Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Pięćdziesiąt lat temu Anastazja otrzymała od Krwawego Księżyca dar… lecz ten okazał się przekleństwem. Krótka chwila wystarczyła, aby jej moc zmieniła się w narzędzie zemsty. Ona sama zaś została skazana na wygnanie.
Teraz wraca do Społeczeństwa – schronienia dla nocnych istot – bo ktoś zabił jej stwórcę, którego nazywała „Ojcem”. Aby odkryć prawdę, Anastazja musi stawić czoło własnej przeszłości i mrocznym tajemnicom skrywanym w podziemiach Społeczeństwa. W ślad za nią podąża Damien – cień dawnych wydarzeń. Zagadkowy towarzysz równie dobrze może ocalić jej życie, jak i je odebrać.
Prawda jest coraz bliżej, ale czy Anastazja jest gotowa, by ją poznać?
A Krwawy Księżyc patrzy i uśmiecha się, jakby znał przyszłość… Czeka na kolejny bal na swoją cześć.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 410
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
copyright © Aleksandra Łaszcz 2026
redakcja: Anna Holeksa
korekta: Monika Pertek-Koprowska
redakcja blurba: Izabela Ornal
przygotowanie e-booka: Gabriel Wyględacz | Studio Akapit
projekt okładki: Aleksandra Łaszcz
przygotowanie okładki: Maciej Lidachowski | Ef Ef Usługi Wydawnicze
ilustracje okładkowe: Pixabay
isbn: 978-83-978992-1-6 (EPUB), 978-83-978992-2-3 (MOBI)
Wydanie własne (selfpublishing)
e-mail kontaktowy: aleksandralaszcz.pisarz@gmail.com
https://aleksandralaszcz.carrd.co
– Skazujemy cię na wygnanie i na wieczną tułaczkę w ludzkim świecie. – Głos Ojca zagrzmiał w całej sali.
Nikt nie odważył się sprzeciwić. Rodzina, którą kochała przez pięćdziesiąt lat swojego życia, oraz słudzy, którzy przysięgali jej wierność, odwrócili się do niej plecami. Ojciec nie obdarzył jej nawet ostatnim spojrzeniem. Wydał wyrok i wiedział, że zostanie on wykonany.
Słudzy nie pozwolili Anastazji się przebrać, zabrać żadnych rzeczy, za to żegnali ją ze zgorszeniem i obrzydzeniem. W tym czasie jej starsza siostra siadła do fortepianu i zaczęła grać. Bal Krwawego Księżyca trwał nadal, tylko już bez Anastazji. Słudzy, którzy niegdyś rozścielali przed nią czerwone dywany, teraz wepchnęli wampirzycę do ciemnego korytarza, a potem zatrzasnęli z hukiem drzwi.
Anastazja opadła bezwładnie na mokrą od deszczu ścieżkę i załkała pierwszy raz, odkąd stała się wampirem. Uderzyło w nią tak wiele sprzecznych emocji, że nie potrafiła ich opanować. Jednocześnie przepełniły ją radość i smutek, pojawiło się uczucie wolności, a jednak nowa sytuacja szybko je stłumiła. Najgorszy w tym wszystkim okazał się żal. Nie chciała go. W trakcie balu towarzyszyło jej pragnienie zemsty, wywołane niespodziewanymi wspomnieniami z ludzkiego życia. Zawładnęło jej umysłem i dopiero gdy zamilkło, zapukał do jej myśli rozsądek. Nie była człowiekiem. Zaatakowała miejsce, które od pięćdziesięciu lat nazywała domem.
Zdradziła drogiego Ojca, swoją starszą siostrę, brata, wszystkie wampiry, z którymi żyła na co dzień, świętowała, cieszyła się nieśmiertelnością i które traktowała jak rodzinę. Ludzka przeszłość znaczyła bardzo dużo, ale wampirza teraźniejszość też była częścią Anastazji.
Teraz na żal było już za późno. Została pierwszym wygnanym wampirem w historii Społeczeństwa.
Anastazja starła dłońmi łzy z policzków i podniosła się. Przeszła na drugą stronę nieznanej ulicy w zniszczonej sukni balowej, przesiąkniętej zapachem spalenizny i ubrudzonej krwią. Zniszczone pantofle klekotały na wyboistym chodniku, który prowadził ją przez centrum nieznanego miasta. Wygnano ją z domu, ale nikt nie wspomniał, do jakiego miejsca trafi. Wszystko dookoła wydawało się obce. Świat śmiertelników zmienił się, odkąd go opuściła.
Wokół panowała cisza. Nie usłyszała, tylko wyczuła czyjąś obecność.
– Z balu uciekła księżniczka? – zaczepił ją jakiś mężczyzna. Szedł chwiejnie, z trudem utrzymywał równowagę. Cuchnęło od niego alkoholem, wymiocinami i brudem, włosy miał pozlepiane w strąki, a twarz pokrytą bruzdami.
Odruchowo się cofnęła i zasłoniła nos. Smród ranił jej wampirze zmysły.
– A czemu tak niegrzecznie? – burknął pijak. Zatoczył się niebezpiecznie na chodniku. Nie upadł tylko dlatego, że w ostatniej chwili oparł się o latarnię. Osunął się po niej na ziemię i uderzył łydką o krawężnik. – Cholerna droga!
Podwinął nogawkę spodni i spojrzał ni to zły, ni rozczarowany. Na jego skórze otworzyło się stare zranienie. Kwaskowaty zapach uderzył w nozdrza Anastazji. Zachwiała się. Od dawna nie piła. Na balu wylała krew z kielicha. Pragnienie objawiło się w najmniej spodziewanym momencie.
Mężczyzna roztarł ranę, sądząc, że wystarczy wytrzeć krew i będzie po sprawie. Tymczasem sprawił, że zaczęła płynąć jeszcze mocniej. Kolejna fala charakterystycznego zapachu powędrowała do wygłodzonego ciała Anastazji. Ślina podeszła do gardła wampirzycy.
Podążyła za tym pragnieniem, kierowała się pierwotnym, wampirzym instynktem, niegodnym osoby o jej statusie. Z tym że głód rządził się własnymi prawami. Przyćmiewał obrzydzenie, które czuła wobec tego śmiertelnika, i jej poczucie wyższości. Kiedy oczy Anastazji zalały się krwawą czerwienią, dziąsła zaswędziały, a kły wysunęły poza usta, pijaczyna zaśmiał się, jakby zapomniał o dręczącej go ranie.
– Aaa, pani z balu tych… no… przebierańców – zasugerował bełkotliwie.
Anastazja rozwarła szeroko oczy. Zatrzymała się gwałtownie. Jej ciało drżało, dziąsła bolały, a w palcach dłoni pojawiło się nieznane mrowienie. Wzięła głęboki wdech. To musiał być jakiś odruch z odległej przeszłości, bo dzieci nocy nie oddychały. Była przecież istotą absolutną, wiecznym nieumarłym skąpanym w chwale nieśmiertelności. To powtarzano jej przez ostatnie pięćdziesiąt lat. Wierzyła tym słowom przez całe wampirze życie. Reakcja na krew śmiertelnika zdawała się jednak im zaprzeczać. Czuła się bezsilna wobec zmysłów, które rozsadzały ją od wewnątrz. Kumulowały się w całym jej ciele, dusiły, nakazywały rzucić się na tego mężczyznę i pochłonąć go, zanim będzie za późno.
– Nie – wyszeptała i pobiegła w przeciwną stronę.
Zrzuciła z siebie zniszczone pantofle. Jej bose stopy rozchlapywały wodę z kałuż, zapadały się w błoto, brudząc nieskazitelnie jasną skórę i zbyt długą na te okoliczności spódnicę. Wampir powinien nosić się z godnością, dumą, być ponad wszelkie inne stworzenia. Miała chodzić z uniesioną głową, bo została stworzona z Krwi Krwawego Księżyca, jako jedna z córek Ojca. Jednak całą godność straciła w momencie, w którym zapragnęła krwi zwykłego, parszywego pijaka.
Głód odbierał jej zmysły. Nigdy wcześniej go nie zaznała. Nie przygotowała się na wyżerające jej wnętrzności uczucie. A jednak wciąż walczyła z sobą, bo chciała zachować dumę, pragnęła nadal iść z uniesioną głową.
Kiedy poczuła, że słabnie i nie da rady dłużej biec, zobaczyła most i schodki prowadzące nad brzeg rzeki. Skręciła gwałtownie i zderzyła się z przechodzącą obok młodą parą. Krzyknęli coś do niej, ale Anastazja nie zwolniła. Myślała tylko o jednym. Ich krew wydawała się jej tak kusząca, słodka, młoda. Kły aż drżały z podniecenia. I wtedy straciła nad sobą panowanie. Pierwotny instynkt przejął nad nią kontrolę, nie umiała mu się przeciwstawić. Zawróciła i złapała młodzieńca za ramię. Odwróciła go przodem do siebie. Uwielbiała patrzeć swoim ofiarom prosto w oczy.
– Nie! – usłyszała krzyk. Głos nie należał ani do młodzieńca, ani do towarzyszącej mu kobiety.
Anastazja go zignorowała. Wiedziona najbardziej pierwotnym z instynktów szarpnęła chłopaka za włosy, by odsłonić jego szyję. I wtedy twarz młodzieńca zmieniła się, stanął przed nią ktoś zupełnie inny. Znała go, lecz nie pamiętała skąd. Błagał ją, by przestała. Był cały umazany we krwi, słaby, otaczały ich inne wampiry, czekające, aż rytuał się dopełni. I tak się stało. Wyssała z niego całą krew.
Ta wizja nią wstrząsnęła. Schowała kły i odepchnęła od siebie młodzieńca.
– Przepraszam – jęknęła i uciekła. Nie wiedziała, dokąd zmierza. Nogi prowadziły ją przed siebie, z dala od twarzy tamtego mężczyzny z przeszłości.
Tym razem Anastazja dobiegła do mostu i przeskakując po dwa schodki, jeszcze bardziej oddaliła się od niedoszłej ofiary. Nad samym brzegiem rzeki opadła na ziemię i skuliła się. Dopiero wtedy poczuła, jak mocno drży. Objęła kolana rękoma, przyjmując pozycję embrionalną, i zamarła.
– Co się ze mną dzieje? – zapytała słabym, wołającym o pomoc głosem. Zasłoniła usta dłońmi, by nic więcej się z nich nie wyrwało.
– Każdy zadaje sobie to pytanie. – Odpowiedź ją zaskoczyła.
Męska postać niespodziewanie wyłoniła się z ciemności. Nie towarzyszył temu nawet najmniejszy szelest. Nieznajomy rzucił na Anastazję wysoki, wszechobejmujący cień, który wydawał się ją pochłaniać. Złapał ją w pułapkę, z której nie była w stanie uciec. Posłusznie pochyliła głowę, jak wtedy, gdy po raz pierwszy spotkała się ze swoim starszym bratem. Ogarnęło ją poczuciebezradności, a nieznana siła zmusiła ją utrzymania spuszczonego wzroku. W ten sposób zwracano się do pożywienia i służby, nie do członków rodziny.
– Siostro, powinnaś zakończyć swój żywot z godnością – rzucił pogardliwie. – Widzę, że już chwilę po wygnaniu upadłaś niżej od tych, którymi się żywimy.
Czuły głos, jakim starszy brat obdarowywał ją na co dzień, zastąpiła odraza. Nie tak patrzy się na własną siostrę, z którą dzieliło się smutki i radości przez pięćdziesiąt lat. Ciepłe spojrzenie brata zniknęło za bramą zawodu, którą zbudowała własnymi rękoma. Zdradzając Społeczeństwo, zdradziła wszystkich członków rodziny, a za taki czyn powinna spotkać ją kara śmierci. Żyła, bo Ojciec tak zdecydował, ale to nie oznaczało, że brat jej wybaczył.
– Teraz unikasz mojego wzroku? – zagrzmiał władczym tonem, który jeszcze bardziej przyszpilił Anastazję do ziemi. Odsunął się odrobinę, kiedy pojął, że to za jego sprawą kobieta nie może wstać.
Jednak Anastazja nadal klęczała. Pokłoniła się przed bratem pokornie. Najprawdopodobniej pomyślał, że okazała mu w ten sposób szacunek. Prawda była jednak inna. Wstydziła się tego, jak żałośnie wygląda – pokłon miał zamaskować okrutny fakt.
– Odpowiedz! – ryknął ponownie, tracąc cierpliwość.
– Nie żałuję – odparła słabo. W jej głosie zabrakło jednak pewności, która towarzyszyła jej wtedy, gdy dokonywała zbrodni.
– Zostałaś wygnana. Wracasz do obcego świata, środowiska, by żyć jako ktoś obcy. Odczuwasz pragnienie na widok spitego, brudnego śmiecia. Masz rację, było warto – zakpił.
Brat przykucnął. Postawił na kamieniu flakon z jeszcze ciepłą krwią o przepięknej, czerwonej barwie. Wrona opadła na jego ramię. Stuknął palcem w dziób ptaka, a ten w odpowiedzi zakrakał.
– Chciałbym zrozumieć, co zobaczył w tobie Ojciec pięćdziesiąt lat temu – zastanawiał się na głos mężczyzna. – Siostro, na pewno nie żałujesz?
– Nie żałuję – powtórzyła, pragnąc przekonać i siebie, i jego.
Najstarszy brat nie odpowiedział. Zniknął we mgle.
Anastazja nie czekała dłużej. Rzuciła się na szklany pojemnik. Wyczuła w nim dziecięcą krew, z charakterystyczną nutką słodkości, którą kochała. Odchyliła na moment korek i zaciągnęła się słodkim aromatem. Uzdrowił jej ciało, mimo że nawet nie skosztowała krwi.
Rozejrzała się nerwowo po okolicy w obawie, że ktoś odbierze jej zdobycz, po czym weszła głębiej pod most, gdzie znalazła prowizoryczny szałas zbudowany z gałęzi i starych ubrań. Usiadła na czymś, co przypominało stertę starych poduszek, podwinęła sukienkę, a stopy zanurzyła w przepływającej wodzie. Pochyliła głowę, szukając w tafli swojego odbicia. Nie odnalazła go. Choć tak wiele się zmieniło w ostatnich dniach, nadal była wampirem. Nie odwróci tej klątwy tylko dlatego, że powróciła do niej część człowieczeństwa.
– Nie żałuję – powtórzyła, tym razem stanowczo.
W odpowiedzi usłyszała hałas za plecami. Coś poruszyło się w szałasie. Po chwili zza kotary wyszło stworzenie – rudawy kot, kulejący z powodu zranionej łapki. Miauknął słodko i otarł się o bok Anastazji. Kobieta wzięła na ręce i przytuliła biedne stworzenie. Czuła na nim krew, pachniał śmiercią i głodem, a mimo to cały czas gładził Anastazję swoim pyszczkiem. Przysunęła twarz tak blisko zwierzęcia, aż zahaczyła ostrymi kłami o jego futro.
Zamiast uciec, kociak przytulił się jeszcze bardziej. Anastazja spróbowała ułożyć go na swoich kolanach.
– Nie widzisz, że jestem głodna? – jęknęła przez łzy.
Kot spróbował wygodniej umościć się na jej nogach. Gdy się kręcił, szklany pojemnik zsunął się niżej i wpadł do wody. Usłyszała tylko cichy plusk. Popatrzyła za oddalającym się flakonem. Nie rzuciła się za nim jak wygłodniałe zwierzę. Głód nadal ją ściskał, ale podejrzanie dobrze kontrolowała to pragnienie.
– Nie jestem potworem. Kiedyś byłam człowiekiem – uświadomiła sobie.
Pogładziła lepki od krwi grzbiet kota. Nawet nie miauknął, tylko spokojnie ułożył się wygodnie i zasnął.
Anastazja uśmiechnęła się ciepło i przykryła kotka porwanym dołem sukni. Noc była chłodna.
– Nie jestem sama – zaczęła sobie powtarzać. – I ty też nie. Zaopiekuję się tobą. Damy radę.
Kot wyraził zgodę słodkim mruknięciem.
Anastazja zamknęła na chwilę oczy i wprowadziła się w stan przypominający sen. Nie spała, nie śniła, nie wspominała chwil ze swojego ludzkiego życia od pięćdziesięciu lat. Dzisiaj jakby wróciła na parę minut do ukochanego domu, w którym bawiła się w łapanego z mamą. Goniła ją, ale za każdym razem, gdy już wyciągała dłoń, żeby ją chwycić, kobieta umykała.
Wampirzyca nie wiedziała, ile czasu spędziła, siedząc bez ruchu z kotem na kolanach. Z zawieszenia wyrwał ją szelest. Poderwała się z miejsca i rozejrzała wokół. Zobaczyła, że tuż przy schodach coś leży. Wcześniej nic nie zauważyła. Owinięty w papier cukierek pachniał słodką, karmelową nutą. Przypominała jej ulubioną krew, więc skusiła się i go spróbowała. Przytrzymała go chwilę w buzi i uśmiechnęła się z rozkoszą. Głód krwi nie zniknął, ale zelżał odrobinę. Nie wiedziała, że wampiry mogą spożywać ludzkie posiłki. Ta informacja była sprzeczna z tym, czego nauczyło ją Społeczeństwo. Ciekawe, jakie jeszcze tajemnice skrywali?
Pięćdziesiąt lat później…
Lata, które minęły, były przepełnione samotnością i przeczuciem, że żadne miejsce na ziemi nie należy do Anastazji. Przechodzili obok niej ludzie, ich twarze stawały się dla wampirzycy coraz mniej rozpoznawalne, nie nawiązywała żadnych relacji, egzystowała w towarzystwie istot, które dawniej nazywała swoim posiłkiem.
Zegar wiszący na wieży ratusza wskazał godzinę osiemnastą trzydzieści – porę, o której tradycyjnie w parku zbierała się gromadka dzieci z sąsiedztwa wraz z dyżurującymi na zmianę przy maluchach opiekunkami. Tym razem, dwudziestego szóstego maja, w czwartek, pojawiły się tylko dwie kobiety, które Anastazja kojarzyła – miłe, faktycznie zajmujące się dziećmi, a nie plotkami, a przede wszystkim czujne i zwracające uwagę na otoczenie.
Usiadła na wolnej ławce, schowanej w cieniu najwyższego drzewa w parku. Zapowiadał się chłodny wieczór, kolejny z kilkunastu następujących po sobie. Nic nie zwiastowało nadejścia lata, a niskie temperatury nie zachęcały ludzi do pozbywania się cieplejszych okryć. Ubrani w wiosenne kurtki i czapki spacerowicze mijali Anastazję z pozoru obojętnie, ale mało który nie obdarzył jej zdziwionym spojrzeniem. Założyła na ten wieczór czarną suknię z długimi rękawami z koronki. Włosy zebrała w ciasny kok, a jej nienaturalnie blada, wydłużona szyja jaśniała na tle ciemnego ubioru. Sprawiała wrażenie wynaturzonego bytu, niepasującego do reszty świata. Wyróżniała się w tłumie, budziła niepokój swoją osobą, na co niejednokrotnie zwrócono jej uwagę.
– Nie jest jej zimno? – wyszeptała jedna z mijających ją dziewczyn do swojego chłopaka. – A widziałeś, jak wygląda?
Anastazja posłała dziewczynie niewinny uśmiech. Ta wzdrygnęła się i pociągnęła swojego towarzysza na przystanek autobusowy.
Nikt już nie zasłaniał dokazującej na placu zabaw ślicznej dziewczynki. Złote włosy miała zebrane w dwa drobne warkoczyki, odsłaniające pyzatą, dobrze wykarmioną buzię. Nosiła na sobie słodki zapach przypominający wanilię. Aromat krążył w żyłach niewinnego stworzenia i Anastazja wyobrażała sobie na tym delikatnym ciele drobną rankę, z której sączyłaby się powoli krew. Myśl o skosztowaniu jednej kropli doprowadzała ją do szału, wywołując głód i jednocześnie go tłumiąc.
Wzięła głęboki wdech, chłonąc niewinny zapach dziecka. Na taki natrafiała zazwyczaj raz na pięć lat. Gust miała specyficzny, na co zawsze zwracała uwagę jej starsza siostra. Ci, którzy sprowadzali im posiłki, często zgłaszali, że nie są w stanie znaleźć odpowiedniej krwi. Raz udało im się porwać idealną kandydatkę, ale ta, w przeciwieństwie do innych, nie skończyła na wampirzym talerzu. Na wspomnienie o niej przed oczami Anastazji stawała twarz skąpanej we krwi kobiety, zalanej łzami i błagającej o ratunek dla swojego dziecka. Ten obraz zawsze budził ją z pragnienia krwi.
Anastazja pochyliła się i zasłoniła twarz dłońmi. Nie skrzywdzi tego dziecka. Nawet jeśli kochała słodką krew krążącą w żyłach dziewczynki i pragnęła jej całą sobą, każdego dnia bardziej. Wewnętrzny głos podpowiedział jej, że znowu nadszedł czas, by odejść.
Sięgnęła po starą, skórzaną torebkę, wyjęła z niej telefon i wysłała do swojego obecnego pracodawcy krótką wiadomość z informacją, że następnego dnia nie przyjdzie. Zablokowała numer i wstała. Ostatni raz zerknęła na dziewczynkę, żegnając ją po dwóch tygodniach i dziękując za słodki zapach.
Już miała odejść, kiedy drogę zablokowała jej drobna kobieta o ponurej minie. Była to jedna z matek pełniących dyżur na placu zabaw.
– Przepraszam – odezwała się głosem, który okazał się przyjemniejszy od surowego zapachu krwi.
– Czy coś się stało?
– Przygląda się pani mojej córeczce od dłuższego czasu. Intensywnie przygląda – podkreśliła stanowczo. – Nienormalnie.
To wiele wyjaśniało. Anastazja spodziewała się interwencji matki po dwóch tygodniach podejrzanego wpatrywania się w jej dziecko dokładnie o tej porze i w tym miejscu. Pochwaliła kobietę za czujność. Nikt nie wie, czy za rogiem nie kryje się niebezpieczeństwo. Przekonał się o tym niejeden posiłek, który spożyła w czasie kolacji z wampirzą rodziną.
– Przepraszam, po prostu… Przypomina mi moją młodszą siostrę. – Wykorzystała tę samą wymówkę co zawsze. – Niestety, nie mamy ze sobą kontaktu od wielu lat, a pani córeczka jest do niej taka podobna. Od razu lepiej się czuję, widząc ją.
– Czy mogłaby pani…
– Zdecydowanie tak – przerwała jej Anastazja. – Zachowałam się niewłaściwie. Więcej mnie pani nie zobaczy. Do widzenia i życzę dużo zdrowia.
Uciekła, nie dając kobiecie szans na znalezienie pretekstu do dalszej rozmowy. Skoro zwróciła swoim zachowaniem czyjąś uwagę, to kolejna przeprowadzka wydawała się konieczna.
– A minęły dopiero dwa lata – pożaliła się pod nosem.
Spodobało jej się to miasto. Ciche dni mijały w otoczeniu starszych ludzi, spokojnych mieszkańców, pięknego parku i ciekawej pracy w polu. Tutaj dotychczas żyło jej się najlepiej. Polska okazała się przyjaznym miejscem, ale od początku wiedziała, że nadejdzie dzień, w którym będzie musiała odejść.
Świat się zmieniał, a te zmiany następowały gwałtownie. Dawniej spędzała w jednym miejscu kilka dobrych lat, obecnie planowała pobyt na maksymalnie dwa, a podejrzewała, że wkrótce skróci go do roku. Ludzie zadawali pytania, mniej niż kiedyś, ale w dwudziestym pierwszym wieku rzadziej bezdyskusyjnie akceptowali odpowiedzi, często je kwestionowali. Do tego doszła wszechobecna technologia, przez którą Anastazja musiała unikać większych sklepów, chodzących z kamerą dzieciaków czy lokalnych spotkań, na których wszyscy chętnie robili zdjęcia.
Była wampirem. Tego piętna na dłuższą metę nie dało się ukryć. Najmniejszy błąd wzbudziłby podejrzenia, a to wystarczy, by odpowiednie informacje trafiły do odpowiednich instytucji, które zajmują się tępieniem takich istot jak ona. Ukrywała prawdziwą tożsamość przez pięćdziesiąt lat i wolała, żeby to się nie zmieniło.
Tylko że znowu musiała się żegnać.
Szła jedną z ulic miasteczka, unikając światła latarni. Chwilę później stanęła przed piękną posesją zamieszkaną przez małżeństwo z czwórką dzieci. Ale to nie do nich przyszła. Przy drodze, w małej, trochę ciasnawej budzie miała przyjaciela – psa o przepięknie rudej sierści z białymi paskami.
Rozejrzała się po okolicy. Upewniwszy się, że nikt nie nadchodzi, przeskoczyła przez płot na drugą stronę i bezdźwięcznie wylądowała na trawie. Pies podniósł energicznie łeb na jej widok. Zerwał się z miejsca i od razu podbiegł, domagając się pieszczot. Nie umiała mu tego odmówić. Kochała zanurzać twarz w futrze tego zwierzaka i tulić go przez całą noc.
– Cześć – wyszeptała. – Niedługo mnie tu nie będzie. – Zaskomlał smutno, jakby ją rozumiał. – Wiem, to straszne, ale już ci tłumaczyłam, że muszę co parę lat się przeprowadzać.
Odsunął się od Anastazji i wepchnął się do małej budy tak, że widziała tylko jego tył.
– Przepraszam – powiedziała z bólem w głosie.
Pies zerknął w kierunku domu.Anastazja mimowolnie uczyniła to samo. W dużym, wychodzącym na taras oknie stała dziewczynka z tacą wypełnioną przekąskami. Ojciec trzymał w ramionach bliźniaki. Chwilę później dołączyła do nich matka z ostatnim dzieckiem. Nieśli tort urodzinowy i drobne prezenty. Wszyscy zaczęli śpiewać „Sto lat”.
Anastazję ścisnęło w środku.
Pół wieku temu miała właśnie taką rodzinę; wspierającą się, kochającą, świętowali jej urodziny, przynosili prezenty, szykowali posiłki. Byli piękni i nieśmiertelni. Co prawda przekonani o swojej wyższości, ale rodzina to rodzina. Troszczyli się o siebie nawzajem. Nie spodziewała się tej wiecznej samotności, którą odczuła dopiero po opuszczeniu wampirzego domu.
Spojrzała jeszcze raz na przyjaciela, przeskoczyła przez płot i oddaliła się pospiesznie. To miejsce przywoływało zbyt wiele wspomnień. Zaczęła niepotrzebnie myśleć o Ojcu, o Lenore, najstarszym bracie czy Renee. Odejdzie i wszystko rozmyje się jak we mgle. Zacznie kolejny nowy rozdział w swoim życiu, nieunikniony.
Udała się do domu jednorodzinnego w jednej z najsłabiej zamieszkałych dzielnic miasta. Wynajmowała tam pokój, by zachować pozory. Zostawiła w środku nierozpakowaną torbę, w której trzymała swój żałosny dobytek.
W salonie paliło się światło. Właściciel rozmawiał przez telefon i notował coś w swoim wiekowym, pożółkłym zeszycie. Starszy, przygłuchy mężczyzna zawsze przyjaźnie traktował Anastazję, nie zadawał zbyt wielu pytań i akceptował jej odmienną naturę. Za to chętnie korzystał z pomocy – starość odebrała mu władzę w lewej ręce, a sytuacja ekonomiczna sprawiła, że cała rodzina opuściła Polskę. Został tu całkiem sam.
Na widok stojącej w progu Anastazji zakończył rozmowę.
– Wnuczka przyjeżdża ze Stanów! – krzyknął uradowany.
– Gratuluję – powiedziała z głębi serca. – To cudownie, że w końcu pan ją spotka.
– A jak! Trochę w domu muszę ogarnąć przed jej przyjazdem, ale mam dwa tygodnie, więc dam radę. No i trzeba coś kupić małej. Może lalkę? Dziewczynki lubią lalki?
– Misia – zaproponowała Anastazja. – Takiego dużego.
Mężczyzna wskazał na nią palcem i energicznie pokiwał głową. Aż jego tupecik zaczął przesuwać się po łysej skórze.
– Właśnie. Miś. Miś będzie idealny. Czemu nie wchodzisz dalej? – Usunął się na bok, przepuszczając Anastazję. – I powinnaś się cieplej ubierać. To maj, ale w tym okresie najłatwiej o przeziębienie. Niby ciepło, ale nadal zimno. Coś ta pogoda nie za bardzo w tym roku, tym bardziej trzeba uważać. Ale co ja ci tam będę gadał… – Machnął od niechcenia ręką. – Twój chłopak czeka w pokoju. Może on przemówi ci do rozsądku.
– Chłopak? – zdziwiła się. Nie nawiązywała romantycznych relacji z mężczyznami, z nikim nigdy się nie spotykała, nie wspomniała też nikomu, gdzie mieszka. Kogo właściciel wpuścił do jej pokoju?
– Coś taka zdziwiona? A, rozumiem. Nie chciałaś się chwalić? Dobrze, że kogoś w końcu znalazłaś. Zmykaj na górę.
Pchnął ją na schody, a potem sam podreptał do kuchni, by kontynuować przerwaną rozmowę. Uśmiechnęła się sztucznie na pożegnanie. Nie chciała niepokoić właściciela.
Anastazja ruszyła na spotkanie z gościem. Domyślała się jego tożsamości. Na pewno nie był to łowca. Oni nie ingerowali w sprawy drugiego świata, jeśli ten nie krzywdził śmiertelników. Anastazja od pięćdziesięciu lat skrywała się w cieniu, nie atakowała ludzi, nie sprawiała problemów, więc nie mieli powodu, by na nią polować.
Nie… Przybyły po nią wampiry. Od samego początku wiedziała, że wyrok sprzed pięćdziesięciu lat był nieuzasadniony. Wszyscy pragnęli, by spłonęła, by została utopiona w bani wody święconej. To Ojciec, jej stwórca i drogi rodzic, zadecydował, że zasługuje na wygnanie. Założyła, że wampiry obawiały się, że wróci i dokończy dzieło, które rozpoczęła w trakcie balu Krwawego Księżyca. Tak naprawdę cały czas czekała na dzień, w którym wyrok ulegnie zmianie. I chyba właśnie nadszedł.
Zaczęła nasłuchiwać. Przez szparę pod drzwiami sączyło się słabe światło. Nigdy go nie zapalała. Doskonale widziała w ciemnościach, a tak oszczędzała na rachunkach. Wyczuła w pomieszczeniu obecność obcej istoty. Potężnej. Społeczeństwo nigdy nie wysłałoby po nią kogoś słabego.
– Proszę, wejdź – odezwał się męski głos ze środka. Był bardzo przyjemny, niski i budzący zaufanie. Postać nie wydawała się mieć złych intencji, co zaskoczyło ją jeszcze bardziej.
Otworzyła drzwi swojego pokoju. Weszła wiedziona ciekawością, nie obowiązkiem. Jedyne, co ją zaatakowało, to zapach świeżo upieczonej tarty waniliowej z pobliskiej piekarni. Anastazja kochała ten wypiek, a rzadko kiedy było ją na niego stać. Rozejrzała się, lekko zdezorientowana. Na zazwyczaj pustym stole stała porcelana napełniona herbatą jaśminową i ciasto. Pachniały obłędnie.
– Przepraszam, że się rozgościłem i przygotowałem poczęstunek, ale lubię zjawiać się z pustymi rękoma – odezwał się nieznajomy. – Dobrze, że zabrałem ze sobą zastawę. – Rozejrzał się po pomieszczeniu. – Tutaj bym jej nie znalazł.
W duchu przyznała mu rację. Nauczyła się żyć w pustce, bez zbędnych przedmiotów, na które i tak nie było jej stać. W jednej, wiecznie nierozpakowanej, walizce trzymała cały dorobek swojego życia: dwie sukienki, dodatkową parę butów i torebkę. Łóżko pozostawało niepościelone, odkąd się wprowadziła. Czasem trzymała tu książki, które pożyczała nocą z zamkniętej biblioteki i nad ranem oddawała.
Zamyśliła się nad tą pustką, zapominając o obecności mężczyzny. Miał w sobie coś wyjątkowego. Sprawiał wrażenie niedostrzegalnego, jakby jego głos wydobywał się zewsząd i znikąd. Ludzi zauważała łatwo. Oddychali, poruszali się wolno, wydzielali specyficzny zapach. Od dawna nie zetknęła się z inną obcą istotą, a jej gość dodatkowo wydawał się kimś wyjątkowym, niepodobnym do wampirów, z którymi dotąd miała styczność.
– Kim jesteś, chłopcze? – zapytała. Nie znała go, a pamięć do twarzy miała względnie dobrą. Musiał zostać przemieniony po jej wygnaniu.
– Domyśl się – odpowiedział złośliwie.
Za ucho filiżanki złapała blada dłoń. Należała do urodziwego mężczyzny o kruczoczarnych, krótkich włosach. Przypominał jedno z dzieci Najwyższego. Tytuł „Najwyższego“ zawsze należał do najpotężniejszego z wampirów. Jeden mógł rządzić wszystkimi przez stulecia, czy nawet tysiąclecia. Historia wampirów jest tak samo długa jak historia świata. Słyszała plotki, że pierwszy Najwyższy znał Adama i Ewę. Za to obecny, ten, który stworzył Anastazję i którego zwała Ojcem, dokonał największych zmian w ich historii. Po wielkich polowaniach ukrył najpotężniejsze wampiry w miejscu, które określił mianem „Społeczeństwa”. Ponad sto lat temu weszło w życie prawo zakazujące przemieszczania się do świata ludzi. Anastazja po wygnaniu stała się wyjątkiem od tej reguły.
W hierarchii wampirów Ojciec stał najwyżej, potem były jego dzieci. Do swojej rodziny przyjmował tylko wyjątkowe istoty, wpisujące się w kanon piękna, który uważał za jedyny i słuszny. Dlatego w pierwszej chwili Anastazja pomyślała, że jej gość jest też jednym z jej braci. Szybko jednak zmieniła zdanie. To dziecko nie pasowałoby do stołu rodzinnego.
Wampir był młodzieńcem o łagodnym, budzącym zaufanie obliczu, bardzo delikatnym i kruchym. Właśnie zanurzał białe usta w herbacie. Nie zniszczył ich jeszcze żadnym barwnikiem, dzięki którym wampiry podkreślały bladość swojej skóry. W jego bordowych oczach zaszył się tajemniczy blask, za którym skrywał wiele sekretów – nieznanych nie tylko Anastazji, ale pewnie i całemu światu.
– Wysłało cię Społeczeństwo. Nie jesteś moim młodszym bratem, ale musisz należeć do głównego rodu. Jesteś silny – snuła powoli wnioski.
Nie przypominał także wojownika, jednego ze strażników rodziny. Przyszedł ubrany w czerń, prosty garnitur i koszulę, zapiętą wysoko, aż pod samą bladą szyję. Do tego nosił skórzane rękawiczki. W końcu doszła do wniosku, że przypominał pracownika zakładu pogrzebowego. Takie skojarzenie lekko zmniejszyło towarzyszące jej napięcie.
– Co tu robisz?
Mężczyzna wskazał na tartę.
– Proszę, częstuj się – zaprosił ją do wspólnego posiłku.
Anastazja przysiadła na skraju krzesła i skosztowała herbaty. Delikatny napój spłynął po jej gardle. Martwe ciało inaczej reagowało na posiłki, odmiennie doznawało smaku i aromatów. Z reguły nic nie czuło, przyjmując ludzkie jedzenia. Wyjątek od zasady stanowiła właśnie ta herbata, która rozeszła się przyjemnym ciepłem po ciele Anastazji. Potem spróbowała ciasta, zgodnie z propozycją gościa. Deser rozpłynął się w jej ustach. Stłumił pragnienie krwi, jak ten pierwszy cukierek, który ktoś zgubił pod mostem, gdzie ukryła się wygnana wampirzyca. Nigdy nie zapomniała tego smaku. Uratował ją w wielu sytuacjach, kiedy głód rozszarpywał wnętrzności i była gotowa rzucić się na pierwszą napotkaną osobę.
– Mam nadzieję, że nie pomyliłem się przy wyborze – odezwał się po chwili nieznajomy. – Sprzedawczyni zaproponowała właśnie ten deser.
– Przepyszne. Szarlotka i sernik z tej piekarni są równie wyśmienite.
– Zapamiętam na przyszłość. Czy o czymś jeszcze powinienem wiedzieć? – zapytał nonszalancko.
Nie wyczuła w jego głosie ani cienia drwiny.
– Herbata jaśminowa… mi smakuje.
– Tak, wiem. – Uśmiechnął się delikatnie i kusząco. Niezaprzeczalnie był przystojny. – Chciałem zrobić dobre pierwsze wrażenie, a jak to ludzie mówią: przez żołądek do serca.
– Moje serce nie bije od stu lat – zjadła jeszcze jeden kęs ciasta – ale chyba od tej tarty znowu zacznie.
– Ja… – zawahał się. Nerwowo potarł wierzch czarnej rękawiczki. – Nie słyszałem dotąd o wampirze, który lubiłby ciasta – wykrztusił z siebie.
– Ciekawość to pierwszy stopień do piekła – zaśmiała się pod nosem.
– Miejsce wampirów i tak jest w piekle, więc ciekawość chyba niczego nie zmieni.
Anastazja nie pamiętała, kiedy ostatnio prowadziła tak przyjemną rozmowę z drugą istotą, więc kontynuowała:
– Pierwszy raz spróbowałam czegoś słodkiego zaraz po wygnaniu. Zawsze kochałam krew ze słodkim posmakiem. Słodycze mi ją przypominają. Pomagają zahamować głód.
Wyciągnął z wewnętrznej kieszeni notes, równie czarny jak całe jego ubranie. Nawet poszczególne strony zeszytu były w tym kolorze. Długopis z kolei pisał na czerwono.
– To fascynujące. – Zrobił kilka notatek. – Wątpię, by którykolwiek z wampirów wpadł na taki pomysł.
– Wątpię, żeby jakikolwiek wampir, poza mną, potrzebował hamować swój głód – poprawiła młodzieńca.
– Potrzebował czy…
– Chciał. – Mówiła tu już o sobie. – Nie chcę pić ludzkiej krwi.
Postukał w okładkę i zapytał:
– Potrafisz zaprzeczyć naturze?
– Na to wygląda – odpowiedziała powoli. – Reszty sama nie rozumiem. To też możesz sobie zapisać w tym kajeciku.
Popatrzył znad notesu na Anastazję.
– Przepraszam, trochę mnie poniosło – odparł nerwowo. – Zawsze… Zawsze chciałem cię poznać. Twoje czyny zapisały się w historii wampirów. Nie sądziłem, że coś słodkiego może okazać się lepsze od świeżej krwi.
– Tarta jest pyszna.
– W takim razie bardzo mnie to cieszy, Anastazjo.
Wampir zdobył jej serce tym ciastem. Z zasady nie przyjmowało się posiłku od obcego, szczególnie od wampira, który przybył w imieniu Społeczeństwa. Nadal nie poznała jego zamiarów, ukrywał powód, dla którego do niej przyszedł. Robiła się coraz bardziej podejrzliwa, ale nie co dzień dostaje się tartę za darmo. Dlatego dokończyła deser i dopiero wtedy poruszyła temat, który dręczył ją od samego początku:
– Kim jesteś i co tu robisz?
– Wolałbym porozmawiać o przyjemniejszych rzeczach, ale rozumiem twoje zniecierpliwienie. Sprawa, z którą przychodzę, dotyczy ostatnich wydarzeń, jakie miały miejsce w Społeczeństwie.
– Od pięćdziesięciu lat nie mam kontaktu z wampirami, więc nie wiem, co się aktualnie dzieje w Społeczeństwie – zapewniła gościa, by rozwiać ewentualne wątpliwości.
Anastazja pomyliła się co do powodu, dla którego pojawił się w jej mieszkaniu. Przybysz wstał i niespodziewanie przyklęknął przed nią. Ujął prawą dłoń kobiety, po czym przyłożył do własnego czoła. Zamknął oczy.
– Najwyższy, głowa rodu, twój Ojciec nie żyje – oświadczył. – Jego prochy zostały zebrane i zaniesione na cmentarz wiecznego snu.
Martwe serce Anastazji pękło, jakby część jej istnienia zanikła wraz z wieścią o śmierci Ojca. Sprzeczne myśli biły się w jej głowie, walcząc między zaakceptowaniem sytuacji a zaprzeczaniem prawdzie, z którą przyszedł do niej ten posłaniec Społeczeństwa. Nie uwierzyła mu. Potęga, jaką reprezentował Ojciec, była niezaprzeczalna. Posiadał moc, która poruszała niebem i ziemią, łowcy ani razu nie odważyli się wystąpić przeciwko niemu. Nie istniał byt zdolny pokonać Ojca, więc jakim cudem ten wampir mówił o jego śmierci?
Anastazja załkała. Łzy spływały po jej policzkach niekontrolowanie. Próbowała je zatrzymać, wspominając krzywdy, które wyrządził jej Ojciec. Przemienił ją wbrew woli, zniszczył dom, zamordował rodzinę. Był czas, że go nienawidziła, ale cudowne wspomnienia z pięćdziesięciu lat życia w Społeczeństwie przebijały się przez okrutne obrazy. Uśmiech Ojca witał ją za każdym razem, gdy wbiegała go jego biblioteki z prośbą o pożyczenie kolejnej książki. Nigdy więcej nie zobaczy tego uśmiechu?
To kłamstwo.
Wampiry nie umierały, wampiry zapadały w wieczny sen.
– Jak? – wysyczała. – Kto śmiał go zabić? Kto ma taką moc?
Znała swojego stworzyciela. Był wampirem, który powołał do istnienia Społeczeństwo, dał swoim dzieciom, siostrom i braciom dom w czasie wielkich polowań. Rządził przez setki lat, utrzymując tytuł Najwyższego. Był potężny, niezwyciężony, a mimo to…
– Został zamordowany. – Wreszcie doszła do tego wniosku. Nie zginął w uczciwej walce, a podstępem. Wzięła też pod uwagę drugą możliwość, ale Ojciec, którego znała, nie dopuściłby się do takiego czynu, więc szybko odrzuciła ten pomysł.
– Najwyższy został zamordowany – potwierdził. – Gratuluję szybkich wniosków. Najwyższy zawsze chwalił swoją córkę za bystrość. Twierdził, że gdyby nie wygnanie, wkrótce sama stałabyś się Najwyższą i matką nowych stworzeń.
Anastazja zacisnęła gniewnie pięści.
Przez setki lat nie istniała potęga będąca w stanie zagrozić Ojcu. Słowa nieznajomego przypomniały o jednej osobie, która mogła to zmienić – o niej samej. Początkowo to były tylko plotki krążące wśród znudzonego Społeczeństwa. Na początku nic nie znaczyły, ale z czasem okazało się, że wielu już wtedy uznało Anastazję za następczynię Ojca i potencjalne zagrożenie. Ona sama zawsze widziała przyszłego Najwyższego w Lenore, swojej starszej siostrze.
– Czy Społeczeństwo uważa, że zabiłam Ojca? – zapytała, domyślając się okrutnej prawdy.
– Tak. Rada napomknęła, że życzyłaś Najwyższemu śmierci – wypomniał wydarzenia z balu Krwawego Księżyca.
– Nie zabiłam go! – podniosła głos. Wezbrał w niej gniew. – Chciałam, to prawda, ale nie potrafiłabym tego zrobić. Jestem zbyt słaba.
– Pięćdziesiąt lat na wygnaniu to sporo czasu, nawet dla wampira – zauważył. – Osobiście od początku nie wierzyłem w twój udział w morderstwie, ale moja rola ma swoje ograniczenia, a wyrażanie własnego zdania nie należy do obowiązków, które pełnię w Społeczeństwie.
– Mów… Po prostu mów.
Gość podniósł teczkę leżącą między stołem a kanapą. Na klamrze wyżłobiono kaduceusz – uskrzydloną różdżkę, wokół której wiły się dwa węże. Wampir podał jej plik z kilkunastoma dokumentami. Znalazła wśród nich bardzo lakoniczny raport o okolicznościach śmierci Ojca. Przejrzała wszystko, nie zagłębiając się za bardzo w treść dokumentów. Społeczeństwo nienawidziło faktów, więc wątpiła, by którakolwiek z przedstawionych informacji miała wartość. Ich jedynym źródłem był ten oto mężczyzna.
– Mów – rozkazała.
Nie oponował. Przeszedł od razu do wyjaśnień:
– Może zacznę od początku. Mam na imię Damien, zostałem przemieniony prawie pięćdziesiąt lat temu. Dokładnie czterdzieści dwa, więc nie mieliśmy okazji się poznać. Obecnie pełnię rolę, powiedzmy, sekretarza Społeczeństwa, choć wolę określenie „mediator”. Załatwiam sprawy między ludźmi, łowcami a wampirami oraz doprowadzam do rozejmów. Sprawa zabójstwa Najwyższego poruszyła Społeczeństwem i sprawiła, że zaczęto martwić się o dalsze losy naszej rasy.
– Morderstwo Najwyższego może zagrozić równowadze między wszystkimi światami – zauważyła Anastazja.
– Zdecydowanie. Społeczeństwo obawia się, że poszukiwania winnego doprowadzą do kogoś, kto jest w stanie wymordować ich wszystkich – wytłumaczył Damien. – Dlatego powierzyli ci to śledztwo.
Anastazja zacisnęła palce na uchu filiżanki. Pękło. W ostatniej chwili złapała porcelanę i odstawiła ją na stół. Odetchnęła jak zwyczajny człowiek i odzyskała kontrolę nad swoją siłą. Chwila nieuwagi mogła kosztować wiele. Nawet zbyt wiele, biorąc pod uwagę okoliczności.
– Dlaczego? – Szukała odpowiedzi. Nie przyszedł wykonać wyroku, ale zaangażować ją w rozwiązywanie jakiejś zagadki? Nie wierzyła.
– Po pierwsze, znasz ludzki świat. Po drugie, jesteś jednym z najpotężniejszych dzieci Ojca. Po trzecie, dla nich możesz zginąć. – Zabrał teczkę. – Po czwarte, mogą cofnąć wyrok. Po piąte, zapomniałaś o Renee.
Nie zapomniała. Na samo wspomnienie tamtych wydarzeń krew gotowała się w jej żyłach. „Błagam, uratuj ją”. Głos kobiety z przeszłości był nadal żywy, rozbrzmiewał w uszach Anastazji, jakby znów znajdowała się na sali balowej, patrząc na ostatnie chwile ofiary. Obiecała, że dotrzyma słowa…
– Mam być ich kozłem ofiarnym i odnaleźć mordercę niezależnie od tego, czy umrę, czy nie – upewniła się co do zamiarów Społeczeństwa.
– Nie zaprzeczę.
Doceniła szczerość Damiena.
– A co, jeśli się nie zgodzę? Wygnano mnie, nie kontaktowałam się z Ojcem od lat.
– O Najwyższa – nazwał kobietę tytułem, który ją brzydził – możesz udawać przede mną, że ta wymówka ma jakiekolwiek znaczenie, ale w rzeczywistości próbujesz uciec przed zadaniem, do którego zmusiło cię Społeczeństwo. Musisz je wypełnić niezależnie od własnego zdania i mimo że nie chcesz wracać do miejsca, które napawa cię obrzydzeniem i przywołuje niechciane wspomnienia.
– Nie nadwyrężaj mojej cierpliwości – zagroziła.
Damiena stworzono po jej wygnaniu, miał niecałe pięćdziesiąt lat, nie uczestniczył w wydarzeniach z tamtej nocy, więc jakim prawem wysnuwał podobne wnioski?
– Czy ci się to podoba, czy nie, Społeczeństwo podjęło decyzję. Masz wykonać to zadanie. W innym przypadku skrzywdzą Renee – dokończył ciszej, odwracając od Anastazji wzrok. On też był ofiarą Społeczeństwa i tylko wykonywał rozkazy.
Uderzyła w stół i złamała go wpół. Porcelanowa zastawa upadła na podłogę i roztrzaskała się na drobne fragmenty, które rozprysły się po całym pokoju. Anastazja wymusiła uśmiech. Nienawidziła gróźb, a Społeczeństwo szastało nimi jak gracz w kasynie. Nienawidziła, a jednak nie umiała się im przeciwstawić.
– Potrzebuję przewodnika po Społeczeństwie – zasugerowała lekkim tonem i tym samym zgodziła się na warunki, jakie jej dyktowano. Obiecała mamie Renee, że się nią zaopiekuje. Jeśli Społeczeństwo groziło temu dziecku, to jej obowiązkiem było zapobiec nieszczęściu.
– Dlatego mnie wysłali. – Damien ucieszył się na wieść, że Anastazja wypełni zlecone jej zadanie. – Mam pełnić rolę twojego pomocnika.
– Pomocnika – powtórzyła, uznając, że lepiej brzmiałoby słowo obserwator. – Od początku nie mogłam odmówić – domyśliła się.
– Zdecydowanie nie – przyznał mężczyzna. – Dlatego przesłałem informację o twojej zgodzie, jeszcze zanim wszedłem do tego pokoju.
– Szybko działasz – skomentowała sarkastycznym tonem.
– Najwyższy został zamordowany, najsilniejszy wampir naszych czasów. Trzeba schwytać mordercę, niezależnie od tego, kim czy czym jest.
– A co, jeśli to ich nie zadowoli? Co wtedy, mój chłopcze?
Damien zamyślił się na moment, a potem odpowiedział uczciwie:
– Zrobimy wszystko, żeby byli zadowoleni. – Odsunął się i z kieszeni marynarki wyjął prostokątny kartonik, który następnie podał Anastazji. – Kropla krwi na wizytówce otworzy bramy do Społeczeństwa.
Damien rzeczywiście został zrodzony z potęgi Krwawego Księżyca, skoro obdarzono go tak wyjątkową mocą. Nie była ona dana zwyczajnym wampirom.
– Wyruszamy od razu – ogłosiła. – Lepiej nie czekać.
– Jak sobie życzysz.
Obejrzała wizytówkę. Wykonano ją z czarnego, twardego papieru, a na jednej ze stron widniał czerwony napis danse macabre ze znakiem w kształcie kropelki krwi. Taniec śmierci przypominał, że na każdego czyha tylko jedno zakończenie, niezależnie od statusu społecznego, wieku czy płci. Śmierć rzeczywiście udowodniła, że zabiera każdego. Anastazja miała w związku z tym obawy: nie chciała skończyć jak Ojciec.
– Damienie, jeszcze jedna rzecz, zanim pójdziemy.
– Tak, słucham.
– Nie próbuj mnie oszukiwać.
– Tak jak powiedziałem, mam za zadanie być przewodnikiem. Nie zrobię niczego, co nie leży w zakresie moich obowiązków.
– Przestań – zagrzmiała. Zebrała w sobie moc Krwawego Księżyca. Tłumiła ją przez te wszystkie lata, nie używała na ludziach, ale Damien nie był człowiekiem.
Odruchowo pochylił przed nią czoło i zamrugał ze zdziwienia. Słowa w ustach wampira stworzonego z krwi Krwawego Księżyca miały moc wydawania innym poleceń, którym nie byli w stanie się przeciwstawić. Anastazja nie straciła tej iskry przez lata wygnania.
– Nie straciłaś mocy. – Na jego bladej twarzy pojawił się uśmiech przepełniony satysfakcją.
– Nie chodzi o moc, ale o krew. Zostałam stworzona w czasie nocy Krwawego Księżyca. Jak sam wcześniej wspomniałeś, jestem jednym z dzieci Ojca, Najwyższego. I z jakiegoś powodu podejrzewają mnie o jego zabicie – dodała ciszej.
Przed wyjściem poprawiła sukienkę. Gdyby tylko Lenore ją teraz zobaczyła, zbeształaby porządnie i kazała się przebrać. Nie przeszkadzał jej ten wygląd, ale nie wypadało wracać do domu w tak żałosnym stanie.
Anastazja westchnęła i popatrzyła jeszcze raz na wizytówkę, po czym powtórzyła instrukcję otrzymaną od Damiena. Przegryzła kciuk drugiej dłoni. Cienka strużka krwi popłynęła po martwej skórze. Rozmazała ją na papierze, zanim rana się zagoiła.
Krew zebrała się na krawędzi wizytówki w postaci dużej kropli, większej niż się spodziewała. Nagle z kawałka papieru wyciekła krwawa ciecz. Rozlała się na podłogę i stworzyła kałużę.
Anastazja schowała wizytówkę pod sukienkę, podejrzewając, że kiedyś jeszcze jej się przyda.
Krew zabulgotała jak gęsta, gotująca się zupa. Bąble pękały, a ciecz rozdzieliła się na dwie plamy, które pomału zaczęły się unosić. Wyglądały, jakby budowały most. Krew zatrzymała się na wysokości szafki i dotychczasowe dwie linie utworzyły ścieżkę i drzwi. Zniknęła przestrzeń należąca do pokoju i wyłonił się znany Anastazji widok.
– Fascynujące. A więc tam na dole też wiele się zmieniło – skomentowała i przeszła na drugą stronę.
Trafiła na środek pustego placu targowego wyłożonego ciężkim kamieniem. Dawniej na każde jej przybycie słudzy rozścielali czerwony dywan, by Anastazja nie uszkodziła pantofelków. Podawali jej ręce, a nawet prowadzili do najsłynniejszego lokalu w okolicy, „Domu z krwi”, gdzie serwowano mieszankę krwi z alkoholami z całego świata. Wiecznie otwarty, zawsze gotowy do przyjęcia gości, tym razem był cichy i pusty. Drewniana deska z wyrytym napisem „zamknięte” wisiała na drzwiach.
Rozejrzała się po ulicach, na których zazwyczaj odbywał się targ różności – sprzedaż biżuterii, kosztowanie rzadkich smaków krwi, opowieści wampirów podróżujących poza Społeczeństwo czy wieści o łowcach istot „innych” i ich obecnych działaniach.
Wiele razy przemierzała ze swoimi sługami te uliczki, radośnie witając przebywające na targu wampiry. Była zastrzykiem energii wśród nieumarłych, istotą ciekawską, zaglądającą w każdy kąt. Członkowie Społeczeństwa patrzyli na to z pobłażaniem i nie przeszkadzali.
Po pięćdziesięciu latach na wygnaniu trafiła w nieznaną jej pustkę. Cisza przytłoczyła martwe serce Anastazji. Władczy głos Lenore, zawsze gotowej besztać innych, przebijał się przez jej myśli, wkładając w usta wampirzycy słowa: „Dlaczego wróciłaś tu dopiero teraz, siostro?”. Potem zobaczyła Ojca, ochoczo rozmawiającego z handlarzami o najnowszych zdobyczach. Biegła wtedy do stworzyciela i rzucała mu się w ramiona. Tym razem powitało ją milczenie Społeczeństwa.
Anastazja zerknęła w kierunku nieba. Zawieszony na nocnym sklepieniu księżyc wszedł w fazę zaćmienia. Jego blask zniknął, ustąpił miejsca wiecznej ciemności, która sprowadziła na tę nieznaną i zapomnianą krainę noc – inną od tej, którą znała ze świata śmiertelników. Światło dnia nie przedostawało się do wymiaru nieumarłych.
Przez lata nie pytała, czym jest Społeczeństwo ani gdzie dokładnie się znajduje. Jako wampir funkcjonowała w tym małym domku stworzonym przez Ojca. Dopiero po wygnaniu zaczęła drążyć. Przeszukała wiele bibliotek. W żadnej nie znalazła wzmianki o istnieniu Społeczeństwa czy miejscu jemu podobnym. A jednak ono istniało.
Córka marnotrawna powróciła i nikt nie wybiegł jej na spotkanie. Lekko zdezorientowana rozejrzała się ponownie i tym razem zobaczyła ogłoszenie na tablicy. Zerwała kartkę i przeczytała komunikat:
Pogrążona w nieutulonym żalu po stracie wielkiego Ojca, Najwyższego Pana i Stworzyciela Rada ogłasza wieczny sen trwający tydzień. Niech ten czas pozwoli naszym siostrom i braciom oddalić smutek oraz gniew. Sprawca tej zbrodni nigdy nie zazna spokoju.
Każdy wampir spoza głównego rodu otrzymywał skromne, wąskie lokum, które było częścią długich budynków ciągnących się aż po granice miasta. Stawiał w nim trumnę i zgodnie z tradycją udawał się na krótki spoczynek. Wieczny sen dawniej był oznaką statusu i chwały i mogły go dostąpić tylko wiekowe wampiry, których czyny zapisały się w historii. Skoro Rada zatwierdziła wieczny sen dla wszystkich, oznaczało to, że boją się i pragną pozostać w ukryciu.
Anastazja odwiesiła ogłoszenie na miejsce. Teraz zwróciła uwagę na inne ulotki, w tym bardzo specyficzną, przedstawiającą bladego wampira leżakującego w lesie. Obok znalazła też wzmiankę o sprzedaży telefonu.
– Społeczeństwo otworzyło się ponownie na świat śmiertelników? – zainteresowała się.
– Świat śmiertelników oferuje wiele dobrego. Doszliśmy do porozumienia z łowcami i staramy się mieć dobre stosunki. Dlatego wyprawy do świata ludzi nie kończą się kołkiem w serce – wyjaśnił jej Damien.
– Gdybym nie zobaczyła tego na własne oczy, to bym nie uwierzyła – przyznała. Wampiry długo tkwiły w chwalebnej przeszłości, nie chciały się otworzyć na nowe, więc dziwiło ją, że podjęły decyzję o odwiedzaniu świata ludzi. – Kto na to pozwolił?
– Domyśl się.
Na myśl przyszła jej tylko jedna osoba.
– Ojciec.
– Najwyższy zauważył, że świat się zmienia i rozwija, a Społeczeństwo tkwi w chwalebnej przeszłości. O ile tak można nazwać czasy mordów, polowań i nabijania na pal. Niektórzy jednak właśnie tak postrzegają czasy potęgi i utknęli w niej. A Najwyższy zapragnął czegoś więcej.
– To może stanowić dobry motyw.
– Motyw najmniej interesuje wampiry.
– Możliwe – wzruszyła ramionami – ale ja wolę patrzeć na morderstwo z szerszej perspektywy. Motyw może doprowadzić do sprawcy. Wampiry dostaną swoją odpowiedź, niezależnie od tego, jak dojdę do prawdy.
– I tego się od ciebie oczekuje.
– Trudniej sprostać oczekiwaniom, kiedy otaczają mnie same pytania. Raport zawiera tylko ogólne informacje, więc chyba zdam się na twoją łaskę i wiedzę.
– Mam wykonywać każdy twój rozkaz do momentu, aż odnajdziesz sprawcę – potwierdził swoją rolę.
– Chcę zobaczyć miejsce, gdzie odnaleziono zwłoki Ojca.
Damien podał jej dłoń. Przyjęła ją i posłusznie ruszyła za wampirem między rozciągającymi się aż po same granice miasta budynkami. Głosy przeszłości nie ucichły, a wręcz stały się głośniejsze. Widziała dawną siebie skaczącą po dachach w towarzystwie dwóch wampirzyc, które upominały ją, że tak nie wypada. Zobaczyła też sługę od posiłków. Obiecywał jej najlepszy kąsek, kiedy wyprawiał się do świata ludzi.
Ścisnęła mocniej dłoń Damiena. Przygryzła wargę, zduszając w sobie słowa, które przynosiły jej tylko cierpienie. To jej dom, a jednocześnie więzienie. Sprzeczne emocje walczyły ze sobą, kiedy znaleźli się na rozwidleniu. Jedna ścieżka prowadziła do pałacu, w którym żyła ze swoją wampirzą rodziną, druga kończyła się cmentarzem. Damien na szczęście poprowadził ją tą drugą. Jej martwe serce chyba nie wytrzymałoby powrotu.
– Myślałem, że ich nienawidzisz – zauważył Damien.
– Może to syndrom sztokholmski? – Uciekła od odpowiedzi.
Weszli na zakazaną ziemię, miejsce spoczynku najpotężniejszych wampirów, które pogrążyły się w wiecznym śnie. Cmentarz zajmował przestrzeń na granicy terenów Społeczeństwa, za nim rozpościerała się już tylko nieskończona ciemność, do której nikt nie odważył się nigdy wejść. Najwyższy otoczył to miejsce rozkazem, który mówił, że nikt nie ma prawa tam wkraczać i zakłócać snu przodkom. Była więc sam na sam z Damienem.
Uznała, że to najlepszy moment na podjęcie rozmowy.
– Czy Społeczeństwo przeprowadziło jakiekolwiek śledztwo, zanim wyznaczyli mnie do tego zadania? – zapytała, analizując sposób postępowania wampirów i to, czego mogli się dowiedzieć i co ewentualnie próbowali zataić przed Anastazją.
– Zabójstwo wampira o randze, jaką posiadał Najwyższy, zdarzyło się ostatnio ponad sześćset lat temu i wtedy to właśnie twój Ojciec stał za zamordowaniem ówczesnego władcy. – Damien urwał, w porę hamując się ze słowami, których nie powinien wypowiadać. Wydarzenia z tamtego okresu były tajemnicą, a Rada zataiła wszelkie informacje, nakładając na świadków nakaz zapomnienia o wszystkim, co widzieli i słyszeli. – Oni nie potrafią prowadzić dochodzenia. Są zdolni tylko do wydawania wyroków – dodał, potwierdzając przypuszczenia Anastazji.
– Dlatego powinni się przyjrzeć śmierci Ojca – zasugerowała. – Niektóre wampiry żyją od setek lat, chwalą się wielką mądrością, a nie potrafią samodzielnie doprowadzić do odnalezienia sprawcy?
– Boją się. Każdy z nich się boi.
– Boją się, że morderca zabije i ich, jeśli poznają prawdę? – Wyśmiała ich tchórzliwość i brak ambicji.
Damien niepewnie skinął głową.
– Wieczny sen jest marzeniem każdego wampira – przypomniał Anastazji. – Nikt nie chce skończyć z kołkiem w sercu czy w inny, mniej znany sposób.
Kołek w sercu nie zabije wampira stworzonego z Krwawego Księżyca. Tę metodę już kiedyś zastosowała. Stanowił zagrożenie dla wampira, który powstał według tradycyjnych, lepiej znanych śmiertelnikom metod. Wampiry przerażało nieznane i to, że ich jestestwo okazało się niezniszczalne tylko z pozoru.
Anastazja uśmiechnęła się mimowolnie. Szczerze ją to rozbawiło. Nie sądziła, że śmierć, którą wampiry potrafiły oszukać, przestraszy je najbardziej.
– To tutaj. – Damien przerwał nagle jej rozmyślania.
Zatrzymał się, spojrzał na cmentarz i schylił czoło, oddając szacunek śpiącym tam wampirom. Bramę z żelaza zamknięto, ale nikt nie strzegł wejścia do grobowców. Nawet teraz, kiedy trwała żałoba. Anastazja nie czuła obowiązku wykonania jakikolwiek gestu. Czekała na swojego przewodnika, odpoczywając na jednej ze skał. Na moment zamknęła oczy i wsłuchała się w panującą wokół ciszę. Nie dotarł do niej najmniejszy szmer. Niskie trawy ani drgnęły. Tylko one wyrastały w Społeczeństwie. Żadna inna roślina tu nie przetrwała.
Gdy rozchyliła powieki, jej wzrok padł na zamkniętą bramę. Dopiero teraz dostrzegła, że na kolumnie po jej prawej stronie stoi urna. Prochy zabitych wampirów zbierano, żegnano się z nimi sekundowym milczeniem i zapominano o nich. Ale nie o Ojcu, nie o Najwyższym.
Wstała i wyciągnęła dłoń, próbując dosięgnąć naczynia. Ostatecznie jednak zatrzymała się i przyłożyła do piersi zaciśniętą pięść. Rodzina już go pożegnała, pozostawiono zasuszone czarne kwiaty, powiązane złotymi łańcuszkami. Rodzeństwo nie zaprosiło jej na uroczystość. Pięćdziesiąt lat temu nie tylko ją wygnali, ale też wyrzucili z rodziny na wieki.
– Z prochu powstaniesz i w proch się zamienisz. – Wypowiedziała te słowa na głos. Przyniosły jej ulgę, przypomniały o misji, którą rozpoczęła w trakcie balu Krwawego Księżyca. Jeśli rodzina ją odrzuciła, niech tak będzie. Znajdzie mordercę i znowu zniknie z ich życia.
Damien powrócił do Anastazji. Ujął jej dłoń i lekko przegryzł skórę wampirzycy. Przypominał jednego z młodych wampirów, które tak gryzły w ramach zabawy. Ta pieszczota sprawiła, że niepokojące myśli uciekły. Zaśmiała się słodko. Ten posłaniec znakomicie radził sobie z kobietami.
– Któregoś dnia Najwyższy zniknął – zaczął wyjaśnienia. – Początkowo nikt nie zwrócił na to uwagi. Ostatnimi czasy często odwiedzał świat ludzi. Twoje starsze rodzeństwo zaniepokoiło się dopiero, gdy nie przybył na wcześniej umówiony posiłek.
– Czy posiłek nadal żyje? – zapytała z ciekawości.
– Obawiam się, że nie. Nie, na pewno nie – poprawił się. – Społeczeństwo podpisało pięćdziesiąt lat temu ustawę zakazującą utrzymywania posiłków przy życiu dłużej niż kilka godzin.
– Humanitarny mord – zażartowała okrutnie, niepotrzebnie ciągnąc ten temat. Nie miała prawa nikogo oceniać. Sama kiedyś zabijała dla uciechy i piła ludzką krew.
– Zależy, czy widzisz posiłek jako pokarm czy jako człowieka.
– I tak, i tak – odpowiedziała zgodnie ze swoimi przekonaniami.
– Dokładnie w ten sposób traktują nas obecnie łowcy. Nie zaprzeczają naszej naturze, a jednocześnie próbują ją stłumić. Jeśli jeszcze się nie domyśliłaś, to kolejna ze zmian wprowadzonych przez Najwyższego.
– I również spotkała się z niezadowoleniem ze strony Społeczeństwa – stwierdziła luźno.
– Widzisz, jakie masz niesamowite zdolności dedukcyjne? Z takim talentem błyskawicznie znajdziesz sprawcę – zadrwił.
Zmarszczyła czoło. Coraz bardziej ją intrygował, ale udała, że jego słowa do niej nie dotarły, i zapytała:
– Wiem, że do tych zmian doszło za sprawą tego, co uczyniłam pięćdziesiąt lat temu. Nie chowasz urazy?
Przemilczał odpowiedź.
Nie bez przyczyny wspomniała o tamtym zdarzeniu. Wampiry nienawidziły jej za to, co zrobiła. Nawet jeśli Damien został przemieniony później, to jego wampirzy rodzic musiał napomknąć mu o haniebnym czynie Anastazji.
– Wiesz, że możesz mnie zabić? – zasugerowała mu, ciekawa, z jaką reakcją się spotka.
Damien podniósł się, a ona dalej cierpliwie czekała. Patrzyli sobie prosto w oczy. Niespodziewanie odniosła wrażenie, że już kiedyś go spotkała. To oblicze nie było jej obce, ale jednocześnie niezbyt bliskie. Raczej nie zetknęli się w przeciągu ostatnich pięćdziesięciu lat, bo wtedy zwracała uwagę na obecność wampirów w swoim otoczeniu. Wcześniej chyba też nie, bo w tamtych czasach nie miała okazji ani chęci, by zadawać się z ludźmi, chyba że byli jej posiłkiem. No a ci przecież już nie żyli. Kim więc był ten chłopiec?
Nagle przyklęknął. Anastazja otworzyła szeroko oczy ze zdumienia. Nie spodziewała się takiego gestu z jego strony. Damien ujął tę samą dłoń, którą wcześniej złośliwie ugryzł. Nie wyglądał na żądnego zemsty, raczej na zgubionego, nieumiejącego znaleźć słów, które opisałyby to, co dręczyło jego martwe serce.
– Gdyby nie ty, mnie by tutaj nie było – wyznał w końcu.
Zmieszał się. Oboje wiedzieli, że były to słowa, których nie powinien wypowiedzieć na głos. Odsunął się gwałtownie i otworzył usta, próbując coś dodać. Szukał wymówki, ale ostatecznie zacisnął wargi w wąską linię i oddalił się od Anastazji.
– Proszę, zapomnij o tej rozmowie, wracajmy do śledztwa. Proszę – błagał Anastazję.
– Dobrze – mruknęła, szanując jego decyzję, ale wiedziała, że nie zapomni. Bo potwierdziły się jej przypuszczenia. Już kiedyś spotkała Damiena.
– W tym miejscu znaleziono prochy Najwyższego – powiedział pospiesznie. – Dalej ktoś zostawił krzyż.
Ominęła młodzieńca.
Na ziemi leżało kilka kawałków drewna ułożonych w charakterystyczny znak, zwrócony w kierunku cmentarza. Jeśli to odwrócony krzyż, to symbolizował szatana, jeśli właściwy – Boga. Istniał tylko jeden sposób, by się przekonać, co oznaczał. Dotknęła kawałka drewna opuszkiem palca i od razu go odsunęła. Poparzyła sobie fragment skóry, który się zagoił, zanim odparła:
– To święty znak.
– Tak sądziłem.
– Przypomina grób. Jakby ktoś pochował tu Ojca.
– Ja… – Damien zawahał się – o tym nie pomyślałem.
– Często spacerowałam po ludzkich cmentarzach. Wiele starych grobów, szczególnie tych porzuconych, to tylko kopczyk ziemi i wbity w niego drewniany krzyż – wytłumaczyła. – Wampiry nie potrzebują pochówku.
– Najwyższy go tutaj nie zostawił.
– Skąd ta pewność? – zainteresowała się.
– Bo nie tutaj zginął.
Przeczytał_ś około 10% treści e-booka.
