David Hunter. Chemia śmierci - Simon Beckett - ebook + audiobook

David Hunter. Chemia śmierci ebook i audiobook

Simon Beckett

4,5

20 osób interesuje się tą książką

Opis

Minęły trzy lata, odkąd David Hunter, wybitny antropolog sądowy, przeprowadził się do prowincjonalnego miasteczka, uciekając przed londyńskim zgiełkiem, swoją pracą i tragedią życiową, która go spotkała.

Spokój w miasteczku i życiu Davida zostaje zaburzony, gdy pewnego dnia w okolicznym lesie zostają znalezione zwłoki kobiety. Hunter, w przeszłości specjalista od badania ludzkich szczątków, dziś niechętnie zgadza się na współpracę przy policyjnym śledztwie. Gdy jednak znika kolejna kobieta, doktor Hunter nie może już stać z boku. Sprawa dotyka go osobiście.

Wynaturzone, bestialskie metody zabójcy, miasteczko opętane nienawistną podejrzliwością – wokół gęstnieje mrok, a czas ucieka. David musi podążać szlakiem makabrycznych wskazówek aż do przerażającego finału.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 394

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 57 min

Lektor: Wojciech Żołądkowicz

Oceny
4,5 (507 ocen)
302
143
53
9
0
Sortuj według:
mkoston

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna książka. Szybka akcja, bez przedłużających sie opisów, powtórzeń Zakończenie świetne. do końca trzymające w napięciu. Polecam.
00

Popularność




Rozdział 1

Rozkład zaczyna się cztery minuty po śmierci. To, co dotąd było kokonem życia, teraz przechodzi ostatnią metamorfozę. Zaczyna trawić samo siebie. Komórki rozpuszczają się od środka. Tkanki zamieniają się w ciecz, potem w gaz. Martwe ciało staje się pożywką dla innych organizmów. Najpierw dla bakterii, potem dla owadów. Dla much. Z jaj złożonych przez muchy wylęgają się larwy. Wykarmione na odżywczej zupie, zaczynają migrować. Opuszczają ciało w sposób uporządkowany, jedna za drugą w monolitycznej procesji, która zawsze kieruje się na południe. Czasem na południowy wschód lub południowy zachód, jednak nigdy na północ. Nikt nie wie dlaczego.

Do tej pory białko zawarte w mięśniach zdążyło się rozłożyć, zamieniając się w stężony roztwór chemiczny. Trujący dla roślin, niszczy trawę, po której suną larwy, tworząc pępowinę śmierci rozścielającą się aż do miejsca, skąd wyszły. W sprzyjających warunkach – gdy jest, dajmy na to, sucho i gorąco – taki kołyszący się rytmicznie sznur tłustych żółtych czerwi może ciągnąć się metrami. Jest to widok ciekawy, a ludzie ciekawscy instynktownie tropią takie zjawiska aż do źródła. W taki właśnie sposób mali Yatesowie znaleźli to, co pozostało z Sally Palmer.

Neil i Sam natknęli się na szlak czerwi na skraju lasu Farnhama, w miejscu, gdzie zaczyna się bagno. Był dopiero drugi tydzień lipca, a zdawało się, że to dziwne lato trwa już całe wieki. Nieprzerwany upał wypłukał drzewa z kolorów i spiekł ziemię na kość. Chłopcy szli do Willow Hole, zarośniętej szuwarami sadzawki, która służyła za miejscowy basen. Mieli się spotkać z kolegami i spędzić niedzielne popołudnie na skakaniu do ciepłej zielonej wody z gałęzi rosnącego obok drzewa. Takie były plany.

Widzę, jak idą znudzeni i apatyczni, otępiali od upału i poirytowani sobą nawzajem. Jedenastoletni Neil, trzy lata starszy od brata, na przedzie, ostentacyjnie demonstrując swoje zniecierpliwienie. W ręku trzyma patyk, którym smaga łodygi i gałęzie. Sam drepcze z tyłu, co chwila pociągając nosem. Nie od przeziębienia, tylko od kataru siennego, który podrażnia mu też oczy. Pomógłby mu łagodny lek antyhistaminowy, ale on jeszcze o tym nie wie. Zawsze latem pociąga nosem. Zawsze niczym cień starszego brata chodzi ze zwieszoną głową. Dlatego to on, a nie jego brat, zauważa wstęgę czerwi.

Najpierw przystaje, by się jej przyjrzeć, i dopiero potem woła Neila. Neil jest niechętny, ale widzi, że Sam coś znalazł. Udaje, że nie robi to na nim wrażenia, choć falująca wstęga larw intryguje go tak samo jak brata. Kucają nad robakami, odgarniając z podobnych twarzy ciemne włosy i marszcząc nosy od woni amoniaku. I chociaż żaden z nich nie będzie potrafił sobie przypomnieć, czyj to był pomysł, by sprawdzić, skąd przyszły, myślę, że wpadł na to Neil. To przecież on zauważył larwy, a teraz znów miał okazję udowodnić swoją wyższość. Więc to Neil rusza pierwszy, kierując się ku pożółkłym kępom bagiennej trawy, skąd sunie oślizgły kondukt, a Sam za nim.

Czy wyczuli smród? Pewnie tak. Był na tyle silny, by przedostać się przez zatkane zatoki Sama. Zapewne domyślali się, co go wydziela. Wychowani na wsi, dobrze znali cykl życia i śmierci. Muchy też musiały wzbudzić ich niepokój, senne brzęczenie przesycające upalne powietrze. Jednak wbrew oczekiwaniom nie znaleźli truchła owcy czy jelenia. Nagie zwłoki Sally Palmer, nie do rozpoznania w świetle słońca, całe poruszały się od falującej chmary robactwa buzującego pod skórą, wypływającego ustami i nosem, a także innymi, mniej oczywistymi, otworami ciała. Czerwie, które z nich wychodziły, tworzyły skupisko na ziemi, a potem odpełzały w szeregu. To chyba bez znaczenia, który z chłopców uciekł pierwszy, ale myślę, że był to Neil. Sam jak zawsze poszedł za przykładem starszego brata, starając się dotrzymać mu kroku w pędzie najpierw do domu, a potem na posterunek policji.

A potem do mnie.

Oprócz łagodnego leku na uspokojenie podałem Samowi dawkę antyhistaminy na katar sienny. Nie on jeden miał już wtedy zaczerwienione oczy. Neil też był wstrząśnięty tym, co odkryli, choć powoli odzyskiwał swój dziecięcy animusz. Więc to przede wszystkim on, a nie Sam, opowiedział mi, co się stało, zaczynając już przekuwać surowość tego doświadczenia w formę bardziej znośną, w opowieść, którą można przekazywać z ust do ust. I miał ją jeszcze opowiadać wielokrotnie, wiele lat po tragicznych wydarzeniach tego przedwcześnie dojrzałego lata, jako ten, którego odkrycie wszystko zapoczątkowało.

Ale to nieprawda. To zaczęło się i żyło wśród nas już wcześniej, tylko nie zdawaliśmy sobie z tego sprawy.

Rozdział 2

Przyjechałem do Manham trzy lata wcześniej, późnym popołudniem wyjątkowo deszczowego marca. Gdy wysiadłem na stacji, zaledwie małym peronie na bezludziu, ukazał mi się zmyty deszczem krajobraz, pozbawiony zarówno konturów, jak i śladów ludzkiego życia. Stałem z walizką w ręku, chłonąc otaczający mnie pejzaż, prawie nie czując kropel deszczu skapujących mi za kołnierz. Wokół bagna i mokradła, płasko aż po horyzont, tylko gdzieniegdzie zagajnik nagich drzew.

Nigdy przedtem nie byłem w Broads, nigdy przedtem nie byłem nawet w Norfolk. Ogarnęło mnie dojmujące wrażenie obcości. Popatrzyłem na tę otwartą przestrzeń, zaczerpnąłem zimnego wilgotnego powietrza i poczułem – minimalną – ulgę. Wprawdzie Manham nie wyglądało zachęcająco, ale nie było Londynem, a to już plus.

Nikt nie wyszedł mi na spotkanie, nie zamówiłem też żadnego transportu ze stacji – nie wykazałem się aż tak wielką dalekowzrocznością. Sprzedałem samochód i całą resztę, nie zastanowiwszy się, jak dostanę się do miasteczka. Wtedy jeszcze nie myślałem z pełną jasnością. Choć pewnie gdybym w ogóle poświęcił temu chwilę namysłu, to z wielkomiejską arogancją założyłbym, że zastanę taksówkę, sklep, cokolwiek. Ale nie było ani postoju taksówek, ani budki telefonicznej. Pożałowałem, że pozbyłem się komórki. Podniosłem walizkę i ruszyłem w stronę szosy. Gdy do niej dotarłem, miałem tylko dwie możliwości: prawo lub lewo. Bez wahania skręciłem w lewo. Tak po prostu. Po mniej więcej stu metrach doszedłem do skrzyżowania z wypłowiałym drewnianym znakiem drogowym, przechylonym w dół, jakby wskazywał jakiś ważny punkt pod mokrą ziemią. Ale przynajmniej dowiedziałem się, że idę we właściwym kierunku.

Gdy w końcu doczłapałem do Manham, zaczynało już zmierzchać. Po drodze minęły mnie ze dwa samochody, ale żaden się nie zatrzymał. Oprócz nich pierwszymi oznakami życia było kilka gospodarstw rozrzuconych z rzadka daleko od drogi. Po chwili w półmroku ujrzałem przed sobą kościelną wieżę, jakby do połowy ugrzęzłą w ziemi. Pojawił się też chodnik, wąski i śliski od deszczu, ale i tak lepszy od krzaczastego pobocza, którym szedłem od stacji. Za kolejnym zakrętem ukazało się miasteczko, dosłownie wyrastając spod ziemi.

Bynajmniej nie wyglądało jak z widokówki. Było za bardzo zabudowane, zbyt tasiemcowate jak na typową angielską prowincję. Na obrzeżach widniało pasmo przedwojennych kamienic, zaraz za nimi zaczynały się kamienne domy ze ścianami przetykanymi nieforemnymi bryłami krzemienia – im bliżej centrum, tym starsze, z każdym krokiem cofałem się w przeszłość. Glazurowane deszczem, wtulały się jeden w drugi, a ich martwe okna łypały na mnie z obojętną podejrzliwością.

Po chwili wzdłuż drogi wyrosły nieczynne sklepy, za którymi jeszcze więcej domów nikło w deszczowym mroku. Minąłem szkołę, pub i doszedłem do skwerku. Aż skrzył się od żonkili, ich rozkołysane deszczem żółte kielichy na tle tej całej burości oszałamiały kolorem. Nad trawą nagie gałęzie rozpinał gigantyczny kasztanowiec. Z tyłu, w otoczeniu porośniętych mchem wykoślawionych nagrobków, wznosił się normański kościół, ten sam, którego wieżę widziałem z szosy. Podobnie jak tamte stare domy, mury upstrzone miał krzemieniem, twardymi kamieniami wielkości pięści, które opierały się działaniu żywiołów. Jednak tynk, w którym je osadzono, nie był tak trwały i nosił ślady działania czasu, a okna i drzwi lekko się spaczyły, podążając za osuwającym się przez wieki gruntem.

Przystanąłem. Na końcu drogi, która biegła przede mną, widać było jeszcze więcej domów. Wyglądało na to, że to wszystko, co Manham ma do zaoferowania. W niektórych oknach paliły się światła, ale poza tym nie było śladów życia. Stałem w deszczu, nie bardzo wiedząc, w którą stronę się udać. Po chwili usłyszałem jakiś hałas i zobaczyłem dwóch ogrodników pracujących na cmentarzu. Nie zważając na deszcz i gasnące światło, grabili trawnik między starymi nagrobkami. Nie spojrzeli, gdy podszedłem.

– Wiedzą panowie, którędy do przychodni? – spytałem z twarzą ociekającą deszczem.

Mężczyźni przerwali pracę i podnieśli na mnie wzrok. Pomimo różnicy wieku byli do siebie podobni, jak dziadek i wnuczek. Na ich twarzach malowała się ta sama łagodna apatyczność, obaj wpatrywali się we mnie spokojnymi chabrowymi oczami. Starszy zrobił kilka kroków w stronę wąskiej alejki obrośniętej drzewami, biegnącej po drugiej stronie skwerku.

– Tędy. Prosto.

Jego akcent, trudno rozróżnialny zlepek samogłosek brzmiący obco dla moich miastowych uszu, był kolejnym dowodem na to, że nie jestem już w Londynie. Podziękowałem ogrodnikom, ale zdążyli powrócić do swoich zajęć. Ruszyłem alejką, krople skapujące z rozpostartych nad nią gałęzi potęgowały łoskot deszczu. Po chwili doszedłem do szerokiej bramy przed wąskim podjazdem. Na słupie wisiała tabliczka z napisem „Bank House”, a pod nią druga, mosiężna, z nazwiskiem „Dr H. Maitland”. Podjazd, wysadzany cisami, biegł łagodnie w górę między zadbanymi rabatkami, po czym opadał na dziedziniec imponującego georgiańskiego domiszcza. Otarłem zabłocone buty o wiekową żelazną klamrę zamocowaną przy drzwiach wejściowych, uniosłem ciężką kołatkę i głośno zastukałem. Miałem uderzyć jeszcze raz, ale drzwi się otworzyły. Wyjrzała z nich korpulentna kobieta w średnim wieku, z nienagannie ułożonymi włosami.

– Słucham? – spytała.

– Ja do doktora Maitlanda.

Kobieta zmarszczyła brwi.

– Przychodnia nieczynna. A pan doktor nie odbywa wizyt domowych.

– Nie, nie o to… Byłem umówiony. – Moje słowa nie wywołały żadnej reakcji. Zdałem sobie sprawę, jak muszę wyglądać po godzinnym spacerze w deszczu. – W sprawie pracy. David Hunter.

Twarz kobiety się rozpromieniła.

– Och, najmocniej przepraszam. Nie zdawałam sobie sprawy. Sądziłam… Proszę wejść. – Cofnęła się, by mnie wpuścić. – Boże jedyny, ależ pan przemókł. Z daleka pan idzie?

– Od stacji.

– Od stacji? Przecież to kilka kilometrów! – Już mi pomagała zdjąć płaszcz. – Dlaczego pan do nas od razu nie zadzwonił? Wysłalibyśmy kogoś. – Nie odpowiedziałem. Prawda była taka, że nie przyszło mi to do głowy. – Proszę do salonu. Pali się w kominku. Nie, niech pan zostawi walizkę – powiedziała, odwiesiwszy mój płaszcz. Uśmiechnęła się. Dopiero teraz zauważyłem napięcie wymalowane na jej twarzy. To, co wcześniej wziąłem za oschłość, było po prostu zmęczeniem. – Nikt jej nie ukradnie.

Poprowadziła mnie do przestronnego, wyłożonego boazerią pokoju. Naprzeciw kominka, w którym żarzył się stos polan, stał zużyty skórzany chesterfield. Na podłodze leżał perski kobierzec, stary, lecz nadal piękny. Spoza niego wystawały polakierowane deski podłogowe w kolorze ciemnej umbry. Pachniało sosną i dymem z drewna.

– Niech pan spocznie. Zawiadomię pana doktora. Może herbaty?

Był to kolejny znak, że nie jestem już w mieście. Tam zaproponowano by mi kawę. Podziękowałem, a gdy wyszła, wbiłem wzrok w ogień. Przemarzłem i teraz w jego cieple ogarnęła mnie senność. Za oknem zapadł już zmrok. Deszcz dudnił o szyby. Fotel był miękki i wygodny. Powieki same mi się zamykały. Nagle poczułem, że głowa mi opada, i w popłochu zerwałem się na równe nogi. W jednej chwili poczułem się całkiem wyczerpany, fizycznie i psychicznie. Jednak obawa przed zaśnięciem zwyciężyła.

Gdy kobieta wróciła, wciąż stałem przed kominkiem.

– Pan pozwoli za mną… Pan doktor jest w swoim gabinecie.

Poszedłem za nią korytarzem, deski skrzypiały przy każdym kroku. Lekko zapukała do ostatnich drzwi i nie czekając na odpowiedź, uchyliła je poufale. Uśmiechnęła się znowu, wpuszczając mnie do środka.

– Zaraz przyniosę herbaty – powiedziała, zamykając za sobą drzwi.

Mężczyzna siedział przy biurku. Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu. Nawet zza biurka wyglądał na wysokiego. Miał grubokościstą twarz pooraną bruzdami i gęste włosy, kremowe raczej niż siwe. Kruczoczarne brwi nie pozwalały posądzać go o jakąkolwiek starczą słabość, a osadzone pod nimi oczy były czujne i świdrujące. Obrzucił mnie nieodgadnionym spojrzeniem. Stropiłem się, uświadomiwszy sobie, że nie prezentuję się najlepiej.

– Dobry Boże, całkiem pan przemókł! – burknął szorstko, ale przyjaźnie.

– Przyszedłem ze stacji piechotą. Nie było taksówki.

Prychnął.

– Nasze piękne Manham jak zawsze gościnne. Trzeba było zawiadomić, że przyjedzie pan dzień wcześniej. Załatwiłbym podwózkę.

– Jak to dzień wcześniej? – powtórzyłem.

– No tak to. Spodziewałem się pana dopiero jutro.

Nagle uświadomiłem sobie, dlaczego sklepy były pozamykane. Była niedziela. Nie zdawałem sobie sprawy, jak zaburzone miałem poczucie czasu. Mężczyzna udawał, że nie zauważa, jak speszyła mnie ta gafa.

– Nieważne. Jest pan, to jest. Będzie miał pan więcej czasu, by się zadomowić. Henry Maitland. Miło mi poznać.

Podał mi dłoń, nie wstając. Dopiero teraz zauważyłem, że siedzi na wózku inwalidzkim. Podszedłem, by uścisnąć mu rękę, ale zdążył zauważyć moje wahanie. Uśmiechnął się cierpko.

– Teraz pan rozumie, skąd to ogłoszenie.

Znalazłem je w „Timesie”, w dziale „Praca”, krótka notka, łatwa do przeoczenia. Jednak z jakiegoś powodu to na niej zatrzymałem wzrok. Prowincjonalna przychodnia poszukuje lekarza rodzinnego, umowa na czas określony. Pół roku, z mieszkaniem. Lecz to lokalizacja najbardziej mnie przekonała. Nie żebym jakoś specjalnie marzył o pracy akurat w Norfolk, ale Norfolk leżało daleko od Londynu. Aplikowałem bez większej nadziei czy szczególnego zapału, więc gdy tydzień później otwierałem list, spodziewałem się uprzejmej odmowy. Zamiast tego zaproponowano mi posadę. Musiałem aż dwa razy go przeczytać, zanim to do mnie dotarło. W innych okolicznościach zastanawiałbym się, gdzie jest haczyk. Tylko że w innych okolicznościach w ogóle nie przyszłoby mi do głowy starać się o tę pracę.

Odpisałem, że przyjmuję propozycję.

Teraz patrzyłem na mojego nowego pracodawcę, poniewczasie zastanawiając się, w co też się wpakowałem. Jakby czytając mi w myślach, plasnął dłońmi o uda.

– Wypadek samochodowy. – W jego głosie nie było krzty zażenowania czy biadolenia. – Być może za jakiś czas odzyskam częściową władzę w nogach, ale zanim to się stanie, sam tutaj sobie nie poradzę. Przez ostatni rok zatrudniałem miejscowych na zastępstwo, ale mam już tego dość. Co tydzień nowa gęba. Nikomu to nie służyło. Niebawem się pan zorientuje, że zmiany to w Manham rzecz niemile widziana. – Sięgnął po fajkę i tytoń leżące na biurku. – Nie będzie panu szkodzić?

– Nie, o ile nie szkodzi i panu.

Maitland parsknął śmiechem.

– Dobra odpowiedź. Ale nie jestem pańskim pacjentem, proszę o tym nie zapominać – przerwał na chwilę, zbliżając zapałkę do cybucha. – No więc… – podjął, wypuszczając dym. – Będzie to dla pana nie lada zmiana po pracy na uniwersytecie, czyż nie? Nasze Manham to nie Londyn. – Spojrzał na mnie znad cybucha. Czekałem, aż spyta o moje doświadczenie zawodowe. Nie spytał. – Jeśli naszły pana jakieś wątpliwości, to najlepiej wyrzucić je z siebie teraz.

– Nie naszły – odparłem.

Pokiwał głową z zadowoleniem.

– Świetnie. Na razie zatrzyma się pan tutaj. Janice pokaże panu pokój. Spotkamy się na obiedzie, to omówimy resztę spraw i będzie pan mógł zacząć już jutro. Przychodnię otwieramy o dziewiątej.

– Mogę o coś spytać?

Uniósł wyczekująco brwi.

– Dlaczego zdecydował się pan na mnie?

Męczyło mnie to. Nie na tyle, bym nie przyjął tej pracy, ale jednak.

– Wydawał się pan odpowiednią osobą. Świetne kwalifikacje, doskonałe referencje, gotowość do podjęcia pracy w zapadłej dziurze, i to za marne grosze, które oferuję.

– Spodziewałem się rozmowy kwalifikacyjnej.

Zaciągnąwszy się dymem, zbył moją uwagę machnięciem fajki.

– Na rozmowy trzeba mieć czas. A ja potrzebowałem kogoś, kto może zacząć od razu. Poza tym ufam swojej intuicji.

Miał w sobie jakieś krzepiące poczucie pewności. Dopiero dużo później, nad szklaneczką whisky, gdy już nie było wątpliwości, że zostaję, wyznał mi ze śmiechem, że byłem jedynym kandydatem. Wtedy jednak taka oczywista ewentualność nie przyszła mi do głowy.

– Uprzedzałem pana, że nie mam dużego doświadczenia w medycynie rodzinnej. Skąd pewność, że sobie poradzę?

– A pan jak myśli? Że sobie poradzi?

Odpowiedziałem dopiero po chwili, po raz pierwszy zastanawiając się nad tym pytaniem. Przyjechałem tutaj bez większego namysłu. Chciałem tylko uciec od miejsca i od ludzi, wśród których przebywanie było zbyt bolesne. Znowu pomyślałem o tym, jak się prezentuję. O dzień za wcześnie, przemoknięty do cna. Nie miałem nawet na tyle rozumu, by schować się przed deszczem.

– Tak – odparłem.

– No i świetnie. – Ton miał oschły, ale pobrzmiewała w nim zawadiacka nuta. – Poza tym to tylko czasowa posada. I będę miał pana na oku. – Przycisnął guzik na biurku. Gdzieś w głębi domu odezwał się dzwonek. – Kolację jemy zwykle około ósmej, jeśli wyrobimy się z pacjentami. Niech pan odpocznie. Ma pan ze sobą bagaże czy dojadą później?

– Mam ze sobą. Zostawiłem u pana żony.

Wyglądał na zdziwionego, potem uśmiechnął się niezręcznie.

– Janice to moja gosposia – rzucił. – Jestem wdowcem.

Ciepło pokoju jakby spowijało mnie kokonem.

– To tak jak ja. – Pokiwałem głową.

Tak oto zostałem lekarzem rodzinnym w Manham. Z tej też przyczyny trzy lata później byłem jedną z pierwszych osób, które dowiedziały się o znalezisku w lesie Farnhama. Oczywiście nikt nie wiedział, kim była ofiara, nie na początku. Zważywszy na stan zwłok, chłopcy nie potrafili nawet stwierdzić, czy to mężczyzna, czy kobieta. Po powrocie do domu nie wiedzieli już, czy zwłoki były nagie, czy nie. W pewnym momencie Sam powiedział, że to coś miało skrzydła, po czym stropił się i zamilkł, a Neil tylko patrzył pustym wzrokiem. Cokolwiek widzieli, nie mieściło się w żadnych znanych im kategoriach, a teraz ich pamięć odmawiała współpracy. Zgadzali się tylko co do tego, że był to człowiek. Martwy człowiek. I choć ich opis morza czerwi sugerował, że denat lub denatka mieli rany, to dobrze wiedziałem, jak zmarli potrafią nas zwodzić. Nie było powodu, żeby domniemywać najgorsze.

Jeszcze nie wtedy.

Tym dziwniejsze było zachowanie ich matki. Linda Yates siedziała w swoim malutkim salonie, otaczając ramieniem najmłodszego syna, wtulonego w nią i bez większego zainteresowania wpatrującego się w jaskrawy ekran telewizora. Ich ojciec, rolnik, nie wrócił jeszcze z pracy. Zadzwoniła do mnie, gdy chłopcy przybiegli do domu, rozhisteryzowani, nie mogąc złapać tchu. Choć była niedziela po południu, w mieścinie tak małej i odizolowanej jak Manham nadal się pracowało.

Czekaliśmy na przyjazd policji. Najwyraźniej nie widzieli powodu do pośpiechu, ja jednak czułem się zobligowany pozostać. Podałem Samowi środek uspokajający, niewiele mocniejszy niż placebo, i niechętnie wysłuchałem tej samej historii z ust jego brata. Starałem się nie słuchać. Doskonale wiedziałem, co mogli tam zobaczyć.

Nic, o czym chciałbym sobie przypominać.

Okno w salonie było otwarte na oścież, lecz nie wpadał przez nie żaden podmuch wiatru. Na zewnątrz paliło oślepiające słońce.

– To Sally Palmer – oznajmiła niespodziewanie Linda Yates.

Spojrzałem na nią ze zdziwieniem. Sally Palmer mieszkała sama na małej farmie tuż za Manham. Atrakcyjna kobieta po trzydziestce, przeniosła się do Manham kilka lat przede mną, odziedziczywszy gospodarstwo po wuju. Nadal hodowała kilka kóz, a dzięki więzom krwi nie była traktowana jak całkiem obca; na pewno mniej niż ja, nawet teraz, po latach. To jednak, że była pisarką, rodziło dystans i sprawiało, że większość sąsiadów odnosiła się do niej z mieszaniną podziwu i podejrzliwości.

Nie słyszałem, by mówiono o jej zaginięciu.

– Dlaczego pani tak twierdzi?

– Śniła mi się.

Nie takiej odpowiedzi się spodziewałem. Spojrzałem na chłopców. Sam, już spokojniejszy, chyba nie słuchał, ale Neil wpatrywał się w matkę i wiedziałem, że cokolwiek zostanie tu powiedziane, rozniesie się po Manham, jak tylko wyjdę za próg. Moje milczenie uznała za wyraz sceptycyzmu.

– Stała na przystanku, cała we łzach. Spytałam, co się stało, ale nie odpowiedziała. Potem spojrzałam na drogę, a gdy wróciłam do niej wzrokiem, już jej nie było.

Nie wiedziałem, co powiedzieć.

– Takie rzeczy nie śnią się bez powodu – dodała. – A ta przyśniła się właśnie dlatego.

– Spokojnie, Lindo. Nie wiemy jeszcze kto to. To może być każdy.

Popatrzyła na mnie tak, jakby chciała powiedzieć, że się mylę, ale że nie zamierza się kłócić. Ulżyło mi, gdy rozległo się pukanie do drzwi, oznajmiające przyjazd policji.

Policjantów przyjechało dwóch i obaj byli doskonałym przykładem prowincjonalnej służby mundurowej. Starszy, o rumianej twarzy, co jakiś czas okraszał rozmowę jowialnym mrugnięciem oka, co było mało stosowne w tych okolicznościach.

– No więc co? Podobno znaleźliście zwłoki, dobrze słyszałem? – zagadnął wesoło, posyłając mi porozumiewawcze spojrzenie, wyrażające pobłażliwość człowieka dorosłego dla chłopięcej wyobraźni. Sam wciąż tulił się do matki, a Neil, zastraszony obecnością władzy mundurowej we własnym domu, mamrotał coś pod nosem w odpowiedzi na pytania policjanta.

Nie trwało to długo. Starszy policjant zamknął notes.

– No dobra, trzeba się przejść i rzucić okiem. Który z was pokaże nam, gdzie to?

Sam jeszcze mocniej przywarł do matki. Neil się nie odezwał, ale twarz mu pobladła. Opowiadać o tym to jedno. Ale wrócić tam to co innego. Ich matka popatrzyła na mnie z niepokojem w oczach.

– To chyba nie najlepszy pomysł – rzuciłem.

Kretyński, poprawiłem się w duchu. Wystarczająco dużo jednak miałem do czynienia z policją, by wiedzieć, że podejście dyplomatyczne sprawdza się lepiej niż konfrontacyjne.

– Więc jak mamy je znaleźć, skoro żaden z nas nie zna tej okolicy? – spytał.

– W samochodzie mam mapę. Pokażę panom, którędy iść.

Policjant nie próbował ukryć niezadowolenia. Wyszliśmy na dwór, mrużąc oczy oślepieni nagłą jasnością. Chłopcy mieszkali w ostatnim z rzędu małych domków z kamienia. Samochody zaparkowaliśmy przy alejce. Otworzyłem mojego land rovera, wyjąłem mapę i rozłożyłem na masce. Słońce odbijało się od wysłużonej karoserii, parzącej z nagrzania.

– To jakieś trzy mile stąd. Będziecie musieli zostawić samochód i przejść przez bagno do lasu. Z tego, co mówili, zwłoki są gdzieś tutaj.

Wskazałem na mapę. Policjant chrząknął.

– Mam lepszy pomysł. Może sam pan nas zaprowadzi, skoro mały nie może. – Uśmiechnął się półgębkiem. – Pan chyba zna okolicę.

Wyraz jego twarzy nie pozostawiał mi wyboru. Powiedziałem, żeby za mną jechali, i odpaliłem silnik. Czuć było rozgrzanym plastikiem. Opuściłem obie szyby do oporu i chwyciłem za kierownicę. Parzyła w dłonie. Gdy zorientowałem się, że ściskam ją tak mocno, że aż zbielały mi knykcie, użyłem całej siły woli, żeby się odprężyć.

Drogi były wąskie i kręte, ale nie jechaliśmy daleko. Zaparkowałem na pożłobionej koleinami łacie spieczonej ziemi, ocierając drzwiami o pożółkły żywopłot. Radiowóz, kolebiąc się, zahamował tuż za mną. Policjanci wysiedli. Starszy podciągał spodnie w pasie, młodszy, z twarzą czerwoną od słońca i podrażnioną od golenia, trzymał się trochę z tyłu.

– Przez bagno biegnie ścieżka – powiedziałem. – Zaprowadzi was do lasu. To jakieś kilkaset metrów.

Starszy otarł pot z czoła. Pod pachami na białej koszuli odznaczały mu się ciemne mokre półkola. Roztaczał cierpką woń potu. Zmrużył oczy, spoglądając na widniejący w oddali las, i potrząsnął głową.

– Ech, takie historie w taki upał… Łaskawy pan pewnie nie raczy nas zaprowadzić tam, gdzie to niby jest? – spytał z nadzieją i kpiną w głosie jednocześnie.

– Jak dojdziecie do lasu, to będę wiedział tyle co wy – odparłem. – Wypatrujcie larw.

Młodszy zaśmiał się, ale po chwili stropił pod groźnym spojrzeniem tego drugiego.

– Nie powinniście wezwać dochodzeniówki? – spytałem.

Prychnął.

– Podziękują nam, że nie fatygowaliśmy ich na oględziny jeleniego truchła. Bo zwykle na to wychodzi.

– Chłopcy twierdzą co innego.

– No cóż, pozwoli pan, że sam to ocenię. – Dał znak młodszemu. – Idziemy, miejmy to już za sobą.

Patrzyłem, jak przeciskają się przez szczelinę w żywopłocie i kierują w stronę lasu. Nie prosił mnie, żebym na nich zaczekał. Bo i po co. Doprowadziłem ich najdalej, jak mogłem – reszta to ich robota.

Jednak nie ruszyłem się z miejsca. Wróciłem do samochodu i wyjąłem butelkę wody spod siedzenia. Była ciepła, ale zaschło mi w ustach. Założyłem okulary i oparłem się o zakurzony zielony spojler, patrząc w kierunku lasu. Sylwetki policjantów zdążyły się już rozpłynąć w otwartej przestrzeni bagna. Upał, przesycony brzęczeniem i cykaniem owadów, nadawał powietrzu przydymione, metaliczne zabarwienie. Obok przeleciała roztańczona para ważek. Wziąłem jeszcze jeden łyk wody i zerknąłem na zegarek. Wprawdzie nie miałem dziś dyżuru w przychodni, ale znalazłbym coś lepszego do roboty, niż stać przy drodze i czekać, co też tam znajdą. Pewnie mieli rację. Być może chłopcy widzieli tylko jakąś padlinę. Reszta to dzieło wyobraźni i przerażenia.

A jednak nadal nie ruszałem się z miejsca.

Chwilę później zobaczyłem, że idą w moją stronę. Białe koszule falowały na tle wypłowiałej trawy. Już z oddali dostrzegłem bladość na ich twarzach. Młodszy chyba nie wiedział, że ma na koszuli mokrą plamę wymiocin. Bez słowa podałem mu butelkę wody. Wziął ją z wdzięcznością.

Starszy unikał mojego wzroku.

– Cholera, brak zasięgu – burknął, idąc do radiowozu.

Starał się odzyskać wcześniejszą dezynwolturę, ale nie do końca mu się udawało.

– Więc jednak nie jeleń – odezwałem się.

Rzucił mi ponure spojrzenie.

– Chyba nie ma potrzeby zajmować panu więcej czasu.

Zaczekał, aż wsiądę do swojego samochodu, i dopiero wtedy zadzwonił. Gdy odjeżdżałem, nadal mówił przez radio. Młodszy stał ze wzrokiem wbitym w ziemię, w ręku bezwładnie trzymając butelkę wody.

Postanowiłem wrócić do przychodni. Myśli furkotały mi w głowie, ale siłą woli ustawiłem przesłonkę, trzymając je z dala jak muchy. Odganiałem je z wysiłkiem, ale natrętne nie przestawały wybrzękiwać swojej pieśni w mojej podświadomości. Dojechałem do szosy prowadzącej do Manham. Ręka powędrowała mi na kierunkowskaz, ale ją zatrzymałem. Odruchowo podjąłem decyzję, której konsekwencje miałem ponosić przez następne tygodnie, która miała odmienić moje życie. I nie tylko moje. Pojechałem przed siebie. Na farmę Sally Palmer.

Rozdział 3

Farma była z jednej strony ogrodzona drzewami, a z pozostałych otoczona bagnem. Land rover podskakiwał na koleinach, wzbijając w powietrze tumany pyłu. Zaparkowałem na nierównym bruku, jedynej pozostałości po podwórzu, i wysiadłem. W słońcu połyskiwała wysoka stodoła z blachy falistej. Dom pomalowano na biało i choć farba wypłowiała i łuszczyła się, to w słońcu nadal była oślepiająco jasna. Po obu stronach drzwi wejściowych wisiały zielone skrzynki na kwiaty, jedyne plamy koloru w tym wyblakłym pejzażu.

Zwykle gdy Sally była w domu, jeszcze zanim zdążyło się zapukać, na powitanie wybiegała Bess, jej rozszczekana border collie. Ale nie dzisiaj. Przez okna też nie było widać znaków życia, ale to nie musiało nic znaczyć. Podszedłem do drzwi i zapukałem. Dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że nie mam dobrego pretekstu do odwiedzin. Czekając, wpatrywałem się w horyzont i zastanawiałem, co powiem, jeśli otworzy. Chyba mogłem po prostu powiedzieć prawdę, ale wtedy wyszedłbym na jakieś medium, jak, nie przymierzając, Linda Yates. Poza tym Sally mogłaby mnie źle zrozumieć, uznać, że powodem mojej wizyty jest coś więcej niż palący niepokój, którego nie potrafiłem wyjaśnić.

Choć nie łączyła nas z Sally zażyła znajomość, to trudno nazwać ją też czysto przygodną. W swoim czasie widywaliśmy się dość często. Nic w tym zresztą dziwnego – oboje byliśmy spoza tego świata, oboje przyjechaliśmy tu z Londynu, łączyła nas wielkomiejska przeszłość. Sally była w moim wieku, otwarta i towarzyska. No i atrakcyjna. Mile wspominam te kilka wieczorów, gdy umówiliśmy się w pubie na drinka.

Do niczego więcej jednak nie doszło. Gdy wyczułem, że może chcieć czegoś więcej, wycofałem się. Z początku zareagowała zdziwieniem, ale ponieważ sprawy między nami nigdy tak naprawdę nie miały okazji się rozwinąć, nie pojawiło się rozgoryczenie czy zakłopotanie. Gdy na siebie potem wpadaliśmy, wciąż miło nam się gawędziło, ale na tym koniec.

Zadbałem o to.

Jeszcze raz zapukałem do drzwi. Pamiętam, że odczułem ulgę, gdy nie otworzyła. Najwyraźniej gdzieś poszła, co oznaczało, że nie będę musiał tłumaczyć się z mojej wizyty. Szczerze mówiąc, sam nie rozumiałem, co mnie do niej skłoniło. Nie byłem przesądny i w przeciwieństwie do Lindy Yates nie wierzyłem w przeczucia. Tylko że Linda nie mówiła o przeczuciu. Mówiła o śnie. A ja doskonale wiem, jak sugestywne potrafią być sny. Sugestywne i bałamutne.

Odwróciłem się od drzwi i starałem się przekierować myśli na inny tor. Nie ma jej i tyle, rzuciłem w duchu, zły na samego siebie. Co ja sobie wyobrażałem? To, że zginął jakiś autostopowicz czy ornitolog amator, nie znaczy, że wolno mi puszczać wodze fantazji.

Zatrzymałem się w połowie drogi do samochodu. Coś nie dawało mi spokoju, ale dopiero gdy zawróciłem, zorientowałem się co. Chodziło o skrzynki na kwiaty. Rośliny były suche i martwe. Sally nigdy by do tego nie dopuściła. Wróciłem pod drzwi. Ziemia w doniczkach była spieczona na kamień. Nie piła wody od wielu dni, a może jeszcze dłużej. Zapukałem i zawołałem Sally po imieniu. Gdy nie usłyszałem odpowiedzi, nacisnąłem klamkę. Drzwi nie były zamknięte na klucz. Możliwe, że mieszkając tutaj, Sally porzuciła ten zwyczaj. Z drugiej jednak strony była z miasta, jak ja, a stare nawyki trudno zmienić. Drzwi zablokowały się na stercie listów. Gdy je pchnąłem, koperty ześlizgnęły się miniaturową lawiną. Przeszedłem nad nimi i skierowałem się do kuchni. Wyglądała tak, jak ją zapamiętałem: wesołe cytrynowożółte ściany, masywne rustykalne meble i kilka elementów świadczących o tym, że Sally nie do końca wyzbyła się swojej wielkomiejskości – elektryczna wyciskarka do soku, ekspres do kawy ze stali nierdzewnej i duży dobrze zaopatrzony stojak na wino.

Poza nagromadzeniem listów wszystko wydawało się w porządku. Jednak w domu unosiła się zatęchła woń, przepojona słodyczą gnijących owoców. Wydobywała się z glinianej miski stojącej na sosnowym kredensie. Rozkładająca się kompozycja martwej natury: kilka poczerniałych bananów, jabłek i pomarańczy pokrytych białym nalotem pleśni. Zwiędłe kwiaty, już nierozpoznawalne, zwisały bezwładnie z wazonu na stole. Szuflada przy zlewie była do połowy wysunięta, jakby Sally nie zdążyła jej domknąć. Odruchowo podszedłem, by ją wsunąć, jednak się powstrzymałem.

Może wyjechała na wakacje, powiedziałem w myślach. Albo nie miała czasu wyrzucić starych owoców i kwiatów. Jest mnóstwo możliwych wyjaśnień. Ale wtedy już chyba znałem prawdę, jak Linda Yates.

Zastanawiałem się, czy nie sprawdzić pozostałych pomieszczeń, ale porzuciłem ten pomysł. Widocznie już postrzegałem jej dom jak potencjalne miejsce zbrodni i nie chciałem zadeptywać śladów. Wyszedłem na zewnątrz. Kozy Sally mieszkały w zagródce na tyłach domu. Jedno spojrzenie wystarczyło, bym się poważnie zaniepokoił. Były przeraźliwie wychudzone, kilka nadal stało na nogach, ale większość leżała na boku, nieprzytomna albo martwa. Wyjadły prawie całą trawę z zagrody, a gdy podszedłem do metalowego koryta, okazało się, że nie ma w nim wody. Obok walał się szlauch, z którego pewnie je napełniano. Przewiesiłem go przez krawędź koryta i poszedłem na przeciwległy kraniec do hydrantu. Chlusnęła woda i jedna czy dwie kozy przydreptały, żeby się napić.

Sprowadzę weterynarza, ale najpierw zadzwonię na policję, pomyślałem. Wyjąłem telefon, ale nie było zasięgu. Zasięg wokół Manham był jak sito, co sprawiało, że na komórkach nie można było polegać. Odszedłem dalej i pojawiło się kilka kresek. Już miałem wybrać numer, gdy za zardzewiałym pługiem zauważyłem mały ciemny kształt. Podszedłem niechętnie, przeczuwając, co to może być.

W suchej trawie leżało ciało Bess, martwego owczarka Sally. Wydawała się malutka, futro miała zmierzwione i zakurzone. Odwróciłem się, odpędzając muchy, które opadły mnie, wyczuwszy świeższą pożywkę. Zdążyłem jednak dostrzec, że głowa psa była prawie całkiem odcięta.

Upał zdawał się przybierać na sile. Odruchowo poszedłem z powrotem do samochodu. Powstrzymałem ochotę, by wsiąść i odjechać. Zamiast tego znowu zadzwoniłem. Czekając na odpowiedź policji, wpatrywałem się w odległą zieloną smugę lasu.

Nie po raz kolejny. Nie tutaj.

W telefonie odezwał się metaliczny głos. Odwróciłem się.

– Chciałbym zgłosić zaginięcie – powiedziałem.

Inspektor Mackenzie był krępym i zawadiackim mężczyzną, może z rok lub dwa starszym ode mnie. Pierwsze, co mi się rzuciło w oczy, to jego nienaturalnie szerokie bary. Dolna część ciała wydawała się zupełnie nieproporcjonalna – krótkie nogi zakończone absurdalnie rachitycznymi stopami. Wyglądałby jak karykatura kulturysty, gdyby nie pękaty zarys brzucha i emanująca z jego osoby groźna aura zniecierpliwienia, która nakazywała brać go na poważnie. Czekałem przy samochodzie, podczas gdy on i ubrany po cywilnemu sierżant poszli zerknąć na psa. Szli spacerowym krokiem, bez pośpiechu, niemal z obojętnością. To jednak, że zamiast mundurowych przyjechał tu główny inspektor wydziału śledczego, było znakiem, że traktują sprawę poważnie. Po chwili wrócił, a sierżant wszedł do domu sprawdzić pomieszczenia.

– Niech pan jeszcze raz opowie, dlaczego pan tu przyjechał.

Spowijała go woń płynu po goleniu i potu, z ledwie wyczuwalną nutą mięty. Przez rzednące rude włosy prześwitywała mu opalona na czerwono skóra głowy, ale jeśli czuł jakikolwiek dyskomfort, stojąc w pełnym słońcu, to nie dawał po sobie poznać.

– Byłem w pobliżu. Pomyślałem, że wstąpię.

– Z towarzyską wizytą, tak?

– Chciałem się upewnić, że wszystko u niej w porządku.

Nie chciałem mieszać w to Lindy Yates, o ile nie zostanę przyparty do muru. Jako jej lekarz uznałem, że mówi mi to w zaufaniu, a poza tym nie sądziłem, by policjant był zainteresowany tym, co się komu przyśniło. Podobnie zresztą jak ja sam. Tylko że, niezależnie od tego, co mieściło się w naszych kryteriach racjonalności, Sally zniknęła.

– Kiedy widział pan pannę Palmer po raz ostatni? – spytał Mackenzie.

Zastanowiłem się.

– Nie w ostatnich kilku tygodniach.

– Może odrobinę bardziej precyzyjnie?

– Jakieś dwa tygodnie temu w pubie. Na letnim grillu.

– Przyszła tam z panem?

– Nie, ale rozmawialiśmy.

Zdawkowo. Cześć, co u ciebie? W porządku, do zobaczenia. Dość banalne jak na ostatnie pożegnanie. Jeśli tym właśnie to było, zreflektowałem się. Choć wtedy nie miałem już wątpliwości.

– I teraz tak po prostu postanowił ją pan odwiedzić…

– Usłyszałem, że znaleziono zwłoki. Chciałem sprawdzić, czy wszystko z nią w porządku.

– Skąd pan ma pewność, że to były zwłoki kobiety?

– Nie mam. Ale uznałem, że nie zaszkodzi, jeśli sprawdzę, czy u Sally wszystko dobrze.

– Jaka łączy was relacja?

– Chyba koleżeństwo.

– Bliskie?

– Raczej nie.

– Sypiacie ze sobą?

– Nie.

– A sypialiście?

Chciałem mu powiedzieć, żeby pilnował swoich spraw. Ale przecież to właśnie robił. W takich okoliczność prywatność to żaden argument, byłem tego świadom.

– Nie.

Patrzył na mnie bez słowa. Odwzajemniłem jego spojrzenie. Po chwili wyjął z kieszeni paczkę miętówek. Gdy nieśpiesznie wkładał cukierek do ust, zauważyłem na jego szyi pieprzyk o dziwnym kształcie. Schował miętówki, nie częstując mnie.

– Więc żadne romanse, czyste koleżeństwo, tak?

– Znaliśmy się, to wszystko.

– I mimo to czuł się pan w obowiązku przyjść i sprawdzić, czy wszystko u niej dobrze. Akurat pan.

– Mieszka tutaj sama. To odludzie, nawet jak na nasze standardy.

– Nie mógł pan do niej zadzwonić?

To mnie zafrapowało.

– Nie przyszło mi to do głowy.

– Ma komórkę? – Odparłem, że tak. – Zna pan numer?

Miałem go w pamięci telefonu. Odszukałem go, wiedząc, o co zaraz mnie spyta, i czując się głupio, że sam o tym nie pomyślałem.

– Zadzwonić? – spytałem, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć.

– No raczej.

Czekając na połączenie, czułem na sobie jego wzrok. Zastanawiałem się, co odpowiem, gdy Sally odbierze. Jednak tak naprawdę nie wierzyłem, że to zrobi.

Otworzyło się okno sypialni i wyjrzał przez nie sierżant.

– Proszę pana, w torebce dzwoni telefon.

Zza jego pleców dobiegał cichy sygnał, coś jak elektroniczne pluskanie. Zakończyłem połączenie. Dzwonienie ustało. Mackenzie skinął głową do sierżanta.

– To my. Pracuj dalej.

Sierżant się schował. Mackenzie potarł podbródek.

– To nic nie znaczy – skwitował.

Nie odpowiedziałem.

Westchnął.

– Rany, co za upał. – Po raz pierwszy dał po sobie poznać, że w ogóle go odczuwa. – Zejdźmy z tej patelni.

Stanęliśmy w cieniu domu.

– Zna pan kogoś z jej rodziny? – spytał. – Kogoś, kto mógłby wiedzieć, gdzie jest panna Palmer?

– Niestety. Odziedziczyła ten dom, ale o ile mi wiadomo, nie ma w okolicy żadnej rodziny.

– A znajomi? Nie licząc pana?

Mógł być w tym jakiś haczyk, ale trudno powiedzieć.

– Znała ludzi w Manham, ale nie wiem kogo konkretnie.

– Miała kochanka? – spytał, obserwując moją reakcję.

– Nie mam pojęcia. Przykro mi.

Odchrząknął, zerkając na zegarek.

– I co dalej? – spytałem. – Sprawdzicie, czy DNA ciała pasuje do próbki z domu?

Obrzucił mnie spojrzeniem.

– Widać, że zna się pan na rzeczy.

Czułem, jak twarz mi purpurowieje.

– Niespecjalnie.

Cieszyłem się, że nie drążył tematu.

– Nie wiemy jeszcze, czy to miejsce zbrodni. Mamy kobietę, która może zaginęła, a może nie. To wszystko. Póki co nic jej nie wiąże ze znalezionymi zwłokami.

– A pies?

– Może zaatakowało go jakieś zwierzę.

– Z tego, co widzę, rana na gardle wygląda na ciętą, a nie szarpaną. Zrobiło ją ostrze.

Znowu docenił mnie spojrzeniem, a ja zbeształem się w myślach za długi język. Teraz jestem lekarzem. Tylko lekarzem.

– Zobaczymy, co powiedzą koledzy z kryminalistyki – powiedział. – A nawet jeśli to jej zwłoki, to mogła popełnić samobójstwo.

– Sam pan w to nie wierzy.

Już miał coś odpowiedzieć, ale się rozmyślił.

– Nie, nie wierzę. Co nie znaczy, że mam wyciągać pochopne wnioski.

Drzwi domu się otworzyły i stanął w nich sierżant, potrząsając głową.

– Nic. Ale w korytarzu i salonie paliło się światło.

Mackenzie pokiwał głową, jakby się tego spodziewał.

– Nie będziemy pana dłużej zatrzymywać – zwrócił się do mnie. – Wyślemy do pana człowieka, żeby spisał zeznania. Byłbym wdzięczny, gdyby z nikim pan o tym nie rozmawiał.

– Oczywiście.

Próbowałem stłumić irytację, że w ogóle o tym wspomniał. Odwrócił się, mówiąc coś do sierżanta. Ruszyłem w swoją stronę, ale po chwili się zawahałem.

– Jeszcze jedno – rzuciłem. Obrzucił mnie poirytowanym spojrzeniem. – Pieprzyk na pańskiej szyi. To pewnie nic, ale nie zaszkodzi przebadać.

Odszedłem, a oni odprowadzili mnie wzrokiem.

Pojechałem z powrotem do miasteczka, czując się jak otępiały. Droga biegła obok Manham Water, płytkiego jeziorka, które rok za rokiem po trochu traciło swoją powierzchnię na rzecz zarastających je szuwarów. Taflę miało gładką jak lustro, naruszoną tylko przez stadko gęsi, które na niej wylądowało. Ani jezioro, ani dopływające do niego z bagien rzeczułki nie nadawały się do żeglugi, a w pobliżu Manham nie było żadnej rzeki, więc zapaleni żeglarze-turyści omijali te rejony, robiąc latem desant na pozostałą część Broads. Choć zaledwie kilka mil dzieliło Manham od sąsiednich miasteczek, zdawało się należeć do jakiejś innej części Norfolk, starszej i mniej gościnnej. Otoczone lasami, łęgami i grzęzawiskami, zarówno przenośnie, jak i dosłownie było zamuloną dziurą. Nie licząc sporadycznie zaglądających tu ornitologów amatorów, Manham pozostawione było samo sobie i coraz bardziej pogrążało się w izolacji od świata jak stary dziwak.

Jak na ironię tego wieczoru skąpane w słońcu wyglądało niemal radośnie. Grządki kwietne przed kościołem i na skwerku były niczym kolorowe stemple, jaskrawe do bólu oczu. Starannie pielęgnowane przez starego George’a Masona i jego wnuka Toma – ogrodników, których poznałem tuż po przyjeździe – były dla mieszkańców Manham jednym z nielicznych powodów do dumy. Nawet stojący na skraju trawnika Pomnik Męczennicy został ustrojony girlandą kwiatów przez dzieci z tutejszej szkoły. Było to coroczne święto – dekorowanie starego kamienia młyńskiego, przy którym w XVI stuleciu sąsiedzi ponoć ukamienowali jakąś nieszczęsną kobietę. Według podania, po tym, jak wyleczyła niemowlę z paraliżu, oskarżono ją o czary. Henry żartował, że tylko w Manham za dobre uczynki dostaje się czapę i że obaj powinniśmy wyciągnąć z tego lekcję.

Nie miałem ochoty wracać do domu, więc skręciłem do przychodni. Często tam bywałem, nawet wtedy, gdy nie miałem dyżuru. W domu zdarzało mi się czuć samotnie, a w przychodni miałem przynajmniej złudzenie pracy. Wszedłem tylnymi drzwiami prowadzącymi do wydzielonej poradni. Stara oranżeria, z powietrzem gęstym i wilgotnym od kwiatów, które Janice pielęgnowała z czułością, służyła teraz za recepcję i poczekalnię. Część pomieszczeń na parterze została zamieniona na prywatne kwatery Henry’ego. Ale te mieściły się w przeciwległej części domu, który był na tyle duży, by pomieścić nas wszystkich. Ja zająłem dawny gabinet Henry’ego. Gdy zamknąłem za sobą drzwi, poczułem kojący zapach starego drewna i pszczelego wosku. Choć od dnia przyjazdu korzystałem z tego pomieszczenia prawie codziennie, to ze starym obrazem olejnym przedstawiającym scenę myśliwską, sekretarzykiem z żaluzjowym zamknięciem i skórzanym fotelem wciąż stanowiło ono bardziej odzwierciedlenie osobowości jego poprzedniego właściciela niż mojej. Na półkach stały stare pisma i książki medyczne, a także inne, mniej typowe dla prowincjonalnego lekarza: dzieła Kanta i Nietzschego, cała półka poświęcona psychologii, która była konikiem Henry’ego. Moim jedynym wkładem w wystrój pokoju był monitor komputera szumiący cicho na biurku, innowacja, na którą po miesiącach pertraktacji Henry w końcu przystał.

Jego stan zdrowia nie poprawił się na tyle, by mógł wrócić do pracy na pełny etat. Tak jak jego wózek inwalidzki, tak samo moja czasowa umowa o pracę przekształciła się w długoterminową. Najpierw została przedłużona, potem, gdy Henry nabrał pewności, że nie będzie już w stanie pracować na własną rękę, zmieniona na umowę partnerską. Nawet samochód, którym jeździłem, należał kiedyś do niego. Był to stary zajechany land rover defender z automatyczną skrzynią biegów, zakupiony po wypadku, w którym zginęła jego żona Diana, a z którego Henry wyszedł sparaliżowany. Zakup ten był wyrazem nadziei – bo jeszcze wtedy ją miał – że będzie kiedyś mógł prowadzić… i chodzić. Ale nigdy tak się nie stało. I nigdy tak się nie stanie, mówili mu lekarze.

„Konowały – oburzał się. – Dać takiemu biały kitel, a już mu się wydaje, że jest Bogiem”.

W końcu jednak musiał przyznać, że mieli rację. Tak właśnie przejąłem land rovera, a także – krok po kroku – większość jego pacjentów. Na początku dzieliliśmy pracę mniej więcej po połowie, ale z czasem coraz więcej zostawało dla mnie. Co nie przeszkadzało mu w oczach większości mieszkańców Manham uchodzić za „tutejszego pana doktora”, ale dawno przestałem się tym przejmować. Jeśli chodzi o Manham, to wciąż byłem obcym i pewnie tak już zostanie.

Teraz, w popołudniowym upale, próbowałem wejść na kilka stron medycznych, ale nie mogłem się skupić. Wstałem, by otworzyć okna. Wiatrak na biurku się obracał, hałaśliwie mieląc nabrzmiałe powietrze, lecz ani trochę go nie ochładzając. Otworzenie okien też miało znaczenie wyłącznie psychologiczne. Wyjrzałem na zadbany ogród. Jak cała reszta przyrody był wypalony do cna; krzaki i trawa niemal na oczach usychały od żaru. Graniczył z jeziorem, oddzielonym jedynie niskim wałem chroniącym przed corocznymi zimowymi powodziami. Do małego molo przycumowana była stara łódź Henry’ego, niewielka żaglówka, ale Manham Water było za płytkie na cokolwiek innego. Bynajmniej nie była to cieśnina Solent i choć zdarzały się mielizny i trzcinowiska, przez które nie dawało się przeprawić, to i tak obaj lubiliśmy po nim pływać.

Dzisiaj nie było szans na wciągnięcie żagla, jezioro całe zastygło w bezruchu. Z tej perspektywy od nieba oddzielała je tylko cienka linia odległego trzcinowiska. Wszędzie płasko i woda, pustka, która zależnie od nastroju mogła wywoływać ukojenie lub smutek.

Dziś wywołała to drugie.

– Tak mi się zdawało, że cię słyszałem.

Odwróciłem się, gdy Henry wjeżdżał do pokoju.

– Mam kilka spraw do załatwienia – powiedziałem, zbierając rozbiegane myśli.

– Gorąco jak w piecu – wymamrotał, zatrzymując się przed wiatrakiem.

Poza tym, że nie miał władzy w nogach, wyglądał na okaz zdrowia; kremowobiałe włosy okalające opaloną twarz i przenikliwe ciemne oczy.

– Podobno chłopcy Yatesów znaleźli zwłoki. Prawda to? Janice tylko o tym nadawała, gdy przyniosła obiad.

Zwykle w niedzielę Janice przynosiła na przykrytym półmisku to, co ugotowała dla siebie. Henry upierał się, że w niedzielę sam będzie sobie szykował posiłki, ale zauważyłem, że nigdy specjalnie się jej nie przeciwstawiał. Janice była dobrą kucharką i wydaje mi się, że jej uczucia wobec Henry’ego wykraczały poza troskliwość gosposi. Ponieważ nie miała męża, sądziłem, że jej krytykanctwo wobec zmarłej żony Henry’ego wynika przede wszystkim z zazdrości, choć nieraz robiła aluzje do jakiegoś dawnego skandalu. Jasno dałem do zrozumienia, że mnie to w ogóle nie interesuje. Nawet jeśli małżeństwo Henry’ego nie było idyllą, jak je teraz przedstawiał, nie zamierzałem się zajmować plotkami.

Nie zdziwiłem się jednak, że Janice słyszała o trupie. Pewnie już połowa miasteczka o tym trajkotała.

– W lesie Farnhama – odparłem.

– Pewnie jakiś ptasiarz padł od upału przygnieciony swoim ciężkim plecakiem.

– Pewnie tak.

Na ton mojego głosu uniósł ciemne brwi.

– Więc co innego? Chyba nie chcesz powiedzieć, że to zabójstwo? No, no… trochę by się tu ożywiła atmosfera! – rzucił z uśmiechem, ale szybko spoważniał, gdy mu nie zawtórowałem. – Widzę, że żarty są tu nie na miejscu.

Opowiedziałem mu o wizycie w domu Sally Palmer, z nadzieją, że gdy ubiorę swoje domysły w słowa, nagle wydadzą się mało prawdopodobne. Tak się nie stało.

– Dobry Jezu… – westchnął ciężko Henry, gdy skończyłem. – I policja uważa, że to ona?

– Nie powiedzieli ani tak, ani nie. Chyba jeszcze nie mogą nic zdradzać.

– Co za paskudna historia.

– Może to nie ona.

– Oczywiście, że nie ona. – Henry przyznał mi rację, ale widziałem, że nie wierzy w to tak samo jak ja. – Nie wiem jak ty, ale napiłbym się czegoś mocniejszego

– Dzięki, ja na razie pasuję.

– Oszczędzasz siły na Baranka?

Czarny Baranek był jedynym pubem w Manham. Często tam zaglądałem, ale wiedziałem, że tego wieczoru rozmowy będą się toczyły wokół tematu, którego wolałem nie poruszać.

– Nie, dzisiaj chyba zostanę w domu – odpowiedziałem.

Mieszkałem w starym kamiennym domu na obrzeżach Manham. Kupiłem go, gdy stało się jasne, że zabawię tu dłużej niż pół roku. Henry przekonywał mnie, że mogę zostać u niego, że w Bank House jest miejsca pod dostatkiem. Sama piwnica zmieściłaby moją małą chałupkę. Chciałem jednak pójść na swoje, poczuć, że zapuszczam tu korzenie na stałe. I choć lubiłem nowe miejsce pracy, to nie chciałem w nim mieszkać. Były chwile, gdy potrzebowałem zamknąć za sobą drzwi i zniknąć, licząc, że przez najbliższe kilka godzin nikt nie będzie mnie niepokoił telefonami.

To była jedna z takich chwil. Gdy przejeżdżałem obok kościoła, kilka osób dreptało alejką na wieczorne nabożeństwo. Wielebny Scarsdale witał ich w drzwiach. Był to starszy ponury mężczyzna, za którym nie przepadałem. Urzędował tu jednak od wielu lat i miał paru lojalnych parafian. Pozdrowiłem gestem Judith Sutton, wdowę, która mieszkała ze swoim dorosłym synem Rupertem, tęgim olbrzymem, zawsze człapiącym dwa kroki za władczą matką. Rozmawiała z Lee i Marjory Goodchild, parą drętwych hipochondryków, stałych bywalców przychodni. W ich mniemaniu mój dyżur trwał dwadzieścia cztery godziny na dobę i już się przeraziłem, że zaraz mnie przydybią na improwizowaną konsultację.

Ale tego wieczoru ani oni, ani nikt inny nie próbował mnie nagabywać. Zaparkowałem na spękanej ziemi obok domu i wszedłem do środka. Wewnątrz było duszno. Otworzyłem okna najszerzej, jak się dało, i wyjąłem piwo z lodówki. Wprawdzie nie miałem ochoty iść do Baranka, ale potrzebowałem się napić. Uświadomiwszy sobie jak bardzo, odstawiłem piwo do lodówki i nalałem sobie dżinu z tonikiem.

Wkruszyłem do szklanki trochę lodu, dodałem plasterek cytryny i usiadłem przy małym drewnianym stole w ogrodzie za domem. Patrzyłem poprzez łąkę na las i choć widok nie był tak atrakcyjny jak ten roztaczający się z okien przychodni, to cieszył oko. Piłem powoli, a gdy skończyłem, zrobiłem sobie omlet i też zjadłem na zewnątrz. Upał z lekka ustępował. Niebo pociemniało i nieśmiało pojawiały się na nim pierwsze gwiazdy. Myślałem o tym, co dzieje się kilka kilometrów dalej. Cała aktywność skoncentrowała się tam pewnie na spokojnym dawniej skrawku ziemi, na którym mali Yatesowie natrafili na swoje znalezisko. Próbowałem wyobrazić sobie Sally Palmer bezpieczną i roześmianą, jakby to mogło mieć jakikolwiek wpływ na rzeczywistość. Jednak z jakiegoś powodu nie potrafiłem przywołać jej obrazu. Odsuwając w czasie chwilę, gdy będę musiał położyć się do łóżka i próbować zasnąć, siedziałem tam do czasu, aż ciemnogranatowy aksamit nieba gęsto upstrzyły rozmigotane iskierki, cętki od dawna martwego światła.

Obudziłem się gwałtownie, mokry od potu i zadyszany. Rozejrzałem się wkoło, nie mając pojęcia, gdzie jestem. Po chwili oprzytomniałem. Stałem nagi, wychylony przez otwarte okno, którego dolna krawędź wpijała mi się w uda. Odsunąłem się chwiejnym krokiem i usiadłem na łóżku. W świetle księżyca biała zmięta pościel wydawała się niemal fosforyzująca. Czekałem, aż serce mi się uspokoi. Łzy powoli wysychały mi na twarzy.

Znowu przyśnił mi się ten sen.

Zły sen.

Jak zawsze był tak sugestywny, że to świat po przebudzeniu zdawał się iluzją, a on – rzeczywistością. To było najbardziej okrutne. Bo w snach Kara i Alice, moja żona i sześcioletnia córka, nadal żyły, widziałem je, rozmawiałem z nimi. Dotykałem ich. W snach mogłem wierzyć, że mamy jeszcze przyszłość, nie tylko przeszłość.

Bałem się ich. Nie tak jak koszmarów, bo w ich treści nie było nic przerażającego. O nie, wręcz przeciwnie.

Bałem się ich, bo zawsze następowało przebudzenie.

A wtedy rozpacz i strata były tak żywe jak wtedy, gdy to się stało. Nieraz ocknąłem się w innym miejscu, niż zasnąłem, moje lunatykujące ciało działało bezwolnie. Stojąc, jak teraz, przy otwartym oknie albo na szczycie stromych schodów, nie pamiętając, jak się tam dostałem ani jaki podświadomy impuls mną kierował.

Drżałem, choć nocne powietrze było lepkie i ciepłe. Z dali dochodziło szczekanie samotnego lisa. Po jakimś czasie położyłem się do łóżka, a potem długo gapiłem w sufit, aż cienie spłowiały i ciemność ustąpiła.

Rozdział 4

Mgła jeszcze płynęła nad bagnami, gdy młoda kobieta zamknęła za sobą drzwi i rozpoczęła poranny bieg. Lyn Metcalf była wysportowana, biegła lekko i sprężyście. Naciągnięty mięsień łydki już się goił, ale i tak na niego uważała, łagodnymi, miarowymi susami przemierzając wąską alejkę odchodzącą spod jej domu. W połowie drogi na dół skręciła na zarośniętą ścieżkę prowadzącą przez mokradło nad jezioro.

Źdźbła długiej trawy, jeszcze mokre i zimne od rosy, smagały jej nogi. Wzięła głęboki oddech, rozkoszując się porankiem. Nie przepadała za poniedziałkami, ale nie mogła sobie wyobrazić lepszego początku tygodnia. Była to jej ulubiona pora dnia, dopiero potem będzie musiała się martwić saldami na rachunkach rolników i drobnych przedsiębiorców, którzy na jej rady reagują pretensjami, dopiero potem dzień przybierze mniej optymistyczny kształt, dopiero potem zepsują go inni ludzie. Teraz wszystko było jeszcze świeże i wyraziste, zredukowane do rytmicznego uderzania stóp o ziemię i jednostajnego świstu oddechu.

Lyn uważała, że jest w dobrej kondycji fizycznej jak na swoje trzydzieści jeden lat. Była dumna, że potrafi narzucić sobie dyscyplinę, dzięki której utrzymuje formę i nadal dobrze się prezentuje w obcisłych spodenkach i krótkiej koszulce. Nie była jednak na tyle próżna, żeby się tym chełpić. Lubiła biegać, a to ułatwiało sprawę. Lubiła stawiać sobie wyzwania, docierać do swoich granic i iść o krok dalej. Jeśli istniał lepszy sposób na rozpoczęcie dnia, niż wsunąć buty do biegania i pokonać kilka kilometrów, zanim świat obudzi się do życia, to go nie znała.

No dobrze, nie licząc seksu. Ale ten ostatnio stracił swój czar. Nadal było dobrze; sam widok Marcusa zmywającego pod prysznicem pył tynku – woda spływająca po ciemnych włoskach na jego ciele upodabniała je do futerka wydry – nadal wywoływał u niej skurcz w podbrzuszu. Ale gdy poza przyjemnością był w tym inny cel, gasił radość u nich obojga. Zwłaszcza że nie został osiągnięty.

Jak dotąd.

Przeskoczyła przez głęboką koleinę, nie łamiąc rytmu. Złamać rytm, przerwać cykl, zaburzyć regularność, pomyślała gorzko. Tego właśnie bym chciała. Jeśli chodzi o cykle, jej organizm był wyregulowany jak szwajcarski zegarek. Co miesiąc niezawodnie, niemal co do dnia, zaczynało się znienawidzone krwawienie, oznaczające koniec kolejnego okresu i nowe rozczarowanie. Lekarze twierdzili, że wszystko z nią i Marcusem jest w najlepszym porządku. U niektórych par po prostu trwa to dłużej, nikt nie wie dlaczego. Próbujcie dalej, mówili. Więc próbowali, z początku z zapałem, śmiejąc się, że lekarz zalecił im to, do czego i tak nie trzeba ich namawiać. Recepta na seks, żartował Marcus. Jednak dowcipy stopniowo przestawały śmieszyć, zastępowane przez coś, co nie do końca można było nazwać desperacją, jeszcze nie wtedy. Lecz już formował się jej embrion – jeśli nie coś więcej – zaczynając rzucać cień na wszystko inne, podkopywać każdy aspekt ich związku.

Żadne z nich nie chciało tego przyznać. Ale tak właśnie było. Wiedziała, że Marcusowi trudno pogodzić się z tym, że to ona zarabia więcej w swoim małym biurze rachunkowym niż on na budowie. Jeszcze nie zaczęły się wzajemne oskarżenia, ale bała się, że są od nich tylko o krok. Miała świadomość, że jest tak samo zdolna do przypuszczenia ataku jak Marcus. Niby zapewniali się, że nie ma się czym martwić, że nie ma pośpiechu. Jednak starali się już od lat, a za cztery lata ona skończy trzydzieści pięć, czyli będzie w wieku, który zawsze postrzegała jako graniczny. Szybko zrobiła bilans. W sumie czterdzieści osiem cykli menstruacyjnych. Zatrważająco niewiele. Czterdzieści osiem potencjalnych rozczarowań. Tylko że w tym miesiącu było inaczej. W tym miesiącu rozczarowanie spóźniało się o trzy dni.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki