Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Miłość i zdrada w cieniu zbliżającej się wojny…
Rok 1938. Europa stoi na krawędzi wojny. Carl von Wedel, pomorski arystokrata, zostaje zwerbowany przez polski wywiad i rozpoczyna ryzykowną grę o najwyższą stawkę. Dzięki berlińskim koneksjom trafia do samego serca Abwehry, gdzie bierze udział w tajnej operacji przeciwko ZSRR, starając się przy tym pozyskiwać cenne informacje dla obronności Polski. Równocześnie przeżywa miłość do żony polskiego oficera. Przekazywane przez von Wedela polskiej Dwójce informacje o przyśpieszeniu prac nad planami agresji Niemiec na Polskę oraz o zbliżeniu między III Rzeszą a Sowietami podawane są w kraju w wątpliwość i nawet gdy dzięki wysiłkom Carla w ręce rezydenta polskiego wywiadu w Berlinie trafia kopia paktu Ribbentrop-Mołotow, polskie władze wciąż nie chcą wierzyć w skalę nadchodzącego zagrożenia.
Po wybuchu wojny Niemcy odnajdują archiwa z aktami agentów polskiego wywiadu. Czy to koniec berlińskiej siatki i samego von Wedela?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 503
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 15 godz. 22 min
Lektor: Mariusz Bonaszewski
Copyright © by Robert Michniewicz, 2026 Copyright © 2026 for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca
Redakcja: Wojciech Adamski Korekta: Maciej Korbasiński, Marta Tyczyńska-Lewicka Projekt okładki i grafik: Daniel Rusiłowicz Redaktor prowadzący: Katarzyna Monika Słupska Wersję elektroniczną w systemie Zecer przygotowała Róża Rozaxa
Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.
Wydanie pierwsze ISBN: 978-83-8382-739-1 Warszawa 2026
Dla mojej kochanej Córki, Madzi
W styczniu 1933 roku przywódca Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotników Adolf Hitler został kanclerzem Rzeszy. W marcu 1935 r. wprowadził w Niemczech powszechny obowiązek służby wojskowej. W maju tego samego roku została przyjęta nowa ustawa wojskowa, podporządkowująca kanclerzowi wszystkie sprawy dotyczące problematyki militarnej. Reaktywowano Sztab Generalny Wojsk Lądowych, a liczebność sił zbrojnych zwiększono do 36 dywizji piechoty. W połowie 1935 r. Sztab Generalny podjął prace nad ofensywnymi planami wojny. Na przełomie 1937/1938 r. na rozkaz Hitlera przygotowania do planowanego konfliktu zbrojnego zostały zintensyfikowane. W końcu 1938 r. Wehrmacht liczył około 1,2 mln żołnierzy.
12 marca 1938 roku Wehrmacht wkroczył do Austrii…1
Jan Żychoń zapalił kolejnego papierosa. W ciągu ostatniej godziny był to już chyba piąty, a wypełniona petami popielniczka świadczyła o tym, że mężczyzna od dłuższego czasu szuka w tytoniu ukojenia dla swoich pobudzonych nerwów. Paląc, chodził po mieszkaniu, a co jakiś czas zatrzymywał się przy jednym z okien wychodzących na Rue René Blum i fragment Parku Clichy. Spokojny rejon, w którym znajdowało się jego wynajęte mieszkanie, oznaczał umiarkowany ruch pieszych i samochodów o każdej porze. Żychoń był przekonany, że od razu dostrzeże osobę, na którą czekał, o ile oczywiście ona się pojawi. W próżnym dotąd oczekiwaniu patrzył na smutne, pozbawione liści drzewa i krzewy, a ich widok jeszcze bardziej go przygnębiał.
Cofnął się myślami o kilka godzin, gdy spotkali się w bistro Chez Bertrand. Swojego rozmówcę wcześniej poinformował, że wybiera się do Paryża i chciałby się z nim zobaczyć, oraz podał detale spotkania. Przywitali się serdecznie, jak dobrzy znajomi, którzy nie widzieli się dłuższy czas. Jan zamówił tradycyjnie koniak. Przez kilkanaście minut wymieniali się aktualnościami. Potem Żychoń nieoczekiwanie powiedział rozmówcy, kim naprawdę jest. Teraz nadal zastanawiał się, czy poinformowanie go o tym, że jest oficerem polskiego wywiadu wojskowego, było dobrym posunięciem. Czy gdyby wspomniał o swoim zajęciu przy drugim albo trzecim spotkaniu, byłoby to lepsze rozwiązanie? Nie potrafił odpowiedzieć sobie na to pytanie, a reakcja rozmówcy była dosyć znacząca. Popatrzył na Żychonia zaskoczony, odstawił trzymany w dłoni kieliszek koniaku i powiedział:
– Nie spodziewałem się tego po tobie. Wybacz, muszę odetchnąć.
Wstał i szybko wyszedł z lokalu. Jeszcze przez chwilę Jan widział jego wysoką sylwetkę znikającą pomiędzy przechodzącymi ulicą Paryżanami. Poczuł zawód i wstyd, że popełnił błąd. A jeśli tamten już nie wróci i zerwie z nim wszystkie kontakty? Pracował nad Niemcem od późnej jesieni ubiegłego roku. Żychoń, a było to jego legalizacyjne nazwisko, służył w Katowicach, w Ekspozyturze numer 4 Oddziału II Sztabu Głównego Wojska Polskiego, która zajmowała się wywiadem ofensywnym przeciwko Niemcom i Czechosłowacji. Działał także w Krakowie, szukając wśród zagranicznych i polskich studentów osób przydatnych do wykorzystania jako agenci lub współpracownicy. Po długiej analizie nowych słuchaczy Uniwersytetu Jagiellońskiego wytypował właśnie Carla von Wedela. W pierwszym odruchu jednak odrzucił go jako kandydata do opracowania na przyszłego agenta wywiadu. No bo czy mógł spodziewać się pozytywnej reakcji po Niemcu z bogatej pomorskiej szlachty, którego rodzina miała rozległe majątki między innymi w Korytowie, Tucznie, Wałczu i Drawnie? Nie wykluczał też, że von Wedel sam może realizować misję wywiadowczą w Polsce, a jeśli nawet nie, to zapewne przyjechał wyszaleć się za pieniądze rodziców. Ku zaskoczeniu Żychonia Carl od początku okazywał zdecydowanie propolskie sympatie i odżegnywał się od poparcia ruchu narodowosocjalistycznego. Początkowo Jan podejrzewał, że demonstrowanie takich poglądów to tylko gra i może stanowić prowokację. Tak samo uważali jego przełożeni, gdy po kilkutygodniowej znajomości przedstawił charakterystykę figuranta. Ostatecznie jednak postanowił nie rezygnować i kontynuował znajomość, która z czasem przekształciła się w przyjaźń. W międzyczasie nabrał pewności, że von Wedel jest faktycznie antyfaszystą, a takie poglądy przejął po ojcu. Henryk von Wedel nie tylko był wrogo nastawiony do Hitlera i jego partii, ale też przejawiał dziwny sentyment do Polski i Polaków, z którymi stykał się na co dzień, gdyż pracowali w jego majątkach lub zamieszkiwali w okolicy.
Jan spotykał się z Carlem von Wedelem aż do lata 1938 roku. Już późną wiosną przedstawił raport z wnioskiem o zgodę na werbunek Niemca. Był przekonany, że odniesie sukces i pozyska dobrego kandydata. Jednak major Kazimierz Szpądrowski, szef ekspozytury w Katowicach, nie wyraził zgody. Formalnie krytycznie ocenił ustalenia Żychonia oraz perspektywę werbunku agenta. Jan podejrzewał, że za decyzją przełożonego stała niechęć do młodego oficera i sukcesu, jakim byłby werbunek perspektywicznego agenta. W ekspozyturze w Katowicach wszyscy wiedzieli, że słabą stroną Szpądrowskiego były działania operacyjne, takie jak pozyskiwanie współpracowników. Jako oficer artylerii dobrze czuł się w rozpoznawaniu niemieckich akcji ekonomicznych na Śląsku i przemysłu ciężkiego. Ostatecznie wobec von Wedela nie podjęto żadnych działań i latem Carl wyjechał na dalsze studia do Paryża. Wcześniej jego znajomość z Janem przybrała tak serdeczną formę, że z inicjatywy Niemca mieli utrzymywać dalszy kontakt korespondencyjnie. Okazało się to bardzo użyteczne, gdy w październiku ojciec von Wedela został śmiertelnie postrzelony na polowaniu przez nienawidzącego go, lokalnego lidera NSDAP. O szczegółach tragedii Carl dowiedział się z listu wujka Fryderyka, który to list dotarł do Paryża zbyt późno, aby von Wedel zdążył na pogrzeb. Ta tragedia spowodowała u Carla zmianę dotychczasowej niechęci w głęboką nienawiść do faszystów. Nie krył tego w korespondencji z Janem i zapowiadał zemstę na sprawcy zabójstwa oraz ruchu faszystowskim. Żychoń postanowił to wykorzystać i tym razem otrzymał zgodę na werbunek. Dlatego wczoraj przyjechał do Paryża. A teraz obawiał się, że przy pierwszym kontakcie z Carlem w Chez Bertrand spieprzył całą sprawę. Przez moment wyobraził sobie konsekwencje w postaci wykpienia go przez majora Szpądrowskiego i wstydu przed centralą, bo na działanie we Francji konieczna była formalna zgoda samego szefa Oddziału II, pułkownika Tadeusza Pełczyńskiego.
Zgasił ledwie tlącego się papierosa i podszedł do okna. Sylwetki Niemca nadal nie zobaczył. Teraz dodatkowo opanowały go wątpliwości, czy von Wedel będzie go tutaj szukał. Kiedy spotkali się w bistro, na wstępie wymienili się paryskimi adresami. A może Carl wrócił do Chez Bertrand albo czeka w swoim mieszkaniu? Postanowił, że jeśli Carl nie przyjdzie, to za dwie, trzy godziny wybierze się do miejsca zamieszkania Niemca.
Zebrani w sali obrad marszałkowie i generałowie oklaskami i powstaniem z miejsc przywitali wchodzącego na podium sekretarza generalnego Komitetu Centralnego Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików) Józefa Stalina. Wystąpień przywódcy słuchano zawsze z uwagą, gdyż w ich trakcie często pojawiały się wątki mające wcześniej lub później poważny wpływ nie tylko na losy kraju, ale przede wszystkim na sytuację członków aparatu państwowego. Główna Rada Wojenna Armii Czerwonej kontynuowała tradycje kolektywnego dowodzenia datujące się od czasu wojny domowej w Rosji. System rad wojennych został rozwiązany w 1934 roku, a powrócono do niego w 1937 roku w okresie Wielkiego Terroru. Dzisiejsze posiedzenie było szczególnie ważne, gdyż w skład Armii Czerwonej wchodziły wszystkie siły zbrojne kraju, łącznie z oddziałami NKWD.
Stalin w długim wywodzie przedstawił ogólną ocenę sytuacji w kraju i zagrożeń zewnętrznych. Potem nieoczekiwanie zwrócił się do zebranych z ważnymi oskarżeniami:
– Pokonaliśmy burżuazję na wszystkich frontach. Tylko na odcinku wywiadu pobili nas jak małych chłopców. To nasza główna słabość. Wywiad wojskowy został skażony przez szpiegów. Jego szefowie pracowali dla Niemiec, dla Japonii, dla Polski, dla każdego z wyjątkiem nas. Naszym zadaniem jest odbudowanie służb wywiadowczych. Są one naszymi oczami i uszami…
Dla nikogo z zebranych słowa Stalina nie były zaskoczeniem. Trwający od 1937 roku kolejny etap czystki wśród starych bolszewików, zmierzający również do usuwania wszystkich osób podejrzanych lub niepewnych, już doprowadził do śmierci setek tysięcy ludzi określanych mianem elementów antysowieckich. Dlatego wskazanie aktualnie na funkcjonariuszy wywiadu powszechnie uznano po prostu za kolejną fazę oczyszczania ludowego państwa. Czystki trwały już tak długo, że przestały wywoływać powszechne przerażenie; budziły jedynie ulgę u tych, których tym razem nie objęły.
Wysoki, przystojny, dwudziestotrzyletni blondyn w kosztownym płaszczu szedł parkową alejką. Jego strój raczej nie kojarzył się ze studentem uniwersytetu; przywodził na myśl majętnego człowieka interesu lub kogoś z wyższych sfer. Pomimo że był już listopad, dobra pogoda, a szczególnie delikatne słońce zachęcały do przebywania na powietrzu. Lekki wiatr rozwiewający bujne włosy mężczyzny był zdecydowanie przyjemny. Von Wedel myślał jednak nie o jesiennej paryskiej pogodzie, ale o spotkaniu z polskim przyjacielem. Bo przecież za takiego uważał Jana. Wczorajszy telefon od Żychonia z informacją, że jest w Paryżu, był miłą niespodzianką. Tych kilka wspólnych miesięcy w Krakowie okazało się ważne dla Carla, nienależącego do osób, które łatwo się zaprzyjaźniają – szczerze polubił Polaka. Także późniejszy korespondencyjny kontakt, po wyjeździe z Krakowa, okazał się trwały i istotny. Szczególnie po śmierci ojca. To wspomnienie wywołało u Carla ciężkie, pełne smutku westchnienie. W sumie czuł się jak podróżny na rozdrożu, który nie wie, jaką drogę wybrać. Z jednej strony odczuwał takie napięcie i chęć zemsty, że był bliski powrotu do Korytowa, szczególnie że studia nagle przestały mieć dla niego jakiekolwiek znaczenie. W Paryżu od dawna czuł się samotny, bo znajomości nawiązane na uniwersytecie były nijakie, nawet gdy miało się dwadzieścia kilka lat i tak naprawdę chciałoby się tylko z kimś pogadać, wypić piwo czy pójść na mecz. W tym okresie wymienił z Janem kilka listów i zatęsknił za wcześniejszymi ciekawymi rozmowami w Krakowie. Dlatego dzisiejsze spotkanie w Chez Bertrand miało pozwolić mu poczuć się tak jak w Polsce. Wymienili się nowościami, po czym nagle Żychoń spoważniał i powiedział, że chciałby być z nim do końca szczery. Zdziwiło go takie sformułowanie, logicznie zapowiadające ważną wiadomość, ale to, co usłyszał, było jak wybuch bomby na środku bistro. Jan Żychoń poinformował go, że jest oficerem polskiego wywiadu i chce z nim porozmawiać jako oficer. Carl natychmiast poczuł, że te słowa przyjaciela oznaczają zmianę w ich relacji, i to właśnie wtedy, gdy on miał nadzieję na spędzenie czasu w sposób, który dobrze znał. To wszystko spowodowało, że musiał wyjść. Nie chciał odruchowo powiedzieć czegoś, co zniszczy ich znajomość. W pierwszej chwili pomyślał jednak, że przecież pozostaje Niemcem, nawet jeśli jest wrogo nastawiony do polityki własnego państwa, a Polak to szpieg z obcego kraju.
Dopiero kiedy odbył długi spacer paryskimi ulicami, uspokoił się. A nawet więcej. Gdy dowiedział się, czym zajmuje się Jan, zaciekawiło go to, może nawet mu zaimponowało. Żychoń wykonywał niebezpieczną robotę dla swojego kraju, a jednym z głównych jego zadań była zapewne walka z faszystowskimi Niemcami. Miał poważny cel i takież obowiązki, łączące się prawdopodobnie z niemałymi emocjami i satysfakcją z osiąganych sukcesów. Von Wedel pomyślał, że w sumie zazdrości znajomemu. On sam właściwie niczym ważnym się w życiu nie zajmował. Korzystając z zasobów rodzinnych, wynajdywał sobie zajęcia, takie jak studia w Berlinie, Krakowie czy Paryżu, a po krótkim czasie tracił nimi zainteresowanie i szukał czegoś nowego. Ocenił, że więcej sensu było w jego życiu na Pomorzu, gdy w domu poznawał tajniki gospodarowania, uczył się języków obcych, trenował różne dziedziny sportu i… uwodził dziewczyny w okolicy. No, bez przesady. Zdarzyło mu się kilka flirtów typowych dla nastolatków i jedno poważniejsze uczucie, którego obiektem była Marlena von Berg. „Czy to, co powiedział Jan, faktycznie coś zmieniało w naszych relacjach?”, pomyślał, porzucając wspomnienia. Uznał, że tak – nadawało im większą wartość. Co w takim razie powinien teraz zrobić? Po pierwsze, musiał spotkać się ponownie z Żychoniem, tego był pewien. Po drugie, powinien się dowiedzieć, dlaczego Polak nagle postanowił ujawnić przed nim, kim naprawdę jest. Miał wyobraźnię, więc od razu przyszło mu do głowy, że znajomy będzie chciał coś mu zaproponować. Może tego właśnie się przestraszył? Czy to miała być oferta współpracy z polską służbą? Chyba nie, przecież Carl jest zaledwie studentem i dopiero szuka swojego miejsca w życiu, więc dla wywiadu, polskiego czy jakiegokolwiek innego, nie wydaje się atrakcyjnym kandydatem na agenta. A może tylko jemu, Carlowi, tak się wydaje? Musiał przekonać się, o co w tym wszystkim chodzi.
Z tym postanowieniem skręcił w alejkę prowadzącą do wyjścia z parku. Zakładał, że Żychoń już nie czeka na niego w bistro. A ponieważ wcześniej podał mu adres mieszkania, w którym się zatrzymał, Carlowi nie pozostało nic innego, jak ruszyć w tamtym kierunku. W sumie krążąc po Parku Clichy, od początku wiedział, że Rue René Blum znajduje się w pobliżu. Nawet nie musiał wyciągać kartki, którą dał mu Jan – doskonale pamiętał jego adres.
Von Wedel, dochodząc do właściwego budynku, ostrożnie rozglądał się dookoła. Przyszło mu do głowy, że skoro spotyka się z przedstawicielem wywiadu, to powinien zachować czujność, choć jednocześnie nie potrafił określić, czego miałby się obawiać. No ale wywiad to tajemnice, zdrady i zasadzki – przynajmniej tak sobie wyobrażał. Ponieważ na ulicy nic nie wzbudziło jego podejrzeń, uniósł głowę i przebiegł wzrokiem po oknach trzypiętrowej kamienicy. W jednym z nich dostrzegł zarys męskiej głowy i niemal od razu zorientował się, że należy ona do znajomego Polaka. Brama była uchylona, a krzesło konsjerża puste. Zadowolony, że dyskretnie wejdzie do budynku, minął bramę. Zaczęły go bawić własne myśli, dotyczące zachowania konspiracji w kontakcie z Janem. „Jeszcze godzinę wcześniej do głowy by mi nie przyszło, żeby tak myśleć o spotkaniu z nim”, stwierdził. Po lewej stronie zobaczył drzwi do klatki schodowej. W budynku była winda, ale Carl na drugie piętro dotarł schodami. Drzwi z numerem osiem były zaraz za załomem korytarza. Stanął obok i chwilę nadsłuchiwał. We wnętrzu mieszkania panowała cisza, podobnie w sąsiednich lokalach. Uznał, że zachował się czujnie, nawet jeśli cała sytuacja trochę go śmieszyła, i zapukał do drzwi. Otworzyły się natychmiast, jakby Żychoń stał za nimi i czekał na niego. Uznał, że mogło tak być, jeśli Jan przez okno obserwował ulicę.
– Cieszę się, że przyszedłeś – powiedział Polak, wpuszczając gościa do środka.
– Pospacerowałem, przemyślałem twoje słowa i jestem – Carl ruszył przez niewielki przedpokój do wskazanego przez Jana pokoju, położonego na wprost drzwi wejściowych. Kątem oka dostrzegł, że Żychoń zamyka drzwi do przedpokoju.
– Koniak? – zapytał Jan, unosząc kształtną butelkę stojącą na komodzie.
– Proszę – mimo wszystko von Wedel czuł lekkie napięcie po wejściu do mieszkania przyjaciela.
Zajęli miejsca w fotelach ustawionych przy niewielkim stoliku. Mieszkanie było urządzone w mieszczańskim stylu. W salonie dominowały ciemne, ciężkie meble. Choć uwagę zwracał przede wszystkim ozdobny potężny kominek z zegarem stojącym na kamiennej półce.
– Za spotkanie – zaproponował Polak, unosząc kieliszek.
– Za spotkanie – powtórzył von Wedel. – I naprawdę cieszę się, że przyjechałeś.
– Domyślasz się, że to spotkanie nie jest wyłącznie towarzyskie? – zapytał Jan, uważnie obserwując twarz Carla.
– Po tym, co powiedziałeś w Chez Bertrand, nietrudno było domyślić się drugiego dna twojej nieoczekiwanej wizyty w Paryżu – odpowiedział von Wedel. Jednocześnie w duchu ucieszył się, że Żychoń mówi otwarcie o swoich zamiarach, a nie próbuje kluczyć. – Przyznaję, że w pierwszej chwili zareagowałem nerwowo na wiadomość, że jesteś szpiegiem. Chyba trochę się przestraszyłem, że nasza znajomość zmieni swój przyjacielski charakter. Choć tak naprawdę to nie wiem, czy oficer wywiadu może utrzymywać otwarte znajomości z obywatelami innych państw. W trakcie spaceru przyszła mi do głowy inna myśl. Poczułem, że tak naprawdę mocno mnie zaciekawiłeś swoją pracą… czy służbą, bo nie wiem jak poprawnie nazywać to, co robisz. Dla mnie zabrzmiało to bardzo tajemniczo.
– Cieszę się, Carl, że nie wystraszyłem cię ujawnieniem mojego związku z polskim wywiadem. Obawiałem się, że możesz poczuć się… – Polak szukał przez moment właściwego określenia – niekomfortowo i nie zechcesz dalej ze mną rozmawiać. Ale na szczęście okazało się, że zareagowałeś pozytywnie.
– Przyjacielu, znamy się już dłuższy czas i myślę, że możemy sobie ufać – powiedział von Wedel, uśmiechając się lekko. – Trochę wódki razem wypiliśmy i pewnie po alkoholu nie raz gadałem od rzeczy – zaśmiał się swobodnie. – Ale mówiąc poważnie, obcy wywiad, i wywiad w ogóle, wiąże się z czymś groźnym, złowrogim, ale także z podniecającą tajemniczością. Zrobiły też na mnie wrażenie twoja odwaga i zaangażowanie się w ważny cel. Dlatego postanowiłem, że musimy szczerze porozmawiać.
– Pozwól, że zacznę od istotnych kwestii dotyczących aktualnej sytuacji. – Jan wypił łyk koniaku i pochylił się w stronę rozmówcy. – Żyjemy w trudnych czasach, a z całą pewnością nadchodzą jeszcze gorsze. Jak wiesz, w marcu Wehrmacht wkroczył do Austrii, a we wrześniu Zachód sprzedał niepodległość Czechosłowacji, czyli poprzez układ monachijski przyznał Niemcom Kraj Sudetów. Zapewne za kilka miesięcy III Rzesza posunie się jeszcze dalej i zajmie całe Czechy, a może i Słowację, okupowaną od listopada przez Węgrów. Wehrmacht zbliża się do mojej ojczyzny, a realność agresji bardzo wzrosła. Na wschodzie sąsiadujemy z ZSRR i prawdę mówiąc, nie wiemy, czego możemy spodziewać się po polityce Stalina. Zapewne niczego dobrego.
Carl pokiwał głową z poważną miną na znak, że zgadza się z wypowiedziami Polaka. Czekał, co będzie dalej.
– W naszych rozmowach nie kryłeś swoich jednoznacznie antyfaszystowskich poglądów, wspominałeś o negatywnym stosunku twojego ojca do polityki Hitlera i NSDAP, także do rozbudowy sił zbrojnych. Już kilka razy mówiliśmy o bardzo prawdopodobnych konsekwencjach takich działań dla pokoju w Europie…
– Zapewne nie tylko na Starym Kontynencie… – wtrącił odruchowo von Wedel.
– Oczywiście, apetyty tej bandy są zapewne nieograniczone, a na świecie znaleźli już innych przywódców podobnie myślących – kontynuował Żychoń. – Podsumowując, widzę poważne zagrożenie dla mojej ojczyzny, dla bezpieczeństwa innych państw w Europie i dla demokratycznego porządku. Ci ludzie wraz z ich chorą doktryną stanowią śmiertelne niebezpieczeństwo dla nas wszystkich i dla naszej wolności.
– Janie, całkowicie podzielam te poglądy – zadeklarował Carl. – Jestem Niemcem, ale nie akceptuję tego, co dzieje się w mojej ojczyźnie. Jestem przekonany, że władza w rękach Hitlera i jego akolitów to zło i groźba dla wszystkich zwolenników demokracji. Czyli dla znacznej części moich rodaków. Faktycznie tylko część z nich głosowała na NSDAP i nie wszyscy popierają faszyzm. A za tragedią rozgrywającą się w Niemczech, dotykającą przeciwników Hitlera, tak jak powiedziałeś, idzie perspektywa wojny przeciwko innym wolnym krajom. Zobacz, jaki to paradoks: narodowi socjaliści zdobyli władzę dzięki demokracji i mając ją w rękach, chcą zniszczyć ten typ ustroju państwa. Koszmar!
– Wiem, że jesteśmy zgodni w naszych ocenach sytuacji – powiedział Polak. – Pisałeś w listach do mnie o chęci zemszczenia się na faszystach za śmierć twojego ojca, ale także za ich zamiar zniszczenia wolności w twojej ojczyźnie i w Europie – patrzył na rozmówcę, jakby upewniając się co do jego reakcji. Zobaczył, że von Wedel skinął głową. – W związku z całą tą sytuacją chciałbym cię zapytać, czy zgodzisz się na współpracę z polskim wywiadem?
W pokoju zapadła cisza. Carl von Wedel poczuł, jak raptownie przyspieszyło mu tętno. Właściwie idąc na Rue René Blum, spodziewał się tej propozycji, ale kiedy padła ona z ust Żychonia, stanął przed realnym wyborem. Rozumiał powagę sytuacji, to już nie była swobodna rozmowa znajomych przy lampce koniaku. Wyrażając zgodę, zdradzi swój kraj i narazi się na dotkliwą karę w razie wpadki. Może zapłacić życiem za to, że teraz zaakceptuje ofertę Polaka. Jednocześnie był przekonany, że jego pozytywna decyzja nie krzywdzi Niemiec i Niemców, a jest skierowana wyłącznie przeciwko władzy nazistów i ma pozwolić na pokonanie tego wcielonego zła. Jeżeli przyczyni się do przywrócenia wolności i demokracji, a także pokoju, to ze wszech miar warto zaryzykować. Przez chwilę pomyślał o ojcu i jego ewentualnej reakcji. Natychmiast odrzucił to skojarzenie, nie chcąc szukać uzasadnienia swojej decyzji w poglądach nieżyjącego taty. Już wiedział, co powinien zrobić.
– Janie, z pełną świadomością możliwych konsekwencji, tych negatywnych, ale przede wszystkim pozytywnych, zgadzam się – powiedział. – Tak jak wspomniałeś, mój ojciec uczył mnie zasad życiowych, w tym czynienia dobra i walki ze złem. Został zabity przez jednego z faszystów. Liczę na to, że współpracując z wami, będę mógł pomścić także jego śmierć.
Ławrientij Beria, ludowy komisarz spraw wewnętrznych, był zadowolony po pierwszym dniu wykonywania swoich nowych obowiązków. Czuł rozpierającą go satysfakcję po tym, jak dzień wcześniej sekretarz generalny Komitetu Centralnego Józef Stalin zdymisjonował dotychczasowego przełożonego Berii Nikołaja Jeżowa. Beria nienawidził „Krwawego Karła”, który ten przydomek zyskał ze względu na wzrost około stu pięćdziesięciu centymetrów i swoje okrucieństwo. Beria zazdrościł mu tego, że przez ponad dwa lata kierował aparatem bezpieczeństwa i był mieczem Stalina realizującym czystki w kraju. Jako podwładny Jeżowa cały czas się bał, że pewnego dnia on też zostanie rozstrzelany za wymyślone winy. Ale dzisiaj to on mógł podejmować takie decyzje.
Od rana ustalał z zaufanymi funkcjonariuszami, jak rozprawić się z bliskimi współpracownikami Jeżowa. Ostatecznie zostali w trybie pilnym wysłani w teren. Nie wiedzieli, że na pierwszej stacji za Moskwą zostaną wyciągnięci z pociągów i zawiezieni do więzień NKWD, a wkrótce potem straceni. Beria wydał także rozkazy ograniczenia aresztowań i wysyłania na Sybir pracowników administracji państwowej, żołnierzy i funkcjonariuszy służb bezpieczeństwa. Nie wyjaśnił podwładnym, że tak miało być tylko przez pewien czas, aby uspokoić atmosferę wśród towarzyszy. W końcu odesłał oficerów do realizacji ustalonych zadań, a w gabinecie został tylko pułkownik Mikołaj Kuzniecow. Ich znajomość zaczęła się jeszcze w latach dwudziestych, w Czeka, i ciągnęła się przez lata.
– Mikołaju, zrobiliśmy dzisiaj dużo – Beria sięgnął po kolejną szklankę z gorącą herbatą, którą pijał litrami. Kuzniecow także trzymał naczynie z napojem. – Ale to dopiero początek. W najbliższym czasie zajmiemy się zreorganizowaniem obozów pracy. Wcześniej chciałbym, żebyś przygotował selekcję funkcjonariuszy wszystkich departamentów Głównego Zarządu Bezpieczeństwa Państwowego. Szczególnie wnikliwie przyjrzyj się 7 Departamentowi, czyli wywiadowi zagranicznemu. I żeby nie było tak jak ostatnio, kiedy wielu zdrajców pozostało za granicą. Rozumiesz?
– Oczywiście, towarzyszu komisarzu.
– Masz obserwować moich podwładnych i wyłapywać zarówno wyróżniających się funkcjonariuszy, jak i, przede wszystkim, podejrzanych o trzymanie z naszymi wrogami. Cenię sobie twoje wyczucie i jak zawsze chętnie przyjmę sugestie.
– Wypełnię wasze rozkazy.
– I jeszcze jedno. To tajne zadanie. Nawiąż kontakt z Gestapo i zaproponuj im współpracę.
– Towarzyszu, taki kontakt jest ryzykowny – zasugerował Kuzniecow. – Towarzyszom w Komitecie może się nie spodobać. A Niemcy będą próbowali nas rozpracowywać.
– Spokojnie – Beria uśmiechnął się z wyższością. – Może pomogą nam wykryć naszych wrogów. Współpraca z niemieckimi służbami przyniesie rezultaty, gdy wkroczymy do Polski, wcześniej zaś możemy im zaproponować wydanie zbiegłych z Niemiec komunistów i Żydów. Będą zadowoleni. A teraz ustal mi, jakiego najlepszego agenta mamy w Berlinie.
Następne listopadowe tygodnie Carl zapamiętał jako okres ciężkiej, choć jednocześnie bardzo ciekawej pracy. Praktycznie od rana do wieczora przechodził szkolenie wywiadowcze. Do Żychonia dołączyło dwóch kolejnych oficerów Oddziału II, prowadzących na zmianę zajęcia z nowym agentem. Uczył się metod pracy operacyjnej, sposobów uzyskiwania informacji i prowadzenia rozmów wywiadowczych, przygotowywania informacji i posługiwania się sprzętem używanym przez szpiegów. Konieczne wyposażenie zostało w tajemnicy przewiezione z polskiej ambasady. Odbył instruktaż w obsłudze radiostacji i przesyłaniu meldunków. Często również wychodzili na ulice Paryża w ramach zajęć dotyczących prowadzenia kontroli, wykrywania obserwacji i wychodzenia spod obserwacji. Te praktyczne ćwiczenia pasjonowały von Wedela. Stopniowo osiągnął odpowiednie umiejętności.
Za bardzo ważne uznawał rozmowy z Janem, pozwalające na poznawanie praktyki pracy agenta wywiadu.
– Pamiętaj, Carl – wbijał mu do głowy Żychoń – nigdy nie lekceważ konieczności obserwowania otoczenia. Bez względu na okoliczności trzymaj się tego. Możesz setki razy nic ani nikogo nie wykryć, ale pewnego dnia dostrzeżesz coś, co uratuje ci życie, a może nie tylko tobie. Wszystko, co nie będzie naturalne i typowe, powinno zwrócić twoją uwagę. Myśl z szacunkiem o swoich potencjalnych przeciwnikach, czyli o kontrwywiadzie czy innych wywiadach. Tam pracują fachowcy, często z dużym doświadczeniem, dla których będziesz wrogiem. Przyjmij, że ostatecznie twoje bezpieczeństwo i uniknięcie dekonspiracji jest najważniejsze. Ważniejsze od dążenia za wszelką cenę do wykonania zadania. Zazwyczaj można podjąć kolejną próbę działania, ale jeśli wpadniesz, to będzie koniec i tego nie da się już naprawić. Dla nas twój los i bezpieczeństwo będzie zawsze priorytetem.
– Rozumiem i będę o tym pamiętał – obiecał von Wedel.
Uzgodnili, że w pracy wywiadowczej Carl będzie posługiwał się pseudonimem „Amber”.
Carl wracał do swojego mieszkania. Dzisiaj przez kilka godzin ćwiczyli pracę z obserwacją. Von Wedel w ciągu paru poprzednich dni budował trasę sprawdzeniową, której przejście miało zakończyć się pozorowanym spotkaniem z agentem, a tę rolę odgrywał Jan Żychoń. Przez pierwsze pół godziny wędrówki ulicami stolicy Francji Carl nie dostrzegł nikogo, kto by go śledził. Faktem było, że poszedł na łatwiznę, spodziewając się, iż obserwatorem może być któryś ze znanych mu już oficerów Oddziału II. Schodząc do metra, zrugał się w myślach za lekceważenie ćwiczenia. Pomyślał, że kiedyś – tak jak powiedział Jan – od umiejętności wykrywania śledzących go wrogów może zależeć jego życie, a może także bezpieczeństwo siatki. W tym momencie skoncentrował się i zaczął improwizować. Znalazł budkę telefoniczną i udawał, że do kogoś dzwoni. Tocząc pozorowaną rozmowę, wykonywał ruchy pozwalające kontrolować otoczenie. Po odwieszeniu słuchawki, zamiast na peron metra, poszedł do toalety. Poczekał w kabinie ponad dziesięć minut, co zdawało się gwarantować, że osoby, które widział wcześniej, z pewnością już odjechały. Wychodząc z WC, ostrożnie rozejrzał się po korytarzu. Wśród przechodniów zauważył mężczyznę, który stał w pobliżu schodów na perony, zwrócony w kierunku toalet, i nagle się odwrócił. Von Wedel spokojnie zszedł na peron i wsiadł do kolejki. W wagonie siedział bez ruchu, a po wyjściu na właściwej stacji podszedł do kiosku i kupił gazetę. Płacąc, dostrzegł, że mężczyzna, na którego wcześniej zwrócił uwagę, idzie powoli w stronę kiosku. Carl wyszedł na ulicę i szybkim krokiem pokonał kolejne skrzyżowania, dwa razy zmieniając kierunek. Kiedy dotarł do niewielkiego skweru, usiadł na ławce i rozłożył gazetę. Przeglądając ją, mógł ostrożnie sprawdzić okolicę. Zauważył, że podejrzany mężczyzna stoi przy narożniku pobliskiego budynku. Miał pewność, że wykrył obserwację. Ponieważ założeniem ćwiczenia było dotarcie przez von Wedela na miejsce spotkania także w wypadku ustalenia obserwacji, skończył czytać i poszedł do restauracji. Od razu poinformował Żychonia o tym, co dostrzegł, szczegółowo opisując mężczyznę. Polak wysłuchał go, po czym zaczął się śmiać.
– Dlaczego się śmiejesz? – Carl poczuł się nieco urażony reakcją Jana. – Zrobiłem czy może powiedziałem coś głupiego?
– Spokojnie, Carl – rozmówca szybko spoważniał. – Śmieję się, ponieważ właśnie wygrałem zakład.
Von Wedel popatrzył na Żychonia, nic nie rozumiejąc.
– Jaki zakład? O co chodzi?
– Przyjacielu, właśnie wykryłeś obserwację – oznajmił Jan. – Szedł za tobą attaché wojskowy naszej ambasady, bardzo doświadczony oficer służby wywiadowczej. Założył się ze mną, że nie uda ci się go rozpracować. Ja oczywiście postawiłem kasę na „Ambera” i wygrałem! Moje gratulacje, zdałeś dzisiaj ważny egzamin.
Wobec zbliżającego się końca semestru na uniwersytecie ważna stała się kwestia terminu powrotu von Wedela do Berlina.
– Czy jest coś, co mogłoby wpłynąć na twoją decyzję o dalszym pozostawaniu w Paryżu? – pytanie Żychonia padło po zakończeniu kolejnego dnia szkolenia.
– Zamierzałem wrócić do Niemiec na przełomie roku – odpowiedział Carl. – Powinienem już wcześniej pojechać do Korytowa, spotkać się z bratem i wujem, no i odwiedzić grób ojca, a właściwe wspólny grób rodziców. Ale wstrzymywałem się w obawie, że na miejscu nie wytrzymam i zrobię jakiś głupi ruch wobec tego mordercy.
– Czy nadal takie masz plany?
– Wiesz, Janie – von Wedel zamyślił się. – Od chwili, gdy zgodziłem się na naszą współpracę, moje życiowe priorytety uległy znaczącej zmianie. Biorąc pod uwagę zajęcie się sprawami operacyjnymi, chociażby w kontekście szybkich zmian w sytuacji w Europie, moja wizyta w rodzinnej siedzibie przestała być taka ważna. Kocham moich bliskich, ale skoro radzili sobie tak długo beze mnie, to poradzą sobie jeszcze trochę. Tych kilka tygodni, zamiast wizycie na Pomorzu, powinienem poświęcić budowaniu mojej kariery w Niemczech. I zakładam, że zmierzasz właśnie do tego.
– Trafiłeś w sedno – przyznał Polak. – Fakt, że stałeś się agentem, wymaga ze strony centrali podjęcia różnych ruchów. W Berlinie mamy rezydenturę, dla której będziesz pracował. Jej szefa musimy poinformować o twojej osobie i ustalić sposób nawiązania kontaktu. Drugą, a przy tym nie mniej ważną kwestią, jest to, gdzie trafisz po powrocie, czyli na ile przydatne dla naszej służby będzie miejsce twojej pracy.
– Myślę, że dla osoby o takich warunkach jak ja właściwie nie ma przeszkód, żeby wybrać instytucję ciekawą dla was – zadeklarował Carl. – Zakładam, że najbardziej wartościowa byłaby administracja rządowa, w pobliżu kanclerza, MSZ, wojsko czy wywiad. Nie mylę się?
– Znowu masz rację. Każda z tych instytucji daje potencjalne możliwości dotarcia do informacji ważnych dla Polski, ale również dla sytuacji w Europie. Wspomniałeś o swoich możliwościach i zapewne masz rację w ich ocenie. Jednak spróbujmy zastanowić się, gdzie byłoby najłatwiej zacząć twoją karierę.
– Wiesz, mam kilku znajomych jeszcze z okresu studiów w Berlinie, którzy podjęli pracę w momencie, kiedy ja wyjechałem do Warszawy, a potem do Krakowa. Wiem, że pracują w wojsku, w resorcie spraw zagranicznych i w innych ministerstwach. Część z nich ma tak dobre układy rodzinne, że przy ich delikatnym wykorzystaniu dostanie się przeze mnie do każdej z wymienionych instytucji nie powinno stanowić problemu. Co byłoby najważniejsze dla was?
– Niewątpliwie najcenniejszy byłby twój akces do wywiadu, myślę tu o Abwehrze – ocenił Jan. – Praca w wywiadzie zawsze daje możliwości zdobywania wartościowych informacji, dokumentów, uczestniczenia w operacjach, które mogą być istotne dla Polski. Jednocześnie pod przykryciem działań operacyjnych łatwiej jest zakamuflować czynności związane z kontaktowaniem się z rezydentem czy kimś innym z berlińskiej siatki. A więc główny wysiłek skieruj na wejście do Abwehry. Jeśli jednak to okazałoby się zbyt trudne, wówczas pomyśl o wojsku. Wątpię w możliwość zbliżenia do ścisłego kierownictwa Rzeszy, wobec braku twoich czy twojej rodziny związków z aktywnością polityczną w NSDAP.
– Czyli wszystko jasne, aplikuję do wywiadu – podsumował Carl. – Mam już nawet pomysł, do kogo zwrócę się na początku.
– Powiedz, o kim myślisz?
– Hans Beckmann – powiedział z uśmiechem von Wedel. – Razem studiowaliśmy, razem piliśmy w różnych knajpach, krzyżowaliśmy też rękawice na ringu i wspólnie podrywaliśmy dziewczyny. Bo musisz wiedzieć, że Hans to prawdziwy pies na baby. To wszystko tworzy niezły pretekst, żeby wykorzystać jego pomoc. Beckmann ma świetne koneksje rodzinne, ojca generała w Sztabie Generalnym, więc w Berlinie większość drzwi stoi przed nim otworem, także tam, gdzie ja chciałbym trafić. Ma jeszcze jedną ważną cechę. Jak coś robi, to zazwyczaj uważa, że sam wymyślił całą koncepcję. Występując w mojej sprawie, będzie wewnętrznie przekonany, że to on mi zaproponował załatwienie tej roboty, więc tym bardziej się postara. Z pewnością nie zechce pamiętać, że poprosiłem go o wsparcie w tej sprawie. Mój majątek zawsze mu imponował, dlatego jak potrząsnę kiesą i zaproszę go do kilku eleganckich lokali w Berlinie, szybko przypomni sobie o naszych przyjacielskich kontaktach.
– Świetnie, mamy ustalone, w którą stronę idziemy – skwitował Żychoń, a Carl dostrzegł, że rozmówca jest bardzo skoncentrowany. – Teraz posłuchaj: po przyjeździe do Berlina zadzwonisz pod ten numer telefonu – Polak wręczył von Wedelowi kartkę z rzędem cyfr. – Postaraj się je zapamiętać, choć jeśli zachowasz tę kartkę, niczym to nie grozi. Kiedy skontaktujesz się z tym numerem, przedstaw się jako „Asbjørn”. Rozmówca zapyta cię, czy znasz „Alto Douro”. Odpowiesz, że wolisz „Guimarães”. Usłyszysz cyfrę i rozłączysz się. Cyfra oznaczać będzie godzinę spotkania następnego dnia na dworcu Berlin Anhalter, po lewej stronie lady przechowalni bagażu. Zapamiętasz?
– „Asbjørn”, „Alto Douro”, „Guimarães”. Cyfra to godzina spotkania nazajutrz, po lewej stronie przechowalni.
– Zgadza się – potwierdził Jan.
Na koniec spotkania Żychoń zrobił coś, czym zaskoczył agenta.
– Jeżeli kiedykolwiek gdzieś dojdzie do naszego spotkania, pamiętaj, że się nie znamy – stwierdził. – Nie wiesz, jak ja się nazywam. Bez mojej inicjatywy nigdy nie próbuj do mnie podejść. I jako dowód mojego zaufania wobec ciebie powiem ci, że naprawdę wcale nie nazywam się Jan Żychoń. To imię i nazwisko legalizacyjne. Prawdziwych moich danych nie poznasz, o ile nie będzie to niezbędne. Dlatego jeśli kiedykolwiek usłyszysz o Janie Żychoniu z Oddziału II, to prawdopodobnie nie będzie chodziło o mnie. Tym bardziej że jest inna osoba, która tak się nazywa.
– Dobrze, Janie. A czy w ogóle jeszcze kiedyś się spotkamy? – w głosie von Wedela pojawił się niesłyszany dotąd ton.
– W tym zawodzie wszystko jest możliwe, choć jednocześnie bardzo wątpliwe, że tak się stanie – sentencjonalnie powiedział Polak. – Zbliża się bardzo ciężki czas. Pewnie wybuchnie wojna i zapewne dotknie całą Europę. Ale w końcu pokonamy wspólnie zło i nastanie pokój. Miejmy nadzieję, że w tych dobrych czasach uda nam się ponownie spotkać. Na razie życzę ci, żebyś przetrwał ten tragiczny okres. I pamiętaj, twoje życie zależy od czujności, obserwowania otoczenia i rozsądku. Jeśli będziesz tak postępował, przyszłość będzie twoja. Żegnaj Carl.
Rozmowa z Janem Żychoniem, czy jak tam się naprawdę nazywał, sprawiła, że von Wedel szedł do domu w ogólnie dobrym nastroju, choć zamyślony i nieco zasmucony tym, że może już nigdy nie zobaczy przyjaciela. Wracał do Niemiec, chociaż jego sytuacja uległa zasadniczej zmianie. Pojedzie do Berlina, żeby pracować tam dla polskiego wywiadu. Skończyło się zwyczajne życie, był agentem i miał walczyć z nazistowskim reżimem, wykradając tajne informacje. Nigdy wcześniej, nawet w młodzieńczych wyobrażeniach, nie przyszło mu do głowy, że będzie zajmował się czymś takim.
W ulicznej szarówce jego uwagę zwrócił błysk zapałki. W bramie vis-à-vis budynku, w którym znajdowało się mieszkanie Carla, stał młody mężczyzna i właśnie zapalił papierosa. Zapewne wcześniej taka sytuacja nie miałaby dla niego znaczenia, ale obecnie zareagował i zapamiętał tego człowieka. Zamiast wejść do swojej bramy, poszedł dalej. Tylko w ten sposób mógł sprawdzić, czy mężczyzna ma wobec niego jakiekolwiek złe zamiary. Pozornie wydawało się to przesadą, ale nauczył się, że w nowym życiu wywiadowczym wszystko może być ważne. Skręcił w przecznicę, potem w kolejną. Przez szybę narożnego sklepu zobaczył, że mężczyzna idzie za nim, a przynajmniej w tym samym kierunku co on przed chwilą. Sytuacja stała się bardziej złożona, gdy von Wedel stwierdził, że tamten nie był sam. Towarzyszył mu inny młody człowiek. Pomyślał, że to może być kontynuacja dzisiejszych ćwiczeń, choć nie wiedział, skąd Polacy znaleźli nowych nieznanych Carlowi pozorantów. Zszedł do metra i pojechał do swojej ulubionej restauracji. Zjadł dobrą kolację, wypił dwa kieliszki wina i opuścił lokal. Idąc w stronę stacji metra, dostrzegł znajomą sylwetkę właśnie chowającą się w niedalekiej bramie. Po przeciwnej stronie ulicy zobaczył towarzysza mężczyzny. Był pewien, że to oni! Von Wedel intensywnie myślał. Nie miał wątpliwości, że obaj pojawili się w okolicach jego mieszkania, a teraz, tak jak on, znajdowali się w sporej odległości od tamtego miejsca. Przypadek? Niemożliwe. Był przekonany, że go śledzili. Jeżeli Polacy chcieli go sprawdzić, to wszystko było w porządku. Jednak zajęcia zostały już oficjalnie zakończone, więc cała sytuacja była dziwna. „A jeżeli to nie są ćwiczenia?”, przyszło mu nagle do głowy. Jeśli ma rację, to kim mogli być tamci dwaj? Oczywiście, jeżeli faktycznie chodziło o dwóch. Brał pod uwagę, że zainteresowali się nim paryscy bandyci, którzy zamierzali go okraść. A może te wcześniejsze zajęcia z oficerami polskiego wywiadu ściągnęły na Carla zainteresowanie francuskich służb bezpieczeństwa? W sytuacji, w której obecnie się znajdował, musiał brać pod uwagę różne możliwości. Uznał, że ze strony Francuzów raczej nic mu nie grozi, w końcu kręcąc się po Paryżu, nie zrobił przez ostatnie tygodnie niczego złego. Poważniejszym zagrożeniem byli bandyci szukający w jego osobie łatwej ofiary. Postanowił, że powinien zachować czujność i wracać do domu, a w razie czego podejmie walkę z nimi. Ruszył w kierunku stacji metra, pamiętając, że po drodze musi minąć bramę, w której schował się jeden z mężczyzn. Postanowił utrudnić zadanie potencjalnemu przeciwnikowi i zatoczył się w lewo. Ten ruch pozwolił mu człapać tuż przy ścianie budynku. O tym, że się nie pomylił, podejrzewając młodych mężczyzn o zainteresowanie jego osobą, przekonał się już po chwili. Ten, który dotąd szedł po drugiej stronie ulicy, nagle znalazł się na jezdni i ruszył w stronę Carla.
Wydarzenia potoczyły się bardzo szybko. Najpierw usłyszał gwizd dobiegający od strony człowieka przecinającego jezdnię. Von Wedel właśnie doszedł do bramy, gdy wyskoczył z niej pierwszy mężczyzna. Carl stwierdził, że tamten go nie widzi – zapewne spodziewał się zobaczyć go na środku chodnika. Drugie spostrzeżenie było ważniejsze: mężczyzna trzymał w dłoni nóż. Von Wedel zawierzył staremu porzekadłu, że najlepszą formą obrony jest atak. Dlatego bez wahania ruszył na pierwszego z przeciwników. Prawym sierpowym uderzył mężczyznę w szczękę, jednocześnie wykonał zwód, aby nie zostać trafiony. Wykorzystując zaskoczenie przeciwnika, złapał go za rękę trzymającą nóż i szarpnął mocno do przodu. Tamten wypuścił broń i poleciał przed siebie, tracąc równowagę. Nie czekając na jego upadek na chodnik, Carl błyskawicznie odwrócił się w stronę jezdni, akurat w porę, żeby spotkać drugiego wroga. Mężczyzna, widząc upadek swojego kolegi, ruszył biegiem, choć jak się okazało, nie miał sprecyzowanej koncepcji ataku. Von Wedel, nie dbając o wymogi honoru, błyskawicznie kopnął tamtego w krocze. Atak był kompletnie zaskakujący, a przeciwnik zwinął się z bólu. Gdy pochylony trzymał się za podbrzusze, Carl uderzył go precyzyjnie w podstawę czaszki, co spowodowało całkowite wyeliminowanie przeciwnika z walki. Odwrócił się do pierwszego mężczyzny akurat w momencie, gdy ten zaczął podnosić się z ziemi. Von Wedel wykręcił mu lewą rękę i wciągnął do bramy. Tam wzmocnił chwyt, co wywołało głośne jęki przeciwnika.
– Zamknij mordę, bo złamię ci rękę! – wysyczał mu do ucha von Wedel. Mężczyzna posłuchał i zamilkł, w bramie słychać było jedynie płaczliwe sapanie. – Czego ode mnie chcecie? Tylko mów, kurwa, prawdę!
Mężczyzna, pokonując ból, uniósł głowę, zwracając twarz w jego stronę.
– Chodzi o Jacqueline…
– Co ty pierdolisz! O jaką Jacqueline? – rzucił zaskoczony Carl, nie rozumiejąc, co tamten ma na myśli. Jednocześnie spojrzał w stronę ulicy, aby sprawdzić, czy znokautowany przeciwnik nie wraca do siebie. Mężczyzna jednak leżał bez ruchu. Nieliczni przechodnie go omijali. – Nie kłam!
– Ja nie kłamię – miał to potwierdzić rozpaczliwy ton odpowiedzi. – Naprawdę nie kłamię.
– Jaka Jacqueline? Co to znaczy?
– To moja narzeczona – wyjaśnił mężczyzna. – Ale od kiedy zaprosiłeś ją na randkę, zachowuje się dziwnie i nie chce ze mną rozmawiać…
– Ja z Jacqueline…? – jeszcze przez moment był zdezorientowany słowami Francuza.
W końcu zrozumiał. Tak miała na imię koleżanka z uniwersytetu. Siedzieli w pobliżu siebie w uczelnianej bibliotece, a uroda dziewczyny tak olśniła Carla, że zaprosił ją na kolację. Zgodziła się chętnie, a Carl zupełnie nie wziął pod uwagę, że dziewczyna może być z kimś związana. Spędzili miły wieczór i to wszystko. Gdy uświadomił sobie, że powodem ataku obu Francuzów na niego była zazdrość o kobietę, chciało mu się głośno śmiać. Zamiast tego powiedział:
– Nic do niej nie mam, jest twoja. Ja jutro wyjeżdżam z Paryża i zniknę z waszego życia. Dotarło?
– Tak… – potwierdził nieszczęsny narzeczony.
Von Wedel puścił go, a zaskoczony Francuz upadł na bruk. Carl minął leżącego nadal kolegę tamtego i ruszył w stronę stacji metra. Po kilkunastu krokach wreszcie głośno się roześmiał. W ten sposób odreagował nerwową sytuację. Czuł zadowolenie z tego, jak sobie poradził. Jednocześnie utwierdził się w przekonaniu, że szkolenie operacyjne nie poszło na marne i właśnie dzisiaj wieczorem zdał kolejny egzamin. Ustalił obserwację, kontrolował przebieg wydarzeń i poznał powód, dla którego był śledzony. Uznał, że jest gotowy, aby wracać do Niemiec i zrobić to, na co się zdecydował. Humoru nie zepsuło mu nawet uświadomienie sobie, że kolejni przeciwnicy będą dużo groźniejsi od obu Francuzów.
– Nie jestem zadowolony z panów działań – marszałek Edward Śmigły-Rydz patrzył ponad głowami oficerów, sztywno wyprostowanych na krzesłach otaczających stół konferencyjny.
Styczniowy poranek był wyjątkowo ponury, co oddawały nastroje w gabinecie generalnego inspektora sił zbrojnych. Wezwanie na odprawę do najważniejszego dowódcy polskiej armii, następcy Józefa Piłsudskiego, podlegającego wyłącznie prezydentowi, już poprzedniego dnia wywołało poważny niepokój wśród kierownictwa Oddziału II. Zaproszenie jedynie wybranych oficerów sugerowało decyzje personalne.
– Krytycznie oceniam poziom rozpoznania militarnych potencjałów III Rzeszy i Związku Sowieckiego, a przecież te kraje stanowią dla nas największe zagrożenie. Dodam, że nie podoba mi się również angażowanie się członków rodzin tak ważnych oficerów wywiadu po stronie lewicowej opozycji – obecni wiedzieli, że ostatnia uwaga skierowana była do szefa Oddziału II i dotyczyła politycznej aktywności jego żony. – Jednocześnie jestem poruszony nieprawidłowościami w działalności Dwójki, co zostało ujawnione przy okazji sprawy majora Sosnowskiego. A fakt, że nasz pozornie najlepszy wywiadowca jest aktualnie sądzony przez polski sąd za współpracę z Abwehrą, wzbudził mój głęboki niepokój co do nadzoru w wywiadzie.
Marszałek przerwał, a obecni w gabinecie oficerowie wywiadu mieli nieprzepartą ochotę zaprotestować. Dokonania siatki agenturalnej stworzonej przez Sosnowskiego w Niemczech, dostarczanie wielu cennych informacji, w tym o postępującym zbliżeniu niemiecko-sowieckim, były niezwykle ważne. Fakt skazania go przez niemiecki sąd na dożywocie był też wymowny. Wątpliwości powstałych w Polsce co do lojalności Sosnowskiego, w znacznym stopniu opartych na działaniach inspiracyjnych Abwehry i podsycanych przez jego przeciwników, nie podzielało kierownictwo wywiadu. Jednak wobec najwyższego polskiego wojskowego nikt nie wyraził przeciwnego zdania. Śmigły-Rydz po chwili namysłu kontynuował.
– Wydałem rozkaz o zdymisjonowaniu pułkownika Tadeusza Pełczyńskiego ze stanowiska szefa oddziału – oznajmił Śmigły-Rydz. – Podobnie ze stanowiska szefa Wydziału II Wywiadowczego odejdzie podpułkownik Stefan Mayer oraz ze stanowiska szefa Referatu „Zachód” major Adam Świtkowski. Dalsze zmiany w jednostkach oddziału będą wprowadzane w kolejnych miesiącach. Jednocześnie chcę poinformować o powierzeniu funkcji szefa Oddziału II pułkownikowi dyplomowanemu kawalerii Józefowi Smoleńskiemu. Pułkownik Smoleński jest doświadczonym kawalerzystą i nie był dotąd zaangażowany w działalność wywiadowczą, ale został zarekomendowany przez generała Wieniawę-Długoszowskiego i wierzę, że dobrze wywiąże się z zadań na nowym stanowisku. Żegnam panów.
Wychodzący oficerowie oddziału byli wstrząśnięci, nie swoimi dymisjami, ale faktem, że w sytuacji rosnącego zagrożenia dla Polski ze strony Hitlera i Wehrmachtu, ale również ze Wschodu, po raz kolejny w ostatnim czasie doszło do poważnych zmian kadrowych. Szczególnie dziwiła nominacja na nowego szefa Dwójki człowieka, który nie miał bladego pojęcia o pracy operacyjnej, a wobec usunięcia szeregu doświadczonych oficerów stawał wobec beznadziejnego zadania przebudowy wywiadu przy braku fachowców i nieznajomości narzędzi operacyjnych. Już w drzwiach do pułkownika Jana Koniecznego podszedł jeden z adiutantów Śmigłego-Rydza.
– Marszałek polecił panu pozostać w gabinecie – oznajmił.
Ta sytuacja nie uszła uwagi innych oficerów Oddziału II.
U zbiegu Kurfürstendamm i Budapester Strasse mieścił się jeden z najelegantszych hoteli w Berlinie. Ukończony w 1912 roku Hotel Eden często wybierany był przez sławne postacie przebywające w stolicy Niemiec. Sławę zdobył także dzięki ogrodowi umieszczonemu na ostatnim piętrze, gdzie obok restauracji znajdował się plac do minigolfa, ale przede wszystkim z powodu Edenbaru uważanego za jeden z najelegantszych w mieście i słynącego z niebywale wysokich cen. Carl uznał to miejsce za właściwe do wykonania pierwszego kroku na swojej nowej drodze życiowej. Tak jak zaplanował, zaraz po przyjeździe do Berlina zaprosił na obiad dobrego kolegę ze studiów, Hansa Beckmanna. Pochodził z rodziny kultywującej tradycje wojskowe, nie mógł więc wybrać innej drogi życiowej niż służba w niemieckich siłach zbrojnych. Poprzez koneksje szybko trafił do Sztabu Generalnego, ale miał też rozliczne znajomości w aparacie państwowym Rzeszy. Temat przyszłości von Wedela poruszyli przy jedzeniu, a rozmowa o szerokiej gamie możliwości zasugerowanych przez Beckmanna powróciła, gdy usiedli w barze. Butelka najlepszego koniaku zapewniała właściwy podkład dla wymiany zdań.
– Carl, przedstawiłem ci prawdziwą paletę propozycji – stwierdził Hans Beckmann. – Przed końcem tego doskonałego trunku, za który, jak sądzę, ty płacisz, powinieneś zdecydować, co będziesz robił w życiu.
– Wspomniałeś o tylu możliwościach, że kompletnie nie wiem, co wybrać – von Wedel sprawiał wrażenie lekko podpitego, co po butelce wina do obiadu i kolejnej lampce koniaku specjalnie kolegi nie dziwiło.
– Przyjacielu, wiem, że nie chodzi ci o wysokie dochody, bo na to jesteś zbyt bogaty – zasugerował rozmówca, sięgając po kieliszek. – Musisz wybrać instytucję, gdzie zrealizujesz swoje marzenia. Boże, co ja mówię! Chyba zaszkodził mi ten twój rarytas w kieliszku. Przecież nikt normalny nie realizuje marzeń w pracy. Więc skoro nie chodzi o pieniądze, to wystarczy, żebyś dobrze się bawił. Może MSZ?
– Nie, raczej nie. Po świecie już się najeździłem… A do pracy urzędnika chyba się nie nadaję.
– No to dołącz do naszej niezwyciężonej armii. Znajdę ci jakiś gabinet w sztabie.
– Daj spokój, nie dosyć, że pijemy razem, to jeszcze mam codziennie oglądać twoją znajomą gębę w biurze…
Hans spojrzał na Carla niepewnie, ale widząc iskierki w oczach kolegi, ryknął śmiechem. Koniak złagodził odbiór niewybrednych słów przyjaciela. Po chwili śmiali się obaj.
– Zostanę księdzem – powiedział Carl. – Wyobrażasz sobie, jak co powabniejsze parafianki opowiadają mi ze szczegółami o swoich grzechach…
Znowu wybuchnęli śmiechem. Kiedy się uspokoili, von Wedel rzucił:
– To moje zajęcie musi być podniecające, tajemnicze i najlepiej niebezpieczne…
– To faktycznie Wehrmacht odpada, a do Kriegsmarine jesteś za wysoki… – Carl energicznie wyprostował się na krześle, aby potwierdzić opinię Hansa.
Beckmann zastanawiał się przez moment zapatrzony w bar. Nagle ożywił się.
– A może wywiad? Cała ich praca to tajemnica, niebezpiecznie pewnie będzie już wkrótce, tylko ciii – przytknął znacząco palec do ust. – A podniecenie? No nie wiem, ale jak trafisz na kobietę agentkę…
– Wywiad? – Carl udawał zastanawianie się. Dostrzegł, że kolega spogląda nie niego z nadzieją. – Tak, to zajęcie chyba by mi pasowało. Jak myślisz, ma to sens? A może jednak nie?
– Carl, jesteś taki wybredny, że łatwiej chyba… – zabrakło mu dobrego porównania, więc nie kontynuował myśli. – Wywiad to połączenie służby wojskowej z wiedzą o największych tajemnicach naszych i wroga, a także naprawdę ekscytujące zajęcie. Dosyć tej gadki. Jutro dzwonię do znajomego w Abwehrze i załatwiam sprawę. Chyba że wolałbyś inny wywiad, na przykład w SS?
– Sam nie wiem… – von Wedel nadal ociągał się. – A jakie są jeszcze inne komórki wywiadowcze? Tak naprawdę to nigdy się tą tematyką nie interesowałem. Słyszałem tylko o Abwehrze.
– Zaraz cię uświadomię – zadeklarował Beckmann, podstawiając do uzupełnienia pusty kieliszek. – Jest Wydział II Służby Bezpieczeństwa Reichsführera SS, Wydział Obce Armie Zachód, czyli III Wydział Dowództwa Wehrmachtu OKW, i Wydział Obce Armie Wschód, czyli XII Wydział Sztabu Generalnego przy OKH. Chcesz więcej?
– Nie, pozostanę przy Abwehrze – stwierdził von Wedel.
Pomyślał, że jeśli kiedykolwiek ktoś zapyta Beckmanna, czy Carl prosił go o wsparcie w dostaniu się do wywiadu, kolega da głowę, iż wcale tak nie było. Przysięgnie, że to on sam zasugerował wstąpienie do Abwehry. I faktycznie okaże się to prawdą.
Sięgnął po butelkę i wieczór toczył się miło dalej. Temat przyszłości von Wedela już się nie pojawił. Tym bardziej że wkrótce Beckmann zauważył dwie dobre znajome wchodzące do lokalu.
– Niech pan siada, pułkowniku – powiedział marszałek Edward Śmigły-Rydz, wskazując na fotele otaczające stolik kawowy. Sam zgasił papierosa i zajął miejsce w jednym z tych potężnych skórzanych mebli. – Koniak?
Pułkownik Konieczny kiwnął głową. Adiutant podał siedzącym napełnione kieliszki i szybko wycofał się z gabinetu.
– Jak tam nasza Jadzia? – zapytał gospodarz, upijając pierwszy łyk alkoholu.
Konieczny poszedł w ślady generalnego inspektora sił zbrojnych, a alkohol smakował mu jak nigdy. Był dumny z komitywy, jaką ofiarował mu w tej chwili zwierzchnik armii, wręcz pławił się w tym odczuciu. Wiedział, że przychylność marszałka wynika głównie z faktu, iż był mężem Jadwigi z Wincewiczów, krewnej Śmigłego-Rydza. Przez próżność zakładał, że niedawny awans do szeregów kierownictwa wywiadu wojskowego zawdzięczał jednak wyłącznie swoim osiągnięciom w służbie. Tylko po dużym kielichu przychodziło mu do głowy, że gdyby nie dobry ożenek, to dalej ćwiczyłby żołnierzy w zielonym garnizonie.
– Panie marszałku – pułkownik nawet podczas nielicznych uroczystości rodzinnych zwracał się tak do wuja żony – Jadwiga ma się dobrze. Jak zwykle jest pełna wigoru i organizuje kolejne spotkanie dla żon kadry Oddziału II.
– To znakomicie – ocenił Śmigły-Rydz. – Trzeba dbać o nastroje wśród pań, bo te nastroje łatwo przenoszą się na atmosferę w małżeństwach. Niech pan jeszcze raz podziękuje Jadzi za zwrócenie mi uwagi na poglądy polityczne pojawiające się w środowisku rodzin. Różne rzeczy mógłbym wybaczyć, ale wspieranie lewicowej opozycji to już skandal. Takie zachowanie jest zwłaszcza niegodne kobiet, a tym bardziej żon wysokich oficerów.
– Tak, Jadzia ma nosa do wyczuwania takich spraw. – Konieczny pamiętał, jak żona wspomniała mu o swoim odkryciu dotyczącym małżonki szefa Oddziału II i jej sympatii dla lewicy. Puścił to mimo uszu, nie podejrzewając, że owe informacje mogą dotrzeć do samego marszałka.
– Nie tylko nosa – podchwycił marszałek. – Ważne, że nie lekceważy takich sytuacji. Kiedy do mnie przyszła z wiadomością na temat żony Pełczyńskiego i sympatyzujących z nią kobiet, od razu kazałem zaufanym oficerom zająć się tym tematem. I faktycznie wszystko się potwierdziło. Zuch dziewczyna. Dlatego też usunąłem kilku niepewnych ludzi z kierownictwa wywiadu. Ci nowo mianowani zaś, nawet jeżeli nie są doświadczonymi wywiadowcami, to przynajmniej będą politycznie pewni.
– Ma pan marszałek zupełną rację – przypochlebił się pułkownik. – Nie cierpię komuchów, a kobiety nigdy nie powinny angażować się w politykę.
– Od teraz jesteś jedynym członkiem kierownictwa wywiadu z dłuższym stażem – powiedział Śmigły-Rydz. Uniósł palec wskazujący i skierował go w stronę gościa. – Masz ich wszystkich obserwować. Jeśli pojawi się coś niewłaściwego, polityka czy sympatie do naszych wrogów, zaraz mi melduj. Tylko spiesz się, bo twoja żona może być szybsza – zażartował i dodał: – Chybabyś nie chciał, żeby zamiast ciebie to Jadzia dostała medal.
– Tak jest, panie marszałku!
Jan Konieczny zgodziłby się nawet podpisać cyrograf, gdyby naczelny dowódca tego od niego oczekiwał. A sugestia dotycząca odznaczenia przypadła mu bardzo do gustu. „Miałem nosa, wybierając żonę”, pomyślał z satysfakcją.
Wczorajsze spotkanie z Hansem trwało jak dla Carla zbyt długo. Może nie tyle nie miał kondycji do mocno zakrapianych imprez, ile po prostu się od nich odzwyczaił. Jeszcze po wyjściu z baru obu kobiet, z którymi spędzili wesoło wieczór, obaj panowie kolejną butelką koniaku uczcili odnowienie znajomości. Von Wedel był szczególnie zadowolony z poznania pań, gdyż jedna ze znajomych Beckmanna, Margit Kunze, okazała się sekretarką w Ministerstwie Gospodarki. Tematu jej pracy nie rozwijał, uznał natomiast dziewczynę za interesujący kontakt, tym bardziej że, jak się okazało, była niezamężna i deklarowała się jako zwolenniczka emancypacji.
Mimo że minęła już dwunasta, von Wedel rozkoszował się leniwym dosypianiem. Dzwonek telefonu przerwał jego błogi nastrój. Sięgnął po słuchawkę aparatu stojącego obok łóżka.
– Witaj, przyjacielu – usłyszał głos Hansa Beckmanna.
– Nie masz co robić, tylko wydzwaniać o świcie?
– Oj, od razu widać, kto dysponuje rodzinnymi zasobami i nie musi biec rano do pracy – ponurym głosem rzucił kolega. – Ale skończy się twoje dolce vita, zapamiętaj moje słowa.
– Dobra, dobra, nie strasz – skwitował Carl te żartobliwe groźby.
– Nie straszę, zapewniam cię. No chyba że zrezygnowałeś już ze swoich planów zrobienia kariery w tajnych służbach… – Beckmann zawiesił głos.
Von Wedel zrozumiał, że słowa rozmówcy nawiązują do wczorajszych uzgodnień. Od razu wrócił do rzeczywistości.
– Czyżbyś coś zdziałał?
– A jakże, mój drogi.
– To opowiadaj, pochwal się.
– Wiesz, że jak ja coś zaplanuję, to zawsze załatwię – oznajmił z dumą Hans. – Ale nie trzymam cię w niepewności. Rano zadzwoniłem do znajomego z Abwehry i opowiedziałem mu o pewnym inteligentnym koledze, znającym kilka języków i mającym doświadczenia z pobytów w różnych krajach, biegłym w sztukach walki i uroczo uwodzącym kobiety…
– To ostatnie to oczywiście żart!
– Żart nie żart, ale podziałało. Znajomy pracuje w komórce operacyjnej, więc postanowił skontaktować się z sekcją szkolenia. Odezwał się przed chwilą i powiedział, że jutro w południe czeka na ciebie oficer Zarządu Personalnego, Hauptmann Kraft. Podobno nadzoruje rekrutację do wywiadu. I co, jesteś zadowolony?
– No jasne.
– To jutro po południu liczę na dobry obiad z wykwintnym alkoholem – stwierdził Beckmann.
– Jesteśmy umówieni. Odezwę się po rozmowie z Hauptmannem Kraftem.
Gdy tylko odłożył słuchawkę, wyskoczył z pościeli, odzyskując zwykłą dla siebie energię. Po chwili stał już pod chłodnym strumieniem wody z prysznica. „A więc zaczynam”, pomyślał. Łatwo przyszło zgodzić się na propozycję Jana Żychonia w odległym Paryżu. Ćwiczenia z oficerem i jego kolegami stanowiły ekscytującą atrakcję. Rozmowy o sposobie nawiązania kontaktu z polskim szpiegiem w Berlinie były z kolei jak fragment sensacyjnego opowiadania. Ale jutro zrobi pierwszy poważny krok. Nie będzie już odwrotu. W tej chwili czuł jednak, że bez względu na konsekwencje podjął właściwą decyzję. Postąpił zgodnie z naukami wpajanymi przez ojca, ale jednocześnie trochę wątpił, czy Henryk von Wedel ucieszyłby się z faktu, że syn został agentem obcego wywiadu. „Chociaż, kto wie, może tacie taka forma walki z faszystami jednak przypadłaby do gustu”, pomyślał. „Nie czas na filozofowanie na abstrakcyjne tematy”, stwierdził. „Skoro podjąłem decyzję, to zrobię wszystko, żeby osiągnąć cel”.
W ramach szkolenia szpiegowskiego, jak w myślach nazwał swoje zachowanie, Carl zrobił sobie spacer przez centrum Berlina. Co z tego, że dzisiaj nie miał się jeszcze kogo obawiać – skoro podczas studiów stosował się do łacińskiej sentencji Repetitio est mater studiorum, to obecnie tym bardziej nie powinien lekceważyć trzymania się zasad przekazanych przez Żychonia i jego ludzi. W sumie odbył całkiem sprytnie pomyślaną trasę sprawdzeniową, z niezłą legendą polegającą na odwiedzeniu kilku sklepów. Samokrytycznie ocenił odbytą wędrówkę po mieście i nie znalazł słabych punktów.
Doszedł do kwartału eleganckich domów przy Tirpitzufer. Po północnej stronie Landwehrkanal widział cichą, obsadzoną drzewami ulicę. Przeszedł mostem nad kanałem i spokojnie skierował swoje kroki dalej, do trzypiętrowego budynku z piaskowca pod numerem 72/76. Tu znajdowała się siedziba Oberkommando der Marine (Naczelne Dowództwo Marynarki Wojennej) i biura innych instytucji wojskowych. Tędy prowadziło oficjalne wejście do Abwehry, chociaż należało przejść łącznikiem, żeby znaleźć się w centrali wywiadu wojskowego. Spojrzał na zegarek, dochodziła dwunasta. Właściwa pora, żeby zgłosić się do biura przepustek. Formalności poszły sprawnie i już po kilku minutach znalazł się na pierwszym piętrze, w gabinecie Hauptmanna Friedricha Krafta. Oficer był znacznie starszy od Carla, tak na oko mógł mieć około pięćdziesiątki. „Ciekawe, taki stary i dopiero kapitan”, pomyślał zaciekawiony, patrząc na Krafta.
– Panie von Wedel, wiem tyle na pana temat, co przekazał mi Hans Beckmann. Ale zazwyczaj przy pierwszym kontakcie z kandydatem do naszej trudnej służby stawiamy pytanie: dlaczego? Z jakiego powodu chciałby pan dołączyć do elity wywiadu?
– Panie Hauptmann, pochodzę z dobrze sytuowanej rodziny, mamy kilka dochodowych majątków na Pomorzu – Carl wcześniej przygotował odpowiedź na pytanie, którego logicznie się spodziewał. – Mówię o tym nie żeby pochwalić się przed panem, ale aby pan dobrze mnie zrozumiał. Właściwie nie muszę pracować, a przynajmniej nie muszę szukać dochodowego zajęcia. Dlatego spędziłem dłuższy czas, podróżując po Europie, poznając różne specjalności w ramach studiów, ćwiczyłem także obce języki. Mówię płynnie po rosyjsku, angielsku, francusku i średnio po polsku. Naturalne byłoby szukanie zajęcia, które pozwoli mi dalej podróżować, używać nabytych umiejętności i znaleźć sens życia. Prosty wniosek: mógłbym zgłosić się do MSZ. Jest jednak pewne „ale”. Żyjemy w ciekawych czasach, w najbliższej przyszłości nasza ojczyzna stanie przed dziejowym wyzwaniem, dojdzie zapewne do starcia z największymi krajami naszego kontynentu. W tym kontekście odpowiedzią na moje oczekiwania byłyby szeregi naszej armii. Ale to też nie byłoby to coś. Nie chciałbym być jedynie wojownikiem. Marzy mi się rola dyplomaty i wojownika, kogoś, kto przeżywa dramatyczne sytuacje w bezpośrednim kontakcie z wrogami Rzeszy i strzeże najważniejszych tajemnic kraju. I to są powody, dla których składam deklarację wstąpienia w szeregi tej elitarnej służby wywiadowczej, jaką jest Abwehra. Przepraszam za przydługi wywód.
– Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem – przyznał oficer. – W ostatnich latach rozmawiałem z wieloma kandydatami do wywiadu i niewielu zaprezentowało się tak dobrze jak pan. Pańskie dojrzałe jak na tak młodego człowieka przemyślenia są klarowne i świadczą o pana wiedzy na temat aktualnej sytuacji politycznej oraz możliwego jej rozwoju.
– Problematyka międzynarodowa, relacje pomiędzy państwami w Europie i przyczyny takiego, a nie innego biegu wydarzeń były przedmiotem moich studiów. Zarówno na uniwersytecie berlińskim, jak i Jagiellońskim oraz w Paryżu. Posiadłem odpowiednią wiedzę pozwalającą, tak mi się wydaje, spojrzeć na poszczególne problemy z punktu widzenia przeciwstawnych stron.
– Charakter pana studiów i nabyta wiedza stanowią poważny atut, gdy idzie o pana w karierę w Abwehrze – ocenił Kraft. – Czy jest pan osobą samotną, czy posiada pan rodzinę? Myślę o żonie i ewentualnie potomstwie?
– Nie jestem z nikim poważnie związany i rodziny w tym znaczeniu nie mam.
– To bardzo dobra sytuacja, zarówno w kontekście niezbędnego przeszkolenia pana poza stolicą, jak i w perspektywie skierowania pana na zagraniczne misje, w tym pod przykryciem.
– Panie Hauptmann, jestem jak najbardziej do dyspozycji. Chętnie przejdę konieczne szkolenie i zaangażuję się w obowiązki wywiadowcze.
– Dobrze, zacznijmy od papierkowej roboty. Nawet w wywiadzie jest to konieczne – zażartował Kraft, a von Wedel zareagował uśmiechem. – Za chwilę przejdzie pan do pokoju, obok mojego gabinetu, gdzie będzie pan zobowiązany do wypełnienia odpowiednich formularzy. Nie muszę mówić, że konieczne jest podawanie prawdziwych odpowiedzi, bo informacje te zostaną zweryfikowane i w przypadku odkrycia kłamstwa nie tylko zostanie przekreślona pana przyszłość w Abwehrze, ale poniesie pan też odpowiedzialność karną.
– Oczywiście, doskonale rozumiem i nie zamierzam podawać nieprawdy.
– Na to właśnie liczę z pana strony – stwierdził oficer. – Ponieważ niedawno rozpoczął się kurs szkoleniowy w naszej szkole, może pan spodziewać się szybkich decyzji kierownictwa w pana sprawie. Czy będzie pan mógł wyjechać na zajęcia w najbliższych dniach?
– Tak, panie Hauptmann – zapewnił Carl. – Ponieważ wróciłem do ojczyzny zaledwie kilka dni temu, po długiej nieobecności, potrzebuję dwóch, trzech dni, żeby pozałatwiać moje sprawy osobiste. Natychmiast potem będę do dyspozycji.
– Cieszę się – powiedział Kraft. – Po wypełnieniu formularzy jest pan wolny i proszę czekać na informację z mojej strony o decyzji kierownictwa służby. Mam nadzieję, że dołączy pan do grona naszych oficerów.
Von Wedel umówił się na obiecany obiad z Hansem Beckmannem, ale wcześniej miał ważną sprawę do załatwienia. Zdecydował, że nawiąże dzisiaj kontakt z przedstawicielem siatki polskiego wywiadu, czyli zadzwoni pod numer telefonu otrzymany od Żychonia. Uznał, że nie ma na co czekać wobec realnej perspektywy wyjazdu z Berlina na szkolenie. Wychodząc z siedziby Abwehry, czuł ulgę, iż rozmowa z Kraftem przebiegła bez problemów. Miał jednak świadomość, iż odkąd zdecydował się działać w wywiadzie, musi liczyć się z tym, że przyjdzie mu przeżyć wiele nerwowych momentów.
Starając się upewnić, czy jego wizyta w Abwehrze nie spowodowała, że w ramach weryfikowania informacji ankiety personalnej został poddany obserwacji, odbył kolejną trasę uliczkami w rejonie Landwehrkanal, aż do Parku Tiergarten. W parku, praktycznie pustym o zimowej porze, łatwiej było sprawdzić, czy nie jest śledzony. Wynik okazał się negatywny. Po dłuższej wędrówce Carl uznał, że dopełnił obowiązku i nie musi się niepokoić.
Przy wyjściu z parku trafił na budkę telefoniczną, z której postanowił skorzystać. Wybrał numer otrzymany w Paryżu. Po dwóch sygnałach odebrał mężczyzna.
– Halo, tu warsztat.
– Dzień dobry, nazywam się Asbjørn.
W słuchawce zapadła na moment cisza. Po kilku sekundach mężczyzna powiedział:
– Spodziewałem, że pan się odezwie. Jestem ciekaw, czy zna pan Alto Douro?
– Oczywiście, że znam, ale wolę Guimarães.
– To też ciekawe miejsce. Jedno z sześciu odwiedzonych przeze mnie. Liczę, że porozmawiamy dłużej na ten temat.
– Z pewnością, mamy przecież wspólne zainteresowania. Do widzenia.
– Dziękuję za telefon. Do widzenia.
Von Wedel odwiesił słuchawkę. Niby zwykła rozmowa, ale cały czas miał w pamięci, że rozmawia z polskim szpiegiem, a ten kontakt oznaczał faktycznie nawiązanie współpracy wywiadowczej. Rozejrzał się po okolicy, ale oczywiście nic się nie zmieniło i wszystko było w porządku. W pobliżu nie zauważył nawet żadnego przechodnia. Wychodząc z budki, wrócił myślami do rozmowy. Najważniejsza była cyfra podana przez rozmówcę, czyli „sześć”. „A więc spotkanie mamy jutro o szóstej”, pomyślał. O tej porze na dworcu będzie znaczny ruch, czyli łatwo będzie wmieszać się w tłum. Ale też trudniej przyjdzie dostrzec ewentualnego przeciwnika. Pozostawało wierzyć, że mężczyzna, z którym miał się spotkać, jest fachowcem i nie ściągnie kłopotów na nich obu. Jeżeli popełni jakiś błąd, to kariera Carla jako agenta polskiego wywiadu zakończy się, zanim tak naprawdę się zacznie. „Nie powinienem tak myśleć!”, skarcił się w duchu. „Spotkam się z szefem siatki, więc muszę wierzyć, że ten człowiek wie, co robi”.
Oberstleutnant Erwin Lahousen z zadowoleniem odłożył depeszę z rezydentury w Warszawie. Był to kolejny ważny meldunek od agenta o pseudonimie „Grot”. Zadanie osłabienia polskich struktur wojskowych kierowany przez niego wydział otrzymał jeszcze jesienią 1938 roku, podobnie jak wszystkie inne komórki centrali zajmujące się Polską. Polecenie zajęcia się tym tematem Lahousen niezwłocznie skierował do Warszawy, nie był jednak pewien, jak dużo, a nawet czy cokolwiek uda się osiągnąć. Spodziewał się również, że „Grot” może nie zechcieć podjąć się tego zadania. A jednak okazało się, że agent miał dryg operacyjny i powiodło mu się podkopywanie pozycji szefów i doświadczonych oficerów w Oddziale II Sztabu Głównego, co zakończyło się pożądanymi przez Berlin dymisjami. Cóż, ludzie są tylko ludźmi i nawet mądrzy dadzą się podejść, jeżeli otrzymują informacje wiarygodne i niepokojące.
Spojrzał jeszcze raz na dokument i kazał adiutantowi wezwać Oberleutnanta Reimanna odpowiedzialnego za problematykę polską.
Na kolejną kolację z Hansem von Wedel wybrał najstarszą restaurację w Berlinie. Założona w 1621 roku Zur Letzten Instanz słynęła z tradycyjnej niemieckiej kuchni. Atmosfera spotkania była serdeczna, ale Carl pilnował, aby nie trwało ono zbyt długo i nie łączyło się z wypiciem kolejnej dużej ilości alkoholu. Hans poczuł się dowartościowany podziękowaniem ze strony kolegi zorganizowanym w ekskluzywnym lokalu. Dla von Wedela wieczór był okazją do wypytania Beckmanna w kwestii dotyczącej organizacji Sztabu Generalnego. Dowiedział się sporo na temat szefów poszczególnych komórek. Kolega nie krył, że po Anschlussie Austrii i szybkim zajęciu Czechosłowacji obecnie prace sztabowe koncentrują się na Polsce i krajach zachodniej Europy.
Wracając do domu, Carl uznał kolację za wartościową w kontekście nie tylko rozwijania znajomości z Hansem, lecz także pogłębienia wiedzy o organizacji niemieckich sił zbrojnych.
Od momentu wyjścia z domu von Wedel czuł rosnące napięcie. Idąc ulicami Berlina, wśród późnopopołudniowego ruchu pieszych, pomyślał, iż chciałby, żeby już było po spotkaniu. Jednocześnie sam się sobie dziwił. Zgadzając się na propozycję Jana Żychonia, brał pod uwagę wszystkie za i przeciw, przemyślał to, co chce osiągnąć, oraz po której stronie przyszłego konfliktu się opowiada. I to się nie zmieniło. Jeżeli tak, to musi się opanować i zachowywać jak prawdziwy mężczyzna, którym w swoim przekonaniu jest. Żeby przejść do konkretów, nakazał sobie w myślach, co ma teraz zrobić. Przede wszystkim uważna obserwacja otoczenia. Ta myśl zmusiła go do skoncentrowania się na zadaniu i porzucenia nerwowych rozmyślań. W efekcie poczuł się pewniej, kiedy stanął przed głównym wejściem dworca Berlin Anhalter. Budynek oddano do użytku w XIX wieku, a znany był przede wszystkim z ogromnej hali dworcowej liczącej sto siedemdziesiąt metrów długości, wysokiej na ponad trzydzieści metrów. Z dworca odjeżdżało wiele pociągów za granice Niemiec. Widok ogromnego zegara przypomniał mu, że nie przyszedł tu, by podziwiać architekturę. Do szóstej po południu zostało pięć minut. Uznał, że to wystarczy do zlokalizowania przechowalni bagażu i rozejrzenia się w sytuacji. Minął kasy, potem grupę podróżnych stojących przed rozkładami odjazdów oraz przyjazdów i po prawej stronie dostrzegł tablicę z napisem „Przechowalnia”.
Przeszedł, omijając to miejsce w sporej odległości. Starał się nie patrzeć w kierunku przechowalni, uwagę poświęcił natomiast osobom stojącym po przeciwnej stronie hali i mającym w zasięgu wzroku interesujące go miejsce. Wydawało mu się, że nic podejrzanego nie widział. Doszedł do kiosku z gazetami i wtedy, korzystając z możliwości udawanego oglądania leżących czasopism, popatrzył w stronę lady. Jakaś para odbierała właśnie swoje walizki od pracownika. Poza nimi dostrzegł po lewej stronie okienka przechowalni stojącego niemłodego mężczyznę, który z zainteresowaniem czytał gazetę. „Ciekawe, czy to mój kontakt?”, pomyślał von Wedel. Był pewien, że tak, gdyż ktoś nastawiający się na dłuższe czytanie raczej usiadłby na jednej z ławek. Ale ponieważ w tym momencie dworcowy zegar wskazał szóstą, musiał skierować się w stronę umówionego miejsca. Jeszcze rzut oka na przeciwną stronę hali, ale tam akurat zrobiło się pusto. Nikt nie obserwował rejonu spotkania.
Kiedy zbliżył się do mężczyzny, ten spojrzał w jego stronę i jakby poznając go, zaczął składać gazetę. Carl zatrzymał się obok niego i powiedział:
– Asbjørn.
Tamten ruszył, a mijając go, powiedział:
– Alto Douro. Proszę iść za mną.
Mężczyzna spokojnym krokiem poszedł wzdłuż hali dworca. Von Wedel odczekał chwilę i podążył za nim. Wyszli bocznym wyjściem i skręcili w najbliższą przecznicę. Po około stu metrach idący przodem skręcił w prawo. Zaraz za rogiem znajdowała się Piwiarnia Brauhaus Süd. Carl wszedł do środka w ślad za mężczyzną. Zgodnie stanęli przy barze i zamówili po kuflu piwa. Tamten rozejrzał się i w końcu wybrał jeden z nielicznych wolnych stolików, w odległym rogu sali.
– Jürgen Muller – przedstawił się, kiedy usiedli. Patrzył uważnie na twarz rozmówcy.
– Carl von Wedel – odwzajemnił prezentację.
– U nas jesteś „Amber”. Pamiętaj, używanie pseudonimu jest ważne dla twojego bezpieczeństwa i dla ochrony siatki. Ja jestem „Bohun”.
Muller uniósł kufel, a gdy Carl zrobił to samo, stuknęli się naczyniami.
– Za współpracę – powiedział Jürgen. – Witam cię w Berlinie. I od razu pierwsza wskazówka teraz i na przyszłość. W miejscu takim jak ta piwiarnia zawsze siadaj plecami do ściany, a twarzą w kierunku wejścia. W ten sposób będziesz miał możliwość obserwowania, co się dzieje, co lub kto może ci zagrażać.
– Nie pomyślałem o tym – von Wedel próbował się tłumaczyć. Faktycznie usiadł przy stoliku naprzeciwko „Bohuna”, plecami do wejścia do lokalu.
– Spokojnie. Opanujesz takie drobiazgi. Przenosiny do Berlina się udały? Wszystko w porządku?
– Tak, dziękuję – zareagował grzecznościowo. Przy okazji pomyślał, że jest cały czas spięty. Czyżby spotkanie z tym człowiekiem tak na niego działało? – Przyjechałem trzy dni temu, wynająłem mieszkanie i zacząłem starania o dostanie się do Abwehry.
Mężczyzna, pijąc piwo, uniósł brwi ze zdziwienia. Odstawił kufel i popatrzył na von Wedela.
– Szybko działasz. Z jakim rezultatem?
– Wczoraj miałem spotkanie z oficerem Zarządu Personalnego, Hauptmannem Friedrichem Kraftem – poinformował Carl. – Podobno zajmuje się rekrutacją kandydatów do służby. Chyba dobrze wypadłem. Pytał, czy mogę szybko wyjechać do szkoły wywiadu, o ile zostanę zaakceptowany. Potem dał mi do wypełnienia stos formularzy kadrowych i obiecał odezwać się po weryfikacji moich danych. Uprzedzał, że jeśli wykryją, że skłamałem, to zostanę ukarany.
– Nie przejmuj się, to taka rutynowa formułka w różnych instytucjach. Wspomniał, gdzie jest ten ośrodek?
– Nie. Podałem swój numer telefonu i ma się odezwać.
– Kto ci zorganizował ten kontakt?
– Mój dobry przyjaciel z czasów studenckich, Hans Beckmann.
– Czym się zajmuje?
– Jest oficerem w Sztabie Generalnym, chyba Oberleutnantem – wyjaśnił von Wedel. – Nie wiem na razie nic bliższego na temat jego stanowiska oraz wydziału, w którym pracuje. Ale ustalę to przy najbliższym spotkaniu. Pochodzi z rodziny o różnych powiązaniach w świecie polityki, gospodarki i wojska. Ojciec jest generałem, również pracuje w sztabie.
– Gromadź kontakty z takimi osobami. Możesz dzięki nim uzyskiwać cenne informacje, ale również dadzą ci one okazję do poznawania innych ciekawych kandydatów do rozpracowania. Informacje o tego rodzaju osobach nazywamy naprowadzeniami.
– Już zrobiłem pierwszy krok – z zadowoleniem pochwalił się Carl. – Przy okazji spotkania z Beckmannem poznałem Margit Kunze, sekretarkę w Ministerstwie Gospodarki.
– Jest możliwość kontynuowania tej znajomości?
– Z pewnością, choć nie wiem, co mogę od niej uzyskać.
– Powoli – zasugerował Muller. – Dopiero zaczynasz swoją aktywność. Przede wszystkim nie spiesz się i nie rób nic na siłę. Widzę, że masz łatwość w nawiązywaniu kontaktów, także z kobietami, więc na spokojnie będziesz budował bazę znajomych, poszerzając wiedzę na temat ich możliwości dostarczania wartościowych informacji. Spotkaj się z nią za jakiś czas i wybadaj pod tym kątem.
– Rozumiem, na spokojnie.
– Jeśli słyszałeś o działalności szpiegowskiej w Niemczech Jerzego Sosnowskiego vel Georga von Nalecz-Sosnowskiego, to zwróć uwagę, że uzyskiwał doskonałe rezultaty, właśnie wykorzystując kontakty z kobietami. Nie sugeruję ci niczego dwuznacznego, pamiętaj jednak, że często do kobiet dociera wiele ważnych informacji przy różnych okazjach, a uzyskanie ich od nich jest prostsze niż od mężczyzn. Od sekretarki możesz często zdobyć podobne informacje jak od jej przełożonego, a kontakt z nią będzie dużo łatwiejszy.
„Bohun” dłuższy czas relacjonował Carlowi szczegóły działań werbunkowych realizowanych przez Jerzego Sosnowskiego. Na zakończenie dodał:
– W stosunku do kobiet trzymaj się jednej zasady: nigdy nie wiąż się z nimi uczuciowo. Jeśli o tym zapomnisz, zaczniesz myśleć sercem zamiast głową i wówczas do wpadki będzie bardzo blisko. Zapamiętaj to.
– Jasne, będę pamiętał.
– Jak tylko otrzymasz informację od Hauptmanna Krafta, co z dostaniem się do Abwehry, dasz mi znać. Mój numer telefonu znasz. Powiesz tylko, że wyjeżdżasz i kiedy. Ja mam warsztat zegarmistrzowski w centrum Berlina, w pobliżu Dworca Głównego, na Invalidenstrasse. Na rogu, łatwo go znajdziesz. Jak będzie potrzeba, zawsze możesz przyjść naprawić zegarek. Rozumiesz?
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
