Cena jej wolności - Ewa Bassa-Rudnicka - ebook
NOWOŚĆ

Cena jej wolności ebook

Ewa Bassa - Rudnicka

5,0

215 osób interesuje się tą książką

Opis

Pokusa nie zawsze kusi.

Czasem niszczy wszystko, co napotka na swej drodze.

Isabella pracuje jako masażystka. Przyjmuje zlecenie, które wciąga ją w sieć władzy i mafijnych układów. Prosto w świat Fabia Brunettiego – wpływowego burmistrza Rzymu. Mężczyzny, który nie ma prawa do błędów. Ma żonę, idealne życie oraz wizerunek, którego nie może splamić.

A jednak to Isabella staje się jego największą słabością.

Między nimi rodzi się coś, czego nie da się powstrzymać.

Pożądanie, które nie pyta o pozwolenie.

Obsesja rosnąca z każdym spojrzeniem.

Fascynacja wymykająca się spod kontroli.

Balansują na granicy. Każde spotkanie przybliża ich do skandalu, który może zniszczyć jego karierę i jej przyszłość.

„Cena jej wolności” to hipnotyzująca historia o władzy, zdradzie i uczuciu, które nigdy nie powinno się narodzić. O wyborach, które mają swoją cenę. I o miłości, która w świecie mafii zawsze jest grą o najwyższą stawkę.

Bo nie każde pragnienie daje wybór.

Ale za każde trzeba zapłacić.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 354

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
5,0 (4 oceny)
4
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
bodzio86

Nie oderwiesz się od lektury

Świetna książka
00
Agnieszkabk90

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam 😍
00



Spis treści

Ucieczka

Rozkosz

Rzeczywistość

Przeszłość

.

Rozdział 1

Ucieczka

teraźniejszość

Isabella

Sen nie przychodził. Szum fal i krzyki mew nie pozwalały zapomnieć, że nie leżę w swoim łóżku, a w małym domku nad morzem, w okolicach Ostii. Odrętwiała przewróciłam się na drugi bok i nagle poczułam ból. Zasyczałam, dotykając rozciętej wargi. Krew. Kiedy spałam, musiałam naruszyć świeżą ranę. Spojrzałam na zegar na ścianie. Westchnęłam, widząc, że udało mi się przespać zaledwie godzinę. Moje ciało bolało ze zmęczenia, a głowa wydawała się cięższa niż zazwyczaj. Odrobina snu dobrze by mi zrobiła, jednak gonitwa myśli nie pozwalała zasnąć.

Zastanawiałam się nad swoim losem. Dlaczego świat był dla mnie aż tak niesprawiedliwy? Pragnęłam tylko normalnego życia, jednak ono zmieniło się w momencie, gdy zgodziłam się na pracę dla Fabia Brunettiego – mężczyzny, dla którego straciłam głowę szybciej, niż powinnam. I który wciągnął mnie w mroczny świat pełen przemocy i sekretów.

Dotknęłam swojego zaokrąglonego brzuszka. Jak ochronić to maleństwo przed złem tego świata? Co zrobić, żeby nie płaciło za błędy swojej matki?

Moje dziecko nie mogło dorastać w cieniu mafijnych porachunków. Ciążę trzymałam w tajemnicy, ale to nie ona była głównym powodem mojej decyzji.

Uciekłam, bo bałam się o swoje życie. Zaszlochałam, przypominając sobie przerażające wydarzenia, kiedy odebrałam innej osobie życie. Co z tego, że to był nieszczęśliwy wypadek? To moja wina. I ten koszmar zostanie ze mną już do końca moich dni.

Wkrótce rodzina będzie chciała pomścić jej śmierć. To ona stała się teraz moim największym przekleństwem. Wiedziałam, że dopóki żyję, nigdy nie będę bezpieczna.

A Fabio…

Choć go kochałam, pozostawał częścią tego samego świata.

Ostatnie zdarzenia pokazały mi, że jestem tylko pionkiem w grze, której zasad nie znam. Musiałam uciekać i dlatego przystałam na plan Angela, jedynej osoby w moim otoczeniu, która chciała dla mnie dobrze.

Nad ranem, gdy zapadłam w lekki sen, obudziło mnie ciche pukanie do drzwi. Ze strachu nie mogłam się poruszyć. Nikt oprócz Angela nie wiedział, że tutaj jestem. Straciłam ze wszystkimi kontakt, gdy wcześniej wyrzuciłam telefon do kanalizacji. Wyczerpana wstałam z materaca i z mocno bijącym sercem bezszelestnie podeszłam do drzwi. Drgnęłam, gdy do moich uszu dotarło kolejne pukanie.

– Kto tam? – zapytałam po cichu.

– To ja. – Odetchnęłam z ulgą, słysząc głos Angela.

Otworzyłam, a światło poranka oślepiło mnie na chwilę. Nad głową mężczyzny zobaczyłam wznoszące się nad morzem słońce, które mieniło się w tafli wody. Angelo wszedł do środka. Zamknął drzwi i usiedliśmy przy stole. Wystarczyło jedno spojrzenie, by zapytał:

– Spałaś?

– Nie mogłam zasnąć, dopiero niedawno udało mi się na chwilę zamknąć oczy. – Przetarłam wycieńczoną twarz dłońmi. – Czy wiadomo, co z Lucą? – W moim głosie zabrzmiały paniczne nuty, ale nie mogłam nic na to poradzić. Tak bardzo chciałam wierzyć, że mój brat już jest bezpieczny.

– Niestety nie. – Jego odpowiedź mnie zmroziła. Nie mogłam wydusić z siebie żadnego słowa. Po chwili ciszy, podając mi paszport, dodał: – Ubierz się i spakuj. Dzisiaj polecisz do Wielkiej Brytanii.

Zerknęłam na niego ożywiona tą wiadomością.

– Ale jak to? Już? – Głos mi zadrżał.

Chciałam być bezpieczna, ale nie zdawałam sobie sprawy, że wyjazd nastąpi już dzisiaj. Angelo ekspresowo zorganizował dokument.

– Tak. Musimy działać szybko – odpowiedział, patrząc na mnie z powagą. – Mam plan, jak upozorować twoją ucieczkę. Wszystko się może udać, ale musisz uciekać, póki Fabia nie ma w mieście. Dziś poleciał do Neapolu.

– Do Neapolu? Czy to ma związek z… – zaczęłam, ale słowa uwięzły mi w gardle. Nie potrafiłam nawet wymówić tego imienia.

Angelo delikatnie ujął moją dłoń i odparł łagodnie:

– Bello, od tej chwili musisz zapomnieć o tym, co było, a skupić się na tym, co teraz.

Skinęłam głową. Otworzyłam paszport i zobaczyłam swoje zdjęcie z blond włosami. Spojrzałam pytająco na Angela.

– Dostaniesz perukę i inne ubranie – wyjaśnił. – Zjedz coś, a ja opowiem ci, co zrobić, żeby Fabio uwierzył w twoją ucieczkę.

Angelo

Siedziałem naprzeciw Isabelli, a ona uważnie chłonęła każde moje słowo. Wtajemniczałem ją w szczegóły planu, o którym wiedziała zaledwie garstka osób. Kilka łapówek pomogło przekonać tych, którzy musieli przymknąć na niektóre sprawy oko. Isabella wiedziała, że musi zapamiętać wszystko, bo kolejnej szansy może nie być.

– Angelo, dziękuję ci za twoją pomoc. Dlaczego to robisz? – zapytała po chwili, gdy skończyłem omawiać plan.

– Każdy zasługuje na drugą szansę. Ty właśnie dostajesz swoją – odpowiedziałem szczerze.

Zdawałem sobie sprawę, że nie jest tu bezpieczna, nie tylko ze względu na Fabia, ale też dlatego, że ktoś inny wkrótce również będzie szukać zemsty.

– Nie możesz jechać ze mną? – dociekała z nadzieją w głosie. Zaśmiałem się, nieznacznie rozbawiony jej pytaniem.

– Nie uważasz, że to byłoby dość podejrzane? Że prawa ręka Fabia uciekła z jego… – zawahałem się przez chwilę, zastanawiając, jak właściwie nazwać to, co ich łączyło.

– Kochanką? – dokończyła za mnie i mimowolnie uśmiechnęła się pod nosem. – Faktycznie, gdy tak to przedstawiasz, nie wygląda to najlepiej.

– Sama widzisz. Zresztą, w pojedynkę masz większe możliwości.

– Gdybyś miał taką szansę, zrobiłbyś to? Zostawiłbyś swoje życie u boku Fabia? – Jej pytanie mnie zaskoczyło.

– Nie wiem. – Wzruszyłem ramionami. – Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. On jest moim przyjacielem. Bratem.

– A jednak ryzykujesz dla mnie i chcesz go świadomie zranić?

Miała rację. Przez dłuższą chwilę wpatrywałem się w jej zielone oczy, pełne bólu i wyczerpania. Chciałem wyznać jej tyle rzeczy, ale zwyczajnie nie mogłem tego zrobić. Przynajmniej nie teraz. Nie w tym momencie, kiedy walczyła o własne życie.

W głębi serca czułem, że i tak wiedziała.

Kochałem ją i robiłem to z miłości. Świadomie wybrałem uczucie do niej, zamiast lojalności wobec mojego przyjaciela.

– On nie ma do ciebie prawa. Powinien się zająć swoją żoną. Ty za to masz prawo żyć po swojemu. – Wstałem gwałtownie. Bliskość pomiędzy nami stawała się nie do zniesienia.

Otworzyłem małą przenośną lodówkę turystyczną i wyjąłem jogurt.

 – Zjedz to. Potrzebujesz dużo siły.

Isabella, choć zdenerwowana, bez sprzeciwu zabrała się za jedzenie. Patrzyłem na nią z dystansu, oparty o ścianę, z zaplecionymi dłońmi. Wyglądała na wyczerpaną. Przez ostatnie kilka dni spała w dość niewygodnych warunkach, a zmęczenie było widoczne w jej podkrążonych oczach. Czarne, długie włosy, zazwyczaj lśniące, teraz niedbale upięte w kucyk, stały się matowe i pozbawione połysku. Opalona cera straciła swój naturalny koloryt. Bella wyglądała na zmęczoną, jednak emanowała zdeterminowaniem. Zdawała sobie sprawę, że jeśli chce odzyskać wolność, musi zgodzić się na moje warunki. Nie zamierzała się zatrzymać.

Chwilę po tym, jak się z nią pożegnałem, niespodziewanie się we mnie wtuliła. Poczułem radość, że to właśnie ja będę mógł podarować jej wolność. Wtedy zrozumiałem, jak wiele to dla niej znaczy. Wkraczała w niepewną przyszłość, ale przynajmniej nie była w niej sama.

Isabella

Pół godziny później opuściłam domek nad morzem, w którym ukrywałam się od kilku dni. Zamykając drewniane, rozpadające się drzwi, odetchnęłam głęboko. Spojrzałam w górę, gdzie kilka mew zataczało nade mną kółka. Chciałam być tak wolna i beztroska jak one.

Założyłam kaptur na głowę, zarzuciłam na siebie plecak i szepnęłam sama do siebie:

– Czas zacząć przedstawienie.

Wyszłam na główną ulicę miasteczka i skierowałam się na pobliski przystanek autobusowy. Angelo kazał mi się zachowywać tak, jakbym ciągle się ukrywała. Kamera na przystanku miała uchwycić moment, w którym wsiadam do autobusu jadącego do Roma Termini, głównej stacji kolejowej w Rzymie.

Po godzinie jazdy wysiadłam i musiałam trafić do kafejki o nazwie Buon Appetito. Nie znałam jej dokładnej lokalizacji i obawiałam się, że nie znajdę jej od razu. Na szczęście nie musiałam kręcić się w kółko – zobaczyłam pomarańczowy szyld kawiarni.

Weszłam do środka i natychmiast zauważyłam dziewczynę w okularach, bardzo podobną do mnie wzrostem, choć z blond włosami. Nasze spojrzenia się spotkały, i gdy w końcu obie zrozumiałyśmy, że to na siebie czekamy, nieznajoma skinęła w moją stronę głową. Podeszłam do niej.

– Bella? – zapytała nieznajoma.

– Tak. To ja.

– Chodź za mną.

Zaprowadziła mnie do małego pomieszczenia gospodarczego. Zamknęła drzwi, odwróciła się w moją stronę i powiedziała bez zbędnych wstępów:

– Zdejmij swoje ubranie.

Sama zaczęła się rozbierać, a ja stałam jak słup soli, nie wiedząc, co robić.

– No dalej – ponagliła mnie. – Mamy mało czasu. Za pięć minut mam pociąg.

Te słowa mnie otrzeźwiły. Przełknęłam ślinę i zrobiłam to samo, co ona. Zamieniłyśmy się ciuchami. Kobieta zdjęła perukę i podała mi ją wraz okularami. Pod nią skrywały się czarne pasma – dokładnie w kolorze moich włosów. Teraz wyglądała jak moja kopia, a ja jak ktoś zupełnie obcy.

Podała mi torebkę i kazała przepakować do niej swoje rzeczy. Otworzyłam plecak i zrobiłam, jak kazała. Chwilę później nieznajoma – wyglądająca dokładnie jak ja – zarzuciła plecak na plecy. Zanim wyszła, rzuciła jeszcze cicho:

– Powodzenia!

Gdy zostałam sama, ogarnęła mnie krótka panika, ale szybko ją stłumiłam. To jeszcze nie koniec planu Angela. Nie było czasu na wahanie. Wzięłam kilka głębokich oddechów i wyszłam z pomieszczenia. Sprzedawca z turbanem na głowie – prawdopodobnie Hindus – zerknął na mnie badawczo. Zapewne przekupiony przez Angela, nie zadawał żadnych pytań. Podał mi tylko kubek z kawą, lekki i zupełnie zimny. Nie mogłam się teraz nad tym zastanawiać. Teraz musiałam zniknąć.

Wolnym krokiem opuściłam kafejkę, udając zwykłą klientkę. Tak, jakbym właśnie kupiła kawę na wynos. Tymczasem dziewczyna grająca moją rolę, wsiadała do pociągu i opuszczała miasto. Plan zakładał, że ludzie Fabia uwierzą, że to ja wyjechałam, śledząc kobietę, która była moim odbiciem.

Na zewnątrz, próbując złapać oddech, skręciłam w boczną uliczkę. To tam miał czekać na mnie czarny mercedes. Szłam na drżących nogach, starając się nie oglądać za siebie. Na końcu drogi dostrzegłam samochód pasujący do opisu Angela. Lśnił w półmroku, za bardzo rzucając się w oczy.

Kiedy podeszłam bliżej, tylne drzwi otworzyły się same. Zawahałam się tylko przez ułamek sekundy, po czym niepewnie wsiadłam do środka. Nie wiem, dlaczego tak bardzo wierzyłam, że zobaczę tam Angela. Jednak we wnętrzu siedział młody mężczyzna, którego nie znałam.

Serce podeszło mi do gardła. Facet musiał zauważyć moją panikę, bo odezwał się opanowanym, niskim głosem:

– Spokojnie. Mam tylko jedno zadanie: bezpiecznie zawieźć cię na lotnisko.

– Jesteś od Angela? – zapytałam, choć pytanie zabrzmiało naiwnie nawet dla mnie. Wiedziałam jednak, że w tym świecie nie było miejsca na zaufanie.

Kącik jego ust drgnął w ledwo dostrzegalnym uśmiechu.

– Tak. Jestem Marcello. Możemy jechać.

Kierowca, słysząc jego słowa, ruszył bez wahania w kierunku lotniska. Zapięłam pasy i dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że kurczowo trzymam papierowy kubek. Palce mnie aż bolały. Uniosłam białe wieczko i zajrzałam do środka. Zamiast kawy znalazłam tam złożony list i plik gotówki – funty brytyjskie.

Droga Isabello.,

nie mogłem z Tobą jechać na lotnisko. Gdy Ty będziesz podążać ku swojej wolności, ja muszę sprawiać wrażenie, że wszystko jest tak jak dawniej.

Na miejscu ktoś będzie na Ciebie czekał z tabliczką z twoim nowym imieniem.

Zaufaj jej. To osoba bardzo mi bliska.

Pewnego dnia pojawię się w Twoim życiu.

Powodzenia.

A.

Nie wiem, dlaczego, ale zrobiło mi się niewyobrażalnie smutno, że nie zobaczę go przed wyjazdem. Ledwie zdążyłam przeczytać zawartość listu, a mężczyzna siedzący obok wysunął zapalniczkę i podpalił papier. Zaskoczona, próbowałam zareagować, lecz wyrwał mi go z dłoni, zerknął na tlący się ogień, otworzył okno i wyrzucił resztki na zewnątrz.

– Zero śladów – wyjaśnił krótko.

Kiwnęłam posłusznie głową.

Po kilkunastu minutach dotarliśmy do celu.

– Trzymaj. Twój bilet.

Moje nowe życie zaczynało się w Londynie. Od teraz nazywałam się Bianca Lorenz. Wysiadłam z cichym „dziękuję” i ruszyłam w stronę kontroli paszportowej. Trzęsłam się jak osika, gdy oficer porównywał moją twarz ze zdjęciem w podrobionym paszporcie. Sekundy ciągnęły się w nieskończoność. Po chwili mężczyzna kiwnął głową i oddał mi dokument. Mogłam ruszyć dalej.

Z wymuszonym uśmiechem, kurczowo ściskając paszport, weszłam do toalety, gdzie dałam upust swoim emocjom. Płacz przyniósł ulgę, choć zostawił po sobie spuchnięte, zaczerwienione oczy. Kupiłam wodę i kanapkę, po czym usiadłam na ławce. Musiałam myśleć o dziecku, o moim dzidziusiu, który potrzebował siły, spokoju i bezpieczeństwa.

Gdy siedziałam już na swoim miejscu, przypięta pasami, a samolot wznosił się w powietrze, ogarnęła mnie nieodparta chęć krzyku z radości.

Zrobiłam to.

Udało mi się.

Byłam wolna.

Nikt mnie nie zatrzymał. To Angelo mnie uratował. To on dał mi bilet do wolności. Nawet jeśli ktoś wpadnie na mój trop, będę już daleko. Daleko od tego chaosu. Daleko od Fabia.

A jednak gdzieś głęboko pojawił się smutek.

Kochałam go.

Ta miłość wyniszczała mnie od środka, bo od początku była skazana na porażkę. Miał żonę, a ja byłam tylko jego kochanką. Poznaliśmy się podczas prywatnych sesji masażu. Pracowałam jako masażystka. Zawsze zachowywałam profesjonalizm w pracy, ale to on, Fabio, zaczął przekraczać granice jako pierwszy. Doskonale wiedziałam, kim jest. I mimo to uległam jego urokowi.

Z czasem potajemne spotkania stały się regularne. Wydawało się, że pasujemy do siebie idealnie. Wierzyliśmy w nasze uczucia.

W końcu nadszedł ten dzień, kiedy Fabio wyznał mi miłość. Obiecał, że znajdzie sposób, byśmy byli razem. Potrafił być romantyczny i niezwykle przekonujący. Ale dni mijały, a nic się nie zmieniało. Zaczęłam się dusić w tym układzie. Fabio stał się chorobliwie zazdrosny i to zazdrość ostatecznie zniszczyła nasz związek.

I wtedy w Angelu odnalazłam przyjaciela. Sporo rozmawialiśmy. Gdy dowiedziałam się, że jestem w ciąży z Fabiem, wpadłam w panikę. Angelo był pierwszą osobą, której powiedziałam o dziecku. Często powtarzał, że się mną zaopiekuje i dotrzymał słowa.

Zmęczona emocjami zasnęłam. Obudziłam się dopiero, gdy stewardesa poinformowała, że należy ponownie zapiąć pasy, ponieważ lądujemy. Moich nie rozpinałam przez cały lot, bo dawały mi poczucie bezpieczeństwa.

Spojrzałam przez okno. Pod nami rozciągał się Londyn, splątany siecią ulic. Nigdy wcześniej nie odwiedzałam tego miejsca, ale znałam angielski na tyle dobrze, by wierzyć, że przetrwam.

Po wylądowaniu i czekaniu w długiej kolejce do kontroli paszportowej, nastąpiła seria pytań: Jak długo będę tu przebywać? Skąd jestem? Czy znam tutaj kogoś?

Po co te wszystkie pytania? Byłam tylko turystką z Włoch, która przyjechała zwiedzać Londyn!

W końcu pozwolono mi wejść na teren Zjednoczonego Królestwa. Ulgę poczułam dopiero wtedy, gdy opuściłam halę przylotów.

Po wyjściu ruszyłam w poszukiwaniu kobiety, która miała na mnie czekać. Postanowiłam jednak zadziałać inaczej, niż polecił Angelo. Gdy ją zlokalizowałam, celowo wpadłam na nią i wsunęłam jej w dłoń karteczkę napisaną jeszcze w samolocie. Poprosiłam o spotkanie w toalecie.

Po chwili przyszła. Czarnoskóra kobieta po pięćdziesiątce spojrzała na mnie uważnie.

– Bianca?

– Tak – odpowiedziałam szeptem, po angielsku.

– Świetnie – odparła po włosku, uśmiechając się ciepło.

– Mówisz po włosku?

– Oczywiście. Jestem Amina. – Uścisnęła mi dłoń. – Nie bój się. Jesteś bezpieczna.

Bezpieczna? Nie. Nigdy już nie będę naprawdę bezpieczna. Zawsze będę żyć w cieniu tego, co zrobiłam – i tego, co musiałam zrobić, by ocalić siebie i dziecko.

Taka była cena wolności.Mojej i jeszcze nienarodzonego dziecka, które w przyszłości miało stać się dziedzicem fortuny rodziny Brunettich.

.

Rozdział 2

Rozkosz

przeszłość

Fabio

Witam. Jestem Olivia.

Drgnąłem, słysząc kobiecy głos za plecami. Pogrążony w myślach, nawet nie zauważyłem, kiedy weszła do środka. Gdy się odwróciłem, zobaczyłem zgrabną kobietę ubraną w czarne legginsy i dopasowany podkoszulek w tym samym kolorze. Chodziła boso. Czarne włosy miała zaplecione w warkocz, a swoją twarz skrywała pod złotą maską. Tylko jej intensywnie zielone oczy przewiercały mnie na wylot.

Znajdowaliśmy się w gabinecie masażu, który został zaaranżowany specjalnie na moje potrzeby. W rogu pomieszczenia tliła się czerwona lampa, utrzymując wnętrze w półmroku, a kadzidło roztaczało delikatny zapach lawendy, który, ku mojemu zaskoczeniu, działał kojąco. Pośrodku stała leżanka, na której wkrótce miała rozpocząć się sesja.

Od jakiegoś czasu miewałem koszmary. Zawsze te same. Pożar. Za każdym razem znajdowałem się w płonącym budynku. Ogień rozprzestrzenił się wszędzie. Nie miałem drogi ucieczki. Budziłem się zlany potem, łapiąc oddech. Najgorszy był ból dłoni, które pamiętały coś, czego nie chciałem sobie przypominać.

To Angelo zaproponował mi niecodzienne rozwiązanie – masaż tantryczny. Twierdził, że pomoże mi odzyskać równowagę. Potrzebowałem jej desperacko. Z każdym dniem stawałem się coraz bardziej drażliwy i niebezpieczny dla otoczenia.

Dla kogoś z zewnątrz mogłoby to brzmieć wręcz absurdalnie: wpływowy polityk, pewny siebie mężczyzna, który, notabene, ściśle współpracuje z mafią, szuka ukojenia w masażu tantrycznym. A jednak chciałem spróbować wszystkiego.

To była moja pierwsza sesja. Nie wiedziałem, czego się spodziewać. Nigdy wcześniej nie korzystałem z usług masażystki. Próbowałem tabletek nasennych, biegania, siłowni. Pozostały mi dwie opcje: terapia albo to. Dla wielu kontrowersyjne, dla mnie ostatnia deska ratunku.

Angelo nie musiał długo mnie przekonywać. Uparłem się jednak na pełną anonimowość. Pieniądze mogły ją zapewnić. Jego zadaniem należało dopilnować tego sekretu tak, jakby strzegł czegoś bezcennego. W moim świecie sekrety miały wartość większą niż ludzkie życie.

– Olivio, dlaczego masz maskę? – zagadnąłem, wyraźnie zmieszany. Angelo nic mi o tym nie wspomniał.

– Lepiej, żeby pan nie widział mojej twarzy – odpowiedziała spokojnie. Jej głos brzmiał miękko, a jednak wystarczył, by przeszedł mnie dreszcz. Czułem go aż na karku.

– Ty moją widzisz – ripostowałem, unosząc lekko kąciki ust.

– Każdy w tym mieście zna pana twarz, panie Brunetti. – Jej zielone oczy błysnęły spod maski. – Powiedziano mi, że tak będzie bezpieczniej dla mnie. Mam nadzieję, że uszanuje pan tę część umowy zawartej z panem Angelem.

Przez chwilę milczałem, drapiąc się po kilkudniowym zaroście. Analizowałem jej słowa. W końcu skinąłem głową. Ten układ dało się nagiąć w każdej chwili… ale jeszcze nie teraz. Nie chciałem jej spłoszyć.

– W takim razie proszę się przygotować i położyć.

Zaskoczyło mnie, jak dziwnie zabrzmiało to polecenie. Zazwyczaj to ja wydawałem rozkazy. To mnie słuchano. Teraz role wyraźnie się odwracały.

– Nago – dodała. Ton miała uprzejmy, ale stanowczy. Ewidentnie to ona rozdawała tu karty.

– Bez ręcznika?

Nie to, że miałem jakiś problem z rozbieraniem się przed kobietami, ale nie na to byłem przygotowany.

Kąciki jej oczu uniosły się w uśmiechu.

– Masaż tantryczny obejmuje całe ciało. Jeśli nie jest pan gotowy, możemy skończyć już teraz.

– Nie powiedziałem, że nie jestem gotowy.

– To proces. – Zrobiła krok bliżej. Zbyt blisko. – Ciało musi zaufać umysłowi, a umysł ciału. Dopiero wtedy można pozbyć się napięcia. – Zawiesiła głos. – Ale proszę tego nie mylić z masażem erotycznym.

– Zapamiętam – rzuciłem krótko.

– A więc zaczynamy?

Zrobiłem to, co kazała. Za kotarą zdjąłem czarny garnitur i buty. Odruchowo owinąłem biodra ręcznikiem – ostatnia linia obrony. Gdy wróciłem, stała dokładnie tam, gdzie wcześniej. Spokojna i czujna.

Była niższa ode mnie. Smukła, ale nie krucha. Biła od niej pewność siebie, większa niż się spodziewałem. Spojrzała na mnie bez skrępowania.

– Zapraszam – powiedziała, wskazując leżankę przykrytą czarnym materiałem.

Westchnąłem w duchu. Jeśli takie są zasady, to muszę się do nich dostosować. Bez słowa zdjąłem i podałem jej ręcznik. Wzięła go bez wahania i odwiesiła na wieszaku przy drzwiach. Ten drobny gest miał w sobie coś niepokojącego, wyraźnie przejmowała nade mną kontrolę.

Położyłem się na leżance, twarzą w dół. Materiał okazał się chłodny. Czułem jej obecność za plecami, choć jeszcze mnie nie dotknęła. Cisza gęstniała, napięcie rosło, a ja po raz pierwszy od dawna uświadomiłem sobie, że oddaję władzę komuś obcemu. I to kobiecie.

I wcale nie miałem pewności, czy chcę ją odzyskać.

Isabella

Przełknęłam ślinę. Nie spodziewałam się, że Fabio Brunetti okaże się aż tak niebezpiecznie atrakcyjny. Cholera, Isabello. Jesteś w pracy. Brunet, z kilkoma niesfornymi kosmykami opadającymi mu na czoło, wpatrywał się we mnie z ciekawością, odkąd przekroczyłam próg pomieszczenia. Najbardziej przyciągały uwagę jego głębokie, czarne oczy, niemal hipnotyzujące.

Na czas naszych sesji miałam przestawać istnieć jako Isabella. Stawałam się Olivią. Taki był warunek Angela i przyjęłam go bez wahania. Podpisałam klauzulę poufności. Ani słowa. Ani imienia. Ani twarzy. Fabio nigdy nie miał się dowiedzieć, kim naprawdę jestem. Gdy zapytałam, po co jeszcze ta maska, Angelo odpowiedział bez ogródek:

– Fabio ma słabość do pięknych kobiet, Isabello.

Zabrzmiało to jak komplement. I właściwie nim było.

Ale jednocześnie stanowiło ostrzeżenie.

Spodziewałam się, co miał na myśli i dlaczego w tym świecie lepiej ukrywać nie tylko tożsamość, lecz także twarz.

Rozumiałam to aż za dobrze.

W salonie, w którym pracowałam, nie raz zdarzało się, że klienci mylili granice. Dlatego nie protestowałam ani przez chwilę. Dostałam nowe imię. A zasłonięta twarz miała mnie chronić.

A przynajmniej tak sobie wmawiałam.

Miejsce również było pomysłem Angela: odizolowane i dyskretne, przygotowane specjalnie na te spotkania.

Włączyłam spokojną, medytacyjną muzykę, dokładnie taką, jaka najlepiej pasowała do sesji, którą zaplanowałam. Pierwsze spotkania zawsze wymagały ostrożności. Nigdy się nie śpieszyłam i działałam powoli. Klient musiał poczuć się bezpiecznie… zanim całkowicie oddał kontrolę.

Fabio leżał już na leżance. Stanęłam za jego plecami. Zanurzyłam palce w podgrzewanym olejku i rozprowadziłam go między palcami. Przez chwilę się zawahałam, obserwując jego wysportowane ciało.

Skup się, Isabello!

 – Proszę się zrelaksować – szepnęłam i wtedy dotknęłam go po raz pierwszy.

Nie było w tym nic erotycznego – przynajmniej tak to sobie tłumaczyłam. A jednak, gdy moje palce zetknęły się z ciepłem jego skóry, pomiędzy nami przeskoczyła niewidzialna iskra, od której po całym ciele przebiegł dreszcz.

Fabio był cały napięty, jakby gotowy do walki. Albo do ucieczki.

– Proszę oddychać – powiedziałam cicho, choć sama musiałam pilnować własnego oddechu. – Tu nie musi pan niczego kontrolować.

Jego mięśnie zadrżały ledwie zauważalnie.

I wtedy pomyślałam, że nasze spotkania będą znacznie trudniejsze, niż ktokolwiek z nas przewidywał.

Fabio

– Proszę się zrelaksować – szepnęła jedwabistym głosem, dając mi do zrozumienia, że jest tuż za mną.

Niespodziewanie napiąłem się cały w oczekiwaniu na jej dotyk. Ciało wyprzedzało rozum. Wszystko w niej wydawało się tajemnicze: zaczynając od maski, poprzez sposób poruszania się, czy głos, który brzmiał zbyt miękko jak na zwykłą profesjonalną uprzejmość. Zgromiłem się w duchu. Opanuj się. To tylko masaż. Nic więcej.

Tylko że… byłem mężczyzną. I to bardzo świadomym jej kobiecości.

Gdy w końcu mnie dotknęła, poczułem ciepło jej dłoni i delikatność skóry. Z gardła wyrwał mi się cichy jęk, zanim zdążyłem go powstrzymać. Zaczęła od ramion, prowadząc dłonie powoli, metodycznie w górę i w dół.

– Jest pan bardzo spięty – zauważyła, gdy dotknęła karku. – Proszę się bardziej rozluźnić.

Jej sposób mówienia hipnotyzował. Mimowolnie zacząłem się w niego wsłuchiwać.

– Dobrze. Proszę zapomnieć o wszystkim, co zostawił pan za drzwiami. Skupić się tylko na tym, co jest teraz.

Jej dłonie zeszły na plecy.

– Umysł musi przestać dowodzić – mówiła cicho.

Zasłuchany nie zauważyłem momentu, gdy jej dłonie zjechały niżej, aż do pośladków. Instynktownie zesztywniałem.

– Proszę się rozluźnić – powtórzyła cierpliwie.

W pewnym momencie Olivia przejechała palcem pomiędzy moimi pośladkami, kontynuując mówienie: – Liczy się tylko tu i teraz.

Muzyka w tle zmieniła tempo, stała się bardziej pulsująca. Zapach i dźwięki zlewały się w jedno. Wszystko zaczęło się przenikać, a ja odbierałem to ze zdwojoną siłą. Z jednej strony czułem narastające podniecenie, z drugiej, niespodziewany spokój. Oddawałem się temu stanowi, pozwalałem sobie zapomnieć.

I w końcu zapomniałem.

O polityce. O układach. O tym całym brudzie, który nosiłem w sobie.

Nie wiem, ile to trwało. W pewnym momencie jej dłonie wróciły do miejsca, od którego zaczęła.

– Dobrze. Na dzisiaj już koniec.

Ocknąłem się, uświadamiając sobie brak ciepła jej dotyku.

– Już? – Odwróciłem głowę, chcąc się podnieść.

– Proszę jeszcze poleżeć – nakazała spokojnie, kładąc dłoń na moich plecach.

Opadłem z powrotem na leżankę i przymknąłem oczy. Po kilku minutach ciszy usiadłem. Czułem się lekko. Nadzwyczajnie lekko. Rozluźniony jak nigdy wcześniej. Rozejrzałem się po pomieszczeniu, szukając Olivii. Nigdzie jej nie znalazłem.

Na krześle obok leżały moje ubrania, starannie ułożone. Włożyłem je pośpiesznie, z zamiarem odnalezienia jej w budynku. Wtedy do gabinetu wszedł Angelo.

– I jak? Gotowy?

– Gotowy – odpowiedziałem niechętnie, zapinając mankiety koszuli.

– Chyba nie muszę pytać, jak było. – Uśmiechnął się krzywo. – Twoja mina mówi wszystko.

– Gdzie ona jest? – warknąłem. Nie miałem ochoty na rozmowę o moim samopoczuciu i wyglądzie. Musiałem odnaleźć kobietę i dowiedzieć się, kim jest.

– Kto? Olivia? – zapytał głupkowato.

– Nie mam dziś cierpliwości do żartów – odburknąłem.

– Spokojnie. Dziewczyna już poszła. – Wzruszył ramionami. – Zrobiła swoje. W końcu za to jej płacisz.

– Jak to…poszła?

– Tak. A właściwie czego od niej chciałeś?

Milczałem. Nie zamierzałem przyznawać, że chciałem ją zobaczyć bez maski. Poznać jej twarz.

Zamiast tego rzuciłem już spokojniej:

– Dobra. Co mamy do załatwienia na dzisiejsze popołudnie?

.

Rozdział 3

Rzeczywistość

Fabio

Rzuciłem niedbale teczkę na biurko i opadłem na czarny skórzany fotel, odsuwając się od biurka. Skóra cicho skrzypnęła pod moim ciężarem. Westchnąłem i poluzowałem granatowy krawat.

Czekałem na swoją żonę, Giulię, która już się spóźniała. Jednak moje myśli po raz kolejny tego dnia uciekły ku masażystce, którą poznałem zaledwie wczoraj. Olivia. Tajemnicza i niedostępna. Nie poznawałem samego siebie. Miałem przecież Giulię. Na swój sposób ją kochałem, a jednak to myślenie o innej kobiecie rozpalało we mnie coś, czego nie potrafiłem kontrolować. Myśli o niej… One wciąż szumiały w mojej głowie jak nieproszony, uparty wiatr.

Z Giulią wzięliśmy ślub kilka lat temu. Była młoda. Może za młoda. Z dziewczęcymi rysami, które kontrastowały z pewnością siebie i świadomością własnej kobiecości. Ledwo wkroczyła w dorosłe życie, gdy odebrano jej wolność. Dostałem ją w zamian za załagodzenie konfliktu między Rossim a jej rodzicami. Potrzebowałem przy swoim boku kogoś ostrego i pewnego siebie. Kogoś, kto potrafi przetrwać wśród rzymskiej elity.

Zbliżały się wybory, a moi doradcy powtarzali, że kobieta o takim temperamencie zwiększy moje szanse.

Nigdy nie wiązałem się na stałe i nie chciałem być ograniczany. Wiele kobiet przewinęło się przez moje życie, żadna jednak nie zadomowiła się w nim na długo. A potem pojawiła się Giulia – jak grom z jasnego nieba, w idealnym momencie. Przystałem na plan Rossiego, nie wnikając w jego motywy. On sam nie miał żony, a Giulia mogła doskonale wypełnić tę rolę, a jednak zdecydował się oddać ją mnie.

Po ślubie nasze początki nie należały do łatwych. Każdy dzień przypominał negocjacje między obowiązkiem a lojalnością. Z czasem jednak nawiązała się między nami więź. Niełatwa i momentami bolesna. Nauczyliśmy się żyć obok siebie, wspierając się w sprawach, które nie miały prawa dotrzeć do kogokolwiek poza nami.

– Gdzie ona, do kurwy nędzy, jest? – warknąłem pod nosem, zerkając na zegarek na nadgarstku.

Umówiłem się z Giulią dwadzieścia minut temu. W Pałacu Senatorskim trwało niewielkie przyjęcie, oficjalnie towarzyskie, w rzeczywistości będące zasłoną do rozmów, które nie powinny mieć świadków. Nie zamierzałem wchodzić tam ostatni. W moim świecie punktualność oznaczała szacunek… albo strach.

Miałem właśnie chwycić za komórkę, gdy drzwi otworzyły się gwałtownie.

Giulia weszła dumnym, pewnym krokiem, jakby całe to spóźnienie było częścią starannego planu. Elegancka jak zawsze, choć czasem ubierała się nieco zbyt wyzywająco. Tym razem wybrała czarną sukienkę przed kolano, eksponującą odkryte ramiona i doskonale opalone ciało. Wyglądała z klasą. Materiał opinał ją dokładnie tam, gdzie powinien. Długie, ciemne włosy opadały swobodnie na ramiona.

– Giulia! – Wstałem i wymownie stuknąłem palcem w tarczę zegarka.

– Wiem, kochanie. Spóźniłam się. – Uśmiechnęła się niewinnie – Ale spójrz na mnie… Czy nie było warto na mnie trochę dłużej poczekać?

Zlustrowałem ją wzrokiem, wolno, bez pośpiechu. Musiałem przyznać, efekt okazał się dokładnie taki, jaki lubiłem. Kącik moich ust uniósł się mimowolnie. Obszedłem biurko i przyciągnąłem ją do siebie.

– Jak zawsze pełna wdzięku i klasy – mruknąłem jej do ucha.

Zadrżała lekko. Znała ten ton. Uśmiechnęła się, trzepocząc rzęsami. Zerknąłem w jej figlarne, błyszczące oczy i odwzajemniłem uśmiech. Położyła dłonie na moim torsie i odsunęła się na tyle, by spojrzeć mi w oczy.

– Mówiłam ci już, jak uwielbiam twój kilkudniowy zarost – wyznała, muskając mój policzek opuszkami palców. – Wiesz… – zawahała się. – Dziś jest ten dzień. Po kolacji moglibyśmy spróbo-wać jeszcze raz.

Przez ułamek sekundy miałem ochotę wywrócić oczami, jednak nie zrobiłem tego. Zamiast tego uśmiechnąłem się łagodnie.

– Czego tylko sobie życzysz, moja droga.

Przyciągnąłem ją ponownie.

Giulia pragnęła dziecka. Ja też. Przynajmniej w teorii. Moi rodzice oczekiwali ode mnie potomka. Następcy. Nazwisko Brunetti musiało przetrwać. Staraliśmy się już dobre kilka lat, a każda kolejna porażka odciskała na nas ślad. Myślę, że na Giulii bardziej.

Zaczynałem się bać, że to pragnienie powoli zamienia się w obsesję. Seks bywał automatyczny, co nie przynosiło mi całkowitej satysfakcji. Od jakiegoś czasu wspominałem nawet o adopcji dziecka, lecz ona nie chciała o tym słyszeć. Pragnęła dać mi swoje dziecko, za co bardzo ją ceniłem. Surogatka była jedyną opcją, którą dopuszczała.

„W naszym dziecku musi płynąć krew rodziny Brunettich” – powtarzała.

I nie mogłem się z tym nie zgodzić.

– Chodź – powiedziałem w końcu. – Jesteśmy już spóźnieni.

Złapałem za jej dłoń i pociągnąłem ku wyjściu.

Sala bankietowa znajdowała się we wnętrzu budynku, kilka pięter niżej. W windzie panowała cisza. Każde z nas zatopiło się we własnych myślach. Tuż przed otwarciem drzwi spojrzałem na nią.

– Gotowa?

Poprawiła mój krawat z figlarnym uśmiechem.

– Ty już tak. A ja… jak zawsze.

Puściła do mnie oko, czym mnie rozbawiła.

Gdy wkroczyliśmy do sali, rozmowy ucichły, a spojrzenia wszystkich skierowały się na nas. Zdawałem sobie sprawę, że tworzyliśmy wyjątkową parę. Ja z nonszalancką pewnością siebie, ona z wdziękiem kobiety, która doskonale wie, jaką pozycję zajmuje u mojego boku.

Goście podchodzili jeden po drugim, witając się i wymieniając uprzejme frazesy. Dopiero po dłuższej chwili zajęliśmy swoje miejsca przy długim, prostokątnym stole, uginającym się pod ciężarem starannie dobranych przekąsek. Po wykwintnej, czterodaniowej kolacji towarzystwo zaczęło się rozdzielać – mężczyźni dyskretnie przechodzili do sąsiedniej sali, by zająć się rozmowami, które miały pozostać wyłącznie w męskim gronie. Kobiety natomiast zbierały się w kąciku z kanapami, gdzie kelnerzy napełniali ich kieliszki prosecco i innymi wytrawnymi trunkami.

Giulia

Zatopiona we własnych myślach, przysłuchiwałam się rozmowie dwóch koleżanek, które z wyraźnym zapałem plotkowały o nieobecnej kobiecie. Kiwałam głową i uśmiechałam się uprzejmie we właściwych momentach, lecz w rzeczywistości nie docierało do mnie ani jedno słowo. Odpłynęłam myślami zupełnie gdzieś indziej.

Dzisiejszego popołudnia otrzymałam SMS-a. Tajemniczego. Od nieznanego numeru. To on był prawdziwym powodem mojego spóźnienia na kolację. Nie przedłużająca się wizyta u makijażystki, jak wszystkim wmawiałam.

Gdy wróciłam gotowa do domu, mój telefon oznajmił nową wiadomość. Zdziwiłam się, widząc obcy numer. Przez krótką chwilę się wahałam, po czym ciekawość zwyciężyła.

Nieznajomy:Myślę o Tobie, odkąd Cię zobaczyłem.

Serce zabiło mi szybciej.

Kimkolwiek był, wiedział, jak przykuć uwagę.

Próbowałam odtworzyć w myślach ostatnie dni. Czy poznałam kogoś nowego? Czy pozwoliłam sobie na zbyt dwuznaczny uśmiech? Flirtowałam, to prawda. Lubiłam tę grę. Dawała mi poczucie kontroli i chwilową ucieczkę od rzeczywistości. Ale nigdy nie przekraczałam granic.

Byłam żoną wpływowego i niebezpiecznego mężczyzny. Każdy, kto miał choć odrobinę rozsądku, trzymał się ode mnie z daleka.

A jednak ten ktoś… odważył się.

Palce drżały od ekscytacji, gdy wystukiwałam odpowiedź.

Giulia: Kim jesteś?

Nie czekałam długo. Zdążyłam jedynie zsunąć z obolałych stóp szpilki, gdy telefon znów zawibrował.

Nieznajomy: Twoją przyszłością.

Wstrzymałam oddech. Kto to do cholery jest?

Giulia: Znamy się?

Nieznajomy: A jak myślisz?

Poczułam narastające napięcie. To nie żart. Ton był zbyt pewny. Zbyt osobisty.

Giulia: Przedstaw się. Inaczej przestanę odpisywać.

Rzuciłam telefon na kuchenny blat i otworzyłam lodówkę. Sięgnęłam po schłodzone różowe wino. Nalałam do kieliszka i wypiłam łyk, pozwalając, by alkohol rozlał się przyjemnym chłodem po moim ciele. Przymknęłam powieki.

Uwielbiałam tę chwilę. Krótką, kruchą iluzję spokoju. Jedyny moment, w którym mogłam zdjąć maskę.

Telefon znów zawibrował.

Nieznajomy: Tranquilla! 1 Nic się nie zmieniłaś. Dalej jesteś niecierpliwa.

Zamarłam.

Coś ścisnęło mnie w brzuchu.

Prychnęłam cicho, próbując wmówić sobie, że to głupi żart. Spojrzałam na zegar wiszący na ścianie.

Cholera! Jestem spóźniona!

Jednym haustem dopiłam wino, które stało się moim wiernym przyjacielem w chwilach, gdy musiałam udawać, że wszystko jest w porządku. Tylko przed sobą mogłam być szczera. Topiłam smutki w alkoholu.

Odstawiłam pusty kieliszek do zmywarki i szybko pobiegłam do garderoby. Włożyłam na siebie kreację przygotowaną na wieczór, założyłam maskę perfekcyjnej żony i bez oglądania się za siebie opuściłam mieszkanie.

Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że ta jedna wiadomość właśnie uruchomiła lawinę, której nie da się zatrzymać.

Drgnęłam, gdy w mojej torebce nagle zadźwięczał telefon. Serce podskoczyło mi do gardła. Przeprosiłam znajome, odwróciłam się i skierowałam w stronę ogromnego, dwumetrowego okna wychodzącego na nocne miasto.

Odstawiłam lampkę z różowym winem na marmurowy parapet i sięgnęłam po komórkę. Ekran rozświetlił się jasno. Westchnęłam cicho, widząc nadawcę, i z rosnącą irytacją otworzyłam wiadomość.

Nieznajomy: In vino veritas 2.

Zamarłam.

Na moment wszystko wokół mnie ucichło. Wstrzymałam oddech i rozejrzałam się dyskretnie po sali. Żadnych mężczyzn w pobliżu. Tylko kobiety, rozmowy, śmiech i dźwięk stukających kieliszków. Nikt nie zwracał na mnie uwagi.

A jednak czułam, że ktoś mnie obserwuje.

Mój wzrok mimowolnie zatrzymał się na wielkim lustrze na przeciwległej ścianie. Patrzyłam w swoje odbicie dłużej, niż powinnam. Makijaż był perfekcyjny. Fryzura nienaganna. Tylko oczy mnie zdradzały, czujne i zbyt niespokojne.

Nagle wielkie drewniane drzwi się otworzyły, a z nich kolejno wychodzili mężczyźni. Ujrzawszy swojego męża, podeszłam do niego, chcąc się wydostać z tego przyjęcia jak najszybciej.

– Kochanie, możemy się już zbierać? Jestem bardzo zmęczona.

– Jasne. Już dzwonię po kierowcę – odpowiedział, gładząc mnie delikatnie po plecach.

Chwilę po tym, kiedy Fabio żegnał się ze swoim przyjacielem Angelem, dostałam kolejną wiadomość.

Nieznajomy:Meglio soli che male accompagnati 3.

Miałam mętlik w głowie. Czy to ktoś z tego towarzystwa? A może ktoś z mojej przeszłości? Tej, do której obiecałam sobie nigdy nie wracać. Na samą myśl o tym, zaczęłam drżeć na całym ciele. Pogodziłam się już ze swoim losem. Losem dziewczyny, która stała się kartą przetargową. Tą, która załagodziła konflikt między własnym ojcem a najpotężniejszym człowiekiem w Rzymie i jego wrogiem.

Wyszłam za mąż bez miłości.

A jednak… z czasem się pojawiła. Kochałam go na swój sposób. Traktował mnie dobrze. Szanował mnie. Razem stanowiliśmy idealną parę, czego inni mogli zazdrościć.

Prawie idealną.

Jedyną rysą na naszym małżeństwie był brak dziecka.

Tego samego wieczoru poszłam spać, skarżąc się na migrenę. Wyłączyłam telefon. Nie chciałam kolejnych wiadomości.

Rzeczywistość przytłaczała.

Przyszłość przerażała.

A przeszłość… nie pytała o pozwolenie. Po prostu dobijała się do moich drzwi coraz głośniej.

1Tranquilla (wł.) – Spokojnie

2In vino veritas (łac.) – W winie prawda

3Meglio soli che male accompagnati (wł.) – Lepiej być samemu, niż w złym towarzystwie

.

Rozdział 4

Przeszłość

Fabio

Ostatnio w moim życiu panował chaos. Giulia przechodziła trudny okres. Stała się wycofana, zamknięta w sobie, nie chciała wychodzić z domu ani uczestniczyć w żadnych spotkaniach towarzyskich. Milczała więcej niż zwykle. Gdy próbowałem wyciągnąć z niej cokolwiek, zasłaniała się nawracającą migreną. Z czasem przestałem drążyć. Widziałem tylko dwa możliwe powody: albo przesadzała z alkoholem podczas mojej nieobecności, albo wciąż nie potrafiła pogodzić się z faktem, że nie możemy spłodzić dziecka.

W pracy było jeszcze gorzej. Zbliżały się wybory, a ja tkwiłem w samym ich centrum. Byłem burmistrzem Rzymu. Filantropem. Wizjonerem. Lokalnym bohaterem. Tak mnie widzieli.

W młodym wieku osiągnąłem więcej niż większość. Ukończyłem ekonomię na Uniwersytecie La Sapienza, a następnie obroniłem doktorat poświęcony zrównoważonemu rozwojowi Rzymu i obronie jego dziedzictwa kulturowego. Zostałem zauważony, a moja kariera polityczna w stolicy szybko zaczęła się rozwijać. Początkowo celowałem w miejsce w radzie miejskiej, ale los chciał inaczej.

Cztery lata temu wystartowałem jako niezależny kandydat na burmistrza. Bez partii. Chciałem władzy, ale na własnych zasadach. I wygrałem.

Za rok miała skończyć się moja kadencja, a kampania reelekcyjna już trwała.

Nikt jednak nie znał całej prawdy.

Oficjalnie wszystko osiągnąłem sam i w dużej mierze tak było. Ale gdyby ktoś zajrzał głębiej, szybko połączyłby fakty z jednym nazwiskiem: Rossi.

Alessandro Rossi.

Najpotężniejszy człowiek rzymskiego półświatka.

Wszyscy się go bali. Poza mną.

Wychowaliśmy się w tych samych neapolitańskich dzielnicach, gdzie przetrwanie zależało od sprytu, koneksji albo brutalnego szczęścia.

Moi rodzice byli robotnikami w fabrykach produkujących odzież. Mama pracowała jako szwaczka, a ojciec jako kierowca. Pokonywał długie trasy od Zatoki Neapolitańskiej aż po jezioro Garda. Rodzicie pracowali ciężko, by przetrwać.

Z kolei rodzina Rossiego była dynastią.

Giuseppe Rossi, dziadek Alessandra, należał do właścicieli jednej z najpotężniejszych fabryk odzieżowych w naszym regionie. Miał instynkt do interesów i szybko zrozumiał, że prawdziwa władza nie kończy się na murach zakładu. Wszedł w układ z rządzącym wówczas klanem De Vito, a niedługo po tym został prawą ręką capo.

Gdy przywódcę klanu znaleziono na przedmieściach Neapolu, zwęglonego, w bagażniku własnego samochodu, nikt nie miał wątpliwości, kto przejmie stery. De Vito nie miał dzieci. Dlatego Giuseppe Rossi miał stanąć na czele organizacji. Po latach władzę przejął jego syn Matteo, ojciec Alessandra.

Od dziecka Alessandro był przygotowywany na następcę. Paradoksalnie właśnie to pchnęło go w przeciwnym kierunku. Już wtedy, gdy jako dzieciaki kopaliśmy razem piłkę na zakurzonych boiskach, powtarzał, że stąd ucieknie. Że Neapol to nie jego przeznaczenie. Mówił o Rzymie – o mieście, w którym jego ojciec miał jakieś wpływy i w którym on sam zamierzał zacząć wszystko od nowa.

Giuseppe Rossi stał się dla mnie symbolem. Dowodem na to, że z pozycji zwykłego przedsiębiorcy można wspiąć się na sam szczyt. Jego historia rozpalała moją ambicję i podsycała pragnienie, by wyrwać siebie i moich rodziców z życia, które nie dawało im wyboru. Rozmowy z Alessandrem niepostrzeżenie ukierunkowały moje marzenia ku Rzymowi – tam chciałem studiować i osiągnąć sukces.

Moi rodzice pracowali ponad siły, żeby umożliwić mi wyjazd do stolicy. Ja z kolei, jeszcze jako nastolatek, rzuciłem szkołę i poszedłem do pracy w fabryce – tej samej, w której harowała moja matka. W dzień pracowałem, wieczorami uczyłem się do matury. Wiedziałem, że to jedyna droga, żeby dostać się na studia i nigdy już nie wrócić do punktu wyjścia.

Obydwoje z Alessandrem osiągnęliśmy swoje cele. Dzieliła nas jednak zasadnicza różnica. On dotarł tam, gdzie jest, dzięki nazwisku i rodzinnej potędze. Ja dzięki sobie. Dzięki ambicji, cierpliwości i bezwzględnej konsekwencji. No, może poza jednym…

Moja kampania wyborcza została dopięta na ostatni guzik. Profesjonalna i kosztowna. I przyniosła zamierzone efekty. Nie oszukiwałem się jednak – bez wpływów i pieniędzy Rossiego nie wyglądałaby tak imponująco. W zamian za moją opiekę nad jego doskonale funkcjonującym półświatkiem w Rzymie, on zapewniał mi polityczne zaplecze, o jakim inni mogli tylko marzyć.

Oficjalnie byłem politykiem. Człowiekiem, który dbał o interesy miasta i jego mieszkańców. Nieoficjalnie pełniłem drugą funkcję, znacznie ważniejszą i całkowicie wykraczającą poza ramy prawa.

Choć mieszkałem w Rzymie, najwyraźniej nigdy do końca nie odciąłem się od swoich korzeni. Rossi pozwolił mi prowadzić własne interesy w Lazio. Legalne jedynie z nazwy.

Sprowadzałem do stolicy najwyższej jakości tekstylia produkowane w fabryce mojego kuzyna, położonej w okolicach Neapolu. Wspierałem rodzinę i jednocześnie budowałem własną sieć. Z moim kuzynem Lorenzo stworzyliśmy układ, który działał bez zarzutu. Towar trafiał na rynek Lazio bez obciążeń podatkowych, drogą morską. Na autostradzie byłby zbyt łatwym celem kontroli. Port mieliśmy dogadany. Raz w miesiącu jeden statek stawał się widmem. Oficjalnie istniał, a w rzeczywistości nigdy nie pojawiał się w rejestrach.

System funkcjonował perfekcyjnie. Przynajmniej do czasu.

Bo wieści, jak to bywa, zaczęły krążyć szybciej, niż powinny. A ja nie zamierzałem pozwolić, by ktoś wtykał nos w moje sprawy.

** *

Wraz z Angelem i moim kierowcą wyjeżdżaliśmy właśnie z Rzymu. Kierowaliśmy się w stronę portu Civitavecchia, gdzie za niecałą godzinę miał przybyć pełny kontenerowiec. Nowy towar powinien zniknąć tak szybko, jak się pojawił. Tym razem jednak zamierzałem dopilnować wszystkiego osobiście.

Cholera! Myśli o Olivii pojawiały się w najmniej oczekiwanym momencie. Czyste szaleństwo. Nawet nie widziałem jej twarzy, a mimo to nie potrafiłem wyrzucić jej z głowy.

W przeszłości wielokrotnie łamałem przysięgę małżeńską, ale nigdy nie czułem niczego poza fizycznym głodem. Kobiety pojawiały się i znikały, nie zostawiając po sobie śladu. Teraz wszystko wyglądało inaczej. Olivia nawet mnie nie dotknęła w sposób, który można by nazwać intymnym, a mimo to rozbrajała mnie od środka.

Bezskutecznie próbowałem odpychać te myśli. Czułem się jak nastolatek, co drażniło mnie bardziej, niż chciałem przyznać. Pragnąłem mieć kontrolę nad wszystkim, ale nad tym jednym nie potrafiłem.

– Fabio! Halo! Tu ziemia!

Głos Angela brutalnie wyrwał mnie z zamyślenia. Spojrzałem na mojego wiernego przyjaciela i współpracownika. Stanowił moje całkowite przeciwieństwo. Jasna karnacja i blond włosy sprawiały, że wyglądał bardziej na Skandynawa niż rodowitego Włocha.

– Co mówiłeś? – mruknąłem, drapiąc się po podbródku.

– Dostałem wiadomość od Marcella. Wszystko idzie zgodnie z planem.

– Tego właśnie oczekiwałem.

– Nie musieliśmy tam dzisiaj jechać.

– Po ostatnim syfie? – prychnąłem. – Też miało być spokojnie, a banda amatorów wyskoczyła zza ściany, jakby przyszli na przyjęcie.

– Dlatego zmieniliśmy ludzi. Ale może masz rację. Zobaczymy, na co ich stać.

– Oby! – burknąłem. – Inaczej słono za to zapłacą.

Angelo zmrużył oczy.

– Coś cię ugryzło? Jesteś dziś jakiś… nabuzowany.

Założyłem nogę na nogę, wyciągnąłem z kieszeni paczkę papierosów i jednego zapaliłem. Przez chwilę milczałem, a potem uśmiechnąłem się krzywo, wypuszczając dym.

– Muszę rozładować napięcie.

Angelo skinął głową. Rozumieliśmy się bez słów.

– Zarezerwować lożę i panienki?

Jednak nie tym razem.

Zazwyczaj tak to wyglądało. Spotykaliśmy się w elitarnym klubie, gdzie czekała na nas prywatna loża. Mogliśmy liczyć na pełną dyskrecję. Mój wizerunek polityka bez skazy musiał pozostać nienaruszony. Angelo dbał o wszystko i opłacał kogo trzeba. Zamykał usta tym, którzy powinni milczeć.

Dziś jednak chciałem czegoś innego.

A właściwie kogoś konkretnego.

– Nie – odparłem. – Załatw mi spotkanie z tą masażystką.

Angelo uniósł brwi.

– Olivią? Nie wiem, czy dziś będzie wolna…

– Nic mnie to, kurwa, nie obchodzi – przerwałem ostro. – Zrób tak, żeby była.

Sam się zdziwiłem, jak szybko to powiedziałem. Ale całym sobą czułem, że jej potrzebuję. Jej obecności. Dotyku na swojej skórze. Tego, jak odbiera mi kontrolę.

– Już dotarliśmy – oznajmił Angelo.

Wyrzuciłem peta przez otwarte okno i spojrzałem w stronę portu. Dochodziła dwudziesta pierwsza. Ciemność spowiła nabrzeże. W taki wieczór port powinien tętnić życiem, a jednak panowała tu niemal grobowa cisza.

Sięgnąłem do kieszeni kurtki i wsunąłem w ucho małą słuchawkę. Na takich akcjach zawsze pozostawaliśmy w stałym kontakcie. Marcello, najwierniejszy człowiek Angela, pilnował ludzi przy kontenerach, a ja chciałem słyszeć wszystko, co działo się na nabrzeżu.

Zaufani, dobrze opłaceni ludzie pojawiali się tylko po to, by szybko przeładować towar i zniknąć. Przyjechaliśmy innym samochodem niż zwykle.

Miałem złe przeczucia, że amatorzy uderzą jeszcze raz. Nie miałem co do tego wątpliwości. Ktoś w naszych szeregach był kretem. A zdrada miała swoją cenę.

Po ostatniej akcji straciliśmy oddanego człowieka. Tego nie da się tak łatwo zapomnieć. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że z Fabiem Brunettim się nie igra. Każda próba odebrania mi tego, co moje, skończy się krwią.

W samochodzie zapadła cisza. Nawet kierowca wstrzymał oddech. Kontenerowiec dobił do nabrzeża, a ekipa ruszyła do rozładunku.

Nagle z prawej strony coś mignęło. Nim zdążyliśmy zareagować, usłyszeliśmy pierwsze strzały wymierzone w naszym kierunku.