Detektywi z Kolonii Marigold - Jo Nichols - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Detektywi z Kolonii Marigold ebook i audiobook

Jo Nichols

4,0
29,98 zł
14,99 zł

lub

0 zł
jeśli wykorzystasz 149 punktów Klubu Mola Książkowego

Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

Możesz zamówić 2 tytuły w miesiącu bez dopłaty, wykorzystując punkty. Oferta dla wybranych użytkowników.

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Możesz naprzemiennie czytać i słuchać. Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym+


Dowiedz się więcej o KMK i KK+
Opis

Pani B., właścicielka Kolonii Marigold i uparta idealistka, wynajmuje swoje domki wyłącznie osobom, na których jej zależy: Sophie, młodej dramatopisarce z mroczną przeszłością; Hamiltonowi, cierpiącemu na agorafobię i mającemu skłonność do popisywania się wiedzą; rzeźbiarce Ocean, samotnie wychowującej dwójkę dzieci; perfekcjonistce Lily-Ann oraz finansiście Nicholasowi, który skrywa kilka sekretów.

Lokatorzy żyją spokojnie w niewielkich bungalowach w Santa Barbara, zaledwie kilka minut od plaży — aż do chwili, gdy ich harmonię zakłóca pojawienie się Anthony’ego: milczącego, potężnie zbudowanego, potencjalnie niebezpiecznego byłego przestępcy. Trzy tygodnie później tuż obok Kolonii Marigold zostają odkryte zwłoki. Anthony trafia do aresztu, a lokatorzy odczuwają ulgę. Jednak pani B., przekonana o jego niewinności, zgłasza się na policję i przyznaje do winy.

Wstrząśnięci mieszkańcy jednoczą się i tworzą Kolektyw Detektywów Kolonii Marigold, by uratować ukochaną właścicielkę. Rozpoczynają prywatne śledztwo, odkrywają kolejne sekrety i coraz bardziej się do siebie zbliżają… aż w końcu natrafiają na drugie zwłoki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 331

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 45 min

Lektor: Jo Nichols

Oceny
4,0 (12 ocen)
4
6
0
2
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
IlonaStona

Dobrze spędzony czas

Kryminał podszyty humorem. Tak czy nie? Dziś mam dla was taką właśnie propozycję. Z oceną tej książki miałam kłopot. Zacznę więc od najłatwiejszego - to nie jest zła książka, ale.... Zdecydowałam się po nią sięgnąć licząc na fajną pozycję z gatunku cosy crime. I z początku naprawdę dobrze się bawiłam. Było momentami zabawnie - trochę czarnego, a trochę absurdalnego humoru. Ale to były momenty. Sam pomysł na fabułę, ciekawy. Starsza Pani B, właścicielka Kolonii Marigold wynajmuje domki osobom, które sama wg swojego klucza wybiera. Każdy z jej lokatorów ma jakiś problem, z czymś się boryka. Pani B traktuje ich trochę po macoszemu, kontrolująco. Nic się przed nią nie ukryje, ale sama skrywa kilka tajemnic. Spokój mieszkańców Kolonii przerywa pojawienie się nowego lokatora, byłego więźnia, Anthony'ego. Gdy na Kolonii dochodzi do morderstwa, to właśnie on, przez swoją przeszłość i...tatuaże, staje się pierwszym podejrzanym. Policji w jego aresztowaniu nie przeszkadza brak dowodów. Aby mu po...
00
bleblata

Dobrze spędzony czas

Fajna
00
fiolka88

Dobrze spędzony czas

Aby móc zostać mieszkańcem Kolonii Marigold należy spełnić wymagania Pani B. Jakie? Kto to wie, oprócz samej właścicielki, rzecz jasna. Tak, więc każdy z mieszkańców jest w jakiś sposób bliski Pani B. . Nic dziwnego, że kiedy tuż przed oknami jednej z mieszkanek zostają znalezione zwłoki i oskarżenie pada na byłego więźnia, który wprowadził się całkiem niedawno. Pani B. broni jego niewinności jak lwica, jest nawet gotowa na...a nie wolno tak wiele zdradzać. Mieszkańcy postanawiają na własną rękę znaleźć prawdziwego zabójcę ale czy im się to uda...kto wie, kto wie. Czy kryminał, nie komediowy może być lekki? Czy podczas jego lektury można się odprężyć i przyjemnie spędzić czas? Czy może ze mną jest już coś nie tak... Raczej zamknięta społeczność Kolonii Marigold postanawia za namową czy może bardziej z dobroci serca, na własną rękę szukać mordercy jakiegoś obcego mężczyzny, który nie wiadomo po co pojawił się w ich otoczeniu. Nie będzie to łatwe zadanie bo uparty policjant chce dowo...
00
Hheell

Z braku laku…

Ksiąxka od biedy, czytadelko.Niestety dziwaczna maniera lektora popsuła przyjemnosć.
00
Gacek47

Nie oderwiesz się od lektury

Mnie zachwyciła. Lubię wolno rozwijającą się akcję, orginalność bohaterów, urokliwy klimat życzliwości i przyjaźni.
00

Popularność




Tytuł ory­gi­nału: THE MARI­GOLD COT­TA­GES MUR­DER COL­LEC­TIVE

Text Copy­ri­ght © 2025 by Lee Naf­tali and Joel Naf­tali Publi­shed by arran­ge­ment with St. Mar­tin’s Publi­shing Group.

All rights rese­rved.

Copy­ri­ght © 2026 for the Polish edi­tion by Wydaw­nic­two Czarna Owca Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Tomasz Wyżyń­ski

All rights rese­rved

Wydawca: Kata­rzyna Słup­ska Redak­cja: Marta Tyczyń­ska-Lewicka Korekta: Beata Wój­cik, Adam Osiń­ski Pro­jekt okładki i ilu­stra­cji: Ewa Popław­ska Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark). Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku. Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie pierw­sze War­szawa 2026 ISBN: 9788383829036

Dedykacja

Dla Lynn Nichols

1. Pani B.

W pią­tek rano pani B. szu­kała owo­ców wśród liści pokry­wa­ją­cych dwie ściany jej domku. Pną­cza mara­kui prze­pla­ta­jące się z bugen­willą i kwia­tami brug­man­sji przy­po­mi­nały pat­chwork zszyty przez star­szą panią popi­ja­jącą mar­ga­ritę.

Ukłuł ją w nad­gar­stek cierń i mruk­nęła z nie­za­do­wo­le­niem, że ma taką cienką skórę. Jed­nak lubiła kon­trast mię­dzy deli­kat­nym pięk­nem kwia­tów a ostrymi kol­cami. Przy­jem­ność i ból są bli­sko spo­krew­nione, prawda?

Posa­dziła pierw­sze pną­cza przed czter­dzie­stu laty, gdy jej zmarły, lek­ko­myślny, kocha­jący mąż zain­we­sto­wał nie­spo­dzie­wa­nie zdo­byte pie­nią­dze w osie­dle dom­ków kilka prze­cznic od State Street. Powstały wiele lat temu, po wiel­kim trzę­sie­niu ziemi w Kali­for­nii, i lubiła sobie wyobra­żać, że baśniowy krąg nie­wiel­kich budyn­ków wyrósł z gru­zów. Było tam sześć dom­ków w ame­ry­kań­skim stylu archi­tek­to­nicz­nym z początku dwu­dzie­stego wieku z malut­kimi weran­dami, ścia­nami pokry­tymi tyn­kiem żwi­ro­wym i oknami o wielu szyb­kach.

Poma­lo­wała wszyst­kie na iden­tyczny zie­lony kolor w odcie­niu szał­wii, lecz póź­niej odkryła, że woli róż­no­rod­ność. Teraz ściany były ciem­no­fio­le­towe, złote, jasno­błę­kitne i zie­lone. Domki ota­czały dzie­dzi­niec ozdo­biony ogrom­nymi cera­micz­nymi doni­cami z nagiet­kami.

Uwiel­biała eklek­tyczną kom­po­zy­cję pną­czy. Przez wiele lat sta­rała się stwo­rzyć z barw­nego cha­osu har­mo­nijną, zrów­no­wa­żoną całość, bar­dziej jak media­torka niż ogrod­niczka. I pró­bo­wała zro­bić to samo z loka­to­rami wynaj­mu­ją­cymi domki.

W naj­więk­szym miesz­kał Nicho­las, ze swo­imi sekre­tami i rezerwą. Był też spięty, eks­cen­tryczny, samotny Hamil­ton – kto zain­te­re­so­wałby się męż­czy­zną w śred­nim wieku, który boi się wycho­dzić z domu? Obok miesz­kała nie­ugięta Lily-Ann, potrze­bu­jąca kogoś, kogo mogłaby kochać, a dalej zra­niona Sophie, potrze­bu­jąca kogoś, kogo mogłaby chro­nić.

Ocean i jej dzieci wynaj­mo­wały domek obok pani B., która zawsze marzyła o córce takiej jak Ocean, nim te marze­nia przy­bla­dły. A na końcu miesz­kał Anthony, ze swoją kry­mi­nalną prze­szło­ścią i nie­pewną przy­szło­ścią.

Byli wspa­niali. Jeśli naprawdę się z nimi roz­ma­wiało, naprawdę ich słu­chało, nie dało się tego nie zauwa­żyć. Oczy­wi­ście cza­sami piękno było rów­nie głę­boko ukryte jak owoc mara­kui wśród liści – ponie­waż byli nie tylko wspa­niali, lecz rów­nież skrzyw­dzeni przez życie, zła­mani.

Świat nie two­rzy ide­al­nych ludzi. Nie­któ­rzy nie chcą żyć w złym świe­cie; ta myśl spra­wiała, że pani B. pra­gnęła sadzić kwiaty i uzu­peł­niać książki przez wymianę z sąsia­dami. Może nie jest dosta­tecz­nie inte­li­gentna, by pogrą­żyć się w roz­pa­czy? Zasta­na­wiała się nad tym, lecz tylko przez chwilę; kto ma czas na wąt­pli­wo­ści, gdy trzeba kar­mić koli­bry?

Kiedy w końcu zna­la­zła doj­rzały owoc mara­kui, omal nie par­sk­nęła śmie­chem, patrząc na pomarsz­czoną skórkę. Cóż za zna­jomy widok…

Nie­do­sko­nali, zła­mani – jeśli nawet nie pomarsz­czeni – miesz­kańcy Kolo­nii Mari­gold nale­żeli do niej, tak samo jak ona do nich. I potrze­bo­wali jej pomocy, czy zda­wali sobie z tego sprawę, czy nie. Byli tak samo nie­do­sko­nali i głupi jak ona – ale mło­dzi, pełni ener­gii, poten­cjału. Więc poprosi ich o pomoc i nauczy poma­gać sobie nawza­jem. Tak się trak­tuje ludzi, któ­rych się kocha.

I oczy­wi­ście chroni.

2. Sophie

Na przy­stanku auto­bu­so­wym znowu poja­wił się nie­zna­jomy męż­czy­zna, wielki i potężny. Sie­dział samot­nie na ciem­nej ulicy. Było już grubo po pół­nocy, a wie­dzia­łam, że auto­busy linii MTD prze­stają kur­so­wać za dwa­dzie­ścia dwu­na­sta.

Tak, wcze­śniej to spraw­dzi­łam.

Nor­mal­nie nie przej­mo­wa­ła­bym się tym, że sie­dzi na ławce przed Kolo­nią Mari­gold. Zaj­muje się swo­imi spra­wami, nikogo nie zacze­pia. W dziel­nicy Upper East­side w Santa Bar­bara nie ma dużej prze­stęp­czo­ści. Oczy­wi­ście nie ma jej ni­gdzie w mie­ście.

W Santa Bar­bara jest bez­piecz­nie. Nie, nie pocho­dzę z nie­bez­piecz­nej oko­licy. Dora­sta­łam w Bay Area w San Fran­ci­sco, korzy­sta­jąc ze wszyst­kich przy­wi­le­jów klasy śred­niej. Dobre liceum, świetny tre­ner lek­ko­atle­tyczny. Obozy let­nie, waka­cje z rodziną i tro­skliwi – choć nado­pie­kuń­czy – rodzice. Dosta­łam się na wyma­rzony uni­wer­sy­tet i świet­nie radzi­łam sobie na wydziale teatral­nym, a nawet na dodat­ko­wym kie­runku – mar­ke­tingu – aż do trze­ciego roku, gdy wszystko nagle się posy­pało.

Bez­pie­czeń­stwo było waż­nym powo­dem, dla któ­rego się tu prze­pro­wa­dzi­łam, ale za każ­dym razem, gdy wycho­dzi­łam pobie­gać po pagór­ko­wa­tych uli­cach dziel­nicy Lower Riviera, zako­chi­wa­łam się w tym miej­scu od nowa.

Brzeg oce­anu znaj­duje się na połu­dniu, nie na zacho­dzie, i jest osło­nięty przez długi rząd pła­skich Chan­nel Islands. Ran­kiem w oko­licy snuje się mgła i jest zimno, a kiedy się prze­ja­śnia, uka­zuje się naj­wspa­nial­szy widok, jaki można sobie wyobra­zić. Słońce pada na domy kryte czer­wo­nymi dachów­kami; nad tęt­nią­cym życiem, nie­mal euro­pej­skim cen­trum – ozdo­bio­nym kwit­ną­cymi drze­wami, krze­wami i pal­mami – wznosi się gmach sądu i wie­żo­wiec Gre­nada.

Oko­lica jest prze­piękna i bez­pieczna, ale widok męż­czy­zny na przy­stanku auto­bu­so­wym spra­wił, że poczu­łam ści­ska­nie w żołądku.

Nie była to oznaka prze­wraż­li­wie­nia. Nie. Po pro­stu widzia­łam już tydzień wcze­śniej tego samego męż­czy­znę sie­dzą­cego w tym miej­scu, kiedy wró­ci­łam późno do domu po drinku ze zna­jo­mymi w śród­mie­ściu.

A wła­ści­wie gdy z tru­dem dowlo­kłam się do domu.

Nie zna­łam go, ale rzu­cił mi spoj­rze­nie, które było czymś wię­cej niż zwy­kłym zer­k­nię­ciem na nie­zna­jomą kobietę. Mia­łam wra­że­nie, że już wcze­śniej mnie znał. Albo ocze­ki­wał, że ja go roz­po­znam.

Co wyda­wało się jesz­cze gor­sze.

Szybko odszedł, nie­mal z poczu­ciem winy. A teraz wró­cił.

Nie była to tylko moja wyobraź­nia. Nie tym razem. To był ten sam facet. Z pew­no­ścią.

Nie dało się go nie zauwa­żyć: groźna bryła mię­śni z ogo­loną głową i tanimi tatu­ażami na ramio­nach, szyi i twa­rzy. Miał na sobie czarny T-shirt i dżinsy, wyglą­dał jak sta­ty­sta fil­mowy, któ­rego obsa­dzi­ła­bym w roli Serb­skiego Ban­dyty albo Więź­nia Ska­za­nego na Karę Śmierci.

To zna­czy gdy­bym miała obsa­dzać role, a nie odbie­rać tele­fony i orga­ni­zo­wać zbiórki fun­du­szy w miej­sco­wym teatrze.

Tak czy ina­czej, słusz­nie się mar­twi­łam, bo znowu się poja­wił. I tym razem nie był sam. Przy­naj­mniej nie na długo.

Pani B. chwiej­nym kro­kiem wyszła z domku i ruszyła w jego stronę, ubrana w jedną ze swo­ich naj­lep­szych dłu­gich luź­nych sukien – z gra­na­to­wego aksa­mitu ze zło­tym haftem. Gdy­bym kie­dy­kol­wiek napi­sała o niej sztukę teatralną, kostiu­mo­log mia­łaby dobrą zabawę ze stro­jami pani B.

Pani B. to star­sza pani, plot­kara, wła­ści­cielka domku, w któ­rym miesz­kam. Pobiera zawy­żony czynsz (praw­do­po­dob­nie nie­le­gal­nie). Wyma­rzona postać do filmu: ktoś w rodzaju Judi Dench. Kiedy Ocean, malarka, która mieszka naprze­ciwko mnie z dziećmi, stra­ciła jedną z posad jako nauczy­cielka, pani B. popro­siła zamiast czyn­szu o obraz zaty­tu­ło­wany Chroń­cie dzieci trans­pł­ciowe. W zeszłym mie­siącu upie­kła dla Lily-Ann tort uro­dzi­nowy w kształ­cie sło­necz­nika… Lily-Ann nie jest sło­necz­ni­kiem, raczej wspa­nia­łym, dobrze uko­rze­nio­nym drze­wem magno­lii, ale pani B. dostrzega w niej blask słońca. Pani B. eskor­to­wała Hamil­tona, star­szego męż­czy­znę, który panicz­nie boi się opusz­czać swój domek, nawet gdy musi odwie­dzić den­ty­stę. „Na wszelki wypa­dek” roz­ma­wiała z wro­nami i dawała kie­rowcy UPS-a karmę dla psów, by roz­rzu­cał ją na auto­stra­dzie.

Krótko mówiąc, pani B. była eks­cen­tryczną, miłą sta­ruszką. Kiedy zoba­czy­łam ją idącą w środku nocy w stronę Serb­skiego Ban­dyty, chwy­ci­łam komórkę i ruszy­łam za nią.

Zatrzy­ma­łam się przy skrzyn­kach pocz­to­wych jakieś pięć metrów od nich i uda­wa­łam, że spraw­dzam pocztę, a tym­cza­sem pani B. usia­dła obok męż­czy­zny na przy­stanku auto­bu­so­wym. Tuż obok niego, bar­dzo bli­sko.

Zmarsz­czył brwi, patrząc na jej siwą, krótką fry­zurę. Potem spoj­rzał w stronę dom­ków.

– Mój pierw­szy kocha­nek miał tatu­aże – powie­działa pani B.

Dosko­nała pierw­sza kwe­stia sztuki, którą zamie­rza­łam napi­sać, ale może nie­zbyt dobra uwaga w trak­cie roz­mowy z groź­nym męż­czy­zną na przy­stanku auto­bu­so­wym.

Nie odpo­wie­dział. Patrzył w mil­cze­niu na panią B.

– Pły­wał w mary­narce han­dlo­wej – dodała.

Coś mruk­nął.

– Miał dwa tatu­aże. Serce i kotwicę. W dzi­siej­szych cza­sach to dro­biazg, ale wtedy było to tro­chę szo­ku­jące.

Zaczę­łam fil­mo­wać, na wszelki wypa­dek. Kiedy powięk­szy­łam obraz męż­czy­zny, moja komórka zare­je­stro­wała na jego szyi tatuaż w kształ­cie skrzy­deł anioła. Za uchem pióra zamie­niały się w pło­mie­nie. Kiedy obró­cił głowę w stronę pani B., na jego policzku poja­wił się nie­sta­ran­nie wyko­nany napis: „JEWELS”. Litera W przy­po­mi­nała kobiece piersi.

Wyda­wało się to prze­sadą, nawet jak na Serb­skiego Ban­dytę.

– Wszy­scy nazy­wają mnie panią B. – powie­działa. – Tak naprawdę nazy­wam się Golda Bako­fsky. A ty?

– Anthony Lam­bert.

– A zatem nie „pan L.”? – spy­tała i lekko się zaśmiała. – No cóż, jesteś jesz­cze młody. Masz serce, Anthony?

– Zależy, kogo o to spy­tać – odparł. Jego głos zadrżał.

– Cha! – Pani B. szturch­nęła pal­cem grube ramię męż­czy­zny. – Wiesz, co mam na myśli. Tatuaż.

– Mam trzy serca, ale żad­nej kotwicy – odparł i znowu zer­k­nął w stronę Kolo­nii Mari­gold.

A może w moją stronę, jakby wie­dział, że fil­muję? Nie mogłam się zorien­to­wać. Oddy­cha­łam szyb­ciej, drżały mi ręce i usi­ło­wa­łam sobie wmó­wić, że to coś innego niż To, Co Się Stało.

– Mój mąż wspo­mniał o mnie kie­dyś w prze­mó­wie­niu – ode­zwała się pani B. do męż­czy­zny, Anthony’ego, jakby gawę­dzili przy her­batce. – Powie­dział: „Po tylu latach cią­gle masz oczy dziew­czyny, w któ­rej się zako­cha­łem”. A ja na to: „Tak, w sło­iku pod łóż­kiem”.

Anthony zamru­gał.

– Było to na przy­ję­ciu cha­ry­ta­tyw­nym, na któ­rym zbie­rano fun­du­sze dla osób po prze­szcze­pach narzą­dów. Praw­do­po­dob­nie nie­od­po­wied­nie miej­sce na podobny żart.

Pani B. chęt­nie opo­wia­dała o tym, co leżało jej na sercu, ale nie byłam pewna, jakie są jej motywy. Chyba mia­łam nadzieję, że powie temu face­towi, by prze­stał sie­dzieć na przy­stanku auto­bu­so­wym i stra­szyć loka­to­rów. Zamiast tego mówiła o gał­kach ocznych.

– Miesz­kasz w domu od frontu, prawda? – spy­tał. – Z kwia­tami?

– Od czter­dzie­stu lat – odpo­wie­działa.

Kiedy wstał z ławki, wyda­wał się ogromny.

– Więc odpro­wa­dzę cię do domu.

Opu­ści­łam komórkę, ści­snęło mi się serce. Pani B. na pewno zaprosi tego męż­czy­znę – Anthony’ego – do domu, peł­nego cen­nych bibe­lo­tów z całego świata. Marze­nie sce­no­grafa, a także wła­my­wa­cza. Serb­ski Ban­dyta o pierw­szej w nocy?

Musia­łam coś zro­bić. Przy­naj­mniej zadzwo­nić do pozo­sta­łych loka­to­rów. Ale nie było czasu na prze­glą­da­nie listy kon­tak­tów. Dla­czego w Kolo­nii Mari­gold nie ma czatu?

– Czym się zaj­mu­jesz? – spy­tała pani B. Wstała, opie­ra­jąc dłoń na wyta­tu­owa­nym przed­ra­mie­niu męż­czy­zny. – Znaj­du­jesz w nocy zabłą­kane kobiety i odpro­wa­dzasz do domu?

Popa­trzył na nią z nagłą inten­syw­no­ścią.

– Tak. A poza tym zmy­wam naczy­nia.

– Ach… – Pani B. spoj­rzała na niego pta­sim wzro­kiem. – Więc pra­cu­jesz na zmy­waku, Anthony?

– Tak.

– To chyba kosz­mar­nie nudne, ale trzeba pła­cić rachunki. Sama ostat­nio mam z tym pro­blemy.

– Tak?

– To bar­dzo fru­stru­jące. Więc… – Pani B. zasta­na­wiała się, idąc obok męż­czy­zny. – Sie­dzia­łeś kie­dyś w wię­zie­niu?

– W zakła­dzie kar­nym – spro­sto­wał.

No cóż, to prze­ła­mało moje waha­nie. Wzię­łam głę­boki oddech i ruszy­łam po scho­dach w stronę przy­stanku auto­bu­so­wego.

– Czy to jakaś róż­nica? – spy­tała z cie­ka­wo­ścią pani B.

– Jest pani tam, pani B.? – zawo­ła­łam.

– Dobry wie­czór, Sophie. – Uśmiech­nęła się do mnie bez zdzi­wie­nia, jakby od początku wie­działa, że tam jestem. – Jakieś cie­kawe listy?

– Prze­pra­szam – odpar­łam, nagle uświa­da­mia­jąc sobie, że mam puste ręce. – Czy mogłaby pani wpaść do mnie na chwilę? Mam pyta­nie doty­czące… eee… czyn­szu.

Męż­czy­zna spoj­rzał na mnie gniew­nie. Na jed­nej z jego brwi znaj­do­wała się bli­zna, a ścię­gna na szyi przy­po­mi­nały trzonki sie­kiery. Przy­gry­złam wargę, gdy patrzył na mnie tro­chę za długo, i posta­no­wi­łam nie zosta­wiać z nim pani B. Nagle odwró­cił się bez słowa. Zamiast wró­cić na ławkę, odda­lił się chod­ni­kiem, aż pochło­nął go mrok.

Po tam­tej nocy stale to spraw­dza­łam, lecz ni­gdy wię­cej nie widzia­łam Anthony’ego Lam­berta. Mia­łam wra­że­nie, że był two­rem mojej wyobraźni.

Dwa mie­siące póź­niej pani B. wyna­jęła mu kawa­lerkę przy­le­ga­jącą do domku Ocean.

Wtedy zaczę­łam pro­wa­dzić notatki. Zasta­na­wia­łam się nad napi­sa­niem sztuki o tajem­ni­czym nie­zna­jo­mym, który nisz­czy spo­kój nie­wiel­kiej spo­łecz­no­ści. Pró­bo­wa­łam odzy­skać entu­zjazm dla nie­ogra­ni­czo­nych moż­li­wo­ści dra­ma­to­pi­sar­stwa. I uspo­koić swoje lęki.

3. Lily-Ann

Po dłu­gim dniu pracy Lily-Ann wyle­gi­wała się na lilio­wej lnia­nej kana­pie w kre­mo­wym szla­froku z kasz­miru. Pró­bo­wała pra­co­wać. Cho­lera, nie zale­żało jej na tym kon­kret­nym zada­niu. Uwiel­biała reali­zo­wać plany, zmie­rzać do kon­kret­nego, osią­gal­nego celu.

Jedna z tera­peu­tek zasu­ge­ro­wała kie­dyś, że przy­czyną jej per­fek­cjo­ni­zmu jest pra­co­ho­lizm. Było odwrot­nie. To per­fek­cjo­nizm spra­wił, że stała się pra­co­ho­liczką. Lily-Ann nie miała nic prze­ciwko oczy­wi­stym stwier­dze­niom, ale tera­peutka chciała też poroz­ma­wiać o wadze Lily-Ann. Uwa­żała, że pro­ble­mem Lily-Ann jest lek­ce­wa­że­nie wagi.

Lily-Ann nie lubiła prze­ry­wać roz­po­czę­tych zajęć; mimo to przy­szła tylko na trzy z ośmiu zapla­no­wa­nych sesji z tera­peutką.

Wypiła łyk char­don­nay, a następ­nie puk­nęła w ekran lap­topa i obej­rzała zamó­wie­nie. Wpro­wa­dziła kilka popra­wek. Po chwili kolejne. Lepiej. Gotowe. Skoń­czone, jak wiele rze­czy w jej życiu.

W tym mał­żeń­stwo i życie towa­rzy­skie.

Mał­żeń­stwo nie zakoń­czyło się cał­ko­wi­cie, jesz­cze nie. Była po pro­stu w sepa­ra­cji z Pio­trem i wypro­wa­dziła się z domu o trzech sypial­niach w Santa Bar­bara, w dziel­nicy Riviera, ze spek­ta­ku­lar­nym wido­kiem na port i cen­trum Santa Bar­bara. Nie­gdyś lubiła wyle­gi­wać się na patio wyło­żo­nym kamien­nymi pły­tami, obser­wu­jąc, jak ran­kiem słońce wypeł­nia chmury bia­łym świa­tłem, a potem, o zmierz­chu, maluje poma­rań­czowe smugi na nie­bie. Kiedy patrzyła na mia­sto, od boiska do siat­kówki do daw­nej misji hisz­pań­skiej, wszystko wyda­wało się upo­rząd­ko­wane, spo­kojne i roz­le­głe.

Popa­trz­cie na nią teraz. Mieszka w domku z jedną sypial­nią i widzi tylko sta­ran­nie przy­cięty żywo­płot z głogu na podwórku. Pra­cuje za marne gro­sze jako kie­row­niczka do spraw ofert w fir­mie trans­por­to­wej. Sama, nawet bez kota, który mógłby ją pocie­szyć.

Kosz­marny upa­dek. Upo­ka­rza­jący, z wyjąt­kiem chwili, gdy rado­śnie delek­tuje się kie­lisz­kiem char­don­nay z winiarni Au Bon Cli­mat, poma­ga­jąc kole­żance nad­ro­bić zale­gło­ści w pracy.

Gdyby zapo­mniała o gorz­kiej, przy­krej świa­do­mo­ści, że nie powinna się cie­szyć swoją obecną sytu­acją, cie­szy­łaby się nią całym ser­cem.

Prze­szła do następ­nego arku­sza kal­ku­la­cyj­nego i usły­szała powia­do­mie­nie komórki.

Sophie: Hej, Lily-Ann

Sophie: Tu Sophie z domu od frontu

Sophie: Widzia­łam cię przez okno i mia­łam zapu­kać, ale puka­nie wyda­wało mi się dziwne, więc piszę ese­mesa

Sophie: Teraz pisa­nie ese­mesa też wydaje mi się dziwne

Lily-Ann wstała z kanapy, prze­szła do holu i odpi­sała na ese­mesa. Naci­snęła przy­cisk „Wyślij”, otwo­rzyła drzwi i zoba­czyła Sophie na wąskiej weran­dzie, czy­ta­jącą prze­ka­zaną wia­do­mość.

Sophie była szczu­płą młodą kobietą z wło­sami zwią­za­nymi w kucyk. Wydała się Lily-Ann spo­kojna, a zara­zem napięta, niespo­kojna. Wyglą­dała jak Azjatka, praw­do­po­dob­nie z Azji Wschod­niej, choć jej nazwi­sko brzmiało Gil­man. Lily-Ann miała ochotę spy­tać ją o pocho­dze­nie. Lubiła kate­go­ry­zo­wać. Lubiła wie­dzieć, co do sie­bie pasuje. Nic nie dawało jej więk­szej satys­fak­cji niż połą­cze­nie puz­zli w logiczną całość. To kojące duszę klik­nię­cie…

Sophie pra­wie codzien­nie upra­wiała jog­ging i dwa razy w tygo­dniu wycho­dziła z domu z matą do jogi. Nieco rza­dziej ubie­rała się w krót­kie bluzki i krót­kie spód­niczki, po czym dołą­czała do kole­ża­nek w cen­trum mia­sta. Raz zapro­siła Lily-Ann, co było miłe. Jed­nak Lily-Ann się wymó­wiła, bo prze­paść była zbyt wielka. Prze­paść mię­dzy kobie­tami w wieku dwu­dzie­stu pię­ciu lat i trzy­dzie­stu pię­ciu lat, mię­dzy sin­gielką a żoną w sepa­ra­cji, mię­dzy chu­do­ścią a oty­ło­ścią. Mię­dzy impre­zo­wa­niem a przy­jem­no­ścią.

Lily-Ann: Wolisz białe czy czer­wone?

Sophie z ner­wo­wym uśmie­chem unio­sła wzrok znad komórki.

– Prze­pra­szam. Mogę dostać gin z toni­kiem?

– Nie­stety nie.

– W takim razie zado­wolę się byle czym. Jeśli to nie pro­blem. Poza tym prze­pra­szam, że prze­szka­dzam.

– Nie prze­szka­dzasz – odpo­wie­działa Lily-Ann, po czym natych­miast zmie­niła temat. – Przed chwilą skoń­czy­łam pracę.

– W pią­tek wie­czo­rem?

– Mhm. – Lily-Ann popro­wa­dziła ją do kuchni. – Nie idziesz do mia­sta?

Sophie pod­wi­nęła rękawy obszer­nego fio­le­to­wego dresu z kap­tu­rem.

– W zeszłym tygo­dniu tro­chę prze­sa­dzi­łam. Robię sobie prze­rwę.

– Szkoda. – Lily-Ann nalała drugą lampkę char­don­nay. – Prze­rwy są naj­gor­sze.

– Chyba tak. – Sophie unio­sła kie­li­szek. Miał to być toast, lecz wyda­wała się zde­ner­wo­wana. – Hm, moim zda­niem powin­ni­śmy stwo­rzyć czat gru­powy w Kolo­nii Mari­gold. Na wypa­dek gdyby… Sama nie wiem.

– Chyba powin­naś mówić bar­dziej kon­kret­nie.

– Och, prze­pra­szam! Mam na myśli trzę­sie­nie ziemi, powódź albo, no wiesz… – Zmarsz­czyła nos. – Zagro­że­nie ze strony obcych. Dzieci Ocean włó­czą się po oko­licy i… Wiem, że mówię jak moja mama, ale miesz­kamy bli­sko ulicy.

– Ktoś cię zacze­pił? – spy­tała Lily-Ann, bo przy­po­mniała sobie, że sły­szała, że w prze­szło­ści Sophie miała pro­blemy z jakimś męż­czy­zną.

– Nie, nie, prze­pra­szam. Sły­sza­łam, że pani B. wyna­jęła miesz­ka­nie przy­pad­ko­wemu face­towi, i tro­chę się mar­twię. To u mnie nor­malne.

– Przy­pad­ko­wemu face­towi?

– Nie­zna­jo­memu, któ­rego poznała na przy­stanku auto­bu­so­wym o pierw­szej w nocy.

– Och, rozu­miem. Tak, to rze­czy­wi­ście nie­ty­powe. – Lily-Ann wypiła łyk wina. – Czat gru­powy?

Sophie ski­nęła głową.

– Ocean jest na miej­scu, podob­nie jak pani B. Nicho­las wyje­chał, zresztą i tak pra­wie go nie widu­jemy, ale zasta­na­wia­łam się, czy nie mogła­byś poroz­ma­wiać z Hamil­to­nem.

– Wła­śnie dla­tego przy­szłaś?

– Tak, prze­pra­szam. Ni­gdy nie wiem, co on powie, i to mnie dener­wuje. Ale ty niczego się nie boisz.

– Boję się źle zała­do­wa­nych zmy­wa­rek – odpo­wie­działa Lily-Ann i z przy­jem­no­ścią obser­wo­wała ner­wowy chi­chot Sophie. – Poroz­ma­wiam z Hamil­to­nem. Cho­ciaż trudno prze­wi­dzieć, czy powie coś sen­sow­nego.

– Tak. – Sophie przy­gry­zła wargę. – Nie powin­ny­śmy go zapy­tać?

Hamil­ton był żyla­stym, siwo­wło­sym męż­czy­zną, miło­śni­kiem hawaj­skich koszul. Lubił popi­sy­wać się swoją wie­dzą na naj­róż­niej­sze tematy. Pew­nie powinni go igno­ro­wać, ale teraz, kiedy Lily-Ann wyra­ziła zgodę, koniecz­nie chciała to zro­bić. Mieć to z głowy. Poza tym bola­łoby ją, gdyby pomi­nięto jed­nego z loka­to­rów.

– Jestem pewna, że wszystko będzie dobrze – powie­działa.

4. Ocean

Posłu­chaj­cie. Ocean spodo­bał się wygląd Anthony’ego Lam­berta. Chciała go wyrzeź­bić. Ta ogromna bryła mię­śni koja­rzyła jej się z malo­wa­niem szpa­chelką: ostre kra­wę­dzie i grube war­stwy farby. Poza tym na początku wyda­wał jej się bru­talny, ale kiedy przyj­rzała się bli­żej – raczej smutny. Jest prze­cież artystką, prawda? Spodo­bał jej się.

– Prze­cież jestem matką! – zawo­łała do pani B., sia­da­jąc na sofie. – Czy chcę, żeby były wię­zień miesz­kał w kawa­lerce przy­le­ga­ją­cej do mojego domu? Obok moich dzieci? Abso­lut­nie nie!

– Och, coś mi się przy­po­mniało! – powie­działa pani B., wycho­dząc z kuchni. – Czy w tym roku powin­nam posa­dzić na dzie­dzińcu bratki, czy petu­nie? Bratki mają śliczne mordki, jakby się zawsze uśmie­chały, ale petu­nie…

– Nie gadaj bzdur jak stara baba – prze­rwała Ocean.

Pani B. pocią­gnęła nosem i usia­dła obok Ocean.

– Kie­dyś byłaś taką miłą dziew­czyną…

– A ty sku­tecz­niej uni­ka­łaś trud­nych roz­mów. Nie chcę, żeby tu miesz­kał.

– Anthony to dobry czło­wiek, Ocean.

– Skąd wiesz?

– Spoj­rza­łam mu w oczy.

– Masz zaćmę, Goldo.

– Prze­stań! – powie­działa pani B., bo nie chciała, by kto­kol­wiek wie­dział, że Kolo­nia Mari­gold nosi jej imię. Mąż nie nazy­wał jej Goldą, tylko Mari­gold. Wie­działa o tym jedy­nie Ocean.

– Pomyśl o dzie­ciach. Riley zacho­wuje się jak zwa­rio­wana nasto­latka, a Miles prze­żywa kry­zys toż­sa­mo­ści chłopca z czwar­tej klasy.

– To rze­czy­wi­ście brzmi okrop­nie – zauwa­żyła pani B., popra­wia­jąc tur­ku­sowe bran­so­letki na pomarsz­czo­nym ramie­niu. Ni­gdy nie uni­kała słońca i miała skórę o bar­wie kar­melu.

– Miles jest w porządku. On po pro­stu… szcze­rze mi 0 tym opo­wie­dział.

Pani B. prze­chy­liła głowę.

– Naprawdę?

– Tak, był abso­lut­nie szczery. – Ocean poczuła, że się uśmie­cha. – Cho­dzi o to, że nie chciał mnie roz­cza­ro­wać. Bie­dac­two, powie­dzia­łam, i doda­łam, że nic mnie to nie obcho­dzi. Tak czy ina­czej, przy­znał, że zadu­rzył się w Ami Dubois.

– Tej małej Fran­cuzce z prze­ciw­nej strony ulicy?

– Mhm. Chce jej upiec babeczki. Babeczki!

– Och! Mam go nauczyć piec maka­ro­niki? – Pani B. się zamy­śliła. – Tak naprawdę nie umiem piec maka­ro­ni­ków.

– Riley bywa praw­dziwą suką – odparła Ocean, igno­ru­jąc panią B. – Jest taka sama jak ja. Pora­dzimy sobie z tym i wszystko dobrze się skoń­czy, ale Miles? Jest za dobry dla tego świata. Nie wiem, co z nim począć.

– Jesteś wspa­niałą matką, masz wspa­niałe dzieci. – Pani B. ujęła obiema rękami dłoń Ocean. – Robisz fan­ta­styczne rze­czy, moja droga.

Ocean zamru­gała, tłu­miąc nagły przy­pływ emo­cji.

– Nie zmie­niaj tematu. Roz­ma­wiamy o tym, jak nie pozwo­lić temu face­towi wpro­wa­dzić się do pra­cowni.

Zanim pani B. zdą­żyła odpo­wie­dzieć, roz­legł się gwizd czaj­nika.

– Ura­to­wana przez gwiż­dżący czaj­nik – rzu­ciła i pobie­gła do kuchni zapa­rzyć her­batę.

Ocean dotknęła poma­za­nego farbą palca i rozej­rzała się po salo­nie pani B. Na for­te­pia­nie stała kolek­cja foto­gra­fii rodzin­nych, a na półce z książ­kami – dzie­cięce prace pla­styczne, pre­zenty otrzy­my­wane przez panią B. w ciągu wielu lat. W tym dwa od Ocean: popiel­niczka w kształ­cie cho­rego płuca, bo pani B. jesz­cze nie rzu­ciła pale­nia, i szklany raj­ski ptak, bo Ocean miała arty­styczną wyobraź­nię.

Ocean czuła się dobrze w zna­jo­mym oto­cze­niu. Nie­bie­ska kanapa, sto­lik do kawy w stylu art déco, kilka krze­seł obi­tych czer­wo­nym jedwa­biem z napo­le­oń­skimi psz­czo­łami; mąż pani B. marzył o posia­da­niu pasieki. Trzy chiń­skie lampy z aba­żu­rami, na któ­rych wisiały pom­pony. Półki z pamiąt­kami z zagra­nicy – net­suke z Japo­nii, amu­lety muiraquitã z Bra­zy­lii i maczugi iwisa z drewna żela­znego z RPA. Rzeźba z kamie­nia mydla­nego z Ala­ski; pani B. uwa­żała, że nie jest naprawdę mię­dzy­na­ro­dowa. Obrazy ozdob­nych dłoni z hebraj­skim napi­sem na złe oko. Od trzy­dzie­stu lat nic się nie zmie­niło.

Ocean pamię­tała, jak jako dziecko sie­działa po turecku na pod­ło­dze, wpa­tru­jąc się w półki i marząc o odle­głych miej­scach, gdy jej rodzice roz­ma­wiali z panią B.

Kie­dyś ukra­dła drew­nia­nego rekina wiel­ko­ści małego palca. Malut­kiego, przy­po­mi­na­ją­cego płotkę. Kiedy rodzice odkryli kra­dzież, kazali jej go zwró­cić. Prze­pro­siła ze łzami w oczach, przy­go­to­wana na gniewną prze­mowę. Zamiast tego pani B. zaczęła się zasta­na­wiać, dla­czego jej uwagę przy­kuł aku­rat ten przed­miot. Czy cho­dziło o temat? Czy lubi ryby? Roz­miar, kolor, mate­riał? Histo­ria, ślady narzę­dzi pozo­sta­wione przez nie­znane ręce?

Ocean nie potra­fiła odpo­wie­dzieć. Chciała mieć rekina, bo jej się spodo­bał. Pierw­szy raz w życiu przyj­rzała się cze­muś tak uważ­nie. Pierw­szy raz dostrze­gła swoje zami­ło­wa­nie do szcze­gó­łów i este­tyki.

Ode­rwała pasek farby od palca i nie wie­działa, co z nim zro­bić. Po chwili wci­snęła go do kie­szeni i się­gnęła po zbiór łami­głó­wek sudoku.

Impo­nu­jące. Pani B. roz­wią­zała ich kil­ka­dzie­siąt.

Sta­ruszka cią­gle była bystra.

Dopiero gdy Ocean przyj­rzała się bli­żej, zdała sobie sprawę, że liczby się nie zga­dzają. No cóż, cho­lera. Ocean zamiesz­kała w Kolo­nii Mari­gold jako dziecko i uwa­żała panią B. za członka rodziny. Za kogoś w rodzaju babci albo mniej iry­tu­ją­cej matki. Prze­glą­da­nie tych bez­sen­sow­nych bzdur spra­wiło, że zabo­lało ją serce. Musiała poroz­ma­wiać z panią B. – znowu – o tym, co powinno się stać, kiedy nie będzie mogła o sie­bie zadbać.

Ocean zaglą­dała do niej dwa razy dzien­nie i zaj­mo­wała się drob­nymi napra­wami w domku. Wszy­scy miesz­kańcy osie­dla dbali o panią B., przy­naj­mniej tro­chę. W Kolo­nii Mari­gold nie można było unik­nąć spo­tkań z sąsia­dami. Sophie, nowa loka­torka, pomo­gła w two­rze­niu gru­po­wego czatu; począt­kowo udzie­lał się na nim tylko Hamil­ton, zachwy­cony jakąś kometą, która powinna być widoczna, gdyby nocne niebo nie było zasło­nięte przez smog. Nie­stety, nie miał tele­skopu.

Póź­niej do czatu przy­łą­czyli się wszy­scy oprócz Nicho­lasa.

– Pro­szę, moja droga – powie­działa pani B., wra­ca­jąc z kuchni z fili­żan­kami i pół­mi­skiem chip­sów z solą i pie­przem.

– Skąd wytrza­snę­łaś tego faceta? – spy­tała Ocean, wyj­mu­jąc z kubka torebkę her­baty. Lubiła słabą her­batę; miała rów­nież sła­bość do chip­sów. – Wiem, że się z nim nie afi­szo­wa­łaś.

– Masz na myśli Anthony’ego? – Pani B. wrzu­ciła do her­baty pla­ste­rek cytryny. – Och, pozna­łam go przy­pad­kiem.

– Kolejna z two­ich zagu­bio­nych owie­czek.

– Jak twoi rodzice. – Pani B. spoj­rzała na nią jasnym wzro­kiem znad fili­żanki. – Co ty na to? Sama pokaż Anthony’emu pra­cow­nię. Jeśli póź­niej dalej będziesz pro­te­sto­wać, powiem mu, że zmie­ni­łam zda­nie.

– Myśla­łam, że już pod­pi­sa­łaś z nim umowę najmu.

– Och, tak. Ale Anthony nie ma kopii.

Ocean wce­lo­wała chipsa w stronę pani B.

– Wiesz, że należy prze­strze­gać prawa, prawda?

– Prawo wła­sno­ści to po pro­stu kult przod­ków egze­kwo­wany prze­mocą przez pań­stwo – odpo­wie­działa pani B., macha­jąc lek­ce­wa­żąco ręką. – Czy chipsy wystar­czą? A może masz ochotę na maka­ro­niki? Zaraz je upiekę.

5. Lily-Ann

Klucz nie chciał się obró­cić w zamku drzwi pra­cowni, a zasłony w oknie wycho­dzą­cym na dzie­dzi­niec wisiały nie­równo. Dobrze. Lily-Ann lubiła pro­blemy, które łatwo roz­wią­zać, i wła­śnie dla­tego pani B. popro­siła ją o sprząt­nię­cie miesz­ka­nia dla nowego loka­tora. Tajem­ni­czego Anthony’ego Lam­berta.

Z tru­dem prze­krę­ciła klucz – zano­to­wała w pamięci, by następ­nym razem przy­nieść olej do zam­ków – i otwo­rzyła drzwi.

Pra­cow­nia była mała, miała może dwa­dzie­ścia pięć metrów kwa­dra­to­wych. W powie­trzu uno­sił się zapach ple­śni i kurzu. Pani B. urzą­dziła ją w daw­nym pomiesz­cze­niu gospo­dar­czym, gdy sąsiedni domek – obec­nie zaj­mo­wany przez Ocean – został prze­bu­do­wany. Od tam­tej pory nikt tu nie miesz­kał, więc pra­cow­nia znowu stała się pomiesz­cze­niem gospo­dar­czym. Obok maleń­kiej łazienki stały pod ścianą pudła róż­nych roz­mia­rów; cia­sną prze­strzeń wypeł­niały stare meble po poprzed­nich loka­to­rach, a zasłony były w kosz­mar­nym sta­nie.

Lily-Ann się uśmiech­nęła.

Dwa dni póź­niej klucz z łatwo­ścią wsu­nął się do zamka. Powie­trze pach­niało świe­żo­ścią, zasłony były świeże i jasne. Lily-Ann usta­wiła nie­do­pa­so­wane meble w trzech miej­scach, two­rząc trzy pomiesz­cze­nia: sypial­nię z poje­dyn­czym łóż­kiem z antycz­nym rzeź­bio­nym zagłów­kiem; jadal­nię z tan­det­nym bia­łym pla­sti­ko­wym sto­łem i dwoma krze­słami obok mini­lo­dówki i płyty kuchen­nej; oraz salon z pufą obok lampy sto­ją­cej i małej czer­wo­nej eta­żerki na książki.

Pufa podo­bała się Lily-Ann. Nie wie­działa, że cią­gle można kupić takie rze­czy. W fał­dach i szcze­li­nach zbie­rał się kurz, co wyma­gało dokład­nego czysz­cze­nia. Jed­nak spo­sób usta­wie­nia nie­ska­zi­tel­nie czy­stej pufy jakoś ją iry­to­wał.

Po chwili namy­słu prze­su­nęła ją bli­żej okna. Potem zaczęła się zasta­na­wiać, czy mógłby na niej sie­dzieć doro­sły męż­czy­zna.

– Lily-Ann? – spy­tała Ocean z otwar­tych drzwi.

– Zawsze jest łóżko – odparła.

– Słu­cham? – zdzi­wiła się Ocean.

– Pufa. Nie jestem pewna…

– Co tu robisz?

– Pani B. popro­siła mnie, żebym odku­rzyła miesz­ka­nie. Zamie­rza je wyna­jąć.

– Odku­rzyła? Ume­blo­wa­łaś je, ude­ko­ro­wa­łaś ściany. Czy to… – Ocean zmarsz­czyła brwi, patrząc na obraz w anek­sie kuchen­nym. – Nama­lo­wa­łam go w liceum.

Lily-Ann nie miała poję­cia, co powie­dzieć. Zna­la­zła obraz w kącie i spodo­bały jej się zde­cy­do­wane linie. Prze­czy­tała tytuł naba­zgrany na płót­nie: Dwa zlewy.

– Tak.

– Jest bar­dzo ładny.

Ocean się skrzy­wiła.

– Dzięki.

– Tro­chę przy­po­mina Mon­driana. To mój ulu­biony arty­sta.

– Powin­naś obej­rzeć prace Anne Tru­itt – odparła Ocean i do pra­cowni wpadł cień.

Chwilę póź­niej roz­le­gło się puka­nie. Lily-Ann się odwró­ciła i zoba­czyła męż­czy­znę, któ­rego postać wypeł­niała drzwi. Wysoki, z ogo­loną głową i sze­ro­kimi ramio­nami. Trzy­dzie­ści, czter­dzie­ści lat. Był pokryty nie­sy­me­trycz­nymi tatu­ażami; nie two­rzyły logicz­nej cało­ści. Uznała to za nie­po­ko­jące i nie­este­tyczne.

Mimo to nie był to uza­sad­niony powód, by zacho­wać się nie­grzecz­nie.

– Pew­nie jesteś nowym loka­to­rem. – Wycią­gnęła rękę. – Mam na imię Lily-Ann.

Jej dłoń znik­nęła w gigan­tycz­nej ręce męż­czy­zny.

– Anthony.

Rzadko spo­ty­kała kogoś, kto spra­wiał, że czuła się mała. W tym przy­padku, ku jej zasko­cze­niu, to uczu­cie było przy­jemne. Wyobra­żała sobie, że Anthony mógłby ją nosić na rękach. Mogłoby jej się to podo­bać, mimo tatu­aży.

Zanim wyszła za Pio­tra, poznała wielu męż­czyzn, któ­rzy lubili tęgie kobiety. Potem wyszła za niego i cią­gle jest jego żoną. Schlud­ność jest ważna, podob­nie jak przy­sięgi, które są swego rodzaju umowną schlud­no­ścią, defi­niu­jącą rela­cje i ogra­ni­cza­jącą zacho­wa­nia.

Powie­działa po pro­stu: „Witamy”, po czym wró­ciła do domu, by napi­sać na nowo infor­ma­cję o speł­nie­niu wyma­gań klienta i wysłać ją za pomocą apli­ka­cji opra­co­wa­nej przez firmę zewnętrzną.

6. Ocean

– Więc to Lily-Ann – powie­działa Ocean do Anthony’ego, gdy zamknęły się za nią drzwi.

Ski­nął głową.

– Miesz­kam z dziećmi w dru­giej poło­wie domku. – Gestem zapro­siła go do środka, sto­jąc z dala od drzwi. – Wejdź, rozej­rzyj się. Prze­pra­szam, że pomiesz­cze­nie jest takie małe.

Kiedy zro­bił dwa kroki do przodu, wypeł­nił cały pokój.

– Miesz­ka­łem w mniej­szych klit­kach.

Wolała się nie zasta­na­wiać, co to zna­czy.

– Skąd pocho­dzisz?

– Głów­nie z Fre­sno. – Mil­czał przez chwilę. – A ty?

– Głów­nie stąd – odparła. – Nie ma pie­kar­nika, jest tylko mała lodówka. Jeśli pani B. powie­działa ci, że możesz korzy­stać z jej kuchni, to nie możesz.

– Okej.

– Meble… eee… są wli­czone w cenę pokoju, chyba że przy­wie­ziesz swoje. W takim razie… – Wąt­piła, by pani B. była aż tak prze­wi­du­jąca. – Pozbę­dziemy się tego wszyst­kiego.

Zmarsz­czył brwi i popa­trzył na pufę.

– Nie mam żad­nych mebli.

– W takim razie je zosta­wimy.

– Co to takiego? – spy­tał.

– Pufa sako. Tra­dy­cyj­nie łączona ze spodniami dzwo­nami i lampą lawową.

Jego usta się nie poru­szyły, lecz uśmiech­nął się do niej oczami. Jakby oba­wiał się wyra­zić weso­łość mimiką.

– Pani B. mówiła, że pra­cu­jesz na zmy­waku.

– W restau­ra­cji Side­car.

– Tej spe­lunce w cen­trum mia­sta? – Ocean pra­wie się skrzy­wiła, że użyła słowa „spe­lunka”, więc rzu­ciła: – Lubisz tę pracę? – Znowu pra­wie się skrzy­wiła. Kto lubi zmy­wać naczy­nia? – Nie jest tam tro­chę, hm, gło­śno?

– Hałas mi nie prze­szka­dza. Pomaga w medy­ta­cji.

Zasko­czyło ją, że użył słowa „medy­ta­cja”. Wie­działa, o co cho­dzi, widziała jego nie­śmiały uśmiech i była w kropce. Chyba że znaj­dzie dobry powód, by kazać pani B. nie wynaj­mo­wać mu miesz­ka­nia i ode­słać go w dia­bły.

– No cóż, nie lubimy hałasu – zauwa­żyła.

– Jestem cichy.

– Mam dwoje dzieci. Lubisz dzieci?

Zasta­na­wiał się przez chwilę.

– Nie znam żad­nych dzieci.

– Och… eee… moja była żona dora­stała w dużej rodzi­nie. Troje młod­szego rodzeń­stwa. Wycho­wała je pra­wie sama. Ja byłam jedy­naczką.

Powie­działa to, by się prze­ko­nać, jak zare­aguje na zwrot „moja była żona”. Nie zare­ago­wał. Po pro­stu patrzył na nią. Był rów­nie emo­cjo­nalny jak kamienne posągi z Wyspy Wiel­ka­noc­nej. Uwa­żał zmy­wa­nie naczyń za ćwi­cze­nie medy­ta­cyjne. Zacho­wy­wał się jak mnich, który spę­dził życie w celi. Cóż, może to nie­szczę­śliwe porów­na­nie.

Uśmiech­nęła się z zaci­śnię­tymi ustami.

– Teraz żyję w małym domku.

– Coś w sam raz dla mnie.

– Bo jesteś malutki. – Wes­tchnęła. – Posłu­chaj. Pani Bako­fsky sły­nie z tego, że przy­gar­nia bez­dom­nych. Mam nadzieję, że potra­fisz to zro­zu­mieć?

Znowu się uśmiech­nął. Jego twarz była jak wyrzeź­biona z kamie­nia.

– Opie­ku­jemy się nią. Sta­rzeje się, wiesz? Poma­gamy jej, jak potra­fimy.

– Hm – mruk­nął.

Naj­wy­raź­niej groźba opieki nad star­szą panią nie wystar­czała, by znie­chę­cić Anthony’ego, więc Ocean opo­wie­działa o śmie­ciach i recy­klingu, a potem zosta­wiła go, by rozej­rzał się w pra­cowni. Zamknęła drzwi wej­ściowe i wes­tchnęła. Wyda­wał się okej. Poza tym potrze­bo­wał miej­sca, gdzie mógłby miesz­kać. Co miała zro­bić, odmó­wić?

Wra­ca­jąc do domu, zauwa­żyła panią B. z konewką u stóp, wpa­tru­jącą się w pla­sti­kowe pojem­niki z petu­niami, które wcze­śniej kupiła. Była wystar­cza­jąco silna, by unieść wiszące doniczki, lecz nie zno­siła bru­dzić sobie rąk. Zamiast tego zosta­wiała kwiaty, by sadził je ktoś inny.

Cze­kała na Ocean, by się dowie­dzieć, co sądzi o Antho­nym.

– Zado­wo­lona, moja droga? – spy­tała, po czym ski­nęła głową, nim Ocean zdą­żyła odpo­wie­dzieć. – Wie­dzia­łam, że przyj­dziesz.

Ocean poka­zała jej środ­kowy palec. Pani B. z zado­wo­le­niem par­sk­nęła śmie­chem.

– Dam mu klucz do skrzynki pocz­to­wej.

7. Nicholas

Nicho­las obró­cił fotel w stronę okna swo­jego gabi­netu w miej­skim wydziale pla­no­wa­nia prze­strzen­nego. Wycho­dziło na De La Guerra Plaza, pro­sto­kąt pokryty uschniętą trawą i mate­ria­łami budow­la­nymi, bo roz­po­częła się rewi­ta­li­za­cja histo­rycz­nego placu.

Dwa gołę­bie dzio­biące zie­mię wzbiły się nagle w powie­trze i usia­dły na dachu pustego budynku „Santa Bar­bara News-Press”. Reno­mo­wana lokalna gazeta naj­pierw stała się cie­niem samej sie­bie, a potem zban­kru­to­wała.

Nicho­las cenił ten widok. Codzien­nie oglą­dał dowód, że nawet uznane firmy mogą upaść, jeśli nie są dobrze pro­wa­dzone. Cza­sami wymaga to inno­wa­cyj­no­ści przy pozo­sta­niu wier­nym pod­sta­wo­wym zasa­dom. Cza­sami trzeba usu­nąć śmieci, by przy­go­to­wać miej­sce dla cze­goś nowego.

Wes­tchnął i odwró­cił się z powro­tem w stronę biurka. Dobrze. Skoro mowa o sumien­no­ści… powi­nien chyba zre­zy­gno­wać z udziału w zbli­ża­ją­cej się dys­ku­sji, bo mieszka w Kolo­nii Mari­gold. Cóż, płaci czynsz niż­szy od ryn­ko­wego, więc zde­cy­do­wa­nie powi­nien się wyco­fać.

Ale tego nie zro­bił.

Zamiast tego poszedł kory­ta­rzem i zajął miej­sce w sali kon­fe­ren­cyj­nej. Jego wydział opra­co­wał nowy plan zago­spo­da­ro­wa­nia prze­strzen­nego, zgodny z naj­now­szymi stan­dar­dami pro­jek­to­wa­nia i roz­woju. Osie­dle Nicho­lasa – Kolo­nia Mari­gold – zazna­czono na poma­rań­czowo jako „pro­po­no­wany obszar gęstej zabu­dowy miesz­ka­nio­wej na pod­sta­wie kon­ce­sji sta­no­wej”.

– Na co zezwala taka kon­ce­sja? – spy­tał jego szef, doma­ga­jąc się wyja­śnień.

– Dewe­lo­pe­rzy mogą sta­wiać wie­żowce o wyso­ko­ści do dzie­więt­na­stu metrów – odparł Nicho­las. – Budynki wie­lo­ro­dzinne. Znacz­nie niż­szym kosz­tem, dzięki ulgom zachę­ca­ją­cym do zagęsz­cza­nia zabu­dowy.

– Więc pozwa­lamy… nie, zachę­camy do budo­wa­nia apar­ta­men­tow­ców w dziel­nicy skła­da­ją­cej się głów­nie z domów jed­no­ro­dzin­nych?

– Cóż, taki jest cel.

Szef wypu­ścił powie­trze.

– W Upper East­side? Trudno to sprze­dać lokal­nej spo­łecz­no­ści. Nie ma tam zabyt­ków?

Roz­ma­wiali o histo­rycz­nym zna­cze­niu dziel­nicy bun­ga­lo­wów i o tym, że prze­pisy sta­nowe uwzględ­niają poło­że­nie mia­sta mię­dzy ogrom­nym par­kiem naro­do­wym Los Padres, peł­nym szla­ków tury­stycz­nych i pól kem­pin­go­wych, a tęt­nią­cym życiem por­tem, dzie­wi­czymi pla­żami i obsza­rem chro­nio­nej przy­rody wokół Chan­nel Islands. Sto lat skru­pu­lat­nego pla­no­wa­nia prze­strzen­nego uczy­niło z Santa Bar­bara perłę środ­ko­wej czę­ści Zachod­niego Wybrzeża. Zezwo­le­nie na wysoką zabu­dowę w jed­nej z naj­bar­dziej uro­kli­wych dziel­nic wywo­ła­łoby ostrą reak­cję.

W końcu zmie­nili temat, ale Nicho­las cią­gle myślał o Kolo­nii Mari­gold i o tym, że nie wyco­fał się z udziału w pra­cach nad pro­jek­tem z powodu kon­fliktu inte­re­sów. Mia­sto potrze­buje nowych miesz­kań. Wszy­scy o tym wie­dzą. A gdyby Kolo­nia zmie­niła wła­ści­ciela? Cóż, nie można cze­goś ulep­szyć, a jed­no­cze­śnie pozo­sta­wić bez zmiany.

Poza tym powta­rzał sobie, że pani B. zaro­bi­łaby for­tunę na zmia­nie planu zago­spo­da­ro­wa­nia. Jasne, jest przy­wią­zana do Kolo­nii Mari­gold, ale wszystko będzie dobrze. Lepiej niż dobrze.

Musi tylko dopil­no­wać, by ni­gdy się nie dowie­działa o jego zaan­ga­żo­wa­niu.

8. Sophie

Mimo wszystko lubię pracę w New Vic, naszym lokal­nym teatrze. Lubię nawet cho­dzić pie­szo do pracy. Poranki w Santa Bar­bara zawsze są pełne ener­gii, z rześ­kim oce­anicz­nym powie­trzem ogrza­nym przez słońce, zapa­chem cro­is­san­tów i kawy dola­tu­ją­cym z fran­cu­skiej pie­karni. Sły­sza­łam dzię­cioła stu­ka­ją­cego w pień palmy i zasta­na­wia­łam się, jak wyra­zić na sce­nie uczu­cie opty­mi­zmu – w taki piękny dzień nic nie może się nie udać.

Póź­niej dotar­łam do teatru i przy­po­mnia­łam sobie, że cho­ciaż lubię tę pracę, w grun­cie rze­czy przy­po­mina skok w prze­paść do oce­anu zazdro­ści. Chcę pisać i reży­se­ro­wać sztuki. To mój cel, moje prze­zna­cze­nie.

Na stu­diach napi­sa­łam kil­ka­na­ście sztuk teatral­nych, ale wszyst­kie były nudne. Praw­do­po­dob­nie dla­tego, że szu­ka­łam poważ­nych tema­tów. Jed­nak teraz, po obser­wa­cji cha­osu, jaki zapa­no­wał w Kolo­nii Mari­gold po mor­der­stwie, jestem mniej zain­te­re­so­wana kon­dy­cją ludzką, a bar­dziej ludźmi. Zaczę­łam pisać pamięt­nik, by wyko­rzy­stać sza­leń­stwo jako mate­riał. Jeśli nie zdo­łam napi­sać w miarę wcią­ga­ją­cej sztuki na pod­sta­wie tego krwa­wego dra­matu, powin­nam po pro­stu dać spo­kój.

Kapi­tu­la­cja jest ostat­nią rze­czą, na jaką mam ochotę… a jed­nak zasta­na­wiam się w głębi duszy, czy już się nie pod­da­łam. W New Vic zaj­muję się bile­tami i pro­mo­cją, a od czasu do czasu udaję, że jestem dra­ma­to­pi­sarką, przy­go­to­wu­jąc stresz­cze­nia do pro­gra­mów.

No cóż, spę­dzam też sporo czasu, pró­bu­jąc igno­ro­wać zazdrość toczącą mi serce, gdy spo­ty­kam praw­dzi­wych pisa­rzy i reży­se­rów. Ale przy­naj­mniej cią­gle należę do świata teatru. To coś zna­czy, prawda?

Rodzice mar­twią się o mnie, a ja czuję, że moje naj­więk­sze marze­nie powoli zmie­nia się w klę­skę.

To nic nowego. Mar­twią się o mnie po Tym, Co Się Stało. Mar­twili się o mnie jesz­cze przed Tym, Co Się Stało. Prze­ży­łam zała­ma­nie ner­wowe. Teraz czuję się lepiej – naprawdę! – lecz mar­twią się bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek. Wsty­dzę się swo­jej sła­bo­ści. Nie spo­tkało mnie nic okrop­nego, naprawdę. Na pewno nic okrop­nego przez duże O. Wła­śnie to jest najbar­dziej upo­ka­rza­jące. Prze­ży­łam kilka cięż­kich mie­sięcy i kom­plet­nie mi odbiło, choć więk­szość ludzi szybko by się otrzą­snęła.

Ludzie cho­rują na PTSD po powro­cie z wojny, a nie z powodu stal­kera w biblio­tece uni­wer­sy­tec­kiej.

Rodzice nie chcieli, żebym była na łasce i nie­ła­sce współ­lo­ka­to­rek przy­pro­wa­dza­ją­cych nie­zna­jo­mych, więc zade­kla­ro­wali, że pokryją część czyn­szu. Poza tym moja mama uwiel­bia panią B., rów­nież wścib­ską, lecz w zupeł­nie inny spo­sób. Mój domek jest maleńki. Naj­mniej­szy, poło­żony naj­bli­żej ulicy. Jego loka­li­za­cja mi się podoba, bo mogę wszystko obser­wo­wać…

Kiedy pan Ybarra cho­dzi wokół Kolo­nii, nikt poza mną tego nie zauważa.

Wró­ci­łam z jog­gingu po pracy i zatrzy­ma­łam się przy drzwiach wej­ścio­wych, by spraw­dzić dystans w komórce. Wtedy dostrze­głam pana Ybarrę. Wyglą­dał jak wychu­dzony święty miko­łaj, z siwą brodą, rumia­nymi policz­kami i czer­woną weł­nianą cza­peczką. Firma Ybarra Pro­per­ties jest wła­ści­cie­lem trzech apar­ta­men­tow­ców w oko­licy. Pan Ybarra mieszka w jed­nym z nich, choć jest wystar­cza­jąco bogaty, by mieć rezy­den­cję wśród cele­bry­tów z Mon­te­cito. Jest rów­nie eks­cen­tryczny jak pani B. Może wszy­scy wła­ści­ciele nie­ru­cho­mo­ści w Santa Bar­bara są eks­cen­tryczni, a może po pro­stu nie znam innych?

Pan Ybarra wszedł na pose­sję, macha­jąc kijem gol­fo­wym, który nosi, bo boi się psów. Pogła­dził się po bro­dzie, a potem okrą­żył dzie­dzi­niec. Na sta­rych foto­gra­fiach, które poka­zała mi pani B., krzewy róż i donice z wize­run­kami aksa­mi­tek ota­czały bujny zie­lony traw­nik, ale po kilku latach suszy dzie­dzi­niec przy­po­mina pusty­nię z jasnymi, żwi­ro­wymi ścież­kami i lśnią­cymi suku­len­tami.

Kiedy pan Ybarra mnie zauwa­żył, uniósł na powi­ta­nie kij gol­fowy.

– Wyglą­dasz uro­czo!

– Hm – mruk­nę­łam, zbyt spo­cona, by flir­to­wać z szar­manc­kim sześć­dzie­się­cio­lat­kiem.

– Sześć ślicz­nych dom­ków dla lalek – cią­gnął. – Pamiątki z daw­nych cza­sów. Widzia­łaś panią Bako­fsky? Jeste­śmy umó­wieni, ale nie otwiera drzwi.

– Przy­kro mi, nie. Prze­pra­szam.

– Piękna kobieta, ale uparta.

– Naprawdę? – spy­ta­łam.

– Nie chce za mnie wyjść. – Jego aniel­ski uśmiech stał się jesz­cze szer­szy. – Myśli, że inte­re­sują mnie tylko jej pie­nią­dze, co mnie obraża. Inte­re­suje mnie jej nie­ru­cho­mość.

Uśmiech­nę­łam się lekko, co było gor­sze niż prze­pro­siny, i powie­dzia­łam:

– Powiem jej, że pan przy­szedł.

– Na działce tej wiel­ko­ści mogłoby miesz­kać jesz­cze dwa­dzie­ścia rodzin. Apar­ta­men­to­wiec w stylu hisz­pań­skim. Pro­ble­mem jest par­ko­wa­nie, ale opra­co­wano nowy plan zago­spo­da­ro­wa­nia prze­strzen­nego, a ja… – Urwał i szarp­nął za brodę. – Zgu­bi­łem wątek. Powiedz Gol­dzie, że jest potworną ego­istką i że się popła­ka­łem, kiedy dała mi kosza.

Widzi­cie? Pan Ybarra to eks­cen­tryk.

– Powtó­rzę jej to – odpar­łam i wyco­fa­łam się w stronę swo­jego domku. – Eee… muszę już iść.

Pozdro­wił mnie ruchem kija gol­fo­wego, a ja zamknę­łam drzwi.

Kiedy patrzy­łam przez wizjer, jak odcho­dzi, zadźwię­czała moja komórka. Zamknę­łam drzwi na zasuwę, a potem spoj­rza­łam na wyświe­tlacz.

– Cześć, tato! – powie­dzia­łam.

– Sophie? To ja.

Ojciec uwa­żał się za maniaka tech­no­lo­gii, a mimo to ni­gdy do końca nie zro­zu­miał, jak działa jego iPhone.

– Co sły­chać? – spy­ta­łam.

– Dosta­łaś odpo­wiedź w spra­wie pracy?

Zmarsz­czy­łam brwi i weszłam do kuchni.

– Jakiej pracy?

– Mówi­łaś, że apli­ku­jesz o pracę.

– Nie, to ty kaza­łeś mi apli­ko­wać.

Odchrząk­nął.

– Nie bądź prze­korna, Sophie. Zło­ży­łaś poda­nie czy nie?

Otwo­rzy­łam lodówkę.

– Dosta­łam pracę.

– Zbie­ra­nie pie­nię­dzy na lokalny teatr to żadna kariera.

Nie odpo­wie­dzia­łam. Spoj­rza­łam na pół kar­tonu jajek, torebkę szpi­naku i butelkę die­te­tycz­nego toniku, który zwie­trzał.

– Stać cię na znacz­nie wię­cej – cią­gnął. – Wiem, co naprawdę, hm, wyda­rzyło się na stu­diach, ale musisz…

– Tato, prze­stań.

– Stać cię na znacz­nie wię­cej, Sophie! Możesz osią­gnąć wszystko. Powin­naś prze­stać ukry­wać swój talent.

Zamknę­łam lodówkę i uśmiech­nę­łam się. Było to cał­kiem miłe.

– Albo przy­naj­mniej wyjść za mąż – dodał.

– Prze­pra­szam pana, z któ­rego roku pan dzwoni? Tysiąc dzie­więć­set sześć­dzie­sią­tego czwar­tego?

– Bar­dzo zabawne. A były mąż two­jej sąsiadki?

– Piotr? Żar­tu­jesz.

– Chcę, żebyś się ustat­ko­wała. Czy to żart? Santa Bar­bara to dro­gie mia­sto. Piotr jeź­dzi hybry­do­wym BMW.

– Skąd wiesz?

– Zauwa­ży­łem, kiedy tam ostat­nio byli­śmy. Widzia­łem, jak go ładuje, co mnie zain­te­re­so­wało.

– Zauwa­ży­łeś też, że cią­gle sypia z Lily-Ann? Nawet się nie roz­wie­dli.

– Sophie! Zacho­waj te roz­mowy dla swo­jej matki – powie­dział kar­cąco, lecz póź­niej jego ton zła­god­niał. – Wiesz, że cię kocham, prawda?

– Gdy­byś mnie nie kochał, nie znio­sła­bym takich roz­mów.

Rodzice naprawdę mnie kochali i uwiel­biali uda­wać, że chcą, bym zna­la­zła boga­tego męża. W grun­cie rze­czy nie zale­żało im na majątku, tylko na bez­pie­czeń­stwie. Uwa­żali, że jestem bez­bronna i samotna po Tym, Co Się Stało. Spo­tkali się prze­lot­nie w Kolo­nii Mari­gold z Pio­trem, „pra­wie byłym mężem” Lily-Ann, i teraz uwa­żają go za ideał.

Ow­szem, Piotr jest bogaty, sek­sowny i cza­ru­jący, ale ośli­zgły, lizu­sow­ski. Ktoś w rodzaju Toma Hid­dle­stona.

Poza tym czter­dzie­sto­la­tek jest dla mnie za stary. Ojciec uważa, że jeśli męż­czy­zna nie jest łysy, nie może mieć wię­cej niż trzy­dzie­ści dwa lata. Ni­gdy nie mogła­bym sku­sić kogoś takiego jak Piotr. Lily-Ann jest zupeł­nie poza moim zasię­giem: puszy­sta, rudo­włosa kró­lowa lodu. Zawsze nie­na­gan­nie ubrana w stroje, które kosz­tują wię­cej niż mój mie­sięczny czynsz, i na tyle obse­syjno-kom­pul­sywna, że po pro­stu robi, co chce. Byłam nią zachwy­cona, ale nie rozu­miem, dla­czego mieszka w Kolo­nii Mari­gold. Może bra­kuje jej pie­nię­dzy przed zakoń­cze­niem sprawy roz­wo­do­wej? Tkwi na tym osie­dlu już od czte­rech lat. Naj­wol­niej­szy roz­wód w histo­rii.

Moi rodzice nie do końca się mylą, że jestem samotna.

Pisy­wa­łam do zna­jo­mych ze stu­diów. Roz­ma­wia­łam z ludźmi w pracy. Byłam… byłam zajęta, ale się nie anga­żo­wa­łam. Nie podej­mo­wa­łam ryzyka. Za bar­dzo bałam się utraty kon­troli.

No cóż, może z wyjąt­kiem wie­czo­rów, kiedy cał­ko­wi­cie tra­ci­łam kon­trolę.

Od czasu do czasu musia­łam się odprę­żyć. Spu­ścić parę z kotła. Nie cho­dziło o moje życie, tylko o prze­szłość. Musia­łam sobie udo­wod­nić, że nie jestem nie­śmiałą, roz­dy­go­taną ofiarą, cią­gle żyjącą w cie­niu prze­śla­dowcy.

Spo­ty­ka­łam się z przy­ja­ciółmi, tań­czy­łam, śpie­wa­łam i piłam drinka za drin­kiem. Aż w końcu lądo­wa­li­śmy w obskur­nym barze takim jak Side­car.

Nie, nie „barze takim jak Side­car”.

Zawsze lądo­wa­li­śmy dokład­nie w barze Side­car, bo tego żąda­łam. Wie­dzia­łam o tym tylko dla­tego, że przy­ja­ciele żar­to­wali na ten temat. Kiedy byłam pijana, zawsze doma­ga­łam się pój­ścia do baru Side­car.

Jed­nak nie pamię­ta­łam, że tam byłam, że chcia­łam tam iść. Pijana Sophie uwiel­biała bar Side­car, ale na trzeźwo uwa­żała go za obskurny i przy­gnę­bia­jący.

Była to druga dziwna cecha moich noc­nych eska­pad. Pierw­szą z nich sta­no­wiło to, że następ­nego dnia nie mia­łam kaca. Budzi­łam się wcze­śnie i czu­łam się cał­kiem nie­źle.

I rze­czy­wi­ście, w sobotni ranek, który wszystko zmie­nił, czu­łam się dobrze. Drze­ma­łam w łóżku i obser­wo­wa­łam pro­mie­nie wscho­dzą­cego słońca prze­su­wa­jące się po ścia­nie. Po jakimś cza­sie wzię­łam komórkę i prze­wi­nę­łam wia­do­mo­ści z poprzed­niego wie­czoru. Nie pamię­ta­łam niczego z Side­cara, co ozna­czało, że wyma­za­łam z pamięci całą przy­godę.

Znowu.

Na szczę­ście moi kum­ple od kie­liszka zawsze wysy­łali mi dzie­siątki foto­gra­fii, żebym była na bie­żąco. Jak miło… Uwiel­biali robić mi zdję­cia, kiedy byłam pijana, i zazwy­czaj doda­wali zabawne komen­ta­rze, które następ­nego dnia nie miały sensu.

Skrzy­wi­łam się na widok zdjęć. Wyglą­da­łam kosz­mar­nie, ale przy­naj­mniej nie bojaź­li­wie. Nie wyglą­da­łam, jak­bym prze­pra­szała za to, że ist­nieję.

Wypi­łam litr wody, wysi­ka­łam się i uru­cho­mi­łam prysz­nic. Cze­ka­łam, aż woda się roz­grzeje, obser­wo­wa­łam ulicę przez okno i…

Okej.

Okej, nawet pisa­nie o tym w mojej sztuce budziło we mnie lęk.

Okej, głę­boki oddech. Obser­wo­wa­łam ulicę przez okno i widzia­łam tylko wrony. Dwie prze­le­ciały nad pło­tem, a potem pobie­gły pod krzaki, gdzie…

Gdzie spał męż­czy­zna.

Zaschło mi w gar­dle i z opóź­nie­niem poczu­łam początki kaca. Trzy metry od ściany mojej łazienki spał w krza­kach męż­czy­zna. W porządku, pomy­śla­łam. Nie ma pro­blemu. Pew­nie po pro­stu bez­domny. Nie mam pre­ten­sji do kogoś, kto chce się prze­spać w ogro­dzie, skoro nic innego mu nie zostało.

Ale to nie był bez­domny. Miał za dro­gie buty. Cóż, świet­nie. Ktoś się upił i zasnął w krza­kach.

Nie osą­dzam go. Mnie też się to zda­rzało.

Za moimi ple­cami padał deszcz. Zoba­czy­łam, jak na ramie­niu męż­czy­zny siada wrona i dzio­bie go w głowę. W nie­ru­chomą głowę.

Potem ode­rwała kawa­łek ciała.

9. Lily-Ann

Kolor zwłok ją zasko­czył. Męż­czy­zna nie żył zapewne od nie­dawna, ale jego skóra wyda­wała się nie­mal fio­le­towa w sła­bym świe­tle pod żywo­pło­tem. Poza tym tro­chę śmier­dział, choć nie prze­ra­ziło to Lily-Ann. Spo­dzie­wała się tego.

Ni­gdy nie widziała ciała poza trumną. Zawsze wyobra­żała sobie, że śmierć to coś w zasa­dzie schlud­nego, jak skre­śle­nie kogoś z listy. A jed­nak te zwłoki wydały jej się brudne. Fizycz­nie, ale i inte­lek­tu­al­nie: sym­bol pytań bez odpo­wie­dzi. Zasta­na­wiała się nad tym, sły­sząc gwał­towny oddech Ocean za swo­imi ple­cami.

– Czy… czy on nie żyje? – spy­tała.

Lily-Ann wyj­rzała przez liście.

– Tak mi się zdaje.

– Jesteś pewna?

– Widać plamy opa­dowe na skó­rze.

– O Boże… Pozna­jesz go?

– Nie. Przy­naj­mniej nie w tym sta­nie… Wygląda po pro­stu jak trup.

Ocean wes­tchnęła.

– Naprawdę?

– Zadzwo­nię na poli­cję.

– Chyba nie powin­ny­śmy go ruszać.

– Nie.

– Nie, oczy­wi­ście, że nie. Okej.

Ocean odcze­kała, aż Lily-Ann zadzwoni na poli­cję, a potem spy­tała:

– Posie­dzisz z Sophie?

– Tak.

– Posta­raj się ją uspo­koić – dodała Ocean, jakby Lily-Ann mogła nie zro­zu­mieć pod­tek­stu. Było to miłe z jej strony. – Powiem pani B.

Roz­stały się, lecz nie na długo. Naj­wy­raź­niej pani B. nale­gała, by spraw­dzić, co się dzieje z Sophie, więc ona i Ocean wkrótce dołą­czyły do Lily-Ann w jej zagra­co­nym domku.

Potem przy­je­chały poli­cja i pogo­to­wie. Detek­tyw przy­był póź­niej wraz z ludźmi, któ­rych Lily-Ann wzięła za tech­ni­ków kry­mi­na­li­stycz­nych. Obser­wo­wała ich z zain­te­re­so­wa­niem. Podej­rze­wała, że byłaby świetna w obu zawo­dach – jako detek­tyw albo tech­nik kry­mi­na­li­styczny – ponie­waż sku­piały się na roz­wią­zy­wa­niu zaga­dek kry­mi­nal­nych. Może lepiej spraw­dzi­łaby się w tej dru­giej roli, mając do czy­nie­nia z mar­twymi ludźmi.

10. Vernon

Ostat­nie trzy zabój­stwa, które wyja­śnił sier­żant Ver­non Eni­ble, były nie­skom­pli­ko­wane. Facet zastrze­lił żonę, a inny facet dźgnął nożem swoją dziew­czynę. Była też bójka mię­dzy gang­ste­rami, która wymknęła się spod kon­troli.

Co łączyło te sprawy? Ver­non od początku znał sprawcę. Wszy­scy od początku znali sprawcę. Praca detek­tywa to nie odci­nek serialu Sco­oby-Doo, ana­li­zo­wa­nie tro­pów, dopóki nie zerwie się maski sta­remu Wither­sowi. Zada­nie detek­tywa polega na gro­ma­dze­niu dowo­dów dla pro­ku­ra­tury.

Jest czę­ścią zespołu śled­czego, a nie osobą ujaw­nia­jącą ukryte prawdy.

Kiedy Ver­non dotarł do Kolo­nii Mari­gold, prio­ry­te­tem było usta­le­nie tego, co oczy­wi­ste.

Stał przez chwilę, obser­wu­jąc czer­wone i żółte świa­tła wozów poli­cyj­nych oświe­tla­jące poranne ulice i palmy na chod­niku. Jeden z poli­cjan­tów, któ­rzy jako pierwsi poja­wili się na miej­scu zbrodni, wpi­sał do dzien­nika jego przy­by­cie, a drugi odsu­nął się od taśmy poli­cyj­nej, by go powi­tać.

– Dobry począ­tek dnia, co? – zauwa­żył.

– Co zna­leź­li­ście? – spy­tał Ver­non.

– Trupa.

Ver­non spoj­rzał na funk­cjo­na­riu­sza.

– Tech­nicy jesz­cze nie przy­je­chali?

– Zaraz będą.

– Dowie­dzie­li­ście się cze­goś od ratow­ni­ków medycz­nych?

– Denat ma około trzy­dzie­stu lat – odparł poli­cjant, pro­wa­dząc Ver­nona na podwórko. – Został ude­rzony w głowę. Prze­nie­śli go, by pró­bo­wać reani­ma­cji, ale był mar­twy. Zauwa­żyli plamy… jak one się nazy­wają?

– Plamy opa­dowe. – Ver­non ruszył za funk­cjo­na­riu­szem mię­dzy naj­bliż­szym dom­kiem a żywo­pło­tem rosną­cym wzdłuż ulicy. Krzaki wyda­wały się nie­na­ru­szone, ale warto kazać jed­nemu z młod­szych poli­cjan­tów spraw­dzić, czy ktoś przez nie nie prze­szedł.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki