Zagubiony - Simon Beckett - ebook + audiobook + książka

Zagubiony ebook i audiobook

Simon Beckett

4,3

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

10 osób interesuje się tą książką

Opis

Nieprzenikniony mrok, skrzypienie łodzi unoszących się na ciemnej toni i zrujnowany magazyn. Na Nabrzeżu Rzeźników właśnie wybiła północ.

Sierżant Jonah Colley nie spodziewał się, że jeszcze kiedyś usłyszy Gavina. Kiedy stary przyjaciel poprosił, żeby przyjechał na Nabrzeże Rzeźników, początkowo nie wiedział, co zrobić. To prawda, nie rozmawiali ze sobą od dziesięciu lat. Ale nigdy nie słyszał w głosie Gavina paniki.

Dziesięć lat temu Jonah był innym człowiekiem. Mężem. Ojcem. Ale pewnego przedpołudnia w trakcie wyjścia do parku jego czteroletni synek Theo zniknął. Poszukiwania, w których brał udział Gavin, nie przyniosły żadnego rezultatu. Życie Jonaha legło w gruzach.

Stojąc przed magazynem nad rzeką, Jonah wybiera numer przyjaciela. Sygnał rozlega się gdzieś wewnątrz budynku, ale jego wnętrze spowija absolutna ciemność. Wbrew procedurom Jonah decyduje się wejść do środka. W powietrzu unosi się ciężki, metaliczny zapach krwi…

Simon Beckett powraca w wielkim stylu. Autor światowego bestsellera – serii thrillerów kryminalnych z Davidem Hunterem – przedstawia pierwszy tom nowej serii.

Wspaniały thriller jednego z najlepszych pisarzy kryminalnych będącego w szczytowej formie. – Peter James

Oszałamiający thriller. – „Daily Mail”

Pełna napięcia i pokręcona opowieść. – „The Sun”

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 391

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 10 godz. 56 min

Lektor: Kamil Pruban

Oceny
4,3 (506 ocen)
252
157
75
19
3
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
kotfilot

Z braku laku…

Ciężko uwierzyć, że tę książkę napisał Beckett. Główny bohater jest irytujący, historia przewidywalna i nudna. Bardzo źle się to czytało :(
40
TygrysiaMorfeusz

Nie polecam

Ogromne rozczarowanie :( Nudy, zero akcji, zadnwj wiarygodności, naiwne, bez duszy... postaci kiepsko skonstruowane. nie polecam niestety. Aż nie chce się wierzyć, ze to Beckett
20
Nusia1972

Nie oderwiesz się od lektury

super książka
10
Kantorek90

Dobrze spędzony czas

Simon Beckett stał się jednym z moich ulubionych autorów, gdy pierwszy raz sięgnęłam po jego cykl o antropologu sądowym Davidzie Hunterze. Od tamtej pory, zawsze, gdy tylko na horyzoncie pojawi się kolejna książka jego autorstwa, zasila ona moją domową biblioteczkę. Czy kolejny stworzony przez niego cykl, również trafił w mój gust? Już spieszę z wyjaśnieniem. Tym razem głównym bohaterem serii jest sierżant Jonah Colley, którego poznajemy podczas spędzania czasu w pubie z członkami swojego wydziału. To właśnie będąc w tym miejscu, odbiera telefon od przyjaciela, z którym stracił kontakt dziesięć lat wcześniej, tuż po tym, jak zaginął jego czteroletni synek Theo. Jonah nie spodziewał się, że jeszcze kiedyś usłyszy głos Gavina, ale kiedy spanikowany mężczyzna poprosi go, żeby przyjechał na Nabrzeże Rzeźników, Colley, mimo wątpliwości postanawia spotkać się z nim w umówionym miejscu. Kiedy okazuje się, że Gavin nie dotarł na spotkanie, stojący przed magazynem Jonah wybiera jego numer, a ...
00
Tomsi84

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna książka, warto przeczytać... chociaż tęskniłam za Hunterem i rozkładającymi się zwłokami 😉
00

Popularność




Rozdział 1

Zro­zu­miał, że ma kło­poty, dopiero kiedy poczuł zapach krwi. Na nabrzeżu pano­wał cał­ko­wity mrok. Latar­nie nie dzia­łały, przez co nisz­cze­jące maga­zyny stały pogrą­żone w ciem­no­ści jak zapo­mniane relikty poprzed­niej epoki. W świe­tle reflek­to­rów sta­rego saaba oko­lica wyglą­dała jak opusz­czone indu­strialne mia­steczko. Patrząc przez przed­nią szybę, Jonah przy­po­mniał sobie po raz kolejny, że cho­ciaż spę­dził w Lon­dy­nie więk­szość życia, mia­sto wciąż skry­wało zaka­marki, o któ­rych ist­nie­niu nie wie­dział. I nie chciał wie­dzieć, jeśli wszyst­kie miały wyglą­dać jak to miej­sce.

Nie­ła­two było tu tra­fić. Nabrzeże znaj­do­wało się na wylud­nio­nym odcinku Tamizy, nie­za­go­spo­da­ro­wa­nym brzegu, któ­rego nazwa nawet nie wyświe­tlała się na mapie. Wska­zówki, które otrzy­mał, były mętne, kilka razy musiał wra­cać po swo­ich śla­dach, kiedy kolejna uliczka oka­zy­wała się pro­wa­dzić doni­kąd. Teraz zapar­ko­wał na skrawku poro­śnię­tego chwa­stami bez­droża naprze­ciwko dłu­giej ściany z cegieł. Po prze­ciw­nej stro­nie rzeki jak bry­lanty lśniły jasne świa­tła dro­gich apar­ta­men­tów, barów i restau­ra­cji. Tutaj nato­miast pano­wała ciem­ność. Sze­roko zakro­jona moder­ni­za­cja objęła resztę doków, ale z jakie­goś powodu omi­nęła ten pod­mo­kły ślepy zaułek. Żadna nie­spo­dzianka, bio­rąc pod uwagę, jak nazy­wało się to miej­sce. Jonah myślał z początku, że to żart, ale nie, jed­nak nie. Dowód, pordze­wiała tabliczka z nazwą ulicy, wisiał tuż przed jego oczami:

„Nabrzeże Rzeź­ni­ków”.

Jesz­cze kilka godzin wcze­śniej sie­dział przed pubem z kole­gami z zespołu, cie­sząc się let­nim wie­czo­rem po tre­ningu na strzel­nicy. Tele­fon zadzwo­nił, aku­rat kiedy stał przy barze. Nie znał numeru i o mały włos nie odrzu­cił połą­cze­nia. Ale ludzie przed nim wciąż cze­kali na swoją kolejkę, więc po chwili ode­brał.

– Jonah? To ja. – I wtedy, na wypa­dek gdyby zapo­mniał: – Gavin.

Cho­ciaż ostat­nio sły­szał ten głos pra­wie dzie­sięć lat temu, poczuł nagle, jakby to było wczo­raj.

– Jesteś tam?

Jonah prze­szedł do spo­koj­niej­szej czę­ści knajpy, zapo­mi­na­jąc o alko­holu.

– Czego chcesz?

– Potrze­buję pomocy.

Żad­nego „jak się masz?”, żad­nego „kopę lat!”. Poczuł, że mimo­wol­nie zaci­ska szczęki.

– I dla­czego dzwo­nisz z tym do mnie?

– Bo tylko tobie mogę zaufać.

Z zasko­cze­nia ode­brało mu mowę.

– Chyba muszę usły­szeć nieco wię­cej.

Cisza.

– Spie­przy­łem. Wszystko pomy­li­łem. Wszystko…

– O czym ty mówisz?

– Wyja­śnię ci, jak przy­je­dziesz.

– Jezu, nie myślisz chyba, że…

– Stary maga­zyn na połu­dnio­wym brzegu, miej­sce nazywa się Nabrzeże Rzeź­ni­ków – wyrzu­cił z sie­bie jed­nym tchem Gavin. – Nie wyświe­tla się w nawi­ga­cji, prze­ślę ci namiary. Ostatni budy­nek. Będę cze­kał na cie­bie na zewnątrz o pół­nocy.

– O pół­nocy? Poważ­nie?

– Zro­zu­miesz, jak przy­je­dziesz. – I wtedy Gavin wypo­wie­dział słowo, któ­rego Jonah nie sły­szał od niego ni­gdy, nawet kiedy jesz­cze się przy­jaź­nili: – Pro­szę.

Połą­cze­nie się urwało. „Cho­lera”.

– W porządku?

To był Khan, drugi sier­żant z SCO19, jed­nostki kontr­ter­ro­ry­stycz­nej poli­cji metro­po­li­tal­nej. Potężne bary i kark miał nabrzmiałe od mię­śni, a ręce i klatka pier­siowa nie­mal roz­sa­dzały biały pod­ko­szu­lek. Jonah raz widział, jak kop­nia­kiem wywa­żył drzwi, które pole­ciały – razem ze sto­ją­cym za nimi nożow­ni­kiem – na drugi koniec pokoju. Poza służbą był jed­nak rodzin­nym czło­wie­kiem, do któ­rego każdy mógł przyjść ze swo­imi pro­ble­mami.

Jonah scho­wał tele­fon do kie­szeni i poki­wał głową.

– Mhm, taki gość, z któ­rym od dawna nie roz­ma­wia­łem.

– Kło­poty?

Nie wie­dział, jak odpo­wie­dzieć.

– To pew­nie nic. Ale brzmiał jak…

Prze­rwał, kiedy ktoś klep­nął go w plecy.

– Nie mia­łeś stać przy barze? Kurwa, uwa­rzy­ła­bym to piwo szyb­ciej.

Jonah obró­cił się do krę­pej kobiety patrzą­cej na niego z dołu z gry­ma­sem nie­za­do­wo­le­nia. Nolan czę­sto się to zda­rzało. Poli­cjantka była kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów niż­sza od niego i led­wie się­gała Kha­nowi do ramie­nia, ale jeśli przy­szłoby co do czego, żaden z nich raczej nie miałby szans. Zwłasz­cza kiedy wypa­dała ich kolej na przy­nie­sie­nie alko­holu.

– Roz­ma­wiamy – powie­dział Khan, rzu­ca­jąc jej spoj­rze­nie sier­żanta.

– Dobra. – Namy­śliła się przez chwilę. – Daj kasę, to zamó­wię.

Jonah par­sk­nął śmie­chem.

– Jest okej, już idę.

– Na pewno? – dopy­tał Khan.

– Jasne. – Wzru­szył ramio­nami. – To pew­nie i tak nic.

W dro­dze do baru pró­bo­wał prze­ko­nać o tym sam sie­bie. W cokol­wiek wpa­ko­wał się Gavin, mógł zała­twić to sam. Jonah nie był mu nic winien. Abso­lut­nie, kurwa, nic.

A jed­nak roz­mowa nie dawała mu spo­koju. Nawet kiedy już przy­niósł piwa do sto­lika, cały czas wra­cał do tego, co powie­dział Gavin.

„Tylko tobie mogę zaufać”.

Kie­dyś to mogła być prawda. Swego czasu Jonah powie­działby to samo. Znał Gavina od zawsze. Naj­lepsi przy­ja­ciele w szkole, razem wstą­pili do poli­cji i razem prze­szli przez aka­de­mię, po czym dostali przy­dział do tego samego rejonu. Gavin zawsze był tym bar­dziej otwar­tym, łatwo doga­dy­wał się z ludźmi, a wiecz­nym uśmie­chem masko­wał dziką potrzebę rywa­li­za­cji. Miesz­kali razem nawet po tym, jak Gavin zdał egza­min na detek­tywa i dołą­czył do wydziału docho­dze­niowo-śled­czego, w któ­rym zaj­mo­wał się spra­wami zwią­za­nymi ze strę­czy­ciel­stwem oraz prze­stęp­czo­ścią zor­ga­ni­zo­waną. Przez moment Jonah rów­nież roz­wa­żał zosta­nie detek­ty­wem. Prze­ło­żeni powta­rzali, że ma odpo­wied­nie zdol­no­ści, i zachę­cali go do przy­stą­pie­nia do kursu. Ale z jakie­goś powodu – może dla­tego, że nie lubił, kiedy ktoś go do cze­goś nama­wiał – prze­szedł rygo­ry­styczne szko­le­nie wyma­gane do przy­ję­cia do eli­tar­nego SCO19. Gavin kpił z jego decy­zji, twier­dząc, że Jonah był uza­leż­niony od adre­na­liny. Mimo to przy­jaź­nili się dalej. A kiedy Jonah zaczął uma­wiać się z Chris­sie, a Gavin poznał Marie, cała czwórka stwo­rzyła zżytą grupę. Wypady na mia­sto, wspólne waka­cje. Dobre czasy.

Ale to było lata temu. W innym życiu. Dla­czego więc Gavin wyska­ki­wał jak filip z konopi i aku­rat teraz pro­sił go o pomoc? Dwie rze­czy, któ­rych ni­gdy Gavi­nowi nie bra­ko­wało, to pew­ność sie­bie i zna­jomi. Musiał być naprawdę zde­spe­ro­wany, skoro zadzwo­nił do Jonaha – i w osta­tecz­nym roz­ra­chunku to prze­wa­żyło szalę. Ponie­waż nie­ważne, jak usil­nie pró­bo­wał to zlek­ce­wa­żyć, wciąż wra­cał myślami do jed­nej rze­czy.

Gavin wyda­wał się prze­ra­żony.

I tak, po tym, jak wytłu­ma­czył się przed wszyst­kimi, Jonah wyszedł z pubu i ruszył w kie­runku auta.

A teraz tkwił tutaj, na opusz­czo­nym nabrzeżu pośrodku niczego. Zga­siw­szy sil­nik, wyjął latarkę ze schowka saaba i wysiadł z auta. Audi – zało­żył, że nale­żało do Gavina – stało nie­da­leko, ale poza tym nie widział śladu życia. Zaro­śnięta ścieżka pro­wa­dziła do pogrą­żo­nych w ciem­no­ści ogrom­nych pustych maga­zy­nów i budyn­ków prze­my­sło­wych, zza któ­rych widać było rzekę błysz­czącą w świe­tle sierpu księ­życa. Jonah włą­czył latarkę i ruszył w tamtą stronę.

Ścieżka dopro­wa­dziła go do wąskiej alejki bie­gną­cej mię­dzy budyn­kami poza­bi­ja­nymi dechami. Na jed­nym wciąż stra­szył duch sta­rego szyldu: „Gar­bar­nia Jol­leya. Naj­lep­sze skóry”. W innych mie­ściły się rzeź­nie pro­wa­dzące sprze­daż hur­tową lub zakłady prze­twór­stwa mię­snego, pod­czas gdy ogromna, przy­po­mi­na­jąca han­gar kon­struk­cja oka­zała się uboj­nią. Nabrzeże Rzeź­ni­ków jak się patrzy.

Było to nie­po­ko­jące miej­sce na nocną wizytę. Jonah zwy­kle nie miał pro­blemu z ciem­no­ścią, ale zdał sobie sprawę, że idąc wąską aleją, uważ­nie nasłu­chuje. Ulżyło mu, kiedy dotarł do jej końca i wyszedł nad brzeg. Woda chlu­po­tała gło­śniej. Obtłu­czone kawałki bruku wysta­wały spod popę­ka­nego asfaltu, wil­gotne powie­trze cuch­nęło słoną wodą, gni­ją­cymi wodo­ro­stami i ropą. Kilka przy­cu­mo­wa­nych razem barek pod­ska­ki­wało w nie­rów­nym ryt­mie w czar­nej jak smoła toni. Ciszę prze­ry­wały głu­che ude­rze­nia i skrzy­pie­nie, kiedy łodzie ocie­rały się o sie­bie. Naj­więk­sza została przy­wią­zana nieco z boku. Kiedy Jonah prze­cho­dził obok niej, usły­szał nagłe syk­nię­cie. Prze­stra­szony pode­rwał latarkę, ale uspo­koił się, kiedy zoba­czył kota. Brudne stwo­rze­nie tkwiło w ciem­nym luku, sku­lone bojowo nad reszt­kami bur­gera. Jedno oko nie otwie­rało się do końca z powodu jakie­goś urazu. Dru­gie, w któ­rym odbi­jało się świa­tło latarki, patrzyło na niego zło­wrogo. Kot par­sk­nął ostrze­gaw­czo.

– W porządku, jedz go sobie – mruk­nął Jonah, odwra­ca­jąc się. Snop świa­tła padł na ozdobny napis wyma­lo­wany na dzio­bie: „The Oracle”. Nazwę czę­ściowo zasła­niała opona przy­wią­zana do burty w roli odbi­ja­cza. Kiedy Jonah oświe­tlił to miej­sce, jesz­cze jedno syk­nię­cie przy­po­mniało mu, że wciąż nie jest tu mile widziany.

– Idę, idę.

Błoto mla­skało pod butami. Widział przed sobą koniec nabrzeża – samotny maga­zyn, z dwóch stron oto­czony wodą. Do połowy zasła­niał go szkie­let rusz­to­wa­nia, z któ­rego zwi­sała postrzę­piona pla­sti­kowa folia. Ogro­dze­nie z powy­gi­na­nej meta­lo­wej siatki blo­ko­wało dal­szą drogę.

Nikogo tu nie było.

Jonah zaklął i spraw­dził godzinę. Pra­wie dzie­sięć po pół­nocy. Spóź­nił się, ale nie tak bar­dzo. Zasta­na­wiał się, czy Gavin mógł odpu­ścić i odje­chać, ale wtedy przy­po­mniał sobie o zapar­ko­wa­nym nie­da­leko audi. Fakt – tylko przy­pusz­czał, że nale­żało do Gavina, ale nie umiał sobie wyobra­zić, że ktoś inny prze­by­wał tutaj o tej porze.

Więc gdzie on się podział?

Poświe­cił dookoła latarką, ale oko­lica pozo­sta­wała upo­rczy­wie ciemna i nie­ru­choma. Minuty mijały, z ner­wów coś ści­snęło Jonaha w żołądku. Dwa­dzie­ścia po wybrał numer, z któ­rego dzwo­nił Gavin. „Odbierz, Gavin”, pomy­ślał, kiedy w słu­chawce zabrzmiał sygnał połą­cze­nia. W tym samym momen­cie usły­szał inny dźwięk, tym razem dużo słab­szy. Za sobą.

Docho­dził z maga­zynu.

Jonah odwró­cił się i popa­trzył na siatkę. Kiedy ode­zwała się poczta gło­sowa, z nie­oświe­tlo­nego budynku dobiegł ostatni dźwięk; potem nastała cisza. To coś w żołądku ści­snęło go jesz­cze bar­dziej, gdy ponow­nie wybie­rał numer. Samotny dzwo­nek roz­brzmiał znowu i tym razem nie było żad­nych wąt­pli­wo­ści – docho­dził ze środka maga­zynu.

„Jasna cho­lera…”

Zakoń­czyw­szy połą­cze­nie, Jonah wpa­try­wał się w pogrą­żony w mroku budy­nek. Nie­wi­doczny w cało­ści spod rusz­to­wa­nia masyw skła­dał się z samych ostrych kątów i cieni. Zasta­na­wiał się nad zgło­sze­niem tego, ale jeśli Gavin był ranny, cze­ka­nie na jakie­kol­wiek wspar­cie trwa­łoby zbyt długo. I wciąż ist­niała szansa, że mógłby to być fał­szywy alarm. Odno­sił jed­nak wprost prze­ciwne wra­że­nie i w końcu doszedł do wnio­sku, że nie ma wyboru.

Będzie musiał tam wejść.

– Jezu, Gavin… – wyszep­tał.

Pośrodku ogro­dze­nia wzno­siła się wysoka meta­lowa brama zamknięta na solid­nie wyglą­da­jącą kłódkę, ale nieco dalej Jonah zna­lazł dziurę w siatce na tyle dużą, że udało mu się przez nią prze­ci­snąć. Prze­szedł po popę­ka­nym asfal­cie do maga­zynu i odgar­nął folię, która zasła­niała potężne drzwi przy­po­mi­na­jące wej­ście do han­garu. Te były zamknięte, ale z boku znaj­do­wały się kolejne. Spró­bo­wał i otwo­rzyły się, a nie­na­oli­wione zawiasy zaskrzy­piały.

Zaświe­cił latarką do środka. Świa­tło ginęło w ogrom­nej prze­strzeni poprze­ty­ka­nej podob­nymi do dźwi­ga­rów sta­lo­wymi fila­rami, które zni­kały gdzieś pod sufi­tem.

– Gavin, jesteś tu?

Głos roz­szedł się echem, które zamil­kło po chwili. W maga­zy­nie pano­wała ciem­ność i wil­goć, powie­trze było cięż­kie od nie­mal kościel­nej ciszy. Się­gnął po tele­fon i wybrał numer Gavina. Dzwo­nek brzmiał zaska­ku­jąco gło­śno. Źró­dło dźwięku znaj­do­wało się jesz­cze dalej w głębi maga­zynu. Idąc w jego stronę, za jed­nym z fila­rów dostrzegł słabą poświatę. Tele­fon leżał na ziemi, Jonah zoba­czył na ekra­nie swoje imię. Wyświe­tlacz zamru­gał i dzwo­nek ucichł.

„Chry­ste, Gavin, w co ty się, do cho­lery, wpa­ko­wa­łeś? I mnie?”

Poświe­cił latarką dookoła. Chro­po­wate drew­niane belki, worki z wap­nem i cemen­tem oraz rolki prze­zro­czy­stego pla­stiku leżały poroz­wa­lane po jed­nej stro­nie, ale ni­gdzie nie widział Gavina. Nagle pro­mień padł na coś na ziemi. Otwarta poli­cyjna legi­ty­ma­cja, obok małej foto­gra­fii wid­niało nazwi­sko i sto­pień wła­ści­ciela.

Sier­żant Gavin McKin­ney.

Dostrzegł na niej ciemną smugę i poczuł, jak żołą­dek wywraca mu się do góry nogami, gdy zro­zu­miał, co to jest. Dopiero wtedy zauwa­żył plamy na kamien­nych pły­tach. Lśniły jak ropa, ale Jonah wie­dział, że to nie to. Poczuł to: słaby, ale nie­da­jący się pomy­lić z niczym zapach.

Meta­liczna woń krwi.

Czarne roz­bry­zgi ukła­dały się w trop, który zni­kał w ciem­no­ściach. Z walą­cym ser­cem ruszył za nim. Plamy zni­kały za podwój­nymi drzwiami zamon­to­wa­nymi w nie­otyn­ko­wa­nej cegla­nej ścia­nie. Odma­lo­wany od sza­blonu napis ładow­nia łusz­czył się na jed­nym ze skrzy­deł. Drzwi były uchy­lone, a duża nie­za­trza­śnięta kłódka zwi­sała luźno z wrze­cią­dza. Jonah się zawa­hał. Naj­roz­sąd­niej byłoby się wyco­fać, wezwać nie­bie­skich i pozwo­lić mun­du­ro­wym oraz ratow­ni­kom spraw­dzić, co znaj­do­wało się po dru­giej stro­nie.

Ale do tego czasu Gavin mógł być już mar­twy.

Popchnięte lekko drzwi otwo­rzyły się z jękiem. Wszedł szybko do środka, gotowy do odpar­cia ataku, macha­jąc dookoła latarką. Nic się nie wyda­rzyło. Pro­mień oświe­tlał dłu­gie, wąskie pomiesz­cze­nie. Z pod­wie­szo­nych pod sufi­tem pordze­wia­łych koło­wro­tów zwi­sały cięż­kie łań­cu­chy. Za nimi znaj­do­wały się potężne, roz­su­wane drzwi ze sta­rego drewna z czar­nymi meta­lo­wymi wspor­ni­kami. Musiały wycho­dzić na pomost, gdzie pod­pły­wano łodziami, by dostar­czyć lub ode­brać towar.

– Gavin?

Woda kapała gdzieś w ciem­no­ści z melo­dyj­nym „kap”, ale nie usły­szał odpo­wie­dzi. Zapach krwi był tu sil­niej­szy, mie­szał się jesz­cze z czymś. Mdląco słod­kim, zwie­rzę­cym feto­rem. Jonah skie­ro­wał latarkę na pod­łogę, żeby zoba­czyć, dokąd pro­wa­dzą ślady. Snop świa­tła prze­mknął obok prę­tów rusz­to­wa­nia i sterty pomię­tej folii, po czym padł na coś innego.

Nogi.

Jonah pod­biegł tam i zatrzy­mał się. Patrzył na ciało męż­czy­zny leżą­cego twa­rzą do ziemi na dużym kawałku pla­stiku. Ręce miał skrę­po­wane za ple­cami try­tytką, kolejną pętlę zauwa­żył na wyso­ko­ści kostek, przy sto­pach. Jonah nie widział jego twa­rzy, ale nawet po dzie­się­ciu latach roz­po­znał smu­kłą syl­wetkę i ciemne krę­cone włosy. Włosy, które teraz lepiły się od krwi. Czarna w świe­tle latarki obfita kałuża wyle­wała się z prze­zro­czy­stej folii na kamienne płyty jak mroczna aure­ola.

Jonah odzy­skał mowę.

– Gavin?

Nic. Ciało Gavina pozo­sta­wało wymow­nie nie­ru­chome. Mię­dzy ciem­nymi wło­sami dostrzegł blade odłamki kości i zmiaż­dżo­nej tkanki, ale nie zauwa­żył, żeby krew wciąż pły­nęła. Ta na pla­stiku i pod­ło­dze zaczęła już krzep­nąć. Mimo wszystko musiał się upew­nić. Ostroż­nie, by nie dotknąć krwi, uklęk­nął i wyma­cał miej­sce na szyi Gavina, tuż pod jego szczęką. Skóra była zimna i zwiot­czała, wyczu­wał pod pal­cami jedno- lub dwu­dniowy zarost, ale nie puls.

Otę­piały wypro­sto­wał się i cof­nął kilka kro­ków. Jakiś dźwięk spra­wił, że natych­miast się obró­cił. Nikogo tam nie było, za chwilę o zie­mię ude­rzyła kolejna kro­pla wody. Wypu­ścił powie­trze. Nie miał już żad­nych wąt­pli­wo­ści, co powi­nien zro­bić. Był na miej­scu zbrodni. Musiał się stąd zabrać i zgło­sić to, żeby nie zanie­czy­ścić wszyst­kiego jesz­cze bar­dziej.

Pró­bu­jąc odciąć się od tego, co zoba­czył, spraw­dził tele­fon. Brak zasięgu. Ten nale­żący do Gavina dzwo­nił w głów­nej hali, więc to pew­nie gruba ściana ładowni blo­ko­wała sygnał. Szedł już w stronę drzwi, kiedy zatrzy­mał go kolejny odgłos. Był zbyt cichy, żeby od razu go umiej­sco­wić, ale tym razem miał pew­ność, że to nie woda. Sta­nął, nasłu­chu­jąc. Z początku sły­szał jedy­nie krew pul­su­jącą mu w uszach, ale potem dźwięk roz­legł się znowu. Tym razem wyraź­niej.

Sze­lest pla­stiku.

Odwra­ca­jąc się w stronę sterty folii leżą­cej kilka metrów dalej, Jonah poczuł, że dostaje gęsiej skórki. Dopiero teraz zoba­czył, że to nie była jedna wielka sterta, ale trzy duże zwoje. To mogły być odpady budow­lane, ale w świe­tle latarki przy­po­mi­nały coś innego.

Kokony.

Zbli­żył się do nich jak w tran­sie. Każdy rulon miał jakieś pół­tora do metra osiem­dzie­się­ciu dłu­go­ści i okle­jony był czarną taśmą napraw­czą. Były zaku­rzone, pokryte bia­łym pyłem, przez który nie można było doj­rzeć, co jest w środku, ale Jonah nagle uświa­do­mił sobie, skąd docho­dził cuch­nący, zwie­rzęcy odór, który poczuł wcze­śniej.

Zwłoki Gavina nie były jedy­nym cia­łem w tym pomiesz­cze­niu.

„Zabie­raj się stąd! Już!” Jonah zaczął się wyco­fy­wać, ale w tym samym momen­cie usły­szał coś jesz­cze. Łagodny, łamiący się szept. Zoba­czył, że w leżą­cym na wierz­chu zwoju polu­zo­wał się róg folii. Pocią­gnął za pla­stik. Dopiero wtedy dostrzegł ukrytą pod kolej­nymi war­stwami folii twarz.

Kiedy Jonah wpa­try­wał się w zna­le­zi­sko, usta otwo­rzyły się, zasy­sa­jąc pla­stik.

Odsko­czył do tyłu. Naj­pierw poczuł prze­możną chęć ucieczki, dopiero potem włą­czył się roz­są­dek. Przy­naj­mniej jedna z tych osób jesz­cze żyła.

Nie na długo.

– Spo­koj­nie, wycią­gnę cię – powie­dział Jonah, szar­piąc się z folią. Kolejne war­stwy zostały okle­jone dłu­gimi paskami taśmy kle­ją­cej. Siło­wał się z pla­sti­kiem, pró­bu­jąc go roze­rwać albo cho­ciaż zna­leźć kra­wędź, za którą mógłby zła­pać, ale były zbyt mocno ści­śnięte. Znie­kształ­cona twarz wyglą­dała, jakby zna­la­zła się pod wodą, prze­zro­czy­sta folia to kur­czyła się, to wydy­mała. Ale każdy kolejny ruch był coraz słab­szy. Wycią­gnął klu­czyki od auta i spró­bo­wał prze­bić pla­stik ostrą kra­wę­dzią. Mate­riał naj­pierw sta­wił opór, ale potem ustą­pił z deli­kat­nym trza­skiem. Jonah roz­darł otwór pal­cami, a folia roze­szła się ze świ­stem jak roz­pi­nany suwak.

Zdo­łał odsło­nić połowę twa­rzy. Usta były czę­ściowo otwarte, ale nie dostrzegł żad­nego ruchu ani reak­cji. „No dalej, pro­szę, oddy­chaj”, zakli­nał Jonah, wal­cząc z kolej­nymi war­stwami.

Nagle usta zaka­słały i otwo­rzyły się sze­rzej, spa­zma­tycz­nie nabie­ra­jąc powie­trza. Spod roz­dar­tej folii wyło­niła się głowa oto­czona gęstymi czar­nymi lokami. Młoda kobieta. „Pra­wie nasto­latka”, pomy­ślał Jonah, choć trudno było mieć pew­ność. Krew zaschła jej na skó­rze, która miej­scami była podraż­niona oraz pokryta pęche­rzami i tym samym bia­łym pyłem co na folii. Twarz dziew­czyny wykrzy­wiała się w gry­ma­sie bólu i prze­ra­że­nia, ale żadne z nich, ani nawet ciem­ność, nie mogły ukryć osza­ła­mia­ją­cej urody, która czy­niła ten widok jesz­cze bar­dziej gro­te­sko­wym. Żału­jąc, że nie może podać jej wody, Jonah dalej roz­dzie­rał folię, igno­ru­jąc smród wydo­by­wa­jący się spod splą­ta­nego pla­stiku. Dziew­czyna kasłała, wal­cząc o oddech, a on ode­zwał się do niej:

– Nic ci nie grozi. Jestem poli­cjan­tem, zabiorę cię stąd, okej?

Z jej gar­dła wydo­był się słaby płacz­liwy dźwięk, a potem powie­działa coś w języku, któ­rego Jonah nie roz­po­znał. Brzmiał jak arab­ski.

– Prze­pra­szam, ale nie rozu­miem. Po pro­stu nie ruszaj się, żebym mógł cię wydo­stać.

– …boli…

– Wiem, sta­ram się, jak mogę – uspo­koił ją. „Niech mówi”. – Jak masz na imię?

Wymam­ro­tała coś, ale nie usły­szał. Chry­ste, tra­cił ją.

– Na… Nad­ine.

– Hej, Nad­ine. Jestem Jonah.

Mówił ze spo­ko­jem, do któ­rego było mu daleko. Nagle, w całym tym pośpie­chu, poczuł coś jesz­cze. Skóra na dło­niach zapie­kła go i dopiero wtedy zauwa­żył, że ma na rękach pro­szek z folii. Zabru­dzone miej­sca pokryły się czer­wo­nymi pla­mami. Przy­po­mniał sobie worki z mate­ria­łami budow­la­nymi sto­jące na zewnątrz i uświa­do­mił sobie, co to jest.

Wapno palone.

„Chry­ste”. Pył mógł wyżreć skórę i mię­śnie do kości, a kobieta była nim pokryta w cało­ści. Musiała cier­pieć męki. Do Jonaha dotarło, że potrze­bo­wała pomocy, któ­rej on sam nie potra­fił jej udzie­lić. Spraw­dził tele­fon, ale wciąż nie miał zasięgu. Nie chciał nawet o tym myśleć, ale wie­dział, co powi­nien zro­bić.

– Nad­ine, będę musiał wyjść na zewnątrz, żeby wezwać pomoc – powie­dział, choć nie był pewien, czy go rozu­mie. – Wrócę tak szybko jak się da, okej? Zosta­wię ci latarkę.

Poło­żył ją na pod­ło­dze; nie mógł zosta­wić mło­dej kobiety samej w ciem­no­ści. Jęk­nęła znowu, coraz bar­dziej pobu­dzona. Jonah zasta­na­wiał się, czy miała halu­cy­na­cje, ale zaczer­wie­nione oczy patrzyły przy­tom­nie i z prze­ra­że­niem. Na niego. Nie, nie na niego, zro­zu­miał.

Za niego.

Usły­szał ciche kroki i obró­cił się, pod­no­sząc ręce do gardy. Za późno. Coś odtrą­ciło je i ude­rzyło go w głowę. Roz­błysk świa­tła i bólu, lek­kość upadku.

A potem nic.

Rozdział 2

Zardze­wiałe łań­cu­chy pobrzę­ki­wały w ciem­no­ści jak stara dzie­cięca huś­tawka. Nie­re­gu­larny, ury­wany dźwięk nie dawał Jona­howi spo­koju. Spró­bo­wał uciec w mrok, z dala od okrop­nego skrzy­pie­nia i tego, co się z nim wią­zało. Ale w ten spo­sób tra­fił do tunelu peł­nego mar­twych liści. „Nie, nie, nie”. Czuł, że ktoś z nim jest, znał go. „Gavin”. W ciem­no­ści głos brzmiał jak szept. „Kiedy raz coś stra­cisz, ni­gdy tego nie odzy­skasz”.

Ryt­miczny brzęk łań­cu­chów odbi­jał się echem w jego gło­wie. Jonah czuł, jak zbiera mu się na wymioty, było mu nie­do­brze, miał wra­że­nie, że wiruje. Chry­ste, dla­czego tak bar­dzo bolała go głowa? Na oczach miał coś lep­kiego, przez co nie mógł ich otwo­rzyć. Dopiero po kilku pró­bach udało mu się roze­wrzeć powieki – ale i tak nic nie widział. Wszystko było czarne. Łań­cu­chy umil­kły, ale twarda powierzch­nia, na któ­rej leżał, zatrzesz­czała, jak tylko się poru­szył. Spró­bo­wał usiąść. Nie dał rady. Ręce miał skrę­po­wane za ple­cami, nogi też.

W panice zaczął się mio­tać. Głowa zapul­so­wała jesz­cze moc­niej, więc osu­nął się bez­wład­nie, czu­jąc, jak ogar­nia go fala mdło­ści. Zasta­na­wiał się, czy oślepł. Stop­niowo docie­rały do niego inne nie­przy­jemne wra­że­nia. Pra­gnie­nie. Zimno. Ręce go pie­kły, cały drżał i wszystko go bolało. W noz­drza ude­rzył go uno­szący się w powie­trzu odra­ża­jący smród i nagle wspo­mnie­nia wró­ciły. Maga­zyn. Młoda kobieta pokryta wap­nem palo­nym, na wpół udu­szona, owi­nięta w pla­sti­kową folię, tak jak dwa inne ciała. I Gavin.

Gavin.

To wtedy uświa­do­mił sobie, co się stało. Ktoś pozba­wił go przy­tom­no­ści, a krew z rany zakle­iła mu powieki. A teraz ze zwią­za­nymi dłońmi i sto­pami leżał na – Jezu – płach­cie folii.

Uspo­koił się, sku­pia­jąc na pracy prze­pony i bio­rąc dłu­gie, uspo­ka­ja­jące wde­chy. Panika stop­niowo ustą­piła. Kiedy otwo­rzył oczy, zdał sobie sprawę, że ciem­ność nie była tak abso­lutna, jak mu się wyda­wało. Dostrze­gał jej głę­bię, chyba nawet roz­róż­niał kształty. Obró­ciw­szy głowę – deli­kat­nie, bo każdy ruch gro­ził kolej­nym ata­kiem bólu – zoba­czył bladą, pio­nową linię świa­tła. Były to czę­ściowo otwarte drzwi, praw­do­po­dob­nie te, przez które wszedł. Wtedy dotarło do niego, że świa­tło robiło się coraz jaśniej­sze i że towa­rzy­szyło mu coś jesz­cze.

Kroki.

Jonah zamknął oczy, kiedy drzwi się otwo­rzyły, i poczuł na sobie pro­mień latarki. Leżał nie­ru­chomo, nie śmiąc nabrać powie­trza. Kroki zatrzy­mały się obok niego. Przez zaci­śnięte powieki świa­tło, któ­rym ktoś świe­cił mu pro­sto w twarz, nabrało krwa­wo­czer­wo­nej barwy.

A potem snop prze­su­nął się dalej, a pod powie­kami Jonaha poja­wiły się mroczki. Kroki minęły go, po czym znowu się zatrzy­mały. Kolejne dźwięki: stęk­nię­cie z wysiłku i sze­lest gru­bego pla­stiku. Jonah otwo­rzył oczy i zoba­czył latarkę wyce­lo­waną w coś na ziemi. Syl­wetka, nie­wiele wię­cej niż cień, nale­żała do zwa­li­stej postaci. Gar­biła się nad czymś, ale dopiero kiedy jesz­cze raz usły­szał zawi­ja­nie pla­stiku, zro­zu­miał, co się dzieje.

Postać owi­jała ciało Gavina w folię.

Wez­brała w nim bez­silna furia. Napiął więzy krę­pu­jące mu dło­nie i stopy, po czym zamarł, kiedy pla­stik, na któ­rym sam leżał, zatrzesz­czał. Bar­dzo cicho, ale postać zare­ago­wała. Jonah zaci­snął powieki, kiedy świa­tło latarki omio­tło go ponow­nie. Leżał nie­ru­chomo, jak w jakiejś kosz­mar­nej grze w posągi. „Nie pod­chodź. Pro­szę”.

Potem świa­tło się odda­liło.

Czuł, że się trzę­sie, gdy usły­szał, jak postać wró­ciła do zawi­ja­nia ciała Gavina w folię. Pró­bo­wał leżeć w bez­ru­chu, nie śmiąc nawet drgnąć na zdra­dziec­kim pla­stiku. Ostroż­nie, tak by go nie naru­szyć, spraw­dził więzy. Cokol­wiek krę­po­wało mu kostki, było zało­żone na dżinsy i skar­petki; w nad­garstki wbi­jało mu się za to coś gład­kiego i cien­kiego. Opa­ska zaci­skowa, taka sama, jaką zwią­zany był Gavin. Jonah spró­bo­wał ode­pchnąć od sie­bie ogar­nia­jącą go roz­pacz. Cien­kie try­tytki mogły wyglą­dać na słabe, ale były prak­tycz­nie nie­znisz­czalne. Raz zaci­śnięte, nie dawały się polu­zo­wać.

Z miej­sca, w któ­rym krzą­tała się postać, dobiegł inny dźwięk. Przez na wpół otwarte oczy Jonah zoba­czył, jak odcina kolejny frag­ment folii z rolki i roz­kłada go na pod­ło­dze. Latarka oświe­tlała syl­wetkę od tyłu, a sze­ro­kie plecy zasła­niały Jona­howi widok. Postać dźwi­gnęła z pod­łogi owi­nięty w pla­stik kształt. Dźwięk odkle­ja­nej taśmy, potem kolejne stęk­nię­cie.

Ruchomy pro­mień oświe­tlał tę część ładowni, przez którą syl­wetka cią­gnęła po pły­tach w stronę roz­su­wa­nych drzwi na prze­ciw­le­głej ścia­nie owi­nięte w pla­stik ciało Gavina. Upu­ściw­szy je z głu­chym łosko­tem na zie­mię, postać poło­żyła latarkę obok, po czym znik­nęła w mroku. Naj­pierw roz­legł się dźwięk pocią­ga­nych łań­cu­chów, potem ciężki, meta­liczny zgrzyt, aż w końcu drzwi prze­su­nęły się po szy­nach. Z miej­sca, gdzie Jonah leżał, dostrzegł przez otwór blady pro­sto­kąt noc­nego nieba, usły­szał też miękki plusk wody. Potem postać wytar­gała ciało Gavina na zewnątrz. Dobiegł go ciężki, głu­chy łomot, jakby zostało wrzu­cone do łodzi, po czym postać wró­ciła. Łań­cu­chy zadzwo­niły i zazgrzy­tały pod­czas zamy­ka­nia drzwi. Postać pochy­liła się, by pod­nieść latarkę, a Jonah zamknął oczy, zanim świa­tło skie­ro­wało się w jego stronę.

Kroki wró­ciły do miej­sca, w któ­rym leżał.

Usły­szał nad sobą ciężki oddech. Choć zaci­skał powieki, przed oczami wciąż miał jaskrawą plamę świa­tła. Coś twar­dego wsu­nęło się pod jego ramię. Zmu­sił się, żeby leżeć luźno, kiedy postać spraw­dzała go stopą. „Nie ruszaj się, nie oddy­chaj, nie myśl”.

Świa­tło znik­nęło, postać odcho­dziła.

„Jezu…” Jonah roz­chy­lił powieki, by zoba­czyć, jak pro­mień faluje, zbli­ża­jąc się do drzwi. Zanim znik­nął, dostrzegł na ścia­nie wysoki cień.

A potem znów zapa­dła ciem­ność.

Jonah nie wie­dział, co stało się z jego latarką, ale nie miało to żad­nego zna­cze­nia. Dopiero teraz odwa­żył się nabrać powie­trza i zaczął cią­gnąć za opa­skę na nad­garstku. Spró­bo­wał zigno­ro­wać ból głowy, wie­dząc, że jeśli nie uwolni się teraz, nie uwolni się ni­gdy. Opa­ska ani drgnęła, więc w przy­pły­wie fru­stra­cji wście­kle szarp­nął nad­garst­kami.

Wtedy poczuł, jak pusz­cza.

Jonah znie­ru­cho­miał – nie mógł w to uwie­rzyć. Kiedy naprę­żył więzy po raz kolejny, nic się nie stało. Ale gdy spró­bo­wał wykrę­cić nad­garstki, uży­wa­jąc zarówno obrotu, jak i naprę­że­nia…

Cienki pasek polu­zo­wał się o kolejne kilka mili­me­trów.

Powtó­rzył ruch i w nagrodę zyskał jesz­cze wię­cej swo­body. Opa­ska była albo uszko­dzona, albo wadliwa. Szar­piąc się z całych sił, Jonah poczuł, jak ześli­zguje się, coraz luź­niej­sza i luź­niej­sza.

Obró­cił nad­garstki ostatni raz – był wolny.

Kiedy pod­niósł się i się­gnął do opa­ski na kost­kach, w gło­wie aż mu dud­niło. Roz­cza­ro­wa­nie dopa­dło go, kiedy ta nie chciała luzo­wać się w ten sam spo­sób. Ale ktoś, kto go unie­ru­cho­mił, musiał robić to w pośpie­chu – zało­żył try­tytkę na dżinsy, zamiast na gołe kostki. Jonah wycią­gnął mate­riał spod opa­ski, ale cienka pętla wciąż była zbyt cia­sna. Ścią­gnął skar­petki, buty i spró­bo­wał jesz­cze raz. Pla­stik zsu­nął się dalej i zablo­ko­wał na kości. „Ożeż ty chuju!” Zde­spe­ro­wany, nasłu­chu­jąc, czy kroki nie wra­cają, chciał prze­pchnąć opa­skę na siłę. Ta wżarła się w jego ciało jak obie­raczka do ziem­nia­ków, ale krew uła­twiła sprawę. Po ostat­niej pró­bie i kolej­nej war­stwie zdar­tej skóry mógł się pod­nieść.

Jonah wstał i prak­tycz­nie od razu upadł, bo momen­tal­nie obez­wład­niły go zawroty głowy. Sku­lił się, spu­ścił głowę, w skro­niach czuł pul­so­wa­nie. Kiedy upew­nił się, że nie zwy­mio­tuje ani nie zemdleje, wypro­sto­wał się. Wokół pano­wała kom­pletna ciem­ność. Chciał spraw­dzić, gdzie leżała młoda kobieta, Nad­ine, i dwie pozo­stałe ofiary, ale nic nie widział. A wolał nie ryzy­ko­wać woła­nia jej. Nie­na­wi­dził tej świa­do­mo­ści, nie­na­wi­dził tego, co musiał zro­bić, ale wie­dział, że nie ma wyboru. Jeśli któ­re­kol­wiek z nich miało prze­żyć, Jonah musiał się stąd wydo­stać i wezwać pomoc.

Bosymi sto­pami wyma­cał adi­dasy i szybko je wło­żył. Nie wie­dział, gdzie dokład­nie znaj­do­wały się drzwi, któ­rymi tu wszedł, ale gdyby dotarł do ściany, powi­nien je zna­leźć. Zaczął posu­wać się do przodu z wycią­gnię­tymi rękami i nie­mal natych­miast coś kop­nął.

Zamarł, kiedy przed­miot zaszu­rał po pod­ło­dze. Nie na tyle gło­śno, żeby kto­kol­wiek na zewnątrz mógł to usły­szeć, a Jonah poczuł ukłu­cie eks­cy­ta­cji. „Pro­szę. Pro­szę, niech to będzie to, o czym myślę”. Ukląkł i zaczął szu­kać po omacku.

Nie­bie­ska poświata roz­ja­śniła mrok.

O mało się nie roz­pła­kał. To był jego tele­fon, musiał go upu­ścić, kiedy został zaata­ko­wany. Na­dal nie miał zasięgu, na wszelki wypa­dek wolał też nie włą­czać latarki, ale po tak dłu­gim cza­sie spę­dzo­nym w abso­lut­nej ciem­no­ści pod­świe­tlony ekran lśnił jak latar­nia mor­ska. Jonah pod­niósł apa­rat i blade pomiesz­cze­nie wyło­niło się z mroku. Eufo­ria znik­nęła, kiedy zoba­czył na pod­ło­dze kałużę krwi Gavina i pro­ste linie, tam gdzie spły­wała z folii. Dalej, led­wie widoczne, leżały pozo­stałe ofiary, przy­po­mi­na­jące upior­nie blade kokony. Teraz, skoro miał już czym świe­cić, posta­no­wił spraw­dzić, co z dziew­czyną. Kiedy ruszył w jej stronę, usły­szał na zewnątrz czy­jeś kroki.

Ktoś nad­cho­dził.

„Cho­lera, cho­lera!” Jonah rozej­rzał się za czymś, czego mógłby użyć jako broni, ale niczego nie zna­lazł. Koń­czył mu się czas. Pospie­szył w stronę drzwi i przy­warł pła­sko do ściany. Zga­sił tele­fon, a pomiesz­cze­nie znów pogrą­żyło się w ciem­no­ści. Kroki były coraz bli­żej. Jonah wziął głę­boki oddech, sta­ra­jąc się uspo­koić. „Dasz radę. Tak jak na akcji”. Tylko że w ogóle nie było jak na akcji. Nie miał oddziału, który by go osła­niał, nie mógł wezwać nikogo na pomoc. Był zdany sam na sie­bie. „Nie myśl o tym. Uderz mocno i szybko, zapo­mnij o całej resz­cie”. Przy­go­to­wu­jąc się, wziął głę­boki oddech.

Kroki zatrzy­mały się pod drzwiami.

Jonah miał wra­że­nie, że ogłu­sza go wła­sne bicie serca. Głowa prak­tycz­nie pękała mu z każ­dym ude­rze­niem, ale cze­kał. Usły­szał skrzyp­nię­cie otwie­ra­nych sze­rzej drzwi. Klin świa­tła z latarki omiótł pod­łogę i oświe­tlił kon­tur wej­ścia.

Z sąsied­niego pomiesz­cze­nia dobiegł nosowy oddech. Jonah poczuł na skó­rze muśnię­cie wpra­wio­nego w ruch powie­trza, potem dobiegł go dźwięk prze­stę­po­wa­nia przez próg. Ale obcy nie wyło­nił się zza otwar­tych drzwi. Jonah zoba­czył, jak pro­mień latarki omiata ładow­nię – zanim zdą­żył paść na pustą folię, na któ­rej jesz­cze przed chwilą leżał zwią­zany, Jonah ude­rzył w drzwi całym cię­ża­rem ciała.

Kto­kol­wiek stał po dru­giej stro­nie, był duży. Jonah zaci­snął zęby, głowę prze­szył mu ostry ból, ale usły­szał wypusz­czane powie­trze. Latarka poto­czyła się po pod­ło­dze, a wiru­jący pro­mień roz­ja­śnił ciem­ność. Ode­pchnąw­szy się od drzwi, Jonah wypro­wa­dził kop­nię­cie, ale led­wie musnął postać. Poczuł za to, jak nagle traci oddech, tra­fiony pię­ścią napast­nika. Wpadł na ścianę, wdy­cha­jąc kwa­śny odór prze­po­co­nego ciała. W mroku posy­pały się na niego silne ciosy. Jonah przy­jął więk­szość z nich na pod­nie­sione przed­ra­miona, ale jeden tra­fił go w bok głowy. Udało mu się zamach­nąć łok­ciem i poczuł, jak tra­fia w kość; kiedy sto­jący przed nim czło­wiek odsu­wał się, pod­niósł kolano. Rąb­nął w mię­si­ste udo, zamiast w kro­cze, ale prze­ciw­nik i tak zato­czył się do tyłu. Jona­howi wyda­wało się, że tam­ten upada. Potem usły­szał zgrzyt metalu o kamień – skryta w ciem­no­ści postać pod­nio­sła z ziemi kawa­łek rury od rusz­to­wa­nia. Kop­nął despe­racko, zanim męż­czy­zna zdą­żył wziąć zamach, i poczuł, jak pod­bi­cie stopy zata­pia się w cięż­kim brzu­chu. Usły­szał bole­sne sap­nię­cie.

I wtedy jego rzepka eks­plo­do­wała.

Wrza­snął, ale upa­da­jąc, pocią­gnął osiłka za sobą. Z łosko­tem runęli na kamienną pod­łogę. Prze­ciw­nik był więk­szy i cięż­szy od niego. Jonah ści­snął jego rękę i zablo­ko­wał ją pod sobą. Spró­bo­wał objąć nogami tułów męż­czy­zny, ale lewa odmó­wiła posłu­szeń­stwa. Zaci­snął zęby i wyko­rzy­stał ból jako impuls, po czym obró­cił się i czę­ściowo przy­du­sił więk­szego prze­ciw­nika. Tam­ten wił się jak piskorz, ale Jonah ucze­pił się go kur­czowo. Pięść rąb­nęła go w głowę. Nie puścił, choć był bli­ski utraty przy­tom­no­ści. Z gar­dła męż­czy­zny wydo­by­wały się przy­du­szone gwizdy, on sam szar­pał się coraz bar­dziej gorącz­kowo. „Trzy­maj się, jesz­cze chwilę. Trzy­maj się”. Powta­rzane raz po raz słowa prze­ro­dziły się w man­trę, gdy Jonah powstrzy­my­wał kolejne próby wyswo­bo­dze­nia się jego ofiary.

W któ­rymś momen­cie zdał sobie sprawę, że prze­stała się mio­tać.

Przez chwilę nie pusz­czał. Nie mógł. Miał wra­że­nie, że jego ciało jest zablo­ko­wane, spa­ra­li­żo­wane. Nawet kiedy pró­bo­wał, koń­czyny go nie słu­chały. W końcu zmu­sił się do polu­zo­wa­nia chwytu. Męż­czy­zna osu­nął się i leżał nie­ru­chomo. Jonah prze­wró­cił się na plecy z drżą­cymi mię­śniami, pró­bu­jąc zła­pać powie­trze. Z bólu pra­wie odpły­nął. W uszach sły­szał niskie bucze­nie i sze­lest, jakby w gło­wie trze­po­tały mu skrzy­dła. Ciem­ność zda­wała się nabie­rać głębi. Poczuł, jak się w nią zapada.

„No dalej! Ruszaj się!”

Jonah prze­to­czył się na bok i natych­miast zwy­mio­to­wał. Dał sobie chwilę na doj­ście do sie­bie, potem wyma­cał latarkę na pod­ło­dze i oświe­tlił napast­nika. Męż­czy­zna leżał wykrzy­wiony, z jedną ręką na twa­rzy, jakby pró­bo­wał zasło­nić oczy przed świa­tłem. Na gło­wie miał brudną kurtkę, która pod­wi­nęła się w trak­cie szar­pa­niny. Jonah w napię­ciu obró­cił go na plecy.

Męż­czy­zna prze­to­czył się, ale poza tym nie było żad­nej reak­cji.

Jona­howi zro­biło się słabo. Nie był w sta­nie stwier­dzić, czy męż­czy­zna oddy­cha, czy nie, prze­mknęło mu przez myśl, że mógł go zabić, ale teraz waż­niej­sze było ścią­gnię­cia pomocy. Zaczął się pod­no­sić… Krzyk­nął, gdy kolano ugięło się pod nim, i zwa­lił się z powro­tem na zie­mię. Leżał, oddy­chając ciężko, po czym poświe­cił latarką na uszko­dzoną nogę.

„O kurwa…”

Dżinsy miał prze­siąk­nięte krwią. Kolano było znie­kształ­cone i już zaczęło puch­nąć; Jonah zro­zu­miał, że nie wyj­dzie z maga­zynu o wła­snych siłach. Z tru­dem pod­parł się i usiadł, po czym spraw­dził tele­fon. Zero zasięgu. Przy­tło­czony nie­po­ko­jem i stra­chem, skie­ro­wał latarkę w stronę okry­tych pla­sti­kiem ofiar.

– Nad­ine, sły­szysz mnie?! – zawo­łał, choć głowę roz­dzie­rał mu potworny ból. Brak odpo­wie­dzi. – Idę po pomoc… Wytrzy­maj, okej?

Świe­cił jesz­cze przez moment, mając nadzieję, że zoba­czy jakąś oznakę życia. Kiedy nic się nie wyda­rzyło, zro­zu­miał, że nie może dłu­żej cze­kać. Z latarką w jed­nej ręce ode­pchnął się w stronę ściany i spró­bo­wał pod­nieść się na nogi. Poczuł zawroty głowy i mdło­ści. Nie mógł ustać przez strza­skane kolano, więc osu­nął się z powro­tem po wil­got­nym murze.

„To by było na tyle”. Spoj­rzał na drzwi pro­wa­dzące do głów­nej hali. Wal­cząc, wpa­dli do ładowni, ale wyj­ście nie było aż tak daleko. Jedyne, co musiał zro­bić, to dotrzeć na drugą stronę maga­zynu, z dala od gru­bych kamien­nych ścian – wtedy uda mu się zła­pać sygnał. Tylko kilka metrów, to wszystko. „Nic takiego”.

Ści­ska­jąc latarkę, zaczął czoł­gać się w stronę drzwi, cią­gnąc za sobą ranną nogę. Każdy ruch spra­wiał, że kolano prze­szy­wał obez­wład­nia­jący ból. Staw spuchł tak bar­dzo, że czuł, jak uci­skają go dżinsy, a przez pul­so­wa­nie w gło­wie pra­wie nic nie widział. Te kilka metrów, które dzie­liło go od drzwi, cią­gnęło się w nie­skoń­czo­ność. Raz po raz zatrzy­my­wał się, powstrzy­my­wał wymioty i cze­kał, aż ustąpi łomo­ta­nie w gło­wie. Posu­wał się strasz­li­wie wolno i dopiero kiedy ude­rzył ręką w coś twar­dego, zdał sobie sprawę, że dotarł do drzwi. Pchnął je moc­niej, prze­czoł­gał się przez próg, po czym wygrze­bał tele­fon z kie­szeni.

Brak zasięgu.

„No weź, no…” Jonah oparł czoło o kamienną pod­łogę. Kojąco zimne płyty pach­niały zie­mią i ple­śnią. „Nie byłoby tak naj­go­rzej tu zostać”, pomy­ślał, zamy­ka­jąc oczy. „Tylko kilka minut. Żeby odpo­cząć…”

Pode­rwał się, pewny, że usły­szał za sobą jakiś hałas. W panice skie­ro­wał latarkę z powro­tem na drzwi, spo­dzie­wa­jąc się, że zoba­czy wysoką postać zmie­rza­jącą w jego kie­runku. Niczego nie dostrzegł, ładow­nia wciąż była nie­ru­choma i cicha. Jonah odwró­cił się i zaczął czoł­gać się dalej. Wbił spoj­rze­nie w filar przed sobą, zmu­sza­jąc się, by tam dotrzeć. „Jesz­cze tylko kilka metrów, dasz radę”.

Ale nie dał. Po kilku kolej­nych ruchach zdał sobie sprawę, że dalej się już nie posu­nie. Zasta­na­wiał się, co powi­nien zro­bić. „Wezwać pomoc, to jasne…” Ekran tele­fonu uno­sił się przed nim, ale nie mógł nic z niego wyczy­tać. Postu­kał w ekran zdrę­twia­łymi pal­cami, mam­ro­cząc coś na wypa­dek, gdyby ktoś mógł go usły­szeć. „Pro­szę. Potrze­buję pomocy”. Odpły­wał, szum w jego gło­wie zagłu­szał wszystko inne. Kiedy tra­cił przy­tom­ność, czuł jedy­nie, że musi natych­miast coś zro­bić.

A potem ciem­ność zamknęła się wokół niego.

Rozdział 3

Coś było nie tak z nie­bem. Miało jed­no­lity, przy­bru­dzony biały kolor, a słońce świe­ciło nie­ru­chomo nad jego głową. Nic się na nim nie działo, widział też jakieś cie­nie, ciem­niej­sze miej­sca w rogach. Powoli docie­rało do niego, że nie powinno być żad­nych rogów. To w ogóle nie wyglą­dało jak niebo.

Raczej jak sufit.

Jonah zamru­gał i obli­zał spę­kane usta. Znaj­do­wał się w małym pomiesz­cze­niu. Leżał w łóżku. Bolała go głowa i całe ciało, ale ból zda­wał się przy­tłu­miony, jakby prze­pusz­czony przez watę.

„Gdzie…?”

Niczego nie pamię­tał. Pod­niósł dłoń, zoba­czył rurki i prze­wody wycho­dzące z ciała. Spró­bo­wał pode­przeć się rękami i unieść, ale syk­nął, kiedy ból prze­szył mu kolano. Spoj­rzał w dół – lewa noga wycią­gnięta była na meta­lo­wej kon­struk­cji i opie­rała się na czymś, co wyglą­dało jak skó­rzane poduszki. Od stopy aż po samo udo okry­wał ją gruby biały ban­daż, który ogra­ni­czał jego ruchy. Nie mógł zebrać myśli. „Co, do cho­lery…?” Został ranny pod­czas akcji? Albo w wypadku samo­cho­do­wym? Ponow­nie spró­bo­wał usiąść, ale noga nie chciała się poru­szyć – zamiast tego dotarł do niego jedy­nie kolejny spazm bólu.

– Pocze­kaj, kochany, nie rób tego.

Nie zauwa­żył pie­lę­gniarki sto­ją­cej obok łóżka, na wpół ukry­tej za kro­plówką i moni­to­rami na kół­kach. Skoń­czyła usta­wiać tempo poda­wa­nia leku i sta­nęła tak, by mógł ją dobrze widzieć. Posłała mu pro­fe­sjo­nal­nie wesoły uśmiech.

– Obu­dzi­li­śmy się już? I jak się czu­jemy?

Jonah nie wie­dział. Pró­bo­wał coś sobie przy­po­mnieć, ale czuł jedy­nie panikę i zmie­sza­nie.

– Gdzie…? – Zaschło mu w gar­dle. Prze­łknął, pró­bu­jąc zwil­żyć sobie usta. – Dla­czego…?

– W porządku, jest pan w szpi­talu. Jest pan ranny. Pro­szę pocze­kać, pójdę po panią dok­tor. Wszystko panu wyja­śni.

„Nie, chwi­leczkę…” Jonah nie chciał, żeby wycho­dziła, ale jej już nie było. Leżał spo­cony ze stra­chu. W jego umy­śle ziała dziura, która pochła­niała wszyst­kie myśli, zanim te zdą­żyły się ukształ­to­wać. Zaci­snąw­szy zęby, spró­bo­wał uspo­koić oddech i sku­pić się na lek­kim, wyraź­nym bólu paznokci wbi­ja­nych w spód dłoni.

Drzwi otwo­rzyły się ponow­nie. Do środka weszła pie­lę­gniarka w towa­rzy­stwie kobiety o suro­wej twa­rzy, ubra­nej w nie­bie­ski strój ope­ra­cyjny. Pode­szła do łóżka, a sio­stra zdjęła kartę pacjenta wiszącą w nogach łóżka, gotowa do robie­nia nota­tek.

– Dzień dobry. Dobrze, że już się pan obu­dził – powie­działa nowo przy­była. Mówiła z sil­nym irlandz­kim akcen­tem. – Jestem dok­tor Man­gham, pra­cuję jako kon­sul­tantka i będę się panem opie­ko­wać. Jak się pan czuje?

Serce Jonaha wciąż waliło jak osza­lałe.

– Zdez­o­rien­to­wany – wykrztu­sił.

– To cał­ko­wi­cie zro­zu­miałe. Wiem, że ma pan mnó­stwo pytań, ale czy mógłby pan naj­pierw odpo­wie­dzieć na kilka moich? Tak na począ­tek, może powie mi pan, jak się nazywa?

Przez pełną grozy sekundę lub dwie miał w gło­wie kom­pletną pustkę, dopiero potem poja­wiła się odpo­wiedź.

– Jonah. Jonah Col­ley.

Poki­wała głową, jakby zdał jakiś test.

– A czym zaj­muje się pan na co dzień, Jonah?

– Jestem… jestem poli­cjan­tem. – Powoli, w miarę jak zaczął sobie przy­po­mi­nać, odzy­ski­wał pew­ność sie­bie. – Sier­żan­tem.

– Dobrze. A czy wie pan, gdzie jest?

Jonah rozej­rzał się po pokoju. Nie pamię­tał dla­czego, ale miej­sce było dość oczy­wi­ste.

– W szpi­talu…

– Pamięta pan, jak się tutaj zna­lazł?

Na pierw­sze strzępy wspo­mnień zare­ago­wał paniką. Jonah popa­trzył na swoje dło­nie. Skóra była zaczer­wie­niona i obo­lała.

– Byłem w maga­zy­nie. Na nabrzeżu… zosta­łem zaata­ko­wany. – Teraz wszystko wra­cało do niego kaskadą kosz­mar­nych obra­zów. Gavin i dziew­czyna. Walka. Dotknął rękami głowy, wyczu­wa­jąc szwy i odra­sta­jącą szcze­cinę. – Jezu, co…?

Syk­nął, kiedy się poru­szył, a ból prze­szył kolano.

– Spo­koj­nie – powie­działa lekarka. – Musie­li­śmy prze­pro­wa­dzić ope­ra­cję kolana, więc przez jakiś czas pro­szę nie wyko­ny­wać żad­nych gwał­tow­nych ruchów. Teraz tak: domy­ślam się, że ma pan sporo pytań o wiele rze­czy, więc posta­ram się odpo­wie­dzieć na wszyst­kie doty­czące medy­cyny, a w tym samym cza­sie zro­bimy krót­kie bada­nie. W porządku?

Pie­lę­gniarka już krzą­tała się wokół niego, zapi­na­jąc mu nad łok­ciem rękaw ciśnie­nio­mie­rza.

– Ile tu leżę? – zapy­tał.

– Dwa dni. Pro­szę spoj­rzeć na mój palec – powie­działa, pod­no­sząc go i poru­sza­jąc nim z boku na bok przed jego twa­rzą. – Pamięta pan, co się stało wcze­śniej?

– Nie. – Fala paniki wez­brała w nim po raz kolejny, zamiast wspo­mnień miał w pamięci tylko dziury. – Nie pamię­tam nic, od kiedy… od kiedy tu tra­fi­łem.

– Zda­rza się. Został pan raniony w głowę, rana wyma­gała szy­cia, nastą­piło zła­ma­nie linijne czaszki, które spo­wo­do­wało obrzęk mózgu. Myśle­li­śmy, że będziemy musieli ope­ro­wać, na szczę­ście sam ustą­pił. Okej, teraz niech pan ści­śnie moje palce. Dobrze. Druga ręka.

Jonah bez­wol­nie wyko­ny­wał pole­ce­nia, pró­bu­jąc cokol­wiek z tego zro­zu­mieć.

– Czy będą jakieś dłu­go­trwałe skutki?

– To wła­śnie pró­bu­jemy usta­lić. Ale skany wyglą­dają opty­mi­stycz­nie, a na pod­sta­wie tego, co widzia­łam, nie mar­twi­ła­bym się zbyt­nio. Odniósł pan też kilka innych obra­żeń: ska­le­cze­nia, stłu­cze­nia i popa­rze­nia che­miczne na dło­niach, ale prak­tycz­nie wszyst­kie były powierz­chowne. Może pan naci­snąć prawą stopą na moją dłoń? Z całej siły. O tak. – Wypro­sto­wała się. – Cóż, wygląda na to, że nie ma żad­nego osła­bie­nia mię­śni ani upo­śle­dze­nia rucho­wego. Będziemy musieli prze­pro­wa­dzić wię­cej badań, ale sądzę, że może być pan dobrej myśli. Koor­dy­na­cja oraz siła wydają się w porządku, a jeśli mam być szczera, to wię­cej, niż liczy­li­śmy. Zła­ma­nie czaszki powinno zagoić się samo. Ale praw­do­po­dob­nie jesz­cze jakiś czas będzie pan odczu­wał efekty wstrzą­śnie­nia mózgu: bóle głowy, świa­tło­wstręt, być może lek­kie splą­ta­nie. Może pan być nieco zamro­czony, ale powinno to być tym­cza­sowe.

– Powinno?

– Kon­se­kwen­cje ura­zów mózgu są trudne do prze­wi­dze­nia. Nie­któ­rzy ludzie docho­dzą do sie­bie bar­dzo szybko, inni potrze­bują wię­cej czasu. Ale pro­szę spró­bo­wać się nie mar­twić. Jeste­śmy zado­wo­leni z reak­cji.

„Pro­szę spró­bo­wać się nie mar­twić. Taa, to na pewno zadziała”. Jonah pod­niósł rękę, żeby raz jesz­cze dotknąć szwów na gło­wie, ale się roz­my­ślił.

– A co z kola­nem?

– No wła­śnie. – Lekarka zaci­snęła usta, spo­glą­da­jąc na unie­ru­cho­mioną koń­czynę. – Obra­że­nia były poważne. Pana rzepka… Cóż, doszło do licz­nych pęk­nięć, nie­które frag­menty kości ule­gły prze­miesz­cze­niu. Oprócz tego zerwane ścię­gna i wię­za­dła. Ale dobra wia­do­mość jest taka, że pierw­sza ope­ra­cja poszła dobrze.

Jonah popa­trzył na nogę.

– Pierw­sza ope­ra­cja? Chce pani powie­dzieć, że będzie ich wię­cej?

– Naj­le­piej by było, gdyby poroz­ma­wiał pan o tym z chi­rur­giem orto­pedą. Przyj­dzie póź­niej, żeby omó­wić moż­li­wo­ści. Ale jest pan oczy­wi­ście bar­dzo sprawny, a mię­śnie wokół kolana są dobrze roz­wi­nięte. To na pewno pomoże w reha­bi­li­ta­cji.

Moż­li­wo­ści. Reha­bi­li­ta­cja. Słowa, które zda­wały się w ogóle go nie doty­czyć.

– Kiedy będę mógł wró­cić do pracy?

Lekarka się uśmiech­nęła. Ale był to pro­fe­sjo­nalny uśmiech, który miał odwró­cić jego uwagę.

– Myślę, że w naj­bliż­szym cza­sie nie powi­nien się pan tym kło­po­tać.

Jeśli chciała go pocie­szyć, odnio­sła prze­ciwny rezul­tat.

– Muszę spo­rzą­dzić raport…

– Z pew­no­ścią, jest tu zresztą inspek­tor, który aż pali się, żeby z panem poroz­ma­wiać. Ale to może pocze­kać do jutra.

– Wolał­bym nie cze­kać. – Jonah despe­racko chciał się dowie­dzieć, co wyda­rzyło się w ciągu ostat­nich dwóch dni, i zro­zu­mieć w końcu, co stało się w tam­tym maga­zy­nie.

Uśmiech lekarki stał się bar­dziej kate­go­ryczny.

– On rów­nież, ale oba­wiam się, że decy­zja należy do mnie. Naj­lep­sze, co może pan teraz zro­bić, to odpo­czy­wać.

Jonah o mało nie zaczął się kłó­cić. W gło­wie kłę­biły mu się pyta­nia: o Gavina, dziew­czynę i pozo­stałe ofiary, o nie­zna­nego męż­czy­znę, z któ­rym wal­czył. Ale nagle poczuł się wycień­czony. Kiedy lekarka i pie­lę­gniarka wycho­dziły, zoba­czył coś, co spra­wiło, że momen­tal­nie prze­stał o tym wszyst­kim myśleć. Zanim zamknęły drzwi, Jonah zauwa­żył na kory­ta­rzu umun­du­ro­wa­nego funk­cjo­na­riu­sza. Jezu, posta­wili mu przed salą straż­nika? To nie miało żad­nego sensu. Ale w sumie nic nie miało.

Kiedy Jonah zamknął oczy, miał wra­że­nie, że głos Gavina podąża za nim w głąb ciem­nego tunelu.

„Spie­przy­łem. Wszystko pomy­li­łem. Wszystko…”

Rozdział 4

Dzie­sięć lat temu

– Tata, śpisz?

Spró­bo­wał nacią­gnąć pościel na głowę, ale ktoś mu ją wyrwał. Zamru­gał, kiedy słońce zakłuło go w oczy.

– Tata, budź się!

Drobna rączka uszczyp­nęła go w poli­czek.

– Au! – powie­dział.

– Śpisz?

– Tak.

Usły­szał dziki śmiech.

– Wcale nie!

„Teraz już nie”. Brak snu dawał mu się we znaki. Pra­co­wał do późna i wró­cił do domu już po wscho­dzie słońca. Zamknął oczy.

– Tak, śpię. Śni mi się, że sie­dzi na mnie paskudne potwo­rzy­sko.

Znowu śmiech.

– To nie potwo­rzy­sko, to ja!

– Co za ja?

– Theo!

– Nieee, Theo jest mniej­szy. To na pewno potwór. A wiesz, co spo­tyka potwory, prawda? Zostają pożarte!

Theo pisnął, kiedy Jonah zła­pał go i uda­wał, że odgryza mu ramię. Kiedy pod­eks­cy­to­wany wyma­chi­wał małymi rękami i nogami, nagle otwo­rzyły się drzwi do sypialni.

– Nie­do­brze mu będzie, przed chwilą zjadł śnia­da­nie – powie­działa Chris­sie, pod­cho­dząc do szafy. Miała na sobie krótki szla­frok, więc Jonah przez chwilę podzi­wiał jej nogi. Lubił na nią patrzeć, a do głowy przy­szedł mu… Ale zdą­żyła się już ucze­sać, co w słow­niku Chris­sie ozna­czało „łapy przy sobie”. Zresztą nawet gdyby nie musieli brać pod uwagę nad­po­bu­dli­wego czte­ro­latka, w ich mał­żeń­stwie czasy seksu w ciągu dnia minęły już dawno.

– Okej, mistrzu, sły­sza­łeś mamę. – Jonah zdjął Theo z łóżka i posta­wił na ziemi.

– Chcę iść do weso­łego mia­steczka!

– Jakiego mia­steczka?

– Takiego z zam­kiem! Nad morzem!

Nie mogąc przy­po­mnieć sobie żad­nych for­ty­fi­ka­cji ani wybrzeża w pół­noc­nym Lon­dy­nie, Jonah stwier­dził, że wcale nie cho­dziło o praw­dziwe wesołe mia­steczko. Jed­nak Theo rzadko kiedy pozwa­lał, żeby rze­czy­wi­stość ogra­ni­czała jego wyobraź­nię, a Jonah też tego nie chciał. I tak prę­dzej czy póź­niej do tego doj­dzie.

– Zróbmy tak, darujmy sobie dzi­siaj wesołe mia­steczko. Co powiesz na park?

Theo zasta­na­wiał się przez chwilę.

– A będą smoki?

– Ani jed­nego.

– A lata­jące dywany?

– Lata­ją­cych dywa­nów też nie będzie. Ale będą zardze­wiałe huś­tawki i skrzy­piąca karu­zela. A jeśli naprawdę ci się poszczę­ści, może pozwolę ci zedrzeć kolana na zjeż­dżalni.

Kolejny nie­po­ha­mo­wany wybuch śmie­chu.

– Nie!

– Aha, czyli nie chcesz iść do parku?

Theo poki­wał ocho­czo głową.

– Tak!

– No to dobrze. A jeśli chcesz, możemy…

– Theo, mama musi przy­go­to­wać się do pracy. Idź i pooglą­daj bajki – wtrą­ciła się Chris­sie.

– Ale mamoo…

– No już, pro­szę.

Theo popa­trzył na ojca z nadzieją. Jonah uśmiech­nął się do niego smutno.

– Lepiej rób, co mówi mama.

Powłó­cząc sto­pami jak ostat­nie nie­szczę­ście, jego syn powlókł się do drzwi. Jonah pocze­kał, aż wyj­dzie z pokoju.

– Idziesz do pracy? Myśla­łem, że masz dzi­siaj wolne?

Chris­sie grze­bała w szu­fla­dzie.

– Neil popro­sił mnie, żebym przy­szła.

Neil Waverly był star­szym part­ne­rem w kan­ce­la­rii, w któ­rej Chris­sie pra­co­wała na pół etatu. Zaczęła jako ogólna sekre­tarka, ale dwa mie­siące temu została przy­dzie­lona jako oso­bi­sta asy­stentka Waverly’ego. Praw­nik był o kilka lat star­szy od Jonaha i miał już na kon­cie sporo suk­ce­sów. Szyte na miarę kasz­mi­rowe gar­ni­tury masko­wały wydatny brzuch, a włosy cze­sał tak, żeby zakry­wać powięk­sza­jącą się łysinę. Żadna z tych rze­czy nie naru­szała jed­nak jego ego. Od jakie­goś czasu Jonah wyobra­żał sobie twarz tego faceta, kiedy tre­no­wał z wor­kiem.

– No tak, skoro Neil chce, żebyś przy­szła, to nie ma dys­ku­sji, prawda? – mruk­nął. No i dzi­siaj już sobie nie pośpi.

– Nie zaczy­naj.

Nie chciał. Ale nie mógł się powstrzy­mać.

– Nikt inny nie może iść?

– Nie, dla­tego mi płacą. Dodat­kowe pie­nią­dze jakoś ci nie prze­szka­dzają. – Wło­żyła majtki pod szla­frok, zanim go zdjęła. Jonah spró­bo­wał zdła­wić podej­rze­nie, że były nowe. – A zresztą, ja nie narze­kam na to, że ty pra­cu­jesz do późna, tak jak wczo­raj.

„No to jedziemy”. Tyle że Jonah był zbyt zmę­czony, żeby prze­ra­biać od nowa starą kłót­nię. I tak wie­dział, że jej nie wygra.

– Myśla­łem, że spę­dzimy razem rodzinne popo­łu­dnie – powie­dział, kapi­tu­lu­jąc.

– Ja też, ale to musi pocze­kać. Skoń­czę pew­nie późno, więc spo­tkam się z wami od razu w restau­ra­cji. Opie­kunka powinna być o siód­mej.

Jonah zapo­mniał, że tego wie­czoru mieli widzieć się z Marie i Gavi­nem.

– Theo będzie przy­kro, że nie poło­żysz go spać.

– Tylko dzi­siaj. Poza tym i tak będzie­cie się lepiej bawić beze mnie. – Chris­sie się­gnęła za plecy, żeby zapiąć sta­nik. Miał koron­kowe ramiączka. Jonah nie przy­po­mi­nał sobie, żeby wcze­śniej go widział. – I nie uda­waj, że tak nie jest.

– Może powin­naś cza­sem z nami wyjść.

– Może powi­nie­neś ze mnie zejść – odpo­wie­działa, odwra­ca­jąc się.

I wła­śnie tak koń­czyła się wtedy więk­szość ich roz­mów.

Jonah huś­tał Theo na zardze­wia­łej huś­tawce, dopóki ten ze śmie­chu nie naba­wił się czkawki, krę­cił skrzy­piącą karu­zelą, aż sam dostał zawro­tów głowy, i cze­kał, żeby zła­pać drobne ciałko syna, zanim znowu zedrze sobie kolano na zjeż­dżalni. Plac zabaw nie miał do zaofe­ro­wa­nia zbyt wielu atrak­cji: małpi gaj, który powstał, gdy jesz­cze nie obo­wią­zy­wały obecne prze­pisy doty­czące zdro­wia i bez­pie­czeń­stwa, krzywy konik, który gro­ził kata­pul­to­wa­niem jeźdźca, i kręty kawa­łek rury, do któ­rej można było się wczoł­gać, a która bar­dziej nada­wa­łaby się do robót dro­go­wych. Ale żadna z tych rze­czy nie prze­szka­dzała Theo. Dla niego było to magiczne miej­sce, źró­dło eks­cy­ta­cji i śmie­chu, nie­za­leż­nie od popę­ka­nego asfaltu na ścież­kach, roz­ro­śnię­tych rodo­den­dro­nów duszą­cych drzewa i nie­ko­szo­nego traw­nika będą­cego jed­no­cze­śnie polem mino­wym usła­nym psimi odcho­dami.

Patrząc na niczym nie­zmą­coną radość syna, Jonah czuł, jak ucho­dzi z niego napię­cie po sprzeczce z Chris­sie. Zasta­na­wiał się, kiedy świat to znisz­czy. Miał nadzieję, że jesz­cze długo nie.

W parku nie spo­tkali zbyt wielu osób. Week­end był pochmurny. Ludzie skoń­czyli już poranne spa­cery z psami, więc oprócz nich na placu zabaw sie­działa jedy­nie młoda matka z wóz­kiem, zajęta otu­la­niem dziecka kocy­kami. Byłoby faj­niej, gdyby Theo miał się z kim poba­wić, cho­ciaż chło­piec chyba nie miał z tym pro­blemu. Więk­szość jego kole­gów była w szkole, ale ponie­waż jego uro­dziny wypa­dały nieco póź­niej, roz­po­czy­nał naukę dopiero jesie­nią. Mimo to wyglą­dał na cał­ko­wi­cie zado­wo­lo­nego, mru­czał coś do sie­bie w błę­kit­nym ska­fan­drze i czer­wo­nej czapce z pom­po­nem. Jonah cie­szył się, że Theo potra­fił się bawić sam. Chris­sie powta­rzała, że był jak jego ojciec i nie potrze­bo­wał wiele do szczę­ścia.

To nie był kom­ple­ment.

Jonah ziew­nął. W nie­wiel­kiej odle­gło­ści od placu zabaw, na par­ko­wej ławce sie­dział męż­czy­zna w brud­nej woj­sko­wej kurtce. Z wygo­loną głową wyglą­dał jak bez­domny, a w rękach trzy­mał potężną butlę cze­goś, co praw­do­po­dob­nie nie było pepsi. Jonah zauwa­żył go od razu, gdyż nie ufał nikomu – zarówno jako funk­cjo­na­riusz poli­cji, jak i rodzic – kto spę­dzał czas w pobliżu placu zabaw.

Ale męż­czy­zna wyda­wał się nie zwra­cać uwagi na nic poza zawar­to­ścią butelki. Ziew­nąw­szy jesz­cze raz, Jonah uśmiech­nął się do Theo. Policzki chłopca poczer­wie­niały od rześ­kiego powie­trza, a kiedy pró­bo­wał zakrę­cić karu­zelą jesz­cze szyb­ciej, nabrały koloru zro­bio­nej na dru­tach czapki. Jonah powstrzy­mał się od krzyk­nię­cia, żeby uwa­żał. „Nie możesz cały czas trzy­mać go za rękę”.

– Chodź, idziemy już.

– Ooo…

– Nie chcesz nic zjeść?

Po dru­giej stro­nie drzew znaj­do­wała się par­kowa kawiar­nia, do któ­rej zazwy­czaj cho­dzili, malo­wana drew­niana chatka, w któ­rej pach­niało za mocną her­batą i fryt­kami.

Theo się zasta­no­wił.

– Jesz­cze raz na karu­zeli.

– Tylko raz.

– A potem wąż.

Tak Theo nazy­wał tunel. Jonah już wcze­śniej spraw­dził, czy nie leżało tam nic gor­szego od zwię­dłych liści. Ćpuny przy­cho­dziły nocami do parku i nie byłby to pierw­szy raz, gdyby zna­lazł poroz­rzu­cane po oko­licy igły.

Jonah ugiął się, jak zwy­kle.

– Okej, ale tylko pięć minut.

Posa­dziw­szy syna na karu­zeli, Jonah roz­pę­dził ją odpo­wied­nio i wró­cił na ławkę. Wyszcze­rzona twarz Theo migała mu za każ­dym razem, kiedy ten mijał go w smu­gach nie­bie­skiego i czer­wo­nego. Uśmie­cha­jąc się do sie­bie, Jonah ziew­nął jesz­cze raz. Chęt­nie zostałby w domu i poło­żył się wcze­śniej, zamiast wycho­dzić. Ale dobrze będzie znowu zoba­czyć Marie i Gavina. Od ostat­niego wyj­ścia we czwórkę tro­chę już minęło, a wszystko wska­zy­wało na to, że Gavin prze­cho­dził trudny okres w pracy. Nie wda­wał się w szcze­góły, ale z tego, co powie­dział Jona­howi, nale­żał do grupy pro­wa­dzą­cej ope­ra­cję wymie­rzoną w gang szcze­gól­nie bru­tal­nych han­dla­rzy żywym towa­rem i prze­myt­ni­ków nar­ko­ty­ków z Europy Wschod­niej – Rumu­nii lub Rosji. Zda­niem Gavina zbie­ra­nie dowo­dów miało tyle samo sensu co łapa­nie dymu. Jego fru­stra­cja spra­wiała, że Jonah cie­szył się, że wybrał jed­nostkę kontr­ter­ro­ry­styczną. Nie było to ani tro­chę mniej stre­su­jące, ale on prze­waż­nie wie­dział, z kim się mie­rzył.

Jonah prze­tarł oczy. Coś do jedze­nia na pewno posta­wi­łoby go na nogi. Zupa albo kanapka w kawia­rence, potem szybka wycieczka do kaczek i powrót do domu. Gdyby zna­lazł w tele­wi­zji coś, co zaję­łoby Theo, może nawet zła­pałby godzinną drzemkę przed przyj­ściem opie­kunki. To przy­po­mniało mu, że Chris­sie zapo­wie­działa, że będzie późno, a od tego był już z kolei jeden mały krok do tego kuta­fona Neila Waverly’ego. Czy fak­tycz­nie coś mię­dzy nimi było, czy po pro­stu miał para­noję? Instynkt pod­po­wia­dał mu coś innego. A ten z reguły go nie zawo­dził.

Miał nadzieję, że tym razem się mylił.

„Pora­dzimy sobie z tym. Jeste­śmy doro­śli”. Zadrżał od kolej­nego ziew­nię­cia. Chry­ste, ale był zmę­czony. Karu­zela skrzy­piała ryt­micz­nie przy każ­dym obro­cie jak mecha­niczny kon­tra­punkt do kosa śpie­wa­ją­cego w oko­licz­nych drze­wach. Jonah sły­szał, jak prze­rwy mię­dzy fał­szy­wymi dźwię­kami sta­wały się coraz dłuż­sze, kiedy zwal­niała…

Skrzy­pie­nie zamil­kło. Podob­nie kos. Jonah nagle pode­rwał głowę do góry. „Cho­lera, zasną­łem?” Zamru­gał, zda­jąc sobie sprawę, że karu­zela nie poru­sza się ani nie wydaje żad­nego dźwięku.

Nikogo na niej nie było.

– Theo?

Z tunelu dobiegł jakiś hałas. Jonah ode­tchnął z ulgą, a nagłe prze­ra­że­nie znik­nęło, zanim zdą­żyło przy­brać na sile.

– O, nie, Theo znik­nął. Lepiej pójdę do kawia­renki i zjem lody bez niego. – Jonah wstał i pod­szedł do rury. Z uśmie­chem schy­lił się, by do niej zaj­rzeć. – Chyba nie chowa się w…

Spa­ni­ko­wany kos wyfru­nął z tunelu, odstra­sza­jąc go nagłym pode­rwa­niem się do lotu. Jonah wpa­try­wał się w pustą rurę – na odle­głym dru­gim końcu widział okrąg dzien­nego świa­tła. Wypro­sto­wał się.

– Theo?

Plac zabaw był pusty. Theo ni­gdzie nie było. Ani na karu­zeli, ani na huś­tawce. Jonah nie widział go rów­nież w małej klatce na górze zjeż­dżalni, ale pod­biegł, żeby spraw­dzić i tak.

– To nie jest śmieszne, Theo, wychodź już.

Zasłona z rodo­den­dro­nów i bez­list­nych drzew ota­czała plac zabaw, ale pośród nich ni­gdzie nie widział nie­bie­skiej kurtki.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki