Cioteczka - Ireneusz Leśniak - ebook

Cioteczka ebook

Ireneusz Leśniak

0,0

Opis

Powieść oparta na faktach z życia autora.
    Po śmierci żony ojciec bardzo szybko sprowadził nową "ciocię". Wydawałoby się, że będzie to nawet z korzyścią dla dzieci - wszak samotnemu mężczyźnie trudno byłoby zajmować się nimi, prowadzić dom, a jednocześnie zarobić na utrzymanie.
Niestety, wkrótce czwórka rodzeństwa dowiaduje się, że złe macochy nie są tylko wymysłem bajarzy. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 271

Rok wydania: 2012

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Ireneusz Leśniak
Cioteczka
* darmowy fragment *
© Copyright by Ireneusz Leśniak 2012Projekt okładki: Agnieszka Wachnik
ISBN 978-83-7564-363-3
Wydawnictwo My Bookwww.mybook.pl

Motto

Motto:

Nie ma złych macoch ani złych ojczymów,

są tylko źli ludzie.

I.L.

* * *

Chciałbym poznać bliżej tego idiotę, który pierwszy powiedział, że mężczyzna nigdy nie płacze. Bo to ponoć wstyd wielki i hańba, plama nie do zmazania na jego honorze. Niechby zobaczył naszego wychowawcę i nas, wówczas siedmiolatków, w czasie pogrzebu generalissimusa Stalina. Konkretniej zaś, podczas wysłuchiwania przez wiszący w klasie kołchoźnik niebywale przejmującej relacji z tej arcysmutnej uroczystości nadawanej w ów marcowy dzień bezpośrednio z Moskwy.

Stojąc przy ławkach na baczność, chlipaliśmy jak bobry po wyschnięciu rzeki. Najgłośniej chlipał pan Karkowski; biedak, aż się zanosił od rzęsistego płaczu i spazmy co rusz nim wstrząsały, a łzy wielkości grochu ściekały mu z policzków na podłogę.

Przeto nie mogliśmy być gorsi od naszego wychowawcy. Beczeliśmy solidarnie. To te wzruszające żałobne marsze tak nas doszczętnie rozkleiły. Powrót do domu ocalił mnie wtedy przed niechybnym utopieniem się we własnych łzach. I dopiero kiedy dziadek Ignacy wylał mi kubeł zimnej wody na rozpaloną z bólu i emocji głowę, oprzytomniałem nieco i przestałem szlochać. Uśmiechając się niemalże od ucha do ucha, iście szelmowsko, głosem w ogóle nielicującym z nastrojem żałoby narodowej, oświadczył nader odważnie:

– Dobrze, że ta kanalia zdechła, bo by nas wszystkich wymordował. Amen!

Dziadkowe „amen” to pozostałość po rocznym terminowaniu niegdyś w seminarium duchownym w Krakowie. Każdą światlejszą myśl zwykł kończyć tym hebrajskim zwrotem.

* * *

Po raz drugi tak obficie roniłem łzy w dniu, w którym trzeci zawał serca otworzył naszej matce bramę do niebios, a nas osierocił. Ściślej mówiąc – opółsierocił. Chociaż niektórzy ludzie powiadają, że jeżeli matka zamyka oczy, to dzieci, siłą rzeczy, skazane są na całkowite sieroctwo. Święta prawda!

Zastanawiające było to, że na samym pogrzebie nie pociekła mi nawet jedna marna łezka. Owszem, klucha w gardle mi stała, oczy zaszkliły się, ale łzy żadnej nie potrafiłem z siebie wycisnąć. Najwidoczniej kanaliki łzowe mi się wówczas całkowicie pozatykały. Być może dlatego, że w głębi serca miałem do niej ogromny żal, iż tak nagle i bez żadnego pożegnania nas opuściła.

Gdyby nie pogrzeb, to nigdy w życiu byśmy się nie dowiedzieli, że mamy aż taką liczną rodzinę. Masa ludzi zjechała zewsząd, aby matkę pożegnać. Ślady szminki i śliny pozostawione przez nich na moich policzkach ścierałem aż do późnego popołudnia.

Najobrzydliwszy był wujas nazywany przez nas „Klajstrem”, obleśny typ z grubymi wargami. Mąż kuzynki naszego ojca. Spośród wszystkich żałobników on jeden wyróżniał się w szczególny sposób: z niezwykłą żarliwością całował bowiem dzieci prosto w usta, nie żałując śliny. „Brrr!… Obrzydlistwo! Uchowaj mnie Panie Boże w przyszłości przed jemu podobnymi wujaszkami, i tak olbrzymią wylewnością” – prosiłem pokornie Wszechmogącego, unikając odtąd pocałunków prosto w usta jak ognia. Dlatego właśnie do dzisiaj nie przepadam za psami, którym z fafli ciągle kapie ślina. Zbyt mocno kojarzą mi się one z wujem Klajstrem.

* * *

– Posłuchajcie mnie, orły!

Oho! Kiedy ojciec rozpoczynał jakąś kwestię od „orłów”, to znaczyło, że sprawa ma rangę wagi najwyższej. Równą nieomal randze wagi państwowej, nadzwyczajną. Chociaż tym razem rzecz dotyczyła jedynie państwa Skarbków – czyli nas właśnie.

– Przyjedzie wreszcie ciocia Eleonora – obwieścił stentorowym głosem, bacznie obserwując przy tym naszą reakcję. Lubił się bawić w psychologa, chociaż z zawodu – podobnie jak ojciec Chrystusa – był jedynie prostym cieślą.

Miał gest i tupet. Bo przywiózł tę kobietę nie wiadomo skąd, niemalże pod same drzwi naszego mieszkania. Gdyby się dało, to kazałby szoferowi wjechać aż na górę, na pierwsze piętro. Już samo pojawienie się taksówki osobowej w naszej osadzie wzbudziło wielką i zrozumiałą sensację. Stało się wydarzeniem kwartału, jeśli nie roku. Ciekawość wypędziła z chałup prawie wszystkich jej mieszkańców, złaknionych świeżych plotek jak kania dżdżu. Niektórych tubylców to jedynie las i świeże ploty utrzymywały tutaj jeszcze jakoś przy życiu. Były ich najsmaczniejszym i najkaloryczniejszym pożywieniem. Co najmniej ze trzydzieści par oczu ludzi w pełni dojrzałych, plus narybek, śledziło każdy ich krok i świdrowało na wylot dopóty, dopóki nie zatrzasnęli za sobą drzwi do mieszkania.

* * *

Zgrzeszyłbym ciężko, gdybym się ośmielił nazwać Kryćki największą dziurą pod słońcem, totalnym zadupiem. Chociaż metropolią również trudno byłoby mi ją nazwać. Stoją tutaj bowiem tylko cztery domy z pruskiego muru i mnóstwo różnych szop i klatek, lecz mimo to ostatnią dziurą na pewno nie jest. Bo przez którą z „ostatnich dziur” przepływa rzeka pełna różnych gatunków ryb? Albo w której dziurze jest fabryczka zatrudniająca na co dzień ponad dwie setki ludzi – kobiet i mężczyzn, tutejszych i pozbieranych ze wszystkich okolicznych wiosek? W żadnej! Ponadto która prawdziwa dziura ma stały kontakt z szerokim światem? – też żadna!

A Kryćki – owszem. Bo oprócz tej rzeki i fabryczki oraz niezmierzonej ilości tryskających w niebo drzew różnych kształtów, barw i gatunków mają one coś jeszcze bardziej zaskakującego: własną stacyjkę kolejową i przystanek autobusowy. I to właśnie odróżnia ją w sposób szczególny od reszty maleńkich osad w naszym przepięknym kraju.

Głowę dam, że każdy, kto by choć raz Kryćki ujrzał na własne oczy, rzekłby urzeczony: Boże! Toż wy, ludkowie najmilsi, jesteście niebywałymi szczęściarzami, bo już za życia trafiliście do raju. I też miałby rację.

* * *

Kiedy zdołaliśmy co nieco ochłonąć z wrażenia i zgodnie z udzielonymi nam wcześniej przez ojca wskazówkami, machnęliśmy tę nieznaną ciotkę na powitanie w mankiet i oba policzki, przyszedł czas na refleksje.

„Bożeńku najukochańszy! Ostro poleciałeś sobie tamtego dnia z sierotkami. Tylko czy Ty, Panie, przypadkiem aby trochę nie przesadziłeś? Czy musiałeś aż tak okrutnie z nami postąpić? Czemu powołałeś do życia prawie lustrzane odbicie naszej matki. Wprost idealnego jej sobowtóra? Czemu dałeś tej kobiecie taki sam wzrost, sylwetkę, a nawet tembr głosu? A na dobitkę jeszcze obdarzyłeś ją takim samym imieniem: Eleonora!? Co z arabskiego – jak mi mama kiedyś tłumaczyła – znaczy: „Bóg mi światłem”. W języku francuskim to rzadko spotykane u nas imię brzmi równie pięknie i śpiewnie: Alienor.

* * *

Nie ma co! Szybki Bill jest z naszego tatusia. Matka jeszcze dobrze nie ostygła, a on już sobie drugą babę do chałupy sprowadził. Nie bacząc na języki sąsiadów i chrześcijańską przyzwoitość nakazującą mężowi przez rok i sześć niedziel zachować wstrzemięźliwość seksualną i nosić na rękawie opaskę z czarnej krepy. I jeszcze mydli nam oczy „ciocią”, picer jeden. A przecież ani ja, ani Piotrek nigdy wcześniej nie widzieliśmy tej „cioci” w żadnym rodzinnym kręgu, przy żadnej okazji.

„Ciocia” jednakże to ciocia – i koniec pieśni. Bo z ojcem żartów nie ma. Ponadto, prawdę powiedziawszy, to nieobecność naszej rodzicielki z każdym dniem coraz bardziej dawała nam się we znaki. Toteż przyjęliśmy ją z uśmiechem i niekłamaną radością. Bez żadnych uprzedzeń, z pełną dziecięcej ufności życzliwością.

Mniemam zresztą, że sprzątanie, pranie czy gotowanie obiadów nie jest najulubieńszą rozrywką żadnego z dorastających chłopców. Ponadto para kobiecych rąk w domu bez wątpienia znaczy o wiele więcej niż dwie pary nawet najpracowitszych, ale dziecięcych dłoni.

W nawale rozlicznych obowiązków domowych i szkolnych nie mieliśmy teraz już w ogóle czasu na żadne gry i zabawy toczone zwykle w gronie naszych osiedlowych kolegów…

* * *

Prawdziwa burza z piorunami nadciągnęła nocą i miała moc małego trzęsienia ziemi. Ale o tym potem.

Od razu dostrzegliśmy, że ojciec traktuje tę ciotkę zupełnie wyjątkowo. Tak jakby była jakąś boginią, która raczyła wpaść do Kryciek prosto z Olimpu. Z ogromną estymą i uniżonością. Nadskakiwał jej na każdym kroku. Wyręczał w robieniu najprostszych rzeczy. Tak dziwnie to on się nigdy dotąd jeszcze nie zachowywał.

Oboje w żaden sposób nie potrafili ukryć przed nami swojej wzajemnej fascynacji. Ślepy by to zauważył. O święci pańscy! Ojciec kroił za nią nawet chleb na kolację i smarował go masłem, a dawniej czekał, aż mu mama gotowe jadło pod nos podstawi. Siedział sobie jak turecki basza w fotelu i czytał gazetę. A obecnie parzył dla tej „cioteczki” lipową herbatkę z miodem i pytał, czy jedna łyżeczka na pewno jej wystarczy. I z przejęcia wszystko wylatywało mu z rąk, taki był zakręcony.

Wydał na jej cześć najprawdziwszą ucztę. Ucztę, jakiej oczy nasze nigdy dotąd jeszcze nie oglądały. Czysta rozpusta. Było wino białe i czerwone, szynka, kabanosy z nutrii oraz węgorz wędzony. Cukier nabieraliśmy łyżeczkami firmowanymi przez samego Gerlacha z posrebrzanej cukiernicy, wyciągniętej specjalnie na tę okazję z zamykanej na klucz szuflady kredensu, w której ojciec przechowywał swoje najcenniejsze skarby. Ze zdjęciami gołych bab włącznie. Aluminiowe łyżeczki, z czubkami wyostrzonymi już jak scyzoryk, poszły na ten czas w odstawkę. Chociaż na co dzień doskonale pasowały do słoika po dżemie, udającego secesyjną cukiernicę.

Nie powiem, tego wieczoru ojciec miał szeroki gest i dał nam również do spróbowania po pół szklanki białego wina. Pamiętam doskonale, było to pyszne chorwackie wino Istra. Miało słodki, pachnący ziołami smak.

Wznosili toast za toastem kryształowymi kielichami. Tylko dwa takie piękne kielichy – prezent ślubny od dziadków, zachowały się jeszcze w naszym domu, reszta się już dawno temu wytłukła. Co rusz dotykali się czule i patrzyli sobie głęboko w oczy. Głos podniósł się ojcu nagle co najmniej o dwie oktawy i po raz pierwszy od niepamiętnych czasów brzmiał całkiem przyjemnie i łagodnie.

Tatuś tokował jak młody napalony cietrzew i coraz wyraźniej widać było, że nasza obecność w domu zaczęła mu bardzo przeszkadzać. Główkował intensywnie nad tym, w jaki sposób pozbyć się nas jak najprędzej z chałupy. Wreszcie znalazł mocno naciągany pretekst. Kazał nam skoczyć po drewno na opał, chociaż za piecem było go jeszcze pełno. A w chałupie panował gorąc taki, że można byłoby chodzić całkiem na golasa – po prostu rzymska łaźnia! Dwadzieścia cztery stopnie na plusie, mimo otwartego na oścież lufcika.

Przecież to zakichane drewno z równym powodzeniem moglibyśmy przynieść dopiero jutro rano, przed pójściem do szkoły, jak zwykle. Ażeby było jeszcze weselej, to nie pozwolił nam tknąć drewna przez nas już wcześniej narąbanego, ułożonego w szopie aż pod sam dach. Tylko kazał pociąć piłą i porąbać siekierą gruby i mokry dębowy bal, leżący od dawna pod jej okapem, spryciarz jeden.

Mordowaliśmy się z tym grubaśnym klocem przez ponad godzinę. Aż pot ściekał nam z czoła, zalewając oczy, i grzbiety parowały. A w nagrodę za ten nasz morderczy wysiłek jeszcze przez bity kwadrans musieliśmy sterczeć pod drzwiami na mrozie, niczym dwa bezpańskie pieski. Bo zamknęli się na klucz od środka.

* * *

Wszystko byłoby cacy, gdyby po tym wypełnionym niezmiernymi emocjami dniu nie nadeszła fantastycznie rozgwieżdżona i mroźna noc. Skuteczna weryfikatorka naszych rodzinnych po- wiązań. Jeżeli komukolwiek z osób dorosłych, a zwłaszcza zaś rodzicom wydaje się, że dwunasto- i piętnastoletni chłopcy nic o seksie nie wiedzą, to znaczy, że spadli z księżyca lub stanowczo za wcześnie zeszli z drzewa, tudzież spłodzili prawdziwych debilów. Staroświecki duży kremowy kredens i stojąca obok niego bieliźniarka dzieliły pokój na dwie połowy. Z jednej strony stało nasze żelazne łoże, a z drugiej dwa takie same, na których spali rodzice.

Mateńko kochana! Ledwie tylko zgasło światło, to jedno z tych dwóch łóżek wpadło nagle w taką trzęsionkę i tak głośno stukało nogami o podłogę, że ta skrzypiała jak najęta.

W pierwszej chwili to ja nawet pomyślałem sobie, że nic, tylko Kryćki nawiedziło raptem trzęsienie ziemi. Bo wszystkie naczynia stojące w kredensie poczęły nagle brzęczeć i klekotać niemiłosiernie. Podskakiwanie tego łóżka zsynchronizowane było z dobiegającym do naszych uszu głośnym posapywaniem i mlaskaniem, co w znacznej mierze potęgowało grozę tegoż wydarzenia.

Rozbudzony owymi apokaliptycznymi dźwiękami Piotrek, przysunął w pewnym momencie swoją twarz do mojego ucha i zapytał konfidencjonalnie:

– Lucek, śpisz?

– Nie, nie mogę. Za głośno hałasują. Co oni tam wyprawiają?

– Jak to co, to ty naprawdę nic nie kapujesz? Brachu, o ile mnie słuch nie myli, to oni pierdolą się jak dwa dzikie króliki – podsumował to wydarzenie rzeczowo, bez cienia wątpliwości.

Piotrek wiedział, co mówi, bo słuch miał doskonały. O wiele lepszy od mojego. Wyczucie rytmu również. Od szczeniaka całkiem dobrze radził sobie z tańcem i śpiewem. Umiał grać na bębnie i organkach. Serducha nasze oszalały z emocji i długo jeszcze nie mogliśmy dojść do siebie i spokojnie tej nocy zasnąć.

* * *

Wtedy właśnie przypomniałem sobie nasz dom rodzinny w Łodzi. Z ciasną sypialnią i okrągłym stołem ustawionym w niej pośrodku. Po rozłożeniu go z powodzeniem zmieściliby się przy nim wszyscy apostołowie, taaaki był wielki! Leżąca na nim koronkowa serweta była dziełem rąk babci Amelii – matki naszej mamy, stojącej obecnie również już nad grobem. Bo wredne raczysko pożerało naszą babcię od kilku lat żywcem, w dzień powszedni i w święta.

Z cierpliwością mitycznej Penelopy szydełkowała tę serwetę przez pół roku. Jej coraz to mniejsze oczka, układające się w fikuśną jodełkę, biegły gwiaździście do środka stołu, jak paryskie ulice do Placu Gwiazdy – dziś de Gaulle’a.

O, gdybyż cały dom nie musiał stać na babcinej głowie, i gdyby nie była aż taka skrupulatna w wypełnianiu swoich dozorcowskich obowiązków, to mogłaby wówczas podobnych serwet zrobić o wiele więcej, a nie tylko tę jedną.

Doskonale wiedzieliśmy że nasza ukochana babcia ma szczerozłote serce i ręce prawdziwego magika. Umiejące wyczarować dosłownie wszystko. Bo z taką samą zręcznością lepiły one truskawkowe pierogi – za którymi wprost przepadaliśmy, co obierały codziennie cały sagan kartofli na obiad. Pieliły ogródek, prały na tarze nasze brudne ubrania i macały kury. Tak, tak, dobrze słyszycie – macały kury.

Pewnie, że dziesięć niosek to jeszcze nie farma, ale jednak zawsze coś. Gwarantowały nam świeżutkie jajeczka, jadane przez nas pod różną postacią. Najczęściej wbijano je do zacierek gotowanych na świeżym mleku lub służyły do zrobienia kogla-mogla albo omletów.

Każdego dnia o godzinie piątej rano, za sprawą nadzwyczaj jurnego pana i władcy kurnika – Pięknego Dyzia, dorodnego koguta rasy leghorn, rozlegało się na naszym podwórku donośne pienie. Co niektórych sąsiadów okropnie wnerwiało.

Teraz, dzięki „cioci”, przypomniałem sobie o tym, jak po raz pierwszy w życiu przyłapałem tego chuligana na deptaniu kury. I jakie wielkie spustoszenie uczynił ten zwierzęcy akt seksualny w mojej nadzwyczaj delikatnej i wrażliwej psychice. Jak bardzo mną wstrząsnął, oszołomił mnie i zbulwersował.

Dość powiedzieć, że na moment aż zaniemówiłem z wrażenia, by po chwili rozedrzeć się w niebogłosy:

– Grzeeesiu! Grzeeesiu! Chodź tutaj szybko! Nasz Dyzio morduje Agatkę, tę z czarną plamką na czubku głowy!

Grzesiu był naszym najstarszym braciszkiem, starszym ode mnie o całe sześć lat, i miał już ugruntowaną wiedzę o życiu ludzi, zwierząt i roślin, którą zademonstrował mi obecnie w całej pełni. Podszedł do ogrodzonego siatką kurnika i ze stoickim spokojem, niczym doświadczony ekspert, oznajmił półszeptem, tak żeby tego nikt inny poza mną usłyszeć nie mógł:

– Dobrze jej tak. Mogła mu dupy nie nadstawiać.

Niczego nie rozumiałem. Odtąd jednak mój jedenastoletni braciszek stał się dla mnie prawdziwym autorytetem naukowym, rzeczoznawcą w sprawach domowego drobiu.

O życiu erotycznym ludzi i zwierząt nie miałem wtedy jeszcze najmniejszego pojęcia. Nie wiedziałem na ten przykład, dlaczego babcia Amelia aż tak boleśnie lekceważy pięknego Dyzia i pomija go przy porannym macaniu jego koleżanek. Zachowywała się tak, jakby go w tym kurniku w ogóle nie było albo ona była już całkiem ślepa.

* * *

Sterczenie pod zamkniętymi drzwiami własnego mieszkania stanie się z czasem dla nas swoistym rytuałem i wejdzie nam w krew na dobre. Będzie najdelikatniejszym z upokorzeń aplikowanych nam niemalże codziennie przez tę wielce obrotną i zaborczą kobietę oraz owiniętego wokół jej małego paluszka ojca, który w krótkim czasie dał z siebie zrobić prawdziwego rolmopsa.

Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Bo dzięki temu regularnemu sterczeniu pod drzwiami mieliśmy coraz spokojniejsze noce. Kredens nie cierpiał na febrę, i podłoga wcale nie skrzypiała.

* * *

Tatuś to szybki Bill, ale kuda mu było do cioteczki, która zaledwie po miesięcznym pobycie w naszym domu czuła się w nim już tak, jakby się tutaj urodziła. Rozkokosiła się na dobre, przejmując od ojca ster rządów absolutnych w swoje ręce. A tatuś tańczył teraz tak, jak ona mu zagrała. Matką ciągle tylko pomiatał. Cokolwiek by nie uczyniła, wszystko robiła nie po jego myśli, beształ ją przy nas okrutnie, a parę razy to nawet wcielił się w rolę damskiego boksera i mama musiała ukrywać wtedy sińce pod sukniami z długim rękawem i grubą warstwą pudru maskować swoją zmaltretowaną twarz.

Spis treści - fragment

Strona tytułowa

Motto