Danina krwi - Aleksandra Łaszcz - ebook

Danina krwi ebook

Aleksandra Łaszcz

5,0

Opis

Pięćdziesiąt lat temu Anastazja otrzymała od Krwawego Księżyca dar… lecz ten okazał się przekleństwem. Krótka chwila wystarczyła, aby jej moc zmieniła się w narzędzie zemsty. Ona sama zaś została skazana na wygnanie.

Teraz wraca do Społeczeństwa – schronienia dla nocnych istot – bo ktoś zabił jej stwórcę, którego nazywała „Ojcem”. Aby odkryć prawdę, Anastazja musi stawić czoło własnej przeszłości i mrocznym tajemnicom skrywanym w podziemiach Społeczeństwa. W ślad za nią podąża Damien – cień dawnych wydarzeń. Zagadkowy towarzysz równie dobrze może ocalić jej życie, jak i je odebrać.

Prawda jest coraz bliżej, ale czy Anastazja jest gotowa, by ją poznać?

A Krwawy Księżyc patrzy i uśmiecha się, jakby znał przyszłość… Czeka na kolejny bal na swoją cześć.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 410

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (2 oceny)
2
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
monika_i_ksiazki78

Nie oderwiesz się od lektury

Współpraca barterowa z autorką pisarz fantasy - Aleksandra Łaszcz "Taniec śmierci przypominał, że na każdego czyha tylko jedno zakończenie, niezależnie od statusu społecznego, wieku czy płci. Śmierć rzeczywiście udowodniła, że zabiera każdego." Co powiecie na połączenie powieści urban fantasy i kryminału? A wampiry prowadzące śledztwo? Byłam ogromnie ciekawa takiego zabiegu, i nie zawiodłam się. Pięćdziesiąt lat wcześniej Anastazja otrzymała od Krwawego Księżyca dar, który okazał się jej przekleństwem. Została wygnana. Teraz po kolejnych pięćdziesięciu latach wraca do społeczeństwa by odnaleźć zabójcę swego stwórcy. Jednak śledztwo przyniesie jeszcze więcej pytań i nieoczekiwane rewelacje. Danina krwi jest niezwykle udanym debiutem autorki. Muszę przyznać, że książka wciągnęła mnie od pierwszej strony. Uwielbiam wszelkie powieści z wampirami w rolach głównych. Czytałam ich już naprawdę wiele. Można znaleźć w książkach różnego rodzaju wątki dotyczące wampirów - wiecznego kochanka, ...
00

Popularność




co­py­ri­ght © Alek­san­dra Łaszcz 2026

re­dak­cja: An­na Ho­lek­sa

ko­rek­ta: Mo­ni­ka Per­tek-Ko­prow­ska

re­dak­cja blur­ba: Iza­be­la Or­nal

przy­go­to­wa­nie e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz | Stu­dio Aka­pit

pro­jekt okład­ki: Alek­san­dra Łaszcz

przy­go­to­wa­nie okład­ki: Ma­ciej Li­da­chow­ski | Ef Ef Usłu­gi Wy­daw­ni­cze

ilu­stra­cje okład­ko­we: Pi­xa­bay

isbn: 978-83-978992-1-6 (EPUB), 978-83-978992-2-3 (MO­BI)

Wy­da­nie wła­sne (sel­fpu­bli­shing)

e-ma­il kon­tak­to­wy: alek­san­dra­laszcz.pi­sarz@gma­il.com

https://alek­san­dra­laszcz.carrd.co

Pro­log

– Ska­zu­je­my cię na wy­gna­nie i na wiecz­ną tu­łacz­kę w ludz­kim świe­cie. – Głos Oj­ca za­grzmiał w ca­łej sa­li.

Nikt nie od­wa­żył się sprze­ci­wić. Ro­dzi­na, któ­rą ko­cha­ła przez pięć­dzie­siąt lat swo­je­go ży­cia, oraz słu­dzy, któ­rzy przy­się­ga­li jej wier­ność, od­wró­ci­li się do niej ple­ca­mi. Oj­ciec nie ob­da­rzył jej na­wet ostat­nim spoj­rze­niem. Wy­dał wy­rok i wie­dział, że zo­sta­nie on wy­ko­na­ny.

Słu­dzy nie po­zwo­li­li Ana­sta­zji się prze­brać, za­brać żad­nych rze­czy, za to że­gna­li ją ze zgor­sze­niem i obrzy­dze­niem. W tym cza­sie jej star­sza sio­stra sia­dła do for­te­pia­nu i za­czę­ła grać. Bal Krwa­we­go Księ­ży­ca trwał na­dal, tyl­ko już bez Ana­sta­zji. Słu­dzy, któ­rzy nie­gdyś roz­ście­la­li przed nią czer­wo­ne dy­wa­ny, te­raz we­pchnę­li wam­pi­rzy­cę do ciem­ne­go ko­ry­ta­rza, a po­tem za­trza­snę­li z hu­kiem drzwi.

Ana­sta­zja opa­dła bez­wład­nie na mo­krą od desz­czu ścież­kę i za­łka­ła pierw­szy raz, od­kąd sta­ła się wam­pi­rem. Ude­rzy­ło w nią tak wie­le sprzecz­nych emo­cji, że nie po­tra­fi­ła ich opa­no­wać. Jed­no­cze­śnie prze­peł­ni­ły ją ra­dość i smu­tek, po­ja­wi­ło się uczu­cie wol­no­ści, a jed­nak no­wa sy­tu­acja szyb­ko je stłu­mi­ła. Naj­gor­szy w tym wszyst­kim oka­zał się żal. Nie chcia­ła go. W trak­cie ba­lu to­wa­rzy­szy­ło jej pra­gnie­nie ze­msty, wy­wo­ła­ne nie­spo­dzie­wa­ny­mi wspo­mnie­nia­mi z ludz­kie­go ży­cia. Za­wład­nę­ło jej umy­słem i do­pie­ro gdy za­mil­kło, za­pu­kał do jej my­śli roz­są­dek. Nie by­ła czło­wie­kiem. Za­ata­ko­wa­ła miej­sce, któ­re od pięć­dzie­się­ciu lat na­zy­wa­ła do­mem.

Zdra­dzi­ła dro­gie­go Oj­ca, swo­ją star­szą sio­strę, bra­ta, wszyst­kie wam­pi­ry, z któ­ry­mi ży­ła na co dzień, świę­to­wa­ła, cie­szy­ła się nie­śmier­tel­no­ścią i któ­re trak­to­wa­ła jak ro­dzi­nę. Ludz­ka prze­szłość zna­czy­ła bar­dzo du­żo, ale wam­pi­rza te­raź­niej­szość też by­ła czę­ścią Ana­sta­zji.

Te­raz na żal by­ło już za póź­no. Zo­sta­ła pierw­szym wy­gna­nym wam­pi­rem w hi­sto­rii Spo­łe­czeń­stwa.

Ana­sta­zja star­ła dłoń­mi łzy z po­licz­ków i pod­nio­sła się. Prze­szła na dru­gą stro­nę nie­zna­nej uli­cy w znisz­czo­nej suk­ni ba­lo­wej, prze­siąk­nię­tej za­pa­chem spa­le­ni­zny i ubru­dzo­nej krwią. Znisz­czo­ne pan­to­fle kle­ko­ta­ły na wy­bo­istym chod­ni­ku, któ­ry pro­wa­dził ją przez cen­trum nie­zna­ne­go mia­sta. Wy­gna­no ją z do­mu, ale nikt nie wspo­mniał, do ja­kie­go miej­sca tra­fi. Wszyst­ko do­oko­ła wy­da­wa­ło się ob­ce. Świat śmier­tel­ni­ków zmie­nił się, od­kąd go opu­ści­ła.

Wo­kół pa­no­wa­ła ci­sza. Nie usły­sza­ła, tyl­ko wy­czu­ła czy­jąś obec­ność.

– Z ba­lu ucie­kła księż­nicz­ka? – za­cze­pił ją ja­kiś męż­czy­zna. Szedł chwiej­nie, z tru­dem utrzy­my­wał rów­no­wa­gę. Cuch­nę­ło od nie­go al­ko­ho­lem, wy­mio­ci­na­mi i bru­dem, wło­sy miał po­zle­pia­ne w strą­ki, a twarz po­kry­tą bruz­da­mi.

Od­ru­cho­wo się cof­nę­ła i za­sło­ni­ła nos. Smród ra­nił jej wam­pi­rze zmy­sły.

– A cze­mu tak nie­grzecz­nie? – burk­nął pi­jak. Za­to­czył się nie­bez­piecz­nie na chod­ni­ku. Nie upadł tyl­ko dla­te­go, że w ostat­niej chwi­li oparł się o la­tar­nię. Osu­nął się po niej na zie­mię i ude­rzył łyd­ką o kra­węż­nik. – Cho­ler­na dro­ga!

Pod­wi­nął no­gaw­kę spodni i spoj­rzał ni to zły, ni roz­cza­ro­wa­ny. Na je­go skó­rze otwo­rzy­ło się sta­re zra­nie­nie. Kwa­sko­wa­ty za­pach ude­rzył w noz­drza Ana­sta­zji. Za­chwia­ła się. Od daw­na nie pi­ła. Na ba­lu wy­la­ła krew z kie­li­cha. Pra­gnie­nie ob­ja­wi­ło się w naj­mniej spo­dzie­wa­nym mo­men­cie.

Męż­czy­zna roz­tarł ra­nę, są­dząc, że wy­star­czy wy­trzeć krew i bę­dzie po spra­wie. Tym­cza­sem spra­wił, że za­czę­ła pły­nąć jesz­cze moc­niej. Ko­lej­na fa­la cha­rak­te­ry­stycz­ne­go za­pa­chu po­wę­dro­wa­ła do wy­gło­dzo­ne­go cia­ła Ana­sta­zji. Śli­na po­de­szła do gar­dła wam­pi­rzy­cy.

Po­dą­ży­ła za tym pra­gnie­niem, kie­ro­wa­ła się pier­wot­nym, wam­pi­rzym in­stynk­tem, nie­god­nym oso­by o jej sta­tu­sie. Z tym że głód rzą­dził się wła­sny­mi pra­wa­mi. Przy­ćmie­wał obrzy­dze­nie, któ­re czu­ła wo­bec te­go śmier­tel­ni­ka, i jej po­czu­cie wyż­szo­ści. Kie­dy oczy Ana­sta­zji za­la­ły się krwa­wą czer­wie­nią, dzią­sła za­swę­dzia­ły, a kły wy­su­nę­ły po­za usta, pi­ja­czy­na za­śmiał się, jak­by za­po­mniał o drę­czą­cej go ra­nie.

– Aaa, pa­ni z ba­lu tych… no… prze­bie­rań­ców – za­su­ge­ro­wał beł­ko­tli­wie.

Ana­sta­zja roz­war­ła sze­ro­ko oczy. Za­trzy­ma­ła się gwał­tow­nie. Jej cia­ło drża­ło, dzią­sła bo­la­ły, a w pal­cach dło­ni po­ja­wi­ło się nie­zna­ne mro­wie­nie. Wzię­ła głę­bo­ki wdech. To mu­siał być ja­kiś od­ruch z od­le­głej prze­szło­ści, bo dzie­ci no­cy nie od­dy­cha­ły. By­ła prze­cież isto­tą ab­so­lut­ną, wiecz­nym nie­umar­łym ską­pa­nym w chwa­le nie­śmier­tel­no­ści. To po­wta­rza­no jej przez ostat­nie pięć­dzie­siąt lat. Wie­rzy­ła tym sło­wom przez ca­łe wam­pi­rze ży­cie. Re­ak­cja na krew śmier­tel­ni­ka zda­wa­ła się jed­nak im za­prze­czać. Czu­ła się bez­sil­na wo­bec zmy­słów, któ­re roz­sa­dza­ły ją od we­wnątrz. Ku­mu­lo­wa­ły się w ca­łym jej cie­le, du­si­ły, na­ka­zy­wa­ły rzu­cić się na te­go męż­czy­znę i po­chło­nąć go, za­nim bę­dzie za póź­no.

– Nie – wy­szep­ta­ła i po­bie­gła w prze­ciw­ną stro­nę.

Zrzu­ci­ła z sie­bie znisz­czo­ne pan­to­fle. Jej bo­se sto­py roz­chla­py­wa­ły wo­dę z ka­łuż, za­pa­da­ły się w bło­to, bru­dząc nie­ska­zi­tel­nie ja­sną skó­rę i zbyt dłu­gą na te oko­licz­no­ści spód­ni­cę. Wam­pir po­wi­nien no­sić się z god­no­ścią, du­mą, być po­nad wszel­kie in­ne stwo­rze­nia. Mia­ła cho­dzić z unie­sio­ną gło­wą, bo zo­sta­ła stwo­rzo­na z Krwi Krwa­we­go Księ­ży­ca, ja­ko jed­na z có­rek Oj­ca. Jed­nak ca­łą god­ność stra­ci­ła w mo­men­cie, w któ­rym za­pra­gnę­ła krwi zwy­kłe­go, par­szy­we­go pi­ja­ka.

Głód od­bie­rał jej zmy­sły. Ni­g­dy wcze­śniej go nie za­zna­ła. Nie przy­go­to­wa­ła się na wy­że­ra­ją­ce jej wnętrz­no­ści uczu­cie. A jed­nak wciąż wal­czy­ła z so­bą, bo chcia­ła za­cho­wać du­mę, pra­gnę­ła na­dal iść z unie­sio­ną gło­wą.

Kie­dy po­czu­ła, że słab­nie i nie da ra­dy dłu­żej biec, zo­ba­czy­ła most i schod­ki pro­wa­dzą­ce nad brzeg rze­ki. Skrę­ci­ła gwał­tow­nie i zde­rzy­ła się z prze­cho­dzą­cą obok mło­dą pa­rą. Krzyk­nę­li coś do niej, ale Ana­sta­zja nie zwol­ni­ła. My­śla­ła tyl­ko o jed­nym. Ich krew wy­da­wa­ła się jej tak ku­szą­ca, słod­ka, mło­da. Kły aż drża­ły z pod­nie­ce­nia. I wte­dy stra­ci­ła nad so­bą pa­no­wa­nie. Pier­wot­ny in­stynkt prze­jął nad nią kon­tro­lę, nie umia­ła mu się prze­ciw­sta­wić. Za­wró­ci­ła i zła­pa­ła mło­dzień­ca za ra­mię. Od­wró­ci­ła go przo­dem do sie­bie. Uwiel­bia­ła pa­trzeć swo­im ofia­rom pro­sto w oczy.

– Nie! – usły­sza­ła krzyk. Głos nie na­le­żał ani do mło­dzień­ca, ani do to­wa­rzy­szą­cej mu ko­bie­ty.

Ana­sta­zja go zi­gno­ro­wa­ła. Wie­dzio­na naj­bar­dziej pier­wot­nym z in­stynk­tów szarp­nę­ła chło­pa­ka za wło­sy, by od­sło­nić je­go szy­ję. I wte­dy twarz mło­dzień­ca zmie­ni­ła się, sta­nął przed nią ktoś zu­peł­nie in­ny. Zna­ła go, lecz nie pa­mię­ta­ła skąd. Bła­gał ją, by prze­sta­ła. Był ca­ły uma­za­ny we krwi, sła­by, ota­cza­ły ich in­ne wam­pi­ry, cze­ka­ją­ce, aż ry­tu­ał się do­peł­ni. I tak się sta­ło. Wy­ssa­ła z nie­go ca­łą krew.

Ta wi­zja nią wstrzą­snę­ła. Scho­wa­ła kły i ode­pchnę­ła od sie­bie mło­dzień­ca.

– Prze­pra­szam – jęk­nę­ła i ucie­kła. Nie wie­dzia­ła, do­kąd zmie­rza. No­gi pro­wa­dzi­ły ją przed sie­bie, z da­la od twa­rzy tam­te­go męż­czy­zny z prze­szło­ści.

Tym ra­zem Ana­sta­zja do­bie­gła do mo­stu i prze­ska­ku­jąc po dwa schod­ki, jesz­cze bar­dziej od­da­li­ła się od nie­do­szłej ofia­ry. Nad sa­mym brze­giem rze­ki opa­dła na zie­mię i sku­li­ła się. Do­pie­ro wte­dy po­czu­ła, jak moc­no drży. Ob­ję­ła ko­la­na rę­ko­ma, przyj­mu­jąc po­zy­cję em­brio­nal­ną, i za­mar­ła.

– Co się ze mną dzie­je? – za­py­ta­ła sła­bym, wo­ła­ją­cym o po­moc gło­sem. Za­sło­ni­ła usta dłoń­mi, by nic wię­cej się z nich nie wy­rwa­ło.

– Każ­dy za­da­je so­bie to py­ta­nie. – Od­po­wiedź ją za­sko­czy­ła.

Mę­ska po­stać nie­spo­dzie­wa­nie wy­ło­ni­ła się z ciem­no­ści. Nie to­wa­rzy­szył te­mu na­wet naj­mniej­szy sze­lest. Nie­zna­jo­my rzu­cił na Ana­sta­zję wy­so­ki, wszech­obej­mu­ją­cy cień, któ­ry wy­da­wał się ją po­chła­niać. Zła­pał ją w pu­łap­kę, z któ­rej nie by­ła w sta­nie uciec. Po­słusz­nie po­chy­li­ła gło­wę, jak wte­dy, gdy po raz pierw­szy spo­tka­ła się ze swo­im star­szym bra­tem. Ogar­nę­ło ją po­czu­ciebez­rad­no­ści, a nie­zna­na si­ła zmu­si­ła ją utrzy­ma­nia spusz­czo­ne­go wzro­ku. W ten spo­sób zwra­ca­no się do po­ży­wie­nia i służ­by, nie do człon­ków ro­dzi­ny.

– Sio­stro, po­win­naś za­koń­czyć swój ży­wot z god­no­ścią – rzu­cił po­gar­dli­wie. – Wi­dzę, że już chwi­lę po wy­gna­niu upa­dłaś ni­żej od tych, któ­ry­mi się ży­wi­my.

Czu­ły głos, ja­kim star­szy brat ob­da­ro­wy­wał ją na co dzień, za­stą­pi­ła od­ra­za. Nie tak pa­trzy się na wła­sną sio­strę, z któ­rą dzie­li­ło się smut­ki i ra­do­ści przez pięć­dzie­siąt lat. Cie­płe spoj­rze­nie bra­ta znik­nę­ło za bra­mą za­wo­du, któ­rą zbu­do­wa­ła wła­sny­mi rę­ko­ma. Zdra­dza­jąc Spo­łe­czeń­stwo, zdra­dzi­ła wszyst­kich człon­ków ro­dzi­ny, a za ta­ki czyn po­win­na spo­tkać ją ka­ra śmier­ci. Ży­ła, bo Oj­ciec tak zde­cy­do­wał, ale to nie ozna­cza­ło, że brat jej wy­ba­czył.

– Te­raz uni­kasz mo­je­go wzro­ku? – za­grzmiał wład­czym to­nem, któ­ry jesz­cze bar­dziej przy­szpi­lił Ana­sta­zję do zie­mi. Od­su­nął się odro­bi­nę, kie­dy po­jął, że to za je­go spra­wą ko­bie­ta nie mo­że wstać.

Jed­nak Ana­sta­zja na­dal klę­cza­ła. Po­kło­ni­ła się przed bra­tem po­kor­nie. Naj­praw­do­po­dob­niej po­my­ślał, że oka­za­ła mu w ten spo­sób sza­cu­nek. Praw­da by­ła jed­nak in­na. Wsty­dzi­ła się te­go, jak ża­ło­śnie wy­glą­da – po­kłon miał za­ma­sko­wać okrut­ny fakt.

– Od­po­wiedz! – ryk­nął po­now­nie, tra­cąc cier­pli­wość.

– Nie ża­łu­ję – od­par­ła sła­bo. W jej gło­sie za­bra­kło jed­nak pew­no­ści, któ­ra to­wa­rzy­szy­ła jej wte­dy, gdy do­ko­ny­wa­ła zbrod­ni.

– Zo­sta­łaś wy­gna­na. Wra­casz do ob­ce­go świa­ta, śro­do­wi­ska, by żyć ja­ko ktoś ob­cy. Od­czu­wasz pra­gnie­nie na wi­dok spi­te­go, brud­ne­go śmie­cia. Masz ra­cję, by­ło war­to – za­kpił.

Brat przy­kuc­nął. Po­sta­wił na ka­mie­niu fla­kon z jesz­cze cie­płą krwią o prze­pięk­nej, czer­wo­nej bar­wie. Wro­na opa­dła na je­go ra­mię. Stuk­nął pal­cem w dziób pta­ka, a ten w od­po­wie­dzi za­kra­kał.

– Chciał­bym zro­zu­mieć, co zo­ba­czył w to­bie Oj­ciec pięć­dzie­siąt lat te­mu – za­sta­na­wiał się na głos męż­czy­zna. – Sio­stro, na pew­no nie ża­łu­jesz?

– Nie ża­łu­ję – po­wtó­rzy­ła, pra­gnąc prze­ko­nać i sie­bie, i je­go.

Naj­star­szy brat nie od­po­wie­dział. Znik­nął we mgle.

Ana­sta­zja nie cze­ka­ła dłu­żej. Rzu­ci­ła się na szkla­ny po­jem­nik. Wy­czu­ła w nim dzie­cię­cą krew, z cha­rak­te­ry­stycz­ną nut­ką słod­ko­ści, któ­rą ko­cha­ła. Od­chy­li­ła na mo­ment ko­rek i za­cią­gnę­ła się słod­kim aro­ma­tem. Uzdro­wił jej cia­ło, mi­mo że na­wet nie skosz­to­wa­ła krwi.

Ro­zej­rza­ła się ner­wo­wo po oko­li­cy w oba­wie, że ktoś od­bie­rze jej zdo­bycz, po czym we­szła głę­biej pod most, gdzie zna­la­zła pro­wi­zo­rycz­ny sza­łas zbu­do­wa­ny z ga­łę­zi i sta­rych ubrań. Usia­dła na czymś, co przy­po­mi­na­ło ster­tę sta­rych po­du­szek, pod­wi­nę­ła su­kien­kę, a sto­py za­nu­rzy­ła w prze­pły­wa­ją­cej wo­dzie. Po­chy­li­ła gło­wę, szu­ka­jąc w ta­fli swo­je­go od­bi­cia. Nie od­na­la­zła go. Choć tak wie­le się zmie­ni­ło w ostat­nich dniach, na­dal by­ła wam­pi­rem. Nie od­wró­ci tej klą­twy tyl­ko dla­te­go, że po­wró­ci­ła do niej część czło­wie­czeń­stwa.

– Nie ża­łu­ję – po­wtó­rzy­ła, tym ra­zem sta­now­czo.

W od­po­wie­dzi usły­sza­ła ha­łas za ple­ca­mi. Coś po­ru­szy­ło się w sza­ła­sie. Po chwi­li zza ko­ta­ry wy­szło stwo­rze­nie – ru­da­wy kot, ku­le­ją­cy z po­wo­du zra­nio­nej łap­ki. Miauk­nął słod­ko i otarł się o bok Ana­sta­zji. Ko­bie­ta wzię­ła na rę­ce i przy­tu­li­ła bied­ne stwo­rze­nie. Czu­ła na nim krew, pach­niał śmier­cią i gło­dem, a mi­mo to ca­ły czas gła­dził Ana­sta­zję swo­im pyszcz­kiem. Przy­su­nę­ła twarz tak bli­sko zwie­rzę­cia, aż za­ha­czy­ła ostry­mi kła­mi o je­go fu­tro.

Za­miast uciec, ko­ciak przy­tu­lił się jesz­cze bar­dziej. Ana­sta­zja spró­bo­wa­ła uło­żyć go na swo­ich ko­la­nach.

– Nie wi­dzisz, że je­stem głod­na? – jęk­nę­ła przez łzy.

Kot spró­bo­wał wy­god­niej umo­ścić się na jej no­gach. Gdy się krę­cił, szkla­ny po­jem­nik zsu­nął się ni­żej i wpadł do wo­dy. Usły­sza­ła tyl­ko ci­chy plusk. Po­pa­trzy­ła za od­da­la­ją­cym się fla­ko­nem. Nie rzu­ci­ła się za nim jak wy­głod­nia­łe zwie­rzę. Głód na­dal ją ści­skał, ale po­dej­rza­nie do­brze kon­tro­lo­wa­ła to pra­gnie­nie.

– Nie je­stem po­two­rem. Kie­dyś by­łam czło­wie­kiem – uświa­do­mi­ła so­bie.

Po­gła­dzi­ła lep­ki od krwi grzbiet ko­ta. Na­wet nie miauk­nął, tyl­ko spo­koj­nie uło­żył się wy­god­nie i za­snął.

Ana­sta­zja uśmiech­nę­ła się cie­pło i przy­kry­ła kot­ka po­rwa­nym do­łem suk­ni. Noc by­ła chłod­na.

– Nie je­stem sa­ma – za­czę­ła so­bie po­wta­rzać. – I ty też nie. Za­opie­ku­ję się to­bą. Da­my ra­dę.

Kot wy­ra­ził zgo­dę słod­kim mruk­nię­ciem.

Ana­sta­zja za­mknę­ła na chwi­lę oczy i wpro­wa­dzi­ła się w stan przy­po­mi­na­ją­cy sen. Nie spa­ła, nie śni­ła, nie wspo­mi­na­ła chwil ze swo­je­go ludz­kie­go ży­cia od pięć­dzie­się­ciu lat. Dzi­siaj jak­by wró­ci­ła na pa­rę mi­nut do uko­cha­ne­go do­mu, w któ­rym ba­wi­ła się w ła­pa­ne­go z ma­mą. Go­ni­ła ją, ale za każ­dym ra­zem, gdy już wy­cią­ga­ła dłoń, że­by ją chwy­cić, ko­bie­ta umy­ka­ła.

Wam­pi­rzy­ca nie wie­dzia­ła, ile cza­su spę­dzi­ła, sie­dząc bez ru­chu z ko­tem na ko­la­nach. Z za­wie­sze­nia wy­rwał ją sze­lest. Po­de­rwa­ła się z miej­sca i ro­zej­rza­ła wo­kół. Zo­ba­czy­ła, że tuż przy scho­dach coś le­ży. Wcze­śniej nic nie za­uwa­ży­ła. Owi­nię­ty w pa­pier cu­kie­rek pach­niał słod­ką, kar­me­lo­wą nu­tą. Przy­po­mi­na­ła jej ulu­bio­ną krew, więc sku­si­ła się i go spró­bo­wa­ła. Przy­trzy­ma­ła go chwi­lę w bu­zi i uśmiech­nę­ła się z roz­ko­szą. Głód krwi nie znik­nął, ale ze­lżał odro­bi­nę. Nie wie­dzia­ła, że wam­pi­ry mo­gą spo­ży­wać ludz­kie po­sił­ki. Ta in­for­ma­cja by­ła sprzecz­na z tym, cze­go na­uczy­ło ją Spo­łe­czeń­stwo. Cie­ka­we, ja­kie jesz­cze ta­jem­ni­ce skry­wa­li?

Roz­dział 1

Pięć­dzie­siąt lat póź­niej…

La­ta, któ­re mi­nę­ły, by­ły prze­peł­nio­ne sa­mot­no­ścią i prze­czu­ciem, że żad­ne miej­sce na zie­mi nie na­le­ży do Ana­sta­zji. Prze­cho­dzi­li obok niej lu­dzie, ich twa­rze sta­wa­ły się dla wam­pi­rzy­cy co­raz mniej roz­po­zna­wal­ne, nie na­wią­zy­wa­ła żad­nych re­la­cji, eg­zy­sto­wa­ła w to­wa­rzy­stwie istot, któ­re daw­niej na­zy­wa­ła swo­im po­sił­kiem.

Ze­gar wi­szą­cy na wie­ży ra­tu­sza wska­zał go­dzi­nę osiem­na­stą trzy­dzie­ści – po­rę, o któ­rej tra­dy­cyj­nie w par­ku zbie­ra­ła się gro­mad­ka dzie­ci z są­siedz­twa wraz z dy­żu­ru­ją­cy­mi na zmia­nę przy ma­lu­chach opie­kun­ka­mi. Tym ra­zem, dwu­dzie­ste­go szó­ste­go ma­ja, w czwar­tek, po­ja­wi­ły się tyl­ko dwie ko­bie­ty, któ­re Ana­sta­zja ko­ja­rzy­ła – mi­łe, fak­tycz­nie zaj­mu­ją­ce się dzieć­mi, a nie plot­ka­mi, a przede wszyst­kim czuj­ne i zwra­ca­ją­ce uwa­gę na oto­cze­nie.

Usia­dła na wol­nej ław­ce, scho­wa­nej w cie­niu naj­wyż­sze­go drze­wa w par­ku. Za­po­wia­dał się chłod­ny wie­czór, ko­lej­ny z kil­ku­na­stu na­stę­pu­ją­cych po so­bie. Nic nie zwia­sto­wa­ło na­dej­ścia la­ta, a ni­skie tem­pe­ra­tu­ry nie za­chę­ca­ły lu­dzi do po­zby­wa­nia się cie­plej­szych okryć. Ubra­ni w wio­sen­ne kurt­ki i czap­ki spa­ce­ro­wi­cze mi­ja­li Ana­sta­zję z po­zo­ru obo­jęt­nie, ale ma­ło któ­ry nie ob­da­rzył jej zdzi­wio­nym spoj­rze­niem. Za­ło­ży­ła na ten wie­czór czar­ną suk­nię z dłu­gi­mi rę­ka­wa­mi z ko­ron­ki. Wło­sy ze­bra­ła w cia­sny kok, a jej nie­na­tu­ral­nie bla­da, wy­dłu­żo­na szy­ja ja­śnia­ła na tle ciem­ne­go ubio­ru. Spra­wia­ła wra­że­nie wy­na­tu­rzo­ne­go by­tu, nie­pa­su­ją­ce­go do resz­ty świa­ta. Wy­róż­nia­ła się w tłu­mie, bu­dzi­ła nie­po­kój swo­ją oso­bą, na co nie­jed­no­krot­nie zwró­co­no jej uwa­gę.

– Nie jest jej zim­no? – wy­szep­ta­ła jed­na z mi­ja­ją­cych ją dziew­czyn do swo­je­go chło­pa­ka. – A wi­dzia­łeś, jak wy­glą­da?

Ana­sta­zja po­sła­ła dziew­czy­nie nie­win­ny uśmiech. Ta wzdry­gnę­ła się i po­cią­gnę­ła swo­je­go to­wa­rzy­sza na przy­sta­nek au­to­bu­so­wy.

Nikt już nie za­sła­niał do­ka­zu­ją­cej na pla­cu za­baw ślicz­nej dziew­czyn­ki. Zło­te wło­sy mia­ła ze­bra­ne w dwa drob­ne war­ko­czy­ki, od­sła­nia­ją­ce py­za­tą, do­brze wy­kar­mio­ną bu­zię. No­si­ła na so­bie słod­ki za­pach przy­po­mi­na­ją­cy wa­ni­lię. Aro­mat krą­żył w ży­łach nie­win­ne­go stwo­rze­nia i Ana­sta­zja wy­obra­ża­ła so­bie na tym de­li­kat­nym cie­le drob­ną ran­kę, z któ­rej są­czy­ła­by się po­wo­li krew. Myśl o skosz­to­wa­niu jed­nej kro­pli do­pro­wa­dza­ła ją do sza­łu, wy­wo­łu­jąc głód i jed­no­cze­śnie go tłu­miąc.

Wzię­ła głę­bo­ki wdech, chło­nąc nie­win­ny za­pach dziec­ka. Na ta­ki na­tra­fia­ła za­zwy­czaj raz na pięć lat. Gust mia­ła spe­cy­ficz­ny, na co za­wsze zwra­ca­ła uwa­gę jej star­sza sio­stra. Ci, któ­rzy spro­wa­dza­li im po­sił­ki, czę­sto zgła­sza­li, że nie są w sta­nie zna­leźć od­po­wied­niej krwi. Raz uda­ło im się po­rwać ide­al­ną kan­dy­dat­kę, ale ta, w prze­ci­wień­stwie do in­nych, nie skoń­czy­ła na wam­pi­rzym ta­le­rzu. Na wspo­mnie­nie o niej przed ocza­mi Ana­sta­zji sta­wa­ła twarz ską­pa­nej we krwi ko­bie­ty, za­la­nej łza­mi i bła­ga­ją­cej o ra­tu­nek dla swo­je­go dziec­ka. Ten ob­raz za­wsze bu­dził ją z pra­gnie­nia krwi.

Ana­sta­zja po­chy­li­ła się i za­sło­ni­ła twarz dłoń­mi. Nie skrzyw­dzi te­go dziec­ka. Na­wet je­śli ko­cha­ła słod­ką krew krą­żą­cą w ży­łach dziew­czyn­ki i pra­gnę­ła jej ca­łą so­bą, każ­de­go dnia bar­dziej. We­wnętrz­ny głos pod­po­wie­dział jej, że zno­wu nad­szedł czas, by odejść.

Się­gnę­ła po sta­rą, skó­rza­ną to­reb­kę, wy­ję­ła z niej te­le­fon i wy­sła­ła do swo­je­go obec­ne­go pra­co­daw­cy krót­ką wia­do­mość z in­for­ma­cją, że na­stęp­ne­go dnia nie przyj­dzie. Za­blo­ko­wa­ła nu­mer i wsta­ła. Ostat­ni raz zer­k­nę­ła na dziew­czyn­kę, że­gna­jąc ją po dwóch ty­go­dniach i dzię­ku­jąc za słod­ki za­pach.

Już mia­ła odejść, kie­dy dro­gę za­blo­ko­wa­ła jej drob­na ko­bie­ta o po­nu­rej mi­nie. By­ła to jed­na z ma­tek peł­nią­cych dy­żur na pla­cu za­baw.

– Prze­pra­szam – ode­zwa­ła się gło­sem, któ­ry oka­zał się przy­jem­niej­szy od su­ro­we­go za­pa­chu krwi.

– Czy coś się sta­ło?

– Przy­glą­da się pa­ni mo­jej có­recz­ce od dłuż­sze­go cza­su. In­ten­syw­nie przy­glą­da – pod­kre­śli­ła sta­now­czo. – Nie­nor­mal­nie.

To wie­le wy­ja­śnia­ło. Ana­sta­zja spo­dzie­wa­ła się in­ter­wen­cji mat­ki po dwóch ty­go­dniach po­dej­rza­ne­go wpa­try­wa­nia się w jej dziec­ko do­kład­nie o tej po­rze i w tym miej­scu. Po­chwa­li­ła ko­bie­tę za czuj­ność. Nikt nie wie, czy za ro­giem nie kry­je się nie­bez­pie­czeń­stwo. Prze­ko­nał się o tym nie­je­den po­si­łek, któ­ry spo­ży­ła w cza­sie ko­la­cji z wam­pi­rzą ro­dzi­ną.

– Prze­pra­szam, po pro­stu… Przy­po­mi­na mi mo­ją młod­szą sio­strę. – Wy­ko­rzy­sta­ła tę sa­mą wy­mów­kę co za­wsze. – Nie­ste­ty, nie ma­my ze so­bą kon­tak­tu od wie­lu lat, a pa­ni có­recz­ka jest do niej ta­ka po­dob­na. Od ra­zu le­piej się czu­ję, wi­dząc ją.

– Czy mo­gła­by pa­ni…

– Zde­cy­do­wa­nie tak – prze­rwa­ła jej Ana­sta­zja. – Za­cho­wa­łam się nie­wła­ści­wie. Wię­cej mnie pa­ni nie zo­ba­czy. Do wi­dze­nia i ży­czę du­żo zdro­wia.

Ucie­kła, nie da­jąc ko­bie­cie szans na zna­le­zie­nie pre­tek­stu do dal­szej roz­mo­wy. Sko­ro zwró­ci­ła swo­im za­cho­wa­niem czy­jąś uwa­gę, to ko­lej­na prze­pro­wadz­ka wy­da­wa­ła się ko­niecz­na.

– A mi­nę­ły do­pie­ro dwa la­ta – po­ża­li­ła się pod no­sem.

Spodo­ba­ło jej się to mia­sto. Ci­che dni mi­ja­ły w oto­cze­niu star­szych lu­dzi, spo­koj­nych miesz­kań­ców, pięk­ne­go par­ku i cie­ka­wej pra­cy w po­lu. Tu­taj do­tych­czas ży­ło jej się naj­le­piej. Pol­ska oka­za­ła się przy­ja­znym miej­scem, ale od po­cząt­ku wie­dzia­ła, że na­dej­dzie dzień, w któ­rym bę­dzie mu­sia­ła odejść.

Świat się zmie­niał, a te zmia­ny na­stę­po­wa­ły gwał­tow­nie. Daw­niej spę­dza­ła w jed­nym miej­scu kil­ka do­brych lat, obec­nie pla­no­wa­ła po­byt na mak­sy­mal­nie dwa, a po­dej­rze­wa­ła, że wkrót­ce skró­ci go do ro­ku. Lu­dzie za­da­wa­li py­ta­nia, mniej niż kie­dyś, ale w dwu­dzie­stym pierw­szym wie­ku rza­dziej bez­dy­sku­syj­nie ak­cep­to­wa­li od­po­wie­dzi, czę­sto je kwe­stio­no­wa­li. Do te­go do­szła wszech­obec­na tech­no­lo­gia, przez któ­rą Ana­sta­zja mu­sia­ła uni­kać więk­szych skle­pów, cho­dzą­cych z ka­me­rą dzie­cia­ków czy lo­kal­nych spo­tkań, na któ­rych wszy­scy chęt­nie ro­bi­li zdję­cia.

By­ła wam­pi­rem. Te­go pięt­na na dłuż­szą me­tę nie da­ło się ukryć. Naj­mniej­szy błąd wzbu­dził­by po­dej­rze­nia, a to wy­star­czy, by od­po­wied­nie in­for­ma­cje tra­fi­ły do od­po­wied­nich in­sty­tu­cji, któ­re zaj­mu­ją się tę­pie­niem ta­kich istot jak ona. Ukry­wa­ła praw­dzi­wą toż­sa­mość przez pięć­dzie­siąt lat i wo­la­ła, że­by to się nie zmie­ni­ło.

Tyl­ko że zno­wu mu­sia­ła się że­gnać.

Szła jed­ną z ulic mia­stecz­ka, uni­ka­jąc świa­tła la­tar­ni. Chwi­lę póź­niej sta­nę­ła przed pięk­ną po­se­sją za­miesz­ka­ną przez mał­żeń­stwo z czwór­ką dzie­ci. Ale to nie do nich przy­szła. Przy dro­dze, w ma­łej, tro­chę cia­sna­wej bu­dzie mia­ła przy­ja­cie­la – psa o prze­pięk­nie ru­dej sier­ści z bia­ły­mi pa­ska­mi.

Ro­zej­rza­ła się po oko­li­cy. Upew­niw­szy się, że nikt nie nad­cho­dzi, prze­sko­czy­ła przez płot na dru­gą stro­nę i bez­dź­więcz­nie wy­lą­do­wa­ła na tra­wie. Pies pod­niósł ener­gicz­nie łeb na jej wi­dok. Ze­rwał się z miej­sca i od ra­zu pod­biegł, do­ma­ga­jąc się piesz­czot. Nie umia­ła mu te­go od­mó­wić. Ko­cha­ła za­nu­rzać twarz w fu­trze te­go zwie­rza­ka i tu­lić go przez ca­łą noc.

– Cześć – wy­szep­ta­ła. – Nie­dłu­go mnie tu nie bę­dzie. – Za­skom­lał smut­no, jak­by ją ro­zu­miał. – Wiem, to strasz­ne, ale już ci tłu­ma­czy­łam, że mu­szę co pa­rę lat się prze­pro­wa­dzać.

Od­su­nął się od Ana­sta­zji i we­pchnął się do ma­łej bu­dy tak, że wi­dzia­ła tyl­ko je­go tył.

– Prze­pra­szam – po­wie­dzia­ła z bó­lem w gło­sie.

Pies zer­k­nął w kie­run­ku do­mu.Ana­sta­zja mi­mo­wol­nie uczy­ni­ła to sa­mo. W du­żym, wy­cho­dzą­cym na ta­ras oknie sta­ła dziew­czyn­ka z ta­cą wy­peł­nio­ną prze­ką­ska­mi. Oj­ciec trzy­mał w ra­mio­nach bliź­nia­ki. Chwi­lę póź­niej do­łą­czy­ła do nich mat­ka z ostat­nim dziec­kiem. Nie­śli tort uro­dzi­no­wy i drob­ne pre­zen­ty. Wszy­scy za­czę­li śpie­wać „Sto lat”.

Ana­sta­zję ści­snę­ło w środ­ku.

Pół wie­ku te­mu mia­ła wła­śnie ta­ką ro­dzi­nę; wspie­ra­ją­cą się, ko­cha­ją­cą, świę­to­wa­li jej uro­dzi­ny, przy­no­si­li pre­zen­ty, szy­ko­wa­li po­sił­ki. By­li pięk­ni i nie­śmier­tel­ni. Co praw­da prze­ko­na­ni o swo­jej wyż­szo­ści, ale ro­dzi­na to ro­dzi­na. Trosz­czy­li się o sie­bie na­wza­jem. Nie spo­dzie­wa­ła się tej wiecz­nej sa­mot­no­ści, któ­rą od­czu­ła do­pie­ro po opusz­cze­niu wam­pi­rze­go do­mu.

Spoj­rza­ła jesz­cze raz na przy­ja­cie­la, prze­sko­czy­ła przez płot i od­da­li­ła się po­spiesz­nie. To miej­sce przy­wo­ły­wa­ło zbyt wie­le wspo­mnień. Za­czę­ła nie­po­trzeb­nie my­śleć o Oj­cu, o Le­no­re, naj­star­szym bra­cie czy Re­nee. Odej­dzie i wszyst­ko roz­my­je się jak we mgle. Za­cznie ko­lej­ny no­wy roz­dział w swo­im ży­ciu, nie­unik­nio­ny.

Uda­ła się do do­mu jed­no­ro­dzin­ne­go w jed­nej z naj­sła­biej za­miesz­ka­łych dziel­nic mia­sta. Wy­naj­mo­wa­ła tam po­kój, by za­cho­wać po­zo­ry. Zo­sta­wi­ła w środ­ku nie­roz­pa­ko­wa­ną tor­bę, w któ­rej trzy­ma­ła swój ża­ło­sny do­by­tek.

W sa­lo­nie pa­li­ło się świa­tło. Wła­ści­ciel roz­ma­wiał przez te­le­fon i no­to­wał coś w swo­im wie­ko­wym, po­żół­kłym ze­szy­cie. Star­szy, przy­głu­chy męż­czy­zna za­wsze przy­jaź­nie trak­to­wał Ana­sta­zję, nie za­da­wał zbyt wie­lu py­tań i ak­cep­to­wał jej od­mien­ną na­tu­rę. Za to chęt­nie ko­rzy­stał z po­mo­cy – sta­rość ode­bra­ła mu wła­dzę w le­wej rę­ce, a sy­tu­acja eko­no­micz­na spra­wi­ła, że ca­ła ro­dzi­na opu­ści­ła Pol­skę. Zo­stał tu cał­kiem sam.

Na wi­dok sto­ją­cej w pro­gu Ana­sta­zji za­koń­czył roz­mo­wę.

– Wnucz­ka przy­jeż­dża ze Sta­nów! – krzyk­nął ura­do­wa­ny.

– Gra­tu­lu­ję – po­wie­dzia­ła z głę­bi ser­ca. – To cu­dow­nie, że w koń­cu pan ją spo­tka.

– A jak! Tro­chę w do­mu mu­szę ogar­nąć przed jej przy­jaz­dem, ale mam dwa ty­go­dnie, więc dam ra­dę. No i trze­ba coś ku­pić ma­łej. Mo­że lal­kę? Dziew­czyn­ki lu­bią lal­ki?

– Mi­sia – za­pro­po­no­wa­ła Ana­sta­zja. – Ta­kie­go du­że­go.

Męż­czy­zna wska­zał na nią pal­cem i ener­gicz­nie po­ki­wał gło­wą. Aż je­go tu­pe­cik za­czął prze­su­wać się po ły­sej skó­rze.

– Wła­śnie. Miś. Miś bę­dzie ide­al­ny. Cze­mu nie wcho­dzisz da­lej? – Usu­nął się na bok, prze­pusz­cza­jąc Ana­sta­zję. – I po­win­naś się cie­plej ubie­rać. To maj, ale w tym okre­sie naj­ła­twiej o prze­zię­bie­nie. Ni­by cie­pło, ale na­dal zim­no. Coś ta po­go­da nie za bar­dzo w tym ro­ku, tym bar­dziej trze­ba uwa­żać. Ale co ja ci tam bę­dę ga­dał… – Mach­nął od nie­chce­nia rę­ką. – Twój chło­pak cze­ka w po­ko­ju. Mo­że on prze­mó­wi ci do roz­sąd­ku.

– Chło­pak? – zdzi­wi­ła się. Nie na­wią­zy­wa­ła ro­man­tycz­nych re­la­cji z męż­czy­zna­mi, z ni­kim ni­g­dy się nie spo­ty­ka­ła, nie wspo­mnia­ła też ni­ko­mu, gdzie miesz­ka. Ko­go wła­ści­ciel wpu­ścił do jej po­ko­ju?

– Coś ta­ka zdzi­wio­na? A, ro­zu­miem. Nie chcia­łaś się chwa­lić? Do­brze, że ko­goś w koń­cu zna­la­złaś. Zmy­kaj na gó­rę.

Pchnął ją na scho­dy, a po­tem sam po­drep­tał do kuch­ni, by kon­ty­nu­ować prze­rwa­ną roz­mo­wę. Uśmiech­nę­ła się sztucz­nie na po­że­gna­nie. Nie chcia­ła nie­po­ko­ić wła­ści­cie­la.

Ana­sta­zja ru­szy­ła na spo­tka­nie z go­ściem. Do­my­śla­ła się je­go toż­sa­mo­ści. Na pew­no nie był to łow­ca. Oni nie in­ge­ro­wa­li w spra­wy dru­gie­go świa­ta, je­śli ten nie krzyw­dził śmier­tel­ni­ków. Ana­sta­zja od pięć­dzie­się­ciu lat skry­wa­ła się w cie­niu, nie ata­ko­wa­ła lu­dzi, nie spra­wia­ła pro­ble­mów, więc nie mie­li po­wo­du, by na nią po­lo­wać.

Nie… Przy­by­ły po nią wam­pi­ry. Od sa­me­go po­cząt­ku wie­dzia­ła, że wy­rok sprzed pięć­dzie­się­ciu lat był nie­uza­sad­nio­ny. Wszy­scy pra­gnę­li, by spło­nę­ła, by zo­sta­ła uto­pio­na w ba­ni wo­dy świę­co­nej. To Oj­ciec, jej stwór­ca i dro­gi ro­dzic, za­de­cy­do­wał, że za­słu­gu­je na wy­gna­nie. Za­ło­ży­ła, że wam­pi­ry oba­wia­ły się, że wró­ci i do­koń­czy dzie­ło, któ­re roz­po­czę­ła w trak­cie ba­lu Krwa­we­go Księ­ży­ca. Tak na­praw­dę ca­ły czas cze­ka­ła na dzień, w któ­rym wy­rok ule­gnie zmia­nie. I chy­ba wła­śnie nad­szedł.

Za­czę­ła na­słu­chi­wać. Przez szpa­rę pod drzwia­mi są­czy­ło się sła­be świa­tło. Ni­g­dy go nie za­pa­la­ła. Do­sko­na­le wi­dzia­ła w ciem­no­ściach, a tak oszczę­dza­ła na ra­chun­kach. Wy­czu­ła w po­miesz­cze­niu obec­ność ob­cej isto­ty. Po­tęż­nej. Spo­łe­czeń­stwo ni­g­dy nie wy­sła­ło­by po nią ko­goś sła­be­go.

– Pro­szę, wejdź – ode­zwał się mę­ski głos ze środ­ka. Był bar­dzo przy­jem­ny, ni­ski i bu­dzą­cy za­ufa­nie. Po­stać nie wy­da­wa­ła się mieć złych in­ten­cji, co za­sko­czy­ło ją jesz­cze bar­dziej.

Otwo­rzy­ła drzwi swo­je­go po­ko­ju. We­szła wie­dzio­na cie­ka­wo­ścią, nie obo­wiąz­kiem. Je­dy­ne, co ją za­ata­ko­wa­ło, to za­pach świe­żo upie­czo­nej tar­ty wa­ni­lio­wej z po­bli­skiej pie­kar­ni. Ana­sta­zja ko­cha­ła ten wy­piek, a rzad­ko kie­dy by­ło ją na nie­go stać. Ro­zej­rza­ła się, lek­ko zdez­o­rien­to­wa­na. Na za­zwy­czaj pu­stym sto­le sta­ła por­ce­la­na na­peł­nio­na her­ba­tą ja­śmi­no­wą i cia­sto. Pach­nia­ły obłęd­nie.

– Prze­pra­szam, że się roz­go­ści­łem i przy­go­to­wa­łem po­czę­stu­nek, ale lu­bię zja­wiać się z pu­sty­mi rę­ko­ma – ode­zwał się nie­zna­jo­my. – Do­brze, że za­bra­łem ze so­bą za­sta­wę. – Ro­zej­rzał się po po­miesz­cze­niu. – Tu­taj bym jej nie zna­lazł.

W du­chu przy­zna­ła mu ra­cję. Na­uczy­ła się żyć w pu­st­ce, bez zbęd­nych przed­mio­tów, na któ­re i tak nie by­ło jej stać. W jed­nej, wiecz­nie nie­roz­pa­ko­wa­nej, wa­liz­ce trzy­ma­ła ca­ły do­ro­bek swo­je­go ży­cia: dwie su­kien­ki, do­dat­ko­wą pa­rę bu­tów i to­reb­kę. Łóż­ko po­zo­sta­wa­ło nie­po­ście­lo­ne, od­kąd się wpro­wa­dzi­ła. Cza­sem trzy­ma­ła tu książ­ki, któ­re po­ży­cza­ła no­cą z za­mknię­tej bi­blio­te­ki i nad ra­nem od­da­wa­ła.

Za­my­śli­ła się nad tą pust­ką, za­po­mi­na­jąc o obec­no­ści męż­czy­zny. Miał w so­bie coś wy­jąt­ko­we­go. Spra­wiał wra­że­nie nie­do­strze­gal­ne­go, jak­by je­go głos wy­do­by­wał się ze­wsząd i zni­kąd. Lu­dzi za­uwa­ża­ła ła­two. Od­dy­cha­li, po­ru­sza­li się wol­no, wy­dzie­la­li spe­cy­ficz­ny za­pach. Od daw­na nie ze­tknę­ła się z in­ną ob­cą isto­tą, a jej gość do­dat­ko­wo wy­da­wał się kimś wy­jąt­ko­wym, nie­po­dob­nym do wam­pi­rów, z któ­ry­mi do­tąd mia­ła stycz­ność.

– Kim je­steś, chłop­cze? – za­py­ta­ła. Nie zna­ła go, a pa­mięć do twa­rzy mia­ła względ­nie do­brą. Mu­siał zo­stać prze­mie­nio­ny po jej wy­gna­niu.

– Do­myśl się – od­po­wie­dział zło­śli­wie.

Za ucho fi­li­żan­ki zła­pa­ła bla­da dłoń. Na­le­ża­ła do uro­dzi­we­go męż­czy­zny o kru­czo­czar­nych, krót­kich wło­sach. Przy­po­mi­nał jed­no z dzie­ci Naj­wyż­sze­go. Ty­tuł „Naj­wyż­sze­go“ za­wsze na­le­żał do naj­po­tęż­niej­sze­go z wam­pi­rów. Je­den mógł rzą­dzić wszyst­ki­mi przez stu­le­cia, czy na­wet ty­siąc­le­cia. Hi­sto­ria wam­pi­rów jest tak sa­mo dłu­ga jak hi­sto­ria świa­ta. Sły­sza­ła plot­ki, że pierw­szy Naj­wyż­szy znał Ada­ma i Ewę. Za to obec­ny, ten, któ­ry stwo­rzył Ana­sta­zję i któ­re­go zwa­ła Oj­cem, do­ko­nał naj­więk­szych zmian w ich hi­sto­rii. Po wiel­kich po­lo­wa­niach ukrył naj­po­tęż­niej­sze wam­pi­ry w miej­scu, któ­re okre­ślił mia­nem „Spo­łe­czeń­stwa”. Po­nad sto lat te­mu we­szło w ży­cie pra­wo za­ka­zu­ją­ce prze­miesz­cza­nia się do świa­ta lu­dzi. Ana­sta­zja po wy­gna­niu sta­ła się wy­jąt­kiem od tej re­gu­ły.

W hie­rar­chii wam­pi­rów Oj­ciec stał naj­wy­żej, po­tem by­ły je­go dzie­ci. Do swo­jej ro­dzi­ny przyj­mo­wał tyl­ko wy­jąt­ko­we isto­ty, wpi­su­ją­ce się w ka­non pięk­na, któ­ry uwa­żał za je­dy­ny i słusz­ny. Dla­te­go w pierw­szej chwi­li Ana­sta­zja po­my­śla­ła, że jej gość jest też jed­nym z jej bra­ci. Szyb­ko jed­nak zmie­ni­ła zda­nie. To dziec­ko nie pa­so­wa­ło­by do sto­łu ro­dzin­ne­go.

Wam­pir był mło­dzień­cem o ła­god­nym, bu­dzą­cym za­ufa­nie ob­li­czu, bar­dzo de­li­kat­nym i kru­chym. Wła­śnie za­nu­rzał bia­łe usta w her­ba­cie. Nie znisz­czył ich jesz­cze żad­nym barw­ni­kiem, dzię­ki któ­rym wam­pi­ry pod­kre­śla­ły bla­dość swo­jej skó­ry. W je­go bor­do­wych oczach za­szył się ta­jem­ni­czy blask, za któ­rym skry­wał wie­le se­kre­tów – nie­zna­nych nie tyl­ko Ana­sta­zji, ale pew­nie i ca­łe­mu świa­tu.

– Wy­sła­ło cię Spo­łe­czeń­stwo. Nie je­steś mo­im młod­szym bra­tem, ale mu­sisz na­le­żeć do głów­ne­go ro­du. Je­steś sil­ny – snu­ła po­wo­li wnio­ski.

Nie przy­po­mi­nał tak­że wo­jow­ni­ka, jed­ne­go ze straż­ni­ków ro­dzi­ny. Przy­szedł ubra­ny w czerń, pro­sty gar­ni­tur i ko­szu­lę, za­pię­tą wy­so­ko, aż pod sa­mą bla­dą szy­ję. Do te­go no­sił skó­rza­ne rę­ka­wicz­ki. W koń­cu do­szła do wnio­sku, że przy­po­mi­nał pra­cow­ni­ka za­kła­du po­grze­bo­we­go. Ta­kie sko­ja­rze­nie lek­ko zmniej­szy­ło to­wa­rzy­szą­ce jej na­pię­cie.

– Co tu ro­bisz?

Męż­czy­zna wska­zał na tar­tę.

– Pro­szę, czę­stuj się – za­pro­sił ją do wspól­ne­go po­sił­ku.

Ana­sta­zja przy­sia­dła na skra­ju krze­sła i skosz­to­wa­ła her­ba­ty. De­li­kat­ny na­pój spły­nął po jej gar­dle. Mar­twe cia­ło ina­czej re­ago­wa­ło na po­sił­ki, od­mien­nie do­zna­wa­ło sma­ku i aro­ma­tów. Z re­gu­ły nic nie czu­ło, przyj­mu­jąc ludz­kie je­dze­nia. Wy­ją­tek od za­sa­dy sta­no­wi­ła wła­śnie ta her­ba­ta, któ­ra ro­ze­szła się przy­jem­nym cie­płem po cie­le Ana­sta­zji. Po­tem spró­bo­wa­ła cia­sta, zgod­nie z pro­po­zy­cją go­ścia. De­ser roz­pły­nął się w jej ustach. Stłu­mił pra­gnie­nie krwi, jak ten pierw­szy cu­kie­rek, któ­ry ktoś zgu­bił pod mo­stem, gdzie ukry­ła się wy­gna­na wam­pi­rzy­ca. Ni­g­dy nie za­po­mnia­ła te­go sma­ku. Ura­to­wał ją w wie­lu sy­tu­acjach, kie­dy głód roz­szar­py­wał wnętrz­no­ści i by­ła go­to­wa rzu­cić się na pierw­szą na­po­tka­ną oso­bę.

– Mam na­dzie­ję, że nie po­my­li­łem się przy wy­bo­rze – ode­zwał się po chwi­li nie­zna­jo­my. – Sprze­daw­czy­ni za­pro­po­no­wa­ła wła­śnie ten de­ser.

– Prze­pysz­ne. Szar­lot­ka i ser­nik z tej pie­kar­ni są rów­nie wy­śmie­ni­te.

– Za­pa­mię­tam na przy­szłość. Czy o czymś jesz­cze po­wi­nie­nem wie­dzieć? – za­py­tał non­sza­lanc­ko.

Nie wy­czu­ła w je­go gło­sie ani cie­nia drwi­ny.

– Her­ba­ta ja­śmi­no­wa… mi sma­ku­je.

– Tak, wiem. – Uśmiech­nął się de­li­kat­nie i ku­szą­co. Nie­za­prze­czal­nie był przy­stoj­ny. – Chcia­łem zro­bić do­bre pierw­sze wra­że­nie, a jak to lu­dzie mó­wią: przez żo­łą­dek do ser­ca.

– Mo­je ser­ce nie bi­je od stu lat – zja­dła jesz­cze je­den kęs cia­sta – ale chy­ba od tej tar­ty zno­wu za­cznie.

– Ja… – za­wa­hał się. Ner­wo­wo po­tarł wierzch czar­nej rę­ka­wicz­ki. – Nie sły­sza­łem do­tąd o wam­pi­rze, któ­ry lu­bił­by cia­sta – wy­krztu­sił z sie­bie.

– Cie­ka­wość to pierw­szy sto­pień do pie­kła – za­śmia­ła się pod no­sem.

– Miej­sce wam­pi­rów i tak jest w pie­kle, więc cie­ka­wość chy­ba ni­cze­go nie zmie­ni.

Ana­sta­zja nie pa­mię­ta­ła, kie­dy ostat­nio pro­wa­dzi­ła tak przy­jem­ną roz­mo­wę z dru­gą isto­tą, więc kon­ty­nu­owa­ła:

– Pierw­szy raz spró­bo­wa­łam cze­goś słod­kie­go za­raz po wy­gna­niu. Za­wsze ko­cha­łam krew ze słod­kim po­sma­kiem. Sło­dy­cze mi ją przy­po­mi­na­ją. Po­ma­ga­ją za­ha­mo­wać głód.

Wy­cią­gnął z we­wnętrz­nej kie­sze­ni no­tes, rów­nie czar­ny jak ca­łe je­go ubra­nie. Na­wet po­szcze­gól­ne stro­ny ze­szy­tu by­ły w tym ko­lo­rze. Dłu­go­pis z ko­lei pi­sał na czer­wo­no.

– To fa­scy­nu­ją­ce. – Zro­bił kil­ka no­ta­tek. – Wąt­pię, by któ­ry­kol­wiek z wam­pi­rów wpadł na ta­ki po­mysł.

– Wąt­pię, że­by ja­ki­kol­wiek wam­pir, po­za mną, po­trze­bo­wał ha­mo­wać swój głód – po­pra­wi­ła mło­dzień­ca.

– Po­trze­bo­wał czy…

– Chciał. – Mó­wi­ła tu już o so­bie. – Nie chcę pić ludz­kiej krwi.

Po­stu­kał w okład­kę i za­py­tał:

– Po­tra­fisz za­prze­czyć na­tu­rze?

– Na to wy­glą­da – od­po­wie­dzia­ła po­wo­li. – Resz­ty sa­ma nie ro­zu­miem. To też mo­żesz so­bie za­pi­sać w tym ka­je­ci­ku.

Po­pa­trzył znad no­te­su na Ana­sta­zję.

– Prze­pra­szam, tro­chę mnie po­nio­sło – od­parł ner­wo­wo. – Za­wsze… Za­wsze chcia­łem cię po­znać. Two­je czy­ny za­pi­sa­ły się w hi­sto­rii wam­pi­rów. Nie są­dzi­łem, że coś słod­kie­go mo­że oka­zać się lep­sze od świe­żej krwi.

– Tar­ta jest pysz­na.

– W ta­kim ra­zie bar­dzo mnie to cie­szy, Ana­sta­zjo.

Wam­pir zdo­był jej ser­ce tym cia­stem. Z za­sa­dy nie przyj­mo­wa­ło się po­sił­ku od ob­ce­go, szcze­gól­nie od wam­pi­ra, któ­ry przy­był w imie­niu Spo­łe­czeń­stwa. Na­dal nie po­zna­ła je­go za­mia­rów, ukry­wał po­wód, dla któ­re­go do niej przy­szedł. Ro­bi­ła się co­raz bar­dziej po­dejrz­li­wa, ale nie co dzień do­sta­je się tar­tę za dar­mo. Dla­te­go do­koń­czy­ła de­ser i do­pie­ro wte­dy po­ru­szy­ła te­mat, któ­ry drę­czył ją od sa­me­go po­cząt­ku:

– Kim je­steś i co tu ro­bisz?

– Wo­lał­bym po­roz­ma­wiać o przy­jem­niej­szych rze­czach, ale ro­zu­miem two­je znie­cier­pli­wie­nie. Spra­wa, z któ­rą przy­cho­dzę, do­ty­czy ostat­nich wy­da­rzeń, ja­kie mia­ły miej­sce w Spo­łe­czeń­stwie.

– Od pięć­dzie­się­ciu lat nie mam kon­tak­tu z wam­pi­ra­mi, więc nie wiem, co się ak­tu­al­nie dzie­je w Spo­łe­czeń­stwie – za­pew­ni­ła go­ścia, by roz­wiać ewen­tu­al­ne wąt­pli­wo­ści.

Ana­sta­zja po­my­li­ła się co do po­wo­du, dla któ­re­go po­ja­wił się w jej miesz­ka­niu. Przy­bysz wstał i nie­spo­dzie­wa­nie przy­klęk­nął przed nią. Ujął pra­wą dłoń ko­bie­ty, po czym przy­ło­żył do wła­sne­go czo­ła. Za­mknął oczy.

– Naj­wyż­szy, gło­wa ro­du, twój Oj­ciec nie ży­je – oświad­czył. – Je­go pro­chy zo­sta­ły ze­bra­ne i za­nie­sio­ne na cmen­tarz wiecz­ne­go snu.

Mar­twe ser­ce Ana­sta­zji pę­kło, jak­by część jej ist­nie­nia za­ni­kła wraz z wie­ścią o śmier­ci Oj­ca. Sprzecz­ne my­śli bi­ły się w jej gło­wie, wal­cząc mię­dzy za­ak­cep­to­wa­niem sy­tu­acji a za­prze­cza­niem praw­dzie, z któ­rą przy­szedł do niej ten po­sła­niec Spo­łe­czeń­stwa. Nie uwie­rzy­ła mu. Po­tę­ga, ja­ką re­pre­zen­to­wał Oj­ciec, by­ła nie­za­prze­czal­na. Po­sia­dał moc, któ­ra po­ru­sza­ła nie­bem i zie­mią, łow­cy ani ra­zu nie od­wa­ży­li się wy­stą­pić prze­ciw­ko nie­mu. Nie ist­niał byt zdol­ny po­ko­nać Oj­ca, więc ja­kim cu­dem ten wam­pir mó­wił o je­go śmier­ci?

Ana­sta­zja za­łka­ła. Łzy spły­wa­ły po jej po­licz­kach nie­kon­tro­lo­wa­nie. Pró­bo­wa­ła je za­trzy­mać, wspo­mi­na­jąc krzyw­dy, któ­re wy­rzą­dził jej Oj­ciec. Prze­mie­nił ją wbrew wo­li, znisz­czył dom, za­mor­do­wał ro­dzi­nę. Był czas, że go nie­na­wi­dzi­ła, ale cu­dow­ne wspo­mnie­nia z pięć­dzie­się­ciu lat ży­cia w Spo­łe­czeń­stwie prze­bi­ja­ły się przez okrut­ne ob­ra­zy. Uśmiech Oj­ca wi­tał ją za każ­dym ra­zem, gdy wbie­ga­ła go je­go bi­blio­te­ki z proś­bą o po­ży­cze­nie ko­lej­nej książ­ki. Ni­g­dy wię­cej nie zo­ba­czy te­go uśmie­chu?

To kłam­stwo.

Wam­pi­ry nie umie­ra­ły, wam­pi­ry za­pa­da­ły w wiecz­ny sen.

– Jak? – wy­sy­cza­ła. – Kto śmiał go za­bić? Kto ma ta­ką moc?

Zna­ła swo­je­go stwo­rzy­cie­la. Był wam­pi­rem, któ­ry po­wo­łał do ist­nie­nia Spo­łe­czeń­stwo, dał swo­im dzie­ciom, sio­strom i bra­ciom dom w cza­sie wiel­kich po­lo­wań. Rzą­dził przez set­ki lat, utrzy­mu­jąc ty­tuł Naj­wyż­sze­go. Był po­tęż­ny, nie­zwy­cię­żo­ny, a mi­mo to…

– Zo­stał za­mor­do­wa­ny. – Wresz­cie do­szła do te­go wnio­sku. Nie zgi­nął w uczci­wej wal­ce, a pod­stę­pem. Wzię­ła też pod uwa­gę dru­gą moż­li­wość, ale Oj­ciec, któ­re­go zna­ła, nie do­pu­ścił­by się do ta­kie­go czy­nu, więc szyb­ko od­rzu­ci­ła ten po­mysł.

– Naj­wyż­szy zo­stał za­mor­do­wa­ny – po­twier­dził. – Gra­tu­lu­ję szyb­kich wnio­sków. Naj­wyż­szy za­wsze chwa­lił swo­ją cór­kę za by­strość. Twier­dził, że gdy­by nie wy­gna­nie, wkrót­ce sa­ma sta­ła­byś się Naj­wyż­szą i mat­ką no­wych stwo­rzeń.

Ana­sta­zja za­ci­snę­ła gniew­nie pię­ści.

Przez set­ki lat nie ist­nia­ła po­tę­ga bę­dą­ca w sta­nie za­gro­zić Oj­cu. Sło­wa nie­zna­jo­me­go przy­po­mnia­ły o jed­nej oso­bie, któ­ra mo­gła to zmie­nić – o niej sa­mej. Po­cząt­ko­wo to by­ły tyl­ko plot­ki krą­żą­ce wśród znu­dzo­ne­go Spo­łe­czeń­stwa. Na po­cząt­ku nic nie zna­czy­ły, ale z cza­sem oka­za­ło się, że wie­lu już wte­dy uzna­ło Ana­sta­zję za na­stęp­czy­nię Oj­ca i po­ten­cjal­ne za­gro­że­nie. Ona sa­ma za­wsze wi­dzia­ła przy­szłe­go Naj­wyż­sze­go w Le­no­re, swo­jej star­szej sio­strze.

– Czy Spo­łe­czeń­stwo uwa­ża, że za­bi­łam Oj­ca? – za­py­ta­ła, do­my­śla­jąc się okrut­nej praw­dy.

– Tak. Ra­da na­po­mknę­ła, że ży­czy­łaś Naj­wyż­sze­mu śmier­ci – wy­po­mniał wy­da­rze­nia z ba­lu Krwa­we­go Księ­ży­ca.

– Nie za­bi­łam go! – pod­nio­sła głos. Wez­brał w niej gniew. – Chcia­łam, to praw­da, ale nie po­tra­fi­ła­bym te­go zro­bić. Je­stem zbyt sła­ba.

– Pięć­dzie­siąt lat na wy­gna­niu to spo­ro cza­su, na­wet dla wam­pi­ra – za­uwa­żył. – Oso­bi­ście od po­cząt­ku nie wie­rzy­łem w twój udział w mor­der­stwie, ale mo­ja ro­la ma swo­je ogra­ni­cze­nia, a wy­ra­ża­nie wła­sne­go zda­nia nie na­le­ży do obo­wiąz­ków, któ­re peł­nię w Spo­łe­czeń­stwie.

– Mów… Po pro­stu mów.

Gość pod­niósł tecz­kę le­żą­cą mię­dzy sto­łem a ka­na­pą. Na klam­rze wy­żło­bio­no ka­du­ce­usz – uskrzy­dlo­ną różdż­kę, wo­kół któ­rej wi­ły się dwa wę­że. Wam­pir po­dał jej plik z kil­ku­na­sto­ma do­ku­men­ta­mi. Zna­la­zła wśród nich bar­dzo la­ko­nicz­ny ra­port o oko­licz­no­ściach śmier­ci Oj­ca. Przej­rza­ła wszyst­ko, nie za­głę­bia­jąc się za bar­dzo w treść do­ku­men­tów. Spo­łe­czeń­stwo nie­na­wi­dzi­ło fak­tów, więc wąt­pi­ła, by któ­ra­kol­wiek z przed­sta­wio­nych in­for­ma­cji mia­ła war­tość. Ich je­dy­nym źró­dłem był ten oto męż­czy­zna.

– Mów – roz­ka­za­ła.

Nie opo­no­wał. Prze­szedł od ra­zu do wy­ja­śnień:

– Mo­że za­cznę od po­cząt­ku. Mam na imię Da­mien, zo­sta­łem prze­mie­nio­ny pra­wie pięć­dzie­siąt lat te­mu. Do­kład­nie czter­dzie­ści dwa, więc nie mie­li­śmy oka­zji się po­znać. Obec­nie peł­nię ro­lę, po­wiedz­my, se­kre­ta­rza Spo­łe­czeń­stwa, choć wo­lę okre­śle­nie „me­dia­tor”. Za­ła­twiam spra­wy mię­dzy ludź­mi, łow­ca­mi a wam­pi­ra­mi oraz do­pro­wa­dzam do ro­zej­mów. Spra­wa za­bój­stwa Naj­wyż­sze­go po­ru­szy­ła Spo­łe­czeń­stwem i spra­wi­ła, że za­czę­to mar­twić się o dal­sze lo­sy na­szej ra­sy.

– Mor­der­stwo Naj­wyż­sze­go mo­że za­gro­zić rów­no­wa­dze mię­dzy wszyst­ki­mi świa­ta­mi – za­uwa­ży­ła Ana­sta­zja.

– Zde­cy­do­wa­nie. Spo­łe­czeń­stwo oba­wia się, że po­szu­ki­wa­nia win­ne­go do­pro­wa­dzą do ko­goś, kto jest w sta­nie wy­mor­do­wać ich wszyst­kich – wy­tłu­ma­czył Da­mien. – Dla­te­go po­wie­rzy­li ci to śledz­two.

Ana­sta­zja za­ci­snę­ła pal­ce na uchu fi­li­żan­ki. Pę­kło. W ostat­niej chwi­li zła­pa­ła por­ce­la­nę i od­sta­wi­ła ją na stół. Ode­tchnę­ła jak zwy­czaj­ny czło­wiek i od­zy­ska­ła kon­tro­lę nad swo­ją si­łą. Chwi­la nie­uwa­gi mo­gła kosz­to­wać wie­le. Na­wet zbyt wie­le, bio­rąc pod uwa­gę oko­licz­no­ści.

– Dla­cze­go? – Szu­ka­ła od­po­wie­dzi. Nie przy­szedł wy­ko­nać wy­ro­ku, ale za­an­ga­żo­wać ją w roz­wią­zy­wa­nie ja­kiejś za­gad­ki? Nie wie­rzy­ła.

– Po pierw­sze, znasz ludz­ki świat. Po dru­gie, je­steś jed­nym z naj­po­tęż­niej­szych dzie­ci Oj­ca. Po trze­cie, dla nich mo­żesz zgi­nąć. – Za­brał tecz­kę. – Po czwar­te, mo­gą cof­nąć wy­rok. Po pią­te, za­po­mnia­łaś o Re­nee.

Nie za­po­mnia­ła. Na sa­mo wspo­mnie­nie tam­tych wy­da­rzeń krew go­to­wa­ła się w jej ży­łach. „Bła­gam, ura­tuj ją”. Głos ko­bie­ty z prze­szło­ści był na­dal ży­wy, roz­brzmie­wał w uszach Ana­sta­zji, jak­by znów znaj­do­wa­ła się na sa­li ba­lo­wej, pa­trząc na ostat­nie chwi­le ofia­ry. Obie­ca­ła, że do­trzy­ma sło­wa…

– Mam być ich ko­złem ofiar­nym i od­na­leźć mor­der­cę nie­za­leż­nie od te­go, czy umrę, czy nie – upew­ni­ła się co do za­mia­rów Spo­łe­czeń­stwa.

– Nie za­prze­czę.

Do­ce­ni­ła szcze­rość Da­mie­na.

– A co, je­śli się nie zgo­dzę? Wy­gna­no mnie, nie kon­tak­to­wa­łam się z Oj­cem od lat.

– O Naj­wyż­sza – na­zwał ko­bie­tę ty­tu­łem, któ­ry ją brzy­dził – mo­żesz uda­wać przede mną, że ta wy­mów­ka ma ja­kie­kol­wiek zna­cze­nie, ale w rze­czy­wi­sto­ści pró­bu­jesz uciec przed za­da­niem, do któ­re­go zmu­si­ło cię Spo­łe­czeń­stwo. Mu­sisz je wy­peł­nić nie­za­leż­nie od wła­sne­go zda­nia i mi­mo że nie chcesz wra­cać do miej­sca, któ­re na­pa­wa cię obrzy­dze­niem i przy­wo­łu­je nie­chcia­ne wspo­mnie­nia.

– Nie nad­wy­rę­żaj mo­jej cier­pli­wo­ści – za­gro­zi­ła.

Da­mie­na stwo­rzo­no po jej wy­gna­niu, miał nie­ca­łe pięć­dzie­siąt lat, nie uczest­ni­czył w wy­da­rze­niach z tam­tej no­cy, więc ja­kim pra­wem wy­snu­wał po­dob­ne wnio­ski?

– Czy ci się to po­do­ba, czy nie, Spo­łe­czeń­stwo pod­ję­ło de­cy­zję. Masz wy­ko­nać to za­da­nie. W in­nym przy­pad­ku skrzyw­dzą Re­nee – do­koń­czył ci­szej, od­wra­ca­jąc od Ana­sta­zji wzrok. On też był ofia­rą Spo­łe­czeń­stwa i tyl­ko wy­ko­ny­wał roz­ka­zy.

Ude­rzy­ła w stół i zła­ma­ła go wpół. Por­ce­la­no­wa za­sta­wa upa­dła na pod­ło­gę i roz­trza­ska­ła się na drob­ne frag­men­ty, któ­re roz­pry­sły się po ca­łym po­ko­ju. Ana­sta­zja wy­mu­si­ła uśmiech. Nie­na­wi­dzi­ła gróźb, a Spo­łe­czeń­stwo sza­sta­ło ni­mi jak gracz w ka­sy­nie. Nie­na­wi­dzi­ła, a jed­nak nie umia­ła się im prze­ciw­sta­wić.

– Po­trze­bu­ję prze­wod­ni­ka po Spo­łe­czeń­stwie – za­su­ge­ro­wa­ła lek­kim to­nem i tym sa­mym zgo­dzi­ła się na wa­run­ki, ja­kie jej dyk­to­wa­no. Obie­ca­ła ma­mie Re­nee, że się nią za­opie­ku­je. Je­śli Spo­łe­czeń­stwo gro­zi­ło te­mu dziec­ku, to jej obo­wiąz­kiem by­ło za­po­biec nie­szczę­ściu.

– Dla­te­go mnie wy­sła­li. – Da­mien ucie­szył się na wieść, że Ana­sta­zja wy­peł­ni zle­co­ne jej za­da­nie. – Mam peł­nić ro­lę two­je­go po­moc­ni­ka.

– Po­moc­ni­ka – po­wtó­rzy­ła, uzna­jąc, że le­piej brzmia­ło­by sło­wo ob­ser­wa­tor. – Od po­cząt­ku nie mo­głam od­mó­wić – do­my­śli­ła się.

– Zde­cy­do­wa­nie nie – przy­znał męż­czy­zna. – Dla­te­go prze­sła­łem in­for­ma­cję o two­jej zgo­dzie, jesz­cze za­nim wsze­dłem do te­go po­ko­ju.

– Szyb­ko dzia­łasz – sko­men­to­wa­ła sar­ka­stycz­nym to­nem.

– Naj­wyż­szy zo­stał za­mor­do­wa­ny, naj­sil­niej­szy wam­pir na­szych cza­sów. Trze­ba schwy­tać mor­der­cę, nie­za­leż­nie od te­go, kim czy czym jest.

– A co, je­śli to ich nie za­do­wo­li? Co wte­dy, mój chłop­cze?

Da­mien za­my­ślił się na mo­ment, a po­tem od­po­wie­dział uczci­wie:

– Zro­bi­my wszyst­ko, że­by by­li za­do­wo­le­ni. – Od­su­nął się i z kie­sze­ni ma­ry­nar­ki wy­jął pro­sto­kąt­ny kar­to­nik, któ­ry na­stęp­nie po­dał Ana­sta­zji. – Kro­pla krwi na wi­zy­tów­ce otwo­rzy bra­my do Spo­łe­czeń­stwa.

Da­mien rze­czy­wi­ście zo­stał zro­dzo­ny z po­tę­gi Krwa­we­go Księ­ży­ca, sko­ro ob­da­rzo­no go tak wy­jąt­ko­wą mo­cą. Nie by­ła ona da­na zwy­czaj­nym wam­pi­rom.

– Wy­ru­sza­my od ra­zu – ogło­si­ła. – Le­piej nie cze­kać.

– Jak so­bie ży­czysz.

Obej­rza­ła wi­zy­tów­kę. Wy­ko­na­no ją z czar­ne­go, twar­de­go pa­pie­ru, a na jed­nej ze stron wid­niał czer­wo­ny na­pis dan­se ma­ca­bre ze zna­kiem w kształ­cie kro­pel­ki krwi. Ta­niec śmier­ci przy­po­mi­nał, że na każ­de­go czy­ha tyl­ko jed­no za­koń­cze­nie, nie­za­leż­nie od sta­tu­su spo­łecz­ne­go, wie­ku czy płci. Śmierć rze­czy­wi­ście udo­wod­ni­ła, że za­bie­ra każ­de­go. Ana­sta­zja mia­ła w związ­ku z tym oba­wy: nie chcia­ła skoń­czyć jak Oj­ciec.

– Da­mie­nie, jesz­cze jed­na rzecz, za­nim pój­dzie­my.

– Tak, słu­cham.

– Nie pró­buj mnie oszu­ki­wać.

– Tak jak po­wie­dzia­łem, mam za za­da­nie być prze­wod­ni­kiem. Nie zro­bię ni­cze­go, co nie le­ży w za­kre­sie mo­ich obo­wiąz­ków.

– Prze­stań – za­grzmia­ła. Ze­bra­ła w so­bie moc Krwa­we­go Księ­ży­ca. Tłu­mi­ła ją przez te wszyst­kie la­ta, nie uży­wa­ła na lu­dziach, ale Da­mien nie był czło­wie­kiem.

Od­ru­cho­wo po­chy­lił przed nią czo­ło i za­mru­gał ze zdzi­wie­nia. Sło­wa w ustach wam­pi­ra stwo­rzo­ne­go z krwi Krwa­we­go Księ­ży­ca mia­ły moc wy­da­wa­nia in­nym po­le­ceń, któ­rym nie by­li w sta­nie się prze­ciw­sta­wić. Ana­sta­zja nie stra­ci­ła tej iskry przez la­ta wy­gna­nia.

– Nie stra­ci­łaś mo­cy. – Na je­go bla­dej twa­rzy po­ja­wił się uśmiech prze­peł­nio­ny sa­tys­fak­cją.

– Nie cho­dzi o moc, ale o krew. Zo­sta­łam stwo­rzo­na w cza­sie no­cy Krwa­we­go Księ­ży­ca. Jak sam wcze­śniej wspo­mnia­łeś, je­stem jed­nym z dzie­ci Oj­ca, Naj­wyż­sze­go. I z ja­kie­goś po­wo­du po­dej­rze­wa­ją mnie o je­go za­bi­cie – do­da­ła ci­szej.

Przed wyj­ściem po­pra­wi­ła su­kien­kę. Gdy­by tyl­ko Le­no­re ją te­raz zo­ba­czy­ła, zbesz­ta­ła­by po­rząd­nie i ka­za­ła się prze­brać. Nie prze­szka­dzał jej ten wy­gląd, ale nie wy­pa­da­ło wra­cać do do­mu w tak ża­ło­snym sta­nie.

Ana­sta­zja wes­tchnę­ła i po­pa­trzy­ła jesz­cze raz na wi­zy­tów­kę, po czym po­wtó­rzy­ła in­struk­cję otrzy­ma­ną od Da­mie­na. Prze­gry­zła kciuk dru­giej dło­ni. Cien­ka struż­ka krwi po­pły­nę­ła po mar­twej skó­rze. Roz­ma­za­ła ją na pa­pie­rze, za­nim ra­na się za­go­iła.

Krew ze­bra­ła się na kra­wę­dzi wi­zy­tów­ki w po­sta­ci du­żej kro­pli, więk­szej niż się spo­dzie­wa­ła. Na­gle z ka­wał­ka pa­pie­ru wy­cie­kła krwa­wa ciecz. Roz­la­ła się na pod­ło­gę i stwo­rzy­ła ka­łu­żę.

Ana­sta­zja scho­wa­ła wi­zy­tów­kę pod su­kien­kę, po­dej­rze­wa­jąc, że kie­dyś jesz­cze jej się przy­da.

Krew za­bul­go­ta­ła jak gę­sta, go­tu­ją­ca się zu­pa. Bą­ble pę­ka­ły, a ciecz roz­dzie­li­ła się na dwie pla­my, któ­re po­ma­łu za­czę­ły się uno­sić. Wy­glą­da­ły, jak­by bu­do­wa­ły most. Krew za­trzy­ma­ła się na wy­so­ko­ści szaf­ki i do­tych­cza­so­we dwie li­nie utwo­rzy­ły ścież­kę i drzwi. Znik­nę­ła prze­strzeń na­le­żą­ca do po­ko­ju i wy­ło­nił się zna­ny Ana­sta­zji wi­dok.

– Fa­scy­nu­ją­ce. A więc tam na do­le też wie­le się zmie­ni­ło – sko­men­to­wa­ła i prze­szła na dru­gą stro­nę.

Roz­dział 2

Tra­fi­ła na śro­dek pu­ste­go pla­cu tar­go­we­go wy­ło­żo­ne­go cięż­kim ka­mie­niem. Daw­niej na każ­de jej przy­by­cie słu­dzy roz­ście­la­li czer­wo­ny dy­wan, by Ana­sta­zja nie uszko­dzi­ła pan­to­fel­ków. Po­da­wa­li jej rę­ce, a na­wet pro­wa­dzi­li do naj­słyn­niej­sze­go lo­ka­lu w oko­li­cy, „Do­mu z krwi”, gdzie ser­wo­wa­no mie­szan­kę krwi z al­ko­ho­la­mi z ca­łe­go świa­ta. Wiecz­nie otwar­ty, za­wsze go­to­wy do przy­ję­cia go­ści, tym ra­zem był ci­chy i pu­sty. Drew­nia­na de­ska z wy­ry­tym na­pi­sem „za­mknię­te” wi­sia­ła na drzwiach.

Ro­zej­rza­ła się po uli­cach, na któ­rych za­zwy­czaj od­by­wał się targ róż­no­ści – sprze­daż bi­żu­te­rii, kosz­to­wa­nie rzad­kich sma­ków krwi, opo­wie­ści wam­pi­rów po­dró­żu­ją­cych po­za Spo­łe­czeń­stwo czy wie­ści o łow­cach istot „in­nych” i ich obec­nych dzia­ła­niach.

Wie­le ra­zy prze­mie­rza­ła ze swo­imi słu­ga­mi te ulicz­ki, ra­do­śnie wi­ta­jąc prze­by­wa­ją­ce na tar­gu wam­pi­ry. By­ła za­strzy­kiem ener­gii wśród nie­umar­łych, isto­tą cie­kaw­ską, za­glą­da­ją­cą w każ­dy kąt. Człon­ko­wie Spo­łe­czeń­stwa pa­trzy­li na to z po­bła­ża­niem i nie prze­szka­dza­li.

Po pięć­dzie­się­ciu la­tach na wy­gna­niu tra­fi­ła w nie­zna­ną jej pust­kę. Ci­sza przy­tło­czy­ła mar­twe ser­ce Ana­sta­zji. Wład­czy głos Le­no­re, za­wsze go­to­wej besz­tać in­nych, prze­bi­jał się przez jej my­śli, wkła­da­jąc w usta wam­pi­rzy­cy sło­wa: „Dla­cze­go wró­ci­łaś tu do­pie­ro te­raz, sio­stro?”. Po­tem zo­ba­czy­ła Oj­ca, ocho­czo roz­ma­wia­ją­ce­go z han­dla­rza­mi o naj­now­szych zdo­by­czach. Bie­gła wte­dy do stwo­rzy­cie­la i rzu­ca­ła mu się w ra­mio­na. Tym ra­zem po­wi­ta­ło ją mil­cze­nie Spo­łe­czeń­stwa.

Ana­sta­zja zer­k­nę­ła w kie­run­ku nie­ba. Za­wie­szo­ny na noc­nym skle­pie­niu księ­życ wszedł w fa­zę za­ćmie­nia. Je­go blask znik­nął, ustą­pił miej­sca wiecz­nej ciem­no­ści, któ­ra spro­wa­dzi­ła na tę nie­zna­ną i za­po­mnia­ną kra­inę noc – in­ną od tej, któ­rą zna­ła ze świa­ta śmier­tel­ni­ków. Świa­tło dnia nie prze­do­sta­wa­ło się do wy­mia­ru nie­umar­łych.

Przez la­ta nie py­ta­ła, czym jest Spo­łe­czeń­stwo ani gdzie do­kład­nie się znaj­du­je. Ja­ko wam­pir funk­cjo­no­wa­ła w tym ma­łym dom­ku stwo­rzo­nym przez Oj­ca. Do­pie­ro po wy­gna­niu za­czę­ła drą­żyć. Prze­szu­ka­ła wie­le bi­blio­tek. W żad­nej nie zna­la­zła wzmian­ki o ist­nie­niu Spo­łe­czeń­stwa czy miej­scu je­mu po­dob­nym. A jed­nak ono ist­nia­ło.

Cór­ka mar­no­traw­na po­wró­ci­ła i nikt nie wy­biegł jej na spo­tka­nie. Lek­ko zdez­o­rien­to­wa­na ro­zej­rza­ła się po­now­nie i tym ra­zem zo­ba­czy­ła ogło­sze­nie na ta­bli­cy. Ze­rwa­ła kart­kę i prze­czy­ta­ła ko­mu­ni­kat:

Po­grą­żo­na w nie­utu­lo­nym ża­lu po stra­cie wiel­kie­go Oj­ca, Naj­wyż­sze­go Pa­na i Stwo­rzy­cie­la Ra­da ogła­sza wiecz­ny sen trwa­ją­cy ty­dzień. Niech ten czas po­zwo­li na­szym sio­strom i bra­ciom od­da­lić smu­tek oraz gniew. Spraw­ca tej zbrod­ni ni­g­dy nie za­zna spo­ko­ju.

Każ­dy wam­pir spo­za głów­ne­go ro­du otrzy­my­wał skrom­ne, wą­skie lo­kum, któ­re by­ło czę­ścią dłu­gich bu­dyn­ków cią­gną­cych się aż po gra­ni­ce mia­sta. Sta­wiał w nim trum­nę i zgod­nie z tra­dy­cją uda­wał się na krót­ki spo­czy­nek. Wiecz­ny sen daw­niej był ozna­ką sta­tu­su i chwa­ły i mo­gły go do­stą­pić tyl­ko wie­ko­we wam­pi­ry, któ­rych czy­ny za­pi­sa­ły się w hi­sto­rii. Sko­ro Ra­da za­twier­dzi­ła wiecz­ny sen dla wszyst­kich, ozna­cza­ło to, że bo­ją się i pra­gną po­zo­stać w ukry­ciu.

Ana­sta­zja od­wie­si­ła ogło­sze­nie na miej­sce. Te­raz zwró­ci­ła uwa­gę na in­ne ulot­ki, w tym bar­dzo spe­cy­ficz­ną, przed­sta­wia­ją­cą bla­de­go wam­pi­ra le­ża­ku­ją­ce­go w le­sie. Obok zna­la­zła też wzmian­kę o sprze­da­ży te­le­fo­nu.

– Spo­łe­czeń­stwo otwo­rzy­ło się po­now­nie na świat śmier­tel­ni­ków? – za­in­te­re­so­wa­ła się.

– Świat śmier­tel­ni­ków ofe­ru­je wie­le do­bre­go. Do­szli­śmy do po­ro­zu­mie­nia z łow­ca­mi i sta­ra­my się mieć do­bre sto­sun­ki. Dla­te­go wy­pra­wy do świa­ta lu­dzi nie koń­czą się koł­kiem w ser­ce – wy­ja­śnił jej Da­mien.

– Gdy­bym nie zo­ba­czy­ła te­go na wła­sne oczy, to bym nie uwie­rzy­ła – przy­zna­ła. Wam­pi­ry dłu­go tkwi­ły w chwa­leb­nej prze­szło­ści, nie chcia­ły się otwo­rzyć na no­we, więc dzi­wi­ło ją, że pod­ję­ły de­cy­zję o od­wie­dza­niu świa­ta lu­dzi. – Kto na to po­zwo­lił?

– Do­myśl się.

Na myśl przy­szła jej tyl­ko jed­na oso­ba.

– Oj­ciec.

– Naj­wyż­szy za­uwa­żył, że świat się zmie­nia i roz­wi­ja, a Spo­łe­czeń­stwo tkwi w chwa­leb­nej prze­szło­ści. O ile tak moż­na na­zwać cza­sy mor­dów, po­lo­wań i na­bi­ja­nia na pal. Nie­któ­rzy jed­nak wła­śnie tak po­strze­ga­ją cza­sy po­tę­gi i utknę­li w niej. A Naj­wyż­szy za­pra­gnął cze­goś wię­cej.

– To mo­że sta­no­wić do­bry mo­tyw.

– Mo­tyw naj­mniej in­te­re­su­je wam­pi­ry.

– Moż­li­we – wzru­szy­ła ra­mio­na­mi – ale ja wo­lę pa­trzeć na mor­der­stwo z szer­szej per­spek­ty­wy. Mo­tyw mo­że do­pro­wa­dzić do spraw­cy. Wam­pi­ry do­sta­ną swo­ją od­po­wiedź, nie­za­leż­nie od te­go, jak doj­dę do praw­dy.

– I te­go się od cie­bie ocze­ku­je.

– Trud­niej spro­stać ocze­ki­wa­niom, kie­dy ota­cza­ją mnie sa­me py­ta­nia. Ra­port za­wie­ra tyl­ko ogól­ne in­for­ma­cje, więc chy­ba zdam się na two­ją ła­skę i wie­dzę.

– Mam wy­ko­ny­wać każ­dy twój roz­kaz do mo­men­tu, aż od­naj­dziesz spraw­cę – po­twier­dził swo­ją ro­lę.

– Chcę zo­ba­czyć miej­sce, gdzie od­na­le­zio­no zwło­ki Oj­ca.

Da­mien po­dał jej dłoń. Przy­ję­ła ją i po­słusz­nie ru­szy­ła za wam­pi­rem mię­dzy roz­cią­ga­ją­cy­mi się aż po sa­me gra­ni­ce mia­sta bu­dyn­ka­mi. Gło­sy prze­szło­ści nie uci­chły, a wręcz sta­ły się gło­śniej­sze. Wi­dzia­ła daw­ną sie­bie ska­czą­cą po da­chach w to­wa­rzy­stwie dwóch wam­pi­rzyc, któ­re upo­mi­na­ły ją, że tak nie wy­pa­da. Zo­ba­czy­ła też słu­gę od po­sił­ków. Obie­cy­wał jej naj­lep­szy ką­sek, kie­dy wy­pra­wiał się do świa­ta lu­dzi.

Ści­snę­ła moc­niej dłoń Da­mie­na. Przy­gry­zła war­gę, zdu­sza­jąc w so­bie sło­wa, któ­re przy­no­si­ły jej tyl­ko cier­pie­nie. To jej dom, a jed­no­cze­śnie wię­zie­nie. Sprzecz­ne emo­cje wal­czy­ły ze so­bą, kie­dy zna­leź­li się na roz­wi­dle­niu. Jed­na ścież­ka pro­wa­dzi­ła do pa­ła­cu, w któ­rym ży­ła ze swo­ją wam­pi­rzą ro­dzi­ną, dru­ga koń­czy­ła się cmen­ta­rzem. Da­mien na szczę­ście po­pro­wa­dził ją tą dru­gą. Jej mar­twe ser­ce chy­ba nie wy­trzy­ma­ło­by po­wro­tu.

– My­śla­łem, że ich nie­na­wi­dzisz – za­uwa­żył Da­mien.

– Mo­że to syn­drom sztok­holm­ski? – Ucie­kła od od­po­wie­dzi.

We­szli na za­ka­za­ną zie­mię, miej­sce spo­czyn­ku naj­po­tęż­niej­szych wam­pi­rów, któ­re po­grą­ży­ły się w wiecz­nym śnie. Cmen­tarz zaj­mo­wał prze­strzeń na gra­ni­cy te­re­nów Spo­łe­czeń­stwa, za nim roz­po­ście­ra­ła się już tyl­ko nie­skoń­czo­na ciem­ność, do któ­rej nikt nie od­wa­żył się ni­g­dy wejść. Naj­wyż­szy oto­czył to miej­sce roz­ka­zem, któ­ry mó­wił, że nikt nie ma pra­wa tam wkra­czać i za­kłó­cać snu przod­kom. By­ła więc sam na sam z Da­mie­nem.

Uzna­ła, że to naj­lep­szy mo­ment na pod­ję­cie roz­mo­wy.

– Czy Spo­łe­czeń­stwo prze­pro­wa­dzi­ło ja­kie­kol­wiek śledz­two, za­nim wy­zna­czy­li mnie do te­go za­da­nia? – za­py­ta­ła, ana­li­zu­jąc spo­sób po­stę­po­wa­nia wam­pi­rów i to, cze­go mo­gli się do­wie­dzieć i co ewen­tu­al­nie pró­bo­wa­li za­ta­ić przed Ana­sta­zją.

– Za­bój­stwo wam­pi­ra o ran­dze, ja­ką po­sia­dał Naj­wyż­szy, zda­rzy­ło się ostat­nio po­nad sześć­set lat te­mu i wte­dy to wła­śnie twój Oj­ciec stał za za­mor­do­wa­niem ów­cze­sne­go wład­cy. – Da­mien urwał, w po­rę ha­mu­jąc się ze sło­wa­mi, któ­rych nie po­wi­nien wy­po­wia­dać. Wy­da­rze­nia z tam­te­go okre­su by­ły ta­jem­ni­cą, a Ra­da za­ta­iła wszel­kie in­for­ma­cje, na­kła­da­jąc na świad­ków na­kaz za­po­mnie­nia o wszyst­kim, co wi­dzie­li i sły­sze­li. – Oni nie po­tra­fią pro­wa­dzić do­cho­dze­nia. Są zdol­ni tyl­ko do wy­da­wa­nia wy­ro­ków – do­dał, po­twier­dza­jąc przy­pusz­cze­nia Ana­sta­zji.

– Dla­te­go po­win­ni się przyj­rzeć śmier­ci Oj­ca – za­su­ge­ro­wa­ła. – Nie­któ­re wam­pi­ry ży­ją od se­tek lat, chwa­lą się wiel­ką mą­dro­ścią, a nie po­tra­fią sa­mo­dziel­nie do­pro­wa­dzić do od­na­le­zie­nia spraw­cy?

– Bo­ją się. Każ­dy z nich się boi.

– Bo­ją się, że mor­der­ca za­bi­je i ich, je­śli po­zna­ją praw­dę? – Wy­śmia­ła ich tchórz­li­wość i brak am­bi­cji.

Da­mien nie­pew­nie ski­nął gło­wą.

– Wiecz­ny sen jest ma­rze­niem każ­de­go wam­pi­ra – przy­po­mniał Ana­sta­zji. – Nikt nie chce skoń­czyć z koł­kiem w ser­cu czy w in­ny, mniej zna­ny spo­sób.

Ko­łek w ser­cu nie za­bi­je wam­pi­ra stwo­rzo­ne­go z Krwa­we­go Księ­ży­ca. Tę me­to­dę już kie­dyś za­sto­so­wa­ła. Sta­no­wił za­gro­że­nie dla wam­pi­ra, któ­ry po­wstał we­dług tra­dy­cyj­nych, le­piej zna­nych śmier­tel­ni­kom me­tod. Wam­pi­ry prze­ra­ża­ło nie­zna­ne i to, że ich je­ste­stwo oka­za­ło się nie­znisz­czal­ne tyl­ko z po­zo­ru.

Ana­sta­zja uśmiech­nę­ła się mi­mo­wol­nie. Szcze­rze ją to roz­ba­wi­ło. Nie są­dzi­ła, że śmierć, któ­rą wam­pi­ry po­tra­fi­ły oszu­kać, prze­stra­szy je naj­bar­dziej.

– To tu­taj. – Da­mien prze­rwał na­gle jej roz­my­śla­nia.

Za­trzy­mał się, spoj­rzał na cmen­tarz i schy­lił czo­ło, od­da­jąc sza­cu­nek śpią­cym tam wam­pi­rom. Bra­mę z że­la­za za­mknię­to, ale nikt nie strzegł wej­ścia do gro­bow­ców. Na­wet te­raz, kie­dy trwa­ła ża­ło­ba. Ana­sta­zja nie czu­ła obo­wiąz­ku wy­ko­na­nia ja­ki­kol­wiek ge­stu. Cze­ka­ła na swo­je­go prze­wod­ni­ka, od­po­czy­wa­jąc na jed­nej ze skał. Na mo­ment za­mknę­ła oczy i wsłu­cha­ła się w pa­nu­ją­cą wo­kół ci­szę. Nie do­tarł do niej naj­mniej­szy szmer. Ni­skie tra­wy ani drgnę­ły. Tyl­ko one wy­ra­sta­ły w Spo­łe­czeń­stwie. Żad­na in­na ro­śli­na tu nie prze­trwa­ła.

Gdy roz­chy­li­ła po­wie­ki, jej wzrok padł na za­mknię­tą bra­mę. Do­pie­ro te­raz do­strze­gła, że na ko­lum­nie po jej pra­wej stro­nie stoi urna. Pro­chy za­bi­tych wam­pi­rów zbie­ra­no, że­gna­no się z ni­mi se­kun­do­wym mil­cze­niem i za­po­mi­na­no o nich. Ale nie o Oj­cu, nie o Naj­wyż­szym.

Wsta­ła i wy­cią­gnę­ła dłoń, pró­bu­jąc do­się­gnąć na­czy­nia. Osta­tecz­nie jed­nak za­trzy­ma­ła się i przy­ło­ży­ła do pier­si za­ci­śnię­tą pięść. Ro­dzi­na już go po­że­gna­ła, po­zo­sta­wio­no za­su­szo­ne czar­ne kwia­ty, po­wią­za­ne zło­ty­mi łań­cusz­ka­mi. Ro­dzeń­stwo nie za­pro­si­ło jej na uro­czy­stość. Pięć­dzie­siąt lat te­mu nie tyl­ko ją wy­gna­li, ale też wy­rzu­ci­li z ro­dzi­ny na wie­ki.

– Z pro­chu po­wsta­niesz i w proch się za­mie­nisz. – Wy­po­wie­dzia­ła te sło­wa na głos. Przy­nio­sły jej ulgę, przy­po­mnia­ły o mi­sji, któ­rą roz­po­czę­ła w trak­cie ba­lu Krwa­we­go Księ­ży­ca. Je­śli ro­dzi­na ją od­rzu­ci­ła, niech tak bę­dzie. Znaj­dzie mor­der­cę i zno­wu znik­nie z ich ży­cia.

Da­mien po­wró­cił do Ana­sta­zji. Ujął jej dłoń i lek­ko prze­gryzł skó­rę wam­pi­rzy­cy. Przy­po­mi­nał jed­ne­go z mło­dych wam­pi­rów, któ­re tak gry­zły w ra­mach za­ba­wy. Ta piesz­czo­ta spra­wi­ła, że nie­po­ko­ją­ce my­śli ucie­kły. Za­śmia­ła się słod­ko. Ten po­sła­niec zna­ko­mi­cie ra­dził so­bie z ko­bie­ta­mi.

– Któ­re­goś dnia Naj­wyż­szy znik­nął – za­czął wy­ja­śnie­nia. – Po­cząt­ko­wo nikt nie zwró­cił na to uwa­gi. Ostat­ni­mi cza­sy czę­sto od­wie­dzał świat lu­dzi. Two­je star­sze ro­dzeń­stwo za­nie­po­ko­iło się do­pie­ro, gdy nie przy­był na wcze­śniej umó­wio­ny po­si­łek.

– Czy po­si­łek na­dal ży­je? – za­py­ta­ła z cie­ka­wo­ści.

– Oba­wiam się, że nie. Nie, na pew­no nie – po­pra­wił się. – Spo­łe­czeń­stwo pod­pi­sa­ło pięć­dzie­siąt lat te­mu usta­wę za­ka­zu­ją­cą utrzy­my­wa­nia po­sił­ków przy ży­ciu dłu­żej niż kil­ka go­dzin.

– Hu­ma­ni­tar­ny mord – za­żar­to­wa­ła okrut­nie, nie­po­trzeb­nie cią­gnąc ten te­mat. Nie mia­ła pra­wa ni­ko­go oce­niać. Sa­ma kie­dyś za­bi­ja­ła dla ucie­chy i pi­ła ludz­ką krew.

– Za­le­ży, czy wi­dzisz po­si­łek ja­ko po­karm czy ja­ko czło­wie­ka.

– I tak, i tak – od­po­wie­dzia­ła zgod­nie ze swo­imi prze­ko­na­nia­mi.

– Do­kład­nie w ten spo­sób trak­tu­ją nas obec­nie łow­cy. Nie za­prze­cza­ją na­szej na­tu­rze, a jed­no­cze­śnie pró­bu­ją ją stłu­mić. Je­śli jesz­cze się nie do­my­śli­łaś, to ko­lej­na ze zmian wpro­wa­dzo­nych przez Naj­wyż­sze­go.

– I rów­nież spo­tka­ła się z nie­za­do­wo­le­niem ze stro­ny Spo­łe­czeń­stwa – stwier­dzi­ła luź­no.

– Wi­dzisz, ja­kie masz nie­sa­mo­wi­te zdol­no­ści de­duk­cyj­ne? Z ta­kim ta­len­tem bły­ska­wicz­nie znaj­dziesz spraw­cę – za­drwił.

Zmarsz­czy­ła czo­ło. Co­raz bar­dziej ją in­try­go­wał, ale uda­ła, że je­go sło­wa do niej nie do­tar­ły, i za­py­ta­ła:

– Wiem, że do tych zmian do­szło za spra­wą te­go, co uczy­ni­łam pięć­dzie­siąt lat te­mu. Nie cho­wasz ura­zy?

Prze­mil­czał od­po­wiedź.

Nie bez przy­czy­ny wspo­mnia­ła o tam­tym zda­rze­niu. Wam­pi­ry nie­na­wi­dzi­ły jej za to, co zro­bi­ła. Na­wet je­śli Da­mien zo­stał prze­mie­nio­ny póź­niej, to je­go wam­pi­rzy ro­dzic mu­siał na­po­mknąć mu o ha­nieb­nym czy­nie Ana­sta­zji.

– Wiesz, że mo­żesz mnie za­bić? – za­su­ge­ro­wa­ła mu, cie­ka­wa, z ja­ką re­ak­cją się spo­tka.

Da­mien pod­niósł się, a ona da­lej cier­pli­wie cze­ka­ła. Pa­trzy­li so­bie pro­sto w oczy. Nie­spo­dzie­wa­nie od­nio­sła wra­że­nie, że już kie­dyś go spo­tka­ła. To ob­li­cze nie by­ło jej ob­ce, ale jed­no­cze­śnie nie­zbyt bli­skie. Ra­czej nie ze­tknę­li się w prze­cią­gu ostat­nich pięć­dzie­się­ciu lat, bo wte­dy zwra­ca­ła uwa­gę na obec­ność wam­pi­rów w swo­im oto­cze­niu. Wcze­śniej chy­ba też nie, bo w tam­tych cza­sach nie mia­ła oka­zji ani chę­ci, by za­da­wać się z ludź­mi, chy­ba że by­li jej po­sił­kiem. No a ci prze­cież już nie ży­li. Kim więc był ten chło­piec?

Na­gle przy­klęk­nął. Ana­sta­zja otwo­rzy­ła sze­ro­ko oczy ze zdu­mie­nia. Nie spo­dzie­wa­ła się ta­kie­go ge­stu z je­go stro­ny. Da­mien ujął tę sa­mą dłoń, któ­rą wcze­śniej zło­śli­wie ugryzł. Nie wy­glą­dał na żąd­ne­go ze­msty, ra­czej na zgu­bio­ne­go, nie­umie­ją­ce­go zna­leźć słów, któ­re opi­sa­ły­by to, co drę­czy­ło je­go mar­twe ser­ce.

– Gdy­by nie ty, mnie by tu­taj nie by­ło – wy­znał w koń­cu.

Zmie­szał się. Obo­je wie­dzie­li, że by­ły to sło­wa, któ­rych nie po­wi­nien wy­po­wie­dzieć na głos. Od­su­nął się gwał­tow­nie i otwo­rzył usta, pró­bu­jąc coś do­dać. Szu­kał wy­mów­ki, ale osta­tecz­nie za­ci­snął war­gi w wą­ską li­nię i od­da­lił się od Ana­sta­zji.

– Pro­szę, za­po­mnij o tej roz­mo­wie, wra­caj­my do śledz­twa. Pro­szę – bła­gał Ana­sta­zję.

– Do­brze – mruk­nę­ła, sza­nu­jąc je­go de­cy­zję, ale wie­dzia­ła, że nie za­po­mni. Bo po­twier­dzi­ły się jej przy­pusz­cze­nia. Już kie­dyś spo­tka­ła Da­mie­na.

– W tym miej­scu zna­le­zio­no pro­chy Naj­wyż­sze­go – po­wie­dział po­spiesz­nie. – Da­lej ktoś zo­sta­wił krzyż.

Omi­nę­ła mło­dzień­ca.

Na zie­mi le­ża­ło kil­ka ka­wał­ków drew­na uło­żo­nych w cha­rak­te­ry­stycz­ny znak, zwró­co­ny w kie­run­ku cmen­ta­rza. Je­śli to od­wró­co­ny krzyż, to sym­bo­li­zo­wał sza­ta­na, je­śli wła­ści­wy – Bo­ga. Ist­niał tyl­ko je­den spo­sób, by się prze­ko­nać, co ozna­czał. Do­tknę­ła ka­wał­ka drew­na opusz­kiem pal­ca i od ra­zu go od­su­nę­ła. Po­pa­rzy­ła so­bie frag­ment skó­ry, któ­ry się za­go­ił, za­nim od­par­ła:

– To świę­ty znak.

– Tak są­dzi­łem.

– Przy­po­mi­na grób. Jak­by ktoś po­cho­wał tu Oj­ca.

– Ja… – Da­mien za­wa­hał się – o tym nie po­my­śla­łem.

– Czę­sto spa­ce­ro­wa­łam po ludz­kich cmen­ta­rzach. Wie­le sta­rych gro­bów, szcze­gól­nie tych po­rzu­co­nych, to tyl­ko kop­czyk zie­mi i wbi­ty w nie­go drew­nia­ny krzyż – wy­tłu­ma­czy­ła. – Wam­pi­ry nie po­trze­bu­ją po­chów­ku.

– Naj­wyż­szy go tu­taj nie zo­sta­wił.

– Skąd ta pew­ność? – za­in­te­re­so­wa­ła się.

– Bo nie tu­taj zgi­nął.

Przeczytał_ś około 10% treści e-booka.