Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Rozstanie, które boli.
Nieoczekiwane spotkanie, które zmienia wszystko.
I poczucie, że nic w życiu nie dzieje się bez powodu.
Może to, co nazywamy przypadkiem, jest w rzeczywistości częścią większej układanki?
Bo czasem to, co bierzemy za przypadek okazuje się... boskim planem.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 240
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
RedaktorIzabela Smug
RedaktorMonika Całka
KorektorIzabela Smug
Projektant okładkiRadochna Łojek
KorektorKarolina Rudak
© Izabela Romanowska, 2025
© Radochna Łojek, projekt okładki, 2025
Rozstanie, które boli.
Nieoczekiwane spotkanie. które zmienia wszystko.
I poczucie, że nic w życiu nie dzieje się bez powodu.
Może to, co nazywamy przypadkiem, jest w rzeczywistości częścią większej układanki? Bo czasem to, co bierzemy za przypadek, okazuje się… boskim planem.
ISBN 978-83-8431-952-9
Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero
Moim rodzicom
Grażynie i Bogusławowi Malewskim
Spakował się.
Spakował i wyprowadził. Zrobił dokładnie to, czego chciała. Szkoda tylko, że nie poczuła się przez to ani trochę lepiej. Stała na półpiętrze wspólnego domu, nie wiedząc, co ze sobą począć. Nie miała ochoty niczego oglądać. Niczego, co miało związek z nim. Nie miała ochoty patrzeć na pustą szafę w ich sypialni, gdzie nie było już jego koszul — powieszonych kolorami i wyprasowanych — o które dbała z należytą starannością. Nie chciała patrzeć na czarny blat w kuchni, bo od razu rzucał się w oczy brak jego ulubionego kubka, który codziennie rano, od lat, zalewała gorącą kawą. Kiedyś, kiedy projektowała tę kuchnię, myślała, że czarny blat będzie piękny i elegancki, a dziś sprawiał, że czuła się jeszcze bardziej pogrążona w smutku, jakby potęgował jej życiową rozpacz… Nawet złoty kran nagle stracił blask. Luksusowe wnętrze, które stworzyli, dziś było przytłaczające i budziło więcej złych wspomnień aniżeli tych, do których mogłaby się uśmiechać.
Każdego ranka wstawała piętnaście minut przed nim, by jego napój zaparzyć z niezwykłą starannością, dodając do tego kawałek swojego serca, ciepła, oddania. Kawałek siebie, bo przecież dla niej nikt rano nie wstawał i nie witał jej gorącą kawą czy gotowym śniadaniem do pracy. Nie. To ona była osobą, która rano miała mieć na wszystko czas. Na zrobienie kawy dla męża, śniadania do pracy, podrzucenie pudełka do jego eleganckiej skórzanej teczki, naszykowanie mu ubrań do wyjścia, wypastowanie jego butów. Po czym budziła dziecko, dawała śniadanie, pilnowała, by się ubrało, i odwoziła bądź odprowadzała do szkoły w zależności od pogody. W międzyczasie musiała zdążyć umówić wizytę u dentysty czy szczepienie, załatwić swoje własne sprawy, a nawet te, o które prosili ją teściowie. Była dla nich niemal na każde zawołanie, bo nie mieli nikogo innego pod ręką — poza nią. Lidka niespecjalnie umiała odmówić, poza tym czuła się poniekąd w obowiązku, bo mąż przecież zarabiał na utrzymanie ich rodziny dzięki rodzicom, którzy zapewnili mu należyte wykształcenie. Zawsze próbowała się im przypodobać, jakby nigdy nie wierzyła, że jest wystarczająca taka, jaka jest. Zawsze chciała bardziej, lepiej i więcej. Przypomniała sobie lata bieganiny za wszystkim i każdym, poza sobą.
W łazience brakowało jednej szczoteczki do zębów, jej została bez pary. Sama jak palec. Brakowało też czarnego ręcznika i męskich kosmetyków do codziennej pielęgnacji. Zniknął jego ulubiony szampon z naturalnych składników, do którego przekonała go lata temu — zawsze kupowała kilka butelek na zapas, ale już nie będzie tego więcej robić. Zwolniła się też półka, którą zajmował. Dziś stała pusta. Po prostu niczyja. Zakryła twarz rękami i zaczęła płakać. Osunęła się na podłogę, a szloch, jaki wydobył się z jej gardła, był bezlitosny. Płakała nad nimi, nad sobą, nad tym, co minęło bezpowrotnie. Płakała z bezsilności, z tęsknoty, z poczucia niesprawiedliwości. Jak mógł jej to zrobić? Po tylu latach została sama. Łzy zalewały jej twarz coraz mocniej, skurcz w brzuchu uwydatnił emocje, które kontrolowały jej ciało. Poczuła się przegrana, oszukana, samotna.
Rozwiedli się w jej czterdzieste urodziny. Mogła jednak zmienić tę cholerną datę rozprawy. Tylko że była zbyt wściekła, by cokolwiek przekładać i czekać jeszcze dłużej w tym beznadziejnym stanie. Co też ją podkusiło? Dlaczego uznała, że przecież to nie miało żadnego znaczenia i im prędzej, tym lepiej? Kiedy zobaczyła tę datę na liście z sądu, pomyślała, że ktoś chyba sobie z niej kpił. Znienawidziła ten dzień. Chciałaby zniknąć, schować się przed wszystkimi, zapomnieć i wyłączyć myśli. Tylko jak można było zapomnieć o kimś, komu poświęciło się najlepsze lata swojego życia, komu urodziło się dziecko, komu oddało się cały swój świat? Pytała samą siebie, szlochając i nie mogąc przestać.
Nagle jej głośny szloch przerwał dzwonek do drzwi. Lidka nie miała ochoty wstawać ani sprawdzać, kto to. Z pokoju dobiegł dzwonek jej telefonu, który został w sypialni, rzucony niedbale na łóżko. Do cholery, niech się wszyscy ode mnie odczepią, pomyślała.
— Mamo, to ja, otwórz!
Franek walił w drzwi i dzwonił dzwonkiem bez przerwy. Miał przecież własne klucze, ale zostawiła swój klucz w drzwiach, co uniemożliwiło mu swobodne wejście do środka.
Wytarła twarz w bluzkę, wzięła kilka głębszych oddechów, wstała i poszła mu otworzyć, wiedząc, że nie da za wygraną. Zresztą wrócił przecież do własnego domu. Przechodząc korytarzem, złapała swoje odbicie w wielkim lustrze, które zdobiło ścianę. Wyglądała jak siedem nieszczęść, ale pewnie tak wygląda milion innych kobiet po rozwodzie. Miała prawo tak wyglądać, skoro właśnie oficjalnie skończyło się jej małżeńskie życie — rozgrzeszyła samą siebie w duchu. Choć diabełek za jej uchem szepnął, że może wcale nie, może właśnie ktoś inny otwiera szampana na myśl o rozwodzie i po prostu się cieszy, że problem się rozwiązał.
Prawda była taka, że małżeństwo waliło się już od bardzo dawna, ale może wcale nie chciała widzieć, jak bardzo było źle. Może nie chciała nazywać na głos rzeczy, które im się przytrafiły. Może nie chciała się przyznać do tego, że to już koniec. Może chciała oszukać samą siebie, że on jeszcze coś do niej czuł i tylko wydawało jej się, jak bardzo się oddalali. Myślała, że był zmęczony, zapracowany. Nie dochodziło do niej, że był po prostu znudzony, że nie było już w nim zainteresowania jej osobą. Nie pozwoliła sobie nawet na krótką myśl o kimś trzecim, a jednak. Ktoś z łatwością wykorzystał szczelinę, która między nimi powstała. Ktoś sprawił, że ta mała szczelina zamieniła się z biegiem czasu w przepaść, nad którą nie mógł już powstać żaden most. Nie było drogi powrotnej. Ich światy się rozstąpiły, jemu zaczęło być o wiele wygodniej, lepiej, jaśniej, kiedy jej postać zniknęła po drugiej stronie urwiska. Znalazł gdzie indziej ukojenie, zrozumienie, podniecenie i wszystko, czego między nimi zabrakło.
Po tej stronie została sama, szara, dobrze znana, z ugotowanym obiadem, zrobionym praniem, oddalona, wręcz obca Lidka, z którą nie chciał mieć już nic wspólnego. Została kobieta, której świat zawalił się wraz z jego zdradą. Odszedł już dawno temu, ale to ona wciąż trzymała go uparcie, niczym za cienką nitkę, która przypadkiem wystawała z kołnierza jego koszuli. Jakby wierzyła, że za jej pomocą przyciągnie go z powrotem do swojego boku. Jakby ta jedna nitka miała ich ocalić, jakby była wystarczająco silna i mogła udźwignąć ciężar, który zafundował im koniec małżeństwa.
Łudziła się.
Oszukiwała samą siebie zbyt długo. Przymykała oko na kolejny wybryk, kolejne wyjście, brak powrotu do domu, kolejną ciszę, brak dotyku, brak rozmów. Tłumaczyła go sama przed sobą, a może sama dla siebie, bo wiedziała, że prawda ją dobije, a wtedy już nic jej nie pozostanie. Była gotowa przemilczeć o wiele za dużo, byleby był. To małżeństwo nie skończyło się dziś, skończyło się dawno temu, ale ona wcale nie chciała tego przyznać. Żyli razem, ale osobno, od miesięcy. Nie byli już mężem i żoną, nie byli kochankami, nie byli przyjaciółmi, byli po prostu współlokatorami, mijającymi się w czterech ścianach, którzy nie chcieli sobie wchodzić w drogę. Przestali rozmawiać, przestali się słuchać i widzieć siebie nawzajem. I mimo całego jej wysiłku, mimo całego jej uczucia, wszelkich starań, próśb, wszystko zawiodło. Może po prostu niektórych rzeczy nie da się uratować za wszelką cenę?
W pewnym momencie, kiedy dotarło do niej, że nic nie zdziała, że nie zatrzyma go na siłę, poczuła się po prostu tą jednostronną walką zmęczona. Wykończona kłamstwami, ciszą, obojętnością i samotnością. Zrozumiała, że to nie miało już żadnego sensu i trzeba przełknąć gorzką tabletkę, którą postanowiło podać jej życie. Podobno gorzkie lekarstwa działają najlepiej i choć ciężko było uwierzyć w to, że coś dobrego miało ją czekać po rozwodzie, nie zostało jej nic innego, jak się o tym przekonać i wierzyć, że to pomoże.
— Co tu robisz, synuś? — spytała, kiedy otworzyła drzwi.
Pożałowała, że nie wygląda lepiej. Żałowała, że nie może go przywitać w lepszym stanie. Jednak Franek nie był już małym chłopcem, wiedział, że dziś rozprawa. Wiedział też, w jakim stanie matka jest od miesięcy. To przecież było oczywiste, że się tu zjawi, prędzej czy później. I wcale nie był zaskoczony tym, jak matka wyglądała.
— Nie mogłem przyjechać wcześniej. Przepraszam. Powinienem być z tobą od rana. Wszystkiego najlepszego, mamo.
Zza pleców podał jej bukiet róż — ogromny — i przyciągnął ją do siebie, jakby chciał ochronić ją przed światem. Tak jak kiedyś to ona chroniła jego. Kiedyś to on potrzebował wsparcia, dziś role się odmieniły. Franek zmężniał, przerósł ją o dwie głowy, a teraz stanął na wysokości zadania i znalazł dla niej czas. Tak jak ona kiedyś miała czas dla niego, kiedy był mały i potrzebował jej bardziej niż teraz. Kiedy to zwinnym ruchem mogła podnieść go z ziemi i ucałować stłuczone kolano. Zrobić ulubioną kanapkę z pasztetową, posmarowaną koncentratem pomidorowym, i jego dzień od razu był o wiele lepszy. Kiedyś była jego największym ukojeniem. Dziś była dumna z siebie jako matki. Zawsze traktowała jego problemy z powagą. Jeśli dziecko zwracało się do ciebie, trzeba było mu uwierzyć, że to dla niego ważna sprawa. Nie można było pleść: „Kiedyś to będziesz mieć problemy, nic się takiego nie stało”. Bo, kiedy zaczną się, jak to mawiali dorośli, prawdziwe problemy, to dziecko nie poszuka już u ciebie ratunku.
Franek traktował ją jak najbliższą przyjaciółkę. Dobrze znała jego paczkę najbliższych znajomych. To ona zawsze słuchała o problemach szkolnych, pierwszych miłościach czy rozczarowaniach. Uśmiechnęła się do siebie na tę myśl. Mimo całego morza łez, jakie wylała, cieszyły ją te odwiedziny. To on, jej największe wsparcie, jej cały świat. Jej ukochany Franek. Przynajmniej syn im się udał. Tylko to po nich zostało, pomyślała. Cudowny młody chłopak, dwudziestolatek z planami na przyszłość i głową pełną marzeń. Jakże pocieszała ją myśl, że Franek dziś w tej sytuacji był dorosłym człowiekiem. Nie był malutkim dzieckiem, które będzie musiało teraz dzielić dom na dwa czy też mieć podwójne święta. Nie będzie wybierał, z kim spędzi wakacje, nie będzie czekał na weekend, który ma spędzić z jednym z rodziców, nie będzie rozczarowany, jeśli któryś rodzic odwoła plany. To było chyba najlepsze w tej sytuacji — że rozstali się, kiedy już Franek był zupełnie samodzielnym i dorosłym mężczyzną. A może właśnie to przyczyniło się do upadku tego małżeństwa? Może gdyby był młodszy, to wcale nie tak łatwo byłoby podjąć takie decyzje? Dziś nie miało to żadnego znaczenia, klamka zapadła.
Udali się razem do kuchni. Lidka sięgnęła po wazon, by włożyć kwiaty do wody. Franek usiadł przy wyspie i rozejrzał się dookoła. Tu i ówdzie dostrzegł brak ojca, ale zachował to dla siebie.
— Jak wyjazd? Chcesz coś zjeść? — zagaiła.
Franek był poza krajem kilka dni. Realizował swoje zadania związane z mediami, które prowadził.
– Świetnie. Masz pozdrowienia od Maksa. Gotowałaś?
Popatrzył na nią, unosząc brew. Nie mógł uwierzyć, by akurat dziś gotowała, tym bardziej że w ciągu ostatnich kilku miesięcy wyraźnie straciła na wadze. Dziś, składając jej życzenia, mógł poczuć, jak zmizerniała. Stres. Nic nie działa tak błyskawicznie i niezawodnie jak stres, nie potrzeba żadnych diet. Choć są i tacy, co stres zajadają. Jednak jego matka była tą, która zwyczajnie o jedzeniu zapominała, a może nie mogła po prostu nic przełknąć, kiedy docierało do niej, jak bardzo schrzaniło się jej życie.
— Nie, ale możemy coś zamówić. Mam też kilka rzeczy w lodówce.
Pokręciła głową z zażenowaną miną. Pięknie, syn wrócił, a w rodzinnym domu nawet obiadu, powinnam była mieć chociaż rosół, zgoniła się w myślach, nie wspominając już o kotletach schabowych. Takim klasykiem go zwykła witać, kiedy wpadał z podróży, ale nie dziś. Dziś o obiadku u mamusi można było zapomnieć.
— Może powinienem zamówić ci catering? Pudełko przyjeżdża pod same drzwi, chyba prościej się już nie da. Musisz zacząć o siebie dbać. Martwię się.
— Nic mi nie będzie — ucięła krótko.
— Nie wyglądasz najlepiej. Ostatnie miesiące dały ci w kość. Ojciec w końcu zrozumie, że zachował się jak palant. Zresztą, ze mną to on nie ma o czym rozmawiać. — Franek stał po stronie matki.
— To już nie ma żadnego znaczenia. Rozeszliśmy się i niech każdy z nas zajmie się sobą. Zresztą, on ma się kim zajmować.
Momentalnie pożałowała swoich słów, jednak Franek nie był już dzieckiem, a ona była rozgoryczona całą sytuacją i jego wyborem. Nie musiała owijać w bawełnę, przecież to dorosły facet i mogła mówić otwarcie, co myślała. Co ja właściwie mam teraz robić? — zapytała się w duchu. Tak naprawdę, poza Frankiem i Jerzym, nie miała prawie nikogo. U jej boku od lat pozostawała jedna wierna przyjaciółka — Iwona, która dziś nie mogła być przy niej, ale wysłała jej rano pocieszającego SMS-a w swoim stylu. „Jak tylko wrócę, zjawię się u Ciebie, kup dziś wino i wypij swoje zdrowie. Nie masz czego żałować, mówię to ja — stara rozwódka!”. Poza Iwoną Lidka nie miała bliższych przyjaciół, stare kontakty urwały się dawno temu, kiedy została matką i żoną. Jerzy rozkręcił firmę, zrobił karierę. Lidka pierwsze lata małżeństwa głównie siedziała w domu, zajmując się dzieckiem. Dopiero kiedy Franek miał dwanaście lat, postanowiła, że zacznie robić coś więcej — oprócz zajmowania się domem, parzenia porannej kawy, szykowania kanapek, prasowania czy prania. Jerzy ze swoją płynnością finansową nie miał nic przeciwko, by zajęła się, czym tylko dusza zapragnie. Zrobiła więc kurs masażu i otworzyła gabinet, zaraz obok domu. Dobudowali całkiem przestronny lokal. Urządziła go stylowo i z wdziękiem. Zawsze miała niesamowity zmysł artystyczny.
Na wejściu witały gości dwa piękne i wygodne fotele, obok stał złoty stolik, na którym leżało zawsze kilka słodkości, dystrybutor z wodą, filiżanki oraz wybór wszelkiego rodzaju herbat. Postanowiła też zainwestować w ekspres do kawy, by klient mógł poczuć się jeszcze bardziej luksusowo. Wnętrze zdobiły donice z wysokimi trawami, świeże kwiaty w wazonie oraz świece zapachowe.
Po zdobyciu pierwszych klientek rozkręciła interes całkiem nieźle, a panie z przyjemnością wracały do niej na chwilę ciszy i relaksu. Było też mniejsze grono mężczyzn, choć oni wybierali się tu zwykle za namową swoich żon albo kiedy naprawdę mieli problemy z plecami z powodu pracy fizycznej. Lidka budowała swoją bazę klientów powoli. Następnie wprowadziła kolejne metody masażu i szkoliła się dalej. Udało jej się zrobić uprawnienia, by sama mogła organizować szkolenia. Uwielbiała widzieć ulgę na twarzach ludzi, którzy wychodzili od niej choć trochę „lżejsi”. Dlatego dziś nie musiała przynajmniej liczyć każdego grosza i była niezależna finansowo. Szkoda tylko, że nie wszystko dało się kupić. Lidka, zamiast wykształcenia, lokalu i interesu, który prowadziła, wolałaby uczucia, szczerość i oddanie małżonka. Jednak życie to nie bajka.
— Pomyślałem, że możemy gdzieś razem wyjechać. Przyda ci się urlop. Co ty na to?
Popatrzyła na niego i pomyślała, jaki on mądry i życzliwy. Syn na medal. Jednak on też miał swoje życie i dużo lepszych rzeczy do roboty, niż ratować matkę z życiowej koleiny.
— A co z twoimi planami?
— Przygotuję wszystko tak, by mieć trochę wolnego czasu. Zepnę się z nagrywkami, gadałem już z Maksem, że chcę zrobić zapas. Najwyżej coś przełożę.
— Ja też mam swoje zobowiązania, umówione klientki na miesiąc do przodu. Nie planowałam urlopu.
Nie była przekonana. Przecież miała całkiem niedawno przerwę od pracy — kiedy to nie była zdolna skupić się na czymkolwiek i nie miała ochoty robić niczego poza użalaniem się nad sobą we własnych czterech ścianach, nie mogąc uwierzyć, jak cholernie posypało się jej życie. Wtedy zamknęła salon na kilka tygodni, czego potem w istocie żałowała. Użalanie się nad sobą w domu było sto razy gorsze, ale nie miała siły ani chęci na pracę. Wyglądała jak cień. Podejrzewała, że była blisko granicy depresji i tylko jakimś cudem bezszelestnie się o nią otarła. Iwona, widząc załamanie przyjaciółki, zaprowadziła ją na sesję do psychologa — sama nie umiała jej pomóc w tej sprawie.
— Możemy znaleźć kogoś do pomocy lub zamkniesz lokal na kilka dni. Tobie też należą się relaks i chwila wytchnienia. Przecież nie wyjeżdżamy jutro rano. Nie daj się prosić. Złapiesz oddech.
Dla Franka to wszystko było takie proste, on zawsze widział jakieś rozwiązanie. Jednak faktycznie po ostatnich miesiącach miała dość nawet swojego wymarzonego zajęcia. Widać było po niej cięższy okres, nie tylko waga ją zdradzała, ale i wyraz twarzy. Energia, z jaką podchodziła do klientów, oraz jej rozdrażnienie były wyczuwalne z daleka. Poza tym Lidka wiedziała, że ludzie gadali, i wcale nie było jej miło napotykać wścibskie spojrzenia albo znosić niewygodne pytania. Nie oszukujmy się, to nie Warszawa. W Sławinie niestety ludzie trochę się znali, wiedzieli kto, gdzie i z kim. Baby lubiły wbić sobie nawzajem szpilę. Może to dobry pomysł wyrwać się stąd na jakiś czas? Kilka dni, świat się nie zawali.
Opinia rodziny na temat jej życia wcale nie była lepsza. Przecież jej rodzice żyli ze sobą od czterdziestu pięciu lat i nigdy im w głowie żaden rozwód nie zaświtał. Może to były inne czasy. Teraz, rozglądając się wokół, wiele małżeństw nie wybierało siebie. Tak łatwo było zrezygnować. Łatwo było po prostu sięgnąć po inną opcję. To, co nowe i świeże, wydawało się najlepszym wyborem. Bez problemów, bo przecież zawsze na początku była sielanka. Same zalety, bez wad. Każdy pokazywał się z najlepszej strony. Jakież to obłudne! Prędzej czy później wyjdą na jaw wszystkie mankamenty. I kto wiedział, czy ukochana osoba zaakceptuje cię z twoimi demonami, przyzwyczajeniami, z tym wszystkim, co w tobie najgorsze? Praca nad sobą była cholernie ciężka, a wypracowanie dobrej relacji — to dopiero wyczyn. Nic nie dało się zrobić w pojedynkę.
Teraz pokusy, nowość i chaos były na wyciągnięcie ręki na każdym kroku. Kolorowy, wyidealizowany świat w social mediach kreował zakłamane, idealne życie, które z prawdziwym nie miało nic wspólnego. Wypełnione perfekcyjnymi kadrami, pokazywało tylko „najlepsze” chwile. Idealne życie idealnych ludzi i idealnych rodzin. Prawie każde zdjęcie było przemyślane, zanim zostało wrzucone do sieci. Nikt nie opowiadał o tym, co się waliło, nie pokazywał swoich prawdziwych uczuć, były tylko słodycz, seks, sukces, a to wszystko często nie miało nic wspólnego z rzeczywistością. Ludzie udawali, że byli najlepszymi przyjaciółmi, kiedy tak naprawdę w ogóle się nie znali i nigdy się nie widzieli. Internetowi przyjaciele i doradcy życia, którzy chętnie podyktowaliby, co powinieneś robić i jak masz żyć, chętnie wypowiedzieliby się na temat twoich życiowych wyborów, ludzi, z którymi żyjesz. Mimo że nigdy ich nie spotkałeś, mieliby o tobie wyrobione zdanie na podstawie kilku słów.
Kim jednak byli, by ich słuchać? Lidka miała poczucie, że ludzie coraz chętniej oddają życie w ręce obcych ludzi — a przecież często nie mają pojęcia, kto siedzi po drugiej stronie ekranu. Mimo to imponują nowymi zdjęciami, filmami, tym, że są wiecznie dostępni. Przez to zapominają o ludziach, którzy żyją przy naszym boku, bo przecież łatwiej napisać komuś, jak źle się dziś czujesz, niż powiedzieć prawdę żonie czy mężowi. W sieci udają wielką szczerość. Choć tak naprawdę wirtualni przyjaciele nigdy nie widzą nas w sytuacjach, w których widzi nas ktoś najbliższy. Lecz oni, ci internetowi przyjaciele, uważają, że cię znają i lubią. Dają ci poczucie, że masz na kogo liczyć, a tak naprawdę pewnie nie spędziliby z tobą pięciu minut, widząc cię w najgorszym wydaniu. Przecież tylko osoby, z którymi jesteś na co dzień, znają twoje najgorsze wady, widzą twoje największe błędy i zwyczajnie cię znoszą, akceptują i tolerują. W domu nie da się nagle wcisnąć „blokuj” czy „przestań obserwować”, „ukryj” i cholera wie, czego jeszcze. Nie istnieje magiczny przycisk, który usunie kogoś w ułamku sekundy z twojej przestrzeni. Statystyki znajomych na Facebooku czy podobnych portalach biją rekordy, ale czy to oznacza, że masz do kogo zadzwonić w ważnej sprawie i powiedzieć — tak mi źle dzisiaj? Nie, wszyscy oglądają się tylko z najlepszej strony, ukrywają swoje prawdziwe twarze, bo przecież tam liczy się tylko liczba followersów oraz lajków. Lidka oczywiście wiedziała, że nie ma reguły i nie można wszystkich wrzucać do jednego worka. Jej syn radził sobie w internetowej przestrzeni doskonale, znał granice, a przede wszystkim w sieci pokazywał głównie aspekty swojej pracy. Jednak miała świadomość, że niestety, ale internetowa rzeczywistość bardzo często tak wygląda.
Sama nie korzystała zbyt dużo z „dobrodziejstw” techniki i nie wrzucała poprawionych zdjęć z każdej chwili swojego życia. Nie udawała kogoś, kim nie była. Jej profil był czysto biznesowy. Tak czy siak, dla chcącego nic trudnego — i bez tego można znaleźć kogoś bardziej interesującego niż współmałżonek. Niewątpliwie internet kusił swoimi walorami, pełnią możliwości. Kolorowy świat wołał, by odgonić szarość, w którą się wbiliśmy poprzez codzienność. Tam nie było nudy, każdy miał coś do powiedzenia, często dużo więcej niż osoba, z którą mieszkało się w jednym domu. Wasze drogi zaczynają się rozchodzić, rozrywka jest przecież gdzie indziej. Tam nikt nie ma do ciebie pretensji. Karmisz swoje ego, zdobywasz internetowych przyjaciół i fanów. Możesz zmieniać maski wedle życzenia. Czujesz się potrzebny, świetny i jesteś na topie. Każdy zwraca na ciebie uwagę, wystarczy kilka komentarzy i zaczynają się wiadomości prywatne.
Kiedy telefon Jerzego coraz częściej dawał o sobie znać, myślała, że to natłok pracy. Za każdym razem jej były mąż miał gotową odpowiedź, jakby strzelał z karabinu, a jego amunicja nie miała końca i mógł wybierać kulki. Z czasem dźwięki zostały zmienione na wibracje, potem komórka została całkowicie wyciszona, a nagle okazało się, że Jerzy nie potrafił rozstać się z telefonem. Nowe zobowiązania, jak twierdził, wymagały od niego więcej czasu w firmie, więcej delegacji, więcej samotnych wieczorów. Zaczęły się pierwsze nieporozumienia, pierwsze obawy, pierwsze tęsknoty, kiedy odczuła jego realny brak. Przyszło pierwsze załamanie nerwowe, kiedy okazało się, że była inna kobieta. Lidka nie była w stanie przewidzieć, ile to ciągnął, mogła się tylko domyślać. „Urocza” pani o pięknych, bujnych blond lokach, z wypiętym zrobionym biustem, wielkimi czerwonymi ustami, która mogłaby pełnić rolę glonojada w akwarium, z napompowanymi niczym chomik policzkami, rozwaliła kawał jej życia, wpychając się w jego objęcia i myśli.
Na początku była na nią wściekła. Miała ochotę pojechać i dać jej po prostu w twarz. Miała ochotę wydrapać jej oczy i wyciągnąć ją za kudły z mieszkania, gdzie wcześniej się widywali. Miała ochotę zapytać, jak to było ukraść komuś męża i żyć w roli kochanki. Lidka zastanawiała się, czy ta kobieta zdawała sobie sprawę, że rozpieprzała związek z premedytacją, nie myśląc o drugiej kobiecie. Przecież doskonale wiedziała, że był żonaty, widziała obrączkę na jego palcu, mogła łatwo zweryfikować jego status, a jednak nie było to dla niej żadną przeszkodą, żadnym problemem. Lidka miała ochotę zwymiotować, kiedy myślała o takich jak ona. Nie było nic, co mogłoby ją w jakikolwiek sposób zatrzymać.
Jaką kobietą trzeba być, by brać się za faceta, który ma żonę? Dla Lidki to było niepojęte. Jednak z czasem zrozumiała, że to Jerzy miał wybór. To do niego należała decyzja, czy pozostać lojalnym. Mógł przecież jej nie odpisać, nigdy w życiu się z nią nie spotkać, nigdy w życiu do niej nie zadzwonić, nigdy w życiu jej nie dotknąć, do cholery! Mógł nigdy w życiu nie brać pod uwagę innej. Mógł… Mógł przecież nadal być szczęśliwy i kochany u jej boku, gdyby tylko chciał. To on zdecydował o odbiciu piłeczki. To on zdecydował, że przyjął ofertę tej kobiety. To on zdecydował, gdzie i komu poświęcił swój czas. To on zdecydował, gdzie oddał swoją obecność. To on zdecydował, że warto poświęcić kawał swojego życia dla tej nowej przygody. To on zdecydował przestać kochać. I to chyba bolało Lidkę najbardziej. To, że miał wybór i zdecydował się ją skrzywdzić w tak podły sposób. Czego mu w niej brakowało? Czemu nie podołała? W czym była nie „taka”? Za słaba? Za nudna? Dlaczego teraz była tylko Lidką, a nie „słońcem” jak kiedyś?
Zawiodła się kompletnie na tym, co ich łączyło, co kiedyś sobie obiecali, co sobie ślubowali. Wszystko to okazało się nic niewarte. Łudziła się, że zadziałałaby terapia dla par, że jeszcze może zobaczyłby w niej dawny blask, że ta miłość miałaby szansę, ale on wcale tego nie chciał. Lidia przestała być dla niego kimś więcej. Pozostała tylko przykrym przyzwyczajeniem, z którym nie miał ochoty mieć już nic wspólnego. Zaczął unikać zbliżeń, przestał łapać ją za rękę, drobiazgi, o których kiedyś pamiętał, nagle wypadły mu z głowy, a jego komentarze na jej temat zostawiały wiele do życzenia — zupełnie nie brzmiały jak słowa ukochanej osoby. Teraz to ta druga miała najpiękniejszy uśmiech, zgrabne nogi i całą jego uwagę. Lidka poczuła się zbędnym bagażem, walizką, którą chowasz w szarym kącie, bo do kolejnego urlopu jeszcze cały rok. Stała sama, samotna, z warstwą kurzu, aż znów się do czegoś przyda.
Poczuła się przegrana. Nie rozumiała, jak mogło jej się to przydarzyć, a jednak jej życie się spartoliło. Po tylu latach gruchnęło, że hej. Lidka nie rozumiała, czego między nimi zabrakło, co takiego się wydarzyło. Czy naprawdę była tak nudna i kiepska, a może za mało seksowna, że musiał szukać wrażeń poza ich związkiem? Myślała, że była lojalna, oddana i że dawała mu poczucie szczęścia, bliskości i rodzinnej więzi. Myliła się. Nie miała pojęcia, co takiego mógł robić z tamtą, czego nie mógłby robić z nią. Być może ich życie było zbyt nudne i oczywiste. To bolało, bo ona nigdy nie zdobyła się na skoki w bok, a przecież mogła zrobić to samo. Mężczyźni byli nią zainteresowani, ale była kobietą z klasą, z kręgosłupem moralnym, z miłością do jednego człowieka, którego kochała od lat, o którego dbała i się troszczyła. Może wcale nie było warto być tak bardzo porządną i ułożoną? Podejrzewała, że Jerzy już wcześniej miał swoje za uszami, ale nigdy nie złapała go za rękę.
Po rozprawie sądowej zatrzymała dom. Jerzy nie miał nic przeciwko, zgodził się na wszystkie warunki, jakie postawił mu adwokat. Na biednego nie trafiło. Mógł sobie na to pozwolić. Dziś jednak Lidka zaczęła się zastanawiać, czy to był dobry pomysł, by tu zostać. Z jednej strony dom był połączony z jej lokalem, więc gdyby z niego zrezygnowała, to i interes musiałaby przenieść. Szukanie nowej lokalizacji to jedno, ale doszłyby też opłaty. Nie miała wcale kokosów ze swojej działalności, rachunkami za dom i wszystkim innym zajmował się głównie Jerzy — biorąc pod uwagę jego dochody, było to naturalne. Poza tym naprawdę lubiła to miejsce, mimo że po latach spokoju i szczęścia doświadczyła tu tego, co najgorsze. Jednak życie zawsze zatacza koło. Widocznie tak miało być, pierwsza decyzja zawsze jest najlepsza. Zresztą to też dom Franka, kawał jego życia, kawał jego wspomnień.
Nie było co gdybać. Ktoś mądry kiedyś powiedział, że ostatnią rzeczą, jaką powinniśmy robić, to rozpamiętywać przeszłość. Po cholerę nadal w tym brodzić? Chyba jedynie po to, by nadal sobie szkodzić… Tego nie chciała. Pragnęła odciąć się od myśli, które od miesięcy torturowały jej głowę, pragnęła przestać analizować to, co się stało, bo przecież żadna analiza nie wnosiła nic nowego. Wręcz przeciwnie, im dłużej wałkowała w głowie temat swojego nieudanego małżeństwa, tym bardziej spirala smutku i rozgoryczenia nakręcała się, by z hukiem dać jej znać, jak bardzo zawaliło się jej dotychczas poukładane życie. Wszystko sprowadzało się do jednego — była sama.
Franek został w domu na kilka dni. Lidka mogła więc zająć głowę czymś innym niż tylko dobijającymi ją myślami.
Zrobili trochę porządków wokół domu, do czego przydała jej się męska ręka. Franek skosił trawnik, który bez Jerzego był zaniedbany i pozostawiony samemu sobie. Kwiaty, o które zawsze dbała, również uschły, jakby i one czuły się porzucone i niechciane. Po pracach w ogrodzie postanowili zająć się strychem, wywalając stare klamoty, które już od dawna nie były nikomu potrzebne, a jednak nigdy nie było na to czasu. Przy okazji w ich ręce trafiły stare albumy. Przeglądając fotografie, Franek zadawał dużo pytań, szczególnie o zdjęcia z czasów dzieciństwa Lidki i jej młodości. Pytał o historie, których wcześniej nie znał, a może znał, ale nigdy nie przywiązywał do nich wagi. Teraz w jego pamięci były luki, które nagle chciał zapełnić, dopytując o każdy szczegół. Zaintrygowało go zdjęcie Lidki zrobione w dwóch różnych perspektywach. Na jednym zdjęciu tańczyła z jakimś chłopcem — jej twarz obrócona była w stronę obiektywu, na drugim zaś ujęcie było od tyłu, ale tym razem to chłopak patrzył prosto w obiektyw. Kiedy Lidka zwróciła uwagę, jakiej fotografii się przyglądał, odezwała się:
— Ojej, już dawno o tym zapomniałam.
— Dlaczego?
— Bo to było tak dawno temu. Miałam tu może z czternaście lat, synu.
— Kim był ten chłopak? — Franek był zaintrygowany starym zdjęciem.
— Byłam w nim kiedyś zakochana… — Uśmiechnęła się i przewróciła oczami.
— I co się z nim stało? — dopytywał, jakby to dziś miało jakiekolwiek znaczenie.
— Pojechał do domu.
— Co? To wszystko? Pojechał do domu?
Rozłożyła ręce z zażenowaniem.
— Tak. Obóz się skończył i wyjechał. Nie widziałam go nigdy więcej.
Jego mina mówiła sama za siebie. Nie tego się spodziewał. Zrobiło jej się go trochę szkoda, może chciałby usłyszeć superhistorię z życia swojej matki, a tu nic z tego. No cóż. Nie miała go czym zaskoczyć. Jak widać, już wtedy była cholernie nudna, a może po prostu zwyczajna?
— Nigdy nie byłaś ciekawa, co się z nim stało? — drążył dalej Franek.
— Byłam. Podał mi swój adres, bym mogła do niego napisać, ale po powrocie do domu okazało się, że zgubiłam kartkę, na której mi to zapisał. Przepłakałam miesiąc, jakby mój świat się zawalił, ale co mogłam zrobić? Wróciłam do szkoły i okazało się, że mogę żyć dalej. Uprzedzając twoje kolejne pytanie, niestety nie podałam mu mojego adresu, więc on również nie miał jak do mnie napisać, gdyż miał czekać na list ode mnie. Kartkę dał mi przed autobusem i pewnie musiała mi wypaść, kiedy wsiadałam, lub zgubiłam ją w autokarze. Zorientowałam się dopiero w domu. Niestety nie było internetu. — Roześmiała się.
— Nigdy o nim nie mówiłaś.
