Diabelski urok - Janusz Rolicki - ebook
Opis

Sensacyjna akcja powieści Janusza Rolickiego, w którą zamieszane są specsłużby PRL i CSRS oraz KGB, stwarza okazję do przedstawienia siermiężnej rzeczywistości Polski Ludowej oraz ukazania ówczesnych włodarzy, w tym Gomułki, w działaniu.

Wiadomość o wizycie wiceszefa Związku Pisarzy Radzieckich, a prywatnie wieloletniego przyjaciela samego towarzysza Breżniewa z lat Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, wywołuje prawdziwe trzęsienie ziemi w warszawskiej redakcji „Nowej Myśli”. Dygnitarz przywozi w teczce tajemniczy maszynopis. W dodatku towarzyszą mu żona i piękna córka, zwana przez Breżniewa córeńką. Nieoczekiwanie dochodzi do międzynarodowego skandalu…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 399

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Janusz Rolicki Diabelski urok ISBN: 978-83-65521-03-03 Copyright © by Janusz Rolicki, 2016 All rights reserved Redaktor: Eliza Szybowicz Projekt okładki i stron tytułowych: Paulina Radomska-Skierkowska Ilustracje na okładce: pl.fotolia.com Wydanie I Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67, faks 61 852 63 26 Dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Był koniec lipca 1970 roku. Jędrzej Wiśniowski, reporter „Nowej Myśli” — tygodnika kulturalno-politycznego wydawanego w Warszawie — po raz pierwszy w życiu znalazł się w salonie VIP-owskim na lotnisku Okęcie. Był tam służbowo. Do nieznanych pomieszczeń wszedł lekko stremowany, niczym prawdziwy nuworysz. Wydawało mu się, że przekracza jakieś nadzwyczajne, nieomal mityczne progi. Tymczasem, jak się po chwili zorientował, nie było tam nic nadzwyczajnego. Sala, na oko stupięćdziesięciometrowa, pełniąca funkcję lotniskowej recepcji dla ważnych gości, znajdowała się na parterze pawilonu. Teraz wyróżniały ją jedynie cisza i pustka.

Poza granicami tego saloniku warszawskie lotnisko pękało w szwach od natłoku pasażerów. Było jedynym w kraju międzynarodowym portem lotniczym, tyle że bardzo lichym i straszliwie prowincjonalnym. Jego terminal w postaci piętrowego prostokątnego i przeszklonego pawilonu wybudowano bardzo oszczędnie już za Gomułki. Odbiło się to na funkcjonalności. Nikogo nie dziwiła obskurność Okęcia. Przypominało ono bardziej port lotniczy Trzeciego Świata niż lotnisko europejskie. Polacy jednak je cenili, gdyż poprzednik tego terminalu był koślawym barakiem postawionym tuż po wojnie, gdy Warszawa była największym w Europie gruzowiskiem.

W tym tak zwanym saloniku stały trzy długie, niskie stoły z blatami krytymi fornirem, otoczone pustymi, przynajmniej tego dnia, fotelami. Ściany były wyłożone drewnianymi panelami przydającymi pomieszczeniu nieco ciepła. Po chwili wahania Jędrzej przysiadł na jednym z foteli i wtedy usłyszał z niewidocznego głośnika lapidarny komunikat:

— Wylądował samolot Aerofłotu z Moskwy.

„Ależ szybko i bez żadnego spóźnienia” — pomyślał. Wiedział już, że nie będzie musiał długo czekać na Josipa Kałakaszę, redaktora naczelnego „Moskowskich Litieraturnych Nowosti”, oraz jego żonę i córkę. Kałakasza, jak poinformowano Wiśniowskiego, przylatywał do Polski na zaproszenie jego redakcji i Związku Literatów Polskich. Gość zaledwie kilka dni wcześniej zapragnął spędzić od trzech już lat przekładany urlop w Polsce. Wiadomość o wizycie przekazana nagle drogą bardzo oficjalną, bo dalekopisami Ministerstwa Spraw Zagranicznych, wywołała prawdziwe trzęsienie ziemi w redakcji, a redaktor naczelny, znany lingwista, profesor Polskiej Akademii Nauk, Stefan Zajączkowski, z jej powodu, jak zatelegrafował, poczuł się zmuszony skrócić swój pobyt w USA. Przebywał tam na specjalnym stypendium ufundowanym przez Uniwersytet Harvarda w Bostonie. Niestety, trudności z uzyskaniem szybkiego połączenia lotniczego z Nowego Orleanu, gdzie akurat od tygodnia bawił, sprawiły, że spotkać się ze swym gościem będzie mógł dopiero za dwa–cztery dni. Oczekującemu na lotnisku reporterowi powiedziano jeszcze w redakcji, że Kałakasza jest w Moskwie bardzo ważną personą. Pełnił bowiem nie tylko funkcję redaktora naczelnego jednego z czołowych tygodników literackich w ZSRS, ale był też wiceszefem Związku Pisarzy Radzieckich i, co ważniejsze, członkiem Komitetu Centralnego KPZR. Jakby tego było mało, gość prywatnie jest wieloletnim przyjacielem samego towarzysza Breżniewa, z którym zna się podobno jeszcze z czasów Wojny Ojczyźnianej, którą obaj spędzili — po części wspólnie — na Małej Ziemi. Dlatego jego wizytą, jak uprzedzono, interesują się najwyższe czynniki polityczne w kraju, z Władysławem Gomułką włącznie. Chodzi o to, powiedziała Jędrzejowi dwa dni wcześniej wiceszefowa tygodnika, redaktor Mirosława Mędrzycka, aby wszystko w tej sprawie odbyło się jak należy. Z tego też powodu redaktor Wiśniowski został odsunięty na dwa tygodnie od wszystkich dziennikarskich zajęć i oddelegowany, jako absolwent rusycystyki, do obsługi gościa i jego rodziny.

Rozmyślania Wiśniowskiego na temat spotykających go złośliwości losu, które sprawiały, że miał się stać na dwa tygodnie kimś w rodzaju redakcyjnego recepcjonisty, przerwało głośne wkroczenie do saloniku kilku osób. Na przedzie szedł Marek Podwieczerski, kolega redakcyjny zwany Cherubinem, którego Wiśniowski absolutnie nie spodziewał się tutaj spotkać. Właśnie przytrzymywał usłużnie wahadłowe drzwi wejściowe, które przekraczała, chichocząc, redaktor Mędrzycka, a za nią wtaczały się jakieś nadęte persony. „To zapewne KC idzie” — pomyślał. Za Komitetem Centralnym rządzącej Polską partii Jędrzej nie przepadał i jako dziennikarz bezpartyjny starał się trzymać od niego jak najdalej.

— O, jak się cieszę, że cię widzę jeszcze samego — zawołała głośno zastępczyni redaktora Zajączkowskiego. — To znak nieomylny, żeśmy się nie spóźnili, prawda? — redaktorka jak zwykle szybko paplała. — A teraz przedstawię cię naszym szefom politycznym z Komitetu Centralnego, warto, abyś ich poznał — stwierdziła na poły kokieteryjnie, lekko mizdrząc się do dwóch niewysokich panów, którzy zatrzymali się przy niej. Obaj byli ubrani w podobne garnitury koloru jasnoniebieskiego. — Zapamiętaj, to są towarzysze kierownicy z Wydziału Kultury KC naszej partii. Nie ma niestety samego głównego kierownika, towarzysza Wacka Kiczora, ale za to są obecni dwaj jego zastępcy: towarzysze Kwiek i Woda. — Obaj panowie na te słowa skłonili się jak na komendę. — A na dokładkę — kontynuowała z ożywieniem — jest z nami jeszcze wiceszef Związku Literatów, poeta towarzysz Marian Gryz.

— Na jaką dokładkę? — zaprotestował tak przedstawiony literat. — Przecież nawet wy z pewnością wiecie, że towarzysz Kałakasza został zaproszony również przez nas. Długo o jego przyjazd zabiegaliśmy.

— Właśnie, właśnie, dobrze się składa — odpowiedziała Mędrzycka lekko znudzonym tonem. — Stale to przypominam kolegom. A Marka — zwróciła się ponownie do Jędrzeja — nie muszę ci przedstawiać. Skoro nie paliłeś się specjalnie do obsługi towarzysza Kałakaszy z rodziną… swoją drogą, co za dziwne nazwisko, nie wiadomo, jak je odmieniać — wtrąciła ze śmiechem — wyszykowałam na twoje miejsce właśnie Marka. On, specjalnie o to nieproszony, zgodził się wziąć na siebie obowiązki związane z wizytą tak ważnych moskiewskich gości. W związku z tym zwalniam cię z wyznaczonego ci zadania. Możesz wrócić do swojej pisaniny…

Zabrzmiało to niezbyt elegancko, a Jędrzejowi sprawiło wręcz przykrość. Dalsze słowa redaktor Mędrzyckiej przerwało nagłe pojawienie się oczekiwanych gości. Do saloniku wprowadziła ich lotniskowa stewardesa. Nie robili nadzwyczajnego wrażenia. Towarzysz Kałakasza był przysadzisty, prawie kwadratowy i średniego wzrostu. Twarz miał zaczerwienioną i sfatygowaną, zapewne — jak ocenili biegli towarzysze z KC — od nadużywania napojów wyskokowych. Przypominał klasycznego ruskiego mużyka, którego wyszorowali, nakarmili, potem wystroili i w końcu wysłali do miasta. Liczył sobie nie mniej niż sześćdziesiąt lat. Ubrany był w ciemnogranatowy dwurzędowy garnitur, chyba za ciepły na tak upalne lipcowe popołudnie. Dlatego zapewne w ręku trzymał białą chusteczkę, którą obcierał sobie mocno już zroszoną potem twarz. Jego żona była co najmniej o dwadzieścia lat od niego młodsza. Miała utapirowane blond włosy. Umalowana była, jak uznał Jędrzej, zbyt ostro, co wbrew jej oczekiwaniom raczej podkreślało felery nazbyt ostrych rysów twarzy, miast je kamuflować. Nosiła chanelowski kostium koloru niebieskiego i ściśle dopasowane szpilki, dla elegantek zbyt toporne. Na jej nogach widać było wyraźną opuchliznę, której nabawiła się z pewnością w samolocie. Ich córka o imieniu Ninoczka miała nie więcej niż dwadzieścia trzy, dwadzieścia cztery lata, urodę przeciętną, ale nie była szpetna. Jej atutami były długie nogi, świetne włosy i zgrabna sylwetka. Na okrągłej wesołej twarzy miała okulary przeciwsłoneczne. Teraz rozglądała się dosyć rozpaczliwie po saloniku. Uśmiechnęła się wyraźnie, zresztą sama do siebie, dopiero wtedy, gdy zatrzymała wzrok na Marku Podwieczerskim, uznawanym powszechnie za przystojniaka. On jeden w tej salce spełnił chyba jej oczekiwania. Jego obecność — uznała — zapowiadała, że wizyta w Polsce, na którą ojciec wziął ją mimo jej protestów, nie musi być nudnym oficjalnym koszmarem. Po krótkiej prezentacji Mędrzycka klasnęła w ręce i zawołała:

— A gdzie są, Jędrzeju, napitki? Przecież nie będziemy jak ubogie sieroty czekali tutaj na bagaże.

I nie czekając na wyjaśnienia, zwróciła się do stojącej z boku stewardesy z prośbą o podanie paluszków i francuskiego koniaku oraz wody, jak podkreśliła, bordżomi, a także coca-coli. Ta zapowiedź wpłynęła korzystnie na atmosferę spotkania. Goście i witające ich osoby z nieskrywanym westchnieniem ulgi szparko zaczęli zajmować miejsca za stołem, a redaktor Podwieczerski wręczył przybyszom napisany cyrylicą na wytwornym kredowym papierze program pobytu w Polsce. Towarzysz Kałakasza ledwie rzucił okiem na wręczone mu papiery.

— Trzy pierwsze noce spędzimy w Hotelu Bristol? — spytał retorycznie.

— To wciąż najzacniejszy hotel w Warszawie — podkreśliła Mędrzycka. — Stamtąd po dwóch noclegach zawieziemy towarzyszy samochodem do Zakopanego. A po tygodniu wypoczynku w górach planujemy powrót na trzy dni do stolicy, aby potem zabrać was nad morze. Z tym że druga część wizyty będzie już holowana — powiedziała niezręcznie — przez towarzyszy ze Związku Literatów.

Towarzysz Kałakasza, jeszcze bardziej zaczerwieniony po szybkim wypiciu dwóch stakanków martella, kiwnął z aprobatą głową i zapewnił, że nie zgłasza żadnych zastrzeżeń. Szefowa „Nowej Myśli” dodała jeszcze oficjalnym tonem:

— Zapewniam towarzyszy, że wszędzie będziecie mieszkali w najlepszych hotelach. W Zakopanem będzie to Trzaska w centrum kurortu, a nad morzem czeka na was apartament w Grand Hotelu w Sopocie. Usytuowany jest wprost na plaży. W nim co roku, w sierpniu, zatrzymują się uczestnicy sopockiego festiwalu piosenki.

Ostatnia informacja zainteresowała nawet wyraźnie znudzoną Ninoczkę, która ze znawstwem pokiwała głową. Dalej Mędrzycka w ciepłych słowach przybliżyła gościom sylwetkę Marka — członka kolegium redakcyjnego i kierownika działu reportażu. Dodała, że będzie on pełnił funkcję opiekuna i przewodnika i nie odstąpi ich na krok nawet w najintymniejszych sytuacjach. Wywołało to oczekiwaną wesołość.

Marek Podwieczerski, nie bez powodu zwany Cherubinem, uważany był za nadzwyczaj kochliwego mężczyznę. Mierzył 185 centymetrów wzrostu, był blondynem, czesał się z przedziałkiem, oczy miał niebieskie, a sylwetkę chłopięcą w dobrym amerykańskim stylu, którego uosobieniem był zmarły tragicznie, a wciąż popularny aktor James Dean. Dlatego o sercowych podbojach redakcyjnego Cherubina było w stolicy nieustająco głośno. Nic dziwnego, że obie przybyłe panie dały po sobie poznać, iż taki przewodnik wielce im odpowiada.

Natomiast towarzysz Kwiek, nie czekając, aż wybrzmią wszystkie „ochy” i „achy” obu pań na temat redaktora Podwieczerskiego, powitał dostojnego gościa niemal żołnierskimi słowy.

— W samym środku waszej wizyty, a więc po powrocie z Zakopanego, a przed wyjazdem do Sopotu — oświadczył — zostaniecie, towarzyszu, przyjęci przez towarzysza Kliszkę.

Był to wówczas, jak wszyscy wiedzieli, numer dwa w polskiej partii. Informacja ta zrobiła mocne wrażenie na gościu, który z dużym zadowoleniem pokiwał głową i ze trzy razy powtórzył: — Oczeń spasiba, towariszczi.

Z kolei wiceprezes Związku Literatów, wyraźnie zadowolony, że dopuszczono go wreszcie do głosu, w dowód wielkiego zaufania i przyjaźni zaprosił towarzysza Kałakaszę na posiedzenie egzekutywy PZPR u literatów.

— Zastanawialiśmy się nawet, czy nie za dużo w ten czas urlopowy proponujemy wam wizyt politycznych, ale znając wasze zaangażowanie w sprawę budowy socjalizmu w naszych bratnich krajach, uznaliśmy, że nie będzie to dla was nadmiernym obciążeniem.

— Oczywista oczywistość — odpowiedział drogi gość, wylewnie powtarzając spasiba i oczeń charaszo. Dziękował w ten sposób, jak podkreślał, za szczególne powitanie i nadzwyczaj ciekawy program wizyty w bratniej Polszy. Na koniec, zaznaczając, że ma jeszcze specjalną sprawę do redaktor Mędrzyckiej, zapytał scenicznym szeptem: — Jak tam, towarzyszko, jest z kieszonkowym? Jak wiecie — dodał bez skrępowania — przy wszystkich wymianach między naszymi tygodnikami dla oszczędności wspieramy się nawzajem finansowo, aby mieć jakieś drobne pieniądze w czasie służbowych wizyt odbywających się na zasadzie bezdewizowej.

— Oczywiście, towarzyszu redaktorze — odrzekła Mędrzycka — nie zapomnieliśmy o tym i mamy stosowną kopertę. — Po czym zwróciła się do Podwieczerskiego: — Marku, pozwól. — A odwracając się ponownie do gościa, wyjaśniła: — Redaktor miał dopełnić tej formalności w hotelu. Ale jeśli chcecie mieć to już za sobą, to proszę bardzo.

Po wypiciu trzech butelek koniaku w tak nielicznym gronie stosowna proletariacka czujność najwyraźniej opuściła redaktora z Moskwy. Niemniej jednak widok koperty, której zawartość na oczach towarzystwa natychmiast przeliczył, najwyraźniej mocno go rozluźnił. Koperta spełniła jego oczekiwania.

— Dobrze wyfasowaliście, towarzysze? — upewnił się.

— O ile się nie mylę, jest tam pięć i pół tysiąca — usłyszał.

— Da, da, oczeń wam spasiba. Po tak zacnym imperialistycznym trunku, jakim nas uraczyliście, taki podarek to doprawdy dobra zapowiedź owocnego charakteru naszej wizyty w bratniej Polszy.

— Aha — Mędrzycka przerwała gościowi w pół słowa. — Na jutro planujemy dla was rodzinną wizytę w naszym KC-owskim uniwiermagu dla inostrannych gostiej, po naszemu w Domach Towarowych Centrum. Zaopatrzycie się tam we wszystko, czego wam będzie potrzeba na urlopie. Zaznaczam, że tam obowiązują ceny specjalne. My bowiem nie kapitalisty i nie zdzieramy skóry z gości, prawda, towarzyszu Woda? — zwróciła się do jednego z zastępców kierownika Wydziału Kultury.

— Ależ bezwzględnie! Obsługa będzie do waszej dyspozycji. A ja dodatkowo będę wam towarzyszył na zakupach — potwierdził zagadnięty, wykonując przy tym lekki skłon adresowany do gościa i jego małżonki.

Oznaczało to, że wstępne powitanie gości zostało zakończone. W samą porę, bo stewardesa dawała Mędrzyckiej energiczne znaki, że ich czas już minął, a na skorzystanie z saloniku oczekują kolejni zagraniczni goście. Po chwili w dobrym, trzeba przyznać, nastroju całe grono, lekko już zawiane, ale za to w prawdziwie partyjnej atmosferze, wytoczyło się bocznym wyjściem wprost na VIP-owski parking. Przemyślne położenie saloniku i parkingu dobrze chroniło ważne osoby przed wścibstwem gapiów. Na parkingu na utrudzonych powitaniem towarzyszy czekały cztery samochody. Towarzysz Kałakasza z rodziną i Markiem jako przewodnikiem na dokładkę odjechał do hotelu najnowszym modelem wołgi podstawionym przez KC partii, a polscy towarzysze do niecierpiących zwłoki zajęć udali się trzema pozostałymi samochodami, w tym dwoma polskimi fiatami 125 i jedną warszawą M-20 (należącą do literatów).

Spoglądając na te samochody — do wnętrza żadnego z nich nikt go akurat nie zapraszał — Jędrzej uświadomił sobie po raz kolejny, że choć w ostatnich latach motoryzacja w PRL przeżywa prawdziwą rewolucję, to o własnym samochodzie może jak każdy Kowalski tylko pomarzyć, niczym o gwiazdce z nieba. A cała ta rewolucja polegająca na zakupie przez Polskę licencji Fiata 125p to zawracanie kijem Wisły. Okrzyknięty rewelacją samochód był, jak się dowiedział od samochodowego eksperta, pojazdem typowo urzędniczym, przeznaczonym dla aktywu partyjnego administrującego krajem. Natomiast wołgi, których wiele sprowadzano z ZSRS, miały pełnić funkcję pseudomercedesów. Bo te prawdziwe, w liczbie kilkudziesięciu w jednolitym czarnym kolorze, były zarezerwowane dla tak zwanej kolumny rządowej. W dodatku w ostatniej chwili transakcja zakupu licencji Fiata okazała się humbugiem po jej wcześniejszym okrojeniu przez Gomułkę. Gdy pierwszy sekretarz dowiedział się, ile kosztuje licencja, nakazał obciąć jej koszty dewizowe o połowę. Z tego powodu fabryka na Żeraniu, która właśnie odstąpiła od produkcji przedpotopowych już samochodów marki Warszawa na radzieckiej licencji, zaczęła produkować samochody modelu, jakiego w rzeczywistości we Włoszech nie było. Z włoskiego Fiata 125 w polskiej wersji zachowano tylko karoserię i wnętrze kabiny, natomiast tak zwane bebechy wypełniano silnikami i oprzyrządowaniem starych samochodów Fiata, pochodzących jeszcze z lat dwudziestych i trzydziestych. Dlatego nowy pojazd palił jak smok i był kosztowny w eksploatacji. Pierwszy sekretarz partii znany był z oszczędnościowej obsesji nad wyraz często prowadzącej do produkcji bubli. W związku z tym tak jak na Fiata 125 narzekano w owym czasie w Warszawie na niedawno wybudowane przejścia podziemne pod nowym rondem na rogu Marszałkowskiej i Alei Jerozolimskich. Gdy bowiem szefowi szefów, jak nazywano Gomułkę w kręgach partyjnych, wpadł w ręce projekt, który przewidywał wybudowanie pod ziemią dodatkowo kawiarni, barów i sklepów w stylu wiedeńskiego Ringu, naczelny inwestor wpadł w złość i pozwolił jedynie na kilka kiosków i pakamer, które całą inwestycję pozbawiły szyku i funkcjonalności.

Smutne rozważania Jędrzeja przerwał niespodziewany odgłos zatrzymującego się nieopodal przystanku autobusowego, do którego zmierzał, fiata 125, a potem trzask otwieranych drzwi.

— Pozwól no z nami — zawołała do niego ni z tego, ni z owego redaktor Mędrzycka.

Po chwili redakcyjny samochód cofnął się z piskiem hamulców w jego pobliże.

— Jeśli wracasz jeszcze do redakcji, a mam nadzieję, że tak, to bardzo proszę z nami — usłyszał dziennikarz. — Nie będziemy wozić samego powietrza, prawda, panie Henryku — odezwała się wcale nie pytającym tonem do kierowcy. Jak zauważył Jędrzej, szefowa miała lekko w czubie i była jeśli nie zdenerwowana, to z pewnością zaaferowana. Przez dłuższy czas jechali w milczeniu. Jędrzej w zasadzie nie lubił takich przejażdżek ze zwierzchnikami, bo najzwyczajniej w świecie nie umiał się wobec nich znaleźć. Także teraz czuł się lekko skrępowany. Dlatego jazda z lotniska, chociaż szybka i bez porównania wygodniejsza niż autobusem czy tramwajem, dłużyła mu się zdrowo. Gdy w milczeniu dojeżdżali już na ulicę Frascati, gdzie mieściła się ich redakcja, Mędrzycka odwróciła się do Jędrka i spytała tonem nie znoszącym sprzeciwu:

— Wpadniesz do mnie?

— Chętnie, tylko rzeczy zostawię u siebie. — Miał na myśli swoją aktówkę z czarnej dermy, którą zabrał na lotnisko. Gdy chwilę później przekroczył próg gabinetu przełożonej, usłyszał, jak mówi do słuchawki:

— Dwie kawy, pani Wiesiu, i proszę nam nie przeszkadzać.

Mędrzycka w czasie nieobecności redaktora naczelnego zawsze urzędowała w jego gabinecie. Był to największy pokój w całej redakcji. Oprócz zastępującego biurko stołu z baterią telefonów był tam kilkunastometrowy stół ze szklanym blatem i dwudziestoma kilkoma krzesłami stojącymi po bokach. Drugie tyle krzeseł ustawiono równo pod ścianami. Całość była w kolorze jasnego drewna, co w naturalny sposób ocieplało kolorystykę gabinetu. Dziś już go to nie dziwiło, ale gdy po raz pierwszy znalazł się w tym wielkim biurowym pomieszczeniu, był prawdziwie zaskoczony wystrojem. Przy tym właśnie stole odbywały się kolegia redakcyjne i zebrania zespołu redakcyjnego, w których on sam uczestniczył, zazwyczaj milcząc. Teraz, gdy siedzieli sami we dwójkę przy wielgachnym pustym meblu ze szklanym blatem odbijającym promienie słoneczne i zmuszającym ich do mrużenia oczu, pokój wydawał się Jędrkowi nieco widmowy. Dla ożywienia go stosunkowo niedawno przytwierdzone zostało nad biurkiem godło państwowe, a vis-à-vis drzwi zawieszono za szkłem portret Żeromskiego. Nieco dalej na wbitym w ścianę gwoździu podobno od zawsze wisiała szkolna mapa świata, na której kontury Polski, zaznaczone na czerwono, przypominały zwykły naparsteczek. Dawniej w czasie obrazoburczych dyskusji politycznych, w których Jędrzej jeszcze nie brał udziału, redaktor Zajączkowski miał od czasu do czasu stukać ostro dłonią w blat stołu i co bardziej pyskatych kolegów odsyłać do tej mapy, aby wydorośleli i w pełni do nich dotarło, jakie jest położenie geopolityczne Polski w Europie i względem wschodniego sąsiada.

— Słuchaj — zaczęła cichym głosem Mędrzycka. — Nie chcę, abyś poczuł się zawiedziony tym, że całą rzecz powierzyłam ostatecznie Markowi. Ta wizyta to bardzo delikatna sprawa, nie wiadomo zresztą dlaczego. Podświadomie się jej boję. Mówiąc między nami — zastrzegła — odnoszę wrażenie, że w ostatnim czasie atmosfera wokół redakcji bardzo się w gmachu zagęściła.

Jędrzej jak każdy w redakcji wiedział, że chodzi o gmach KC partii.

— To nie wróży nam nic dobrego — kontynuowała szefowa. — Wciąż mają do nas w KC jakieś pretensje. Ostatnio twierdzą, że jesteśmy zbyt mało zaangażowani i nie dość efektywnie pomagamy partii. A my tymczasem, sądzę zresztą, że tak jak cały kraj po zakończeniu hecy marcowej, chcemy przede wszystkim spokoju. Dlatego przyjazd właśnie teraz tego dziwnego Kałakaszy czy jak mu tam zupełnie nie jest nam po drodze. Musimy dobrze tę wizytę przeprowadzić. Stefana przecież nie ma z nami, a tylko on potrafi rozmawiać z facetami z KC. I to mi spędza sen z powiek. Nie wiem co prawda, jak byś dał sobie radę z tymi ruskimi, ale w nocy przyszło mi do głowy, że Podwieczerski będzie do tego w sam raz. Pomyślałam o tym zresztą, gdy mi powiedziano, że z tym starym będą jeszcze dwie kobiety. A Mareczek jest, jak wiesz, pies na baby, taki picuś glancuś, że palce lizać. No i dzięki temu będzie miał za sobą damską część rodziny Kałakaszy. Te jego żenszcziny, gdy tylko ujrzały Mareczka, niemal natychmiast zaczęły pożerać go wzrokiem. I dobrze. I powiem, że o to właśnie chodzi, bo w końcu one będą miały wpływ na odczucia starego. Moim zdaniem ty nie potrafiłbyś tak jak Marek owinąć sobie tych bab wokół palca. Prawda, że nie? — zakończyła swój wywód pytaniem.

— Też tak myślę i uważam, że dobrze zrobiłaś, wybierając właśnie Marka. Ja nigdy w życiu nie występowałem w roli przewodnika czy bawidamka, w dodatku tak ważnej, jak mówisz, persony.

— Dobrze, że się nie boczysz. Przyszło mi jednak do głowy, abyś na wszelki wypadek pojechał w delegację do Zakopanego i z daleka miał na tego skurwiela i naszych ruskich baczenie. Tylko uważaj, żeby cię nie zobaczyli. Gdybyś uznał, że Mareczek cuduje albo jakoś nie pasuje do sytuacji i nie daje sobie rady, dasz mi znać i wespół w zespół, jak śpiewał Michnikowski, coś wymyślimy dla ratowania sytuacji.

W tym momencie zadzwonił telefon.

— Pani Wiesiu, prosiłam, aby nam nie przeszkadzać — odezwała się wicenaczelna.

— Pani redaktor, kiedy dzwoni ten nasz gość z Moskwy, na którego powitanie pani redaktor dziś była na lotnisku — usłyszał Jędrzej całkiem wyraźnie wypowiedziane do telefonu słowa sekretarki.

— Łącz mnie.

Po chwili rozległ się głos Kałakaszy:

— Towarzyszko redaktorko, chciałem jutro po uniwiermagu odwiedzić was w redakcji. Mam ze sobą tekst, który pragnę wydrukować w waszym tygodniku.

— A czego on dotyczy?

— To rzecz niecodzienna, opowiada o walkach na Małej Ziemi w czasie ostatniej wojny. Pokazuje bardzo istotną rolę towarzysza Breżniewa w tamtych dniach, podczas bojów z hitlerowską bestią.

— To rzeczywiście bardzo interesujące — odpowiedziała Mędrzycka, mimo woli wzdychając ciężko i przewracając przy tym oczami do Jędrzeja, jakby nagle dostała pląsawicy. Na swój sposób było to zabawne, prawie parsknął śmiechem, widząc grymas szefowej.

— Prywatnie wam powiem, że patronuje temu tekstowi sam towarzysz Breżniew — kontynuował w najlepsze, najwyraźniej dla solidniejszego efektu ich moskiewski gość. — A nawet, mówiąc szczerze — dodał po chwili — ale tylko dla waszego ucha, jest on osobiście autorem tej niezwykłej książki. Ja ją właściwie jedynie firmuję, i to nie wiem, do którego momentu. Na początek chciałbym wam ją wręczyć. Przy okazji dodam, że dobrze by było, gdybyście pilnie pogadali dziś czy jutro z jakimś dobrym wydawnictwem. Na nasze wyczucie książka o szczególnej roli towarzysza Breżniewa w czasie tamtych doniosłych zmagań frontowych powinna się znaleźć na polskim rynku. On był wówczas, wiecie, komisarzem do spraw politycznych walczącej tam armii. Ja tam zresztą byłem jego bezpośrednim podwładnym. To, że na moje usilne prośby zgodził się opowiedzieć w formie literackiej o swych osobistych przeżyciach w tamtych dniach, jest prawdziwym wydarzeniem, o znaczeniu wręcz międzynarodowym.

— To świetnie, drogi towarzyszu. A powiedzcie, czy macie ze sobą także tłumaczenie?

— No nie! Droga towarzyszko, to już by była wasza sprawa. My udostępniamy tylko rosyjski oryginał.

— Zrozumiałe, ale do translacji tak ważnego tekstu musimy zaangażować najlepszych ludzi, z pierwszej ligi tłumaczy z rosyjskiego. A teraz, w czasie wakacji, gdy wszyscy są na urlopach, gdzie ja znajdę takich specjalistów?

— Wiecie, po mojemu to w takiej sytuacji ich się zwyczajnie wzywa i kropka. Jeśli więc weźmiecie dobrego tłumacza, to raz dwa będzie ze wszystkim po sprawie.

— Oj, łatwo wam, towarzyszu, tak powiedzieć. — Mędrzycka westchnęła lekko zalotnie i po chwili przerwy dodała: — W takim razie czekam na was jutro, drogi towarzyszu Kałakasza, po waszej wizycie w uniwiermagu. — Odłożywszy słuchawkę, ciężko zaklęła: — Kurwa mać, diabli to nadali. Bez Stefana nie kiwnę palcem, no bo jak? — Nie zważając na obecność w gabinecie Jędrzeja, głośno dawała wyraz swemu niezadowoleniu: — Takiego, kurwa, gniota, bo co to może być innego, będę musiała wziąć jak przez bibułkę i ciupasem odesłać do KC, a potem z nabożeństwem drukować. A ja wiem, że na spławienie takiego gówna to i towarzysz Kiczor będzie za mały. A co na to powiedzą czytelnicy, środowisko? Orzekną wszyscy zgodnie, że od tego lizodupstwa z kretesem w redakcji powariowaliśmy, i przestaną nas czytać. A wtedy nas, tak jak tu jesteśmy, wypierdolą, tłumacząc publicznie, że zawiedliśmy zaufanie partii. Zresztą ja takiego gówna jak nasz tygodnik też nie wzięłabym do ręki, gdybym nie siedziała tu na etacie. A dzisiaj, psia mać, nie ma już, niestety, obowiązkowej prenumeraty — wtrąciła złośliwość pod adresem partii. — Wiesz, tylko dzięki temu „Trybuna Ludu” była za Stalina najpoczytniejszym dziennikiem w Polsce. Obecnie publika kupuje, co chce, głosując w ten sposób na gazety nogami. Patrz: mało temu Breżniewowi nieludzko wielkiej władzy, jaką ma, to jeszcze chce być literatem. Żeby chociaż wziął sobie do pomocy kogoś takiego jak Szołochow, to rozumiem. Ale Kałakasza? Widać ich KC ma teraz zadekretować, że został nowym Tołstojem. A co powiedzieć o politycznej stronie tego galimatiasu? — dodała po chwili. — Ja na ten temat nie wiem ani me, ani be. To, psiakrew, tak czy siak w końcu się musi oprzeć o samego Gomułkę. W Polsce to tylko on jakoś pogrywa z Breżniewem. Mówiłam towarzyszowi Kiczorowi, gdy Kałakasza zapowiedział tę wizytę, aby ją przełożyć, bo to może być jakaś niejasna kombinacja z ich strony i wtedy my będziemy musieli osobiście nadstawić dupy do bicia. To mnie ofuknął. Teraz wspólnie usiądziemy w szambie. Chociaż dobrze, że wspólnie — podsumowała po chwili zastanowienia.

— Może nie będzie aż tak źle — bez przekonania i w sumie głupawo odezwał się Jędrzej.

— Dobra, dobra, w każdym razie morda w kubeł. Niechcący to wszystko usłyszałeś i teraz pamiętaj: ani mru-mru! Żebyś mi się gdzieś, nawet w redakcji, nie wygadał. O tej grze w dupniaka z radzieckimi przyjaciółmi nikt poza mną i tobą na razie nie wie. Nie żartuję. Jutro masz kiblować w redakcji od południa. Jak stary kacap przyniesie ten gorący kartofel w postaci książki, o której mówił, to trzeba szybko zrobić z tego ksero w KC, bo tam mają dostępne dla wybranych urządzenie, i to nie jedno. Potem dam ci ten tekst do szybkiego przeczytania, bo ja z bukwami jestem trochę na bakier. Ty w końcu jesteś rusycystą, to nam się bardzo przydasz. Chcę wiedzieć, co to jest warte artystycznie i politycznie. A teraz zostaw mnie, z łaski swojej, samą. Muszę się spokojnie z tym wszystkim zmierzyć. Dobrze? Niech się dowiedzą w partii, że mam dla nich pasztet.

— No, ale skoro to jest książka samego Breżniewa, Gomułka będzie musiał ją puścić z fanfarami i kropka — przerwał Jędrzej, powstając z miejsca.

— Gówno prawda, powiem nieelegancko i brutalnie, Gomułka po prostu jest nieobliczalny. Jak mu swego czasu Sowieci zaleźli za skórę, to jednego z sekretarzy KC KPZR, chyba Katuszczewa, co to jest u nich od stosunków z socstranami, przez trzy dni nie wpuścił do swego gabinetu. I ruski dupek, chciał nie chciał, odleciał z Warszawy jak niepyszny. Musiał się zadowolić, zamiast spotkania z pierwszym, wizytą u Kliszki czy tam Strzeleckiego. I tyle. Gomułka, jak zechce, to wstrzyma publikację tej książki na rok albo dwa… A teraz idź już, z łaski swojej!

„Boże, co to za prawdziwek i naiwniak” — pomyślała Mędrzycka, obserwując wychodzącego Jędrzeja. „Nie pamiętam, czy ja w jego wieku miałam podobne bielmo na oczach i byłam równie głupia. Czy też może już coś niecoś wiedziałam o tym zasranym świecie i rozumiałam, co się z czym wpierdala?”

„Ale się spietrała” — myślał z niepokojem o Mędrzyckiej Jędrek, delikatnie zamykając drzwi do najważniejszego gabinetu w redakcji. „Ona rzeczywiście straciła głowę i dostała małpiego rozumu. Oby nie zakończyło się to naszą wywrotką. Strach to zły przewodnik” — dumał, wracając w minorowym nastroju do swego redakcyjnego pokoju.

* * *

Następnego dnia, a była to środa, punktualnie o dziesiątej trzydzieści czarna wołga z redaktorem Kałakaszą i jego rodziną podjechała pod Domy Centrum w Warszawie. Był to socjalistyczny market położony w samym sercu stolicy. Przez długich kilkanaście lat przed wybudowaniem okazałych czteropiętrowych gmachów miejsce to przypominało powstańcze pobojowisko. Tyle że po wojnie uprzątnięto gruzy i pobudowano parterowe budy, w których mieściły się prywatne sklepy i sklepiki oferujące szwarc, mydło i powidło. Dziś na ich miejscu stał największy w Polsce zespół domów towarowych, a także trzy dwudziestokilkupiętrowe wieżowce i niska rotunda. Całość zabudowy nazwano z patosem Ścianą Wschodnią. W nazwie chodziło o wschodnią stronę ulicy Marszałkowskiej. Od południa kompleks architektoniczny zaczynał się na skrzyżowaniu dwóch głównych stołecznych ulic: Alei Jerozolimskich i Marszałkowskiej. Zajmował całą pierzeję tej ostatniej, vis-à-vis Pałacu Kultury — jedynego w stolicy, za to bardzo strojnego, socrealistycznego 230-metrowego wieżowca, wzorowanego na kilku podobnych budowlach moskiewskich, które zostały wzniesione jeszcze w latach trzydziestych, a podarowanego Warszawie na polecenie samego Stalina. Takie właśnie rozwiązanie urbanistyczne, kompletnie nieliczące się z planem przedwojennej Warszawy i praktycznie wywracające do góry nogami dawne stołeczne city, miało stanowić, jak mówiono, nowe socjalistyczne centrum polskiej stolicy. W trzech czterokondygnacyjnych budynkach domu towarowego mieściły się hale sklepowe dla wszystkich. Poza nimi był jeszcze utajniony i niedostępny dla zwykłych klientów dział sprzedaży specjalnej. Chodziło o to, aby ważni przybysze z zagranicy przyjeżdżający do stolicy Polski mogli kupić atrakcyjne towary, które w normalnej części domu towarowego były nieosiągalne lub dostępne tylko okazyjnie, po odstaniu wielu godzin w stosownych kolejkach. W gabinecie na pierwszym piętrze, w części sklepu nazwanej Warsem, na gości z Moskwy czekał wicedyrektor Domów Centrum wraz ze znanym nam już towarzyszem Wodą z Komitetu Centralnego. Obecność tego ostatniego dowodziła dobitnie, że oczekiwany gość zagraniczny jest naprawdę ważną personą i dobre jego obsłużenie w socjalistycznym domu towarowym jest istotne dla kraju. Obok gabinetu były zmyślne salki recepcyjne, w których goście zagraniczni zwykle przysposabiali się do zakupów.

Szczęśliwie Kałakasza po przekroczeniu progu gabinetu dyrektora dowiedział się, że z nabyciem atrakcyjnych towarów nie będzie żadnych ceregieli, na przybyszów czekały bowiem specjalne katalogi informacyjne w trzech językach: polskim, rosyjskim i niemieckim. Na dobrym kredowym papierze, efektownie a prosto zadrukowanym, znajdował się wykaz sprzedawanych produktów. Pochodziły one dosłownie z całego świata, co stanowiło główną zaletę tego uniwiermagu — jak o nim mówili goście z ZSRR. Można tam było znaleźć japońskie sokowirówki obok niemieckich lodówek, telewizorów i amerykańskich maszynek do golenia. Poza tym sprzedawano je tanio, po kursie znacznie korzystniejszym niż w Londynie czy w Paryżu. Trzeba przyznać, że brak atrakcyjnych, a czasem nawet zwyczajnych towarów rynkowych w sklepach był zmorą całej właściwie stworzonej po wojnie przez Moskwę wspólnoty zniewolonych państw. Katalogi, które teraz zaprezentowano gościom, podzielone zostały na działy, takie jak konfekcja męska i damska oraz dziecięca, obuwie, galanteria, koszule, towary AGD itp. Dla wygody klientów były one ozdabiane stosowną fotką, krótkim opisem po polsku i rosyjsku oraz informacją o cenie. Nic zatem dziwnego, że przybyszom z Moskwy na widok zawartości informatorów zaświeciły się oczy.

— Widzisz, Josip, że aby dobrze się zaopatrzyć w niezbędne drobiazgi, nie trzeba już latać do Paryża czy Londynu, bo można to zrobić w bratniej Polszy — odezwała się niezbyt głośno żona redaktora. — No i patrz, po jak atrakcyjnych cenach — dorzuciła po chwili, lekko przy tym mlasnąwszy z podniecenia.

— Ciszej, kochanie. Nie musimy od razu robić wokół tej sprawy wielkiego halo, a z siebie widowiska.

— Kiedy to prawda, tato — wtrąciła się córka. — I nie ma co z tego robić tajemnicy. U nas wciąż w sklepach jest takie barachło, że oczy kłuje, a rakiet, które ponoć mamy najlepsze na świecie, ani mama, ani ja nie zamierzamy kupować. Natomiast Polacy, nawet jeśli sami nie potrafią wyprodukować dobrych rzeczy, to chociaż umieją je kupić za granicą — mówiąc to, Ninoczka kartkowała w najlepsze wręczony jej katalog.

— Dobra, dobra, moje kochane. Poddaję się bez bicia. — Zaś do kierownika Wody Kałakasza odezwał się w sposób mocno ugrzeczniony: — Tym, co widzę, jestem wręcz zaskoczony. To wprost istny sezam. Gratuluję! Już samo bogactwo oferty przewyższa opowieści o waszym uniwiermagu nie od wczoraj krążące po Moskwie.

— Proponuję, abyśmy teraz udali się na zakupy dla Ninoczki — odezwał się wcale o to nie pytany, niespodziewanie markotny tego dnia Podwieczerski. Dotychczas siedział cicho. Najwyraźniej nie wiedział, że w Warszawie jest taki atrakcyjny magazyn, w którym wybrani towarzysze mogą znaleźć wszystko, czego dusza zapragnie.

— Szanowny redaktorze, w tej części Domów Centrum na zakupy się nie chodzi, tutaj zakupy przychodzą same do klientów — oświadczył z dumą wicedyrektor. — Klient musi jedynie wybrać w żurnalu stosowny rozmiar i podać go obsłudze, a za chwilę interesująca go rzecz znajdzie się w jego rękach. Celem zapoznania się i pełnego zastanowienia nad naszą ofertą, a doprawdy nie żałujemy zachodu, klient musi się w stosownym momencie jedynie zdecydować na powiedzenie „tak”. Widzę, że jesteście u nas, redaktorze, po raz pierwszy…

— Zgadzam się na taki tryb działania, tyle że nie wiem, jaka jest u was numeracja — przerwała dyrektorowi lekko zirytowana jego gadulstwem Ninoczka. Trzymała właśnie piękny biustonosz renomowanej firmy i miętosiła go bezradnie w rękach. — A bez znajomości numeracji nie sposób, dobrze wybrać. Każdą rzecz osobistą trzeba przecież zwyczajnie przymierzyć — dodała z wyrzutem.

— Czy u was jest angliczańska numeracja? — fachowo spytał Kałakasza.

— Nie, środkowoeuropejska. I to dobrze, uważam. Do dziś zresztą w tej sprawie nie wypowiedziały się stosowne komisje RWPG. I szczerze mówiąc, mamy z tego powodu spory bałagan — odpowiedział profesjonalnie usłużny dyrektor.

— Lepiej nie mówcie o RWPG — machnął ręką Kałakasza. — To nasz wielki zawód. Oni ciągle obradują, przy okazji zadrukowując wiele nikomu niepotrzebnych ton papieru, ale niczego nie potrafią ustalić raz a dobrze, czyli tak, żeby wszystkich, wiecie, zadowolić. Im w gruncie rzeczy udał się tylko gmach, to znaczy siedziba. Z każdego prawie miejsca w Moskwie dobrze go widać. I tyle! — To powiedziawszy, westchnął, machając przy tym z dezaprobatą ręką.

— Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma, towarzysze. — Tą sarkastyczną uwagą, w której pobrzmiewał chyba nawet ton nieskrywanej wyższości, zakończył całą dyskusję zastępca kierownika wydziału KC, towarzysz Woda. — Proponuję więc, żeby panie wybrały sobie fatałaszki wedle swego życzenia. W tym celu, gdy tylko obsługa przyniesie to, co zamówiły, a więc już za chwilę, należy pójść do sali obok, gdzie jest kilka przymierzalni, a my w męskim, że tak powiem, gronie dla kurażu wypijemy po maluchu — rzekł towarzysz Woda, mrugając przy tym okiem do gościa z Moskwy. Najwyraźniej rozpoznał w nim bratnią duszę do kielicha.

— Towarzysze, tylko jedną rzecz musimy sobie powiedzieć wprost, tak szczerze, po partyjnemu — zagaił dyrektor, gdy tylko panowie znaleźli się w sali recepcyjnej, w której stał wygodny płaski stół z kilkunastoma fotelami. — Ja, niestety, nie mam takich dobrych napitków, jak te wczorajsze na lotnisku, o których ze znawstwem mówił mi towarzysz Woda. Najlepszy trunek, jaki w dniu dzisiejszym mam do dyspozycji, to zaledwie bułgarska pliska. Nie mamy obecnie nawet gruzińskiego koniaku. O francuskich już nie wspomnę…

— Wiecie, jak to mówią, pliska nie pliska, daleko nie poleci, ale spróbować warto — spuentował towarzysz Woda. Wywołał tym rozbawienie na twarzach zgromadzonych mężczyzn.

— I ja tak uważam — potwierdził redaktor Kałakasza. — Wiecie — dodał usprawiedliwiająco — ja to mocno trunkowy nie jestem, ale jak urlop, to urlop. Można wtedy zawsze odrobinę poswawolić, prawda? Bez małego grzechu, jak powiadają u nas, robota nie idzie — zakończył, napełniając duży stakanek bratnim bułgarskim koniakiem.

— To za drużbę — powiedział towarzysz Woda, zręcznie wychylając jednym haustem pierwszy kieliszek trunku. Napitki absolutnie nie były mu, jak zauważono, obce. Pomimo lekkiego makijażu zapobiegliwie robionego mu przez żonę nos błyszczał mu prawdziwie soczystą czerwienią, znamionującą potężne przywiązanie towarzysza zastępcy do kielicha.

„Ta robota w kulturze to, widać, prawdziwie męskie zajęcie” — pomyślał redaktor Podwieczerski, wlewając do gardła słuszną porcję trunku. Po jego wypiciu wzdrygnął się nieco. A ponieważ nie miał dobrego dnia, począł szukać wzrokiem zagrychy. O to jednak nie zadbano, więc zawołał dość bezczelnie:

— Dyrektorze, przydałyby się chociaż jakieś paluszki, że już o prażonych migdałach nie wspomnę. — Uwagę Mareczka podchwycił natychmiast Kałakasza. Zwracając się z uśmiechem do dyrektora i wskazując na swego przewodnika, zawołał:

— Zuch, prawdziwy maładiec!

— Zaraz uchybienie naprawimy — zapewnił dyrektor, rugając przy tym, wyraźnie na pokaz, dziewczyny w fartuszkach obsługujące biesiadników.

* * *

Redakcja „Nowej Myśli” mieściła się na czwartym piętrze przedwojennego, lekko modernistycznego budynku przy Frascati, zgrabnej uliczce w centrum Warszawy. Z racji swego usytuowania i wyglądu zewnętrznego — gmachy przy niej wybudowano w dobrym stylu, bez zbędnych ozdób, z ujmującą mieszczańską prostotą — uliczka przypomina wielkomiejską chatę za wsią odizolowaną dzięki swemu celowemu z urbanistycznego punktu założeniu od ruchliwego śródmieścia. Dlatego w powszechnej opinii Frascati świetnie nadaje się do zamieszkania. Do zalet tego fragmentu Warszawy należy pobliski wielki park, opadający tarasami ze skarpy wiślanej w stronę rzeki. W bezpośrednim sąsiedztwie usytuowane były też Sejm, Ministerstwo Handlu Zagranicznego i kilka redakcji oraz znane wydawnictwo Czytelnik. Blisko było stąd do placu Trzech Krzyży, ulicy Nowy Świat i gmachu Komitetu Centralnego partii, w kręgach władzy zwanego nieoficjalnie i pretensjonalnie Białym Domem. Znamienne, że gdy w Warszawie mówiło się w tamtych latach o partii, nie trzeba było wyjaśniać, o jaką partię chodzi. Od wojny bowiem i zlania się, jak mówili z upodobaniem warszawiacy, ruchu robotniczego rzecz dotyczyła jedynie Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, przez propagandystów, a także akolitów władzy zwanej również przewodnią siłą narodu.

Z redakcji do uniwiermagu, w którym goście spędzili bezsprzecznie miłe chwile, także jest niedaleko; najwyżej 20 minut spaceru. Wszystko jest więc niemal na miejscu. Tej szczególnej topografii warszawskiej nie przyswoił sobie jeszcze ważny redaktor naczelny z Moskwy, gdy lekko utrudzony poranną wizytą pojawił się koło godziny piętnastej trzydzieści, a więc już po obiedzie, w gabinecie redaktor Mędrzyckiej. W ręku trzymał wielką czarną teczkę ze skóropodobnego plastyku. W jej przepastnym wnętrzu, jak już wiedziała gospodyni, miała znajdować się zapowiedziana poprzedniego dnia praca literacka.

— Daję wam ten foliał jeszcze w formie rękopisu, ale odbitego na maszynie płaskiej w stu kilkunastu egzemplarzach, z nadzieją, że szybko zrobicie z niego użytek — powiedział na powitanie, nie bez specjalnego patosu, redaktor Kałakasza, otwierając zamek szyfrowy swej wielkiej teczki. Rękopis cyrylicą, który po chwili pojawił się w jego rękach, ważył kilka kilogramów. Był gruby i mieścił się w trzech pękatych teczkach koloru czerwonego. Na okładce każdej z nich był wygrawerowany złotym kolorem skrzyżowany sierp z młotem — godło Związku Radzieckiego.

„Ki diabeł” — pomyślała o tym oznaczeniu z niejaką zgrozą towarzyszka Mędrzycka, odbierając lekko drżącymi rękoma wręczoną jej pracę. Ledwie położyła ją na znanym nam już blacie redakcyjnego stołu, zadała swemu gościowi niespodziewanie odważne, bo kłopotliwe pytanie.

— Powiedzcie nam od razu szczerze, towarzyszu: kto jest autorem tego obszernego dzieła? Wy czy może towarzysz sekretarz generalny KPZR? — Zapewne na wszelki wypadek nie wymieniła tak istotnego nazwiska.

— Prostej odpowiedzi, towarzyszko, nie będzie — odpowiedział sucho, z wyczuwalną irytacją w głosie redaktor naczelny moskiewskiego tygodnika. Był wyraźnie zaskoczony bezpośredniością gospodyni spotkania.

— No, ale chyba przyznacie, że jest rzeczą istotną, czyje nazwisko będzie widniało na okładce. A więc wasze czy samego towarzysza Breżniewa?

— Do końca jeszcze nie wiadomo. To będzie decyzja podjęta przez kolektyw.

— A można wiedzieć, jaki kolektyw będzie o tym decydował?

„Co za wredna baba” — pomyślał Kałakasza o Mędrzyckiej, nie pierwszy zresztą raz od swego przyjazdu. A głośno wypowiedział słowa, robiące mocne wrażenie na każdym śmiertelniku żyjącym na wschód od Łaby:

— Będzie to nasze politbiuro!

Niezrażona, a może niedostatecznie ostrzeżona, z racji wyraźnego braku partyjnego doświadczenia, Mędrzycka jak gdyby nigdy nic zamierzała jednak nadal bezceremonialnie drążyć kłopotliwy temat:

— A powiedzcie no, towarzyszu Kałakasza, dlaczego ta praca, z pewnością wybitna, ma się ukazać najpierw u nas, w Warszawie, a nie u was, w Moskwie?

— To nie tak, towarzyszko. Powiem wam w zaufaniu, że jest taka idea, czy może lepiej to wyrażę, mówiąc, zamysł, aby rzecz ukazała się w tym samym dniu nie tylko w Moskwie, lecz także Warszawie, Pradze, Berlinie, Budapeszcie i tak dalej. Ta praca bowiem pokaże, jak wielki był wkład w zwycięstwo w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej naszego sekretarza generalnego. Nie jest to więc rzecz błaha i trzeba do niej podejść z całą powagą. Chcemy też, aby książka ta narodziła się poniekąd, wiecie, rozumiecie, jako dzieło wspólnie przyjęte przez narody wszystkich naszych krajów. To przyda jej dodatkowego znaczenia. Można powiedzieć, że ja jedynie zrobiłem początek, a reszta jest już w rękach naszych bratnich kolektywów.

— Ale jak my — myślę o naszej skromnej redakcji — mamy zaprezentować fragment tego dzieła, skoro nie znamy jeszcze nazwiska autora? Przecież ktoś się pod tym manuskryptem musi podpisać.

— To prawda, towarzyszko, że tak zwykle jest. Ale tym razem, jak widzicie, jest inaczej, skoro jeszcze nie ma decyzji, kto się pod tą pracą podpisze. Zrozumcie to…

— W takim razie jest jasne, że nie możemy wydrukować tego dzieła, bo nie możemy się wygłupić, podając, że autor jest anonimem.

— No jak to, towarzyszko. Nie nada tak gawarić — zaprotestował towarzysz Kałakasza. — Wy to przeczytajcie, dajcie odpowiednim czynnikom do czytania i wtedy podejmiecie decyzję i przekażecie mi odpowiedź. Wiecie, ja u was będę jeszcze dwa tygodnie, dodam, że z górą, czasu mamy niemało. Przecież jeszcze nie wyjeżdżam.

— Tak, tak, oczywiście. Ale wiecie, opinia moja, a nawet naszej redakcji, nie liczy się aż tak bardzo, skoro, jak zrozumiałam, ma to być decyzja całej naszej socjalistycznej wspólnoty.

— Nie przesadzajcie, bo nie od razu chodzi o całą wspólnotę. Jak decyzja już będzie, to pomoże naszemu kolektywowi zadecydować, szto dalsze dziełać w tej sprawie. I tym sposobem rzecz sama się wyklaruje.

— A powiedzcie, co ja mam przekazać tłumaczowi, że kogo będzie tłumaczył. Że to jest praca towarzysza Breżniewa czy towarzysza Kałakaszy?

— Ojej, ojej. Czemu wy, towarzyszko, tak trywializujecie? Ja powiem wam wprost: co to obchodzi tłumacza? On dostaje tekst i ma go dobrze przetłumaczyć. Jakiekolwiek z nim rozhowory dla mnie są nieistotne. Jak on to przetłumaczy, wy mi to przekażecie. Im szybciej, rzecz jasna, tym lepiej.

— Ale w tej sytuacji drukować żadnego fragmentu tej pracy nie muszę. Powiem więcej, nie mogę.

— Wy to najpierw zróbcie jak najlepiej, a potem my o całym dziele pogadamy raz jeszcze.

„Ależ mam garbate szczęście z tym kacapem. Za jakie grzechy akurat mnie to, kurwa, spotkało?” — pomyślała z irytacją Mędrzycka, wpatrując się przy tym z miłym uśmiechem w tłustą, zaczerwienioną gębę swego interlokutora. „Ale tobie, jak widzę, też jest nielekko” — zauważyła po chwili zgryźliwie na swój tylko użytek. „Też wdepnąłeś koleś w niezłe gówno. Ty tego sam nie przepchasz, a jak źle pójdzie, to Breżniew wystawi cię dupą do wiatru. Ja, jeśli nasze ma być na wierzchu, muszę być enigmatyczna i nieodgadniona jak Sfinks. Tylko komu to wysłać? Oj, żeby już szef wrócił, byłoby lżej” — myślała intensywnie w niemałym popłochu.

— Dziwię się wam, towarzyszko Mędrzycka, wy, powiem tak pa duszam, niepotrzebnie mnożycie ciągle jakieś trudności. Postępujecie tak, jakby wam ta rzecz była niemiła. A tak nie nada! — „Zawsze jest dobrze taką babę lekko postraszyć” — myślał przy tym lekko już zmęczony Kałakasza.

— Nada, nie nada, ale powiedzcie szczerze, czy tę książkę towarzysz sekretarz generalny przynajmniej widział na oczy? — pytała coraz bezczelniej Mędrzycka.

— Co wy, co wy mi tu imputujecie? — mówiąc te słowa, gość aż poderwał się na równe nogi. Stał tak chwilę czerwony na gębie i z trudem łykał powietrze.

„Jeszcze go, nie daj Bóg, apopleksja trafi” — przyszło na myśl Mędrzyckiej. Tymczasem Kałakasza tak jak gwałtownie wstał, tak równie gwałtownie przysiadł z powrotem. Przez chwilę mrugał wyłupiastymi oczyma, jakby chciał jak najszybciej zebrać siły. Zanim się uspokoił, jeszcze przez chwilę z trudem chwytał powietrze, podczas gdy Mędrzycka gorączkowo myślała, czy aby nie potraktowała gościa zbyt impertynencko. I czy nie należy zadzwonić na pogotowie ratunkowe. „Tylko jakie? Chyba z lecznicy rządowej” — rozważała.

— Przepraszam was — odezwał się po chwili gość. Najwyraźniej już wracał do siebie, bo poprosił o zimną wodę. Gdy mu podano szklankę bordżomi, wypił jej zawartość łapczywie i spytał niespodziewanie na poły płaczliwym tonem: — Czy w końcu da się z wami dogadać?

— Oczywiście, ale póki co nie możemy mówić o żadnych terminach. Dziwię się, że nie przekazaliście tej sprawy drogą oficjalną, czyli kanałem partyjnym, lecz jakby nigdy nic przychodzicie do naszej redakcji. Powiem szczerze, antyszambrujecie tyle, że do tej pory nie wiem, o co chodzi. I powiem wprost, że robicie to zupełnie nie po partyjnemu.

— Ja chciałem to zrobić siekrietno, nie oficjalną drogą. Tak, wiecie, często się robi w dyplomacji.

„Chyba się spietrał” — pomyślała z nadzieją.

— Ale my, towarzyszu, nie dyplomaty — odrzekła — my redaktorzy. I problemy, o których tutaj mówicie, są zwyczajnie waszymi problemami, a nie moimi. Ja ten tekst przekażę wyżej i tyle. A moi zwierzchnicy albo wam odpowiedzą, albo i nie. I w końcu może się okazać, że spaliliście ważny temat, zresztą bez naszej winy.

— W takim razie lepiej wezmę ten rękopis z powrotem do teczki i powiem, komu należy, że strona polska nie chce z nami współpracować.

„Cholera, czy ja aby trochę nie przeholowałam i tym sposobem nie nawarzę sobie bigosu? Bo z nim to jak nie urok, to sraczka. Ale co z tym skurwysynem robić?” — zaczęła się gorączkowo zastanawiać. „Do tej pory mimo gimnastyki umysłowej wciąż nie wiem najważniejszego: czy to jest tekst jego, czy Breżniewa. A jeśli rzeczywiście towarzysz Breżniew ni z tego, ni z owego będzie chciał się pod tym podpisać, to okaże się, że zrobiłam mu okropny afront. Psiakrew, i jeszcze raz psiakrew” — rozmyślała Mędrzycka, spoglądając z niechęcią na swego interlokutora i wiercąc się bezradnie na krześle.

— Towarzyszu, wy mnie źle nie zrozumcie — odezwała się po krótkiej chwili, za to, jak sądziła, pojednawczo. Uznała, że absolutnie lepiej nie iść z kacapem na udry. — Wiecie, towarzyszu, dylemat, przed którym mnie postawiliście, to znaczy sprawa autorstwa tego dzieła, nie jest rzeczą błahą, przyznajcie. Ale żeby po próżnicy tego nie roztrząsać, proponuję: zostawcie u mnie tę niewątpliwie wiekopomną pracę, tak jak się umówiliśmy, a za dwa tygodnie, jak będziecie wyjeżdżać, przedstawimy wam naszą decyzję. To znaczy, mówiąc precyzyjnie, określimy warunki druku i termin. Zgoda?

— No widzicie — odezwał się po chwili z zadowoleniem przysadzisty gość. — Trzeba było od razu tak mówić. Wiecie, dobra z was kobieta i towarzyszka. — To powiedziawszy, Kałakasza uśmiechnął się jak na niego bardzo serdecznie.

— Skoro się dogadaliśmy, towarzyszu Kałakasza, wypijemy teraz, jak u nas mówimy, po maluchu — zaproponowała gospodyni. Po czym wstała i podeszła do drzwi, aby dać znak sekretarce, że już czas na przyniesienie napitku. Gdy pod wpływem tej propozycji atmosfera się ociepliła i towarzysz Kałakasza po ludzku wyraził swe zadowolenie, Mędrzycka spytała jak najbardziej życzliwie: — A wy co, towarzyszu, czy możecie powiedzieć, że wyjeżdżacie już jutro na wypoczynek do Zakopanego?

— Tak, zgodnie z planem. Redaktor Marek zapewnia, że to będzie bardzo interesująca wyprawa. Jego zdaniem w Zakopanem, u podnóża pięknych gór, można dobrze otdachnuć.

— No to oddychajcie pełną piersią w naszej górskiej stolicy. A po powrocie spotkamy się ponownie, aby w zgodzie i zadowoleniu dokończyć dzieła.

— Charaszo — powiedział Kałakasza, wypijając jednym haustem lampkę koniaku. Sprawiał wreszcie wrażenie osoby w pełni rozluźnionej. „Która to?” — spytał po chwili sam siebie, patrząc tępym wzrokiem w dno pustego kieliszka.

— O, dobrze, Marku, że zajrzałeś — odezwała się Mędrzycka do Podwieczerskiego, który właśnie kontrolnie wsadził głowę do gabinetu. — Do asystowania naszemu gościowi teraz nie będziesz już zbyt potrzebny, prawda? — spytała, spoglądając przy tym na Moskala z nadzieją, że zrozumie, iż czas ich spotkania dobiega końca. Gdy ten kiwnął głową i podniósł się ciężko z krzesła, zwróciła się ponownie do Marka stojącego w drzwiach: — Po wyekspediowaniu towarzysza wpadnij tu na chwilę z Jędrzejem. Zgoda?

* * *

Po wyjściu Kałakaszy z redakcji Mędrzycka siedziała przy podłużnym stole lekko pobladła na twarzy. Na obu swych młodych współpracowników, którzy właśnie zjawili się w gabinecie, spoglądała wzrokiem bez wyrazu. Przez chwilę sprawiała nawet wrażenie osoby nieobecnej duchem. „Boże, Boże, jak ja się wkopałam. Jak wszyscy jesteśmy wkopani. Ten skurwysyn to jakiś prowokator, który bawi się naszym kosztem” — myślała z prawdziwym niepokojem. Spojrzała na Jędrzeja.

— Czy masz już kopię tego gówna, które on nam tak bezczelnie wpycha?

— Dlaczego od razu gówna, przecież jeszcze tego nie czytaliśmy? — odpowiedział Jędrzej. Zawsze starał się zachowywać poprawnie.

— Ależ z ciebie jest pierwiosnek! Skąd się biorą tacy naiwniacy, przecież was nie sieją? — spytała zaskakująco brutalnie Mędrzycka. Wyraźnie nie oczekiwała odpowiedzi, bo po chwili dodała: — Jak ty się uchowałeś? Powiedz. Ja nie muszę tego czytać, i tak swoje wiem. A ty? Zresztą, Bóg z tobą — przerwała nagle rozpoczęty wywód i machnęła ręką. — Dopilnuj przynajmniej tego ksero. À propos — zmieniła interlokutora — opowiedz nam, Mareczku, jak ten nasz Kałakasza się zachowuje po powrocie do hotelu?

— Trudno ot tak precyzyjnie to określić. Kiedy tylko wrócili z Domów Centrum, a było to jeszcze przed obiadem i przyjazdem tutaj, na Frascati, nasz gość był tak zadowolony z siebie, że zaraz w hotelu zabrał się do śpiewania. Chyba to była, wyobraź sobie, Szyraka strana maja radnaja czy coś takiego. Jako przedstawiciel, wybacz, rocznika późniejszego niż twój, a więc niewychowanego za batiuchy Stalina, dokładnie nie znam tytułu. W każdym razie była mowa o tym, że jego strana jest „nieobjęta dla ludzkiego oka i piękna tak jak żaden w świecie kraj. Moja ziemia wolna i szeroka, z tobą żyć, za ciebie umrzeć daj”. Jak Bozieńkę kocham, szybko nauczyłem się na pamięć, bo te pierdoły, przyznacie, są tak nieprawdopodobne, że żal by było ich nie zapamiętać.

— Znam, znam! Myśmy się tego za Stalina w szkole uczyli — parsknęła Mędrzycka. — I to, wyobraźcie sobie, uczyliśmy się tego obowiązkowo, w klasach się głośno śpiewało, po rusku i po polsku. Pewnie trudno wam to sobie wyobrazić, ale ruskim politrukom było jeszcze widać mało, bo dodali taką super linijeczkę: „Wszystkie drogi wolne dla młodzieży, siwym włosom zasłużona cześć”. Gdy wychodziliśmy z tym na scenę w szkolnej auli, było jak w wielkoruskim koncercie życzeń. Dla każdego ruskiego coś miłego i kwita. Ach, powiadam wam, już nieraz o tym myślałam, że gdyby pozwolili tę duszoszczipatielną pieśń odstawić w kabarecie, tak zwyczajnie, na surowo i bez żadnych upiększeń, to byłby taki ubaw, że ludzie sikaliby po nogach ze śmiechu. Ale nie lzia i koniec. Bo to by było, pamiętajcie, antyradzieckie, a antyradzieckość jest największym grzechem, jaki może popełnić obywatel kraju demokracji ludowej. Ot co! — Po chwili Mędrzycka wyraźnie przycichła, mogło się wydawać, że się zmitygowała, bo dodała, jak sądziła, dla zmyłki: — Tylko nie myślcie, że takimi gadkami jak ta toczona w tej chwili można się zabawiać do woli z każdym i w każdej redakcji. Ten styl zawdzięczamy, powiem wprost, naszemu Zajączkowi, i za to mu chwała. On nikomu nie doniesie i dobiera sobie takich współpracowników, aby na niego nie donosili. Czy do końca mu się to udaje, nie wiem. — Po mimowolnej, jak sądzili, przerwie dodała: — Zorientowałam się, że mówię do was jak stara ciotka Józefata, co poucza, a poucza wprost bez końca. Tak jakoś podziałała na mnie ta wizyta. No, ale wracajmy do twojej opowieści, Mareczku. — W tym momencie Mędrzycka najwyraźniej zaniepokoiła się, czy aby w ramach odreagowywania spotkania z Moskalem nie przesadziła z otwartością i nie odkryła się zbytnio przed tymi gówniarzami, jak ich w duchu nazywała. „Ale w końcu i tak będzie to, co będzie” — uznała po chwili, rozluźniając się. — A ty, Mareczku — zwróciła się do Podwieczerskiego — po tej mojej przydługiej dygresji dokończ swą opowieść. Dobrze?

— Dobra, dobra, szefowo. Gdy tylko przestał śpiewać — kontynuował Marek — wprost brakowało mu słów dla wyrażenia zachwytu polskim uniwiermagiem. Zresztą wszyscy oni — tu się na chwilę zacukał, szukając właściwego słowa — no po prostu cała kałakaszalnia, to znaczy starzy i gówniara, nie posiadali się z radości. Baby chodziły jak pokręcone do przymierzalni i co chwila wracały w nowych ometkowanych kieckach. Miałem ubaw po pachy. On natomiast kupił sobie garnitur z lekkiego materiału, taki — chwilę szukał właściwego słowa — w sam raz na lato. W kolorze niebieskim. Nie chabrowy, jak sądzę, bardziej chyba lazur. Wykosztowali się zresztą do ostatniej złotówki. A potem Kałakasza, gdy żona zaczęła go opierdzielać, że jest niezaradny, bo gdy jest okazja do kupienia czegoś ekstra, to zawsze dzieńgów u niewo niet, zaczął dzwonić do ambasady, aby mu pożyczyli pieniądze. Aż było mi go, tak po ludzku wam powiem, żal. On natomiast chyba w końcu załatwił sobie jakieś wsparcie złotówkowe, bo zapewnił, i to solennie, swoją klępę, że jak wrócą z Zakopanego, zadzwoni do dyrektora, żeby go jeszcze raz przyjął na zakupach. Słuchanie tych wynurzeń, powiadam wam, to była zdrowa, że jaja puchły, komedia, tym bardziej że od wódki język mu się trochę plątał.

— Nie krępowali się? I wprost przy tobie, tak bez żadnego wstydu, robili tę całą degustację ubraniową i wszystko przymierzali, jakbyś był powietrzem? — Mędrzycka, zadając to pytanie, sprawiała wrażenie osoby autentycznie zaciekawionej tym, co odpowie Mareczek.

— Gdzie tam! Zresztą dlaczego niby mieliby się krępować? Ja dla nich jestem już swojak. Podkreślają to przynajmniej na każdym kroku. Ruscy, jak się popiją, to zaraz się rozślimaczają i do serca by każdego przytulili. Tak, że z miłości flaki by z ciebie wypruli. Wtedy właśnie, powiem ironicznie, było zupełnie pa duszam!

— Wiem, wiem — odpowiedziała Mędrzycka. — Zawsze to powtarzam, że oni najpierw skopią, a potem zacałują. A na końcu przepraszają. Robią to tak duszoszczipatielnie, jakby własne bebechy na zgodę wyłaziły im gębą. Doprawdy po mistrzowsku sportretował ich Dostojewski. On tę duszę ruską przewertował szywrót na wywrót. Dlatego go tak nie lubią. Bo chyba zauważyliście, że Puszkina, Lermontowa czy Turgieniewa uwielbiają i złego słowa nie dadzą o nich powiedzieć, a Dostojewski jest dla nich, wiecie, taki — chwilę szukała słowa — jeśli nie wraży, to z pewnością nie tak bliski jak inni mistrzowie pióra… Dusza polska, o ironio, jak weszła w niego, to go nie opuściła do śmierci i nie mogą mu tego darować.

— Pani redaktor przesadza, bo on nas tak portretował, że nie raz i nie dwa serce bolało czytać. Wymyślił na nas tyle wzywisk, od „Polaczka” poczynając.

— Jedno z drugim absolutnie nie jest w sprzeczności — spuentowała wypowiedź Jędrzeja Mędrzycka. — Nam, swoją drogą, zawsze dobrze robił kubeł zimnej wody na rozpalone łby. Ale, psiakrew, mówię wam, nie może mi wyjść z głowy ta sprzeczka z Kałakaszą. Zupełnie nie rozumiem, w co on z nami pogrywa. Bo że pogrywa, to pewne. I w końcu za Boga nie wiem, czy ta książka, którą przywiózł i chce w Polsce drukować, jest napisana przez niego, czy przez Breżniewa? Albo też czy tylko jest napisana przez niego, a będzie podpisana przez Breżniewa? Bez tej informacji nie sposób rzecz całą rozgryźć. O wszystkim zdecyduje i tak to, kto będzie pod tym dziełem podpisany. Za cholerę nie pojmuję też, na co im w tym ruskim KC jest to potrzebne. Dużo bym dała za pełną wiedzę na ten temat. Oj, dużo — skończyła smętnie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki