je­go wzro­stem nie zdzi­wi­ła­bym się, je­śli ta opcji oka­za­ła­by się traf­na. Na je­go cie­le, za­miast mun­dur­ka, znaj­do­wa­ła się bia­ła ko­szul­ka oraz czar­ne dre­sy.

Kie­dy tyl­ko je­go wzrok spo­czął na mnie, ob­da­rzył mnie przy­ja­znym uśmie­chem, co od ra­zu od­wza­jem­ni­łam. Nie ko­ja­rzy­łam go w ża­den spo­sób, dla­te­go po­dej­rze­wa­łam, że nie był z oko­lic No­we­go Jor­ku.

– Wi­ta­my w pro­gach na­szej szko­ły! Mam na­dzie­ję, że mi­ło spę­dzisz tu­taj swój ostat­ni rok na­uki. W se­kre­ta­ria­cie do­sta­łeś plan lek­cji oraz roz­kład szko­ły. W ra­zie gdy­byś miał ja­kieś py­ta­nia, mo­żesz udać się do Ave­ry, na­szej nie­za­wod­nej prze­wod­ni­czą­cej – wy­gło­sił swo­ją gad­kę Jo­nes, a ja z uśmie­chem przy­kle­jo­nym do ust po­de­szłam do chło­pa­ka.

– Ave­ry, mi­ło mi. – Po­da­łam mu rę­kę.

– De­an, mi rów­nież – od­parł i de­li­kat­nie ujął mo­ją dłoń, po czym po­ca­ło­wał jej wierzch. Po­czu­łam się przez to nie­co skrę­po­wa­na, po­nie­waż nikt, oprócz pa­ru współ­pra­cow­ni­ków oj­ca, nie za­cho­wy­wał się wo­bec mnie w ten spo­sób.

– Je­że­li masz przy so­bie te­le­fon, mo­żesz za­pi­sać so­bie mój nu­mer, bo mo­że ci się on przy­dać.

– Ja­sne.

***

Po wyj­ściu z ga­bi­ne­tu dy­rek­to­ra opar­łam się ple­ca­mi o zim­ną ścia­nę tuż za ro­giem. Ser­ce dud­ni­ło mi w pier­si jak bę­ben wo­jen­ny. Za­ci­snę­łam po­wie­ki, pró­bu­jąc po­wstrzy­mać ko­lej­ną fa­lę łez. Nie mo­głam się te­raz roz­sy­pać – nie tu­taj, nie w szko­le, nie pierw­sze­go dnia. Już i tak za du­żo osób plot­ko­wa­ło o tym, co dzia­ło się pod ko­niec ze­szłe­go ro­ku. Choć więk­szość nie zna­ła szcze­gó­łów, to nie da­ło się ukryć, że coś by­ło nie tak. Ave­ry Van­der­bilt – dziew­czy­na ide­al­na, prze­wod­ni­czą­ca, oczko w gło­wie na­uczy­cie­li i ro­dzi­ców – zga­sła. Po­ja­wi­ły się cie­nie pod ocza­mi, nie­obec­ne spoj­rze­nie, chłód w gło­sie.

Prze­su­nę­łam się wzdłuż ścia­ny i we­szłam do naj­bliż­szej ła­zien­ki. Za­my­ka­łam się tam, kie­dy by­ło źle. Drzwi ka­bi­ny trza­snę­ły, a ja osu­nę­łam się na po­kry­wę se­de­su, cho­wa­jąc twarz w dło­niach. Czu­łam się jak w po­trza­sku. Mo­głam to zgło­sić, po­win­nam to zgło­sić, ale… nie po­tra­fi­łam. Zbyt wie­le ra­zy sły­sza­łam, że je­stem „nad­wraż­li­wa”, że „so­bie coś ubz­du­ra­łam”, że „mo­że źle zro­zu­mia­łam in­ten­cje”. To, że Wil­liam Jo­nes był dy­rek­to­rem, tyl­ko wszyst­ko kom­pli­ko­wa­ło. Miał wła­dzę, wpły­wy, był czę­ścią tej sa­mej so­cje­ty co moi ro­dzi­ce.

W koń­cu się opa­no­wa­łam. Wy­szłam z ka­bi­ny i po­pa­trzy­łam na sie­bie w lu­strze. Mu­sia­łam za­ło­żyć ma­skę. Jak zwy­kle.

Resz­ta dnia mi­nę­ła spo­koj­nie. Pod­czas ape­lu sta­łam na sce­nie obok na­uczy­cie­li, czu­jąc na so­bie wzrok kil­ku­dzie­się­ciu par oczu. Prze­mo­wa dy­rek­to­ra brzmia­ła jak ty­po­wy beł­kot: o war­to­ściach, pre­sti­żu szko­ły, no­wym ro­ku peł­nym wy­zwań. Na sa­li pa­no­wał pół­sen – ucznio­wie przy­sy­pia­li lub prze­glą­da­li ukrad­kiem te­le­fo­ny. Mi­mo to coś mnie roz­pro­szy­ło. A ra­czej ktoś.

De­an sie­dział w jed­nym z tyl­nych rzę­dów, roz­par­ty wy­god­nie na krze­śle, z rę­ka­mi skrzy­żo­wa­ny­mi na pier­si. Nie wy­glą­dał na znu­dzo­ne­go. Ra­czej na… uważ­ne­go. Wo­dził wzro­kiem po sce­nie, aż za­trzy­mał się na mnie. Na krót­ką chwi­lę na­sze spoj­rze­nia się spo­tka­ły i po­czu­łam coś dziw­ne­go. Jak­by cie­pło w klat­ce pier­sio­wej. Nie uśmiech­nął się. Nie od­wró­cił wzro­ku. Po pro­stu pa­trzył. Prze­ni­kli­wie. Jak­by pró­bo­wał zaj­rzeć w głąb mo­jej du­szy i do­wie­dzieć się, co sie­dzi mi w gło­wie. Ca­łe szczę­ście te­go nie po­tra­fił. Nie zna­la­zł­by tam nic cie­ka­we­go.

Po ape­lu od­na­la­złam go przy au­to­ma­cie z na­po­ja­mi. Po­my­śla­łam, że sko­ro ofi­cjal­nie zo­sta­łam je­go prze­wod­ni­czą­cą-opie­kun­ką, to mo­gę po­trak­to­wać to ja­ko obo­wią­zek. A mo­że… coś mnie do nie­go cią­gnę­ło? Nie. By­łam po pro­stu roz­stro­jo­na emo­cjo­nal­ne i my­śla­łam o głu­po­tach.

– Zna­la­złeś już swo­ją kla­sę? – za­py­ta­łam, pod­cho­dząc do nie­go. De­an spoj­rzał na mnie z uko­sa, jak­by był za­sko­czo­ny, że sa­ma zde­cy­do­wa­łam się do nie­go za­ga­dać.

– Jesz­cze nie. Wszyst­ko zle­wa się tu w jed­ną be­żo­wą pla­mę. – Za­śmia­łam się ci­cho na je­go sło­wa.

– Wi­ta­my w Ma­ry­mo­unt. Ar­chi­tek­tu­ra szko­ły za­in­spi­ro­wa­na wię­zie­niem dla mło­dzie­ży z lat trzy­dzie­stych dwu­dzie­ste­go wie­ku. Ce­lo­wo.

– Brzmi do­praw­dy za­chę­ca­ją­co – od­parł z de­li­kat­ną iro­nią w gło­sie, uśmie­cha­jąc się lek­ko. – My­ślisz, że kie­dyś się stąd wy­do­sta­nie­my?

– Tyl­ko je­śli prze­trwasz pierw­sze dwa mie­sią­ce.

Ru­szy­li­śmy ko­ry­ta­rzem. Opo­wia­da­łam mu po dro­dze o skrzy­dłach szko­ły, gdzie są sa­le spe­cja­li­stycz­ne; tłu­ma­czy­łam, gdzie nie wcho­dzić bez po­zwo­le­nia, jak unik­nąć szkol­ne­go gang… to zna­czy… ko­mi­te­tu sa­mo­rzą­do­we­go.

– A ty? – za­py­tał w pew­nym mo­men­cie. – Wy­da­jesz się… in­na od resz­ty.

Spoj­rza­łam na nie­go uważ­nie. Nie by­ło w tym py­ta­niu nic na­chal­ne­go, ale po­czu­łam się prze­zro­czy­sta.

– Mo­że dla­te­go, że uda­ję le­piej niż in­ni – rzu­ci­łam pół­żar­tem, ale je­go mi­na nie drgnę­ła.

– A mo­że po pro­stu je­steś so­bą i nie bo­isz się po­ka­zać, co czu­jesz – od­po­wie­dział.

Za­mil­kłam na chwi­lę. De­an Car­ter nie miał po­ję­cia, jak bar­dzo się po­my­lił.

***

Po po­łu­dniu, gdy wró­ci­łam do pu­ste­go do­mu, zsu­nę­łam bu­ty w ho­lu i rzu­ci­łam ple­cak na fo­tel. Ci­sza by­ła nie­mal na­ma­cal­na. Prze­szłam przez prze­stron­ny sa­lon, gdzie na mar­mu­ro­wym sto­li­ku le­ża­ła kar­tecz­ka z in­for­ma­cją od mat­ki: „Ko­cha­nie, mu­sie­li­śmy wy­je­chać do Mia­mi. Wra­ca­my w week­end. Bu­zia­ki – ma­ma i ta­ta”.

Ro­dzi­ce mie­li wiel­ką fir­mę zaj­mu­ją­cą się za­rzą­dza­niem luk­su­so­wy­mi nie­ru­cho­mo­ścia­mi, dla­te­go rzad­ko by­wa­li w do­mu. Ich port­fo­lio obej­mo­wa­ło naj­bar­dziej pre­sti­żo­we apar­ta­men­ty, pen­tho­usy i re­zy­den­cje na Up­per East Si­de oraz po­za nim. Ich fir­ma ofe­ro­wa­ła kom­plek­so­we usłu­gi, od pro­jek­to­wa­nia wnętrz po con­cier­ge dla naj­bar­dziej wy­ma­ga­ją­cych klien­tów. Do­dat­ko­wo by­li moc­no za­an­ga­żo­wa­ni w eks­klu­zyw­ne wy­da­rze­nia cha­ry­ta­tyw­ne i kul­tu­ral­ne, dla­te­go du­żo cza­su spę­dza­li na róż­nych ga­lach i uro­czy­sto­ściach, na któ­re cza­sem cią­gnę­li tak­że mnie. Nie że­bym mia­ła coś do ta­kie­go sty­lu ży­cia, ale cza­sem po­trze­bo­wa­łam cze­goś wię­cej niż tyl­ko za­spo­ka­ja­nia mo­ich po­trzeb ma­te­rial­nych. Ro­dzeń­stwa nie mia­łam i choć w na­praw­dę wie­lu aspek­tach by­ło mi to na rę­kę, pod­czas tych chwil sa­mot­no­ści bar­dzo ża­ło­wa­łam, że ro­dzi­ce zde­cy­do­wa­li się je­dy­nie na mnie. Czę­sto bra­ko­wa­ło mi życz­li­wo­ści i cie­pła ro­dzin­ne­go, któ­re za­uwa­ża­łam u wie­lu in­nych ro­dzin, tyl­ko nie u mo­jej.

Wes­tchnę­łam cięż­ko. Prze­szłam do kuch­ni i wy­ję­łam z lo­dów­ki mi­skę z po­kro­jo­ny­mi owo­ca­mi, któ­rą zo­sta­wi­ła mi pa­ni Eu­gie­nie, na­sza go­spo­sia. Pra­co­wa­ła z na­mi od lat. W za­sa­dzie cza­sem od­no­si­łam wra­że­nie, że ta ko­bie­ta by­ła mi bliż­sza niż moi ro­dzi­ce. Czę­sto roz­ma­wia­ły­śmy go­dzi­na­mi, szcze­gól­nie wte­dy, gdy mia­łam pro­ble­my.

Usia­dłam przy ku­chen­nym bla­cie, od­pa­li­łam lap­to­pa i za­czę­łam pi­sać no­tat­ki do szkol­nej ga­zet­ki. Po­czu­cie obo­wiąz­ku by­ło jak ka­ga­niec – trzy­ma­ło mnie w pio­nie.

Na mo­je nie­szczę­ście my­śli w gło­wie ca­ły czas wra­ca­ły do De­ana. I do Jo­ne­sa. I do te­go, że ten rok bę­dzie trud­niej­szy, niż przy­pusz­cza­łam.

Zrzu­ci­łam mun­du­rek i wsko­czy­łam w sza­re dre­sy oraz luź­ną ko­szul­kę, zwią­za­łam wło­sy w nie­dba­ły kok i usia­dłam na pa­ra­pe­cie, wpa­tru­jąc się w pa­no­ra­mę mia­sta. No­wy Jork – zim­ny i błysz­czą­cy jed­no­cze­śnie. Ta­ki sam jak świat, w któ­rym przy­szło mi żyć i do­ra­stać.

W dło­niach ob­ra­ca­łam te­le­fon. Mia­łam ty­le osób w kon­tak­tach, a czu­łam się, jak­by żad­na z nich nie by­ła dla mnie na­praw­dę do­stęp­na. W koń­cu z wa­ha­niem we­szłam na no­wy kon­takt za­pi­sa­ny ja­ko „De­an Car­ter”. Je­go nu­mer już tam był – za­pi­sał go wcze­śniej i wy­słał mi wia­do­mość z uśmiech­nię­tą emot­ką. Zwy­kły gest. Ba­nal­ny. Spra­wił jed­nak, że ką­ci­ki mo­ich ust drgnę­ły nie­znacz­nie ku gó­rze.

Nie zna­łam go, a mi­mo to coś w je­go spoj­rze­niu wy­da­ło mi się… zna­jo­me. Jak­by też no­sił w so­bie cię­żar, któ­re­go nikt in­ny nie do­strze­gał. W tym krót­kim mo­men­cie, gdy na­sze oczy się spo­tka­ły, od­nio­słam wra­że­nie, ż po­łą­czy­ło nas coś nie­wi­dzial­ne­go. Nie­wy­ja­śnio­ne­go. Ta­jem­ni­cze­go.

Mo­że prze­sa­dza­łam. Mo­że po pro­stu szu­ka­łam ko­goś, kto wy­rwie mnie z tej emo­cjo­nal­nej sta­gna­cji. Ale je­śli mam być szcze­ra – pierw­szy raz od mie­się­cy po­czu­łam coś, co nie by­ło stra­chem, wstrę­tem czy obo­jęt­no­ścią.

Za­su­nę­łam za­sło­ny, od­cię­łam się od miej­skich świa­teł i opa­dłam na łóż­ko. Nie mia­łam si­ły my­śleć o tym, co się wy­da­rzy­ło w ga­bi­ne­cie Jo­ne­sa. O je­go do­ty­ku, spoj­rze­niu, to­nie gło­su. Nie mo­głam też te­go tak po pro­stu wy­ma­zać. Je­go sło­wa wciąż dźwię­cza­ły mi w gło­wie jak echo: „Ogar­nij się”. Sły­sza­łam je na­wet wte­dy, gdy za­ko­py­wa­łam się pod ko­cem.

Chcia­łam wie­rzyć, że to był ostat­ni raz, że już mnie nie do­tknie, że da mi spo­kój, ale przez ostat­nie trzy la­ta zdą­ży­łam po­znać te­go czło­wie­ka zbyt do­brze. Wie­dzia­łam jed­no – nie od­pu­ści, do­pó­ki nie upew­ni się, że na­praw­dę za­milk­nę na za­wsze.

Wie­czo­rem spoj­rza­łam po­now­nie przez okno na ciem­nie­ją­ce nie­bo. Uli­ce Up­per East Si­de po­wo­li pu­sto­sza­ły. Za­pa­li­łam lamp­kę noc­ną i wy­ję­łam sta­ry ze­szyt, w któ­rym kie­dyś pro­wa­dzi­łam pa­mięt­nik. Przez dłu­gi czas le­żał nie­tknię­ty na dnie ko­mo­dy, ale dziś… coś ka­za­ło mi po nie­go się­gnąć.

Dzień 1

No­wy uczeń, De­an Car­ter, ma uśmiech, któ­ry wy­da­je się znać wszyst­kie mo­je se­kre­ty. I spoj­rze­nie, któ­re mó­wi wię­cej niż sło­wa.

Wil­liam Jo­nes – na­dal jest za­gro­że­niem. Na­dal czu­ję je­go od­dech na kar­ku.

Ro­dzi­ce – jak zwy­kle nie­obec­ni.

Ja – zno­wu gram swo­ją ro­lę. Ale chy­ba za­czy­nam mieć dość tej sztu­ki.

Za­mknę­łam ze­szyt, zga­si­łam świa­tło i po­szłam spać.

2

Ta­jem­ni­cza prze­szłość De­ana Car­te­ra

Usia­dłam przed ekra­nem kom­pu­te­ra i wpi­sa­łam w wy­szu­ki­war­kę „De­an Car­ter”. Nie­ste­ty, nie­wie­le to da­ło. Je­dy­ne, co mi się wy­świe­tli­ło, to kon­to na Fa­ce­bo­oku oraz In­sta­gra­mie chło­pa­ka. Za­wa­ha­łam się na mo­ment, za­nim klik­nę­łam w link do In­sta­gra­ma. Czy to w ogó­le w po­rząd­ku? Prze­cież le­d­wo go po­zna­łam. Ale z dru­giej stro­ny… coś w je­go spoj­rze­niu, w tym, jak mil­czał, kie­dy in­ni mó­wi­li, a jed­nak zda­wał się wie­dzieć o nas wię­cej, niż po­wi­nien – to wszyst­ko nie da­wa­ło mi spo­ko­ju. Nie umia­łam te­go na­zwać, lecz De­an Car­ter wy­glą­dał jak ktoś, kto no­si w so­bie opo­wie­ści, któ­ry­mi nie chciał­by się dzie­lić. Wła­śnie to naj­bar­dziej mnie do nie­go cią­gnę­ło.

Na pro­fi­lu nie by­ło zbyt wie­lu zdjęć. Jed­no przed­sta­wia­ło chło­pa­ka ca­łu­ją­ce­go się z ja­kąś dziew­czy­ną na tle fa­jer­wer­ków. Spoj­rza­łam na da­tę: 1.01.2016 ro­ku, czy­li dwa la­ta te­mu. Obo­je wy­glą­da­li na szczę­śli­wych. Klik­nę­łam w ozna­czo­ny na zdję­ciu pro­fil dziew­czy­ny. Me­lo­die Ro­berts. By­ła pięk­na. Nie tak sztucz­nie pięk­na, jak więk­szość dziew­czyn z na­sze­go krę­gu, ale ra­czej… fil­mo­wo na­tu­ral­na. Mia­ła uśmiech, któ­ry spra­wiał, że czło­wie­ko­wi ro­bi­ło się cie­pło na ser­cu. Ta­kie dziew­czy­ny z re­gu­ły po­win­ny mieć wszyst­ko: pie­nią­dze, po­pu­lar­ność, chło­pa­ka jak z okład­ki. Wy­glą­da­ło na to, że ona mia­ła.

Za­czę­łam prze­glą­dać jej pro­fil. Mia­ła du­żo wię­cej po­stów niż chło­pak. Na nie­któ­rych po­zo­wa­ła sa­mot­nie, na in­nych – jak się do­my­ślam – ze swo­imi przy­ja­ciół­mi, a na jesz­cze in­nych z De­anem. Za­trzy­ma­łam się przy zdję­ciu, na któ­rym sie­dzie­li ra­zem przy ja­kimś je­zio­rze. Me­lo­die uśmie­cha­ła się do apa­ra­tu, ale De­an pa­trzył gdzieś w bok, jak­by coś go za­nie­po­ko­iło. Mo­że to tyl­ko przy­pa­dek, lecz je­go twarz… wy­glą­dał na nie­obec­ne­go.

Wró­ci­łam na pro­fil chło­pa­ka, na któ­rym wid­nia­ło jesz­cze jed­no zdję­cie. Bru­net sie­dział na ma­sce bia­łe­go Lam­bo ra­zem z in­nym chło­pa­kiem i szcze­rzy­li się do apa­ra­tu. Zer­k­nę­łam na da­tę: 22.05.2018 ro­ku. Cał­kiem nie­daw­no. Chwi­lę się za­wa­ha­łam, ale osta­tecz­nie zde­cy­do­wa­łam się za­ob­ser­wo­wać De­ana. Po pa­ru se­kun­dach przy­szło mi po­wia­do­mie­nie, że chło­pak pro­si o moż­li­wość ob­ser­wo­wa­nia mo­je­go kon­ta. Z lek­kim uśmie­chem na ustach za­ak­cep­to­wa­łam ją, a po chwi­li wy­łą­czy­łam lap­to­pa. Zga­sze­nie ekra­nu wca­le nie uga­si­ło mo­jej cie­ka­wo­ści. Wręcz prze­ciw­nie – mia­łam wra­że­nie, że tym klik­nię­ciem otwo­rzy­łam ja­kieś drzwi, za któ­ry­mi kry­je się znacz­nie wię­cej niż kil­ka zdjęć i pa­rę ta­gów.

Kie­dy le­ża­łam na łóż­ku, prze­glą­da­jąc Tik­To­ka, roz­dzwo­nił się mój te­le­fon. Uśmiech­nę­łam się na wi­dok te­go, kto dzwo­nił. Był to Max Camp­bell, naj­więk­sze cia­cho w szko­le, ka­pi­tan szkol­nej dru­ży­ny ko­szy­ków­ki, no i, oczy­wi­ście, mój chło­pak.

– Cześć, słoń­ce, jak le­ci? – usły­sza­łam za­raz po ode­bra­niu po­łą­cze­nia.

– To­tal­nie nie mam na co na­rze­kać. Zno­wu sie­dzę sa­ma w do­mu, bo ro­dzi­ce są na fir­mo­wym wy­jeź­dzie, Mia i Eve­lyn ko­lej­ny raz nie mia­ły cza­su, do­dat­ko­wo zo­sta­łam opie­kun­ką no­we­go ucznia. Nor­mal­nie żyć, nie umie­rać –wes­tchnę­łam.

– Da­lej nie mo­gę zro­zu­mieć, dla­cze­go na­dal się z ni­mi przy­jaź­nisz – prych­nął. – Już od dłuż­sze­go cza­su ma­ją na cie­bie wy­wa­lo­ne.

– Mo­że że­by nie zo­stać sa­ma jak pa­lec?

– Pal­ców jest pięć i ni­g­dy ża­den nie jest sam, więc to złe po­rów­na­nie – za­śmiał się. – A po­za tym, każ­dy jest ci go­tów z rę­ki jeść. Je­steś mi­ła, mą­dra i ład­na. Wszy­scy to ce­nią.

– Za­po­mnia­łeś do­dać, że je­stem tak­że obrzy­dli­wie bo­ga­ta i więk­szość z nich chce to wy­ko­rzy­stać – mruk­nę­łam.

– Ale ty masz pe­sy­mi­stycz­ne po­dej­ście do wszyst­kie­go.

– Po pro­stu my­ślę re­ali­stycz­nie i przy­szło­ścio­wo.

– W ta­kim ra­zie, czy two­je przy­szło­ścio­we my­śle­nie obej­mu­je spo­tka­nie ze mną wie­czo­rem?

– To za­le­ży – uśmiech­nę­łam się le­ni­wie i po­czu­łam mo­tyl­ki w brzu­chu.

– My­ślisz, że ja, ty i wspól­na ko­la­cja do­brze nam zro­bi?

– My­ślę, że tak.

– Pa­su­je ci go­dzi­na sie­dem­na­sta? – za­py­tał. Zer­k­nę­łam na ze­gar. Na ewen­tu­al­ne przy­go­to­wa­nia mia­łam tyl­ko go­dzi­nę. Po­sta­no­wi­łam ne­go­cjo­wać.

– Osiem­na­sta? – za­py­ta­łam z na­dzie­ją w gło­sie.

– Niech ci bę­dzie. Do zo­ba­cze­nia.

– Na ra­zie.

Uśmiech­nę­łam się sze­ro­ko na myśl o spę­dze­niu ca­łe­go wie­czo­ru z Ma­xem. Na­sza zna­jo­mość kieł­ko­wa­ła już od bar­dzo daw­na, ale do­pie­ro w trze­ciej kla­sie zde­cy­do­wa­li­śmy się na zwią­zek. Nie był on mo­że dłu­gi, lecz sta­bil­ny. Przy chło­pa­ku czu­łam się do­brze i kom­for­to­wo. Nie mu­sia­łam na­kła­dać ma­ski i uda­wać ko­goś, kim nie by­łam. Wie­dzia­łam, że nie za­le­ża­ło mu na pie­nią­dzach, po­nie­waż je­go ro­dzi­ce rów­nież na­le­że­li do osób z wyż­szych sfer. Ale… cza­sem się za­sta­na­wia­łam, czy to wy­star­cza. Max był do­kład­nie ta­ki, ja­kie­go chcia­ła­by dla mnie mo­ja ma­ma: przy­stoj­ny, am­bit­ny, z do­bre­go do­mu. Cza­sem jed­nak czu­łam, że bar­dziej pa­su­je do mo­je­go ży­cia na pa­pie­rze niż do mo­je­go ser­ca.

W tym wszyst­kim chło­pak miał jed­nak jed­ną za­sad­ni­czą wa­dę. Nie­kie­dy był zbyt wy­lew­ny i na si­łę sta­rał się stwo­rzyć słod­ko-pier­dzą­cy, książ­ko­wy zwią­zek. Oczy­wi­ście mia­ło to tak­że swo­je za­le­ty, ale zde­cy­do­wa­nie wię­cej wad.

Sta­nę­łam w gar­de­ro­bie nie­zde­cy­do­wa­na, w co mam się ubrać. Nie chcia­łam nic wy­szu­ka­ne­go ani nic zbyt zwy­czaj­ne­go. Po pa­ru mi­nu­tach ga­pie­nia się w ścia­nę się­gnę­łam po bia­ły swe­ter­ko­wy golf, czar­ną skó­rza­ną spód­nicz­kę, czar­ne raj­sto­py oraz czar­ne szpil­ki. Za­nim je wło­ży­łam, usia­dłam jesz­cze na brze­gu łóż­ka i się­gnę­łam po zdję­cie sprzed kil­ku lat. By­li­śmy na wa­ka­cjach w To­ska­nii. Uśmiech­nię­ta ja, ma­ma, ta­ta, a obok – Max. Już wte­dy za­czy­nał krę­cić się wo­kół mnie. To by­ło mi­łe, ale na­wet tam, wśród słoń­ca i wi­no­ro­śli, czu­łam, że coś mnie du­si. Jak­by je­go obec­ność by­ła obo­wiąz­kiem, a nie wy­bo­rem.

By­łam w trak­cie na­kła­da­nia raj­stop, kie­dy po raz ko­lej­ny dzi­siej­sze­go dnia roz­dzwo­nił się mój te­le­fon. Prze­rwa­łam wy­ko­ny­wa­ną czyn­ność i chwy­ci­łam do rę­ki urzą­dze­nie. Dzwo­nił oj­ciec. By­ło to do­syć rzad­kie zja­wi­sko. Roz­mo­wy te­le­fo­nicz­ne od­by­wa­łam głów­nie z mat­ką, któ­ra mi tłu­ma­czy­ła, dla­cze­go bę­dą mu­sie­li zo­stać dłu­żej w fir­mie lub na wy­jeź­dzie służ­bo­wym, ewen­tu­al­nie da­wa­ła wska­zów­ki, co po­win­nam ogar­nąć w cza­sie, kie­dy ich nie bę­dzie. Oj­ciec fa­ty­go­wał się, że­by do mnie za­dzwo­nić, tyl­ko wte­dy, kie­dy mat­ka na­praw­dę nie mia­ła jak te­go zro­bić, co – jak wspo­mnia­łam wcze­śniej – zda­rza­ło się nie­zwy­kle rzad­ko, prak­tycz­nie ni­g­dy. Na­ci­snę­łam zie­lo­ną słu­chaw­kę cie­ka­wa, co moi ro­dzi­cie­le ma­ją mi do prze­ka­za­nia.

– Ave­ry, je­steś tam? – usły­sza­łam lek­ko za­chryp­nię­ty głos oj­ca po dru­giej stro­nie po­łą­cze­nia.

– Je­stem – wes­tchnę­łam ci­cho. – Sta­ło się coś, że do mnie dzwo­nisz?

– Mu­sia­ło się coś stać? – udał zdzi­wie­nie. – Dzwo­nię za­py­tać, czy masz ja­kieś pla­ny, i przy oka­zji cię po­in­for­mo­wać, że wró­ci­my z mat­ką nie­co póź­niej, niż pla­no­wa­li­śmy, więc nie martw się i na nas nie cze­kaj – po­wie­dział pra­wie na jed­nym wy­de­chu.

– Tak, mam pla­ny. Wy­cho­dzę z Ma­xem do re­stau­ra­cji i ja­sne, ro­zu­miem, że pra­ca was po­trze­bu­je bar­dziej ode mnie – mruk­nę­łam roz­cza­ro­wa­na, po­nie­waż na­iw­nie są­dzi­łam, że uda mi się spę­dzić z ni­mi nie­co cza­su.

– Avy – wes­tchnął mę­czeń­sko. – Wiem, że obie­ca­li­śmy wra­cać naj­wcze­śniej, jak to moż­li­we, jed­nak ro­bo­ta sa­ma się nie zro­bi. Cie­szę się, że umiesz so­bie za­pla­no­wać czas, i mam na­dzie­ję, że je­steś wy­star­cza­ją­co do­ro­sła, aby zro­zu­mieć na­szą sy­tu­ację.

– Tak.

– W ta­kim ra­zie, je­że­li wszyst­ko ma­my za­ła­twio­ne, mo­że­my się chy­ba po­że­gnać.

– Ta­to? – wtrą­ci­łam, za­nim zdą­żył się roz­łą­czyć. – Mo­gę cię o coś, a ra­czej o ko­goś za­py­tać?

– Oczy­wi­ście.

– Co wiesz o De­anie Car­te­rze?

– Czło­wiek świat – prych­nął oj­ciec. – Zo­stał wy­rzu­co­ny z po­przed­nich trzech szkół przez pro­ble­my z używ­ka­mi i al­ko­ho­lem. Do­dat­ko­wo mi­ło­śnik szyb­kiej i nie­bez­piecz­nej jaz­dy w nie­le­gal­nych wy­ści­gach. Nie mu­szę chy­ba wspo­mi­nać, że z pra­wem i po­li­cją też mu nie po dro­dze. Pod­su­mo­wu­jąc: nikt waż­ny i god­ny two­jej uwa­gi. Nie za­py­tam, dla­cze­go cie­ka­wi cię je­go te­mat, po­nie­waż ci ufam i wie­rzę, że nie zro­bisz nic głu­pie­go. Mu­szę koń­czyć, bo mat­ka mnie po­trze­bu­je. Ko­cham cię, do zo­ba­cze­nia w do­mu! – Roz­łą­czył się, koń­cząc tym swój mo­no­log.

Sta­łam z te­le­fo­nem w dło­ni, czu­jąc, jak mo­je cia­ło po­wo­li sty­gnie. Wszyst­ko, co po­wie­dział oj­ciec, po­win­no mnie znie­chę­cić. Po­win­no za­mknąć te­mat, ale nie za­mknę­ło. Te sło­wa wła­śnie go otwo­rzy­ły.

Z gło­wą za­ję­tą in­for­ma­cja­mi o De­anie do­koń­czy­łam szy­ko­wa­nie się na ko­la­cję. Punk­tu­al­nie o osiem­na­stej do­sta­łam wia­do­mość od Ma­xa, że cze­ka na mnie pod do­mem. Wło­ży­łam cien­ki, be­żo­wy płaszcz, do któ­re­go kie­sze­ni wsu­nę­łam te­le­fon oraz pacz­kę chu­s­te­czek, i wy­szłam z do­mu, za­my­ka­jąc za so­bą drzwi na klucz.

Gdy ze­szłam po scho­dach i zo­ba­czy­łam je­go sa­mo­chód, po­czu­łam zna­jo­me ukłu­cie w żo­łąd­ku. Nie­po­kój? A mo­że tyl­ko roz­cza­ro­wa­nie, któ­re nie chcia­ło już znik­nąć, mi­mo że tak bar­dzo pró­bo­wa­łam dać nam szan­sę.

Za­trzy­ma­łam się na mo­ment, sły­sząc z tyl­ne­go sie­dze­nia zna­jo­me gło­sy. Naj­pierw my­śla­łam, że to ra­dio, ale nie – to by­li oni. Chło­pa­ki z dru­ży­ny. Jak to…?

– Se­rio, Max? – za­py­ta­łam ci­cho, sia­da­jąc obok nie­go.

– No co? Mó­wi­łem, że bę­dzie faj­nie. – Wzru­szył ra­mio­na­mi, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od lu­ster­ka.

Chcia­łam coś po­wie­dzieć, ale sło­wa ugrzę­zły mi w gar­dle. Jak zwy­kle pod­jął de­cy­zję za nas dwo­je. Jak zwy­kle wszyst­ko wie­dział le­piej.

Oka­za­ło się, że mój jak­że cu­dow­ny chło­pak umó­wił się tak­że z chło­pa­ka­mi z dru­ży­ny i dziw­nym tra­fem za­po­mniał mnie o tym po­in­for­mo­wać pod­czas na­szej roz­mo­wy te­le­fo­nicz­nej. Za­czę­łam prze­li­czać w my­ślach, któ­ry to już raz. Czwar­ty? Pią­ty? Za każ­dym ra­zem mó­wi­łam, że nie czu­ję się do­brze w tym to­wa­rzy­stwie, a on uda­wał, że słu­cha. Uda­wał. W tym przy­pad­ku sło­wo klucz.

Nie wie­dzia­łam, dla­cze­go Max nie po­tra­fił zro­zu­mieć, że czu­ję się tam jak pią­te ko­ło u wo­zu.

Sie­dzia­łam przy sto­le w za­tło­czo­nej knaj­pie, a oni śmia­li się z cze­goś, cze­go nie ro­zu­mia­łam. Nie pró­bo­wa­łam na­wet uda­wać za­in­te­re­so­wa­nia. Mój głos za każ­dym ra­zem nik­nął mię­dzy okrzy­ka­mi, opo­wie­ścia­mi z tre­nin­gu i szy­der­czy­mi ko­men­ta­rza­mi rzu­ca­ny­mi do kel­ner­ki.

– Ej, Ave­ry, a ty to znasz się na fo­ot­bal­lu? – za­py­tał ja­kiś chło­pak o gło­sie jak pi­ła tar­czo­wa.

– Ra­czej nie – od­po­wie­dzia­łam, na­wet nie pró­bu­jąc się uśmiech­nąć.

– To Max mu­si cię pod­szko­lić! – rzu­cił in­ny i ude­rzył go żar­to­bli­wie w ra­mię.

Max tyl­ko się uśmiech­nął, jak­by to wszyst­ko by­ło ta­kie nie­win­ne, ta­kie za­baw­ne. A ja? Sie­dzia­łam tam jak re­kwi­zyt przy sto­le.

By­łam dla nie­go do­dat­kiem. Ład­nym ob­raz­kiem do po­ka­zy­wa­nia, tro­feum, któ­rym moż­na się po­chwa­lić. Nie part­ner­ką. Nie kimś, czy­je zda­nie się li­czy. A naj­bar­dziej bo­la­ło to, że prze­cież jesz­cze nie­daw­no wie­rzy­łam, że je­ste­śmy so­bie bli­scy.

Max miał pew­ną wa­dę, któ­ra nie­sa­mo­wi­cie mi prze­szka­dza­ła. Za­wsze mu się wy­da­wa­ło, że wszyst­ko wie le­piej. Na­wet kie­dy mó­wi­łam mu o mo­ich od­czu­ciach, on da­lej sie­dział w mo­jej gło­wie i był w sta­nie po­wie­dzieć le­piej ode mnie, co my­ślę na da­ny te­mat. Wi­dzia­łam to w je­go oczach – ten lek­ki uśmie­szek, gdy mó­wi­łam, że coś mnie ra­ni. Jak­by to by­ło uro­cze nie­po­ro­zu­mie­nie, któ­re on za­raz na­pra­wi swo­ją ra­cją. A prze­cież nie chcia­łam ra­cji. Chcia­łam tyl­ko być wy­słu­cha­na.

Po tym, jak wró­ci­łam do do­mu z tej jak­że fe­ral­nej rand­ki, my­śla­łam tyl­ko o tym, aby się po­ło­żyć i ju­tro wstać z no­wą ener­gią do ży­cia. By­ło to jed­nak trud­ne, zwa­ża­jąc na fakt, że ju­tro mia­ły się od­być pierw­sze lek­cje, a ja przez ca­ły dzień mu­sia­łam cho­dzić z przy­kle­jo­nym do ust uśmie­chem, być nad­mier­nie mi­ła dla wszyst­kich i po­ma­gać pierw­sza­kom, któ­rzy przy­szli do na­szej szko­ły. Na sa­mą myśl mia­łam ocho­tę za­wi­nąć się w koc i uda­wać, że mnie nie ma. By­cie tą ide­al­ną wer­sją sie­bie wy­ma­ga­ło wię­cej wy­sił­ku, niż kto­kol­wiek mógł­by przy­pusz­czać. A ja by­łam zmę­czo­na.

Je­dy­ną my­ślą, któ­ra wy­da­wa­ła mi się po­cie­sza­ją­ca w tym wszyst­kim, by­ło to, że mo­że po­now­nie zo­ba­czę no­we­go chło­pa­ka i dam ra­dę za­mie­nić z nim pa­rę słów wię­cej niż ta ofi­cjal­na gad­ka, któ­rą sły­szy każ­dy no­wy uczeń na­szej szko­ły od trzech lat.

Za­uwa­ży­łam, że je­go spoj­rze­nie by­ło in­ne. Uważ­ne, ci­che. Mo­że tyl­ko mi się wy­da­wa­ło, ale mia­łam wra­że­nie, że kie­dy pa­trzył, to wi­dział. A ja na­praw­dę po­trze­bo­wa­łam ko­goś, kto w koń­cu mnie zo­ba­czy.

3

Pierw­sze iskry

Szłam szkol­nym ko­ry­ta­rzem ra­zem z Mią i słu­cha­łam o tym, co omi­nę­ło mnie na ostat­niej im­pre­zie. Mo­im zda­niem Ma­son rzy­ga­ją­cy przez okno i Ju­lie zdra­dza­ją­ca Chri­sa to nie wi­dok, któ­re­go ko­niecz­nie chcia­łam być świad­kiem.

– Se­rio, nie ża­łu­ję, że mnie tam nie by­ło. – Skrzy­wi­łam się na myśl o Ma­so­nie, któ­ry zno­wu nie wy­trzy­mał i zwró­cił ca­łą za­war­tość żo­łąd­ka przez okno sy­pial­ni. – Jak oni w ogó­le na­dal są ra­zem po tych wszyst­kich dra­mach?

– Ju­lie i Chris? – Mia wzru­szy­ła ra­mio­na­mi. – Prze­cież oni nie są ra­zem z mi­ło­ści. Ona lu­bi, że jest po­pu­lar­ny, a on… lu­bi to, że ona ma du­ży ty­łek.

Nie im­pre­zo­wa­łam czę­sto, choć do­syć to lu­bi­łam. Ro­bi­łam to głów­nie wte­dy, kie­dy coś za­przą­ta­ło mi gło­wę i po­trze­bo­wa­łam od te­go od­po­cząć. Stan upo­je­nia al­ko­ho­lo­we­go sku­tecz­nie mi w tym po­ma­gał. Nie­ste­ty, ostat­nio co­raz czę­ściej my­śla­łam o tym, by zno­wu się gdzieś wy­rwać, na­pić i po pro­stu prze­stać ana­li­zo­wać. Zwią­zek z Ma­xem, szko­ła, pre­sja by­cia prze­wod­ni­czą­cą – to wszyst­ko za­czy­na­ło mnie przy­gnia­tać. Mia­łam wra­że­nie, że każ­dy cze­goś ode mnie ocze­ku­je, a ja już nie mia­łam si­ły ni­ko­go za­do­wa­lać – ani Ma­xa, ani ro­dzi­ców, ani sie­bie sa­mej.

Po chwi­li przy­sta­nę­łam ra­zem z dziew­czy­ną przy szaf­kach, aby wy­jąć po­trzeb­ne pod­ręcz­ni­ki. Ja mia­łam te­raz che­mię, ru­do­wło­sa zaś ma­te­ma­ty­kę.

– Po­wo­dze­nia z pier­wiast­ka­mi – rzu­ci­łam na od­chod­ne, kie­ru­jąc się w stro­nę sa­li, w któ­rej mia­ły się od­być za­ję­cia.

Dzi­siej­szy dzień za­czął się nad wy­raz do­brze. Zdą­ży­łam zjeść ra­zem z ro­dzi­ca­mi śnia­da­nie i wy­pić cie­płą ka­wę. Ca­ły dzień spę­dzi­łam wy­łącz­nie z Mią, po­nie­waż Eve­lyn roz­ło­ży­ło prze­zię­bie­nie, dla­te­go mia­ła nie po­ja­wiać się w szko­le naj­praw­do­po­dob­niej do piąt­ku.

Brak Eve­lyn był tro­chę jak dziu­ra w ru­ty­nie – za­zwy­czaj sie­dzia­ły­śmy ra­zem na lun­chu, wy­mie­nia­ły­śmy się no­tat­ka­mi, a jej su­chy hu­mor za­wsze wy­bi­jał mnie z me­lan­cho­lii. Bez niej czu­łam się tro­chę tak, jak­by coś by­ło nie na swo­im miej­scu. Uwa­ża­łam, że Mia jest cu­dow­na, ale ona nie zna­ła mnie tak do­brze. Nie wie­dzia­ła, kie­dy tyl­ko uda­ję, a kie­dy na­praw­dę nie da­ję już ra­dy.

We­szłam do kla­sy i za­ję­łam swo­je stan­dar­do­we miej­sce w środ­ko­wym rzę­dzie na sa­mym koń­cu kla­sy. Mi­mo że by­łam prze­wod­ni­czą­cą, a mo­im oce­nom nie da­ło się nic za­rzu­cić, nie lu­bi­łam ro­bić wo­kół sie­bie szu­mu więk­sze­go, niż trze­ba.

Lek­cję che­mii pro­wa­dził pro­fe­sor Fic­ket, któ­ry miał już swo­je la­ta. Cho­ciaż po­wi­nien odejść na eme­ry­tu­rę, na­dal uczył w na­szej szko­le, po­nie­waż – jak uwa­żał – je­go cia­ło mo­że jest sta­re, ale umysł po­zo­sta­je na­dal mło­dy. Nie­zbyt ro­zu­mia­łam to je­go za­mi­ło­wa­nie do pra­cy z mło­dzie­żą. Więk­szość z nas to by­ły oso­by, któ­re mia­ły wy­so­ko po­sta­wio­nych ro­dzi­ców i że­by nie ze­psuć ich re­no­my, przy­kła­da­ły się do na­uki, ale nie za­wsze. Nie­któ­rzy z mo­ich ró­wie­śni­ków wo­le­li im­pre­zo­wać, a czy­jeś ży­cie za­wsze by­ło dla nich cie­kaw­sze od wła­sne­go.

Wy­pa­ko­wa­łam wszyst­ko, co by­ło mi po­trzeb­ne, i aby za­bić czas, za­ję­łam się prze­glą­da­niem In­sta­gra­ma. Wśród sto­ries zo­ba­czy­łam zdję­cia z im­pre­zy, o któ­rej mó­wi­ła Mia. Ju­lie tu­li­ła się do nie­zna­ne­go chło­pa­ka, a Chris wy­glą­dał, jak­by wła­śnie po­łknął cy­try­nę ra­zem ze skór­ką. Ty­po­we. Prze­wi­nę­łam da­lej: zdję­cia śnia­dań, no­we sty­li­za­cje, ko­lej­na dra­ma pod po­stem Ash­ley. Wes­tchnę­łam ci­cho, już chcąc za­mknąć apli­ka­cję, kie­dy na­gle po­czu­łam obok sie­bie ruch. Nie pod­nio­słam wzro­ku, bę­dąc pew­na, że jest to jak zwy­kle mój chło­pak.

– Hej – rzu­ci­łam, nie prze­ry­wa­jąc oglą­da­nia in­sta­sto­ry mo­ich przy­ja­ció­łek.

– Cześć – usły­sza­łam w od­po­wie­dzi. Nie był to jed­nak głos Ma­xa. Pod­nio­słam wzrok i mo­im oczom uka­zał się po­zna­ny wczo­raj chło­pak. Dzi­siaj tak­że nie miał na so­bie mun­dur­ka, wło­żył za to czar­ną blu­zę i nie­bie­skie je­an­sy z dziu­ra­mi na ko­la­nach.

– Wiesz, że za nie­prze­strze­ga­nie re­gu­la­mi­nu mo­gą ka­zać ci po­wtó­rzyć kla­sę lub wy­rzu­cić cię ze szko­ły? – za­py­ta­łam, mie­rząc chło­pa­ka wzro­kiem.

– Nie pierw­szy i nie ostat­ni raz. – Prze­wró­cił roz­ba­wio­ny ocza­mi. – Po­za tym nie oszu­kuj­my się. Wi­dzisz mnie w czymś ta­kim? – za­py­tał, wska­zu­jąc gło­wą na chło­pa­ka sie­dzą­ce­go przed na­mi. Lek­ki uśmiech wpły­nął na mo­je usta, kie­dy spró­bo­wa­łam go so­bie wy­obra­zić w mun­dur­ku. Był to do­praw­dy śmiesz­ny ob­raz.

– To­tal­nie nie – od­par­łam.

De­an już otwie­rał usta, aby mi coś od­po­wie­dzieć, ale prze­szko­dził mu wcho­dzą­cy do kla­sy na­uczy­ciel. Lek­cja się za­czę­ła i obo­je sku­pi­li­śmy się na tym, co mó­wił męż­czy­zna. Po oko­ło pięt­na­stu mi­nu­tach drzwi do sa­li otwo­rzy­ły się i sta­nął w nich mój chło­pak.

– Pa­nie Camp­bell – na­uczy­ciel prze­niósł na nie­go wzrok – chy­ba pan wie, że ja nie to­le­ru­ję spóź­nień, więc le­piej niech pan ma ja­kąś sen­sow­ną wy­mów­kę. Pro­szę sia­dać – rzu­cił su­ro­wo.

Max ru­szył w stro­nę koń­ca sa­li, aby usiąść na miej­scu obok mnie. Kie­dy je­go wzrok spo­czął na chło­pa­ku, któ­ry sie­dział w mo­jej ław­ce, za­ci­snął usta w cien­ką li­nię. By­łam pew­na, że je­go oczy, gdy­by mo­gły, rzu­ca­ły­by gro­ma­mi. Po chwi­li na­my­słu od­wró­cił się i usiadł w ław­ce obok Ash­ley. Szma­ciarz. Wie­dział, że jej nie­na­wi­dzę.

Ash­ley Ri­vers. Wy­so­ka dziew­czy­na o czar­nych wło­sach i zie­lo­nych oczach. Mo­ja naj­więk­sza ry­wal­ka od po­cząt­ku li­ceum. Już od pierw­szych dni w tym bu­dyn­ku mia­ła do mnie nie­my pro­blem. Kie­dy jed­nak po­są­dzi­ła mnie o kra­dzież, miar­ka się prze­bra­ła. Na szczę­ście uda­ło mi się udo­wod­nić swo­ją nie­win­ność, ale od tam­te­go cza­su kon­ku­ro­wa­ła ze mną w każ­dej dzie­dzi­nie. O Ma­xa rów­nież. Nie zli­czę, ile ra­zy mó­wi­łam mu, jak bar­dzo jej nie­na­wi­dzę, a on te­raz po­szedł i po­sta­no­wił z nią usiąść, aby zro­bić mi na złość.

Wi­dzia­łam ich ką­tem oka – jak coś do niej szep­nął, jak Ash­ley po­chy­li­ła się z tym swo­im iry­tu­ją­cym uśmiesz­kiem, jak­by wła­śnie zdo­by­ła pierw­sze miej­sce w kon­kur­sie „Jak naj­bar­dziej dzia­łać Ave­ry na ner­wy”. Za­ci­snę­łam dło­nie na bla­cie ław­ki. Pa­znok­cie wbi­ły się w skó­rę. Je­śli to by­ła gra, to Max był wy­jąt­ko­wo głu­pi, my­śląc, że nie znam je­go to­wa­rzysz­ki z ław­ki z tej wła­śnie stro­ny. Ash­ley by­ła mi­strzy­nią ma­ni­pu­la­cji. Za­wsze wie­dzia­ła, jak się za­cho­wać, że­by fa­cet czuł się po­trzeb­ny, ad­o­ro­wa­ny, a ona mo­gła po­tem nim po­mia­tać.

Wszyst­ko się we mnie za­go­to­wa­ło, kie­dy od­wró­ci­ła się w mo­ją stro­nę i po­sła­ła mi zwy­cię­ski uśmiech, któ­ry miał mó­wić, że wy­gra­ła. Że Max, mój chło­pak, wy­brał ją, nie mnie.

– Wy­da­wa­ło mi się, czy naj­pierw ten chło­pak wy­glą­dał, jak­by chciał mnie za­bić, a póź­niej ty spio­ru­no­wa­łaś tę dziew­czy­nę wzro­kiem, jak­by two­im je­dy­nym ma­rze­niem by­ło, aby wą­cha­ła kwiat­ki od spodu? – szep­nął do mnie lek­ko roz­ba­wio­ny De­an.

– Nie wy­da­wa­ło ci się – od­szep­nę­łam i od­wró­ci­łam gło­wę, aby pa­trzeć wszę­dzie, tyl­ko nie na tam­tą dwój­kę.

– Twój chło­pak i je­go by­ła?

– Mój chło­pak i je­go przy­szła, nie­do­szła by­ła – mruk­nę­łam.

– De­bil z nie­go – par­sk­nął Car­ter. – Po­ka­zu­je, że jest zły, bo usia­dłaś z kimś in­nym. Mu­si mieć na­praw­dę prze­ro­śnię­te ego.

– Uwierz mi, ma.

De­an ci­cho par­sk­nął, ale za­raz po­tem spoj­rzał na mnie uważ­nie. Przez uła­mek se­kun­dy je­go spoj­rze­nie sta­ło się po­waż­ne, jak­by chciał coś po­wie­dzieć, lecz w ostat­niej chwi­li się po­wstrzy­mał. Po­czu­łam coś dziw­ne­go. Czyż­by wi­dział wię­cej, niż po­ka­zy­wa­łam na ze­wnątrz? [...]

Pozostało jeszcze 90% treści tej książki.

Dia­men­to­we Cie­nie

isbn: 978-83-8423-316-0

© An­na So­bo­ta i Wy­daw­nic­two No­vae Res 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa No­vae Res.

re­dak­cja: Mag­da­le­na Czar­nec­ka

ko­rek­ta: An­na Miot­ke

okład­ka: Iza­be­la Sur­dy­kow­ska-Ju­rek

przy­go­to­wa­nie e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two No­vae Res na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-ma­il: se­kre­ta­riat@gru­pa­za­czy­ta­ni.pl

https://no­va­eres.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.