Broken Soul - Begińska Kinga - ebook
NOWOŚĆ

Broken Soul ebook

Begińska Kinga

4,6

390 osób interesuje się tą książką

Opis

Gdy Leila wraca wieczorem z pracy w klubie, nie wie, że tej nocy jej życie rozpadnie się na kawałki.

Zostaje uprowadzona i niemal od pierwszych chwil poznaje, czym naprawdę jest strach i przemoc. Jej oprawcą jest Aiden – mroczny, niebezpieczny mężczyzna, który nie ukrywa swoich intencji. Kieruje nim zemsta. Chce, by Leila zapłaciła za cierpienie jego siostry.

Uwięziona w świecie bólu i ciszy, dziewczyna wraca do jedynej rzeczy, która daje jej namiastkę wolności – gry na pianinie. Ku jej zaskoczeniu Aiden jej na to pozwala. I właśnie wtedy zaczyna się między nimi coś, czego żadne z nich nie przewidziało – cicha, niebezpieczna walka z rodzącymi się uczuciami.

W chwili, gdy granice zaczynają się zacierać, Aiden podejmuje decyzję – wypuszcza ją. Każe odejść. Żyć dalej. Zapomnieć.

Ale Leila nie potrafi. Bo mimo bólu, który przez niego przeszła, Aiden stał się dla niej kimś więcej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 332

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,6 (5 ocen)
4
0
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
DomiiZaczytana

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacyjna historia którą musicie poznać 💙
20
mikkaa28

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacyjny histeria obok której nie można przejść obojętnie 🩷🩷
10
JaMatylda

Nie oderwiesz się od lektury

Poruszająca historia pełna bólu 🩵
00
Natalia0894

Nie oderwiesz się od lektury

Genialna historia! 🖤🖤
00



Co­py­ri­ght © by KIN­GA BE­GI­ŃSKA Co­py­ri­ght © by Moje Wy­daw­nic­twoAll ri­ghts re­se­rved · Wszyst­kie pra­wa za­strze­żo­ne Re­dak­cja: San­dra Rzyc­ka Ko­rek­ta: Agniesz­ka Li­szow­ska Skład i ła­ma­nie tek­stu: K&K De­si­gner Pro­jekt gra­ficz­ny ksi­ążki: K&K De­si­gner Fo­to­gra­fia na okład­ce: Fre­epik.com ISBN Pa­pier: 978-83-68837-11-7 ISBN Ebo­ok: 978-83-68837-12-4

Moje Wy­daw­nic­two

Stro­na: www.mo­je­wy­daw­nic­two.plEma­il: wspol­pra­ca@mo­je­wy­daw­nic­two.plIn­sta­gram: mo­je­wy­daw­nic­twoX: mo­je­wy­daw­nic­twoTik­Tok: moje.wy­daw­nic­twoFa­ce­bo­ok: mo­je­wy­daw­nic­two

Spis Treści

De­dy­ka­cjaRe­ko­men­da­cjaPro­logRoz­dział 1Roz­dział 2

Dedykacja

De­dy­ku­ję tę ksi­ążkę ka­żdej zła­ma­nej du­szy. Pa­mi­ętaj­cie: gdzieś w tym mro­ku i bólu czai się oso­ba, któ­ra po­mi­mo zła, jest wa­szym anio­łem. Cza­sem wy­star­czy tyl­ko dać jej szan­sę.

Rekomendacja

Tohi­sto­riape­łnain­ten­syw­nych emo­cji, bólu itrud­nych wy­bo­rów. Au­tor­ka po­ru­sza te­mat ze­msty, stra­ty oraz uczuć, któ­re po­ja­wia­ją się tam, gdzie nie po­win­ny mieć miej­sca. Re­la­cja bo­ha­te­rów jest skom­pli­ko­wa­na i mo­men­ta­mi kon­tro­wer­syj­na, ale wła­śnie to spra­wia, że ta ksi­ążka nie po­zo­sta­wia czy­tel­ni­ka obo­jęt­nym. Je­śli lu­bi­cie hi­sto­rie, któ­re wy­wo­łu­ją skraj­ne emo­cje i zmu­sza­ją do re flek­sji, war­to si­ęgnąć po tę opo­wie­ść. Lea Re­voy „Bro­ken Soul” to ksi­ążka, któ­ra od pierw­szych stron wci­ąga czy tel­ni­ka w wir in­ten­syw­nych emo­cji i nie po­zwa­la się ode­rwać aż do sa­me­go ko­ńca. Au­tor­ka stwo­rzy­ła hi­sto­rię pe­łną na­pi­ęcia, wktó­rej ka­żda sce­na ma zna­cze­nie ikon­se­kwent­nie bu­du­je co­raz sil­niej­sze za­an­ga­żo­wa­nie od­bior­cy. Ak­cja roz­wi­ja się dy­na­micz nie, nie tra­cąc przy tym głębi, co spra­wia, że czy­tel­nik ani przez chwi­lę nie od­czu­wa znu­że­nia. Bo­ha­te­ro­wie są wy­ra­zi­ści, wie­lo wy­mia­ro­wi ida­le­cy od sche­ma­tów, dzi­ęki cze­mu ła­two się zni­mi uto­żsa­mić lub przy­naj­mniej ob­ser­wo­wać ich zfa­scy­na­cją. Re­la­cja głów­nych po­sta­ci zo­sta­ła po­pro­wa­dzo­na wspo­sób nie­zwy­kle su ge­styw­ny, pe­łen na­pi­ęcia, emo­cji isub­tel­ne­go po­żąda­nia. To wła śnie ta che­mia mi­ędzy bo­ha­te­ra­mi spra­wia, że hi­sto­ria na­bie­ra jesz­cze wi­ęk­szej in­ten­syw­no­ści i au­ten­tycz­no­ści. Tem­po fa­bu­ły jest zna­ko­mi­cie wy­wa­żo­ne – szyb­kie, ale nie cha­otycz­ne, dzi­ęki cze­mu ka­żdy wątek ma prze­strzeń, by wy­brzmieć. Au­tor­ka umie jęt­nie daw­ku­je in­for­ma­cje, pod­sy­ca­jąc cie­ka­wo­ść i spra­wia­jąc, że trud­no prze­wi­dzieć roz­wój wy­da­rzeń. Ka­żdy roz­dział ko­ńczy się wspo­sób, któ­ry za­chęca do na­tych­mia­sto­we­go si­ęgni­ęcia po ko lej­ny. „Bro­ken Soul” to po­wie­ść, któ­ra nie tyl­ko do­star­cza roz­ryw ki, ale rów­nież po­zo­sta­je w pa­mi­ęci na dłu­go po jej prze­czy­ta­niu. Syl­wia Kirsz „Bro­ken Soul” to mrocz­na i emo­cjo­nal­na hi­sto­ria o bólu, trau­mie i nie­ocze­ki­wa­nych uczu­ciach. Re­la­cja Le­ili iA­ide­na pe­łna jest na pi­ęcia oraz psy­cho­lo­gicz­nej wal­ki. Au­tor­ka two­rzy dusz­ny kli­mat, któ­ry po­tęgu­je dra­ma­tyzm wy­da­rzeń. Bo­ha­te­ro­wie są zło­że­ni i bu­dzą skraj­ne emo­cje. Mo­tyw pia­ni­na do­da­je po­wie­ści wra­żli wo­ści in­a­dziei. Ksi­ążka po­ru­sza trud­ne te­ma­ty ze­msty iwew­nętrz nej prze­mia­ny. To ide­al­na pro­po­zy­cja dla fa­nów dark ro­man­ce. Dia­na Je­mie­li­ta

Prolog

Nieba­łamsięAide­na – ba­łam się sa­mej sie­bie, swo­ich re­ak­cji i uczuć, któ­re na­gle za­częły się we mnie bu­dzić. Po­czu­łam coś do nie­go, choć wie­dzia­łam, że nie po­win­nam. A jed­nak to uczu­cie przy­szło samo, za­ska­ku­jące i trud­ne do od­rzu­ce­nia. Zro­zu­mia­łam, że cza­sem to, co naj­bar­dziej nas prze­ra­ża, to nie świat wo­kół, ale to, co no­si­my w środ­ku.

Po­two­ry cza­ją się wszędzie. Ukry­wa­ją się w lu­dziach, któ­rych zna­my, w miej­scach, któ­re wy­da­ją się bez­piecz­ne. Cza­sem na­wet nie zda­je­my so­bie spra­wy, że już pa­trzą nam pro­sto w oczy.

Rozdział 1

Leila

NorthBer­wickbyłomoim azy­lem na świe­cie. To tu­taj czu­łam się na­praw­dę sobą – spo­koj­na, wol­na i bez­piecz­na. Ka­żda pora roku mia­ła w tym mie­ście swój nie­po­wta­rzal­ny urok: wio­sna pach­nia­ła świe­żo­ścią oraz desz­czem, lato tęt­ni­ło ży­ciem i dźwi­ękiem ulicz­nych ar­ty­stów, zima przy­no­si­ła ci­szę i świa­tło lamp od­bi­ja­jących się w śnie­gu. Jed­nak to je­sień za­wsze była moją ulu­bio­ną. Czu­łam już, że zbli­ża się nie­uchron­nie – po­wie­trze sta­wa­ło się chłod­niej­sze, dni co­raz krót­sze, a po­ran­ki na­bie­ra­ły tej zna­jo­mej mgli­sto­ści. Jesz­cze chwi­la, jesz­cze kil­ka dni i uli­ce znów po­kry­ją się rdza­wy­mi li­śćmi, a mia­sto za­nu­rzy się w me­lan­cho­lij­nym bla­sku je­sie­ni. Tęsk­ni­łam za tym cza­sem, za spo­ko­jem, któ­ry przy­no­si­ła, i za tym uczu­ciem, jak­by świat na mo­ment zwal­niał, po­zwa­la­jąc mi zła­pać od­dech.

Ten wie­czór miał być jak ka­żdy inny. Sa­mot­nie wra­ca­łam do domu z klu­bu, w któ­rym do­ra­bia­łam. Nic sza­ło­we­go – by­łam tyl­ko kel­ner­ką – ale klub trzy­mał po­ziom i nie kręci­li się w nim zbo­cze­ńcy. Na­wet je­śli cza­sem tra­fia­ła się pro­ble­ma­tycz­na oso­ba, mój szef, Georg, re­ago­wał na­tych­miast. Często pro­po­no­wał, że od­wie­zie mnie do domu, ale nie chcia­łam ro­bić mu kło­po­tu.

Szko­da, że tego wie­czo­ru nie przy­jęłam jego pro­po­zy­cji.

Pra­co­wa­łam rów­nież z Sa­man­thą, bar­dzo sym­pa­tycz­ną dziew­czy­ną, któ­ra miesz­ka­ła kil­ka ulic da­lej. Często mia­ły­śmy wspól­ne zmia­ny, choć jej sy­tu­acja ży­cio­wa była nie­co trud­niej­sza – zaj­mo­wa­ła się mat­ką, zma­ga­jącą się z no­wo­two­rem pier­si. Pani Be­atri­ce się nie pod­da­wa­ła, za­wzi­ęcie wal­czy­ła z cho­ro­bą. Mąż od­sze­dł za­raz po jej dia­gno­zie, zo­sta­wia­jąc je same. Sa­man­tha bar­dzo to prze­ży­ła i, choć nie by­ły­śmy przy­ja­ció­łka­mi, po­ma­ga­łam, ile mo­głam. Cza­sem na­wet od­da­wa­łam jej swo­je zmia­ny, by mo­gła za­ro­bić wi­ęcej. Oczy­wi­ście ma­rzy­łam o zwie­dza­niu świa­ta i do­łącze­niu do mo­je­go bra­ta, któ­ry ro­bił to już od dwóch lat. Był w tylu pi­ęk­nych miej­scach – Hisz­pa­nia, Ate­ny, Los An­ge­les, Afry­ka i wie­lu in­nych. Za ka­żdym ra­zem przy­wo­ził mi pa­mi­ąt­ki i ró­żno­rod­ne zdjęcia. Był moją in­spi­ra­cją. Na­sza mama mia­ła z nas wiel­ki ubaw. Gdy nie wi­dzie­li­śmy się przez dłu­ższy czas, po­tem nie opusz­cza­li­śmy się na­wet na chwi­lę. By­li­śmy ze sobą bar­dzo zży­ci, a to wy­ni­ka­ło z na­głej śmier­ci na­sze­go ojca.

Zgi­nął pra­wie dwa lata temu w wy­pad­ku sa­mo­cho­do­wym. Nie­zna­ny spraw­ca ude­rzył w bok jego auta z ta­kim im­pe­tem, że wy­pa­dło z dro­gi i roz­trza­ska­ło się o ba­rier­ki mo­stu. Pod wpły­wem tak du­że­go ude­rze­nia ba­rier­ki nie wy­trzy­ma­ły, a mój uko­cha­ny tata zo­stał po­chło­ni­ęty przez mrocz­ną, zim­ną otchłań wody. Dłu­go nie mo­głam się po tym po­zbie­rać. Ma­mie i Mi­cha­elo­wi po­szło to zde­cy­do­wa­nie szyb­ciej, ja sko­ńczy­łam na te­ra­pii, mia­łam de­pre­sję oraz na­pa­dy lęko­we. Oczy­wi­ście z cza­sem to mi­nęło, lecz były to dłu­gie lata ci­ężkiej pra­cy.

A te­raz po­now­nie przy­szło mi prze­ży­wać kosz­mar, tyl­ko tym ra­zem gor­szy.

Mia­łam za­le­d­wie dwa­dzie­ścia je­den lat, gdy los po­sta­no­wił ode­brać mi uko­cha­ne­go ro­dzi­ca. Wraz z nim zgi­nęła moja ra­do­ść z gry na pia­ni­nie. Ko­cha­łam to ro­bić, a oj­ciec za­wsze mnie ob­ser­wo­wał, wręcz po­chło­ni­ęty dźwi­ęka­mi mo­jej mu­zy­ki. Jed­nak w dniu jego śmier­ci moja pa­sja uto­nęła ra­zem z nim.

Wra­ca­łam, po­chło­ni­ęta my­śla­mi. Nie in­te­re­so­wa­ło mnie, co dzie­je się wo­kół. W gło­wie mia­łam tyl­ko jed­no: Mi­cha­ela, któ­ry pół go­dzi­ny temu na­pi­sał, że cze­ka na mnie na ta­ra­sie, na na­szej ulu­bio­nej hu­śtaw­ce, z kub­kiem go­rącej cze­ko­la­dy. Nie­ste­ty, wszyst­ko to na­gle po­szło w za­po­mnie­nie. Przede mną z pi­skiem opon za­trzy­mał się czar­ny SUV. Na­wet nie zdąży­łam od­wró­cić się w dru­gą stro­nę, a zo­sta­łam za­trzy­ma­na przez wy­so­kie­go, umi­ęśnio­ne­go mężczy­znę.

– Puść mnie! – krzyk­nęłam, za co zo­sta­łam bo­le­śnie spo­licz­ko­wa­na. Moja gło­wa od­le­cia­ła w bok, przez co lek­ko stra­ci­łam rów­no­wa­gę. Nie­zna­jo­my zła­pał mnie za dłoń.

– Za­milcz i nie krzycz. Chy­ba że chcesz się do­wie­dzieć, jak to jest mieć po­de­rżni­ęte gar­dło.

Unio­słam gło­wę, ła­pi­ąc się za bo­le­śnie pul­su­jący po­li­czek. Chcia­łam coś zro­bić, nie mo­głam się tak ła­two pod­dać. Dla­te­go zro­bi­łam naj­głup­szą rzecz, na jaką mo­głam wpa­ść – na­chy­li­łam się i ugry­złam na­past­ni­ka w dłoń. Nie wy­dał żad­ne­go dźwi­ęku, ale pu­ścił mnie, dzi­ęki cze­mu uda­ło mi się uciec.

By­łam okrop­nie prze­ra­żo­na, bie­głam, ile mia­łam sił w no­gach. Sły­sza­łam za sobą od­gło­sy ci­ężkich bu­tów, lecz się nie od­wra­ca­łam. Nie mia­łam na tyle od­wa­gi. W mo­men­cie, gdy by­łam już bli­sko domu, po­czu­łam moc­ne szarp­ni­ęcie za wło­sy. Pisk opu­ścił moje gar­dło. Zna­la­złam się w moc­nym uści­sku mężczy­zny, jego dłoń za­sło­ni­ła moje usta, tłu­mi­ąc krzyk.

– Oj, nie chcia­łbym być na two­im miej­scu, gdy twój nowy wła­ści­ciel do­wie się o two­im wy­czy­nie, skar­bie.

Fala mdło­ści za­la­ła mój umy­sł.

Jaki wła­ści­ciel? O czym on do chu­ja mówi?

Szar­pa­łam się z ca­łych sił, nie­ste­ty nie było to ta­kie pro­ste. Mężczy­zna naj­wy­ra­źniej stra­cił do mnie cier­pli­wo­ść, bo od­rzu­cił mnie jak śmie­cia i ru­nęłam ple­ca­mi na zie­mię. Siła tego upad­ku spra­wi­ła, że za­dzwo­ni­ło mi w uszach, a ciem­no­ść na chwi­lę przy­sło­ni­ła mi wi­dze­nie. Za­nim zdąży­łam zła­pać od­dech, po­czu­łam, jak ci­ężka dłoń chwy­ta mnie za kark i pod­no­si.

– Ostrze­ga­łem cię, ale wi­dzę, że lu­bisz się bun­to­wać – syk­nął, gdy jego twarz zna­la­zła się bli­sko mo­jej. Czu­łam na so­bie jego od­dech, ci­ężki i zim­ny, jak tru­ci­zna.

Nie zdąży­łam za­re­ago­wać, kie­dy pi­ęść wy­lądo­wa­ła na moim brzu­chu, po­zba­wia­jąc mnie resz­tek po­wie­trza. Upa­dłam zno­wu, pró­bu­jąc po­wstrzy­mać łzy bólu, ale to tyl­ko bar­dziej go roz­wście­czy­ło.

– My­ślisz, że uciek­niesz? My­ślisz, że ktoś ci po­mo­że? – drwił z uśmie­chem. – Nie ma dla cie­bie ra­tun­ku.

Miał ra­cję – dro­ga była opu­sto­sza­ła, a świa­tła w oko­licz­nych do­mach po­ga­szo­ne. Nikt nie wi­dział, co się dzie­je. Zo­sta­łam ca­łkiem sama z moim opraw­cą. Nie by­łam w sta­nie na­wet bła­gać o po­moc.

Za­nim zdąży­łam co­kol­wiek zro­bić, zła­pał mnie za kost­ki i siłą prze­ci­ągnął w stro­nę za­par­ko­wa­ne­go nie­opo­dal sa­mo­cho­du. Pró­bo­wa­łam się wy­rwać, ale to było bez sen­su, był za sil­ny. Nie mia­łam szans z ta­kim po­two­rem jak on.

– Prze­stań się wy­ry­wać, do cho­le­ry! – wark­nął, po czym bru­tal­nie pod­nió­sł mnie i rzu­cił na tyl­ne sie­dze­nie auta. Ude­rzy­łam gło­wą o bok drzwi, a przed ocza­mi za­ta­ńczy­ły mi mrocz­ki. Ból wy­pe­łnił ka­żdą część mo­je­go cia­ła, a ja czu­łam, jak po­wo­li od­pły­wam.

Za­nim stra­ci­łam przy­tom­no­ść, usły­sza­łam jesz­cze, jak mówi:

– Nie­źle za­czy­nasz, mała. Ale zo­ba­czy­my, czy będziesz taka har­da, jak cię do­star­czę tam, gdzie trze­ba.

Drzwi za­trza­snęły się z hu­kiem, a ja zo­sta­łam po­chło­ni­ęta przez ciem­no­ść.

***

Ze snu wy­bu­dził mnie okrop­ny ból ca­łe­go cia­ła, bo­la­ło mnie do­słow­nie wszyst­ko. Ostro­żnie uno­si­łam po­wie­ki, ale na­wet ta czyn­no­ść kosz­to­wa­ła mnie wie­le wy­si­łku. Gdy na­resz­cie uda­ło mi się od­zy­skać wi­dze­nie, pró­bo­wa­łam usi­ąść, ale ból prze­szył moje cia­ło, jak­by pro­te­sto­wał ka­żdy mi­ęsień. Opa­rłam się o mi­ęk­kie, ob­szy­te je­dwa­biem po­dusz­ki, z tru­dem ła­pi­ąc od­dech. Moje ręce drża­ły, a si­nia­ki na nad­garst­kach przy­po­mi­na­ły o szar­pa­ni­nie z nie­zna­jo­mym.

– Gdzie ja je­stem? – spy­ta­łam sama sie­bie.

Ro­zej­rza­łam się po po­ko­ju. Wszyst­ko wy­da­wa­ło się luk­su­so­we i wręcz ste­ryl­nie czy­ste. W po­wie­trzu uno­sił się za­pach dro­gich per­fum, któ­re ko­ja­rzy­ły mi się z czy­mś ob­cym, zim­nym. Na sto­li­ku obok łó­żka sta­ła szklan­ka wody i kil­ka ta­ble­tek. Czy to dla mnie? Czy ktoś pla­no­wał mnie le­czyć, czy może otruć?

Moje my­śli były cha­otycz­ne, pe­łne py­tań i stra­chu. Ze­bra­łam się w so­bie i spró­bo­wa­łam wstać. Sto­py ze­tknęły się z mi­ęk­kim dy­wa­nem, ale cia­ło prze­szył chłód. Do­pie­ro wte­dy za­uwa­ży­łam, że zo­sta­łam prze­bra­na. Za­miast mo­ich rze­czy mia­łam na so­bie zwy­kłe sza­re dre­sy oraz za dużą ko­szul­kę. Ktoś mu­siał to zro­bić, gdy by­łam nie­przy­tom­na. Ta myśl przy­pra­wi­ła mnie o mdło­ści.

Pod­cho­dząc do okna, wal­czy­łam z na­ra­sta­jącą pa­ni­ką. Wyj­rza­łam przez szy­bę i zo­ba­czy­łam ogrom­ny ogród, oto­czo­ny wy­so­kim mu­rem. Drze­wa były sta­ran­nie przy­ci­ęte, tak samo jak traw­nik. By­łam jak ptak za­mkni­ęty w zło­tej klat­ce. Drzwi do po­ko­ju na­gle otwo­rzy­ły się z ci­chym skrzyp­ni­ęciem. Od­wró­ci­łam się gwa­łtow­nie, zbyt szyb­ko, bo po­czu­łam, jak ból prze­szy­wa moje cia­ło. W pro­gu stał mężczy­zna, ten sam, któ­ry mnie po­bił i po­rwał. Wy­so­ki, ele­ganc­ko ubra­ny, z chłod­nym wy­ra­zem twa­rzy. Miał ciem­ne oczy, któ­re pa­trzy­ły na mnie z mie­szan­ką obo­jęt­no­ści i cze­goś, cze­go nie po­tra­fi­łam roz­gry­źć.

– Wi­dzę, że się obu­dzi­łaś – po­wie­dział spo­koj­nym, lecz gro­źnym gło­sem.

– Kim je­steś? Co tu ro­bię? – wy­rzu­ci­łam z sie­bie, choć mój głos brzmiał sła­bo i drżał.

– Wszyst­kie­go do­wiesz się w swo­im cza­sie – od­pa­rł, nie od­ry­wa­jąc ode mnie wzro­ku. – Na ra­zie ra­dzę ci od­po­cząć. Cze­ka cię dłu­ga dro­ga.

Dłu­ga dro­ga? Co on miał na my­śli?

Za­nim zdąży­łam za­dać wi­ęcej py­tań, za­mknął drzwi, zo­sta­wia­jąc mnie samą. My­śli ko­tło­wa­ły się w mo­jej gło­wie. Kim był? Cze­go ode mnie chciał? I co gor­sza, dla­cze­go czu­łam, że to do­pie­ro po­czątek?

Zo­sta­łam sama w tym dziw­nym, ele­ganc­kim po­ko­ju, któ­ry miał stać się moim wi­ęzie­niem.

Czu­łam, jak ser­ce bije mi w pier­si, jak­by pró­bo­wa­ło uciec przed tym, co mia­ło na­de­jść. Choć cia­ło było wy­czer­pa­ne, umy­sł wci­ąż nie po­zwa­lał mi od­po­cząć. My­śli o tym, co się wy­da­rzy­ło, nie chcia­ły opu­ścić mo­jej gło­wy. Po­ry­wacz, nowy wła­ści­ciel, nie­po­ko­jące sło­wa mężczy­zny…

O co w tym wszyst­kim cho­dzi­ło?

Po­sta­no­wi­łam, że nie mogę cze­kać. Mu­sia­łam do­wie­dzieć się, gdzie je­stem i co się ze mną sta­nie. Nie­za­le­żnie od tego, jak bar­dzo bo­la­ło, mu­sia­łam dzia­łać.

Ostro­żnie po­de­szłam do drzwi. Przez chwi­lę na­słu­chi­wa­łam, ale pa­no­wa­ła zu­pe­łna ci­sza. Nikt się nie zbli­żał, przy­naj­mniej nie w tej chwi­li. Z ser­cem w gar­dle zła­pa­łam klam­kę i po­ci­ągnęłam w dół. Drzwi otwo­rzy­ły się bez opo­ru. Czu­łam, jak ad­re­na­li­na wpom­po­wu­je się w moje żyły, a dło­nie za­czy­na­ją się po­cić. Sta­łam w wąskim ko­ry­ta­rzu z ja­sny­mi ścia­na­mi, wzdłuż któ­re­go ci­ągnął się rząd drzwi do in­nych po­miesz­czeń. Na jego ko­ńcu do­strze­głam scho­dy w dół. Nie mia­łam po­jęcia, do­kąd pro­wa­dzą, ale nie mia­łam cza­su, by się za­sta­na­wiać. Mu­sia­łam do­wie­dzieć się, co się dzie­je. Ci­sza była nie­mal na­ma­cal­na, a ja czu­łam, jak ka­żdy krok jest wy­ra­źny w tej pu­st­ce. Prze­mknęłam ko­ry­ta­rzem jak cień, a moje ser­ce biło w rytm kro­ków.

W ko­ńcu do­ta­rłam do drzwi, któ­re wy­gląda­ły na we­jście do ja­kie­goś po­miesz­cze­nia. Za­ry­zy­ko­wa­łam i otwo­rzy­łam je po­wo­li. Za nimi znaj­do­wał się sa­lon – prze­stron­ny, no­wo­cze­sny, ale rów­nież zim­ny i bez­oso­bo­wy. Me­ble były dro­gie, ale cała at­mos­fe­ra spra­wia­ła, że czu­łam się jak w pu­łap­ce. Nim zdąży­łam się jed­nak ro­zej­rzeć, usły­sza­łam za sobą kro­ki. Od­wró­ci­łam się w pa­ni­ce, ser­ce po­de­szło mi do gar­dła. Stał tam. W jego oczach po­ja­wił się cień roz­ba­wie­nia, ale wci­ąż wy­glądał gro­źnie.

– My­śla­łaś, że uciek­niesz? – za­py­tał zim­no. – Nie­ste­ty, to nie jest ta­kie pro­ste, mała.

– Kim je­steś? Co chcesz ze mną zro­bić? – za­py­ta­łam, choć wie­dzia­łam, że nie do­sta­nę od­po­wie­dzi, któ­rej ocze­ku­ję.

– Wszyst­ko w swo­im cza­sie – od­po­wie­dział, a jego ton nie po­zo­sta­wiał miej­sca na dal­sze roz­mo­wy. – Te­raz wróć do po­ko­ju. Nie chcę, byś mu­sia­ła po­czuć, czym ko­ńczą się ta­kie nie­po­słu­sze­ństwa. Chy­ba pa­mi­ętasz swo­je wczo­raj­sze spo­tka­nie z moim gnie­wem.

– Zro­bi­łeś mi krzyw­dę. Je­steś po­two­rem – od­pa­rłam ci­cho. Może nie po­win­nam, ale zro­bi­łam to. On jed­nak tyl­ko po­pa­trzył na mnie przez chwi­lę, a po­tem się za­śmiał.

– Uwierz mi... to, co ja ci zro­bi­łem, to nic w po­rów­na­niu do tego, co cię cze­ka.

Za­nim zdąży­łam od­po­wie­dzieć, pod­sze­dł do mnie, chwy­cił za nad­gar­stek i bru­tal­nie po­ci­ągnął w stro­nę drzwi. Z bó­lem wci­ągnęłam po­wie­trze, czu­jąc, jak jego uchwyt za­ci­ska się wo­kół mo­ich ko­ści. Nie mia­łam szan­sy na wal­kę. Wró­ci­łam do po­ko­ju, z tru­dem sta­ra­jąc się za­cho­wać spo­kój, ale we­wnętrz­nie by­łam zdru­zgo­ta­na.

– Pro­szę, wy­pu­ść mnie. Ile chcesz? Moi ro­dzi­ce z pew­no­ścią za­pła­cą okup. Po­wiedz tyl­ko ile.

Nie po­wstrzy­my­wa­łam łez, da­jąc ca­łko­wi­ty upust emo­cjom.

– Przy­kro mi, tu nie cho­dzi o pie­ni­ądze. Ale tego nie­dłu­go się do­wiesz. My­ślę, że jesz­cze dziś go po­znasz. Uprze­dzam cię. – Mężczy­zna moc­no chwy­cił moje po­licz­ki i za­ci­snął na nich swo­ją dłoń. – Nie sprze­ci­wiaj się. Rób, co każe, a po­win­naś prze­żyć. – Po tych sło­wach pu­ścił mnie, a skó­ra wci­ąż pul­so­wa­ła bó­lem. – Te­raz masz czas dla sie­bie. Od­pocz­nij, zre­lak­suj się. Po­my­śl, że to ta­kie wa­ka­cje.

– Je­steś cho­ry! W tej chwi­li mnie wy­pu­ść. Nie masz pra­wa mnie tu­taj trzy­mać, a tym bar­dziej tak trak­to­wać!

Ze­bra­łam w so­bie wszyst­kie siły i ude­rzy­łam nie­zna­jo­me­go w twarz. Jego gło­wa na­wet nie drgnęła, je­dy­nie wzrok zro­bił się bar­dziej mrocz­ny. Po­pe­łni­łam wiel­ki błąd.

– Ty mała suko! Nie po­tra­fisz po do­bro­ci? Do­brze. Mam zgo­dę, żeby usta­wić cię do pio­nu, je­śli za­czniesz spra­wiać pro­ble­my.

Ba­łam się, tak bar­dzo się ba­łam. Nie­zna­jo­my zbli­żał się do mnie co­raz bar­dziej, a ja, co­fa­jąc się, by­łam co­raz bli­żej ścia­ny, przez co moja szan­sa na ja­kąkol­wiek uciecz­kę ma­la­ła. Mężczy­zna był za­le­d­wie nie­ca­ły metr ode mnie, wi­dzia­łam, jak jego żyła na szyi pul­su­je, a szczęka za­ci­ska się moc­niej. W tym mo­men­cie wie­dzia­łam, że to mój ko­niec.

Nie­ste­ty, nie my­li­łam się. Mi­nęła se­kun­da, a pierw­sze ude­rze­nie tra­fi­ło w mój po­li­czek. Za­raz po nim ko­lej­ne i ko­lej­ne. Nie by­łam w sta­nie zli­czyć, ile razy mnie spo­licz­ko­wał, za­wzi­ęcie trzy­ma­jąc mnie za ra­mię, abym nie opa­dła z sił. Bi­jąc mnie, z wy­ra­źną sa­tys­fak­cją pa­trzył mi pro­sto w oczy.

– Wi­dzę, że tyl­ko ta­kie czy­ny na cie­bie dzia­ła­ją. My­ślę, że jemu się to spodo­ba.

– Pro­szę… – Nie by­łam w sta­nie po­wie­dzieć nic wi­ęcej, ból mnie wręcz roz­ry­wał. Po­licz­ki pie­kły, do tego czu­łam sączącą się z nosa i war­gi krew. To jed­nak nie był ko­niec.

Gdy my­śla­łam, że już mi od­pu­ści, na­gle z ca­łej siły ude­rzył mnie z pi­ęści w brzuch. Czu­łam, jak­by moje wnętrz­no­ści pęka­ły. Z bólu aż zgi­ęłam się wpół, nie by­łam w sta­nie na­wet na­brać po­wie­trza. Ude­rze­nie było zbyt moc­ne. Sku­li­łam się, opie­ra­jąc dło­nie o podło­gę i pró­bu­jąc za­pa­no­wać nad mdło­ścia­mi, któ­re wzbie­ra­ły we mnie z ka­żdą se­kun­dą.

On jed­nak nie za­mie­rzał prze­stać.

– My­ślisz, że ktoś cię ura­tu­je? – za­py­tał z kpi­ną, zni­ża­jąc się do mo­je­go po­zio­mu. Jego głos brzmiał jak echo w mo­jej gło­wie. – Je­steś tyl­ko za­baw­ką, Le­ilo. Two­je bła­ga­nie o wol­no­ść ni­ko­go nie in­te­re­su­je, zwłasz­cza jego.

Za­nim zdąży­łam za­re­ago­wać, zła­pał mnie za wło­sy i unió­sł gło­wę, zmu­sza­jąc mnie do spoj­rze­nia mu w oczy. Zo­ba­czy­łam w nich czy­stą, bez­względ­ną nie­na­wi­ść.

Na­stęp­ny cios spa­dł na moją twarz. Ude­rze­nie było tak moc­ne, że prze­wró­ci­łam się na bok. Z ust po­pły­nęła ko­lej­na stru­żka krwi, a świat wo­kół mnie za­czął wi­ro­wać. Nie wiem, jak dłu­go to trwa­ło. Ka­żdy ko­lej­ny cios, ka­żde szarp­ni­ęcie sta­wa­ły się jed­ną roz­ma­za­ną pla­mą bólu. W ko­ńcu prze­sta­łam wal­czyć. Moje cia­ło nie re­ago­wa­ło, a ja mo­głam tyl­ko pa­trzeć na swo­je dło­nie po­kry­te krwią. Czu­łam się jak szma­cia­na lal­ka, po­zba­wio­na ja­kiej­kol­wiek god­no­ści.

Boże, za ja­kie grze­chy mu­sia­łam tra­fić do ta­kie­go pie­kła? Jesz­cze wczo­raj rano śmia­łam się z mamą przy śnia­da­niu, a dzi­siaj prze­cho­dzi­łam praw­dzi­wy kosz­mar.

Kie­dy w ko­ńcu się od­su­nął, po­czu­łam chwi­lo­wą ulgę, ale to trwa­ło za­le­d­wie se­kun­dę. Zła­pał mnie pod ra­mio­na, unió­sł bez wy­si­łku i ru­szył w stro­nę scho­dów. Pró­bo­wa­łam się wy­rwać, ale moje ru­chy były bez­sil­ne, jak­by ener­gia ca­łko­wi­cie mnie opu­ści­ła.

– Masz te­raz tro­chę cza­su, żeby się za­sta­no­wić nad swo­im za­cho­wa­niem – wark­nął, gdy otwie­rał ci­ężkie, skrzy­pi­ące drzwi. Wte­dy zro­zu­mia­łam, do­kąd mnie pro­wa­dzi. To mu­sia­ła być piw­ni­ca.

– Nie… pro­szę… nie za­my­kaj mnie tu, nie zo­sta­wiaj… – bła­ga­łam, ale mój głos był le­d­wie sły­szal­nym szep­tem.

Zi­gno­ro­wał mnie, nie­mal rzu­ca­jąc na zim­ną, wil­got­ną podło­gę. Po­miesz­cze­nie było ciem­ne, je­dy­nym źró­dłem świa­tła była mała ża­rów­ka przy su­fi­cie, któ­ra mi­go­ta­ła, jak­by za­raz mia­ła zga­snąć. Usły­sza­łam trzask za­my­ka­nych drzwi i prze­kręca­ne­go klu­cza.

Zo­sta­łam sama.

Czu­łam, jak chłód be­to­nu prze­ni­ka moje cia­ło. Ka­żdy od­dech spra­wiał mi ból, ka­żdy naj­mniej­szy ruch przy­po­mi­nał o cio­sach, któ­re przed chwi­lą otrzy­ma­łam. Ale naj­bar­dziej bo­la­ło mnie coś in­ne­go – po­czu­cie kom­plet­nej bez­sil­no­ści. Przy­tu­li­łam ko­la­na do sie­bie, pró­bu­jąc się ogrzać, i wsłu­cha­łam się w ci­szę. Nie wie­dzia­łam, ile wy­trzy­mam w tej ciem­no­ści, ból roz­cho­dził się co­raz bar­dziej, a moim cia­łem wstrząsa­ły dresz­cze.

Łzy spły­wa­ły po mo­ich po­licz­kach, mie­sza­jąc się z krwią. To wszyst­ko było jak kosz­mar, z któ­re­go nie mo­głam się obu­dzić.

Rozdział 2

Leila

Niewiem,ilemi­nęło cza­su od wy­jścia nie­zna­jo­me­go mężczy­zny. Zo­sta­wił mnie jak śmie­cia na brud­nej podło­dze. By­łam cała mo­kra, a moja wła­sna krew za­schła na po­ra­nio­nej skó­rze, two­rząc szorst­ką sko­ru­pę. Czu­łam się okrop­nie. My­śla­mi ucie­ka­łam do wczo­raj­sze­go dnia… a może i przed­wczo­raj­sze­go? Sama już nie wie­dzia­łam. Mój umy­sł po­wo­li wa­rio­wał. Nikt do mnie nie zaj­rzał. Gar­dło pa­li­ło mnie z pra­gnie­nia, a żo­łądek ści­skał się bo­le­śnie. Nie wspom­nę już o je­dze­niu. Ból brzu­cha był nie do znie­sie­nia – nie tyl­ko z gło­du, ale i od po­bi­cia.

– Spo­koj­nie… na pew­no cię już szu­ka­ją.

Po­wta­rza­łam te sło­wa jak man­trę, roz­pacz­li­wie pró­bu­jąc w nie uwie­rzyć. Na pew­no mnie szu­ka­li. Moja mama… a zwłasz­cza brat. Mi­cha­el ni­g­dy by mnie nie zo­sta­wił. By­łam jego oczkiem w gło­wie. Mie­li­śmy tyle pla­nów, tyle rze­czy do zro­bie­nia. A wszyst­ko ru­nęło jak do­mek z kart. Przez ja­kie­goś cho­re­go mężczy­znę, któ­ry po­sta­no­wił mnie upro­wa­dzić.

Prze­ta­rłam obo­la­łą dło­nią mo­kre po­licz­ki. Po­przed­nie łzy za­schły, po­zo­sta­wia­jąc po so­bie pie­kące śla­dy. Czu­łam ból w ka­żdym cen­ty­me­trze cia­ła – nie było miej­sca, któ­re by mnie nie bo­la­ło. Do tego było tu prze­ra­źli­wie zim­no. Gęsia skór­ka nie opusz­cza­ła mnie ani na chwi­lę.

Ostro­żnie, tak by spra­wić so­bie jak naj­mniej bólu, po­ło­ży­łam się na boku. Tyl­ko na chwi­lę. Za­mknęłam oczy, cho­ciaż na mo­ment chcia­łam od­po­cząć

Wte­dy przy­śnił mi się dom – cie­pły, bez­piecz­ny.

Mój uko­cha­ny brat. Mat­ka. Oj­czym.

I… mój oj­ciec.

Uśmie­chał się do mnie. Był tak re­al­ny, że przez se­kun­dę nie wie­dzia­łam, co jest fik­cją, a co kosz­ma­rem.

– Tato… je­steś tu ze mną? – wy­szep­ta­łam i zro­bi­łam krok w jego stro­nę.

Oj­ciec po­słał mi swój cie­pły, szcze­ry uśmiech. Za­wsze taki był – pro­mien­ny, tro­skli­wy, pe­łen ener­gii. Ni­g­dy nie po­zwa­lał mi się smu­cić. Wy­my­ślał nie­zli­czo­ne spo­so­by, by mnie roz­ba­wić.

– Moja pi­ęk­na có­recz­ko… – Jego głos był mi­ęk­ki, zna­jo­my. – Za­wsze je­stem z tobą. Na­wet je­śli mnie nie wi­dzisz, ja za­wsze tu je­stem.

Po­ło­żył dłoń na mo­jej pier­si, do­kład­nie tam, gdzie biło moje ser­ce. Łzy za­częły pły­nąć po mo­ich po­licz­kach. Nie mo­głam ich po­wstrzy­mać.

– Tęsk­nię za tobą, tato… – Głos mi się za­ła­mał. – Tak bar­dzo chcę już być z tobą.

Ob­raz za­czął się za­ma­zy­wać.

– Nie!

Zro­bi­łam ko­lej­ny krok, ale on za­czął się co­fać.Im bar­dziej pró­bo­wa­łam się zbli­żyć, tym szyb­ciej zni­kał.

– Nie zo­sta­wiaj mnie!

– Le­ilo, sło­necz­ko… – Jego głos był co­raz cich­szy. – Nie mo­żesz do mnie do­łączyć. Jesz­cze nie te­raz.

– Pro­szę… ja już nie daję rady…

Za­mknęłam oczy – na se­kun­dę, może dwie. I wte­dy wszyst­ko znik­nęło.

Zo­sta­ła tyl­ko pust­ka.

Z krzy­kiem usia­dłam na ma­te­ra­cu.

Od­dy­cha­łam ci­ężko, czu­jąc, jak zim­ny pot spły­wa mi po ple­cach. To był tyl­ko sen. Szczęśli­wy, ale i za­ra­zem bo­le­sny. Ro­zej­rza­łam się po po­nu­rym po­miesz­cze­niu. Moje ubra­nia i skó­ra prze­si­ąkły stęchli­zną brud­ne­go ma­te­ra­ca.

Z tru­dem wsta­łam. Moje cia­ło było sztyw­ne, obo­la­łe, zmęczo­ne. Cho­dzi­łam od ścia­ny do ścia­ny. To da­wa­ło mi na­miast­kę uko­je­nia. Ból na­dal pul­so­wał pod skó­rą, ale pró­bo­wa­łam o nim nie my­śleć.

Na­gle w zam­ku za­zgrzy­tał klucz.

Za­ma­rłam. Ser­ce po­de­szło mi do gar­dła.

Zim­ny dreszcz prze­bie­gł wzdłuż mo­je­go kręgo­słu­pa, gdy me­ta­licz­ny dźwi­ęk roz­sze­dł się echem po po­miesz­cze­niu. Wstrzy­ma­łam od­dech. Nie wie­dzia­łam, cze­go się spo­dzie­wać. Czy to on? Wra­ca, żeby znów mnie zła­mać?

Drzwi otwo­rzy­ły się po­wo­li, a do środ­ka we­szła ko­bie­ta.

Była wy­so­ka i szczu­pła, ubra­na w ciem­ne je­an­sy i pro­stą ko­szul­kę. Nie wy­gląda­ła na ko­goś, kto mó­głby mnie skrzyw­dzić, ale to nic nie zna­czy­ło. W tym miej­scu nic nie było oczy­wi­ste.

Bez sło­wa rzu­ci­ła na ma­te­rac ster­tę ubrań, a po­tem po­sta­wi­ła przede mną wia­dro. Pa­trzy­łam na nią w mil­cze­niu. Nie wy­ra­ża­ła wspó­łczu­cia, nie pa­trzy­ła na mnie z li­to­ścią. Była obo­jęt­na. Jak­by ro­bi­ła to set­ki razy. Jak­bym była tyl­ko ko­lej­ną dziew­czy­ną, któ­rą ka­za­no jej „przy­go­to­wać”.

– Umyj się. – Jej głos był chłod­ny, po­zba­wio­ny emo­cji. Nie za­re­ago­wa­łam. – Rusz się, bo zro­bię to za cie­bie. Uwierz mi, to nie będzie przy­jem­ne.

Coś w jej to­nie spra­wi­ło, że przez chwi­lę nie by­łam pew­na, czy ble­fu­je.

Pa­trzy­łam na nią tępym wzro­kiem, pró­bu­jąc oce­nić sy­tu­ację. Czy była jego pion­kiem? Czy może tyl­ko ko­lej­ną ofia­rą, któ­ra na­uczy­ła się grać we­dług jego za­sad? Nie mo­głam ry­zy­ko­wać.

Ostro­żnie uklękłam przy wia­drze, czu­jąc, jak ka­żdy mi­ęsień w moim cie­le pro­te­stu­je. Moja skó­ra była lep­ka od potu, krwi i bru­du.

– No, roz­bie­raj się.

– Wyj­dź, pro­szę. Zro­bię, co mi ka­żesz, tyl­ko zo­staw mnie samą. – Po­sła­łam jej swój bła­gal­ny wzrok, wi­dzia­łam jed­nak, że to nie po­mo­że.

W od­po­wie­dzi usły­sza­łam tyl­ko jej obrzy­dli­wy śmiech.

– Słu­chaj, masz ro­bić, co ci każę. Chy­ba nie chcesz mnie zde­ner­wo­wać?

W tym mo­men­cie zza ple­ców wy­jęła bicz. Je­ba­ny skó­rza­ny bicz, któ­re­go wcze­śniej nie za­uwa­ży­łam. To był mo­ment, w któ­rym po­czu­łam, że nie będzie mi tu ła­two prze­trwać.

– Roz­bie­raj się, chy­ba że chcesz po­czuć go na ple­cach? – rzu­ci­ła ści­szo­nym gło­sem.

Zde­cy­do­wa­łam się już nic nie od­po­wia­dać. Drżący­mi dło­ńmi zdjęłam ko­szul­kę, pod któ­rą mia­łam je­dy­nie sta­nik. Jak tyl­ko gór­na część gar­de­ro­by zna­la­zła się na zie­mi, za­bra­łam się za roz­pi­na­nie spodni. Ca­łkiem naga sta­nęłam przed tą cho­rą ko­bie­tą z chy­trym uśmie­chem i dziw­nym, pod­eks­cy­to­wa­nym spoj­rze­niem.

– No pro­szę… – mruk­nęła, prze­chy­la­jąc gło­wę. – Wi­dzę, że nasz wspól­ny zna­jo­my pi­ęk­nie za­jął się two­im cia­łem.

Za­drża­łam, nie mo­gąc po­jąć, jak może ją cie­szyć wi­dok mo­je­go cia­ła, któ­re zdo­bią okrop­ne, fio­le­to­wo-żó­łte pla­my. Na że­brach, na bio­drach, na ra­mio­nach. Wszędzie.

– Do­bra, a te­raz ści­ągaj bie­li­znę.

Spoj­rza­łam na nią z prze­ra­że­niem. Nie za­mie­rza­łam się przy niej aż tak ob­na­żać, tym bar­dziej że oka­za­ła się tak samo pier­dol­ni­ęta jak mój wcze­śniej­szy opraw­ca.

– Nie – od­pa­rłam i cof­nęłam się mi­ni­mal­nie.

Nie chcia­łam stać tak bli­sko niej, zwłasz­cza że jej oczy uka­zy­wa­ły dziw­ną żądzę.

– Nie? Je­steś pew­na słów, któ­re wła­śnie do mnie wy­po­wie­dzia­łaś?

Szła w moim kie­run­ku, ob­ra­ca­jąc w dło­ni skó­rza­ny bicz. By­łam pew­na, że jak tyl­ko bar­dziej ją zde­ner­wu­ję, nie po­wstrzy­ma się przed uży­ciem go na mnie.

– Klękaj i się umyj. Nie in­te­re­su­je mnie, cze­go chcesz, a cze­go nie.

Po­czu­łam moc­ne ude­rze­nie w po­ślad­ki. Nie by­łam w sta­nie utrzy­mać się na no­gach, więc mi­mo­wol­nie zro­bi­łam to, co mi ka­za­ła.

– Grzecz­na dziew­czyn­ka. Masz chwi­lę. I uwierz, nie chcesz mnie znów zde­ner­wo­wać.

Za­ci­snęłam zęby, po czym za­nu­rzy­łam dło­nie w lo­do­wa­tej wo­dzie. Szok prze­szył moje cia­ło, aż wstrzy­ma­łam od­dech. Zim­no było nie­mal bo­le­sne, ale za­ci­snęłam zęby i za­częłam ob­my­wać ręce, po­tem twarz i szy­ję. Nie pa­trzy­łam na ko­bie­tę, ale czu­łam jej wzrok na so­bie. Jak­by po­dzi­wia­ła ka­żdy skra­wek mo­je­go cia­ła.

– Nie spiesz się, ale też nie każ mi cze­kać za dłu­go.

Drżący­mi ręka­mi za­częłam spłu­ki­wać z sie­bie brud oraz za­schni­ętą krew, w my­ślach mo­dląc się, by to nie był po­czątek cze­goś jesz­cze gor­sze­go. Wi­dzia­łam, jak na mnie pa­trzy, to był wzrok pe­łen po­żąda­nia. Sta­ra­jąc się o tym nie my­śleć, roz­pi­ęłam sta­nik, uwal­nia­jąc tym sa­mym swój po­ka­źnych roz­mia­rów biust. Nie chcia­łam tego przedłu­żać, szyb­ki­mi ru­cha­mi ob­my­łam za­schni­ętą na pier­siach krew, a na­stęp­nie si­ęgnęłam po ręcz­nik, by się wy­trzeć.

– Mu­szę przy­znać, masz czym od­dy­chać. Spodo­ba mu się to, co so­bie upa­trzył.

Zi­gno­ro­wa­łam ją. Wsta­łam, do­kład­nie za­kry­wa­jąc się ręcz­ni­kiem. Do­pie­ro w tym mo­men­cie po­zby­łam się maj­tek. Po­zwo­li­łam so­bie na szyb­kie ob­my­cie miejsc in­tym­nych. Te­raz mo­głam po­wie­dzieć, że czu­ję się czy­sta. To jed­nak nie mo­gło się rów­nać z kąpie­lą we wła­snym domu.

– Bo­isz się? – za­py­ta­ła. – Cho­ciaż nie mu­sisz od­po­wia­dać, wi­dzę to. Od kie­dy tu je­stem, drżysz. I po­wiem ci, Le­ilo, że bar­dzo mi się to po­do­ba. Dzia­łasz na mnie w spo­sób po­bu­dza­jący i wiesz co? Zmie­rzam to wy­ko­rzy­stać.

– Co masz na my­śli? – za­py­ta­łam z nie­po­ko­jem.

Nie do­cze­ka­łam się od­po­wie­dzi.

Zro­bi­ła krok do przo­du. Po­czu­łam jej obec­no­ść tuż obok sie­bie, cie­pło cia­ła kon­tra­stu­jące z chło­dem po­wie­trza na mo­jej na­giej skó­rze. Opusz­ka­mi pal­ców prze­su­nęła po moim ra­mie­niu, mu­ska­jąc si­nia­ka.

– Trze­ba się tego po­zbyć.

Nie zdąży­łam za­re­ago­wać, a ręcz­nik, któ­ry chro­nił moje cia­ło, zna­la­zł się na brud­nej zie­mi. Sta­łam te­raz przed nią kom­plet­nie naga, ze sztyw­ny­mi sut­ka­mi i gęsią skór­ką.

Nie od­po­wie­dzia­łam. Czu­łam, jak moje gar­dło się za­ci­ska, a od­dech sta­je się płyt­szy. Na­gle ści­snęła mnie za bio­dro, moc­niej niż po­win­na, wci­ska­jąc pal­ce w bo­lące miej­sce. Syk­nęłam ci­cho, ale to tyl­ko zwi­ęk­szy­ło jej sa­tys­fak­cję.

– Po­do­ba mi się to, jaka je­steś kru­cha. Jak por­ce­la­na, któ­rą mo­żna ła­two stłuc. Jemu rów­nież się to spodo­ba, je­stem tego pew­na. Tyl­ko może naj­pierw będziesz przez ja­kiś czas moja.

Jemu? Czy­li ona zna po­two­ra, któ­ry po­sta­no­wił mnie po­rwać.

Za­ci­snęłam dło­nie w pi­ęści, wal­cząc ze sobą, żeby nie po­ka­zać wi­ęcej sła­bo­ści. Wie­dzia­łam, że je­śli dam jej tę sa­tys­fak­cję, pój­dzie o krok da­lej. Mu­sia­łam za­cho­wać spo­kój. Mu­sia­łam zna­le­źć spo­sób, by się stąd wy­do­stać. Ale jak mia­łam to zro­bić, sko­ro nie zna­łam tego miej­sca i na­wet nie wie­dzia­łam, gdzie je­stem?

Mój od­dech był płyt­ki, kon­tro­lo­wa­ny. Mu­sia­łam po­zo­stać nie­ru­cho­ma, choć skó­ra pło­nęła mi pod nie­chcia­nym do­ty­kiem. Jej pal­ce su­nęły le­ni­wie po moim bio­drze. Była jak dra­pie­żnik ba­wi­ący się swo­ją ofia­rą przed osta­tecz­nym cio­sem. Czu­łam mdły za­pach jej per­fum, in­ten­syw­ny, przy­tła­cza­jący.

– Tyle si­nia­ków… – mruk­nęła, mu­ska­jąc je­den. – Z wiel­ką przy­jem­no­ścią je wszyst­kie obej­rzę.

Ba­wi­ła się mną, te­sto­wa­ła moje re­ak­cje. Ka­żdy mi­ęsień w moim cie­le na­pi­nał się jak ci­ęci­wa łuku, ale nie mo­głam się od­su­nąć. Wie­dzia­łam, że to tyl­ko po­gor­szy­ło­by spra­wę.

Jej pal­ce prze­su­nęły się wzdłuż mo­je­go przed­ra­mie­nia, a po­tem na­gle za­trzy­ma­ły się na nad­garst­ku. Ści­snęła go moc­niej, kciu­kiem na­ci­ska­jąc na pul­su­jącą żyłę.

– Czu­jesz to? – wy­szep­ta­ła. – Two­je ser­ce bije tak szyb­ko…

Mia­ła ra­cję. Czu­łam jego nie­rów­ny rytm w ca­łym cie­le. Nie mo­głam tego kon­tro­lo­wać.

Nie od­po­wie­dzia­łam. W mo­jej gło­wie kłębi­ły się my­śli: jak się stąd wy­do­stać? Jak spra­wić, by stra­ci­ła za­in­te­re­so­wa­nie?

Uśmiech ko­bie­ty się po­sze­rzył.

– Na­dal my­ślisz, że masz ja­kąkol­wiek kon­tro­lę, praw­da?

– Oczy­wi­ście, że mam. Ka­żdy czło­wiek ma nad sobą kon­tro­lę. Ja też – od­pa­rłam but­nie.

– Nie roz­śmie­szaj mnie. Gdy­by fak­tycz­nie tak było, nie po­zwo­li­ła­byś mi na to, co wła­śnie ro­bię i mam w pla­nach zro­bić. Je­steś ni­kim.

Za­bo­la­ły mnie jej sło­wa, wie­dzia­łam jed­nak, że ma ra­cję. By­łam w tym mo­men­cie ni­kim, nic nie­war­tym czło­wie­kiem, za­mkni­ętym gdzieś z dala od domu.

– Idź na łó­żko i nie waż się sta­wiać. Chy­ba że po­now­nie chcesz po­czuć moją ulu­bio­ną za­ba­wecz­kę, ale na in­nych częściach swo­je­go cia­ła.

Spoj­rza­łam na nią i wie­dzia­łam, że nie ble­fu­je. Prze­ko­na­łam się już, że jest do tego zdol­na.

– No da­lej! Nie masz da­le­ko, słon­ko. Sia­daj, oprzyj się ple­ca­mi o ścia­nę i roz­łóż dla mnie uda.

„Ni­g­dy” – to była pierw­sza myśl, któ­ra po­ja­wi­ła się w mo­jej gło­wie.

Za­częłam się prze­miesz­czać, ale nie w kie­run­ku miej­sca, ja­kie mi wy­zna­czy­ła. Do­my­śla­łam się, co za­mie­rza, a ja nie mo­głam na to po­zwo­lić.

– Oj, no i dla­cze­go mnie nie słu­chasz?! Te­raz mu­szę cię uka­rać.

Pierw­sze ude­rze­nie po­czu­łam na udach – ból był okrop­ny, ale był ni­czym w po­rów­na­niu do tego, co po­czu­łam po­tem. Z im­pe­tem ude­rzy­ła mnie w ple­cy, mój krzyk było za­pew­ne sły­chać na­wet na gó­rze. Nie by­łam w sta­nie tego wy­trzy­mać. Pa­dłam na ko­la­na, a ona nie prze­sta­wa­ła. Biła mnie na­dal. Sku­li­łam się, cho­wa­jąc gło­wę.

– Ty suko! Pro­si­łam cię tyl­ko o jed­no, a ty po­sta­no­wi­łaś po­ka­zać, jaka je­steś sil­na. Pro­szę bar­dzo, masz za swo­je.

Na­gle prze­sta­ła i już mia­łam na­dzie­ję, że to ko­niec. Nie­ste­ty, my­li­łam się. Moja opraw­czy­ni po­sta­no­wi­ła wy­lać na mnie wia­dro zim­nej wody. Po­czu­łam się jesz­cze go­rzej niż wcze­śniej. Woda była lo­do­wa­ta i szczy­pa­ła mnie po ra­nach.

Cia­ło za­la­ła fala bólu, a jed­no­cze­śnie ser­ce biło w sza­le­ńczym ryt­mie, pra­wie du­sząc mnie w klat­ce pier­sio­wej. Pró­bo­wa­łam wstać, ale ka­żda pró­ba ko­ńczy­ła się nie­po­wo­dze­niem. Zer­k­nęłam w stro­nę ko­bie­ty, któ­ra nade mną sta­ła. Była za­do­wo­lo­na, pa­trzy­ła na mnie bez­li­to­snym wzro­kiem.

Czu­łam, jak po­wo­li słab­nę, jed­nak coś w środ­ku nie po­zwa­la­ło mi się pod­dać. Mimo bólu, mimo po­twor­ne­go zmęcze­nia, mimo tego, że by­łam bli­ska utra­ty przy­tom­no­ści, coś trzy­ma­ło mnie przy ży­ciu. Coś, co mó­wi­ło mi, że nie mogę dać jej tej sa­tys­fak­cji.

Gdy już my­śla­łam, że nie wy­trzy­mam, usły­sza­łam od­głos kro­ków. Były zde­cy­do­wa­ne, szyb­kie. Ktoś się zbli­żał. Ko­bie­ta za­ma­rła na chwi­lę, jej spoj­rze­nie mnie prze­szy­ło, jak­by wie­dzia­ła, że to ko­niec jej do­mi­na­cji.

Za­nim zdąży­ła się od­wró­cić, drzwi do po­miesz­cze­nia się otwo­rzy­ły.

W pro­gu stał mężczy­zna. Był wy­so­ki, do­brze zbu­do­wa­ny, o zde­cy­do­wa­nych ry­sach twa­rzy, z ocza­mi, któ­re pa­trzy­ły na nas obie bez wa­ha­nia. Nie wie­dzia­łam, kto to, ale w tej chwi­li to on był moją na­dzie­ją.

Pod­sze­dł do mnie, a ja czu­łam, jak moje cia­ło od­ma­wia wspó­łpra­cy. Pró­bo­wa­łam od nie­go uciec, lecz nie da­wa­łam rady. Mężczy­zna bez sło­wa się po­chy­lił, po czym wzi­ął mnie w ra­mio­na. Jego do­tyk – w prze­ci­wie­ństwie do zim­nej bru­tal­no­ści, któ­rej przed chwi­lą do­świad­czy­łam – był cie­pły i spo­koj­ny.

– Ci­cho – po­wie­dział, gło­sem pe­łnym opa­no­wa­nia, a po­tem de­li­kat­nie mnie pod­nió­sł, trzy­ma­jąc bli­sko sie­bie. – Już po wszyst­kim.

Chcia­łam za­dać py­ta­nie, ale moje gar­dło było zbyt su­che, a siły opu­ści­ły mnie ca­łko­wi­cie. Je­dy­ną rze­czą, któ­rą czu­łam, była na­dzie­ja na to, że może – tyl­ko może – po raz pierw­szy od dłu­gie­go cza­su mia­łam szan­sę na to, by zna­le­źć spo­kój. Jesz­cze za­nim stra­ci­łam przy­tom­no­ść, po­czu­łam, jak przy­kry­wa moje na­gie cia­ło ręcz­ni­kiem. Tuż po tym od­pły­nęłam w ni­co­ść.