Chyba nie, raczej nie, na pewno nie - Stojek Kinga - ebook
NOWOŚĆ

Chyba nie, raczej nie, na pewno nie ebook

Stojek Kinga

0,0

35 osób interesuje się tą książką

Opis

Dla Matyldy muzyka to lata ciężkiej pracy – godziny prób, nieprzespane noce i nieustanna walka o swoje miejsce.
Filip nie musi się starać. Wystarczy, że pojawi się na scenie, a tłum natychmiast należy do niego.

Kiedy zostają zmuszeni do stworzenia duetu, napięcie między nimi rośnie z każdym dniem. Im bliżej się poznają, tym więcej wychodzi na jaw – błędnych przekonań, emocji i rzeczy, które powinny pozostać ukryte.

Bo czasem najgłośniej brzmi nie muzyka, tylko to, co próbujemy zagłuszyć.

Czy to, co przyciąga do siebie Matyldę i Filipa, okaże się silniejsze niż wszystko, co ich dzieli?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 365

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu książki w środkach masowego przekazu wymaga zgody autorki.

Niniejsza powieść jest wyłącznie fikcją. Zbieżność wydarzeń i nazwisk jest przypadkowa.

Redakcja:

Sara Rzeczycka – Redakcja bez żartów

Opracowanie ebooka:

Dorota Bębenek – Literackie Atelier

Korekta:

Anna Dworecka-Wroniewicz

Okładka:

Justyna Gąsiorek, Kinga Stojek

ISBN: 978-83-982047-1-2

Wydanie I

Warszawa, wrzesień 2026

Copyright © by Kinga Stojek

Copyright for cover ©

Trigger warning:

alkoholizm, gwałt, przemoc

Babe

There’s something tragic about you

Something so magic about you

Don’t you agree?

(…)

Honey, you’re familiar, like my mirror years ago

Idealism sits in prison, chivalry fell on his sword

Innocence died screaming, honey, ask me, I should know.

I slithered here from Eden; just to sit outside your door

– From Eden – Hozier

CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział I

Matylda

♪ Gives You Hell – The All-American Rejects ♪

Nie cierpiałam FlameBoi’a.

Nie mogłam znieść brzmienia jego głosu.

Zatkałam sobie uszy palcami, ale mimo to nadal słyszałam płynące od strony sceny dźwięki.

Powietrze w garderobie było gęste, pachniało dymem papierosowym i perfumami. Siedziałam z głową opartą o ręce i wzrokiem wbitym w podłogę, na której, jak z rzutnika, moja wyobraźnia wyświetlała setlistę.

Wdech, wydech.

Lista piosenek drżała, tak jak całe pomieszczenie. Odgłosy muzyki były tak wyraźne, jakbym stała w pierwszym rzędzie, a nie siedziała za grubą ścianą, oddalona od całego zamieszania o dobrych kilkadziesiąt metrów.

Wdech, wydech.

Nie mogłam już dłużej wytrzymać. Poderwałam się z kanapy i zaczęłam krążyć po pomieszczeniu, dzwoniąc bransoletami wiszącymi na rękach i stukając obcasami. Kilka spojrzeń skierowało się w moją stronę, ale zignorowałam je. Przeczesałam dłonią krótkie, platynowe włosy, jakby to miało mi pomóc w uspokojeniu myśli.

– Ej, wszystko w porządku? – zapytał Radek i w sposób mistrzowski przesunął palącego się papierosa z jednego kącika ust w drugi. Nie spuszczał ze mnie jednak wzroku; musiałam coś odpowiedzieć.

– Jasne, że tak – burknęłam, przewracając oczami. Było to oczywiste kłamstwo, które chłopak skomentował tylko wzruszeniem ramionami, po czym poprawił swoją skórzaną kamizelkę.

W końcu dobiegło nas głośne „Flame-Boi! Flame-Boi!”, na co Julka, która do tej pory siedziała na kanapie, podeszła do mnie od tyłu i położyła mi dłonie na ramionach. Dość stanowczo odwróciła mnie w swoją stronę. Spojrzałam na jej śliczną, uśmiechniętą twarz w kształcie serca.

– Kim jesteś? – spytała, nie przestając wiercić we mnie dziury swoimi błękitnymi oczami.

– Jestem zwycięzcą – rzuciłam od niechcenia, zupełnie nieprzekonana do tych słów. Ona to wiedziała, ale zamiast prawić morały, ścisnęła mocniej moje ramiona i mnie przytuliła.

Głosy skandujące „Flame-Boi!” wpadły do pokoju wraz z samym właścicielem tego pseudonimu. Chłopak był roześmiany, gadał coś do Dawida, perkusisty swojego zespołu, a jego twarz była pokryta potem i rozmazanym makijażem. Miałam ochotę zatkać sobie uszy i wyjść, zupełnie go ignorując, ale nie dał mi na to szansy.

– Matylda! – zawołał i ruszył w moją stronę z otwartymi ramionami. Nie rozumiałam, po co to robił, przecież wiedział doskonale, jak zareaguję. – Twoja kolej, powodzenia!

Przycisnęłam łokcie do ciała i cofnęłam się o krok.

– Nie dotykaj mnie!

Filip momentalnie wyhamował i uniósł ręce w poddańczym geście.

– Nie musisz krzyczeć.

– Ale ja nie krzyczę! – wrzasnęłam i zamilkłam.

Przez chwilę mierzyliśmy się wzrokiem jak dwa wściekłe psy. No okej, ja byłam wściekła, a on po prostu stanowczy.

Mając już wszystkiego dosyć, złapałam Julkę za rękę i pociągnęłam w stronę wyjścia z garderoby. Za nami ruszyli Radek i Igor, mój perkusista, o którego obecności przeważnie zapominałam. Był tak cichy i przezroczysty jak własny cień.

Jeszcze przez kilka minut staliśmy przed wejściem na scenę, a techniczni podłączali nasze instrumenty. Pojedyncze głosy skandujące pseudonim Filipa nie były w stanie wyprowadzić mnie z równowagi. Jednak kiedy wkroczyliśmy na estradę, a z ust publiczności zamiast „Ma-tyl-da” popłynęło głośne i stanowcze „Flame-Boi!”, zupełnie straciłam rezon. Julka zawiesiła na ramionach czerwonego Stratocastera, z którego po chwili wydobyła grube, basowe dźwięki. Radek dołączył ze swoim Les Paulem w kolorze palonej śliwki, a Igor zabębnił w perkusję.

Stanęłam na podwyższeniu, położyłam dłoń na statywie z mikrofonem i zupełnie odpłynęłam myślami. Śpiewałam, bo to był odruch. Bo zaśpiewałabym swoje piosenki nawet przez sen albo obudzona w środku nocy przez wylanie zimnej wody na głowę. Byłam w stanie śpiewać, mimo że mój umysł błądził zupełnie gdzie indziej.

Krążyłam wśród wspomnień z dzieciństwa, kiedy to zaczęłam występować na poważnie. Przebyłam długą i trudną drogę do sukcesu. Wylałam pot, krew i łzy, podczas gdy FlameBoi pojawił się znikąd, wygrał zaledwie jeden konkurs i dostał wszystko to, o co ja walczyłam latami. Całą atencję, miłość i zaangażowanie publiczności.

W tej chwili miałam dwadzieścia dwa lata. Cała moja muzyczna przygoda trwała już jedenaście, a czułam się tak, jakbym stała na scenie po raz pierwszy – nikomu nieznana.

Filip był moim supportem od trzech miesięcy, czyli całą jesienną trasę promującą ostatnią płytę Dwie twarze. Zagraliśmy razem ponad czterdzieści koncertów… i z każdym kolejnym było coraz gorzej. Filip cieszył się rosnącą sympatią wśród moich fanów, którzy nazywali siebie „Matilnators”. Zrobił się o nim szum w internecie, aż w końcu zaczęli na koncerty przychodzić również jego miłośnicy – „Flamesi”. Płomienie. Tak, podpalali mnie przy każdej okazji. Płomienie dosięgały mnie bez problemu. Czułam się jak na stosie – kiedy wiesz, że dym za chwilę zacznie cię dusić i to będzie twój koniec.

Nie wiedziałam, czy to Flamesom udawało się opanowywać każdy kolejny koncert, a Matilnatorsi przestali na nie przychodzić, czy nasi fani się wymieszali. A może moi zaczęli tak bardzo lubić Filipa, że ja przestałam się dla nich liczyć?

W tej chwili miałam wrażenie, że wśród publiczności są sami Flamesi, a do moich uszu dobiegało tylko głośne „Flame-Boi!”, które zagłuszało mój śpiew.

Po dokończeniu drugiej piosenki, kiedy skandowanie wcale nie słabło, zaśmiałam się sztucznie do mikrofonu:

– Oj, kochani, ale Filip już dawno skończył grać, teraz moja kolej.

Ubrałam swoje zdenerwowanie w najłagodniejsze słowa. Zabrzmiało to nawet jak niewinna uwaga… I tak też została przyjęta, bo nikt się nią za bardzo nie przejął.

Cały czas te dwie sylaby. Czy oni nie mogli przestać?

– Teraz gram ja – syknęłam w końcu. – Jeśli się komuś nie podobam, może w tej chwili wyjść. Nie trzymam nikogo na siłę.

Dopiero kiedy to powiedziałam, tak naprawdę usłyszałam własne słowa. Na sali zrobiło się zamieszanie i miałam wrażenie, że część ludzi naprawdę zaczyna się wycofywać.

Wpadłam w panikę. Nie tego chciałam. Ja po prostu pragnęłam, żeby wreszcie przestali krzyczeć…

Zaśmiałam się nerwowo do mikrofonu, przykuwając tym uwagę publiczności. Czułam na sobie także spojrzenia członków zespołu, którzy stali nieruchomo, gotowi do zagrania kolejnej piosenki.

– Kochani, to był żart! Chcielibyście usłyszeć jeszcze FlameBoi’a?

Nagłe ożywienie sprawiło, że zatrzęsły się ściany hali.

Ten ruch był jak prąd z defibrylatora na moje zwłoki. Mimo że czułam się jak zombie, moje kończyny same powędrowały za kulisy, popchnęły drzwi i odnalazły siedzącego na kanapie Filipa. Oprócz zapachu papierosów i perfum, uderzył we mnie jeszcze smród spoconych skarpet.

Reszta chłopaków z jego zespołu zamilkła, jak tylko zobaczyła, że wkraczam do środka.

– Słyszałeś? – zapytałam, wskazując ręką w stronę sceny. – Chcą cię tam.

Chłopak wstał i stanął tuż przede mną. Zadarłam głowę, aby spojrzeć mu w oczy, bo w tej pozycji wzrok miałam na wysokości jego nagiej klatki piersiowej.

– A ty mnie chcesz? – Przeszył mnie spojrzeniem.

– A jakie to ma znaczenie?

Myślałam tylko o tym, że jeśli fani się wkurzą, przestaną przychodzić na moje koncerty. To była szybka i prosta kalkulacja. Musiałam jakoś udobruchać Flamesów, żeby wdać się w ich łaski i przynajmniej zagrać ten koncert do końca. To był ostatni koncert z trasy.

Filip przygryzł wargę, na której znajdowały się jeszcze ślady czarnej szminki.

– Co zaśpiewamy? – zapytał w końcu, a mięśnie mojej twarzy drgnęły w ledwie zauważalnym uśmiechu. Szybko zacisnęłam jednak usta. Gdybym się teraz wyszczerzyła, wypominałby mi to przez najbliższe tygodnie, mijając mnie w kuluarach naszej wytwórni.

– Coś twojego, obojętne.

– Nie – zaprotestował, ściągając brwi w zamyśleniu. – Teraz jest twój koncert, to musi być twoja piosenka. Proponuję Pył.

To był stary kawałek, jeden z pierwszych, jakie napisałam. Wolny, sentymentalny, który grałam sama. Tylko ja i gitara akustyczna. Nie widziałam tego w duecie, pokręciłam więc głową. Ale nie mieliśmy czasu na takie spory. Ludzie czekali, znowu skandowali pseudonim Filipa, a mnie aż skręcało w środku.

– No dobra – mruknęłam w końcu, a chłopak sięgnął po czarną koszulkę z logo zespołu The Offspring i jednym zwinnym ruchem ją na siebie nałożył.

Już wchodziliśmy na scenę, kiedy złapał mnie za rękę.

– Ja zagram, okej? – spytał, ale jego ton był stanowczy, wiedziałam, że nie przyjmie odmowy. Miałam tylko jedną wątpliwość.

– A wiesz jak?

– Znam te akordy na pamięć – odparł i posłał mi uśmiech, za który miałam ochotę zrobić mu coś złego.

Znał na pamięć moją piosenkę. Pewnie dlatego, że słuchał jej prawie co wieczór zza kulis. Zresztą nie chciałam się w to zagłębiać.

Julka postawiła swój mikrofon obok mojego, scena była gotowa. Gdy weszliśmy na podwyższenie, cała sala aż zadrżała. Zgęstniało chyba nawet samo powietrze, bo nie mogłam wziąć porządnego wdechu. Takich krzyków aprobaty jeszcze nie słyszałam. Miałam wrażenie, że ludzie wypluwali dla nas własne płuca.

Nie dla nas. Dla Filipa.

Po ustach chłopaka błądził uśmiech. Kiedy przełożył gitarę przez ramię, wyciągnął jeszcze rękę i położył mi dłoń na plecach, a ja, zaskoczona tym gestem, znieruchomiałam.

– Nie denerwuj się, to będzie tylko chwila – powiedział mi do ucha, próbując przekrzyczeć tłum. – Jak zastrzyk albo ugryzienie komara.

Raczej użądlenie dzikiej osy, pomyślałam.

Filip uderzył kostką w struny, a tłum nagle ucichł. Patrzyłam, jak chłopak gra moją melodię, jak bezbłędnie i z wprawą układa palce na gryfie i przez chwilę miałam nawet wrażenie, że nie ma tam nikogo oprócz naszej dwójki. Lampy świeciły na nas tak mocno, że publiczność nagle stała się niewidzialna.

Ja śpiewałam, on grał. Kiedy w refrenie dołączył do mnie w chórkach, tłum znów dał o sobie znać. Gromkie brawa popłynęły w naszą stronę, a mi na usta mimowolnie wypłynął delikatny uśmiech. I miałam nadzieję, że nikt go nie zauważył.

Kiedy po wybrzmieniu ostatniego akordu wokół rozległy się owacje, Filip nachylił się jeszcze do mikrofonu i powiedział:

– Kochani, jesteście niesamowici. – Wyciągnął rękę w stronę rozemocjonowanej publiczności, jakby chciał ją uciszyć. – Ale teraz jest koncert Matyldy. Nie bądźcie tacy. Dajcie jej wsparcie, na jakie zasługuje.

I wtedy, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ludzie zaczęli skandować „Ma-tyl-da!”. FlameBoi zszedł ze sceny, a ja stałam przez chwilę zszokowana, nie wiedząc, co o tym wszystkim myśleć.

Miał nad nimi władzę. Słuchali go jak świnia grzmotu.

I to sprawiło, że jeszcze bardziej znienawidziłam Filipa Jasińskiego.

Rozdział II

Filip

♪We Don’t Talk Anymore – Charlie Puth feat. Selena Gomez ♪

Moje wewnętrzne baterie powoli się wyczerpywały. Uśmiechałem się, chociaż pod skórą byłem tak okropnie zmęczony. Dałem wyciągnąć się do klubu tylko dlatego, że skusiła mnie wizja usprawiedliwionego upicia. Wiedziałem, że jeśli urwie mi się film, nikogo mój stan nie zdziwi.

Przyszedłem przed wszystkimi i od razu zamówiłem sobie rum z colą. Konkretny, ale nieprzesadzony podkład pod picie przez najbliższe godziny. Piękna perspektywa. Klub już tętnił życiem, wokół migały kolorowe światła, a z głośników płynął remiks nowej piosenki Kendricka Lamara.

Ona przyszła druga. Usiadła obok bez słowa, zupełnie jakby mnie tam nie było. Przekręciłem się stołkiem barowym w jej stronę, przekrzywiłem głowę, przyjrzałem się jej świecącym od makijażu policzkom i czekałem. W końcu westchnęła ciężko i spojrzała na mnie.

– Jezu, mam kupę na twarzy, że się tak gapisz?

Zachichotałem.

– Właśnie coś mi zaczęło śmierdzieć, jak przyszłaś.

Zrobiła wielkie oczy, oburzona, że mogłem być tak niemiły.

Uwielbiałem być niemiły dla Matyldy.

– Mogłam jednak zostać w domu – stwierdziła, agresywnie grzebiąc w małej, czarnej torebce. Wtedy też przyjrzałem jej się dokładniej. Miała na sobie różowy kombinezon i czarne kozaki. Do tego okrągłe kolczyki i bransolety, które cały czas tłukły o siebie, przebijając swoim irytującym dźwiękiem nawet brzmiącą wokół muzykę.

– Zawsze się zastanawiałem – zacząłem, wskazując na jej strój – jak dziewczyny w tym sikają? Macie jakieś tajne, niewidocznie wycięcie w kroku, czy musicie się rozbierać do rosołu, żeby wypuścić kilka kropel moczu?

Dałbym sobie rękę uciąć, że dostrzegłem na jej ustach powstrzymywany uśmiech.

– Zdradzę ci sekret – powiedziała, kładąc na blat wyszukaną w czeluściach torby komórkę. Nachyliła się do mnie i wyszeptała konspiracyjnie: – My po prostu nie sikamy.

Odchyliłem się, jakby ten fakt wprawił mnie w stan totalnego szoku.

– Ale jak to? W sensie, że w ogóle?

– W ogóle – potwierdziła z pełną powagą. – No, ale nic dziwnego, że nie wiesz. Nie masz nic wspólnego z kobietami.

Och, tak bardzo chciała mi dopiec. Zrobiłem minę, jakbym poczuł się dotknięty, choć w środku cicho się śmiałem. Gdyby znała prawdę…

Lepiej, żeby jej nie znała.

– Co pijesz? – zapytałem po chwili i łyknąłem swojego drinka. Matylda wpatrywała się w ekran telefonu, zupełnie olewając moją obecność. Zapytałem więc głośniej: – Zamówić ci coś?

– Nie trzeba – rzuciła, nie odrywając wzroku od komórki. – Poradzę sobie.

– Ale ja nalegam.

– Ale ja nie chcę.

– Coś bezalkoholowego? Wiem, że nie pijesz procentów. Ja stawiam!

– Rany, Filip – warknęła, w końcu racząc mnie spojrzeniem. – Sama sobie coś wybiorę. I nie potrzebuję twojej jałmużny.

– To żadna jałmużna.

Matylda wywróciła oczami.

– Człowieku, daj mi spokój.

– Widzę, że masz straszny problem z przyjmowaniem prezentów od mężczyzn. Ale wiem dlaczego. Ty po prostu nie masz z facetami nic do czynienia.

Wzrok Matyldy był przepełniony złością i miałem wrażenie, że gdyby nie otaczający nas ludzie, zdjęłaby ze stopy ten kozak i zdzieliła mnie nim po głowie. Roześmiałem się w głos, jakby ktoś opowiedział mi najlepszy kawał. Irytacja Matyldy osiągnęła chyba apogeum, bo wstała i przesiadła się o dwa stołki dalej.

A z głośników poleciał kawałek We don’t talk anymore, przez co chciało mi się śmiać jeszcze bardziej.

Po paru minutach dołączyli do nas Dawid i Kamil, czyli moi – kolejno – perkusista i basista. Z zespołu Matyldy doszli jeszcze Julka i Radek. Całą grupą poszliśmy do wynajętego pokoju karaoke. Wiedziałem, że po zamknięciu drzwi zacznie się prawdziwa impreza.

Matylda była oczywiście sztywna jak zwykle, ale za to Julia emanowała pozytywną energią i bardzo głośno się zachowywała. Najlepszy kontakt miałem z Dawidem, ale Radek był na drugim miejscu. To było dwóch gości, z którymi potrafiłem dogadać się bez słów. Kamil był zawsze trochę w swoim świecie, dlatego jak tylko weszliśmy do pokoju, od razu zajął sobie wygodne miejsce na kanapie i wyciągnął z kieszeni telefon. Był miłym, sympatycznym gościem, ale ciężko było przebić się przez jego skorupę. Miałem wrażenie, że odkąd graliśmy razem, a minęło już parę ładnych miesięcy, nadal niewiele o nim wiedziałem.

Drugim, podobnym typem człowieka, był Igor, perkusista Matyldy. Nie tyle jednak zamknięty w sobie, co bardzo nieśmiały. Odzywał się często, ale równie często się wycofywał. Ze względu na jakąś chorobę jelit nie pijał alkoholu i chyba nie przepadał za chodzeniem do klubów, co rozumiałem i szanowałem.

– Będzie dzisiaj Igor? – zapytałem Matyldę, tak tylko, żeby się upewnić. Siedzieliśmy już na czarnej kanapie w pokoju, którego ściany ozdobione były kolorowymi gwiazdami. Wyglądało to trochę kiczowato, ale kątem oka widziałem, jak Julia przegląda na telewizorze bazę piosenek i ona zdecydowanie robiła wrażenie.

– Kto? – zdziwiła się. Brwi podjechały mi pod samą linię włosów.

– No, Igor. Perkusista twojego zespołu.

– Aaa… – Machnęła ręką. – Raczej nie, on nigdy z nami nigdzie nie chodzi.

– A pytałaś go chociaż?

– Ja pytałem – odezwał się Radek. – I nie będzie go dzisiaj.

Matylda spojrzała na mnie, jakby mówiła: „No widzisz?!”. Przemilczałem tę sytuację. Wziąłem kilka łyków mojego drugiego już drinka i wreszcie poczułem lekkie, bardzo przyjemne otępienie. Rozsiadłem się na kanapie, gotowy na rozwój wydarzeń.

Matylda

♪One Way or Another – Blondie ♪

Denerwował mnie pijacki chichot Filipa, ale starałam się skupiać na innych szczegółach. Julia jak zwykle była słodka i głośna, a dzięki swojemu darowi przekonywania namówiła mnie do zaśpiewania wspólnie kilku kawałków. Były to polskie klasyki w stylu Mój przyjacielu Krzysztofa Krawczyka, Takie tango Budki Suflera czy Przez twe oczy zielone zespołu Akcent.

Bawiłam się naprawdę super. I wszystko było dobrze do momentu, w którym Dawid nie wspomniał ostatniego koncertu, podczas którego zaśpiewałam swoją piosenkę razem z Filipem.

– Tak chętnie bym was usłyszał jeszcze raz – powiedział i uśmiechnął się, odsłaniając wszystkie zęby, a Julka zaklaskała w dłonie.

– O tak, tak! Błagam, zaśpiewajcie coś razem!

– Nie, nie – zaprotestowałam i skrzyżowałam ręce na ramionach, zapadając się głębiej w kanapę. – Nie będzie żadnego błaznowania.

– No weź, nie bądź taka. – Julka zrobiła do mnie smutne oczy. – Tak pięknie razem brzmicie… Zrób mi prezent na urodziny!

– Ale ty masz urodziny dopiero we wrześniu!

– To na imieniny, one są w kwietniu.

Westchnęłam ciężko.

– Ja chętnie dla ciebie zaśpiewam – odezwał się Filip. – Z okazji imienin, oczywiście.

Koleżanka złapała mnie za ręce i znów spojrzała głęboko w oczy.

– No proszę, Tysiu!

– Boże! – Wyrwałam dłonie z uścisku i wstałam z kanapy. – Co za przedszkole. Naprawdę, dziecinada.

Sięgnęłam po mikrofon leżący obok naszych drinków na małym stoliku, na co Julka zaczęła klaskać, a potem zagwizdała jak kibic na stadionie. Nie odwróciłam nawet głowy, ale kątem oka widziałam, że Filip poszedł w moje ślady.

– Mogliśmy zaśpiewać na siedząco – bąknął, kiedy znalazł się obok mnie, niecały metr od telewizora. – Masz problemy ze wzrokiem?

– Nie – prawie krzyknęłam. – Po prostu wolę śpiewać na stojąco. Lepiej pracuje wtedy przepona.

– Pfff… – prychnął, a na ten dźwięk przygryzłam wargi, powstrzymując się przed rzuceniem komentarza. – Amatorka.

Ścisnęłam mikrofon tak mocno, że aż zabolały mnie palce.

– Dobra, to co ci zaśpiewać? – zapytałam Julkę, spoglądając na nią przez ramię. Dziewczyna kliknęła na pilocie wybieranie głosowe i powiedziała do niego jak do mikrofonu:

– One way or another Blondie.

Zerknęłam na Filipa, który tylko wzruszył ramionami. Z głośników popłynęła gitarowa muzyka, a na ekranie pojawiły się kropeczki.

Znałam tę piosenkę, nawet bardzo ją lubiłam. Wiedziałam, że Blondie to jeden z ulubionych zespołów Julki, ale nie spodziewałam się takiego wyboru. Zresztą, nie był to kawałek do śpiewania w duecie. Jak mieliśmy się nim podzielić?

Zabrakło czasu na jakiekolwiek ustalenia, bo na ekranie pojawił się tekst oraz kropeczka, która rytmicznie przeskakiwała ze słowa na słowo.

– One way or another, I’m gonna find ya – zaczęłam śpiewać, ale oczywiście w tym samym momencie zaczął również Filip. Spiorunowałam go wzrokiem, dając wyraźny znak, że to moja kolej i nie ustąpię. Ja byłam pierwsza. Śpiewałam długo przed nim. Rozpoczęłam swoją karierę, jak on jeszcze nie umiał dobrze pisać ani czytać.

Chcąc nie chcąc, wróciłam myślami do wspomnień. Najpierw przypomniało mi się Od przedszkola do Opolai odcinek, w którym zajęłam drugie miejsce. Potem Szansa na sukcesi dokładnie to samo. Wiele mniejszych i większych konkursów i żadnej nagrody. A potem nic, długi i potwornie bolesny kryzys.

To znaczy nic w oczach odbiorców – bo dla mnie czas ciężkiej harówy, uczenia się gry na instrumentach, tworzenia słabych utworów, których nie chciałoby puścić żadne radio. Miałam szesnaście lat, kiedy zdecydowałam, że rzucam wszystko i idę w muzykę. Rodzice się zgodzili, wsparli mnie finansowo. Najwyraźniej oni widzieli we mnie to „coś”, jeszcze zanim zauważyli to inni.

Kiedy skończyłam osiemnaście lat, poszłam do X Factor. Gdy znalazłam się w finale, modliłam się do wszystkich bóstw, aby wygrać.

Zajęłam drugie miejsce.

Wtedy jednak stało się coś, czego się nie spodziewałam. Spłynęło na mnie błogosławieństwo przegranej – nikt nie zmuszał mnie do działania w konkretnym kierunku, a jednocześnie zyskałam potrzebny mi rozgłos.

Wykorzystałam to najlepiej, jak potrafiłam. Podesłałam kilku wytwórniom swoje kawałki, a odzew był zaskakujący. Nagle zaczęli się o mnie bić, każda z nich chciała mieć mnie u siebie. Miałam też duże wsparcie od grupy fanów, która z każdym dniem powiększała się o kolejnych członków.

A koleś, który teraz stał obok mnie, zaśpiewał kilka piosenek i nagle – z dnia na dzień – pokochała go cała Polska. Gdzie tu sprawiedliwość, do cholery?!

– I will drive past your house; And if the lights are all down; I’ll see who’s around – wciął się Filip. Zamilkłam i dałam mu przejąć drugą zwrotkę. Julka ożywiła się na brzmienie jego głosu, a ja powstrzymałam wywrócenie oczami.

Po części instrumentalnej weszłam z kolejną zwrotką trochę głośniejszym i bardziej zadziornym wokalem, chcąc w ten sposób zaklepać sobie ten fragment i dać Filipowi znak, że nie zaśpiewamy razem, a jedynie na przemian. Tyle dostaną z tego występu nasi znajomi. Ale on albo nie zrozumiał aluzji, albo po prostu mnie olał, bo dołączył do mnie i kontynuował śpiewanie, patrząc mi znacząco w oczy. Unikałam jego wzroku, udając, że wpatruję się w ekran z tekstem, który i tak znałam na pamięć.

– One way or another, I’m gonna lose ya; I’m gonna give you the slip; A slip of the hip or another, I’m gonna lose you; I’m gonna trick ya, I’ll trick ya.

Wydawało mi się strasznie zabawne, w jak zaskakujący sposób ten tekst pasował do mojej sytuacji. Chciałam wykończyć Filipa, gdybym nawet miała zrobić to tylko tą jedną piosenką, tym jednym wersem.

Tyle że zaraz zwrotka powtórzyła się w prawie identyczny sposób – i teraz on śpiewał to samo do mnie.

Zmrużyłam oczy i przyjrzałam się jego irytująco uśmiechniętej twarzy. Zanim się zorientowałam, zamiast śpiewać, krzyczałam do mikrofonu.

Na koniec jednak i tak cała grupa obdarzyła nas gromkimi brawami.

– Filip, jakim ty jesteś znakiem zodiaku? – zapytał nagle Dawid, kiedy odkładaliśmy mikrofony na stolik. Dostrzegłam na jego twarzy konsternację, ale szybko odpowiedział:

– Skorpion.

– A ty? – Dawid tym razem zwrócił się do mnie. Wyczuwając podstęp, przeskakiwałam wzrokiem z jednego chłopaka, na drugiego.

– Hmm… Jestem z maja. Byk.

– Ha! – Dejw, jak to mówił na niego czasem jego kumpel, klepnął się w kolano, jakby właśnie usłyszał świetny kawał. – Wiedziałem. Te dwa znaki mocno się ze sobą ścierają, ale jednocześnie tworzą bardzo zgrane duety. Poza tym strasznie między wami iskrzy, od razu to widać.

Usłyszałam pisk Julki, ale nie mogłam oderwać wzroku od rozweselonej twarzy Dawida. Chłopak – z tego, co zdążyłam się zorientować w czasie trwania naszej wspólnej trasy – interesował się astrologią. Nie zdziwiło mnie więc jego pytanie, ale nie podobało mi się stwierdzenie dotyczące „iskrzenia”. Chyba że miał na myśli, że gdyby piosenka potrwała dłużej, klub poszedłby z dymem.

Kiedy kilka godzin później zaczęliśmy powoli zbierać się do wyjścia, nie mogłam przestać zerkać na chwiejącego się na nogach Filipa. Nie wyglądał dobrze. Dejw musiał zmyć się wcześniej, Kamil w zasadzie już dawno rozpłynął się w powietrzu, a Radek wykręcił się ostatnim metrem – gdyby na nie nie zdążył, musiałby wracać do domu trzema autobusami, co zajęłoby trzy razy więcej czasu. Nie pytałam, dlaczego nie mógłby zamówić taksówki. Najwyraźniej chciał od nas szybko uciec. A może nie miał ochoty zajmować się śmierdzącym jajkiem w postaci podpitego FlameBoi’a.

Takim sposobem zostałam sama z roześmianą i mocno wstawioną Julką oraz ledwo utrzymującym się w pionie Filipem. Świetnie. To było przekleństwo osoby niepijącej na imprezach, zawsze kończyło się podobnie.

– Dobrze, chodźcie – powiedziałam, sięgając po torebkę leżącą w rogu kanapy. Julka i Filip stanęli ramię w ramię, jak dwa zombiaki czekające na mój ruch. – Odstawię was do domów.

Wezwałam taksówkę. Najpierw udaliśmy się pod blok Julki, która mieszkała w centrum Warszawy, bardzo blisko klubu – dzięki czemu poszło dość szybko. Potem Filip wybełkotał swój adres i oddaliliśmy się w kierunku Mokotowa.

Jechaliśmy obok siebie na tylnym siedzeniu, chociaż Filip bardziej leżał, niż siedział. Głowa cały czas opadała mu na boki, a czarno-czerwone włosy zasłaniały półprzymknięte powieki. W końcu chrapnął głośno i osunął się na mnie, na co zaprotestowałam głośnym westchnieniem.

– Możesz się na mnie nie kłaść? Panuj trochę nad ruchami!

Chłopak zmierzył mnie zamglonym spojrzeniem.

– Na pewno byłoby mi na tobie bardzo wygodnie.

– Frajerska, pijacka gadka – wycedziłam przez zaciśnięte zęby.

– Skąd wiesz? – zaśmiał się.

– Bo znam cię nie od dziś.

– Jesteś pewna? – Jego wzrok wydał mi się nagle zadziwiająco jasny, a głos wyraźny i ostry. Przez chwilę miałam wrażenie, jakby był zupełnie trzeźwy. – Przez całą trasę nawet nie spróbowałaś mnie poznać.

Wzruszyłam ramionami i wsłuchałam się w buczenie silnika. Miałam swoje powody, żeby nie lubić Filipa. On nie musiał ich znać, a już tym bardziej rozumieć. Jednak jego słowa ukłuły mnie gdzieś w środku.

Kiedy zatrzymaliśmy się pod wskazanym przez Filipa adresem, podziękował kierowcy i wyciągnął z portfela gotówkę, po czym wcisnął mi pięćdziesięciozłotowy banknot prosto w dłoń.

– Masz – rzucił bezbarwnym tonem. – Żebyś mi potem nie zarzucała, że się wożę za twoje pieniądze.

I zamknął drzwi.

Jednak dziesięć minut później dostałam SMS-a od samego Filipa Jasińskiego:

Filip: „Nie dziwię się, że mnie nie cierpisz. Jestem totalnym cwelem. Trzymaj się”.

Ścisnęło mnie w żołądku, co natychmiast wzbudziło mój niepokój. Pospiesznie odpisałam:

Ja: „To przestań nim być”.

A potem jechałam dalej, w stronę swojego mieszkania i żałowałam każdej chwili spędzonej z Filipem sam na sam. Za bardzo mącił mi w głowie i emocjach. Miałam go naprawdę serdecznie dość.

Rozdział III

Filip

♪Wciąż bardziej obcy – Lady Pank ♪

Leżałem na łóżku i przełączałem pilotem kanały na telewizorze. Na każdym z nich leciały reklamy ze Świętym Mikołajem, reniferami i wielkimi choinkami. Wzruszające sceny, w których szczęśliwa rodzina przekazywała sobie nawzajem prezenty przy wigilijnym stole.

Myślałem, że coś we mnie pęknie. Że ten widok choć trochę poruszy głęboko zakopany we mnie smutek. Ale nie czułem nic. I zupełnie mi to nie przeszkadzało, nie miałem wyrzutów sumienia.

Sięgnąłem po telefon i wybrałem numer Dawida.

– No cześć, stary – przywitał mnie roześmianym głosem. – Co tam?

– Siema. A tak sobie dzwonię – rzuciłem, przeciągając się na łóżku. – W zasadzie chciałem zapytać, czy udało ci się dojechać do Szczecina. Czy wszystko u ciebie w porządku.

– Jasne, Fifi. – Wyluzowany ton Dawida działał na mnie uspokajająco. Oparłem głowę o poduszkę i zamknąłem oczy. – Ale tak mnie tyłek boli od siedzenia w samochodzie, że nie wiem, jak przeżyję tę Wigilię. Chyba dobrowolnie zgłoszę się do odegrania roli Świętego Mikołaja. Przebranie się w cały ten śmieszny strój to niezła gimnastyka!

– Jakoś nie mogę sobie ciebie wyobrazić w tej roli – przyznałem.

– Pewnie będę wyglądał jak frajer.

– Czyli tak jak na co dzień. – Roześmiałem się z własnego żartu, co Dawid skomentował tylko prychnięciem.

– A ty jak tam? – zapytał po chwili, a ja wzruszyłem ramionami.

– Jeszcze z godzinka i idę na miasto – odparłem, patrząc w sufit, do którego przypięte były fluorescencyjne gwiazdki. Pomyślałem, że jeśli dobrze pójdzie, zobaczę te gwiazdy ponownie za parę godzin, tylko trochę przysłaniać mi je będzie buźka jednej z dziewczyn. Może Ani? A może Dominiki? Ewentualnie Gabrysi. Nie byłem pewien, która będzie dzisiaj wolna.

– Jakieś… plany na później? – dopytał Dawid, wyraźnie ściszając głos, jakby nie chciał, żeby usłyszał go ktoś, z kim był w pokoju. Domyśliłem się, że chodziło o całą resztę jego rodziny.

– Syta wieczerza, jeśli wiesz, o czym mówię – mruknąłem, na co Dawid znów się zaśmiał.

– Będziecie się dzielić opłatkiem? – parsknął, a ja dosłownie miałem przed oczami jego krzaczaste brwi, podskakujące dwuznacznie.

– Tak, podzielę się z nią, nie tylko opłatkiem.

– Tylko uważaj, bo dzisiaj pełnia – przestrzegł Dawid, a ja przez chwilę milczałem, zastanawiając się, co ma piernik do wiatraka. Ale na pewno coś miał.

– Co masz na myśli?

– Nie pij za dużo, bo może cię dzisiaj szybciej ściąć – poradził poważnym tonem. – Naprawdę. Pamiętasz, co było ostatnim razem?

– Nie bardzo.

– Krystkowi się włosy zafarbowały na zielono. A miały być fioletowe.

– A to nie dlatego, że kupował farbę po pijanemu i pomylił kolory?

– No właśnie o tym mówię – odparł, jakby to było oczywiste, a ja aż zakryłem oczy dłonią w geście zażenowania. Tak naprawdę nie byłem zażenowany, tylko rozbawiony. Uśmiech wprawiał moje wargi w lekkie drżenie, aż wreszcie parsknąłem prosto w słuchawkę.

– Dobrze, będę uważał.

Uwielbiałem gadać z Dawidem. Mieliśmy podobne poczucie humoru, a on nigdy mnie nie oceniał. Szanowałem go za to, że był taki ułożony i akceptowałem jego dziwne zainteresowania związane z astrologią. Nie robił nikomu krzywdy, a bywało dzięki temu zabawnie.

Gdy się rozłączyliśmy, jeszcze przez chwilę uśmiech zdobił moją twarz, lecz po chwili zszedł z niej jak powietrze z przekłutego balonu. Potrzebowałem ruszyć się z miejsca, znaleźć źródło swojego szczęścia na dziś. Wyszukałem w Google adresy czynnych klubów – o co było trudno dwudziestego czwartego grudnia – i zaznaczyłem kilka opcji. Miałem zamiar najpierw podzwonić po dziewczynach i podpytać, która miałaby dla mnie czas i gdzie chciałaby się wybrać.

Zanim jednak to zrobiłem, musiałem wykonać jeszcze jeden telefon. Zbierałem się do niego cały dzień, aż w końcu zegarek przy łóżku pokazał dziewiętnastą pięć, na Polsacie zaczął się Kevin sam w domu, a ja wiedziałem już, że nie mam wyjścia. Jeśli nie zrobię tego pierwszy, w końcu to oni do mnie zadzwonią i zaczną się wypytywać, gdzie jestem.

Dotknąłem kciukiem słuchawki przy zapisanym numerze i wziąłem głęboki wdech. Odchrząknąłem, testując swój nowy głos.

– Halo? – usłyszałem po drugiej stronie. – Filip? Gdzie ty jesteś?! Czekamy na ciebie!

Ten entuzjazm w jej głosie tylko dowiódł, że była już po kilku głębszych.

– No cześć, mamo – zachrypiałem. Wyszło trochę teatralnie, z lekką przesadą, ale nie byłem dobrym aktorem. – Przepraszam cię, nie będzie mnie na kolacji. Totalnie mnie rozłożyło, gorączka i te sprawy. Pół dnia przespałem, dlatego dopiero teraz dzwonię. Na sylwestra muszę być na chodzie, bo mamy koncert… A sama wiesz, z chorym gardłem…

– Filip! – jęknęła z żalem. Nie byłem w stanie stwierdzić, czy jest zła, czy może jest jej mnie szkoda. Równie dobrze mogło ją to rozbawić. Domyślałem się, że jest w takim stanie, że mogę spodziewać się wszystkiego. – Dziecko! Kurwa… Nie odwiedzisz mamy w Wigilię? Co z ciebie za syn?

Trzymałem się. Naprawdę. Cały dzień byłem oazą spokoju, nie dałem wziąć góry emocjom. Wyciszyłem się do tego stopnia, że nie działały na mnie nawet te wszystkie reklamy w telewizji.

Lecz teraz… Byłem o krok od rozsypania się. Poczułem się tak, jakby matka wbiła mi wielki sopel lodu prosto w brzuch.

– Ale mamo… Ja jestem chory… – powtórzyłem normalnym głosem. Było mi już wszystko jedno.

– Skoro tak mówisz – rzuciła z przekąsem. W tle usłyszałem piskliwy chłopięcy głos. To musiał być Patryk. Na jedną sekundę przed oczami ukazała mi się buzia brata i prawie wybuchłem płaczem. Chciałem nie myśleć o tym, że moje rodzeństwo przecież tam jest. Że te dzieciaki muszą tam być, bo nie mają innego wyjścia.

– Mamo, mamo, kto dzwoni? Fifi? – dopytywał chłopiec.

– Co? Nikt. Nieważne. Idź do stołu – zbyła go i ponownie zwróciła się do mnie. – Kończę. Ktoś musi to wszystko ogarnąć, bo jaśnie pan się rozchorował.

– Kurwa, mamo… – jęknąłem. Te słowa same ze mnie wypłynęły, nawet nie miałem nad tym kontroli. Odchrząknąłem, chciałem się poprawić, ale w zasadzie nie wiedziałem, co powiedzieć. – Znaczy, mamo… Dlaczego tak mówisz?

– Idź spać – poradziła już łagodniej. Czyżby coś do niej dotarło? – Kuruj się, sylwester już niedługo. Wesołych Świąt.

– Wzajemnie – odparłem bezbarwnie, bez przekonania, wciąż trochę skonsternowany. Po części cieszyłem się, że ta rozmowa ostatecznie zakończyła się w tak normalny sposób, jednak zdawałem sobie sprawę, że to może być dopiero cisza przed burzą.

Tylko że nie ja będę zbierał jej żniwa.

Przed oczami znowu pojawiła mi się twarz Patryka. Była jeszcze Maja i najmłodszy – Kazio. To oni byli śmietnikiem na wszystkie nastroje matki i akcje ojca. Tak jak ja jeszcze rok temu.

I to bolało mnie najbardziej.

Wiedziałem jednak, jak zagłuszyć ten ból.

Drżącą jeszcze dłonią wybrałem numer Ani, która była pierwsza na mojej liście kontaktów. Słuchałem sygnałów. Nie odebrała.

Zadzwoniłem więc do Dominiki, ale spotkało mnie dokładnie to samo. Nie chciałem być dupkiem i wydzwaniać do nich w Wigilię po pięć razy. Może spędzały czas z rodziną? Czy ja naprawdę założyłem z góry, że dziewczyny do towarzystwa są zupełnie samotne i tylko czekają na mój telefon?

Przesunąłem się na brzeg łóżka, nie przestając wpatrywać w ekran telefonu. Adresy klubów mieniły mi się przed oczami i dopiero wtedy zdałem sobie sprawę z tego, że stoją w nich łzy. Zacisnąłem mocno powieki i wolną ręką uderzyłem się otwartą dłonią w twarz.

– Weź się w garść! – krzyknąłem sam na siebie. Kilkoma kliknięciami zamówiłem Ubera, po czym podszedłem do krzesła, na którym usypana była górka moich względnie czystych ciuchów. Zrzuciłem dresy i założyłem wymiętą czarną koszulę oraz luźne dżinsy. Na stopy wciągnąłem glany, narzuciłem na ramiona ocieplaną skórzaną kurtkę i wyszedłem.

Nie miałem żadnego planu.

Nie wiedziałem, o której wrócę.

I czy w ogóle.

Matylda

♪ My World – Avril Lavigne ♪

Mój dom rodzinny był miejscem, w którym mogłam złapać oddech, odpocząć od codzienności, wyspać się i najeść. To był azyl, do którego przez pracę wracałam rzadko, ale zawsze z wielką chęcią.

Z radością lepiłam z mamą pierogi. Z pełnym zaangażowaniem pomagałam też tacie obsadzić choinkę w stojaku. Potem sama ją udekorowałam, podśpiewując kolędy. Chodziłam po domu z czapką Świętego Mikołaja na głowie, bo miałam na to ochotę. Przez tych kilka dni wysypiałam się za wszystkie czasy, psikałam w gardło olejek z witaminami A i E, jadłam same pyszne i zdrowe rzeczy – czyli robiłam to, o czym starałam się pamiętać, ale o co trudno było mi zadbać podczas trasy koncertowej.

Gdy w dniu Wigilii późnym popołudniem przyjechała do nas moja siostra z mężem, wybiegłam do nich na powitanie. Rzuciłam się Darii w ramiona, a czapka mikołaja zsunęła mi się z głowy i spadła na ziemię. Jednak w ogóle się tym nie przejęłam, bo wreszcie – w końcu – po prawie pół roku rozłąki, mogłam zobaczyć swoją siostrę na żywo, uściskać ją i poczuć słodki zapach jej perfum. Wtuliłam się w nią, a raczej w jej miękkie futro, oplatając ją nagimi ramionami, gdyż miałam na sobie tylko prostą, czarną sukienkę z krótkim rękawem.

– Darek! – zapiszczałam jej do ucha, używając ulubionego przezwiska. – Tak się stęskniłam.

– Chodźcie, dziewczyny, bo zimno – poprosił mąż Darii, Marcin, który już przestępował z nogi na nogę. Uściskałam go jeszcze szybko w drodze do drzwi.

Po powitaniu z rodzicami i odstawieniu walizek do pokoju Darii, zajęliśmy się przygotowywaniem stołu do kolacji wigilijnej. Mama krzątała się jeszcze po kuchni, tata postanowił rozpalić w kominku, a ja, Daria i Marcin wzięliśmy się za szykowanie nakryć.

Po wybraniu odpowiedniego obrusa, siostra wysłała swojego męża do kuchni, aby ustalił z teściową, którą zastawę mamy rozłożyć, a mnie wzięła na bok i szepnęła konspiracyjnie:

– Ej, co kupiłaś rodzicom?

Rozejrzałam się wokół, jakbym spodziewała się, że któreś z nich wyskoczy nagle zza ściany.

– Mamie nowy telefon, bo narzeka na obecny. A tacie taki dziwny przyrząd do masażu. Czemu pytasz? I dlaczego szepczesz?

– A nic – Daria wzruszyła ramionami. – Tak z ciekawości.

Przyjrzałam się jej niewinnej twarzy i już wiedziałam, że coś jest na rzeczy. Zbyt dobrze ją znałam. Ten lekki uśmieszek, wprawiający w drganie lewy kącik ust, błysk w szarych oczach…

Już otworzyłam usta, żeby zadać pytanie, ale do salonu wszedł Marcin z naręczem talerzy, więc rzuciłyśmy się mu do pomocy. Chwila nieuwagi i cała zastawa leżałaby zapewne na podłodze.

Gdy pół godziny później stanęliśmy w piątkę wokół stołu, tata rozdał nam po kawałku opłatka i odchrząknął, gotowy do wygłoszenia przemowy.

– Drogie dzieci, ja wam życzę przede wszystkim świętego spokoju. Wam i sobie też.

Mama zerknęła na niego kątem oka, powstrzymując śmiech. Ojciec taki był. Trochę uciekał w swoje sprawy, subtelnie i dyskretnie unikał zamieszania, wykręcając się na różne sposoby – a to musiał naprawić auto, a to rozpalić w kominku albo koniecznie sprawdzić, czy nagle – w tej chwili – nie powstała w dachu jakaś wielka, zagrażająca życiu domowników dziura. Introwertyczny charakter dało się zresztą dostrzec w nim już na pierwszy rzut oka – był chudy i lekko przygarbiony oraz łypał na ludzi wzrokiem pytającym o sens istnienia. Czymś, co zaskakująco ocieplało jego wizerunek, był kompletny brak rozeznania w modzie i umiejętności dopasowywania kolorów. Takim sposobem stał obok swojej eleganckiej żony w świńsko różowej koszuli i zielonym krawacie w żółte kropki.

– A ja wam życzę – odezwała się miękkim, ciepłym głosem mama – żebyście przeżyli coś wyjątkowego. Spełnili swoje marzenia, o tak.

Od mamy zawsze biła bezgraniczna miłość. Mogłabym wyobrazić sobie ją jako anioła w aureoli, ale jako córka znałam też jej gorsze cechy. Była ona więc aniołem, który uśmiechał się serdecznie, kryjąc pod burzą blond loków wyrastające na kilka milimetrów rogi.

Zastanawiałyśmy się z Darią wielokrotnie, do kogo każda z nas jest bardziej podobna, ale zawsze szybko stwierdzałyśmy, że stanowimy po prostu mieszankę cech naszych rodziców. Moja siostra z wyglądu była kopią mamy, za to ja miałam w wyrazie twarzy coś zgryźliwego, oceniającego, co czyniło mnie wykapanym tatą.

Zanim zaczęliśmy jeść, usiadłam przy pianinie i zagrałam kilka kolęd. Od paru lat był to stały punkt każdej naszej Wigilii. Uwielbiałam słuchać, jak mama zawodzi niczym śpiewaczka operowa, a tata udaje, że nie pamięta słów. Najładniej brzmiały głosy Darii i Marcina. Wyglądało na to, że gdyby zajmowali się tym zawodowo, tworzyliby równie piękny duet na scenie, co w życiu.

Po śpiewaniu zabraliśmy się za jedzenie, potem zaczęły się rozmowy i mimowolne zerkanie w telewizor na lecącego w tle Kevina. Daria, jak co roku, zaśmiewała się ze scen, w których dwóch złodziei przewraca się i dostaje po głowach od małego chłopca. Marcin wtórował żonie, chociaż widziałam, że wolałby oglądać co innego.

– Jak tam trasa? Poopowiadaj coś – zachęciła Daria, oderwawszy się w końcu od swojego ulubionego świątecznego filmu.

– No, fajnie ogólnie – rzuciłam i wzięłam łyk kompotu z suszu. Czując ten dziwny smak na języku, wzdrygnęłam się. Miałam wrażenie, jakbym piła posłodzony popiół z ogniska. Co roku dawałam mu szansę i za każdym razem tak samo wywoływał u mnie mdłości.

– Mało! – zaprotestowała siostra, szturchając mnie pod stołem pluszowym kapciem. – Jak ludzie przyjęli nowy album? Widziałam sporo wyświetleń pod teledyskami. Myślisz, że zaproszą cię w tym roku do Męskiego Grania? To by było coś, zaśpiewać obok Dawida Podsiadły i Darii Zawiałow…

Siostrze aż świeciły się oczy. Lubiłam te momenty, w których tak bardzo przeżywała moją karierę, jakby była co najmniej moją menedżerką. Uśmiechałam się więc, wzruszając z zawstydzeniem ramionami.

– No pewnie, że tak – przyznałam i włożyłam do ust pół pieroga z kapustą i grzybami. – Może kiedyś, zobaczymy. – Przełknęłam kęs i oblizałam usta. – A tak, to wiesz, trasa przeważnie jest dość monotonna. Jedziemy, potem mamy chwilę dla siebie na mieście, później próba, kolejna chwilka w hotelu i koncert. I tak w kółko.

– Nie mylą ci się czasem miasta? – zapytał Marcin, posyłając mi przyjazny uśmiech spod eleganckiego wąsa. Trochę nie mogłam zrozumieć, dlaczego tak przystojny facet o rysach godnych antycznych rzeźb, nosi tak obleśny wąsik à la typowy wujek. Mogłam to wyjaśnić tylko przedwczesnym kryzysem wieku średniego.

– Na szczęście dobrze ogarniam takie rzeczy – odparłam. – Zawsze wiem, gdzie jestem.

Prawda była taka, że miałam odnotowane wszystko ze szczegółami – nazwy miast, miejsca dla nich charakterystyczne, starałam się też wrzucać na swojego Instagrama choć po jednym zdjęciu z tych miejscowości, żeby moim fanom było w ten sposób przyjemnie. Wiedziałam, że czekają na fotkę lub filmik ze swoich miast i że zawsze dostarcza im to wiele radości. Tak przynajmniej wnioskowałam z licznych komentarzy pod moimi postami.

– A gdzie podobało ci się najbardziej? – zapytała mama, biorąc z miski dokładkę sałatki jarzynowej. Przyglądając się jej pięknie ułożonej fryzurze, eleganckiej granatowej sukience i pasującej biżuterii, stwierdziłam w myślach, że perełki, które ma na szyi, wyglądają jak śmietankowe Draże Marynarze.

– Gdańsk – rzuciłam na odczepnego. – Ogólnie Pomorze.

Nie mogłam wyrzucić z głowy tych Marynarzy.

– O… – zdziwiła się mama. – Myślałam, że ludzie w stolicy bawią się najlepiej.

– Na to nie ma reguły. Wszędzie jest fajnie, bo w każdym mieście na koncerty przychodzą ludzie, którzy lubią moją muzykę. – Ostatnie słowa wypowiedziałam z nieznacznym wahaniem, bo mój mózg zaatakowały wspomnienia z ostatnich kilku koncertów, kiedy to fani przychodzili bardziej posłuchać Filipa niż mnie.

I kiedy wszystko zaczęło się psuć.

Gdy podniosłam wzrok, napotkałam czułe spojrzenie mamy.

– Jesteśmy z ciebie tacy dumni, córeczko.

Poczułam spięcie w całym ciele, jakbym włożyła palec do kontaktu.

Nic nie odpowiedziałam, uśmiechnęłam się tylko kącikiem ust.

– A jak ci się współpracuje z FlameBoi’em? – zapytała nagle Daria, dosłownie jakby wiedziała, że o nim pomyślałam.

Kolejny pieróg stanął mi w gardle, a ja przełknęłam go ciężko.

– My nie współpracujemy, on jest tylko moim supportem – doprecyzowałam, starając się nie dopuścić do siebie negatywnych emocji. – Mijamy się czasem w garderobie, tyle.

– Taki śliczny z niego chłopak – dorzuciła nagle mama rozmarzonym tonem. Tata, który do tej pory zwrócony był w stronę telewizora, łypnął na nią kątem oka. – Widziałam go ostatnio w jakimś programie, no cudny był. Cały czas się uśmiechał. Czy w rzeczywistości też ciągle chodzi taki uśmiechnięty?

– No… znaczy… – Szukałam słów, walcząc z rozpromienioną twarzą Filipa migającą mi przed oczami. – W sumie… Faktycznie za każdym razem, jak go widzę, to wygląda na radosnego.

– Ach, młodość. – Mama wzięła duży łyk kompotu i cmoknęła ze smakiem, na co ja powstrzymałam odruch wymiotny.

– Ostatnio wszędzie mi wyskakuje: na YouTubie, Facebooku, Instagramie – mówiła Daria, wyliczając na palcach. – No wszędzie Filip.

– Oj, wiem! – przyznałam z aprobatą. – Ja już mam dosyć, zaraz otworzę lodówkę i…

– Nie, nie – roześmiała się Daria. – Ale ja nie mam nic przeciwko! Ten chłopak jest tak uroczy i ma takie fajne piosenki, że zupełnie mi to nie przeszkadza. Mogłabym na niego patrzeć godzinami – dodała podobnie rozmarzonym tonem jak mama. Obie uśmiechnęły się do siebie i w tym momencie były dosłownie identyczne. Marcin odchrząknął ostentacyjnie i poruszył się nerwowo na krześle. – A ty, tato? – Daria zwróciła się do zapatrzonego w telewizor ojca. – Lubisz Filipa Jasińskiego?

Przez chwilę wyglądał, jakby ktoś przeniósł go w czasie i miejscu, miał tak rozkojarzone spojrzenie. Zaraz jednak pokiwał głową.

– Tak, owszem, wydaje się być miłym chłopcem. Może nie powala mnie urodą, tak jak twoją matkę, ale piosenki ma ciekawe, chociaż nie w moim guście.

W ostatniej chwili zauważyłam, jak Marcin przewraca oczami. Daria też musiała to dostrzec, bo pogładziła męża czule po ramieniu.

– Oj, misiu, nie bądź zazdrosny.

– Nie jestem – rzucił, ale mało był w tym przekonujący. – Tyle że przez chwilę poczułem się jak na zlocie fanów tego Filipa, a wcale się na niego nie wybierałem – dodał z wymuszonym rozbawieniem. Uśmiechnęłam się do szwagra, najwyraźniej jedynego trzeźwo myślącego człowieka w tym domu.

– To co? – odezwałam się w końcu, spoglądając to na tatę, to na mamę. Musiałam zmienić temat. – Kiedy macie ten jubileusz? Robicie w końcu imprezę?

Rodzicom w przyszłym roku szykowały się „perłowe gody”, czyli trzydziesta rocznica ślubu. Od pewnego czasu w eterze krążył pomysł na zorganizowanie z tej okazji przyjęcia, była to bowiem niemała ilość spędzonych wspólnie lat. Lubiłam takie imprezy, świętowanie i huczne uroczystości, podczas których mogłam spotkać dawno niewidzianych kuzynów i kuzynki. Zawsze też zajmowałam się oprawą muzyczną, co zdecydowanie było bliskie mojemu sercu.

– W marcu, kochanie – przypomniała mama, wycierając kąciki ust serwetką w złote bombki. – Rocznicę mamy w marcu i rzeczywiście chcielibyśmy coś zorganizować. Tyle że pod koniec miesiąca wypada Wielkanoc…

– To może w kwietniu? – rzuciłam. Po Nowym Roku czekało mnie sporo wolnego. Trasa się skończyła, a ja miałam dużo pomysłów na nowe piosenki, planowałam więc regularnie odwiedzać studio i komponować. W takim układzie mogłam bez problemu wygospodarować wolne w kwietniu i przyjechać na jakiś weekend do rodziców, aby wziąć udział w przyjęciu.

– W sumie czemu nie – przyznała z uśmiechem mama. – To co, Włodziu? – zwróciła się do męża. – W kwietniu robimy rocznicę?

– Jak zarządzisz, Dorotko – westchnął, nie odrywając wzroku od telewizora.

– No – przytaknęła z dumą mama. – Słyszałaś Darusia? W kwietniu. Pamiętajcie o nas.

– A co chcecie dostać? – zapytałam i w tym samym momencie poczułam, jak stół w okolicach mojej prawej ręki lekko wibruje. Kilka centymetrów od mojego nadgarstka leżała komórka, do której nie zajrzałam ani razu od początku kolacji, z czego byłam bardzo zadowolona. Często miałam problem z oderwaniem się od telefonu, ale to też dlatego, że oprócz prowadzenia mediów społecznościowych, zapisywałam w nim nuty i fragmenty tekstów, które czasem znienacka przychodziły mi do głowy.

– A propos! – ożywiła się nagle Daria, a ja docisnęłam boczny przycisk komórki i ujrzałam nowego SMS-a. – Chyba czas odpakować prezenty od Mikołaja?

Słyszałam podekscytowanie siostry, ale to, co zobaczyłam na ekranie, sprawiło, że wszystkie dźwięki wydały się nagle bardzo odległe.

To była nowa wiadomość od niezapisanego kontaktu, ale mimo to od razu wiedziałam, kto jest jej nadawcą.

Nieznany: „Cześć, kochanie! Wieki zajęło mi ustalenie twojego nowego numeru, ale wreszcie się udało. Jak ci mija Wigilia? Mam nadzieję, że zobaczymy się po Nowym Roku. Jesteś u rodziców? Pozdrów ich ode mnie”.

Ręce zaczęły mi lekko drżeć, oddech przyspieszył. Z transu wyrwała mnie dopiero dłoń Darii, która spoczęła na moim ramieniu.

– Tyśka, chodź, będziemy odpakowywać prezenty.

Jej entuzjazm szybko mnie otrzeźwił. Miałam to wyćwiczone. Musiałam być tu i teraz. Nie odpływać myślami zbyt daleko. A już na pewno nie w kierunku osoby, od której SMS-a przed chwilą odczytałam.

Odłożyłam telefon z powrotem na stół ekranem do dołu i podeszłam do reszty rodziny, która zgromadziła się pod choinką. Tata podał każdemu jego prezent. Ja dostałam dwie torby: dużą i małą – pierwsza była od rodziców, a druga od Darii i Marcina. Rozchyliłam lekko najpierw jedną, potem następną… Zawartość większej nie była zaskakująca. Był to gruby, biały sweter z czystej wełny, o którym mama trąbiła mi już od dwóch miesięcy, podkreślając wszystkie jego zalety z naciskiem na „będzie ci ciepło na próbach, wiesz, on ma taki kołnierz, dzięki któremu nie przeziębisz gardła”. Zawartość drugiej torby natomiast… wprawiła mnie w lekką konsternację.

Zanim jednak zdążyłam się nad nią zastanowić, mama nagle wciągnęła mocno powietrze i przyłożyła dłoń do ust. Była to reakcja na zawartość małego pudełka, które, z tego, co zrozumiałam, było wspólnym prezentem dla niej i taty.

Ojciec zrobił wielkie oczy, po czym spojrzał na starszą córkę.