Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Opowieść o tym, że warto sięgać do trudnej przeszłości, bo prawdziwa wolność zaczyna się od zrozumienia siebie, a miłość od odwagi bycia sobą.
Agata na prośbę ojca zajmuje się sprzedażą domu w Gdyni. Przy okazji ma oddać przysługę przyjaciółce rodziców, Krystynie, z którą sama zetknęła się wiele lat temu. Problem, którym Agata ma się zająć, wiedzie do odkrywania bolesnej prawdy z przeszłości.
Przed powrotem do domu zatrzymuje Agatę płomienny romans z Oskarem, tanecznym partnerem z czasów licealnych…
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 361
Data ważności licencji: 11/13/2031
Copyright © Weronika Józefacka
Copyright © Wydawnictwo Replika, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone
Redakcja
Magdalena Kawka
Korekta
Paulina Kawka
Projekt okładki
Iza Szewczyk
Skład i łamanie
Izabela Szewczyk-Martin
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
Dariusz Nowacki
Wszystkie nazwy miejscowości i fakty historyczne są prawdziwe, natomiast ludzie, nazwiska i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki.
Wydanie elektroniczne 2026
eISBN 978-83-68742-50-3
Wydawnictwo Replika
ul. Szarotkowa 134, 60–175 Poznań
www.replika.eu
Podobno dorosły nasycony za młodu miłością śmiało stawia czoła
problemom i sięga po marzenia.
Dedykuję tę powieść moim rodzicom,
którzy napaśli mnie miłością po same uszy.
Prolog
Przyhamowała na wysokości domu, zawahała się i wcisnęła pedał gazu. Nie była gotowa na spotkanie z teściową i dziewczynkami. Skręciła w kolejną uliczkę w prawo i zaparkowała na skraju szutrowej drogi. Przed nią rozciągał się porośnięty trawą nieużytek, w dali po lewej majaczyły stare zabudowania poprzetykane nowocześniejszymi domami – jak to na obrzeżach Radziejowic.
Wysiadła i odnalazła wąską ścieżkę. Brnęła wśród ostów i słodkawego aromatu koniczyny w stronę brzozowego zagajnika nad brzegiem wątłej rzeki. Nawet Daniel, rdzenny mieszkaniec Radziejowic, nie potrafił jej wytłumaczyć, skąd wzięła się nazwa Pisia Gągolina, która rok temu tak bawiła dwuletnią Julkę. Gdy ją usłyszała pierwszy raz, powtarzała w kółko miękko brzmiące słowa.
Przedarła się przez zasłonę nisko zwieszonych gałęzi i schroniła w cieniu. Rzeka płynęła leniwie, wody w lipcu było w niej ledwie po kostki. Daniel pokazał jej to miejsce zaraz, kiedy sprowadzili się z Gdańska – tajemna baza z dzieciństwa i świadek nikotynowych eksperymentów z początków liceum. Nad rzekę prowadził także skrót przez poluzowaną przez niego przed laty siatkę na tyłach ogrodu. Drogę naokoło odnalazła sama pewnego wieczoru, gdy szukała samotności po kolejnej scysji. Wypłakała do rzeki frustrację i wyszeptała słowa, których nie wykrzyczała po tym, jak znowu mąż przedłożył plany matki nad małżeńskie.
Przystanęła nad brzegiem i zerknęła na ciemny zarys dachu przebijający między listowiem. Odetchnęła głęboko kilka razy, przymknęła oczy i odchyliła głowę zmęczoną gonitwą myśli i emocji. Aż trudno uwierzyć, że wszystko zdarzyło się jednego dnia.
Obudziła się rano, a właściwie podniosła z łóżka po bezsennej, lepkiej upałem nocy. Spojrzała w lustro i, o dziwo, decyzja, którą podjęła między północą a świtem, wciąż zdawała jej się racjonalna. Przyglądała się sobie długo i z niedowierzaniem, bo ujrzała przed sobą kobietę zdeterminowaną. Kogoś, kto mimo lęku potrafi się zdobyć na ostateczny krok. „Bój się i działaj”, powtarzał jej tata, gdy panikowała przed turniejem, pierwszymi zastrzykami na praktykach pielęgniarskich czy egzaminem na prawo jazdy. „Bój się i działaj”. Dlaczego na tak długo zapomniała o tej radzie?
Kiedy Przemek pokazał jej dwa dni temu wyniki badań genetycznych, zrobiło jej się ciemno przed oczami, choć nie powinno – brała taki scenariusz pod uwagę. Uciekała przed jego weryfikacją do czasu, aż Julka nie zachorowała. Teraz ojcostwo Przemka stanowiło polisę, na wypadek, gdyby inne terapie zawiodły i konieczny był przeszczep.
– Do ciebie należy decyzja – powiedział, nie patrząc jej w oczy. – Szanowałem twoją wolę do tej pory i nie zamierzam burzyć ci świata, jeśli jesteś w nim szczęśliwa. Jeśli jesteś z nim szczęśliwa. – Ostatnie słowa ledwie dosłyszała, a może tylko się ich domyśliła, bo w głowie szalała nawałnica. – Jedyne o co mi chodziło, to pewność, że w razie potrzeby będę w stanie pomóc Julce. Na to możecie liczyć niezależnie od wszystkiego.
W pierwszym momencie uciekła, wdzięczna Przemkowi za te słowa. Schowała się za nimi jak za betonową barykadą, za którą od lat ukrywała rozczarowania i frustracje. Tylko że z każdą godziną, gdy ledwie przytomna doglądała pacjentów, myliła się, czytając Julce bajki i zakładała Natalce pieluchę na lewą stronę, czuła, że beton pęka, a trzask, ku jej zdumieniu, nie wydał się złowieszczy.
Pierwszej nieprzespanej nocy pozwoliła sobie na wyobrażenie tego, co mogłoby się wydarzyć, gdyby wyznała wszystkim prawdę – Danielowi, rodzicom, teściowej. Najpierw potraktowała tę myśl jako surrealistyczny eksperyment. Później zaczęła się z nią oswajać, by na koniec odkryć, że oddycha lżej, a nadzieja na inne jutro wygrywa ze strachem.
Kolejnej nocy podjęła decyzję, a lustrzane odbicie silnej, po raz pierwszy od lat pewnej siebie kobiety ostatecznie ją przypieczętowało. „Bój się i działaj”. Bała się jak diabli, ale wiedziała, że to jest właśnie ten moment – jak wtedy, gdy uciekinier wbiega na tamę i jedyny ratunek to skok w kipiel. Jeśli nie teraz, to nigdy, myślała. Aż do chwili, kiedy rodzice niespodziewanie zadzwonili i oświadczyli, że są w Warszawie i proszą ją i Daniela o spotkanie. Zdenerwowała się, zapomniała nawet o tym, co ją wkrótce czeka. Bała się, że może któreś z nich zachorowało. Ściągnęła Daniela, poprosiła teściową, żeby zajęła się dłużej Julką, i spotkali się po południu przy kawie.
Oderwała się na chwilę od wspomnień, bo emocje aż ją przydusiły. Położyła rękę na brzuchu, w którym niebezpiecznie kiełkowała tęsknota i rozgoryczenie samą sobą. Jak wtedy, kiedy słowa jeszcze nie padły, nikt nie zatopił złudzeń, ale już wiadomo, że były tylko snem na jawie. Przeszła się wzdłuż brzegu strugi. Zawróciła i zerknęła znowu na dom, który już wkrótce prawdopodobnie nie będzie jej domem. Właściwie nigdy nie był, żachnęła się w duchu.
Rodzice szybko rozwiali jej obawy. Oboje mieli się dobrze. Na tyle dobrze, że postanowili pomóc dzieciom, jak ich nazywali, kupić mieszkanie w Warszawie.
Mama, jak zwykle taktowna, z trudem dobierała słowa:
– Pomyśleliśmy, że będzie wam łatwiej. Oboje tu pracujecie, dziewczynki są małe. Minie trochę czasu, zanim rozkręcisz firmę, widzimy przecież, jak się dwoicie i troicie z Przemkiem – zwróciła się do Daniela. – My nie potrzebujemy dużo. Mamy dom, pracujemy. Rozmawialiśmy z doradcą i ocenił wstępnie, że jeśli weźmiemy na siebie część kredytu, to wystarczy na lokum dla was i dzieci. W dodatku teraz, kiedy Julka zachorowała, mielibyście pod ręką lekarzy.
Agata słuchała tego osłupiała i zerkała na Daniela. Oglądał uważnie własne dłonie. Oboje wiedzieli, że kluczowy argument nie padł i nie padnie. Mama była zbyt subtelna, by wyartykułować, że obawiają się o małżeństwo córki. Że jeśli młodzi zostaną w Radziejowicach, to ich związek legnie w gruzach.
Pierwszy, ku zaskoczeniu Agaty, odezwał się Daniel:
– Nie wiem, co powiedzieć. – Objął kolejno wzrokiem teściową i teścia. Głos lekko mu się załamał. – My… jesteśmy wam bardzo wdzięczni. Prawda, Agatko? – Sięgnął po jej rękę i spojrzał w oczy z niemym pytaniem. – Już dawno o tym myślałem, ale nie śmiałem was prosić, chociaż nie bardzo widzę inne wyjście. Podarowalibyście nam szansę na nowy start – dodał pewniejszym głosem.
Agata otworzyła szerzej oczy. Po tylu miesiącach zaprzeczania jej mąż przyznawał, choć nie wprost, że to życie pod jednym dachem z jego owładniętą zaborczą miłością matką doprowadziło ich związek na skraj przepaści. Chciała krzyknąć, że już za późno, że dawała mu tyle razy szansę, a teraz ma dość. Jednak nagle opuściła ją poranna determinacja.
– Tak, bardzo dziękujemy – powiedziała z uśmiechem, choć w ustach czuła gorycz. – Jesteście wspaniali. Musimy to przemyśleć, dokładnie policzyć, ale może rzeczywiście to najlepsze, co możemy w tej chwili zrobić.
Wszytko w niej krzyczało niezgodą na te słowa, a jednocześnie czuła, że przywołuje ją droga, którą zna. Na której nie liczy się prawda, a święty spokój.
Omówili szczegóły, rodzice uradowani przedstawili im wstępne kalkulacje, jakieś papiery i cyfry, które rozmazywały jej się przed oczami. Przytakiwała, uśmiechała się słabo. Wkrótce się pożegnali, Daniel wrócił jeszcze do Archeonu, żeby popracować nad pilnym projektem, a ona skryła się w zaroślach nad rzeką, by uporządkować myśli.
Przykucnęła, nie bacząc na to, że zamiata spódnicą kurz i zeschłą trawę. Przegarnęła włosy na jedną stronę i wzięła do ręki otoczak, potem wyszukała drugi, trzeci i czwarty. Zważyła je w garści i zaczęła dzielić na dwie kupki. Cztery lata małżeństwa, także szczęśliwych chwil – na prawo, opieka nad Julką – na prawo, Natalia, która ma prawo wychowywać się w pełnej rodzinie – na prawo, święty spokój – na prawo. Nowy początek, trudny, ale w prawdzie i zgodzie ze sobą. Bez strachu, że się wyda. Bez ciągłego wybaczania, zaczynania od nowa, perswadowania samej sobie, że choć się zawiodła na Danielu i rozczarowała, warto o niego walczyć – dwa kamyki na lewo. Został jej w ręku jeden, szarawy i niepozorny. Przetoczyła go kilka razy między palcami. Był jeszcze Przemek, biologiczny ojciec Julki, który miał prawo brać udział w jej życiu.
Dzwonek telefonu wdarł się między ciche bzyczenie owadów i szept rzeki.
Agata się ocknęła. Wstała, wysupłała z kieszeni spódnicy smartfona i popatrzyła na wyświetlacz – Daniel. Pewnie wrócił po pracy i zaniepokoiło go, że ona jeszcze nie dotarła. Zacisnęła na moment powieki, aż ciemność rozbłysła jaskrawymi refleksami. Telefon naglił wibrowaniem. Wetknęła kamyk do kieszeni i odebrała:
– Cześć, kochanie. Tak, wszystko w porządku. Zajechałam odetchnąć chwilę w parku i pomyśleć nad propozycją rodziców. Będę za pięć minut.
Wytrzepała spódnicę i otarła zawilgotniałe oczy. Wróciła do samochodu ścieżką wśród ostów. Włosy lepiły jej się do karku, twarz drętwiała, gdy próbowała zmusić mięśnie do uśmiechu, a pod oczy wciąż zakradał się gorąc. Chwilę później wkroczyła do domu witana radosnymi piskami Julki i niespokojnym spojrzeniem męża. Przechodząc przez korytarz do kuchni, ominęła wzrokiem lustro.
Rozdział 1
Od progu uderzył ją zapach kurzu i sentyment, którego nie potrafiła nazwać – za bliskością, utraconym poczuciem bezpieczeństwa? A może to tęsknota za mamą?
Chociaż dochodziło zaledwie południe, salon spowijał półmrok. Odsunęła zasłony, ale niewiele to zmieniło, bo styczniowe niebo wyglądało jak bura ścierka. Dotknęła kaloryfera i odkręciła ogrzewanie, modląc się, by piec zaskoczył. Skoro ma spędzić na Orłowie cały weekend, nie zamierza się hibernować, a wiedza o działaniu kotłów była jej wspaniale obojętna – zawsze dbał o to tata. Tylko że tata w trzy miesiące po śmierci mamy wyjechał do rodzinnego Toledo, a później postanowił zostać tam na stałe.
Rozmasowała kark zesztywniały podczas podróży pociągiem i poszła do kuchni. Wskoczyła do Intercity relacji Warszawa – Gdynia zaraz po powrocie z nocnego dyżuru i od godziny marzyła o kofeinowym shocie, bo to, co serwowało PKP, trudno było nazwać kawą.
W królestwie mamy zastała smutny chaos. Chwilę zajęło jej znalezienie puszki z kawą, kubki i talerze też zmieniły miejsce. Żal ścisnął ją za gardło, bo uświadomiła sobie, jak zagubiony był tata w ostatnich miesiącach przed wyjazdem.
Właśnie, tata! Wysupłała z torby telefon i wybrała numer. Usadowiła się na stałym miejscu przy kuchennym stole, przykleiła plecy do kaloryfera i z ulgą poczuła, że po żebrach rozchodzi się ciepło.
– Cześć, córeczko? Już jesteś w Gdyni? – Odebrał po dłuższej chwili.
– Cześć, tatku. Tak. Wpadłam rano po pracy na chwilę do domu, oddałam Natalkę Danielowi, Julkę Przemkowi i złapałam pociąg. Tylko… – przypomniał jej się bezzasadny teraz powód pośpiechu – tylko, że nic nie załatwię – dodała ponuro. – Cwaniak od nieruchomości bezczelnie mydlił mi oczy. Zadzwonił półtorej godziny temu, że ten na dwieście procent pewny klient zmienił zdanie. Pogoniłam go. Tego agenta. Ale jadąc Uberem, zauważyłam na Miodowej szyld agencji. Wyglądał na całkiem nowy, więc przejdę się tam i spiszę numer.
– Nie przejmuj się, córuś – odezwał się tata po chwili matowym głosem. – Szkoda tylko, że się na darmo spieszyłaś.
– W sumie to nic się nie stało.
Już trzymała kubek i z każdym łykiem americano wstępowała w nią nowa energia.
– Nie ma tego złego, jak to mówią. Julka złapała lekkie przeziębienie, ale to chyba nic wielkiego, Przemek się nią zajmie. Natka i Daniel mieli jakieś plany w Radziejowicach. A ja urwałam dla siebie dwa dni spokoju – oświadczyła pogodnym głosem, jakby mogła wlać w tatę nieco witalności. – Żyć nie umierać. Popakuję trochę rzeczy, opróżnię skrzynkę pocztową. Będzie mniej roboty, kiedy znajdę kupca.
– Agatko, tylko proszę cię…
– Wiem, wiem, pamiętam. – Kiwnęła potulnie głową. – Mam wysyłać zdjęcia i niczego nie wyrzucać bez twojego namaszczenia – wyrecytowała i przewróciła oczami.
– O właśnie. Świetnie to ujęłaś. Jeszcze raz bardzo ci dziękuję. Ja sam chyba… – Zawiesił głos.
Agata w lot pojęła, do czego zmierza. Nie podołałby przeglądaniu rzeczy po mamie. Zapadł się w sobie po jej śmierci, jak osamotniony przez samicę łabędź, który krąży po jeziorze bez celu i nadziei.
– Niczym się nie kłopocz. Mówię przecież, że to dla mnie okazja, żeby zrobić sobie wagary od życia – tłumaczyła, siląc się na beztroskę, choć jej samej myśl o pakowaniu rzeczy stawała gulą w gardle.
– To powiedz teraz szybko, co u was. Jak dziewczynki? Jak wyniki Julki? To chyba był czas na kontrolę? – W głosie Miguela zabrzmiała namiastka dawnej werwy.
– Z Julką wszystko w porządku. Ma wzorowe wyniki jak na dziecko w trzy lata po przeszczepie. Nerka działa bez zarzutu. A Natalka, jak to Natalka. Oswoiła się już ze szkołą i rozstawia chłopaków w klasie po kątach.
– À propos rozstawiania chłopaków… Jak ty sobie radzisz?
Z uwagą przyjrzała się własnym paznokciom. Odkąd zarzuciła robienie hybrydy, strasznie się rozdwajały.
– Agatko?
– Jestem, jestem. – Westchnęła. – Daniela przecież znasz. Odkąd wyjawiliśmy Julce, że nie jest jej biologicznym ojcem, broni zażarcie swojego terytorium. Chyba łatwiej przyszło mu podjąć decyzję o ujawnieniu prawdy, niż wcielać tę prawdę w życie. Przemek obchodzi się z nim jak ze zgniłym jajem, ale też chciałby spędzać z córką jak najwięcej czasu.
– A ty obijasz się między nimi i robisz za sędziego ringowego.
– Coś w tym stylu – odparła ponuro. Doceniała troskę taty, ale sama nawarzyła sobie tego piwa i głaskanie po głowie nic tu nie wnosiło. Dopiła ostatni łyk kawy i postukała palcami w kubek. – Kończę, tatku. Przejdę się po ten namiar na agencję.
Rozłączyła się i wyjrzała przez okno. Z nieba siąpiło coś, co prawdopodobnie zaczynało jako śnieg, ale dodatnia temperatura zamieniała go w ciężkie krople. Wzdrygnęła się i z żalem pomyślała, że odłoży zaplanowany spacer na molo. Zresztą miał być nagrodą za załatwienie sprawy z domem, a nic nie załatwiła.
Założyła puchówkę i opatuliła się po czubek nosa szalikiem. Ulica, jak to w sobotę, była cicha i pusta. Jałowce i tuje za płotami sąsiadów zwieszały gałęzie pod ciężarem lepkiego śniegu, trawniki pokrywała śniegowo-solna breja. Szyld agencji znalazła na ogrodzeniu posesji sąsiadującej z biurem Polskiego Ratownictwa Okrętowego. Wiele lat temu ta nazwa rozbudzała jej wyobraźnię. Oglądała z wypiekami na twarzy Titanica, przekonana, że właśnie w takich brawurowych akcjach biorą udział nieomal jej sąsiedzi.
Pstryknęła zdjęcie, wcisnęła dłonie w kieszenie i zawróciła.
W domu otuliło ją ciepło. Stanęła przed lustrem i otrzepała włosy. Z trudem ujarzmiła ciemne sprężynki i upięła je w kok. Utkwiła na moment wzrok we własnej twarzy. W pracy nawet godzinkę się zdrzemnęła, ale to zbyt mało, żeby zniwelować cienie pod oczami. Wystawiła język do własnego odbicia i poszła do salonu. Chociaż wciąż budził ciepłe skojarzenia, w powietrzu wisiało odium przemijania. Przed wyjazdem taty rozdali sąsiadom draceny i benjaminki, które tak pieczołowicie pielęgnowała mama. Odciśnięte na parkiecie puste kółka boleśnie przypominały o ostateczności tego, co się stało. Dom, do którego nawet jako mężatka wracała jak do ciepłego gniazda, wkrótce zmieni właściciela. I to ona ma o to zadbać, bo tata zabrał żałobę do rodzinnej Hiszpanii.
Przygryzła kciuk i zastanowiła się, od czego zacząć. Zadanie nie należało do łatwych, bo rodzice przez ponad trzydzieści lat obrośli „przydasiami”, pamiątkami i sprzętami, które nawet bezużyteczne stanowiły scenografię ich codzienności. Obiecała tacie konsultacje, ale było jasne, że wielu rzeczy pozbędzie się sama – inaczej ugrzęźnie tu na wiele weekendów, a przecież w Warszawie czekały na nią dziewczynki.
Postanowiła, że na pierwszy ogień weźmie swój pokój i ruszyła na górę. Tutaj najmniej się zmieniło. Nikt tam nie zaglądał, poza okazjami, gdy przyjeżdżali do dziadków całą rodziną. Wtedy oni z Danielem zajmowali pokój gościnny na dole, a Julka i Natalka tłoczyły się w panieńskim łóżku mamy i przed snem żądały w kółko historii z cyklu „jak byłam mała”.
Ze wspomnień wytrącił ją przytłumiony dzwonek telefonu.
– Kto nie ma w głowie, ten ma w nogach, mruknęła i zeszła na dół.
Jeszcze rok temu, nie mając pod ręką Julki, pędziłaby do telefonu jak pies Pawłowa, na złamanie karku. W miarę upływu czasu od przeszczepu nauczyła się reagować spokojniej.
Po drodze przypomniała sobie, że powinna jak najprędzej zadzwonić do nowego agenta nieruchomości. Kolejny dzwonek doprowadził ją do korytarza i kurtki.
– Hej, tato. Nudzi ci się?
– Nie, tylko mam jeszcze jedną sprawę. Zupełnie mi to wypadło z głowy.
– To dawaj, nie zdążyłam jeszcze wybebeszyć własnej młodości.
Ustawiła aparat na tryb głośnomówiący i otworzyła galerię zdjęć w poszukiwaniu czerwono-białego szyldu. Po paru sekundach ciszy odgadła, że wprawiła tatę w konsternację.
– W sensie mojej sypialni.
Sięgnęła do torby po kartkę i długopis.
– Bo widzisz, Agatko, znowu napisała do mnie Krystyna. Pytała, kiedy będziesz w Gdyni. Może znalazłabyś dla niej chwilkę?
– Tato, litości. Prosiłam, żebyś ją spławił. Mam na głowie ważniejsze sprawy niż herbatki z duchami. Co ja mam z nią wspólnego poza tym, że nauczyła mnie robić wkłucia i zdejmować szwy? To twoja i mamy koleżanka. Zaproś ją na herbatkę do Toledo – dorzuciła, zadowolona z dowcipu.
Zanotowała numer na odwrocie paragonu z Lidla.
– Tylko że ona koniecznie chce się spotkać właśnie z tobą.
– A niby co opiekunka praktyk, której nie widziałam od wieków na oczy, może mieć do mnie za interes?
– Nie mam pojęcia. Przechodzi wkrótce na emeryturę i podobno ma jakiś poważny kłopot, z którym mogłabyś jej pomóc.
Agata przewróciła oczami. Wspomnienie kobiety, która na przekór mikrej posturze stawiała w ciągu sekundy na baczność studentki pielęgniarstwa, zmąciło jej dobry nastrój.
– Dobra. Podeślij jej mój numer. Wyjeżdżam jutro koło osiemnastej, to może umówimy się w okolicach dworca. Ale robię to tylko dla ciebie – zastrzegła z uśmiechem.
I spławię Krechę z prędkością Pendolino, pocieszyła się w duchu, przypomniawszy sobie ksywę przełożonej.
– To wspaniale. Bardzo ci dziękuję, córeczko. Wiesz, że swojego czasu ja i mama byliśmy blisko z Krysią…
– Wiem i tylko dlatego poświęcę jej kilka minut mojego cennego czasu. Pa, tato. Kochaaaaam cię. – Ucięła zapędy ojca do snucia opowieści, tym razem nie miała na nie czasu.
Przez kolejne trzy godziny siedziała na środku podłogi w swojej sypialni i segregowała rzeczy na te do wyrzucenia i nieliczne, które zamierzała zachować jako pamiątkę. Najbliższe sercu zabrała do Warszawy już podczas wyprowadzki po studiach. Kręciła z niedowierzaniem głową na niereformowalność rodziców – nie tknęli nawet książek z liceum. Mama nie dała sobie wytłumaczyć, że chociaż chemia dwie dekady temu i teraz rządzi się z grubsza tymi samymi prawami, to Julka i Natalka nie skorzystają z jej podręczników.
Z szału porządków ocknęła się dopiero, gdy pokój spowił półmrok. Omal się nie przewróciła, bo zdrętwiała noga odmówiła współpracy. Opadając na łóżko, prawie nadziała się czołem na rękojeść miecza Hattori Hanso, który dzierżyła obleczona w żółty kombinezon Uma Thurman na plakacie z Kill Billa. Agata syknęła, wyciągnęła nogę przed siebie i rozmasowując udo, oceniła efekt pracy. Na środku dywany piętrzyły się stosy książek z wyblakłymi brzegami. Co z nimi zrobić? Wyrzucić głupio, a skupów makulatury chyba już nie ma? Zerknęła smętnie na puste regały. Śmierć mamy i wyjazd taty zakończyły pewną epokę.
Miała na karku czterdziestkę, a jej życiowe osiągnięcia to zakończone klapą małżeństwo i zafundowanie własnej córce karuzeli z dwoma ojcami – biologicznym i prawnym. Tylko w pracy układało się nieźle. Kochała pielęgniarstwo. Od przełożonych i – co ważniejsze – pacjentów na wyciągach i w gipsie dostawała każdego dnia sygnały, że dobrze wybrała zawód. Ale reszta… Pokręciła bezwiednie głową. Może dlatego tak długo odkładała przyjazd do Gdyni? Odwlekała podświadomie chwilę rozstania ze starymi kątami, bo to znaczyło, że teraz naprawdę jest dorosła i zdana na siebie? Jeszcze pół roku temu, kiedy życie ją przytłoczyło – a od czasu, kiedy oznajmili Julce, że Przemek nie jest tylko przyszywanym wujkiem, zdarzało się to nader często – dzwoniła do mamy, by się jej wygadać albo wypłakać. Wyobrażała sobie wtedy, jak mama krząta się w kuchni i ze słuchawką przy uchu otwiera szuflady z przyprawami albo miesza w garnku. A w międzyczasie znajduje słowa, które działają niczym chłodzący balsam na poparzoną skórę.
– Dobra, jeszcze tylko jedna półka i fajrant.
Wyjęła z regału kilka tomów na raz. Wtedy jej wzrok przyciągnęło coś kolorowego, co najwidoczniej musiało wpaść za podręczniki albo zostało tam wepchnięte. Ostrożnie odłożyła stos książek na podłogę i sięgnęła w głąb szafki. Jak mogła o nim zapomnieć? Brulion oprawiony w kartkę z kalendarza z kiczowatym widoczkiem – kobieta cwałująca na koniu brzegiem morza w pomarańczowej poświacie zachodzącego słońca. Uśmiechnęła się z lekkim zażenowaniem i w sekundę zapomniała o porządkach.
Wetknęła zeszyt pod pachę i zeszła na dół. Pogratulowała sobie w duchu pomysłu z wzięciem z budy koło dworca chińszczyzny, bo pusty żołądek nagłym skurczem przypomniał, że od rana uraczyła go tylko drożdżówką i kawą. Wstawiła danie do mikrofali, przysiadła na taborecie z kolanem podciągniętym pod brodę i otworzyła brulion na pierwszej stronie. Zdobił ją wykaligrafowany z nabożną starannością napis Nirvana i zdjęcie Curta Cobaina w typowym koncertowym wydaniu – z gitarą, przymkniętymi oczami i twarzą zasłoniętą długimi włosami. Pierwszy wpis przeniósł ją do początku drugiej klasy ogólniaka i imprezy, na której po raz pierwszy zatańczyła z Maćkiem – jak sądziła przez następne dwa miesiące – miłością jej życia.
Trzeci sygnał mikrofalówki wyrwał ją ze świata imprez, nieporadnych erotycznych uniesień i przekleństw kierowanych na babę od fizyki, która tępiła ją za niemerytoryczne dyskusje i zbyt kolorowe paznokcie. Przełożyła kurczaka gong bao na talerz i zerknęła na godzinę. Wysłała Przemkowi esemesa z przypominajką o lekach Julki i znowu wskoczyła w czasy cielęcej beztroski.
***
Julka zajrzała Przemkowi przez ramię i wycelowała palcem w ekran.
– Mówiłam, jest. Awatar i istota wody. Niedziela, dziewiętnasta trzydzieści w Galerii Mokotów. Za godzinę. Idealnie! – wykrzyknęła z triumfem.
– Hmm… A nie wolisz Wielkiego zielonego krokodyla? Poza tym nie wiem, czy nie za późno na kino. Powinienem cię wkrótce odwieźć. Mama mnie ukatrupi, jeśli zaśpisz do szkoły.
– Wujek, ile ja mam lat? – Zakipiała świętym oburzeniem. – Idziemy na Awatara. Mama i tak wraca dzisiaj późno. Zdążysz mnie odwieźć, a ja szybciutko wskoczę w piżamę i ekspresowo zasnę. Wisisz mi to kino zamiast basenu, zbieraj się. – Zerwała się z kanapy, gotowa z miejsca wyruszyć w świat podwodnych stworów.
Przemek podniósł dłonie w geście kapitulacji, a po chwili wskazał stojący na stole kubek.
– Chwilunia, chwilunia. Najpierw wypij wodę z miodem. Wcisnąłem dużo cytryny, jak lubisz. Jak się jest przeziębionym to…
– To trzeba dużo pić, wiem – dokończyła znudzonym głosem. – Ale mi się nie chce pić. Jestem już jak balon.
– Wiesz co? Niewdzięczna bestia z ciebie. Skoro masz już moją nerkę, to mogłabyś jej łaskawie używać. Im szybciej wypijesz, tym szybciej ruszymy. – Uciął dyskusję.
Zajrzał do szafy i przerzucił ciuchy w poszukiwaniu dżinsów. Nie pojedzie przecież do kina w rozciągniętych dresach. Nagle zamarł z ręką między bluzami, bo dotarł do niego sens ostatnich słów córki.
– Co to znaczy, że jesteś jak balon?
– Nic – odkrzyknęła już z antresoli, którą zbudował dla niej kilka miesięcy temu.
Wyciągnął bluzę na chybił trafił, podszedł do barierki i spojrzał na Julkę między szczebelkami.
– Jakie nic? Mówi mi natychmiast, co się dzieje.
Odwróciła się z ociąganiem, przygryzła wewnętrzną stronę policzka i spojrzała mu niepewnie w oczy.
– No? – ponaglił swobodnym tonem, choć niepokój rodził się gdzieś na wysokości przełyku i pełzł w górę.
– No… W sensie… Bo nie mogę się wysikać – wydukała.
– I dopiero teraz mi to mówisz?! – Nie wytrzymał i zaraz skarcił się w duchu. Od ponad roku spędzali ze sobą więcej czasu, oswajali nową sytuację, ale wciąż był dla Julki bardziej wujkiem niż tatą. Nie dziwne, że jedenastolatce trudno przychodzi mówienie mu o sprawach fizjologicznych. – Przepraszam – dodał skruszony i dał znak gestem, żeby nachyliła się nad balustradą antresoli.
Przyłożył dłoń do jej czoła. Poczuł pod palcami ciepło – zdecydowanie zbyt intensywne jak na lekką zimową infekcję. Lęk przelał się przez niego chłodną falą.
– To co z tym sikaniem? Od kiedy masz problem?
Miał teraz jej ciemnobrązowe oczy dokładnie na wysokości swoich. Szklisty błysk potwierdził skok temperatury.
– Od rana – przyznała z rezygnacją. – Ale poza tym świetnie się czuję.
Przemek już nie słuchał. Przemierzył pokój kilka razy, potem przysiadł na krześle i wyciągnął telefon. Mętnie pamiętał procedurę postępowania w przypadku niepokojących objawów u dawcy, ale Julka… Wziął głęboki wdech i przeszukał kilka stron dotyczących życia po przeszczepie.
– Boli cię w okolicach nerki? – Zadarł głowę, by dostrzec, że córka z grobową miną pokręciła głową. Najwyraźniej pojęła, że perspektywa kina oddala się niczym odjeżdżający tramwaj.
Zrobiło mu się jej żal, ale Awatar poczeka, a jemu nie wolno niczego zignorować.
– Schodź na dół i zmierz temperaturę – zakomenderował.
Niechętnie spuściła się po sznurze. Pod pachą trzymała plecak, jakby liczyła po cichu, że sprawa rozejdzie się po kościach. Wzięła termometr i wetknęła go pod koszulkę. Po dwóch minutach zerknęła na podziałkę i z kwaśną miną opadła na fotel.
– Trzydzieści dziewięć i dwa – mruknęła, po czym rzuciła plecak na podłogę.
Przemek postukał termometrem o palce, zastanawiając się, co robić. Przyszedł mu do głowy telefon do Agaty, ale przypomniał sobie, że pojechała do Gdyni. Objawy nie wyglądały jednoznacznie na odrzucenie przeszczepu i statystycznie rzecz biorąc, po trzech latach od zabiegu wydawało się to mało prawdopodobne. A może tylko starał się uspokoić? W każdym razie Agata nic na odległość nie zdziała, a tylko się zdenerwuje.
– Zbieraj manatki, za chwilę wychodzimy.
Wskazał Julce głową plecak i wybrał numer Daniela. Czekając, aż ten odbierze, przeanalizował możliwe scenariusze.
– I zabierz z łazienki szczoteczkę do zębów i… – W głowie zahuczała mu pustka. – Jakieś mydło czy coś? I może coś na zmianę? – Pogratulował sobie w duchu, że kilka podstawowych rzeczy Julki rezydowało na stałe w jego szafie.
– Cześć. Jedziesz gdzieś? – zapytał zdziwiony, gdy Daniel odebrał; w tle coś szumiało i tykało.
– Cześć. Tak. Muszę być jutro na szóstą trzydzieści na budowie w Poznaniu. Ściągnąłem panią Olę do Natalki i ruszyłem godzinkę temu. Prześpię się w hotelu i…
Przerwał mu stanowczo.
– Zawracaj. Tylko nie panikuj, bo może nic strasznego się nie dzieje. Julce podskoczyła gorączka i od rana ma problem z sikaniem.
– Od rana? I dopiero teraz do mnie dzwonisz?!
– Spokojnie, Krótki. Ledwie co puściła parę. Nie chodzę przecież za nią do toalety. – Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebował, było spięcie z Danielem. – Temperatura też urosła dosłownie z godziny na godzinę.
Zerknął na otwarte drzwi łazienki, w której krzątała się Julka.
– Daj mi zebrać myśli. Minąłem już Wrześnię – odparł Daniel rzeczowo. Widocznie i on uznał, że nie pora na przeciąganie liny. – Jedź z nią do Centrum Zdrowia Dziecka i wbijaj się do profesora Karczewskiego. Albo kogokolwiek innego. Ja dołączę do was za jakieś … poczekaj… – W słuchawce zaległa cisza. – Google pokazuje, że za około trzy godziny. Jeśli nie trafię na korki, w końcu to niedziela wieczór.
– To my ruszamy za moment, w kontakcie.
Wylosował z szafy dżinsy, potem ściągnął z oparcia fotela porzuconą bluzę.
Z łazienki wyszła Julka. Trzymała pod pachą kosmetyczkę i najwyraźniej zamierzała go minąć niczym słup ogłoszeniowy. Zatrzymał ją w pół kroku i zajrzał jej w oczy. Dostrzegł w nich teatralnego focha, ale i cień strachu. Przyciągnął ją do siebie i przytulił. Krótko, przelotnie. Tylko tyle, żeby przytknąć twarz do jej włosów i poczuć zapach brzoskwiniowego szamponu. Potem odsunął ją na wyciągnięcie rąk, uniósł dwa palce i oznajmił uroczyście:
– Obiecuję ci tego Awatara, a u mnie słowo droższe od pieniędzy. Ale najpierw sprawdzimy, co się dzieje. Słyszałaś moją rozmowę z tatą?
– Tak. Mniej więcej. Czyli zostawią mnie w szpitalu?
Uniósł ramiona, bo dopadła go dojmująca bezsilność.
– Nie wiem, Julka. Ale musimy być przygotowani i na taką ewentualność. Spakowałaś wszystko?
– Kosmetyczka, ręcznik, piżama, dres, klapki, telefon – wyrecytowała, a on zdał sobie boleśnie sprawę, że przez lata szpitalna wyprawka stanowiła dla niej przedłużenie ręki, jak karabin dla żołnierza. Miał cichą nadzieję, że tym razem unikną walki.
– Świetnie. To wkładaj kurtkę i buty, i spadamy. Tata do nas dojedzie.
Kilkanaście minut później pędzili pustawą Aleją Armii Ludowej w stronę Mostu Łazienkowskiego. Przemek lawirował między autami i przeklinał niedzielnych kierowców, sunących uparcie lewym pasem osiemdziesiąt na godzinę. Julka spoglądała smętnie za okno, odprowadzając wzrokiem mijane budynki. Spojrzała na Przemka zdziwiona, kiedy nagle zamilkł i zwolnił.
– Co jest? Już się nie spieszymy? To może odbijemy w Saską i skoczymy na Francuską na kebsa? – rzuciła z przekąsem i objęła się ciaśniej rękoma.
Zerknął na nią z niepokojem. Robiła dobrą miną do złej gry, ale trzęsło ją od gorączki. Nie chciał sam decydować czy podać jej jakiś lek. Liczył, że najpóźniej za pół godziny przekaże ją w ręce lekarzy. Właśnie dotarło do niego, że to nie nastąpi bez Daniela.
Wytarł spocone ręce o spodnie i zabębnił w kierownicę.
– Nie, już się nie spieszymy.
Ciąg dalszy w wersji pełnej
