Czarne znaki: Kaede - Barbara Jeziorek - ebook

Czarne znaki: Kaede ebook

Barbara Jeziorek

0,0

Opis

Ona – pewna siebie, niezależna, z prestiżową pracą i stabilnym życiem w wielkim mieście.

On – wrażliwy, młodszy o osiem lat nauczyciel na prowincji, który marzy o wydaniu tomiku poezji.

W świecie pełnym powinności i ról narzuconych z góry, uczucie między Kaede a Satoru staje się wyzwaniem – nie tylko dla nich, lecz także dla otoczenia.

Czy da się kochać na przekór temu, co wypada?

Poruszający romans obyczajowy osadzony w sercu współczesnej Japonii – o miłości, która wymyka się schematom, i o rolach, które czasem trzeba złamać, by odnaleźć siebie.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 34

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Bar­ba­ra Je­zio­rek

Czar­ne zna­ki Ka­ede

Mi­ko­łów 2025

1

Klient nie zde­cy­do­wał się w koń­cu na otwar­cie ra­chun­ku wa­lu­to­we­go, więc ca­łe po­nad­go­dzin­ne pro­du­ko­wa­nie się po­szło na nic. Ka­ede, trzy­dzie­sto­pa­ro­let­nia pra­cow­ni­ca ban­ku, od­pro­wa­dzi­ła go wy­uczo­nym uśmie­chem do drzwi, po czym rzu­ci­ła w je­go stro­nę gniew­ne spoj­rze­nie zza ma­to­we­go szkła jej bok­su.

Do prze­rwy by­ło jesz­cze pa­rę mi­nut, ale gdy­by te­raz wszedł ko­lej­ny klient, któ­re­mu mu­sia­ła­by po­świę­cić po­nad go­dzi­nę, to mo­gło­by jej być cięż­ko za­cho­wać pro­fe­sjo­na­lizm. Po­iry­to­wa­na po­szła na za­ple­cze do wspól­nej kuch­ni, ma­jąc za­sa­dy w głę­bo­kim po­wa­ża­niu.

– ...a wte­dy ścią­gnął mi je­dwab­ną opa­skę z oczu i zo­rien­to­wa­łam się, że je­ste­śmy w go­rą­cych źró­dłach! – za­chi­cho­ta­ła Mi­ki.

– Na­praw­dę? – Sta­żyst­ka z dzia­łu fi­nan­sów słu­cha­ła jak za­cza­ro­wa­na. – Udał, że cię upro­wa­dza, a po­tem prze­trzy­mu­je w eks­klu­zyw­nym ośrod­ku?

Ka­ede nie bar­dzo po­tra­fi­ła so­bie wy­obra­zić, jak moż­na uda­wać upro­wa­dze­nie al­bo prze­trzy­my­wa­nie, ale z do­świad­cze­nia wie­dzia­ła, że­by nie wy­py­ty­wać Mi­ki o szcze­gó­ły, je­śli chcia­ła mieć chwi­lę spo­ko­ju. Współ­czu­ła nie­świa­do­mej sta­ży­st­ce i za­sta­na­wia­ła się, czy jej na bo­ku nie ostrzec, ale uzna­ła, że wy­god­niej bę­dzie mieć ta­ką tar­czę, któ­rej Mi­ki opo­wia­da swo­je week­en­do­we eska­pa­dy z mę­żem, niż się pod­sta­wiać.

Nie prze­szka­dza­jąc więc dziew­czy­nom w ich barw­nej roz­mo­wie, wy­cią­gnę­ła z lo­dów­ki mle­ko i za­czę­ła ro­bić ka­wę w eks­pre­sie.

– No, do­kład­nie tak! – kon­ty­nu­owa­ła Mi­ki. – Ni­g­dy nie wi­dzia­łam tak ro­man­tycz­ne­go czło­wie­ka. Ileż on ma po­my­słów, ileż de­li­kat­no­ści...

– Ale ci za­zdrosz­czę! – Za­chi­cho­ta­ła sta­żyst­ka. – Bę­dzie mo­że ju­tro wie­czo­rem?

– Żebyście mi go próbowały podebrać, co? – od­par­ła Mi­ki. – O nie, nie, nie... A tak se­rio, jest w de­le­ga­cji. Wra­ca do­pie­ro w pią­tek.

– Ach... szko­da.

Wi­dząc, że te­mat im się chwi­lo­wo skoń­czył, Ka­ede za­bra­ła ka­wę, że­by czmych­nąć do swo­je­go bok­su. Nie­ste­ty, nie zdą­ży­ła.

– A jak tam u cie­bie? – za­gad­nę­ła ją Mi­ki. – Ten twój... na­uczy­ciel – wy­po­wie­dzia­ła to sło­wo z wy­jąt­ko­wym lek­ce­wa­że­niem – w koń­cu coś wy­dał? Choć­by wła­snym na­kła­dem?

Ka­ede od pa­ru­na­stu mie­się­cy cho­dzi­ła z młod­szym od sie­bie o osiem lat Sa­to­ru. Był obie­cu­ją­cym po­etą świe­żo po stu­diach, któ­ry ma­rzył, że­by za­ra­biać swo­ją twór­czo­ścią na ży­cie. Bru­tal­na rze­czy­wi­stość jed­nak szyb­ko zwe­ry­fi­ko­wa­ła te pla­ny. Na ra­zie zna­lazł pra­cę na trzy czwar­te eta­tu ja­ko na­uczy­ciel ję­zy­ka ja­poń­skie­go w pod­sta­wów­ce, w nie­wiel­kiej miej­sco­wo­ści dwa­dzie­ścia ki­lo­me­trów od me­tro­po­lii, w któ­rej miesz­ka­li.

– Jest za­ję­ty ucznia­mi – od­par­ła Ka­ede, sta­ra­jąc się brzmieć neu­tral­nie. – To bar­dzo po­waż­na pra­ca – za­zna­czy­ła – i od­po­wie­dzial­na.

– I ża­ło­śnie ma­ło płat­na... – wes­tchnę­ła Mi­ki. – Wy­da­nie wła­sne­go to­mi­ku na­praw­dę by mu po­mo­gło. Oczy­wi­ście u po­waż­ne­go wy­daw­cy.

– Nie ma na to cza­su. Jest zbyt od­po­wie­dzial­ny, że­by zaj­mo­wać się swo­im hob­by.

– Ale pi­sze?

– Tak, tak, pi­sze. Oczy­wi­ście, że pi­sze – od­par­ła od­ru­cho­wo. Praw­da jed­nak by­ła ta­ka, że od wie­lu mie­się­cy nie sły­sza­ła, że­by co­kol­wiek stwo­rzył, nie mó­wiąc już o ka­li­gra­fii.

– To mo­że ja­kąś wy­sta­wę by so­bie zor­ga­ni­zo­wał? Bo sko­ro pi­sze, to aż się pro­si o wy­ka­li­gra­fo­wa­nie tych je­go wier­szy i po­ka­za­nie ich światu.

– Tłu­ma­czę ci prze­cież, że nie ma cza­su. Przyj­dą fe­rie, to się pew­nie tym zaj­mie.

– Czy­li pod­czas po­przed­nich fe­rii ro­zu­miem, że... a w su­mie to nie ro­zu­miem. Sko­ro ma czas w fe­rie, to dla­cze­go od­kąd je­ste­ście ra­zem o żad­nej wy­sta­wie nie sły­sza­łam. A prze­cież miał już nie­jed­ną oka­zję.

– Jed­na wy­sta­wa się od­by­ła! – skła­ma­ła. W koń­cu Mi­ki i tak nie by­ła te­go w sta­nie spraw­dzić. – Na­wet dwie! – do­da­ła.

– Gdzie ni­by? – Ko­le­żan­ka upar­cie drą­ży­ła da­lej.

– W miej­sco­wo­ści, w któ­rej uczy, więc nie chcia­łam ni­ko­go fa­ty­go­wać jaz­dą ta­ki ka­wał – przy­go­to­wa­ła na­pręd­ce ko­lej­ne kłam­stwo. – Tam jest bi­blio­te­ka i to w niej by­ła eks­po­zy­cja przez ca­ły ty­dzień. – Wy­my­śla­nie szcze­gó­łów po­szło już gład­ko.

– Ta pierw­sza czy ta dru­ga?

– Obie.

– Hmm... Wiej­ska bi­blio­te­ka to tak... no... śred­nio. A du­że do­stał ho­no­ra­rium?

– A spo­re, spo­re!

– Ale z te­go, co sły­sza­łam, to bi­blio­te­ki nie pła­cą twór­com. Sa­ma moż­li­wość wy­sta­wie­nia swo­ich prac jest już za­pła­tą dla de­biu­tan­ta.

– On już prze­cież nie jest de­biu­tan­tem.

– To w koń­cu coś wy­dał czy nie?

– Na uczel­ni mu prze­cież wy­da­li wier­sze, więc tak.

– A, ta cie­niut­ka bro­szur­ka, dru­ko­wa­na naj­tań­szym kosz­tem? A je­go wier­sze to by­ły za­le­d­wie dwa, spo­śród kil­ku­dzie­się­ciu, któ­re tam za­war­li?

– Ale wy­dał. Wy­bacz, mam umó­wio­ne­go klien­ta na czter­na­stą, mu­szę już iść. – Ko­lej­ne kłam­stwo przy­szło jej z po­mo­cą. – Po­ga­da­my póź­niej.

– On w ogó­le co­kol­wiek jesz­cze na­pi­sał po­za tam­ty­mi dwo­ma wier­sza­mi?

– No pew­nie! Ma ca­łą ma­sę ze­szy­tów! Ale na­praw­dę mu­szę już iść! To waż­ny klient!

– Ja­sne, ja­sne, idź... Po­wo­dze­nia.