Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
210 osób interesuje się tą książką
Czy można naprawić coś, co już raz zostało zniszczone?
Tate Kelly wróciła do Irlandii z konkretnym zamiarem: podpisać papiery rozwodowe, zamknąć za sobą przeszłość i odejść na zawsze. Tym razem miało być inaczej. Bez wątpliwości. Bez oglądania się za siebie.
Ale Graham Kelly nie pozwala jej zapomnieć o tym, co było. Mężczyzna, który kiedyś ją zranił, dziś sam jest cieniem dawnego siebie. Zagubiony, przytłoczony poczuciem winy i przekonany, że nie zasługuje na nic więcej. Dlatego proponuje jej układ.
Dwa tygodnie. Czternaście dni, podczas których będą udawać, że ich małżeństwo wciąż istnieje. Po tym czasie Tate dostanie to, po co przyjechała – wolność.
Powrót do wspomnień okazuje się jednak bardziej niebezpieczny, niż którekolwiek z nich mogło przypuszczać. Bo uczucia, które miały wygasnąć, wciąż się tlą. A bliskość, której oboje tak długo unikali, zaczyna burzyć mury skrupulatnie budowane przez lata.
Nagle odejście przestaje być takie proste.
Bo jak zostawić kogoś, kto wciąż jest twoim całym światem?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 321
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Redaktorka inicjująca: Agnieszka Mazurkiewicz
Redakcja: Aleksandra Ptasznik
Korekta: Sandra Popławska, Kamila Recław
Projekt okładki: Agnieszka Zawadka
Zdjęcie na okładce: Unsplash, Brilliant Eye/AdobeStock
Opracowanie graficzne i skład: Maciej Trzebiecki
Redaktor prowadzący: Marcin Kicki
Producent: Agora Książka i Muzyka sp. z o.o.
ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa
www.wydawnictwoagora.pl
Copyright © by Karolina Żynda, 2026
Copyright for this edition © by Agora Książka i Muzyka sp. z o.o., 2026
Wydanie pierwsze
Wszelkie prawa zastrzeżone
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)
Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Publikacja może być zwielokrotniona i wykorzystywana wyłączenie w zakresie dozwolonym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwielokrotnianie i wykorzystywanie treści publikacji w jakiejkolwiek formie do eksploracji tekstów i danych (text and data mining) lub do trenowania modeli sztucznej inteligencji, bez uprzedniej, wyraźnej zgody Wydawcy jest zabronione.
Warszawa 2026
ISBN: 978-83-8380-352-4
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!
Polska Izba Książki
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej
Dla wszystkich, którzy potrzebują drugiej szansy.
Ona gdzieś na Was czeka.
Ostrzeżenie dotyczące treści
W książce pojawiają się następujące tematy: pożar, uszkodzenie ciała, depresja.
Powroty bywają słodko-gorzkie, zwłaszcza gdy wraca się, by pozbierać coś, co kiedyś doprowadziło nas do upadku.
A ja chciałam zniszczyć Grahama. Nas. Wszystkie wspomnienia, nawet po latach wciąż prześladujące mnie jak cierń, który utkwił głęboko w skórze, obrósł tkanką, ale nadal pulsował bólem. Pragnęłam się go pozbyć. Byłam zdeterminowana.
Wydawało mi się, że to jedyne rozwiązanie. Jedyne lekarstwo.
Ale los zakpił ze mnie, popychając w zupełnie innym kierunku. A może to prawda postanowiła upomnieć się o swoje? Często bywa tak, że im bardziej próbujemy przed nią uciec, tym szybciej nas dogania i udowadnia, że nie można z nią wygrać.
Przyjechałam, żeby nas zniszczyć, a skończyłam, próbując nas wskrzesić. Zamiast kropki postawiłam przecinek. Uwierzyłam, że koniec może się okazać początkiem. To właśnie ta ślepa wiara sprawiła, że złożyłam Grahamowi impulsywną propozycję i wybłagałam dwa tygodnie powrotu do przeszłości, jakbyśmy nadal byli tą samą parą, która wierzyła, że miłość wystarczy. A potem ta sama wiara zaprowadziła mnie do jego sypialni, podszeptując, że właśnie tam jest moje miejsce.
Pokój Grahama wyglądał dokładnie tak, jak się spodziewałam po kilkunastu dniach spędzonych z jego nowym, szorstkim ja. Był surowy i chłodny, jak całe jego obecne życie.
Proste sosnowe łóżko z rozkopaną pościelą i prześcieradłem wystającym niechlujnie spod materaca zajmowało centralne miejsce. Obok stał niski stolik, zastawiony pustymi szklankami, niedopitą butelką wody i zgniecionym opakowaniem po lekach. Na zakurzonej podłodze, przy jednej z nóżek, leżało puste, pomięte opakowanie po chipsach, które wcześniej pewnie leżało na blacie, ale najwyraźniej spadło, gdy zabrakło już dla niego miejsca.
Rolety były zaciągnięte; nawet z daleka, w słabym świetle, dostrzegłam na nich kurz. Stara, sfatygowana lampka nocna promieniowała żółtawym blaskiem, od czasu do czasu delikatnie migocząc.
W rogu pokoju na podłodze walała się sterta ubrań. Obok stał przepełniony kosz na pranie, niezdolny pomieścić nic więcej. Ciemnobrązowe ściany były zupełnie gołe. Żadnych zdjęć, obrazów, tak samo jak w reszcie domu.
Poza tym w pokoju stało biurko z komputerem, który wyglądał, jakby służył do grania, z dwoma monitorami i klawiaturą świecącą w różnych kolorach. Była tam też prosta, szeroka komoda, ustawiona naprzeciwko łóżka, by wygodniej korzystało się z postawionego na niej telewizora.
W pomieszczeniu panował chłód, większy niż w reszcie domu, bo Graham zostawił otwarte okno.
Trochę żałowałam, że włożyłam na siebie tak cienki kawałek satyny i koronki, choć sposób, w jaki Graham zlustrował moje ciało, gdy stanęłam w drzwiach, był tego wart.
Szum deszczu i jego przestraszone spojrzenie odprowadziły mnie do jego łóżka.
Napięcie rozsadzało mnie od środka, gdy wsunęłam się pod kołdrę i udawałam spokój, którego wcale nie czułam.
Materac zaskrzypiał pod moim ciężarem.
Ułożyłam się powoli, miałam wrażenie, jakby moje mięśnie ważyły tonę. Plecami do niego, jakbym rzeczywiście była gotowa zasnąć, choć cała ta sytuacja stresowała mnie tak bardzo, że sen był ostatnią rzeczą, o której myślałam.
Nie wzięłam ze sobą telefonu, więc nie mogłam nawet zabić czasu bezmyślnym scrollowaniem.
Każdy oddech Grahama docierał do moich uszu z przeraźliwą wyrazistością, przypominając, że mężczyzna wcale mnie tu nie chciał, że musiałam się wprosić, by znaleźć się tak blisko. Wciągał i wypuszczał powietrze spokojnie i głęboko, w równym rytmie, przez co brzmiało to niemal nienaturalnie. Podejrzewałam, że musiał się pilnować, by utrzymać tę niewzruszoną fasadę.
Włożyłam dłonie pod policzek i zamknęłam oczy, licząc, że zmuszę się do snu. Byłam zmęczona. Ten dzień wyssał ze mnie wszystkie siły i zostawił jedynie napięcie oraz pustkę. Czułam się bardziej wykończona niż po najcięższych treningach z młodości.
A jednak... nie mogłam zasnąć.
Nie z nim leżącym obok.
Nie z tym wszystkim, co wisiało w powietrzu.
Minęły wieki, zanim Graham w końcu się odezwał.
– Nie przeszkadza ci światło? – zapytał cicho. – Czytałem, ale jak chcesz, mogę je zgasić.
– Nie trzeba. Czytaj dalej.
– Już mi się nie chce.
Nie musiał mówić, że przeze mnie. To było oczywiste.
– A ja straciłam ochotę na sen – rzuciłam, przekręcając się na plecy. – Skoro i tak nie czytasz, mogę włączyć telewizor?
– Tak – mruknął. – Rób, co chcesz.
Nie tak to sobie wyobrażałam.
W mojej głowie Graham był... inny – na początku zirytowany, ale potem łagodniał. Zachowywał się jak mąż, nie jak ktoś obcy. Nie potrafił się powstrzymać. Nie trzymał mnie na dystans.
Tak wyglądały urojenia, które mnie tu przywiodły.
Brakowało w nich niezręczności, która wkradła się między nas powoli i podstępnie, jak narastający obłok dymu. Może i skłoniłam go do udawania, że jesteśmy prawdziwym małżeństwem, ale sześciu lat rozłąki nie da się tak po prostu wymazać. Mogliśmy znów się do siebie zbliżyć, uprawiać seks, ale to były powierzchowne zbliżenia, szybkie i burzliwe, mające niewiele wspólnego z prawdziwą, głęboką intymnością.
Mój entuzjazm zaczął gasnąć.
Włączyłam telewizor i zaczęłam bezwiednie przeskakiwać po kanałach. W końcu zatrzymałam się na jakimś filmie akcji. Zupełnie mnie nie interesował, ale był lepszy od ciszy, która zapadła między nami. Liczyłam, że film przypadnie mu do gustu i choć na chwilę odciągnie jego uwagę od myśli, które najwyraźniej go dręczyły.
Nie zadziałało. Cały czas czułam na sobie jego spojrzenie. Milczał, ale nie odwracał wzroku. To było jak powolna tortura. Chciałam spojrzeć mu prosto w oczy i coś powiedzieć, cokolwiek, ale nie byłam pewna, do czego to doprowadzi. Nie ufałam sobie. Nie, gdy byłam tak wyczerpana i rozbita emocjonalnie. Nie chciałam dolewać oliwy do i tak już rozpalonego ognia. Graham przypominał dzikie zwierzę. Zbliżenie się do niego wymagało ostrożności, czasu i cierpliwości.
Udawałam więc, że skupiam się na filmie. Udawałam tak długo, aż mój organizm zaczął się poddawać.
Ostatnim, co poczułam, był delikatny dotyk na policzku i ciepłe ramiona, które ostrożnie ułożyły mnie do snu, otulając miękką kołdrą.
Przez te sześć lat przywykłam spać sama. Doszłam do wniosku, że dzielenie z kimś łóżka jest przereklamowane. Miłość przysłania ludziom rozsądek i każe im wierzyć, że to coś przyjemnego, gdy prawda jest zgoła inna. Bo co jest niby przyjemnego w szarpaniu się o kołdrę, słuchaniu czyjegoś chrapania czy mniejszej ilości miejsca na materacu, który mógłby w całości należeć tylko do nas? Nic. Hormony i instynkt dbający o przetrwanie gatunku każą ci sądzić inaczej, zwłaszcza w świeżych relacjach, ale to kłamstwa.
A jednak...
Tonęłam w cieple, które od tak dawna znajdowało się poza moim zasięgiem, że zapomniałam o jego istnieniu. Uczepiłam się go, nie dbając, czy to oksytocyna zalewa mi mózg, czy może inne związki chemiczne próbują mnie oszukać, bo to było tak dobre. Tak właściwe.
W pierwszym momencie nie wiedziałam, co się dzieje. Dryfowałam w przyjemnym niebycie, otoczona odległym, a jednak tak znajomym poczuciem bezpieczeństwa.
Coś jednak nie dawało mi spokoju. Majaczące gdzieś w oddali echo świadomości zaczęło powoli wyrywać mnie z tego błogiego stanu.
Budziłam się.
Poranek zakradał się cicho przez uchylone okno, niosąc chłód i wilgotny zapach powietrza po deszczu. Poczułam miękki materiał koszulki pod policzkiem i spokojny, miarowy rytm serca, rozbrzmiewający cicho tuż przy moim uchu. Wydawał się znajomy, jak zapomniana melodia, która powraca nagle, choć nie sposób uchwycić jej do końca.
Powietrze wokół miało znajomy zapach – mieszankę mydła, czegoś świeżego i wybitnie męskiego. Znałam ten zapach równie dobrze, jak tę miarową melodię serca.
Graham.
Leżałam na Grahamie.
Uświadomienie sobie tego podziałało na mnie lepiej niż najgłośniejszy budzik. Moje zakończenia nerwowe natychmiast rozbłysły, gdy zaczęłam rejestrować wszystkie bodźce. Rękę miałam przerzuconą przez jego brzuch, głowę na jego piersi, a moja noga bezwstydnie spoczywała na jego udzie. Chyba miał podwiniętą koszulkę, bo dotykałam nagiego skrawka jego twardego, wyrzeźbionego brzucha.
Byliśmy tak blisko... Nic dziwnego, że zrobiło mi się tak ciepło.
Nie poruszyłam się. Zamarłam, jakby najmniejszy ruch mógł przerwać ten dziwnie kruchy stan, w którym tkwiliśmy. Wciąż z zamkniętymi oczami chłonęłam ten moment, tę bliskość, która przez ostatnie lata stawała się dla mnie coraz bardziej blaknącym wspomnieniem.
Nie wiedziałam, czy Graham wciąż śpi. Ostrożnie otworzyłam jedno oko i spojrzałam w górę.
Leżał na plecach, z jedną ręką swobodnie opartą o materac, drugą ułożoną pod głową. Nie obejmował mnie, nie tulił. Wyglądało na to, że to ja owinęłam się wokół niego niczym wąż, bez żadnego zaproszenia, a on był tego zupełnie nieświadomy.
Powinnam się odsunąć. I tak poszedł na spory kompromis, gdy pozwolił mi spać w swoim łóżku. To był ogromny krok, zważywszy na jego dystans i niechęć do bliskości czy dotyku. Tyle że... byliśmy małżeństwem. Mieliśmy nim być jeszcze przez czternaście dni.
Zamiast wrócić na swoją stronę łóżka, zaczęłam go obserwować. Oddychał spokojnie, głęboko. Prawdopodobnie wciąż spał. Przez kilka minut wsłuchiwałam się w ten rytm, przypominając sobie, jak to było dawniej, jak naturalnie nasze ciała układały się obok siebie, kiedy widmo rozstania nie wisiało nad nami jak burzowa chmura.
Serce ścisnęło mi się boleśnie, gdy przeniosłam wzrok na jego twarz. Światło padające przez rolety rysowało miękkie linie na jego policzku, odsłaniając delikatne zmarszczki przy oczach i napięcie wokół ust, którego nawet sen nie zdołał całkiem rozluźnić. Wydawał się tak spokojny, tak odległy od tego surowego, zamkniętego mężczyzny, którego poznawałam na nowo.
Unosząc powoli głowę, wsparłam się na łokciu, by lepiej mu się przyjrzeć. W tej pozycji miałam pełny widok na linię jego szczęki oraz jasne blizny, które znaczyły skórę na policzku i szyi, biegnąc dalej pod materiał koszulki. Wyciągnęłam dłoń, by ich dotknąć, ale w ostatniej chwili zatrzymałam palce tuż nad jego skórą.
Przytulanie to jedno, lecz dotknięcie pamiątki po okrutnym pożarze to zupełnie inna sprawa. Wiedziałam, jaki miał stosunek do blizn, jak bardzo ich nienawidził. Nie chciałam przekroczyć tej granicy bez jego zgody. Pragnęłam, by sam pozwolił mi się dotknąć w tych miejscach, by sam mnie do siebie dopuścił.
Opuściłam dłoń, ale chyba odrobinę za późno, bo nagle poczułam, jak Graham porusza się pod moim ciężarem. Niemożliwe, by zaalarmowały go palce zawieszone centymetry od jego skóry, a jednak...
W jednej chwili moje ciało napięło się, a serce zaczęło uderzać mocno, jakby chciało wydrzeć się z piersi.
Graham otworzył oczy. Wpatrywał się przez sekundę w sufit, po czym zesztywniał jak struna, a jego wzrok powędrował niżej, ku mnie. Jego mięśnie pod moim ciałem stały się twarde jak kamień.
Nie wiedziałam, co powinnam zrobić. Odsunąć się? Powiedzieć coś?
Zdecydowałam się na tę drugą opcję, bo pierwsza nie wydała mi się atrakcyjna.
– Wybacz... tak się obudziłam.
Przez chwilę tylko oddychał. Potem odchrząknął. Dwukrotnie.
– Która godzina? – zapytał z pozoru spokojnie, ale wyłapałam w jego głosie nutę zdenerwowania i osobliwej desperacji.
Jego tętno nagle przyspieszyło. Serce pracowało gwałtownie. Czułam echo każdego uderzenia na własnej skórze, wciąż opartej o jego brzuch.
Przełknęłam ślinę.
– Nie wiem. Dopiero się przebudziłam.
Między nami ponownie zapadła pełna napięcia cisza. Opuściłam delikatnie głowę z powrotem na jego pierś, tak że ledwie jej dotykałam. Nie opierałam się na nim w pełni, choć wiedziałam, że wkrótce zacznie mnie boleć kark.
Graham leżał sztywno, w całkowitym bezruchu, ledwo oddychając. Sprawiał wrażenie, jakby czekał, aż się odsunę, wycofam z tej przypadkowej pomyłki. Ale ja się nie poruszyłam. Wbrew temu, co mógł myśleć, byłam dokładnie tam, gdzie chciałam być. Jedynym, co nie pasowało, co naprawdę mnie bolało, była jego reakcja.
Kiedy zorientował się, że nie zamierzam się ruszyć, choć wydawało się to nie do pomyślenia, zesztywniał jeszcze bardziej. Miałam wrażenie, że za chwilę zapadnie się w sobie. Napięcie promieniujące z jego ciała było niemal namacalne.
Instynktownie pogładziłam jego skórę opuszkami palców, by go uspokoić. Wciągnął szarpany wdech przez zaciśnięte zęby. Chyba osiągnęłam efekt odwrotny od zamierzonego, ale dopiero po chwili zrozumiałam dlaczego.
Moja dłoń znalazła się niebezpiecznie blisko krawędzi jednej z blizn.
Zadarłam głowę, by spojrzeć mu w oczy. Odruchowo rozchyliłam usta, gotowa przeprosić, ale było już za późno.
– Muszę... do łazienki – wydusił, unikając mojego spojrzenia.
Nie zdążyłam nawet odpowiedzieć, a on już wstawał, ostrożnie wysuwając się spod mojego ciężaru. Unikał mnie, jakby nawet najdelikatniejszy dotyk mógł go poparzyć.
Usiadłam na materacu, patrząc, jak zsuwa nogi z łóżka, łapie z podłogi pierwszą lepszą bluzę i zarzuca ją pospiesznie na ramiona. Przez cały czas jego rozbiegane oczy uparcie omijały moją twarz, skupione na wszystkim, tylko nie na mnie.
– Zaraz wracam – rzucił jeszcze, wychodząc z pokoju i zostawiając za sobą ciszę tak gęstą, że miałam wrażenie, jakby mnie przygniatała.
Gdy tylko drzwi się za nim zamknęły, wypuściłam głośno powietrze. W pokoju zrobiło się nagle zimno, choć okno było tylko lekko uchylone, a nadchodzący dzień zapowiadał się ciepło.
Opuściłam wzrok na miejsce, które jeszcze przed chwilą zajmował Graham. Na pogniecione prześcieradło i poduszkę, na której wciąż widniało wgłębienie po jego głowie.
Zaczęłam się zastanawiać, czy naprawdę dobrze robię, wystawiając się na tak emocjonalne ciosy. Mój mąż popełnił w życiu wiele błędów. Tym razem nie ranił mnie celowo, ale efekt był ten sam – bolało. I nie byłam pewna, czy mam w sobie dość siły, by to zmienić.
Graham był tak poraniony, tak głęboko zamknięty w sobie, że mogło się okazać, że nawet miłość nie wystarczy, by wyciągnąć go z powrotem ku światłu. Bo ostatecznie pomóc można tylko komuś, kto tej pomocy chce. A kochać naprawdę, w pełni, można tylko wtedy, gdy druga strona na to pozwoli i odpowie tym samym.
Gdy obudziłam się po raz drugi tego ranka, łóżko było puste.
Puste i zimne.
Grahama nie było w nim już od dłuższego czasu. Może w ogóle do niego nie wrócił? Nie byłam pewna. Zasnęłam, zanim zdążył wyjść z łazienki. Siedział tam zaskakująco długo. Przez chwilę zastanawiałam się nawet, czy nie sprawdzić, czy wszystko z nim w porządku, ale niepokój rozpłynął się w narastającym znużeniu.
Przełknęłam kolejną porcję rozczarowania. Nikt nie mówił, że będzie łatwo, prawda?
Potrzebowałam planu.
Potrzebowałam go teraz bardziej niż kiedykolwiek.
Nie należałam do osób, które zniechęcają pierwsze przeszkody. Kiedy coś szło nie po mojej myśli, zmieniałam strategię, aż wszystko wskakiwało na swoje miejsce.
Również tym razem nie miałam zamiaru robić wyjątku.
Z tą myślą podniosłam się z łóżka i poszłam do łazienki na korytarzu, żeby zabrać swoje rzeczy i przenieść je do tej, która przylegała do sypialni Grahama. Z kosmetyczką i szczoteczką w dłoni wróciłam po chwili do pokoju.
Z końca korytarza dobiegały miarowe skrzypnięcia i uderzenia, przeplatane cichą, klasyczną melodią, stłumioną przez zamknięte drzwi.
Zatrzymałam się na moment i spojrzałam w tamtym kierunku. Graham ćwiczył. Schował się w swojej drugiej bezpiecznej przystani, bo zajęłam mu tę pierwszą.
Głośniejsze stuknięcie sprawiło, że podskoczyłam, jakbym została przyłapana na robieniu czegoś niewłaściwego. Potrząsnęłam głową i ruszyłam dalej do jego łazienki, która okazała się równie nieuporządkowana co sypialnia.
Na podłodze leżał wilgotny ręcznik, zwinięty w niedbałą kulę. Umywalka była zachlapana, a na jej brzegu piętrzyły się codzienne akcesoria: otwarty dezodorant, pasta bez zakrętki i szczoteczka rzucona niedbale do kubka. Lustro nosiło ślady po przecierającej je w pośpiechu dłoni, a w rogu osiadł kurz. Żel pod prysznic stał samotnie, zużyty do połowy, obok niego leżała odklejona etykieta po starej butelce szamponu. Półka nad toaletą uginała się pod ciężarem pustych opakowań i przypadkowych przedmiotów, które nie miały swojego miejsca. Zanotowałam w pamięci, że i tutaj będę musiała zrobić porządek.
Na razie postawiłam kosmetyczkę na brzegu umywalki i rozsunęłam zamek, by sięgnąć po to, co najpotrzebniejsze. Szybko wykonałam poranną pielęgnację, pamiętając o kremie z filtrem. Rozczesałam włosy palcami, potem szczotką, a na koniec związałam je w luźny kucyk, przewiązany czarną wstążką związaną w kokardkę.
Nałożyłam lekki makijaż i gdy byłam gotowa, poszłam do swojego pokoju. Wyciągnęłam z walizki prostą czarną sukienkę, sięgającą za kolano, i narzuciłam na nią kremowy oversize’owy sweter.
Czułam się gotowa na podbój świata. Albo przynajmniej podbój kuchni oraz konfrontację z Grahamem, bo mój żołądek domagał się śniadania.
Odłączyłam telefon od ładowarki, zabrałam go ze sobą i zeszłam na dół. Czułam dziwne mrowienie w karku, jakby Graham w każdej chwili mógł wyjść ze swojej samotni i na mnie wpaść. Było to jednak niedorzeczne, bo wciąż słyszałam odgłosy wskazujące, że nadal ćwiczy.
Gdy tylko moja stopa stanęła na chłodnych kaflach, podbiegła Śnieżka, wesoło merdając ogonem.
– Cześć, malutka – przywitałam się, biorąc ją na ręce.
Graham najpewniej wypuścił ją już wcześniej, ale mimo to ruszyłam w stronę drzwi balkonowych, by zrobić to ponownie. Pogłaskałam ją za uchem, ucałowałam w nos, a potem otworzyłam szklane drzwi i wypuściłam ją na zewnątrz.
Rozejrzałam się – trawa w ogrodzie lśniła wilgocią po nocnym deszczu, ale niebo było już czyste. Nad horyzontem unosiło się słońce, które o tej porze dnia zaczynało coraz śmielej rozgrzewać świat.
Zapowiadał się naprawdę piękny dzień, szkoda byłoby przegapić taką okazję. Mówiłam, że potrzebowałam planu? Jeden, być może skromny, zaczął właśnie formować się w mojej głowie.
Odblokowałam telefon, by sprawdzić...
Natychmiast zaatakowały mnie powiadomienia o nieprzeczytanych esemesach i wiadomościach na Messengerze.
Poppy: Ten kocur znów przesiaduje pod moim oknem.
Poppy: Przysięgam, on robi mi na złość!
Poppy: Żyjesz?
Poppy: Wiesz już, kiedy wracasz?
Poppy: Halo! Jestem samotna!
Poppy: ...
Przejechałam wzrokiem po wiadomościach i tuzinie linków do TikToków, które mi wysłała. Poczułam lekkie wyrzuty sumienia, bo rzeczywiście ostatnio trochę ją ignorowałam. Byłam tak zaabsorbowana sytuacją z Grahamem, że nie miałam dla niej tyle czasu co zwykle.
Ja: Przepraszam, że tak długo się nie odzywałam. Trochę się dzieje... Na pewno zostanę w Cork jeszcze chwilę. Przynajmniej dwa tygodnie. Ja... tak jakby wmanewrowałam Grahama w dwutygodniowy związek. (Wiem, co myślisz, nie rób takiej miny, prawdziwe przyjaciółki nie oceniają!)
Zerknęłam na prognozę pogody na najbliższe dni. Przynajmniej trzy zapowiadały się słonecznie i stosunkowo ciepło.
Bingo.
Wprawdzie wszystko mogło się jeszcze zmienić – pogoda w Irlandii wydawała mi się nawet bardziej kapryśna niż w Anglii – ale wolałam zachować pozytywne nastawienie. Jeśli wszystko ułoży się po mojej myśli, powinnam zrealizować dzisiejszy i jutrzejszy plan bez większych przeszkód. Musiałam co prawda wyjść i załatwić kilka spraw, ale do popołudnia chciałam mieć to już z głowy.
Z tą myślą podeszłam do lodówki, żeby zrobić sobie śniadanie. Otworzyłam drzwi i przez moment wpatrywałam się w jej zawartość, próbując zdecydować, na co mam ochotę. W środku znalazłam kilka jajek, masło, ser, plasterki wędliny, warzywa, jogurty.
Przydałyby się zakupy, zauważyłam, dodając to do listy zadań na dziś.
Wyjęłam jajka, kawałek sera i pomidora, sięgnęłam też po szczypiorek, cztery kromki chleba i masło. Zgarnęłam wszystko na blat i zaczęłam szykować posiłek. Rozgrzałam patelnię, wrzuciłam na nią odrobinę masła i wbiłam jajka. Ser starłam prosto na rozlewające się białka, a zapach smażonego masła i topniejącego sera szybko rozszedł się po kuchni. Włożyłam chleb do tostera i wróciłam do patelni. W tym czasie pokroiłam też pomidora i posypałam go szczyptą soli.
Graham wciąż nie schodził, ale i tak na niego czekałam.
W końcu przyszykowałam dwa talerze.
Nałożyłam jajka i chrupiące tosty. Ułożyłam plasterki pomidora, posypałam je szczypiorkiem, a obok postawiłam szklankę, którą wypełniłam sokiem pomarańczowym.
Usiadłam przy stole i zaczęłam jeść, choć nie potrafiłam się skupić na delektowaniu posiłkiem. Byłam zbyt zaabsorbowana telefonem, w którym sprawdzałam, dokąd muszę dziś pojechać, by załatwić wszystko, czego potrzebuję.
Śnieżka zdążyła wrócić i zaczęła plątać się wokół stołu, wpatrując się we mnie wielkimi, smutnymi oczami, licząc, że coś spadnie z talerza. Wiedziałam, że nie powinnam, ale mimo to rozejrzałam się, jakby ktoś mógł mnie przyłapać, po czym podrzuciłam jej malutki kawałek jajka. Zjadła go ze smakiem.
Szybko dokończyłam śniadanie, po czym zabrałam się za porządki. Włożyłam naczynia do zmywarki, przetarłam blaty. Odkąd zaczęłam pomieszkiwać w domu Grahama, kuchnia zmieniła się nie do poznania. Nie dość, że w lodówce pojawiło się prawdziwe jedzenie, to wokół panował ład i porządek.
Zmieniłam jego chaos w swoje królestwo.
Potraktowałam tak większość tego opustoszałego, zaniedbanego domu. Jedynym pomieszczeniem, którego nie ruszałam, była jego sypialnia, ale i to miało się wkrótce zmienić.
Zamknęłam zmywarkę. Śnieżka nadal kręciła się przy moich nogach, z nadzieją zerkając na blat.
Westchnęłam i sięgnęłam po jej miskę. Nasypałam karmy, dolałam świeżej wody, po czym odstawiłam zestaw na miejsce. Od razu podbiegła, merdając ogonem, i zanurkowała w jedzenie z entuzjazmem, jakby nie jadła od tygodnia.
Podeszłam do drzwi balkonowych i je zamknęłam, zerkając jeszcze na ogród. Rosa niemal zniknęła, a niebo stawało się coraz jaśniejsze. Zasłoniłam zasłony i ruszyłam do przedpokoju.
Czas leciał, a ja miałam sporo do zrobienia.
Zgarnęłam klucze z komody i wrzuciłam je do torebki, którą przewiesiłam przez ramię. Schyliłam się po szpilki, ale w tej samej chwili z góry dobiegło wyraźne skrzypnięcie drzwi.
Zamarłam.
Graham skończył trening.
Serce zabiło mi szybciej. Nasłuchiwałam, licząc na dźwięk oddalających się kroków, ale te z każdą sekundą stawały się głośniejsze. Po chwili w polu widzenia pojawiła się jego sylwetka na szczycie schodów.
Wstrzymałam oddech.
Miał na sobie czarną koszulkę, która opinała się na ramionach i klatce piersiowej, zdradzając każdy napięty mięsień, i szare dresy, luźno zwisające z bioder.
Był wysoki, umięśniony i wciąż w jakiś sposób nieprzyzwoicie przystojny, tyle że teraz bardziej w surowy, niechlujny sposób, a nie wystudiowany i idealny, jak kiedyś.
Jego ciało wciąż pamiętało, kim był, nawet jeśli on sam próbował o tym zapomnieć. Lata życia na krawędzi i wypadek zostawiły na nim ślady, ale nie odebrały mu tej pierwotnej siły. Blizny nie były w stanie wymazać symetrycznych rysów twarzy ani tej ostrej, zuchwałej linii żuchwy, z którą się urodził.
A teraz, kiedy pozwolił mi obciąć włosy... wszystko to było widoczne jak na dłoni.
Żałowałam, że nie widział siebie moimi oczami. Że nie dostrzegał, jak bardzo mnie do siebie przyciągał, nawet teraz, po tylu latach. Że nie wiedział, jak bardzo go pragnę. Jak trudno było mi stać spokojnie, kiedy cały mój instynkt krzyczał, by podejść bliżej i go dotknąć.
Ja nie weszłam do tej samej rzeki, ja do niej wleciałam jak wariatka, bez zastanowienia, szybciej, niż pozwalał na to rozsądek.
– Dzień dobry – przywitałam się wesoło, mimo że nerwy już zaczęły siać spustoszenie w moim wnętrzu.
Graham, który jeszcze mnie nie zauważył, zamarł na dźwięk mojego głosu. Przystanął w połowie schodów. Gdy odnalazł mnie wzrokiem, wyraźnie zesztywniał, stając się czujniejszy niż sekundę wcześniej. Przejechał spojrzeniem po moim stroju, aż jego niebieskie oczy zatrzymały się na szpilce, którą wciąż trzymałam w dłoni.
– Wychodzisz? – zapytał.
Nie potrafiłam stwierdzić, czy to pytanie wynikało z niepokoju, czy z ulgi. W jego głosie było coś dziwnego, jakiś ton, który sugerował, że to pozornie neutralne pytanie skrywało coś więcej.
– Na to wygląda – rzuciłam, pochylając się, żeby włożyć drugi but.
– Dokąd?
Wyprostowałam się i spojrzałam mu prosto w oczy. Stał nieruchomo, kurczowo trzymając się balustrady. Palce wbijały się w drewno, jakby potrzebował fizycznego punktu zaczepienia, żeby się nie rozpaść albo nie powiedzieć za dużo.
– Mam kilka spraw do załatwienia – odpowiedziałam wymijająco. Nie zamierzałam się tłumaczyć. – Będziesz miał parę godzin ciszy i spokoju. Bez potrzeby chowania się i unikania mnie.
Od razu pożałowałam tych słów. Uraza wybrzmiała zbyt wyraźnie, choć wcale nie chciałam ani wywierać presji, ani odsłaniać się przed nim bardziej, niż musiałam. Niestety, było za późno, by to cofnąć.
Boże, naprawdę potrzebowałam tego wyjścia, odrobiny dystansu, żeby uporządkować swoje uczucia po burzy ostatnich dni. Tkwiłam na emocjonalnej huśtawce, którą trzeba było w końcu zatrzymać.
Graham przez dłuższą chwilę stał zupełnie nieruchomo, jakby wrośnięty w schody. Dopiero po kilku sekundach zebrał myśli i przeniósł powoli ciężar ciała na drugą nogę w wyraźnej próbie odzyskania równowagi.
– Nie chowam się – powiedział ostro, niemal defensywnie. Zmarszczył czoło, a jego dłonie zacisnęły się jeszcze mocniej na balustradzie, aż knykcie zbielały. Po chwili jego głos nieco złagodniał, a spojrzenie straciło wcześniejszą ostrość. – Musiałem oczyścić myśli.
Pokiwałam lekko głową, przyjmując tę odpowiedź.
Odrzucenie nadal bolało, ale wiedziałam, że ta sytuacja jest dla niego równie trudna jak dla mnie. Może nawet trudniejsza, bo Graham nie potrafił przyznać się do tego, czego naprawdę pragnął, a tym bardziej nie był w stanie o to zawalczyć.
Uśmiechnęłam się lekko, z pozorną nonszalancją.
– Mam nadzieję, że oczyściłeś je skutecznie. Bo wieczorem będziesz tylko mój – powiedziałam prowokująco, uważnie obserwując jego reakcję.
Graham gwałtownie się wyprostował. Wciągnął głośno powietrze wyraźnie zbity z tropu. W jego błękitnych tęczówkach zamigotał cień paniki, ale szybko zastąpiło ją coś innego, znacznie bardziej intensywnego.
Poczułam nagły ucisk w żołądku, widząc, jak jego spojrzenie ciemnieje. Doskonale wiedziałam, co właśnie chodzi mu po głowie.
– Co masz na myśli? – zapytał zduszonym, głębszym głosem.
I w tym momencie miałam go dokładnie tam, gdzie chciałam.
Serce przyspieszyło mi gwałtownie, gdy zrobiłam kilka kroków w jego stronę, poruszając się z pozorną niedbałością, choć każdy ruch był świadomy, precyzyjny i zaplanowany. Zatrzymałam się przy poręczy, oparłam o nią dłoń i pochyliłam się lekko do przodu.
Graham chyba zapomniał o oddychaniu. Wpatrywał się we mnie szeroko otwartymi oczami, w których mieszały się głód i protest.
– To, że pospędzamy trochę czasu razem – rzuciłam zaczepnie, patrząc na niego spod opuszczonych rzęs. – Jak mąż z żoną.
Kto by pomyślał, że projektor będzie kosztował ponad sto euro?
Z pewnością nie ja. Wydawało mi się, że spokojnie zmieszczę się w pięćdziesięciu. Chociaż budżet i tak przestał mieć jakiekolwiek znaczenie, podobnie jak czas spędzony na przygotowaniach. Jeśli tylko mój plan się powiedzie, każdy cent i każda minuta będą tego warte. Zamierzałam cofnąć się w czasie. A na coś takiego można wydać każdą sumę.
Zaparkowałam srebrne Audi A4 na podjeździe, po czym powoli przekręciłam kluczyk w stacyjce. Przez chwilę wsłuchiwałam się jeszcze w przyjemny, cichy pomruk gasnącego silnika.
Może nieco przesadziłam z wyborem samochodu, mogłam przecież wypożyczyć coś tańszego, mniej widowiskowego. Zwykle pilnowałam, by nie szastać pieniędzmi, i wydawałam większe sumy tylko na dobre jakościowo ubrania czy sprzęt. Ale dzisiaj nie chciałam oszczędzać. Potrzebowałam odrobiny szaleństwa, czegoś więcej niż tylko chłodnego rozsądku. Poza tym od lat nie siedziałam za kierownicą. W Londynie wystarczało mi metro.
Wysiadłam z samochodu i ruszyłam w stronę bagażnika, wypełnionego po same brzegi. Stałam chwilę, przygryzając wargę i analizując zawartość. Bez względu na to, jak długo się zastanawiałam, jedno było jasne – nie zabiorę tego wszystkiego za jednym razem.
Westchnęłam ciężko, wyciągając z bagażnika tyle siatek, ile tylko zdołałam unieść. Stopy w wysokich szpilkach niepewnie balansowały na kamiennym chodniku, co przypominało mi o kiepskim wyborze obuwia. Kolejny raz elegancja wygrała z rozsądkiem.
Gdy już prawie udało mi się uwolnić jedną dłoń, żeby otworzyć drzwi, te nagle same się uchyliły. Znieruchomiałam, stając twarzą w twarz z Grahamem, który wyrósł przede mną jak drzewo.
Na jego czole widniała głęboka bruzda, a zaciśnięte usta jasno dawały do zrozumienia, że nie jest w najlepszym humorze.
Zaskoczyła mnie jego obecność. Byłam przekonana, że będzie mnie nadal unikał, zamknie się w swojej sypialni albo w tej prowizorycznej siłowni, w której odgrodził się ode mnie dziś rano. Tymczasem był tutaj, zauważył mój powrót i wyszedł mi naprzeciw. Nie rozumiałam tylko, dlaczego wyglądał, jakby chciał kogoś zabić.
– Próbujesz złamać sobie kręgosłup? – warknął przez zaciśnięte zęby, obrzucając moje buty pełnym pretensji spojrzeniem.
Rozchyliłam lekko usta w niemym zaskoczeniu, ale niemal od razu zapanowałam nad sobą, przybierając pogodny wyraz twarzy.
– Jasne! Dokładnie taki był plan – wysapałam, wznosząc oczy do nieba.
Zacisnął dłonie w pięści, potem rozluźnił palce i zrobił krok w moją stronę.
– Daj to.
Nie wyglądał na zadowolonego. Przeciwnie, sprawiał wrażenie, jakby najchętniej przeniósł się gdziekolwiek indziej. Nie byłam pewna, czy to przeze mnie, czy może powodem był ciągnący się za moimi plecami świat.
W każdym razie ten chłód i niechęć tylko obudziły mój upór.
Nie potrzebowałam pomocy, jeśli stanowiła dla kogoś taką niedogodność.
Pokręciłam stanowczo głową, aż kilka luźnych pasm włosów smagnęło mój policzek.
– Nie, dziękuję – odmówiłam grzecznie, nie ruszając się ani o milimetr. – Poradzę sobie. Po prostu zejdź mi z drogi.
Zamiast mnie posłuchać, zbliżył się tak szybko, że zdążyłam tylko pisnąć, gdy praktycznie wyrwał mi wszystkie siatki z rąk. Przez krótką chwilę moje nozdrza drażnił jego ostry zapach, ciało przeszedł prąd, a dół brzucha ścisnął się w napięciu.
Otworzyłam usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Zresztą nie było sensu strzępić języka, bo Graham już zniknął w kuchni, skąd po chwili dobiegł stłumiony huk. Wyglądało na to, że rzucił wszystkie siatki na podłogę, nie przejmując się ich zawartością.
To skutecznie mnie otrzeźwiło.
Prychnęłam z mieszaniną irytacji i niedowierzania.
– Ej! Uważaj, tam są delikatne rzeczy! – krzyknęłam, wciąż stojąc w korytarzu, jakby nogi wrosły mi w ziemię.
Odpowiedział jednie niezrozumiałym burknięciem.
Przewróciłam oczami i ruszyłam po resztę zakupów. Jego humorami zajmę się później... chociaż jeśli nie zmieni nastawienia, czeka nas ciekawy wieczór, tyle że nie w taki sposób, jaki sobie wyobrażałam.
Byłam mniej więcej w połowie drogi, gdy usłyszałam gwałtowne kroki. Ciężkie, szybkie – brzmiały jak uderzenia gromu w tej leniwej, sennej okolicy. To był Graham. Górował nade mną, rzucając cień na moją drobniejszą sylwetkę.
– Masz tego więcej? – wykrztusił.
Żyłka na jego czole pulsowała gwałtownie, a na skroniach błyszczał pot. Stał tak blisko, że bez trudu dostrzegałam drobne kropelki na jego rozgrzanej skórze. Byłam pewna, że nie zdawał sobie sprawy, jak mały dystans nas dzielił.
Ja jednak byłam tego aż nazbyt świadoma. Instynktownie nachyliłam się ku niemu, choć reakcje mojego ciała zostały szybko stłumione przez zmartwienie wywołane nerwowością, która aż od niego promieniowała.
– O wiele mniej – odpowiedziałam łagodniej niż wcześniej. Uniosłam rękę i odnalazłam palcami jego dłoń zaciśniętą na moim ramieniu. Niespiesznie nakryłam ją swoją w subtelnym, pokrzepiającym geście. – Naprawdę mogę wziąć to sama.
Mój dotyk lub głos, a może obie te rzeczy naraz, zadziałały na niego jak kubeł zimnej wody. Powoli napięcie opuściło jego mięśnie, spojrzenie w końcu skoncentrowało się wyłącznie na mnie. W jego niebieskich oczach wciąż tliła się czujność, ale lęk stopniowo odchodził.
– Wracaj do domu, Tate.
– Ale...
– Będę zaraz za tobą.
Przez chwilę chciałam się sprzeciwić, powiedzieć mu, że nie musi tego robić. Wiedziałam, jak wiele kosztowało go wyjście przed dom. Już sama obecność tutaj wystarczyła, by zaczął drżeć, by panika, choć tak rozpaczliwie ukrywana, co chwilę prześlizgiwała się przez maskę obojętności, którą uparcie próbował utrzymać. Obserwowanie go w takim stanie budziło we mnie naturalną, niemal pierwotną chęć pomocy i naprawienia tej sytuacji. Chciałam pozwolić mu uciec, schować się z powrotem w jego bezpiecznej skorupie, choć sam zdecydował się z niej wychylić.
Serce rwało się, by go ukoić.
Rozum wiedział, że muszę pozwolić mu przejść przez ten chwilowy dyskomfort.
Graham zdecydował się wyjść ze swojej strefy komfortu. Dla kogoś z zewnątrz mogło się to wydawać drobnostką, czymś zupełnie nieistotnym, ale ja wiedziałam, że jest wręcz przeciwnie.
Dlatego się wycofałam. Skinęłam głową i powiedziałam tylko:
– Okej.
Nie obracając się za siebie, by dać mu odrobinę przestrzeni, skierowałam się z powrotem do domu. Zrzuciłam szpilki i ruszyłam do kuchni.
Świat wokół mnie zamilkł. Słyszałam tylko jego kroki, ostrożne i niepewne, potem trzask bagażnika, szelest siatek ocierających się o siebie, a na końcu odgłos zamykanych drzwi.
Dopiero wtedy odetchnęłam głęboko, powoli wypuszczając powietrze z płuc. Jak w transie zaczęłam układać produkty, wybierając te torby, które wymagały pilniejszego rozpakowania. Robiłam wszystko, by nie skupiać się na Grahamie, który zbliżał się do mnie bezszelestnie, jak duch.
Zatrzymał się kawałek za mną. Nie musiałam się odwracać, by wiedzieć, że tam stoi.
Miałam mętlik w głowie. Z jednej strony Graham unikał mnie cały poranek, po tym jak uciekł ode mnie z łóżka. Z drugiej zdecydował się odrzucić na bok swoje lęki, żeby mi pomóc.
Nie potrafiłam go do końca zrozumieć. Był zarazem znajomy i obcy, nieuchwytny jak migawki wspomnień z poprzedniego życia.
Wyciągając produkty na blat, uważnie nasłuchiwałam. Czekałam, aż znów usłyszę jego kroki. Byłam przekonana, że zostawi resztę zakupów i odejdzie.
Ale nie odszedł.
– Kupiłaś samochód – powiedział po chwili, a ja nie byłam pewna, czy to pytanie, stwierdzenie, czy może zarzut.
– Wypożyczyłam – odparłam spokojnie, skupiając się na rozkładaniu zakupów. Bez patrzenia wiedziałam, gdzie powinny trafić jajka, mleko, a gdzie kawa i herbata. Porządkowanie działało na mnie kojąco.
Miałam nadzieję, że nie zapyta po co. Wątpiłam, czy zareagowałby najlepiej, a nie byłam jeszcze gotowa na tę rozmowę. Wolałam poinformować go o swoich – a właściwie naszych – planach dopiero wieczorem.
Na szczęście Graham odpuścił temat, lecz coś w jego spojrzeniu się zmieniło, a atmosfera w kuchni gwałtownie zgęstniała.
Zrozumiałam, że powie coś, czego nie chcę usłyszeć, jeszcze zanim otworzył usta. Wydawał się nagle spięty. Zerknęłam na niego, odkładając na bok paczkę ciastek. Czekałam.
– Posłuchaj... – zaczął ostrożnie. – Myślę, że popełniamy błąd.
Obróciłam się powoli w jego stronę i oparłam biodrem o blat kuchennej szafki.
– Błąd?
Uniosłam pytająco brew, dając mu czas, by wyjaśnił, co miał na myśli, chociaż domyślałam się, dokąd zmierza.
Wziął głęboki oddech, a na jego twarzy odmalował się ból, którego nawet nie starał się ukryć. A może zwyczajnie nie potrafił.
– Tak, Tate. Z tymi dwoma tygodniami... z całym tym udawaniem. To się nie może dobrze skończyć – wyrzucił z siebie jednym tchem, wbijając wzrok w podłogę. – Nie można tak po prostu wrócić do tego, co było kiedyś. To nie działa w ten sposób. Ja... nie wiem, czy dam radę. Żałuję, że pozwoliłem ci wierzyć w kłamstwo przez tyle lat, ale już ich nie odzyskamy. Poza tym nie chodzi tylko o to jedno wydarzenie. Nasz związek miał też inne problemy. Tracimy czas. Ty tracisz czas.
Brzmiał jak zacięta płyta.
Może nie powinnam być zaskoczona. Oczywiście, że próbował się wycofać z naszej małej umowy. Tak było prościej. Bezpieczniej.
Zignorowałam lekkie kłucie, które przeszyło moją pierś. Przejechałam językiem po zębach, kręcąc lekko głową.
– Skończyłeś? – zapytałam niewzruszona.
Mięsień w jego szczęce drgnął.
– Tracisz czas – powtórzył, jakby nie dotarło to do mnie za pierwszym razem.
Wzruszyłam ramieniem.
– To mój czas – oznajmiłam, unosząc dumnie brodę. – Mogę go tracić, ile chcę i na co chcę.
– Tate, proszę cię – wyrzucił z siebie cicho, niemal błagalnie. – Oszczędź nam tego.
Nie wytrzymałam. Odepchnęłam się od blatu i szybko pokonałam dzielącą nas odległość. Stanęłam przed nim, ujęłam go delikatnie za podbródek i przekręciłam głowę, zmuszając, by w końcu spojrzał mi w oczy.
– Obiecałeś – przypomniałam z całą mocą, na jaką było mnie stać.
Jego ramiona opadły, a wzrok uciekł ku podłodze.
Zrezygnowana puściłam jego twarz. Ręka bezwładnie opadła mi wzdłuż ciała.
– Nie chcę ci odmawiać – mruknął. – To jednak nie zmienia faktu, że uważam, że to źle się dla ciebie skończy.
– Wiem, o co proszę – upierałam się.
Wtedy w końcu na mnie spojrzał.
Tak naprawdę.
Jego wzrok był tak intensywny, że przeszył mnie całą, wnikając głęboko we wszystkie zakończenia nerwowe. Miał w sobie coś prowokującego, jakby Graham chciał mi coś udowodnić.
Zanim zdążyłam jakkolwiek zareagować, chwycił mnie za kark i do siebie przyciągnął. Wstrzymałam oddech, gdy nachylił się do mojego ucha.
– Jesteś tego pewna? – wyszeptał, a w jego głosie pobrzmiewała nie tylko troska, ale i ostrzeżenie.
Zadrżałam pod wpływem jego dotyku, a całe moje ciało zmiękło, jakby nagle pozbawiono je kości.
Nie zdążyłam jednak nic odpowiedzieć, bo niespodziewanie mnie puścił i odszedł.
Przez chwilę stałam nieruchomo, próbując odzyskać kontrolę nad sobą. Dłonie mi drżały, gdy zawołałam za nim, przed tym, jak zdążył zniknąć na schodach:
– O dwudziestej zejdź do ogrodu! – krzyknęłam, starając się ukryć rozedrganie w głosie. – I ubierz się ładnie!
Jego kroki ucichły na piętrze, a ja usłyszałam trzask drzwi, którym dobitnie podsumował całą naszą rozmowę. Zacisnęłam palce na nasadzie nosa, czując narastający ból głowy.
– Kurwa... – wyszeptałam do siebie, nie do końca rozumiejąc, co tu się właściwie wydarzyło.
Na naszą pierwszą randkę Graham zabrał mnie na dach opuszczonego budynku, który znajdował się niedaleko lodowiska. Kiedy dotarliśmy na miejsce, ogarnęło mnie lekkie przerażenie. Stary budynek miał ściany z odpadającymi cegłami, kilka okien było niedbale zabitych deskami, a przy wejściu wisiała tabliczka, która ostrzegała krzykliwymi, czerwonymi literami: „Teren prywatny! Nie wchodzić!”.
Przyglądałam się temu miejscu z wyraźnym sprzeciwem, już kręciłam głową, mając zamiar odmówić wejścia, ale wtedy on złapał mnie za rękę, a cały mój opór uleciał jak dym na wietrze. Pozwoliłam mu wprowadzić się do środka.
Wspinaliśmy się po stromych, zakurzonych schodach, aż dotarliśmy na samą górę. Otworzył przede mną drzwi prowadzące na dach, a moim oczom ukazał się widok, od którego zabrakło mi tchu. Miasto powoli tonęło w miękkim, wieczornym półmroku, rozświetlone setkami drobnych, ulicznych świateł, które migotały niczym gwiazdy rozsypane po ziemi.
Już to wystarczyłoby, żeby wprowadzić mnie w zachwyt, ale to nie był koniec niespodzianek. Kawałek dalej czekało coś jeszcze bardziej niezwykłego. Dopiero gdy spojrzałam w bok, poczułam, jak moje serce rośnie.
Na ziemi, przy ścianie sąsiedniego budynku, zobaczyłam duży koc w kratę, obok niego piętrzyły się miękkie, kolorowe poduszki, a tuż przy nich stał wiklinowy kosz piknikowy. Przed tym wszystkim ustawiono czarny projektor, który rzucał delikatne światło na pomalowaną na biało ceglaną ścianę.
– Jestem prawie pewna, że to nielegalne – wydusiłam, kręcąc głową z niedowierzaniem. – Będziemy mieli przez ciebie kłopoty.
Graham spojrzał na mnie z krzywym, lekko zaczepnym uśmiechem.
– Naprawdę się tym przejmujesz?
Nie, oczywiście, że się nie przejmowałam.
Nie teraz. Nie z nim.
– Powinnam. Twoja mama urwie nam głowy za samo opuszczenie treningu, a jak złapie nas tu właściciel, będzie jeszcze gorzej. Dostaniemy szlaban do końca życia.
– Nikt nas nie złapie. Poza tym bez odrobiny ryzyka nie ma zabawy, prawda?
Uśmiechnęłam się szeroko i ruszyłam w stronę przygotowanego przez niego miejsca, ciągnąc go za sobą.
– Nie mogę uwierzyć, że przygotowałeś coś takiego – powiedziałam, wpatrując się z oszołomieniem w starannie przygotowany piknikowy zestaw.
– Zasłużyliśmy na odrobinę odskoczni.
– Jak w ogóle znalazłeś to miejsce?
Graham wzruszył ramionami z typową dla siebie nonszalancją, ale jego oczy zdradzały zupełnie inne emocje.
– Czasami dobre rzeczy po prostu same do nas przychodzą.
Uniosłam sceptycznie brew i przekrzywiłam głowę, starając się rozszyfrować jego zagadkowe słowa.
– To naprawdę wiele wyjaśnia – parsknęłam ironicznie.
– Wyjaśnia wszystko.
Tamtego wieczora oglądaliśmy Moulin Rouge, zakopani w stosie poduszek, wtuleni w siebie, dzieląc się ciepłem i próbując odegnać chłód nocy. Wierzyliśmy, że cały świat jest na wyciągnięcie ręki, o ile będziemy razem. Nasza więź budująca się od jakiegoś czasu, zaczęła się cementować.
Chciałam do tego wrócić.
Chciałam pokazać Grahamowi, że poza tymi złymi momentami, na których on uparcie się skupiał, były też te dobre. Te, których trzymałam się jak kotwicy w trwającym dookoła sztormie.
Odtworzyłam tamtą scenerię na tyle, na ile byłam w stanie.
Na tarasie, tuż przy skrzyniach z kwiatami, rozłożyłam trzy duże, miękkie koce. Na nich starannie ułożyłam poduszki w różnych rozmiarach, od niewielkich, bardziej dekoracyjnych po te większe i sztywniejsze, zapewniające wygodne oparcie. Wokół rozstawiłam wysokie, masywne świece – planowałam je zapalić, gdy zapadnie zmrok.
Fantazja poniosła mnie tak bardzo, że kupiłam też małe lampki na grubym sznurze i rozwiesiłam je nad kocami w aż nazbyt symetrycznej kompozycji.
Zamiast klasycznego kosza piknikowego na środku ustawiłam dwie tace na nóżkach, pełniące funkcję niskich stolików. Zastawiłam je talerzami z przekąskami: świeżymi owocami, pieczywem, serami, oraz dwoma kieliszkami. Wino, które miało dopełnić ten wieczór, chłodziło się jeszcze w lodówce.
Z pobliskich donic i krzewów unosił się subtelny różany zapach – efekt upartej i skrupulatnej pielęgnacji, która właśnie zaczynała przynosić pierwsze widoczne rezultaty.
Z przodu, przy krawędzi tarasu, ustawiłam projektor, skierowany w stronę białego płótna rozwieszonego na kawałku wysokiego płotu oddzielającego krawędź tarasu od reszty ogrodu.
Wszystko zostało przygotowane z myślą o tamtym pamiętnym wieczorze, który wciąż nosiłam w sercu, lecz z większą dbałością o szczegóły, estetykę i z nieco większym budżetem.
Kucałam właśnie przed projektorem, z laptopem opartym na jednym kolanie, gdy włoski na moim karku stanęły dęba, a temperatura powietrza zdawała się spaść o kilka stopni w jednej sekundzie, w jednym chłodnym powiewie, który otulił całe moje ciało.
Przyszedł.
Czułam na sobie jego wzrok. Zakradł się bezszelestnie, jakby chciał dać sobie możliwość wycofania się, nim zdążę go zauważyć.
Nie ruszyłam się z miejsca, ale zamarłam, pozwalając sobie jedynie na maksymalne przesunięcie wzroku w bok. Zza kurtyny opadających włosów mogłam dostrzec tylko jego cień.
– Nieładnie tak się komuś przyglądać bez żadnego słowa przywitania – powiedziałam, gdy dotarło do mnie, że Graham nie odezwie się jako pierwszy.
Obróciłam głowę, żeby na niego spojrzeć.
Stał w drzwiach, opierając się lekko o framugę, z rękami wsuniętymi głęboko w kieszenie spodni. Wysoka, szczupła sylwetka wyraźnie odcinała się od jasnego tła za nim.
Posłuchał mnie. Miał na sobie ciemne dżinsy, czarną koszulkę i luźną lnianą koszulę w tym samym kolorze, której rękawy były niedbale podwinięte do łokci, przez co odsłaniały umięśnione przedramiona. Wyglądał lepiej niż zwykle, gdy ukrywał się pod warstwami za dużych ubrań. Nietrudno było jednak zauważyć, że przywdziewał czerń i szarości niczym tarcze. Kiedyś Graham wolał błękity, biele i beże, które podkreślały intensywną barwę jego oczu. Teraz chował się za ciemnymi kolorami, jakby chciał zniknąć w ich cieniu i pozwolić im pochłonąć wszystko, czego w sobie nie lubił.
Gdy nasze spojrzenia się spotkały, natychmiast spuścił wzrok i podrapał się nerwowo po karku.
– Po co się witać, skoro już się widzieliśmy?
Kącik moich ust opadł lekko.
– Wiesz, o co mi chodzi.
– Już dwudziesta – odparł, jakby to wszystko wyjaśniało. – Kazałaś mi przyjść, więc jestem.
Zaśmiałam się głucho.
– Nie sądziłam, że naprawdę się zjawisz – wyznałam, skupiając się znów na laptopie. Musiałam podłączyć go do projektora, i to natychmiast, bo zaczynały mi płonąć mięśnie łydek. – Myślałam, że będę musiała cię siłą ściągać na dół. Zwłaszcza po tym, jak próbowałeś tak nieudolnie i nieelegancko wyplątać się z naszej umowy.
Dobrze, że z tej pozycji nie mógł dostrzec mojej twarzy, bo mimo że głos udało mi się utrzymać w ryzach, to z mimiką już nie było tak łatwo.
Graham zrobił krok do przodu i wyszedł na taras.
– Staram się być lepszy – wyjaśnił cicho, a potem dodał już niemal szeptem: – Tym razem.
Tym razem.
Wiedziałam, do czego zmierza, ale wcale mi się to nie podobało. Ani trochę.
Poirytowana odstawiłam laptop na ziemię, gdy światełko na projektorze zamigotało łagodnym błękitem. Wstałam na równe nogi, bo nie zamierzałam prowadzić tej rozmowy, kucając.
Stanęłam twarzą w twarz z Grahamem, podpierając się pod boki i unosząc podbródek w wyzywającym geście.
– Nieprawda. Robisz dokładnie to, co zawsze, popełniasz ten sam błąd. Próbujesz uciec, zamiast walczyć, dystansujesz się, tyle że dodałeś sobie do repertuaru osobliwy zwyczaj samobiczowania – wyrzuciłam z siebie, niemal na jednym wdechu, oskarżycielsko wskazując na niego palcem.
Może trochę przesadziłam...
Czy przesadziłam?
To miał być miły wieczór, ale jak miałby się takim stać, skoro Graham zjawił się tu z takim nastawieniem? Chciałam, by odstawił je na bok, wyłączył, choć na chwilę.
Żyłka na jego czole zapulsowała.
– Wcale się nie dystansuję – mruknął obronnym tonem.
– Tylko co robisz?
– Mówiłem ci, staram się postępować inaczej.
– Zabawne, bo brzmi i uderza całkiem znajomo – prychnęłam, a on pokręcił głową.
– Tate...
Zbliżyłam się do niego, pokonując dzielącą nas odległość w kilku krokach, po czym dźgnęłam go paznokciem w pierś. Wzdrygnął się, ale byłam zbyt niespokojna, by teraz się tym przejmować.
Rzuciłam mu harde spojrzenie.
– Nie – powiedziałam stanowczo. – Już nic więcej nie mów. Jeśli naprawdę chcesz się postarać, spędzisz ze mną ten wieczór, przestaniesz wymyślać przeszkody i decydować za mnie, co jest dla mnie dobre.
Jeśli ktoś się tu naprawdę starał, to ja. Spędziłam pół dnia na jeżdżenie po sklepach, zorganizowanie tego wieczora i przygotowanie się. Stawałam na rzęsach, żeby rozpalić na nowo iskrę, która wciąż między nami była, podczas gdy on usilnie starał się ją ugasić.
Większość osób pewnie by się poddała.
Ale nie ja.
Nie mogłam. Nie tak szybko.
Przyjazd tutaj uświadomił mi, że wciąż go kocham. Może nigdy nie przestałam. A zobaczenie go w takim stanie... złamało mi serce. Gdybym się poddała i wróciła do Londynu, nic nie byłoby już takie jak wcześniej. Myślałabym o nim każdego dnia. A przed oczami nie miałam już zdrajcy, tylko kogoś, kto popełnił kilka błędów i do dziś za nie płacił, kogoś całkiem złamanego. Nie mogłam już odegnać swoich uczuć nienawiścią i zranieniem.
Milczał.
Cisza między nami gęstniała z każdą sekundą, aż zaczęło dźwięczeć mi w uszach.
Zrobiłam krok w tył, miałam wrażenie, że płuca ściskało mi niewidzialne imadło. Spojrzałam w niebo, które powoli pokrywało się pomarańczowymi smugami nadchodzącego zmierzchu.
– Jezu... Nie jestem warta nawet odrobiny wysiłku? – wykrztusiłam, a to natychmiast ściągnęło jego uwagę.
Tym razem to on skrócił dzielący nas dystans, po czym złapał mnie za ramię. Poczułam biegnący po ręce dreszcz.
– Cholera, Tate... Oczywiście, że jesteś – zapewnił schrypniętym głosem. – Ale ja nie.
Miałam ochotę nim potrząsnąć, nagle jednak opuściły mnie siły.
– Kiedy tu przyjechałam, wierzyłam, że jesteś zdradzieckim, egoistycznym, zapatrzonym w siebie dupkiem.
Zmarszczył brwi.
– Może jestem.
Uśmiechnęłam się smutno.
– Nie jesteś – stwierdziłam szczerze. – Ale bądź nim. Dzisiejszego wieczora bądź egoistą i zacznij robić to, na co masz ochotę, nie zważając na konsekwencje.
Wstrzymałam oddech, kiedy poczułam delikatny dotyk na policzku. Graham wyciągnął rękę i musnął go tak ostrożnie, jakby się bał, że rozpadnę się pod większym naciskiem.
– Nie zasługuję na ciebie.
Przymknęłam oczy, przytłoczona bólem, który wywołało to stwierdzenie.
– Nie musisz – szepnęłam. – Wystarczy, że wyjdziesz mi naprzeciw.
[...]
