Całym światem ty - Pryśko Monika - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Całym światem ty ebook

Pryśko Monika

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.

10 osób interesuje się tą książką

Opis

SĄ TAKIE DNI, KIEDY ŚWIAT KOŃCZY SIĘ MIĘDZY KĘSEM KANAPKI A TRZASKIEM ZAMYKANYCH DRZWI.

I NAGLE WSZYSTKO, CO BYŁO „NA ZAWSZE”, OKAZUJE SIĘ „JUŻ NIEAKTUALNE”.

Maria właśnie zaliczyła spektakularny życiowy zwrot akcji. Nie ma instrukcji obsługi nagłego rozstania ani planu B na życie. Za to ma talent do pakowania emocji w za duże bluzy, kompulsywnego sprzątania w chwilach kryzysu i udawania, że wszystko jest pod kontrolą, nawet jeżeli świat się wali. Gdy jej mąż postanawia „poszukać siebie” gdzie indziej (powodzenia!), ona musi znaleźć… przynajmniej pilota do własnego życia. Na szczęście ma też rodzinę, która, zamiast głaskać po głowie, potrafi rzucić mięsem, a nawet przemeblować życie (i przy okazji mieszkanie), przyjaciółki specjalizujące się w gaszeniu pożarów, całkiem niezły instynkt przetrwania (choć czasem działa dopiero po drugiej kawie) i wrażliwe serce, które wciąż ma ochotę się zakochać.

To historia o tym, że nawet jeśli ktoś nagle znika z twojej życiowej układanki, to czasem robi miejsce na coś nowego – czego może nie planowałaś, ale naprawdę potrzebowałaś.

BO KONIEC BYWA CAŁKIEM NIEZŁYM POCZĄTKIEM.

Pierwsza powieść Moniki Pryśko, znanej w sieci jako Tekstualna.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 524

Data ważności licencji: 5/20/2031

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Ilustracja i projekt okładki: Karolina Żelazińska-Sobiech

Redaktor inicjujący: Monika Mielke

Redaktor prowadzący: Grażyna Muszyńska

Redakcja: Joanna Błakita

Redakcja techniczna: Sylwia Rogowska-Kusz

Skład wersji elektronicznej: Robert Fritzkowski

Korekta: Aleksandra Zok-Smoła (Lingventa), Matra Choińska-Młynarczyk

© by Monika Pryśko

© for the Polish edition by MUZA SA, Warszawa 2026

ISBN 978-83-287-4138-6

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2026

–fragment–

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).

MUZA SA

ul. Sienna 73

00-833 Warszawa

tel. +4822 6211775

e-mail: [email protected]

Księgarnia internetowa: www.muza.com.pl

Wersja elektroniczna: MAGRAF sp.j., Bydgoszcz

Wszystkim zmechaconym, często samotnym sercom, które chciałyby być dla kogoś całym światem

Są chwile, które przecinają…

Są chwile, które przecinają życie na pół. Od teraz dzielisz świat na to, co było przed, oraz na to, co jest od dziś. Te zdarzenia nie pytają, na co masz ochotę i czy jesteś gotowa na zmianę, nie upewniają się, czy dźwigniesz to wyzwanie. Nokautują bez dyskusji, ścinają z nóg i nawet się na ciebie nie obejrzą. Taryfa ulgowa? Żadna.

Są chwile, których bardzo nie chcesz, choć tak wiele znaczą. Ale mimo że ten bolesny moment jest jednym z najważniejszych w twoim życiu, oddałabyś wszystko, by móc cofnąć czas. W tej jednej sekundzie zastawiłabyś swoje szczęście w najpodlejszym lombardzie, by dostać cień gwarancji, że jeśli zamkniesz oczy, a następnie je otworzysz, zobaczysz ten sam znajomy bezpieczny dyskomfort, tę samą oswojoną bylejakość i przewidywalną codzienność. Będzie jak wcześniej. Poświęciłabyś wszystko, by wrócić do tego, co znasz, bo to, czego nie znasz, przeraża cię swoją obcością. Chcesz, żeby było wczoraj. Chcesz, żeby wróciło przed chwilą. Nigdy nie czułaś, że można czegoś takiego chcieć.

– Słuchaj, długo o tym myślałem… – zaczął Michał, zakładając kurtkę w przedpokoju.

Dziś od rana padało. Nadmorska pogoda, cholera jasna.

– Co mówisz? – odezwał się z kuchni kobiecy głos. – Jednak nie bierzemy tego zlecenia? Tak mi się od początku wydawało, że ten klient to średnio wypłacalny jest. – Marysia przeszła do przedpokoju, przegryzając kanapkę z masłem i ogórkiem kiszonym.

Cicha muzyka w radiu miała głos Theo Hutchcrafta, który śpiewał, żeby się nie poddawać, przecież to życie tak wspaniałe jest.

– Jak nie ten, to następny, nie ma się co przejmować – mówiła i jadła, jednocześnie próbując lewą stopą w różowej skarpetce wydłubać spod szafki z lustrem brakujący kapeć.

Stojąca na blacie figurka Matki Boskiej zakołysała się niebezpiecznie. Jej rozłożone ramiona skierowane były ku dziewczynie.

– Nigdy nie poczuję się szczęśliwy, jeśli nie będę wolny. Duszę się tu. Codziennie na nowo szukam powietrza do życia. Wybacz, Mario. Odchodzę. To nie twoja wina. Poradzisz sobie. Za godzinę mam pociąg, wyjeżdżam do… – kontynuował, ale Marysia niewiele już rejestrowała. Patrzyła, jak jego usta się ruszają, słyszała jednak tylko szum.

Matka Boska z tworzywa sztucznego, na co dzień witająca gości – bo gość w dom, Bóg w dom – przestała się chybotać. W tej samej chwili Maria poczuła, jak krew zatrzymuje się jej w żyłach, a płuca nie chcą wypuścić powietrza. Wychwytywała tylko pojedyncze frazy, że tak lepiej, że na pewno udźwignie, że musi zrozumieć, że córkę kocha, że to nie o nią – Marysię – chodzi, tylko o niego, że cały świat na niego czeka, że od dawna im się nie układało.

Od którego dawna? Od minuty? – chciała zapytać, ale z jej ust nie wydobył się żaden dźwięk.

Po prostu stała i na niego patrzyła. Szare oczy mężczyzny były jakby zawstydzone, może trochę zmęczone i na pewno obojętne. Zawsze je lubiła, bo gdy śmiał się szczerze, tak w głos, z całych sił, odbijało się w nich szczęście. Zakochała się w tym spojrzeniu. Teraz nawet na nią nie zerkał. Jego wzrok wędrował najpierw po podłodze, gdzie leżał spakowany duży plecak. Później po tafli lustra, w którym odbijali się oboje. On, trzydziestosześcioletni wysoki blondyn z trzydniowym zarostem, przydługimi włosami wygładzonymi opaską i z tendencją do tycia, która objawiła się niedawno pod postacią drugiego podbródka. I ona, jego żona, Maria, lat trzydzieści pięć, sięgająca mu do ramienia rozczochrana brunetka, matka jego jedynej, jak do tej pory, córki. Potem spojrzał na ekran telefonu, by sprawdzić, która godzina. Wzrok Marii, próbujący dobić się do jego świadomości, palił go żywym ogniem.

To tak się to czuje? Czy to się dzieje naprawdę? Wiedziała, że dzieje się coś ważnego, co będzie wybrzmiewało jeszcze długo po tym, jak stanie się całkiem cicho. Jednocześnie nie mogła się skoncentrować, jej ciało było chaosem połączeń nerwowych, które teraz parzyły ją boleśnie. Od dłuższego czasu skubała skórkę przy paznokciu kciuka, aż przy krawędzi pojawiła się krew. Nie zwróciła na to uwagi, dalej podważała podrażnioną tkankę. Michał zawsze ją strofował, by tego nie robiła, bo według niego to domena neurotycznych, straumatyzowanych wariatek w za dużych swetrach i z tłustymi włosami opadającymi na twarz. Po prostu źle mu się to kojarzyło i już. Tym razem nawet tego nie zauważył, tak samo jak i łez zbierających się w oczach Marii.

A ona stała jak sparaliżowana. Jej umysł zalewała fala emocji, których tak bardzo nie chciała przyjąć, przed którymi się broniła. Świat skurczył się nagle do kilku wykafelkowanych metrów kwadratowych przedpokoju w małym mieszkaniu na gdańskiej Zaspie. Chciała szarpnąć męża za rękaw kurtki, ale nie mogła się ruszyć. Stopy Marii zrosły się z imitacją drewna na podłodze. Chciała zapytać dlaczego, ale zapomniała, jak się stawia znak zapytania. Chciała się rozpłakać, ale to by znaczyło, że jest ku temu powód, a póki nie ma łez, nie ma powodu do płaczu, czyli że jeszcze nic się tak naprawdę nie stało. Chciała zareagować, ale jedyne, co umiała zrobić, to trzymać kanapkę, by nie upadła.

Ten moment trwał godzinami. W głowie Marysi myśli przesuwały się jak cyfry na telebimie maklerskim na Wall Street. Tak szybko, że ich dźwięk mieszał się z głośnym biciem serca, które na pewno słyszało całe osiedle. Czy Michał też słyszał? Nie, chyba nie. Mówił coś dalej, lekko przestępując z nogi na nogę. Na jego twarzy widać było nienaturalnie czerwone plamy. Zawsze robił się czerwony, gdy się stresował. Dodawało mu to chłopięcego uroku, choć teraz rumieniec niezdrowo kontrastował z bladą, zdenerwowaną twarzą. Mężczyzna machinalnie przeczesywał wciąż i wciąż dłonią włosy, zsuwał przy tym opaskę i układał ją z powrotem. Na jego czole perlił się pot.

Gdy mówił, spanikowana Marysia próbowała znaleźć jakiś ciąg przyczynowo-skutkowy, który doprowadził do tej sytuacji. Szacowała, czy ma jeszcze szanse, czy jakieś zdanie sprawi, że Michał pójdzie po rozum do głowy, czy jakikolwiek gest zmieni jego decyzję. Drążyła w ich historii, zapisanej w pamięci, w poszukiwaniu opcji, których mogłaby się chwycić, jakby od tego naprawdę zależało jej życie.

Nie zdążyła. Przegapiła okazję do zmiany scenariusza. Michał zrobił gest, jakby chciał ją pogłaskać po ramieniu, ale po chwili cofnął rękę, zapiął granatową kurtkę z kapturem, zarzucił plecak na ramię, złapał za klamkę i nie oglądając się na żonę, po prostu wyszedł. Drzwi się zamknęły. Po chwili niedojedzona kanapka spadła na podłogę.

Maria Rosa stała nieruchomo, wpatrzona w drzwi wejściowe, pewna, że te zaraz się otworzą, Michał wejdzie do środka i powie, że się przesłyszała. Ale usłyszała dobrze, a on się nie cofnął. Serio? Czy on właśnie zrobił to, co robią mężczyźni w filmach opowiadających o tym, czego faceci nie powinni robić swoim kobietom? To wydawałoby się nawet całkiem zabawne, gdyby nie było tak cholernie smutne. Czekała pół godziny, stojąc wciąż ze wzrokiem utkwionym w drzwiach, i czuła, jak topnieją w niej emocje i zaczynają do niej docierać, bezlitośnie kłując w najczulsze punkty. Świadomość powoli wracała, a wraz z nią – samotność taka, jakiej wcześniej nie zaznała, i poczucie, że jest skończoną idiotką, frajerką, którą się zostawia między gryzem kanapki a łykiem herbaty.

Wszechogarniająca bezsilność wylazła z niej wielkimi, pełnymi żalu i rozczarowania łzami. Ręce jej się trzęsły, głos się łamał, gdy zawodziła zrozpaczona, a łzy i smarki wycierała w rękaw za dużej szarej bluzy.

– Proszę, proszę, proszę. Proszę, kurwa, ja pierdolę, proszę, wróć. Błagam, wróć szybko, nie zostawiaj mnie – szeptała do siebie i do niego. Stała w bardzo dziwnej pozycji, lekko pochylona, ze złożonymi jak do modlitwy dłońmi opartymi o czoło. – O wszystkim zapomnę, wszystko wytrzymam, tylko wróć i powiedz, że zostajesz. Błagam cię, wróć – mówiła coraz ciszej.

Już nie stała, ale kucała przed drzwiami, modląc się o to, by usłyszeć sygnał domofonu. Nie zarejestrowała jednak ani jego dźwięku, ani kroków na klatce, ani szczęku zamka. Nogi ścierpły, co przypomniało Marii, że wciąż jest żywym człowiekiem. Usiadła. Zimna podłoga gryzła ją w tyłek i studziła emocje. Kobieta podniosła się więc lekko na prawej ręce, a lewą wsunęła pod siebie mały łazienkowy dywanik, na którym zazwyczaj zostawiali brudne buty. Poczuła, że siedzi na czymś mokrym. No tak, dziś przecież od rana padało, a wcześniej zaprowadziła już córkę do placówki opiekuńczo-wychowawczej „Kolorowa Lokomotywa”.

Co się robi w takiej sytuacji? Nie ma poradników na tego typu przypadki. Nie ma książki o tytule 5 sposobów na męża, który nagle wyprowadził się z domu albo Co zrobić, gdy mąż nieoczekiwanie zmienia plany na życie. Gdyby była, kupiłaby każdą, nawet napisaną po chińsku.

Nie ma instrukcji obsługi nagłego rozstania ani reguł pierwszej pomocy, gdy ktoś bez uprzedzenia odchodzi, a za sobą zostawia dziurę po emocjonalnej bombie. Do kogo się dzwoni, gdy czuje się tak wielki bunt, wkurw i smutek? Na kogo można zwalić? Na kogo zrzucić to zgniłe kukułcze jajo?

Marysia podniosła się z trudem i chwiejnym krokiem poszła w stronę kuchni. Ale łydki tak jej zdrętwiały, że nie była w stanie zrobić kolejnych kroków. Boleśnie łaskoczące „mrówki” opanowały jej mięśnie. Zaczęła je niecierpliwie rozmasowywać, przesuwając dłońmi w górę i w dół nóg. Policzyła w myślach do dziesięciu i ruszyła znowu do kuchni, bo tam, na blacie, ładował się jej telefon.

Dzwoniła do niego dziesięć tysięcy razy i za każdym razem słyszała, że abonent jest tymczasowo niedostępny. Co znaczy „tymczasowo niedostępny”? Tymczasowo, czyli do kiedy? To słowo zakłada, że kiedyś dostępny będzie. Że będzie. Czy zatem jeszcze będzie? Czy to faktycznie koniec, czy nastąpi ciąg dalszy i jeszcze się zobaczą? No i co z Ireną?

Nagle usłyszała wyczekiwany dźwięk otwieranych domofonem drzwi do klatki. Bogu niech będą dzięki, pomyślała, zerkając na Matkę Boską sprzed lustra. Serce zaczęło bić szybciej, nadzieja wlała się w jej mózg przyjemnym strumieniem, jakby od tego dźwięku była od zawsze uzależniona i właśnie zażyła kolejną dawkę ulubionej substancji. Kąciki ust zadrżały w nieśmiałym uśmiechu. Stanęła znów w przedpokoju, gotowa udawać, że dzisiejszego dnia wcale nie było. Wygładziła włosy i dresy, w które się przebrała, gdy mokry dywanik przemoczył jej getry na pupie. Otarła twarz kilkoma szybkimi ruchami. Czekała, wyprostowana na baczność.

– Przywiozłem ci dwudziestokilogramowy skarb! – zawołał mężczyzna, który szarpnął za klamkę. Wyglądał na zaskoczonego, że drzwi są otwarte. – Irenka, zdejmuj buty, masz całe nogi w błocie. Maniu, weź przynieś jakąś ścierkę, bo zaraz ta breja będzie w całym mieszkaniu – ciągnął pięćdziesięciokilkulatek, trzymający za rękę dziewczynkę.

Mała ubrana była w zachlapany jednoczęściowy kombinezon, czapka wchodziła jej na oczy, a za sobą ciągnęła brudnego, kiedyś różowego, a teraz w kolorze błota, pluszowego zajączka. Pluszak o coś zahaczył i Irenka całą uwagę skupiła na tym, by uwolnić zabawkę z potrzasku.

Bogdan Rosa wszedł do mieszkania swojej jedynaczki i najpierw zobaczył chleb na podłodze, a obok stojącą, jakby zamrożoną córkę, na której zapuchniętej i czerwonej twarzy widać było wstyd i zaskoczenie. W sekundę zrozumiał, że to nie jest dobry moment na powroty do domu małych dziewczynek.

– Irenko, w tył zwrot, dziadek zapomniał, że mieliśmy pojechać do babci! – Zawrócił wnuczkę, zanim ta zdążyła zauważyć, że mama wygląda i zachowuje się inaczej niż zwykle. – Ale z nas gapy. Zejdziemy schodami, forma sama się nie zrobi… – zagadywał ją dalej, a jego głos odbijał się echem od pustych ścian starej klatki schodowej.

Dziewczynka nawet się nie obejrzała, podreptała posłusznie za dziadkiem i co chwilę zerkała jedynie na zajączka, z którego nogi wystawała niepokojąco długa nitka.

Marysia zamknęła oczy, otarła twarz wierzchem dłoni. Nie wiedziała, co ze sobą zrobić. Miałaby tak zwyczajnie iść znowu do kuchni? Bała się powrotu taty i Irenki, rozmowy z rodzicami. Jak im powiedzieć o tym, co się właśnie wydarzyło, i jak przestać myśleć o tym, co już nigdy się nie wydarzy? Obie te myśli były natrętne i ciążyły jej na sercu. Nie chciała okazywać bezradności, tego zranienia, którego doznała, a którego nawet nie umiała zdefiniować. Nie chciała, żeby bliscy widzieli ją w takim stanie; czuła się zażenowana. Czuła się też winna, a jednocześnie chciała wciąż i wciąż tłumaczyć, że to nie jej wina, że ona nic nie wiedziała.

Usiadła na krańcu kanapy. Złączyła kolana i oparła splecione dłonie o uda. Smutna i zgarbiona patrzyła na swoje ręce, jakby to był niesamowity obiekt badawczy, jakby mogła, choć na chwilę, zgubić się w liniach papilarnych, delikatnych kropeczkach, bliźnie na środkowym palcu, tej z dzieciństwa, i drobnych żyłkach widocznych spod cienkiej, jasnej skóry. Ze ściśniętym sercem spojrzała na swoją obrączkę. Tak świetnie leżała. Była piękna, prosta, idealna, złota. Pamiętała, jak się nią zachwyciła, gdy oglądała biżuterię przez szybę jednego z lombardów we Wrzeszczu. Trudno było ją zauważyć wśród tych wszystkich precjozów zostawionych, by ich nigdy nie odkupić, nie odebrać. Ale Marysia od razu zauważyła ten ciepły odcień złota, ten matowy, sfatygowany blask. Lubiła stare, używane rzeczy. Lubiła dopisywać im happy end. Michał popukał się wtedy w głowę i powiedział, że on cudzej obrączki wkładał nie będzie. Finalnie skończyło się tak, że Maria nosiła obrączkę z lombardu, a Michał z Apartu. Apart, czyli osobno…

Przesunęła ostrożnie opuszką po złotym krążku, z szacunkiem i czcią, i dopiero teraz zobaczyła zaschniętą krew, która zebrała się wokół płytki paznokcia. Za późno na wodę utlenioną. Włożyła koniuszek kciuka do ust i przez chwilę starała się językiem usunąć ślad stresu. Spojrzała znów na palec i uznała, że tyle wystarczy. Potem wysłała Michałowi SMS-a z błaganiem, żeby się odezwał. Trzymała telefon w obu dłoniach i wpatrywała się w ekran. Modliła się o odpowiedź. Nagle zabrzmiała wesoła melodyjka, a urządzenie rozświetliło się długo wyczekiwanym komunikatem. Marysia błyskawicznie odblokowała ekran, kliknęła ikonkę wiadomości i przeczytała, że „urodzinowe promo do -70%. Biegnij na zakupy, nie pozwól, by najlepsze okazje na Twoje ulubione produkty uciekły Ci sprzed nosa”. SMS od marki kosmetycznej zmiótł ją z planszy. Rozpłakała się bezsilnie i wściekle. Nie na taki znak, do cholery, czekała.

Usnęła w końcu zmęczona łkaniem, w ubraniu, na kanapie, przytulona do michałowej bluzy, której, na całe szczęście, nie zdążyła jeszcze wyprać. Śniła jej się babcia grająca w tenisa z Lechem Wałęsą.

Maria otworzyła oczy i przez…

Maria otworzyła oczy i przez kilka sekund czuła się wspaniale. Dopóki sobie nie przypomniała. Rzeczywistość brutalnie zerwała plaster z jej złamanego serca. Łapczywie chwyciła telefon i dwa razy stuknęła kciukiem w ekran. Żadnej nowej wiadomości. Powoli usiadła i zsunęła stopy na podłogę. Nie bardzo wiedziała, co dalej. Cokolwiek by zrobiła, będzie jej się to kojarzyło z Michałem. Sięgnęła znów po komórkę. Włączyła audiobooka, kryminał czytany przez Filipa Kosiora, by spróbować choć na chwilę skupić się na czymś innym. Spokojny męski głos przełamał niewygodnie brzęczącą ciszę. Marysia wstała i podeszła do okna. Tylko na to udało jej się zdobyć. Stała we wczorajszych ciuchach, spuch­nię­ta od płaczu, zmęczona i smutna. Czuła się zmechacona, nieświeża, brzydka i niepotrzebna. Oparła się dłońmi o kamienny parapet i obserwowała parking, trawnik i śmietnik. Tak minęła jedna godzina, druga i połowa trzeciej.

Z tego długiego zamyślenia wyrwał Marię dźwięk dzwonka do drzwi. Przestraszyła się tak, że aż podskoczyła, a serce zabiło jej mocno. Rzuciła się szybko do przedpokoju, by sprawdzić, kto to.

– Ziemniaczki, jajeczka, co potrzeba? – Pan po drugiej stronie progu uruchomił się, gdy tylko usłyszał dźwięk przekręcanego zamka. Miał aparycję Pawlaka z Samych swoich, podniszczone Adidasy i, co było można odczytać po mini, wszystko gdzieś. W tonie niskiego głosu brzmiały subtelne nuty cwaniactwa. – Tanie, świeże, prosto od rolnika… – Nie dokończył, bo spojrzał na Marię, która prezentowała sobą obraz nędzy i rozpaczy.

Kołtun zamiast koka, blada twarz kontrastująca z podpuchniętymi, czerwonymi oczami, smutne spojrzenie. Mężczyzna zawahał się przez moment, zlustrował zjawę szybko z góry na dół i czym prędzej skierował się w stronę schodów, by na niższym piętrze również zaatakować dzwonki i powtórzyć swoją ofertę tym samym ospałym tonem. W myślach stwierdził, że Marysia i tak niczego od niego nie kupi, bo nie wygląda na taką, co je jajka i ziemniaki, prędzej na taką, co lubi koks.

Zamknęła cicho drzwi, odwróciła się do nich plecami i spojrzała na swoje życie, to znaczy na swoje mieszkanie. Nic się od wczoraj w nim nie zmieniło, a przecież zmieniło się wszystko. Powietrze uległo zmianie, klimat, zapach. Zrobiło się ciszej, puściej. Dwa pokoje z kuchnią i łazienką wydawały się do tej pory miejscem, które nazywała domem. Choć nie była właścicielką tych kilkudziesięciu metrów kwadratowych, lubiła tu wracać, lubiła tu być. Lubiła też wyobrażać sobie, że kiedyś się stąd wyprowadza, bo czeka na nią nowe i lepsze miejsce. Jakie nowe? Jakie lepsze? Jak mogła nie doceniać tego, co miała? To jednak prawda, co mówią, że trzeba najpierw coś stracić, żeby się zorientować, ile to tak naprawdę jest warte.

Oparła się ciężko o drzwi wejściowe i westchnęła głęboko. Spojrzała na stertę butów piętrzących się pod kurtkami i płaszczami powieszonymi na drewnianym, starodawnym wieszaku. Ustawiła prosto różowe kaloszki Irenki, a potem sięgnęła po swoje trampki i zdecydowała, że wrzuci je do pralki, bo nie chciało jej się ręcznie spierać plam z błota. Już podnosiła brudną parę z podłogi, gdy nagle sweter Michała, niedbale rzucony na wieszak, ukłuł ją w oczy i serce. Zdjęła go i przytuliła. Zapach męża na ubraniu wywołał nową, uśpioną lawinę emocji, a dokładniej mieszanki żalu i strachu, tęsknoty i złości. Maria stała tak kilka chwil z twarzą schowaną w swetrze, a łzy moczyły tkaninę. Dopóki nie zrobiło się jej zbyt duszno, by mogła tak wciąż ukrywać się przed rzeczywistością. Pociągając nosem, drżącymi rękoma rzuciła trampki i sweter na podłogę w łazience i poszła do kuchni.

Włączyła zmywarkę, by ukryć poruszenie. Zmieniła kuchenną ściereczkę na czystą, białą w błękitną kratkę. Wywaliła gąbkę do mycia naczyń i wyjęła spod zlewu nową, czerwoną. Poskładała wszystkie torebki i siatki foliowe w kostkę, po czym schowała je w największej szufladzie, tej na samym dole. Napełniła wodą cały wielki czajnik i wstawiła na kuchenkę. Nie chciało jej się pić, ale musiała czymś się zająć, więc wyciągnęła z szafki nad lodówką torebkę owocowej herbaty, wrzuciła ją do kubka z wizerunkiem królowej Elżbiety, który upolowała wieki temu w szmateksie z rzeczami z UK. Podsunęła krzesło do stołu, zmiotła z blatu niewidoczne okruchy, przełożyła trzy jabłka z foliowej siatki do małej, ręcznie robionej miski.

Wyrzuciła na podłogę w łazience wszystkie rzeczy do prania i zaczęła je segregować kolorami, przekonując samą siebie, jak bardzo jest zajęta. I nagle zobaczyła jego koszulkę. Tę, którą mu kupiła za ostatnie pieniądze dwa lata temu w Krakowie. Tę, w której obiecywał wieczną szczęśliwość. Czarny, zwykły T-shirt z małym, białym serduszkiem po lewej stronie, na piersi. Trudno było dziś Marysi uwierzyć, że kupiła tę przecież zwykłą, niczym niewyróżniającą się koszulkę za czterysta dziewięćdziesiąt dziewięć złotych, ale Michał lubił projekty niszowych polskich twórców. Lubił metki, ale nie te z topowych światowych domów mody, tylko te od projektantów, których ciuchy dobrze było nosić. Kto z kim przestaje, takim się staje, a zatem jeśli nosisz ciuchy młodych, zdolnych, prawie popularnych, to sam jesteś młody, zdolny i prawie popularny.

Marysia pomyślała, że to głupie, ale dlaczego nie wziął tej koszulki ze sobą? Już mu się nie podobała? Czy nie chciał zabierać czegoś, co dostał od niej, co ona mu kupiła? A może, tak zwyczajnie, nie wziął jej, bo była w koszu na rzeczy do prania? Załkała i schowała twarz w dłoniach. Czuła pulsujący ból głowy, panoszący się za oczami. Znała ten ból. Głód i płacz zawsze powodowały u niej migrenę. Nic nie jadła od wczoraj, a to, że płakała prawie nieustannie, potęgowało złe samopoczucie. Usiadła na brudnych ubraniach, plecami do kaloryfera, podkuliła nogi i oparła czoło o kolana.

I tak zastała ją Helena Rosa, elegancka nieduża kobieta odziana w kaszmir w kolorze beżowym. Przeczesała wypielęgnowanymi dłońmi jasne włosy, zastanawiając się, czy najpierw zadać jakieś pytanie, czy zwyczajnie stwierdzić fakt. Na kafelkach zastukały obcasy, gdy przeszła do kuchni, by wyłączyć świszczący od dłuższego czasu czajnik.

– O kurwości – szepnęła do siebie, gdy krytycznym spojrzeniem oceniła piszczący, zalepiony kuchennym tłuszczem i kurzem srebrny czajnik.

Helena Rosa, z domu Sypuła, nie wiedziała, czym jest niezręczna cisza, bo nigdy do niej nie doprowadzała. Zawsze mówiła szybko, wprost, nie tracąc czasu na sentymenty. Nie lubiła zabawy w podchody ani dosłownie, ani w przenośni. Prowadziła Dom Eventowy „Pod Różą” i okrzyknięto ją królową przaśnych rodzinnych uroczystości. Była kobietą bystrą i sprytną, ale nigdy nie oszukiwała. Ona tylko robiła odpowiedni klimat pod interesy. Powtarzała, że jest najlepszą reklamą swojego biznesu, dlatego musi się odpowiednio prezentować. Zawsze nosiła na sobie tyle złota, że gdy szła w pełnym słońcu, to odbijała promienie niczym kula dyskotekowa. Robiła efekt wow i miała tego świadomość. Jej zasada brzmiała: „Muszą wiedzieć, że rozmawiają z królową styp, komunii i małych przyjęć weselnych. Ja tu rządzę emocjami i władam ich portfelem. Ma być na bogato”. I na bogato było.

Zamerdała łyżeczką w kubku z makowcem, jak mawiała o sypanej kawie, wyłączyła audiobooka, po czym wróciła do łazienki, by się przekonać, że Marysia jest w tym samym miejscu i stanie co przed chwilą. Chciała przyjechać, skontrolować sytuację od razu, jak tylko rozmówiła się z mężem, ale Bogdan ją powstrzymał. Powiedział, że gdyby córka chciała rodzicielskich wizyt, to by napisała. I że każdy potrzebuje przestrzeni dla własnych myśli. No, czasem i on miał rację.

– Na twoim miejscu nie prałabym tych jeansów ze swetrem, od razu widać, że to szmelc, zafarbuje nawet przy dziesięciu stopniach – rzuciła do córki lekko, zupełnie pomijając odruchy, które ktoś mógłby śmiało opisać jako zachowanie kochającej matki. – Wykąp się, włosy umyj, masz smarki na rękawach, zdejmij tę bluzę – wymieniała tym samym tonem jak zawsze, gdy dyktowała Bogdanowi sobotnią listę zakupów. – Zęby umyj, pozbieraj te łachy. – Przesunęła stertę zmiętej pościeli stopą w beżowej zamszowej kowbojce z frędzlami. – Jadłaś coś? – rzuciła w powietrze, ale nie czekała na odpowiedź.

Helena rzadko biadoliła. Niecierpliwość nie pozwalała jej na długie pielęgnowanie krzywd, w żyłach kobiety buzowała chęć czynu. Źle spała, gdy nie trzymała wszystkich życiowych sznurków w dłoni. Marysia odziedziczyła po niej tę niecierpliwość, tylko że matka brała się do roboty, a córka uciekała. To je różniło, a poza tym były bardzo podobne. Obie lubiły szybkie efekty, nie znosiły czekać na rezultaty swojej pracy, chciały znać wszystkie odpowiedzi tu i teraz.

Marysia zdjęła wczorajszy dres, wczorajsze skarpetki, wczorajsze majtki i zostawiła je na środku łazienki. Odkręciła wodę pod prysznicem, policzyła w głowie do dziesięciu, bo tyle zazwyczaj wystarczyło, by poleciała ciepła woda. Ależ to przyjemne, pomyślała, ale zaraz przypomniała sobie w duchu, że przecież cierpi i że nic już nie powinno być przyjemne. Ale jednak było. Zamknęła oczy i zanurzyła wysuszoną twarz, sponiewieraną nieczułym dotykiem rękawa, w lecącej strudze. Gdy woda zakryła jej uszy, poczuła, jakby między nią a rzeczywistością pojawiła się bezpieczna, gruba na kilka centymetrów warstwa folii bąbelkowej, która izolowała ją od dramatu, jaki wczoraj miał swoją premierę. Nie chciała zakręcać wody, nie chciała wynurzyć się na powierzchnię, nie chciała wychodzić z łazienki, bo tam czekały na nią mama i rozmowa. Nie chciała być tą dziewczyną, która ryczy na podłodze, bo zostawił ją facet. I to bardzo brzydko zostawił. Tak jak się ludzi nie powinno zostawiać.

– Proszę, zgaś to – jęknęła Marysia, gdy weszła do kuchni w lnianym kimonie, które służyło jej za szlafrok. Mokre włosy zostawiały ślady na niebieskim materiale.

Helena stała przy kuchennym blacie i paliła cienkiego papierosa pod buczącym okapem. Złote bransoletki zabrzęczały perliście, gdy ostentacyjnie, szybkimi ruchami, gasiła niedopałek w zlewie. Sięgnęła po kubek, siorbnęła, raczej z przyzwyczajenia, bo kawa była już prawie letnia, i kiwnęła głową na córkę.

– Ktoś miał wypadek? Umarł? Jesteś w ciąży? Zgubiłaś dowód i wzięto na ciebie kredyt? – zapytała.

– Rozwodzę się – szepnęła Marysia. – Chyba się rozwodzę, nie wiem. – Zawahała się, bo mówienie o tym, co się wydarzyło, w ogóle nie obejmowało stopnia jej osobistej tragedii. – Mamo, ja tak bardzo nic nie wiem…

– Gdzie Michał? – zapytała krótko Helena.

– Wyjechał wczoraj.

– No i? – ponagliła ją mama.

– Powiedział, że odchodzi. Nie, nie powiedział, że odchodzi, powiedział, że się dusi i że nie może tak żyć… – Ostatnie słowo zawisło w powietrzu.

– Że się dusi? – powtórzyła Helena. – Zaraz sama uduszę tego,job twoju mać, gnoja. Powietrza mu się zachciało! – Uniosła się. – Astmatyk pieprzony – dokończyła już szeptem, tak jakby do siebie.

Zrobiło się dziwnie. Matka z córką raczej nie bywały wylewne i przytulaśne. Helena najchętniej wynajęłaby Rutkowskiego, by złapał za wszarz jej niesfornego zięcia, ale czuła, że to żadne rozwiązanie. Patrzyła na Marysię, która dzielnie walczyła z napływającymi łzami, udając, że ich nie ma. Faktem było, że młoda kobieta nigdy nie lubiła się nad sobą przesadnie użalać. Użalała się zawsze w sam raz. Tym razem jednak dobrze byłoby się wypłakać.

– No chodź tu – powiedziała Helena szybko, chyba w obawie, że się rozmyśli, i wyciągnęła ramiona w stronę córki, która wybuchnęła szlochem, jakby tylko czekała na znak, że już może.

Marysia wtuliła się w sweter mamy, pachnący tym samym, odkąd pamiętała, zapachem Aqua Allegoria Pamplelune. Kobieta ją objęła, moment pokołysała, a potem poklepała po plecach, sygnalizując, że koniec tego dobrego, czas wziąć się w garść. Przez chwilę unikały swojego wzroku, zawstydzone nadprogramową sceną czułości.

Miały umowę, nigdy niewypowiedzianą na głos. Zaw­sze wierzyły, że ich wzajemne intencje są dobre. Maria wierzyła, że mama robi wszystko dla jej dobra, a Helena, że córka postępuje najlepiej, jak umie. Nie kwestionowały swojej miłości, która była pełna zaufania, choć czułości w niej tkwiło tyle, co kot napłakał. Czułość nadrabiał tata i mąż w jednym, czyli Bogdan.

Gdy Marysia zamknęła za mamą drzwi, było już grubo po dwudziestej. Czuła się wykończona psychicznie i fizycznie, lekko odrętwiała, nieco zakurzona. W czasie ostatnich pięciu godzin zdążyły przemeblować całe mieszkanie, bo Helena twierdziła, że córka nie może żyć w tym układzie, w którym mieszkała z, job twoju mać, gnojem. Przesunęły kanapę, regał, stół, książki. Pościel została zmieniona, lodówka umyta. Wyprały ze cztery pralki wszystkiego, co tylko dało się uprać. Rzeczy Michała Helena z lubością władowała do czarnego worka na śmieci, który na końcu jeszcze z satysfakcją kopnęła. Nie mogła się powstrzymać. Wiedziała, że nawet gdyby zięć wrócił, za taki numer byłby i tak skazany na wieczne potępienie. On i jego rzeczy osobiste.

– A może on ma jakąś babę – zastanawiała się głośno, myjąc parkiet w dużym pokoju, który był salonem, sypialnią i pracownią w jednym. – Nie wierzę, że nie dawał żadnych znaków, że nie zdradził wcześniej swoich planów. Co on, agent Tomek? – Aż przystanęła i oparła się o kij od mopa.

– Mamo… – zaczęła Maria, pozbawiona wszelkiej siły przebicia – nie dawał. Jeszcze dwa dni temu ustalaliśmy scenariusz sesji zdjęciowej dla klienta i umawialiśmy się na nagrania w przyszłym miesiącu. Jakoś się nie domyśliłam, że między nami jest kryzys, skoro wysyłał mi serduszka w SMS-ach – zakończyła ironicznie i zacisnęła dłonie na oparciu starej, spłowiałej kanapy.

Michał przytaszczył ten rupieć dwa lata temu ze śmietnika, bo uważał, że to antyk, który po odrestaurowaniu będzie wart kupę siana. Mebel wciąż czekał na nowe życie, nadal potencjalnie wart krocie. Marysia pomyślała, że jakie królestwo, taki majątek.

Mieszkanie w bloku wynajęli, gdy Maria zaszła w ciążę. Ustalili, że to tylko tymczasowe rozwiązanie, ale wcześniej nie mieli kasy, żeby poszukać czegoś nowego, a później im się nie chciało. Nie mieli też umowy o pracę ani regularnych dochodów, więc kredyt pozostawał poza ich zasięgiem. Mieszkanie w niedużym bloku na Drzewiec­kiego było stosunkowo tanie – i to jego główna zaleta. Jednak oferowało też coś jeszcze, co Marysi przynosiło jako taki komfort. Widok z okna na trawiasty skwer okolony wianuszkiem domów wielorodzinnych, jak to ładnie napisano w ogłoszeniu.

– Mary, wytrzymaj jeszcze rok. Pracuję nad super kampanią, po niej na pewno posypią się nowe zamówienia – obiecywał Michał przynajmniej raz na kwartał. – Myślę, że dwóch, trzech klientów i rozejrzymy się za jakimś studiem, co? – mówił. – Weźmiemy aparat i nowe obiektywy na kredyt, żeby już sprzęt na siebie pracował, a za kilkanaście miesięcy o tej porze będziemy grzać tyłki na Bali.

A Marysia mu wierzyła, bo bardzo chciała, by tak właśnie było. Marzyła o tym, jej wewnętrzna mała dziewczynka zacierała ręce w uciesze na myśl o scenografiach i de­koracjach, które będzie mogła zrobić. Uwielbiała to i wydawała się w tym całkiem niezła. Nigdy wprawdzie nie poszła na studia artystyczne, ale czuła, że w tej pracy liczą się bardziej instynkt, zmysł, kreatywność i odwaga. Akurat jedyną sferę, w jakiej okazywała się odważna, stanowiła materia. Miała oko i rękę do tkanin, połączeń kolorów i faktur. A na dodatek umiała to wszystko oddać na fotografiach. Była początkującą, samoodkrywającą się producentką, scenografką, wizjonerką, kreatorką, a później i fotografką.

Marysia sięgnęła po aparat, gdy była w ciąży. Michał pracował, a ona straszliwie się nudziła. Odświeżanie mebli i szwendanie się po szmateksach stało się niemożliwe zarówno przez względy lokalowe i samopoczuciowe, jak i jej coraz większy brzuch, a brak nowych bodźców doprowadzał ją do szału. Pewnego dnia po prostu chwyciła za aparat i zrobiła Michałowi zdjęcia przy pracy. Okazało się, że w kadrach łapie gesty, miny i grymasy ludzi, że na jej zdjęciach widać emocje. Najlepsze, że nikt z osób na planie zdjęciowym nie zauważył, iż ktoś ich fotografuje. Była cicha jak mgła i nie rzucała się w oczy. Nabierała odwagi bardzo, bardzo powoli, niepewna własnej wartości i swoich umiejętności. Najpierw przyjęła, że to był jednorazowy sukces. Szczęście początkującego, ku czemu najczęściej skłaniał się Michał. Chwalił żonę, ale jednocześnie przedstawiał jej pracę jako hobby znudzonej przyszłej matki, jako fanaberię i nic szczególnie przyszłościowego. Do czasu, aż dostał zapytania o sesje robione przez Marię, która zaczęła tworzyć na zamówienie krótkie serie. Zupełnie nieświadomie wykreowała swój własny styl. Zdjęcia reportażowe z eventów i nagrań, fotografowanie backstage’u. Czysta naturalność, zero ustawki. Była w tym dobra. Tak dobra, że Michał z czasem dodał jej propozycje do oferty firmowej. Na fakturach jednak nadal figurował tylko on.

Tworzyli parę w życiu prywatnym i zawodowym. Marysia zajmowała się robieniem zdjęć i ich obróbką, scenografią sesji. Michał nazywał się content creatorem, kręcił wideo, teledyski reklamowe. To on podpisywał umowy z klientami i się z nimi kontaktował. Lubili go, był czarujący i bezproblemowy, szybko odpisywał na maile, zapewniał, że nie ma problemu, że oczywiście, że na raty i że o każdej porze dnia i nocy można dzwonić, że fakturka jak najbardziej.

– Ja ci mówię, że kogoś ma. Facet bez motywacji z zewnątrz nie zmieni nawet gaci na czyste. Ja od zawsze wiedziałam, że on jakiś numer wywinie, oczy miał jak jaszczurka, takie szemrane, i tak zerkał, jakby coś ukrywał. – Tu matka demonstracyjnie zmrużyła powieki, zamrugała i zbliżyła się do córki. – Pewnie go jakaś wyhaczyła, na dziecko złapała – wymyślała dalej Helena, która już zapomniała, jak piała z zachwytu nad jego talentem i perspektywami.

– Jak można złapać na dziecko kogoś, kto już ma dziec­ko i żonę? – przerwała jej córka.

– Kochanieńka, nie takie rzeczy widziały moje oczy. – Udała, że spluwa pod nogi, wprost na mokre polakierowane drewno. – Pies mu mordę lizał.

Maria wzruszyła ramionami. A może za szybko wyciągnęła wnioski? Może to tylko niegroźny kryzys, który zabrzmiał groźnie? Może zaraz wróci i będzie wstyd, że taką aferę rozkręciła? Może to się da jakoś wytłumaczyć? Jezu, wiedzieć trudno, nie wiedzieć – jeszcze gorzej. Nienawidziła go teraz tak samo, jak za nim tęskniła. Chciała, by teraz stanął w drzwiach, by mogła mu strzelić w pysk i zapytać, czy jest głodny. Co się z nim dzieje? Gdzie on, kurwa, jest? Ojciec i mąż roku.

– Mamo, co z Irenką? – zapytała cicho.

– Nusia niech zostanie z nami – zaproponowała Helena. – Wezmę ją jutro do „Róży”, zabiorę na plac zabaw, pojedziemy do babci Irki albo pójdziemy zrobić sobie paznokcie – wymieniała lekkim tonem. Nie szukała problemów tam, gdzie ich nie było.

– Jakby się pytała, to wiesz… – poprosiła córka.

– Wiem. Tata musiał bardzo pilnie wyjechać, bo jest tajnym cwaniakiem…

– Mamo! – jęknęła Marysia. Miała już dość tej rozmowy. Matka nie szanowała nawet cudzej rozpaczy.

– Mojej wnuczce włos z głowy nie spadnie, opanuj się! – fuknęła Helena. – O nic się nie martw, wiem, co robię, głupia to ja na pewno nie jestem – dodała, poprawiając włosy przed lustrem.

Psiknęła się cztery razy perfumami: nad głową, za uszami i w okolicach brzucha, włożyła krótką kurtkę z ogromnym kapturem z prawdziwym lisem, zarzuciła na ramię torbę ze złotym logo LV, pomalowała usta błyszczykiem ze złotymi drobinkami, cmoknęła w stronę córki i po prostu wyszła.

Cisza. Była tak głośna, że nie dało się jej znieść. Marii wciąż huczało w uszach od pytań, swoich i cudzych.

Worki na śmieci ułożyła w przedpokoju przy drzwiach. Trzy duże, studwudziestolitrowe czarne worki. Niczym w kostnicy miłości, pomyślała cierpko, nawet rozbawiona tym porównaniem. Znalazły się w nich ubrania, jakieś pamiątki, magazyny branżowe, stare męskie torby listonoszki, modne kilkanaście lat temu. I pełno innych szpargałów, które niezauważone przez nikogo zalegały od miesięcy, czy nawet już lat, w szafkach, szafach i szufladach wstydu. Przez moment Marysia się zawahała. A co, jeśli teraz wywali jego rzeczy, a on wróci albo poprosi o ich zwrot? Skarciła się w duchu, że znów myśli o nim, gdy on o niej już raczej wcale. W obawie, że za chwilę zmieni zdanie, włożyła Adidasy, narzuciła kurtkę, szarpnęła z podłogi wszystkie worki, wyszła z domu i obrała jedyny słuszny dziś kierunek. Śmietnik.

Drzwi do klatki przytrzymał jej Waldeczek. A może to one przytrzymywały jego? Bo mężczyzna ewidentnie był lekuchno wczorajszy. Maria wiedziała jednak, że to jego naturalny stan skupienia, nie ma się ani czym podniecać, ani czym oburzać. W dodatku sąsiad, który mieszkał zresztą na parterze, zawsze zdawał się przyjazny, pomocny, a jego osiedlowa kindersztuba już dawno skradła Marysine serce.

– Królowo złota, a cóż niosą te rączunie spracowane? – zaczął z galanterią swą stałą powitalną pieśń. – Pani Maria to ideał kobiecości, nie dość, że piękna, to jeszcze taka pracowita i zaradna – piał. – Och, Bóg mi świadkiem, gdyby nie pan Michał, to już bym śpiewał pod pani oknem – nawijał dalej. Miał na sobie przybrudzoną jeansową kurtkę z kożuszkiem i czarne dresy z czterema paskami. Czerwone, błyszczące Adidasy współgrały z kolorem jego nosa.

– Dzień dobry, panie Waldku – zachrypiała Marysia, przygnieciona ciężarem niesionych worków. – Jak mama się czuje? – dodała, pamiętając, że pani Jadwiga, która mieszkała z synem, miała zapalenie płuc z powikłaniami.

– Lepiej, lepiej – zameldował Waldeczek. – Tatuś, świeć Panie nad jego duszą, czuwa nad mamą w dzień i w nocy. – Uderzył w rzewny ton. – To ja na panią, pani Mario, poczekam z tymi drzwiami, niech pani leci do tego śmietnika, deszcz pada, jeszcze się pani, pani Marysieńko, zaziębi, a teraz zaziębić się łatwo, ale wyjść z zaziębienia trudno. I leki drogie, takie drogie. Proszę mi wierzyć, moja kochana pani Mario, strzeżonego policja i pan Bóg strzegą. – Pokiwał głową z przejęciem.

Marysia uśmiechnęła się do niego i poczłapała do wiaty.

Z trudem wepchnęła napakowane, ciężkie worki do osiedlowego kontenera. Gdy ostatni trafił tam, gdzie powinien, poczuła delikatny powiew ulgi. Ledwo zauważalny, wręcz nieśmiały. Niestety zniknął tak szybko, jak się pojawił.

Wróciła do mieszkania spocona i zniechęcona. Worki z przeszłością zostały wyrzucone, nie miała już nic do schowania, upchnięcia czy uprania. Odnosiła wrażenie, że od tej samotności zaraz oszaleje, nie wytrzyma ani chwili dłużej. Jednocześnie chciała być teraz sama i bardzo nie chciała. Nie zamierzała nikogo słuchać, ale nie mogła znieść braku jego oddechu. Bolał ją brzuch, chyba z głodu, ale na samą myśl o jedzeniu robiło jej się niedobrze. Gdy Helena pytała, czy coś jadła, skłamała. Jej jedynym pokarmem od wczoraj były łzy.

Wciąż myślami wracała do swojej trzyletniej córki, ale nie byłaby w stanie się nią zająć. Chciała trzymać w ramionach Irenkę, jej łącznik z Michałem, i jednocześnie nie miała siły patrzeć na tę śliczną buzię, tak podobną do twarzy jej ojca. Nie chciała przestraszyć dziecka, a nie ufała sobie za grosz. Nie sądziła, że uda jej się powściągnąć emocje i się nie rozsypać. Zdecydowanie matka w proszku to nie jest to, czego małe dziewczynki potrzebują najbardziej. A czego ona sama potrzebowała? Obudzić się przedwczoraj. Wtedy wszystko było jeszcze dobre i proste.

Kiedy szła przez przedpokój, spojrzała na siebie przelotnie w lustrze. Zatrzymała się, podeszła bliżej. Ciemne włosy, kilka godzin temu mokre po prysznicu, teraz jakby zakurzone, opadały smętnie na drobne ramiona. Grzywka się zmierzwiła. Usta, które zawsze nawet lubiła, były smutne i suche. Pod wielkimi, czarnymi oczami zgromadziła się odrobina tuszu do rzęs, którego nie usunęła przed kąpielą. Trudno. Podrapała się palcem po twarzy, jakby chciała sprawdzić, czy uda jej się zeskrobać ciemne smugi. Granatowe legginsy niknęły pod fioletową bluzą w rozmiarze XXL, dłonie chowały się w za dużych rękawach.

Czuła się taka zwykła. Wystarczyło kilka godzin, by przestała być sobą. Parę godzin bez mężczyzny, a wszystko straciło jakiekolwiek znaczenie. Dała dupy! Tak bardzo dała dupy! Skutecznie oszukiwała samą siebie! Była pewna, że jest tak uziemiona, tak świadoma i dojrzała, że czyjaś nieobecność nie zdoła zakłócić jej wewnętrznego spokoju. Zawsze mówiła, że cokolwiek by się działo, jej wewnętrzna harmonia jest przy niej. Gówno prawda! Zniknięcie Michała nie tyle nie zakłóciło jej wewnętrznego spokoju, ono go całkowicie zablokowało. Razem z mężem zniknęło poczucie bezpieczeństwa, sensu. Zniknęła przyszłość, wszystkie plany. On się tak po prostu wymeldował ze wspólnego życia, a ona straciła rozum. Zapomniała o tym wszystkim, co jeszcze wczoraj znała na pamięć.

Maria nie była cierpliwa. Najchętniej już teraz wyprowadziłaby się do nowego miejsca, zabrała swoje rzeczy i uciekła, zmieniła całkiem środowisko, adres, perfumy, kolor włosów i zaczęłaby od nowa. Nie musiałaby się zastanawiać, pytać, czekać. Zawsze tak miała, co nieraz stanowiło temat jej wewnętrznych przemyśleń i źródło solennych obietnic. Uciekała w nowość i świeżość, by nie musieć się konfrontować ze swoim brakiem konsekwencji. Tak też siedem lat temu poznała Michała. Był plastrem na jej świeżo złamane serce. Doceniał to, czego tamten nie doceniał, mówił to, czego tamten nie mówił, przyrzekał, że nie będzie taki jak tamten. Nikt nie dał jej tyle, ile Michał jej obiecywał.

Czas tak strasznie wolno mija, gdy człowiekowi jest tak bardzo, bardzo smutno. Spojrzała na stary zegar wiszący na ścianie. Dwudziesta pierwsza piętnaście, młoda godzina. Zaraz obok wisiało kilka ramek ze zdjęciami. Marysi ścisnęło się serce z żalu na widok fotografii z zeszłorocznych świąt, na których jej cała mała rodzina stała na tle choinki bogato udekorowanej przez mamę. Pamiętała, ile radości przyniosły te święta ich córeczce, gdy ta niestrudzenie, małymi, nieporadnymi rączkami rozpakowywała swoje prezenty. Pluszowy zajączek, brokatowe kredki, brokat w żelu oraz brokat w kleju, a do tego spinki, książeczki, sukienki i rajstopki. Wszystko różowe, wszystko z brokatem. A na deser babcia Helena pojawiła się przy choince z ostatnim podarkiem dla wnusi. Nikt się tego nie spodziewał, choć tak naprawdę nikt też nie był specjalnie zaskoczony. Helena Rosa, odziana w złote klapki na obcasiku, podsunęła, nie bez trudu, pod samo świąteczne drzewko wielki karton z równie okazałą złotą kokardą na wierzchu. Pakunek swoim rozmiarem sugerował, że jest w nim kosiarka albo szafka pod telewizor. Po kilku minutach oczom wszystkich obecnych ukazał się dziecięcy kabriolet w kolorze wściekłego różu. Mercedes-Benz. Na akumulator, z otwieranymi drzwiami, odtwarzaczem mp3 i pilotem zdalnego sterowania. Na tablicach rejestracyjnych widniał napis „Go Nusia”. Bogdan z niedowierzaniem podniósł tylko brwi, ale strategicznie nie skomentował wyboru żony, Michał parsknął śmiechem, rozbawiony i zachwycony jednocześnie, Helena stała natomiast przy wnusi, dumna z siebie jak cholera, a mała Irenka piała z zachwytu, gramoląc się do autka od góry. Klakson działał, drzwiczki trzaskały, muzyczka grała, dziecko wchodziło na wysokie rejestry radości.

– Różowy rydwan apokalipsy – skomentowała później Krystyna Król, matka Michała.

koniec darmowego fragmentu zapraszamy do zakupu pełnej wersji