Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Miłość, która nie miała prawa rozkwitnąć. Przeznaczenie, które nie zamierza odpuścić.
Yslin, niegdyś chłopak z nizin, dziś jeden z najzdolniejszych magów swoich czasów, osiągnął wszystko, o czym marzył. U jego boku jest Zanna, dojrzała opiekunka akademickich ogrodów, kobieta, która jako jedyna potrafiła dostrzec w nim coś więcej niż talent i ambicja. Po niemal dwudziestu latach wspólne życie tej pary to oaza spokoju, dobrobytu i spełnienia.
Gdy największe odkrycie Yslina zaczyna wymykać się spod kontroli, mag staje twarzą w twarz z prawdą, której wolałby nigdy nie poznać.
Czy to, co go wzywa, jest jego przeznaczeniem, czy pułapką zastawioną przez własne ambicje?
„Czarne kwiaty jabłoni” to wzruszająca i nasycona magią nowelka o różnych twarzach miłości. Tej dojrzałej, ustatkowanej i tej świeżej, gwałtownie wybuchającej pragnieniami. O gotowości do poświęcenia i gotowości do walki.
Nowelka z Kolekcji romantasy Inanny
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 117
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czarne kwiaty jabłoni
Adrianna Filimonowicz
Wydawnictwo Inanna
Rozdział 1
Rozdział 2
NOTA COPYRIGHT
📖 Informacja o wersji demo
Strona 1
Strona 2
Strona 3
Strona 4
Strona 5
Strona 6
Strona 7
Strona 8
Myśli, dotąd rozproszone, skupiły się nagle wokół jednego impulsu. Ból. Dominował nad wszystkim, jednocześnie ograniczał wolę i kształtował ją w pragnienie, by te ograniczenia łamać. Chciała poczuć cokolwiek innego. Wypełniła szczelnie powłokę, z którą ją spleciono, i otworzyła się na jej zmysły. Pierwszy raz dotarły do niej drobiny światła i szum krwi w uszach. W żyłach zaczynało pulsować życie. Zesztywniałe ciało zapragnęło ruchu.
Spróbowała.
Kokon splątanych korzeni i gałęzi wypluł ją gwałtownie w objęcia światła. Upadła na twardą, spękaną posadzkę, oślepiona i ogłuszona bólem. Serce trzepotało się w jej piersi, jakby jeszcze niegotowe na to, by dźwigać ciężar życia. Mimo tego wstała powoli. Umysł stopniowo odsiewał zbędne bodźce, by wyłonić przed nią spójny obraz.
Nie była sama. Kilka kroków od niej stał mężczyzna w barwnych szatach. Ręce oplecione miał rosochatymi korzeniami, wyrastającymi spomiędzy płyt posadzki. U dołu gęste i zwarte, na jego dłoniach rozczapierzały się, tworząc przedłużenie palców, wykrzywionych w gestach zaklęć.
Odetchnęła z ulgą. Był czarodziejem. Wiedział, co robić. Nabrała głęboko powietrza. Więcej niż potrzebowała, by wypowiedzieć tych kilka pierwszych słów, ale uczucie rozpierania w klatce piersiowej było tak ciekawe…
– Potrzebuję pomocy. Jestem. Ale nie wiem, co dalej – oświadczyła.
Mężczyzna gwałtownym ruchem strząsnął niedokończone zaklęcie z palców i posłał rozbudzoną Istotę znów w sen. Korzenie opadły na podłogę, zaczęły karleć i schnąć. Postąpiła krok w jego stronę. On trwał jeszcze przez chwilę z rozwartymi lekko ustami i niedowierzaniem w oczach.
– Niemożliwe – wyszeptał w końcu.
Chciała zaprzeczyć, ale nie zdążyła. Obrócił się gwałtownie i ruszył przed siebie. Szybko zniknął między pokrzywionymi, chaotycznie wyrzeźbionymi przez samą Istotę rzeczywistości filarami. Podeszła do nich, ale rozsnuta w powietrzu magia odepchnęła ją. Została sama. W pustej komnacie, przy akompaniamencie kropel skapujących na ziemię. Uniosła głowę i wyciągnęła rękę, by chwycić jedną z nich. Jej palce zabarwiła czerwień. Z wysokiego, fantazyjnie ukształtowanego magią sklepienia wyrastał nieregularny kokon z gałęzi i korzeni. Z miejsca, w którym go rozerwała, zwieszały się smętne witki, niczym rozszarpane żyły.
Dotknęła delikatnie swoich ramion, potem brzucha i ud. Porozrywanej skóry. Zadrżała z bólu i opadła na kolana.
– Naprawdę potrzebuję pomocy – jęknęła.
***
Zanna wyjęła do połowy pełną filiżankę z dłoni przechodzącej służącej.
– Mówiłam, że niedopite albo niedojedzone rzeczy mają zostać w jego pokoju – rzuciła upominającym tonem.
– Ale to kawa… Zimna. Sprzed dwóch dni. Pan przecież nie będzie…
– Nie znasz go jeszcze. Będzie.
Młoda dziewczyna, służąca w pałacu ledwo od kilku dni, skuliła się nieco, więc Zanna złagodziła ton. Do dziwactw Yslina trzeba było przywyknąć. A dochodziły do nich przecież i jej własne nawyki, czasem równie trudne do zrozumienia.
– No, nie przejmuj się. Zaniosę to z powrotem.
– Ja to zrobię!
– Nie, nie. Widziałam, że mój mąż wrócił wreszcie do pałacu. A to oznacza, że jest zbyt zmęczony, żeby mu się ktoś pod nosem plątał. Idź już. Będziesz potrzebna przy obiedzie.
Dziewczyna skłoniła szybko głowę i odmaszerowała, zacisnąwszy smukłe, delikatne palce na pustym spodeczku. Zanna spojrzała z melancholią na swoje dłonie. Nigdy nie były tak śliczne, a przeszło cztery dekady dłubania w ziemi i kolczastych gałęziach oraz wystawiania skóry na słońce i deszcz dodatkowo je oszpeciły. Stawy zgrubiały, na kłykciach pozostały ślady odcisków i zadrapań. Siatka cienkich, sinych żył grała pod skórą przy każdym ruchu. Kobieta uśmiechnęła się do siebie z przekąsem. Niewiele w swoim wyglądzie by zmieniła. Tych dłoni też nie, bo kolejne zmarnowałaby tak samo.
Drzwi sypialni były niedomknięte. Zanna pchnęła je delikatnie, tylko na tyle, by ledwo wsunąć się do środka. Stanęła oparta ramieniem o futrynę i zapatrzyła się na dojrzałego mężczyznę pochylonego nad mosiężną misą. Ręce wsparł o jej brzegi, wzrok wbił w taflę wody, jakby szukał czegoś na dnie albo zapomniał, co chciał zrobić. Był zmęczony, zmalał. Wyglądał, jakby bogato zdobiony frak był dla niego za ciężki.
Zanna weszła do środka. Drgnął.
– Dopij.
Machinalnie przyjął z jej dłoni filiżankę i wychylił ostatnie łyki zimnej kawy. Odstawił porcelanę na skraj stołka, obok misy. Pozwolił, by żona ściągnęła mu z ramion frak, podwinął rękawy koszuli, opłukał solidnie twarz zimną wodą i przetarł ją miękką, bawełnianą szmatką. Gdzieś w przelocie pocałowali się z Zanną, ale ledwo to zauważyli.
– Połóż się. Obudzę cię na obiad.
Pokręcił głową. Przeczesał palcami włosy i krótką, ale nieco zaniedbaną brodę. Strząsnął z dłoni kilka kropel.
– Nie zasnę.
Zanna przyjęła to ze spokojem. Zadzwoniła po służbę w ten charakterystyczny sposób, który mówił „państwo chcą kawy, tej z Eleht, mocnej, dużo”.
– Siadaj i mów.
Yslin ruszył w stronę fotela, ale zaraz zawrócił ku łóżku. Zaczął krążyć po komnacie, mocując się ze szpilką od fulara. Zanna podeszła i wyjęła ją sprawnie, pomogła mu też rozpiąć koszulę przy szyi. Znów gdzieś pomiędzy zwykłe ruchy zaplątał się krótki pocałunek. Skóra Yslina pachniała żywicą i kadzidłem. Nasiąkła zapachami Konserwatorium tak głęboko, że nawet woda kolońska nie mogłaby ich zagłuszyć.
Pokojówka weszła dyskretnie do sypialni i ustawiła tacę z dzbankiem i filiżankami na stole. Była doświadczona, wiedziała, że państwo nie życzą sobie, żeby nalewać. Miała zniknąć tak szybko, jak się pojawiła. Woń długo prażonych, gorzkich ziaren rozeszła się po pokoju. Zanna uśmiechnęła się, ruszyła w stronę stolika. Zwykle nim zdążyła nalać, Yslin dawno już rozpoczynał wywód – nieodmiennie znajomy i niezrozumiały równocześnie. Tym razem jednak mężczyzna milczał. Odniosła wrażenie, że bał się mówić.
– Co cię dręczy? Dwie noce nie wychodziłeś z Konserwatorium, teraz nie możesz pozbierać myśli. Albo tego dokonaliście, albo wydarzyła się katastrofa.
– Właśnie tak – rzucił gwałtownie, jakby nagle odkrył, co chciał powiedzieć.
– To znaczy?
– Właśnie to. Albo jedno, albo drugie, Zanna. Tylko że nie wiem które. Nigdy jeszcze nie wyciągnęliśmy tyle z Istoty, nigdy jeszcze nie pozwoliłem sobie na tak wiele. Mieliśmy Ciało, które żyje, i mieliśmy Umysł, który myśli. Przestrzeń i Czas zaczęły je postrzegać, ale osobno – mówił cicho, ale z przejęciem. Nazwy Porządków rzeczywistości wymawiał w ten szczególny, pełen szacunku sposób, tak, że słyszało się wielką literę na ich początku. – Znowu ta sama pułapka… I wreszcie się z niej wyrwaliśmy. Te rytuały bólu…!
– Arcymistrz przyzwolił?
Oczy mężczyzny zapłonęły i Zanna tak naprawdę nie potrzebowała odpowiedzi. Zdanie arcymistrza było nieważne. Te badania powierzono Yslinowi i jeśli czuł, że jest blisko przełomu, nie zamierzał się zatrzymywać. Zresztą, zgody były tylko formalnością. Ayahar ściągnął przed laty młodego geniusza z Wargady nie po to, by go hamować o krok od przełomu, który mógł uczynić niewielki ośrodek magiczny prominentnym miejscem.
– Ważne, że rytuały zadziałały – odparł wymijająco Yslin. – Loitte dostrzegła myśl spójną z bodźcem.
– Czyli…
Czarodziej tak zamaszystym ruchem sięgnął po kawę, że omal nie strącił dzbanka.
– To były najtrudniejsze połączenia, jakie w życiu zrobiłem. Najbardziej zniuansowane czary, jakie byliśmy w stanie stworzyć. Akolici są wyczerpani, mistrzowie… Mistrzowie mają dość. Po prostu. Mogło się udać. Albo to była nasza ostatnia porażka. Nie wierzę, bym mógł popchnąć te badania dalej. Przebić tę ścianę inaczej. Nie mogę zmuszać Ayahara, by inwestował tyle środków Konserwatorium w przełom, który nie nastąpi.
– Ale myślisz, że nastąpił.
– Boję się mieć nadzieję.
***
Zostawiła go w łóżku, leżącego z zamkniętymi oczami, wpatrzonego w swoje obawy i nadzieje. Kazał otworzyć okno, chciał czuć zapachy ogrodu, który powoli budził się do życia po zimie.
– Jeszcze nic nie kwitnie – rzuciła ze śmiechem, ale stwierdził, że i tak czuje wiosnę.
Może miał rację.
Rozległy ogród przez wiele lat był wyłącznym królestwem Zanny, ale po przekroczeniu pięćdziesiątki kobieta musiała oddać służbie część kontroli nad nim. Choć odwiedzająca pałac akolitka Porządku Ciała potrafiła pomóc jej na wiele dolegliwości, mogła tylko opóźnić starość, a nie ją zatrzymać. Ta zaś próbowała wedrzeć się do życia Zanny nadzwyczaj szybko. W odstawkę poszło więc oporządzanie róż i pielęgnacja magnolii. Warzywny ogródek padł jako kolejny, choć kobieta długo broniła tego przyczółka. Krzewy tworzące barwne wyspy i labirynty żywopłotów próbowała w myślach zrównać z altanami i ścianami, które przecież bez zawahania oddawała pod cudzą opiekę. Arboretum rządziło się samo. Pozostała jedna część ogrodu, która należała tylko do niej. Do niej i Yslina, choć ten korzystał już raczej z gotowych dzieł rąk żony, niż poświęcał się ich pielęgnacji.
Za niskim, rozłożystym żywopłotem rozpościerała się hodowla z pozoru chaotyczna. Krzewy i drzewa, czasem splecione ze sobą, w przewadze niskie, wielopienne i o pokrzywionych gałęziach, wyrastały w przypadkowych miejscach, niekiedy tworzyły zwarte wyspy, by kilka kroków dalej rosnąć równym szpalerem.
Myślorośliny. Specjalnie selekcjonowane i hodowane tak, by karmić drzemiącą w nich Istotę. Odpowiednio przygotowane stanowiły nieodzowny element magicznych badań. Zanna dziesiątki razy widziała, jak Yslin zaszczepiał chronionym pod szklanymi kloszami, idealnym okazom swoje wątpliwości, pomysły, hipotezy. Czasem polegało to na zaklęciu myśli w korzeniach i pozwoleniu, by wzrastała z rośliną, innym razem na przeszczepianiu zrazów różnego pochodzenia, by wspólnie wytworzyły rozwiązanie. Kluczowa pozostawała analiza. Myślorośliny rozwijały się w rytm kolejnych możliwych scenariuszy. Interpretacja ich wzrostu stanowiła fascynującą grę między zwykłą obserwacją a magicznym postrzeganiem. Zanna lubiła te chwile, gdy nagle dostrzegała pąk rozwijający się na dotąd ignorowanej przez Yslina gałązce, z którego gotowe były wybujać kluczowe wnioski. Najczęściej jednak, gdy roślina została przeniesiona z ogrodu pod klosz w pracowni, rolą kobiety stawało się nawadnianie i dbanie o światło. Jej intuicja nie mogła zastąpić dwóch dekad wnikliwych studiów i zrozumienia Istoty, które przynosił czarodziejom rytuał Zakorzenienia.
Zanna minęła drewnianą skrzynię, w której czekały łopatki, motyki, nożyki o różnym kształcie i grubości, śruby i zakraplacze. Powiodła wzrokiem ponad niskimi, skłębionymi gałęziami młodych sadzonek. Rosnąca pośrodku jabłoń była wysoka na prawie trzy metry. Gdyby nie nadmiar gałęzi i trzy skręcone ze sobą pnie, można by ją wziąć za zwykłe drzewo. Ewentualnie za myśloroślinę, która wymknęła się spod kontroli na etapie hodowli i nie nadawała się do pracy dla żadnego maga. A jednak…. Jabłoń była niezwykła. Była też myślorośliną, w której czarodziej zasiał wiele pytań, oczekiwań, podejrzeń i hipotez.
Yslin powierzył jej całe wspólne życie – swoje i szesnaście lat starszej od niego żony. Od tego jabłka, które zerwał w ogrodzie Kolegium Porządków Rzeczywistości w Wargadzie i przyniósł Zannie, by się z nią podzielić, po te wszystkie chwile, których jeszcze nie znali. Przez lata drzewo rosło, wypuszczało kolejne pędy, żyło w rytm badań, które się w nim toczyły. Małżonkowie jednak nie szukali u niego rozwiązań. Było symbolem i przez półtorej dekady tyle wystarczyło.
Kobieta sięgnęła ku budzącym się pąkom, zaczęła starannie przeglądać gałęzie, szukała śladów chorób czy działalności pasożytów. Myślorośliny całą energię wykorzystywały na rozwój Istoty. W obronie przed naturą musiał pomagać im człowiek. Zwykle nie miały nawet sił, by wykształcić owoce, choć Zannie niekiedy udawało się wystarczająco o nie zadbać. Uśmiechnęła się do siebie.
Z zamyślenia wyrwał ją odgłos pospiesznych kroków. Kamerdyner prowadził wyraźnie rozemocjonowanego mężczyznę w atłasowej, bajecznie barwionej szacie. Wyglądała, jakby jej prawą stronę naznaczył wschód słońca, lewa zaś stopniowo, przez szalone kolory zachodu, przechodziła w noc. Czarodzieje Porządku Czasu nierzadko sięgali po symbole swojej profesji. Talmar miał do tego doskonały gust. Zamiast obwieszać się klepsydrami albo tarczami zegarowymi oprawianymi w srebro, subtelnie akcentował swoje mistrzostwo strojem.
– Muszę natychmiast rozmawiać z twoim mężem – rzucił bez powitania.
Zanna odprawiła gestem poirytowanego tą impertynencją sługę.
– Stało się coś złego? Yslin wrócił wyczerpany, chciałabym, żeby odpoczął chociaż chwilę…
– Yslin chce iść i to zobaczyć! – Głos Talmara drżał.
Konserwatorium Porządku Istoty w Selde uchodziło za prowincjonalne. Choć poszczycić się mogło trzema wiekami historii, nie były one zbyt owocne. Wybitni czarodzieje gromadzili się albo w stołecznej Wargadzie, albo w zrzeszonych Konserwatoriach w Nimirhan i w Felehornie. Wielu też wybierało egzotyczne Kathal albo przygraniczne ośrodki, w których magia częściej była wystawiana na próbę, a pola walk zmieniały się w pola do eksperymentów.
Arcymistrz Ayahar poznał Yslina przed dwiema dekadami, kiedy gościł w Kolegium w Wargadzie. I od pierwszych chwil znajomości był przekonany, że przed młodym czarodziejem jest wielka przyszłość. Gdy ten w wieku zaledwie dwudziestu czterech lat został mianowany mistrzem Porządku Istoty i niespodziewanie ogłosił swój ślub z pracującą w ogrodach Kolegium, starszą od siebie Zanną, Ayahar natychmiast wykorzystał okazję. Nie kosztowało go to mało. Yslin był przekonany, że skandal, który wywołał, szybko ucichnie. Ponad wszystko pragnął jednak badawczej wolności. A tego nie mogła dać mu Wargada, pękająca w szwach od autorytetów. Tam mógł być co najwyżej przybocznym jakiegoś arcymistrza. Musiałby realizować eksperymenty zaakceptowane przez starszych, bardziej doświadczonych czarodziejów. Słuchać etyków, a w szczególnych przypadkach i polityków. W Selde łatwiej było działać niezauważonym. Ayahar dał więc Yslinowi pałac na jednej z dziesiątek wysp olbrzymiego jeziora Selhan, na którego brzegu przycupnęło Selde, bajeczną pensję i wolną rękę. Także do prowadzenia tych badań, których nigdzie indziej by nie podjęto. Teraz, stojąc z nim ramię w ramię, patrzył na efekty swojej inwestycji i choć nie żałował żadnego z ustępstw, na które przez lata poszedł, był jednocześnie pełen obaw.
– Musisz mi przysiąc, Yslinie, że nie pozwolisz się temu obrócić w skandal i katastrofę – rzucił, zerknąwszy z ukosa na ciemnowłosego mężczyznę.
Czarodziej przekroczył już czterdziestkę i nie zwykł naginać rzeczywistości do swojej woli, by to tuszować. Był jednak wysoki, postawny i wyćwiczony, co ujmowało mu lat. Jako jeden z nielicznych mistrzów od szat wolał marynarki i fraki, lepiej podkreślające sylwetkę. Była w tym pewna pycha, która na co dzień Ayaharowi nie przeszkadzała. Tym razem jednak go drażniła.
– Wiem, co robię. – Yslin machnął lekceważąco ręką. – Nie zniszczę czegoś takiego.
Nie odrywał wzroku od kobiecej postaci majaczącej za ażurową przesłoną z gałęzi. Mówił cicho, jakby w obawie, że ta go usłyszy, choć tak naprawdę była na to zbyt daleko. Patrzyli przez drobne szczeliny w rzeczywistości. Przenikał przez nie obraz, lecz żaden inny bodziec nie mógł tego zrobić.
Akolici Porządku Ciała opatrzyli rany kobiety i odziali ją w lnianą sukienkę koloru brudnej bieli, niewiele odróżniającego się od bladości jej skóry. Coś w tej pokutnej niemalże prostocie irytowało Yslina. Parzył na przełomowe dzieło. Na magię, którą udało się przyoblec w ciało. Jej umysł był kreacją Istoty wytworzoną na przygotowanym przez czarodziejów szkielecie. Z rzeczywistością łączyły ją sploty zaklęć Czasu, Przestrzeni i Materii. Jej serce wiedziało, jak bić, napełnione regułami Porządku Ciała.
Yslin pomyślał, że coś tak skomplikowanego i wyjątkowego nie powinno wyglądać przaśnie. Że gdy tylko kobieta będzie mogła opuścić komnaty Konserwatorium, każe przygotować dla niej stroje godne arcymistrzyni i pośle służbę, by upięła jej włosy i umalowała twarz.
– Talmar mi powiedział… – odezwał się nagle Ayahar.
Yslin poczuł ukłucie złości. Nie chciał teraz rozmawiać. O niczym. Tak po prostu.
– Talmar mi powiedział, że wyrwałeś nici zaklęć, które miały spowalniać jej synchronizację z Istotą.
Nie dość, że mówił, to jeszcze skrótowo i błędnie.
– Spowolnienie wewnętrznego czasu uniemożliwiało wytworzenie właściwego impulsu do pogłębienia połączeń. Poza tym…
– Yslinie, nie kwestionuję, że to było potrzebne. Pytam o konsekwencje. Talmar wspomniał, że jego czary były częścią mechanizmów ograniczających.
– Częścią.
– Co to oznacza? W praktyce? – Ton Ayahara stał się napastliwy. – Czy ona…
Czarne kwiaty jabłoni
Copyright © Adrianna Filimonowicz
Copyright © Wydawnictwo Inanna
Copyright © MORGANA Katarzyna Wolszczak
Wszelkie prawa zastrzeżone. All rights reserved.
Wydanie pierwsze, Bydgoszcz 2026 r.
ebook ISBN 978-83-7995-869-6
Redaktor prowadzący: Marcin A. Dobkowski
Redakcja: Paulina Kalinowska | proAutor.pl
Korekta: Agata Nowak | proAutor.pl
Projekt i adiustacja autorska wydania: Marcin A. Dobkowski
Projekt okładki: Ewelina Nawara | proAutor.pl
Skład i typografia: Bookiatryk.pl
Przygotowanie ebooka: Bookiatryk.pl
Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.
MORGANA Katarzyna Wolszczak
ul. Kormoranów 126/31
85-432 Bydgoszcz
www.inanna.pl
Najtaniej kupisz na www.madbooks.pl
To jest wersja demonstracyjna zawierająca 10% treści książki.
Aby przeczytać pełną treść, skorzystaj z pełnej wersji EPUB.
Konwersja i przygotowanie ebooka Bookiatryk.pl
