Czarny Wilk - J.A. Redmerski - ebook

Czarny Wilk ebook

Redmerski J.A.

4,6

20 osób interesuje się tą książką

Opis

Piąty tom legendarnej serii „W Towarzystwie Zabójców”!

Sekrety ujawnione przez Norę Kessler sprawiły, że Niklas Fleischer zrozumiał, że nie ma już nikogo, komu mógłby zaufać. Jego własny brat go zdradził. Ale ostatecznie Niklas zgadza się stanąć na czele misji we Włoszech, która może być szansą na wybaczenie albo odwet za to, co zrobił jego brat.

Zadaniem Niklasa jest odegranie roli bogatego niemieckiego inwestora i porwanie tajemniczej Francesci Moretti. Zadanie jest tym trudniejsze, że nikt nie wie, jak ona dokładnie wygląda. Niklas wydaje się idealnym kandydatem do tej roli, ale ryzyko jest ogromne, ponieważ powodzenie misji nie będzie zależało tylko od niego. Zabierze ze sobą dwie kobiety – Izabel i Norę. 
Izabel ma udawać jego kochankę, natomiast Nora – niewolnicę. Mężczyzna musi bardzo uważać na Izabel, która ze względu na swoją przeszłość może źle znieść to, co zobaczy w willi Morettiego. Jeden nieostrożny ruch i cała akcja może zakończyć się niepowodzeniem, stawiając ich życie na szali. Niklasowi sytuacja z kochanką i niewolnicą u boku wydaje się całkiem przyjemna, jednak to tylko pozory.

Mężczyzna musi pamiętać o tym, co zrobił Viktor. Czy to, co zaszło między braćmi, już na zawsze będzie ich kością niezgody? Czy okaże się silniejsze niż więzy krwi, które ich łączą?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 365

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność




Tytuł oryginału

Black Wolf

Copyright © 2015 by J.A. Redmerski

All rights reserved

Wydawnictwo NieZwykłe

Oświęcim 2020

Wszelkie Prawa Zastrzeżone

Redakcja:

Angelika Oleszczuk

Korekta:

Monika Foltman

Edyta Giersz

Redakcja techniczna:

Mateusz Bartel

Przygotowanie okładki:

Paulina Klimek

www.wydawnictwoniezwykle.pl

Numer ISBN: 978-83-8178-405-4

PROLOG

Niklas

2 czerwca 1988

Portugalia

Trzymano nas w budynku, który miał wysokie sufity i wykafelkowane podłogi. Białe ściany z łuszczącą się farbą otaczały nas ze wszystkich stron niczym mury więzienia. Więzienia bez pozamykanych drzwi czy zakratowanych okien, bo nikt nie byłby na tyle zuchwały, żeby próbować ucieczki.

Nikt poza mną, rzecz jasna.

Chciałem wydostać stamtąd siebie oraz swojego brata.

W Zakonie tylko nasz ojciec i moja matka wiedzieli, że Victor i ja jesteśmy przyrodnim rodzeństwem. Ojciec ostrzegał, żebyśmy nikomu o tym nie mówili; żebyśmy nawet między sobą nie rozmawiali o pokrewieństwie. Nigdy więc tego nie robiliśmy.

Bardzo wcześnie oddzielono nas od rodzin, pozbawiono normalnego dzieciństwa, obecności matek, domowych posiłków, fantastycznych marzeń, zabaw z przyjaciółmi i wszystkiego, co kiedykolwiek znaliśmy, poza sobą nawzajem. Podobno miałem też przyrodnią siostrę, której chyba nawet nie poznałem. Czy to ta dziewczynka o cienkich, jasnych włosach i wielkich jak u lalki oczach, bawiąca się z nami za moim domem w Niemczech? Dziewczynka, która złapała się kurczowo Victora, kiedy obtarła sobie kolano, niszcząc przy tym sukienkę? Nie wiedziałem i nigdy o to nie pytałem. Gówno obchodziła mnie jakaś siostra, która była mi obca – liczyli się jedynie brat, ojciec, matka i nasz wspólny sekret, którego pod żadnym pozorem nie mogliśmy wyjawić.

Miałem jedenaście lat, od czterech poddawano mnie brutalnemu treningowi w Zakonie. Przez ten czas nie oddaliliśmy się od siebie z Victorem, po prostu wyrośliśmy na zupełnie różne osoby.

Brat mógł być ulubieńcem Zakonu, wschodzącą gwiazdą, chłopcem, który pewnego dnia miał się stać Numerem Jeden Vonneguta, ale, podobnie jak ja, skrywał rodzinną tajemnicę, nigdy nie zastanawiając się, dlaczego nasz ojciec – zabójca tak świetny jak dzisiaj Victor – okłamywał w tej kwestii Zakon, któremu z takim oddaniem służył.

Pomimo wspólnego sekretu, z nas dwóch to Victor był tym bardziej zdyscyplinowanym i obiecującym. Różniliśmy się od siebie tak bardzo, że zaczęły nachodzić mnie wątpliwości, czy strzeżona tajemnica była prawdą.

Jako jedenastolatek chciałem być… jedenastolatkiem. Mój starszy brat, który spał w pokoju obok, chciał postępować tak, jak oczekiwał od niego ojciec. Ja pragnąłem wrócić do domu, a Victor uważał, że jest w domu. Nie było dnia, żebym nie myślał o swojej matce i nie mówił o niej, jakbym już więcej miał jej nie zobaczyć; Victor nigdy nie wspominał o swojej. Nie do takiego życia byłem stworzony, mimo że z całych sił starałem się dowieść własnej wartości, natomiast brat miał wrodzony talent – działał jak maszyna i chłonął wszystko, jak niemowlę uczące się raczkować.

Tamtej nocy leżałem w łóżku, cierpiąc z powodu strzaskanych poprzedniego dnia żeber, złamanego kciuka oraz opuchniętej wargi. Ponieważ nie trafiłem do celu za pierwszym strzałem z odległości sześćdziesięciu metrów – w dodatku prawie po ciemku – musiałem ponieść karę: przejść „ścieżkę zdrowia” i zostać pobitym przez dwunastu innych chłopców, z których wielu było większych ode mnie.

Wiedziałem, że nigdy nie będę tak dobry jak Victor, choćbym nie wiem, jak się starał. W końcu, po czterech latach żmudnego treningu, postanowiłem dać nogę, bo stwierdziłem, że mam dość.

Po cichu podszedłem na bosaka po zimnej podłodze do otwartych drzwi mojej sypialni. Jedynym dźwiękiem był szelest spodni od piżamy powiewających wokół moich kostek. Światło księżyca wlewające się przez okna w wysokim suficie ledwie dawało radę rozproszyć mrok. Żebra bolały tak bardzo, że z trudem szedłem zgarbiony ciemnym korytarzem, na końcu którego na krześle siedział strażnik; głowę oparł o ścianę, a oczy miał zamknięte. Wtedy tego nie wiedziałem, ale pilnujący nas wartownicy nigdy tak naprawdę nie przysypiali w pracy – tylko udawali, na wypadek gdyby któryś z nas próbował uciec.

Zakradłem się do sąsiedniego pokoju, po czym obudziłem brata.

– Victor, wynoszę się z tego cholernego miejsca – wyszeptałem, kiedy otworzył oczy. – I chcę, żebyś poszedł ze mną.

Usiadł prosto na wąskim łóżku, ubrany w taką samą śnieżnobiałą piżamę, jaką miałem na sobie.

– O czym ty mówisz, Niklas? – zapytał cicho, z nutą troski w głosie. Spojrzał szybko na otwarte drzwi, a potem z powrotem na mnie. – Nie możesz opuścić Zakonu. To nasz dom, nasze życie.

Krzywiąc się z bólu, ostrożnie przysiadłem na skraju materaca.

– Ledwie dajesz radę chodzić – dodał Victor, tak, jakby ta uwaga miała uciąć dyskusję. – Wracaj do pokoju i kładź się do łóżka. Nikomu o tym nie wspominaj. Ja się nie wygadam, ale inni tutaj owszem, sam dobrze wiesz.

– Nie, bracie – odparłem z nadzieją, że sama wzmianka o naszym pokrewieństwie skłoni go do zmiany zdania. – Nie chcę tu dłużej być i wiem, że ty też nie. – Wcale nie byłem co do tego przekonany. Pragnąłem jedynie, żeby tak było.

Victor pokręcił głową, po czym położył mi rękę na ramieniu. Spojrzał na mnie poprzez mrok wypełniający pokoik wyposażony jedynie w łóżko, metalowe biurko oraz szafkę z trzema szufladami, w których brat trzymał ubrania i przybory toaletowe.

– Jeśli uciekniesz, złapią cię – ostrzegł. Poczułem, jak jego kościste palce delikatnie wbijają mi się w skórę. – A ja nie zniosę widoku twojego cierpienia, kiedy będą ci wymierzać karę. – Nawet w tak młodym wieku Victor zawsze wypowiadał się w sposób poprawny i odpowiedni, inaczej niż przeciętne dzieci. Większość chłopców z Zakonu tak mówiła; nawet pod tym względem często zostawałem w tyle. Moim ulubionym słowem było „kurwa”. Zresztą dalej nim, kurwa, jest.

Strząsnąłem dłoń brata, zagryzając dolną wargę, aby nie jęknąć z bólu.

– Nie obchodzi mnie, co mi zrobią – odparowałem. – Nie boję się ich!

Victor uciszył mnie syknięciem, szerzej otwierając oczy w błękitnoszarym mroku.

– Usłyszą cię – wyszeptał ostro, znów łapiąc mnie za ramię.

– Czego się tak boisz, Victor? – zapytałem z ciężkim sercem. – Dlaczego nie chcesz ze mną pójść?

Westchnął.

Na jego twarzy nie malował się strach. To było potwierdzenie tego, co już wiedziałem, ale czego nigdy nie chciałem przyjąć do wiadomości: on się nie bał, ani teraz, ani kiedykolwiek wcześniej. Przebywał tu z własnej, nieprzymuszonej woli i niczego nie pragnął bardziej niż odniesienia sukcesu w Zakonie; chciał, żeby ojciec był z niego dumny, bez względu na cenę, jaką przyjdzie mu zapłacić.

– Ja chcę tu być – przyznał. – Niklas… Ty też kiedyś to poczujesz i zrozumiesz. To wszystko, co tu znosimy, doda nam siły, uczyni z nas mężczyzn. Nada sens naszemu życiu. – Nie mówił już jak mój brat, chłopiec, z którym bawiłem się na polu w Niemczech. Słowa padające z ust tego trzynastolatka były naukami instruktorów oraz jego mentora. Naukami naszego ojca.

Urwał, raz jeszcze zerkając na drzwi.

– Jesteś moim bratem – powiedział z oddaniem, lecz potem dodał: – A to czyni cię moim jedynym słabym punktem. Właśnie dlatego więzi takie jak nasza są zakazane, dlatego nie możemy zdradzić naszego sekretu. Więzi to słabość, a słabość może nas zabić.

Odepchnąłem go, po czym wstałem, z trudem unosząc ciężar swojego pokiereszowanego ciała.

– No to czemu po prostu im nie powiesz, że jestem twoim bratem? Albo nie wydasz mnie jako zdrajcy? Możesz im powiedzieć, co chcesz! – rzuciłem gniewnie, choć cały czas starałem się mówić szeptem. – Ciebie cenią bardziej… bracie.– Nie byłem w stanie ukryć rozgoryczenia ani bólu rozbrzmiewającego w moim głosie. – Uwierzyliby ci, a ja kocham cię na tyle, że nie zaprzeczałbym twoim słowom, więc zabiliby mnie i nie musiałbyś się już więcej mną przejmować.

Victor poderwał się z łóżka, a okrywające go prześcieradło, strącone szybkim ruchem, opadło powoli na materac. Stanął przede mną, piorunując mnie wzrokiem. Nigdy wcześniej nie widziałem go tak rozzłoszczonego. Nie pamiętam, by kiedykolwiek aż tak targały nim emocje. Wydawało mi się, że spoglądam w oczy nieznajomej osoby. Czułem strach, lecz przede wszystkim miałem przemożne poczucie winy.

– Niklas, ja nigdy w życiu, krótkim czy długim, nie zrobiłbym niczego, co mogłoby cię skrzywdzić. – Kiedy podszedł bliżej, jego palce u stóp dotknęły moich, a moją twarz owiał ciepły oddech. – Jeśli sądzisz, że byłbym do tego zdolny, to może jednak nie łączą nas więzy krwi.

Wiedziałem, że mówi prawdę; że jego lojalność wobec mnie pozostanie niezachwiana przez lata; że zrobiłby wszystko, aby mnie chronić, nawet gdyby miało to zagrozić jego pozycji w Zakonie albo życiu.

Ale jako jedenastolatek byłem uparty i nie chciałem go słuchać.

Wyszedłem z pokoju, nie zabierając ze sobą nic oprócz białej piżamy. Przekradłem się korytarzem obok strażnika udającego, że śpi, po czym wyszedłem z budynku bocznymi drzwiami, prosto w ciepłe nocne powietrze.

Dotarłem aż do ogrodzenia. Nikt nie zaczął mnie gonić.

Prześlizgnąłem się między prętami w miejscu, gdzie płot stykał się z ceglanym murem przy bramie frontowej posiadłości – na szczęście byłem dość chudy.

Nadal nikogo.

Szedłem tak szybko, jak tylko mogłem, ulicą pokrytą asfaltem.

Wciąż nikt nie nadchodził.

Pomyślałem, że jestem wolny. Z każdym krokiem coraz bardziej zbliżałem się do świateł pobliskiego miasteczka, odbijających się w tafli jeziora, wierząc, że wreszcie czeka mnie życie, jakiego pragnąłem. Zacząłem się czuć tak, jakbym odzyskiwał życie, które mi odebrano. Przed oczami stanęły obrazy z dzieciństwa: zabawy z Victorem, naszymi przyjaciółmi oraz Naevą, która być może była moją siostrą, na polu za domem.

Ale poczucie winy kazało mi się zatrzymać. Zostawiłem brata.

Byłem chłopcem w śnieżnobiałej piżamie, stojącym na bosaka pośrodku zalanej światłem księżyca ulicy w Portugalii. Cienkie nogawki spodni powiewały wokół kościstych nóg, poruszane łagodnymi podmuchami wiatru, gdy garbiłem się lekko z rękami skrzyżowanymi na brzuchu. Byłem niepożądaną plamą na obrazie, jedynym elementem niepasującym do reszty – tak naprawdę nigdzie nie pasowałem. Oczami wyobraźni widziałem twarz Victora, przez co poczucie winy – którego ziarno brat zasiał wcześniej zraniony moimi słowami – rozrosło się tak bardzo, że nagle poczułem, jakbym się dusił. Nie mogłem zostawić Victora w tamtym miejscu.

Nigdzie nie mogłem go zostawić.

Odwróciłem się i ruszyłem z powrotem tą samą drogą.

Strażnik, który przedtem udawał, że śpi, teraz czekał na mnie w drzwiach budynku. Miał na sobie czarną koszulkę oraz wojskowe spodnie w tym samym kolorze z nogawkami wciśniętymi w czarne wojskowe buty, a w dłoni trzymał policyjną pałkę.

– Mogłeś iść dalej – powiedział. – Dlaczego wróciłeś?

Wysoko w górze rozległ się głośny brzęk i trzask, po czym rozbrzmiał mechaniczny pomruk. Z dachu spłynęły jasne światła, rozlewając się wokół mnie w dwa okręgi, tak jaskrawe, że trawa pod moimi stopami zdawała się biała. Reflektory przykuły mnie do podłoża niczym łańcuchy. Podeszło dwóch kolejnych strażników – nawet nie zwróciłem uwagi, skąd się tu wzięli – i zatrzymało się na odległość wyciągniętej ręki. Nie spuszczałem wzroku z tego, który stał w drzwiach z policyjną pałką w ręku. Nie wiedziałem, jak odpowiedzieć na zadane przez niego pytanie, więc w pierwszej chwili się nie odezwałem.

Ostry ból rozpalił mi plecy, a następnie ugięły się pode mną kolana. Upadłem na ziemię. Miałem ochotę krzyczeć, ale zdawałem sobie sprawę, że wtedy biliby mnie dłużej i bardziej dotkliwie. Przygryzłem wnętrze policzka tak mocno, że moje usta wypełnił metaliczny smak krwi.

– Zapytam cię jeszcze raz, Fleischer – powiedział strażnik z pałką. Chociaż, sądząc po obolałych plecach, ci za mną też byli w nie uzbrojeni. – Dlaczego wróciłeś?

Słyszałem jego głos, jednak nie widziałem go, ponieważ oczy miałem zaciśnięte z powodu bólu. Wiedziałem tylko, że podszedł bliżej.

Powoli uniosłem powieki. Przez dłuższą chwilę obraz mi się rozmywał.

Strażnik stał tuż nade mną.

Spojrzawszy na niego, w końcu odpowiedziałem:

– Tu jest moje miejsce, proszę pana. Oddałem swoje życie Zakonowi i zginę w jego służbie.

– Wstań. – Jego głos był spokojny, ale surowy.

Z trudem wykonałem polecenie. Głowę trzymałem podniesioną, aby wyglądać na silnego i posłusznego; nogi drżały mi z bólu, jednak dałem radę stać prosto.

– Zabierzcie go i wymierzcie karę – rozkazał strażnik pozostałym. – A potem zajmijcie się jego przenosinami.

Sądzili, że będę płakał, kiedy rozbiorą mnie do naga i zaczną chłostać batem. Myśleli, że będę błagał, żeby przestali, krztusząc się własnymi wymiocinami.

Ale nie płakałem. Pieprzyć ich.

Znosiłem razy, aż straciłem przytomność. Jeszcze sekunda i nie byłbym w stanie powstrzymać łez – jestem tego pewien. Dzięki omdleniu uniknąłem upokorzenia, a strażnicy nie oglądali mnie jako słabego, szlochającego chłopca.

Od tamtej chwili minęło kilka długich lat, zanim znowu zobaczyłem Victora. Nigdy jednak o nim nie zapomniałem, nie przestałem go kochać ani nie wyjawiłem naszego sekretu. Przysiągłem sobie, że któregoś dnia stanę się taki jak on, że dorównam mu zdolnościami i oddaniem Zakonowi – nie tylko z szacunku do niego, lecz także dlatego, że już nigdy nie chciałem widzieć w jego oczach tej bolesnej złości. Od tamtej chwili wszystko, co robiłem, robiłem dla brata. Gdy ponownie się spotkaliśmy, Victor miał już na koncie dziewięć zabójstw – pierwszego dokonał jako trzynastolatek, tydzień po moich przenosinach. A gdy skończył siedemnaście lat, rok po tym, jak znów znaleźliśmy się pod tym samym dachem, jako najmłodsza osoba w historii Zakonu otrzymał pełnoprawny tytuł zabójcy.

Ja wciąż byłem jedną wielką porażką, a mój rozczarowany mentor wiedział, że nigdy nie zostanę wysłany w teren.

Ogarniała mnie zazdrość, ale miałem nadzieję, że dobrze się z tym kryję. Bez względu na to, jak bardzo się starałem, nadal zostawałem w tyle, wiedząc, że nigdy nie dorównam Victorowi.

Jednak był moim bratem, więc nawet trawiąca moje serce zawiść nie skłoniłaby mnie, żebym go zdradził.

Tamtej nocy uwierzyłem, kiedy zapewnił, że nigdy nie zrobiłby niczego, co mogłoby mnie skrzywdzić. Wierzyłem mu z całego serca i całej cholernej duszy.

Wierzyłem mu…

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Niklas

Obecnie

Dziwka o wielkich, brązowych oczach, idealnych cyckach i jasnych włosach podnosi głowę z mojej piersi.

– Słyszałeś cokolwiek z tego, co właśnie powiedziałam? – pyta, mrużąc powieki.

Nie, ni chuja.

– Taa – odpowiadam. – Mówiłaś o swojej siostrze czy coś.

Sapie zirytowana, po czym siada na łóżku; jej piersi podrygują. Jeszcze nie przeleciałem tej dziewczyny, ale zaraz do tego dojdę. Dopiero co zrobiła mi masaż.

Wyciągam fajkę z paczki leżącej na szafce obok łóżka i wkładam ją do ust.

Dziwka na mnie warczy.

Na co ona, do diabła, czeka? Na przeprosiny za to, że ją olałem?

– No co? – Przejeżdżam palcem po zapalniczce, aż pojawia się płomień.

Kręci głową. Zawisa nade mną naga, żeby wyjąć papierosa dla siebie, i odpala go od mojego.

– Nic – mówi urażonym tonem. – Po prostu mówiłeś, że najpierw chcesz porozmawiać, więc właśnie to robiłam. Zwierzałam ci się z problemów z tą bogatą suką, moją siostrą. A ty nawet mnie nie słuchałeś.

Zaciągam się powoli.

– Co mam ci powiedzieć?

– Nic – powtarza z goryczą, kończąc temat.

W życiu nie spotkałem kobiety, która mówiąc „nic”, naprawdę nie chciała już rozmawiać o danej sprawie. Suki i ich gierki – cipki to jedyny powód, dla którego w ogóle się z nimi zadaję.

– Może powinnam zacząć domagać się zapłaty za mój czas – oznajmia, a dym wydostaje się spomiędzy jej pełnych ust. Siada, po czym opiera się o wezgłowie; jedną długą nogę zgina, natomiast drugą kładzie wyprostowaną na materacu.

Śmieję się lekko.

– Nigdy w życiu nie płaciłem za seks. – Strzepuję popiół do popielniczki stojącej na szafce nocnej. – I nigdy nie będę.

– Powiedziałam: „za mój czas” – poprawia mnie. – Na przykład takie pierdoły, jak to całe rozmawianie. – Przechyla głowę na bok, unosząc kąciki ust. – Nigdy nie kazałabym ci płacić za seks, Niklas.

Uśmiecham się blado.

Dopalam papierosa i zgniatam filtr w popielniczce. Pokój, w którym mieszkam, odkąd odszedłem z Zakonu, to straszna nora, jednak zawsze wolałem takie miejsca od luksusowych apartamentów, stare buty od nowych i eleganckich, znoszone dżinsy od wytwornych garniturów oraz podłą whiskey od drogiego wina.

Lubię również kobiety; dobrze, że są czyste i nieskalane moralnym zepsuciem. Niekoniecznie akurat ta konkretna kobieta – podoba mi się w niej nie to, że jest dziwką, lecz to, że jest dumna z bycia dziwką – jednak inne… Takie jak Claire. Tylko ją kiedykolwiek kochałem bardziej niż własną matkę.

Ale mój brat ją zabił.

– Co z tobą, tak w ogóle? – pyta jasnowłosa. – Może to nie mój interes, ale od paru tygodni chodzisz jak struty.

Siadam z nogami wyciągniętymi przed siebie i rękami założonymi na klatce piersiowej. Koc zakrywa mi brzuch. Po drugiej stronie obskurnego, wytapetowanego na zielono pokoiku znajduje się okrągły stolik, a nad nim jedyne okno w pomieszczeniu. Grube, granatowe zasłony są szczelnie zaciągnięte, broniąc wstępu ostatnim promieniom światła dziennego. Za godzinę zrobi się całkiem ciemno. Płaski telewizor – podobnie jak telefon, zepsuta suszarka do włosów i mały poplamiony dzbanek do kawy – jest odpowiednio przymocowany, aby utrudnić kradzież; plazma wisi wysoko na ruchomym wsporniku.

Głos jest ściszony, a na ekranie lecą powtórki odcinków KronikSeinfelda. Stłumione dźwięki muzyki z baru na parterze przenikają przez cienkie ściany i podłogę.

Łóżko całe chodzi, kiedy dziwka – no dobra, ma na imię Jackie – przesuwa się po materacu.

Widzę, jak wstaje, zwrócona do mnie plecami. Jej nagi tyłek ma kształt wiśni. Podoba mi się.

– A ty dokąd? – pytam z lekkim zainteresowaniem.

Wkłada skąpe, czarne majteczki, obchodzi łóżko, po czym gasi papierosa obok mojego; z popiołu unosi się wąska smuga dymu.

– Muszę gdzieś być za godzinę – rzuca obojętnie.

Łapię ją za nadgarstek, nie pozwalając odejść. Znam Jackie od dwóch miesięcy i nigdy nie musiała „gdzieś być”. Nagle czuję się jak dupek. No przyznaję, że jestem pieprzonym dupkiem dwadzieścia cztery godziny na dobę, ale nie lubię się tak czuć.

Kobieta spogląda na mnie z irytacją i mruga, czekając, aż coś powiem.

– Palant ze mnie. – Puszczam ją. – Przepraszam. Usiądź z powrotem, proszę.

Nie wydaje się przekonana. Przygryza wnętrze policzka, wpatrując się we mnie niezdecydowana, a potem sięga po stanik leżący na poplamionym dywanie. Nie chcę, żeby sobie poszła, bo jej towarzystwo naprawdę sprawia mi przyjemność, nawet wtedy, kiedy się nie pieprzymy. Przełykam więc swoją – durną, prawdę mówiąc – dumę i proponuję:

– Powiedz mi coś więcej o tej swojej siostrze. Przeprosiła w końcu za to, że się od ciebie odcięła i nie pozwalała ci spędzać czasu z… Katie? Tak ma na imię twoja siostrzenica, prawda? – Słyszałem wszystko, o czym mówiła wcześniej Jackie, podczas gdy ja błądziłem myślami wokół problemów z moją własną rodziną. Po prostu nigdy nie lubiłem gadać z innymi o takich rzeczach ani wysłuchiwać ich zwierzeń. Kiedy powiedziałem, że najpierw chcę porozmawiać, miałem na myśli raczej takie codziennie pierdoły: włos, który znalazłem dziś rano w cholernym omlecie, albo to, jak jechałem taksówką cztery kilometry ściśnięty na tylnym siedzeniu z dwoma uzależnionymi od sterydów dupkami o tak napakowanych ramionach, że nie byli w stanie sięgnąć pod pachę, żeby popsikać się dezodorantem. Ostatnio jeżdżę taryfą, by Victor i Izabel nie wiedzieli, że nadal jestem w mieście, chociaż – o ile znam mojego brata – zdążył już ustalić, gdzie przebywam. Ale z jakiegoś powodu, kiedy wyjaśniałem Jackie, dlaczego zamówiłem tamten kurs, ta zaczęła opowiadać o swojej siostrze. W sumie stało się tak pewnie dlatego, że wspomniałem, iż unikam brata.

Wciąż mało mnie obchodzi jej siostra – sądząc po tym, czego się nasłuchałem, ich życie nadawałoby się na reality show – jednak zależy mi, aby została trochę dłużej, więc wysłucham jej, jeśli właśnie tego chce.

W końcu zniechęcenie znika z twarzy kobiety. Jackie upuszcza stanik obok łóżka i siada przy mnie na materacu, stopy trzymając na dywanie.

Przez następne pół godziny słucham, jak opowiada mi o wszystkim.

– To co twoim zdaniem powinnam zrobić? – pyta. Uświadamiam sobie, że ona naprawdę chce, żebym coś jej doradził.

Czy ja wyglądam jak jakiś cholerny psychiatra?

– Chcesz usłyszeć szczerą opinię? – Wolę ją ostrzec, bo nigdy nie owijam w bawełnę.

– Tak – odpowiada. – Zależy mi na szczerości.

Wzruszam ramionami, a potem zakładam ręce za głowę.

– Może to i twoja siostra, ale to nie znaczy, że jest nietykalna. Zrób, co musisz. Skop jej tyłek, jeśli od tego poczujesz się lepiej. – Spoglądam jej w oczy poważnie, ostrzegawczo. – Jednak to, co mówiłaś o dzwonieniu do opieki społecznej tylko po to, żeby się na niej odegrać, jest już popieprzone. Trzeba być suką, by zdradzić swoją rodzinę w taki sposób.

Jackie przytakuje kilka razy, rozważając moją „radę”, po czym wzdycha z ulgą. Jej drobne ramiona unoszą się i opadają za zasłoną potarganych blond włosów.

– Powinieneś prowadzić kącik porad w gazecie – stwierdza z szerokim uśmiechem.

– Taa, już to widzę – odpieram rozbawiony. Wykonuję w powietrzu gest ręką, jakbym coś prezentował. – Nazwę ją: „Drogi Niklasie, czy powinienem się zabić? Jasne, skoro tak uważasz”.

Jackie chichocze, kręcąc głową, nieznacznie przewraca oczami i kładzie się na boku, zwrócona twarzą w moją stronę. Czubkiem palca wskazującego, z paznokciem pomalowanym jakimś dziwnym brokatowym gównem, zaczyna sunąć po moim torsie, podążając za zarysem mięśni.

– A o co chodzi z tym, że unikasz brata? – pyta. – Chcesz o tym pogadać?

Rozgoryczony z roztargnieniem przygryzam wnętrze policzka.

– Nie – odpowiadam wpatrzony w limonkowozielone drzwi przede mną. – Wolałbym nie.

– Och, no weź – mówi Jackie beztrosko, klepiąc mnie dłonią po piersi. – Nie może być tak źle. Moja historia była nieźle pochrzaniona, trudno, żeby twoja była dużo gorsza. Co takiego zrobił?

Milczę przez moment, po czym wyznaję, nie patrząc na nią:

– Mój brat zamordował moją narzeczoną.

Jackie zamiera jak głaz.

– Och…

– Może zdejmiesz z powrotem majtki, co? – sugeruję.

Ściąga je po chwili – bo dopiero wtedy dociera do niej, co powiedziałem – i rzuca na dywan; wciąż ma zmarszczone brwi, na jej twarzy nadal maluje się zdumienie.

Wyciągam prezerwatywę z opakowania, zakładam ją i wskazuję swoje kolana.

– Chodź tutaj – mówię, a Jackie wypełnia polecenie.

Niecałe trzydzieści sekund później żadne z nas nie myśli już o naszych popieprzonych rodzinach.

ROZDZIAŁ DRUGI

Izabel

Nowy Jork

Zaczęłam opanowywać do perfekcji sztukę bezgłośnego poruszania się, wtapiania w cień, a także panowania nad tym, co widzę, słyszę i czuję.

Kiedy w środku nocy przemykam cicho w butach na płaskim obcasie po wyasfaltowanym dachu, dostrzegam wszystko. Z niezwykłą dokładnością rejestruję to, jak światło księżyca otula szarym płaszczem powierzchnię budynku i lśni srebrzyście na klamce drzwi przede mną. Czuję łagodny dotyk wiatru na twarzy i spokojne bicie mojego serca; jestem opanowana, ale też pełna zapału, żeby wypełnić czekające mnie zadanie. Powinnam słyszeć przejeżdżające na dole samochody, rozbijające się o brzeg fale oraz szumiący w koronach drzew wiatr, lecz odcięłam się od wszystkich tych dźwięków, by móc w pełni skupić się na tym, co istotne: krokach wroga, szczęku broni, szeptach nieprzeznaczonych dla moich uszu. Nora mnie tego nauczyła.

– Skup się – polecała mi setki razy, a następnie obrywałam po twarzy wzięta z zaskoczenia. – Musisz zobaczyć, usłyszeć i poznać ruchy wroga, zanim na nie zareagujesz. – Potem uderzała jeszcze raz i kolejny, aż w końcu przyszedł czas, kiedy to ja wzięłam ją z zaskoczenia, niemal łamiąc jej nos. Cholerna suka.

Uśmiechnęła się wtedy z dumą i otarła krew wierzchem dłoni. Nic nie jest w stanie zbić tej kobiety z tropu. Nic.

Nora obraca głowę i spogląda na mnie. Jej blond włosy są upięte w ciasny kok, a brązowe oczy w panującym mroku wydają się czarne. Przeszywające, piękne, złowrogie – aż dziw, jak noc potrafi odsłonić wnętrze danego człowieka. Jej usta drgają w uśmiechu tak wąskim, że ledwie dostrzegalnym, ale ja widzę go w tych ciemnych plamach wpatrzonych we mnie z podekscytowaniem i jakimś słodkim, morderczym szałem. Ta kobieta zdecydowanie jest wśród nas odpowiednią osobą na właściwym miejscu.

Zasłaniamy twarze maskami, po czym Nora daje mi znak, wykonując gest środkowym i wskazującym palcem.

Kiwam głową, gotowa, aby za nią iść.

Ukrywałyśmy się tutaj od siódmej wieczorem, odkąd ludzie Randolfa Pinceriego pozamykali na noc wejścia do budynku. Tak najłatwiej było się dostać do środka: wmieszać za dnia w tłum pracowników i gości, a potem zakraść się przez dach zamiast próbować włamać przez jedno z pilnie strzeżonych w późnych godzinach wejść na parterze.

Niczym para przebiegłych kotów tropiących ofiarę przemykamy wzdłuż ścian budynku, skryte w jego cieniu. Czarne, obcisłe stroje zakrywają każdy skrawek skóry, na głowach mamy maski naciągnięte na twarze, jedynie z otworami na oczy, natomiast na nogach – czarne buty. Rękawiczki w tym samym kolorze ciasno opinają nam dłonie oraz nadgarstki.

Kamera obraca się powoli w poziomie, rejestrując niezmącony spokój panujący na dachu. Zatrzymujemy się w precyzyjnie określonym momencie, przywieramy plecami do ściany i czekamy bez ruchu, aż obiektyw przesunie się dalej. Raz. Dwa. Trzy. Cztery. Pięć. Ruszamy szybko w stronę drzwi; mamy jeszcze tylko piętnaście sekund, żeby je otworzyć i wślizgnąć się do środka, zanim kamera wykona kolejny obrót.

Z wytrychem wciśniętym już między odziane w skórę palce zabieram się do roboty, podczas gdy Nora stoi kawałek dalej z bronią w ręku.

– Dziesięć sekund – słyszę jej szept.

Kucam przed drzwiami, nie przerywając pracy. Moje serce przyspiesza, po czym gubi rytm, pompując do żył adrenalinę.

– Pięć.

Pot zaczyna mi się perlić na czole pod ciasno przylegającą tkaniną. Mocno przygryzam wnętrze policzka, starając się nie wypuścić wytrychu z dłoni.

– Trzy.

Niemal czuję, jak kamera zawraca płynnie, powoli, kierując się w moją stronę niczym para oczu w ciemności; nie widzę ich, ale wiem, że tam są, i na tę myśl przechodzi mnie dreszcz.

– Dwie.

Rozlega się szczęk zamka, a gdy naciskam klamkę, drzwi stają otworem.

Wślizgujemy się do środka i zamykamy je za sobą w ostatniej chwili. Przystaję, aby złapać oddech.

Musimy się zmieścić w czasie co do sekundy. Równo o dziesiątej trzydzieści wieczorem system alarmowy aktywuje się automatycznie, jednak od siódmej do dziesiątej musiałyśmy czekać, aż każdy z trzech naszych celów dotrze na miejsce; dopiero wtedy mogłyśmy zacząć działać. Dostanie się do budynku nie było trudne – gorzej będzie z opuszczeniem go. Musimy wypełnić misję, nie zwracając na siebie uwagi, tak, by nie uruchomić alarmu i aby żaden z ludzi Pinceriego nie zawiadomił reszty o naszym wtargnięciu. Musimy pozostać niezauważone, dotrzeć na siódme piętro, wydobyć informacje z jednego z celów, po cichu zabić jego i dwóch pozostałych, a potem wyjść na zewnątrz przed aktywacją systemu alarmowego. Na samą myśl o tym zaczyna mnie boleć głowa.

Odchylam brzeg rękawiczki i spoglądam na zegarek.

– Mamy niecałe piętnaście minut, żeby ze wszystkim się wyrobić – szepczę do Nory, podczas gdy ona poprawia niewielką słuchawkę w uchu.

W mojej, tak jak ona, słyszę męski głos.

– Jeden człowiek stoi zaraz za drzwiami na dziewiątym piętrze – informuje Victor. – Ale na samym końcu korytarza jest jeszcze trzech.

Nora i ja kiwamy do siebie głowami. Wiemy, co musimy zrobić.

Wsuwam wytrych pod obcisłą tkaninę okrywającą nadgarstek, wyciągam broń z kabury na udzie, po czym ruszam za Norą po betonowych stopniach w dół klatki schodowej. Miejsce to znajduje się poza zasięgiem klimatyzacji, powietrze jest ciepłe i wilgotne, przez co strój nieprzyjemnie klei mi się do skóry. Nasze kroki są ciche, praktycznie niesłyszalne, jednak odbijają się echem w ciasnej przestrzeni. Stłumiony blask jarzeniówek oświetla drogę, gdy schodzimy po schodach i stajemy przed wysokimi, metalowymi drzwiami prowadzącymi na dziewiąte piętro.

– Z lewej czy prawej? – pyta Nora.

– Na prawo od drzwi – pada odpowiedź. Niski, lecz kojący głos Victora zawsze dodaje mi otuchy w trakcie misji. – Jest uzbrojony, ale broń ma w kaburze.

Poświęciliśmy dwa tygodnie na rekonesans. Posyłaliśmy tu innych, za dnia, by wtopili się w tłum gości i zainstalowali ukryte kamery transmitujące obraz w czasie rzeczywistym do Victora i Jamesa Woodarda przebywających w naszej bostońskiej kwaterze głównej.

– W korytarzu znajduje się tylko jedna kamera – kontynuuje. – I jest nieruchoma. Czekajcie na mój sygnał.

Victor obserwuje jedynego mężczyznę siedzącego w pokoju ochrony. Gdyby nie służył nam za dodatkową parę oczu, nie miałybyśmy pojęcia, co się wokół nas dzieje.

Mija pełna minuta, a potem kolejna. Jedyne, o czym jestem w stanie myśleć, to ile czasu zostało Norze i mnie na wykonanie zadania.

– Teraz– rozlega się naglący głos Victora. Czekał, aż mężczyzna odejdzie od ekranów, żeby się odlać i zaparzyć sobie kawę, jak robi co noc o tej samej porze.

Nora ostrożnie uchyla drzwi, tak, aby nie uderzyły w ścianę, i dopada do człowieka stojącego na straży po drugiej stronie, łamiąc mu kark, zanim ten zdąży sięgnąć po pistolet. Jego ciężkie ciało opada w jej ramiona; wspólnymi siłami przenosimy je na klatkę schodową, po czym pozwalamy drzwiom zamknąć się cicho, ukrywając je przed obiektywem kamery.

Ruszamy szybko na koniec korytarza, po czym skręcamy za róg, gdzie trzech kolejnych mężczyzn pilnuje windy. Widząc, że trzymamy w dłoniach pistolety z tłumikiem, pospiesznie sięgają po swoje, wpatrując się w nas szeroko otwartymi oczami.

– STAĆ! – krzyczy jeden z nich. Zaraz potem wystrzelony przez Norę pocisk przeszywa powietrze i mężczyzna zwala się na podłogę jak kawał mięsa.

Bez zastanowienia naciskam spust, trafiając w głowę kolejnego strażnika, który ląduje na białych płytkach niczym bezwładna, obleczona w czarny garnitur masa. Trzeci unosi spluwę, ale Nora eliminuje go, zanim zdąży wystrzelić. Upuszczona broń sunie w naszym kierunku.

– Ochroniarz jeszcze nie wrócił? – pytam Victora, wraz z Norą ciągnąc dwa trupy w stronę innych drzwi. Szelest przesuwających się po płytkach garniturów przywodzi na myśl węża pełznącego wśród opadłych liści.

– Jeszcze nie – potwierdza Victor. – Jednak musicie się spieszyć, bo może się zjawić lada chwila.

Napieram plecami na jakieś drzwi i wciągam ciało do pomieszczenia wyglądającego na biuro; długie, ciężkie nogi uderzają o dywan. Nora wchodzi zaraz po mnie, zostawiając obok następne zwłoki.

– Posprzątaj – mówi, łapiąc za kostki trzeciego trupa.

Do jednego buta wpycham pistolet, upuszczony wcześniej przez ostatniego mężczyznę, natomiast z drugiego wyciągam kawałek materiału i ścieram z podłogi krople krwi oraz jedną wyraźną smugę.

– Wciąż go nie ma – informuje Victor.

Nora wychodzi z biura akurat w chwili, kiedy starannie odkładam na miejsce czasopismo, które spadło na dywan.

Bez słowa mijamy windę i kierujemy się do kolejnej klatki schodowej. Odgłos uderzających o betonowe stopnie butów jest teraz głośniejszy, a oddech mniej opanowany, lecz tylko atak z zaskoczenia lub rana postrzałowa zdołałyby zburzyć naszą koncentrację.

W połowie schodów Victor mówi:

– Wraca. Za drzwiami na ósmym piętrze stoi dwóch ludzi…

– Ale my nie idziemy na ósme piętro – przerywam mu.

Tego nie było w planach. Dlaczego odbiegamy od wcześniejszych ustaleń zakładających, że zejdziemy prosto na siódme piętro, unikając spotkania z innymi ludźmi na korytarzach? Przeszłyśmy przez dziewiąte, zabijając tamtych strażników, tylko dlatego, że stali zbyt blisko klatki schodowej, czyli naszej najbezpieczniejszej drogi ucieczki.

– Już się robi – mówi Nora i rusza prosto na drzwi, tym razem pozwalając im uderzyć o ścianę, z braku czasu lub chęci, żeby się tym przejmować.

– Kto, do cholery…

Powala mężczyznę na drugim końcu korytarza jednym cichym strzałem.

– Nie ruszaj się – nakazuje drugiemu, gdy ten sięga do kabury.

Facet podnosi ręce; jego opaloną, poprzecinaną zmarszczkami twarz, okalaną ciemnymi, zmierzwionymi włosami, wykrzywia grymas strachu.

– Przenieś ciało – poleca mi Nora, a ja wykonuję polecenie bez zadawania pytań czy wahania. – Szybko.

Człowiek w garniturze wpatruje się w Norę błękitnymi oczami. Widzę, że trzęsą mu się ręce.

– Czego chcecie? – pyta drżącym głosem.

Kiedy ukrywam trupa w pobliskim biurze, wracam na korytarz.

– Jest niecałe pięć metrów od drzwi pokoju ochrony – odzywa się Victor. Wiem, że ma na myśli gościa na dole.

Znajduje się tu jedna kamera, która jest skierowana prosto na nas, ale powstrzymuję odruch, aby na nią spojrzeć. Chociaż maski zasłaniają twarze, oczy wciąż są widoczne, co wzmaga moją czujność.

Najwyraźniej przychodzi nam do głowy ta sama myśl, bo jednocześnie wycofujemy się za róg, poza zasięg kamery. Nora nadal trzyma faceta na muszce, wpatrując się w niego zawzięcie brązowymi, pełnymi chłodu oczami; zdaje się nawet nie mrugać. Widzę, jak porusza się jabłko Adama mężczyzny, gdy ten przełyka ślinę.

– Opuść ręce i zachowuj się naturalnie – żąda Nora, świadoma, że jeśli ochroniarz zobaczy go w takiej pozie, od razu się zorientuje, że coś jest nie tak. – Powiedziałam: opuść ręce!

Facet natychmiast wykonuje polecenie.

– Nie patrz na nas – dodaje Nora. – Powiedziałam, żebyś zachowywał się naturalnie.

Strażnik posłusznie odwraca wzrok. Podchodzi do ściany, opiera się o nią plecami, a potem nonszalancko krzyżuje ręce na piersi.

– Wrócił do pokoju – ostrzega Victor.

– A teraz – kontynuuje Nora – kiedy skontaktuje się z tobą ochroniarz z dołu, wciśnij mu jakąś wiarygodną bajeczkę i skłoń do wyjścia z pokoju.

Zmieszany facet marszczy brwi, wciąż patrząc przed siebie.

– C-co masz na myśli? – pyta, zerkając mniej więcej w naszą stronę, ale w swobodny, niewzbudzający podejrzeń sposób.

– Jeśli masz trochę oleju w głowie, to coś wymyślisz – mówi Nora lodowatym tonem. – Jeśli nie, za pół minuty będziesz martwy.

Nagle brunet ucieka wzrokiem w bok, jakby coś odciągnęło jego uwagę od rozmówczyni. Odruchowo unosi dłoń do ucha, jednak zatrzymuje się w ostatniej chwili, dostrzegając kątem oka, jak Nora ostrzegawczo dotyka spustu.

Nie rób niczego głupiego – zdaje się mówić, wykonując ten gest. – Albo zabiję cię na miejscu.

Mężczyzna przełyka ślinę, bardzo powoli przyciska palce do słuchawki, po czym uśmiecha się i podnosi wzrok na kamerę umieszczoną tuż pod sufitem.

– Pewnie obciągają sobie nawzajem na klatce schodowej – zwraca się do człowieka z pokoju ochrony; do czarnego krawata ma przyczepiony niewielki mikrofon. – Vance i ja założyliśmy się już jakiś czas temu, ilu facetów z dziesiątego piętra uda się Carmen nawrócić, i wygląda na to, że wygram. – Kiwa głową, a potem zerka w naszą stronę, wskazując oczami gabinet tuż za naszymi plecami. – Tak, Vance jest w biurze, znowu gada z tą dziewczyną. Wiem, wiem, już mu to mówiłem, ale wychodzi na to, że nie tylko nastolatki nie mogą się oderwać od swoich telefonów. – Odrzuca głowę do tyłu ze śmiechem, na co przewracam oczami. – No bez kitu. – Patrzy na nas przelotnie; w odpowiedzi posyłamy mu piorunujące, lodowate spojrzenia.

Pospiesz się – zdaje się przekazywać nasz wzrok oraz lufa pistoletu Nory.

Mężczyzna odchrząkuje i ponownie spogląda na sufit.

– Hej, jestem w tej chwili jedynym strażnikiem na tym piętrze – mówi. – Mógłbyś przynieść mi coś do żarcia z automatu? – Milknie, słuchając odpowiedzi. – Nie przejmuj się, stary, od miesięcy gówno się tu dzieje. Pinceri powinien nam więcej płacić za to, że nie przysypiamy. – Śmieje się z czegoś, co powiedział tamten, po czym kiwa głową. – Tak, może być cokolwiek. Umieram z głodu. Dzięki.

Mija kilka cichych, pełnych napięcia sekund. Facet wciąż zachowuje się swobodnie, chociaż z miejsca, w którym stoimy, wygląda, jakby zaraz miał się zsikać.

– Wychodzi. – W naszych słuchawkach rozbrzmiewa głos Victora.

Nora występuje zza rogu z bronią wymierzoną w mężczyznę. Chwilę później powietrze przecina nabój i strażnik pada martwy na podłogę.

– Wchodzi do północnej windy – informuje Victor, kiedy ciągniemy trupa, ja za stopy, Nora za ramiona, do biura, gdzie leżą pozostałe zwłoki.

Ukrywszy ciało, ruszamy szybko korytarzem we wskazanym kierunku i stajemy przed srebrzystymi przesuwnymi drzwiami, patrząc, jak wyświetlają się nad nimi numery kolejnych pięter. Zegar tyka. Czas przecieka nam przez palce jak woda.

Piąte piętro.

Nora przewraca oczami i wzdycha żałośnie, jakby nudziła się na śmierć, czekając.

– No to powiedz mi, jaki Victor jest w łóżku – rzuca tak swobodnie, że zbija mnie z pantałyku i sprawia, że żołądek zawiązuje mi się w supeł.

– Hę? – Tylko tyle jestem w stanie wykrztusić.

Szóste piętro.

Nora śmieje się lekko, zerkając w moją stronę, ale większość uwagi wciąż skupia na drzwiach windy.

– Hej. – Wykonuje ręką gest, jakby chciała uspokoić nadciągającą burzę, zanim ta się rozszaleje. – Jestem po prostu ciekawa, bo to brat Niklasa. Nie mogę cię przecież zapytać, jak pieprzy się Niklas, bo wątpię, żebyś kiedykolwiek zapuściła się w te rejony.

Kręcę głową ze zdumieniem.

– Dziwna z ciebie kobieta – stwierdzam, próbując zachować spokój.

– Wcale nie – oponuje. – Po prostu jestem lepsza w komunikacji międzyludzkiej.

Śmieję się.

– Serio? – pytam sarkastycznie. – Ja bym powiedziała, że nad komunikacją musisz trochę popracować. Moim zdaniem jesteś zbyt bezpośrednia. Masz dużo cholernie mocnych stron – wskazuję na nią – ale komunikacja nie jest jedną z nich.

Siódme piętro.

Nora wzrusza ramionami.

– Moim zdaniem jest. Mówię, jak jest. Po co, że tak to banalnie ujmę, owijać w pierdoloną bawełnę? Jak dla mnie lepiej od razu przejść do rzeczy.

– Na przykład do tego, że chcesz wiedzieć, jaki Niklas jest w łóżku? – Dźwięki wydawane przez windę potwierdzają, że ta zaraz do nas przyjedzie. – Skoro jesteś taka bezpośrednia, spodziewałabym się, że zamiast pytać mnie, pójdziesz prosto do Niklasa i poprosisz go, żeby ci pokazał, jak się pieprzy.

Ósme piętro.

Metalowe drzwi rozsuwają się powoli, stopniowo odsłaniając sylwetkę ochroniarza.

– No to byłoby trudne, skoro nie możemy go znaleźć – zauważa Nora. – Potraktuj to jako przyjacielską rozmowę dla zacieśnienia więzi.

Pulchny mężczyzna w niedopasowanym, niechlujnym garniturze spogląda na nas wytrzeszczonymi oczami i sięga po broń. Nie spuszczając wzroku z Nory, unoszę pistolet w jego stronę i naciskam spust.

– Zacieśnienia więzi? – pytam, kiedy ciężkie ciało upada z hukiem na podłogę. Z dłoni ochroniarza wypada paczka chipsów oraz jakieś inne jedzenie z automatu. Wsuwam spluwę do buta i razem z Norą zaczynam wyciągać zwłoki.

– No tak – sapie z wysiłku. Rozbrzmiewa krótki dzwonek i metalowe drzwi się zamykają. – Cały nasz wspólny czas spędzamy na treningach i braniu wszystkiego na serio. Pomyślałam, że byłoby miło lepiej cię poznać… Co, u licha, zjadł ten facet? Buicka1?

– Pytając mnie, jaki Victor jest w łóżku?

– No jasne. – Znów wzrusza ramionami. Upuszcza nogę trupa na podłogę pustego biura i staje prosto. – Czemu nie?

– Bo to prywatne sprawy – odpowiadam, robiąc to samo.

Wychodzimy z pokoju, po czym ruszamy w stronę schodów.

– A skąd to nagłe zainteresowanie Niklasem?

Drzwi prowadzące na klatkę zamykają się za nami niemal bezgłośnie.

– Och, interesuję się nim już od jakiegoś czasu – przyznaje. – Zaciekawił mnie, kiedy moja siostra się z nim pieprzyła. Sporo przy tym krzyczała.

Unoszę brew.

– Jak już mówiłam, dziwna z ciebie kobieta.

Szybko schodzimy na siódme piętro.

– W korytarzu jest dwóch mężczyzn pilnujących wejścia do pokoju – mówi Victor. Tym razem wytrąca mnie lekko z równowagi, bo nagle się orientuję, że na moment zapomniałam, iż słyszy całą rozmowę między mną a Norą. Na twarz wypływa mi rumieniec.

– A tak przy okazji – dodaje – to, jak się pieprzę z Izabel, to nie twój zasrany interes.

Nora posyła mi wymowne spojrzenie, na które kręcę głową.

Wpadamy przez wysokie, metalowe drzwi z bronią w ręku, załatwiamy strażników, po czym wparowujemy do pomieszczenia, w którym znajdują się nasze cele, jakby całe to miejsce należało do nas.

W sumie w tej chwili należy.

ROZDZIAŁ TRZECI

Izabel

W pokoju panuje cisza, gdy cele spoglądają na nas zza długiego, ustawionego wzdłuż tylnej ściany pomieszczenia stołu. Garnitury. Roleksy. Gładko ogolone twarze. Zaczesane do tyłu włosy mężczyzny pośrodku, Pinceriego, opadają czekoladową falą, jak u jakiegoś bossa mafii. Ale on nie jest gangsterem, tylko zawodowym złodziejem.

Ja ruszam na prawo, a Nora na lewo. Obie zmierzamy w stronę facetów z bronią wymierzoną w dwóch siedzących po bokach.

Pinceri wstaje powoli, unosząc obie dłonie w geście poddania – jest bardziej opanowany, niż się spodziewałam.

– Porozmawiajmy – mówi ujmującym, spokojnym głosem. Głosem kogoś, kto do perfekcji opanował sztukę uwodzenia kobiet. – Nie ma potrzeby uciekać się do przemocy. Może opuścicie broń i pomówimy jak cywilizowani ludzie?

Rozlega się stłumiony odgłos wystrzału, a potem upiorny huk i trzask, kiedy kula z pistoletu Nory przebija czaszkę gościa po prawej stronie. Jego ciało osuwa się na blat; jedna ręka kołysze się przez krótką chwilę niczym wahadło, po czym nieruchomieje.

– Ten jest twój – oznajmia Nora, cały czas celując do Pinceriego, na którym śmierć mężczyzny obok nie wywarła – zdaje się – żadnego wrażenia, i kiwając głową w jego stronę.

Przenoszę lufę z faceta po lewej na Pinceriego, podczas gdy blondynka okrąża mnie, po czym rusza w stronę stołu.

– Wstawaj – rozkazuje, mierząc w głowę drugiego celu, a on spełnia polecenie bez wahania, z lękiem malującym się na pomarszczonej ze starości i od słońca twarzy.

Pinceri pozostaje pewny siebie i niewzruszony.

Nie mamy wiele czasu – powtarzam sobie wciąż w myślach.

Od razu przechodzę do rzeczy.

– Od tego, jak odpowiesz na moje pytanie, będzie zależało, czy przeżyjesz czy zginiesz.

Pinceri uśmiecha się i lekko obraca głowę, spoglądając na mnie z ukosa. Potem rozkłada szeroko ręce.

– Ależ bardzo proszę, uracz mnie swoim pytaniem.

Facet po jego lewej obejmuje wzrokiem naszą trójkę, poruszając tylko oczami – jest przerażony, w przeciwieństwie do swojego szefa, którego opanowanie, muszę przyznać, nieco zbija mnie z tropu. Zwykle w takich sytuacjach ludzie bełkoczą, błagają na kolanach, obiecują powiedzieć mi i zrobić dla mnie wszystko, czego sobie zażyczę.

– Na jakie nazwisko jest założone konto Levington Daws w Szwecji? – Przyglądam się Pinceriemu uważnie sponad lufy broni wycelowanej w jego twarz. – I kto poza tobą ma do niego dostęp?

Uśmiecha się szerzej.

– O to wam chodzi?

Rozlega się huk i mężczyzna po jego lewej pada martwy na podłogę. Pinceri pozostaje niewzruszony.

Nora sięga do paska po nowe naboje, a następnie przeładowuje broń.

– Kontynuuj – zwraca się do mnie, opierając tyłkiem o stół i mocując magazynek na swoim miejscu.

Patrzymy sobie z Pincerim w oczy.

– Tak – odpowiadam. – O to nam chodzi.

– I sądzicie, że jeśli zabijecie moich dwóch najbardziej zaufanych ludzi, to tak po prostu wyjawię wam te informacje? Zawsze mogę zatrudnić kogoś innego na ich miejsce – mówi ze spokojem. – A mnie nie zastrzelicie, bo tylko ja mogę dać wam to, po co tu przyszłyście. – Swobodnym gestem pociąga za klapę marynarki, jakby chciał ją wygładzić.

– A czy życiem swojej żony też byłbyś gotów tak ryzykować? – pytam śmiało. Trzymam w ręku wszystkie karty.

Nie wydaje się poruszony – no, może drga lekko, a może jedynie tak mi się wydaje, bo uważam, że powinien.

– Co ma z tym wspólnego moja żona?

Robię krok w jego stronę.

– Och, wiesz, jak to działa – prowokuję. Zdaję sobie sprawę, że nie widzi mojego uśmiechu, bo twarz mam schowaną pod maską, jednak z pewnością słyszy go w moim głosie. – Skoro byłyśmy w stanie dotrzeć tutaj, nie aktywując alarmu, to jasne jest, że nie zjawiłyśmy się nieprzygotowane.

– Czyli mówisz, że macie moją żonę. – Wzdycha, nie z troską czy rezygnacją, ale jakby ze znudzeniem. Unosi dłoń, po czym pociera palcami gładki podbródek. – A zatem takie są wasze warunki: informacje w zamian za jej życie?

Nora – najwyraźniej czując, że gość może nam nie wierzyć – odpycha się od stołu i rusza w jego kierunku. Wyciąga z buta zdjęcie, które rzuca na blat.

Pinceri zerka w dół, potem z powrotem na nas, a następnie podnosi fotografię. Przygląda się przez krótką chwilę, upewniając, że widniejąca na niej kobieta – pobita, zakrwawiona i przywiązana do rur kanalizacyjnych w piwnicy opuszczonego budynku – to faktycznie jego żona.

Odkłada zdjęcie, wciąż niewzruszony. Im dłużej stoję przed tym zasrańcem, który zdaje się w ogóle nie przejmować krzywdą, jaką wyrządziliśmy jego żonie, tym bardziej mam ochotę zastrzelić go dla zasady. Muszę sobie przypominać, że to pewnie tylko poza; że stara się nie okazać przed nami swojego niepokoju.

Pinceri unosi kąciki ust i zakłada dłonie za plecy.

– Zapytam jeszcze raz – mówię. – Na jakie nazwisko jest założone konto Levington Daws w Szwecji i kto ma do niego dostęp?

Facet wciąż się uśmiecha, na co zgrzytam zębami.

Nora spogląda na mnie, lecz nic nie mówi – to moja misja, mój kontrakt i moja ofiara, więc to ja podejmuję decyzje. Nie wspominając już o tym, że to również część mojego treningu. Wiem, że wszystko, co zrobię czy powiem, nie tylko będzie miało swoje konsekwencje, ale też zostanie osądzone – przez Norę, przez Victora, przez wszystkich.

Posyłam kulę w prawe udo Pinceriego.

Mężczyzna opada na stojący za nim skórzany fotel z wysokim oparciem, jedną ręką mimowolnie chwytając blat stołu dla zachowania równowagi; gdy zapada się głębiej w siedzenie, zdjęcie wyślizguje mu się z dłoni.

– Kuuurwa!– jęczy przez zaciśnięte zęby.

A potem parska śmiechem.

Nadal trzymam go na muszce.

– No dalej – rzuca wyzywająco, krzywiąc się z bólu. – W razie czego nowe nogi też mogę sobie kupić. Nie wyciągniecie ze mnie tych informacji, bez względu na to, czyją śmiercią będziecie mnie straszyć. – Jakimś cudem ani na chwilę nie przestaje się uśmiechać.

– Nawet śmiercią twojej żony? – naciskam, wysuwając broń w jego stronę dla podkreślenia swoich słów. – Pieniądze znaczą dla ciebie więcej niż ona? – Coraz trudniej jest mi tłumić narastającą złość.