Carl von Wedel. Fałszywa gra - Robert Michniewicz - ebook + audiobook

Carl von Wedel. Fałszywa gra ebook i audiobook

Michniewicz Robert

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Miłość i zdrada w cieniu zbliżającej się wojny…

Rok 1938. Europa stoi na krawędzi wojny. Carl von Wedel, pomorski arystokrata, zostaje zwerbowany przez polski wywiad i rozpoczyna ryzykowną grę o najwyższą stawkę. Dzięki berlińskim koneksjom trafia do samego serca Abwehry, gdzie bierze udział w tajnej operacji przeciwko ZSRR, starając się przy tym pozyskiwać cenne informacje dla obronności Polski. Równocześnie przeżywa miłość do żony polskiego oficera. Przekazywane przez von Wedela polskiej Dwójce informacje o przyśpieszeniu prac nad planami agresji Niemiec na Polskę oraz o zbliżeniu między III Rzeszą a Sowietami podawane są w kraju w wątpliwość i nawet gdy dzięki wysiłkom Carla w ręce rezydenta polskiego wywiadu w Berlinie trafia kopia paktu Ribbentrop-Mołotow, polskie władze wciąż nie chcą wierzyć w skalę nadchodzącego zagrożenia.

Po wybuchu wojny Niemcy odnajdują archiwa z aktami agentów polskiego wywiadu. Czy to koniec berlińskiej siatki i samego von Wedela?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 503

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 15 godz. 22 min

Lektor: Mariusz Bonaszewski

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Copy­ri­ght © by Robert Mich­nie­wicz, 2026 Copy­ri­ght © 2026 for the Polish edi­tion by Wydaw­nic­two Czarna Owca

Redak­cja: Woj­ciech Adam­ski Korekta: Maciej Kor­ba­siń­ski, Marta Tyczyń­ska-Lewicka Pro­jekt okładki i gra­fik: Daniel Rusi­ło­wicz Redak­tor pro­wa­dzący: Kata­rzyna Monika Słup­ska Wer­sję elek­tro­niczną w sys­te­mie Zecer przy­go­to­wała Róża Rozaxa

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark). Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku. Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie pierw­sze ISBN: 978-83-8382-739-1 War­szawa 2026

Dedykacja

Dla mojej kocha­nej Córki, Madzi

Wstęp

W stycz­niu 1933 roku przy­wódca Naro­do­wo­so­cja­li­stycz­nej Nie­miec­kiej Par­tii Robot­ni­ków Adolf Hitler został kanc­le­rzem Rze­szy. W marcu 1935 r. wpro­wa­dził w Niem­czech powszechny obo­wią­zek służby woj­sko­wej. W maju tego samego roku została przy­jęta nowa ustawa woj­skowa, pod­po­rząd­ko­wu­jąca kanc­le­rzowi wszyst­kie sprawy doty­czące pro­ble­ma­tyki mili­tar­nej. Reak­ty­wo­wano Sztab Gene­ralny Wojsk Lądo­wych, a liczeb­ność sił zbroj­nych zwięk­szono do 36 dywi­zji pie­choty. W poło­wie 1935 r. Sztab Gene­ralny pod­jął prace nad ofen­syw­nymi pla­nami wojny. Na prze­ło­mie 1937/1938 r. na roz­kaz Hitlera przy­go­to­wa­nia do pla­no­wa­nego kon­fliktu zbroj­nego zostały zin­ten­sy­fi­ko­wane. W końcu 1938 r. Wehr­macht liczył około 1,2 mln żoł­nie­rzy.

12 marca 1938 roku Wehr­macht wkro­czył do Austrii…1

Listopad 1938 roku

Paryż, mieszkanie przy Rue René Blum

Jan Żychoń zapa­lił kolej­nego papie­rosa. W ciągu ostat­niej godziny był to już chyba piąty, a wypeł­niona petami popiel­niczka świad­czyła o tym, że męż­czy­zna od dłuż­szego czasu szuka w tyto­niu uko­je­nia dla swo­ich pobu­dzo­nych ner­wów. Paląc, cho­dził po miesz­ka­niu, a co jakiś czas zatrzy­my­wał się przy jed­nym z okien wycho­dzą­cych na Rue René Blum i frag­ment Parku Cli­chy. Spo­kojny rejon, w któ­rym znaj­do­wało się jego wyna­jęte miesz­ka­nie, ozna­czał umiar­ko­wany ruch pie­szych i samo­cho­dów o każ­dej porze. Żychoń był prze­ko­nany, że od razu dostrzeże osobę, na którą cze­kał, o ile oczy­wi­ście ona się pojawi. W próż­nym dotąd ocze­ki­wa­niu patrzył na smutne, pozba­wione liści drzewa i krzewy, a ich widok jesz­cze bar­dziej go przy­gnę­biał.

Cof­nął się myślami o kilka godzin, gdy spo­tkali się w bistro Chez Ber­trand. Swo­jego roz­mówcę wcze­śniej poin­for­mo­wał, że wybiera się do Paryża i chciałby się z nim zoba­czyć, oraz podał detale spo­tka­nia. Przy­wi­tali się ser­decz­nie, jak dobrzy zna­jomi, któ­rzy nie widzieli się dłuż­szy czas. Jan zamó­wił tra­dy­cyj­nie koniak. Przez kil­ka­na­ście minut wymie­niali się aktu­al­no­ściami. Potem Żychoń nie­ocze­ki­wa­nie powie­dział roz­mówcy, kim naprawdę jest. Teraz na­dal zasta­na­wiał się, czy poin­for­mo­wa­nie go o tym, że jest ofi­ce­rem pol­skiego wywiadu woj­sko­wego, było dobrym posu­nię­ciem. Czy gdyby wspo­mniał o swoim zaję­ciu przy dru­gim albo trze­cim spo­tka­niu, byłoby to lep­sze roz­wią­za­nie? Nie potra­fił odpo­wie­dzieć sobie na to pyta­nie, a reak­cja roz­mówcy była dosyć zna­cząca. Popa­trzył na Życho­nia zasko­czony, odsta­wił trzy­many w dłoni kie­li­szek koniaku i powie­dział:

– Nie spo­dzie­wa­łem się tego po tobie. Wybacz, muszę ode­tchnąć.

Wstał i szybko wyszedł z lokalu. Jesz­cze przez chwilę Jan widział jego wysoką syl­wetkę zni­ka­jącą pomię­dzy prze­cho­dzą­cymi ulicą Pary­ża­nami. Poczuł zawód i wstyd, że popeł­nił błąd. A jeśli tam­ten już nie wróci i zerwie z nim wszyst­kie kon­takty? Pra­co­wał nad Niem­cem od póź­nej jesieni ubie­głego roku. Żychoń, a było to jego lega­li­za­cyjne nazwi­sko, słu­żył w Kato­wi­cach, w Eks­po­zy­tu­rze numer 4 Oddziału II Sztabu Głów­nego Woj­ska Pol­skiego, która zaj­mo­wała się wywia­dem ofen­syw­nym prze­ciwko Niem­com i Cze­cho­sło­wa­cji. Dzia­łał także w Kra­ko­wie, szu­ka­jąc wśród zagra­nicz­nych i pol­skich stu­den­tów osób przy­dat­nych do wyko­rzy­sta­nia jako agenci lub współ­pra­cow­nicy. Po dłu­giej ana­li­zie nowych słu­cha­czy Uni­wer­sy­tetu Jagiel­loń­skiego wyty­po­wał wła­śnie Carla von Wedela. W pierw­szym odru­chu jed­nak odrzu­cił go jako kan­dy­data do opra­co­wa­nia na przy­szłego agenta wywiadu. No bo czy mógł spo­dzie­wać się pozy­tyw­nej reak­cji po Niemcu z boga­tej pomor­skiej szlachty, któ­rego rodzina miała roz­le­głe majątki mię­dzy innymi w Kory­to­wie, Tucz­nie, Wał­czu i Draw­nie? Nie wyklu­czał też, że von Wedel sam może reali­zo­wać misję wywia­dow­czą w Pol­sce, a jeśli nawet nie, to zapewne przy­je­chał wysza­leć się za pie­nią­dze rodzi­ców. Ku zasko­cze­niu Życho­nia Carl od początku oka­zy­wał zde­cy­do­wa­nie pro­pol­skie sym­pa­tie i odże­gny­wał się od popar­cia ruchu naro­do­wo­so­cja­li­stycz­nego. Począt­kowo Jan podej­rze­wał, że demon­stro­wa­nie takich poglą­dów to tylko gra i może sta­no­wić pro­wo­ka­cję. Tak samo uwa­żali jego prze­ło­żeni, gdy po kil­ku­ty­go­dnio­wej zna­jo­mo­ści przed­sta­wił cha­rak­te­ry­stykę figu­ranta. Osta­tecz­nie jed­nak posta­no­wił nie rezy­gno­wać i kon­ty­nu­ował zna­jo­mość, która z cza­sem prze­kształ­ciła się w przy­jaźń. W mię­dzyczasie nabrał pew­no­ści, że von Wedel jest fak­tycz­nie anty­fa­szy­stą, a takie poglądy prze­jął po ojcu. Hen­ryk von Wedel nie tylko był wrogo nasta­wiony do Hitlera i jego par­tii, ale też prze­ja­wiał dziwny sen­ty­ment do Pol­ski i Pola­ków, z któ­rymi sty­kał się na co dzień, gdyż pra­co­wali w jego mająt­kach lub zamiesz­ki­wali w oko­licy.

Jan spo­ty­kał się z Car­lem von Wede­lem aż do lata 1938 roku. Już późną wio­sną przed­sta­wił raport z wnio­skiem o zgodę na wer­bu­nek Niemca. Był prze­ko­nany, że odnie­sie suk­ces i pozy­ska dobrego kan­dy­data. Jed­nak major Kazi­mierz Szpą­drow­ski, szef eks­po­zy­tury w Kato­wi­cach, nie wyra­ził zgody. For­mal­nie kry­tycz­nie oce­nił usta­le­nia Życho­nia oraz per­spek­tywę wer­bunku agenta. Jan podej­rze­wał, że za decy­zją prze­ło­żo­nego stała nie­chęć do mło­dego ofi­cera i suk­cesu, jakim byłby wer­bu­nek per­spek­ty­wicz­nego agenta. W eks­po­zy­tu­rze w Kato­wi­cach wszy­scy wie­dzieli, że słabą stroną Szpą­drow­skiego były dzia­ła­nia ope­ra­cyjne, takie jak pozy­ski­wa­nie współ­pra­cow­ni­ków. Jako ofi­cer arty­le­rii dobrze czuł się w roz­po­zna­wa­niu nie­miec­kich akcji eko­no­micz­nych na Ślą­sku i prze­my­słu cięż­kiego. Osta­tecz­nie wobec von Wedela nie pod­jęto żad­nych dzia­łań i latem Carl wyje­chał na dal­sze stu­dia do Paryża. Wcze­śniej jego zna­jo­mość z Janem przy­brała tak ser­deczną formę, że z ini­cja­tywy Niemca mieli utrzy­my­wać dal­szy kon­takt kore­spon­den­cyj­nie. Oka­zało się to bar­dzo uży­teczne, gdy w paź­dzier­niku ojciec von Wedela został śmier­tel­nie postrze­lony na polo­wa­niu przez nie­na­wi­dzą­cego go, lokal­nego lidera NSDAP. O szcze­gó­łach tra­ge­dii Carl dowie­dział się z listu wujka Fry­de­ryka, który to list dotarł do Paryża zbyt późno, aby von Wedel zdą­żył na pogrzeb. Ta tra­ge­dia spo­wo­do­wała u Carla zmianę dotych­cza­so­wej nie­chęci w głę­boką nie­na­wiść do faszy­stów. Nie krył tego w kore­spon­den­cji z Janem i zapo­wia­dał zemstę na sprawcy zabój­stwa oraz ruchu faszy­stow­skim. Żychoń posta­no­wił to wyko­rzy­stać i tym razem otrzy­mał zgodę na wer­bu­nek. Dla­tego wczo­raj przy­je­chał do Paryża. A teraz oba­wiał się, że przy pierw­szym kon­tak­cie z Car­lem w Chez Ber­trand spie­przył całą sprawę. Przez moment wyobra­ził sobie kon­se­kwen­cje w postaci wykpie­nia go przez majora Szpą­drow­skiego i wstydu przed cen­tralą, bo na dzia­ła­nie we Fran­cji konieczna była for­malna zgoda samego szefa Oddziału II, puł­kow­nika Tade­usza Peł­czyń­skiego.

Zga­sił led­wie tlą­cego się papie­rosa i pod­szedł do okna. Syl­wetki Niemca na­dal nie zoba­czył. Teraz dodat­kowo opa­no­wały go wąt­pli­wo­ści, czy von Wedel będzie go tutaj szu­kał. Kiedy spo­tkali się w bistro, na wstę­pie wymie­nili się pary­skimi adre­sami. A może Carl wró­cił do Chez Ber­trand albo czeka w swoim miesz­ka­niu? Posta­no­wił, że jeśli Carl nie przyj­dzie, to za dwie, trzy godziny wybie­rze się do miej­sca zamiesz­ka­nia Niemca.

Moskwa, posiedzenie Głównej Rady Wojennej Armii Czerwonej

Zebrani w sali obrad mar­szał­ko­wie i gene­ra­ło­wie okla­skami i powsta­niem z miejsc przy­wi­tali wcho­dzą­cego na podium sekre­ta­rza gene­ral­nego Komi­tetu Cen­tral­nego Wszech­związ­ko­wej Komu­ni­stycz­nej Par­tii (bol­sze­wi­ków) Józefa Sta­lina. Wystą­pień przy­wódcy słu­chano zawsze z uwagą, gdyż w ich trak­cie czę­sto poja­wiały się wątki mające wcze­śniej lub póź­niej poważny wpływ nie tylko na losy kraju, ale przede wszyst­kim na sytu­ację człon­ków apa­ratu pań­stwo­wego. Główna Rada Wojenna Armii Czer­wo­nej kon­ty­nu­owała tra­dy­cje kolek­tyw­nego dowo­dze­nia datu­jące się od czasu wojny domo­wej w Rosji. Sys­tem rad wojen­nych został roz­wią­zany w 1934 roku, a powró­cono do niego w 1937 roku w okre­sie Wiel­kiego Ter­roru. Dzi­siej­sze posie­dze­nie było szcze­gól­nie ważne, gdyż w skład Armii Czer­wo­nej wcho­dziły wszyst­kie siły zbrojne kraju, łącz­nie z oddzia­łami NKWD.

Sta­lin w dłu­gim wywo­dzie przed­sta­wił ogólną ocenę sytu­acji w kraju i zagro­żeń zewnętrz­nych. Potem nie­ocze­ki­wa­nie zwró­cił się do zebra­nych z waż­nymi oskar­że­niami:

– Poko­na­li­śmy bur­żu­azję na wszyst­kich fron­tach. Tylko na odcinku wywiadu pobili nas jak małych chłop­ców. To nasza główna sła­bość. Wywiad woj­skowy został ska­żony przez szpie­gów. Jego sze­fo­wie pra­co­wali dla Nie­miec, dla Japo­nii, dla Pol­ski, dla każ­dego z wyjąt­kiem nas. Naszym zada­niem jest odbu­do­wa­nie służb wywia­dow­czych. Są one naszymi oczami i uszami…

Dla nikogo z zebra­nych słowa Sta­lina nie były zasko­cze­niem. Trwa­jący od 1937 roku kolejny etap czystki wśród sta­rych bol­sze­wi­ków, zmie­rza­jący rów­nież do usu­wa­nia wszyst­kich osób podej­rza­nych lub nie­pew­nych, już dopro­wa­dził do śmierci setek tysięcy ludzi okre­śla­nych mia­nem ele­men­tów anty­so­wiec­kich. Dla­tego wska­za­nie aktu­al­nie na funk­cjo­na­riu­szy wywiadu powszech­nie uznano po pro­stu za kolejną fazę oczysz­cza­nia ludo­wego pań­stwa. Czystki trwały już tak długo, że prze­stały wywo­ły­wać powszechne prze­ra­że­nie; budziły jedy­nie ulgę u tych, któ­rych tym razem nie objęły.

Paryż, park Clichy

Wysoki, przy­stojny, dwu­dzie­sto­trzy­letni blon­dyn w kosz­tow­nym płasz­czu szedł par­kową alejką. Jego strój raczej nie koja­rzył się ze stu­den­tem uni­wer­sy­tetu; przy­wo­dził na myśl majęt­nego czło­wieka inte­resu lub kogoś z wyż­szych sfer. Pomimo że był już listo­pad, dobra pogoda, a szcze­gól­nie deli­katne słońce zachę­cały do prze­by­wa­nia na powie­trzu. Lekki wiatr roz­wie­wa­jący bujne włosy męż­czy­zny był zde­cy­do­wa­nie przy­jemny. Von Wedel myślał jed­nak nie o jesien­nej pary­skiej pogo­dzie, ale o spo­tka­niu z pol­skim przy­ja­cie­lem. Bo prze­cież za takiego uwa­żał Jana. Wczo­raj­szy tele­fon od Życho­nia z infor­ma­cją, że jest w Paryżu, był miłą nie­spo­dzianką. Tych kilka wspól­nych mie­sięcy w Kra­ko­wie oka­zało się ważne dla Carla, nie­na­le­żą­cego do osób, które łatwo się zaprzy­jaź­niają – szcze­rze polu­bił Polaka. Także póź­niej­szy kore­spon­den­cyjny kon­takt, po wyjeź­dzie z Kra­kowa, oka­zał się trwały i istotny. Szcze­gól­nie po śmierci ojca. To wspo­mnie­nie wywo­łało u Carla cięż­kie, pełne smutku wes­tchnie­nie. W sumie czuł się jak podróżny na roz­drożu, który nie wie, jaką drogę wybrać. Z jed­nej strony odczu­wał takie napię­cie i chęć zemsty, że był bli­ski powrotu do Kory­towa, szcze­gól­nie że stu­dia nagle prze­stały mieć dla niego jakie­kol­wiek zna­cze­nie. W Paryżu od dawna czuł się samotny, bo zna­jo­mo­ści nawią­zane na uni­wer­sy­te­cie były nija­kie, nawet gdy miało się dwa­dzie­ścia kilka lat i tak naprawdę chcia­łoby się tylko z kimś poga­dać, wypić piwo czy pójść na mecz. W tym okre­sie wymie­nił z Janem kilka listów i zatę­sk­nił za wcze­śniej­szymi cie­ka­wymi roz­mo­wami w Kra­ko­wie. Dla­tego dzi­siej­sze spo­tka­nie w Chez Ber­trand miało pozwo­lić mu poczuć się tak jak w Pol­sce. Wymie­nili się nowo­ściami, po czym nagle Żychoń spo­waż­niał i powie­dział, że chciałby być z nim do końca szczery. Zdzi­wiło go takie sfor­mu­ło­wa­nie, logicz­nie zapo­wia­da­jące ważną wia­do­mość, ale to, co usły­szał, było jak wybuch bomby na środku bistro. Jan Żychoń poin­for­mo­wał go, że jest ofi­ce­rem pol­skiego wywiadu i chce z nim poroz­ma­wiać jako ofi­cer. Carl natych­miast poczuł, że te słowa przy­ja­ciela ozna­czają zmianę w ich rela­cji, i to wła­śnie wtedy, gdy on miał nadzieję na spę­dze­nie czasu w spo­sób, który dobrze znał. To wszystko spo­wo­do­wało, że musiał wyjść. Nie chciał odru­chowo powie­dzieć cze­goś, co znisz­czy ich zna­jo­mość. W pierw­szej chwili pomy­ślał jed­nak, że prze­cież pozo­staje Niem­cem, nawet jeśli jest wrogo nasta­wiony do poli­tyki wła­snego pań­stwa, a Polak to szpieg z obcego kraju.

Dopiero kiedy odbył długi spa­cer pary­skimi uli­cami, uspo­koił się. A nawet wię­cej. Gdy dowie­dział się, czym zaj­muje się Jan, zacie­ka­wiło go to, może nawet mu zaim­po­no­wało. Żychoń wyko­ny­wał nie­bez­pieczną robotę dla swo­jego kraju, a jed­nym z głów­nych jego zadań była zapewne walka z faszy­stow­skimi Niem­cami. Miał poważny cel i takież obo­wiązki, łączące się praw­do­po­dob­nie z nie­ma­łymi emo­cjami i satys­fak­cją z osią­ga­nych suk­ce­sów. Von Wedel pomy­ślał, że w sumie zazdro­ści zna­jo­memu. On sam wła­ści­wie niczym waż­nym się w życiu nie zaj­mo­wał. Korzy­sta­jąc z zaso­bów rodzin­nych, wynaj­dy­wał sobie zaję­cia, takie jak stu­dia w Ber­li­nie, Kra­ko­wie czy Paryżu, a po krót­kim cza­sie tra­cił nimi zain­te­re­so­wa­nie i szu­kał cze­goś nowego. Oce­nił, że wię­cej sensu było w jego życiu na Pomo­rzu, gdy w domu pozna­wał taj­niki gospo­da­ro­wa­nia, uczył się języ­ków obcych, tre­no­wał różne dzie­dziny sportu i… uwo­dził dziew­czyny w oko­licy. No, bez prze­sady. Zda­rzyło mu się kilka flir­tów typo­wych dla nasto­lat­ków i jedno poważ­niej­sze uczu­cie, któ­rego obiek­tem była Mar­lena von Berg. „Czy to, co powie­dział Jan, fak­tycz­nie coś zmie­niało w naszych rela­cjach?”, pomy­ślał, porzu­ca­jąc wspo­mnie­nia. Uznał, że tak – nada­wało im więk­szą war­tość. Co w takim razie powi­nien teraz zro­bić? Po pierw­sze, musiał spo­tkać się ponow­nie z Życho­niem, tego był pewien. Po dru­gie, powi­nien się dowie­dzieć, dla­czego Polak nagle posta­no­wił ujaw­nić przed nim, kim naprawdę jest. Miał wyobraź­nię, więc od razu przy­szło mu do głowy, że zna­jomy będzie chciał coś mu zapro­po­no­wać. Może tego wła­śnie się prze­stra­szył? Czy to miała być oferta współ­pracy z pol­ską służbą? Chyba nie, prze­cież Carl jest zale­d­wie stu­den­tem i dopiero szuka swo­jego miej­sca w życiu, więc dla wywiadu, pol­skiego czy jakie­go­kol­wiek innego, nie wydaje się atrak­cyj­nym kan­dy­da­tem na agenta. A może tylko jemu, Car­lowi, tak się wydaje? Musiał prze­ko­nać się, o co w tym wszyst­kim cho­dzi.

Z tym posta­no­wie­niem skrę­cił w alejkę pro­wa­dzącą do wyj­ścia z parku. Zakła­dał, że Żychoń już nie czeka na niego w bistro. A ponie­waż wcze­śniej podał mu adres miesz­ka­nia, w któ­rym się zatrzy­mał, Car­lowi nie pozo­stało nic innego, jak ruszyć w tam­tym kie­runku. W sumie krą­żąc po Parku Cli­chy, od początku wie­dział, że Rue René Blum znaj­duje się w pobliżu. Nawet nie musiał wycią­gać kartki, którą dał mu Jan – dosko­nale pamię­tał jego adres.

Paryż, mieszkanie przy Rue René Blum

Von Wedel, docho­dząc do wła­ści­wego budynku, ostroż­nie roz­glą­dał się dookoła. Przy­szło mu do głowy, że skoro spo­tyka się z przed­sta­wi­cie­lem wywiadu, to powi­nien zacho­wać czuj­ność, choć jed­no­cze­śnie nie potra­fił okre­ślić, czego miałby się oba­wiać. No ale wywiad to tajem­nice, zdrady i zasadzki – przy­naj­mniej tak sobie wyobra­żał. Ponie­waż na ulicy nic nie wzbu­dziło jego podej­rzeń, uniósł głowę i prze­biegł wzro­kiem po oknach trzy­pię­tro­wej kamie­nicy. W jed­nym z nich dostrzegł zarys męskiej głowy i nie­mal od razu zorien­to­wał się, że należy ona do zna­jo­mego Polaka. Brama była uchy­lona, a krze­sło kon­sjerża puste. Zado­wo­lony, że dys­kret­nie wej­dzie do budynku, minął bramę. Zaczęły go bawić wła­sne myśli, doty­czące zacho­wa­nia kon­spi­ra­cji w kon­tak­cie z Janem. „Jesz­cze godzinę wcze­śniej do głowy by mi nie przy­szło, żeby tak myśleć o spo­tka­niu z nim”, stwier­dził. Po lewej stro­nie zoba­czył drzwi do klatki scho­do­wej. W budynku była winda, ale Carl na dru­gie pię­tro dotarł scho­dami. Drzwi z nume­rem osiem były zaraz za zało­mem kory­ta­rza. Sta­nął obok i chwilę nad­słu­chi­wał. We wnę­trzu miesz­ka­nia pano­wała cisza, podob­nie w sąsied­nich loka­lach. Uznał, że zacho­wał się czuj­nie, nawet jeśli cała sytu­acja tro­chę go śmie­szyła, i zapu­kał do drzwi. Otwo­rzyły się natych­miast, jakby Żychoń stał za nimi i cze­kał na niego. Uznał, że mogło tak być, jeśli Jan przez okno obser­wo­wał ulicę.

– Cie­szę się, że przy­sze­dłeś – powie­dział Polak, wpusz­cza­jąc gościa do środka.

– Pospa­ce­ro­wa­łem, prze­my­śla­łem twoje słowa i jestem – Carl ruszył przez nie­wielki przed­po­kój do wska­za­nego przez Jana pokoju, poło­żo­nego na wprost drzwi wej­ścio­wych. Kątem oka dostrzegł, że Żychoń zamyka drzwi do przed­po­koju.

– Koniak? – zapy­tał Jan, uno­sząc kształtną butelkę sto­jącą na komo­dzie.

– Pro­szę – mimo wszystko von Wedel czuł lek­kie napię­cie po wej­ściu do miesz­ka­nia przy­ja­ciela.

Zajęli miej­sca w fote­lach usta­wio­nych przy nie­wiel­kim sto­liku. Miesz­ka­nie było urzą­dzone w miesz­czań­skim stylu. W salo­nie domi­no­wały ciemne, cięż­kie meble. Choć uwagę zwra­cał przede wszyst­kim ozdobny potężny komi­nek z zega­rem sto­ją­cym na kamien­nej półce.

– Za spo­tka­nie – zapro­po­no­wał Polak, uno­sząc kie­li­szek.

– Za spo­tka­nie – powtó­rzył von Wedel. – I naprawdę cie­szę się, że przy­je­cha­łeś.

– Domy­ślasz się, że to spo­tka­nie nie jest wyłącz­nie towa­rzy­skie? – zapy­tał Jan, uważ­nie obser­wu­jąc twarz Carla.

– Po tym, co powie­dzia­łeś w Chez Ber­trand, nie­trudno było domy­ślić się dru­giego dna two­jej nie­ocze­ki­wa­nej wizyty w Paryżu – odpo­wie­dział von Wedel. Jed­no­cze­śnie w duchu ucie­szył się, że Żychoń mówi otwar­cie o swo­ich zamia­rach, a nie pró­buje klu­czyć. – Przy­znaję, że w pierw­szej chwili zare­ago­wa­łem ner­wowo na wia­do­mość, że jesteś szpie­giem. Chyba tro­chę się prze­stra­szy­łem, że nasza zna­jo­mość zmieni swój przy­ja­ciel­ski cha­rak­ter. Choć tak naprawdę to nie wiem, czy ofi­cer wywiadu może utrzy­my­wać otwarte zna­jo­mo­ści z oby­wa­te­lami innych państw. W trak­cie spa­ceru przy­szła mi do głowy inna myśl. Poczu­łem, że tak naprawdę mocno mnie zacie­ka­wi­łeś swoją pracą… czy służbą, bo nie wiem jak popraw­nie nazy­wać to, co robisz. Dla mnie zabrzmiało to bar­dzo tajem­ni­czo.

– Cie­szę się, Carl, że nie wystra­szy­łem cię ujaw­nie­niem mojego związku z pol­skim wywia­dem. Oba­wia­łem się, że możesz poczuć się… – Polak szu­kał przez moment wła­ści­wego okre­śle­nia – nie­kom­for­towo i nie zechcesz dalej ze mną roz­ma­wiać. Ale na szczę­ście oka­zało się, że zare­ago­wa­łeś pozy­tyw­nie.

– Przy­ja­cielu, znamy się już dłuż­szy czas i myślę, że możemy sobie ufać – powie­dział von Wedel, uśmie­cha­jąc się lekko. – Tro­chę wódki razem wypi­li­śmy i pew­nie po alko­holu nie raz gada­łem od rze­czy – zaśmiał się swo­bod­nie. – Ale mówiąc poważ­nie, obcy wywiad, i wywiad w ogóle, wiąże się z czymś groź­nym, zło­wro­gim, ale także z pod­nie­ca­jącą tajem­ni­czo­ścią. Zro­biły też na mnie wra­że­nie twoja odwaga i zaan­ga­żo­wa­nie się w ważny cel. Dla­tego posta­no­wi­łem, że musimy szcze­rze poroz­ma­wiać.

– Pozwól, że zacznę od istot­nych kwe­stii doty­czą­cych aktu­al­nej sytu­acji. – Jan wypił łyk koniaku i pochy­lił się w stronę roz­mówcy. – Żyjemy w trud­nych cza­sach, a z całą pew­no­ścią nad­cho­dzą jesz­cze gor­sze. Jak wiesz, w marcu Wehr­macht wkro­czył do Austrii, a we wrze­śniu Zachód sprze­dał nie­pod­le­głość Cze­cho­sło­wa­cji, czyli poprzez układ mona­chij­ski przy­znał Niem­com Kraj Sude­tów. Zapewne za kilka mie­sięcy III Rze­sza posu­nie się jesz­cze dalej i zaj­mie całe Cze­chy, a może i Sło­wa­cję, oku­po­waną od listo­pada przez Węgrów. Wehr­macht zbliża się do mojej ojczy­zny, a real­ność agre­sji bar­dzo wzro­sła. Na wscho­dzie sąsia­du­jemy z ZSRR i prawdę mówiąc, nie wiemy, czego możemy spo­dzie­wać się po poli­tyce Sta­lina. Zapewne niczego dobrego.

Carl poki­wał głową z poważną miną na znak, że zga­dza się z wypo­wie­dziami Polaka. Cze­kał, co będzie dalej.

– W naszych roz­mo­wach nie kry­łeś swo­ich jed­no­znacz­nie anty­fa­szy­stow­skich poglą­dów, wspo­mi­na­łeś o nega­tyw­nym sto­sunku two­jego ojca do poli­tyki Hitlera i NSDAP, także do roz­bu­dowy sił zbroj­nych. Już kilka razy mówi­li­śmy o bar­dzo praw­do­po­dob­nych kon­se­kwen­cjach takich dzia­łań dla pokoju w Euro­pie…

– Zapewne nie tylko na Sta­rym Kon­ty­nen­cie… – wtrą­cił odru­chowo von Wedel.

– Oczy­wi­ście, ape­tyty tej bandy są zapewne nie­ogra­ni­czone, a na świe­cie zna­leźli już innych przy­wód­ców podob­nie myślą­cych – kon­ty­nu­ował Żychoń. – Pod­su­mo­wu­jąc, widzę poważne zagro­że­nie dla mojej ojczy­zny, dla bez­pie­czeń­stwa innych państw w Euro­pie i dla demo­kra­tycz­nego porządku. Ci ludzie wraz z ich chorą dok­tryną sta­no­wią śmier­telne nie­bez­pie­czeń­stwo dla nas wszyst­kich i dla naszej wol­no­ści.

– Janie, cał­ko­wi­cie podzie­lam te poglądy – zade­kla­ro­wał Carl. – Jestem Niem­cem, ale nie akcep­tuję tego, co dzieje się w mojej ojczyź­nie. Jestem prze­ko­nany, że wła­dza w rękach Hitlera i jego ako­li­tów to zło i groźba dla wszyst­kich zwo­len­ni­ków demo­kra­cji. Czyli dla znacz­nej czę­ści moich roda­ków. Fak­tycz­nie tylko część z nich gło­so­wała na NSDAP i nie wszy­scy popie­rają faszyzm. A za tra­ge­dią roz­gry­wa­jącą się w Niem­czech, doty­ka­jącą prze­ciw­ni­ków Hitlera, tak jak powie­dzia­łeś, idzie per­spek­tywa wojny prze­ciwko innym wol­nym kra­jom. Zobacz, jaki to para­doks: naro­dowi socja­li­ści zdo­byli wła­dzę dzięki demo­kra­cji i mając ją w rękach, chcą znisz­czyć ten typ ustroju pań­stwa. Kosz­mar!

– Wiem, że jeste­śmy zgodni w naszych oce­nach sytu­acji – powie­dział Polak. – Pisa­łeś w listach do mnie o chęci zemsz­cze­nia się na faszy­stach za śmierć two­jego ojca, ale także za ich zamiar znisz­cze­nia wol­no­ści w two­jej ojczyź­nie i w Euro­pie – patrzył na roz­mówcę, jakby upew­nia­jąc się co do jego reak­cji. Zoba­czył, że von Wedel ski­nął głową. – W związku z całą tą sytu­acją chciał­bym cię zapy­tać, czy zgo­dzisz się na współ­pracę z pol­skim wywia­dem?

W pokoju zapa­dła cisza. Carl von Wedel poczuł, jak rap­tow­nie przy­spie­szyło mu tętno. Wła­ści­wie idąc na Rue René Blum, spo­dzie­wał się tej pro­po­zy­cji, ale kiedy padła ona z ust Życho­nia, sta­nął przed real­nym wybo­rem. Rozu­miał powagę sytu­acji, to już nie była swo­bodna roz­mowa zna­jo­mych przy lampce koniaku. Wyra­ża­jąc zgodę, zdra­dzi swój kraj i narazi się na dotkliwą karę w razie wpadki. Może zapła­cić życiem za to, że teraz zaak­cep­tuje ofertę Polaka. Jed­no­cze­śnie był prze­ko­nany, że jego pozy­tywna decy­zja nie krzyw­dzi Nie­miec i Niem­ców, a jest skie­ro­wana wyłącz­nie prze­ciwko wła­dzy nazi­stów i ma pozwo­lić na poko­na­nie tego wcie­lo­nego zła. Jeżeli przy­czyni się do przy­wró­ce­nia wol­no­ści i demo­kra­cji, a także pokoju, to ze wszech miar warto zary­zy­ko­wać. Przez chwilę pomy­ślał o ojcu i jego ewen­tu­al­nej reak­cji. Natych­miast odrzu­cił to sko­ja­rze­nie, nie chcąc szu­kać uza­sad­nie­nia swo­jej decy­zji w poglą­dach nie­ży­ją­cego taty. Już wie­dział, co powi­nien zro­bić.

– Janie, z pełną świa­do­mo­ścią moż­li­wych kon­se­kwen­cji, tych nega­tyw­nych, ale przede wszyst­kim pozy­tyw­nych, zga­dzam się – powie­dział. – Tak jak wspo­mnia­łeś, mój ojciec uczył mnie zasad życio­wych, w tym czy­nie­nia dobra i walki ze złem. Został zabity przez jed­nego z faszy­stów. Liczę na to, że współ­pra­cu­jąc z wami, będę mógł pomścić także jego śmierć.

Moskwa, siedziba NKWD, Łubianka

Ław­rien­tij Beria, ludowy komi­sarz spraw wewnętrz­nych, był zado­wo­lony po pierw­szym dniu wyko­ny­wa­nia swo­ich nowych obo­wiąz­ków. Czuł roz­pie­ra­jącą go satys­fak­cję po tym, jak dzień wcze­śniej sekre­tarz gene­ralny Komi­tetu Cen­tral­nego Józef Sta­lin zdy­mi­sjo­no­wał dotych­cza­so­wego prze­ło­żo­nego Berii Niko­łaja Jeżowa. Beria nie­na­wi­dził „Krwa­wego Karła”, który ten przy­do­mek zyskał ze względu na wzrost około stu pięć­dzie­się­ciu cen­ty­me­trów i swoje okru­cień­stwo. Beria zazdro­ścił mu tego, że przez ponad dwa lata kie­ro­wał apa­ra­tem bez­pie­czeń­stwa i był mie­czem Sta­lina reali­zu­ją­cym czystki w kraju. Jako pod­władny Jeżowa cały czas się bał, że pew­nego dnia on też zosta­nie roz­strze­lany za wymy­ślone winy. Ale dzi­siaj to on mógł podej­mo­wać takie decy­zje.

Od rana usta­lał z zaufa­nymi funk­cjo­na­riu­szami, jak roz­pra­wić się z bli­skimi współ­pra­cow­ni­kami Jeżowa. Osta­tecz­nie zostali w try­bie pil­nym wysłani w teren. Nie wie­dzieli, że na pierw­szej sta­cji za Moskwą zostaną wycią­gnięci z pocią­gów i zawie­zieni do wię­zień NKWD, a wkrótce potem stra­ceni. Beria wydał także roz­kazy ogra­ni­cze­nia aresz­to­wań i wysy­ła­nia na Sybir pra­cow­ni­ków admi­ni­stra­cji pań­stwo­wej, żoł­nie­rzy i funk­cjo­na­riu­szy służb bez­pie­czeń­stwa. Nie wyja­śnił pod­wład­nym, że tak miało być tylko przez pewien czas, aby uspo­koić atmos­ferę wśród towa­rzy­szy. W końcu ode­słał ofi­ce­rów do reali­za­cji usta­lo­nych zadań, a w gabi­ne­cie został tylko puł­kow­nik Miko­łaj Kuznie­cow. Ich zna­jo­mość zaczęła się jesz­cze w latach dwu­dzie­stych, w Czeka, i cią­gnęła się przez lata.

– Miko­łaju, zro­bi­li­śmy dzi­siaj dużo – Beria się­gnął po kolejną szklankę z gorącą her­batą, którą pijał litrami. Kuznie­cow także trzy­mał naczy­nie z napo­jem. – Ale to dopiero począ­tek. W naj­bliż­szym cza­sie zaj­miemy się zre­or­ga­ni­zo­wa­niem obo­zów pracy. Wcze­śniej chciał­bym, żebyś przy­go­to­wał selek­cję funk­cjo­na­riu­szy wszyst­kich depar­ta­men­tów Głów­nego Zarządu Bez­pie­czeń­stwa Pań­stwo­wego. Szcze­gól­nie wni­kli­wie przyj­rzyj się 7 Depar­ta­men­towi, czyli wywia­dowi zagra­nicz­nemu. I żeby nie było tak jak ostat­nio, kiedy wielu zdraj­ców pozo­stało za gra­nicą. Rozu­miesz?

– Oczy­wi­ście, towa­rzy­szu komi­sa­rzu.

– Masz obser­wo­wać moich pod­wład­nych i wyła­py­wać zarówno wyróż­nia­ją­cych się funk­cjo­na­riu­szy, jak i, przede wszyst­kim, podej­rza­nych o trzy­ma­nie z naszymi wro­gami. Cenię sobie twoje wyczu­cie i jak zawsze chęt­nie przyjmę suge­stie.

– Wypeł­nię wasze roz­kazy.

– I jesz­cze jedno. To tajne zada­nie. Nawiąż kon­takt z Gestapo i zapro­po­nuj im współ­pracę.

– Towa­rzy­szu, taki kon­takt jest ryzy­kowny – zasu­ge­ro­wał Kuznie­cow. – Towa­rzy­szom w Komi­te­cie może się nie spodo­bać. A Niemcy będą pró­bo­wali nas roz­pra­co­wy­wać.

– Spo­koj­nie – Beria uśmiech­nął się z wyż­szo­ścią. – Może pomogą nam wykryć naszych wro­gów. Współ­praca z nie­miec­kimi służ­bami przy­nie­sie rezul­taty, gdy wkro­czymy do Pol­ski, wcze­śniej zaś możemy im zapro­po­no­wać wyda­nie zbie­głych z Nie­miec komu­ni­stów i Żydów. Będą zado­wo­leni. A teraz ustal mi, jakiego naj­lep­szego agenta mamy w Ber­li­nie.

Paryż, mieszkanie przy Rue René Blum

Następne listo­pa­dowe tygo­dnie Carl zapa­mię­tał jako okres cięż­kiej, choć jed­no­cze­śnie bar­dzo cie­ka­wej pracy. Prak­tycz­nie od rana do wie­czora prze­cho­dził szko­le­nie wywia­dow­cze. Do Życho­nia dołą­czyło dwóch kolej­nych ofi­ce­rów Oddziału II, pro­wa­dzą­cych na zmianę zaję­cia z nowym agen­tem. Uczył się metod pracy ope­ra­cyj­nej, spo­so­bów uzy­ski­wa­nia infor­ma­cji i pro­wa­dze­nia roz­mów wywia­dow­czych, przy­go­to­wy­wa­nia infor­ma­cji i posłu­gi­wa­nia się sprzę­tem uży­wa­nym przez szpie­gów. Konieczne wypo­sa­że­nie zostało w tajem­nicy prze­wie­zione z pol­skiej amba­sady. Odbył instruk­taż w obsłu­dze radio­sta­cji i prze­sy­ła­niu mel­dun­ków. Czę­sto rów­nież wycho­dzili na ulice Paryża w ramach zajęć doty­czą­cych pro­wa­dze­nia kon­troli, wykry­wa­nia obser­wa­cji i wycho­dze­nia spod obser­wa­cji. Te prak­tyczne ćwi­cze­nia pasjo­no­wały von Wedela. Stop­niowo osią­gnął odpo­wied­nie umie­jęt­no­ści.

Za bar­dzo ważne uzna­wał roz­mowy z Janem, pozwa­la­jące na pozna­wa­nie prak­tyki pracy agenta wywiadu.

– Pamię­taj, Carl – wbi­jał mu do głowy Żychoń – ni­gdy nie lek­ce­waż koniecz­no­ści obser­wo­wa­nia oto­cze­nia. Bez względu na oko­licz­no­ści trzy­maj się tego. Możesz setki razy nic ani nikogo nie wykryć, ale pew­nego dnia dostrze­żesz coś, co ura­tuje ci życie, a może nie tylko tobie. Wszystko, co nie będzie natu­ralne i typowe, powinno zwró­cić twoją uwagę. Myśl z sza­cun­kiem o swo­ich poten­cjal­nych prze­ciw­ni­kach, czyli o kontr­wy­wia­dzie czy innych wywia­dach. Tam pra­cują fachowcy, czę­sto z dużym doświad­cze­niem, dla któ­rych będziesz wro­giem. Przyj­mij, że osta­tecz­nie twoje bez­pie­czeń­stwo i unik­nię­cie dekon­spi­ra­cji jest naj­waż­niej­sze. Waż­niej­sze od dąże­nia za wszelką cenę do wyko­na­nia zada­nia. Zazwy­czaj można pod­jąć kolejną próbę dzia­ła­nia, ale jeśli wpad­niesz, to będzie koniec i tego nie da się już napra­wić. Dla nas twój los i bez­pie­czeń­stwo będzie zawsze prio­ry­te­tem.

– Rozu­miem i będę o tym pamię­tał – obie­cał von Wedel.

Uzgod­nili, że w pracy wywia­dow­czej Carl będzie posłu­gi­wał się pseu­do­ni­mem „Amber”.

Paryż, okolica mieszkania von Wedela

Carl wra­cał do swo­jego miesz­ka­nia. Dzi­siaj przez kilka godzin ćwi­czyli pracę z obser­wa­cją. Von Wedel w ciągu paru poprzed­nich dni budo­wał trasę spraw­dze­niową, któ­rej przej­ście miało zakoń­czyć się pozo­ro­wa­nym spo­tka­niem z agen­tem, a tę rolę odgry­wał Jan Żychoń. Przez pierw­sze pół godziny wędrówki uli­cami sto­licy Fran­cji Carl nie dostrzegł nikogo, kto by go śle­dził. Fak­tem było, że poszedł na łatwi­znę, spo­dzie­wa­jąc się, iż obser­wa­to­rem może być któ­ryś ze zna­nych mu już ofi­ce­rów Oddziału II. Scho­dząc do metra, zru­gał się w myślach za lek­ce­wa­że­nie ćwi­cze­nia. Pomy­ślał, że kie­dyś – tak jak powie­dział Jan – od umie­jęt­no­ści wykry­wa­nia śle­dzą­cych go wro­gów może zale­żeć jego życie, a może także bez­pie­czeń­stwo siatki. W tym momen­cie skon­cen­tro­wał się i zaczął impro­wi­zo­wać. Zna­lazł budkę tele­fo­niczną i uda­wał, że do kogoś dzwoni. Tocząc pozo­ro­waną roz­mowę, wyko­ny­wał ruchy pozwa­la­jące kon­tro­lo­wać oto­cze­nie. Po odwie­sze­niu słu­chawki, zamiast na peron metra, poszedł do toa­lety. Pocze­kał w kabi­nie ponad dzie­sięć minut, co zda­wało się gwa­ran­to­wać, że osoby, które widział wcze­śniej, z pew­no­ścią już odje­chały. Wycho­dząc z WC, ostroż­nie rozej­rzał się po kory­ta­rzu. Wśród prze­chod­niów zauwa­żył męż­czy­znę, który stał w pobliżu scho­dów na perony, zwró­cony w kie­runku toa­let, i nagle się odwró­cił. Von Wedel spo­koj­nie zszedł na peron i wsiadł do kolejki. W wago­nie sie­dział bez ruchu, a po wyj­ściu na wła­ści­wej sta­cji pod­szedł do kio­sku i kupił gazetę. Pła­cąc, dostrzegł, że męż­czy­zna, na któ­rego wcze­śniej zwró­cił uwagę, idzie powoli w stronę kio­sku. Carl wyszedł na ulicę i szyb­kim kro­kiem poko­nał kolejne skrzy­żo­wa­nia, dwa razy zmie­nia­jąc kie­ru­nek. Kiedy dotarł do nie­wiel­kiego skweru, usiadł na ławce i roz­ło­żył gazetę. Prze­glą­da­jąc ją, mógł ostroż­nie spraw­dzić oko­licę. Zauwa­żył, że podej­rzany męż­czy­zna stoi przy naroż­niku pobli­skiego budynku. Miał pew­ność, że wykrył obser­wa­cję. Ponie­waż zało­że­niem ćwi­cze­nia było dotar­cie przez von Wedela na miej­sce spo­tka­nia także w wypadku usta­le­nia obser­wa­cji, skoń­czył czy­tać i poszedł do restau­ra­cji. Od razu poin­for­mo­wał Życho­nia o tym, co dostrzegł, szcze­gó­łowo opi­su­jąc męż­czy­znę. Polak wysłu­chał go, po czym zaczął się śmiać.

– Dla­czego się śmie­jesz? – Carl poczuł się nieco ura­żony reak­cją Jana. – Zro­bi­łem czy może powie­dzia­łem coś głu­piego?

– Spo­koj­nie, Carl – roz­mówca szybko spo­waż­niał. – Śmieję się, ponie­waż wła­śnie wygra­łem zakład.

Von Wedel popa­trzył na Życho­nia, nic nie rozu­mie­jąc.

– Jaki zakład? O co cho­dzi?

– Przy­ja­cielu, wła­śnie wykry­łeś obser­wa­cję – oznaj­mił Jan. – Szedł za tobą attaché woj­skowy naszej amba­sady, bar­dzo doświad­czony ofi­cer służby wywia­dow­czej. Zało­żył się ze mną, że nie uda ci się go roz­pra­co­wać. Ja oczy­wi­ście posta­wi­łem kasę na „Ambera” i wygra­łem! Moje gra­tu­la­cje, zda­łeś dzi­siaj ważny egza­min.

Grudzień 1938 roku

Paryż, mieszkanie przy Rue René Blum

Wobec zbli­ża­ją­cego się końca seme­stru na uni­wer­sy­te­cie ważna stała się kwe­stia ter­minu powrotu von Wedela do Ber­lina.

– Czy jest coś, co mogłoby wpły­nąć na twoją decy­zję o dal­szym pozo­sta­wa­niu w Paryżu? – pyta­nie Życho­nia padło po zakoń­cze­niu kolej­nego dnia szko­le­nia.

– Zamie­rza­łem wró­cić do Nie­miec na prze­ło­mie roku – odpo­wie­dział Carl. – Powi­nie­nem już wcze­śniej poje­chać do Kory­towa, spo­tkać się z bra­tem i wujem, no i odwie­dzić grób ojca, a wła­ściwe wspólny grób rodzi­ców. Ale wstrzy­my­wa­łem się w oba­wie, że na miej­scu nie wytrzy­mam i zro­bię jakiś głupi ruch wobec tego mor­dercy.

– Czy na­dal takie masz plany?

– Wiesz, Janie – von Wedel zamy­ślił się. – Od chwili, gdy zgo­dzi­łem się na naszą współ­pracę, moje życiowe prio­ry­tety ule­gły zna­czą­cej zmia­nie. Bio­rąc pod uwagę zaję­cie się spra­wami ope­ra­cyj­nymi, cho­ciażby w kon­tek­ście szyb­kich zmian w sytu­acji w Euro­pie, moja wizyta w rodzin­nej sie­dzi­bie prze­stała być taka ważna. Kocham moich bli­skich, ale skoro radzili sobie tak długo beze mnie, to pora­dzą sobie jesz­cze tro­chę. Tych kilka tygo­dni, zamiast wizy­cie na Pomo­rzu, powi­nie­nem poświę­cić budo­wa­niu mojej kariery w Niem­czech. I zakła­dam, że zmie­rzasz wła­śnie do tego.

– Tra­fi­łeś w sedno – przy­znał Polak. – Fakt, że sta­łeś się agen­tem, wymaga ze strony cen­trali pod­ję­cia róż­nych ruchów. W Ber­li­nie mamy rezy­den­turę, dla któ­rej będziesz pra­co­wał. Jej szefa musimy poin­for­mo­wać o two­jej oso­bie i usta­lić spo­sób nawią­za­nia kon­taktu. Drugą, a przy tym nie mniej ważną kwe­stią, jest to, gdzie tra­fisz po powro­cie, czyli na ile przy­datne dla naszej służby będzie miej­sce two­jej pracy.

– Myślę, że dla osoby o takich warun­kach jak ja wła­ści­wie nie ma prze­szkód, żeby wybrać insty­tu­cję cie­kawą dla was – zade­kla­ro­wał Carl. – Zakła­dam, że naj­bar­dziej war­to­ściowa byłaby admi­ni­stra­cja rzą­dowa, w pobliżu kanc­le­rza, MSZ, woj­sko czy wywiad. Nie mylę się?

– Znowu masz rację. Każda z tych insty­tu­cji daje poten­cjalne moż­li­wo­ści dotar­cia do infor­ma­cji waż­nych dla Pol­ski, ale rów­nież dla sytu­acji w Euro­pie. Wspo­mnia­łeś o swo­ich moż­li­wo­ściach i zapewne masz rację w ich oce­nie. Jed­nak spró­bujmy zasta­no­wić się, gdzie byłoby naj­ła­twiej zacząć twoją karierę.

– Wiesz, mam kilku zna­jo­mych jesz­cze z okresu stu­diów w Ber­li­nie, któ­rzy pod­jęli pracę w momen­cie, kiedy ja wyje­cha­łem do War­szawy, a potem do Kra­kowa. Wiem, że pra­cują w woj­sku, w resor­cie spraw zagra­nicz­nych i w innych mini­ster­stwach. Część z nich ma tak dobre układy rodzinne, że przy ich deli­kat­nym wyko­rzy­sta­niu dosta­nie się przeze mnie do każ­dej z wymie­nio­nych insty­tu­cji nie powinno sta­no­wić pro­blemu. Co byłoby naj­waż­niej­sze dla was?

– Nie­wąt­pli­wie naj­cen­niej­szy byłby twój akces do wywiadu, myślę tu o Abweh­rze – oce­nił Jan. – Praca w wywia­dzie zawsze daje moż­li­wo­ści zdo­by­wa­nia war­to­ścio­wych infor­ma­cji, doku­men­tów, uczest­ni­cze­nia w ope­ra­cjach, które mogą być istotne dla Pol­ski. Jed­no­cze­śnie pod przy­kry­ciem dzia­łań ope­ra­cyj­nych łatwiej jest zaka­mu­flo­wać czyn­no­ści zwią­zane z kon­tak­to­wa­niem się z rezy­den­tem czy kimś innym z ber­liń­skiej siatki. A więc główny wysi­łek skie­ruj na wej­ście do Abwehry. Jeśli jed­nak to oka­za­łoby się zbyt trudne, wów­czas pomyśl o woj­sku. Wąt­pię w moż­li­wość zbli­że­nia do ści­słego kie­row­nic­twa Rze­szy, wobec braku two­ich czy two­jej rodziny związ­ków z aktyw­no­ścią poli­tyczną w NSDAP.

– Czyli wszystko jasne, apli­kuję do wywiadu – pod­su­mo­wał Carl. – Mam już nawet pomysł, do kogo zwrócę się na początku.

– Powiedz, o kim myślisz?

– Hans Beck­mann – powie­dział z uśmie­chem von Wedel. – Razem stu­dio­wa­li­śmy, razem pili­śmy w róż­nych knaj­pach, krzy­żo­wa­li­śmy też ręka­wice na ringu i wspól­nie pod­ry­wa­li­śmy dziew­czyny. Bo musisz wie­dzieć, że Hans to praw­dziwy pies na baby. To wszystko two­rzy nie­zły pre­tekst, żeby wyko­rzy­stać jego pomoc. Beck­mann ma świetne konek­sje rodzinne, ojca gene­rała w Szta­bie Gene­ral­nym, więc w Ber­li­nie więk­szość drzwi stoi przed nim otwo­rem, także tam, gdzie ja chciał­bym tra­fić. Ma jesz­cze jedną ważną cechę. Jak coś robi, to zazwy­czaj uważa, że sam wymy­ślił całą kon­cep­cję. Wystę­pu­jąc w mojej spra­wie, będzie wewnętrz­nie prze­ko­nany, że to on mi zapro­po­no­wał zała­twie­nie tej roboty, więc tym bar­dziej się postara. Z pew­no­ścią nie zechce pamię­tać, że popro­si­łem go o wspar­cie w tej spra­wie. Mój mają­tek zawsze mu impo­no­wał, dla­tego jak potrzą­snę kiesą i zapro­szę go do kilku ele­ganc­kich lokali w Ber­li­nie, szybko przy­po­mni sobie o naszych przy­ja­ciel­skich kon­tak­tach.

– Świet­nie, mamy usta­lone, w którą stronę idziemy – skwi­to­wał Żychoń, a Carl dostrzegł, że roz­mówca jest bar­dzo skon­cen­tro­wany. – Teraz posłu­chaj: po przy­jeź­dzie do Ber­lina zadzwo­nisz pod ten numer tele­fonu – Polak wrę­czył von Wede­lowi kartkę z rzę­dem cyfr. – Posta­raj się je zapa­mię­tać, choć jeśli zacho­wasz tę kartkę, niczym to nie grozi. Kiedy skon­tak­tu­jesz się z tym nume­rem, przed­staw się jako „Asbjørn”. Roz­mówca zapyta cię, czy znasz „Alto Douro”. Odpo­wiesz, że wolisz „Guimarães”. Usły­szysz cyfrę i roz­łą­czysz się. Cyfra ozna­czać będzie godzinę spo­tka­nia następ­nego dnia na dworcu Ber­lin Anhal­ter, po lewej stro­nie lady prze­cho­walni bagażu. Zapa­mię­tasz?

– „Asbjørn”, „Alto Douro”, „Guimarães”. Cyfra to godzina spo­tka­nia naza­jutrz, po lewej stro­nie prze­cho­walni.

– Zga­dza się – potwier­dził Jan.

Na koniec spo­tka­nia Żychoń zro­bił coś, czym zasko­czył agenta.

– Jeżeli kie­dy­kol­wiek gdzieś doj­dzie do naszego spo­tka­nia, pamię­taj, że się nie znamy – stwier­dził. – Nie wiesz, jak ja się nazy­wam. Bez mojej ini­cja­tywy ni­gdy nie pró­buj do mnie podejść. I jako dowód mojego zaufa­nia wobec cie­bie powiem ci, że naprawdę wcale nie nazy­wam się Jan Żychoń. To imię i nazwi­sko lega­li­za­cyjne. Praw­dzi­wych moich danych nie poznasz, o ile nie będzie to nie­zbędne. Dla­tego jeśli kie­dy­kol­wiek usły­szysz o Janie Życho­niu z Oddziału II, to praw­do­po­dob­nie nie będzie cho­dziło o mnie. Tym bar­dziej że jest inna osoba, która tak się nazywa.

– Dobrze, Janie. A czy w ogóle jesz­cze kie­dyś się spo­tkamy? – w gło­sie von Wedela poja­wił się nie­sły­szany dotąd ton.

– W tym zawo­dzie wszystko jest moż­liwe, choć jed­no­cze­śnie bar­dzo wąt­pliwe, że tak się sta­nie – sen­ten­cjo­nal­nie powie­dział Polak. – Zbliża się bar­dzo ciężki czas. Pew­nie wybuch­nie wojna i zapewne dotknie całą Europę. Ale w końcu poko­namy wspól­nie zło i nasta­nie pokój. Miejmy nadzieję, że w tych dobrych cza­sach uda nam się ponow­nie spo­tkać. Na razie życzę ci, żebyś prze­trwał ten tra­giczny okres. I pamię­taj, twoje życie zależy od czuj­no­ści, obser­wo­wa­nia oto­cze­nia i roz­sądku. Jeśli będziesz tak postę­po­wał, przy­szłość będzie twoja. Żegnaj Carl.

Paryż, okolica mieszkaniA von Wedela

Roz­mowa z Janem Życho­niem, czy jak tam się naprawdę nazy­wał, spra­wiła, że von Wedel szedł do domu w ogól­nie dobrym nastroju, choć zamy­ślony i nieco zasmu­cony tym, że może już ni­gdy nie zoba­czy przy­ja­ciela. Wra­cał do Nie­miec, cho­ciaż jego sytu­acja ule­gła zasad­ni­czej zmia­nie. Poje­dzie do Ber­lina, żeby pra­co­wać tam dla pol­skiego wywiadu. Skoń­czyło się zwy­czajne życie, był agen­tem i miał wal­czyć z nazi­stow­skim reżi­mem, wykra­da­jąc tajne infor­ma­cje. Ni­gdy wcze­śniej, nawet w mło­dzień­czych wyobra­że­niach, nie przy­szło mu do głowy, że będzie zaj­mo­wał się czymś takim.

W ulicz­nej sza­rówce jego uwagę zwró­cił błysk zapałki. W bra­mie vis-à-vis budynku, w któ­rym znaj­do­wało się miesz­ka­nie Carla, stał młody męż­czy­zna i wła­śnie zapa­lił papie­rosa. Zapewne wcze­śniej taka sytu­acja nie mia­łaby dla niego zna­cze­nia, ale obec­nie zare­ago­wał i zapa­mię­tał tego czło­wieka. Zamiast wejść do swo­jej bramy, poszedł dalej. Tylko w ten spo­sób mógł spraw­dzić, czy męż­czy­zna ma wobec niego jakie­kol­wiek złe zamiary. Pozor­nie wyda­wało się to prze­sadą, ale nauczył się, że w nowym życiu wywia­dow­czym wszystko może być ważne. Skrę­cił w prze­cznicę, potem w kolejną. Przez szybę naroż­nego sklepu zoba­czył, że męż­czy­zna idzie za nim, a przy­naj­mniej w tym samym kie­runku co on przed chwilą. Sytu­acja stała się bar­dziej zło­żona, gdy von Wedel stwier­dził, że tam­ten nie był sam. Towa­rzy­szył mu inny młody czło­wiek. Pomy­ślał, że to może być kon­ty­nu­acja dzi­siej­szych ćwi­czeń, choć nie wie­dział, skąd Polacy zna­leźli nowych nie­zna­nych Car­lowi pozo­ran­tów. Zszedł do metra i poje­chał do swo­jej ulu­bio­nej restau­ra­cji. Zjadł dobrą kola­cję, wypił dwa kie­liszki wina i opu­ścił lokal. Idąc w stronę sta­cji metra, dostrzegł zna­jomą syl­wetkę wła­śnie cho­wa­jącą się w nie­da­le­kiej bra­mie. Po prze­ciw­nej stro­nie ulicy zoba­czył towa­rzy­sza męż­czy­zny. Był pewien, że to oni! Von Wedel inten­syw­nie myślał. Nie miał wąt­pli­wo­ści, że obaj poja­wili się w oko­li­cach jego miesz­ka­nia, a teraz, tak jak on, znaj­do­wali się w spo­rej odle­gło­ści od tam­tego miej­sca. Przy­pa­dek? Nie­moż­liwe. Był prze­ko­nany, że go śle­dzili. Jeżeli Polacy chcieli go spraw­dzić, to wszystko było w porządku. Jed­nak zaję­cia zostały już ofi­cjal­nie zakoń­czone, więc cała sytu­acja była dziwna. „A jeżeli to nie są ćwi­cze­nia?”, przy­szło mu nagle do głowy. Jeśli ma rację, to kim mogli być tamci dwaj? Oczy­wi­ście, jeżeli fak­tycz­nie cho­dziło o dwóch. Brał pod uwagę, że zain­te­re­so­wali się nim pary­scy ban­dyci, któ­rzy zamie­rzali go okraść. A może te wcze­śniejsze zaję­cia z ofi­ce­rami pol­skiego wywiadu ścią­gnęły na Carla zain­te­re­so­wa­nie fran­cu­skich służb bez­pie­czeń­stwa? W sytu­acji, w któ­rej obec­nie się znaj­do­wał, musiał brać pod uwagę różne moż­li­wo­ści. Uznał, że ze strony Fran­cu­zów raczej nic mu nie grozi, w końcu krę­cąc się po Paryżu, nie zro­bił przez ostat­nie tygo­dnie niczego złego. Poważ­niej­szym zagro­że­niem byli ban­dyci szu­ka­jący w jego oso­bie łatwej ofiary. Posta­no­wił, że powi­nien zacho­wać czuj­ność i wra­cać do domu, a w razie czego podej­mie walkę z nimi. Ruszył w kie­runku sta­cji metra, pamię­ta­jąc, że po dro­dze musi minąć bramę, w któ­rej scho­wał się jeden z męż­czyzn. Posta­no­wił utrud­nić zada­nie poten­cjal­nemu prze­ciw­ni­kowi i zato­czył się w lewo. Ten ruch pozwo­lił mu czła­pać tuż przy ścia­nie budynku. O tym, że się nie pomy­lił, podej­rze­wa­jąc mło­dych męż­czyzn o zain­te­re­so­wa­nie jego osobą, prze­ko­nał się już po chwili. Ten, który dotąd szedł po dru­giej stro­nie ulicy, nagle zna­lazł się na jezdni i ruszył w stronę Carla.

Wyda­rze­nia poto­czyły się bar­dzo szybko. Naj­pierw usły­szał gwizd dobie­ga­jący od strony czło­wieka prze­ci­na­ją­cego jezd­nię. Von Wedel wła­śnie doszedł do bramy, gdy wysko­czył z niej pierw­szy męż­czy­zna. Carl stwier­dził, że tam­ten go nie widzi – zapewne spo­dzie­wał się zoba­czyć go na środku chod­nika. Dru­gie spo­strze­że­nie było waż­niej­sze: męż­czy­zna trzy­mał w dłoni nóż. Von Wedel zawie­rzył sta­remu porze­ka­dłu, że naj­lep­szą formą obrony jest atak. Dla­tego bez waha­nia ruszył na pierw­szego z prze­ciw­ni­ków. Pra­wym sier­po­wym ude­rzył męż­czy­znę w szczękę, jed­no­cze­śnie wyko­nał zwód, aby nie zostać tra­fiony. Wyko­rzy­stu­jąc zasko­cze­nie prze­ciw­nika, zła­pał go za rękę trzy­ma­jącą nóż i szarp­nął mocno do przodu. Tam­ten wypu­ścił broń i pole­ciał przed sie­bie, tra­cąc rów­no­wagę. Nie cze­ka­jąc na jego upa­dek na chod­nik, Carl bły­ska­wicz­nie odwró­cił się w stronę jezdni, aku­rat w porę, żeby spo­tkać dru­giego wroga. Męż­czy­zna, widząc upa­dek swo­jego kolegi, ruszył bie­giem, choć jak się oka­zało, nie miał spre­cy­zo­wa­nej kon­cep­cji ataku. Von Wedel, nie dba­jąc o wymogi honoru, bły­ska­wicz­nie kop­nął tam­tego w kro­cze. Atak był kom­plet­nie zaska­ku­jący, a prze­ciw­nik zwi­nął się z bólu. Gdy pochy­lony trzy­mał się za pod­brzu­sze, Carl ude­rzył go pre­cy­zyj­nie w pod­stawę czaszki, co spo­wo­do­wało cał­ko­wite wyeli­mi­no­wa­nie prze­ciw­nika z walki. Odwró­cił się do pierw­szego męż­czy­zny aku­rat w momen­cie, gdy ten zaczął pod­no­sić się z ziemi. Von Wedel wykrę­cił mu lewą rękę i wcią­gnął do bramy. Tam wzmoc­nił chwyt, co wywo­łało gło­śne jęki prze­ciw­nika.

– Zamknij mordę, bo zła­mię ci rękę! – wysy­czał mu do ucha von Wedel. Męż­czy­zna posłu­chał i zamilkł, w bra­mie sły­chać było jedy­nie płacz­liwe sapa­nie. – Czego ode mnie chce­cie? Tylko mów, kurwa, prawdę!

Męż­czy­zna, poko­nu­jąc ból, uniósł głowę, zwra­ca­jąc twarz w jego stronę.

– Cho­dzi o Jacqu­eline…

– Co ty pier­do­lisz! O jaką Jacqu­eline? – rzu­cił zasko­czony Carl, nie rozu­mie­jąc, co tam­ten ma na myśli. Jed­no­cze­śnie spoj­rzał w stronę ulicy, aby spraw­dzić, czy zno­kau­to­wany prze­ciw­nik nie wraca do sie­bie. Męż­czy­zna jed­nak leżał bez ruchu. Nie­liczni prze­chod­nie go omi­jali. – Nie kłam!

– Ja nie kła­mię – miał to potwier­dzić roz­pacz­liwy ton odpo­wie­dzi. – Naprawdę nie kła­mię.

– Jaka Jacqu­eline? Co to zna­czy?

– To moja narze­czona – wyja­śnił męż­czy­zna. – Ale od kiedy zapro­si­łeś ją na randkę, zacho­wuje się dziw­nie i nie chce ze mną roz­ma­wiać…

– Ja z Jacqu­eline…? – jesz­cze przez moment był zdez­o­rien­to­wany sło­wami Fran­cuza.

W końcu zro­zu­miał. Tak miała na imię kole­żanka z uni­wer­sy­tetu. Sie­dzieli w pobliżu sie­bie w uczel­nia­nej biblio­tece, a uroda dziew­czyny tak olśniła Carla, że zapro­sił ją na kola­cję. Zgo­dziła się chęt­nie, a Carl zupeł­nie nie wziął pod uwagę, że dziew­czyna może być z kimś zwią­zana. Spę­dzili miły wie­czór i to wszystko. Gdy uświa­do­mił sobie, że powo­dem ataku obu Fran­cu­zów na niego była zazdrość o kobietę, chciało mu się gło­śno śmiać. Zamiast tego powie­dział:

– Nic do niej nie mam, jest twoja. Ja jutro wyjeż­dżam z Paryża i zniknę z waszego życia. Dotarło?

– Tak… – potwier­dził nie­szczę­sny narze­czony.

Von Wedel puścił go, a zasko­czony Fran­cuz upadł na bruk. Carl minął leżą­cego na­dal kolegę tam­tego i ruszył w stronę sta­cji metra. Po kil­ku­na­stu kro­kach wresz­cie gło­śno się roze­śmiał. W ten spo­sób odre­ago­wał ner­wową sytu­ację. Czuł zado­wo­le­nie z tego, jak sobie pora­dził. Jed­no­cze­śnie utwier­dził się w prze­ko­na­niu, że szko­le­nie ope­ra­cyjne nie poszło na marne i wła­śnie dzi­siaj wie­czo­rem zdał kolejny egza­min. Usta­lił obser­wa­cję, kon­tro­lo­wał prze­bieg wyda­rzeń i poznał powód, dla któ­rego był śle­dzony. Uznał, że jest gotowy, aby wra­cać do Nie­miec i zro­bić to, na co się zde­cy­do­wał. Humoru nie zepsuło mu nawet uświa­do­mie­nie sobie, że kolejni prze­ciw­nicy będą dużo groź­niejsi od obu Fran­cuzów.

Styczeń 1939 roku

Warszawa, Komenda Garnizonu

– Nie jestem zado­wo­lony z panów dzia­łań – mar­sza­łek Edward Śmi­gły-Rydz patrzył ponad gło­wami ofi­ce­rów, sztywno wypro­sto­wa­nych na krze­słach ota­cza­ją­cych stół kon­fe­ren­cyjny.

Stycz­niowy pora­nek był wyjąt­kowo ponury, co odda­wały nastroje w gabi­ne­cie gene­ral­nego inspek­tora sił zbroj­nych. Wezwa­nie na odprawę do naj­waż­niej­szego dowódcy pol­skiej armii, następcy Józefa Pił­sud­skiego, pod­le­ga­ją­cego wyłącz­nie pre­zy­den­towi, już poprzed­niego dnia wywo­łało poważny nie­po­kój wśród kie­row­nic­twa Oddziału II. Zapro­sze­nie jedy­nie wybra­nych ofi­ce­rów suge­ro­wało decy­zje per­so­nalne.

– Kry­tycz­nie oce­niam poziom roz­po­zna­nia mili­tar­nych poten­cja­łów III Rze­szy i Związku Sowiec­kiego, a prze­cież te kraje sta­no­wią dla nas naj­więk­sze zagro­że­nie. Dodam, że nie podoba mi się rów­nież anga­żo­wa­nie się człon­ków rodzin tak waż­nych ofi­ce­rów wywiadu po stro­nie lewi­co­wej opo­zy­cji – obecni wie­dzieli, że ostat­nia uwaga skie­ro­wana była do szefa Oddziału II i doty­czyła poli­tycz­nej aktyw­no­ści jego żony. – Jed­no­cze­śnie jestem poru­szony nie­pra­wi­dło­wo­ściami w dzia­łal­no­ści Dwójki, co zostało ujaw­nione przy oka­zji sprawy majora Sosnow­skiego. A fakt, że nasz pozor­nie naj­lep­szy wywia­dowca jest aktu­al­nie sądzony przez pol­ski sąd za współ­pracę z Abwehrą, wzbu­dził mój głę­boki nie­po­kój co do nad­zoru w wywia­dzie.

Mar­sza­łek prze­rwał, a obecni w gabi­ne­cie ofi­ce­ro­wie wywiadu mieli nie­prze­partą ochotę zapro­te­sto­wać. Doko­na­nia siatki agen­tu­ral­nej stwo­rzo­nej przez Sosnow­skiego w Niem­czech, dostar­cza­nie wielu cen­nych infor­ma­cji, w tym o postę­pu­ją­cym zbli­że­niu nie­miecko-sowiec­kim, były nie­zwy­kle ważne. Fakt ska­za­nia go przez nie­miecki sąd na doży­wo­cie był też wymowny. Wąt­pli­wo­ści powsta­łych w Pol­sce co do lojal­no­ści Sosnow­skiego, w znacz­nym stop­niu opar­tych na dzia­ła­niach inspi­ra­cyj­nych Abwehry i pod­sy­ca­nych przez jego prze­ciw­ni­ków, nie podzie­lało kie­row­nic­two wywiadu. Jed­nak wobec naj­wyż­szego pol­skiego woj­sko­wego nikt nie wyra­ził prze­ciw­nego zda­nia. Śmi­gły-Rydz po chwili namy­słu kon­ty­nu­ował.

– Wyda­łem roz­kaz o zdy­mi­sjo­no­wa­niu puł­kow­nika Tade­usza Peł­czyń­skiego ze sta­no­wi­ska szefa oddziału – oznaj­mił Śmi­gły-Rydz. – Podob­nie ze sta­no­wi­ska szefa Wydziału II Wywia­dow­czego odej­dzie pod­puł­kow­nik Ste­fan Mayer oraz ze sta­no­wi­ska szefa Refe­ratu „Zachód” major Adam Świt­kow­ski. Dal­sze zmiany w jed­nost­kach oddziału będą wpro­wa­dzane w kolej­nych mie­sią­cach. Jed­no­cze­śnie chcę poin­for­mo­wać o powie­rze­niu funk­cji szefa Oddziału II puł­kow­ni­kowi dyplo­mo­wa­nemu kawa­le­rii Józe­fowi Smo­leń­skiemu. Puł­kow­nik Smo­leń­ski jest doświad­czo­nym kawa­le­rzy­stą i nie był dotąd zaan­ga­żo­wany w dzia­łal­ność wywia­dow­czą, ale został zare­ko­men­do­wany przez gene­rała Wie­niawę-Dłu­go­szow­skiego i wie­rzę, że dobrze wywiąże się z zadań na nowym sta­no­wi­sku. Żegnam panów.

Wycho­dzący ofi­ce­ro­wie oddziału byli wstrzą­śnięci, nie swo­imi dymi­sjami, ale fak­tem, że w sytu­acji rosną­cego zagro­że­nia dla Pol­ski ze strony Hitlera i Wehr­machtu, ale rów­nież ze Wschodu, po raz kolejny w ostat­nim cza­sie doszło do poważ­nych zmian kadro­wych. Szcze­gól­nie dzi­wiła nomi­na­cja na nowego szefa Dwójki czło­wieka, który nie miał bla­dego poję­cia o pracy ope­ra­cyj­nej, a wobec usu­nię­cia sze­regu doświad­czo­nych ofi­ce­rów sta­wał wobec bez­na­dziej­nego zada­nia prze­bu­dowy wywiadu przy braku fachow­ców i nie­zna­jo­mo­ści narzę­dzi ope­ra­cyj­nych. Już w drzwiach do puł­kow­nika Jana Koniecz­nego pod­szedł jeden z adiu­tan­tów Śmi­głego-Rydza.

– Mar­sza­łek pole­cił panu pozo­stać w gabi­ne­cie – oznaj­mił.

Ta sytu­acja nie uszła uwagi innych ofi­ce­rów Oddziału II.

Berlin, Hotel Eden

U zbiegu Kurfürstendamm i Buda­pe­ster Strasse mie­ścił się jeden z naje­le­gant­szych hoteli w Ber­li­nie. Ukoń­czony w 1912 roku Hotel Eden czę­sto wybie­rany był przez sławne posta­cie prze­by­wa­jące w sto­licy Nie­miec. Sławę zdo­był także dzięki ogro­dowi umiesz­czo­nemu na ostat­nim pię­trze, gdzie obok restau­ra­cji znaj­do­wał się plac do mini­golfa, ale przede wszyst­kim z powodu Eden­baru uwa­ża­nego za jeden z naje­le­gant­szych w mie­ście i sły­ną­cego z nie­by­wale wyso­kich cen. Carl uznał to miej­sce za wła­ściwe do wyko­na­nia pierw­szego kroku na swo­jej nowej dro­dze życio­wej. Tak jak zapla­no­wał, zaraz po przy­jeź­dzie do Ber­lina zapro­sił na obiad dobrego kolegę ze stu­diów, Hansa Beck­manna. Pocho­dził z rodziny kul­ty­wu­ją­cej tra­dy­cje woj­skowe, nie mógł więc wybrać innej drogi życio­wej niż służba w nie­miec­kich siłach zbroj­nych. Poprzez konek­sje szybko tra­fił do Sztabu Gene­ral­nego, ale miał też roz­liczne zna­jo­mo­ści w apa­ra­cie pań­stwo­wym Rze­szy. Temat przy­szło­ści von Wedela poru­szyli przy jedze­niu, a roz­mowa o sze­ro­kiej gamie moż­li­wo­ści zasu­ge­ro­wa­nych przez Beck­manna powró­ciła, gdy usie­dli w barze. Butelka naj­lep­szego koniaku zapew­niała wła­ściwy pod­kład dla wymiany zdań.

– Carl, przed­sta­wi­łem ci praw­dziwą paletę pro­po­zy­cji – stwier­dził Hans Beck­mann. – Przed koń­cem tego dosko­na­łego trunku, za który, jak sądzę, ty pła­cisz, powi­nie­neś zde­cy­do­wać, co będziesz robił w życiu.

– Wspo­mnia­łeś o tylu moż­li­wo­ściach, że kom­plet­nie nie wiem, co wybrać – von Wedel spra­wiał wra­że­nie lekko pod­pi­tego, co po butelce wina do obiadu i kolej­nej lampce koniaku spe­cjal­nie kolegi nie dzi­wiło.

– Przy­ja­cielu, wiem, że nie cho­dzi ci o wyso­kie dochody, bo na to jesteś zbyt bogaty – zasu­ge­ro­wał roz­mówca, się­ga­jąc po kie­li­szek. – Musisz wybrać insty­tu­cję, gdzie zre­ali­zu­jesz swoje marze­nia. Boże, co ja mówię! Chyba zaszko­dził mi ten twój rary­tas w kie­liszku. Prze­cież nikt nor­malny nie reali­zuje marzeń w pracy. Więc skoro nie cho­dzi o pie­nią­dze, to wystar­czy, żebyś dobrze się bawił. Może MSZ?

– Nie, raczej nie. Po świe­cie już się najeź­dzi­łem… A do pracy urzęd­nika chyba się nie nadaję.

– No to dołącz do naszej nie­zwy­cię­żo­nej armii. Znajdę ci jakiś gabi­net w szta­bie.

– Daj spo­kój, nie dosyć, że pijemy razem, to jesz­cze mam codzien­nie oglą­dać twoją zna­jomą gębę w biu­rze…

Hans spoj­rzał na Carla nie­pew­nie, ale widząc iskierki w oczach kolegi, ryk­nął śmie­chem. Koniak zła­go­dził odbiór nie­wy­bred­nych słów przy­ja­ciela. Po chwili śmiali się obaj.

– Zostanę księ­dzem – powie­dział Carl. – Wyobra­żasz sobie, jak co powab­niej­sze para­fianki opo­wia­dają mi ze szcze­gó­łami o swo­ich grze­chach…

Znowu wybuch­nęli śmie­chem. Kiedy się uspo­ko­ili, von Wedel rzu­cił:

– To moje zaję­cie musi być pod­nie­ca­jące, tajem­ni­cze i naj­le­piej nie­bez­pieczne…

– To fak­tycz­nie Wehr­macht odpada, a do Krieg­sma­rine jesteś za wysoki… – Carl ener­gicz­nie wypro­sto­wał się na krze­śle, aby potwier­dzić opi­nię Hansa.

Beck­mann zasta­na­wiał się przez moment zapa­trzony w bar. Nagle oży­wił się.

– A może wywiad? Cała ich praca to tajem­nica, nie­bez­piecz­nie pew­nie będzie już wkrótce, tylko ciii – przy­tknął zna­cząco palec do ust. – A pod­nie­ce­nie? No nie wiem, ale jak tra­fisz na kobietę agentkę…

– Wywiad? – Carl uda­wał zasta­na­wia­nie się. Dostrzegł, że kolega spo­gląda nie niego z nadzieją. – Tak, to zaję­cie chyba by mi paso­wało. Jak myślisz, ma to sens? A może jed­nak nie?

– Carl, jesteś taki wybredny, że łatwiej chyba… – zabra­kło mu dobrego porów­na­nia, więc nie kon­ty­nu­ował myśli. – Wywiad to połą­cze­nie służby woj­sko­wej z wie­dzą o naj­więk­szych tajem­ni­cach naszych i wroga, a także naprawdę eks­cy­tu­jące zaję­cie. Dosyć tej gadki. Jutro dzwo­nię do zna­jo­mego w Abweh­rze i zała­twiam sprawę. Chyba że wolał­byś inny wywiad, na przy­kład w SS?

– Sam nie wiem… – von Wedel na­dal ocią­gał się. – A jakie są jesz­cze inne komórki wywia­dow­cze? Tak naprawdę to ni­gdy się tą tema­tyką nie inte­re­so­wa­łem. Sły­sza­łem tylko o Abweh­rze.

– Zaraz cię uświa­do­mię – zade­kla­ro­wał Beck­mann, pod­sta­wia­jąc do uzu­peł­nie­nia pusty kie­li­szek. – Jest Wydział II Służby Bez­pie­czeń­stwa Reichsführera SS, Wydział Obce Armie Zachód, czyli III Wydział Dowódz­twa Wehr­machtu OKW, i Wydział Obce Armie Wschód, czyli XII Wydział Sztabu Gene­ral­nego przy OKH. Chcesz wię­cej?

– Nie, pozo­stanę przy Abweh­rze – stwier­dził von Wedel.

Pomy­ślał, że jeśli kie­dy­kol­wiek ktoś zapyta Beck­manna, czy Carl pro­sił go o wspar­cie w dosta­niu się do wywiadu, kolega da głowę, iż wcale tak nie było. Przy­się­gnie, że to on sam zasu­ge­ro­wał wstą­pie­nie do Abwehry. I fak­tycz­nie okaże się to prawdą.

Się­gnął po butelkę i wie­czór toczył się miło dalej. Temat przy­szło­ści von Wedela już się nie poja­wił. Tym bar­dziej że wkrótce Beck­mann zauwa­żył dwie dobre zna­jome wcho­dzące do lokalu.

Warszawa, Komenda Garnizonu

– Niech pan siada, puł­kow­niku – powie­dział mar­sza­łek Edward Śmi­gły-Rydz, wska­zu­jąc na fotele ota­cza­jące sto­lik kawowy. Sam zga­sił papie­rosa i zajął miej­sce w jed­nym z tych potęż­nych skó­rza­nych mebli. – Koniak?

Puł­kow­nik Konieczny kiw­nął głową. Adiu­tant podał sie­dzą­cym napeł­nione kie­liszki i szybko wyco­fał się z gabi­netu.

– Jak tam nasza Jadzia? – zapy­tał gospo­darz, upi­ja­jąc pierw­szy łyk alko­holu.

Konieczny poszedł w ślady gene­ral­nego inspek­tora sił zbroj­nych, a alko­hol sma­ko­wał mu jak ni­gdy. Był dumny z komi­tywy, jaką ofia­ro­wał mu w tej chwili zwierzch­nik armii, wręcz pła­wił się w tym odczu­ciu. Wie­dział, że przy­chyl­ność mar­szałka wynika głów­nie z faktu, iż był mężem Jadwigi z Win­ce­wi­czów, krew­nej Śmi­głego-Rydza. Przez próż­ność zakła­dał, że nie­dawny awans do sze­re­gów kie­row­nic­twa wywiadu woj­sko­wego zawdzię­czał jed­nak wyłącz­nie swoim osią­gnię­ciom w służ­bie. Tylko po dużym kie­li­chu przy­cho­dziło mu do głowy, że gdyby nie dobry oże­nek, to dalej ćwi­czyłby żoł­nie­rzy w zie­lo­nym gar­ni­zo­nie.

– Panie mar­szałku – puł­kow­nik nawet pod­czas nie­licz­nych uro­czy­sto­ści rodzin­nych zwra­cał się tak do wuja żony – Jadwiga ma się dobrze. Jak zwy­kle jest pełna wigoru i orga­ni­zuje kolejne spo­tka­nie dla żon kadry Oddziału II.

– To zna­ko­mi­cie – oce­nił Śmi­gły-Rydz. – Trzeba dbać o nastroje wśród pań, bo te nastroje łatwo prze­no­szą się na atmos­ferę w mał­żeń­stwach. Niech pan jesz­cze raz podzię­kuje Jadzi za zwró­ce­nie mi uwagi na poglądy poli­tyczne poja­wia­jące się w śro­do­wi­sku rodzin. Różne rze­czy mógł­bym wyba­czyć, ale wspie­ra­nie lewi­co­wej opo­zy­cji to już skan­dal. Takie zacho­wa­nie jest zwłasz­cza nie­godne kobiet, a tym bar­dziej żon wyso­kich ofi­ce­rów.

– Tak, Jadzia ma nosa do wyczu­wa­nia takich spraw. – Konieczny pamię­tał, jak żona wspo­mniała mu o swoim odkry­ciu doty­czą­cym mał­żonki szefa Oddziału II i jej sym­pa­tii dla lewicy. Puścił to mimo uszu, nie podej­rze­wa­jąc, że owe infor­ma­cje mogą dotrzeć do samego mar­szałka.

– Nie tylko nosa – pod­chwy­cił mar­sza­łek. – Ważne, że nie lek­ce­waży takich sytu­acji. Kiedy do mnie przy­szła z wia­do­mo­ścią na temat żony Peł­czyń­skiego i sym­pa­ty­zu­ją­cych z nią kobiet, od razu kaza­łem zaufa­nym ofi­ce­rom zająć się tym tema­tem. I fak­tycz­nie wszystko się potwier­dziło. Zuch dziew­czyna. Dla­tego też usu­ną­łem kilku nie­pew­nych ludzi z kie­row­nic­twa wywiadu. Ci nowo mia­no­wani zaś, nawet jeżeli nie są doświad­czo­nymi wywia­dow­cami, to przy­naj­mniej będą poli­tycz­nie pewni.

– Ma pan mar­sza­łek zupełną rację – przy­po­chle­bił się puł­kow­nik. – Nie cier­pię komu­chów, a kobiety ni­gdy nie powinny anga­żo­wać się w poli­tykę.

– Od teraz jesteś jedy­nym człon­kiem kie­row­nic­twa wywiadu z dłuż­szym sta­żem – powie­dział Śmi­gły-Rydz. Uniósł palec wska­zu­jący i skie­ro­wał go w stronę gościa. – Masz ich wszyst­kich obser­wo­wać. Jeśli pojawi się coś nie­wła­ści­wego, poli­tyka czy sym­pa­tie do naszych wro­gów, zaraz mi mel­duj. Tylko spiesz się, bo twoja żona może być szyb­sza – zażar­to­wał i dodał: – Chy­ba­byś nie chciał, żeby zamiast cie­bie to Jadzia dostała medal.

– Tak jest, panie mar­szałku!

Jan Konieczny zgo­dziłby się nawet pod­pi­sać cyro­graf, gdyby naczelny dowódca tego od niego ocze­ki­wał. A suge­stia doty­cząca odzna­cze­nia przy­pa­dła mu bar­dzo do gustu. „Mia­łem nosa, wybie­ra­jąc żonę”, pomy­ślał z satys­fak­cją.

Berlin, mieszkanie Carla von Wedela

Wczo­raj­sze spo­tka­nie z Han­sem trwało jak dla Carla zbyt długo. Może nie tyle nie miał kon­dy­cji do mocno zakra­pia­nych imprez, ile po pro­stu się od nich odzwy­czaił. Jesz­cze po wyj­ściu z baru obu kobiet, z któ­rymi spę­dzili wesoło wie­czór, obaj pano­wie kolejną butelką koniaku uczcili odno­wie­nie zna­jo­mo­ści. Von Wedel był szcze­gól­nie zado­wo­lony z pozna­nia pań, gdyż jedna ze zna­jo­mych Beck­manna, Mar­git Kunze, oka­zała się sekre­tarką w Mini­ster­stwie Gospo­darki. Tematu jej pracy nie roz­wi­jał, uznał nato­miast dziew­czynę za inte­re­su­jący kon­takt, tym bar­dziej że, jak się oka­zało, była nie­za­mężna i dekla­ro­wała się jako zwo­len­niczka eman­cy­pa­cji.

Mimo że minęła już dwu­na­sta, von Wedel roz­ko­szo­wał się leni­wym dosy­pia­niem. Dzwo­nek tele­fonu prze­rwał jego błogi nastrój. Się­gnął po słu­chawkę apa­ratu sto­ją­cego obok łóżka.

– Witaj, przy­ja­cielu – usły­szał głos Hansa Beck­manna.

– Nie masz co robić, tylko wydzwa­niać o świ­cie?

– Oj, od razu widać, kto dys­po­nuje rodzin­nymi zaso­bami i nie musi biec rano do pracy – ponu­rym gło­sem rzu­cił kolega. – Ale skoń­czy się twoje dolce vita, zapa­mię­taj moje słowa.

– Dobra, dobra, nie strasz – skwi­to­wał Carl te żar­to­bliwe groźby.

– Nie stra­szę, zapew­niam cię. No chyba że zre­zy­gno­wa­łeś już ze swo­ich pla­nów zro­bie­nia kariery w taj­nych służ­bach… – Beck­mann zawie­sił głos.

Von Wedel zro­zu­miał, że słowa roz­mówcy nawią­zują do wczo­raj­szych uzgod­nień. Od razu wró­cił do rze­czy­wi­sto­ści.

– Czyż­byś coś zdzia­łał?

– A jakże, mój drogi.

– To opo­wia­daj, pochwal się.

– Wiesz, że jak ja coś zapla­nuję, to zawsze zała­twię – oznaj­mił z dumą Hans. – Ale nie trzy­mam cię w nie­pew­no­ści. Rano zadzwo­ni­łem do zna­jo­mego z Abwehry i opo­wie­dzia­łem mu o pew­nym inte­li­gent­nym kole­dze, zna­ją­cym kilka języ­ków i mają­cym doświad­cze­nia z poby­tów w róż­nych kra­jach, bie­głym w sztu­kach walki i uro­czo uwo­dzą­cym kobiety…

– To ostat­nie to oczy­wi­ście żart!

– Żart nie żart, ale podzia­łało. Zna­jomy pra­cuje w komórce ope­ra­cyj­nej, więc posta­no­wił skon­tak­to­wać się z sek­cją szko­le­nia. Ode­zwał się przed chwilą i powie­dział, że jutro w połu­dnie czeka na cie­bie ofi­cer Zarządu Per­so­nal­nego, Haupt­mann Kraft. Podobno nad­zo­ruje rekru­ta­cję do wywiadu. I co, jesteś zado­wo­lony?

– No jasne.

– To jutro po połu­dniu liczę na dobry obiad z wykwint­nym alko­ho­lem – stwier­dził Beck­mann.

– Jeste­śmy umó­wieni. Ode­zwę się po roz­mo­wie z Haupt­man­nem Kra­ftem.

Gdy tylko odło­żył słu­chawkę, wysko­czył z pościeli, odzy­sku­jąc zwy­kłą dla sie­bie ener­gię. Po chwili stał już pod chłod­nym stru­mie­niem wody z prysz­nica. „A więc zaczy­nam”, pomy­ślał. Łatwo przy­szło zgo­dzić się na pro­po­zy­cję Jana Życho­nia w odle­głym Paryżu. Ćwi­cze­nia z ofi­ce­rem i jego kole­gami sta­no­wiły eks­cy­tu­jącą atrak­cję. Roz­mowy o spo­so­bie nawią­za­nia kon­taktu z pol­skim szpie­giem w Ber­li­nie były z kolei jak frag­ment sen­sa­cyj­nego opo­wia­da­nia. Ale jutro zrobi pierw­szy poważny krok. Nie będzie już odwrotu. W tej chwili czuł jed­nak, że bez względu na kon­se­kwen­cje pod­jął wła­ściwą decy­zję. Postą­pił zgod­nie z naukami wpa­ja­nymi przez ojca, ale jed­no­cze­śnie tro­chę wąt­pił, czy Hen­ryk von Wedel ucie­szyłby się z faktu, że syn został agen­tem obcego wywiadu. „Cho­ciaż, kto wie, może tacie taka forma walki z faszy­stami jed­nak przy­pa­dłaby do gustu”, pomy­ślał. „Nie czas na filo­zo­fo­wa­nie na abs­trak­cyjne tematy”, stwier­dził. „Skoro pod­jąłem decy­zję, to zro­bię wszystko, żeby osią­gnąć cel”.

Berlin, siedziba Abwehry

W ramach szko­le­nia szpie­gow­skiego, jak w myślach nazwał swoje zacho­wa­nie, Carl zro­bił sobie spa­cer przez cen­trum Ber­lina. Co z tego, że dzi­siaj nie miał się jesz­cze kogo oba­wiać – skoro pod­czas stu­diów sto­so­wał się do łaciń­skiej sen­ten­cji Repe­ti­tio est mater stu­dio­rum, to obec­nie tym bar­dziej nie powi­nien lek­ce­wa­żyć trzy­ma­nia się zasad prze­ka­za­nych przez Życho­nia i jego ludzi. W sumie odbył cał­kiem spryt­nie pomy­ślaną trasę spraw­dze­niową, z nie­złą legendą pole­ga­jącą na odwie­dze­niu kilku skle­pów. Samo­kry­tycz­nie oce­nił odbytą wędrówkę po mie­ście i nie zna­lazł sła­bych punk­tów.

Doszedł do kwar­tału ele­ganc­kich domów przy Tir­pit­zu­fer. Po pół­noc­nej stro­nie Lan­dwehr­ka­nal widział cichą, obsa­dzoną drze­wami ulicę. Prze­szedł mostem nad kana­łem i spo­koj­nie skie­ro­wał swoje kroki dalej, do trzy­pię­tro­wego budynku z pia­skowca pod nume­rem 72/76. Tu znaj­do­wała się sie­dziba Obe­rkom­mando der Marine (Naczelne Dowódz­two Mary­narki Wojen­nej) i biura innych insty­tu­cji woj­sko­wych. Tędy pro­wa­dziło ofi­cjalne wej­ście do Abwehry, cho­ciaż nale­żało przejść łącz­ni­kiem, żeby zna­leźć się w cen­trali wywiadu woj­sko­wego. Spoj­rzał na zega­rek, docho­dziła dwu­na­sta. Wła­ściwa pora, żeby zgło­sić się do biura prze­pu­stek. For­mal­no­ści poszły spraw­nie i już po kilku minu­tach zna­lazł się na pierw­szym pię­trze, w gabi­ne­cie Haupt­manna Frie­dri­cha Kra­fta. Ofi­cer był znacz­nie star­szy od Carla, tak na oko mógł mieć około pięć­dzie­siątki. „Cie­kawe, taki stary i dopiero kapi­tan”, pomy­ślał zacie­ka­wiony, patrząc na Kra­fta.

– Panie von Wedel, wiem tyle na pana temat, co prze­ka­zał mi Hans Beck­mann. Ale zazwy­czaj przy pierw­szym kon­tak­cie z kan­dy­da­tem do naszej trud­nej służby sta­wiamy pyta­nie: dla­czego? Z jakiego powodu chciałby pan dołą­czyć do elity wywiadu?

– Panie Haupt­mann, pocho­dzę z dobrze sytu­owa­nej rodziny, mamy kilka docho­do­wych mająt­ków na Pomo­rzu – Carl wcze­śniej przy­go­to­wał odpo­wiedź na pyta­nie, któ­rego logicz­nie się spo­dzie­wał. – Mówię o tym nie żeby pochwa­lić się przed panem, ale aby pan dobrze mnie zro­zu­miał. Wła­ści­wie nie muszę pra­co­wać, a przy­naj­mniej nie muszę szu­kać docho­do­wego zaję­cia. Dla­tego spę­dzi­łem dłuż­szy czas, podró­żu­jąc po Euro­pie, pozna­jąc różne spe­cjal­no­ści w ramach stu­diów, ćwi­czy­łem także obce języki. Mówię płyn­nie po rosyj­sku, angiel­sku, fran­cu­sku i śred­nio po pol­sku. Natu­ralne byłoby szu­ka­nie zaję­cia, które pozwoli mi dalej podró­żo­wać, uży­wać naby­tych umie­jęt­no­ści i zna­leźć sens życia. Pro­sty wnio­sek: mógł­bym zgło­sić się do MSZ. Jest jed­nak pewne „ale”. Żyjemy w cie­ka­wych cza­sach, w naj­bliż­szej przy­szło­ści nasza ojczy­zna sta­nie przed dzie­jo­wym wyzwa­niem, doj­dzie zapewne do star­cia z naj­więk­szymi kra­jami naszego kon­ty­nentu. W tym kon­tek­ście odpo­wie­dzią na moje ocze­ki­wa­nia byłyby sze­regi naszej armii. Ale to też nie byłoby to coś. Nie chciał­bym być jedy­nie wojow­ni­kiem. Marzy mi się rola dyplo­maty i wojow­nika, kogoś, kto prze­żywa dra­ma­tyczne sytu­acje w bez­po­śred­nim kon­tak­cie z wro­gami Rze­szy i strzeże naj­waż­niej­szych tajem­nic kraju. I to są powody, dla któ­rych skła­dam dekla­ra­cję wstą­pie­nia w sze­regi tej eli­tar­nej służby wywia­dow­czej, jaką jest Abwehra. Prze­pra­szam za przy­długi wywód.

– Muszę przy­znać, że jestem pod wra­że­niem – przy­znał ofi­cer. – W ostat­nich latach roz­ma­wia­łem z wie­loma kan­dy­da­tami do wywiadu i nie­wielu zapre­zen­to­wało się tak dobrze jak pan. Pań­skie doj­rzałe jak na tak mło­dego czło­wieka prze­my­śle­nia są kla­rowne i świad­czą o pana wie­dzy na temat aktu­al­nej sytu­acji poli­tycz­nej oraz moż­li­wego jej roz­woju.

– Pro­ble­ma­tyka mię­dzy­na­ro­dowa, rela­cje pomię­dzy pań­stwami w Euro­pie i przy­czyny takiego, a nie innego biegu wyda­rzeń były przed­mio­tem moich stu­diów. Zarówno na uni­wer­sy­te­cie ber­liń­skim, jak i Jagiel­loń­skim oraz w Paryżu. Posia­dłem odpo­wied­nią wie­dzę pozwa­la­jącą, tak mi się wydaje, spoj­rzeć na poszcze­gólne pro­blemy z punktu widze­nia prze­ciw­staw­nych stron.

– Cha­rak­ter pana stu­diów i nabyta wie­dza sta­no­wią poważny atut, gdy idzie o pana w karierę w Abweh­rze – oce­nił Kraft. – Czy jest pan osobą samotną, czy posiada pan rodzinę? Myślę o żonie i ewen­tu­al­nie potom­stwie?

– Nie jestem z nikim poważ­nie zwią­zany i rodziny w tym zna­cze­niu nie mam.

– To bar­dzo dobra sytu­acja, zarówno w kon­tek­ście nie­zbęd­nego prze­szko­le­nia pana poza sto­licą, jak i w per­spek­ty­wie skie­ro­wa­nia pana na zagra­niczne misje, w tym pod przy­kry­ciem.

– Panie Haupt­mann, jestem jak naj­bar­dziej do dys­po­zy­cji. Chęt­nie przejdę konieczne szko­le­nie i zaan­ga­żuję się w obo­wiązki wywia­dow­cze.

– Dobrze, zacznijmy od papier­ko­wej roboty. Nawet w wywia­dzie jest to konieczne – zażar­to­wał Kraft, a von Wedel zare­ago­wał uśmie­chem. – Za chwilę przej­dzie pan do pokoju, obok mojego gabi­netu, gdzie będzie pan zobo­wią­zany do wypeł­nie­nia odpo­wied­nich for­mu­la­rzy. Nie muszę mówić, że konieczne jest poda­wa­nie praw­dzi­wych odpo­wie­dzi, bo infor­ma­cje te zostaną zwe­ry­fi­ko­wane i w przy­padku odkry­cia kłam­stwa nie tylko zosta­nie prze­kre­ślona pana przy­szłość w Abweh­rze, ale ponie­sie pan też odpo­wie­dzialność karną.

– Oczy­wi­ście, dosko­nale rozu­miem i nie zamie­rzam poda­wać nie­prawdy.

– Na to wła­śnie liczę z pana strony – stwier­dził ofi­cer. – Ponie­waż nie­dawno roz­po­czął się kurs szko­le­niowy w naszej szkole, może pan spo­dzie­wać się szyb­kich decy­zji kie­row­nic­twa w pana spra­wie. Czy będzie pan mógł wyje­chać na zaję­cia w naj­bliż­szych dniach?

– Tak, panie Haupt­mann – zapew­nił Carl. – Ponie­waż wró­ci­łem do ojczy­zny zale­d­wie kilka dni temu, po dłu­giej nie­obec­no­ści, potrze­buję dwóch, trzech dni, żeby poza­ła­twiać moje sprawy oso­bi­ste. Natych­miast potem będę do dys­po­zy­cji.

– Cie­szę się – powie­dział Kraft. – Po wypeł­nie­niu for­mu­la­rzy jest pan wolny i pro­szę cze­kać na infor­ma­cję z mojej strony o decy­zji kie­row­nic­twa służby. Mam nadzieję, że dołą­czy pan do grona naszych ofi­ce­rów.

Berlin, Tiergarten

Von Wedel umó­wił się na obie­cany obiad z Han­sem Beck­man­nem, ale wcze­śniej miał ważną sprawę do zała­twie­nia. Zde­cy­do­wał, że nawiąże dzi­siaj kon­takt z przed­sta­wi­cie­lem siatki pol­skiego wywiadu, czyli zadzwoni pod numer tele­fonu otrzy­many od Życho­nia. Uznał, że nie ma na co cze­kać wobec real­nej per­spek­tywy wyjazdu z Ber­lina na szko­le­nie. Wycho­dząc z sie­dziby Abwehry, czuł ulgę, iż roz­mowa z Kra­ftem prze­bie­gła bez pro­ble­mów. Miał jed­nak świa­do­mość, iż odkąd zde­cy­do­wał się dzia­łać w wywia­dzie, musi liczyć się z tym, że przyj­dzie mu prze­żyć wiele ner­wo­wych momen­tów.

Sta­ra­jąc się upew­nić, czy jego wizyta w Abweh­rze nie spo­wo­do­wała, że w ramach wery­fi­ko­wa­nia infor­ma­cji ankiety per­so­nal­nej został pod­dany obser­wa­cji, odbył kolejną trasę ulicz­kami w rejo­nie Lan­dwehr­ka­nal, aż do Parku Tier­gar­ten. W parku, prak­tycz­nie pustym o zimo­wej porze, łatwiej było spraw­dzić, czy nie jest śle­dzony. Wynik oka­zał się nega­tywny. Po dłuż­szej wędrówce Carl uznał, że dopeł­nił obo­wiązku i nie musi się nie­po­koić.

Przy wyj­ściu z parku tra­fił na budkę tele­fo­niczną, z któ­rej posta­no­wił sko­rzy­stać. Wybrał numer otrzy­many w Paryżu. Po dwóch sygna­łach ode­brał męż­czy­zna.

– Halo, tu warsz­tat.

– Dzień dobry, nazy­wam się Asbjørn.

W słu­chawce zapa­dła na moment cisza. Po kilku sekun­dach męż­czy­zna powie­dział:

– Spo­dzie­wa­łem, że pan się ode­zwie. Jestem cie­kaw, czy zna pan Alto Douro?

– Oczy­wi­ście, że znam, ale wolę Guimarães.

– To też cie­kawe miej­sce. Jedno z sze­ściu odwie­dzo­nych przeze mnie. Liczę, że poroz­ma­wiamy dłu­żej na ten temat.

– Z pew­no­ścią, mamy prze­cież wspólne zain­te­re­so­wa­nia. Do widze­nia.

– Dzię­kuję za tele­fon. Do widze­nia.

Von Wedel odwie­sił słu­chawkę. Niby zwy­kła roz­mowa, ale cały czas miał w pamięci, że roz­ma­wia z pol­skim szpie­giem, a ten kon­takt ozna­czał fak­tycz­nie nawią­za­nie współ­pracy wywia­dow­czej. Rozej­rzał się po oko­licy, ale oczy­wi­ście nic się nie zmie­niło i wszystko było w porządku. W pobliżu nie zauwa­żył nawet żad­nego prze­chod­nia. Wycho­dząc z budki, wró­cił myślami do roz­mowy. Naj­waż­niej­sza była cyfra podana przez roz­mówcę, czyli „sześć”. „A więc spo­tka­nie mamy jutro o szó­stej”, pomy­ślał. O tej porze na dworcu będzie znaczny ruch, czyli łatwo będzie wmie­szać się w tłum. Ale też trud­niej przyj­dzie dostrzec ewen­tu­al­nego prze­ciw­nika. Pozo­sta­wało wie­rzyć, że męż­czy­zna, z któ­rym miał się spo­tkać, jest fachow­cem i nie ścią­gnie kło­po­tów na nich obu. Jeżeli popełni jakiś błąd, to kariera Carla jako agenta pol­skiego wywiadu zakoń­czy się, zanim tak naprawdę się zacznie. „Nie powi­nie­nem tak myśleć!”, skar­cił się w duchu. „Spo­tkam się z sze­fem siatki, więc muszę wie­rzyć, że ten czło­wiek wie, co robi”.

Berlin, siedziba Abwehry

Obe­rstleut­nant Erwin Laho­usen z zado­wo­le­niem odło­żył depe­szę z rezy­den­tury w War­sza­wie. Był to kolejny ważny mel­du­nek od agenta o pseu­do­ni­mie „Grot”. Zada­nie osła­bie­nia pol­skich struk­tur woj­sko­wych kie­ro­wany przez niego wydział otrzy­mał jesz­cze jesie­nią 1938 roku, podob­nie jak wszyst­kie inne komórki cen­trali zaj­mu­jące się Pol­ską. Pole­ce­nie zaję­cia się tym tema­tem Laho­usen nie­zwłocz­nie skie­ro­wał do War­szawy, nie był jed­nak pewien, jak dużo, a nawet czy cokol­wiek uda się osią­gnąć. Spo­dzie­wał się rów­nież, że „Grot” może nie zechcieć pod­jąć się tego zada­nia. A jed­nak oka­zało się, że agent miał dryg ope­ra­cyjny i powio­dło mu się pod­ko­py­wa­nie pozy­cji sze­fów i doświad­czo­nych ofi­ce­rów w Oddziale II Sztabu Głów­nego, co zakoń­czyło się pożą­da­nymi przez Ber­lin dymi­sjami. Cóż, ludzie są tylko ludźmi i nawet mądrzy dadzą się podejść, jeżeli otrzy­mują infor­ma­cje wia­ry­godne i nie­po­ko­jące.

Spoj­rzał jesz­cze raz na doku­ment i kazał adiu­tan­towi wezwać Obe­rleut­nanta Reimanna odpo­wie­dzial­nego za pro­ble­ma­tykę pol­ską.

Berlin, Restauracja Zur Letzten Instanz

Na kolejną kola­cję z Han­sem von Wedel wybrał naj­star­szą restau­ra­cję w Ber­li­nie. Zało­żona w 1621 roku Zur Letz­ten Instanz sły­nęła z tra­dy­cyj­nej nie­miec­kiej kuchni. Atmos­fera spo­tka­nia była ser­deczna, ale Carl pil­no­wał, aby nie trwało ono zbyt długo i nie łączyło się z wypi­ciem kolej­nej dużej ilo­ści alko­holu. Hans poczuł się dowar­to­ścio­wany podzię­ko­wa­niem ze strony kolegi zor­ga­ni­zo­wa­nym w eks­klu­zyw­nym lokalu. Dla von Wedela wie­czór był oka­zją do wypy­ta­nia Beck­manna w kwe­stii doty­czą­cej orga­ni­za­cji Sztabu Gene­ral­nego. Dowie­dział się sporo na temat sze­fów poszcze­gól­nych komó­rek. Kolega nie krył, że po Anschlus­sie Austrii i szyb­kim zaję­ciu Cze­cho­sło­wa­cji obec­nie prace szta­bowe kon­cen­trują się na Pol­sce i kra­jach zachod­niej Europy.

Wra­ca­jąc do domu, Carl uznał kola­cję za war­to­ściową w kon­tek­ście nie tylko roz­wi­ja­nia zna­jo­mo­ści z Han­sem, lecz także pogłę­bie­nia wie­dzy o orga­ni­za­cji nie­miec­kich sił zbroj­nych.

Berlin, dworzec Anhalter

Od momentu wyj­ścia z domu von Wedel czuł rosnące napię­cie. Idąc uli­cami Ber­lina, wśród póź­no­po­po­łu­dnio­wego ruchu pie­szych, pomy­ślał, iż chciałby, żeby już było po spo­tka­niu. Jed­no­cze­śnie sam się sobie dzi­wił. Zga­dza­jąc się na pro­po­zy­cję Jana Życho­nia, brał pod uwagę wszyst­kie za i prze­ciw, prze­my­ślał to, co chce osią­gnąć, oraz po któ­rej stro­nie przy­szłego kon­fliktu się opo­wiada. I to się nie zmie­niło. Jeżeli tak, to musi się opa­no­wać i zacho­wy­wać jak praw­dziwy męż­czy­zna, któ­rym w swoim prze­ko­na­niu jest. Żeby przejść do kon­kre­tów, naka­zał sobie w myślach, co ma teraz zro­bić. Przede wszyst­kim uważna obser­wa­cja oto­cze­nia. Ta myśl zmu­siła go do skon­cen­tro­wa­nia się na zada­niu i porzu­ce­nia ner­wo­wych roz­my­ślań. W efek­cie poczuł się pew­niej, kiedy sta­nął przed głów­nym wej­ściem dworca Ber­lin Anhal­ter. Budy­nek oddano do użytku w XIX wieku, a znany był przede wszyst­kim z ogrom­nej hali dwor­co­wej liczą­cej sto sie­dem­dzie­siąt metrów dłu­go­ści, wyso­kiej na ponad trzy­dzie­ści metrów. Z dworca odjeż­dżało wiele pocią­gów za gra­nice Nie­miec. Widok ogrom­nego zegara przy­po­mniał mu, że nie przy­szedł tu, by podzi­wiać archi­tek­turę. Do szó­stej po połu­dniu zostało pięć minut. Uznał, że to wystar­czy do zlo­ka­li­zo­wa­nia prze­cho­walni bagażu i rozej­rze­nia się w sytu­acji. Minął kasy, potem grupę podróż­nych sto­ją­cych przed roz­kła­dami odjaz­dów oraz przy­jaz­dów i po pra­wej stro­nie dostrzegł tablicę z napi­sem „Prze­cho­wal­nia”.

Prze­szedł, omi­ja­jąc to miej­sce w spo­rej odle­gło­ści. Sta­rał się nie patrzeć w kie­runku prze­cho­walni, uwagę poświę­cił nato­miast oso­bom sto­ją­cym po prze­ciw­nej stro­nie hali i mają­cym w zasięgu wzroku inte­re­su­jące go miej­sce. Wyda­wało mu się, że nic podej­rza­nego nie widział. Doszedł do kio­sku z gaze­tami i wtedy, korzy­sta­jąc z moż­li­wo­ści uda­wa­nego oglą­da­nia leżą­cych cza­so­pism, popa­trzył w stronę lady. Jakaś para odbie­rała wła­śnie swoje walizki od pra­cow­nika. Poza nimi dostrzegł po lewej stro­nie okienka prze­cho­walni sto­ją­cego nie­mło­dego męż­czy­znę, który z zain­te­re­so­wa­niem czy­tał gazetę. „Cie­kawe, czy to mój kon­takt?”, pomy­ślał von Wedel. Był pewien, że tak, gdyż ktoś nasta­wia­jący się na dłuż­sze czy­ta­nie raczej usiadłby na jed­nej z ławek. Ale ponie­waż w tym momen­cie dwor­cowy zegar wska­zał szó­stą, musiał skie­ro­wać się w stronę umó­wio­nego miej­sca. Jesz­cze rzut oka na prze­ciwną stronę hali, ale tam aku­rat zro­biło się pusto. Nikt nie obser­wo­wał rejonu spo­tka­nia.

Kiedy zbli­żył się do męż­czy­zny, ten spoj­rzał w jego stronę i jakby pozna­jąc go, zaczął skła­dać gazetę. Carl zatrzy­mał się obok niego i powie­dział:

– Asbjørn.

Tam­ten ruszył, a mija­jąc go, powie­dział:

– Alto Douro. Pro­szę iść za mną.

Męż­czy­zna spo­koj­nym kro­kiem poszedł wzdłuż hali dworca. Von Wedel odcze­kał chwilę i podą­żył za nim. Wyszli bocz­nym wyj­ściem i skrę­cili w naj­bliż­szą prze­cznicę. Po około stu metrach idący przo­dem skrę­cił w prawo. Zaraz za rogiem znaj­do­wała się Piwiar­nia Brau­haus Süd. Carl wszedł do środka w ślad za męż­czy­zną. Zgod­nie sta­nęli przy barze i zamó­wili po kuflu piwa. Tam­ten rozej­rzał się i w końcu wybrał jeden z nie­licz­nych wol­nych sto­li­ków, w odle­głym rogu sali.

– Jürgen Mul­ler – przed­sta­wił się, kiedy usie­dli. Patrzył uważ­nie na twarz roz­mówcy.

– Carl von Wedel – odwza­jem­nił pre­zen­ta­cję.

– U nas jesteś „Amber”. Pamię­taj, uży­wa­nie pseu­do­nimu jest ważne dla two­jego bez­pie­czeń­stwa i dla ochrony siatki. Ja jestem „Bohun”.

Mul­ler uniósł kufel, a gdy Carl zro­bił to samo, stuk­nęli się naczy­niami.

– Za współ­pracę – powie­dział Jürgen. – Witam cię w Ber­li­nie. I od razu pierw­sza wska­zówka teraz i na przy­szłość. W miej­scu takim jak ta piwiar­nia zawsze sia­daj ple­cami do ściany, a twa­rzą w kie­runku wej­ścia. W ten spo­sób będziesz miał moż­li­wość obser­wo­wa­nia, co się dzieje, co lub kto może ci zagra­żać.

– Nie pomy­śla­łem o tym – von Wedel pró­bo­wał się tłu­ma­czyć. Fak­tycz­nie usiadł przy sto­liku naprze­ciwko „Bohuna”, ple­cami do wej­ścia do lokalu.

– Spo­koj­nie. Opa­nu­jesz takie dro­bia­zgi. Prze­no­siny do Ber­lina się udały? Wszystko w porządku?

– Tak, dzię­kuję – zare­ago­wał grzecz­no­ściowo. Przy oka­zji pomy­ślał, że jest cały czas spięty. Czyżby spo­tka­nie z tym czło­wie­kiem tak na niego dzia­łało? – Przy­je­cha­łem trzy dni temu, wyna­ją­łem miesz­ka­nie i zaczą­łem sta­ra­nia o dosta­nie się do Abwehry.

Męż­czy­zna, pijąc piwo, uniósł brwi ze zdzi­wie­nia. Odsta­wił kufel i popa­trzył na von Wedela.

– Szybko dzia­łasz. Z jakim rezul­ta­tem?

– Wczo­raj mia­łem spo­tka­nie z ofi­ce­rem Zarządu Per­so­nal­nego, Haupt­man­nem Frie­dri­chem Kra­ftem – poin­for­mo­wał Carl. – Podobno zaj­muje się rekru­ta­cją kan­dy­da­tów do służby. Chyba dobrze wypa­dłem. Pytał, czy mogę szybko wyje­chać do szkoły wywiadu, o ile zostanę zaak­cep­to­wany. Potem dał mi do wypeł­nie­nia stos for­mu­la­rzy kadro­wych i obie­cał ode­zwać się po wery­fi­ka­cji moich danych. Uprze­dzał, że jeśli wykryją, że skła­ma­łem, to zostanę uka­rany.

– Nie przej­muj się, to taka ruty­nowa for­mułka w róż­nych insty­tu­cjach. Wspo­mniał, gdzie jest ten ośro­dek?

– Nie. Poda­łem swój numer tele­fonu i ma się ode­zwać.

– Kto ci zor­ga­ni­zo­wał ten kon­takt?

– Mój dobry przy­ja­ciel z cza­sów stu­denc­kich, Hans Beck­mann.

– Czym się zaj­muje?

– Jest ofi­ce­rem w Szta­bie Gene­ral­nym, chyba Obe­rleut­nan­tem – wyja­śnił von Wedel. – Nie wiem na razie nic bliż­szego na temat jego sta­no­wi­ska oraz wydziału, w któ­rym pra­cuje. Ale ustalę to przy naj­bliż­szym spo­tka­niu. Pocho­dzi z rodziny o róż­nych powią­za­niach w świe­cie poli­tyki, gospo­darki i woj­ska. Ojciec jest gene­ra­łem, rów­nież pra­cuje w szta­bie.

– Gro­madź kon­takty z takimi oso­bami. Możesz dzięki nim uzy­ski­wać cenne infor­ma­cje, ale rów­nież dadzą ci one oka­zję do pozna­wa­nia innych cie­ka­wych kan­dy­da­tów do roz­pra­co­wa­nia. Infor­ma­cje o tego rodzaju oso­bach nazy­wamy napro­wa­dze­niami.

– Już zro­bi­łem pierw­szy krok – z zado­wo­le­niem pochwa­lił się Carl. – Przy oka­zji spo­tka­nia z Beck­man­nem pozna­łem Mar­git Kunze, sekre­tarkę w Mini­ster­stwie Gospo­darki.

– Jest moż­li­wość kon­ty­nu­owa­nia tej zna­jo­mo­ści?

– Z pew­no­ścią, choć nie wiem, co mogę od niej uzy­skać.

– Powoli – zasu­ge­ro­wał Mul­ler. – Dopiero zaczy­nasz swoją aktyw­ność. Przede wszyst­kim nie spiesz się i nie rób nic na siłę. Widzę, że masz łatwość w nawią­zy­wa­niu kon­tak­tów, także z kobie­tami, więc na spo­koj­nie będziesz budo­wał bazę zna­jo­mych, posze­rza­jąc wie­dzę na temat ich moż­li­wo­ści dostar­cza­nia war­to­ścio­wych infor­ma­cji. Spo­tkaj się z nią za jakiś czas i wyba­daj pod tym kątem.

– Rozu­miem, na spo­koj­nie.

– Jeśli sły­sza­łeś o dzia­łal­no­ści szpie­gow­skiej w Niem­czech Jerzego Sosnow­skiego vel Geo­rga von Nalecz-Sosnow­skiego, to zwróć uwagę, że uzy­ski­wał dosko­nałe rezul­taty, wła­śnie wyko­rzy­stu­jąc kon­takty z kobie­tami. Nie suge­ruję ci niczego dwu­znacz­nego, pamię­taj jed­nak, że czę­sto do kobiet dociera wiele waż­nych infor­ma­cji przy róż­nych oka­zjach, a uzy­ska­nie ich od nich jest prost­sze niż od męż­czyzn. Od sekre­tarki możesz czę­sto zdo­być podobne infor­ma­cje jak od jej prze­ło­żo­nego, a kon­takt z nią będzie dużo łatwiej­szy.

„Bohun” dłuż­szy czas rela­cjo­no­wał Car­lowi szcze­góły dzia­łań wer­bun­ko­wych reali­zo­wa­nych przez Jerzego Sosnow­skiego. Na zakoń­cze­nie dodał:

– W sto­sunku do kobiet trzy­maj się jed­nej zasady: ni­gdy nie wiąż się z nimi uczu­ciowo. Jeśli o tym zapo­mnisz, zaczniesz myśleć ser­cem zamiast głową i wów­czas do wpadki będzie bar­dzo bli­sko. Zapa­mię­taj to.

– Jasne, będę pamię­tał.

– Jak tylko otrzy­masz infor­ma­cję od Haupt­manna Kra­fta, co z dosta­niem się do Abwehry, dasz mi znać. Mój numer tele­fonu znasz. Powiesz tylko, że wyjeż­dżasz i kiedy. Ja mam warsz­tat zegar­mi­strzow­ski w cen­trum Ber­lina, w pobliżu Dworca Głów­nego, na Inva­li­den­strasse. Na rogu, łatwo go znaj­dziesz. Jak będzie potrzeba, zawsze możesz przyjść napra­wić zega­rek. Rozu­miesz?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki