Conan sobowtór (35) - Leonard Carpenter - ebook

Conan sobowtór (35) ebook

Leonard Carpenter

0,0

Opis

[PK]

Tę książkę możesz wypożyczyć z naszej biblioteki partnerskiej! 

Książka dostępna w katalogu bibliotecznym na zasadach dozwolonego użytku bibliotecznego. Tylko dla zweryfikowanych posiadaczy kart bibliotecznych 

Książka dostępna w zasobach: 
Miejska Biblioteka Publiczna w Siedlcach

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 280

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.

Popularność




Sobowtór

OPOWIEŚCI O CONANIE w Wydawnictwie Amber

1. Conan

2. Conan z Cymerii

3. Conan pirat

4. Conan obieżyświat

5. ConarV ryzykant

6. Conan korsarz

7. Conan wojownik

8. Conan uzurpator

9. Conan zdobywca

10. Conan mściciel

11. Conan i bóg Pająk

12. Conan buntownik

13. Conan niezwyciężony

14. Conan wyzwoliciel

15. Conan z Wysp

16. Conan i czarownik

17. Conan i miecz Skelos

18. Conan i Droga Królów

19. Conan najemnik 20. Conan z Aquilonii 21. Conan waleczny 22. Conan zuchwały 23. Conan obrońca 24. Conan szermierz 25. Conan bukanier 26. Conan mistrz 27. Conan

z Czerwonego Bractwa

28. Conan barbarzyńca

29. Conan dezerter 30. Conan niszczyciel 31. Conan najeźdźca

33. Conan wielki

34. Conan niezłomny 35. Conan sobowtór

w przygotowaniu

32. Conan strażnik

36. Conan prowokator

Subowtor

przekład

Marek Mastalerz

Tytuł oryginału CONAN THE WARLORD

Ilustracja na okładce KEN KELLY

Redakcja merytoryczna KONRAD LEWANDOWSKI

Redakcja techniczna ANDRZEJ WITKOWSKI

Copyright © 1988 by Conan Properties, Inc.

For the Polish edition

Copyright © 1996 by Wydawnictwo Amber Sp. z o.o.

ISBN 83-7082-562-1

Wydawnictwo Amber Sp. z o.o. Warszawa 1996. Wydanie I Druk: Finidr, s.r.o., Ćesky TSSln

Dedykowane Steve ’owi Loicano

PrologDrużyna szkieletów

Odludne, owiane legendami bagna Varakiel fascynowały dorastającego chłopca zNemedii. Niezliczone mile torfowisk i trawiastych wysepek ciągnęły się od wschodnich połaci tego królestwa po brythuńskie stepy, znad których co dnia wyłaniało się słońce. Nieprzebyte dla pieszych i konnych wędrowców trzęsawiska stanowiły od zarania dziejów omijaną przez historię połać Ziemi. Zdradliwe bagnisko było azylem dla ściganych i słynęło z tego, iż czasem stawało się śmiercionośną pułapką dla całych armii.

Życie na skraju wielkiej, niezbadanej połaci dawało liczącemu zaledwie jedenaście wiosen Larowi odczucie, iż obcuje z nieprzeniknioną wszechobecną tajemnicą. Posępne krzyki bagiennego ptactwa i żałosne zawodzenie wiatru w kołyszących się trzcinach zapadają głęboko w ludzką duszę, zwłaszcza gdy jest to dusza jedynaka i marzyciela skłonnego wbrew przestrogom rodziców wędrować daleko poza znajome okolice.

Uniesienie wywołane odkrywaniem nowej, nieznanej krainy sprawiło, że Lar odszedł wyjątkowo daleko od rodzinnej tratwy z drewnianych bali. Chłopiec był zdziwiony, że ojciec nigdy nie opowiadał mu o tej okolicy. Bez wątpienia zahartowany surowym życiem, starszy mężczyzna wiedział ojej istnieniu, znał bowiem Varakiel lepiej niż ktokolwiek inny i szczycił się tym, iż zgłębił wiele sekretów bagien.

Być może znaczyło to, iż Lar znalazł się w stronach, których istnienie było okryte tajemnicą. Chłopiec nie wiedział jeszcze, czy połać lądu, do której dotarł, jest wyspą czy półwyspem. Odpowiedź na to pytanie mogła zależeć od pory roku i powtarzających się od wieków zmagań deszczu i posuchy.

Podmokły grunt, kępy wierzb i konieczność nieustannego strzeżenia się przed niedźwiedziami, wężami i dzikimi kotami utrudniały Larowi marsz. Teren wznosił się stopniowo, przechodząc w pas łąk o suchym, twardym gruncie, podobnych do leżących na zachodzie pastwisk należących do ojca chłopca. Dlaczego nikt nie osiedlił się na tej żyznej, nadającej się pod orkę ziemi?

Podpierając się jak laską drzewcem ościenia do łowienia ryb, Lar posuwał się naprzód kołyszącym się krokiem. Wodził wzrokiem po horyzoncie wypatrując wysokich drzew lub wyniosłości, z których mógłby rozejrzeć się po okolicy.

Minął kępę olch i zamarł... Przed sobą ujrzał zbielały szkielet wyprężonego, zdającego się galopować konia, na którego grzbiecie jechał kościotrup jeźdźca odziany w przerdzewiałą zbroję i szczerzący zęby w makabrycznym uśmiechu.

Lar nie uciekł z krzykiem. Uważał, że lęk jest czymś niegodnym, zaś rozum podpowiadał, że nie grozi mu żadne niebezpieczeństwo. Cofnął się pod osłonę kępy drzewek i znieruchomiał, wytężywszy słuch. Jedynie słaby wiatr szeleścił listowiem. Nie słychać było tętentu kopyt ani szczęku broni. Gdy Larowi przestało łomotać serce, ponownie wyjrzał zza pni.

Upiorny jeździec nadal galopował w miejscu. Jedynymi ruchomymi elementami tej makabrycznej sceny były poruszane przez wiatr strzępy wypłowiałej tkaniny, przylepione do kości i szczątków zbroi.

Wyglądający z ukrycia Lar stwierdził, że para szkieletów zachowuje pionową pozycję dzięki drewnianemu kołkowi, przenikającemu brzuch i siodło konia oraz klatkę piersiową jeźdźca. Chłopiec zauważył, że spiczasty koniec pala unosi przerdzewiały hełm na szerokość dłoni nad czaszkę rycerza.

Lar wiedział, że wbicie na pal to rodzaj egzekucji, w której lubowali się surowi Brythuńczycy. Wyglądało na to, że jeźdźca, a także i konia nadziano jeszcze za życia. Na tę myśl chłopiec zadrżał, lecz nie mógł oderwać wzroku od makabrycznego widoku.

Ruszył do przodu, omijając szerokim łukiem łeb bojowego rumaka o żółtych zębach. Lar przyjrzał się z bliska szkieletowi wojownika i wraz z zapierającym dech w piersiach dreszczem grozy zdał sobie sprawę, że był to dowódca całego oddziału kościotrupów.

Na polance w luźnym szyku stało jeszcze dziewięć par szkieletów koni i ludzi w tym samym stadium rozkładu, co dowódca. Dwaj jeźdźcy osunęli się w dół sczerniałych pali, zamieniając się w kopczyki zabarwionych rdzą kości. U boków upiornych jeźdźców zwisały przerdzewiałe szable z zaśniedziałymi, spiżowymi rękojeściami.

Większość wieśniaczych dzieci pierzchłaby z tego emanującego grozą zakątka. Ich bezładne, histeryczne opowieści zostałyby potem zbyte przez rodziców śmiechem lub skwitowane surowymi, pełnymi lęku spojrzeniami. Lar był jednak ulepiony z innej gliny. Był marzycielem i sięgał myślami znacznie dalej niż ograniczone umysły większości chłopców w jego wieku. Od wczesnego dzieciństwa zastanawiał się nad znaczeniem niektórych uwag, podsłuchanych w chwilach, gdy dorośli uważali, że dziecko śpi na zapiecku.

Wędrujący między szkieletami Lar doznawał uczucia mrożącego krew w żyłach podziwu. W środku grupy jeźdźców dostrzegł jeszcze jeden relikt przeszłości — rozpadający się rydwan. W odróżnieniu od wierzchowców, koni z zaprzęgu nie wbito na pale. Trzy bezładne sterty kości tkwiły w resztkach skórzanej uprzęży, jakby nadal czekały na okrzyk woźnicy.

Burty rydwanu rozpadły się. Szare szprychy i wyblakłe deski pomostu przybrały identyczną barwę, jak otaczające je szkielety. Resztki pojazdu pokryły porosty i łuszczące się płaty jaskrawych niegdyś farb.

Między resztkami rydwanu leżały kości jedenastego człowieka. Niekompletną czaszkę bez wątpienia dawno temu rozszczepiło ciężkie ostrze. Lar poczuł się nieswojo. Czaszka była osobliwie płaska i wydłużona oraz obdarzona nadmiernie wystającymi zębami.

Uwagę chłopca przykuł odblask gładkiej, metalowej powierzchni, wystającej spod płata wyprawionej skóry, niegdyś być może tarczy lub osłony burty rydwanu. Lar zajrzał w cień i stęknął ze zdumienia. Czyżby znalazł złoto?! Przypomniawszy sobie, że musi się strzec przed bagiennymi żmijami, chłopiec przyklęknął. Wyschnięte kości zaklekotały, gdy patykiem odgarnął strzęp skóry.

Pod spodem znajdowała się owalna, złota szkatuła na biżuterię, wykuta na podobieństwo łba węża. Dla chłopskiego syna, który w życiu widział zaledwie parę metalowych wyrobów, precyzja wykonania wydała się wręcz cudowna.

Ślepia węża tworzyły dwa wielkie klejnoty. Gdy Lar końcem palca otarł kurz z jednego z nich, powierzchnie szlifu zalśniły ciemną zielenią. Ze szmaragdów wykonano również kły węża.

Lar ujrzał zawiasy z tyłu szkatuły. Wsunął dłoń między szczęki węża i spróbował podnieść ciężkie wieko. Nie nasmarowane zawiasy sprawiły, że przyszło mu to ze sporym trudem, lecz w końcu zdołał tego dokonać. W promieniach słońca zabłysło wnętrze paszczy węża wykonane z wypolerowanego do lustrzanego połysku białego złota. Dno szkatuły zaścielały krwistoczerwone rubiny, spomiędzy których wystawał rozdwojony język gada. W jego rozwidleniu znajdował się największy skarb; złoty, inkrustowany klejnotami diadem.

Lar znał korony i skarby tylko z barwnych opowieści, snutych przez jego wujów w zimowe wieczory. Mimo to natychmiast pojął, jakie jest przeznaczenie diademu. Poczuł nieprzepartą ochotę, by umieścić go na własnych skroniach i przejrzeć się w wypolerowanej pokrywie szkatuły.

Nagle przeniknął go dreszcz grozy. Ogarnęła go pewność, że jeśli uniesie głowę, ujrzy, że szkielety jeźdźców ożyły i teraz prostują zbielałe kończyny, kręcą chroboczącymi karkami oraz kierują upiorne wierzchowce w jego stronę. Ledwie odważył się podnieść wzrok, lecz gdy to uczynił, stwierdził, że nic się nie zmieniło. Jeźdźcy wciąż stali na swoich miejscach. Najbliższy sterczał niemalże nad chłopcem, lecz niewątpliwie nie poruszał się.

W oddali nad trzcinami i kępami krzewów przetaczały się chmury barwy stali, wieszczące rychłą odmianę pogody. Na łące jedynie słaby wiatr poruszał źdźbłami traw i szemrał słabo między kośćmi drużyny szkieletów.

Lar zadał sobie pytanie, co właściwie może grozić mu na tym pradawnym cmentarzysku. Nie widział niczego naprawdę niebezpiecznego, dlaczego zatem miałby lękać się szczątków czyjejś minionej potęgi i chwały? Przez całe życie musiał wysłuchiwać bajań dziadków, przestrzegających przed nieziemskimi mocami. Nagle zdał sobie sprawę, że gardzi ich tchórzostwem. Nie dla niego strachy i mary ciemnych chłopów.

Lar opuścił ponownie wzrok i sięgnął po diadem.

Gdy go poruszył, usłyszał zgrzyt zwalnianego rygla. Wieko szkatuły opadło ciężko na jego nadgarstek. Chłopiec poczuł, że jeden ostry jak igła kieł rzeźbionego węża wbija się w jego ciało dosięgając kości. Lar krzyknął z przenikliwego bólu.

Ze szlochem, wolną dłonią szarpnął ciężkie wieko, próbując uwolnić zranioną rękę. Skaleczenie paliło nieznośnie, lecz już po chwili poczuł szerzące się wzdłuż ramienia odrętwienie. Równocześnie tracił jasność myśli.

Gdy z wysiłkiem podważył wieko i chwiejnie dźwignął się na nogi, mimo mgły zasnuwającej pole widzenia zdołał jeszcze zauważyć, że z kryształu stanowiącego kieł węża ścieka nie tylko krew, lecz także żółty jad.

Trzy dni później ojciec znalazł Lara, gdy ten brnął przez zarośnięte trzcinami bagno. Ani prośbami, ani groźbami nie zdołał wydobyć z oszołomionego chłopca chociażby słowa wyjaśnienia. Starszy mężczyzna dźwignął Lara na ramię i zaniósł go do chaty, do matki zatrwożonej losem zaginionego syna.

— Lar! Och, Lar, najdroższe dziecko, dlaczego mnie nie posłuchałeś?! Obiecaj mi, że już nigdy nie zostawisz mnie samej!

Zrozpaczona kobieta wykąpała i wytarła chłopca, ułożyła go na łóżku przed paleniskiem i pokryła maściąjątrzącąsię ranę na jego ręku.

Później, gdy ojciec poszedł na pole, spróbowała nakarmić Lara zupą, lecz chłopiec nie reagował. Spróbowała go zachęcić dojedzenia, przystawiając mu łyżkę do ust. Wtedy syn chwycił jąza rękę i ugryzł. Kobieta krzyknęła przeraźliwie, rana bowiem zapiekła jak natarta solą.

I
Tańczące pałki

W lochu unosił się zastały odór ludzkiego nieszczęścia. Mrok i zaduch tworzyły prawie namacalny opar rozpaczy, przecięty przez wąskie pasmo mętnego światła wpadającego przez kratę wysoko w górze. Z miejsca, gdzie promień blasku padał na kałużę pełną gnijącej słomy, unosiły się smużki pary.

Ponad dwudziestu mieszkańców lochu stojąc lub siedząc w kucki opierało się o chropowate, kamienne ściany. Większość stanowili nemediańscy chłopi pańszczyźniani — ogorzali mężczyźni w sięgających kolan sukmanach, przepasanych parcianymi sznurkami. Inni, cudzoziemcy, nosili bardziej egzotyczne stroje. Zawadiaccy ulicznicy, trudniący się w Dinander złodziejskim rzemiosłem, dzielili los z włóczęgami, którzy narazili się miejskim władzom. Również kondycja więźniów była rozmaita: hardzi osiłkowie rozpierali się na najlepszych miejscach przy wejściu do lochu, zaś zgnębieni torturami wieśniacy jęczeli w najciemniejszych kątach.

Więzień, na którego los zawziął się najsrożej, leżał z ugiętymi nogami na środku celi, twarzą do mokrej podłogi. Brudna stopa w sandale sterczała w łacie blasku, poprzecinanej cieniem kraty.

Niedola tego właśnie człowieka wyjątkowo troskała jego towarzyszy, którzy od dłuższej chwili głośnymi krzykami starali się zwrócić na siebie uwagę wartowników:

— Straże! Biedak Stolpa umarł! Wyciągnijcie go stąd!

— Tak, zabierzcie go z lochu! Zaczyna cuchnąć!

Krępy więzień z bujną brodą podszedł do drewnianych drzwi i wymierzył w nie trzy kopniaki wystarczające, by mury więzienia zadrżały w posadach.

— Zabierzcie go stąd! Zabierzcie go stąd!!! — zaczął wrzeszczeć.

Więźniowie podjęli skandowanie, uzupełniając je przeciągłymi gwizdami. Krzyczeli wszyscy, którzy mieli na to dość siły, z wyjątkiem młodego mężczyzny, opartego o ścianę obok wejścia.

Był to barbarzyńca z Północy. Wysoki, doskonale umięśniony młodzieniec wyglądał na osiemnaście wiosen. Miał bujne, czarne włosy i dostrzegalne zaczątki brody. Nie dopasowane spodnie i koszula nemediańskiego kroju wyglądały groteskowo na jego wspaniale umięśnionym ciele. Barbarzyńca nie spuszczając wzroku z drzwi, rozmawiał szeptem ze stojącym obok mężczyzną, łotrzykiem o złamanym nosie, który wszczął panujący obecnie zamęt.

— Idą! —poznaczone bliznami oblicze starszego mężczyzny spoważniało. — Pamiętaj, co masz zrobić, Conanie! Inni też mają swoje zadania.

— Oczywiście, Rudo.

Rozległy się kroki za drzwiami i szczęk żelaza. Młodzieniec wyprostował się. Wrzaski współwięźniów stopniowo ucichły.

— Zatracone łajno! — zagrzmiał chrapliwy głos na korytarzu. — Spokój ma być, inaczej każę was naszpikować strzałami!

Brodacz, który kopał w drzwi, rozłożył dłonie w błagalnym geście i wskazał nieruchomą postać na środku lochu.

— Wasza miłość, Stolpa skonał parę godzin temu. W celi i tak jest tłoczno. Prosimy, żeby go stąd zabrano.

— Zdechł, co? — rzucił ochryple niewidoczny dozorca. — Który z was go zadusił, łotry?

— Żaden, panie — brodacz nerwowo ścisnął dłonie. — Wiesz przecież, łaskawy panie, że od jakiegoś czasu chorował.

— I dobrze. Niech sobie gnije. A ty razem z nim, Falmar! — Dozorca wymamrotał coś do kogoś z boku, po czym odezwał się ponownie: — Jaką mam pewność, że to nie sztuczka?

Wśród więźniów rozległ się pomruk niezadowolenia. Gar-batonosy Rudo przeszedł szybko na środek lochu, nakazał Fal-marowi odsunąć się i powiedział do dozorcy:

— Panie, za pozwoleniem...

Demonstracyjnie kopnął leżącego mężczyznę z taką siłą, że przesunął jego ciało o dobre dwie stopy.

— Cierpienia Stolpy dobiegły kresu, panie — Rudo odwrócił się w stronę drzwi i nieznacznie pochylił głowę. — Nasze dopiero się zaczynają. Raczycie go zabrać, panie?!

Więźniowie czekali w milczeniu, nieruchomi jak głazy. Po drugiej stronie drzwi rozległy się niewyraźne pytanie i odpowiedź, a następnie zabrzmiało warknięcie:

— Dobrze, ale musicie sami go wynieść. Może umarł na jaką zaraźliwą francę? Wolno go nieść najwyżej dwóm, nikomu więcej.

Rudo i Falmar dźwignęli ciało Stolpy za ręce i nogi. Gdy rozległo się głuche szczęknięcie zasuwy niemal wszyscy więźniowie drgnęli nerwowo. Ciężkie drzwi otworzyły się do środka.

— No już! Wynoście go, żywo!

Właścicielem chrapliwego głosu był mężczyzna o policzkach pokrytych siwą szczeciną, ubrany w spiżowy hełm i kamizelkę z czerwonej skóry — strój członków straży miejskiej. Zdecydowanym ruchem kuszy dał znak dwóm więźniom. Drugi, chudszy strażnik nie zdejmował dłoni z uchwytów antab, by zamknąć drzwi natychmiast po ich wyjściu.

Gdy Rudo i Falmar mijali próg, wszyscy więźniowie naraz rzucili się do wyjścia. Młodzik z Północy chwycił za ramię trzymającego sztaby strażnika i wciągnął go do lochu. Równocześnie Rudo i Falmar upuścili Stolpę i rzucili się na starszego dozorcę. Rzekomy nieboszczyk cudownie zmartwychwstał i z furią wsparł ich atak.

Młody barbarzyńca stracił parę cennych chwil na pozbawienie strażnika przytomności wściekłymi ciosami pięści. Kilkakrotnie szarpnął pałkę zawieszoną na nadgarstku ofiary tak silnie, iż rozległo się chrupnięcie rwanych ścięgien i łamanych kości. Wreszcie rzemień pękł. Barbarzyńca zacisnął rękę na broni z twardego drewna i odepchnął na bok nieprzytomnego strażnika.

Conan wydał z głębi piersi mrożący krew w żyłach okrzyk bojowy i rzucił się w ciżbę więźniów starających wydostać się z lochów. Do tego czasu w wartowni zrobiło się ciasno od walczących mężczyzn. Trzeciego dozorcę o nalanym karku powalono na ziemię i rozbrojono. Daremnie, z twarzą zalaną krwią, starał się wyczołgać spod prześladowców. Do walki włączyło się co najmniej czterech innych strażników. Gdy barbarzyńca przepychał się między buntownikami, dwaj następni mężczyźni w kolczugach zbiegli po wąskich schodach prowadzących do izby tortur.

Gdy pierwszy z nich dotarł do walczących, młodzieniec już na niego czekał. Barbarzyńca zamachnął się pałką. Skraj hełmu złagodził siłę uderzenia, lecz mimo to strażnik runął jak rażony gromem.

Drugi mężczyzna podjął próbę pomszczenia towarzysza. Młodzieniec umknął w bok i cios więziennego dozorcy trafił go w ramię. Obydwaj zaczęli szermierkę dębowymi pałkami. Już po chwili barbarzyńca z Północy zdołał zdzielić przeciwnika po kłykciach. Gdy pałka wysunęła się z obezwładnionej bólem ręki, młodzieniec powalił strażnika ciosem między oczy. Więzień z długimi, rzedniejącymi włosami natychmiast rzucił się, by przywłaszczyć sobie broń pokonanego.

Młodzieniec odwrócił się w stronę schodów, gdzie tłoczyli się już następni strażnicy. Garbatonosy Rudo wystrzeliwszy bełt tłukł przeciwników kolbą kuszy. Pozostali więźniowie starali się dostać na tyle blisko strażników, by uderzenia pałek nie mogły dosięgać ich z pełną siłą. Falmar zmagał się zawzięcie z krępym dozorcą, dławiąc go jego własnym batem. Żylasty Stolpa leżał u podnóża schodów. Tym razem nie dawał znaku życia znacznie bardziej przekonująco niż przedtem.

Barbarzyńca rzucił się ochoczo na rozpaczliwie broniących się strażników. Ponieważ metalowe hełmy osłaniały czaszki przeciwników, młodzieniec z Północy wymierzał ukośne ciosy w ich barki. Jego wysiłki szybko nagrodził trzask pękającego obojczyka i wrzask bólu.

Barbarzyńca wpadł w opętańczy rytm walki. Jego ruchy przypominały ekstatyczny, zawiły taniec. Uderzenia pałek ześlizgujące się po ramionach i żebrach Conana, powodując piekielny ból sprawiały, że wymachiwał swąbroniąjeszcze gwałtowniej. Unik, skok naprzód, sparowanie ciosu, cios! Tętniąca krew wygrywała w jego skroniach gwałtowną pieśń wojenną.

Otaczający Cymmerianina zamęt pozornie zamarł. Stał się jakby daleki i nieważny. Barbarzyńca czuł się wszechpotężny i niezwyciężony. Jego wrogowie ścielili się na lewo i prawo jak skoszone zboże.

Rozpaczliwe okrzyki z tyłu sprawiły, że młodzieniec odzyskał poczucie rzeczywistości. Rozejrzał się, wciąż oszołomiony po bitewnym transie. Z niższych lochów przybyła odsiecz dla więziennych dozorców. Część więźniów zapędzono już z powrotem do cuchnącej nory. Siły buntowników zostały rozdzielone. Fletta, oprawca o twarzy jak księżyc w pełni, ustawił się przed wejściem. Mając za plecami miedzią maczugą walił w głowę każd stać się z celi.

Walka przybrała niepomyślny ob

2 Conan sobowtór                          1 7

naprawić, lecz wciąż istniały duże szanse, że większości więźniów uda się wydostać z podziemi. Wejścia na górę broniło tylko dwóch strażników, którzy cofali się przed nieustępliwie nacierającymi buntownikami z Rudonem i Falmarem na czele.

Lecz chwilę później z góry dobiegły stanowcze komendy. U szczytu krętych, pozbawionych poręczy schodów pojawili się tym razem członkowie Żelaznej Gwardii. Żołnierze w czarnych, metalowych hełmach oraz pancerzach dobyli zakrzywionych szabel i ruszyli w dół.

Ich dowódca przeszedł przez łukowato sklepione drzwi na szczycie schodów i przyglądał się natarciu. Był to wysoki, dystyngowany mężczyzna z wypielęgnowanymi czarnymi wąsami. Trzymał dłoń na rękojeści broni pod płaszczem, lecz nie schodził z podestu. Nachylił się do towarzyszącego mu oficera i coś szepnął. Podwładny ruszył w dół po schodach, zaś dowódca utkwił spokojne spojrzenie w młodzieńcu z Północy.

Końcówka walki była krótka i brutalna. Szczęśliwsi więźniowie stracili przytomność pod ciosami ęądnych zemsty strażników. Tych, którym los nie sprzyjał, rozsiekali członkowie Żelaznej Gwardii.

Barbarzyńcę otoczyli strażnicy. Jeden z nich, grubas w skórzanej kamizelce, zdołał przycisnąć młodzieńca do ściany, po czym bez większego trudu rozbrojono buntownika. Ponieważ Cymmerianin nie przestawał się szarpać, zadarto mu na głowę koszulę i powalono na kolana. Mimo to Conan nadal wyrywał się tłukącym go ze wszystkich stron niewidocznym przeciwnikom. Spodziewał się, że lada chwila poczuje w trzewiach chłód stali, lecz z nieznanych powodów więzienni dozorcy używali tylko pałek. Wykręcono mu ręce na plecy, po czym szybko i pewnie skrępowano. Czyjaś wielka, spocona łapa zacisnęła się na szyi młodzieńca.

Ze wszystkich stron rozlegały się głuche odgłosy ciosów, jęki i błagania o litość. Walka dobiegła końca. Ponieważ Conan pojął, że prześladowcy chcą wziąć go żywcem, wyrywał się im tym gwałtowniej. Żywo wyobrażał sobie tortury i upodlenia, które mu niechybnie szykowano.

Barbarzyńca zorientował się niebawem, że pozostałych przy życiu więźniów wpędzono z powrotem do celi, jednak ci, którzy go pojmali, nadal nie pozwalali mu podnieść się z klęczek. Tuż obok rozległ się spokojny, rzeczowy głos:

— To jego nazywają Conanem?

— Tak, panie. To Cymmerianin. Niebezpieczny zabijaka, pewnie był jednym z prowodyrów buntu — w głosie strażnika wibrował gniew i pogarda. — Za pozwoleniem, panie marszałku, powinno się mu przetrącić kolana albo zabić od ręki!

— Odsłońcie mu twarz.

Conanowi zdarto z głowy koszulę. Ujrzał zasłaną skrwawionymi ciałami wartownię, nieprzeniknione oblicze oficera w czarnym płaszczu i wykrzywioną twarz przytrzymującego go strażnika.

Oficer przez chwilę przyglądał się barbarzyńcy zimnym wzrokiem, po czym rzekł pozbawionym wyrazu tonem:

— Wsadźcie go do pojedynczej celi. Przyjdziemy po niego później, marszałek obrócił się na pięcie, zamiatając posadzkę płaszczem. Odchodząc, rzucił przez ramię: — Od tej pory jest pod jurysdykcją barona.

II
Pałac

Powóz przetaczający się z łoskotem bocznymi uliczkami Dinander śledzono ukradkiem zza drzwi i okien pogrążonych w ciemnościach domostw. Mimo nocnej pory, obserwowano przejazd nawet w zasłanych odpadkami najnędzniejszych zaułkach. Taką uwagę poświęcano wszystkim wydarzeniom, wykraczającym ponad przeciętność życia w prowincjonalnym mieście. Postępowano tak, by znaleźć temat do plotek, podsycać intrygi, lub też ze zwyczajnego strachu.

Jazda po nierównych ulicach stanowiła dla pasażerów topornego powozu srogie doświadczenie. Okute żelazem koła ślizgały się gwałtownie po niezbyt gęstych brukowcach, chociaż trzy gniade konie równo ciągnęły pojazd. Koła zapadały się groźnie w każdy z przecinających ulice rynsztoków, by po chwili wyskakiwać w górę jak wystrzelone z katapulty.

Zarówno woźnica, jak i siedzący obok pasażer, z trudem utrzymywali się na miejscach. Jeszcze większą niewygodę podróż sprawiała człowiekowi, który ze związanymi na plecach rękami turlał się po dnie powozu.

— Leż spokojnie, śmierdzący barbarzyńco, albo przyłożę ci pałą!

Woźnica poparł swe słowa uderzając rękojeścią bata w plecy zwijającego się z bólu więźnia.

— Na Croma! Zabijecie mnie! — skargi barbarzyńcy tłumiła przykrywająca go końska derka. — Ledwie mogę oddychać!

— Cicho, Cymmerianinie! — pasażer w czarnym płaszczu, marszałek Durwald, nie tracił spokoju. — Pan baron nakazał, by zabrać cię z więzienia. Jeżeli jednak ktoś cię zobaczy, przestaniesz być potrzebny mojemu panu. Wówczas spotka cię los, odpowiedni do twojego urodzenia i występków. Siedź cicho, jeżeli nie chcesz źle skończyć! — opuścił na barbarzyńcę pełne pogardy spojrzenie. — I nie próbuj zrywać więzów! Dojeżdżamy już do pałacu.

Woźnica cmoknął i potrząsnął lejcami, by popędzić konie. Po chwili Cymmerianin poczuł, że rydwan przejeżdża przez most z grubych bali — gładki jak atłas w porównaniu z brukiem miejskich ulic. Rozległy się powitalne okrzyki i łoskot otwieranej ciężkiej bramy. Po chwili kołysanie ustało: powóz zatrzymał się.

Z Conana ściągnięto derkę. Ledwie zdążył podgiąć pod siebie zdrętwiałe nogi, gdy wywleczono go na zewnątrz i ciśnięto na ubitą ziemię. Przypadł na kolano, odzyskał równowagę i dźwignął na równe nogi.

Marszałek gestem rozkazał mu iść w stronę bocznego wejścia do budowli, przed którą się znajdowali. Woźnica pchnął go gwałtownie. Conan odwrócił się ku niemu z mrocznym błyskiem w oczach. Mężczyzna cofnął się o krok, na chwilę zapominając, że więzień ma skrępowane ręce. Młodzieniec z Północy rozejrzał się wokół siebie, przeciągnął z całych sił obolałe kończyny i ruszył niechętnie we wskazanym kierunku.

Budowla przed nimi bardziej przypominała fortecę niż pałac. Otaczający ją mur wznosił się na wysokość trzech dorosłych mężczyzn, a dach wartowni stanowił platformę dla obrońców. Dodatkową ochronę zapewniały okrągłe wieżyczki we wszystkich czterech rogach głównej bryły budynku. Pałac postawiono z ociosanych kamieni, lecz wzdłuż ścian przycupnęły murowane stajnie i oficyny. Szlachecka rezydencja górowała ponad nimi. Obydwa wielkie skrzydła głównego wejścia stały otworem, szeroka smuga żółtego blasku padała na kamienny ganek.

Marszałek Durwald nie miał zamiaru zbliżać się do jasno oświetlonego frontowego wejścia. Podszedł do głębokiej wnęki z boku pałacu i przekręcił klucz w zamku okutych żelazem drzwi. Otworzył je z cichym szmerem i wraz z pozostałymi dwoma mężczyznami wszedł do dużego, oświetlonego lampami pomieszczenia.

Wzdłuż jednej ze ścian wisiał rząd płaszczy, pod którymi ustawiono szereg butów. Naprzeciwko znajdowała się wykoślawiona ława. Conan zdołał rzucić okiem przez drzwi w głębi. Za nimi znajdował się wystawny, frontowy hol z kręconymi, głównymi schodami, udekorowany gobelinami o jaskrawych barwach.

— Zamknij drzwi! — polecił marszałek.

Woźnica zasunął rygle i pośpieszył uczynić to samo z drzwiami do holu. Durwald dał znak Conanowi, by usiadł na ławie. Młodzieniec zawahał się, po czym usłuchał. Podszedł do ławy najrówniej jak mógł, starając się ukryć ból w kręgosłupie i żebrach. Marszałek stanął nad barbarzyńcą, a woźnica zatrzymał się obok niego.

— Cymmerianin, zgadza się? — Durwald rozsunął poły płaszcza na odzianej w pancerz piersi i przyjrzał się więźniowi zmrużonymi oczami.— A jednak kiedy cię pojmano, miałeś przy sobie zamorańskie monety i złote drachmy, bite w naszej stolicy, Belverusie. Wnoszę więc, że wracałeś z Południa?

Młodzieniec niechętnie skinął głową. Wiedział, że w stolicy Nemedii mógłby zostać oskarżony o krwawe zbrodnie, nieważne, słusznie czy nie.

— Odpowiadaj, kiedy jesteś pytany! Jak długo jesteś w Di-nander?

— Niecałe dwa tygodnie.

Conan opuścił wzrok na posadzkę, by nie zdradził go wyraz twarzy. Marszałek z namysłem poskubał wąs.

— Masz wNemedii rodzinę czy osoby, z którymi cię coś łączy?

— Nie.

Conan zastanowił się, w jakim kierunku zmierza przesłuchanie.

— Jesteś pewny? Żadnych krewniaczek, które sprzedano na południe jako niewolnice? — Durwald pochylił głowę, wpatrując się z natężeniem w jeńca, na którego twarzy malowała się jedynie niechęć wobec marszałka. Ponieważ Cymmerianin nie odpowiedział, oficer rzekł: — Doskonale, chłopcze! Przybywasz z pustkowi Północy, powiedz zatem co sądzisz o cudach naszej cywilizacji? — uśmiechnął się pod wąsem, niespodziewanie przybierając pozę pełną fałszywej serdeczności. — Jak ci się podobają hyboryjskie krainy?

Młody barbarzyńca zastanowił się przez chwilę, po czym podniósł wzrok na Durwalda.

— Pełno tu dziwów... Nigdzie nie widziałem tak wielkich bogactw, jak w miastach Południa — ani takiej nędzy i upodlenia. .. — potrząsnął z namysłem głową. — W Cymmerii zdarza się, że głodują całe plemiona, lecz kiedy jedzenia jest pod dostatkiem, nikt nie chodzi z pustym brzuchem. Tutaj porządni ludzie konają z głodu, podczas gdy garstka pazernych bogaczy tuczy się kosztem reszty.

— Lepiej było już dawno wyrzucić takie myśli w zaspy Północy, chłopcze — oczy Durwalda zwęziły się z niezadowolenia. — Bez względu na to, czy są słuszne czy nie, w Dinander za takie gadanie możesz stracić język — spojrzał z namysłem na Conana. — Nie najgorzej mówisz po nemediańsku. Gdzie się go nauczyłeś?

— Nemediańska hołota próbuje osiedlać się na cymmeriań-skich ziemiach, pospołu z Gunderlandczykami. Gdy byłem młody, wzięliśmy wielu twoich rodaków do niewoli — odparł beztrosko Conan. — Później brałem udział w wyprawie, która doprowadziła ich do fortu Ulau i wróciła z okupem.

— To byli wieśniacy ze wschodniej Nemedii?

— Chłopi z Vast.

— Hm, tak... — marszałek pokiwał głową z zadumą. — Nic zatem nie powstrzymuje cię przed wstąpieniem na służbę u barona Dinander?

— Dlaczego nie? — Conan podniósł wzrok. W jego oczach pojawiła się nagle czujność. — O ile nikt nie zażąda, bym zabijał czy szpiegował moich rodaków.

— Oczywiście! — Durwald po raz pierwszy od rozpoczęcia rozmowy uśmiechnął się szczerze. Odwrócił się do woźnicy i rzekł: — Swinn znajdź mu lepsze ubranie na posłuchanie u pana barona, obawiam się jednak, że nie ma czasu na kąpiel — zmarszczył nos z odrazą.

Woźnica zaczął grzebać pośród zawieszonych na ścianie ubiorów. Ostatecznie wybrał zielony kaftan i jasnobrązowe spodnie. W milczeniu podsunął je Durwaldowi, który skinął głową z aprobatą.

— Rozetnij mu więzy!

Swinn spojrzał na marszałka z powątpiewaniem, po czym bez słowa odłożył ubiór na podłogę, wydobył nóż i ruszył w stronę Conana. Cymmerianin wstał i odwrócił się, by umożliwić mu dostęp do nadgarstków.

— Nie bój się! — ponaglił woźnicę Durwald. — Jeżeli ten barbarzyńca ma choć odrobinę oleju w głowie, na pewno domyślił się, że cokolwiek mu proponujemy, jest to lepsze od zgnicia w lochu lub kopalni miedzi. No, rozetnij te sznury!

Swinn wykonał polecenie jednym zdecydowanym cięciem z góry. Conan wyciągnął ręce przed siebie, zgiął je powoli, zrzucił kawałki powrozów i zaczął masować otarte nadgarstki. Woźnica ostrożnie przysunął się do Cymmerianina, gotów pomóc mu w przebieraniu. Conan trzepnął go w pierś, aż zadudniło.

— Nie podchodź do mnie! — warknął.

Mężczyzna zatoczył się na ławę i w ostatniej chwili przed upadkiem wsparł się ręką o ścianę. Zaklął i zmienił chwyt na nożu, gotując się do pchnięcia.

— Spokojnie, Swinn! —odezwał się ze zniecierpliwieniem marszałek. — Schowaj ten kozik. No, dalej, chłopcze — zwrócił się do Conana. — Sam ściągnij te kradzione szmaty, skoro tak ci na tym zależy.

Młodzieniec popatrzył na obu mężczyzn, zrezygnował z bojowej postawy i zaczął wyciągać ze spodni poły koszuli, porwanej podczas walki w więzieniu.

— Ten ubiór należy do mnie. Nie fatygowałbym się kradzieżą takich łachów.

Ściągnął koszulę przez głowę, zsunął obcisłe, wystrzępione bryczesy i wymachując stopami, zrzucił je na posadzkę. Nie okazywał ani śladu zażenowania własną nagością, musiał jednak ostrożnie obchodzić się z pokrywającymi jego ciało sińcami i zadrapaniami. Skóra Cymmerianina była ciemna od opalenizny i więziennego brudu. Jego wspaniała sylwetka zwężająca się od barków w dół, była doprawdy godna podziwu. Mimo obrażeń, młodzieniec poruszał się z gracją i energią płowego lamparta.

Conan wdział grubszy, lepiej pasujący na niego strój, zaciągnął troki spodni i sznurowanie kaftana. Na koniec zmienił wybrudzone, znoszone sandały na wiązane pantofle z brunatnej skóry.

— Gotowe — oznajmił.

Durwald odwrócił się. Conan podążył za marszałkiem, mając Świnna tuż za plecami. Szlachcic pchnął drewniane drzwi, za którymi znajdowały się kręte schody jednej z narożnych wież pałacu. Cymmerianin musiał pochylić się, wchodząc po wąskich, wydeptanych stopniach. U szczytu schodów zasłonięte kotarąłukowate przejście prowadziło do pustej komnaty sypialnej. Wąskie okienka mogły służyć jako strzelnice.

Durwald przeprowadził barbarzyńcę przez drzwi w przeciwnym końcu sypialni na półpiętro. Przestronny hol za głównymi drzwiami okrążała wewnętrzna galeria. Pod sklepieniem zalegały głębokie cienie. W solidnej drewnianej balustradzie wyrzeźbiono liczne otwory w kształcie czterolistnych koniczynek, umożliwiające w razie potrzeby zasypanie gradem strzał wejścia i głównych schodów.

Trzej mężczyźni przeszli galeriądo kolejnych drzwi i wkroczyli do dużej, kunsztownie udekorowanej komnaty. Z foteli o wysokich oparciach przy sześciokątnym stoliku do pisania podnosiło się właśnie dwóch ludzi. Jednym z nich był wysoki starzec z siwym wąsem, drugim grubas w dworskiej szacie.

— Ach, Durwald! A więc to jest ten chłopak!

Starszy mężczyzna zwrócił się w stronę wejścia. Był to arystokrata w każdym calu. Miał na sobie tunikę z doskonale wyprawionej skóry i koszulę z plisowanego jedwabiu. Jego bronią był zawieszony na biodrze sztylet ze srebrną rękojeścią. Oblicze starca idealnie nadawałoby się na rzeźbę, wyobrażającą potęgę władzy. Siwe wąsy i bokobrody łagodziły surowy kształt nosa i podbródka.

Jednakże gdy baron zwrócił się na wprost do przybyłych, Conan dostrzegł z niemiłym zaskoczeniem, że szlachetna symetria oblicza możnowładcy nosi fatalną skazę. Ogniście czerwona, nierówno wygojona szrama ciągnęła się od oka po kącik warg. W rezultacie wydawało się, że usta możnowładcy są stale wykrzywione w ironicznym uśmieszku. Oko nad blizną prawdopodobnie zachowało zdolność widzenia, aczkolwiek w porównaniu z drugim wyglądało na bardziej wodniste. Baron utkwił w Conanie przenikliwe spojrzenie, przerywane częstymi jak u ptaka mrugnięciami.

W odróżnieniu od szlachcica, jego towarzysza cechowała aura zaskakującej pospolitości. Mężczyzna miał na sobie kaftan, ściągnięty tak silnie, że nad i pod paskiem utworzyły się wałki tłuszczu. Był gładko wygolony, miał plamistą cerę, a poruszał się niczym zmanierowany tancerz.

Durwald skłonił się przed arystokratą i wyprostował sztywno jak tyczka.

— Tak jest, dostojny panie! Oto Conan, młodzik, o którym ci mówiłem. Cymmeriański dzikus, lecz zdaje się, że potrafi słuchać rozkazów. Conanie, winieneś uklęknąć przed baronem Baldomerem Einarsonem!

Młodzieniec skinął nieznacznie głową i stał nadal z obojętną miną.

Durwald zesztywniał z konsternacji i przysunął się do barbarzyńcy.

— Cymmerianinie, masz okazywać szacunek lepszym od siebie!

Conan uważnie rozejrzał się po obecnych.

— Może tak zrobię, gdy kogoś takiego spotkam.

— Jeśli ci życie miłe...

Dłoń Durwalda zacisnęła się na rękojeści szabli. Baldomer uniósł uspokajająco dłoń i rzekł nawykłym do rozkazywania tonem, w którym pobrzmiewało rozbawienie:

— Hola, hola, marszałku! Nie ma potrzeby tak się unosić — nim baron opuścił rękę, w komnacie zapanowało pełne szacunku milczenie. — W każdym razie lepiej, że chłopakowi nie wbito pokory do głowy. Przeszkadzałoby to w roli, jaką mu chcemy powierzyć.

— Oczywiście, panie — marszałek przeniósł wzrok z nachmurzonego jeńca na arystokratę i skinął głową. — Proszę o wybaczenie — odczekał chwilę, by odzyskać spokój, po czym zapytał: — Jak sądzisz, panie, czyjego podobieństwo jest, hm... wystarczające?

— Tak — Baldomer uśmiechnął się. — Ma kwadratowe oblicze, które sprawia, że jego rodacy wyglądają wyjątkowo gwałtownie i... stanowi istotę piękna Cymmerianek... — baron niemal niedostrzegalnie zmarszczył brew, jakby odpędzał jakieś natarczywe wspomnienie, po czym wyraz jego twarzy wygładził się. Nadal nie spuszczał oka z Conana. — Jeżeli przy-strzyże się mu włosy na przyzwoitą długość i zadba o równie żałosną imitację wąsa jak u mojego syna, będzie można pomylić ich ze sobą.

— Panie... — tłusty towarzysz barona splótł dłonie na brzuchu i skłonił się z respektem przed swoim władcą. — Naprawdę sądzisz, że tego prymitywnego osiłka można będzie wziąć za młodego Faviana?

— Cóż, Svoretto, mój syn i dziedzic będzie musiał zacząć nosić pikowane w ramionach kaftany, by nie wyglądać mizerniej od swojego strażnika! — Baldomer roześmiał się i zwrócił głowę na bok. — Obydwóm przyjdzie też częściej wkładać hełmy, lecz na pewno nie zaszkodzi to opinii Faviana.

Po tej uwadze Durwald i Swinn roześmieli się razem z arystokratą.

— Panie, jak można wprowadzać nie znającego posłu-szeństw dzikusa niewiadomego pochodzenia w ścisły krąg twej służby? — Svoretta nie rezygnował. Najwyraźniej nie był zanadto służalczy, widać było również, że wołałby rozmawiać ze swoim panem na osobności. — Obawiam się, że oznacza to zagrożenie o wiele większe niż to, którego chcesz uniknąć. Jako zwierzchnik twojej służby twierdzę, że w takiej sytuacji zachowanie tajemnicy jest niepodobieństwem.

— Svoretto, przeprowadziliśmy w tej kwestii wyczerpującą rozmowę — baron uciął gwałtownie protesty swojego doradcy, nawet na niego nie patrząc. — Bez względu na trudności, jakie sprawia przeprowadzenie takiej maskarady w Dinander, na prowincji będzie to o wiele prostsze. Zgodziliśmy się przecież, że właśnie wówczas życiu Faviana będzie grozić największe niebezpieczeństwo i właśnie wtedy będziemy najbardziej potrzebować sobowtóra — Baldomer zatknął kciuki za pas i mówił coraz niższym głosem: — W czasach, gdy wśród chłopów szerzy się zarzewie buntu, utrzymanie spokoju w baronii Dinander jest naszym najważniejszym celem. To z kolei oznacza konieczność zapewnienia ciągłości władzy rodu Einarsonów.

Za wszelką cenę musimy uniknąć katastrofalnej wojny domowej lub, co gorsza, niewydarzonej interwencji wymuskanego króla Laslo, sprawującego władzę ze swojego zdeprawowanego seraju w Belverusie! — Baldomer uniósł wzrok nad głowy pozostałych i przybrał oratorski ton: — Muszę umocnić swoje władanie! Co ważniejsze, muszę zadbać, by władza przeszła bez przeszkód w ręce Faviana, gdy moje dni na tym padole dobiegną kresu. Bogowie obdarzyli mojego praprzodka Einara łaską, która przetrwała bez skazy przez wszystkie następne pokolenia. Dlatego też za wszelką cenę trzeba zachować przy życiu owoc moich lędźwi! — baron zwrócił twarz ku słuchaczom, a w jego oczach rozbłyskiwały na przemian ekstaza i okrucieństwo. — Jest przeto jasne, co powinniśmy uczynić. Naszym najważniejszym celem jest ustrzeżenie przed śmiercią mojego syna i jedynego dziedzica! Czy przysięgacie służyć mi ze wszystkich sił i umiejętności?

Oracja Baldomera spotkała się z pełną zakłopotania ciszą. Dopiero po długiej chwili nastąpiły niezbędne przytaknięcia, uśmiechy i wyrazy poparcia. Bez wątpienia konsternację spowodował niespodziewany wybuch fanatyzmu barona.

Arystokrata najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy z niezręczności sytuacji. Czujnie wodził spojrzeniem po twarzach swych towarzyszy, szukając jakichkolwiek oznak oporu czy zwątpienia. W końcu jego wzrok spoczął na pogrążonym w cieniu obliczu Cymmerianina.

— Panie, ręczę, że pojmuję, jakimi racjami się kierujesz! Naprawdę! — Svoretta spróbował uśmierzyć ekscytację Baldomera. — Nie będę szczędził niczego, by spełniła się twoja wola, nawet własnego życia! — urwał dla podkreślenia wagi swoich słów i skłonił głowę w geście bezgranicznego oddania. — Dlatego też podejmę się wypełnienia twojego rozkazu i zadbam, by przyniósł on wyłącznie pożądane skutki!

Svoretta zakończył wypowiedź głębokim ukłonem i ucałowaniem wyciągniętej dłoni arystokraty.

— Doskonale — Baldomer przybrał poprzednią, łaskawą minę i niedbale machnął ręką w stronę Conana. — Chłopak może udawać, że stanowi straż przybocznąFaviana. Jest wszakże wojownikiem, czyż nie? Będziemy unikać wystawiania go na widok publiczny i ukrywać jego podobieństwo do mojego syna, dopóki nie zacznie odgrywać jego roli. Przede wszystkim jednak musi nauczyć się trzymać język za zębami. Cym-merianie mówią, jak gdyby mieli ziemniaki w ustach, jego akcent zdradziłby go natychmiast! Oczywiście, trzeba też wpoić mu podstawy dworskiej etykiety i jeździectwa. Pozostawiam to tobie, Durwaldzie, wraz z zapewnieniem mu wiktu i opie-runku... Po namyśle doszedłem do wniosku, że mój syn musi zgolić wąsy. Przed wyruszeniem na objazd prowincji Cym-merianinowi nie zdąży wyrosnąć zarost nawet w połowie tak gęsty, jak Favianowi — zamilkł na moment i spoważniał. — Nasza tajemnica nie może wydostać się poza te mury! Zapewne rozejdą się rozmaite podejrzenia i plotki, ale nikt z was nie może potwierdzić ich w żaden sposób — opuścił nieco wzrok, by zajrzeć Conanowi w twarz. — Zrozumiano, chłopcze?

Cymmerianin podniósł głowę i popatrzył obojętnie wprost w oczy Baldomera.

— Dobrze. Jaka będzie moja zapłata?

Jego natychmiastowa zgoda zaskoczyła wszystkich. Baron uśmiechnął się blado.

— Musisz zawracać mi głowę takimi drobiazgami? Prócz pełnego utrzymania, pół złotej drachmy tygodniowo powinno wystarczyć...

Baron sięgnął po leżącąna stoliku sakiewkę. Wydobył z niej monetę i rzucił ją Cymmerianinowi. W tej samej chwili w głębi komnaty odsunęła się zasłona z zielonego atłasu. Do pokoju wszedł nieco niepewnym krokiem młody szlachcic.

Był to wysoki, postawny młodzieniec w białej koszuli oraz wysokich jeździeckich butach z czarnej skóry. U boku nosił sztylet o długim ostrzu i inkrustowanej klejnotami rękojeści. Splątane, czarne włosy i kanciasty zarys szczęki świadczyły, że w jego żyłach płynęła domieszka cymmeriań-skiej krwi. Młodzieniec przypominał Conana budową, aczkolwiek brakowało mu wzrostu, a przede wszystkim potęgi mięśni, by dorównać barbarzyńcy. Nowo przybyły stanął na środku komnaty i powiódł wzrokiem po obecnych. Wsparł się dłonią o blat stołu — trudno powiedzieć, czy dla wywarcia wrażenia, czy dla zachowania równowagi.

— Ach, cóż za gremium! Mężowie stanu radzą nad doniosłymi sprawami! — obszerny gest ramieniem i niewyraźna, kwiecista mowa zdradzały, że młodzieniec jest nietrzeźwy. — Ciekaw jestem, jak to się stało, że nie zostałem zaproszony na ten sejmik?

— Będziesz wzywany na narady mądrych ludzi, gdy dorośniesz na tyle, by brać w nich udział i okażesz swoimi czynami, że jesteś tego godzien, Favianie! Ani dnia wcześniej!

Baldomer rzucił mu pełne niesmaku spojrzenie. Favian dzielnie zniósł wymówkę, nie zrezygnował jednak z wspierania się o stół.

— Nawet wtedy, gdy dyskutujecie o sprawie tak ściśle związanej z moim losem, ojcze? Sądzę, że wiem, o czym rozmawialiście. Ten osobnik... — młody panicz uniósł wolną dłoń i wymierzył chwiejący się palec w Conana. — To właśnie w jego wyświechtane portki mam się przebierać, tak? — utkwił w barbarzyńcy jadowite spojrzenie. — Ten nie myty szubienicz-nik ma zastępować mnie publicznie? Mam rację czy nie?!

Baldomer zaczerwienił się podczas przemowy syna, lecz zdołał zachować chłodny ton:

— Upraszczając sprawę, tak jest w istocie... A ty nie powinieneś powtarzać tego, co podsłuchałeś pod moimi drzwiami.

Favian potrząsnął głową, jak gdyby otrzymał niewidzialny policzek. Jeśli oskarżenie było fałszywe, najwyraźniej okazało się bardziej dotkliwe, niż gdyby było prawdą.

— Mimo to mój plan jest mniej niegodny, niż sobie wyobrażasz— ciągnął baron.— Zamierzam jedynie podjąć nadzwyczajne środki ostrożności, by ochronić cię w czasie niepokojów wśród ludności. Nie przeszkodzą one w żadnej z istotnych dla ciebie czynności... — Baldomer rzucił okiem na pozostałych — ...to znaczy, w swawolach. — Urwał na chwilę, by uśmiechnąć się na widok irytacji panicza. — Cymmerianin będzie cię zastępować tylko podczas okazji, przy których byłbyś wystawiony na zbędne ryzyko. Dla przykładu, zamienicie się miejscami podczas zbliżającego się objazdu miasta. Podczas jazdy ze zwykłymi żołnierzami możesz się czegoś od nich nauczyć, zaś barbarzyńca... poradzi sobie lepiej w razie napaści.

— Widocznie sądzisz, że sobie na to zasłużyłem! — Fa-vian odepchnął się od stołu, zatoczył i ruszył przed siebie. — Będzie się chuchać na synalka barona i szmuglować go w skrzyni po całej prowincji, podczas gdy wystrojony szubienicznik będzie się cieszyć należną mi chwałą! — zachwiał się niebezpiecznie, lecz zdołał odzyskać równowagę. — Powiadam ci ojcze, to sroga obraza!

Baron wyciągnął dłoń w uspokajającym geście, lecz młodzieniec pobrnął obok niego w stronę Conana.

— Potrafię sobie poradzić lepiej, niż byle dzikus, wymachujący kamiennym toporkiem! Tylko patrzcie!

Z tymi słowami Favian zamachnął się niezgrabnie, mierząc w szczękę bardziej muskularnego młodzieńca. Conan od razu dostrzegł, że syn barona stracił równowagę i jest całkowicie bezbronny. Pewnym ruchem chwycił Faviana za ramię, obrócił go i odepchnął od siebie. Arystokrata wpadł z rozpędu na oparcie fotela i runął wraz z nim na podłogę. Leżąc bezradnie z nogami w górze, bezskutecznie starał się namacać rękojeść sztyletu.

Swinn, Durwald i Svoretta natychmiast dobyli broni i zaszli Cymmerianina z trzech stron. Conan sprężył się do skoku, chwytając stojący w pobliżu ciężki zydel.

— Spokój! Zostawcie go! — baron powstrzyma! interwencję swych poddanych. — Mój syn jest dzisiaj niedysponowany i jak zwykle niedyskretny. Barbarzyńca bronił się tylko, a za to mu przecież płacę. Schowajcie broń.

— Panie! Zamierzasz dopuścić, by taki hołysz doszedł do wniosku, że może bezkarnie bić nemediańskiego szlachcica? — skrzywił się Svoretta.

— Dość, powiedziałem! —baron potrząsnął stalowosiwy-mi włosami. — Jestem znużony. Załatwiliśmy sprawę, dla której się zebraliśmy. Svoretto, odprowadź Faviana do jego komnat. Durwald, zajmij się naszym nowym sługą. Życzę wam wszystkim spokojnego odpoczynku.

— Dobranoc, dostojny panie — odpowiedzieli chórem obecni.

Baron Baldomer opuścił komnatę.

Chwilowo pijanym Favianem zajął się nie Svoretta, lecz Durwald. Podczas gdy marszałek uspokajał chłopaka i coś mu tłumaczył, główny zausznik barona podszedł do Cymmerianina, ściskając pod połą opończy rękojeść sztyletu. Krępy dostojnik utkwił w młodzieńcu złowrogie spojrzenie.

— Co, barbarzyńco? — uśmiechnął się krzywo. — Na pewno wyobrażasz sobie, że masz szczęście, bo zostałeś nowym pupilem pana barona. Czujesz, że możesz wywyższać się nad lepszych od siebie? Sądzisz, że masz prawo do jakichkolwiek względów, chociaż trafiłeś tu świeżo, a raczej nieświeżo.. . — Svoretta skrzywił się szpetnie, udając odrazę wywołaną smrodem — ...z więziennego lochu?! — Rysy dziobatej twarzy dostojnika ułożyły się w wyraz niczym nie maskowanej nienawiści. — Cóż, ostrzegam cię, pupile i mody zmieniają się tu czasem w ciągu jednej nocy! Na dworze barona tylko jedna rzecz jest pewna... moje wpływy! — ostatnie słowa Svoretta wyszeptał tak, by dotarły wyłącznie do uszu Cymmerianina. — Jeżeli dowiem się, że zachowujesz się bezczelnie, posuwasz za daleko lub wykorzystujesz chociażby

3 — Conan sobowtór

— 33 — w najmniejszym stopniu swoją niepewną pozycję, czeka cię szybki koniec! Pamiętaj!

Svoretta zamilkł, nie spuszczając wzroku z twarzy barbarzyńcy. Przez ułamek chwili jego ramię zadrżało, jakby chciał pchnąć nożem młodszego mężczyznę. Powstrzymał się wszakże od ciosu, być może za sprawą milczenia i niewzruszonego spojrzenia Conana. W końcu zausznik barona zaklął i odwrócił się na pięcie.

III
Szkolenie

Stojące w zenicie słońce zalewało dziedziniec palącym blaskiem. Naczynie o bokach w postaci ścian pałacu i okalającego rezydencję muru więziło żar i powodowało, że łoskot kopyt rozlegał się tu ze zdwojoną głośnością Konie były zlane potem po porannym treningu. Łęk siodła Conana pokrywała gruba warstwa kurzu, podobnie jak jego wyschnięte, spieczone usta.

— Trochę lepiej, barbarzyńco. Może jeszcze nauczysz się siedzieć na koniu — w głosie Durwalda pobrzmiewało znudzenie i obojętność, lecz marszałek siedział wyprostowany na swoim wierzchowcu bez śladu znużenia. — Pamiętaj, że nie możesz garbić się podczas jazdy, ani wychylać się zbytnio na zakrętach. W nemediańskiej jeździe mamy powiedzenie: „Siedź prosto, a niewolnicy i konie niech pracują za ciebie” — roześmiał się i przygładził wąs dwoma palcami. — Przez to zginanie grzbietu nie ujdziesz nawet za nemediańskiego chłopa, a co dopiero mówić o arystokracie!

— Na Południu powiadają że pochylanie się wraz z koniem oszczędza jego siły i dodaje szybkości — mruknął w odpowiedzi Conan. — Poza tym siodło jest piekielnie grube, a strzemiona wiszą za nisko.

— Jeżeli kiedykolwiek przyjdzie ci zamachnąć się z siodła ciężkim mieczem, dowiesz się, do czego przydają się strzemiona o takim ustawieniu — Durwald ściągnął wodze i zatrzymał wierzchowca przy kamiennym korycie z wodą. — Na dzisiaj wystarczy. Przynajmniej dorobiłeś się odcisków na tyłku. Czas na obiad! — zeskoczył gładko z konia. — Po południu zaczniesz uczyć się posługiwania bronią, pod okiem fechtmistrza Eubol-da. Możesz być pewien, że da ci solidną szkołę.

Conan skrzywił się i ostrożnie zsunął z końskiego grzbietu. Idąc za przykładem marszałka, przywiązał konia do jednego z wprawionych w mur pierścieni. Ruszył sztywno wyprażonym dziedzińcem, obolały po wczorajszej walce i poniewierce, jaką okazało się dla jego nienawykłych mięśni podskakiwanie w siodle. Słońce paliło go w świeżo wygolony kark. Durwald rzucił nań okiem i znieruchomiał.

— Dokąd to, Cymmerianinie?

— Hę? Na obiad.

— Będziesz jadał w kwaterach służby przy kuchni, chłopcze — marszałek skinieniem głowy wskazał tylne wejście do pałacu. — Jesteś barbarzyńcą i daleko ci do tego, by jeść ze szlachtą!

Roześmiał się i ruszył swoją drogą. Conan zmełł przekleństwo w ustach i skręcił w stronę bocznych drzwi.

Minąwszy je, doznał wrażenia, że znalazł się w mrocznej jaskini. W środku panował przyjemny chłód, jednakże zaraz dobiegła go fala żaru, na suficie zaś kładły się ciemnoczerwone odbłyski. Ich źródłem było wielkie, kuchenne palenisko, zastawione parującymi miedzianymi garnkami. Smużki dymu wznosiły się pomiędzy wiszące pod powałą kiełbasy, szynki, sznury cebuli oraz czosnku i uchodziły przez obrośnięty sadzą otwór w środku sufitu. W powietrzu snuły się zapachy sprawiające, że ślina napływała człowiekowi do ust, lecz również takie, które mogły przyprawić o mdłości.

— Szukasz jedzenia, barbarzyńco?

Tylko jedna osoba przy kuchennych stołach podniosła głowę po wejściu Conana. Była to ładna dziewczyna, o wijących się, czarnych włosach. Jaskrawy, sznurowany na wąskiej talii kaftan, cieniutka biała koszula i sięgająca kolan spódnica dodatkowo podkreślały jej bujne kształty. Służąca utkwiła w Cym-merianinie pełne uznania spojrzenie zręcznie podmalowanych sadzą oczu.

— Spóźniłeś się, wiesz? Obiad powędrował już na górę, a my zjedliśmy prawie wszystko, co zostało — dziewczyna rzuciła Cymmerianinowi zadziorne spojrzenie, po czym beztrosko wzruszyła ramionami. — To nic, siadaj. Zobaczę, co uda mi się dla ciebie wyskrobać — niespodziewanie roześmiała się tak głośno, iż zwróciła na siebie uwagę innych służących. — Wyglądasz na groźnego barbarzyńcę o nienasyconym apetycie! Nie chciałabym, żebyś odrąbał mi udko, by je sobie ogryźć!

Odwróciła się, kołysząc rozłożystymi biodrami i zakrząt-nęła się przy drugim stole. Conan przeszedł przez kuchnię. Sąsiedni pokój oświetlał tylko jeden skąpy promień, wpadający przez wąziutkie, zakratowane okno wysoko w murze. Na środku jadalni służby stał długi, drewniany stół i toporne ławy. Wzdłuż dwóch ścian ciągnęły się przedzielone drewnianymi przegródkami wąskie nisze z pryczami. Na noc zaciągano w nich zasłony. Poprzedniego wieczora Conanowi przydzielono wnękę pod zimnym murem po przeciwnej stronie od wejścia do kuchni. Barbarzyńca nie protestował. W Nemedii o każdej porze roku było o wiele cieplej niż w jego rodzinnej Cymmerii. I tak nie zamierzał zostać w Dinander do zimy. Nie był pewien, czy nie opuści tego miasta jeszcze tej nocy. Powoli, ostrożnie opuścił obolałe od siodła pośladki na ławę.

Po chwili pojawiła się dziewka służebna, która powitała Co-nana. Niosła opartą o brzuch drewnianą tacę z jedzeniem. Cym-merianin przeniósł wzrok z obfitego posiłku na równie obfite krągłości, uwidaczniające się pod wyszywaną koszulą dziewczyny. Gdy stawiała przed nim tacę i kamionkowy dzban z czerwonym winem, nachyliła się wystarczająco, by zyskał jeszcze lepszy widok na jej wdzięki.

— Proszę, barbarzyńco! Mam nadzieję, że to wystarczy dla zaspokojenia twojego północnego apetytu — zaśmiała się dobrodusznie. — Jeżeli nie, ostrzeż mnie, zanim rzucisz się z tasakiem na konie. Postaram się wyszukać w spiżarni coś jeszcze.

— Yhy — Conan zaczął miażdżyć zębami gorącą rzepę, równocześnie rozrywając na kawałki bochenek razowca. —Nie wziąłbym do ust koniny. Nie po całym ranku podskakiwania na końskim grzbiecie.

Dziewczyna roześmiała się, tym razem mniej hałaśliwie.

— Jak się nazywasz, cudzoziemcze? — rzuciła spojrzenie na opuszczoną zasłonę w przejściu do kuchni i przysiadła na rogu stołu. — Mam na imię Ludia.

— Jestem Conan — odparł z pełnymi ustami.

— Pochodzisz z Cymmerii, zgadza się? — dziewczyna przewróciła oczami. — Kiedy byłam dzieckiem, nawet nie wiedziałam, czy taki kraj w ogóle istnieje. Powiadają o nim straszliwe rzeczy: że żyjątam ludożercy, wilkołaki, drakeny i jeszcze dziwniejsze stwory! — Ludia udała dreszcz grozy i skrzyżowała ramiona na staniku. — Byłam przekonana, że to okropna kraina.

— Nie ma w tym ani krzty prawdy — Conan upił duży łyk wina wprost z dzbana. — Ktokolwiek ci to opowiadał, musiał pomylić Cymmerię z Asgardem lub Vanaheimem. To krainy leżące dalej na północ, tam pełno podobnych okropności.

— Och! — oczy Ludii rozszerzyły się przez moment, gdy przetrawiała tę nowinę. — Hm, kiedy trafiłam tutaj, dowiedziałam się, że baron Baldomer przywiózł sobie w młodości z wyprawy do Cymmerii pannę młodą. Nazywała się Heldra. Nie znałam jej, ale ludzie powiadają, że była piękna i dobra — oderwawszy wzrok od Conana, zamyśliła się przez chwilę. — Właśnie dlatego północne krainy cieszą się w Dinander o wiele lepszą opinią niż dawniej. Lud dobrze wspomina Heldrę, szanuje jej córkę, Calissę, a nawet przyzwyczaił się do myśli, że kiedyś będzie nim rządzić dorastający syn barona, Favian. Prawdę mówiąc, jesteś do niego podobny — stwierdziła, rzucając mu pełne uznania spojrzenie.

— Hm — Conan popatrzył jej w oczy i przełknął. — Nie mam nic wspólnego z Favianem. Nawet nie słyszałem o jego matce. Być może była to córka jednego ze wschodnich klanów, albo wojowniczka, która zapuściła się wyjątkowo daleko na południe.

— Wystarczy sama myśl, że zwykła barbarzyńska dziewka została żoną barona... — Ludia westchnęła, jej brązowe oczy zalśniły. — To dowodzi, że piękna kobieta może zajść wysoko. Mężczyźni za to nie mogą wybić się ponad swój stan — urwała przypomniawszy sobie o położeniu Conana i dodała szybko: — Oczywiście, ty jesteś wyjątkiem. Masz wielkie szczęście, że zostałeś strażnikiem w pałacu szlachcica.

Conan nie odrywał wzroku od tacy zjedzeniem.

— Co się stało z Heldrą?

— Umarła — Ludia spuściła głowę.

— Umarła? Jak?

— Została zamordowana. Podano jej truciznę w pasztecie z cielęciny. Jad był podobno przeznaczony dla jej męża — Ludia pokręciła głową ze smutkiem. — Dzieje się tu bardzo wiele złego. Morderstwa, spiski i mnóstwo innych okropności. Wszystko zaczęło się od śmierci Heldry.

Dziewczyna zdała sobie nagle sprawę, że Conan przestał jeść. Podniosła na niego wzrok. Cymmerianin bez zapału prze-gamiał drewnianą łyżką smakołyki leżące na tacy. Wśród nich było ciastko o nieznanym mu wyglądzie. Młodzieniec popatrzył bacznie na Ludię.

— Powiadasz, że trucicielstwo to tutejszy obyczaj?

— Och, Conanie, przepraszam! —dziewczyna zawstydziła się. — Nie powinnam była tego mówić. Sama przygotowałam jedzenie. Spróbuję każdej potrawy, żeby ci udowodnić, że nie są zatrute. Robię tak, usługując baronowi i jego rodzinie.

Nachyliła się, ugryzła spory kawałek sera, a resztę odłożyła na tacę. Następnie odłamała kawałek ociekającego tłuszczem pasztetu i uniosła go do ust. W powątpiewającym spojrzeniu Cymmerianina zabłysło rozbawienie. Zauważywszy to, Ludia przełknęła i uniosła brwi.

— Mmm! Ostro przyprawione! Nie przeszkodzi ci, jeżeli przepłuczę usta?

Oparłszy się na łokciu, sięgnęła po dzban z winem, pochylając się tuż przed Conanem. Śmiejąc się, młodzieniec zacisnął wielką dłoń na jej nadgarstku i odjął jej naczynie od ust.

— Już, przestań! Przekonałaś mnie!

Ludia również się roześmiała i zajrzała Cymmerianinowi w oczy. Kropla wina pociekła po jej dolnej wardze. Oblizała ją ruchliwym językiem. Młodzieńcowi przyszło do głowy, że bujne ciało półleżącej na stole dziewczyny stanowiłoby wspaniały deser. Przez przedłużającą się chwilę dziewczyna patrzyła mu z bliska prosto w oczy, po czym poczuł smak jej warg. Objął ją w pasie, przyciągnął do siebie, odepchnął na bok tacę i zwarł się z dziewczyną w namiętnym uścisku.

Gdzieś spoza kuchni dobiegł odgłos dzwonka, raz, po chwili znowu. Ludia zawierciła się, lecz Conan przycisnął ją do siebie, szukając pożądliwie jej ust. Dziewczyna jęknęła i zaczęła gwałtownie szarpać. Wydała nieartykułowany okrzyk i odepchnęła się od Cymmerianina, trafiając go łokciem w usta. Zaskoczony Conan wypuścił ją z objęć.

— Głupi barbarzyńca! — twarz Ludii pokrył rumieniec gniewu. — Dzwonią po mnie! Chcesz, żeby mnie wychłosta-no?!

Otarła usta grzbietem dłoni, zarzuciła głową, by wyprostować wzburzone włosy i ruszyła do wyjścia. Mijając w drzwiach chudego chłopca w wytłuszczonym kaftanie, poprawiała jeszcze ubranie. Kuchta rzucił Conanowi porozumiewawcze spojrzenie i zabrał się do sprzątania stołu.

W chwilę później chłopiec uskoczył w bok przed pogrążonym w ponurych myślach barbarzyńcą. Conan wypad! z kuchni jak burza, nie mogąc wciąż dojść do siebie. Był wściekły, że byle kuchenna dzierlatka zdołała z niego tak okrutnie zadrwić. Przyszło mu jednak do głowy, iż może był zbyt śmiały. Nie zdążył wszak poznać miejscowych obyczajów. Niech Crom przeklnie wszystkich Nemediańczyków i wariactwo, które nazywali cywilizacją, pomyślał.

Gdy znalazł się na dziedzińcu, ponownie uderzył weń żar dnia. W piersi Cymmerianina wrzało, kopniakiem rozrzucił kurz. Nieco dalej, pod dachem kuźni czekał na niego zwalisty mężczyzna w szarych, metalowych nagolennikach, fartuchu z żelaznych ogniw, pancerzu i z poznaczonym śladami wielu bitew hełmem pod pachą. Mięsista, obwisła twarz świadczyła, że ten niegdyś wytrawny wojownik porósł sadłem z braku zajęcia.

Conan doszedł do wniosku, że jest to Eubold. Fechtmistrz gawędził z niższym, krępym mężczyzną, niemal niknącym w cieniu pod kuźnią. Gdy jego rozmówca zawrócił śpiesznie ku bramie, Cymmerianin zorientował się, że był to Svoretta.

— No, barbarzyńco, najwyższa pora! —rzucił nachmurzony Eubold, przyglądając się Conanowi. — Powinieneś nauczyć się, nawet kosztem wygarbowania twej grubej północnej skóry, że nie wolno ci zmuszać swych zwierzchników do czekania! — niedbale ogolony fechtmistrz skrzywił się z jeszcze większym niesmakiem. — Powiedz mi, miałeś kiedykolwiek miecz w ręku?

Conan odpowiedział mu ponurym spojrzeniem.

— Parę lat temu, w zimie, walczyłem pałaszem w czasie szturmu Venarium.

— Hm... Północny pałasz to niezgrabna broń. Trzeba nim rąbać, ponieważ jest zbyt ciężki, by można zadawać pchnięcia. Równie dobrze mógłbyś machać toporem! — Eubold ruszył w stronę Conana. — Mówiąc szczerze, żałuję, że mam uczyć posługiwania się porządną bronią takiego dzikusa. Ale trudno,

może czegoś się nauczysz, przynajmniej szacunku dla lepszych od siebie.

Ukośne promienie słońca padały na dziedziniec tym razem z zachodu. Conan ciął i dźgał wypchany sianem wór z wolej skóry, zawieszony na drewnianej tyczce na wysokości tułowia. Ruchy Cymmerianina były rytmiczne i równe, co najwidoczniej wprawiało fechtmistrza w furiacką złość. Eubold siedział na taborecie pod ocienionąścianąpałacu i wykrzykiwał komen-dy: