Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
25 osób interesuje się tą książką
Pani B., właścicielka Kolonii Marigold i uparta idealistka, wynajmuje swoje domki wyłącznie osobom, na których jej zależy: Sophie, młodej dramatopisarce z mroczną przeszłością; Hamiltonowi, cierpiącemu na agorafobię i mającemu skłonność do popisywania się wiedzą; rzeźbiarce Ocean, samotnie wychowującej dwójkę dzieci; perfekcjonistce Lily-Ann oraz finansiście Nicholasowi, który skrywa kilka sekretów.
Lokatorzy żyją spokojnie w niewielkich bungalowach w Santa Barbara, zaledwie kilka minut od plaży — aż do chwili, gdy ich harmonię zakłóca pojawienie się Anthony’ego: milczącego, potężnie zbudowanego, potencjalnie niebezpiecznego byłego przestępcy. Trzy tygodnie później tuż obok Kolonii Marigold zostają odkryte zwłoki. Anthony trafia do aresztu, a lokatorzy odczuwają ulgę. Jednak pani B., przekonana o jego niewinności, zgłasza się na policję i przyznaje do winy.
Wstrząśnięci mieszkańcy jednoczą się i tworzą Kolektyw Detektywów Kolonii Marigold, by uratować ukochaną właścicielkę. Rozpoczynają prywatne śledztwo, odkrywają kolejne sekrety i coraz bardziej się do siebie zbliżają… aż w końcu natrafiają na drugie zwłoki.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 331
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 10 godz. 45 min
Lektor: Jo Nichols
Tytuł oryginału: THE MARIGOLD COTTAGES MURDER COLLECTIVE
Text Copyright © 2025 by Lee Naftali and Joel Naftali Published by arrangement with St. Martin’s Publishing Group.
All rights reserved.
Copyright © 2026 for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca Copyright © for the Polish translation by Tomasz Wyżyński
All rights reserved
Wydawca: Katarzyna Słupska Redakcja: Marta Tyczyńska-Lewicka Korekta: Beata Wójcik, Adam Osiński Projekt okładki i ilustracji: Ewa Popławska Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.
Wydanie pierwsze Warszawa 2026 ISBN: 9788383829036
Dla Lynn Nichols
W piątek rano pani B. szukała owoców wśród liści pokrywających dwie ściany jej domku. Pnącza marakui przeplatające się z bugenwillą i kwiatami brugmansji przypominały patchwork zszyty przez starszą panią popijającą margaritę.
Ukłuł ją w nadgarstek cierń i mruknęła z niezadowoleniem, że ma taką cienką skórę. Jednak lubiła kontrast między delikatnym pięknem kwiatów a ostrymi kolcami. Przyjemność i ból są blisko spokrewnione, prawda?
Posadziła pierwsze pnącza przed czterdziestu laty, gdy jej zmarły, lekkomyślny, kochający mąż zainwestował niespodziewanie zdobyte pieniądze w osiedle domków kilka przecznic od State Street. Powstały wiele lat temu, po wielkim trzęsieniu ziemi w Kalifornii, i lubiła sobie wyobrażać, że baśniowy krąg niewielkich budynków wyrósł z gruzów. Było tam sześć domków w amerykańskim stylu architektonicznym z początku dwudziestego wieku z malutkimi werandami, ścianami pokrytymi tynkiem żwirowym i oknami o wielu szybkach.
Pomalowała wszystkie na identyczny zielony kolor w odcieniu szałwii, lecz później odkryła, że woli różnorodność. Teraz ściany były ciemnofioletowe, złote, jasnobłękitne i zielone. Domki otaczały dziedziniec ozdobiony ogromnymi ceramicznymi donicami z nagietkami.
Uwielbiała eklektyczną kompozycję pnączy. Przez wiele lat starała się stworzyć z barwnego chaosu harmonijną, zrównoważoną całość, bardziej jak mediatorka niż ogrodniczka. I próbowała zrobić to samo z lokatorami wynajmującymi domki.
W największym mieszkał Nicholas, ze swoimi sekretami i rezerwą. Był też spięty, ekscentryczny, samotny Hamilton – kto zainteresowałby się mężczyzną w średnim wieku, który boi się wychodzić z domu? Obok mieszkała nieugięta Lily-Ann, potrzebująca kogoś, kogo mogłaby kochać, a dalej zraniona Sophie, potrzebująca kogoś, kogo mogłaby chronić.
Ocean i jej dzieci wynajmowały domek obok pani B., która zawsze marzyła o córce takiej jak Ocean, nim te marzenia przybladły. A na końcu mieszkał Anthony, ze swoją kryminalną przeszłością i niepewną przyszłością.
Byli wspaniali. Jeśli naprawdę się z nimi rozmawiało, naprawdę ich słuchało, nie dało się tego nie zauważyć. Oczywiście czasami piękno było równie głęboko ukryte jak owoc marakui wśród liści – ponieważ byli nie tylko wspaniali, lecz również skrzywdzeni przez życie, złamani.
Świat nie tworzy idealnych ludzi. Niektórzy nie chcą żyć w złym świecie; ta myśl sprawiała, że pani B. pragnęła sadzić kwiaty i uzupełniać książki przez wymianę z sąsiadami. Może nie jest dostatecznie inteligentna, by pogrążyć się w rozpaczy? Zastanawiała się nad tym, lecz tylko przez chwilę; kto ma czas na wątpliwości, gdy trzeba karmić kolibry?
Kiedy w końcu znalazła dojrzały owoc marakui, omal nie parsknęła śmiechem, patrząc na pomarszczoną skórkę. Cóż za znajomy widok…
Niedoskonali, złamani – jeśli nawet nie pomarszczeni – mieszkańcy Kolonii Marigold należeli do niej, tak samo jak ona do nich. I potrzebowali jej pomocy, czy zdawali sobie z tego sprawę, czy nie. Byli tak samo niedoskonali i głupi jak ona – ale młodzi, pełni energii, potencjału. Więc poprosi ich o pomoc i nauczy pomagać sobie nawzajem. Tak się traktuje ludzi, których się kocha.
I oczywiście chroni.
Na przystanku autobusowym znowu pojawił się nieznajomy mężczyzna, wielki i potężny. Siedział samotnie na ciemnej ulicy. Było już grubo po północy, a wiedziałam, że autobusy linii MTD przestają kursować za dwadzieścia dwunasta.
Tak, wcześniej to sprawdziłam.
Normalnie nie przejmowałabym się tym, że siedzi na ławce przed Kolonią Marigold. Zajmuje się swoimi sprawami, nikogo nie zaczepia. W dzielnicy Upper Eastside w Santa Barbara nie ma dużej przestępczości. Oczywiście nie ma jej nigdzie w mieście.
W Santa Barbara jest bezpiecznie. Nie, nie pochodzę z niebezpiecznej okolicy. Dorastałam w Bay Area w San Francisco, korzystając ze wszystkich przywilejów klasy średniej. Dobre liceum, świetny trener lekkoatletyczny. Obozy letnie, wakacje z rodziną i troskliwi – choć nadopiekuńczy – rodzice. Dostałam się na wymarzony uniwersytet i świetnie radziłam sobie na wydziale teatralnym, a nawet na dodatkowym kierunku – marketingu – aż do trzeciego roku, gdy wszystko nagle się posypało.
Bezpieczeństwo było ważnym powodem, dla którego się tu przeprowadziłam, ale za każdym razem, gdy wychodziłam pobiegać po pagórkowatych ulicach dzielnicy Lower Riviera, zakochiwałam się w tym miejscu od nowa.
Brzeg oceanu znajduje się na południu, nie na zachodzie, i jest osłonięty przez długi rząd płaskich Channel Islands. Rankiem w okolicy snuje się mgła i jest zimno, a kiedy się przejaśnia, ukazuje się najwspanialszy widok, jaki można sobie wyobrazić. Słońce pada na domy kryte czerwonymi dachówkami; nad tętniącym życiem, niemal europejskim centrum – ozdobionym kwitnącymi drzewami, krzewami i palmami – wznosi się gmach sądu i wieżowiec Grenada.
Okolica jest przepiękna i bezpieczna, ale widok mężczyzny na przystanku autobusowym sprawił, że poczułam ściskanie w żołądku.
Nie była to oznaka przewrażliwienia. Nie. Po prostu widziałam już tydzień wcześniej tego samego mężczyznę siedzącego w tym miejscu, kiedy wróciłam późno do domu po drinku ze znajomymi w śródmieściu.
A właściwie gdy z trudem dowlokłam się do domu.
Nie znałam go, ale rzucił mi spojrzenie, które było czymś więcej niż zwykłym zerknięciem na nieznajomą kobietę. Miałam wrażenie, że już wcześniej mnie znał. Albo oczekiwał, że ja go rozpoznam.
Co wydawało się jeszcze gorsze.
Szybko odszedł, niemal z poczuciem winy. A teraz wrócił.
Nie była to tylko moja wyobraźnia. Nie tym razem. To był ten sam facet. Z pewnością.
Nie dało się go nie zauważyć: groźna bryła mięśni z ogoloną głową i tanimi tatuażami na ramionach, szyi i twarzy. Miał na sobie czarny T-shirt i dżinsy, wyglądał jak statysta filmowy, którego obsadziłabym w roli Serbskiego Bandyty albo Więźnia Skazanego na Karę Śmierci.
To znaczy gdybym miała obsadzać role, a nie odbierać telefony i organizować zbiórki funduszy w miejscowym teatrze.
Tak czy inaczej, słusznie się martwiłam, bo znowu się pojawił. I tym razem nie był sam. Przynajmniej nie na długo.
Pani B. chwiejnym krokiem wyszła z domku i ruszyła w jego stronę, ubrana w jedną ze swoich najlepszych długich luźnych sukien – z granatowego aksamitu ze złotym haftem. Gdybym kiedykolwiek napisała o niej sztukę teatralną, kostiumolog miałaby dobrą zabawę ze strojami pani B.
Pani B. to starsza pani, plotkara, właścicielka domku, w którym mieszkam. Pobiera zawyżony czynsz (prawdopodobnie nielegalnie). Wymarzona postać do filmu: ktoś w rodzaju Judi Dench. Kiedy Ocean, malarka, która mieszka naprzeciwko mnie z dziećmi, straciła jedną z posad jako nauczycielka, pani B. poprosiła zamiast czynszu o obraz zatytułowany Chrońcie dzieci transpłciowe. W zeszłym miesiącu upiekła dla Lily-Ann tort urodzinowy w kształcie słonecznika… Lily-Ann nie jest słonecznikiem, raczej wspaniałym, dobrze ukorzenionym drzewem magnolii, ale pani B. dostrzega w niej blask słońca. Pani B. eskortowała Hamiltona, starszego mężczyznę, który panicznie boi się opuszczać swój domek, nawet gdy musi odwiedzić dentystę. „Na wszelki wypadek” rozmawiała z wronami i dawała kierowcy UPS-a karmę dla psów, by rozrzucał ją na autostradzie.
Krótko mówiąc, pani B. była ekscentryczną, miłą staruszką. Kiedy zobaczyłam ją idącą w środku nocy w stronę Serbskiego Bandyty, chwyciłam komórkę i ruszyłam za nią.
Zatrzymałam się przy skrzynkach pocztowych jakieś pięć metrów od nich i udawałam, że sprawdzam pocztę, a tymczasem pani B. usiadła obok mężczyzny na przystanku autobusowym. Tuż obok niego, bardzo blisko.
Zmarszczył brwi, patrząc na jej siwą, krótką fryzurę. Potem spojrzał w stronę domków.
– Mój pierwszy kochanek miał tatuaże – powiedziała pani B.
Doskonała pierwsza kwestia sztuki, którą zamierzałam napisać, ale może niezbyt dobra uwaga w trakcie rozmowy z groźnym mężczyzną na przystanku autobusowym.
Nie odpowiedział. Patrzył w milczeniu na panią B.
– Pływał w marynarce handlowej – dodała.
Coś mruknął.
– Miał dwa tatuaże. Serce i kotwicę. W dzisiejszych czasach to drobiazg, ale wtedy było to trochę szokujące.
Zaczęłam filmować, na wszelki wypadek. Kiedy powiększyłam obraz mężczyzny, moja komórka zarejestrowała na jego szyi tatuaż w kształcie skrzydeł anioła. Za uchem pióra zamieniały się w płomienie. Kiedy obrócił głowę w stronę pani B., na jego policzku pojawił się niestarannie wykonany napis: „JEWELS”. Litera W przypominała kobiece piersi.
Wydawało się to przesadą, nawet jak na Serbskiego Bandytę.
– Wszyscy nazywają mnie panią B. – powiedziała. – Tak naprawdę nazywam się Golda Bakofsky. A ty?
– Anthony Lambert.
– A zatem nie „pan L.”? – spytała i lekko się zaśmiała. – No cóż, jesteś jeszcze młody. Masz serce, Anthony?
– Zależy, kogo o to spytać – odparł. Jego głos zadrżał.
– Cha! – Pani B. szturchnęła palcem grube ramię mężczyzny. – Wiesz, co mam na myśli. Tatuaż.
– Mam trzy serca, ale żadnej kotwicy – odparł i znowu zerknął w stronę Kolonii Marigold.
A może w moją stronę, jakby wiedział, że filmuję? Nie mogłam się zorientować. Oddychałam szybciej, drżały mi ręce i usiłowałam sobie wmówić, że to coś innego niż To, Co Się Stało.
– Mój mąż wspomniał o mnie kiedyś w przemówieniu – odezwała się pani B. do mężczyzny, Anthony’ego, jakby gawędzili przy herbatce. – Powiedział: „Po tylu latach ciągle masz oczy dziewczyny, w której się zakochałem”. A ja na to: „Tak, w słoiku pod łóżkiem”.
Anthony zamrugał.
– Było to na przyjęciu charytatywnym, na którym zbierano fundusze dla osób po przeszczepach narządów. Prawdopodobnie nieodpowiednie miejsce na podobny żart.
Pani B. chętnie opowiadała o tym, co leżało jej na sercu, ale nie byłam pewna, jakie są jej motywy. Chyba miałam nadzieję, że powie temu facetowi, by przestał siedzieć na przystanku autobusowym i straszyć lokatorów. Zamiast tego mówiła o gałkach ocznych.
– Mieszkasz w domu od frontu, prawda? – spytał. – Z kwiatami?
– Od czterdziestu lat – odpowiedziała.
Kiedy wstał z ławki, wydawał się ogromny.
– Więc odprowadzę cię do domu.
Opuściłam komórkę, ścisnęło mi się serce. Pani B. na pewno zaprosi tego mężczyznę – Anthony’ego – do domu, pełnego cennych bibelotów z całego świata. Marzenie scenografa, a także włamywacza. Serbski Bandyta o pierwszej w nocy?
Musiałam coś zrobić. Przynajmniej zadzwonić do pozostałych lokatorów. Ale nie było czasu na przeglądanie listy kontaktów. Dlaczego w Kolonii Marigold nie ma czatu?
– Czym się zajmujesz? – spytała pani B. Wstała, opierając dłoń na wytatuowanym przedramieniu mężczyzny. – Znajdujesz w nocy zabłąkane kobiety i odprowadzasz do domu?
Popatrzył na nią z nagłą intensywnością.
– Tak. A poza tym zmywam naczynia.
– Ach… – Pani B. spojrzała na niego ptasim wzrokiem. – Więc pracujesz na zmywaku, Anthony?
– Tak.
– To chyba koszmarnie nudne, ale trzeba płacić rachunki. Sama ostatnio mam z tym problemy.
– Tak?
– To bardzo frustrujące. Więc… – Pani B. zastanawiała się, idąc obok mężczyzny. – Siedziałeś kiedyś w więzieniu?
– W zakładzie karnym – sprostował.
No cóż, to przełamało moje wahanie. Wzięłam głęboki oddech i ruszyłam po schodach w stronę przystanku autobusowego.
– Czy to jakaś różnica? – spytała z ciekawością pani B.
– Jest pani tam, pani B.? – zawołałam.
– Dobry wieczór, Sophie. – Uśmiechnęła się do mnie bez zdziwienia, jakby od początku wiedziała, że tam jestem. – Jakieś ciekawe listy?
– Przepraszam – odparłam, nagle uświadamiając sobie, że mam puste ręce. – Czy mogłaby pani wpaść do mnie na chwilę? Mam pytanie dotyczące… eee… czynszu.
Mężczyzna spojrzał na mnie gniewnie. Na jednej z jego brwi znajdowała się blizna, a ścięgna na szyi przypominały trzonki siekiery. Przygryzłam wargę, gdy patrzył na mnie trochę za długo, i postanowiłam nie zostawiać z nim pani B. Nagle odwrócił się bez słowa. Zamiast wrócić na ławkę, oddalił się chodnikiem, aż pochłonął go mrok.
Po tamtej nocy stale to sprawdzałam, lecz nigdy więcej nie widziałam Anthony’ego Lamberta. Miałam wrażenie, że był tworem mojej wyobraźni.
Dwa miesiące później pani B. wynajęła mu kawalerkę przylegającą do domku Ocean.
Wtedy zaczęłam prowadzić notatki. Zastanawiałam się nad napisaniem sztuki o tajemniczym nieznajomym, który niszczy spokój niewielkiej społeczności. Próbowałam odzyskać entuzjazm dla nieograniczonych możliwości dramatopisarstwa. I uspokoić swoje lęki.
Po długim dniu pracy Lily-Ann wylegiwała się na liliowej lnianej kanapie w kremowym szlafroku z kaszmiru. Próbowała pracować. Cholera, nie zależało jej na tym konkretnym zadaniu. Uwielbiała realizować plany, zmierzać do konkretnego, osiągalnego celu.
Jedna z terapeutek zasugerowała kiedyś, że przyczyną jej perfekcjonizmu jest pracoholizm. Było odwrotnie. To perfekcjonizm sprawił, że stała się pracoholiczką. Lily-Ann nie miała nic przeciwko oczywistym stwierdzeniom, ale terapeutka chciała też porozmawiać o wadze Lily-Ann. Uważała, że problemem Lily-Ann jest lekceważenie wagi.
Lily-Ann nie lubiła przerywać rozpoczętych zajęć; mimo to przyszła tylko na trzy z ośmiu zaplanowanych sesji z terapeutką.
Wypiła łyk chardonnay, a następnie puknęła w ekran laptopa i obejrzała zamówienie. Wprowadziła kilka poprawek. Po chwili kolejne. Lepiej. Gotowe. Skończone, jak wiele rzeczy w jej życiu.
W tym małżeństwo i życie towarzyskie.
Małżeństwo nie zakończyło się całkowicie, jeszcze nie. Była po prostu w separacji z Piotrem i wyprowadziła się z domu o trzech sypialniach w Santa Barbara, w dzielnicy Riviera, ze spektakularnym widokiem na port i centrum Santa Barbara. Niegdyś lubiła wylegiwać się na patio wyłożonym kamiennymi płytami, obserwując, jak rankiem słońce wypełnia chmury białym światłem, a potem, o zmierzchu, maluje pomarańczowe smugi na niebie. Kiedy patrzyła na miasto, od boiska do siatkówki do dawnej misji hiszpańskiej, wszystko wydawało się uporządkowane, spokojne i rozległe.
Popatrzcie na nią teraz. Mieszka w domku z jedną sypialnią i widzi tylko starannie przycięty żywopłot z głogu na podwórku. Pracuje za marne grosze jako kierowniczka do spraw ofert w firmie transportowej. Sama, nawet bez kota, który mógłby ją pocieszyć.
Koszmarny upadek. Upokarzający, z wyjątkiem chwili, gdy radośnie delektuje się kieliszkiem chardonnay z winiarni Au Bon Climat, pomagając koleżance nadrobić zaległości w pracy.
Gdyby zapomniała o gorzkiej, przykrej świadomości, że nie powinna się cieszyć swoją obecną sytuacją, cieszyłaby się nią całym sercem.
Przeszła do następnego arkusza kalkulacyjnego i usłyszała powiadomienie komórki.
Sophie: Hej, Lily-Ann
Sophie: Tu Sophie z domu od frontu
Sophie: Widziałam cię przez okno i miałam zapukać, ale pukanie wydawało mi się dziwne, więc piszę esemesa
Sophie: Teraz pisanie esemesa też wydaje mi się dziwne
Lily-Ann wstała z kanapy, przeszła do holu i odpisała na esemesa. Nacisnęła przycisk „Wyślij”, otworzyła drzwi i zobaczyła Sophie na wąskiej werandzie, czytającą przekazaną wiadomość.
Sophie była szczupłą młodą kobietą z włosami związanymi w kucyk. Wydała się Lily-Ann spokojna, a zarazem napięta, niespokojna. Wyglądała jak Azjatka, prawdopodobnie z Azji Wschodniej, choć jej nazwisko brzmiało Gilman. Lily-Ann miała ochotę spytać ją o pochodzenie. Lubiła kategoryzować. Lubiła wiedzieć, co do siebie pasuje. Nic nie dawało jej większej satysfakcji niż połączenie puzzli w logiczną całość. To kojące duszę kliknięcie…
Sophie prawie codziennie uprawiała jogging i dwa razy w tygodniu wychodziła z domu z matą do jogi. Nieco rzadziej ubierała się w krótkie bluzki i krótkie spódniczki, po czym dołączała do koleżanek w centrum miasta. Raz zaprosiła Lily-Ann, co było miłe. Jednak Lily-Ann się wymówiła, bo przepaść była zbyt wielka. Przepaść między kobietami w wieku dwudziestu pięciu lat i trzydziestu pięciu lat, między singielką a żoną w separacji, między chudością a otyłością. Między imprezowaniem a przyjemnością.
Lily-Ann: Wolisz białe czy czerwone?
Sophie z nerwowym uśmiechem uniosła wzrok znad komórki.
– Przepraszam. Mogę dostać gin z tonikiem?
– Niestety nie.
– W takim razie zadowolę się byle czym. Jeśli to nie problem. Poza tym przepraszam, że przeszkadzam.
– Nie przeszkadzasz – odpowiedziała Lily-Ann, po czym natychmiast zmieniła temat. – Przed chwilą skończyłam pracę.
– W piątek wieczorem?
– Mhm. – Lily-Ann poprowadziła ją do kuchni. – Nie idziesz do miasta?
Sophie podwinęła rękawy obszernego fioletowego dresu z kapturem.
– W zeszłym tygodniu trochę przesadziłam. Robię sobie przerwę.
– Szkoda. – Lily-Ann nalała drugą lampkę chardonnay. – Przerwy są najgorsze.
– Chyba tak. – Sophie uniosła kieliszek. Miał to być toast, lecz wydawała się zdenerwowana. – Hm, moim zdaniem powinniśmy stworzyć czat grupowy w Kolonii Marigold. Na wypadek gdyby… Sama nie wiem.
– Chyba powinnaś mówić bardziej konkretnie.
– Och, przepraszam! Mam na myśli trzęsienie ziemi, powódź albo, no wiesz… – Zmarszczyła nos. – Zagrożenie ze strony obcych. Dzieci Ocean włóczą się po okolicy i… Wiem, że mówię jak moja mama, ale mieszkamy blisko ulicy.
– Ktoś cię zaczepił? – spytała Lily-Ann, bo przypomniała sobie, że słyszała, że w przeszłości Sophie miała problemy z jakimś mężczyzną.
– Nie, nie, przepraszam. Słyszałam, że pani B. wynajęła mieszkanie przypadkowemu facetowi, i trochę się martwię. To u mnie normalne.
– Przypadkowemu facetowi?
– Nieznajomemu, którego poznała na przystanku autobusowym o pierwszej w nocy.
– Och, rozumiem. Tak, to rzeczywiście nietypowe. – Lily-Ann wypiła łyk wina. – Czat grupowy?
Sophie skinęła głową.
– Ocean jest na miejscu, podobnie jak pani B. Nicholas wyjechał, zresztą i tak prawie go nie widujemy, ale zastanawiałam się, czy nie mogłabyś porozmawiać z Hamiltonem.
– Właśnie dlatego przyszłaś?
– Tak, przepraszam. Nigdy nie wiem, co on powie, i to mnie denerwuje. Ale ty niczego się nie boisz.
– Boję się źle załadowanych zmywarek – odpowiedziała Lily-Ann i z przyjemnością obserwowała nerwowy chichot Sophie. – Porozmawiam z Hamiltonem. Chociaż trudno przewidzieć, czy powie coś sensownego.
– Tak. – Sophie przygryzła wargę. – Nie powinnyśmy go zapytać?
Hamilton był żylastym, siwowłosym mężczyzną, miłośnikiem hawajskich koszul. Lubił popisywać się swoją wiedzą na najróżniejsze tematy. Pewnie powinni go ignorować, ale teraz, kiedy Lily-Ann wyraziła zgodę, koniecznie chciała to zrobić. Mieć to z głowy. Poza tym bolałoby ją, gdyby pominięto jednego z lokatorów.
– Jestem pewna, że wszystko będzie dobrze – powiedziała.
Posłuchajcie. Ocean spodobał się wygląd Anthony’ego Lamberta. Chciała go wyrzeźbić. Ta ogromna bryła mięśni kojarzyła jej się z malowaniem szpachelką: ostre krawędzie i grube warstwy farby. Poza tym na początku wydawał jej się brutalny, ale kiedy przyjrzała się bliżej – raczej smutny. Jest przecież artystką, prawda? Spodobał jej się.
– Przecież jestem matką! – zawołała do pani B., siadając na sofie. – Czy chcę, żeby były więzień mieszkał w kawalerce przylegającej do mojego domu? Obok moich dzieci? Absolutnie nie!
– Och, coś mi się przypomniało! – powiedziała pani B., wychodząc z kuchni. – Czy w tym roku powinnam posadzić na dziedzińcu bratki, czy petunie? Bratki mają śliczne mordki, jakby się zawsze uśmiechały, ale petunie…
– Nie gadaj bzdur jak stara baba – przerwała Ocean.
Pani B. pociągnęła nosem i usiadła obok Ocean.
– Kiedyś byłaś taką miłą dziewczyną…
– A ty skuteczniej unikałaś trudnych rozmów. Nie chcę, żeby tu mieszkał.
– Anthony to dobry człowiek, Ocean.
– Skąd wiesz?
– Spojrzałam mu w oczy.
– Masz zaćmę, Goldo.
– Przestań! – powiedziała pani B., bo nie chciała, by ktokolwiek wiedział, że Kolonia Marigold nosi jej imię. Mąż nie nazywał jej Goldą, tylko Marigold. Wiedziała o tym jedynie Ocean.
– Pomyśl o dzieciach. Riley zachowuje się jak zwariowana nastolatka, a Miles przeżywa kryzys tożsamości chłopca z czwartej klasy.
– To rzeczywiście brzmi okropnie – zauważyła pani B., poprawiając turkusowe bransoletki na pomarszczonym ramieniu. Nigdy nie unikała słońca i miała skórę o barwie karmelu.
– Miles jest w porządku. On po prostu… szczerze mi 0 tym opowiedział.
Pani B. przechyliła głowę.
– Naprawdę?
– Tak, był absolutnie szczery. – Ocean poczuła, że się uśmiecha. – Chodzi o to, że nie chciał mnie rozczarować. Biedactwo, powiedziałam, i dodałam, że nic mnie to nie obchodzi. Tak czy inaczej, przyznał, że zadurzył się w Ami Dubois.
– Tej małej Francuzce z przeciwnej strony ulicy?
– Mhm. Chce jej upiec babeczki. Babeczki!
– Och! Mam go nauczyć piec makaroniki? – Pani B. się zamyśliła. – Tak naprawdę nie umiem piec makaroników.
– Riley bywa prawdziwą suką – odparła Ocean, ignorując panią B. – Jest taka sama jak ja. Poradzimy sobie z tym i wszystko dobrze się skończy, ale Miles? Jest za dobry dla tego świata. Nie wiem, co z nim począć.
– Jesteś wspaniałą matką, masz wspaniałe dzieci. – Pani B. ujęła obiema rękami dłoń Ocean. – Robisz fantastyczne rzeczy, moja droga.
Ocean zamrugała, tłumiąc nagły przypływ emocji.
– Nie zmieniaj tematu. Rozmawiamy o tym, jak nie pozwolić temu facetowi wprowadzić się do pracowni.
Zanim pani B. zdążyła odpowiedzieć, rozległ się gwizd czajnika.
– Uratowana przez gwiżdżący czajnik – rzuciła i pobiegła do kuchni zaparzyć herbatę.
Ocean dotknęła pomazanego farbą palca i rozejrzała się po salonie pani B. Na fortepianie stała kolekcja fotografii rodzinnych, a na półce z książkami – dziecięce prace plastyczne, prezenty otrzymywane przez panią B. w ciągu wielu lat. W tym dwa od Ocean: popielniczka w kształcie chorego płuca, bo pani B. jeszcze nie rzuciła palenia, i szklany rajski ptak, bo Ocean miała artystyczną wyobraźnię.
Ocean czuła się dobrze w znajomym otoczeniu. Niebieska kanapa, stolik do kawy w stylu art déco, kilka krzeseł obitych czerwonym jedwabiem z napoleońskimi pszczołami; mąż pani B. marzył o posiadaniu pasieki. Trzy chińskie lampy z abażurami, na których wisiały pompony. Półki z pamiątkami z zagranicy – netsuke z Japonii, amulety muiraquitã z Brazylii i maczugi iwisa z drewna żelaznego z RPA. Rzeźba z kamienia mydlanego z Alaski; pani B. uważała, że nie jest naprawdę międzynarodowa. Obrazy ozdobnych dłoni z hebrajskim napisem na złe oko. Od trzydziestu lat nic się nie zmieniło.
Ocean pamiętała, jak jako dziecko siedziała po turecku na podłodze, wpatrując się w półki i marząc o odległych miejscach, gdy jej rodzice rozmawiali z panią B.
Kiedyś ukradła drewnianego rekina wielkości małego palca. Malutkiego, przypominającego płotkę. Kiedy rodzice odkryli kradzież, kazali jej go zwrócić. Przeprosiła ze łzami w oczach, przygotowana na gniewną przemowę. Zamiast tego pani B. zaczęła się zastanawiać, dlaczego jej uwagę przykuł akurat ten przedmiot. Czy chodziło o temat? Czy lubi ryby? Rozmiar, kolor, materiał? Historia, ślady narzędzi pozostawione przez nieznane ręce?
Ocean nie potrafiła odpowiedzieć. Chciała mieć rekina, bo jej się spodobał. Pierwszy raz w życiu przyjrzała się czemuś tak uważnie. Pierwszy raz dostrzegła swoje zamiłowanie do szczegółów i estetyki.
Oderwała pasek farby od palca i nie wiedziała, co z nim zrobić. Po chwili wcisnęła go do kieszeni i sięgnęła po zbiór łamigłówek sudoku.
Imponujące. Pani B. rozwiązała ich kilkadziesiąt.
Staruszka ciągle była bystra.
Dopiero gdy Ocean przyjrzała się bliżej, zdała sobie sprawę, że liczby się nie zgadzają. No cóż, cholera. Ocean zamieszkała w Kolonii Marigold jako dziecko i uważała panią B. za członka rodziny. Za kogoś w rodzaju babci albo mniej irytującej matki. Przeglądanie tych bezsensownych bzdur sprawiło, że zabolało ją serce. Musiała porozmawiać z panią B. – znowu – o tym, co powinno się stać, kiedy nie będzie mogła o siebie zadbać.
Ocean zaglądała do niej dwa razy dziennie i zajmowała się drobnymi naprawami w domku. Wszyscy mieszkańcy osiedla dbali o panią B., przynajmniej trochę. W Kolonii Marigold nie można było uniknąć spotkań z sąsiadami. Sophie, nowa lokatorka, pomogła w tworzeniu grupowego czatu; początkowo udzielał się na nim tylko Hamilton, zachwycony jakąś kometą, która powinna być widoczna, gdyby nocne niebo nie było zasłonięte przez smog. Niestety, nie miał teleskopu.
Później do czatu przyłączyli się wszyscy oprócz Nicholasa.
– Proszę, moja droga – powiedziała pani B., wracając z kuchni z filiżankami i półmiskiem chipsów z solą i pieprzem.
– Skąd wytrzasnęłaś tego faceta? – spytała Ocean, wyjmując z kubka torebkę herbaty. Lubiła słabą herbatę; miała również słabość do chipsów. – Wiem, że się z nim nie afiszowałaś.
– Masz na myśli Anthony’ego? – Pani B. wrzuciła do herbaty plasterek cytryny. – Och, poznałam go przypadkiem.
– Kolejna z twoich zagubionych owieczek.
– Jak twoi rodzice. – Pani B. spojrzała na nią jasnym wzrokiem znad filiżanki. – Co ty na to? Sama pokaż Anthony’emu pracownię. Jeśli później dalej będziesz protestować, powiem mu, że zmieniłam zdanie.
– Myślałam, że już podpisałaś z nim umowę najmu.
– Och, tak. Ale Anthony nie ma kopii.
Ocean wcelowała chipsa w stronę pani B.
– Wiesz, że należy przestrzegać prawa, prawda?
– Prawo własności to po prostu kult przodków egzekwowany przemocą przez państwo – odpowiedziała pani B., machając lekceważąco ręką. – Czy chipsy wystarczą? A może masz ochotę na makaroniki? Zaraz je upiekę.
Klucz nie chciał się obrócić w zamku drzwi pracowni, a zasłony w oknie wychodzącym na dziedziniec wisiały nierówno. Dobrze. Lily-Ann lubiła problemy, które łatwo rozwiązać, i właśnie dlatego pani B. poprosiła ją o sprzątnięcie mieszkania dla nowego lokatora. Tajemniczego Anthony’ego Lamberta.
Z trudem przekręciła klucz – zanotowała w pamięci, by następnym razem przynieść olej do zamków – i otworzyła drzwi.
Pracownia była mała, miała może dwadzieścia pięć metrów kwadratowych. W powietrzu unosił się zapach pleśni i kurzu. Pani B. urządziła ją w dawnym pomieszczeniu gospodarczym, gdy sąsiedni domek – obecnie zajmowany przez Ocean – został przebudowany. Od tamtej pory nikt tu nie mieszkał, więc pracownia znowu stała się pomieszczeniem gospodarczym. Obok maleńkiej łazienki stały pod ścianą pudła różnych rozmiarów; ciasną przestrzeń wypełniały stare meble po poprzednich lokatorach, a zasłony były w koszmarnym stanie.
Lily-Ann się uśmiechnęła.
Dwa dni później klucz z łatwością wsunął się do zamka. Powietrze pachniało świeżością, zasłony były świeże i jasne. Lily-Ann ustawiła niedopasowane meble w trzech miejscach, tworząc trzy pomieszczenia: sypialnię z pojedynczym łóżkiem z antycznym rzeźbionym zagłówkiem; jadalnię z tandetnym białym plastikowym stołem i dwoma krzesłami obok minilodówki i płyty kuchennej; oraz salon z pufą obok lampy stojącej i małej czerwonej etażerki na książki.
Pufa podobała się Lily-Ann. Nie wiedziała, że ciągle można kupić takie rzeczy. W fałdach i szczelinach zbierał się kurz, co wymagało dokładnego czyszczenia. Jednak sposób ustawienia nieskazitelnie czystej pufy jakoś ją irytował.
Po chwili namysłu przesunęła ją bliżej okna. Potem zaczęła się zastanawiać, czy mógłby na niej siedzieć dorosły mężczyzna.
– Lily-Ann? – spytała Ocean z otwartych drzwi.
– Zawsze jest łóżko – odparła.
– Słucham? – zdziwiła się Ocean.
– Pufa. Nie jestem pewna…
– Co tu robisz?
– Pani B. poprosiła mnie, żebym odkurzyła mieszkanie. Zamierza je wynająć.
– Odkurzyła? Umeblowałaś je, udekorowałaś ściany. Czy to… – Ocean zmarszczyła brwi, patrząc na obraz w aneksie kuchennym. – Namalowałam go w liceum.
Lily-Ann nie miała pojęcia, co powiedzieć. Znalazła obraz w kącie i spodobały jej się zdecydowane linie. Przeczytała tytuł nabazgrany na płótnie: Dwa zlewy.
– Tak.
– Jest bardzo ładny.
Ocean się skrzywiła.
– Dzięki.
– Trochę przypomina Mondriana. To mój ulubiony artysta.
– Powinnaś obejrzeć prace Anne Truitt – odparła Ocean i do pracowni wpadł cień.
Chwilę później rozległo się pukanie. Lily-Ann się odwróciła i zobaczyła mężczyznę, którego postać wypełniała drzwi. Wysoki, z ogoloną głową i szerokimi ramionami. Trzydzieści, czterdzieści lat. Był pokryty niesymetrycznymi tatuażami; nie tworzyły logicznej całości. Uznała to za niepokojące i nieestetyczne.
Mimo to nie był to uzasadniony powód, by zachować się niegrzecznie.
– Pewnie jesteś nowym lokatorem. – Wyciągnęła rękę. – Mam na imię Lily-Ann.
Jej dłoń zniknęła w gigantycznej ręce mężczyzny.
– Anthony.
Rzadko spotykała kogoś, kto sprawiał, że czuła się mała. W tym przypadku, ku jej zaskoczeniu, to uczucie było przyjemne. Wyobrażała sobie, że Anthony mógłby ją nosić na rękach. Mogłoby jej się to podobać, mimo tatuaży.
Zanim wyszła za Piotra, poznała wielu mężczyzn, którzy lubili tęgie kobiety. Potem wyszła za niego i ciągle jest jego żoną. Schludność jest ważna, podobnie jak przysięgi, które są swego rodzaju umowną schludnością, definiującą relacje i ograniczającą zachowania.
Powiedziała po prostu: „Witamy”, po czym wróciła do domu, by napisać na nowo informację o spełnieniu wymagań klienta i wysłać ją za pomocą aplikacji opracowanej przez firmę zewnętrzną.
– Więc to Lily-Ann – powiedziała Ocean do Anthony’ego, gdy zamknęły się za nią drzwi.
Skinął głową.
– Mieszkam z dziećmi w drugiej połowie domku. – Gestem zaprosiła go do środka, stojąc z dala od drzwi. – Wejdź, rozejrzyj się. Przepraszam, że pomieszczenie jest takie małe.
Kiedy zrobił dwa kroki do przodu, wypełnił cały pokój.
– Mieszkałem w mniejszych klitkach.
Wolała się nie zastanawiać, co to znaczy.
– Skąd pochodzisz?
– Głównie z Fresno. – Milczał przez chwilę. – A ty?
– Głównie stąd – odparła. – Nie ma piekarnika, jest tylko mała lodówka. Jeśli pani B. powiedziała ci, że możesz korzystać z jej kuchni, to nie możesz.
– Okej.
– Meble… eee… są wliczone w cenę pokoju, chyba że przywieziesz swoje. W takim razie… – Wątpiła, by pani B. była aż tak przewidująca. – Pozbędziemy się tego wszystkiego.
Zmarszczył brwi i popatrzył na pufę.
– Nie mam żadnych mebli.
– W takim razie je zostawimy.
– Co to takiego? – spytał.
– Pufa sako. Tradycyjnie łączona ze spodniami dzwonami i lampą lawową.
Jego usta się nie poruszyły, lecz uśmiechnął się do niej oczami. Jakby obawiał się wyrazić wesołość mimiką.
– Pani B. mówiła, że pracujesz na zmywaku.
– W restauracji Sidecar.
– Tej spelunce w centrum miasta? – Ocean prawie się skrzywiła, że użyła słowa „spelunka”, więc rzuciła: – Lubisz tę pracę? – Znowu prawie się skrzywiła. Kto lubi zmywać naczynia? – Nie jest tam trochę, hm, głośno?
– Hałas mi nie przeszkadza. Pomaga w medytacji.
Zaskoczyło ją, że użył słowa „medytacja”. Wiedziała, o co chodzi, widziała jego nieśmiały uśmiech i była w kropce. Chyba że znajdzie dobry powód, by kazać pani B. nie wynajmować mu mieszkania i odesłać go w diabły.
– No cóż, nie lubimy hałasu – zauważyła.
– Jestem cichy.
– Mam dwoje dzieci. Lubisz dzieci?
Zastanawiał się przez chwilę.
– Nie znam żadnych dzieci.
– Och… eee… moja była żona dorastała w dużej rodzinie. Troje młodszego rodzeństwa. Wychowała je prawie sama. Ja byłam jedynaczką.
Powiedziała to, by się przekonać, jak zareaguje na zwrot „moja była żona”. Nie zareagował. Po prostu patrzył na nią. Był równie emocjonalny jak kamienne posągi z Wyspy Wielkanocnej. Uważał zmywanie naczyń za ćwiczenie medytacyjne. Zachowywał się jak mnich, który spędził życie w celi. Cóż, może to nieszczęśliwe porównanie.
Uśmiechnęła się z zaciśniętymi ustami.
– Teraz żyję w małym domku.
– Coś w sam raz dla mnie.
– Bo jesteś malutki. – Westchnęła. – Posłuchaj. Pani Bakofsky słynie z tego, że przygarnia bezdomnych. Mam nadzieję, że potrafisz to zrozumieć?
Znowu się uśmiechnął. Jego twarz była jak wyrzeźbiona z kamienia.
– Opiekujemy się nią. Starzeje się, wiesz? Pomagamy jej, jak potrafimy.
– Hm – mruknął.
Najwyraźniej groźba opieki nad starszą panią nie wystarczała, by zniechęcić Anthony’ego, więc Ocean opowiedziała o śmieciach i recyklingu, a potem zostawiła go, by rozejrzał się w pracowni. Zamknęła drzwi wejściowe i westchnęła. Wydawał się okej. Poza tym potrzebował miejsca, gdzie mógłby mieszkać. Co miała zrobić, odmówić?
Wracając do domu, zauważyła panią B. z konewką u stóp, wpatrującą się w plastikowe pojemniki z petuniami, które wcześniej kupiła. Była wystarczająco silna, by unieść wiszące doniczki, lecz nie znosiła brudzić sobie rąk. Zamiast tego zostawiała kwiaty, by sadził je ktoś inny.
Czekała na Ocean, by się dowiedzieć, co sądzi o Anthonym.
– Zadowolona, moja droga? – spytała, po czym skinęła głową, nim Ocean zdążyła odpowiedzieć. – Wiedziałam, że przyjdziesz.
Ocean pokazała jej środkowy palec. Pani B. z zadowoleniem parsknęła śmiechem.
– Dam mu klucz do skrzynki pocztowej.
Nicholas obrócił fotel w stronę okna swojego gabinetu w miejskim wydziale planowania przestrzennego. Wychodziło na De La Guerra Plaza, prostokąt pokryty uschniętą trawą i materiałami budowlanymi, bo rozpoczęła się rewitalizacja historycznego placu.
Dwa gołębie dziobiące ziemię wzbiły się nagle w powietrze i usiadły na dachu pustego budynku „Santa Barbara News-Press”. Renomowana lokalna gazeta najpierw stała się cieniem samej siebie, a potem zbankrutowała.
Nicholas cenił ten widok. Codziennie oglądał dowód, że nawet uznane firmy mogą upaść, jeśli nie są dobrze prowadzone. Czasami wymaga to innowacyjności przy pozostaniu wiernym podstawowym zasadom. Czasami trzeba usunąć śmieci, by przygotować miejsce dla czegoś nowego.
Westchnął i odwrócił się z powrotem w stronę biurka. Dobrze. Skoro mowa o sumienności… powinien chyba zrezygnować z udziału w zbliżającej się dyskusji, bo mieszka w Kolonii Marigold. Cóż, płaci czynsz niższy od rynkowego, więc zdecydowanie powinien się wycofać.
Ale tego nie zrobił.
Zamiast tego poszedł korytarzem i zajął miejsce w sali konferencyjnej. Jego wydział opracował nowy plan zagospodarowania przestrzennego, zgodny z najnowszymi standardami projektowania i rozwoju. Osiedle Nicholasa – Kolonia Marigold – zaznaczono na pomarańczowo jako „proponowany obszar gęstej zabudowy mieszkaniowej na podstawie koncesji stanowej”.
– Na co zezwala taka koncesja? – spytał jego szef, domagając się wyjaśnień.
– Deweloperzy mogą stawiać wieżowce o wysokości do dziewiętnastu metrów – odparł Nicholas. – Budynki wielorodzinne. Znacznie niższym kosztem, dzięki ulgom zachęcającym do zagęszczania zabudowy.
– Więc pozwalamy… nie, zachęcamy do budowania apartamentowców w dzielnicy składającej się głównie z domów jednorodzinnych?
– Cóż, taki jest cel.
Szef wypuścił powietrze.
– W Upper Eastside? Trudno to sprzedać lokalnej społeczności. Nie ma tam zabytków?
Rozmawiali o historycznym znaczeniu dzielnicy bungalowów i o tym, że przepisy stanowe uwzględniają położenie miasta między ogromnym parkiem narodowym Los Padres, pełnym szlaków turystycznych i pól kempingowych, a tętniącym życiem portem, dziewiczymi plażami i obszarem chronionej przyrody wokół Channel Islands. Sto lat skrupulatnego planowania przestrzennego uczyniło z Santa Barbara perłę środkowej części Zachodniego Wybrzeża. Zezwolenie na wysoką zabudowę w jednej z najbardziej urokliwych dzielnic wywołałoby ostrą reakcję.
W końcu zmienili temat, ale Nicholas ciągle myślał o Kolonii Marigold i o tym, że nie wycofał się z udziału w pracach nad projektem z powodu konfliktu interesów. Miasto potrzebuje nowych mieszkań. Wszyscy o tym wiedzą. A gdyby Kolonia zmieniła właściciela? Cóż, nie można czegoś ulepszyć, a jednocześnie pozostawić bez zmiany.
Poza tym powtarzał sobie, że pani B. zarobiłaby fortunę na zmianie planu zagospodarowania. Jasne, jest przywiązana do Kolonii Marigold, ale wszystko będzie dobrze. Lepiej niż dobrze.
Musi tylko dopilnować, by nigdy się nie dowiedziała o jego zaangażowaniu.
Mimo wszystko lubię pracę w New Vic, naszym lokalnym teatrze. Lubię nawet chodzić pieszo do pracy. Poranki w Santa Barbara zawsze są pełne energii, z rześkim oceanicznym powietrzem ogrzanym przez słońce, zapachem croissantów i kawy dolatującym z francuskiej piekarni. Słyszałam dzięcioła stukającego w pień palmy i zastanawiałam się, jak wyrazić na scenie uczucie optymizmu – w taki piękny dzień nic nie może się nie udać.
Później dotarłam do teatru i przypomniałam sobie, że chociaż lubię tę pracę, w gruncie rzeczy przypomina skok w przepaść do oceanu zazdrości. Chcę pisać i reżyserować sztuki. To mój cel, moje przeznaczenie.
Na studiach napisałam kilkanaście sztuk teatralnych, ale wszystkie były nudne. Prawdopodobnie dlatego, że szukałam poważnych tematów. Jednak teraz, po obserwacji chaosu, jaki zapanował w Kolonii Marigold po morderstwie, jestem mniej zainteresowana kondycją ludzką, a bardziej ludźmi. Zaczęłam pisać pamiętnik, by wykorzystać szaleństwo jako materiał. Jeśli nie zdołam napisać w miarę wciągającej sztuki na podstawie tego krwawego dramatu, powinnam po prostu dać spokój.
Kapitulacja jest ostatnią rzeczą, na jaką mam ochotę… a jednak zastanawiam się w głębi duszy, czy już się nie poddałam. W New Vic zajmuję się biletami i promocją, a od czasu do czasu udaję, że jestem dramatopisarką, przygotowując streszczenia do programów.
No cóż, spędzam też sporo czasu, próbując ignorować zazdrość toczącą mi serce, gdy spotykam prawdziwych pisarzy i reżyserów. Ale przynajmniej ciągle należę do świata teatru. To coś znaczy, prawda?
Rodzice martwią się o mnie, a ja czuję, że moje największe marzenie powoli zmienia się w klęskę.
To nic nowego. Martwią się o mnie po Tym, Co Się Stało. Martwili się o mnie jeszcze przed Tym, Co Się Stało. Przeżyłam załamanie nerwowe. Teraz czuję się lepiej – naprawdę! – lecz martwią się bardziej niż kiedykolwiek. Wstydzę się swojej słabości. Nie spotkało mnie nic okropnego, naprawdę. Na pewno nic okropnego przez duże O. Właśnie to jest najbardziej upokarzające. Przeżyłam kilka ciężkich miesięcy i kompletnie mi odbiło, choć większość ludzi szybko by się otrząsnęła.
Ludzie chorują na PTSD po powrocie z wojny, a nie z powodu stalkera w bibliotece uniwersyteckiej.
Rodzice nie chcieli, żebym była na łasce i niełasce współlokatorek przyprowadzających nieznajomych, więc zadeklarowali, że pokryją część czynszu. Poza tym moja mama uwielbia panią B., również wścibską, lecz w zupełnie inny sposób. Mój domek jest maleńki. Najmniejszy, położony najbliżej ulicy. Jego lokalizacja mi się podoba, bo mogę wszystko obserwować…
Kiedy pan Ybarra chodzi wokół Kolonii, nikt poza mną tego nie zauważa.
Wróciłam z joggingu po pracy i zatrzymałam się przy drzwiach wejściowych, by sprawdzić dystans w komórce. Wtedy dostrzegłam pana Ybarrę. Wyglądał jak wychudzony święty mikołaj, z siwą brodą, rumianymi policzkami i czerwoną wełnianą czapeczką. Firma Ybarra Properties jest właścicielem trzech apartamentowców w okolicy. Pan Ybarra mieszka w jednym z nich, choć jest wystarczająco bogaty, by mieć rezydencję wśród celebrytów z Montecito. Jest równie ekscentryczny jak pani B. Może wszyscy właściciele nieruchomości w Santa Barbara są ekscentryczni, a może po prostu nie znam innych?
Pan Ybarra wszedł na posesję, machając kijem golfowym, który nosi, bo boi się psów. Pogładził się po brodzie, a potem okrążył dziedziniec. Na starych fotografiach, które pokazała mi pani B., krzewy róż i donice z wizerunkami aksamitek otaczały bujny zielony trawnik, ale po kilku latach suszy dziedziniec przypomina pustynię z jasnymi, żwirowymi ścieżkami i lśniącymi sukulentami.
Kiedy pan Ybarra mnie zauważył, uniósł na powitanie kij golfowy.
– Wyglądasz uroczo!
– Hm – mruknęłam, zbyt spocona, by flirtować z szarmanckim sześćdziesięciolatkiem.
– Sześć ślicznych domków dla lalek – ciągnął. – Pamiątki z dawnych czasów. Widziałaś panią Bakofsky? Jesteśmy umówieni, ale nie otwiera drzwi.
– Przykro mi, nie. Przepraszam.
– Piękna kobieta, ale uparta.
– Naprawdę? – spytałam.
– Nie chce za mnie wyjść. – Jego anielski uśmiech stał się jeszcze szerszy. – Myśli, że interesują mnie tylko jej pieniądze, co mnie obraża. Interesuje mnie jej nieruchomość.
Uśmiechnęłam się lekko, co było gorsze niż przeprosiny, i powiedziałam:
– Powiem jej, że pan przyszedł.
– Na działce tej wielkości mogłoby mieszkać jeszcze dwadzieścia rodzin. Apartamentowiec w stylu hiszpańskim. Problemem jest parkowanie, ale opracowano nowy plan zagospodarowania przestrzennego, a ja… – Urwał i szarpnął za brodę. – Zgubiłem wątek. Powiedz Goldzie, że jest potworną egoistką i że się popłakałem, kiedy dała mi kosza.
Widzicie? Pan Ybarra to ekscentryk.
– Powtórzę jej to – odparłam i wycofałam się w stronę swojego domku. – Eee… muszę już iść.
Pozdrowił mnie ruchem kija golfowego, a ja zamknęłam drzwi.
Kiedy patrzyłam przez wizjer, jak odchodzi, zadźwięczała moja komórka. Zamknęłam drzwi na zasuwę, a potem spojrzałam na wyświetlacz.
– Cześć, tato! – powiedziałam.
– Sophie? To ja.
Ojciec uważał się za maniaka technologii, a mimo to nigdy do końca nie zrozumiał, jak działa jego iPhone.
– Co słychać? – spytałam.
– Dostałaś odpowiedź w sprawie pracy?
Zmarszczyłam brwi i weszłam do kuchni.
– Jakiej pracy?
– Mówiłaś, że aplikujesz o pracę.
– Nie, to ty kazałeś mi aplikować.
Odchrząknął.
– Nie bądź przekorna, Sophie. Złożyłaś podanie czy nie?
Otworzyłam lodówkę.
– Dostałam pracę.
– Zbieranie pieniędzy na lokalny teatr to żadna kariera.
Nie odpowiedziałam. Spojrzałam na pół kartonu jajek, torebkę szpinaku i butelkę dietetycznego toniku, który zwietrzał.
– Stać cię na znacznie więcej – ciągnął. – Wiem, co naprawdę, hm, wydarzyło się na studiach, ale musisz…
– Tato, przestań.
– Stać cię na znacznie więcej, Sophie! Możesz osiągnąć wszystko. Powinnaś przestać ukrywać swój talent.
Zamknęłam lodówkę i uśmiechnęłam się. Było to całkiem miłe.
– Albo przynajmniej wyjść za mąż – dodał.
– Przepraszam pana, z którego roku pan dzwoni? Tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego czwartego?
– Bardzo zabawne. A były mąż twojej sąsiadki?
– Piotr? Żartujesz.
– Chcę, żebyś się ustatkowała. Czy to żart? Santa Barbara to drogie miasto. Piotr jeździ hybrydowym BMW.
– Skąd wiesz?
– Zauważyłem, kiedy tam ostatnio byliśmy. Widziałem, jak go ładuje, co mnie zainteresowało.
– Zauważyłeś też, że ciągle sypia z Lily-Ann? Nawet się nie rozwiedli.
– Sophie! Zachowaj te rozmowy dla swojej matki – powiedział karcąco, lecz później jego ton złagodniał. – Wiesz, że cię kocham, prawda?
– Gdybyś mnie nie kochał, nie zniosłabym takich rozmów.
Rodzice naprawdę mnie kochali i uwielbiali udawać, że chcą, bym znalazła bogatego męża. W gruncie rzeczy nie zależało im na majątku, tylko na bezpieczeństwie. Uważali, że jestem bezbronna i samotna po Tym, Co Się Stało. Spotkali się przelotnie w Kolonii Marigold z Piotrem, „prawie byłym mężem” Lily-Ann, i teraz uważają go za ideał.
Owszem, Piotr jest bogaty, seksowny i czarujący, ale oślizgły, lizusowski. Ktoś w rodzaju Toma Hiddlestona.
Poza tym czterdziestolatek jest dla mnie za stary. Ojciec uważa, że jeśli mężczyzna nie jest łysy, nie może mieć więcej niż trzydzieści dwa lata. Nigdy nie mogłabym skusić kogoś takiego jak Piotr. Lily-Ann jest zupełnie poza moim zasięgiem: puszysta, rudowłosa królowa lodu. Zawsze nienagannie ubrana w stroje, które kosztują więcej niż mój miesięczny czynsz, i na tyle obsesyjno-kompulsywna, że po prostu robi, co chce. Byłam nią zachwycona, ale nie rozumiem, dlaczego mieszka w Kolonii Marigold. Może brakuje jej pieniędzy przed zakończeniem sprawy rozwodowej? Tkwi na tym osiedlu już od czterech lat. Najwolniejszy rozwód w historii.
Moi rodzice nie do końca się mylą, że jestem samotna.
Pisywałam do znajomych ze studiów. Rozmawiałam z ludźmi w pracy. Byłam… byłam zajęta, ale się nie angażowałam. Nie podejmowałam ryzyka. Za bardzo bałam się utraty kontroli.
No cóż, może z wyjątkiem wieczorów, kiedy całkowicie traciłam kontrolę.
Od czasu do czasu musiałam się odprężyć. Spuścić parę z kotła. Nie chodziło o moje życie, tylko o przeszłość. Musiałam sobie udowodnić, że nie jestem nieśmiałą, rozdygotaną ofiarą, ciągle żyjącą w cieniu prześladowcy.
Spotykałam się z przyjaciółmi, tańczyłam, śpiewałam i piłam drinka za drinkiem. Aż w końcu lądowaliśmy w obskurnym barze takim jak Sidecar.
Nie, nie „barze takim jak Sidecar”.
Zawsze lądowaliśmy dokładnie w barze Sidecar, bo tego żądałam. Wiedziałam o tym tylko dlatego, że przyjaciele żartowali na ten temat. Kiedy byłam pijana, zawsze domagałam się pójścia do baru Sidecar.
Jednak nie pamiętałam, że tam byłam, że chciałam tam iść. Pijana Sophie uwielbiała bar Sidecar, ale na trzeźwo uważała go za obskurny i przygnębiający.
Była to druga dziwna cecha moich nocnych eskapad. Pierwszą z nich stanowiło to, że następnego dnia nie miałam kaca. Budziłam się wcześnie i czułam się całkiem nieźle.
I rzeczywiście, w sobotni ranek, który wszystko zmienił, czułam się dobrze. Drzemałam w łóżku i obserwowałam promienie wschodzącego słońca przesuwające się po ścianie. Po jakimś czasie wzięłam komórkę i przewinęłam wiadomości z poprzedniego wieczoru. Nie pamiętałam niczego z Sidecara, co oznaczało, że wymazałam z pamięci całą przygodę.
Znowu.
Na szczęście moi kumple od kieliszka zawsze wysyłali mi dziesiątki fotografii, żebym była na bieżąco. Jak miło… Uwielbiali robić mi zdjęcia, kiedy byłam pijana, i zazwyczaj dodawali zabawne komentarze, które następnego dnia nie miały sensu.
Skrzywiłam się na widok zdjęć. Wyglądałam koszmarnie, ale przynajmniej nie bojaźliwie. Nie wyglądałam, jakbym przepraszała za to, że istnieję.
Wypiłam litr wody, wysikałam się i uruchomiłam prysznic. Czekałam, aż woda się rozgrzeje, obserwowałam ulicę przez okno i…
Okej.
Okej, nawet pisanie o tym w mojej sztuce budziło we mnie lęk.
Okej, głęboki oddech. Obserwowałam ulicę przez okno i widziałam tylko wrony. Dwie przeleciały nad płotem, a potem pobiegły pod krzaki, gdzie…
Gdzie spał mężczyzna.
Zaschło mi w gardle i z opóźnieniem poczułam początki kaca. Trzy metry od ściany mojej łazienki spał w krzakach mężczyzna. W porządku, pomyślałam. Nie ma problemu. Pewnie po prostu bezdomny. Nie mam pretensji do kogoś, kto chce się przespać w ogrodzie, skoro nic innego mu nie zostało.
Ale to nie był bezdomny. Miał za drogie buty. Cóż, świetnie. Ktoś się upił i zasnął w krzakach.
Nie osądzam go. Mnie też się to zdarzało.
Za moimi plecami padał deszcz. Zobaczyłam, jak na ramieniu mężczyzny siada wrona i dziobie go w głowę. W nieruchomą głowę.
Potem oderwała kawałek ciała.
Kolor zwłok ją zaskoczył. Mężczyzna nie żył zapewne od niedawna, ale jego skóra wydawała się niemal fioletowa w słabym świetle pod żywopłotem. Poza tym trochę śmierdział, choć nie przeraziło to Lily-Ann. Spodziewała się tego.
Nigdy nie widziała ciała poza trumną. Zawsze wyobrażała sobie, że śmierć to coś w zasadzie schludnego, jak skreślenie kogoś z listy. A jednak te zwłoki wydały jej się brudne. Fizycznie, ale i intelektualnie: symbol pytań bez odpowiedzi. Zastanawiała się nad tym, słysząc gwałtowny oddech Ocean za swoimi plecami.
– Czy… czy on nie żyje? – spytała.
Lily-Ann wyjrzała przez liście.
– Tak mi się zdaje.
– Jesteś pewna?
– Widać plamy opadowe na skórze.
– O Boże… Poznajesz go?
– Nie. Przynajmniej nie w tym stanie… Wygląda po prostu jak trup.
Ocean westchnęła.
– Naprawdę?
– Zadzwonię na policję.
– Chyba nie powinnyśmy go ruszać.
– Nie.
– Nie, oczywiście, że nie. Okej.
Ocean odczekała, aż Lily-Ann zadzwoni na policję, a potem spytała:
– Posiedzisz z Sophie?
– Tak.
– Postaraj się ją uspokoić – dodała Ocean, jakby Lily-Ann mogła nie zrozumieć podtekstu. Było to miłe z jej strony. – Powiem pani B.
Rozstały się, lecz nie na długo. Najwyraźniej pani B. nalegała, by sprawdzić, co się dzieje z Sophie, więc ona i Ocean wkrótce dołączyły do Lily-Ann w jej zagraconym domku.
Potem przyjechały policja i pogotowie. Detektyw przybył później wraz z ludźmi, których Lily-Ann wzięła za techników kryminalistycznych. Obserwowała ich z zainteresowaniem. Podejrzewała, że byłaby świetna w obu zawodach – jako detektyw albo technik kryminalistyczny – ponieważ skupiały się na rozwiązywaniu zagadek kryminalnych. Może lepiej sprawdziłaby się w tej drugiej roli, mając do czynienia z martwymi ludźmi.
Ostatnie trzy zabójstwa, które wyjaśnił sierżant Vernon Enible, były nieskomplikowane. Facet zastrzelił żonę, a inny facet dźgnął nożem swoją dziewczynę. Była też bójka między gangsterami, która wymknęła się spod kontroli.
Co łączyło te sprawy? Vernon od początku znał sprawcę. Wszyscy od początku znali sprawcę. Praca detektywa to nie odcinek serialu Scooby-Doo, analizowanie tropów, dopóki nie zerwie się maski staremu Withersowi. Zadanie detektywa polega na gromadzeniu dowodów dla prokuratury.
Jest częścią zespołu śledczego, a nie osobą ujawniającą ukryte prawdy.
Kiedy Vernon dotarł do Kolonii Marigold, priorytetem było ustalenie tego, co oczywiste.
Stał przez chwilę, obserwując czerwone i żółte światła wozów policyjnych oświetlające poranne ulice i palmy na chodniku. Jeden z policjantów, którzy jako pierwsi pojawili się na miejscu zbrodni, wpisał do dziennika jego przybycie, a drugi odsunął się od taśmy policyjnej, by go powitać.
– Dobry początek dnia, co? – zauważył.
– Co znaleźliście? – spytał Vernon.
– Trupa.
Vernon spojrzał na funkcjonariusza.
– Technicy jeszcze nie przyjechali?
– Zaraz będą.
– Dowiedzieliście się czegoś od ratowników medycznych?
– Denat ma około trzydziestu lat – odparł policjant, prowadząc Vernona na podwórko. – Został uderzony w głowę. Przenieśli go, by próbować reanimacji, ale był martwy. Zauważyli plamy… jak one się nazywają?
– Plamy opadowe. – Vernon ruszył za funkcjonariuszem między najbliższym domkiem a żywopłotem rosnącym wzdłuż ulicy. Krzaki wydawały się nienaruszone, ale warto kazać jednemu z młodszych policjantów sprawdzić, czy ktoś przez nie nie przeszedł.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
