Detektywi z Kolonii Marigold - Jo Nichols - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Detektywi z Kolonii Marigold ebook i audiobook

Jo Nichols

4,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

25 osób interesuje się tą książką

Opis

Pani B., właścicielka Kolonii Marigold i uparta idealistka, wynajmuje swoje domki wyłącznie osobom, na których jej zależy: Sophie, młodej dramatopisarce z mroczną przeszłością; Hamiltonowi, cierpiącemu na agorafobię i mającemu skłonność do popisywania się wiedzą; rzeźbiarce Ocean, samotnie wychowującej dwójkę dzieci; perfekcjonistce Lily-Ann oraz finansiście Nicholasowi, który skrywa kilka sekretów.

Lokatorzy żyją spokojnie w niewielkich bungalowach w Santa Barbara, zaledwie kilka minut od plaży — aż do chwili, gdy ich harmonię zakłóca pojawienie się Anthony’ego: milczącego, potężnie zbudowanego, potencjalnie niebezpiecznego byłego przestępcy. Trzy tygodnie później tuż obok Kolonii Marigold zostają odkryte zwłoki. Anthony trafia do aresztu, a lokatorzy odczuwają ulgę. Jednak pani B., przekonana o jego niewinności, zgłasza się na policję i przyznaje do winy.

Wstrząśnięci mieszkańcy jednoczą się i tworzą Kolektyw Detektywów Kolonii Marigold, by uratować ukochaną właścicielkę. Rozpoczynają prywatne śledztwo, odkrywają kolejne sekrety i coraz bardziej się do siebie zbliżają… aż w końcu natrafiają na drugie zwłoki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 331

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 45 min

Lektor: Jo Nichols

Oceny
4,0 (1 ocena)
0
1
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: THE MARI­GOLD COT­TA­GES MUR­DER COL­LEC­TIVE

Text Copy­ri­ght © 2025 by Lee Naf­tali and Joel Naf­tali Publi­shed by arran­ge­ment with St. Mar­tin’s Publi­shing Group.

All rights rese­rved.

Copy­ri­ght © 2026 for the Polish edi­tion by Wydaw­nic­two Czarna Owca Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Tomasz Wyżyń­ski

All rights rese­rved

Wydawca: Kata­rzyna Słup­ska Redak­cja: Marta Tyczyń­ska-Lewicka Korekta: Beata Wój­cik, Adam Osiń­ski Pro­jekt okładki i ilu­stra­cji: Ewa Popław­ska Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark). Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku. Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie pierw­sze War­szawa 2026 ISBN: 9788383829036

Dedykacja

Dla Lynn Nichols

1. Pani B.

W pią­tek rano pani B. szu­kała owo­ców wśród liści pokry­wa­ją­cych dwie ściany jej domku. Pną­cza mara­kui prze­pla­ta­jące się z bugen­willą i kwia­tami brug­man­sji przy­po­mi­nały pat­chwork zszyty przez star­szą panią popi­ja­jącą mar­ga­ritę.

Ukłuł ją w nad­gar­stek cierń i mruk­nęła z nie­za­do­wo­le­niem, że ma taką cienką skórę. Jed­nak lubiła kon­trast mię­dzy deli­kat­nym pięk­nem kwia­tów a ostrymi kol­cami. Przy­jem­ność i ból są bli­sko spo­krew­nione, prawda?

Posa­dziła pierw­sze pną­cza przed czter­dzie­stu laty, gdy jej zmarły, lek­ko­myślny, kocha­jący mąż zain­we­sto­wał nie­spo­dzie­wa­nie zdo­byte pie­nią­dze w osie­dle dom­ków kilka prze­cznic od State Street. Powstały wiele lat temu, po wiel­kim trzę­sie­niu ziemi w Kali­for­nii, i lubiła sobie wyobra­żać, że baśniowy krąg nie­wiel­kich budyn­ków wyrósł z gru­zów. Było tam sześć dom­ków w ame­ry­kań­skim stylu archi­tek­to­nicz­nym z początku dwu­dzie­stego wieku z malut­kimi weran­dami, ścia­nami pokry­tymi tyn­kiem żwi­ro­wym i oknami o wielu szyb­kach.

Poma­lo­wała wszyst­kie na iden­tyczny zie­lony kolor w odcie­niu szał­wii, lecz póź­niej odkryła, że woli róż­no­rod­ność. Teraz ściany były ciem­no­fio­le­towe, złote, jasno­błę­kitne i zie­lone. Domki ota­czały dzie­dzi­niec ozdo­biony ogrom­nymi cera­micz­nymi doni­cami z nagiet­kami.

Uwiel­biała eklek­tyczną kom­po­zy­cję pną­czy. Przez wiele lat sta­rała się stwo­rzyć z barw­nego cha­osu har­mo­nijną, zrów­no­wa­żoną całość, bar­dziej jak media­torka niż ogrod­niczka. I pró­bo­wała zro­bić to samo z loka­to­rami wynaj­mu­ją­cymi domki.

W naj­więk­szym miesz­kał Nicho­las, ze swo­imi sekre­tami i rezerwą. Był też spięty, eks­cen­tryczny, samotny Hamil­ton – kto zain­te­re­so­wałby się męż­czy­zną w śred­nim wieku, który boi się wycho­dzić z domu? Obok miesz­kała nie­ugięta Lily-Ann, potrze­bu­jąca kogoś, kogo mogłaby kochać, a dalej zra­niona Sophie, potrze­bu­jąca kogoś, kogo mogłaby chro­nić.

Ocean i jej dzieci wynaj­mo­wały domek obok pani B., która zawsze marzyła o córce takiej jak Ocean, nim te marze­nia przy­bla­dły. A na końcu miesz­kał Anthony, ze swoją kry­mi­nalną prze­szło­ścią i nie­pewną przy­szło­ścią.

Byli wspa­niali. Jeśli naprawdę się z nimi roz­ma­wiało, naprawdę ich słu­chało, nie dało się tego nie zauwa­żyć. Oczy­wi­ście cza­sami piękno było rów­nie głę­boko ukryte jak owoc mara­kui wśród liści – ponie­waż byli nie tylko wspa­niali, lecz rów­nież skrzyw­dzeni przez życie, zła­mani.

Świat nie two­rzy ide­al­nych ludzi. Nie­któ­rzy nie chcą żyć w złym świe­cie; ta myśl spra­wiała, że pani B. pra­gnęła sadzić kwiaty i uzu­peł­niać książki przez wymianę z sąsia­dami. Może nie jest dosta­tecz­nie inte­li­gentna, by pogrą­żyć się w roz­pa­czy? Zasta­na­wiała się nad tym, lecz tylko przez chwilę; kto ma czas na wąt­pli­wo­ści, gdy trzeba kar­mić koli­bry?

Kiedy w końcu zna­la­zła doj­rzały owoc mara­kui, omal nie par­sk­nęła śmie­chem, patrząc na pomarsz­czoną skórkę. Cóż za zna­jomy widok…

Nie­do­sko­nali, zła­mani – jeśli nawet nie pomarsz­czeni – miesz­kańcy Kolo­nii Mari­gold nale­żeli do niej, tak samo jak ona do nich. I potrze­bo­wali jej pomocy, czy zda­wali sobie z tego sprawę, czy nie. Byli tak samo nie­do­sko­nali i głupi jak ona – ale mło­dzi, pełni ener­gii, poten­cjału. Więc poprosi ich o pomoc i nauczy poma­gać sobie nawza­jem. Tak się trak­tuje ludzi, któ­rych się kocha.

I oczy­wi­ście chroni.

2. Sophie

Na przy­stanku auto­bu­so­wym znowu poja­wił się nie­zna­jomy męż­czy­zna, wielki i potężny. Sie­dział samot­nie na ciem­nej ulicy. Było już grubo po pół­nocy, a wie­dzia­łam, że auto­busy linii MTD prze­stają kur­so­wać za dwa­dzie­ścia dwu­na­sta.

Tak, wcze­śniej to spraw­dzi­łam.

Nor­mal­nie nie przej­mo­wa­ła­bym się tym, że sie­dzi na ławce przed Kolo­nią Mari­gold. Zaj­muje się swo­imi spra­wami, nikogo nie zacze­pia. W dziel­nicy Upper East­side w Santa Bar­bara nie ma dużej prze­stęp­czo­ści. Oczy­wi­ście nie ma jej ni­gdzie w mie­ście.

W Santa Bar­bara jest bez­piecz­nie. Nie, nie pocho­dzę z nie­bez­piecz­nej oko­licy. Dora­sta­łam w Bay Area w San Fran­ci­sco, korzy­sta­jąc ze wszyst­kich przy­wi­le­jów klasy śred­niej. Dobre liceum, świetny tre­ner lek­ko­atle­tyczny. Obozy let­nie, waka­cje z rodziną i tro­skliwi – choć nado­pie­kuń­czy – rodzice. Dosta­łam się na wyma­rzony uni­wer­sy­tet i świet­nie radzi­łam sobie na wydziale teatral­nym, a nawet na dodat­ko­wym kie­runku – mar­ke­tingu – aż do trze­ciego roku, gdy wszystko nagle się posy­pało.

Bez­pie­czeń­stwo było waż­nym powo­dem, dla któ­rego się tu prze­pro­wa­dzi­łam, ale za każ­dym razem, gdy wycho­dzi­łam pobie­gać po pagór­ko­wa­tych uli­cach dziel­nicy Lower Riviera, zako­chi­wa­łam się w tym miej­scu od nowa.

Brzeg oce­anu znaj­duje się na połu­dniu, nie na zacho­dzie, i jest osło­nięty przez długi rząd pła­skich Chan­nel Islands. Ran­kiem w oko­licy snuje się mgła i jest zimno, a kiedy się prze­ja­śnia, uka­zuje się naj­wspa­nial­szy widok, jaki można sobie wyobra­zić. Słońce pada na domy kryte czer­wo­nymi dachów­kami; nad tęt­nią­cym życiem, nie­mal euro­pej­skim cen­trum – ozdo­bio­nym kwit­ną­cymi drze­wami, krze­wami i pal­mami – wznosi się gmach sądu i wie­żo­wiec Gre­nada.

Oko­lica jest prze­piękna i bez­pieczna, ale widok męż­czy­zny na przy­stanku auto­bu­so­wym spra­wił, że poczu­łam ści­ska­nie w żołądku.

Nie była to oznaka prze­wraż­li­wie­nia. Nie. Po pro­stu widzia­łam już tydzień wcze­śniej tego samego męż­czy­znę sie­dzą­cego w tym miej­scu, kiedy wró­ci­łam późno do domu po drinku ze zna­jo­mymi w śród­mie­ściu.

A wła­ści­wie gdy z tru­dem dowlo­kłam się do domu.

Nie zna­łam go, ale rzu­cił mi spoj­rze­nie, które było czymś wię­cej niż zwy­kłym zer­k­nię­ciem na nie­zna­jomą kobietę. Mia­łam wra­że­nie, że już wcze­śniej mnie znał. Albo ocze­ki­wał, że ja go roz­po­znam.

Co wyda­wało się jesz­cze gor­sze.

Szybko odszedł, nie­mal z poczu­ciem winy. A teraz wró­cił.

Nie była to tylko moja wyobraź­nia. Nie tym razem. To był ten sam facet. Z pew­no­ścią.

Nie dało się go nie zauwa­żyć: groźna bryła mię­śni z ogo­loną głową i tanimi tatu­ażami na ramio­nach, szyi i twa­rzy. Miał na sobie czarny T-shirt i dżinsy, wyglą­dał jak sta­ty­sta fil­mowy, któ­rego obsa­dzi­ła­bym w roli Serb­skiego Ban­dyty albo Więź­nia Ska­za­nego na Karę Śmierci.

To zna­czy gdy­bym miała obsa­dzać role, a nie odbie­rać tele­fony i orga­ni­zo­wać zbiórki fun­du­szy w miej­sco­wym teatrze.

Tak czy ina­czej, słusz­nie się mar­twi­łam, bo znowu się poja­wił. I tym razem nie był sam. Przy­naj­mniej nie na długo.

Pani B. chwiej­nym kro­kiem wyszła z domku i ruszyła w jego stronę, ubrana w jedną ze swo­ich naj­lep­szych dłu­gich luź­nych sukien – z gra­na­to­wego aksa­mitu ze zło­tym haftem. Gdy­bym kie­dy­kol­wiek napi­sała o niej sztukę teatralną, kostiu­mo­log mia­łaby dobrą zabawę ze stro­jami pani B.

Pani B. to star­sza pani, plot­kara, wła­ści­cielka domku, w któ­rym miesz­kam. Pobiera zawy­żony czynsz (praw­do­po­dob­nie nie­le­gal­nie). Wyma­rzona postać do filmu: ktoś w rodzaju Judi Dench. Kiedy Ocean, malarka, która mieszka naprze­ciwko mnie z dziećmi, stra­ciła jedną z posad jako nauczy­cielka, pani B. popro­siła zamiast czyn­szu o obraz zaty­tu­ło­wany Chroń­cie dzieci trans­pł­ciowe. W zeszłym mie­siącu upie­kła dla Lily-Ann tort uro­dzi­nowy w kształ­cie sło­necz­nika… Lily-Ann nie jest sło­necz­ni­kiem, raczej wspa­nia­łym, dobrze uko­rze­nio­nym drze­wem magno­lii, ale pani B. dostrzega w niej blask słońca. Pani B. eskor­to­wała Hamil­tona, star­szego męż­czy­znę, który panicz­nie boi się opusz­czać swój domek, nawet gdy musi odwie­dzić den­ty­stę. „Na wszelki wypa­dek” roz­ma­wiała z wro­nami i dawała kie­rowcy UPS-a karmę dla psów, by roz­rzu­cał ją na auto­stra­dzie.

Krótko mówiąc, pani B. była eks­cen­tryczną, miłą sta­ruszką. Kiedy zoba­czy­łam ją idącą w środku nocy w stronę Serb­skiego Ban­dyty, chwy­ci­łam komórkę i ruszy­łam za nią.

Zatrzy­ma­łam się przy skrzyn­kach pocz­to­wych jakieś pięć metrów od nich i uda­wa­łam, że spraw­dzam pocztę, a tym­cza­sem pani B. usia­dła obok męż­czy­zny na przy­stanku auto­bu­so­wym. Tuż obok niego, bar­dzo bli­sko.

Zmarsz­czył brwi, patrząc na jej siwą, krótką fry­zurę. Potem spoj­rzał w stronę dom­ków.

– Mój pierw­szy kocha­nek miał tatu­aże – powie­działa pani B.

Dosko­nała pierw­sza kwe­stia sztuki, którą zamie­rza­łam napi­sać, ale może nie­zbyt dobra uwaga w trak­cie roz­mowy z groź­nym męż­czy­zną na przy­stanku auto­bu­so­wym.

Nie odpo­wie­dział. Patrzył w mil­cze­niu na panią B.

– Pły­wał w mary­narce han­dlo­wej – dodała.

Coś mruk­nął.

– Miał dwa tatu­aże. Serce i kotwicę. W dzi­siej­szych cza­sach to dro­biazg, ale wtedy było to tro­chę szo­ku­jące.

Zaczę­łam fil­mo­wać, na wszelki wypa­dek. Kiedy powięk­szy­łam obraz męż­czy­zny, moja komórka zare­je­stro­wała na jego szyi tatuaż w kształ­cie skrzy­deł anioła. Za uchem pióra zamie­niały się w pło­mie­nie. Kiedy obró­cił głowę w stronę pani B., na jego policzku poja­wił się nie­sta­ran­nie wyko­nany napis: „JEWELS”. Litera W przy­po­mi­nała kobiece piersi.

Wyda­wało się to prze­sadą, nawet jak na Serb­skiego Ban­dytę.

– Wszy­scy nazy­wają mnie panią B. – powie­działa. – Tak naprawdę nazy­wam się Golda Bako­fsky. A ty?

– Anthony Lam­bert.

– A zatem nie „pan L.”? – spy­tała i lekko się zaśmiała. – No cóż, jesteś jesz­cze młody. Masz serce, Anthony?

– Zależy, kogo o to spy­tać – odparł. Jego głos zadrżał.

– Cha! – Pani B. szturch­nęła pal­cem grube ramię męż­czy­zny. – Wiesz, co mam na myśli. Tatuaż.

– Mam trzy serca, ale żad­nej kotwicy – odparł i znowu zer­k­nął w stronę Kolo­nii Mari­gold.

A może w moją stronę, jakby wie­dział, że fil­muję? Nie mogłam się zorien­to­wać. Oddy­cha­łam szyb­ciej, drżały mi ręce i usi­ło­wa­łam sobie wmó­wić, że to coś innego niż To, Co Się Stało.

– Mój mąż wspo­mniał o mnie kie­dyś w prze­mó­wie­niu – ode­zwała się pani B. do męż­czy­zny, Anthony’ego, jakby gawę­dzili przy her­batce. – Powie­dział: „Po tylu latach cią­gle masz oczy dziew­czyny, w któ­rej się zako­cha­łem”. A ja na to: „Tak, w sło­iku pod łóż­kiem”.

Anthony zamru­gał.

– Było to na przy­ję­ciu cha­ry­ta­tyw­nym, na któ­rym zbie­rano fun­du­sze dla osób po prze­szcze­pach narzą­dów. Praw­do­po­dob­nie nie­od­po­wied­nie miej­sce na podobny żart.

Pani B. chęt­nie opo­wia­dała o tym, co leżało jej na sercu, ale nie byłam pewna, jakie są jej motywy. Chyba mia­łam nadzieję, że powie temu face­towi, by prze­stał sie­dzieć na przy­stanku auto­bu­so­wym i stra­szyć loka­to­rów. Zamiast tego mówiła o gał­kach ocznych.

– Miesz­kasz w domu od frontu, prawda? – spy­tał. – Z kwia­tami?

– Od czter­dzie­stu lat – odpo­wie­działa.

Kiedy wstał z ławki, wyda­wał się ogromny.

– Więc odpro­wa­dzę cię do domu.

Opu­ści­łam komórkę, ści­snęło mi się serce. Pani B. na pewno zaprosi tego męż­czy­znę – Anthony’ego – do domu, peł­nego cen­nych bibe­lo­tów z całego świata. Marze­nie sce­no­grafa, a także wła­my­wa­cza. Serb­ski Ban­dyta o pierw­szej w nocy?

Musia­łam coś zro­bić. Przy­naj­mniej zadzwo­nić do pozo­sta­łych loka­to­rów. Ale nie było czasu na prze­glą­da­nie listy kon­tak­tów. Dla­czego w Kolo­nii Mari­gold nie ma czatu?

– Czym się zaj­mu­jesz? – spy­tała pani B. Wstała, opie­ra­jąc dłoń na wyta­tu­owa­nym przed­ra­mie­niu męż­czy­zny. – Znaj­du­jesz w nocy zabłą­kane kobiety i odpro­wa­dzasz do domu?

Popa­trzył na nią z nagłą inten­syw­no­ścią.

– Tak. A poza tym zmy­wam naczy­nia.

– Ach… – Pani B. spoj­rzała na niego pta­sim wzro­kiem. – Więc pra­cu­jesz na zmy­waku, Anthony?

– Tak.

– To chyba kosz­mar­nie nudne, ale trzeba pła­cić rachunki. Sama ostat­nio mam z tym pro­blemy.

– Tak?

– To bar­dzo fru­stru­jące. Więc… – Pani B. zasta­na­wiała się, idąc obok męż­czy­zny. – Sie­dzia­łeś kie­dyś w wię­zie­niu?

– W zakła­dzie kar­nym – spro­sto­wał.

No cóż, to prze­ła­mało moje waha­nie. Wzię­łam głę­boki oddech i ruszy­łam po scho­dach w stronę przy­stanku auto­bu­so­wego.

– Czy to jakaś róż­nica? – spy­tała z cie­ka­wo­ścią pani B.

– Jest pani tam, pani B.? – zawo­ła­łam.

– Dobry wie­czór, Sophie. – Uśmiech­nęła się do mnie bez zdzi­wie­nia, jakby od początku wie­działa, że tam jestem. – Jakieś cie­kawe listy?

– Prze­pra­szam – odpar­łam, nagle uświa­da­mia­jąc sobie, że mam puste ręce. – Czy mogłaby pani wpaść do mnie na chwilę? Mam pyta­nie doty­czące… eee… czyn­szu.

Męż­czy­zna spoj­rzał na mnie gniew­nie. Na jed­nej z jego brwi znaj­do­wała się bli­zna, a ścię­gna na szyi przy­po­mi­nały trzonki sie­kiery. Przy­gry­złam wargę, gdy patrzył na mnie tro­chę za długo, i posta­no­wi­łam nie zosta­wiać z nim pani B. Nagle odwró­cił się bez słowa. Zamiast wró­cić na ławkę, odda­lił się chod­ni­kiem, aż pochło­nął go mrok.

Po tam­tej nocy stale to spraw­dza­łam, lecz ni­gdy wię­cej nie widzia­łam Anthony’ego Lam­berta. Mia­łam wra­że­nie, że był two­rem mojej wyobraźni.

Dwa mie­siące póź­niej pani B. wyna­jęła mu kawa­lerkę przy­le­ga­jącą do domku Ocean.

Wtedy zaczę­łam pro­wa­dzić notatki. Zasta­na­wia­łam się nad napi­sa­niem sztuki o tajem­ni­czym nie­zna­jo­mym, który nisz­czy spo­kój nie­wiel­kiej spo­łecz­no­ści. Pró­bo­wa­łam odzy­skać entu­zjazm dla nie­ogra­ni­czo­nych moż­li­wo­ści dra­ma­to­pi­sar­stwa. I uspo­koić swoje lęki.

3. Lily-Ann

Po dłu­gim dniu pracy Lily-Ann wyle­gi­wała się na lilio­wej lnia­nej kana­pie w kre­mo­wym szla­froku z kasz­miru. Pró­bo­wała pra­co­wać. Cho­lera, nie zale­żało jej na tym kon­kret­nym zada­niu. Uwiel­biała reali­zo­wać plany, zmie­rzać do kon­kret­nego, osią­gal­nego celu.

Jedna z tera­peu­tek zasu­ge­ro­wała kie­dyś, że przy­czyną jej per­fek­cjo­ni­zmu jest pra­co­ho­lizm. Było odwrot­nie. To per­fek­cjo­nizm spra­wił, że stała się pra­co­ho­liczką. Lily-Ann nie miała nic prze­ciwko oczy­wi­stym stwier­dze­niom, ale tera­peutka chciała też poroz­ma­wiać o wadze Lily-Ann. Uwa­żała, że pro­ble­mem Lily-Ann jest lek­ce­wa­że­nie wagi.

Lily-Ann nie lubiła prze­ry­wać roz­po­czę­tych zajęć; mimo to przy­szła tylko na trzy z ośmiu zapla­no­wa­nych sesji z tera­peutką.

Wypiła łyk char­don­nay, a następ­nie puk­nęła w ekran lap­topa i obej­rzała zamó­wie­nie. Wpro­wa­dziła kilka popra­wek. Po chwili kolejne. Lepiej. Gotowe. Skoń­czone, jak wiele rze­czy w jej życiu.

W tym mał­żeń­stwo i życie towa­rzy­skie.

Mał­żeń­stwo nie zakoń­czyło się cał­ko­wi­cie, jesz­cze nie. Była po pro­stu w sepa­ra­cji z Pio­trem i wypro­wa­dziła się z domu o trzech sypial­niach w Santa Bar­bara, w dziel­nicy Riviera, ze spek­ta­ku­lar­nym wido­kiem na port i cen­trum Santa Bar­bara. Nie­gdyś lubiła wyle­gi­wać się na patio wyło­żo­nym kamien­nymi pły­tami, obser­wu­jąc, jak ran­kiem słońce wypeł­nia chmury bia­łym świa­tłem, a potem, o zmierz­chu, maluje poma­rań­czowe smugi na nie­bie. Kiedy patrzyła na mia­sto, od boiska do siat­kówki do daw­nej misji hisz­pań­skiej, wszystko wyda­wało się upo­rząd­ko­wane, spo­kojne i roz­le­głe.

Popa­trz­cie na nią teraz. Mieszka w domku z jedną sypial­nią i widzi tylko sta­ran­nie przy­cięty żywo­płot z głogu na podwórku. Pra­cuje za marne gro­sze jako kie­row­niczka do spraw ofert w fir­mie trans­por­to­wej. Sama, nawet bez kota, który mógłby ją pocie­szyć.

Kosz­marny upa­dek. Upo­ka­rza­jący, z wyjąt­kiem chwili, gdy rado­śnie delek­tuje się kie­lisz­kiem char­don­nay z winiarni Au Bon Cli­mat, poma­ga­jąc kole­żance nad­ro­bić zale­gło­ści w pracy.

Gdyby zapo­mniała o gorz­kiej, przy­krej świa­do­mo­ści, że nie powinna się cie­szyć swoją obecną sytu­acją, cie­szy­łaby się nią całym ser­cem.

Prze­szła do następ­nego arku­sza kal­ku­la­cyj­nego i usły­szała powia­do­mie­nie komórki.

Sophie: Hej, Lily-Ann

Sophie: Tu Sophie z domu od frontu

Sophie: Widzia­łam cię przez okno i mia­łam zapu­kać, ale puka­nie wyda­wało mi się dziwne, więc piszę ese­mesa

Sophie: Teraz pisa­nie ese­mesa też wydaje mi się dziwne

Lily-Ann wstała z kanapy, prze­szła do holu i odpi­sała na ese­mesa. Naci­snęła przy­cisk „Wyślij”, otwo­rzyła drzwi i zoba­czyła Sophie na wąskiej weran­dzie, czy­ta­jącą prze­ka­zaną wia­do­mość.

Sophie była szczu­płą młodą kobietą z wło­sami zwią­za­nymi w kucyk. Wydała się Lily-Ann spo­kojna, a zara­zem napięta, niespo­kojna. Wyglą­dała jak Azjatka, praw­do­po­dob­nie z Azji Wschod­niej, choć jej nazwi­sko brzmiało Gil­man. Lily-Ann miała ochotę spy­tać ją o pocho­dze­nie. Lubiła kate­go­ry­zo­wać. Lubiła wie­dzieć, co do sie­bie pasuje. Nic nie dawało jej więk­szej satys­fak­cji niż połą­cze­nie puz­zli w logiczną całość. To kojące duszę klik­nię­cie…

Sophie pra­wie codzien­nie upra­wiała jog­ging i dwa razy w tygo­dniu wycho­dziła z domu z matą do jogi. Nieco rza­dziej ubie­rała się w krót­kie bluzki i krót­kie spód­niczki, po czym dołą­czała do kole­ża­nek w cen­trum mia­sta. Raz zapro­siła Lily-Ann, co było miłe. Jed­nak Lily-Ann się wymó­wiła, bo prze­paść była zbyt wielka. Prze­paść mię­dzy kobie­tami w wieku dwu­dzie­stu pię­ciu lat i trzy­dzie­stu pię­ciu lat, mię­dzy sin­gielką a żoną w sepa­ra­cji, mię­dzy chu­do­ścią a oty­ło­ścią. Mię­dzy impre­zo­wa­niem a przy­jem­no­ścią.

Lily-Ann: Wolisz białe czy czer­wone?

Sophie z ner­wo­wym uśmie­chem unio­sła wzrok znad komórki.

– Prze­pra­szam. Mogę dostać gin z toni­kiem?

– Nie­stety nie.

– W takim razie zado­wolę się byle czym. Jeśli to nie pro­blem. Poza tym prze­pra­szam, że prze­szka­dzam.

– Nie prze­szka­dzasz – odpo­wie­działa Lily-Ann, po czym natych­miast zmie­niła temat. – Przed chwilą skoń­czy­łam pracę.

– W pią­tek wie­czo­rem?

– Mhm. – Lily-Ann popro­wa­dziła ją do kuchni. – Nie idziesz do mia­sta?

Sophie pod­wi­nęła rękawy obszer­nego fio­le­to­wego dresu z kap­tu­rem.

– W zeszłym tygo­dniu tro­chę prze­sa­dzi­łam. Robię sobie prze­rwę.

– Szkoda. – Lily-Ann nalała drugą lampkę char­don­nay. – Prze­rwy są naj­gor­sze.

– Chyba tak. – Sophie unio­sła kie­li­szek. Miał to być toast, lecz wyda­wała się zde­ner­wo­wana. – Hm, moim zda­niem powin­ni­śmy stwo­rzyć czat gru­powy w Kolo­nii Mari­gold. Na wypa­dek gdyby… Sama nie wiem.

– Chyba powin­naś mówić bar­dziej kon­kret­nie.

– Och, prze­pra­szam! Mam na myśli trzę­sie­nie ziemi, powódź albo, no wiesz… – Zmarsz­czyła nos. – Zagro­że­nie ze strony obcych. Dzieci Ocean włó­czą się po oko­licy i… Wiem, że mówię jak moja mama, ale miesz­kamy bli­sko ulicy.

– Ktoś cię zacze­pił? – spy­tała Lily-Ann, bo przy­po­mniała sobie, że sły­szała, że w prze­szło­ści Sophie miała pro­blemy z jakimś męż­czy­zną.

– Nie, nie, prze­pra­szam. Sły­sza­łam, że pani B. wyna­jęła miesz­ka­nie przy­pad­ko­wemu face­towi, i tro­chę się mar­twię. To u mnie nor­malne.

– Przy­pad­ko­wemu face­towi?

– Nie­zna­jo­memu, któ­rego poznała na przy­stanku auto­bu­so­wym o pierw­szej w nocy.

– Och, rozu­miem. Tak, to rze­czy­wi­ście nie­ty­powe. – Lily-Ann wypiła łyk wina. – Czat gru­powy?

Sophie ski­nęła głową.

– Ocean jest na miej­scu, podob­nie jak pani B. Nicho­las wyje­chał, zresztą i tak pra­wie go nie widu­jemy, ale zasta­na­wia­łam się, czy nie mogła­byś poroz­ma­wiać z Hamil­to­nem.

– Wła­śnie dla­tego przy­szłaś?

– Tak, prze­pra­szam. Ni­gdy nie wiem, co on powie, i to mnie dener­wuje. Ale ty niczego się nie boisz.

– Boję się źle zała­do­wa­nych zmy­wa­rek – odpo­wie­działa Lily-Ann i z przy­jem­no­ścią obser­wo­wała ner­wowy chi­chot Sophie. – Poroz­ma­wiam z Hamil­to­nem. Cho­ciaż trudno prze­wi­dzieć, czy powie coś sen­sow­nego.

– Tak. – Sophie przy­gry­zła wargę. – Nie powin­ny­śmy go zapy­tać?

Hamil­ton był żyla­stym, siwo­wło­sym męż­czy­zną, miło­śni­kiem hawaj­skich koszul. Lubił popi­sy­wać się swoją wie­dzą na naj­róż­niej­sze tematy. Pew­nie powinni go igno­ro­wać, ale teraz, kiedy Lily-Ann wyra­ziła zgodę, koniecz­nie chciała to zro­bić. Mieć to z głowy. Poza tym bola­łoby ją, gdyby pomi­nięto jed­nego z loka­to­rów.

– Jestem pewna, że wszystko będzie dobrze – powie­działa.

4. Ocean

Posłu­chaj­cie. Ocean spodo­bał się wygląd Anthony’ego Lam­berta. Chciała go wyrzeź­bić. Ta ogromna bryła mię­śni koja­rzyła jej się z malo­wa­niem szpa­chelką: ostre kra­wę­dzie i grube war­stwy farby. Poza tym na początku wyda­wał jej się bru­talny, ale kiedy przyj­rzała się bli­żej – raczej smutny. Jest prze­cież artystką, prawda? Spodo­bał jej się.

– Prze­cież jestem matką! – zawo­łała do pani B., sia­da­jąc na sofie. – Czy chcę, żeby były wię­zień miesz­kał w kawa­lerce przy­le­ga­ją­cej do mojego domu? Obok moich dzieci? Abso­lut­nie nie!

– Och, coś mi się przy­po­mniało! – powie­działa pani B., wycho­dząc z kuchni. – Czy w tym roku powin­nam posa­dzić na dzie­dzińcu bratki, czy petu­nie? Bratki mają śliczne mordki, jakby się zawsze uśmie­chały, ale petu­nie…

– Nie gadaj bzdur jak stara baba – prze­rwała Ocean.

Pani B. pocią­gnęła nosem i usia­dła obok Ocean.

– Kie­dyś byłaś taką miłą dziew­czyną…

– A ty sku­tecz­niej uni­ka­łaś trud­nych roz­mów. Nie chcę, żeby tu miesz­kał.

– Anthony to dobry czło­wiek, Ocean.

– Skąd wiesz?

– Spoj­rza­łam mu w oczy.

– Masz zaćmę, Goldo.

– Prze­stań! – powie­działa pani B., bo nie chciała, by kto­kol­wiek wie­dział, że Kolo­nia Mari­gold nosi jej imię. Mąż nie nazy­wał jej Goldą, tylko Mari­gold. Wie­działa o tym jedy­nie Ocean.

– Pomyśl o dzie­ciach. Riley zacho­wuje się jak zwa­rio­wana nasto­latka, a Miles prze­żywa kry­zys toż­sa­mo­ści chłopca z czwar­tej klasy.

– To rze­czy­wi­ście brzmi okrop­nie – zauwa­żyła pani B., popra­wia­jąc tur­ku­sowe bran­so­letki na pomarsz­czo­nym ramie­niu. Ni­gdy nie uni­kała słońca i miała skórę o bar­wie kar­melu.

– Miles jest w porządku. On po pro­stu… szcze­rze mi 0 tym opo­wie­dział.

Pani B. prze­chy­liła głowę.

– Naprawdę?

– Tak, był abso­lut­nie szczery. – Ocean poczuła, że się uśmie­cha. – Cho­dzi o to, że nie chciał mnie roz­cza­ro­wać. Bie­dac­two, powie­dzia­łam, i doda­łam, że nic mnie to nie obcho­dzi. Tak czy ina­czej, przy­znał, że zadu­rzył się w Ami Dubois.

– Tej małej Fran­cuzce z prze­ciw­nej strony ulicy?

– Mhm. Chce jej upiec babeczki. Babeczki!

– Och! Mam go nauczyć piec maka­ro­niki? – Pani B. się zamy­śliła. – Tak naprawdę nie umiem piec maka­ro­ni­ków.

– Riley bywa praw­dziwą suką – odparła Ocean, igno­ru­jąc panią B. – Jest taka sama jak ja. Pora­dzimy sobie z tym i wszystko dobrze się skoń­czy, ale Miles? Jest za dobry dla tego świata. Nie wiem, co z nim począć.

– Jesteś wspa­niałą matką, masz wspa­niałe dzieci. – Pani B. ujęła obiema rękami dłoń Ocean. – Robisz fan­ta­styczne rze­czy, moja droga.

Ocean zamru­gała, tłu­miąc nagły przy­pływ emo­cji.

– Nie zmie­niaj tematu. Roz­ma­wiamy o tym, jak nie pozwo­lić temu face­towi wpro­wa­dzić się do pra­cowni.

Zanim pani B. zdą­żyła odpo­wie­dzieć, roz­legł się gwizd czaj­nika.

– Ura­to­wana przez gwiż­dżący czaj­nik – rzu­ciła i pobie­gła do kuchni zapa­rzyć her­batę.

Ocean dotknęła poma­za­nego farbą palca i rozej­rzała się po salo­nie pani B. Na for­te­pia­nie stała kolek­cja foto­gra­fii rodzin­nych, a na półce z książ­kami – dzie­cięce prace pla­styczne, pre­zenty otrzy­my­wane przez panią B. w ciągu wielu lat. W tym dwa od Ocean: popiel­niczka w kształ­cie cho­rego płuca, bo pani B. jesz­cze nie rzu­ciła pale­nia, i szklany raj­ski ptak, bo Ocean miała arty­styczną wyobraź­nię.

Ocean czuła się dobrze w zna­jo­mym oto­cze­niu. Nie­bie­ska kanapa, sto­lik do kawy w stylu art déco, kilka krze­seł obi­tych czer­wo­nym jedwa­biem z napo­le­oń­skimi psz­czo­łami; mąż pani B. marzył o posia­da­niu pasieki. Trzy chiń­skie lampy z aba­żu­rami, na któ­rych wisiały pom­pony. Półki z pamiąt­kami z zagra­nicy – net­suke z Japo­nii, amu­lety muiraquitã z Bra­zy­lii i maczugi iwisa z drewna żela­znego z RPA. Rzeźba z kamie­nia mydla­nego z Ala­ski; pani B. uwa­żała, że nie jest naprawdę mię­dzy­na­ro­dowa. Obrazy ozdob­nych dłoni z hebraj­skim napi­sem na złe oko. Od trzy­dzie­stu lat nic się nie zmie­niło.

Ocean pamię­tała, jak jako dziecko sie­działa po turecku na pod­ło­dze, wpa­tru­jąc się w półki i marząc o odle­głych miej­scach, gdy jej rodzice roz­ma­wiali z panią B.

Kie­dyś ukra­dła drew­nia­nego rekina wiel­ko­ści małego palca. Malut­kiego, przy­po­mi­na­ją­cego płotkę. Kiedy rodzice odkryli kra­dzież, kazali jej go zwró­cić. Prze­pro­siła ze łzami w oczach, przy­go­to­wana na gniewną prze­mowę. Zamiast tego pani B. zaczęła się zasta­na­wiać, dla­czego jej uwagę przy­kuł aku­rat ten przed­miot. Czy cho­dziło o temat? Czy lubi ryby? Roz­miar, kolor, mate­riał? Histo­ria, ślady narzę­dzi pozo­sta­wione przez nie­znane ręce?

Ocean nie potra­fiła odpo­wie­dzieć. Chciała mieć rekina, bo jej się spodo­bał. Pierw­szy raz w życiu przyj­rzała się cze­muś tak uważ­nie. Pierw­szy raz dostrze­gła swoje zami­ło­wa­nie do szcze­gó­łów i este­tyki.

Ode­rwała pasek farby od palca i nie wie­działa, co z nim zro­bić. Po chwili wci­snęła go do kie­szeni i się­gnęła po zbiór łami­głó­wek sudoku.

Impo­nu­jące. Pani B. roz­wią­zała ich kil­ka­dzie­siąt.

Sta­ruszka cią­gle była bystra.

Dopiero gdy Ocean przyj­rzała się bli­żej, zdała sobie sprawę, że liczby się nie zga­dzają. No cóż, cho­lera. Ocean zamiesz­kała w Kolo­nii Mari­gold jako dziecko i uwa­żała panią B. za członka rodziny. Za kogoś w rodzaju babci albo mniej iry­tu­ją­cej matki. Prze­glą­da­nie tych bez­sen­sow­nych bzdur spra­wiło, że zabo­lało ją serce. Musiała poroz­ma­wiać z panią B. – znowu – o tym, co powinno się stać, kiedy nie będzie mogła o sie­bie zadbać.

Ocean zaglą­dała do niej dwa razy dzien­nie i zaj­mo­wała się drob­nymi napra­wami w domku. Wszy­scy miesz­kańcy osie­dla dbali o panią B., przy­naj­mniej tro­chę. W Kolo­nii Mari­gold nie można było unik­nąć spo­tkań z sąsia­dami. Sophie, nowa loka­torka, pomo­gła w two­rze­niu gru­po­wego czatu; począt­kowo udzie­lał się na nim tylko Hamil­ton, zachwy­cony jakąś kometą, która powinna być widoczna, gdyby nocne niebo nie było zasło­nięte przez smog. Nie­stety, nie miał tele­skopu.

Póź­niej do czatu przy­łą­czyli się wszy­scy oprócz Nicho­lasa.

– Pro­szę, moja droga – powie­działa pani B., wra­ca­jąc z kuchni z fili­żan­kami i pół­mi­skiem chip­sów z solą i pie­przem.

– Skąd wytrza­snę­łaś tego faceta? – spy­tała Ocean, wyj­mu­jąc z kubka torebkę her­baty. Lubiła słabą her­batę; miała rów­nież sła­bość do chip­sów. – Wiem, że się z nim nie afi­szo­wa­łaś.

– Masz na myśli Anthony’ego? – Pani B. wrzu­ciła do her­baty pla­ste­rek cytryny. – Och, pozna­łam go przy­pad­kiem.

– Kolejna z two­ich zagu­bio­nych owie­czek.

– Jak twoi rodzice. – Pani B. spoj­rzała na nią jasnym wzro­kiem znad fili­żanki. – Co ty na to? Sama pokaż Anthony’emu pra­cow­nię. Jeśli póź­niej dalej będziesz pro­te­sto­wać, powiem mu, że zmie­ni­łam zda­nie.

– Myśla­łam, że już pod­pi­sa­łaś z nim umowę najmu.

– Och, tak. Ale Anthony nie ma kopii.

Ocean wce­lo­wała chipsa w stronę pani B.

– Wiesz, że należy prze­strze­gać prawa, prawda?

– Prawo wła­sno­ści to po pro­stu kult przod­ków egze­kwo­wany prze­mocą przez pań­stwo – odpo­wie­działa pani B., macha­jąc lek­ce­wa­żąco ręką. – Czy chipsy wystar­czą? A może masz ochotę na maka­ro­niki? Zaraz je upiekę.

5. Lily-Ann

Klucz nie chciał się obró­cić w zamku drzwi pra­cowni, a zasłony w oknie wycho­dzą­cym na dzie­dzi­niec wisiały nie­równo. Dobrze. Lily-Ann lubiła pro­blemy, które łatwo roz­wią­zać, i wła­śnie dla­tego pani B. popro­siła ją o sprząt­nię­cie miesz­ka­nia dla nowego loka­tora. Tajem­ni­czego Anthony’ego Lam­berta.

Z tru­dem prze­krę­ciła klucz – zano­to­wała w pamięci, by następ­nym razem przy­nieść olej do zam­ków – i otwo­rzyła drzwi.

Pra­cow­nia była mała, miała może dwa­dzie­ścia pięć metrów kwa­dra­to­wych. W powie­trzu uno­sił się zapach ple­śni i kurzu. Pani B. urzą­dziła ją w daw­nym pomiesz­cze­niu gospo­dar­czym, gdy sąsiedni domek – obec­nie zaj­mo­wany przez Ocean – został prze­bu­do­wany. Od tam­tej pory nikt tu nie miesz­kał, więc pra­cow­nia znowu stała się pomiesz­cze­niem gospo­dar­czym. Obok maleń­kiej łazienki stały pod ścianą pudła róż­nych roz­mia­rów; cia­sną prze­strzeń wypeł­niały stare meble po poprzed­nich loka­to­rach, a zasłony były w kosz­mar­nym sta­nie.

Lily-Ann się uśmiech­nęła.

Dwa dni póź­niej klucz z łatwo­ścią wsu­nął się do zamka. Powie­trze pach­niało świe­żo­ścią, zasłony były świeże i jasne. Lily-Ann usta­wiła nie­do­pa­so­wane meble w trzech miej­scach, two­rząc trzy pomiesz­cze­nia: sypial­nię z poje­dyn­czym łóż­kiem z antycz­nym rzeź­bio­nym zagłów­kiem; jadal­nię z tan­det­nym bia­łym pla­sti­ko­wym sto­łem i dwoma krze­słami obok mini­lo­dówki i płyty kuchen­nej; oraz salon z pufą obok lampy sto­ją­cej i małej czer­wo­nej eta­żerki na książki.

Pufa podo­bała się Lily-Ann. Nie wie­działa, że cią­gle można kupić takie rze­czy. W fał­dach i szcze­li­nach zbie­rał się kurz, co wyma­gało dokład­nego czysz­cze­nia. Jed­nak spo­sób usta­wie­nia nie­ska­zi­tel­nie czy­stej pufy jakoś ją iry­to­wał.

Po chwili namy­słu prze­su­nęła ją bli­żej okna. Potem zaczęła się zasta­na­wiać, czy mógłby na niej sie­dzieć doro­sły męż­czy­zna.

– Lily-Ann? – spy­tała Ocean z otwar­tych drzwi.

– Zawsze jest łóżko – odparła.

– Słu­cham? – zdzi­wiła się Ocean.

– Pufa. Nie jestem pewna…

– Co tu robisz?

– Pani B. popro­siła mnie, żebym odku­rzyła miesz­ka­nie. Zamie­rza je wyna­jąć.

– Odku­rzyła? Ume­blo­wa­łaś je, ude­ko­ro­wa­łaś ściany. Czy to… – Ocean zmarsz­czyła brwi, patrząc na obraz w anek­sie kuchen­nym. – Nama­lo­wa­łam go w liceum.

Lily-Ann nie miała poję­cia, co powie­dzieć. Zna­la­zła obraz w kącie i spodo­bały jej się zde­cy­do­wane linie. Prze­czy­tała tytuł naba­zgrany na płót­nie: Dwa zlewy.

– Tak.

– Jest bar­dzo ładny.

Ocean się skrzy­wiła.

– Dzięki.

– Tro­chę przy­po­mina Mon­driana. To mój ulu­biony arty­sta.

– Powin­naś obej­rzeć prace Anne Tru­itt – odparła Ocean i do pra­cowni wpadł cień.

Chwilę póź­niej roz­le­gło się puka­nie. Lily-Ann się odwró­ciła i zoba­czyła męż­czy­znę, któ­rego postać wypeł­niała drzwi. Wysoki, z ogo­loną głową i sze­ro­kimi ramio­nami. Trzy­dzie­ści, czter­dzie­ści lat. Był pokryty nie­sy­me­trycz­nymi tatu­ażami; nie two­rzyły logicz­nej cało­ści. Uznała to za nie­po­ko­jące i nie­este­tyczne.

Mimo to nie był to uza­sad­niony powód, by zacho­wać się nie­grzecz­nie.

– Pew­nie jesteś nowym loka­to­rem. – Wycią­gnęła rękę. – Mam na imię Lily-Ann.

Jej dłoń znik­nęła w gigan­tycz­nej ręce męż­czy­zny.

– Anthony.

Rzadko spo­ty­kała kogoś, kto spra­wiał, że czuła się mała. W tym przy­padku, ku jej zasko­cze­niu, to uczu­cie było przy­jemne. Wyobra­żała sobie, że Anthony mógłby ją nosić na rękach. Mogłoby jej się to podo­bać, mimo tatu­aży.

Zanim wyszła za Pio­tra, poznała wielu męż­czyzn, któ­rzy lubili tęgie kobiety. Potem wyszła za niego i cią­gle jest jego żoną. Schlud­ność jest ważna, podob­nie jak przy­sięgi, które są swego rodzaju umowną schlud­no­ścią, defi­niu­jącą rela­cje i ogra­ni­cza­jącą zacho­wa­nia.

Powie­działa po pro­stu: „Witamy”, po czym wró­ciła do domu, by napi­sać na nowo infor­ma­cję o speł­nie­niu wyma­gań klienta i wysłać ją za pomocą apli­ka­cji opra­co­wa­nej przez firmę zewnętrzną.

6. Ocean

– Więc to Lily-Ann – powie­działa Ocean do Anthony’ego, gdy zamknęły się za nią drzwi.

Ski­nął głową.

– Miesz­kam z dziećmi w dru­giej poło­wie domku. – Gestem zapro­siła go do środka, sto­jąc z dala od drzwi. – Wejdź, rozej­rzyj się. Prze­pra­szam, że pomiesz­cze­nie jest takie małe.

Kiedy zro­bił dwa kroki do przodu, wypeł­nił cały pokój.

– Miesz­ka­łem w mniej­szych klit­kach.

Wolała się nie zasta­na­wiać, co to zna­czy.

– Skąd pocho­dzisz?

– Głów­nie z Fre­sno. – Mil­czał przez chwilę. – A ty?

– Głów­nie stąd – odparła. – Nie ma pie­kar­nika, jest tylko mała lodówka. Jeśli pani B. powie­działa ci, że możesz korzy­stać z jej kuchni, to nie możesz.

– Okej.

– Meble… eee… są wli­czone w cenę pokoju, chyba że przy­wie­ziesz swoje. W takim razie… – Wąt­piła, by pani B. była aż tak prze­wi­du­jąca. – Pozbę­dziemy się tego wszyst­kiego.

Zmarsz­czył brwi i popa­trzył na pufę.

– Nie mam żad­nych mebli.

– W takim razie je zosta­wimy.

– Co to takiego? – spy­tał.

– Pufa sako. Tra­dy­cyj­nie łączona ze spodniami dzwo­nami i lampą lawową.

Jego usta się nie poru­szyły, lecz uśmiech­nął się do niej oczami. Jakby oba­wiał się wyra­zić weso­łość mimiką.

– Pani B. mówiła, że pra­cu­jesz na zmy­waku.

– W restau­ra­cji Side­car.

– Tej spe­lunce w cen­trum mia­sta? – Ocean pra­wie się skrzy­wiła, że użyła słowa „spe­lunka”, więc rzu­ciła: – Lubisz tę pracę? – Znowu pra­wie się skrzy­wiła. Kto lubi zmy­wać naczy­nia? – Nie jest tam tro­chę, hm, gło­śno?

– Hałas mi nie prze­szka­dza. Pomaga w medy­ta­cji.

Zasko­czyło ją, że użył słowa „medy­ta­cja”. Wie­działa, o co cho­dzi, widziała jego nie­śmiały uśmiech i była w kropce. Chyba że znaj­dzie dobry powód, by kazać pani B. nie wynaj­mo­wać mu miesz­ka­nia i ode­słać go w dia­bły.

– No cóż, nie lubimy hałasu – zauwa­żyła.

– Jestem cichy.

– Mam dwoje dzieci. Lubisz dzieci?

Zasta­na­wiał się przez chwilę.

– Nie znam żad­nych dzieci.

– Och… eee… moja była żona dora­stała w dużej rodzi­nie. Troje młod­szego rodzeń­stwa. Wycho­wała je pra­wie sama. Ja byłam jedy­naczką.

Powie­działa to, by się prze­ko­nać, jak zare­aguje na zwrot „moja była żona”. Nie zare­ago­wał. Po pro­stu patrzył na nią. Był rów­nie emo­cjo­nalny jak kamienne posągi z Wyspy Wiel­ka­noc­nej. Uwa­żał zmy­wa­nie naczyń za ćwi­cze­nie medy­ta­cyjne. Zacho­wy­wał się jak mnich, który spę­dził życie w celi. Cóż, może to nie­szczę­śliwe porów­na­nie.

Uśmiech­nęła się z zaci­śnię­tymi ustami.

– Teraz żyję w małym domku.

– Coś w sam raz dla mnie.

– Bo jesteś malutki. – Wes­tchnęła. – Posłu­chaj. Pani Bako­fsky sły­nie z tego, że przy­gar­nia bez­dom­nych. Mam nadzieję, że potra­fisz to zro­zu­mieć?

Znowu się uśmiech­nął. Jego twarz była jak wyrzeź­biona z kamie­nia.

– Opie­ku­jemy się nią. Sta­rzeje się, wiesz? Poma­gamy jej, jak potra­fimy.

– Hm – mruk­nął.

Naj­wy­raź­niej groźba opieki nad star­szą panią nie wystar­czała, by znie­chę­cić Anthony’ego, więc Ocean opo­wie­działa o śmie­ciach i recy­klingu, a potem zosta­wiła go, by rozej­rzał się w pra­cowni. Zamknęła drzwi wej­ściowe i wes­tchnęła. Wyda­wał się okej. Poza tym potrze­bo­wał miej­sca, gdzie mógłby miesz­kać. Co miała zro­bić, odmó­wić?

Wra­ca­jąc do domu, zauwa­żyła panią B. z konewką u stóp, wpa­tru­jącą się w pla­sti­kowe pojem­niki z petu­niami, które wcze­śniej kupiła. Była wystar­cza­jąco silna, by unieść wiszące doniczki, lecz nie zno­siła bru­dzić sobie rąk. Zamiast tego zosta­wiała kwiaty, by sadził je ktoś inny.

Cze­kała na Ocean, by się dowie­dzieć, co sądzi o Antho­nym.

– Zado­wo­lona, moja droga? – spy­tała, po czym ski­nęła głową, nim Ocean zdą­żyła odpo­wie­dzieć. – Wie­dzia­łam, że przyj­dziesz.

Ocean poka­zała jej środ­kowy palec. Pani B. z zado­wo­le­niem par­sk­nęła śmie­chem.

– Dam mu klucz do skrzynki pocz­to­wej.

7. Nicholas

Nicho­las obró­cił fotel w stronę okna swo­jego gabi­netu w miej­skim wydziale pla­no­wa­nia prze­strzen­nego. Wycho­dziło na De La Guerra Plaza, pro­sto­kąt pokryty uschniętą trawą i mate­ria­łami budow­la­nymi, bo roz­po­częła się rewi­ta­li­za­cja histo­rycz­nego placu.

Dwa gołę­bie dzio­biące zie­mię wzbiły się nagle w powie­trze i usia­dły na dachu pustego budynku „Santa Bar­bara News-Press”. Reno­mo­wana lokalna gazeta naj­pierw stała się cie­niem samej sie­bie, a potem zban­kru­to­wała.

Nicho­las cenił ten widok. Codzien­nie oglą­dał dowód, że nawet uznane firmy mogą upaść, jeśli nie są dobrze pro­wa­dzone. Cza­sami wymaga to inno­wa­cyj­no­ści przy pozo­sta­niu wier­nym pod­sta­wo­wym zasa­dom. Cza­sami trzeba usu­nąć śmieci, by przy­go­to­wać miej­sce dla cze­goś nowego.

Wes­tchnął i odwró­cił się z powro­tem w stronę biurka. Dobrze. Skoro mowa o sumien­no­ści… powi­nien chyba zre­zy­gno­wać z udziału w zbli­ża­ją­cej się dys­ku­sji, bo mieszka w Kolo­nii Mari­gold. Cóż, płaci czynsz niż­szy od ryn­ko­wego, więc zde­cy­do­wa­nie powi­nien się wyco­fać.

Ale tego nie zro­bił.

Zamiast tego poszedł kory­ta­rzem i zajął miej­sce w sali kon­fe­ren­cyj­nej. Jego wydział opra­co­wał nowy plan zago­spo­da­ro­wa­nia prze­strzen­nego, zgodny z naj­now­szymi stan­dar­dami pro­jek­to­wa­nia i roz­woju. Osie­dle Nicho­lasa – Kolo­nia Mari­gold – zazna­czono na poma­rań­czowo jako „pro­po­no­wany obszar gęstej zabu­dowy miesz­ka­nio­wej na pod­sta­wie kon­ce­sji sta­no­wej”.

– Na co zezwala taka kon­ce­sja? – spy­tał jego szef, doma­ga­jąc się wyja­śnień.

– Dewe­lo­pe­rzy mogą sta­wiać wie­żowce o wyso­ko­ści do dzie­więt­na­stu metrów – odparł Nicho­las. – Budynki wie­lo­ro­dzinne. Znacz­nie niż­szym kosz­tem, dzięki ulgom zachę­ca­ją­cym do zagęsz­cza­nia zabu­dowy.

– Więc pozwa­lamy… nie, zachę­camy do budo­wa­nia apar­ta­men­tow­ców w dziel­nicy skła­da­ją­cej się głów­nie z domów jed­no­ro­dzin­nych?

– Cóż, taki jest cel.

Szef wypu­ścił powie­trze.

– W Upper East­side? Trudno to sprze­dać lokal­nej spo­łecz­no­ści. Nie ma tam zabyt­ków?

Roz­ma­wiali o histo­rycz­nym zna­cze­niu dziel­nicy bun­ga­lo­wów i o tym, że prze­pisy sta­nowe uwzględ­niają poło­że­nie mia­sta mię­dzy ogrom­nym par­kiem naro­do­wym Los Padres, peł­nym szla­ków tury­stycz­nych i pól kem­pin­go­wych, a tęt­nią­cym życiem por­tem, dzie­wi­czymi pla­żami i obsza­rem chro­nio­nej przy­rody wokół Chan­nel Islands. Sto lat skru­pu­lat­nego pla­no­wa­nia prze­strzen­nego uczy­niło z Santa Bar­bara perłę środ­ko­wej czę­ści Zachod­niego Wybrzeża. Zezwo­le­nie na wysoką zabu­dowę w jed­nej z naj­bar­dziej uro­kli­wych dziel­nic wywo­ła­łoby ostrą reak­cję.

W końcu zmie­nili temat, ale Nicho­las cią­gle myślał o Kolo­nii Mari­gold i o tym, że nie wyco­fał się z udziału w pra­cach nad pro­jek­tem z powodu kon­fliktu inte­re­sów. Mia­sto potrze­buje nowych miesz­kań. Wszy­scy o tym wie­dzą. A gdyby Kolo­nia zmie­niła wła­ści­ciela? Cóż, nie można cze­goś ulep­szyć, a jed­no­cze­śnie pozo­sta­wić bez zmiany.

Poza tym powta­rzał sobie, że pani B. zaro­bi­łaby for­tunę na zmia­nie planu zago­spo­da­ro­wa­nia. Jasne, jest przy­wią­zana do Kolo­nii Mari­gold, ale wszystko będzie dobrze. Lepiej niż dobrze.

Musi tylko dopil­no­wać, by ni­gdy się nie dowie­działa o jego zaan­ga­żo­wa­niu.

8. Sophie

Mimo wszystko lubię pracę w New Vic, naszym lokal­nym teatrze. Lubię nawet cho­dzić pie­szo do pracy. Poranki w Santa Bar­bara zawsze są pełne ener­gii, z rześ­kim oce­anicz­nym powie­trzem ogrza­nym przez słońce, zapa­chem cro­is­san­tów i kawy dola­tu­ją­cym z fran­cu­skiej pie­karni. Sły­sza­łam dzię­cioła stu­ka­ją­cego w pień palmy i zasta­na­wia­łam się, jak wyra­zić na sce­nie uczu­cie opty­mi­zmu – w taki piękny dzień nic nie może się nie udać.

Póź­niej dotar­łam do teatru i przy­po­mnia­łam sobie, że cho­ciaż lubię tę pracę, w grun­cie rze­czy przy­po­mina skok w prze­paść do oce­anu zazdro­ści. Chcę pisać i reży­se­ro­wać sztuki. To mój cel, moje prze­zna­cze­nie.

Na stu­diach napi­sa­łam kil­ka­na­ście sztuk teatral­nych, ale wszyst­kie były nudne. Praw­do­po­dob­nie dla­tego, że szu­ka­łam poważ­nych tema­tów. Jed­nak teraz, po obser­wa­cji cha­osu, jaki zapa­no­wał w Kolo­nii Mari­gold po mor­der­stwie, jestem mniej zain­te­re­so­wana kon­dy­cją ludzką, a bar­dziej ludźmi. Zaczę­łam pisać pamięt­nik, by wyko­rzy­stać sza­leń­stwo jako mate­riał. Jeśli nie zdo­łam napi­sać w miarę wcią­ga­ją­cej sztuki na pod­sta­wie tego krwa­wego dra­matu, powin­nam po pro­stu dać spo­kój.

Kapi­tu­la­cja jest ostat­nią rze­czą, na jaką mam ochotę… a jed­nak zasta­na­wiam się w głębi duszy, czy już się nie pod­da­łam. W New Vic zaj­muję się bile­tami i pro­mo­cją, a od czasu do czasu udaję, że jestem dra­ma­to­pi­sarką, przy­go­to­wu­jąc stresz­cze­nia do pro­gra­mów.

No cóż, spę­dzam też sporo czasu, pró­bu­jąc igno­ro­wać zazdrość toczącą mi serce, gdy spo­ty­kam praw­dzi­wych pisa­rzy i reży­se­rów. Ale przy­naj­mniej cią­gle należę do świata teatru. To coś zna­czy, prawda?

Rodzice mar­twią się o mnie, a ja czuję, że moje naj­więk­sze marze­nie powoli zmie­nia się w klę­skę.

To nic nowego. Mar­twią się o mnie po Tym, Co Się Stało. Mar­twili się o mnie jesz­cze przed Tym, Co Się Stało. Prze­ży­łam zała­ma­nie ner­wowe. Teraz czuję się lepiej – naprawdę! – lecz mar­twią się bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek. Wsty­dzę się swo­jej sła­bo­ści. Nie spo­tkało mnie nic okrop­nego, naprawdę. Na pewno nic okrop­nego przez duże O. Wła­śnie to jest najbar­dziej upo­ka­rza­jące. Prze­ży­łam kilka cięż­kich mie­sięcy i kom­plet­nie mi odbiło, choć więk­szość ludzi szybko by się otrzą­snęła.

Ludzie cho­rują na PTSD po powro­cie z wojny, a nie z powodu stal­kera w biblio­tece uni­wer­sy­tec­kiej.

Rodzice nie chcieli, żebym była na łasce i nie­ła­sce współ­lo­ka­to­rek przy­pro­wa­dza­ją­cych nie­zna­jo­mych, więc zade­kla­ro­wali, że pokryją część czyn­szu. Poza tym moja mama uwiel­bia panią B., rów­nież wścib­ską, lecz w zupeł­nie inny spo­sób. Mój domek jest maleńki. Naj­mniej­szy, poło­żony naj­bli­żej ulicy. Jego loka­li­za­cja mi się podoba, bo mogę wszystko obser­wo­wać…

Kiedy pan Ybarra cho­dzi wokół Kolo­nii, nikt poza mną tego nie zauważa.

Wró­ci­łam z jog­gingu po pracy i zatrzy­ma­łam się przy drzwiach wej­ścio­wych, by spraw­dzić dystans w komórce. Wtedy dostrze­głam pana Ybarrę. Wyglą­dał jak wychu­dzony święty miko­łaj, z siwą brodą, rumia­nymi policz­kami i czer­woną weł­nianą cza­peczką. Firma Ybarra Pro­per­ties jest wła­ści­cie­lem trzech apar­ta­men­tow­ców w oko­licy. Pan Ybarra mieszka w jed­nym z nich, choć jest wystar­cza­jąco bogaty, by mieć rezy­den­cję wśród cele­bry­tów z Mon­te­cito. Jest rów­nie eks­cen­tryczny jak pani B. Może wszy­scy wła­ści­ciele nie­ru­cho­mo­ści w Santa Bar­bara są eks­cen­tryczni, a może po pro­stu nie znam innych?

Pan Ybarra wszedł na pose­sję, macha­jąc kijem gol­fo­wym, który nosi, bo boi się psów. Pogła­dził się po bro­dzie, a potem okrą­żył dzie­dzi­niec. Na sta­rych foto­gra­fiach, które poka­zała mi pani B., krzewy róż i donice z wize­run­kami aksa­mi­tek ota­czały bujny zie­lony traw­nik, ale po kilku latach suszy dzie­dzi­niec przy­po­mina pusty­nię z jasnymi, żwi­ro­wymi ścież­kami i lśnią­cymi suku­len­tami.

Kiedy pan Ybarra mnie zauwa­żył, uniósł na powi­ta­nie kij gol­fowy.

– Wyglą­dasz uro­czo!

– Hm – mruk­nę­łam, zbyt spo­cona, by flir­to­wać z szar­manc­kim sześć­dzie­się­cio­lat­kiem.

– Sześć ślicz­nych dom­ków dla lalek – cią­gnął. – Pamiątki z daw­nych cza­sów. Widzia­łaś panią Bako­fsky? Jeste­śmy umó­wieni, ale nie otwiera drzwi.

– Przy­kro mi, nie. Prze­pra­szam.

– Piękna kobieta, ale uparta.

– Naprawdę? – spy­ta­łam.

– Nie chce za mnie wyjść. – Jego aniel­ski uśmiech stał się jesz­cze szer­szy. – Myśli, że inte­re­sują mnie tylko jej pie­nią­dze, co mnie obraża. Inte­re­suje mnie jej nie­ru­cho­mość.

Uśmiech­nę­łam się lekko, co było gor­sze niż prze­pro­siny, i powie­dzia­łam:

– Powiem jej, że pan przy­szedł.

– Na działce tej wiel­ko­ści mogłoby miesz­kać jesz­cze dwa­dzie­ścia rodzin. Apar­ta­men­to­wiec w stylu hisz­pań­skim. Pro­ble­mem jest par­ko­wa­nie, ale opra­co­wano nowy plan zago­spo­da­ro­wa­nia prze­strzen­nego, a ja… – Urwał i szarp­nął za brodę. – Zgu­bi­łem wątek. Powiedz Gol­dzie, że jest potworną ego­istką i że się popła­ka­łem, kiedy dała mi kosza.

Widzi­cie? Pan Ybarra to eks­cen­tryk.

– Powtó­rzę jej to – odpar­łam i wyco­fa­łam się w stronę swo­jego domku. – Eee… muszę już iść.

Pozdro­wił mnie ruchem kija gol­fo­wego, a ja zamknę­łam drzwi.

Kiedy patrzy­łam przez wizjer, jak odcho­dzi, zadźwię­czała moja komórka. Zamknę­łam drzwi na zasuwę, a potem spoj­rza­łam na wyświe­tlacz.

– Cześć, tato! – powie­dzia­łam.

– Sophie? To ja.

Ojciec uwa­żał się za maniaka tech­no­lo­gii, a mimo to ni­gdy do końca nie zro­zu­miał, jak działa jego iPhone.

– Co sły­chać? – spy­ta­łam.

– Dosta­łaś odpo­wiedź w spra­wie pracy?

Zmarsz­czy­łam brwi i weszłam do kuchni.

– Jakiej pracy?

– Mówi­łaś, że apli­ku­jesz o pracę.

– Nie, to ty kaza­łeś mi apli­ko­wać.

Odchrząk­nął.

– Nie bądź prze­korna, Sophie. Zło­ży­łaś poda­nie czy nie?

Otwo­rzy­łam lodówkę.

– Dosta­łam pracę.

– Zbie­ra­nie pie­nię­dzy na lokalny teatr to żadna kariera.

Nie odpo­wie­dzia­łam. Spoj­rza­łam na pół kar­tonu jajek, torebkę szpi­naku i butelkę die­te­tycz­nego toniku, który zwie­trzał.

– Stać cię na znacz­nie wię­cej – cią­gnął. – Wiem, co naprawdę, hm, wyda­rzyło się na stu­diach, ale musisz…

– Tato, prze­stań.

– Stać cię na znacz­nie wię­cej, Sophie! Możesz osią­gnąć wszystko. Powin­naś prze­stać ukry­wać swój talent.

Zamknę­łam lodówkę i uśmiech­nę­łam się. Było to cał­kiem miłe.

– Albo przy­naj­mniej wyjść za mąż – dodał.

– Prze­pra­szam pana, z któ­rego roku pan dzwoni? Tysiąc dzie­więć­set sześć­dzie­sią­tego czwar­tego?

– Bar­dzo zabawne. A były mąż two­jej sąsiadki?

– Piotr? Żar­tu­jesz.

– Chcę, żebyś się ustat­ko­wała. Czy to żart? Santa Bar­bara to dro­gie mia­sto. Piotr jeź­dzi hybry­do­wym BMW.

– Skąd wiesz?

– Zauwa­ży­łem, kiedy tam ostat­nio byli­śmy. Widzia­łem, jak go ładuje, co mnie zain­te­re­so­wało.

– Zauwa­ży­łeś też, że cią­gle sypia z Lily-Ann? Nawet się nie roz­wie­dli.

– Sophie! Zacho­waj te roz­mowy dla swo­jej matki – powie­dział kar­cąco, lecz póź­niej jego ton zła­god­niał. – Wiesz, że cię kocham, prawda?

– Gdy­byś mnie nie kochał, nie znio­sła­bym takich roz­mów.

Rodzice naprawdę mnie kochali i uwiel­biali uda­wać, że chcą, bym zna­la­zła boga­tego męża. W grun­cie rze­czy nie zale­żało im na majątku, tylko na bez­pie­czeń­stwie. Uwa­żali, że jestem bez­bronna i samotna po Tym, Co Się Stało. Spo­tkali się prze­lot­nie w Kolo­nii Mari­gold z Pio­trem, „pra­wie byłym mężem” Lily-Ann, i teraz uwa­żają go za ideał.

Ow­szem, Piotr jest bogaty, sek­sowny i cza­ru­jący, ale ośli­zgły, lizu­sow­ski. Ktoś w rodzaju Toma Hid­dle­stona.

Poza tym czter­dzie­sto­la­tek jest dla mnie za stary. Ojciec uważa, że jeśli męż­czy­zna nie jest łysy, nie może mieć wię­cej niż trzy­dzie­ści dwa lata. Ni­gdy nie mogła­bym sku­sić kogoś takiego jak Piotr. Lily-Ann jest zupeł­nie poza moim zasię­giem: puszy­sta, rudo­włosa kró­lowa lodu. Zawsze nie­na­gan­nie ubrana w stroje, które kosz­tują wię­cej niż mój mie­sięczny czynsz, i na tyle obse­syjno-kom­pul­sywna, że po pro­stu robi, co chce. Byłam nią zachwy­cona, ale nie rozu­miem, dla­czego mieszka w Kolo­nii Mari­gold. Może bra­kuje jej pie­nię­dzy przed zakoń­cze­niem sprawy roz­wo­do­wej? Tkwi na tym osie­dlu już od czte­rech lat. Naj­wol­niej­szy roz­wód w histo­rii.

Moi rodzice nie do końca się mylą, że jestem samotna.

Pisy­wa­łam do zna­jo­mych ze stu­diów. Roz­ma­wia­łam z ludźmi w pracy. Byłam… byłam zajęta, ale się nie anga­żo­wa­łam. Nie podej­mo­wa­łam ryzyka. Za bar­dzo bałam się utraty kon­troli.

No cóż, może z wyjąt­kiem wie­czo­rów, kiedy cał­ko­wi­cie tra­ci­łam kon­trolę.

Od czasu do czasu musia­łam się odprę­żyć. Spu­ścić parę z kotła. Nie cho­dziło o moje życie, tylko o prze­szłość. Musia­łam sobie udo­wod­nić, że nie jestem nie­śmiałą, roz­dy­go­taną ofiarą, cią­gle żyjącą w cie­niu prze­śla­dowcy.

Spo­ty­ka­łam się z przy­ja­ciółmi, tań­czy­łam, śpie­wa­łam i piłam drinka za drin­kiem. Aż w końcu lądo­wa­li­śmy w obskur­nym barze takim jak Side­car.

Nie, nie „barze takim jak Side­car”.

Zawsze lądo­wa­li­śmy dokład­nie w barze Side­car, bo tego żąda­łam. Wie­dzia­łam o tym tylko dla­tego, że przy­ja­ciele żar­to­wali na ten temat. Kiedy byłam pijana, zawsze doma­ga­łam się pój­ścia do baru Side­car.

Jed­nak nie pamię­ta­łam, że tam byłam, że chcia­łam tam iść. Pijana Sophie uwiel­biała bar Side­car, ale na trzeźwo uwa­żała go za obskurny i przy­gnę­bia­jący.

Była to druga dziwna cecha moich noc­nych eska­pad. Pierw­szą z nich sta­no­wiło to, że następ­nego dnia nie mia­łam kaca. Budzi­łam się wcze­śnie i czu­łam się cał­kiem nie­źle.

I rze­czy­wi­ście, w sobotni ranek, który wszystko zmie­nił, czu­łam się dobrze. Drze­ma­łam w łóżku i obser­wo­wa­łam pro­mie­nie wscho­dzą­cego słońca prze­su­wa­jące się po ścia­nie. Po jakimś cza­sie wzię­łam komórkę i prze­wi­nę­łam wia­do­mo­ści z poprzed­niego wie­czoru. Nie pamię­ta­łam niczego z Side­cara, co ozna­czało, że wyma­za­łam z pamięci całą przy­godę.

Znowu.

Na szczę­ście moi kum­ple od kie­liszka zawsze wysy­łali mi dzie­siątki foto­gra­fii, żebym była na bie­żąco. Jak miło… Uwiel­biali robić mi zdję­cia, kiedy byłam pijana, i zazwy­czaj doda­wali zabawne komen­ta­rze, które następ­nego dnia nie miały sensu.

Skrzy­wi­łam się na widok zdjęć. Wyglą­da­łam kosz­mar­nie, ale przy­naj­mniej nie bojaź­li­wie. Nie wyglą­da­łam, jak­bym prze­pra­szała za to, że ist­nieję.

Wypi­łam litr wody, wysi­ka­łam się i uru­cho­mi­łam prysz­nic. Cze­ka­łam, aż woda się roz­grzeje, obser­wo­wa­łam ulicę przez okno i…

Okej.

Okej, nawet pisa­nie o tym w mojej sztuce budziło we mnie lęk.

Okej, głę­boki oddech. Obser­wo­wa­łam ulicę przez okno i widzia­łam tylko wrony. Dwie prze­le­ciały nad pło­tem, a potem pobie­gły pod krzaki, gdzie…

Gdzie spał męż­czy­zna.

Zaschło mi w gar­dle i z opóź­nie­niem poczu­łam początki kaca. Trzy metry od ściany mojej łazienki spał w krza­kach męż­czy­zna. W porządku, pomy­śla­łam. Nie ma pro­blemu. Pew­nie po pro­stu bez­domny. Nie mam pre­ten­sji do kogoś, kto chce się prze­spać w ogro­dzie, skoro nic innego mu nie zostało.

Ale to nie był bez­domny. Miał za dro­gie buty. Cóż, świet­nie. Ktoś się upił i zasnął w krza­kach.

Nie osą­dzam go. Mnie też się to zda­rzało.

Za moimi ple­cami padał deszcz. Zoba­czy­łam, jak na ramie­niu męż­czy­zny siada wrona i dzio­bie go w głowę. W nie­ru­chomą głowę.

Potem ode­rwała kawa­łek ciała.

9. Lily-Ann

Kolor zwłok ją zasko­czył. Męż­czy­zna nie żył zapewne od nie­dawna, ale jego skóra wyda­wała się nie­mal fio­le­towa w sła­bym świe­tle pod żywo­pło­tem. Poza tym tro­chę śmier­dział, choć nie prze­ra­ziło to Lily-Ann. Spo­dzie­wała się tego.

Ni­gdy nie widziała ciała poza trumną. Zawsze wyobra­żała sobie, że śmierć to coś w zasa­dzie schlud­nego, jak skre­śle­nie kogoś z listy. A jed­nak te zwłoki wydały jej się brudne. Fizycz­nie, ale i inte­lek­tu­al­nie: sym­bol pytań bez odpo­wie­dzi. Zasta­na­wiała się nad tym, sły­sząc gwał­towny oddech Ocean za swo­imi ple­cami.

– Czy… czy on nie żyje? – spy­tała.

Lily-Ann wyj­rzała przez liście.

– Tak mi się zdaje.

– Jesteś pewna?

– Widać plamy opa­dowe na skó­rze.

– O Boże… Pozna­jesz go?

– Nie. Przy­naj­mniej nie w tym sta­nie… Wygląda po pro­stu jak trup.

Ocean wes­tchnęła.

– Naprawdę?

– Zadzwo­nię na poli­cję.

– Chyba nie powin­ny­śmy go ruszać.

– Nie.

– Nie, oczy­wi­ście, że nie. Okej.

Ocean odcze­kała, aż Lily-Ann zadzwoni na poli­cję, a potem spy­tała:

– Posie­dzisz z Sophie?

– Tak.

– Posta­raj się ją uspo­koić – dodała Ocean, jakby Lily-Ann mogła nie zro­zu­mieć pod­tek­stu. Było to miłe z jej strony. – Powiem pani B.

Roz­stały się, lecz nie na długo. Naj­wy­raź­niej pani B. nale­gała, by spraw­dzić, co się dzieje z Sophie, więc ona i Ocean wkrótce dołą­czyły do Lily-Ann w jej zagra­co­nym domku.

Potem przy­je­chały poli­cja i pogo­to­wie. Detek­tyw przy­był póź­niej wraz z ludźmi, któ­rych Lily-Ann wzięła za tech­ni­ków kry­mi­na­li­stycz­nych. Obser­wo­wała ich z zain­te­re­so­wa­niem. Podej­rze­wała, że byłaby świetna w obu zawo­dach – jako detek­tyw albo tech­nik kry­mi­na­li­styczny – ponie­waż sku­piały się na roz­wią­zy­wa­niu zaga­dek kry­mi­nal­nych. Może lepiej spraw­dzi­łaby się w tej dru­giej roli, mając do czy­nie­nia z mar­twymi ludźmi.

10. Vernon

Ostat­nie trzy zabój­stwa, które wyja­śnił sier­żant Ver­non Eni­ble, były nie­skom­pli­ko­wane. Facet zastrze­lił żonę, a inny facet dźgnął nożem swoją dziew­czynę. Była też bójka mię­dzy gang­ste­rami, która wymknęła się spod kon­troli.

Co łączyło te sprawy? Ver­non od początku znał sprawcę. Wszy­scy od początku znali sprawcę. Praca detek­tywa to nie odci­nek serialu Sco­oby-Doo, ana­li­zo­wa­nie tro­pów, dopóki nie zerwie się maski sta­remu Wither­sowi. Zada­nie detek­tywa polega na gro­ma­dze­niu dowo­dów dla pro­ku­ra­tury.

Jest czę­ścią zespołu śled­czego, a nie osobą ujaw­nia­jącą ukryte prawdy.

Kiedy Ver­non dotarł do Kolo­nii Mari­gold, prio­ry­te­tem było usta­le­nie tego, co oczy­wi­ste.

Stał przez chwilę, obser­wu­jąc czer­wone i żółte świa­tła wozów poli­cyj­nych oświe­tla­jące poranne ulice i palmy na chod­niku. Jeden z poli­cjan­tów, któ­rzy jako pierwsi poja­wili się na miej­scu zbrodni, wpi­sał do dzien­nika jego przy­by­cie, a drugi odsu­nął się od taśmy poli­cyj­nej, by go powi­tać.

– Dobry począ­tek dnia, co? – zauwa­żył.

– Co zna­leź­li­ście? – spy­tał Ver­non.

– Trupa.

Ver­non spoj­rzał na funk­cjo­na­riu­sza.

– Tech­nicy jesz­cze nie przy­je­chali?

– Zaraz będą.

– Dowie­dzie­li­ście się cze­goś od ratow­ni­ków medycz­nych?

– Denat ma około trzy­dzie­stu lat – odparł poli­cjant, pro­wa­dząc Ver­nona na podwórko. – Został ude­rzony w głowę. Prze­nie­śli go, by pró­bo­wać reani­ma­cji, ale był mar­twy. Zauwa­żyli plamy… jak one się nazy­wają?

– Plamy opa­dowe. – Ver­non ruszył za funk­cjo­na­riu­szem mię­dzy naj­bliż­szym dom­kiem a żywo­pło­tem rosną­cym wzdłuż ulicy. Krzaki wyda­wały się nie­na­ru­szone, ale warto kazać jed­nemu z młod­szych poli­cjan­tów spraw­dzić, czy ktoś przez nie nie prze­szedł.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki