Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
1231 osób interesuje się tą książką
Historia Blair Rogers – siostry Graysona, bohatera powieści Cheat Destiny!
Życie trzydziestojednoletniego Zandera Kensingtona kręci się wokół samotnej opieki nad czteroletnią córeczką oraz pracy w rodzinnej firmie.
Niespodziewanie ojciec mężczyzny oznajmia, że planuje przejść na emeryturę. Zanderowi od lat zależało, aby przejąć zarządzanie biznesem, lecz to nie okaże się takie proste. Jego brat równie chętnie zająłby to stanowisko. Lecz zgodnie z wieloletnimi ustaleniami CEO firmy zostanie ten z synów, który pierwszy się ustatkuje.
Zander jest w kropce, bo na horyzoncie nie ma żadnej odpowiedniej kandydatki na żonę. Niespodziewanie poznaje dwudziestoczteroletnią Blair Rogers. Kiedy przez przypadek dziewczyna dowiaduje się o jego kłopocie, proponuje mu fikcyjne małżeństwo.
Mężczyzna na początku uważa, że to jakiś absurd, po jakimś czasie jednak pomysł zaczyna mu się wydawać całkiem niezły.
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia. Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 403
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © for the text by Daria Wieczorek
Copyright © for this edition by Wydawnictwo NieZwykłe, Oświęcim 2026
All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone
Redakcja: Anna Łakuta-Rudzka
Korekta: Karina Przybylik, Wiktoria Garczewska, Aleksandra Płotka
Skład i łamanie: Paulina Romanek
Oprawa graficzna książki: Paulina Klimek
ISBN 978-83-8418-647-3 • Wydawnictwo NieZwykłe • Oświęcim 2026
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
Notka od autora
Prolog
Rozdział 1
Rozdział 2
Rozdział 3
Rozdział 4
Rozdział 5
Rozdział 6
Rozdział 7
Rozdział 8
Rozdział 9
Rozdział 10
Rozdział 11
Rozdział 12
Rozdział 13
Rozdział 14
Rozdział 15
Rozdział 16
Rozdział 17
Rozdział 18
Rozdział 19
Rozdział 20
Rozdział 21
Rozdział 22
Rozdział 23
Rozdział 24
Rozdział 25
Rozdział 26
Rozdział 27
Rozdział 28
Rozdział 29
Rozdział 30
Rozdział 31
Rozdział 32
Rozdział 33
Rozdział 34
Rozdział 35
Rozdział 36
Rozdział 37
Rozdział 38
Rozdział 39
Rozdział 40
Epilog
Playlista
Podziękowania
Przypisy
Pozostałe rozdziały dostępne w pełnej wersji e-booka.
Dla wszystkich tych, którzy stracili najbliższą sercu osobę, wskazującą im światełko w tunelu.Dziś to ona świeci najjaśniej pośród gwiazd, wyznaczając odpowiednią drogę, którą poprowadzi Was przez życie.Dla Ciebie, T.
Dla tych, którzy kochają, śmierć nie jest końcem.Elizabeth Kübler-Ross
Drogi Czytelniku,
Broken Promiseto drugi tom dylogii „Lost in Passion”,opowiadający o losach siostry Graysona Rogersa – Blair. Po ten tytuł możesz sięgnąć bez znajomości pierwszej części, lecz ostrzegam, że w utworze pojawią się spoilery.
Chciałabym również zaznaczyć, że książka porusza trudne tematy, takie jak śmierć oraz próby poradzenia sobie ze stratą bliskiej osoby. Zawiera także treści nieodpowiednie dla czytelników poniżej osiemnastego roku życia.
Jeśli zdecydowałeś się sięgnąć po lekturę – zapraszam, wejdź do świata Blair oraz Zandera i daj się zgubić po raz ostatni w namiętności.
BLAIR
22 stycznia
Ja:
Właśnie zaproponowałam prawie obcemu facetowi, że zostanę jego żoną.
Przez wypity wcześniej alkohol odnosiłam wrażenie, że literki na jaskrawym ekranie telefonu nieco się ze sobą zlewały, gdy wystukiwałam wiadomość do mojej przyjaciółki. Niewiele myśląc, po sekundzie ją wysłałam.
– O cholera – sapnęłam w tym samym momencie i przyłożyłam dłoń do rozchylonych ust, gdy zdałam sobie sprawę, że było to z mojej strony dość ryzykownym posunięciem. Przecież równie dobrze mógł to przeczytać mój brat, zwłaszcza o tej porze, bo zapewne oboje już znajdowali się w łóżku.
Wino definitywnie odebrało mi rozum.
Mój wewnętrzny krytyczny monolog przerwała wiadomość, która przyszła niemal ekspresowo.
Elena:
ŻE CO ZROBIŁAŚ?!!!!!!
Odetchnęłam z ulgą, nie dostrzegając żadnych oznak ingerencji mojego brata w treść SMS-a.
Ta liczba wykrzykników niemal przyprawiła mnie o ból głowy. Oczami wyobraźni już widziałam, jak przyjaciółka marszczy zdezorientowana brwi i mruga zaciekle, by sprawdzić, czy aby na pewno coś jej się nie przywidziało.
Nie tym razem, kochana.
Ja:
Ale i tak się nie zgodził, nie ma o czym mówić.
To chyba marna próba usprawiedliwienia się…
Elena:
Blair, dlaczego, do cholery, proponujesz obcemu facetowi ślub?!
Żebym ja sama znała odpowiedź na to pytanie. Chyba mi odbiło… A może nie „chyba”. NA PEWNO MI ODBIŁO.
Albo to sprawka tego nieszczęsnego wina.
Ja:
Prawie obcemu… Trochę już się znamy.
I w sumie to sama nie wiem, chyba wypiłam o dwie lampki wina za dużo ;)
Odrzuciłam telefon na stolik, po czym okryłam się szczelniej kocem. Spojrzałam zamglonymi od alkoholu oczami na błyszczącą milionami świateł panoramę Chicago.
Nie tak wyobrażałam sobie swoje dwudzieste czwarte urodziny.
– Wszystkiego najlepszego dla mnie – mruknęłam bez entuzjazmu, wznosząc toast kieliszkiem.
Upiłam dwa niewielkie łyki, czując jak paląca, słodka ciecz w przyjemny sposób drażni moje gardło.
Gdy ułożyłam się już wygodnie w łóżku i przymknęłam zmęczone oczy, niemal poczułam, jak cały świat wokół mnie zaczyna wirować. Już wiedziałam, że następnego dnia obudzę się z ogromnym bólem głowy, kacem gigantem i niewyobrażalnym poczuciem wstydu po tej idiotycznej propozycji, którą złożyłam dzisiejszego wieczoru swojemu sąsiadowi.
Ale może zacznijmy moją historię od początku… Od chwili, gdy jeszcze nie zdawałam sobie sprawy, że jedno całkowicie przypadkowe spotkanie wystarczy, by mój świat przewrócił się do góry nogami.
BLAIR
23 dni wcześniej
Strata bliskiej osoby zawsze wiąże się z uczuciem trudnej do wypełnienia pustki. Ta dobijająca świadomość, że już nigdy nie usłyszysz jej głosu, nie zobaczysz na jej twarzy uśmiechu, nie wpadniesz do niej z niezapowiedzianą wizytą tylko po to, by spędzić z nią choć trochę czasu…
Czasu, który nieubłaganie przelatuje przez palce i nawet na moment nie chce zatrzymać się w miejscu.
Z każdym kolejnym dniem boleśniej zdajesz sobie sprawę, że zapominasz, jak brzmiał jej głos. Uśmiech widzisz tylko we wspomnieniach, pod ciężkimi powiekami, spod których wypływają łzy. A wizyty zamieniają się w długie godziny spędzone przy nagrobku.
– Tak bardzo za tobą tęsknię, Mary – wyszeptałam drżącym głosem, czując, jak samotna kropla wolno pomknęła po moim policzku.
Stałam nad pomnikiem, ściskając w dłoniach niewielki bukiet białych kalii. Serce boleśnie zakłuło, gdy wpatrywałam się w kontury imienia wyryte na marmurowej płycie oraz zdjęcie przedstawiające radosny wyraz twarzy Mary.
Taką ją właśnie zapamiętałam. Szczęśliwą, pełną miłości i dobroci.
Moją najukochańszą Mary.
Kobietę, z którą nie łączyły mnie żadne więzy krwi, a jednak w chwili jej odejścia czułam, jakby ktoś wyrwał mi kawałek serca. Ponieważ, mimo że prawnie nie stanowiłyśmy rodziny, ona dla mnie i mojego brata właśnie nią się stała. Nie była tylko zwykłą gosposią, która opiekowała się nami, odkąd pamiętałam. Była naszą najlepszą przyjaciółką, ostoją, wsparciem i największą motywacją… Naszym wszystkim.
Pochyliłam się nad pomnikiem i włożyłam do wazonu kwiaty.
– Dziś pierwszy sylwester, gdy cię tu z nami nie ma. Choć z każdym dniem staram się przyzwyczaić do twojej nieobecności, dziwnie mi z myślą, że tym razem nie przywitasz mnie noworocznym telefonem… – Pod wpływem nagromadzonych emocji głos mi się nieco załamał.
W moich uszach dźwięczała głucha cisza. Wiedziałam, że nie usłyszę żadnej odpowiedzi, jednak w głębi serca wciąż się łudziłam. Oplotłam się ciasno ramionami, czując na nich silniejszy podmuch wiatru. Potarłam dłońmi o bawełniany materiał czarnego płaszcza.
– Przyszłam tu, żeby się z tobą pożegnać. Nie na długo, myślę, że miesiąc, przynajmniej taki mam plan… Postanowiłam, że wylecę do Chicago i zatrzymam się w mieszkaniu, które nam pozostawiłaś. Wiesz… gdy byłaś tu przy mnie, wszystko wydawało się jakieś prostsze. Teraz mam pustkę w głowie, terminy oddania tekstów gonią nieubłaganie, a ja wciąż pozostaję w martwym punkcie i nie potrafię ruszyć dalej. Dlatego długo rozmyślałam na ten temat i w końcu doszłam do wniosku, że ten wyjazd jest najlepszą opcją, abym sobie to wszystko poukładała. Sama. W ciszy i spokoju – wyjaśniłam półszeptem.
Wzniosłam oczy ku zachmurzonemu niebu.
– Grayson ma Elenę i wiem, że sobie tu świetnie beze mnie poradzą. Kilka dni temu wylecieli na święta do Nowego Jorku, ale zapewne już zdążył ci się tym pochwalić. – Uniosłam kącik ust w delikatnym uśmiechu. – I wiesz co, nigdy nie widziałam go szczęśliwszego. Miałyśmy rację, Mary, zresztą jak zawsze – zaśmiałam się cicho pod nosem, a w kącikach oczu zapiekły mnie łzy wzruszenia – że przepadł dla Eleny bez końca.
Na myśl o najbliższych mi osobach okolice serca zalało mi przyjemne i znajome ciepło.
– Muszę się już zbierać, taksówkarz obiecał, że chwilę na mnie zaczeka, a ja jak zwykle się rozgadałam. Swoją drogą mam nadzieję, że mnie nie oszukał, bo zostawiłam tam cały bagaż – skierowałam te słowa do siebie. – No nic… – Pokręciłam głową. – Ruszam na lotnisko, Mary. Jak tylko wrócę, od razu przyjdę cię odwiedzić i opowiem, jak było. Kocham cię, pa.
Jeszcze przez krótką chwilę stałam nieruchomo, zagryzając boleśnie wargę, aby utrzymać emocje na wodzy. Na niewiele jednak się to zdało, bo gdy już ruszyłam chodnikiem do zaparkowanego auta, kilka łez spłynęło po moich policzkach.
Pożegnania niezmiennie niosły za sobą smutek, gorycz i żal. Niezależnie, czy na kilka tygodni, miesięcy, lat, czy już na zawsze… Serce nie znało różnicy, za każdym razem bolało niemal tak samo.
– Możemy jechać – zakomunikowałam taksówkarzowi, usadawiając się na tylnym siedzeniu.
– Wszystko w porządku? – zapytał pełnym współczucia głosem, wbijając we mnie zatroskane spojrzenie w lusterku.
– Tak. – Skinęłam głową. Nie chciałam zagłębiać się w szczegóły. – Jedźmy, proszę.
Mężczyzna przytaknął i już więcej nie poruszył tego tematu. Włączył się do ruchu, a dalszą część drogi pokonaliśmy w ciszy.
Odebrałam zamówioną herbatę i usiadłam przy zwolnionym chwilę wcześniej stoliku, stojącym idealnie na uboczu. Upiłam ostrożnie niewielki łyk gorącego naparu, a następnie poprawiłam okulary na nosie, rozglądając się na boki. Przestrzeń wypełniali ludzie oczekujący na swoje loty i ich donośne rozmowy. Wyjęłam z kieszeni spodni dresowych telefon, by przejrzeć pobieżnie powiadomienia. Gdy się z tym uporałam, wybrałam numer przyjaciółki, która już po jednym sygnale odebrała i przywitała się ze mną pełnym entuzjazmu oraz radości tonem.
– No hej, hej – zawtórowałam jej, słysząc w tle dobrze mi znane gderanie mojego brata. – A on co tak narzeka?
– Nie zwracaj na niego uwagi – odparła nonszalancko Elena. – Wywalił się wczoraj na łyżwach i okłada kolano lodem, ubolewając nad swoim kruchym ego.
Moje wargi mimowolnie rozciągnęły się w szerokim uśmiechu.
Kochałam to, że wystarczył jeden telefon do moich ulubionych ludzi na tej ziemi, a ta pustka, która ogarnęła moje serce, choć częściowo została zapełniona.
– Ej! – rzuciłam oburzona, zaraz parskając śmiechem. – Mnie nigdy nie dałeś się wyciągnąć na łyżwy.
– I bardzo dobrze. – Usłyszałam jego poirytowany głos z oddali. – Zobacz, jak to się dla mnie skończyło. Od początku mówiłem Elenie, że te łyżwy są złym pomysłem; nie posłuchała, jak zawsze.
Byłam pewna, że właśnie przewrócił oczami.
– Oj, nie marudź, fajnie było! – odparła podekscytowana.
– Chyba dla ciebie – odgryzł się zrzędliwie Grayson, ale zaraz w głośniku rozbrzmiało krótkie cmoknięcie, co oznaczało, że skutecznie został uciszony buziakiem Eleny.
Ich droga do miłości nie należała do tych najłatwiejszych. Natrafili na wiele trudności, które postawił przed nimi los, by dziś w końcu mogli być ze sobą na dobre i na złe.
Wszystko zaczęło się od projektu, w którym razem wzięli udział, w dodatku – co najśmieszniejsze – zostali połączeni w parę. Nie stanowiłoby to problemu, gdyby nie fakt, że kilka tygodni przed tym wydarzeniem Elena niemal wpadła pod koła auta mojego brata, co oczywiście skończyło się ich spektakularną kłótnią pośrodku Seattle. Zamieszkali ze sobą na rok, podczas którego – chcąc nie chcąc – musieli współpracować, aby osiągnąć wspólne cele.
Ten czas okazał się dla nich przełomowy, bo to wtedy oboje uświadomili sobie, że między kłótniami i docinkami powoli się w sobie zakochiwali, choć działo się to w nieodpowiednim momencie.
Ale tak naprawdę, czy miłość ma swój odpowiedni moment? O nią czasem po prostu trzeba zawalczyć. A na pewno warto.
Ich relacja została wystawiona na próbę, jednak w końcu odnaleźli siebie i stworzyli jeden z piękniejszych związków.
Od początku wiedziałam, jak to się skończy, lecz żadne z nich mi nie wierzyło.
No cóż, znowu miałam rację!
– Kochana, mam takie zdjęcia! – zwróciła się do mnie przyjaciółka. – Uwieczniłam każdą sekundę tego spektakularnego upadku; jak je zobaczysz, to padniesz! Następnym razem idziemy we trójkę!
– Po moim trupie – prychnął Grayson.
Niekontrolowanie wybuchnęłam gromkim śmiechem, zwracając na siebie uwagę kilku osób znajdujących się w pobliżu.
– Chcę cały plik, dodam je sobie do folderu: „kompromitujące zdjęcia Graysona”.
– Mówisz, masz – wyśpiewała.
– Obie jesteście nienormalne – gderał brat.
– To już wiemy – odpowiedziałyśmy równocześnie.
Moja przyjaźń z Eleną właściwie zaczęła się dzięki Graysonowi. Gdyby tamtego dnia nie zostawił mnie na włączonym FaceTimie w salonie i nie wyszedł do sklepu na krótką chwilę, która jednak nieco się przeciągnęła, nie miałabym szansy wystraszyć jej swoją impulsywną reakcją. Nie zamieniłybyśmy wtedy tych kilku zdań, które sprawiły, że poczułyśmy, jakbyśmy znały się całe lata. Na szczęście wszystko poszło po naszej myśli.
Teraz nie wyobrażałam sobie życia bez tej kobiety.
– Jesteś już po odprawie?
– Tak, tak. – Kiwnęłam głową, choć nie mogła tego widzieć. – Za godzinę mam lot.
– Jesteś pewna, że chcesz wylatywać? – włączył się brat. – Jeszcze możesz zmienić zdanie i…
– Tak, Grayson, jestem pewna – przerwałam mu. – Nie jestem małym dzieckiem, uspokój się – parsknęłam.
Wizja mojego wyjazdu niezbyt przypadła do gustu bratu, który każdego dnia dopytywał, czy na pewno chcę to zrobić. Ale ja już dawno podjęłam decyzję.
Westchnął ciężko, wiedząc, że ze mną nie wygra.
Oboje byliśmy tak samo okropnie uparci. Gdy czegoś chcieliśmy, robiliśmy wszystko, aby to zdobyć.
– Udobrucham go – zapewniła mnie przyjaciółka.
– Koniecznie. Odezwę się, jak już będę na miejscu. Pa!
– Uważaj na siebie, pa!
Dopiłam w spokoju herbatę. Po dwudziestu minutach zaczęłam kierować się do bramek, by po następnych trzydziestu wejść na pokład samolotu zmierzającego do Chicago.
Chwilę przed siedemnastą wraz z moją czerwoną walizką stanęłam przed ogromnym, nowoczesnym apartamentowcem. Ten widok zapierał dech w piersiach, w niczym nie przypominając okolicy, w której mieściło się moje mieszkanie w Seattle. Ludzie w imprezowych nastrojach tłocznie przemierzali ulice. Uśmiechnęłam się delikatnie i odetchnęłam, po czym w końcu ruszyłam do środka. Weszłam do windy i wybrałam dwudzieste drugie piętro.
Oparłam się o ścianę i spojrzałam na swoje odbicie w lustrze naprzeciwko. Na twarzy nie miałam ani grama makijażu, policzki przyozdabiał jedynie rumieniec spowodowany temperaturą na dworze. Poprawiłam okulary zsuwające mi się z nosa i zanim się obejrzałam, winda dojechała na miejsce. Gdy drzwi się rozsunęły, złapałam rączkę walizki i ruszyłam przed siebie.
Zdążyłam przejść krótki odcinek i nagle poczułam, jak zderzam się barkiem z twardym ramieniem mężczyzny, który nerwowym krokiem przemierzał korytarz.
– Przepraszam. – Usłyszałam cichy, ochrypły głos.
Oszołomiona uniosłam wzrok i dostrzegłam lewy profil nieznajomego. Wyraźnie zirytowany zaciskał szczęki pokryte ciemnym zarostem, a jego nozdrza wściekle falowały. Ten widok serwował mi jedynie przez kilkanaście sekund, gdyż zaraz obrócił się tyłem, wszedł do winy, zerknął na mnie przelotnie w lustrze, po czym drzwi się zamknęły.
Ktoś musiał go nieźle zdenerwować.
Zamrugałam kilkukrotnie, wybudzając się z chwilowego letargu, i w końcu ruszyłam do drzwi oznaczonych numerem sto dwadzieścia osiem. Otworzyłam je i przekroczyłam próg swojego tymczasowego lokum. Odstawiłam bagaż na bok, chłonąc wzrokiem otwartą przestrzeń urządzoną w ciepłych odcieniach brązu. Nogi poprowadziły mnie na duży balkon. Stąd mogłam podziwiać panoramę pochłoniętego sylwestrowym wieczorem Chicago.
Zaczynałam nowy i raczej krótki rozdział mojego życia…
ZANDER
– Cześć, tatusiu! – Głos mojej uradowanej czteroletniej córeczki rozbrzmiał w słuchawce telefonu.
Odkąd z jej maleńkich ust wydobyło się pierwsze słowo, ten zwrot był moim ulubionym i za każdym razem sprawiał, że serce wypełniało mi się znajomym, wyjątkowym ciepłem. Tak się stało i tym razem.
– Cześć, skarbie. Znowu podkradłaś komórkę babci? – zapytałem z uśmiechem.
Everly bardzo szybko rozszyfrowała, jak moja mama zapisała mnie w telefonie. Zazwyczaj gdy dzwoniłem, a mała przebywała akurat u dziadków, to właśnie jej głos słyszałem jako pierwszy.
– Nieee, tatku – przeciągnęła, śmiejąc się. – Babcia jest obok, robimy ciasteczka z czekoladką!
– Mmm, pychota – mruknąłem z aprobatą. – Mam nadzieję, że zostawicie mi kilka.
– Taaak! – pisnęła wesoło. – Ja mam w kształcie owieczki, dla babci zrobiłam kwiatuszek, dla dziadziusia gwiazdkę – wyliczała. – A dla ciebie zrobię serduszko!
– Na pewno są piękne, słonko. Już się nie mogę doczekać, aż ich posmakuję.
Tylko moja Everly potrafiła sprawić, że policzki wręcz bolały mnie od uśmiechu.
Gdyby ktokolwiek z otoczenia biznesowego zobaczył mnie w tym momencie, uznałby, że całkowicie oszalałem. Uchodziłem za człowieka opanowanego, o chłodnym podejściu. W pracy byłem zdystansowanym profesjonalistą – to ona w głównej mierze ukształtowała mój charakter. Wymagałem, ale też rozumiałem, co ludzie sobie cenili. Należałem do osób kierujących się zdrowym rozsądkiem, a nie niepotrzebnymi emocjami.
I tam, gdzie kończyła się moja ponura rzeczywistość, zaczynała się Everly. Tylko przy niej czułem, że tak naprawdę żyję.
– Przekaż babci, że o szóstej będę – poleciłem, krzątając się po mieszkaniu w poszukiwaniu portfela.
Od razu usłyszałem, jak córka szeptem dzieli się informacją z moją mamą.
– Dobrze, czekamy na ciebie, kocham cię, tatusiu, papa!
– Ja ciebie też, skarbie, paa. – Po tych słowach się rozłączyłem.
Kilka minut później zguba nadal się nie odnalazła.
– Cholerny portfel! – mruknąłem poirytowany, kolejny raz przemierzając salon z aneksem kuchennym.
Wydawało mi się, że położyłem go na stoliku kawowym wraz z kluczami od auta. Ale nie było po nim śladu.
Jeszcze dobrze nie zaznajomiłem się ze wszystkimi zakątkami tego mieszkania, bo niecały tydzień temu wprowadziliśmy się tu z Everly na czas drobnych prac remontowych naszego domu.
Nagle rzucił mi się w oczy fragment czarnej skóry, leżący między dwiema ogromnymi poduszkami na kanapie. Westchnąłem ciężko i chwyciłem za portfel. Znalazła się cholerna zguba. Mógłbym przysiąc, że tu też sprawdzałem.
Pokręciłem głową i ruszyłem do drzwi. Sylwestrowy wieczór z pewnością oznaczał dłuższe stanie w korkach, a ja chciałem jeszcze na moment podjechać do swojego domu i nie spóźnić się do rodziców, gdzie czekała na mnie Everly z ciasteczkami.
Wsunąłem na nos okulary i już chwytałem za płaszcz, gdy usłyszałem donośne pukanie.
Zmarszczyłem brwi i spojrzałem przez wizjer.
– Tato? Co tu robisz? Właśnie miałem do was wyjeżdżać – powiedziałem od razu po otwarciu drzwi.
Leonardo Kensington, ubrany w brązowy, elegancki płaszcz, stanął w progu mojego mieszkania. Rozejrzał się po wnętrzu z nienaturalnie spiętą miną, po czym zaczesał włosy do tyłu.
– Rozmawiałem z twoim bratem, Zander – zaczął z powagą. – Z tobą też muszę pogadać.
– A nie możemy zrobić tego później? Powinniśmy się pospieszyć…
– To nie jest rozmowa na sylwestrowy wieczór przy reszcie rodziny – zakomunikował tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Zmarszczka między moimi brwiami jeszcze bardziej się pogłębiła.
– O co chodzi? – zapytałem, zamykając za nami drzwi.
Ojciec od razu skierował się do salonu i zajął miejsce na kanapie. Ruchem głowy wskazał, bym zajął fotel naprzeciwko, co zaraz uczyniłem.
– Więc… – zacząłem, ale nie dane było mi dokończyć, bo od razu mi przerwał.
– Christopher planuje dziś oświadczyć się Harper.
Zamarłem.
Sześć cholernych słów sprawiło, że moje serce z głośnym trzaskiem obiło się o klatkę piersiową, a wszystkie kolory odpłynęły mi z twarzy.
Przez kilka długich chwil nie potrafiłem się odezwać, po prostu pusto wpatrywałem się w przestrzeń, tonąc we własnych myślach.
– Od kiedy wiesz? – zapytałem w końcu ochrypłym tonem, przenosząc na niego lodowate spojrzenie.
– Powiedział mi o tym godzinę temu – odparł ze stoickim spokojem.
Wypuściłem wstrzymywane powietrze ustami, kiwając głową w geście zrozumienia.
– Dobrze… To wszystko? Naprawdę czas iść… – Poderwałem się z fotela.
Ostatnie, czego potrzebowałem, to siedzenie w ciszy i litościwy wzrok ojca na sobie.
– Nie – zaprzeczył hardo. – Usiądź, Zander.
Kurwa, czekają mnie jeszcze jakieś rewelacje?! Może zaraz zakomunikuje, że spodziewają się dziecka.
Zacisnąłem szczęki i ponownie usiadłem. Na twarz nałożyłem maskę obojętności, jednak wewnątrz wręcz szalałem ze zdenerwowania.
Jeszcze nie wiedziałem, że ojciec zaraz zrzuci bombę informacyjną, która doszczętnie zmiecie mnie z planszy.
– Na pewno pamiętasz, jak przy okazji urodzin mamy kilka miesięcy temu wspomniałem, że rozważam przejście na emeryturę…
Przytaknąłem. Faktycznie, napomknął o tym, jednak całkowicie wypadło mi to z głowy. Zresztą wiele razy już o tym mówił i temat wnet się rozmywał.
– Jakiś czas temu podjąłem decyzję, że faktycznie będę chciał powoli odsuwać się od zarządu firmy. To kwestia jeszcze kilku miesięcy, jak nie roku… Planowałem porozmawiać z wami o tym dopiero za kilka dni, jednak Chris zaskoczył mnie dziś swoją decyzją, więc uznałem, że powinieneś dowiedzieć się już teraz.
I nagle wszystko ułożyło się w idealną, jebaną całość.
Ojciec zamierzał przejść na emeryturę, a Christopher właśnie dziś miał się oświadczyć.
Zgodnie z wieloletnią rodzinną tradycją stanowisko CEO Kensington Hotels & Resorts miało przypaść temu z synów, który pierwszy się ustatkuje. Ojciec powtarzał to, odkąd pamiętałem. Sam w ten sposób został mianowany prezesem zarządu przez naszego dziadka. Nigdy nie robił podziałów i nie zwracał uwagi na to, który z nas bardziej poświęcał się firmie. Podczas gdy Christopher balował co weekend, ja dosłownie zamieszkałem w biurze, bo tyle czasu siedziałem nad raportami i dopinałem kolejne kontrakty.
Ta firma była dla mnie wszystkim. Kochałem ją. Kochałem swoją pracę. I w głębi duszy byłem pewien, że to właśnie mnie przypadnie stanowisko prezesa, gdy ojciec postanowi odejść.
Tymczasem Christopher odebrał mi to, co kochałem najbardziej – najpierw Harper… a teraz wyglądało na to, że rodzinna firma również trafi w jego ręce.
To nie dzieje się naprawdę…
– Chyba rozumiesz, co chcę przez to powiedzieć – oznajmił ojciec z westchnieniem.
– Bez obaw, potrafię dodać dwa do dwóch – prychnąłem, po czym zacisnąłem usta w cienką linię.
– Zander, twój brat układa sobie życie…
Tak. Z kobietą, która miała być miłością mojego pieprzonego życia!
Mojego i Everly.
– Masz dopiero trzydzieści jeden lat, jeszcze całe życie przed tobą. Ty też zasługujesz na szczęście, synu, pamiętaj, nigdy nie jest za późno, by…
– Przestań – przerwałem mu natychmiast ostrym jak brzytwa tonem. – Dobrze wiesz, jakie mam do tego podejście.
– Jeśli sam się nie przełamiesz i nie ustatkujesz, w końcu to Christopher przejmie stery w firmie. To ogromne przedsiębiorstwo, którego nie mogę zostawić na pastwę losu – skwitował, rozkładając dłonie.
– Tylko że to nie on poświęcił dosłownie wszystko dla tej firmy – rzuciłem z wyrzutem przez zaciśnięte zęby.
– Obaj jesteście jej oddani. Nie będę rozliczał, kto zrobił więcej, a kto mniej. Dobrze wiesz, że od lat stawiam sprawę jasno, mieliście się ustatkować…
– I byłem ustatkowany, dopóki ten sukinsyn nie odebrał mi Harper! – wybuchnąłem rozgniewany.
Zerwałem się z fotela i przemierzyłem salon, aż zatrzymałem się przy oknie balkonowym. Przymknąłem powieki i zacisnąłem dłonie w pięści. Odliczałem w myślach do dziesięciu.
– Synu, uspokój się – powiedział ojciec łagodnie. – Harper nie była ci pisana. Tak się zdarza. W życiu nie wszystko idzie po naszej myśli.
Kurwa, przekonałem się o tym zbyt wiele razy…
– Najwyższy czas, żebyś w końcu wziął się w garść i też znalazł jakąś kobietę.
– W porządku, w takim razie masz już gotowego następcę, nie będę z tym walczył – odpowiedziałem z udawanym spokojem. Ze wszystkich sił starałem się trzymać emocje na wodzy. Odwróciłem się do niego i spojrzałem mu prosto w oczy. – Ale co do jednego się nie zgodzę. Nigdy nie pozwolę na to, by jakaś przypadkowa kobieta dała Everly złudną nadzieję, a potem, gdy zrobi się poważnie, uciekła, gdzie pieprz rośnie, bo nie podoła obowiązkom. Córka jest dla mnie najważniejsza i to ją zawsze postawię na pierwszym miejscu.
– O nią tu chodzi, Zander. Ona zasługuje na to, by mieć matkę.
– Ma mnie, a ja codziennie daję jej miłość za dwoje – stwierdziłem dosadnie. – Skończyłem tę rozmowę.
Ruszyłem do holu, sięgnąłem po płaszcz i pospiesznie narzuciłem go na ramiona.
– Zander, zaczekaj, możemy pojechać razem…
– Będę trochę później, muszę coś jeszcze załatwić – mruknąłem wymijająco, chwytając za klamkę. – Zatrzaśnij za sobą drzwi.
Ojciec próbował mnie jeszcze zatrzymywać, ale zignorowałem to i poszedłem do windy.
Poczułem tępy, nieprzerwany ból w okolicy serca.
Wiem, że nie powinienem się złościć na ojca. Taka była w końcu tradycja… Nigdy nie faworyzował żadnego z nas. Był dobrym, kochającym i sprawiedliwym tatą, który krok po kroku wprowadzał nas do tego świata i uczył wszystkiego od podstaw.
Pochłonięty złością i szalejącymi w głowie myślami nawet nie zauważyłem drobnej kobiety na swojej drodze. Moje ramię delikatnie zderzyło się z jej barkiem.
– Przepraszam – wychrypiałem, nie zatrzymując się nawet na moment.
Wkroczyłem do windy i nacisnąłem guzik „zero”, po czym spojrzałem w lustro, a w jego odbiciu dostrzegłem młodą dziewczynę, którą chwilę temu przypadkiem potrąciłem. Na jej twarzy malowało się zaskoczenie. Ciemne brwi wystrzeliły w górę, a dłoń mocniej zacisnęła się na rączce czerwonej, ogromnej walizki.
Po kilku sekundach drzwi się zamknęły, a obraz nieznajomej zniknął mi sprzed oczu.
ZANDER
Gdy wyszedłem z apartamentowca, moje plany uległy ekspresowej zmianie. Dlatego zamiast jechać do domu, po niespełna trzydziestu minutach stanąłem przed drzwiami mieszkania najlepszego przyjaciela, które niemal natychmiastowo się otworzyły. W progu przywitał mnie wyszczerzony od ucha do ucha blondyn, który zapinał ostatnie guziki eleganckiej czarnej koszuli, szykując się na dzisiejszy sylwestrowy wieczór.
Z Ryderem przyjaźniłem się nieprzerwanie od dwudziestu sześciu lat. Przez cały ten czas szliśmy przez życie ramię w ramię, dzieląc się swoimi pierwszymi doświadczeniami i zawsze stanowiąc dla siebie oparcie. Choć nie łączyły nas więzy krwi, traktowałem go jak brata. Wiedziałem, że mogę do niego przyjechać czy zadzwonić o każdej porze dnia i nocy, nawet z najdrobniejszą błahostką, a on i tak będzie gotów, by mi pomóc.
Z wymalowanym na twarzy grymasem złości wyminąłem go w przejściu, wchodząc w głąb apartamentu. Znałem to wnętrze jak własną kieszeń, bo jeszcze kilka lat temu spędzałem tu niemal każdy dzień. Od razu podążyłem do aneksu kuchennego, chwyciłem za szklankę, do której nalałem wody, i w kilku haustach ją opróżniłem.
Teraz dużo bardziej przydałoby mi się whisky. Najlepiej cała jej butelka.
– Ciebie też dobrze widzieć, drogi przyjacielu. – Usłyszałem za swoimi plecami rozbawiony głos Benneta.
Odstawiłem z hukiem szkło na blat i odwróciłem się do niego z zaciętą miną.
– Ojciec oznajmił, że w niedługim czasie planuje emeryturę – warknąłem. – A ten skurwiel ma się dziś oświadczyć.
Każde z tych słów pozostawiło w moim gardle pieprzony niesmak.
Z twarzy mężczyzny w mgnieniu oka zniknął głupkowaty uśmiech, zastąpił go czysty szok.
Ryder doskonale wiedział, że chodziło o mojego brata i… moją byłą kobietę. Zdawał sobie także sprawę, z czym wiązały się te oświadczyny i co konkretnie dla mnie oznaczały.
Cholerny koniec.
– Co ty pieprzysz, Zander – wypalił skonfundowany, a między jego brwiami pojawiła się lwia zmarszczka. – Żartujesz…
– Uwierz, chciałbym sobie teraz, kurwa, żartować – przerwałem mu ostrym tonem, zaciskając palce na blacie, aż pobielały mi knykcie. – Ojciec specjalnie się pofatygował, żeby mnie o tym powiadomić.
Uniósł brwi, przejechał dłonią po krótko ostrzyżonych włosach i wypuścił z ust ciężki oddech.
– Pierdolony gnój – wymamrotał, powoli wychodząc z szoku.
Zasiedliśmy na stołkach barowych przy wyspie kuchennej, a ja krótko streściłem przyjacielowi przebieg rozmowy z ojcem.
– Zander, do cholery, przecież ty nie możesz tak po prostu odpuścić! – odezwał się podniesionym głosem.
– W tej sytuacji nie mam innego wyjścia…
– Oczywiście, że masz.
– Daj spokój, Ryder…
Nawet nie dał mi dokończyć; od razu uniósł dłoń i kontynuował:
– Czy ty rozumiesz, że nie możesz się teraz poddać i zaserwować się swojemu zjebanemu braciszkowi na cholernej tacy? – rzucił ostro. – Sam wiesz, ile poświęciłeś dla tej firmy, to stanowisko należy się tobie, nie jemu.
– To co mam niby zrobić według ciebie?
– Skoro tradycja tego wymaga… ochajtaj się – zaproponował jak gdyby nigdy nic, wzruszając ramionami.
Prychnąłem na jego niedorzeczne słowa.
– Czy ty siebie słyszysz?
– Oczywiście. – Pokiwał głową w zapewnieniu. – Jestem w stu procentach pewny swoich słów. I tak, wiem, jakie masz do tego podejście po sytuacji z Harper, ale…
Dalsza część zdania już nie dotarła do moich uszu przez wypełniający je szum i zalewające moją głowę wspomnienia, których już nie chciałem pamiętać… a wciąż powracały.
Harper Thompson poznałem trzy lata temu, kiedy pojawiła się w firmie, by zaaplikować na stanowisko recepcjonistki. Od początku dobrze nam się rozmawiało, a gdy dostała tę pracę, widywaliśmy się niemal codziennie, także po godzinach. Już na samym początku postawiłem sprawę jasno i powiadomiłem ją, że samotnie wychowuję roczną córeczkę, co nie stanowiło dla niej przeszkody.
Z biegiem czasu zakochałem się w niej bez pamięci. Była pierwszą kobietą, którą naprawdę pokochałem. Gdy weszliśmy w związek, a ona zamieszkała z nami, w końcu poczułem, że wszystko znalazło się na odpowiednim miejscu. Mijały miesiące, Everly również bardzo się do niej przywiązała. A ja każdego dnia utwierdzałem się w przekonaniu, że pragnę spędzić z Harper resztę swojego życia.
Ta sielanka trwała niemal dwa lata. W szufladzie leżał już wymarzony pierścionek zaręczynowy i czekał na ten odpowiedni dzień.
Dzień, w którym miałem oświadczyć się miłości swojego życia.
Tylko że… on nigdy nie nadszedł, ponieważ na krótko przed planowaną datą oświadczyn kobieta bez większych wyjaśnień zakomunikowała, że coś się tak po prostu wypaliło i nie widzi dla nas wspólnej przyszłości. Byłem skołowany i całkowicie załamany, nie miałem pojęcia, skąd ta nagła decyzja. Everly każdego dnia zastanawiała się, gdzie podziała się Harper. Moment, gdy swoim drżącym głosikiem wyznała, że bardzo za nią tęskni, i zapytała, czy ona już jej nie kocha, doszczętnie mnie zniszczył.
Wiedziałem, że muszę o nią zawalczyć. Dla siebie. Dla mojej małej córeczki. Nie wyobrażałem sobie życia bez Harper.
Po tygodniach starań, które nie przynosiły żadnych rezultatów, zobaczyłem ją w objęciach mojego brata. Rozpromienioną jak nigdy dotąd.
To był drugi raz w życiu, gdy poczułem tak niewyobrażalny ból serca, niemal rozrywający klatkę piersiową.
Zrozumiałem, że straciłem ją na zawsze.
Ich tłumaczenia nawet nie były za bardzo wyszukane, po prostu zakochali się w sobie, a Harper przerosło życie z domagającą się coraz większej uwagi Everly. Nie okazali nawet cienia skruchy. A jak się później okazało, spotykali się jeszcze w momencie, gdy byliśmy razem…
Harper to jedyna kobieta, która zdołała w pełni zdobyć moje serce, a później tak po prostu je złamała…
Jej odejście odcisnęło ślad także na serduszku mojej małej córeczki. Właśnie dlatego już wtedy obiecałem sobie, że nie dopuszczę do tego, by Everly przywiązała się do kobiety, która nie zostanie z nami na zawsze.
– Zander, halo! Słuchasz mnie w ogóle? – Głos zirytowanego przyjaciela przedarł się przez huczące w mojej głowie myśli.
– Co? – wykrztusiłem zakłopotany, marszcząc brwi. – A, tak.
Ryder ani trochę mi nie uwierzył.
– No dobra, zamyśliłem się – przyznałem. – Powtórz.
– Mówiłem, że musisz w końcu zawalczyć o swoje marzenia, nie możesz dać mu wiecznie wygrywać.
– Ryder, zrozum, że nie dopuszczę do mojego i Everly życia żadnej przypadkowej kobiety – oznajmiłem hardo.
Ten się skrzywił, jakby coś właśnie sobie uświadomił, po czym bez wahania wypalił:
– Poszukamy ci fałszywej żony.
– Słucham?! – Wybałuszyłem oczy.
– Nie każę ci się zakochiwać, Zander – odparł ze spokojem. – Możemy znaleźć kobietę, która za odpowiednią kwotę zgodzi się zostać twoją żoną na określony czas.
– Nie ma takiej opcji – parsknąłem drwiąco.
Ale Ryder pozostawał w pełni poważny i nieugięty.
– Nie pamiętasz, jak kilka lat temu wybuchł skandal wokół tej firmy architektonicznej? Chyba chodziło o Williams Company… – Zastanawiał się przez krótką chwilę, ale zaraz pokręcił głową. – Zresztą nieważne. Brat tej dziewczyny wkręcił ją w udawany związek ze swoim przyjacielem, żeby uchronić ją przed intrygą ojca.
Nie no, jego do reszty pojebało.
– Na litość boską, czy ja potrzebuję dodatkowo jakiegoś skandalu, idioto? – zapytałem retorycznie.
Liczyłem na jakieś dobre słowo, a nie na chore wymysły.
– Ale tu by nie było żadnego skandalu, zadbałbym o to. – Poklepał się w pierś.
Patrzyłem na niego z mordem w oczach, aż telefon w mojej kieszeni się rozdzwonił. Na wyświetlaczu widniał numer mamy. Od razu spojrzałem na godzinę.
Cholera, powinienem być już w drodze do rodzinnego domu.
– Muszę się zbierać. – Wskazałem na urządzenie i zaraz wstałem, po czym skierowałem się z przyjacielem do drzwi.
– Zastanów się nad moją propozycją! – wykrzyknął, gdy wchodziłem do windy.
Pokręciłem głową z politowaniem, wzdychając.
Małżeństwo dla korzyści? Jeszcze mnie nie popieprzyło.
Po kilku minutach znalazłem się w aucie i ruszyłem prosto do domu.
– Tatuś przyjechał! – Usłyszałem pisk córeczki, gdy stanąłem w progu.
– Cześć, maluchu.
Uśmiechnąłem się szeroko i rozłożyłem ręce, aby mogła wpaść w moje ramiona, co po sekundzie zrobiła. Uniosłem ją, okręciłem się kilka razy w akompaniamencie jej chichotu, a następnie złożyłem na jej czole pocałunek.
– Ślicznie wyglądasz – szepnąłem i chwyciłem za brązowy loczek opadający na jej buźkę.
– Dziękuję! – Uśmiechnęła się promiennie, ukazując szereg ząbków. – Babcia zrobiła mi kucyki! Zobacz, tatusiu, mam nawet nowe gumeczki!
Przechyliła główkę, abym mógł spojrzeć na dwie różowe, brokatowe frotki.
– Piękne są.
– O, jesteś, synku. – Z salonu wyłoniła się moja uśmiechnięta rodzicielka odziana w długą, czerwoną sukienkę.
– Cześć, mamo. – Przytuliłem ją na powitanie.
– Kochanie, chyba masz coś dla tatusia – zwróciła się do Everly.
– Och, ciasteczka! – Jej niebieskie oczka radośnie rozbłysły. Zsunęła się z mojego biodra i ruszyła biegiem do kuchni.
– Coś blado wyglądasz, skarbie, przeziębiłeś się? – zapytała zatroskana mama. – Koleżanka dała mi ostatnio przepis na taki syrop, może…
– Wszystko w porządku, naprawdę. Nie musisz się martwić – zapewniłem ją. – Chodźmy, może w czymś pomogę.
– Wszystko już gotowe, czekamy na ciebie.
Pokiwałem głową, ruszając za rodzicielką do salonu. Przywitałem się z pozostałą częścią rodziny i zająłem jedno z wolnych miejsc przy stole.
Na krótko spojrzenia moje i mojego ojca się spotkały, jednak po chwili całą uwagę przykuła Everly, gdy z ciasteczkami zaczęła wspinać się na moje uda.
Będąc przy córeczce, chciałem zapomnieć o tym syfie informacyjnym, który dziś nieoczekiwanie na mnie spadł.
Cały noworoczny dzień spędziliśmy z Everly i resztą rodziny u moich rodziców. Unikałem rozmowy z ojcem, bo najzwyczajniej w świecie nie miałem na to ochoty. Sam musiałem oswoić się z nową rzeczywistością.
Następnego dnia, wczesnym porankiem wyjechałem do apartamentu, aby odświeżyć się i ruszyć do firmy, w której czekała mnie cała masa papierkowej roboty po krótkim urlopie. Moja mama odwiozła Everly do przedszkola, a ja miałem ją odebrać od razu, gdy wyjdę z pracy.
Wjeżdżając windą na dwudzieste drugie piętro, wgapiałem się w post opublikowany wczoraj na Instagramie przez Harper i Chrisa, przedstawiający moment ich zaręczyn.
Ten kretyn zabrał ją do Rzymu tam, gdzie jeszcze rok temu ja planowałem to zrobić.
Portale plotkarskie natychmiastowo obiegła informacja o zaręczynach młodszego z synów właściciela Kensington Hotels & Resorts.
Gdy drzwi windy się otworzyły, westchnąłem ciężko, chowając telefon do kieszeni spodni. Ruszyłem wprost do mojego mieszkania.
Widok, jaki zastałem przy sąsiadujących z moimi drzwiach, zszokował mnie. Przystanąłem w miejscu, kilka kroków dalej, spoglądając spod zmarszczonych brwi na kobietę, która odziana jedynie w krótką białą piżamę z wyszytymi na niej różowymi kokardkami klęczała przed wycieraczką, ewidentnie coś zmywając. Obok leżał kartonowy pojemnik oraz przewrócony kubek bez wieczka, który zapewne spowodował mały bałagan. A teraz tak intensywnie go czyściła, kompletnie nie wyczuwając mojej obecności.
Odchrząknąłem nieco głośniej, na co dziewczyna wydała z siebie przestraszone westchnienie, w sekundę wstała z klęczek i wyprostowała się niczym struna.
– Boże, ale mnie pan przestraszył – odezwała się aksamitnym głosem, przykładając wolną dłoń do falującej piersi.
Spoglądała na mnie znad czarnych oprawek okularów ciemnymi niczym noc oczami, a niesforne, hebanowe włosy nieco sterczały w nieładzie, co oznaczało, że niedawno musiała wstać.
Gdy przez dłuższą chwilę skupiałem wzrok na jej zarumienionej twarzy, nagle wydała mi się jakoś dziwnie znajoma.
Zaraz… Przecież to ta sama dziewczyna, którą przedwczoraj potrąciłem ramieniem w drodze do windy.
I wyglądało na to, że została moją sąsiadką.
– Nie sądziłam, że akurat o tej porze, gdy będę czyściła rozlaną kawę, ktoś tu będzie przechodził. – Zaśmiała się niezręcznie, zagryzając dolną wargę, kiedy ja nadal pozostawałem milczący.
No odezwij się, kretynie!
– Przepraszam, nie chciałem pani przestraszyć – wychrypiałem.
– Nie, w porządku. – Machnęła dłonią. – Chyba mam pecha.
– Jeśli pani chce, mogę pożyczyć mop…
– Och, dziękuję, ale nie trzeba. – Uśmiechnęła się uprzejmie. – Już kończę.
– Jasne. – Pokiwałem głową, w końcu kierując się do swoich drzwi.
Lecz gdy już miałem przekroczyć próg mieszkania, na chwilę się zatrzymałem i zwróciłem się do kobiety:
– Ach, i jeszcze raz przepraszam, że tamtego dnia panią potrąciłem. – Ostatni raz omiotłem nową sąsiadkę spojrzeniem.
– Nic nie szkodzi – mruknęła cicho z delikatnym uśmiechem.
BLAIR
O. Mój. Słodki. Boże.
Co za wstyd!
Weszłam do mieszkania i cisnęłam na blat komody pustym papierowym kubkiem po kawie i pojemnikiem z tostami francuskimi, które zamówiłam na śniadanie. Zaparłam się o drzwi plecami i przymknęłam powieki, krzywiąc się. Czułam, jak moje policzki oblewa gorąc.
Facet, który potrącił mnie w drodze do windy, to mój nowy, cholernie przystojny sąsiad. Tak, to nie umknęło mojej uwadze, a wręcz pogłębiło uczucie żenady. W dodatku pamiętał mnie. A ja właśnie zrobiłam na nim spektakularnie złe pierwsze wrażenie, gdy na klęczkach sprzątałam tę przeklętą rozlaną kawę w samej piżamie.
Świetnie. Wręcz wybornie!
Od rana czułam, że to nie mój dzień. Kiedy wychodziłam z sypialni, uderzyłam małym palcem u stopy w róg szafki. Dotąd odczuwałam promieniujący ból. Potem prawie oblałam dostawcę jedzenia moją latte z podwójną pianką. Na całe szczęście lub – jak się nieco później okazało – nieszczęście, końcowo wylądowała na podłodze, na której zobaczył mnie mój sąsiad.
Westchnęłam ciężko i przełknęłam gorzki smak wstydu, którego wystarczająco się najadłam. Już nawet nie miałam ochoty na tosty, choć ich słodki zapach rozchodził się po holu i dotarł do moich nozdrzy. Żołądek jednak był przeciwny moim fanaberiom i głośnym burknięciem dał znać o głodzie.
No dobra, jednak może się na nie skuszę… Szkoda, żeby się zmarnowały.
A kawę już zawsze będę robiła sobie sama! Znaczy… Najpierw będę musiała nauczyć się obsługiwać ten przeklęty ekspres.
Przeszłam do kuchni, odłożyłam śniadanie na wyspę kuchenną, po czym podążyłam do aneksu, skąd wyjęłam talerz oraz sztućce, i zdecydowałam się zaparzyć herbatę miętową. Gdy przysiadłam na stołku, wyłożyłam tosty z pudełka i już po chwili rozkoszowałam się ich słodkim smakiem na podniebieniu. Mruknęłam z aprobatą, biorąc kolejny kęs. Sięgnęłam po laptop, weszłam na skrzynkę mailową i odczytałam wiadomości od mojej redaktorki, na które skrupulatnie zaczęłam odpowiadać.
Byłam w trakcie redakcji Inevitable Desire, mrocznego romansu między profesorem a jego studentką, obsadzonego w mglistym i deszczowym Edynburgu. Premiera książki nadchodziła wielkimi krokami. W międzyczasie pracowałam nad kolejnym tekstem, tym razem uniwersyteckiej młodzieżówki, którego z kolei termin oddania nieubłaganie się zbliżał.
Lubiłam ten kontrast. Otwierałam plik, pisałam jedną z mocniejszych scen erotycznych na tyłach akademickiej biblioteki, by za chwilę przenieść się do studenckiego świata i opisać uroczy pocałunek koszykarza i jego udawanej dziewczyny podczas meczu.
Byłam pochłonięta pracą, gdy leżący obok telefon się rozdzwonił. Na ekranie pojawiła się twarz mojej przyjaciółki i przychodzące połączenie wideo. Od razu odebrałam i oparłam urządzenie o kubek z w połowie wypitą herbatą.
– Heeej! – Elena obdarzyła mnie szerokim uśmiechem, po czym przekierowała kamerę na mojego leżącego w łóżku brata, który również się przywitał, ostentacyjnie ziewając.
Grayson i Elena przed czwartą wylądowali w Seattle, więc teraz zapewne zamierzali odespać kilkugodzinny lot. A przynajmniej mój brat zamierzał, jak widać.
– No witam państwa – odparłam ironicznie, również się wyszczerzając. – Jak minęła podróż?
– A w porządku – przyznała, zasiadając przy toaletce, po czym zaczęła przecierać twarz nasączonymi płatkami kosmetycznymi. – Tylko strasznie nas wymęczyła, a Grayson nie dał mi zmrużyć oka nawet na minutę.
Parsknęłam, gdy posłała mi znaczące spojrzenie.
– Modeleczko. – Z głębi mieszkania dotarł głos wspomnianego. – Kto komu nie dał zmrużyć oka, hmm?
Grayson złośliwie zaczął mówić w ten sposób na Elenę, gdy dowiedzieli się, że będą współpracować. I mimo że ona już kilka miesięcy temu porzuciła modeling na dobre, teraz stanowiło to pieszczotliwy zwrot, który dziewczyna z biegiem czasu pokochała, tak jak i mojego brata.
– Boże, dobra, nie chcę wiedzieć, co robiliście w tym samolocie. – Uniosłam dłonie w geście kapitulacji, śmiejąc się w głos.
Elena pokręciła głową, popukała się palcem w czoło, po czym mi zawtórowała.
– Jak ci się pomieszkuje w nowym miejscu? – zapytała po chwili, próbując zachować powagę.
– Minęły raptem dwa dni, ale jest naprawdę dobrze – powiedziałam szczerze. – Czuję, że zmiana otoczenia dużo mi daje i w końcu małymi kroczkami pokonuję tę barierę. Coraz więcej piszę, więc praca jak na razie idzie gładko.
To była prawdziwa ulga i powód do radości. Od dłuższego czasu pisanie, które kiedyś stanowiło moją największą pasję, przestawało dawać mi szczęście. W pewnym momencie pod natłokiem zobowiązań stało się ciężarem i przeklętym obowiązkiem, któremu musiałam sprostać. A przecież ja kochałam to robić. Nie z przymusu, lecz z serca, które kiedyś w końcu pozwoliło mi w siebie uwierzyć i zaryzykować.
– Tylko się tam nie przepracowuj!
Przyjaciółka powędrowała do łóżka i usiadła na skraju materaca. W tle widziałam prawie zasypiającego Graysona.
– O to nie musisz się martwić. – Mrugnęłam do niej. – No i… – Przerwałam, zagryzając wargę.
– Co „no i”? – Uśmiechnęła się zawadiacko.
– Mam bardzo przystojnego sąsiada – wyznałam ściszonym tonem, nie mogąc pohamować uśmiechu.
W mojej głowie znów pojawił się obraz postawnego bruneta. Jego przeszywające na wskroś spojrzenie wprawiało mnie w lekkie zakłopotanie.
A to mi się nie zdarzało!
– Słucham? Co masz? – Grayson, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, poderwał się do siadu. Już nie było po nim widać żadnych oznak zmęczenia.
Obie z Eleną roześmiałyśmy się w głos na jego impulsywną reakcję.
Momentami miałam wrażenie, że w oczach mojego brata dalej pozostawałam tą małą dziewczynką, którą zajmował się lata temu, gdy rodziców ciągle nie było w domu. Mimo że bardzo mi ich brakowało, on wraz z Mary starali się zapewnić mi najlepsze wspomnienia. Między innymi dlatego łączyła mnie z nim tak silna więź.
Był najwspanialszym bratem i przyjacielem, jakiego mogłabym sobie wymarzyć, nawet wtedy, gdy czasami wydawał się nadzwyczaj zrzędliwy i zaborczy.
– Sąsiada, Grayson – parsknęłam. – Wiesz, to taki osobnik płci męskiej, w zasadzie trochę podobny do ciebie, żyjący w mieszkaniu obok.
– No co ty nie powiesz – rzucił sarkastycznie, przewracając oczami. – Czasem brak mi do ciebie sił, Blair, serio – gderał i pokręcił głową, po czym ponownie się położył.
Elena wciąż chichotała pod nosem.
– A ja kocham cię wkurzać!
– Znajdziemy lepszy moment, żebyś opowiedziała mi o swoim interesującym sąsiedzie – wyszeptała konspiracyjnie.
– Eleno Miralles! – warknął ostrzegawczo.
– No przecież nic nie mówię – broniła się, wciąż roześmiana.
Jeszcze przez krótką chwilę rozmawiałyśmy, po czym zakończyłyśmy połączenie – ona poszła odsypiać, a ja wróciłam do redakcji.
Gdy nadeszła siedemnasta, w końcu postanowiłam przebrać się z wygodnej piżamy w bardziej wyjściowy strój.
Uwielbiałam pisać właśnie w niej, dlatego nie powinno nikogo zdziwić, że moja szafa mieściła w sobie kilkadziesiąt kompletów, w różnych kolorach, wzorach i krojach.
Chciałam tylko przejść się po okolicy i przy okazji wstąpić do jakiejś knajpy na nieco późniejszy obiad. Kiedy byłam w ciągu pracy, czasem naprawdę zapominałam o jedzeniu. O piciu też się kilka razy zdarzyło…
Nałożyłam delikatny makijaż, składający się z tuszu i ulubionego błyszczyku. Gładko ulizałam włosy, spięłam je z tyłu bordową klamrą i po bokach dodałam pasujące spinki w kształcie gwiazdek. Wciągnęłam na tyłek czarne jeansy, dobrałam do kompletu golf, a na ramiona narzuciłam obszerną ramoneskę w kolorze czerwonego wina. Nałożyłam na nos okulary, chwyciłam za torebkę i wyszłam z mieszkania.
Gdy zamykałam drzwi, usłyszałam z oddali zbliżające się kroki oraz odgłosy rozmowy. Odwróciłam się na pięcie i dostrzegłam sąsiada. Ale nie był sam. Trzymając pod pachą czarną teczkę, a w dłoni beżowy plecak w różowe serduszka, prowadził za rączkę rozgadaną małą dziewczynkę, która wyglądała jak jego wierna kopia.
Cholera. Był ojcem… A to oznaczało, że zapewne miał też żonę. Aha, a ja ewidentnie za dużo sobie wyobraziłam.
Boże, jak w ogóle mogłam pomyśleć, że tak wyglądający facet może być sam?!
– Och, dzień dobry – odezwał się pierwszy, znowu przenikając mnie bystrym spojrzeniem zza okularów.
Dlaczego musiał wyglądać w nich jak pieprzona perfekcja?!
– Dzień dobry, proszę pani. – Dziecięcy głosik sprawił, że podążyłam wzrokiem do uśmiechniętej od ucha do ucha dziewczynki. – Jestem Everly, a to mój tata Zander. – Wskazała na mężczyznę.
Zander…
– A pani jak się nazywa? – Przechyliła główkę pełną ciemnych loczków.
Ta mała od pierwszego wejrzenia skradała serce. Na moje wargi mimowolnie wypłynął ciepły uśmiech.
– Cześć, ja jestem Blair. A ty masz przepiękne imię, Everly.
– Dziękuję! Moja mamusia je wybrała – wyznała rozpromieniona.
Twoja mama ma naprawdę świetny gust… – dodałam w myślach.
– Ale ma pani śliczne spineczki. – Ściągnęła usta w dziubek i wpatrywała się w nie oczarowana.
– Podobają ci się? – zapytałam retorycznie, na co dziewczynka ochoczo przytaknęła. Niewiele myśląc, sięgnęłam dłońmi do włosów i odpięłam dwie spinki. – W takim razie proszę, będą ci pasować. – Podarowałam je sąsiadce z uśmiechem.
– Och… – westchnęła uroczo, zaskoczona, spoglądając naprzemiennie na mnie i moją dłoń.
– Niech pani je zachowa… – zaczął mężczyzna.
– To żaden problem. – Machnęłam wolną ręką. – Mam ich naprawdę sporo w swojej kolekcji.
– Jest pani taka kochana! – Everly niespodziewanie objęła mnie mocno ramionami. – Bardzo dziękuję! – dodała podekscytowana.
Poklepałam ją delikatnie po plecach.
– Nie ma za co, naprawdę.
Gdy uniosłam głowę, zauważyłam, że kącik ust Zandera niemal niezauważalnie drgnął. Kiedy zorientował się, że mu się przyglądam, zachował neutralną minę i skinął mi w podziękowaniu.
Mała poprosiła, bym wpięła w jej włosy ozdoby, co zaraz uczyniłam.
– I jak wyglądam, tatusiu? – zapytała wesoło, kiwając główką na boki.
– Jak zawsze ślicznie, słonko.
Moje serce chyba zrobiło fikołka.
Everly w podzięce za komplement posłała mu w powietrzu całusa.
– Ostatnio dostałam od babci brokatowy zestaw, mogę pani pokazać!
– Kochanie, nie zajmujmy czasu, pani pewnie się spieszy… – zwrócił się łagodnie do córki.
– Nie, w porządku… – Nasze spojrzenia się spotkały, a ja na moment zamilkłam. – Nigdzie mi się nie spieszy, jestem tu sama i miałam w planie tylko przejść się po okolicy.
– Ojej, to niech pani przyjdzie do nas, przyniosę moją szkatułkę i napijemy się herbatki malinkowej, mojej ulubionej. – Na wspomnienie o tym konkretnym napoju moje serce się zacisnęło. – Tatuś zawsze powtarza, że nikt nie powinien być sam, prawda? – Spojrzała z nadzieją na Zandera.
– To prawda, córeczko…
Widziałam, że był zakłopotany tą sytuacją, więc postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce.
– Dziękuję za zaproszenie, Everly, będę pamiętała na przyszłość. – Obdarzyłam ją życzliwym uśmiechem. – Dziś jednak trochę porozglądam się po okolicy.
– No dobrze… – zgodziła się.
Już miałam się pożegnać i odjeść, ale jeszcze dodałam:
– Aha, Everly, i żadna „pani”. Mów mi Blair.
– Dobrze, papa, Blair! – Pomachała mi uradowana.
