Cisza wyborcza - Piotr Kaliszewski - ebook
NOWOŚĆ

Cisza wyborcza ebook

Piotr Kaliszewski

0,0

14 osób interesuje się tą książką

Opis

Pierwsze przykazanie polityka: cel uświęca środki

Trwa najbrutalniejsza kampania prezydencka w historii III RP. Na scenę wyborczą wkracza młody poseł, Maksymilian Kamiński – debiutant, którego kandydatura miała być tylko sprytnym politycznym manewrem. Jego centrowe poglądy niespodziewanie jednak przekonują wyborców.

Lewica nazywa go faszystą, prawica – zdrajcą wartości, a on coraz mocniej wikła się w bezlitosne rozgrywki, w których wszystkie chwyty są dozwolone. Adrenalina towarzysząca kampanii staje się dla niego uzależnieniem. Rodzina, dotąd najważniejsza, schodzi na dalszy plan, a obsesja zwycięstwa zagłusza głos rozsądku.

W polityce jednak każde zagranie ma swoją cenę.
Gdy zapada cisza przedwyborcza, budzą się demony Kamińskiego. A wraz z nimi nadchodzi czas na podjęcie decyzji: co jest dla niego ważniejsze – władza czy własne sumienie?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 192

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Część I

Roz­dział 1

War­sza­wa, 20 stycz­nia 2025 r.

Po­nie­dział­ki w biu­rze sej­mo­wym klu­bu Par­tii Uczci­wo­ści ni­g­dy nie na­le­ża­ły do naj­ła­twiej­szych. Ja­ko no­wy twór na pol­skiej sce­nie po­li­tycz­nej PU cie­szy­ła się nie­słab­ną­cym za­in­te­re­so­wa­niem me­diów, po­li­ty­ków i wszel­kiej ma­ści lob­by­stów. Co praw­da wła­dze klu­bu i par­tii nie zgo­dzi­ły się wejść w skład ko­ali­cji rzą­dzą­cej, ale po ci­chu wspie­ra­ły jej dzia­ła­nia. Nie bez zna­cze­nia by­ło rów­nież to, że kru­cha więk­szość sej­mo­wa „wi­sia­ła” na kil­ku­na­stu gło­sach po­słów PU. Mi­le wi­dzia­nym zwy­cza­jem par­la­men­tar­nym by­ło więc kon­sul­to­wa­nie przez pre­mie­ra i li­de­ra Przy­mie­rza Pol­skiej Pra­wi­cy pro­jek­tów ustaw z Mar­kiem Fe­ren­cem, prze­wod­ni­czą­cym PU.

Ten po­nie­dzia­łek zwia­sto­wał jed­nak po­li­tycz­ną bu­rzę. Zbli­ża­ło się bo­wiem nie­uchron­nie po­sie­dze­nie sej­mu, a se­kre­tar­ka Fe­ren­ca otrzy­ma­ła z Kan­ce­la­rii Pre­mie­ra ko­lej­ny te­le­fon z proś­bą o prze­ło­że­nie spo­tka­nia na wto­rek. Li­der PU na­wet nie sta­rał się ukryć swo­jej fru­stra­cji.

– Nie stać go na­wet na te­le­fon? Se­kre­tar­ką się wy­rę­cza! – rzu­cił do prze­wod­ni­czą­ce­go klu­bu.

– To pre­mier, na pew­no coś mu wy­pa­dło… – pró­bo­wał bro­nić daw­ne­go ko­le­gę klu­bo­we­go Łu­kasz Olek­sy.

– A ja wi­dzę w tym efekt piąt­ko­wej kon­wen­cji – wtrą­cił się se­kre­tarz klu­bu.

Ma­rek Fe­renc był wy­traw­nym gra­czem na pol­skiej sce­nie po­li­tycz­nej, par­la­men­ta­rzy­stą z po­nad dwu­dzie­sto­let­nim do­świad­cze­niem. Trud­no by­ło na­zwać go „skocz­kiem”, ale miał już w swo­im do­rob­ku człon­ko­stwo w kil­ku par­tiach. Z każ­dej od­cho­dził jed­nak na wła­snych za­sa­dach, czu­jąc zmie­nia­ją­ce się tren­dy spo­łecz­ne. Te­raz rów­nież wie­dział, że koń­czy się wy­god­ny dla wszyst­kich do­świad­czo­nych po­li­ty­ków du­opol i że ni­sza, w któ­rą wszedł wraz ze swo­ją PU, mo­że mu przy­nieść upra­gnio­ną prze­pust­kę na Ale­je Ujaz­dow­skie. Był też prze­ko­na­ny, że gra, któ­rą roz­po­czął z pre­mie­rem, mo­że mu przy­nieść sa­me ko­rzy­ści. Wy­sta­wie­nie swo­je­go kan­dy­da­ta na pre­zy­den­ta by­ło jed­nym z ele­men­tów te­go te­atrzy­ku. Kan­dy­dat ten nie miał co praw­da naj­mniej­szych szans, ale par­tia z pew­no­ścią mo­gła na tym zy­skać. Z te­go po­wo­du sam nie zde­cy­do­wał się na start. Nie po to bu­do­wał przez la­ta swój bez­cen­ny ka­pi­tał po­li­tycz­ny, że­by po prze­gra­nym ple­bi­scy­cie pięk­no­ści ktoś rzu­cił mu rę­ka­wi­cę i wy­sa­dził go z fo­te­la prze­wod­ni­czą­ce­go. Trak­to­wał PU jak swo­je dziec­ko, prze­le­wa­jąc nań ca­łą swo­ją oj­cow­ską mi­łość. Mi­łość, któ­rą nie umiał ob­da­rzyć trwa­le żad­nej ko­bie­ty.

– Masz ra­cję, Ja­nek, to po­czą­tek re­tor­sji – zwró­cił się do se­kre­ta­rza klu­bu. – Mo­że­my spo­dzie­wać się cie­ka­we­go wy­stą­pie­nia pre­mie­ra na naj­bliż­szym po­sie­dze­niu sej­mu.

– My­ślisz, że sam nam przy­wa­li? – za­cie­ka­wił się mil­czą­cy do­tąd wi­ce­prze­wod­ni­czą­cy klu­bu. – Ja ob­sta­wiał­bym ra­czej, że spu­ści ze smy­czy swo­je psy.

– Je­śli tak, to ty też mo­żesz po­har­co­wać. – Mru­gnął okiem do wi­ce­prze­wod­ni­czą­ce­go wy­raź­nie roz­ba­wio­ny Fe­renc. – Czas gła­ska­nia się skoń­czył, w koń­cu zbli­ża­ją się wy­bo­ry. A wła­śnie, gdzie po­dział się nasz kan­dy­dat, czy nie po­wi­nien być na tej na­ra­dzie?

– Kan­dy­dat ba­wi w Sta­nach, na­pi­sał mi, że wra­ca ju­tro – wy­ja­śnił se­kre­tarz klu­bu.

– Do­brze, że to po­czą­tek kam­pa­nii, bo mu­siał­bym go zdy­scy­pli­no­wać. A po co on tam wła­ści­wie po­le­ciał, pry­wat­nie czy służ­bo­wo? – do­cie­kał Fe­renc.

– Mó­wił, że na wa­ka­cje z żo­ną le­ci, i wy­ku­pił bi­le­ty już kil­ka mie­się­cy te­mu – od­po­wie­dział se­kre­tarz.

– Pew­nie chciał się wkrę­cić na in­au­gu­ra­cję, bo to wła­śnie dzi­siaj – przy­pusz­czał prze­wod­ni­czą­cy klu­bu. – Mo­że li­czył na to, że go po­ka­żą w te­le­wi­zji, tak jak te­go z PPP w trak­cie wie­cu Re­pu­bli­ka­nów. A tu ni­ci z fa­me’u – do­dał roz­ba­wio­ny.

– To by by­ło w su­mie za­baw­ne. Mógł­by póź­niej opo­wia­dać pre­zy­den­to­wi USA, że po­zna­li się na je­go in­au­gu­ra­cji – pod­chwy­cił żart któ­ryś z po­słów.

– Przy­po­mi­nam wam, że to nasz kan­dy­dat na pre­zy­den­ta i po­win­ni­ście go wspie­rać nie­za­leż­nie od wa­szych sym­pa­tii – prze­ciął co­raz gło­śniej­szy szmer we­so­ło­ści Fe­renc. – Nie­za­leż­nie po co tam po­je­chał, mo­że­my wy­ko­rzy­stać to w kam­pa­nii. Niech wrzu­ci ja­kie­goś twe­eta, a wszy­scy po­da­dzą go da­lej – po­le­cił se­kre­ta­rzo­wi.

– OK, prze­ka­żę. Czy ma­my coś jesz­cze na agen­dzie, bo za­raz mam ko­mi­sję? – za­py­tał wy­raź­nie znie­cier­pli­wio­ny Ja­nek.

– Nie, ale Olek­sy i Bo­ro­wiak zo­sta­ją, bo mu­si­my ob­ga­dać jesz­cze jed­ną spra­wę – zwró­cił się do prze­wod­ni­czą­ce­go klu­bu i skarb­ni­ka par­tii Fe­renc. – Resz­cie dzię­ku­ję i przy­po­mi­nam: żad­nych kon­tak­tów z me­dia­mi. Te­raz mu­si­my szcze­gól­nie kon­tro­lo­wać prze­kaz.

Mia­mi, Flo­ry­da, USA

Maks Ka­miń­ski obu­dził się w swo­im po­ko­ju w ho­te­lu Em­bas­sy Su­ites by Hil­ton z lek­kim bó­lem gło­wy, ale bez nie­przy­jem­ne­go uczu­cia za­ni­ku pa­mię­ci, któ­re co­raz czę­ściej to­wa­rzy­szy­ło mu po al­ko­ho­lo­wych eks­ce­sach. Pa­mię­tał, że ostat­ni wie­czór spę­dził w to­wa­rzy­stwie żo­ny oraz kil­ku mło­dych wo­lon­ta­riu­szy par­tii re­pu­bli­kań­skiej z Mia­mi w jed­nej z re­stau­ra­cji cen­trum han­dlo­we­go Ma­ry Bric­kell Vil­la­ge. By­ło to dla nie­go cie­ka­we do­świad­cze­nie, bo o ile wcze­śniej­sze spo­tka­nia z kon­gres­me­na­mi, od­by­wa­ne przy oka­zji róż­nych szczy­tów po­li­tycz­nych, by­ły dość sztam­po­we, o ty­le im­pre­zo­wa­nie z mło­dym na­ryb­kiem par­tii rzą­dzą­cej w USA uświa­do­mi­ło go w tym, jak da­le­ce pol­ska kul­tu­ra po­li­tycz­na od­bie­ga od ame­ry­kań­skiej.

Cią­gle miał w pa­mię­ci od­po­wiedź dwu­dzie­sto­let­nie­go Tre­vo­ra na py­ta­nie o to, czy ma­ją swo­je­go czar­ne­go ko­nia w zbli­ża­ją­cych się wy­bo­rach do Bun­de­sta­gu:

– I don’t ca­re. It’s no­ne of our bu­si­ness.

Tym­cza­sem w Pol­sce wszy­scy po­li­ty­cy mie­li swo­ich fa­wo­ry­tów w wy­ści­gu do fo­te­la kanc­le­rza Nie­miec.

Od­po­wiedź ta tak go roz­ba­wi­ła, że przy­wo­łał wszyst­kim sce­nę z pol­skie­go par­la­men­tu w re­ak­cji na wy­bór czter­dzie­ste­go siód­me­go pre­zy­den­ta USA. Wi­dok po­słów Przy­mie­rza Pol­skiej Pra­wi­cy bi­ją­cych z ław sej­mo­wych bra­wa i skan­du­ją­cych na­zwi­sko zwy­cięz­cy do tej po­ry na­pa­wał go obrzy­dze­niem. Li­der Par­tii Uczci­wo­ści Ma­rek Fe­renc bar­dzo traf­nie sko­men­to­wał to w jed­nym z pro­gra­mów pu­bli­cy­stycz­nych, mó­wiąc, że jest to przy­kład po­sta­wy post­ko­lo­nial­nej. Bar­dzo mu tym za­im­po­no­wał. Wła­ści­wie ta sy­tu­acja zde­cy­do­wa­ła o tym, że bę­dąc do­tąd wol­nym elek­tro­nem, po­sta­no­wił do­łą­czyć do je­go par­tii. Za­wsze był su­we­re­ni­stą i na­wet mi­mo swo­jej fa­scy­na­cji USA uwa­żał, że nikt nie po­wi­nien się wtrą­cać do we­wnętrz­nych spraw Pol­ski, a tym bar­dziej wy­wle­kać na­szych kon­flik­tów po­li­tycz­nych na ze­wnątrz. Mo­że wła­śnie to zda­nie, wy­ra­żo­ne w póź­niej­szej roz­mo­wie z Fe­ren­cem, pchnę­ło li­de­ra PU do zło­że­nia mu ab­sur­dal­nej pro­po­zy­cji kan­dy­do­wa­nia na pre­zy­den­ta? Do tej po­ry za­cho­dził w gło­wę, dla­cze­go on i dla­cze­go wła­ści­wie zgo­dził się na to po­li­tycz­ne sa­mo­bój­stwo.

– O czym tak my­ślisz? – wy­rwa­ła go z za­du­my żo­na.

– Dzień do­bry, ko­cha­nie. O ni­czym szcze­gól­nym, ob­my­ślam roz­kład dnia – skła­mał.

– Po ta­kiej ilo­ści te­qu­ili, ja­ką w sie­bie wczo­raj wla­łeś, pew­nie nie­źle mu­si cię bo­leć gło­wa? – za­py­ta­ła tro­chę zło­śli­wie, ale też z wi­docz­ną tro­ską.

– Prę­dzej z od­wod­nie­nia. – Chwy­cił przy­nę­tę, przy­po­mi­na­jąc so­bie ich wie­czor­ne igrasz­ki.

– Z jed­nej stro­ny nie lu­bię, jak pi­jesz, ale ma to rów­nież swo­je plu­sy – od­po­wie­dzia­ła mu fi­glar­nie.

– Mu­szę cię chy­ba czę­ściej za­bie­rać ze so­bą do War­sza­wy. – Prze­su­nął de­li­kat­nie rę­ką po jej na­gim po­ślad­ku, przy­cią­gnął ją do sie­bie i czu­le po­ca­ło­wał.

– Nie mam nic prze­ciw­ko te­mu – mruk­nę­ła i lek­ko wbi­ła pa­znok­cie w je­go ple­cy, czu­jąc zno­wu przy­jem­ne uczu­cie pod­nie­ce­nia.

Ko­cha­li się te­go dnia już trze­ci raz. Maks stwier­dził po wszyst­kim, że mu­si przy­sto­po­wać i do­brze się na­wod­nić, bo ból gło­wy prze­ro­dzi się z lek­kie­go w to uciąż­li­we łu­pa­nie po­ty­li­cy, któ­re usta­nie do­pie­ro po za­apli­ko­wa­niu ta­blet­ki.

Bruk­se­la, Bel­gia

Pre­mier Ma­zur­kie­wicz wra­cał z po­sie­dze­nia Ra­dy Eu­ro­pej­skiej w kiep­skim hu­mo­rze. Po­mi­mo kry­zy­su rzą­do­we­go w Niem­czech kanc­lerz do­bit­nie dał mu do zro­zu­mie­nia, że nie mo­że li­czyć na żad­ne ustęp­stwa w stra­te­giach po­li­ty­ki mi­gra­cyj­nej Unii Eu­ro­pej­skiej. Na­wet wo­bec te­go, że ze­brał po­par­cie wszyst­kich państw Gru­py Wy­szeh­radz­kiej, naj­więk­si eu­ro­pej­scy gra­cze po­zo­sta­wa­li nie­ugię­ci. „Za kil­ka lat bę­dzie­cie te­go bar­dzo ża­ło­wa­li”, rzu­cił nie­miec­kiej de­le­ga­cji na od­chod­ne. Jed­nak nie to go naj­bar­dziej mar­twi­ło. Unia i tak by­ła we­dług nie­go okrę­tem, któ­ry po­wo­li za­czy­nał to­nąć. Bar­dziej nie­po­ko­iło go wła­sne po­dwór­ko i nie­uchron­nie zbli­ża­ją­ca się wy­bor­cza we­ry­fi­ka­cja je­go po­li­ty­ki. Na do­miar złe­go ich kan­dy­dat na pre­zy­den­ta z każ­dym dniem tra­cił w son­da­żach. Mo­że prze­gię­li z tą pre­kam­pa­nią? Mi­raż ko­abi­ta­cji był co­raz wy­raź­niej­szy. Osta­tecz­nym cio­sem oka­za­ła się piąt­ko­wa kon­wen­cja Par­tii Uczci­wo­ści, na któ­rej za­pre­zen­to­wa­li swo­je­go kan­dy­da­ta.

– Ja­kim cu­dem zor­ga­ni­zo­wa­li wszyst­ko tak pro­fe­sjo­nal­nie i jesz­cze utrzy­ma­li w ta­jem­ni­cy na­zwi­sko kan­dy­da­ta? – wy­szep­tał za­du­ma­ny szef rzą­du le­d­wo sły­szal­nie, ale jed­nak na ty­le gło­śno, że usły­szał go sie­dzą­cy obok w sa­mo­cho­dzie szef ga­bi­ne­tu po­li­tycz­ne­go.

– Dzię­ki blo­ka­dzie me­dial­nej, któ­rą wpro­wa­dził Fe­renc dla wszyst­kich z klu­bu – od­po­wie­dział ten mło­dy, nie­speł­na trzy­dzie­sto­let­ni chło­pak.

– Sły­sza­łem o tym. Szko­da, że u nas nie mo­że­my za­sto­so­wać ta­kie­go roz­wią­za­nia – rzu­cił iro­nicz­nie. Wie­dział, że je­go klub, li­czą­cy dwu­stu dwu­dzie­stu po­słów, skła­da się z ty­lu frak­cji i me­dial­nych ce­le­bry­tów, że już ko­lej­ne­go dnia po ta­kim za­ka­zie miał­by bunt na po­kła­dzie.

– Nie mo­że­my, ale mo­że­my kształ­to­wać prze­kaz dnia – od­po­wie­dział nie­pew­nie je­go współ­pra­cow­nik.

– Otóż to, dla­te­go masz za­da­nie. Rzuć na­szym pie­skom ja­kieś sma­ko­wi­te ką­ski na re­ne­ga­tów, a na te­go ich kan­dy­da­ta znajdź ko­niecz­nie coś z prze­szło­ści. Ja­kiś nie­za­pła­co­ny ra­chu­nek, bój­ka w pu­bie al­bo pi­jac­ki eks­ces po­win­ny za­ła­twić spra­wę. Mo­żesz użyć swo­je­go kon­tak­tu w ABW.

– A co zro­bić ze spo­tka­niem z Fe­ren­cem?

– Ty się z nim spo­tkasz, bo ja po je­go ostat­nich wy­stę­pach me­dial­nych, w przy­pły­wie uczuć, mógł­bym mu znisz­czyć tę je­go pięk­ną buź­kę – rzu­cił wy­raź­nie zde­ner­wo­wa­ny pre­mier, przy­po­mi­na­jąc so­bie sce­nę z par­la­men­tu i to, jak ko­men­to­wał ją li­der PU.

– Kto im, do cho­le­ry, ka­zał kla­skać?

– Nie ma­my co do te­go pew­no­ści, bo by­ło kil­ku pro­wo­dy­rów, ale z mo­ich nie­ofi­cjal­nych źró­deł wy­ni­ka, że na­mó­wił ich Mi­lew­ski.

– To ten, co ostat­nio bry­lo­wał w Sta­nach?

– Tak. My­ślał, że tą po­dró­żą prze­ko­na nas, że na­da­je się na kan­dy­da­ta.

– Ma­ło bra­ko­wa­ło, a rze­czy­wi­ście mu­sie­li­by­śmy się z nim ko­pać, bo Ko­mi­tet Po­li­tycz­ny był pod wra­że­niem je­go wy­stę­pów.

– Jak to do­brze, że ostat­nie sło­wo na­le­ży do pa­na…

– Dzi­siaj sam już nie wiem, czy pod­ją­łem do­brą de­cy­zję – za­sę­pił się pre­mier i dal­szą część po­dró­ży na lot­ni­sko Luch­tha­ven spę­dzi­li w ci­szy.

Je­go współ­pra­cow­nik nie wie­dział, że Ma­zur­kie­wicz umó­wił się te­go wie­czo­ru na spo­tka­nie z ich kan­dy­da­tem na pre­zy­den­ta, że­by na­mó­wić go do wy­co­fa­nia się z wy­ści­gu. Był to wła­ści­wie ostat­ni moż­li­wy mo­ment, bo­wiem ka­len­darz wy­bor­czy prze­wi­dy­wał, że w ko­lej­nym ty­go­dniu upły­nie ter­min zgła­sza­nia i re­je­stro­wa­nia ko­mi­te­tów wy­bor­czych.

War­sza­wa, Dom Po­sel­ski

Ma­rek Fe­renc ni­g­dy nie na­le­żał do roz­rzut­nych. Sza­no­wał każ­dą zło­tów­kę, do­brze pa­mię­ta­jąc cza­sy, kie­dy na stu­diach le­d­wo wią­zał ko­niec z koń­cem. Nikt ofi­cjal­nie nie na­zwał go skąp­cem, ale nie wszyst­kim po­słom po­do­ba­ło się to, że wo­lał ja­dać w sto­łów­ce w ho­te­lu sej­mo­wym, a nie w po­bli­skiej Re­stau­ra­cji Pod Gi­gan­ta­mi. W rze­czy­wi­sto­ści cho­dzi­ło o jesz­cze je­den aspekt – bez­pie­czeń­stwo. Ho­tel sej­mo­wy był re­gu­lar­nie spraw­dza­ny pod ką­tem pod­słu­chów, a na mie­ście w każ­dym miej­scu moż­na by­ło „zła­pać plu­skwę”. Raz już w swej ka­rie­rze był bar­dzo bli­sko wpad­ki i na­wet póź­niej śni­ły mu się po no­cach stro­ny ty­tu­ło­we „Fak­tu” z je­go zdję­ciem i do­pi­skiem „afe­ra roz­por­ko­wa”. Osta­tecz­nie wpadł ktoś in­ny i wszyst­kie me­dia sku­pi­ły się na „Jur­nym Ste­fa­nie”. Po tej sy­tu­acji stał się bar­dziej ostroż­ny i do­ko­nał na­wet umyśl­nej po­mył­ki w ad­re­sie jed­ne­go ze swo­ich miesz­kań w oświad­cze­niu ma­jąt­ko­wym. Na szczę­ście ani CBA, ani skar­bów­ka nie za­uwa­ży­ły te­go błę­du.

– Jak sto­imy z fi­nan­sa­mi? – rzu­cił znad ta­le­rza zu­py ogór­ko­wej do skarb­ni­ka par­tii.

– Nie jest do­brze, bę­dzie­my mu­sie­li za­cią­gnąć ko­lej­ny kre­dyt – od­po­wie­dział, dra­piąc się po gło­wie, Bo­ro­wiak.

– To wiem. Py­tam, czy ma­my jesz­cze ja­kieś środ­ki na kon­cie.

– Tak. Nie są to wpraw­dzie du­że pie­nią­dze, ale na ja­kieś drob­ne usłu­gi wy­star­czy. Za­mó­wić son­daż?

– Nie. W tej chwi­li son­da­że to wy­rzu­ca­nie pie­nię­dzy w bło­to. Mu­si­my na­to­miast za­mó­wić ja­kie­goś do­bre­go spe­ca od me­diów. Ty też weź­miesz udział w tym szko­le­niu – do­dał, zwra­ca­jąc się do Olek­se­go.

– Ja? A po co? Czyż­bym miał za­cząć me­dial­ne to­ur­née? – za­py­tał za­sko­czo­ny prze­wod­ni­czą­cy klu­bu PU.

– Bo nie po­tra­fisz się bro­nić przed ich bul­te­rie­ra­mi, a mo­że się to przy­dać w sej­mie. Nie za­wsze bę­dę mógł ra­to­wać ci du­pę.

– Wy­pra­szam so­bie. Nie po to sze­dłem do po­li­ty­ki, że­by wda­wać się w sej­mo­we py­sków­ki. To nie mój po­ziom – ob­ru­szył się Olek­sy.

– Jesz­cze mi po­dzię­ku­jesz, jak zo­ba­czysz swój wy­nik za dwa la­ta. Po­za tym nie wie­dzia­łem, że je­steś ta­kim ide­ow­cem. Ja­koś ci to nie prze­szko­dzi­ło po­rzu­cić PPP i do­łą­czyć do nas.

– To by­ło chy­ba chwi­lo­we za­uro­cze­nie!

– No, już tro­chę le­piej, jed­nak po­tra­fisz się bro­nić – wy­ce­dził Fe­renc, sze­ro­ko uśmie­cha­jąc się do klu­bo­we­go ko­le­gi. Wie­dział, że Olek­sy jest ska­za­ny na człon­ko­stwo w PU, bo PPP i tak już od daw­na chcia­ło się go po­zbyć za zła­ma­nie dys­cy­pli­ny klu­bo­wej w jed­nym z waż­nych gło­so­wań nad spra­wa­mi świa­to­po­glą­do­wy­mi. – Pa­mię­taj, że u mnie nie mu­sisz się mar­twić o dys­cy­pli­nę, a i o do­brym miej­scu na li­ście kie­dyś po­roz­ma­wia­my. Więc le­piej przyj­mij pro­po­zy­cję po­pra­wy swo­ich nędz­nych umie­jęt­no­ści re­to­rycz­no-ery­stycz­nych.

– Do­brze, ale mam na­dzie­ję, że nie bę­dę tam sam?

– Nie. Bę­dzie ci to­wa­rzy­szył nasz wspa­nia­ły kan­dy­dat na pre­zy­den­ta. Se­kre­tar­ka prze­ka­że wam szcze­gó­ły. – Ma­rek Fe­renc za­koń­czył roz­mo­wę i po­si­łek. – A te­raz was już prze­pra­szam, mu­szę udać się na kon­sul­ta­cję pro­jek­tów ustaw z jed­nym z chłop­ców na po­sył­ki pre­mie­ra.

Palm Be­ach, Flo­ry­da, USA

Przed ol­brzy­mim te­le­bi­mem w Mar-a-La­go Club usta­wił się tłum za­pro­szo­nych go­ści. By­ły tam gwiaz­dy świa­ta spor­tu, ce­le­bry­ci z Hol­ly­wo­od, lo­kal­ni po­li­ty­cy par­tii Re­pu­bli­kań­skiej z Flo­ry­dy i spo­ro za­pro­szo­nych go­ści zza gra­ni­cy. Wszy­scy zo­sta­li do­kład­nie spraw­dze­ni przez ochro­nę przed wej­ściem na te­ren re­zy­den­cji, a na ich szy­jach za­wie­szo­ne by­ły imien­ne iden­ty­fi­ka­to­ry. Zbli­ża­ło się po­łu­dnie i kul­mi­na­cyj­ny mo­ment te­go dnia. Czter­dzie­sty siód­my pre­zy­dent USA pod­niósł wła­śnie pra­wą rę­kę, le­wą trzy­ma­jąc na hi­sto­rycz­nym eg­zem­pla­rzu Bi­blii Abra­ha­ma Lin­col­na, i wy­po­wie­dział bez po­mył­ki na­stę­pu­ją­cą ro­tę ślu­bo­wa­nia: Uro­czy­ście przy­się­gam, że bę­dę wier­nie peł­nić urząd pre­zy­den­ta Sta­nów Zjed­no­czo­nych oraz we­dle naj­lep­szej mej umie­jęt­no­ści do­cho­wam, strzec bę­dę i bro­nić kon­sty­tu­cji Zjed­no­czo­nych Sta­nów.

Po wy­brzmie­niu ostat­nie­go sło­wa wszy­scy zgro­ma­dze­ni go­ście za­czę­li bić bra­wo, a DJ ulo­ko­wa­ny po prze­ciw­nej stro­nie te­le­bi­mu od­pa­lił kul­to­we Y.M.C.A. w wy­ko­na­niu Vil­la­ge Pe­ople. Do­kład­nie na ten mo­ment cze­kał Maks Ka­miń­ski. Krót­ka rol­ka z po­zdro­wie­nia­mi z Mar-a-La­go w me­diach spo­łecz­no­ścio­wych wy­star­czy, aby zdo­być kil­ka ła­twych punk­tów. Czte­ry klik­nię­cia i twe­et po­szedł w świat. Te­raz mógł się sku­pić na po­szu­ki­wa­niu cie­ka­wych roz­mów­ców. Ja­ko czło­nek Sej­mo­wej Ko­mi­sji Spraw Za­gra­nicz­nych uwiel­biał wda­wać się w dłu­gie i nu­żą­ce dla je­go żo­ny dys­ku­sje o niu­an­sach pra­wa mię­dzy­na­ro­do­we­go. Dzię­ki te­mu oraz przy­na­leż­no­ści do Zgro­ma­dze­nia Par­la­men­tar­ne­go Ra­dy Eu­ro­py po­znał też spo­re gro­no po­li­ty­ków eu­ro­pej­skich zaj­mu­ją­cych się po­dob­ną te­ma­ty­ką. Wśród licz­nie za­pro­szo­nych za­gra­nicz­nych go­ści je­go uwa­gę zwró­cił jed­nak zu­peł­nie kto in­ny. Nie mógł so­bie przy­po­mnieć, skąd zna te­go wy­so­kie­go blon­dy­na o nie­bie­skich oczach.

– Czy my się przy­pad­kiem skądś nie zna­my? – za­ga­ił roz­mo­wę.

– Ja pa­na do­sko­na­le znam, w koń­cu jest pan po­li­ty­kiem, ale wąt­pię, aby pan znał mnie – od­po­wie­dział męż­czy­zna.

– Wy­da­je mi się jed­nak, że kie­dyś roz­ma­wia­li­śmy… – Maks pró­bo­wał so­bie przy­po­mnieć ja­kąś sy­tu­ację z prze­szło­ści.

– Wąt­pię, mu­siał­by pan zmie­nić swo­je po­dej­ście do wia­ry – od­parł nie­zna­jo­my, sze­ro­ko się uśmie­cha­jąc.

Od­po­wiedź ta zu­peł­nie wy­bi­ła Mak­sa z ryt­mu, bo przy­po­mnia­ła mu je­go ostat­nią kłót­nię z żo­ną na te­mat Ko­ścio­ła. Wie­dział rów­nież, że w Sta­nach nie spo­sób od­róż­nić księ­dza od zwy­kłe­go czło­wie­ka ze wzglę­du na mno­gość wy­znań, więc zmie­nił te­mat.

– Nie­waż­ne. Jak się pa­nu po­do­ba­ła in­au­gu­ra­cja?

– Wi­dzia­łem ich już wie­le i nie­zmien­nie bu­du­je mnie fakt, że wszy­scy pre­zy­den­ci USA, na­wet tyl­ko po­zor­nie wie­rzą­cy, skła­da­ją przy­się­gę na Bi­blię. Czy wie pan, że eg­zem­plarz wy­ko­rzy­sta­ny przy dzi­siej­szym ślu­bo­wa­niu na­le­żał do trze­cie­go pre­zy­den­ta USA Tho­ma­sa Jef­fer­so­na?

– Gdzieś mi się to obi­ło o uszy – od­parł Maks i za­milkł. Wy­obra­ził so­bie wy­so­kie­go blon­dy­na w stro­ju księ­dza. Nie, to na pew­no nie w ta­kich oko­licz­no­ściach po­znał te­go czło­wie­ka. Do roz­mo­wy włą­czy­ła się je­go żo­na:

– To rze­czy­wi­ście wspa­nia­łe, że w USA jest ty­lu ka­to­li­ków, a wy­znaw­cy wszyst­kich re­li­gii ży­ją we wza­jem­nym sza­cun­ku.

– Nie do koń­ca – za­prze­czył nie­zna­jo­my. – Ale rze­czy­wi­ście ka­to­li­cy i wy­znaw­cy wszyst­kich in­nych re­li­gii ma­ją w pierw­szej po­praw­ce do kon­sty­tu­cji Sta­nów Zjed­no­czo­nych za­gwa­ran­to­wa­ną swo­bo­dę prak­tyk re­li­gij­nych.

– Żad­ne pra­wo nie jest ide­al­ne i wszę­dzie znaj­dą się ta­cy, któ­rzy nie bę­dą go re­spek­to­wa­li – wy­rwał się z za­du­my Maks. – A pan uwa­ża za lep­szy sys­tem com­mon law funk­cjo­nu­ją­cy w USAczy sta­tu­to­ry law, na­zy­wa­ny też sys­te­mem kon­ty­nen­tal­nym, któ­ry funk­cjo­nu­je w więk­szo­ści państw eu­ro­pej­skich?

– To ja już pa­nów prze­pro­szę, za­uwa­ży­łam ko­le­żan­kę z Pol­ski – wtrą­ci­ła wy­raź­nie znu­dzo­na żo­na Mak­sa i ode­szła na bok, aby spraw­dzić dziw­ne wi­bra­cje, któ­re od dłuż­sze­go cza­su wy­da­wa­ła jej to­reb­ka.

Rze­czy­wi­ście za­uwa­ży­ła żo­nę jed­ne­go z po­słów le­wi­cy, ale nie za­mie­rza­ła wda­wać się z nią w dłuż­szą dys­ku­sję, bo do­brze pa­mię­ta­ła ich ostat­nią sprzecz­kę na te­mat ro­li wia­ry i ro­dzi­ców w wy­cho­wa­niu dzie­ci. Te­le­fon też nie oka­zał się ni­czym pil­nym, więc pod­ję­ła de­cy­zję o tym, że mu­si jak naj­szyb­ciej wy­cią­gnąć mę­ża z tej im­pre­zy, za­dbaw­szy jed­no­cze­śnie o je­go trzeź­wość. Nie lu­bi­ła jeź­dzić sa­mo­cho­dem po du­żych mia­stach, a tym bar­dziej w USA.

Roz­dział 2

War­sza­wa, 21 stycz­nia 2025 r.

Biu­ro Po­sel­skie Mar­ka Fe­ren­ca, i jed­no­cze­śnie cen­tra­la PU, mie­ści­ło się w nie­wiel­kiej przed­wo­jen­nej ka­mie­ni­cy przy uli­cy Gór­czew­skiej na war­szaw­skiej Wo­li. Bu­dy­nek oto­czo­ny był ze wszyst­kich stron mu­rem wy­so­kim na dwa me­try, więc dzien­ni­ka­rze mo­gli roz­po­znać po­li­ty­ków wjeż­dża­ją­cych na dzie­dzi­niec tyl­ko, je­śli sie­dzie­li oni za kie­row­ni­cą sa­mo­cho­du. Nie każ­dy mógł zresz­tą sko­rzy­stać z ta­kiej moż­li­wo­ści. Miejsc par­kin­go­wych w środ­ku by­ło ma­ło, więc na dzie­dzi­niec wjeż­dża­li tyl­ko lu­dzie oso­bi­ście za­pro­sze­ni przez Mar­ka Fe­ren­ca. In­te­re­san­ci wcho­dzi­li od stro­ny uli­cy. Tam też mie­ści­ło się biu­ro prze­wod­ni­czą­ce­go PU z ol­brzy­mim szyl­dem wy­bor­czym w za­kra­to­wa­nym oknie. Środ­ki bez­pie­czeń­stwa by­ły ko­niecz­ne, bo już nie raz sprzą­tacz­ka mu­sia­ła wy­cie­rać czer­wo­ną far­bę z je­go twa­rzy w oknie. Był wy­ra­zi­stym po­li­ty­kiem, przez co po­pu­lar­nym, ale jed­no­cze­śnie na­ra­żo­nym na „gniew lu­du”.

Dy­żu­ro­wał tra­dy­cyj­nie w po­nie­dział­ki, bo był to je­dy­ny dzień wol­ny od po­sie­dzeń sej­mu i ko­mi­sji. Dzi­siaj miał względ­ny spo­kój, dla­te­go po po­ran­nej ka­wie w biu­rze i krót­kiej roz­mo­wie z je­go dy­rek­tor­ką po­sta­no­wił udać się w je­dy­nie so­bie wia­do­mym kie­run­ku, uprze­dziw­szy wcze­śniej se­kre­tar­kę klu­bu, że­by przez naj­bliż­sze dwie go­dzi­ny nie łą­czy­ła z nim żad­nych po­li­ty­ków. Po krót­kim spa­ce­rze w stro­nę la­sku na Ko­le na­gle skrę­cił w Ja­na Broż­ka i uli­cą Ulry­chow­ską do­tarł przed blok nu­mer 122 B przy uli­cy Gór­czew­skiej. Upew­nił się, czy nikt wy­cho­dzą­cy z przej­ścia do cen­trum han­dlo­we­go Wo­la Park nie skrę­cił za nim w we­wnętrz­ną ulicz­kę. Na­stęp­nie wszedł do nie­wiel­kie­go lo­ka­lu z szyl­dem „Po­praw­ki kra­wiec­kie”. Przy­wi­tał się z sie­dzą­cą tam ko­bie­tą w śred­nim wie­ku i bez sło­wa prze­szedł przez za­ple­cze do wej­ścia do blo­ku. Bę­dąc już na ko­ry­ta­rzu, wy­cią­gnął klucz, a po­tem otwo­rzył drzwi ozna­czo­ne le­d­wo wi­dzial­ną cy­fer­ką 4. To, co za­stał na miej­scu, wy­raź­nie po­pra­wi­ło mu hu­mor.

– Co­raz ład­niej­sze mi przy­sy­ła­ją – mruk­nął pod no­sem, wi­dząc dłu­go­no­gą blon­dyn­kę w ko­ron­kach sie­dzą­cą na ka­na­pie z sze­ro­ko roz­sta­wio­ny­mi no­ga­mi. Od ra­zu zro­bi­ło mu się go­rą­co, więc nie my­śląc wie­le i bez zbęd­nych py­tań za­czął się roz­bie­rać. Ko­bie­ta by­ła rze­czy­wi­ście wy­jąt­ko­wo uro­dzi­wa, dla­te­go seks z nią, na za­sa­dzie od­wró­co­nej pro­por­cji, był wy­jąt­ko­wo krót­ki. Mi­mo te­go Ma­rek Fe­renc był za­do­wo­lo­ny. Nie­istot­na by­ła dla nie­go dłu­gość sto­sun­ku, bo ten spro­wa­dzał się tyl­ko do wy­mia­ny pły­nów. Li­czy­ła się za to czę­sto­tli­wość. Uwa­żał bo­wiem, że zbyt dłu­ga wstrze­mięź­li­wość wpły­wa na ob­ni­że­nie je­go zdol­no­ści trzeź­we­go my­śle­nia i po­dej­mo­wa­nia traf­nych de­cy­zji. Mu­siał mi­ni­mum raz w ty­go­dniu sko­rzy­stać ze swo­je­go se­kret­ne­go miesz­ka­nia i „oczy­ścić” umysł. Przy­jem­ność tę miał zresz­tą wpi­sa­ną w ko­niecz­ne wy­dat­ki, któ­re skru­pu­lat­nie za­pi­sy­wał w ar­ku­szu kal­ku­la­cyj­nym. Tym ra­zem po­sta­no­wił jed­nak odejść tro­chę od sche­ma­tu.

– Ile bę­dzie mnie kosz­to­wa­ła ta przy­jem­ność? – za­py­tał naj­uprzej­miej, jak po­tra­fił.

– Trzy stó­wy – od­po­wie­dzia­ła pro­sty­tut­ka, osten­ta­cyj­nie żu­jąc gu­mę. – Ja chy­ba pa­na skądś znam?

– Wła­śnie dla­te­go chciał­bym pa­ni za­pro­po­no­wać czte­ry­sta zło­tych, ale pa­ni za­po­mni, że mnie kie­dy­kol­wiek wi­dzia­ła. – Uśmiech­nął się, a po­tem na­gle spo­waż­niał Fe­renc.

– Mam gdzieś to, kto mnie za­pra­sza. Ka­sa się zga­dza, więc nie ob­cho­dzi mnie, kim pan jest – rzu­ci­ła obo­jęt­nie ko­bie­ta, szyb­ko się ubie­ra­jąc, po czym po­ło­ży­ła na sto­li­ku klucz do miesz­ka­nia.

– Świet­nie, za­tem dzię­ku­ję pa­ni za po­świę­co­ny czas i ży­czę przy­jem­ne­go dnia! – od­po­wie­dział po­li­tyk, wrę­cza­jąc blon­dyn­ce pie­nią­dze, i od­pro­wa­dził ją do drzwi.

Po jej wyj­ściu po­now­nie zdjął z sie­bie wszyst­kie ubra­nia, wrzu­cił je do pral­ki i po­szedł pod prysz­nic. Tym ra­zem nie czuł od­ra­zy do sie­bie po tym, co przed chwi­lą zro­bił. Od­dał się za to roz­my­śla­niom o zbli­ża­ją­cym się śro­do­wym po­sie­dze­niu sej­mu, pod­czas któ­re­go z pew­no­ścią doj­dzie do ja­kie­goś prze­si­le­nia. On miał wszyst­ko opra­co­wa­ne w szcze­gó­łach, a je­go po­li­tycz­ni kon­ku­ren­ci wy­da­wa­li się co­raz bar­dziej za­gu­bie­ni. Po War­sza­wie za­czę­ły na­wet krą­żyć plot­ki o tym, że PPP za­mie­rza wy­mie­nić swo­je­go kan­dy­da­ta na pre­zy­den­ta w ob­li­czu tak wy­raź­nych spad­ków son­da­żo­wych z ostat­nich dni. „Coś mu­si być na rze­czy”, po­my­ślał Ma­rek, „pre­mier wy­glą­dał jak stru­ty na zdję­ciach pod­su­mo­wu­ją­cych szczyt Ra­dy Eu­ro­pej­skiej”. Al­bo wy­da­rzy­ło się coś cie­ka­we­go w Bruk­se­li, al­bo sy­tu­acja w par­tii by­ła sła­ba. Na spo­tka­niu z dy­rek­to­rem Ga­bi­ne­tu Po­li­tycz­ne­go pre­mie­ra nie do­wie­dział się wczo­raj ni­cze­go in­te­re­su­ją­ce­go, po­za tym, że szef rzą­du jest bar­dzo za­ję­ty po po­wro­cie ze szczy­tu i wy­jąt­ko­wo nie da ra­dy po­roz­ma­wiać z nim oso­bi­ście. Wy­wnio­sko­wał jed­nak z za­cho­wa­nia je­go naj­bliż­sze­go współ­pra­cow­ni­ka, że w tym frag­men­cie roz­mo­wy skła­mał. Roz­po­zna­wał kłam­stwo na ki­lo­metr, na­wet wy­po­wia­da­ne ze szkla­ne­go pu­dła te­le­wi­zo­ra. To by­ła bar­dzo cen­na umie­jęt­ność, któ­rą po­sia­dał od za­wsze i któ­ra do­pro­wa­dzi­ła go na po­li­tycz­ny szczyt.

Po­sta­no­wił spraw­dzić, czy dzien­ni­ka­rze pod­chwy­ci­li głos uli­cy i nada­li plot­kom od­po­wied­ni roz­głos. Je­śli nie, to sam wpu­ści je w me­dial­ną wi­rów­kę. Za­le­d­wie jed­nak włą­czył te­le­wi­zor, gdy roz­dzwo­nił się je­go te­le­fon. Do­bi­ja­li się do nie­go wszy­scy: po­li­ty­cy, dzien­ni­ka­rze, zna­jo­mi. Je­go prze­my­śle­nia spod prysz­ni­ca sta­ły się fak­tem – kan­dy­dat PPP zre­zy­gno­wał ze star­tu w wy­bo­rach. Ich kan­dy­da­to­wi, Mak­so­wi Ka­miń­skie­mu, rzu­cił rę­ka­wi­cę sam pre­mier!

De­er­field Be­ach, Flo­ry­da, USA

Maks Ka­miń­ski był w do­sko­na­łym hu­mo­rze. Pod­czas wczo­raj­szej im­pre­zy w Mar-a-La­go Club po­znał mnó­stwo cie­ka­wych osób i waż­nych po­li­ty­ków Par­tii Re­pu­bli­kań­skiej. Wie­dział, że ta­kie zna­jo­mo­ści za­owo­cu­ją w przy­szło­ści. Do te­go bar­dzo do­brze spał w no­cy, a nad ra­nem do­tar­ły do nie­go cie­ka­we wie­ści z War­sza­wy. Za­mie­sza­nie, któ­re po­wsta­ło po re­zy­gna­cji kan­dy­da­ta PPP na pre­zy­den­ta, da­wa­ło mu re­al­ną szan­sę na dal­sze bu­do­wa­nie swo­je­go po­par­cia. Co praw­da pre­mier był za­wod­ni­kiem wa­gi cięż­kiej, ale rów­no­cze­śnie spa­da­ły na je­go bar­ki wszyst­kie nie­po­wo­dze­nia rzą­du.

Męż­czy­zna je­chał więc na­do­ce­anicz­ną Jim­my Buf­fett Me­mo­rial Hi­gh­way wy­raź­nie za­do­wo­lo­ny, po­gwiz­du­jąc w rytm prze­bo­jów z pły­ty Re­dho­tów. Po­sta­no­wił zre­zy­gno­wać tym­cza­so­wo z mię­dzy­sta­no­wej dzie­więć­dzie­siąt­ki piąt­ki, aby móc wspól­nie z żo­ną po­dzi­wiać kra­jo­bra­zy wschod­nich wy­brze­ży Flo­ry­dy. Po­nie­waż ruch na tej ar­te­rii był znacz­nie spo­koj­niej­szy niż na au­to­stra­dzie, zde­cy­do­wał się po­dą­żać nią aż do Fort Lau­der­da­le. Nie­ste­ty, jak to na Flo­ry­dzie, dość szyb­ko sło­necz­ne do­tąd nie­bo za­snu­ły gę­ste bu­rzo­we cu­mu­lo­nim­bu­sy. Od mo­kra­deł Ever­gla­des Na­tio­nal Park zmie­rza­ła w stro­nę Mia­mi na­wał­ni­ca, któ­rej Ka­miń­ski zde­cy­do­wa­nie nie chciał spo­tkać za kół­kiem wy­po­ży­czo­ne­go pick-upa. Przy­spie­szył więc nie­co, chcąc jak naj­szyb­ciej do­trzeć do zjaz­du na mię­dzy­sta­no­wą dzie­więć­dzie­siąt­kę piąt­kę w De­er­field Be­ach. Z nie­ba za­czął pa­dać z po­cząt­ku drob­ny, a póź­niej co­raz in­ten­syw­niej­szy deszcz. Na wy­so­ko­ści mo­stu nad je­zio­rem Bo­ca Ra­ton prze­mknął na żół­tym świe­tle skrzy­żo­wa­nie z Ca­mi­no Re­al i w ułam­ku se­kun­dy spo­strzegł, że sa­mo­cho­dy przed nim na­gle za­trzy­mu­ją się, aby prze­pu­ścić pie­szych ucie­ka­ją­cych przed desz­czem z pla­ży. Gwał­tow­nie ha­mu­jąc, po­czuł, że ko­ła je­go po­jaz­du wpa­dły w po­ślizg na mo­krej na­wierzch­ni. Aby nie wpa­ko­wać się w tył po­prze­dza­ją­ce­go go se­da­na, od­bił lek­ko w le­wo, li­cząc na to, że zmie­ści się na zie­lo­nej wy­spie od­dzie­la­ją­cej pa­sy ru­chu. Nie­ste­ty sa­mo­chód jesz­cze bar­dziej przy­spie­szył w ze­tknię­ciu z kra­węż­ni­kiem i na­gle prze­mknął mu przed oczy­ma czar­ny sce­na­riusz lą­do­wa­nia w je­zio­rze, któ­re w tym miej­scu nie by­ło od­gro­dzo­ne od jezd­ni ba­rie­rą ener­go­chłon­ną. Ostat­nie, co zo­ba­czył, to czar­ny Ford mkną­cy po prze­ciw­nym pa­sie ru­chu – je­dy­na na­dzie­ja na ra­tu­nek. Skon­tro­wał kie­row­ni­cę tak, aby za­ha­czyć o je­go tyl­ny zde­rzak i ob­ró­cić si­łą ude­rze­nia swo­je­go pick-upa. Ma­newr udał się. Chwi­lę po­tem Ka­miń­ski ze­mdlał.

War­sza­wa, Bu­dy­nek Kan­ce­la­rii Pre­ze­sa Ra­dy Mi­ni­strów, po­sie­dze­nie rzą­du

Pre­mier Ma­zur­kie­wicz nie miał te­go wie­czo­ru po­wo­dów do ra­do­ści. Dzien­ni­ka­rze za wszel­ką ce­nę pró­bo­wa­li po­znać ku­li­sy dzi­siej­szych wy­da­rzeń, par­tia chwia­ła się w po­sa­dach po pod­mian­ce kan­dy­da­ta na pre­zy­den­ta, a na do­miar złe­go na­stęp­ne­go dnia cze­ka­ła go ba­ta­lia w sej­mie.

Po wy­jąt­ko­wo mę­czą­cym po­sie­dze­niu rzą­du po­sta­no­wił na chwi­lę się wy­ci­szyć i prze­my­śleć stra­te­gię dzia­łań na naj­bliż­sze go­dzi­ny przy szkla­necz­ce swo­jej ulu­bio­nej whi­sky. [...]

Pozostało jeszcze 90% zawartości tej książki.

Ci­sza wy­bor­cza

isbn: 978-83-8423-255-2

© Piotr Ka­li­szew­ski i Wy­daw­nic­two No­vae Res 2026

Wszel­kie pra­wa za­strze­żo­ne. Ko­pio­wa­nie, re­pro­duk­cja lub od­czyt ja­kie­go­kol­wiek frag­men­tu tej książ­ki w środ­kach ma­so­we­go prze­ka­zu wy­ma­ga pi­sem­nej zgo­dy Wy­daw­nic­twa No­vae Res.

re­dak­cja: Ma­ria Bick­mann-Dę­biń­ska

ko­rek­ta: Alek­san­dra Płot­ka

okład­ka: Oli­wia Błasz­czyk

kon­wer­sja e-bo­oka: Ga­briel Wy­glę­dacz – Stu­dio Aka­pit

Wy­daw­nic­two No­vae Res na­le­ży do gru­py wy­daw­ni­czej Za­czy­ta­ni.

Gru­pa Za­czy­ta­ni sp. z o.o.

ul. Świę­to­jań­ska 9/4, 81-368 Gdy­nia

tel.: 58 716 78 59, e-ma­il: se­ke­ta­riat@gru­pa­za­czy­ta­ni.pl

https://no­va­eres.pl

Pu­bli­ka­cja do­stęp­na jest na stro­nie za­czy­ta­ni.pl.