Blue fire - Karolina Żynda - ebook + książka
NOWOŚĆ

Blue fire ebook

Karolina Żynda

4,5

723 osoby interesują się tą książką

Opis

Czy warto wracać do przeszłości, która nas złamała?

Graham Kelly od lat nie opuszcza swojego domu. Odciął się od świata i ludzi, żyjąc w cieniu dramatycznego pożaru, który odebrał mu wszystko – karierę, pewność siebie i wizerunek, który niegdyś podziwiały tłumy. Od tego momentu pogrążył się w samotności, a jego życie zamieniło się w ciszę przerywaną tylko wspomnieniami.

Tate Kelly wraca do rodzinnego miasta, by wreszcie zrobić to, co powinna uczynić już dawno temu: zamknąć jeden z najtrudniejszych rozdziałów w życiu. Jej małżeństwo umarło razem z marzeniami o wielkiej karierze. Została sama, zdradzona i porzucona. Teraz chce tylko jednego: rozwodu.

Spotkanie po latach z Grahamem jest dla niej szokiem – nie widzi w nim mężczyzny, którego niegdyś kochała. Zraniony, zgorzkniały i pełen lęków, zmienił się nie do poznania. Ona powinna być obojętna na jego los. Przecież zostawił ją, gdy najbardziej go potrzebowała. A jednak... coś nie pozwala jej odejść.

Gdy dawne uczucia powracają, a przeszłość upomina się o swoje, Tate musi odpowiedzieć sobie na pytanie, czy wybaczy zdradę temu, który miał ją chronić?

Poruszająca opowieść o miłości, która nigdy nie umarła. I o bólu, który wciąż trwa.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 454

Rok wydania: 2025

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,5 (29 ocen)
19
6
3
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Monika280789

Nie oderwiesz się od lektury

Polecam
00
Izulcia315

Nie oderwiesz się od lektury

Jestem bardzo wybredna, ale ta książka... super ! Przeczytałam w 1 dzień. Czekam na następną, mam nadzieje ze szybko będzie 😊
mater0pocztaonetpl

Nie oderwiesz się od lektury

Petarda Niby banał a nie można się oderwać
00



Redaktorka inicjująca: Agnieszka Mazurkiewicz

Redakcja: Aleksandra Ptasznik

Korekta: Kamila Recław, Sandra Popławska

Projekt okładki: Agnieszka Zawadka

Zdjęcie na okładce: Brilliant Eye/Adobe Stock

Opracowanie graficzne i skład: Maciej Trzebiecki

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

Producent: Agora Książka i Muzyka sp. z o.o.

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

[email protected]

www.wydawnictwoagora.pl

Copyright © by Karolina Żynda, 2025

Copyright for this edition © by Agora Książka i Muzyka sp. z o.o., 2025

Wydanie pierwsze

Wszelkie prawa zastrzeżone

Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA)

Niniejsza publikacja jest chroniona prawem autorskim. Publikacja może być zwielokrotniona i wykorzystywana wyłączenie w zakresie dozwolonym przez prawo lub umowę zawartą z Wydawcą. Zwielokrotnianie i wykorzystywanie treści publikacji w jakiejkolwiek formie do eksploracji tekstów i danych (text and data mining) lub do trenowania modeli sztucznej inteligencji, bez uprzedniej, wyraźnej zgody Wydawcy jest zabronione.

Warszawa 2025

ISBN: 978-83-8380-321-0

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej

Dla wszystkich zagubionych.

Rozumiem Was.

Będzie dobrze.

Rozdział 1
Miasto duchów
TATE

Powroty zawsze smakują gorzko, zwłaszcza gdy wracasz, żeby zburzyć to, co kiedyś budowałeś.

Raz na zawsze.

Ostatecznie.

Zrównać wszystko z ziemią.

Taksówka sunęła powoli przez ulice Cork. Spoglądałam przez szybę na znajome miejsca, które wyglądały tak samo, jak je zapamiętałam. Nic się nie zmieniło. Ale ja... Ja byłam zupełnie inną osobą.

Nową.

Lepszą.

Twardszą.

Już tutaj nie pasowałam. Czułam się jak klucz do zamka, który dawno został zmieniony.

To przeklęte miasto... Minęło wiele lat, odkąd wyjechałam stąd bez oglądania się za siebie. Powinnam była dawno o wszystkim zapomnieć.

I zapomniałam. W pewnym sensie. Odpuściłam i zostawiłam przeszłość za sobą.

Tu jednak, w miejscu, gdzie każdy zakręt i każda uliczka kryły słodko-gorzkie wspomnienia, te zaczęły się wyrywać na powierzchnię, wracać, jakby nigdy mnie nie opuściły. Jakbym nie wypłukała ich morzem łez. Cienie przeszłości i dawna miłość czaiły się na każdym kroku. To miasto widziało wszystko: nasze początki i nasz upadek.

Zdusiłam żal, który próbował na nowo rozszarpać moje serce. Musiałam zachować determinację. To był cel mojego powrotu. Najwyższa pora zakończyć ten rozdział. Uwolnić się od demonów przeszłości, bólu, a przede wszystkim... od mojego męża. Największego błędu mojego życia. Mojej zguby.

Grahama Kelly’ego.

Ten mężczyzna... Mój najstarszy przyjaciel, partner na lodzie, pierwsza miłość.

Arogancki, zdradziecki dupek ze zdecydowanie zbyt atrakcyjną twarzą, pełną ostrych linii. Był tak kurewsko przystojny, czarujący i magnetyczny, że każdy w jego zasięgu rozpływał się w bijącym od niego blasku.

Ja także. Dopóki nie zaczął mnie parzyć, palić, aż zostały ze mnie jedynie popioły, które musiałam pozbierać i nadać im nową formę.

Przez lata mnie unikał, nie odzywał się, nie odbierał telefonów. Początkowo mi to nie przeszkadzało, wolałam zachować dystans. Nie sądziłam jednak, że całkowicie mnie odetnie i potraktuje jak ducha nawet w przypadku spraw, które wciąż nas łączyły i wpływały na przyszłość nas obojga.

Czas to zakończyć. Ta cisza musiała się skończyć. To, co kiedyś budowaliśmy, stało się ruiną, której musiałam się pozbyć, żeby móc w końcu zacząć budować coś nowego.

Zacisnęłam dłonie na kolanach, by zapanować nad ich drżeniem. Pogrążona w gorzkiej nostalgii, nie zauważyłam, że wjechaliśmy na uliczkę ze znajomym osiedlem. Domy bliźniaki, każdy identyczny, ciągnęły się po obu stronach. Odróżniały je jedynie drzwi pomalowane na różne kolory, zależnie od gustu i upodobań właścicieli. Niektóre były całkiem zwyczajne, białe, ale mignęły mi także czerwone, błękitne i ciemnozielone.

Graham mieszkał w starym domu swojej matki. Jednym z niewielu wolnostojących, leżącym na samym końcu ulicy. Tyle wiedziałam o jego nowym życiu.

Wzięłam głęboki wdech. Od zaparkowania na jego podjeździe dzieliło mnie tylko kilka metrów. To się naprawdę działo. Zaraz miałam zobaczyć swojego męża, wkrótce byłego, po raz pierwszy od pięciu lat. Krew szumiała mi w uszach, czułam się, jakbym obserwowała to wszystko z boku.

Ryk silnika umilkł. Jak w transie zapłaciłam kierowcy, po czym wbiłam wzrok w szybę. Spodziewałam się wielu rzeczy, odtwarzałam w myślach tę scenę milion razy, ale nigdy nie było w niej innej kobiety.

Pewnie powinnam była to przewidzieć. Nie byłam na tyle głupia, by wierzyć, że przez te wszystkie lata Graham był sam. W zasadzie przez wiele bezsennych nocy, krótko po naszym rozstaniu, wyobrażałam go sobie z tą zołzą Aniką, a potem, gdy się zorientowałam, że dziewczyna znalazła sobie nowy obiekt zainteresowań, zmieniłam jej twarz tabunem bezimiennych kobiet, które musiały pojawić się w jej miejsce. Z jakiegoś powodu liczyłam jednak na to, że uda mi się przez to wszystko przebrnąć bez spotkania z jedną z nich. Mój błąd.

Na ganku Grahama dostrzegłam rudowłosą dziewczynę. Siedziała swobodnie ze skrzyżowanymi nogami przy lekko uchylonych drzwiach, przez które wyraźnie rozmawiała z kimś w środku. Wyglądała na zrelaksowaną, może nawet pewną siebie, a ja poczułam dziwny ucisk w żołądku. Nie wiedziałam, dlaczego tak mnie to uderzyło, ale jej obecność uwierała mnie jak kamyk w bucie.

Nie mogłam też nie zauważyć, jaka była piękna. Wysoka, z idealnie proporcjonalną, krągłą sylwetką, mleczną skórą usianą piegami i dużymi zielonymi oczami. W jej twarzy było coś eterycznego, przypominała elfkę, która uciekła z magicznego królestwa.

Przełknęłam ślinę. Wyglądało na to, że będę potrzebować więcej wewnętrznej siły, niż mi się zdawało.

W mojej głowie pojawiły się wątpliwości, ale zdusiłam je tak samo, jak chciałam zadusić wszelkie cienie, jakie pozostały z naszego związku. Wysiadłam z taksówki. Czarna szpilka stuknęła o chodnik.

Próbowałam nie zwracać uwagi na dziewczynę, ale jej wzrok od razu przeszył mnie na wylot. Nałożyłam na siebie fałszywą pewność, jakby była starym zakurzonym płaszczem, który musiałam wyciągnąć z szafy, żeby to wszystko przetrwać.

– Bardzo dziękuję – rzuciłam do taksówkarza, który już szykował się do odjazdu, starając się brzmieć neutralnie, choć w środku kipiało we mnie od emocji.

Rudowłosa dziewczyna zmarszczyła brwi, przyglądając mi się z rosnącą dezorientacją. Chciała coś powiedzieć, ale nie zdążyła, bo drzwi domu Grahama nagle zatrzasnęły się z takim hukiem, że zawiasy jęknęły w proteście. Moje serce na chwilę zamarło.

Wiedział, że tu jestem. Usłyszał mnie, musiał. I na powitanie zatrzasnął mi drzwi przed nosem. Nawet na mnie nie spojrzał, nie powiedział ani słowa. Schował się w domu jak tchórz. A mnie zalała furia. Czysta, nieposkromiona furia. Doskonale.

Dziewczyna spoglądała na mnie z zaskoczeniem, ale nie odwróciłam wzroku. Było po niej widać, że nie ma pojęcia, co się dzieje. Nie wiedziała, kim jestem, nie miała nawet cienia podejrzeń.

Ruszyłam w jej stronę. Mój krok był energiczny, szłam, jakbym zmierzała na bitwę mającą zaważyć o losach świata. Gdy stanęłam na ganku, twarzą w twarz z dziewczyną, która obserwowała mnie coraz uważniej, jakby starała się wyczytać moją tożsamość i powody pojawienia się z moich oczu, czułam się jak bomba gotowa do detonacji.

– Czy tutaj mieszka Graham Kelly? – zapytałam, by jakoś zacząć rozmowę, a mój głos brzmiał ostrzej, niż chciałam.

– Hmm... Tak.

Milczenie Grahama tylko podsycało moje emocje. Dalej chował się za drzwiami. Zostawił mnie z tą dziewczyną... kimkolwiek dla niego była.

Zacisnęłam szczęki.

Coś we mnie pękło.

Zanim zdążyłam się powstrzymać, ruszyłam w stronę drzwi. Uderzyłam w nie pięścią, a gromiący dźwięk odbił się echem po całym osiedlu. Tak przynajmniej mi się zdawało. Wszystkie bodźce docierały do mnie o wiele silniej niż zwykle. Tonęłam w nich.

– Otwieraj, ty tchórzliwy, zdradziecki dupku! – syknęłam, czując, jak cała frustracja ostatnich lat wybucha we mnie niczym wulkan.

Pies zaczął ujadać gdzieś w środku domu, a mnie zalała dodatkowa porcja głębokiego żalu i tęsknoty. Śnieżka. Brakowało mi tej małej białej kupki sierści. Naprawdę mi jej brakowało.

Rudowłosa dziewczyna dalej patrzyła na mnie z szeroko otwartymi oczami, nie wiedząc, co zrobić. Czułam na sobie jej wzrok, ale nie zamierzałam się wycofać. Musiałam to zakończyć.

Musiałam.

Tu i teraz.

Nie po to pokonałam niemal sześćset kilometrów, by zostać spławioną, jakbym nie miała żadnego znaczenia. Jakbym była niczym.

Graham nic się nie zmienił. Wciąż był kutasem.

Z boku dobiegło mnie nerwowe chrząknięcie.

– Nie sądzę, żeby otworzył – powiedziała nieznajoma w subtelnej próbie powstrzymania mnie. – Nigdy tego nie robi.

Zignorowałam ją, nie miałam zamiaru słuchać kolejnych wymówek. Kolejnych kłamstw. Jej słowa nie miały dla mnie sensu. Ani znaczenia.

Odwróciłam się do niej, moja cierpliwość była na wyczerpaniu.

– Słuchaj, nie wiem, kim jesteś ani co tutaj robisz, ale nie zamierzam dać się tak łatwo spławić – zadeklarowałam stanowczo, mimo wszystko starając się, żeby mój głos brzmiał spokojnie.

W środku jednak czułam, jak się gotuję.

– Jestem przyjaciółką – wykrztusiła dziewczyna, rumieniąc się.

Przyjaciółką.

Oczywiście.

Nie była jego pierwszą przyjaciółką. Pewnie też nie ostatnią.

– Fajnie – odpowiedziałam chłodno. – Więc namów swojego przyjaciela, żeby mi otworzył.

Pokręciła głową.

– Pani nie rozumie, on tego nie zrobi. On... Kim pani właściwie jest? – spytała podejrzliwie.

Przewróciłam oczami. Nie miałam na to czasu. Nie przyjechałam tutaj, żeby rozmawiać z nieznajomą laską, którą najpewniej pukał mój mąż.

Nie chciał mi otworzyć? W porządku. Przyszło mi do głowy inne rozwiązanie.

Odwróciłam się i bezceremonialnie zaczęłam przeszukiwać ganek.

– Jeśli Mahomet nie przyjdzie do góry, to góra przyjdzie do Mahometa – burknęłam pod nosem.

Zajrzałam pod wycieraczkę. Doniczki były przestawione, kwiaty zwiędłe. Nieważne, zajrzałam pod nie, sprawdziłam nawet pod wysuszoną na wiór ziemią, wyciągając to, co pozostało po kwiatach. Moje ręce pracowały szybko, sprawdzając każde miejsce, w którym mógł być ukryty klucz.

– Ej, co pani wyprawia?! – zapytała rudowłosa, wpatrując się we mnie, jakbym była wariatką.

Może słusznie. W tej chwili czułam się, jakbym była szalona. Traciłam rozum.

– Szukam klucza – odpowiedziałam oschle, wciąż kontynuując poszukiwania.

Jej wzrok stał się jeszcze bardziej natarczywy, kiedy zacisnęłam ręce na luźnej cegle wmurowanej w ścianę ganku. Cegła wysunęła się bez trudu, odsłaniając puste miejsce pod spodem.

– Powtórzę: kim pani, do cholery, jest?!

Zignorowałam ją.

Bardziej interesowało mnie to, że klucza nigdzie nie było.

– Pierdolę – warknęłam.

Dość tego. Dość bycia ignorowaną. Dość ciszy. Dość uciekania.

Z palcami zaciśniętymi na cegle ruszyłam prosto do okna. Była ciężka, ostra na krawędziach, ale z jakiegoś powodu idealnie leżała w mojej dłoni.

– Dzwonię po Gardę! – krzyknęła rudowłosa z paniką w głosie, sięgając po telefon. – To, co chcesz zrobić, to włamanie i napaść.

Zerknęłam na nią przez ramię z pobłażliwym wyrazem twarzy. Chciało mi się śmiać. Przerażenie tej dziewczyny było nawet zabawne. Ale nie tak, jak jej niewiedza.

Miałam gdzieś Gardę. Mogli mnie nawet aresztować. Ten scenariusz był w rzeczywistości bardzo mało prawdopodobny.

– Proszę bardzo. To żadne włamanie, skoro połowa tego domu należy do mnie – odpowiedziałam, a moje usta rozciągnął zuchwały uśmieszek. Nie pozwoliłam się wytrącić z równowagi.

Fake it till you make it. To było moje nowe życiowe motto. Istniałam tylko dzięki niemu, po tym jak całe moje życie legło w gruchach w przeciągu zaledwie kilku miesięcy. Straciłam wszystko. Karierę, pasję, męża i dom. Przeżyłam to, udając, że będzie dobrze. Przeżyłam, udając, że jestem silna. W końcu na tych fundamentach udało mi się stworzyć dość solidną fasadę nowego życia. Nowej Tate.

Szok wypełnił chyba każdą komórkę ciała przyjaciółki Grahama. Aż od niej promieniował.

Teraz byłam już pewna. Nie miała pojęcia o moim istnieniu. Spotykała się z kimś, kogo tak naprawdę nie znała. Z nałogowym, patologicznym kłamcą. Zrobiło mi się jej nawet trochę szkoda, ale uczucie to było bardzo mgliste i niczego nie zmieniało.

– Słucham? – wykrztusiła.

Bez wahania przemierzyłam trawnik. Moje obcasy tonęły w ziemi, ale miałam to gdzieś.

– Nazywam się Tate Kelly – przedstawiłam się, żeby rozjaśnić dziewczynie sytuację. – Jestem żoną Grahama.

Opadła jej szczęka. Zamarła z otwartymi szeroko oczami i ustami. Tak ją to wytrąciło z równowagi, że nie mogła nic zrobić. Nie zdążyła.

W jednej chwili patrzyłam wprost na nią, a w drugiej obróciłam się i z całej siły rzuciłam cegłą. Uderzyła w szybę z brutalną siłą. Szkło rozprysło się w tysiąc kawałków, a huk wstrząsnął okolicą. Czułam, jak adrenalina przepływa przez moje ciało.

Naprawdę oszalałam.

Za moimi plecami rozbrzmiał przeciągły okrzyk.

– Boże! Co z panią jest nie tak?! – oburzyła się dziewczyna. Usłyszałam jej kroki. Szła w moją stronę. – Nieważne, kim pani jest, to nie jest w porządku!

Westchnęłam, obróciwszy się w jej stronę. Spojrzałam jej prosto w oczy. Próbowała gromić mnie wzrokiem, ale nie robiło to na mnie wrażenia.

– Posłuchaj, nie obchodzi mnie, kim jesteś dla Grahama, ale powinnaś stąd zniknąć – poradziłam jej. – Twój przyjaciel będzie przez chwilę zajęty. Uwierz mi, nie chcesz się mieszać w ten bałagan.

– Nie mogę odejść, kiedy jakaś wariatka na moich oczach ot tak wybija sobie okno do czyjegoś domu. Nie wiem nawet, czy mówisz prawdę, a nawet jeśli, to nie jestem pewna, czy to uprawnia cię do takich... działań – wykrztusiła z braku lepszego określenia.

Zbyłam jej wstrząśnięty ton i rozedrganie machnięciem ręki. Może miała trochę racji. Teraz nie obchodziły mnie żadne konsekwencje, a przyzwoitość zniknęła.

Zerknęłam na wspomniane okno i mruknęłam w zamyśleniu. Musiałam jakoś pozbyć się odłamków, żeby bezpiecznie wejść do środka. Cała ta sytuacja była już wystarczająco dramatyczna, nie musiałam dodawać do niej jeszcze swojej krwi.

– Podaj mi to – poleciłam dziewczynie, ignorując jej wcześniejsze słowa i wskazując na bluzę, którą zostawiła na ganku.

Otwierała i zamykała usta, ale nie ruszyła się ani o milimetr.

Okej, sama mogłam to zrobić.

Nie czekałam dłużej na jej odpowiedź. Zresztą była w zbyt wielkim szoku, by jej udzielić. Sama wróciłam na ganek i bezceremonialnie porwałam bluzę z rozgrzanego betonu.

– Ej, to moje!

– Tylko ją sobie na chwilę pożyczę.

– Ale... – Próbowała się sprzeciwić, lecz jej słowa zagubiły się w moim zimnym spojrzeniu.

Owinęłam materiał wokół dłoni, po czym delikatnie zaczęłam usuwać drobne odłamki szkła z ramy. Skrupulatnie pozbywałam się ostrych kawałków szyby, uważając, by się nie zranić, a gdy skończyłam, rzuciłam bluzę w stronę dziewczyny, ledwie na nią patrząc.

– Dzięki.

Nie czekałam na jej reakcję. Mogła tu sobie dalej stać. Wolałam, żeby nie poszła za mną i nie stała się świadkiem trudnej rozmowy, która mnie czekała, ale gdyby zdecydowała się to jednak to zrobić, nic by to nie zmieniło. Byłoby mi po prostu trochę trudniej.

Wślizgnęłam się przez wybite okno do środka i stanęłam na drewnianej podłodze. Odłamki szkła zatrzeszczały pod moją podeszwą, a z obcasa odpadło trochę ziemi.

Znalazłam się we wnętrzu, które dobrze znałam. Cóż, przynajmniej kiedyś. Teraz został z niego jedynie szkielet.

Mimo że salon z pozoru wyglądał jak kiedyś, wydawał się dziwnie pusty. Jakby ktoś starannie usunął z niego życie. Tylko meble pozostały na swoich miejscach. Stara kwiecista kanapa, kredens, szafka pod telewizor. Gdyby nie kominek, to miejsce wydawałoby się wręcz odpychające. Nieprzyjazne. Bez życia. Zniknęły pamiątki z dalekich krajów, srebrne sztućce, porcelanowe wazy, które tak pieczołowicie przechowywała matka Grahama. Po obrazach na ścianach zostały jedynie jasne ślady. Wszystko wydawało się jałowe, bezosobowe.

Usłyszałam tupot małych, ale bardzo energicznych łapek. Śnieżka w sekundę wpadła do pomieszczenia i natychmiast znalazła się obok mnie. Mały maltańczyk wirował wokół moich nóg i podskakiwał. Gdy suczka mnie rozpoznała, zaczęła poruszać się jeszcze żwawiej, a z jej gardła wydobywało się pełne tęsknoty popiskiwanie.

Łzy napłynęły mi do oczu, a serce niemal złamało się wpół. Kiedy wyjeżdżałam, musiałam ją opuścić. Był to nasz wspólny pies, a w tamtej chwili nie mogłam jej ze sobą zabrać. Nie miałam wyjścia, więc zostawiłam ją z mężem, lecz nigdy nie przestałam tego żałować. Niezmiennie mi jej brakowało. W mojej głowie była kolejną rzeczą, którą Graham mi odebrał.

Podniosłam psa na ręce i mocno go przytuliłam. Trwałam tak minutę lub dwie, witając się ze starą przyjaciółką. W końcu musiałam ją jednak puścić i odstawić na podłogę.

Podążyła za mną, gdy zrobiłam kilka kroków przez salon i skierowałam się do korytarza. Musiałam znaleźć tego dupka. Nie wyszedł do mnie, choć wybiłam szybę w oknie. Jego zachowanie było wręcz absurdalne. Naprawdę aż tak nie chciał mnie oglądać?

Cienie tańczyły na ścianach, a cisza, która panowała w domu, była niemal namacalna. Ciężka i dziwnie nieubłagana. Czułam na karku ciężar wspomnień. Widziałam nas na tej kanapie, oglądających dziesiątki filmów, przytulających się, śmiejących, tak beztroskich i zakochanych. Te obrazy, które z uporem wdzierały się do mojej głowy, przeszywały moje serce niczym sztylety.

Próbowałam je zignorować. Nie wróciłam tu, żeby się rozczulać.

Ruszyłam w stronę korytarza. Stukot moich szpilek wybijał nieustępliwą melodię.

Nie było odwrotu.

Wtedy go zobaczyłam. Powietrze zgęstniało, a oddychanie nagle stało się trudniejsze. Płuca z trudem przyjmowały wtłaczane z oddechem, pachnące przeszłością opary.

Stał w rogu korytarza, przyciśnięty plecami do ściany, jakby chciał się w nią wtopić.

Naciągnięty kaptur szarej bluzy niemal całkowicie zakrywał mu twarz. Zesztywniał, gdy mnie zobaczył. Czułam na sobie jego ciężkie spojrzenie, mimo że z tego miejsca nie widziałam jeszcze jego oczu.

To nie był mężczyzna, którego kiedyś znałam. Zrozumiałam to, gdy tylko przypatrzyłam się jego postawnej, a jednak tak sztywnej i skulonej sylwetce.

– Tate... – wymówił moje imię, jakby było modlitwą o jego własne życie. – Nie zbliżaj się.

Zamarłam na moment, zaskoczona tonem jego głosu. Było w nim coś, czego nigdy wcześniej w nim nie słyszałam. Błaganie. On nigdy nie błagał. Zawsze był pewny siebie, zbyt arogancki, by pokazać słabość. Dumny.

Zrobiłam krok w jego stronę, ignorując to, co powiedział. Nie mogłam inaczej. Teraz, gdy stałam tak blisko, nie mogłam się już wycofać. Nie miało znaczenia, że czułam się, jakbym była pociągiem, który mknie prosto w stojącego na torach mężczyznę.

Chciałam coś powiedzieć, ale brakowało mi słów. Cała przemowa, którą ułożyłam w myślach jeszcze w samolocie, nagle zniknęła. W głowie miałam pustkę. Jego zachowanie, wygląd, zmiana w jego postawie zupełnie zbiły mnie z pantałyku.

– Nie podchodź! – krzyknął, tym razem jeszcze rozpaczliwiej, po czym wyciągnął dłoń, jakby chciał mnie zatrzymać.

Ale nie mógł tego zrobić. Tym bardziej teraz, gdy zauważyłam to, co tak bardzo starał się ukryć. Gdy zdał sobie z tego sprawę, szybko cofnął rękę, lecz było już za późno. Zakręciło mi się w głowie.

Zbliżyłam się do niego, wciśniętego w ciemny kąt jak przerażone zwierzę czekające na atak. Spod kaptura wystawały falujące włosy w kolorze piasku. Były wyraźnie zbyt długie i splątane.

Graham zawsze dbał o nieskazitelny wygląd. Niemal obsesyjnie. Zawsze starannie układał włosy, dbał o cerę i ubierał się tak stylowo, jakby dopiero co brał udział w sesji do jakiegoś magazynu. Przyciągał spojrzenia wszędzie, gdzie się pojawił. Wyglądał jak przeklęty anioł, który postanowił zstąpić na ziemię, by pobawić się w ludzkie życie.

Tak było kiedyś. Takiego mężczyznę zapamiętałam. Jednak nawet w najśmielszych snach nie spodziewałam się, że on już dawno nie istnieje.

Nie rozumiałam, co się stało. Na co patrzę.

Zatrzymałam się zaledwie kilka kroków od niego. Nieliczne promienie światła przenikały przez uchylone okno, delikatnie oświetlając jego postać. W końcu mogłam lepiej mu się przyjrzeć. Nie był w stanie się przede mną ukryć.

Nogi prawie się pode mną ugięły.

Zrozumiałam, dlaczego się chował.

I moje serce – to, które już zawsze miało być wolne od jego wpływu – pękło w zupełnie nowy sposób.

Rozdział 2
Serce skute lodem
TATE

– Graham... – wyszeptałam jego imię.

Słowo samo wymknęło się z moich ust, przesiąknięte niedowierzaniem, żalem i bólem, które mieszały się w moim wnętrzu, tworząc uciążliwą mieszankę. Stał tuż przede mną, na wyciągnięcie ręki, ale ledwie mogłam go rozpoznać. Wydawało mi się, że patrzę na kogoś zupełnie obcego.

Jego twarz... Z lewej strony skóra była nieregularna, poszarpana jak zgniecione płótno, blizny pożerały jego policzek, ciągnęły się wzdłuż szczęki, niknąc gdzieś w dole szyi, pod materiałem bluzy, pod którą tak bardzo próbował się chować.

Nie wyglądały na świeże, zagoiły się już jakiś czas temu, lecz pozostawały surowe. Brutalnie odznaczały się na jego skórze. Wyglądały, jak okrutna pamiątka po rozległym poparzeniu. Na pierwszy rzut oka ciężko było mi ocenić ogrom tych zniszczeń. Było jasne, że twarz nie była jedyną częścią ciała Grahama, która ucierpiała. Dłonie także pokryte miał zniekształconymi śladami ognia.

Jego skóra stała się mapą jego cierpienia.

Z niedowierzaniem sunęłam wzrokiem po rysach, które były tak znajome, a jednocześnie tak obce. Pofałdowana blizna nachodziła lekko na jego łuk brwiowy, przez co ten opadł na oko, burząc symetrię.

Graham stał się chodzącym uosobieniem kontrastu. Z jednej strony został na zawsze naznaczony i oszpecony przez bezlitosne języki ognia, z drugiej wciąż zachował resztki dawnej atrakcyjności, które przebijały przez te zniszczenia. Wysokie kości policzkowe były nienaruszone, ostre, jakby wyrzeźbione przez artystę, idealnie komponowały się z mocną linią szczęki. Błękitne oczy, niegdyś przenikliwe, teraz wydawały się wyblakłe, jakby całe życie zostało z nich wyssane przez tragedię, która go spotkała. Mimo to ich kolor wciąż przyciągał uwagę, choć obecnie przypominały nie beztroski ocean, jak zapamiętałam, ale bezdenną lodową pustynię. Zimną, pozbawioną światła i nadziei.

Graham był cieniem samego siebie.

Pamiętałam ten telefon sprzed czterech lat. Od jego matki. Wtedy wciąż zaślepiały mnie ból i przejmujące poczucie zdrady. Mówiła coś o pożarze, o tym, że spłonął nasz dom pod miastem. W tamtej chwili pomyślałam, że to okrutne podsumowanie naszego życia i związku. Wydawało się wręcz właściwe. Wszystko obróciło się w ruinę, nic dziwnego, że taki sam los spotkał także budynek, który miał być naszą bezpieczną przystanią, a okazał się piekłem.

Nosiłam w sobie tak wiele burzliwych uczuć...

Mimo to, gdy tylko usłyszałam, że Graham był wtedy w środku i trafił do szpitala, byłam bliska wyciągania walizki.

Zwłaszcza że kobieta, która zawsze mną gardziła, powiedziała:

– Powinnaś wrócić.

Jedno zdanie. Niby nic wielkiego, ale to jej ton zbił mnie wtedy z tropu i sprawił, że włoski na karku stanęły mi dęba. Brzmiała na przerażoną, ale też zrezygnowaną i zdegustowaną. Niemal obrzydzoną.

Niewiele myśląc, spakowałam się, kupiłam bilet, gotowa porzucić wszystko w jednej chwili. Wtedy jednak zauważyłam dwie nieodczytane wiadomości od samego Grahama. Musiał się już obudzić. Nie wiedziałam, ile czasu minęło od samego wypadku i jak długo leżał w szpitalu. Jego matka nie chciała się zagłębiać w szczegóły. Ale musiał być w dość dobrym stanie, skoro udało mu się do mnie napisać.

Graham: Nie przyjeżdżaj. Moja matka dramatyzuje.

Graham: Nie jesteś tu potrzebna.

Uwierzyłam w to. Poza tym poczułam się, jakby właśnie bezceremonialnie sypnął mi solą w jeszcze niezaleczone rany. Rozpakowałam walizkę i zostałam w Londynie.

A dziś miałam przed sobą namacalny dowód, że mnie okłamał. Jego mama nie dramatyzowała. Po prostu nie była w stanie przyznać na głos, że jej ulubiona zabawka została popsuta.

– Jezu, co ci się stało? – sapnęłam, choć odpowiedź była oczywista.

Byłam jednak w zbyt wielkim szoku, by powiedzieć cokolwiek innego.

Mój gniew uleciał. Rozpłynął się. Nie został po nim nawet ślad.

Te blizny... Nie chciałam nawet myśleć, jak bardzo musiały boleć rany, które pozostawiły po sobie tak brutalne ślady.

Serce ścisnęło mi się ze współczucia. Nie potrafiłam przejść obok tego obojętnie, obok tak wielkiego i jawnego cierpienia.

Nie, kiedy dotyczyło jego. Mężczyzny, który dawno temu przez chwilę był całym moim światem. Kiedyś wierzyłam, że urodziłam się tylko po to, by go odnaleźć. Mieliśmy się spotkać, tak zapisano w gwiazdach. Dwie połówki jednej całości, które po prostu musiały się ze sobą zetknąć i połączyć.

Oszołomiona, zrobiłam krok w jego stronę. Dzieliło nas zaledwie kilka centymetrów. Graham drgnął, a jego oczy rozszerzyły się w przerażeniu. Był rozedrgany, wydawało się, że tylko ściana za jego plecami trzyma go w pionie. Jego twarz wyrażała wiele emocji, których nie potrafiłam zidentyfikować. Ale malujący się na niej strach był najbardziej oczywisty.

Uniosłam rękę, próbując dotknąć jego twarzy, chciałam się upewnić, że to, co widzę, jest prawdziwe. Ale zanim zdążyłam wyciągnąć palce, coś w jego oczach się zmieniło. Dostrzegłszy moje współczucie, cały zesztywniał, a jego spojrzenie stwardniało. Lęk ustąpił miejsca gniewowi.

– Mówiłem ci, żebyś się nie zbliżała! – wybuchł.

Jego głos przeszył powietrze, surowy i pełen furii. Jednym szybkim ruchem odtrącił moją dłoń, wysyłając ją gdzieś w bok. Opadła bezwiednie.

Próbowałam coś powiedzieć, ale słowa ugrzęzły mi w gardle. Z moich ust wydobył się tylko niezrozumiały bełkot.

– Ja...

Graham nie czekał na moją odpowiedź. Odepchnął się od ściany, wyminął mnie i wpadł jak burza do kuchni, niemal wpadając przy tym na drzwi. Nie obdarzył mnie nawet spojrzeniem.

Zostałam na miejscu, oszołomiona. Wszystkie moje plany i to, co zamierzałam mu powiedzieć, rozsypały się jak domek z kart. Na to nie byłam przygotowana. Nasze spotkanie miało wyglądać zupełnie inaczej.

Myślałam, że mu wygarnę. Wykrzyczę wszystko, co czułam przez te lata. Myślałam, że zmuszę go do podpisania dokumentów rozwodowych. Teraz nie byłam pewna, co dalej.

Wzięłam głęboki oddech i ruszyłam za nim.

Weszłam do kuchni, która w porównaniu do salonu wyglądała na zagraconą. Wprawdzie niektóre półki świeciły pustkami, zniknęła porcelana i kryształy, ale mimo to każdą wolną przestrzeń blatu zapełniały rzeczy. Pootwierane kuchenne pudełka, puste opakowania, talerze, miski, szklanki. Niektóre szafki czy szuflady były niepodomykane. Krzesła w chaosie otaczały równie zagracony stół wypełniony sklepowymi gazetkami, jakimiś papierzyskami i kopertami, książkami, pustym pudełkiem po pizzy, kablami i całą masą innych drobnych rzeczy, których nie byłam w stanie objąć umysłem.

Przystanęłam jak porażona na widok tego rozgardiaszu.

Graham stał oparty o blat w samym centrum tego chaosu. Z trudem popił wodą tabletkę i ją połknął. Ręce mu się trzęsły.

Tym razem podchodziłam do niego dużo wolniej i zatrzymałam się, by zachować spory dystans. Nie chciałam znów przekraczać granicy. Wcześniej się zapomniałam. Osaczyłam go. Teraz musiałam z nim porozmawiać. Załatwić to, po co tu przyszłam, bo przecież ostatecznie mój cel wcale się nie zmienił.

Tylko czemu czułam się, jakbym miała zacząć zaraz kopać leżącego?

– Przepraszam... – wydukałam. – Nie chciałam... Nie planowałam tak cię nachodzić, ale od tygodni próbuję się z tobą skontaktować. Nie odbierasz telefonu ani ode mnie, ani od mojego prawnika.

Wzdrygnął się. Chyba drażniło go samo brzmienie mojego głosu. Nawet na mnie nie patrzył. Wgapiał się w niemal całkowicie przysłonięte okno. Zasłonięte żaluzje przepuszczały tylko skąpe światło i pokazywały marny skrawek świata.

Przestąpiłam z nogi na nogę, cierpliwie czekając, aż coś odpowie.

Odstawił szklankę na blat, po czym wziął głęboki wdech. Jego nozdrza się rozdęły, ale usta pozostały zaciśnięte w wąską linię.

– Zapłacę za to okno – dodałam, gdy jego milczenie się przeciągało.

Spojrzał na mnie z gniewem, który przeszył mnie jak lodowaty wiatr.

– Nie dbam o nie – warknął. – Chcę tylko, żebyś stąd zniknęła.

Cofnęłam się lekko, jakby wymierzył mi niewidzialny cios.

Przepracowałam to, dawno go sobie odpuściłam, ale nie byłam gotowa na przyjmowanie na siebie werbalnych ataków. Jego głos był tak zimny i bezlitosny, że mroził mnie aż do kości.

Na ułamek sekundy oblicze Grahama zamarło w wyrazie skruchy, lecz to wrażenie znikło tak szybko, że mogłam je sobie wyobrazić. Być może widziałam jedynie to, co chciałam widzieć, bo tak było mi łatwiej poradzić sobie z całą tą sytuacją.

Odchrząknęłam i przybrałam niewzruszoną minę.

– Zrobię to, kiedy w końcu porozmawiasz ze mną o rozwodzie jak dorosły człowiek – obiecałam, chociaż wypowiadane słowa paliły mnie teraz jak kwas.

Graham zacisnął szczęki, a zniekształcona skóra na jego twarzy jeszcze bardziej się naciągnęła.

Przez dłuższą chwilę milczał, jakby analizował moje słowa, a ja nie wiedziałam, czego się spodziewać. Z całych sił starał się zachować spokój, lecz nie dało się ukryć, że był bliski wybuchu. Ledwo trzymał się na powierzchni. Mój przyjazd wyraźnie wytrącił go z równowagi.

Teraz, gdy zobaczyłam go w tym stanie, zrobiło mi się głupio, że wtargnęłam tu w tak bezceremonialny sposób. Gdzieś we mnie zamajaczył zalążek wyrzutów sumienia.

Od zawsze miałam tendencję do brania wszystkiego na siebie, choć dla innych szukałam tysiąca wymówek. Tym razem musiałam się zmusić do zachowania asertywności. Graham był obecnie tak złamany, że automatycznie zapragnęłam zepchnąć wszystkie swoje potrzeby na dalsze miejsce.

– Nie dzisiaj – wycedził w końcu. – Możemy to przełożyć na jutro?

Mimowolnie zaczęłam mięknąć. Nieważne, jak bardzo chciałam pozostać niewzruszona, moje serce nie było skute lodem. To zawsze była jego domena. Kiedyś, dawno temu, bo teraz jego głos, mimo gniewu, brzmiał słabo i bezbronnie.

Zawahałam się. Może to rzeczywiście nie był najlepszy moment na rozmowę, ze względu na jego stan. Musiałam przemyśleć, jak podejść do tego tematu, na nowo zebrać siły i dostosować je do nowych okoliczności. Przygotowałam się na nonszalanckiego Grahama, który stąpał po ziemi, jakby ta do niego należała. Zapatrzonego w siebie, roszczeniowego dupka.

Tylko że nie było go z nami w pomieszczeniu. Jego miejsce zajął ktoś inny. Nie byłam pewna, czy mogę jeszcze powiedzieć, że znam tego mężczyznę, choć przecież był moim mężem! Prawdopodobnie to kolejny powód, by w końcu pozbyć się ostatnich więzów, jakie nas łączyły. Nasz związek istniał jedynie na papierze.

– Dobrze, jeśli tym razem otworzysz mi drzwi – zgodziłam się, nie do końca pewna, czy to właściwa decyzja.

Jakaś część mnie bała się, że gdy pójdę na to ustępstwo, Graham zniknie. Znajdzie sposób, by znowu mnie odciąć, a ja nie mogłam dłużej żyć w takim zawieszeniu.

Skrzywił się, ale skinął głową.

– Udowodniłaś już, że nie da się ciebie zatrzymać za nimi, więc nie mam powodów, by tego nie robić.

– W takim razie wpadnę przed południem – zadecydowałam.

Rozluźnił się, pewien, że teraz zniknę mu z oczu. Czekał, aż powietrze znów zostanie przecięte przez stukot moich szpilek, gdy będę zmierzać do drzwi.

Tylko że ja wciąż stałam w miejscu. Coś wciąż nie pozwalało mi odejść. Jeszcze nie.

Graham unikał mojego spojrzenia. Widziałam, jak bardzo stara się ukryć przede mną swoją twarz. Obrócił się do mnie tą nienaruszoną stroną, zabliźnioną chowając w cieniu. Gdyby mógł, pewnie cały by się zakrył.

– Graham – szepnęłam, a on zacisnął pięści. – Dlaczego?

Zgrzytnął zębami, wciąż odwrócony ode mnie, a jego ramiona napięły się, jakby chciał zamknąć się w sobie jeszcze bardziej.

– Dlaczego mi nie powiedziałeś? Dlaczego skłamałeś po telefonie od twojej matki? Nie rozumiem... – dodałam.

Myślałam, że mnie zignoruje, ale w końcu usłyszałam jego ciężki oddech. Walczył ze sobą, próbując kontrolować emocje.

– To, co się wydarzyło, nie miało z tobą nic wspólnego – powiedział w końcu lodowatym tonem. – To nie był twój problem, Tate.

Znów wypowiedział moje imię w sposób przypominający smagnięcie batem. Jego słowa sprawiły, że poczułam się mała i bezsilna. Przełknęłam ślinę, gdy między nami rósł mur, który on skrupulatnie budował cegła po cegle.

– Nie mój problem? – wykrztusiłam w końcu, próbując znaleźć w sobie odwagę, by mówić dalej. – Musiałeś spędzić w szpitalu całe tygodnie. Wciąż byliśmy wtedy małżeństwem. Ja...

Wróciłabym.

Udało mi się zatrzymać tą deklarację dla siebie, bo choć prawdziwa, zbyt mnie odsłaniała.

Jakkolwiek żałośnie by to nie brzmiało, naprawdę wróciłabym, gdybym znała prawdę. Gdybym wiedziała, że jego stan był tak poważny. Wróciłabym, żeby mu pomóc, zająć się nim, wspierać, mimo że on nie był w stanie dać mi tego samego po mojej kontuzji.

Graham skurczył się jeszcze bardziej. Naprawdę wyglądał, jakby chciał zapaść się w sobie i zaraz miał implodować.

– Odeszłaś.

Zamarłam, zmrożona tym jednym słowem, które wypowiedział z takim chłodem. Brzmiało jak zarzut.

Odeszłaś.

Słowo to zawisło w powietrzu, jakby stanowiło ostateczny wyrok i to ja byłam winna, że wszystko się między nami rozpadło.

Gorycz wypełniła mi gardło. Chciałam krzyczeć, że to on mnie do tego zmusił, że zniszczył naszą relację swoimi kłamstwami, zdradami, tym, jak mnie porzucił, kiedy potrzebowałam go najbardziej. Ale nie mogłam wydobyć z siebie słów.

Potrzebowałam chwili, by zebrać myśli i siły na odpowiedź.

– Odeszłam, bo mnie do tego zmusiłeś – wyszeptałam, choć wiedziałam, że te słowa nie przyniosą ulgi żadnemu z nas. – Nie obwiniaj mnie za swoje błędy.

Napięcie między nami rosło z każdą sekundą, dłonie zaczęły mi drżeć, a nogi stawały się coraz słabsze. Miałam ochotę podejść do niego, złapać go i zmusić do wyjaśnień, do powiedzenia prawdy. Ale widziałam, jak zaciska dłonie w pięści, jego ramiona stają się jeszcze bardziej napięte, gotowe do obrony. Był zamknięty na jakikolwiek kontakt, już dawno wykreślił mnie ze swojego życia.

– To już nie ma znaczenia – stwierdził głucho. – Nie chciałem cię tam.

Dalej unikał mojego spojrzenia, w ogóle na mnie nie patrzył, jakbym była zjawą, która zniknie, jeśli tylko będzie ignorowana.

Te słowa uderzyły we mnie z nową siłą. Widziałam, że nie miał ochoty dalej ze mną rozmawiać, że odciął się od przeszłości, od nas. Nie zostało nic więcej do powiedzenia. Ta rozmowa donikąd nie prowadziła. Skoro tak stawiał sprawę, nie miałam nic do dodania.

– Wrócę jutro – poinformowałam go cicho, starając się brzmieć pewnie, nie na pokonaną, jak w rzeczywistości się czułam. – Wtedy porozmawiamy. Ale ostrzegam cię, Graham, nie dam ci ani dnia więcej. Zbyt długo czekałam.

Nie odpowiedział. Ani się nie zgodził, ani nie sprzeciwił. Ale to musiało mi dziś wystarczyć.

Obróciłam się na pięcie i odeszłam, nie oglądając się za siebie, chociaż wiele mnie to kosztowało.

Obserwował mnie.

Teraz, gdy zniknął spod odstrzału mojego spojrzenia, nie wahał się odprowadzić mnie wzrokiem. Jego krystalicznie niebieskie oczy przeszywały mój kark, z którego zaraz spłynął dreszcz, jakby pieścił mnie oddech dawnego kochanka. Problem w tym, że ten kochanek miał serce skute lodem, a skórę naznaczoną przez ogień.

Rozdział 3
Brzydka prawda
GRAHAM

Wróciła.

Kurwa, wróciła.

Jakaś część mnie zdawała sobie sprawę, że coś takiego może się wydarzyć, jednak naiwnie założyłem, że będę miał więcej czasu i będę lepiej przygotowany. Jeśli w ogóle dało się przygotować na to spotkanie.

Poznałem Tate, gdy miałem szesnaście lat.

– Znalazłam ci nową partnerkę – oznajmiła moja matka dwa tygodnie po tym, jak Ella, z którą współpracowałem od ponad dwudziestu miesięcy, zrezygnowała ze wspólnej jazdy.

– Okej.

Początkowo przyjąłem te wieści dość obojętnie. Matka była perfekcjonistką w każdym calu, więc dziewczyna musiała być dobra, a tylko to się liczyło. Reszta to niuanse.

Jednym uchem słuchałem, jak wymawiała jej imię, rozwodziła się nad doświadczeniem i zdradziła, że jest ode mnie rok młodsza.

Dwa dni później spotkaliśmy się na lodowisku.

Wpadła tam jak burza, ledwo łapiąc oddech, kiedy jej drobna sylwetka pojawiła się w drzwiach. Miała na sobie szarą bluzę z kapturem, nieco za dużą, której rękawy ledwo odsłaniały jej dłonie. Kaptur zwisał niedbale na plecach, a jej włosy, jasne i falowane, wysuwały się spod opaski, którą miała na głowie.

Miała zaróżowione policzki – czy to od wysiłku, czy od zimna, trudno było powiedzieć – a jej oczy od razu przykuły moją uwagę. Wielkie, błyszczące i... zaczerwienione, jakby przed chwilą płakała, co kontrastowało z jej zdecydowanym krokiem. Bez wahania wbiegła na taflę lodu i zanim się obejrzałem, wpadła na mnie z takim impetem, że oboje niemal się przewróciliśmy. Moje ręce instynktownie objęły jej ramiona, by utrzymać nas w pionie.

– Uważaj – mruknąłem.

Była drobna, o głowę niższa ode mnie, ale w tej chwili zdawała się jeszcze mniejsza, jakby świat wokół niej był zbyt wielki, zbyt przytłaczający. Jej twarz w kształcie serca, poza nabiegłymi czerwienią policzkami, była blada, porcelanowa, delikatna. Miała lekko zadarty nos i pełne usta, które niepewnie drgnęły w uśmiechu, kiedy otoczyłem jej ręce swoimi palcami.

– Strasznie przepraszam! – powiedziała melodyjnym głosem. – Spieszyłam się i... Ty musisz być Graham, prawda? Pewnie zrobiłam fatalne pierwsze wrażenie. Tate, jakby co.

Zamrugałem, gdy paplała jak najęta. Takie zachowanie zwykle mnie irytowało, było cholernie nieprofesjonalne, lecz w tej chwili byłem zbyt oszołomiony jej widokiem i wielkim wejściem, by czuć jakikolwiek gniew.

– Domyśliłem się.

Stała przede mną, czekając, aż ją puszczę, ale ja nie odrywałem dłoni, chcąc zatrzymać ten moment trochę dłużej.

Odsunąłem się od niej, dopiero gdy z boku dobiegł nas krytyczny ton mojej matki.

– Spóźniłaś się. Mam nadzieję, że to nie będzie się powtarzać. Sam talent nie wystarczy, gdy człowiek się obija i nie traktuje treningów poważnie.

Z miejsca ją znienawidziła i ta niechęć ciągnęła się za nami przez lata. Gdyby nie fakt, że Tate była naprawdę zdolna, a my zgraliśmy się już od pierwszej próby w idealnej harmonii, pewnie pozbyłaby się jej jeszcze tego samego dnia.

Choć wydawało się to niemożliwe, Tate zarumieniła się jeszcze bardziej, wyraźnie zawstydzona tą bezpośrednią uwagą.

– Oczywiście, pani Kelly – odpowiedziała ze skruchą.

– Gdzie jest twoja mama? Chciałabym porozmawiać z nią o waszym planie treningowym.

Dziewczyna zrobiła wielkie oczy. Kilka razy otworzyła i zamknęła usta.

– Dziś jej nie będzie – mruknęła w końcu.

Dopiero po jakimś czasie dowiedziałem się, że tamtego dnia jej rodzice wdali się w zaciętą kłótnię, która pozostawiła jej mamę w kiepskim stanie. Była zbyt rozedrgana, żeby jej towarzyszyć. Na szczęście niekomfortową dla niej dyskusję przerwało przybycie naszej trenerki.

Tate Sheelan wpadła do mojego życia z impetem jak huragan i zburzyła chłodną perfekcję, w której dotąd funkcjonowałem. Nic więc dziwnego, że jej powrót był dokładnie tak samo piorunujący. Zawsze przypominała żywioł. Nieprzewidywalna, intensywna, bezlitosna dla wszystkiego, co stanęło na jej drodze.

Wtedy, na lodowisku, nie wiedziałem jeszcze, że stanie się dla mnie wszystkim. Moją partnerką, powierniczką, żoną.

Była moim światem. Dopóki wszystkiego nie zrujnowałem.

Bo zrobiłem to. Wraz z moją obsesją na punkcie perfekcji, strachem przed porażką, z potrzebą bycia najlepszym. Zniszczyłem nas, nie zauważając, kiedy to, co nas łączyło, zaczęło się kruszyć. Zamiast walczyć o nią, walczyłem z nią. Zamiast dostrzegać jej ból, ignorowałem każdy znak, który mówił, że coś się psuje. Zamiast ratować nasz związek, ignorowałem sygnały ostrzegawcze, przekonany, że jeśli będę pracować ciężej, uda nam się przetrwać.

Cały czas wierzyłem, że jak wymienię ją na jakiś czas na inną partnerkę, to zaprocentuje w przyszłości. Nie chciałem tracić wszystkiego, na co pracowaliśmy. Mimo jednoznacznej diagnozy kilku lekarzy wierzyłem, że jeszcze będzie miała szansę na powrót. Wpadłem w wir treningów. Łyżwiarstwo figurowe było dla Tate tak samo ważne jak dla mnie. Dbałem o to, żeby miała do czego wracać. Tak to sobie tłumaczyłem, uspokajając własne sumienie. Ale się myliłem. Jedyną osobą, o której wtedy tak naprawdę myślałem, byłem ja.

Teraz widziałem to bardzo wyraźnie. Nie dziwiłem się, że odeszła, choć zarzuciłem jej to prosto w twarz. Bolało jak cholera, ale sam bym siebie zostawił.

Nigdy na nią nie zasługiwałem.

Ani wtedy, ani tym bardziej teraz.

Ciężko stwierdzić, ile stałem w kuchni po jej wyjściu. Nie potrafiłem się ruszyć. Moje serce waliło tak mocno, że każde uderzenie czułem w skroniach. Szum w uszach zagłuszał wszystko wokół. Przez chwilę wydawało mi się, że zaraz zemdleję, że ziemia spod moich stóp zapadnie się pod ciężarem tego, co właśnie się wydarzyło.

Wróciła. Widziała mnie. W takim stanie.

Zerknąłem na blat, na buteleczkę leżącą tuż obok zlewu. Mój oddech był coraz płytszy, nerwowy. Sięgnąłem po drugi xanax, chociaż wziąłem już jeden chwilę wcześniej. Wrzuciłem tabletkę do ust, połknąłem na sucho, łapiąc się jej jak ostatniej deski ratunku. Może to uspokoi te myśli, ten chaos, który mną miotał.

Ale nie uspokoiło.

Nie mogło.

Ona mnie widziała. Moją twarz. Moje blizny.

Nie pamiętałem, od jak dawna nie stałem z innym człowiekiem twarzą w twarz. Już to sprawiało, że byłem gotowy do ucieczki. Biorąc pod uwagę, że tym człowiekiem była akurat ona... to cud, że nie straciłem przytomności z paniki, która przepełniła moje wnętrze. Czułem się jak zwierzę złapane w pułapkę.

Każda sekunda tego spotkania była jak cios. Jej mina, gdy ujrzała mnie po latach, gdy zobaczyła, co się ze mną stało, na zawsze wyryje mi się w pamięci. Szok. Przerażenie. Litość.

Serce waliło mi jak młotem, jakby chciało wyrwać się z klatki piersiowej. Miałem wrażenie, że zaraz się uduszę od tego, co się stało. Od jej obecności. I ciszy, która teraz otaczała mnie jak ciężki, duszący koc.

Tate wiedziała już, czym się stałem.

Byłem potworem. Człowiekiem, który nie potrafił patrzeć na własne odbicie w lustrze.

Przecież to musiało ją obrzydzić. Mnie brzydziło.

Nie okazała tego w żaden sposób, jednak zawsze miała dobre serce. Była empatyczna. Właśnie dlatego jej pierwszą reakcją było współczucie.

Może z czasem dostrzeże ironię całej sytuacji. Oddaliłem się od niej i zostawiłem samą, gdy doznała kontuzji i nie mogła dłużej jeździć. Wybrałem karierę zamiast niej. Podły uśmiech losu pokarał mnie wypadkiem, który skreślił i moje marzenia, uświadamiając mi, jak niewiele znaczyły. Zostałem sam, pozbawiony wszystkiego, co kiedyś było dla mnie ważniejsze od niej.

Mój telefon zabrzęczał kilka razy. To wyrwało mnie z transu. Wyciągnąłem urządzenie z kieszeni i dostrzegłem na ekranie imię przyjaciółki.

Rose: Wszystko w porządku?

Rose: Przepraszam, że nie udało mi się jej zatrzymać. Nie wiedziałam, co robić.

Rose: To naprawdę twoja żona?

Rose: Mam nadzieję, że nie zatłukła cię tą cegłą...

Rose: Bo nie zatłukła, prawda?

Zmrużyłem oczy. Ostatnio Rose częściej przemycała do naszych rozmów żartobliwe teksty, na które kiedyś w jej posępnym życiu było niewiele miejsca. Na początku byłem dla niej strasznym dupkiem. Ale kiedy połączyła nas nić porozumienia, dostrzegłem w niej podobne rozgoryczenie i zmęczenie życiem co u siebie.

Wszystko się zmieniło, gdy związała się z jakimś Killianem. Rozkwitła. Czasem, rozmawiając z nią, czułem się zazdrosny. Nie o nią, ale o to, co miała. Wciąż lubiłem jej towarzystwo, stała się dla mnie ważna, ale teraz jej towarzystwo momentami mnie bolało.

Choć naprawdę cieszyłem się jej szczęściem, to przypominało mi ono o moim żałosnym losie.

Graham: Jest w porządku. Tak, to naprawdę moja żona.

Na papierze przynajmniej.

Jeszcze.

Graham: Porozmawiamy jutro.

Gardło mi się zacisnęło, gdy przeczytałem pierwszą wiadomość, którą dopiero co wysłałem. Czytałem ją raz po raz, skupiając się na ostatnich dwóch słowach, aż ekran zgasł.

Nie bez powodu ignorowałem telefony Tate i jej prawnika. Nie potrafiłem się na to zdobyć, mimo że doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że gram na czas i igram z losem. Postąpiłem z tym problemem jak z każdym innym, który stanął mi na drodze w ciągu tych lat po wypadku.

Udawałem, że nie istnieje.

A teraz Tate była w mieście. W moim domu. I miała wrócić jutro.

Nie miałem dokąd uciec.

Przed nią.

Przed sobą.

Przed tym, co nas czekało.

[...]