Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
14 osób interesuje się tą książką
Pierwsze przykazanie polityka: cel uświęca środki
Trwa najbrutalniejsza kampania prezydencka w historii III RP. Na scenę wyborczą wkracza młody poseł, Maksymilian Kamiński – debiutant, którego kandydatura miała być tylko sprytnym politycznym manewrem. Jego centrowe poglądy niespodziewanie jednak przekonują wyborców.
Lewica nazywa go faszystą, prawica – zdrajcą wartości, a on coraz mocniej wikła się w bezlitosne rozgrywki, w których wszystkie chwyty są dozwolone. Adrenalina towarzysząca kampanii staje się dla niego uzależnieniem. Rodzina, dotąd najważniejsza, schodzi na dalszy plan, a obsesja zwycięstwa zagłusza głos rozsądku.
W polityce jednak każde zagranie ma swoją cenę.
Gdy zapada cisza przedwyborcza, budzą się demony Kamińskiego. A wraz z nimi nadchodzi czas na podjęcie decyzji: co jest dla niego ważniejsze – władza czy własne sumienie?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 192
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Poniedziałki w biurze sejmowym klubu Partii Uczciwości nigdy nie należały do najłatwiejszych. Jako nowy twór na polskiej scenie politycznej PU cieszyła się niesłabnącym zainteresowaniem mediów, polityków i wszelkiej maści lobbystów. Co prawda władze klubu i partii nie zgodziły się wejść w skład koalicji rządzącej, ale po cichu wspierały jej działania. Nie bez znaczenia było również to, że krucha większość sejmowa „wisiała” na kilkunastu głosach posłów PU. Mile widzianym zwyczajem parlamentarnym było więc konsultowanie przez premiera i lidera Przymierza Polskiej Prawicy projektów ustaw z Markiem Ferencem, przewodniczącym PU.
Ten poniedziałek zwiastował jednak polityczną burzę. Zbliżało się bowiem nieuchronnie posiedzenie sejmu, a sekretarka Ferenca otrzymała z Kancelarii Premiera kolejny telefon z prośbą o przełożenie spotkania na wtorek. Lider PU nawet nie starał się ukryć swojej frustracji.
– Nie stać go nawet na telefon? Sekretarką się wyręcza! – rzucił do przewodniczącego klubu.
– To premier, na pewno coś mu wypadło… – próbował bronić dawnego kolegę klubowego Łukasz Oleksy.
– A ja widzę w tym efekt piątkowej konwencji – wtrącił się sekretarz klubu.
Marek Ferenc był wytrawnym graczem na polskiej scenie politycznej, parlamentarzystą z ponad dwudziestoletnim doświadczeniem. Trudno było nazwać go „skoczkiem”, ale miał już w swoim dorobku członkostwo w kilku partiach. Z każdej odchodził jednak na własnych zasadach, czując zmieniające się trendy społeczne. Teraz również wiedział, że kończy się wygodny dla wszystkich doświadczonych polityków duopol i że nisza, w którą wszedł wraz ze swoją PU, może mu przynieść upragnioną przepustkę na Aleje Ujazdowskie. Był też przekonany, że gra, którą rozpoczął z premierem, może mu przynieść same korzyści. Wystawienie swojego kandydata na prezydenta było jednym z elementów tego teatrzyku. Kandydat ten nie miał co prawda najmniejszych szans, ale partia z pewnością mogła na tym zyskać. Z tego powodu sam nie zdecydował się na start. Nie po to budował przez lata swój bezcenny kapitał polityczny, żeby po przegranym plebiscycie piękności ktoś rzucił mu rękawicę i wysadził go z fotela przewodniczącego. Traktował PU jak swoje dziecko, przelewając nań całą swoją ojcowską miłość. Miłość, którą nie umiał obdarzyć trwale żadnej kobiety.
– Masz rację, Janek, to początek retorsji – zwrócił się do sekretarza klubu. – Możemy spodziewać się ciekawego wystąpienia premiera na najbliższym posiedzeniu sejmu.
– Myślisz, że sam nam przywali? – zaciekawił się milczący dotąd wiceprzewodniczący klubu. – Ja obstawiałbym raczej, że spuści ze smyczy swoje psy.
– Jeśli tak, to ty też możesz poharcować. – Mrugnął okiem do wiceprzewodniczącego wyraźnie rozbawiony Ferenc. – Czas głaskania się skończył, w końcu zbliżają się wybory. A właśnie, gdzie podział się nasz kandydat, czy nie powinien być na tej naradzie?
– Kandydat bawi w Stanach, napisał mi, że wraca jutro – wyjaśnił sekretarz klubu.
– Dobrze, że to początek kampanii, bo musiałbym go zdyscyplinować. A po co on tam właściwie poleciał, prywatnie czy służbowo? – dociekał Ferenc.
– Mówił, że na wakacje z żoną leci, i wykupił bilety już kilka miesięcy temu – odpowiedział sekretarz.
– Pewnie chciał się wkręcić na inaugurację, bo to właśnie dzisiaj – przypuszczał przewodniczący klubu. – Może liczył na to, że go pokażą w telewizji, tak jak tego z PPP w trakcie wiecu Republikanów. A tu nici z fame’u – dodał rozbawiony.
– To by było w sumie zabawne. Mógłby później opowiadać prezydentowi USA, że poznali się na jego inauguracji – podchwycił żart któryś z posłów.
– Przypominam wam, że to nasz kandydat na prezydenta i powinniście go wspierać niezależnie od waszych sympatii – przeciął coraz głośniejszy szmer wesołości Ferenc. – Niezależnie po co tam pojechał, możemy wykorzystać to w kampanii. Niech wrzuci jakiegoś tweeta, a wszyscy podadzą go dalej – polecił sekretarzowi.
– OK, przekażę. Czy mamy coś jeszcze na agendzie, bo zaraz mam komisję? – zapytał wyraźnie zniecierpliwiony Janek.
– Nie, ale Oleksy i Borowiak zostają, bo musimy obgadać jeszcze jedną sprawę – zwrócił się do przewodniczącego klubu i skarbnika partii Ferenc. – Reszcie dziękuję i przypominam: żadnych kontaktów z mediami. Teraz musimy szczególnie kontrolować przekaz.
Maks Kamiński obudził się w swoim pokoju w hotelu Embassy Suites by Hilton z lekkim bólem głowy, ale bez nieprzyjemnego uczucia zaniku pamięci, które coraz częściej towarzyszyło mu po alkoholowych ekscesach. Pamiętał, że ostatni wieczór spędził w towarzystwie żony oraz kilku młodych wolontariuszy partii republikańskiej z Miami w jednej z restauracji centrum handlowego Mary Brickell Village. Było to dla niego ciekawe doświadczenie, bo o ile wcześniejsze spotkania z kongresmenami, odbywane przy okazji różnych szczytów politycznych, były dość sztampowe, o tyle imprezowanie z młodym narybkiem partii rządzącej w USA uświadomiło go w tym, jak dalece polska kultura polityczna odbiega od amerykańskiej.
Ciągle miał w pamięci odpowiedź dwudziestoletniego Trevora na pytanie o to, czy mają swojego czarnego konia w zbliżających się wyborach do Bundestagu:
– I don’t care. It’s none of our business.
Tymczasem w Polsce wszyscy politycy mieli swoich faworytów w wyścigu do fotela kanclerza Niemiec.
Odpowiedź ta tak go rozbawiła, że przywołał wszystkim scenę z polskiego parlamentu w reakcji na wybór czterdziestego siódmego prezydenta USA. Widok posłów Przymierza Polskiej Prawicy bijących z ław sejmowych brawa i skandujących nazwisko zwycięzcy do tej pory napawał go obrzydzeniem. Lider Partii Uczciwości Marek Ferenc bardzo trafnie skomentował to w jednym z programów publicystycznych, mówiąc, że jest to przykład postawy postkolonialnej. Bardzo mu tym zaimponował. Właściwie ta sytuacja zdecydowała o tym, że będąc dotąd wolnym elektronem, postanowił dołączyć do jego partii. Zawsze był suwerenistą i nawet mimo swojej fascynacji USA uważał, że nikt nie powinien się wtrącać do wewnętrznych spraw Polski, a tym bardziej wywlekać naszych konfliktów politycznych na zewnątrz. Może właśnie to zdanie, wyrażone w późniejszej rozmowie z Ferencem, pchnęło lidera PU do złożenia mu absurdalnej propozycji kandydowania na prezydenta? Do tej pory zachodził w głowę, dlaczego on i dlaczego właściwie zgodził się na to polityczne samobójstwo.
– O czym tak myślisz? – wyrwała go z zadumy żona.
– Dzień dobry, kochanie. O niczym szczególnym, obmyślam rozkład dnia – skłamał.
– Po takiej ilości tequili, jaką w siebie wczoraj wlałeś, pewnie nieźle musi cię boleć głowa? – zapytała trochę złośliwie, ale też z widoczną troską.
– Prędzej z odwodnienia. – Chwycił przynętę, przypominając sobie ich wieczorne igraszki.
– Z jednej strony nie lubię, jak pijesz, ale ma to również swoje plusy – odpowiedziała mu figlarnie.
– Muszę cię chyba częściej zabierać ze sobą do Warszawy. – Przesunął delikatnie ręką po jej nagim pośladku, przyciągnął ją do siebie i czule pocałował.
– Nie mam nic przeciwko temu – mruknęła i lekko wbiła paznokcie w jego plecy, czując znowu przyjemne uczucie podniecenia.
Kochali się tego dnia już trzeci raz. Maks stwierdził po wszystkim, że musi przystopować i dobrze się nawodnić, bo ból głowy przerodzi się z lekkiego w to uciążliwe łupanie potylicy, które ustanie dopiero po zaaplikowaniu tabletki.
Premier Mazurkiewicz wracał z posiedzenia Rady Europejskiej w kiepskim humorze. Pomimo kryzysu rządowego w Niemczech kanclerz dobitnie dał mu do zrozumienia, że nie może liczyć na żadne ustępstwa w strategiach polityki migracyjnej Unii Europejskiej. Nawet wobec tego, że zebrał poparcie wszystkich państw Grupy Wyszehradzkiej, najwięksi europejscy gracze pozostawali nieugięci. „Za kilka lat będziecie tego bardzo żałowali”, rzucił niemieckiej delegacji na odchodne. Jednak nie to go najbardziej martwiło. Unia i tak była według niego okrętem, który powoli zaczynał tonąć. Bardziej niepokoiło go własne podwórko i nieuchronnie zbliżająca się wyborcza weryfikacja jego polityki. Na domiar złego ich kandydat na prezydenta z każdym dniem tracił w sondażach. Może przegięli z tą prekampanią? Miraż koabitacji był coraz wyraźniejszy. Ostatecznym ciosem okazała się piątkowa konwencja Partii Uczciwości, na której zaprezentowali swojego kandydata.
– Jakim cudem zorganizowali wszystko tak profesjonalnie i jeszcze utrzymali w tajemnicy nazwisko kandydata? – wyszeptał zadumany szef rządu ledwo słyszalnie, ale jednak na tyle głośno, że usłyszał go siedzący obok w samochodzie szef gabinetu politycznego.
– Dzięki blokadzie medialnej, którą wprowadził Ferenc dla wszystkich z klubu – odpowiedział ten młody, niespełna trzydziestoletni chłopak.
– Słyszałem o tym. Szkoda, że u nas nie możemy zastosować takiego rozwiązania – rzucił ironicznie. Wiedział, że jego klub, liczący dwustu dwudziestu posłów, składa się z tylu frakcji i medialnych celebrytów, że już kolejnego dnia po takim zakazie miałby bunt na pokładzie.
– Nie możemy, ale możemy kształtować przekaz dnia – odpowiedział niepewnie jego współpracownik.
– Otóż to, dlatego masz zadanie. Rzuć naszym pieskom jakieś smakowite kąski na renegatów, a na tego ich kandydata znajdź koniecznie coś z przeszłości. Jakiś niezapłacony rachunek, bójka w pubie albo pijacki eksces powinny załatwić sprawę. Możesz użyć swojego kontaktu w ABW.
– A co zrobić ze spotkaniem z Ferencem?
– Ty się z nim spotkasz, bo ja po jego ostatnich występach medialnych, w przypływie uczuć, mógłbym mu zniszczyć tę jego piękną buźkę – rzucił wyraźnie zdenerwowany premier, przypominając sobie scenę z parlamentu i to, jak komentował ją lider PU.
– Kto im, do cholery, kazał klaskać?
– Nie mamy co do tego pewności, bo było kilku prowodyrów, ale z moich nieoficjalnych źródeł wynika, że namówił ich Milewski.
– To ten, co ostatnio brylował w Stanach?
– Tak. Myślał, że tą podróżą przekona nas, że nadaje się na kandydata.
– Mało brakowało, a rzeczywiście musielibyśmy się z nim kopać, bo Komitet Polityczny był pod wrażeniem jego występów.
– Jak to dobrze, że ostatnie słowo należy do pana…
– Dzisiaj sam już nie wiem, czy podjąłem dobrą decyzję – zasępił się premier i dalszą część podróży na lotnisko Luchthaven spędzili w ciszy.
Jego współpracownik nie wiedział, że Mazurkiewicz umówił się tego wieczoru na spotkanie z ich kandydatem na prezydenta, żeby namówić go do wycofania się z wyścigu. Był to właściwie ostatni możliwy moment, bowiem kalendarz wyborczy przewidywał, że w kolejnym tygodniu upłynie termin zgłaszania i rejestrowania komitetów wyborczych.
Marek Ferenc nigdy nie należał do rozrzutnych. Szanował każdą złotówkę, dobrze pamiętając czasy, kiedy na studiach ledwo wiązał koniec z końcem. Nikt oficjalnie nie nazwał go skąpcem, ale nie wszystkim posłom podobało się to, że wolał jadać w stołówce w hotelu sejmowym, a nie w pobliskiej Restauracji Pod Gigantami. W rzeczywistości chodziło o jeszcze jeden aspekt – bezpieczeństwo. Hotel sejmowy był regularnie sprawdzany pod kątem podsłuchów, a na mieście w każdym miejscu można było „złapać pluskwę”. Raz już w swej karierze był bardzo blisko wpadki i nawet później śniły mu się po nocach strony tytułowe „Faktu” z jego zdjęciem i dopiskiem „afera rozporkowa”. Ostatecznie wpadł ktoś inny i wszystkie media skupiły się na „Jurnym Stefanie”. Po tej sytuacji stał się bardziej ostrożny i dokonał nawet umyślnej pomyłki w adresie jednego ze swoich mieszkań w oświadczeniu majątkowym. Na szczęście ani CBA, ani skarbówka nie zauważyły tego błędu.
– Jak stoimy z finansami? – rzucił znad talerza zupy ogórkowej do skarbnika partii.
– Nie jest dobrze, będziemy musieli zaciągnąć kolejny kredyt – odpowiedział, drapiąc się po głowie, Borowiak.
– To wiem. Pytam, czy mamy jeszcze jakieś środki na koncie.
– Tak. Nie są to wprawdzie duże pieniądze, ale na jakieś drobne usługi wystarczy. Zamówić sondaż?
– Nie. W tej chwili sondaże to wyrzucanie pieniędzy w błoto. Musimy natomiast zamówić jakiegoś dobrego speca od mediów. Ty też weźmiesz udział w tym szkoleniu – dodał, zwracając się do Oleksego.
– Ja? A po co? Czyżbym miał zacząć medialne tournée? – zapytał zaskoczony przewodniczący klubu PU.
– Bo nie potrafisz się bronić przed ich bulterierami, a może się to przydać w sejmie. Nie zawsze będę mógł ratować ci dupę.
– Wypraszam sobie. Nie po to szedłem do polityki, żeby wdawać się w sejmowe pyskówki. To nie mój poziom – obruszył się Oleksy.
– Jeszcze mi podziękujesz, jak zobaczysz swój wynik za dwa lata. Poza tym nie wiedziałem, że jesteś takim ideowcem. Jakoś ci to nie przeszkodziło porzucić PPP i dołączyć do nas.
– To było chyba chwilowe zauroczenie!
– No, już trochę lepiej, jednak potrafisz się bronić – wycedził Ferenc, szeroko uśmiechając się do klubowego kolegi. Wiedział, że Oleksy jest skazany na członkostwo w PU, bo PPP i tak już od dawna chciało się go pozbyć za złamanie dyscypliny klubowej w jednym z ważnych głosowań nad sprawami światopoglądowymi. – Pamiętaj, że u mnie nie musisz się martwić o dyscyplinę, a i o dobrym miejscu na liście kiedyś porozmawiamy. Więc lepiej przyjmij propozycję poprawy swoich nędznych umiejętności retoryczno-erystycznych.
– Dobrze, ale mam nadzieję, że nie będę tam sam?
– Nie. Będzie ci towarzyszył nasz wspaniały kandydat na prezydenta. Sekretarka przekaże wam szczegóły. – Marek Ferenc zakończył rozmowę i posiłek. – A teraz was już przepraszam, muszę udać się na konsultację projektów ustaw z jednym z chłopców na posyłki premiera.
Przed olbrzymim telebimem w Mar-a-Lago Club ustawił się tłum zaproszonych gości. Były tam gwiazdy świata sportu, celebryci z Hollywood, lokalni politycy partii Republikańskiej z Florydy i sporo zaproszonych gości zza granicy. Wszyscy zostali dokładnie sprawdzeni przez ochronę przed wejściem na teren rezydencji, a na ich szyjach zawieszone były imienne identyfikatory. Zbliżało się południe i kulminacyjny moment tego dnia. Czterdziesty siódmy prezydent USA podniósł właśnie prawą rękę, lewą trzymając na historycznym egzemplarzu Biblii Abrahama Lincolna, i wypowiedział bez pomyłki następującą rotę ślubowania: Uroczyście przysięgam, że będę wiernie pełnić urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych oraz wedle najlepszej mej umiejętności dochowam, strzec będę i bronić konstytucji Zjednoczonych Stanów.
Po wybrzmieniu ostatniego słowa wszyscy zgromadzeni goście zaczęli bić brawo, a DJ ulokowany po przeciwnej stronie telebimu odpalił kultowe Y.M.C.A. w wykonaniu Village People. Dokładnie na ten moment czekał Maks Kamiński. Krótka rolka z pozdrowieniami z Mar-a-Lago w mediach społecznościowych wystarczy, aby zdobyć kilka łatwych punktów. Cztery kliknięcia i tweet poszedł w świat. Teraz mógł się skupić na poszukiwaniu ciekawych rozmówców. Jako członek Sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych uwielbiał wdawać się w długie i nużące dla jego żony dyskusje o niuansach prawa międzynarodowego. Dzięki temu oraz przynależności do Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy poznał też spore grono polityków europejskich zajmujących się podobną tematyką. Wśród licznie zaproszonych zagranicznych gości jego uwagę zwrócił jednak zupełnie kto inny. Nie mógł sobie przypomnieć, skąd zna tego wysokiego blondyna o niebieskich oczach.
– Czy my się przypadkiem skądś nie znamy? – zagaił rozmowę.
– Ja pana doskonale znam, w końcu jest pan politykiem, ale wątpię, aby pan znał mnie – odpowiedział mężczyzna.
– Wydaje mi się jednak, że kiedyś rozmawialiśmy… – Maks próbował sobie przypomnieć jakąś sytuację z przeszłości.
– Wątpię, musiałby pan zmienić swoje podejście do wiary – odparł nieznajomy, szeroko się uśmiechając.
Odpowiedź ta zupełnie wybiła Maksa z rytmu, bo przypomniała mu jego ostatnią kłótnię z żoną na temat Kościoła. Wiedział również, że w Stanach nie sposób odróżnić księdza od zwykłego człowieka ze względu na mnogość wyznań, więc zmienił temat.
– Nieważne. Jak się panu podobała inauguracja?
– Widziałem ich już wiele i niezmiennie buduje mnie fakt, że wszyscy prezydenci USA, nawet tylko pozornie wierzący, składają przysięgę na Biblię. Czy wie pan, że egzemplarz wykorzystany przy dzisiejszym ślubowaniu należał do trzeciego prezydenta USA Thomasa Jeffersona?
– Gdzieś mi się to obiło o uszy – odparł Maks i zamilkł. Wyobraził sobie wysokiego blondyna w stroju księdza. Nie, to na pewno nie w takich okolicznościach poznał tego człowieka. Do rozmowy włączyła się jego żona:
– To rzeczywiście wspaniałe, że w USA jest tylu katolików, a wyznawcy wszystkich religii żyją we wzajemnym szacunku.
– Nie do końca – zaprzeczył nieznajomy. – Ale rzeczywiście katolicy i wyznawcy wszystkich innych religii mają w pierwszej poprawce do konstytucji Stanów Zjednoczonych zagwarantowaną swobodę praktyk religijnych.
– Żadne prawo nie jest idealne i wszędzie znajdą się tacy, którzy nie będą go respektowali – wyrwał się z zadumy Maks. – A pan uważa za lepszy system common law funkcjonujący w USAczy statutory law, nazywany też systemem kontynentalnym, który funkcjonuje w większości państw europejskich?
– To ja już panów przeproszę, zauważyłam koleżankę z Polski – wtrąciła wyraźnie znudzona żona Maksa i odeszła na bok, aby sprawdzić dziwne wibracje, które od dłuższego czasu wydawała jej torebka.
Rzeczywiście zauważyła żonę jednego z posłów lewicy, ale nie zamierzała wdawać się z nią w dłuższą dyskusję, bo dobrze pamiętała ich ostatnią sprzeczkę na temat roli wiary i rodziców w wychowaniu dzieci. Telefon też nie okazał się niczym pilnym, więc podjęła decyzję o tym, że musi jak najszybciej wyciągnąć męża z tej imprezy, zadbawszy jednocześnie o jego trzeźwość. Nie lubiła jeździć samochodem po dużych miastach, a tym bardziej w USA.
Biuro Poselskie Marka Ferenca, i jednocześnie centrala PU, mieściło się w niewielkiej przedwojennej kamienicy przy ulicy Górczewskiej na warszawskiej Woli. Budynek otoczony był ze wszystkich stron murem wysokim na dwa metry, więc dziennikarze mogli rozpoznać polityków wjeżdżających na dziedziniec tylko, jeśli siedzieli oni za kierownicą samochodu. Nie każdy mógł zresztą skorzystać z takiej możliwości. Miejsc parkingowych w środku było mało, więc na dziedziniec wjeżdżali tylko ludzie osobiście zaproszeni przez Marka Ferenca. Interesanci wchodzili od strony ulicy. Tam też mieściło się biuro przewodniczącego PU z olbrzymim szyldem wyborczym w zakratowanym oknie. Środki bezpieczeństwa były konieczne, bo już nie raz sprzątaczka musiała wycierać czerwoną farbę z jego twarzy w oknie. Był wyrazistym politykiem, przez co popularnym, ale jednocześnie narażonym na „gniew ludu”.
Dyżurował tradycyjnie w poniedziałki, bo był to jedyny dzień wolny od posiedzeń sejmu i komisji. Dzisiaj miał względny spokój, dlatego po porannej kawie w biurze i krótkiej rozmowie z jego dyrektorką postanowił udać się w jedynie sobie wiadomym kierunku, uprzedziwszy wcześniej sekretarkę klubu, żeby przez najbliższe dwie godziny nie łączyła z nim żadnych polityków. Po krótkim spacerze w stronę lasku na Kole nagle skręcił w Jana Brożka i ulicą Ulrychowską dotarł przed blok numer 122 B przy ulicy Górczewskiej. Upewnił się, czy nikt wychodzący z przejścia do centrum handlowego Wola Park nie skręcił za nim w wewnętrzną uliczkę. Następnie wszedł do niewielkiego lokalu z szyldem „Poprawki krawieckie”. Przywitał się z siedzącą tam kobietą w średnim wieku i bez słowa przeszedł przez zaplecze do wejścia do bloku. Będąc już na korytarzu, wyciągnął klucz, a potem otworzył drzwi oznaczone ledwo widzialną cyferką 4. To, co zastał na miejscu, wyraźnie poprawiło mu humor.
– Coraz ładniejsze mi przysyłają – mruknął pod nosem, widząc długonogą blondynkę w koronkach siedzącą na kanapie z szeroko rozstawionymi nogami. Od razu zrobiło mu się gorąco, więc nie myśląc wiele i bez zbędnych pytań zaczął się rozbierać. Kobieta była rzeczywiście wyjątkowo urodziwa, dlatego seks z nią, na zasadzie odwróconej proporcji, był wyjątkowo krótki. Mimo tego Marek Ferenc był zadowolony. Nieistotna była dla niego długość stosunku, bo ten sprowadzał się tylko do wymiany płynów. Liczyła się za to częstotliwość. Uważał bowiem, że zbyt długa wstrzemięźliwość wpływa na obniżenie jego zdolności trzeźwego myślenia i podejmowania trafnych decyzji. Musiał minimum raz w tygodniu skorzystać ze swojego sekretnego mieszkania i „oczyścić” umysł. Przyjemność tę miał zresztą wpisaną w konieczne wydatki, które skrupulatnie zapisywał w arkuszu kalkulacyjnym. Tym razem postanowił jednak odejść trochę od schematu.
– Ile będzie mnie kosztowała ta przyjemność? – zapytał najuprzejmiej, jak potrafił.
– Trzy stówy – odpowiedziała prostytutka, ostentacyjnie żując gumę. – Ja chyba pana skądś znam?
– Właśnie dlatego chciałbym pani zaproponować czterysta złotych, ale pani zapomni, że mnie kiedykolwiek widziała. – Uśmiechnął się, a potem nagle spoważniał Ferenc.
– Mam gdzieś to, kto mnie zaprasza. Kasa się zgadza, więc nie obchodzi mnie, kim pan jest – rzuciła obojętnie kobieta, szybko się ubierając, po czym położyła na stoliku klucz do mieszkania.
– Świetnie, zatem dziękuję pani za poświęcony czas i życzę przyjemnego dnia! – odpowiedział polityk, wręczając blondynce pieniądze, i odprowadził ją do drzwi.
Po jej wyjściu ponownie zdjął z siebie wszystkie ubrania, wrzucił je do pralki i poszedł pod prysznic. Tym razem nie czuł odrazy do siebie po tym, co przed chwilą zrobił. Oddał się za to rozmyślaniom o zbliżającym się środowym posiedzeniu sejmu, podczas którego z pewnością dojdzie do jakiegoś przesilenia. On miał wszystko opracowane w szczegółach, a jego polityczni konkurenci wydawali się coraz bardziej zagubieni. Po Warszawie zaczęły nawet krążyć plotki o tym, że PPP zamierza wymienić swojego kandydata na prezydenta w obliczu tak wyraźnych spadków sondażowych z ostatnich dni. „Coś musi być na rzeczy”, pomyślał Marek, „premier wyglądał jak struty na zdjęciach podsumowujących szczyt Rady Europejskiej”. Albo wydarzyło się coś ciekawego w Brukseli, albo sytuacja w partii była słaba. Na spotkaniu z dyrektorem Gabinetu Politycznego premiera nie dowiedział się wczoraj niczego interesującego, poza tym, że szef rządu jest bardzo zajęty po powrocie ze szczytu i wyjątkowo nie da rady porozmawiać z nim osobiście. Wywnioskował jednak z zachowania jego najbliższego współpracownika, że w tym fragmencie rozmowy skłamał. Rozpoznawał kłamstwo na kilometr, nawet wypowiadane ze szklanego pudła telewizora. To była bardzo cenna umiejętność, którą posiadał od zawsze i która doprowadziła go na polityczny szczyt.
Postanowił sprawdzić, czy dziennikarze podchwycili głos ulicy i nadali plotkom odpowiedni rozgłos. Jeśli nie, to sam wpuści je w medialną wirówkę. Zaledwie jednak włączył telewizor, gdy rozdzwonił się jego telefon. Dobijali się do niego wszyscy: politycy, dziennikarze, znajomi. Jego przemyślenia spod prysznica stały się faktem – kandydat PPP zrezygnował ze startu w wyborach. Ich kandydatowi, Maksowi Kamińskiemu, rzucił rękawicę sam premier!
Maks Kamiński był w doskonałym humorze. Podczas wczorajszej imprezy w Mar-a-Lago Club poznał mnóstwo ciekawych osób i ważnych polityków Partii Republikańskiej. Wiedział, że takie znajomości zaowocują w przyszłości. Do tego bardzo dobrze spał w nocy, a nad ranem dotarły do niego ciekawe wieści z Warszawy. Zamieszanie, które powstało po rezygnacji kandydata PPP na prezydenta, dawało mu realną szansę na dalsze budowanie swojego poparcia. Co prawda premier był zawodnikiem wagi ciężkiej, ale równocześnie spadały na jego barki wszystkie niepowodzenia rządu.
Mężczyzna jechał więc nadoceaniczną Jimmy Buffett Memorial Highway wyraźnie zadowolony, pogwizdując w rytm przebojów z płyty Redhotów. Postanowił zrezygnować tymczasowo z międzystanowej dziewięćdziesiątki piątki, aby móc wspólnie z żoną podziwiać krajobrazy wschodnich wybrzeży Florydy. Ponieważ ruch na tej arterii był znacznie spokojniejszy niż na autostradzie, zdecydował się podążać nią aż do Fort Lauderdale. Niestety, jak to na Florydzie, dość szybko słoneczne dotąd niebo zasnuły gęste burzowe cumulonimbusy. Od mokradeł Everglades National Park zmierzała w stronę Miami nawałnica, której Kamiński zdecydowanie nie chciał spotkać za kółkiem wypożyczonego pick-upa. Przyspieszył więc nieco, chcąc jak najszybciej dotrzeć do zjazdu na międzystanową dziewięćdziesiątkę piątkę w Deerfield Beach. Z nieba zaczął padać z początku drobny, a później coraz intensywniejszy deszcz. Na wysokości mostu nad jeziorem Boca Raton przemknął na żółtym świetle skrzyżowanie z Camino Real i w ułamku sekundy spostrzegł, że samochody przed nim nagle zatrzymują się, aby przepuścić pieszych uciekających przed deszczem z plaży. Gwałtownie hamując, poczuł, że koła jego pojazdu wpadły w poślizg na mokrej nawierzchni. Aby nie wpakować się w tył poprzedzającego go sedana, odbił lekko w lewo, licząc na to, że zmieści się na zielonej wyspie oddzielającej pasy ruchu. Niestety samochód jeszcze bardziej przyspieszył w zetknięciu z krawężnikiem i nagle przemknął mu przed oczyma czarny scenariusz lądowania w jeziorze, które w tym miejscu nie było odgrodzone od jezdni barierą energochłonną. Ostatnie, co zobaczył, to czarny Ford mknący po przeciwnym pasie ruchu – jedyna nadzieja na ratunek. Skontrował kierownicę tak, aby zahaczyć o jego tylny zderzak i obrócić siłą uderzenia swojego pick-upa. Manewr udał się. Chwilę potem Kamiński zemdlał.
Premier Mazurkiewicz nie miał tego wieczoru powodów do radości. Dziennikarze za wszelką cenę próbowali poznać kulisy dzisiejszych wydarzeń, partia chwiała się w posadach po podmiance kandydata na prezydenta, a na domiar złego następnego dnia czekała go batalia w sejmie.
Po wyjątkowo męczącym posiedzeniu rządu postanowił na chwilę się wyciszyć i przemyśleć strategię działań na najbliższe godziny przy szklaneczce swojej ulubionej whisky. [...]
Pozostało jeszcze 90% zawartości tej książki.
Cisza wyborcza
isbn: 978-83-8423-255-2
© Piotr Kaliszewski i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
redakcja: Maria Bickmann-Dębińska
korekta: Aleksandra Płotka
okładka: Oliwia Błaszczyk
konwersja e-booka: Gabriel Wyględacz – Studio Akapit
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: seketariat@grupazaczytani.pl
https://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
