Blind spot - Rebelia White - ebook
NOWOŚĆ

Blind spot ebook

Rebelia White

0,0

10 osób interesuje się tą książką

Opis

Ostatnie, co Kylie Farley słyszy w słuchawce, to głos brata i huk tłuczonego szkła. Chwilę później Jason znika, a jedynymi śladami są krew, ślady walki i sekrety, które mogą kosztować ją życie.

Szukając prawdy, Kylie wkracza do świata nielegalnych walk, brutalnych zasad i ludzi, którym nie wolno ufać. Wtedy poznaje Alexa Knoxa – bezwzględnego zawodnika Podziemia, który jest równie niebezpieczny, co pociągający. Wie więcej, niż mówi, a im bliżej prawdy znajduje się Kylie, tym trudniej jej trzymać się od niego z daleka.

W świecie, gdzie lojalność można kupić, a zaufanie bywa wyrokiem, jedno jest pewne: ktoś kłamie. Pytanie tylko, czy Kylie zdąży odkryć kto, zanim sama stanie się kolejną ofiarą.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 430

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Co­py­ri­ght © by RE­BE­LIA WHI­TE Co­py­ri­ght © by Moje Wy­daw­nic­two All ri­ghts re­se­rved · Wszyst­kie pra­wa za­strze­żo­ne Re­dak­cja: Bar­ba­ra Wro­na (tekst­na­no­wo.pl) Ko­rek­ta: Agniesz­ka Li­szow­ska Skład i ła­ma­nie tek­stu: K&K De­si­gner Opra­co­wa­nie okład­ki: K&K De­si­gner Po­my­sł na okład­kę: Moje Wy­daw­nic­two

ISBN Pa­pier: 978-83-68837-49-0 ISBN Ebo­ok: 978-83-68837-50-6

Moje Wy­daw­nic­two

Stro­na: www.mo­je­wy­daw­nic­two.plEma­il: wspol­pra­ca@mo­je­wy­daw­nic­two.plIn­sta­gram: mo­je­wy­daw­nic­twoX: mo­je­wy­daw­nic­twoTik­Tok: moje.wy­daw­nic­twoFa­ce­bo­ok: mo­je­wy­daw­nic­two

Spis Treści

Od Au­tor­kiPro­logRoz­dział I: Po­czątekRoz­dział II: Od­wa­ga

Od Autorki

Dlawszyst­kich,któ­rzynie mie­li cza­su na by­cie dziec­kiem, a za­miast ma­rzyć, mu­sie­li sto­czyć cu­dze woj­ny. I mimo wszyst­ko od­wa­ży­li się je wy­grać.

Prolog

Ból czy­ni cię sil­nym. Stra­ta czy­ni cię po­tężnym.

Cas­san­dra Cla­re, „Mia­sto za­gu­bio­nych dusz”

Wy­da­waćbysięmo­gło, że dzie­ci­ństwo to czas bez­tro­ski, nie­win­no­ści i pierw­szych przy­ja­źni. Tak przy­naj­mniej wy­ni­ka­ło z opo­wie­ści in­nych. W teo­rii po­win­ni­śmy mieć twa­rze brud­ne od sza­lo­nej za­ba­wy, a nie od bło­ta z le­śnych po­li­go­nów. Po­win­ni­śmy być dzie­ćmi. W prak­ty­ce by­li­śmy nimi tyl­ko we­dług me­try­ki.

Oj­ciec zda­wał się za­po­mi­nać, że dzie­ci po­trze­bu­ją cza­su, by po­zna­wać świat w swo­im tem­pie. Nie in­te­re­so­wa­ły go na­sze po­trze­by, a już na pew­no nie na­sze pra­gnie­nia. Ka­żdy week­end spędza­li­śmy z dala od domu. W la­sach, cza­sem w gó­rach, a nie­kie­dy nad je­zio­rem. Roz­bi­ja­li­śmy obóz i przez dwa dni funk­cjo­no­wa­li­śmy bez kon­tak­tu ze świa­tem, bez te­le­fo­nów, bez cy­wi­li­za­cji. Te wy­jaz­dy nie były wy­ciecz­ka­mi. Oka­zy­wa­ły się szko­le­niem. Oj­ciec trak­to­wał nas jak re­kru­tów, a nie jak wła­sne dzie­ci. Uczył nas wszyst­kie­go, co we­dług nie­go mo­gło po­móc nam prze­trwać w trud­nych cza­sach – tech­nik wal­ki wręcz, su­rvi­va­lu, ob­słu­gi bro­ni pal­nej i bia­łej, a na­wet pod­staw kryp­to­gra­fii.

Mia­łam dzie­si­ęć lat i żad­na z tych umie­jęt­no­ści nie była mi do ni­cze­go po­trzeb­na. On jed­nak sądził ina­czej. Na po­cząt­ku nie­na­wi­dzi­łam tych wy­jaz­dów. Nie­na­wi­dzi­łam walk z Ja­so­nem, do któ­rych nas zmu­szał, i tego, że nie mo­głam za­dzwo­nić do mamy. A po­tem… wszyst­ko się roz­my­ło.

Nie po­tra­fi­łam wska­zać mo­men­tu, w któ­rym lal­ki Bar­bie prze­sta­ły mnie in­te­re­so­wać, a ko­le­żan­ki ze szko­ły sta­ły się tyl­ko tłem. Przy­sze­dł czas, że wy­cze­ki­wa­łam tych wy­jaz­dów. Nie z obo­wi­ąz­ku, lecz z po­trze­by. Przy­szło to na­tu­ral­nie. Może na­wet zbyt na­tu­ral­nie. Wy­gry­wa­nie sta­ło się moją pod­sta­wo­wą po­trze­bą. Mu­sia­łam być naj­lep­sza. W ka­żdej wal­ce, w ka­żdym za­da­niu i w ka­żdym ko­lej­nym wy­zwa­niu. Oj­ciec tego od nas wy­ma­gał.

Wo­bec Ja­so­na po­zo­sta­wał bar­dziej su­ro­wy, mnie cza­sem oszczędzał. Mimo to w wie­ku pi­ęt­na­stu lat czu­łam się le­piej z pi­sto­le­tem w dło­ni niż ze smart­fo­nem. A wy­gra­na bój­ka z bra­tem, spro­wo­ko­wa­na przez ojca, zna­czy­ła wi­ęcej niż ja­ka­kol­wiek oce­na w szko­le. Z dzi­siej­szej per­spek­ty­wy wiem, że to było tok­sycz­ne. Jego me­to­dy wy­da­wa­ły się bru­tal­ne, po­de­jście nisz­czące. A mimo to, w pew­nym sen­sie, dał mi wi­ęcej niż szko­ła.

Z cza­sem wszyst­ko za­częło się zmie­niać. Po­ja­wi­ły się py­ta­nia, lecz nie zna­łam na nie od­po­wie­dzi, jak­by cała do­tych­cza­so­wa rze­czy­wi­sto­ść po­zo­sta­wa­ła tyl­ko wierz­cho­łkiem góry lo­do­wej. I wte­dy za­częłam do­strze­gać rze­czy, któ­rych wcze­śniej nie wi­dzia­łam. Śla­dy pro­wa­dzące do miejsc, o któ­rych nie mia­łam po­jęcia, i śmier­tel­nie nie­bez­piecz­na praw­da. Do­pie­ro gdy sta­nęłam na kra­wędzi wszyst­kie­go, co zna­łam, zro­zu­mia­łam, po co były te wszyst­kie zim­ne noce, zdar­te dło­nie i krzyk roz­ka­zów za­miast słod­kich ko­ły­sa­nek.

W tym per­fek­cyj­nym pla­nie prze­trwa­nia jed­nak zna­la­zła się luka. Oj­ciec na­uczył mnie roz­po­zna­wać wro­ga, ale nie po­wie­dział, co zro­bić, gdy ten wróg sta­nie się je­dy­ną oso­bą, przy któ­rej po­tra­fię od­dy­chać. Nie ostrze­gł mnie, że naj­wi­ęk­sze nie­bez­pie­cze­ństwo przyj­dzie pod po­sta­cią ko­goś, kto zro­zu­mie mój mrok le­piej niż ja sama.

Rozdział I: Początek

Dla­te­go nie lu­bię za­my­kać oczu, bo wte­dy lu­dzie zni­ka­ją. A je­śli zni­ka­ją, ni­g­dy nie wia­do­mo, czy wró­cą.

Cas­san­dra Cla­re, „Mia­sto za­gu­bio­nych dusz”

Pró­bo­wa­łamsku­pićsięna wy­kła­dzie. So­cjo­pa­tia od za­wsze mnie fa­scy­no­wa­ła – jej zło­żo­no­ść, zim­na lo­gi­ka, gra­ni­cząca z czy­mś nie­mal bli­skim ge­niu­szo­wi, a aku­rat tego dnia wy­kła­dow­ca wresz­cie po­ru­szył te­mat w spo­sób, któ­ry zdo­łał mnie po­rwać. Chło­nęłam ka­żdą in­for­ma­cję do­cie­ra­jącą do mo­ich uszu, nie­sio­ną po bo­ga­to zdo­bio­nych ścia­nach auli, sta­ra­łam się za­pi­sy­wać wszyst­ko, co wy­da­ło mi się wa­żne, ale w pew­nym mo­men­cie sap­nęłam pod no­sem i od­rzu­ci­łam dłu­go­pis na biur­ko. Moja ko­mór­ka nie prze­sta­wa­ła dzwo­nić. Dwu­dzie­sty raz? Na­praw­dę? Mia­łam ocho­tę roz­trza­skać ją o podło­gę tyl­ko po to, by prze­sta­ła wi­bro­wać. Ja­son wy­dzwa­niał od ja­kie­goś cza­su, ale po­cząt­ko­wo się tym nie przej­mo­wa­łam. Uzna­łam, że je­śli mia­łby mi coś wa­żne­go do po­wie­dze­nia, zro­bi­łby to jak nor­mal­ny czło­wiek, kie­dy dru­ga oso­ba nie może ode­brać, i na­pi­sa­łby wia­do­mo­ść. Tyle że ona nie nad­cho­dzi­ła, a te­le­fon wci­ąż upar­cie brzęczał, spra­wia­jąc je­dy­nie, że co­raz bar­dziej za­le­wa­ła mnie fru­stra­cja.

W ko­ńcu wsta­łam, za­ci­ska­jąc moc­no pal­ce na do­ty­ko­wym wy­świe­tla­czu. Przez mo­ment na­wet się wy­stra­szy­łam, że go ze­psu­ję, więc nie­co od­pu­ści­łam. Bez­sze­lest­nie wy­do­sta­łam się na ko­ry­tarz i przy­wa­rłam ple­ca­mi do zim­nej ścia­ny, a na­stęp­nie ode­bra­łam ko­lej­ne już po­łącze­nie. Jak tyl­ko usły­sza­łam pierw­szy dźwi­ęk w słu­chaw­ce, od razu od­su­nęłam urządze­nie od ucha i się skrzy­wi­łam. Ze­sztyw­nia­łam, czu­jąc, jak przez całe cia­ło prze­pły­wa dziw­ny, bar­dzo nie­przy­jem­ny prąd.

– Ja­son? – spy­ta­łam z nie­po­ko­jem w gło­sie.

Od­dech mi przy­spie­szył. I wte­dy, jak­by w od­po­wie­dzi na moje sło­wa, roz­le­gł się ostry huk. Po nim na­stąpi­ły ko­lej­ne dźwi­ęki przy­po­mi­na­jące tłu­czo­ne szkło. Nie­przy­jem­ne od­gło­sy wy­wo­ły­wa­ły w moim cie­le re­ak­cję, któ­ra spra­wi­ła, że cała się spi­ęłam. Ser­ce za­częło mi wa­lić jak mło­tem, a od­dech przy­spie­szył. Wie­dzia­łam, że dzie­je się coś złe­go.

Ży­li­śmy w re­aliach, w któ­rych wszyst­ko było mo­żli­we. Nie ist­nia­ły rze­czy nie­ma­jące pra­wa się wy­da­rzyć. Nim do­pu­ści­łam do ja­kich­kol­wiek roz­wa­żań, rzu­ci­łam się do bie­gu. W eks­pre­so­wym tem­pie po­ko­na­łam dłu­gi, wy­ło­żo­ny mar­mu­rem ko­ry­tarz, aż do­ta­rłam do ci­ężkich dwu­skrzy­dło­wych drzwi. Po­pchnęłam je moc­no i wy­pa­dłam na ze­wnątrz. Ostre pro­mie­nie sło­ńca ośle­pi­ły mnie na mo­ment, przez co mu­sia­łam za­sło­nić dło­nią oczy, by ro­zej­rzeć się za swo­im sa­mo­cho­dem. Z tego wszyst­kie­go za­po­mnia­łam, gdzie za­par­ko­wa­łam.

Gdy mój wzrok za­trzy­mał się na czar­nym Che­vro­le­cie Ma­li­bu, od­kle­iłam sto­py od podło­ża i po­now­nie za­częłam biec. Dło­nie drża­ły mi nie­kon­tro­lo­wa­nie, kie­dy pró­bo­wa­łam otwo­rzyć po­jazd. Po­zwo­li­łam na chwi­lę, aby stres prze­jął kon­tro­lę nad moim cia­łem, przez co zmar­no­wa­łam zbyt wie­le cza­su. Nie zdąży­łam za­mknąć drzwi, a już z pi­skiem wy­je­żdża­łam z par­kin­gu uczel­ni, prze­ci­na­jąc nie­zgrab­nie dwa pasy na­raz. Zi­gno­ro­wa­łam ner­wo­wych kie­row­ców i od­gło­sy klak­so­nów, któ­re wy­brzmia­ły, gdy tyl­ko włączy­łam się do ru­chu.

Po­wie­dzieć, że prze­pe­łniał mnie strach, to tak, jak­by nie po­wie­dzieć nic. Wie­dzia­łam, że mój brat nie wió­dł ży­cia zgod­ne­go z ko­dek­sem mo­ral­nym stan­dar­do­we­go czło­wie­ka, dla­te­go po­zo­sta­wa­łam go­to­wa na wszyst­ko. Co­dzien­nie, bu­dząc się ze snu, ba­łam się tego dnia. Dnia, w któ­rym ten cały syf się po­sy­pie i spad­nie nam na gło­wy. Ja­son nie był złym czło­wie­kiem, ale zna­la­zł so­bie za­jęcie nie­bez­piecz­ne w rów­nym stop­niu co ba­lan­so­wa­nie na cien­kiej li­nie mi­ędzy wie­żow­ca­mi… tak dla za­ba­wy. Są dwie opcje – albo ci się uda i przej­dziesz na dru­gą stro­nę, albo spad­niesz i wszyst­ko się sko­ńczy.

Co praw­da, na­wet je­śli mia­łam tego bo­le­sną świa­do­mo­ść, to mimo wszyst­ko nie chcia­łam do­pu­ścić do tego, żeby spa­dł. Nie zo­sta­ło mi zbyt wie­le bli­skich osób. Ja­son i ja za­wsze by­li­śmy dla sie­bie opar­ciem, więc chło­pak od­gry­wał w moim ży­ciu rolę przy­ja­cie­la, bra­ta, ro­dzi­ca, opie­ku­na i na­uczy­cie­la. To on mnie wszyst­kie­go na­uczył, on dał mi mo­żli­wo­ści i per­spek­ty­wy… to wła­śnie Ja­son za­szcze­pił w moim umy­śle am­bi­cje. I nie wy­obra­ża­łam so­bie, że mo­gła­bym go stra­cić. Jego wkład w moją co­dzien­no­ść był zbyt wa­żny, że­bym mo­gła so­bie po­ra­dzić bez nie­go.

Prze­je­cha­łam na czer­wo­nym świe­tle przez jezd­nię, po raz ko­lej­ny igno­ru­jąc zbio­ro­wy kon­cert klak­so­nów. Ad­re­na­li­na za­pul­so­wa­ła w mo­ich ży­łach z taką in­ten­syw­no­ścią, że nie­strasz­na była mi na­wet śmie­rć. Mia­łam wra­że­nie, że w tym mo­men­cie nie mo­gła­by mnie do­si­ęgnąć. Czu­łam się nie­znisz­czal­na.

Na czo­ło wy­stąpi­ły pierw­sze kro­ple potu, a przez całe moje cia­ło prze­sze­dł nie­przy­jem­ny prąd, wzma­ga­jący się z ka­żdym po­ko­na­nym ki­lo­me­trem przy­bli­ża­jącym mnie do dziel­ni­cy blo­ko­wisk, w któ­rej miesz­ka­li­śmy. Gdy zna­jo­me da­chy bu­dyn­ków wy­ło­ni­ły się na ho­ry­zon­cie, nie­mal za­kręci­ło mi się w gło­wie.

West Hol­low na­wet na ma­pach pre­zen­to­wa­ło się po­nu­ro. Dziel­ni­ca po­ło­żo­na na za­chod­nich obrze­żach Blac­krid­ge od lat bo­ry­ka­ła się z ro­snącą prze­stęp­czo­ścią, będąc zmo­rą dla tu­tej­szych przed­sta­wi­cie­li pra­wa. Pró­żno tu szu­kać ele­ganc­kich bu­dyn­ków z rów­no przy­strzy­żo­ną tra­wą i ba­se­nem, za­miast tego był po­pęka­ny as­falt i buj­ne kęp­ki chwa­stów wy­ra­sta­jących ze szcze­lin zu­ży­tej na­wierzch­ni. Ścia­ny roz­pa­da­jących się bu­dyn­ków po­kry­wa­ły często psy­cho­de­licz­ne pra­ce graf­fi­cia­rzy, two­rząc w po­łącze­niu z ze­psu­ty­mi la­tar­nia­mi at­mos­fe­rę pe­łną nie­bez­pie­cze­ństwa.

Tu­taj nie prze­cho­dzi­ła bez echa wi­zy­ta osób z ze­wnątrz. Nie dało się prze­jść przez West Hol­low nie­zau­wa­żo­nym, bo z ka­żdej me­li­ny, z ka­żdej wnęki mi­ędzy bu­dyn­ka­mi na uli­cę ły­pa­ły roz­my­te spoj­rze­nia, kon­tro­lu­jąc naj­drob­niej­szą zmia­nę. Uli­ce były cia­sne, za­pcha­ne za­par­ko­wa­ny­mi byle jak sa­mo­cho­da­mi, z któ­rych wie­le mia­ło wy­bi­te szy­by lub bra­ko­wa­ło im ta­blic re­je­stra­cyj­nych. Przy kra­wężni­kach wa­la­ły się pla­sti­ko­we tor­by, a ko­sze na śmie­ci często były prze­pe­łnio­ne. Wie­czo­ra­mi echa krzy­ków i gło­śnej mu­zy­ki mie­sza­ły się z prze­ra­źli­wy­mi krzy­ka­mi.

To miej­sce mia­ło swo­je wła­sne za­sa­dy. Na ro­gach ulic dało się zo­ba­czyć grup­ki lu­dzi, któ­rzy wy­gląda­li, jak­by wro­śli w zie­mię. Nie­któ­re bary i małe skle­py spo­żyw­cze mia­ły sta­lo­we kra­ty na drzwiach, jak­by po­zo­sta­wa­ły przy­go­to­wa­ne na woj­nę. Na­wet w bia­ły dzień czu­ło się tu na­pi­ęcie. Nie­któ­rzy twier­dzi­li, że kie­dyś West Hol­low mia­ło po­ten­cjał, że było miej­scem, gdzie pra­co­wa­li zwy­kli lu­dzie, za­nim ko­lej­ne kry­zy­sy eko­no­micz­ne i wzrost prze­stęp­czo­ści spra­wi­ły, że wie­lu stąd ucie­kło. Te­raz wy­da­wa­ło się już tyl­ko cie­niem sa­me­go sie­bie, miej­scem, do któ­re­go nie wcho­dzi­ło się bez po­wo­du. W West Hol­low ka­żde­go, kto tu nie miesz­kał, trak­to­wa­no jak ob­ce­go. A obcy rzad­ko wy­cho­dzi­li stąd bez szwan­ku. No, a na pew­no nie z te­le­fo­nem i pe­łnym port­fe­lem.

Zi­gno­ro­wa­łam grup­kę mężczyzn, któ­ra ulo­ko­wa­ła się tuż przy kra­wężni­ku pod bu­dyn­kiem, w któ­rym miesz­ka­łam. Wje­cha­łam sa­mo­cho­dem nie­mal pod ich nogi. Wy­le­cia­łam z po­jaz­du jak po­pa­rzo­na i trza­snęłam drzwia­mi.

– Co tak agre­syw­nie, Ky­lie? – mruk­nął je­den z nich, ki­wa­jąc do mnie gło­wą. Chy­ba na­zy­wał się Ro­ger albo tyl­ko tak na nie­go wo­ła­li.

Rzu­ci­łam mu wy­mow­ne spoj­rze­nie i prze­pchnęłam się po­mi­ędzy mężczy­zna­mi, któ­rzy śmie­jąc się pod no­sem, od­sko­czy­li na bok.

– Dzi­siej­sza mło­dzież… wiecz­nie się gdzieś spie­szy – do­dał ko­lej­ny z gru­po­wi­czów, nie­co se­ple­ni­ąc.

Do­ta­rłam do sta­rej, le­d­wie wi­szącej w za­wia­sach bra­my, któ­rej far­ba łusz­czy­ła się na be­to­no­wą po­sadz­kę, i po­pchnęłam drzwi. Zna­jo­my za­pach od razu we mnie ude­rzył, ale to wca­le nie spra­wi­ło, że było le­piej. Wręcz prze­ciw­nie, od­no­si­łam wra­że­nie, że wszyst­kie mi­ęśnie w moim cie­le za­pło­nęły od wzma­ga­jące­go się na­pi­ęcia. Chwy­ci­łam za za­kręca­ną sta­lo­wą po­ręcz wy­ko­ńczo­ną śli­skim ma­te­ria­łem i za­częłam wspi­nać się na górę. Miesz­ka­li­śmy na czwar­tym pi­ętrze, a do po­ko­na­nia mia­łam ca­łkiem spo­rą ilo­ść drob­nych scho­dów.

Do­cie­ra­jąc na górę, od­dy­cha­łam ci­ężko, jak­bym prze­bie­gła ma­ra­ton. Sta­nęłam jak wry­ta, wga­pia­jąc się w roz­chy­lo­ne drzwi, i wła­śnie wte­dy moje ser­ce omal nie eks­plo­do­wa­ło. Choć wie­dzia­łam, że nie mam cza­su do stra­ce­nia, to i tak nie mo­głam się ru­szyć. Nogi wro­sły mi w podło­gę, a resz­ta cia­ła od­mó­wi­ła wspó­łpra­cy. Sły­sza­łam je­dy­nie krzyk w gło­wie, któ­ry na­ka­zy­wał mi się ru­szyć. Płu­ca pie­kły z bra­ku tle­nu, ale ba­łam się po­ru­szyć, więc je­dy­nie za­ci­snęłam moc­niej pal­ce na po­ręczy.

– Ja­son?! – za­wo­ła­łam sła­bym gło­sem, ale od­po­wie­dzia­ła mi je­dy­nie głu­cha ci­sza.

Od­kle­iłam sto­py od podło­ża i po­wo­li wy­chy­li­łam się w głąb miesz­ka­nia. Na­tych­miast cała za­drża­łam. Wszyst­ko było po­wyw­ra­ca­ne do góry no­ga­mi, roz­wa­lo­ne me­ble i szkło zdo­bi­ły podło­gę. Gdzie­nie­gdzie mo­głam doj­rzeć pla­my krwi, któ­rych wi­dok jesz­cze bar­dziej przy­spie­szył bi­cie mo­je­go ser­ca. Za­wi­ro­wa­ło mi w gło­wie. Mu­sia­łam pod­trzy­mać się ścia­ny, by nie upa­ść.

– Ja­son! – krzyk­nęłam jesz­cze raz, ale i tym ra­zem mężczy­zna nie od­po­wie­dział.

– Ky­lie…? – roz­le­gł się męski głos za mo­imi ple­ca­mi.

Od­wró­ci­łam się gwa­łtow­nie i spoj­rza­łam na za­nie­po­ko­jo­ną twarz Ma­so­na. Chło­pak przy­ja­źnił się z moim bra­tem od dzie­cia­ka, a do tego był na­szym sąsia­dem.

Ulży­ło mi, że się po­ja­wił.

– Sta­ło się coś złe­go – stwier­dzi­łam z na­pi­ęciem. – Gdzie jest mój brat? – za­py­ta­łam, a w moim gło­sie wy­brzmia­ło oska­rże­nie, jak­by Ma­son był wi­nien ca­łej tej sy­tu­acji. Choć nie to mia­łam na my­śli, to i tak skrzy­wie­nie na twa­rzy chło­pa­ka spra­wi­ło, że nie­co się zmie­sza­łam. Prze­ta­rłam dło­ńmi oczy i ci­cho wes­tchnęłam. – Dzwo­nił do mnie, kie­dy by­łam na uczel­ni, sły­sza­łam ja­kieś huki i inne nie­po­ko­jące od­gło­sy, a te­raz… – prze­ci­ągnęłam, ma­cha­jąc ręko­ma.

– Nie mam po­jęcia… – po­wie­dział Ma­son, a jego brwi ści­ągnęły się ku so­bie, gdy przy­glądał się ba­ła­ga­no­wi w miesz­ka­niu. Mó­wił nie­co przy­ci­szo­nym to­nem, jak­by nie był pe­wien, czy ktoś nas nie pod­słu­chu­je. Pod­sze­dł do mnie i de­li­kat­nie chwy­cił za ra­mię, od­ci­ąga­jąc do tyłu. – Za­cze­kaj tu – po­le­cił i ze sku­pie­niem, bar­dzo po­wo­li wsze­dł do środ­ka, roz­gląda­jąc się ba­daw­czo po kątach.

Nie za­mie­rza­łam dys­ku­to­wać. Wy­co­fa­łam się z miesz­ka­nia i opa­rłam ple­cy o zim­ną ścia­nę. Mimo wszyst­ko nie by­łam w sta­nie opa­no­wać cha­osu, jaki wy­bu­chł w mo­jej gło­wie. Chcia­ło mi się pła­kać, bo nie wie­dzia­łam, co się sta­ło z bra­tem ani gdzie się te­raz po­dzie­wał. Czy wła­ści­wie jesz­cze żył. Ob­raz, jaki mia­łam przed sobą, wca­le nie świad­czył o ni­czym do­brym.

Po chwi­li Ma­son wró­cił do mnie, a jego twarz zdra­dza­ła wi­ęcej niż ty­si­ąc słów. Nie­po­kój od­bił się w spoj­rze­niu wiel­kich, brązo­wych oczu, spra­wia­jąc, że nogi za­częły mi mi­ęk­nąć.

– Co? – sap­nęłam.

– Nie wy­gląda to do­brze, Ky­lie – rzu­cił, dra­pi­ąc się po kar­ku. – W domu jest pe­łno krwi… – do­dał i tym ra­zem nie zdo­ła­łam już wstrzy­my­wać łez. Po­zwo­li­łam, żeby spły­nęły po po­licz­kach, co wy­ra­źnie ude­rzy­ło w chło­pa­ka, bo na­tych­miast wes­tchnął i przy­ci­ągnął mnie do sie­bie.

Gar­dło mia­łam ści­śni­ęte, jak­by ka­żda mo­żli­wa od­po­wie­dź ugrzęzła gdzieś głębo­ko we mnie, spa­ra­li­żo­wa­na bó­lem i stra­chem. Żad­ne sło­wa nie pa­so­wa­ły. Wszyst­kie wy­da­wa­ły się nie­wy­star­cza­jące. Ka­żde sło­wo brzmia­ło­by fa­łszy­wie, jak tani żart rzu­co­ny w twarz tra­ge­dii.

– Nie wiesz, czy Ja­son wpa­ko­wał się w ja­kieś kło­po­ty? – mruk­nęłam ci­cho po dłu­ższej chwi­li ci­szy.

Uda­ło mi się na mo­ment lek­ko od­prężyć, kie­dy tak mnie do sie­bie przy­tu­lał. Otrzy­ma­łam ulot­ne, bar­dzo złud­ne po­czu­cie bez­pie­cze­ństwa, jak­by wszyst­ko, co dzia­ło się poza gra­ni­ca­mi jego ra­mion, nie do­ty­czy­ło mnie.

Praw­da była jed­nak nie­co bar­dziej bru­tal­na i czu­łam, że prze­ko­nam się o tym szyb­ciej, niż mi się wy­da­wa­ło.

– Nie, nic mi nie mó­wił… Ni­cze­go nie za­uwa­ży­łem. Wszyst­ko szło zgod­nie z pla­nem.

Zmru­ży­łam lek­ko oczy i unio­słam gło­wę, by na nie­go spoj­rzeć, przez co mi­ędzy nami po­ja­wił się dy­stans, a uczu­cie bez­pie­cze­ństwa pry­sło szyb­ko jak ba­ńka my­dla­na, roz­my­wa­jąc się w po­wie­trzu.

– W za­sa­dzie, co szło zgod­nie z pla­nem? – spy­ta­łam, marsz­cząc brwi. Chło­pak na­tych­miast ucie­kł spoj­rze­niem w bok, zdra­dza­jąc, że coś ukry­wa. Nie chciał pa­trzeć mi w oczy, kie­dy kła­mał. – Hej… Ma­son! – za­wo­ła­łam, ła­pi­ąc go za nad­gar­stek. – Co szło zgod­nie z pla­nem?

– Nic… to zna­czy wszyst­ko. – Po­kręcił gło­wą. – Zły do­bór słów, wy­bacz. Nie mam ni­cze­go kon­kret­ne­go na my­śli – wy­ja­śnił, za­bi­ja­jąc ostat­ki na­dziei kie­łku­jące w moim ser­cu. – Nie wiem, co się wy­da­rzy­ło, ale za­czy­nam się po­wa­żnie nie­po­ko­ić.

– Kur­wa – rzu­ci­łam w po­wie­trze, po­now­nie przy­wie­ra­jąc ple­ca­mi do ścia­ny.

Ba­łam się we­jść do wła­sne­go miesz­ka­nia. Ba­łam się, że gdy tyl­ko przyj­rzę się bli­żej temu, co się tam dzia­ło, wpad­nę w jesz­cze wi­ęk­szą pa­ni­kę. Strach by­wał naj­wi­ęk­szym wro­giem zdro­we­go roz­sąd­ku, a wła­śnie tego po­trze­bo­wa­łam te­raz bar­dziej niż cze­go­kol­wiek in­ne­go. Nie mo­głam po­zwo­lić, aby emo­cje wzi­ęły nade mną górę. Nie mo­głam się roz­pa­ść, bo być może mój brat mnie po­trze­bo­wał.

Ma­son, choć wi­docz­nie zde­ner­wo­wa­ny, pró­bo­wał ukryć zde­ner­wo­wa­nie pod ma­ską spo­ko­ju. Na siłę chciał mi po­ka­zać, że nie ru­sza go aż tak bar­dzo, jak mi się wy­da­wa­ło, ale praw­da była taka, że zna­łam go zbyt do­brze, by nie roz­po­znać kłam­stwa.

– Może wró­ci wie­czo­rem – rzu­cił lu­źno i się uśmiech­nął. Wy­mu­sze­nie i brak szcze­ro­ści w jego ge­stach były wręcz na­ma­cal­ne.

Cie­ka­wi­ło mnie, co miał na my­śli, wspo­mi­na­jąc o pla­nie. Cze­go mi nie mó­wił i, przede wszyst­kim, dla­cze­go mi tego nie mó­wił? Wy­da­wa­ło mi się, że Ja­son i ja nie skry­wa­my przed sobą ta­jem­nic, a przy­naj­mniej ja tego nie ro­bi­łam. I przez to chcia­łam wie­rzyć, że on rów­nież od­pła­cał mi szcze­ro­ścią za szcze­ro­ść.

Spoj­rza­łam na Ma­so­na i mi­ęsień na moim po­licz­ku drgnął ner­wo­wo. W środ­ku aż ki­pia­łam. Kła­mał. Bez­wstyd­nie, bez za­jąk­ni­ęcia, z tym swo­im cho­ler­nie spo­koj­nym wy­ra­zem twa­rzy. Pa­trzył mi pro­sto w oczy i wci­skał bred­nie, jak­by to była zwy­kła roz­mo­wa. Miał tu­pet. I to mnie wkur­wia­ło jesz­cze bar­dziej.

– Nie pier­dol! – burk­nęłam, prze­wra­ca­jąc ocza­mi. – Obo­je wie­my, że za tym ba­ła­ga­nem kry­je się coś wi­ęcej i ty świet­nie wiesz, co – do­da­łam oska­rży­ciel­sko i we­szłam do miesz­ka­nia.

Wol­nym kro­kiem po­ko­ny­wa­łam nie­wiel­ki me­traż aż do­ta­rłam do po­ko­ju bra­ta i na­tych­miast się cof­nęłam, ude­rza­jąc ple­ca­mi o ścia­nę, któ­ra jak­by na­gle po­ja­wi­ła się za­raz za mną. Po­dusz­ka była roz­ci­ęta, a śnie­żno­bia­łe pie­rze osia­dło na podło­dze i roz­trza­ska­nych me­blach, gdzie­nie­gdzie przy­kle­ja­jąc się do ciem­no­czer­wo­nej mazi, od któ­rej za­pa­chu kręci­ło mi się w gło­wie. Za­częłam ci­ężko od­dy­chać, gdy tak przy­gląda­łam się lek­ko za­pad­ni­ęte­mu ma­te­ra­co­wi no­szące­mu kil­ka­dzie­si­ąt śla­dów na­ci­ęć i ol­brzy­mią pla­mę krwi. Łzy spły­nęły mi po po­licz­kach. I po­zwo­li­łam, żeby strach wy­grał.

By­łam prze­ra­żo­na tym, co wi­dzia­łam. I wca­le nie wie­rzy­łam, że Ja­son wie­czo­rem wró­ci do domu. Ewi­dent­nie sta­ło się tu coś złe­go. Ma­son sta­nął obok mnie i ci­cho wes­tchnął.

– Ky­lie – za­czął ci­cho i do­tknął mo­je­go ra­mie­nia. – Nie po­win­naś tu­taj zo­sta­wać – rzu­cił, wpa­tru­jąc się w ol­brzy­mią pla­mę na łó­żku mo­je­go bra­ta. – Co­kol­wiek się wy­da­rzy­ło, Ja­son nie chcia­łby, że­byś na­ra­ża­ła się na nie­bez­pie­cze­ństwo – do­dał, po­mi­ja­jąc od­po­wie­dź na moje oska­rże­nia.

Po­win­nam iść na po­li­cję. Ka­żdy roz­sąd­ny czło­wiek zro­bi­łby to bez wa­ha­nia. Ale ja… ja do­sko­na­le wie­dzia­łam, że pra­wo nie zo­sta­ło stwo­rzo­ne dla ta­kich jak my. Dla nas nie ist­nia­ła spra­wie­dli­wo­ść – tyl­ko wy­rok, wy­da­ny od­gór­nie, za­nim jesz­cze otwo­rzy­li­śmy usta. By­li­śmy win­ni już na star­cie. Ska­za­ni, za­nim w ogó­le dano nam szan­sę na ja­kąkol­wiek obro­nę. Sys­tem nie wi­dział w nas lu­dzi. Tyl­ko za­gro­że­nie, pro­blem, któ­ry trze­ba wy­eli­mi­no­wać, za­nim się roz­le­je.

Zresz­tą, nie raz i nie dwa roz­ma­wia­łam o tym z Ja­so­nem. Za ka­żdym ra­zem sły­sza­łam to samo: „Trzy­maj się z dala od glin. Nie­za­le­żnie od wszyst­kie­go”. Wy­da­wał się bez­li­to­sny w tym za­ka­zie. Po­dej­rze­wa­łam, że dla nie­go śmie­rć oka­za­ła­by się mniej­szym kosz­tem niż od­po­wie­dzial­no­ść za wszyst­ko, co zro­bił. Może wła­śnie dla­te­go tak pa­nicz­nie uni­kał zgła­sza­nia cze­go­kol­wiek. Bo praw­da mia­ła swo­ją cenę… a jego na nią zwy­czaj­nie nie było stać.

A mimo to… po­zo­sta­wał jesz­cze Dean.

Po­zna­li­śmy się, za­nim zo­stał po­li­cjan­tem. Wte­dy jesz­cze wszyst­ko było pro­ste. Żad­nych ety­kiet, żad­nych py­tań, żad­nych zo­bo­wi­ązań. Pó­źniej… to się zmie­ni­ło. On wło­żył mun­dur i wzi­ął na bar­ki cały ten cho­ler­ny ko­deks mo­ral­ny, w któ­ry tak bar­dzo wie­rzył. Był uczci­wy. Zbyt uczci­wy. I, o iro­nio, wła­śnie dla­te­go trzy­ma­łam się go tak dłu­go.

Mi­ędzy nami ni­g­dy nie pa­dły żad­ne de­kla­ra­cje. To nie była mi­ło­ść. Dla mnie nie. Dla nie­go… nie wiem. Może. Może tro­chę za bar­dzo chciał, że­bym sta­ła się kimś in­nym. Kimś, kto pa­su­je do jego świa­ta. Ale ja ni­g­dy nie za­mie­rza­łam tam wcho­dzić. Wie­dzia­łam, że nie zrzu­ci dla mnie mun­du­ru. I do­brze. Bo ja też nie mia­łam za­mia­ru ni­cze­go z sie­bie zdzie­rać.

Nie roz­ma­wia­li­śmy o pra­cy. To była na­sza nie­pi­sa­na za­sa­da. Ani sło­wa o tym, co ro­bi­my, kim je­ste­śmy na­praw­dę. I może wła­śnie dla­te­go ten układ w ogó­le jesz­cze dzia­łał. Tyl­ko że cza­sem za­sta­na­wia­łam się, jak dłu­go jesz­cze uda nam się uda­wać, że da się żyć w dwóch zu­pe­łnie ró­żnych świa­tach i nie roz­wa­lić się przy tym na ka­wa­łki.

– I niby co mam ro­bić? – wy­stęka­łam bez­rad­nie. – Sie­dzieć z za­ło­żo­ny­mi ręko­ma i nie re­ago­wać na to, że mój brat znik­nął bez śla­du, a na­sze miesz­ka­nie zo­sta­ło zde­mo­lo­wa­ne? Mam cze­kać na znak od Boga czy in­ne­go wy­baw­cy? – sap­nęłam z iry­ta­cją przez łzy.

– Nie… oczy­wi­ście, że nie. Przede wszyst­kim mu­sisz być bez­piecz­na, żeby zro­bić co­kol­wiek.

– I gdzie we­dług cie­bie mam iść?

– Mo­żesz za­trzy­mać się u mnie – po­wie­dział spo­koj­nie, ro­bi­ąc krok w bok, by za­sło­nić mi swo­im cia­łem nie­przy­jem­ny wi­dok. Sta­nął bli­sko mnie. Na tyle, bym mo­gła po­czuć na twa­rzy jego od­dech.

Ma­son był przy­stoj­nym mężczy­zną, ce­cho­wał się rów­nież do­brym ser­cem. Dla bli­skich so­bie osób po­zo­sta­wał na­praw­dę czu­ły i opie­ku­ńczy, ale miał też tę dru­gą twarz – na­zna­czo­ną tym sa­mym mro­kiem, któ­ry wi­dy­wa­łam u bra­ta.

Opa­rłam gło­wę o umi­ęśnio­ną klat­kę pier­sio­wą chło­pa­ka i wci­ągnęłam głębo­ko do płuc po­wie­trze wy­pe­łnio­ne me­ta­licz­nym za­pa­chem.

Czu­łam się oszu­ka­na przez ży­cie. Całe dzie­ci­ństwo oj­ciec, woj­sko­wy, wma­wiał mi, że sys­tem to na­sza tar­cza, że spra­wie­dli­wo­ść i uczci­wo­ść to za­sa­dy, na któ­rych trze­ba bu­do­wać wszyst­ko. Mó­wił, że to fun­da­men­ty, a one za­wsze nas po­pro­wa­dzą, nie­za­le­żnie od tego, co się wy­da­rzy. Wie­rzy­łam mu. By­łam pew­na, że to je­dy­ne, cze­go war­to się trzy­mać.

A po­tem wszyst­ko le­gło w gru­zach.

Kie­dy mama zgi­nęła w wy­pad­ku, a oj­ciec, któ­ry całe ży­cie wbi­jał mi do gło­wy, że trze­ba być twar­dym, że nie ma rze­czy nie­mo­żli­wych, po­pe­łnił sa­mo­bój­stwo, mia­łam wra­że­nie, że ktoś wy­rwał mi grunt spod nóg. Jak­by ten cały zna­jo­my mi świat, w któ­rym ka­żde dzia­ła­nie mia­ło swo­je kon­se­kwen­cje, po pro­stu prze­stał ist­nieć. Zo­sta­łam sama, z bra­tem, na dnie. Na gra­ni­cy mo­ral­no­ści, gdzie ka­żdy dzień był wal­ką o to, żeby prze­żyć. Za­częli­śmy grze­bać w bru­dzie, co­raz głębiej wcho­dzić w ten świat, choć nie mie­li­śmy w nie­go wpa­ść, a ka­żda de­cy­zja i wy­bór spra­wia­ły, że od­da­la­li­śmy się co­raz bar­dziej od ide­ałów kie­dyś będących dla nas je­dy­nym dro­go­wska­zem.

Z dnia na dzień tra­ci­łam wia­rę w to, cze­go na­uczył mnie oj­ciec. Wszyst­ko, w co wie­rzy­łam, za­częło się sy­pać jak do­mek z kart. Sys­tem? Tar­cza? Jaka tar­cza, sko­ro to MY za­wsze zo­sta­wa­li­śmy na mar­gi­ne­sie, igno­ro­wa­ni i ze­pchni­ęci w otchłań, do któ­rej nikt nie chciał się na­wet zbli­żyć. Spra­wie­dli­wo­ść? Gdzie ona była, gdy to my do­sta­wa­li­śmy la­nie od rze­czy­wi­sto­ści, a ni­g­dy żad­nej szan­sy na obro­nę? Uczci­wo­ść? Kie­dy cała na­sza rze­czy­wi­sto­ść oka­za­ła się jed­nym wiel­kim oszu­stwem?

Czu­łam, jak­by ży­cie od­wró­ci­ło się od nas, jak­by wy­wró­ci­ło wszyst­ko do góry no­ga­mi. Zdra­dzi­ło nas. Zdra­dzi­ło mnie. I te­raz, pa­trząc na war­to­ści, któ­re kie­dyś sta­no­wi­ły pod­sta­wę mo­je­go świa­ta, wi­dzia­łam tyl­ko pust­kę. Wszyst­ko, w co wie­rzy­łam, sta­ło się ni­czym wi­ęcej niż ilu­zją, któ­rą ży­cie bru­tal­nie zmia­żdży­ło. A ja? Zo­sta­łam w tym pie­przo­nym cha­osie, zmu­szo­na żyć w świe­cie, w któ­rym nie ma za­sad, a praw­da to tyl­ko luk­sus, na jaki nie było mnie stać.

– Mu­szę coś za­ła­twić – rzu­ci­łam su­cho, na­kręco­na zło­ścią, nie­pew­no­ścią i po­czu­ciem bra­ku spra­wie­dli­wo­ści. – Ode­zwij się, gdy­by Ja­son dał znak ży­cia.

– Ja­sne, ty też daj znać – od­po­wie­dział, ostat­ni raz rzu­ca­jąc spoj­rze­nie w głąb miesz­ka­nia. – Gdy­byś po­trze­bo­wa­ła bez­piecz­ne­go lo­kum, żeby się prze­ki­mać… wiesz, gdzie mnie zna­le­źć – do­dał, a po­tem kiw­nął gło­wą. – Na­pra­wię za­mek.

Uśmiech­nęłam się iro­nicz­nie.

Po­cze­ka­łam, aż Ma­son wró­ci do sie­bie, a po­tem szyb­ko wpa­ko­wa­łam do tor­by naj­po­trzeb­niej­sze rze­czy i wy­szłam na ze­wnątrz. Rzu­ci­łam po­sęp­ne spoj­rze­nie na roz­wa­lo­ny za­mek i przez mo­ment za­wie­si­łam się na nim. Na­stęp­nie prze­ta­rłam dło­ńmi twarz i ci­cho wes­tchnęłam, ru­sza­jąc żwa­wym kro­kiem po scho­dach w dół.

Gdy wy­szłam ze­wnątrz bu­dyn­ku, nikt już nie stał pod bra­mą. Ro­zej­rza­łam się wo­ko­ło, jak­bym była w sta­nie do­pa­trzyć się cze­go­kol­wiek, co po­mo­gło­by mi w zro­zu­mie­niu, gdzie znik­nął Ja­son. Wszyst­ko jed­nak wy­gląda­ło tak samo bez­na­dziej­nie jak ka­żde­go dnia. Wrzu­ci­łam tor­bę na sie­dze­nie pa­sa­że­ra, a sama usia­dłam za kie­row­ni­cą. Nie od­je­cha­łam od razu, spędzi­łam kil­ka mi­nut w to­tal­nym bez­ru­chu, wga­pia­jąc się w swo­je za­ci­śni­ęte na kie­row­ni­cy dło­nie.

Tego dnia cze­ka­ła mnie jesz­cze wal­ka, do któ­rej za cho­le­rę nie mia­łam gło­wy. Czu­łam się roz­bi­ta i nie wie­dzia­łam, co ze sobą zro­bić. Po­my­śla­łam, że obi­cie czy­je­jś gęby mo­gło­by mi po­móc w po­zby­ciu się nad­mia­ru emo­cji, ale nie by­łam w sta­nie prze­stać my­śleć o Ja­so­nie. Mar­twi­łam się. Okrop­nie się mar­twi­łam. Za­wsze wie­dzia­łam, gdzie jest, a te­raz nie mia­łam na­wet pew­no­ści, czy żyje.

Za­wsze by­li­śmy ra­zem. Co­kol­wiek się dzia­ło, mo­gli­śmy zna­le­źć w so­bie na­wza­jem opar­cie. Wspie­ra­li­śmy się przy ka­żdej mo­żli­wej oka­zji i wie­dzia­łam, że gdy­by to mi gro­zi­ło nie­bez­pie­cze­ństwo, Ja­son po­ru­szy­łby na­wet pie­kło, żeby mi po­móc. Mia­łam więc wra­że­nie, że wraz ze znik­ni­ęciem bra­ta stra­ci­łam też część sie­bie. Nie po­tra­fi­łam od­na­le­źć się we wszech­świe­cie, kie­dy jego nie było obok. Prze­ży­li­śmy ra­zem zbyt wie­le, by ja­ka­kol­wiek tra­ge­dia mo­gła nas roz­dzie­lić. Dla­te­go też te­raz czu­łam się taka za­gu­bio­na.

Po­trze­bo­wa­łam ode­tchnąć i upo­rząd­ko­wać my­śli, więc od­pa­li­łam sil­nik i ru­szy­łam spod domu. Od­da­la­jąc się od su­ro­we­go West Hol­low, wje­cha­łam na głów­ną tra­sę, któ­ra pro­wa­dzi­ła pro­sto do cen­trum Blac­krid­ge, mia­stecz­ka, gdzie no­wo­cze­sno­ść zde­rza­ła się z hi­sto­rią. Było po­łud­nie, a sło­ńce lało się bez­li­to­śnie, od­bi­ja­jąc się od lśni­ących szyb wie­żow­ców wy­nu­rza­jących się nad mia­stem. W mia­rę jak zbli­ża­łam się do cen­trum, kra­jo­braz na­bie­rał in­ten­syw­nych barw. Przez szy­bę wi­dzia­łam tłu­my spie­szących się lu­dzi, na ich twa­rzach ma­lo­wa­ły się de­ter­mi­na­cja, zmęcze­nie i obo­jęt­no­ść.

Ka­żdy za­kręt dro­gi od­sła­niał ko­lej­ną war­stwę mia­sta, od no­wo­cze­snych biu­row­ców o ostrych, geo­me­trycz­nych li­niach, po sta­re fa­bry­ki, któ­re po­zo­sta­ły świa­dec­twem nie­ugi­ęte­go upły­wu lat. Choć ze­wnętrz­ny świat zda­wał się tęt­nić nie­usta­jącą ener­gią, we­wnątrz mnie wszyst­ko było jak­by w sta­nie za­wie­sze­nia. Po ja­ki­mś cza­sie, gdy dro­ga stop­nio­wo od­da­la­ła się od tęt­ni­ące­go cen­trum, skręci­łam w spo­koj­ne osie­dle dom­ków jed­no­ro­dzin­nych. Za­trzy­ma­łam się w ko­ńcu przy uro­czym, ma­łym bu­dyn­ku z pła­skim da­chem, któ­ry zda­wał się wy­ra­stać pro­sto z oko­licz­nych wzgórz. Miej­sce to, po­ło­żo­ne na nie­wiel­kim wznie­sie­niu, ofe­ro­wa­ło pa­no­ra­micz­ny wi­dok na cen­trum mia­sta, blo­ko­wi­ska i wie­żow­ce kon­tra­stu­jące z de­li­kat­ną, spo­koj­ną at­mos­fe­rą osie­dla.

Za­par­ko­wa­łam tuż przy pło­cie, skąd mo­głam ob­ser­wo­wać mia­sto w dole. Mo­głam na mo­ment za­po­mnieć o ca­łym za­mie­sza­niu, czer­pi­ąc uko­je­nie z tej ma­low­ni­czej sce­ne­rii. Prze­ta­rłam dło­ńmi twarz i ci­cho wes­tchnęłam.

W ko­ńcu jed­nak otwo­rzy­łam drzwi i wy­sia­dłam, chwy­ta­jąc w ru­chu za tor­bę. Po­de­szłam do czar­nej, ni­skiej bram­ki, któ­ra od­gra­dza­ła uli­cę od te­re­nu na­le­żące­go do po­sia­dło­ści. Tu­taj było zu­pe­łnie ina­czej niż w West Hol­low. Spo­koj­niej, bez­piecz­niej… o ile wła­ści­wie dało się zna­le­źć ta­kie miej­sce w Ka­li­for­nii. Przede mną roz­ci­ągał się uro­czy ogró­dek, ota­cza­jący schlud­ny, za­dba­ny bu­dy­nek. Po­pchnęłam bram­kę i we­szłam na szu­tro­wą, rów­ną ście­żkę, po któ­rej obu bo­kach usta­wio­ne były ka­mycz­ki pro­wa­dzące na ga­nek.

Za­pu­ka­łam do dwu­skrzy­dło­wych drzwi i przy­gry­złam dol­ną war­gę, wy­cze­ku­jąc, aż uj­rzę po dru­giej stro­nie oso­bę, któ­ra dzia­ła­ła na mnie ni­czym an­ty­de­pre­sant da­jący na­tych­mia­sto­we uko­je­nie. Po chwi­li mi­gnął przede mną cień. Otwo­rzy­łam sze­ro­ko oczy i wstrzy­ma­łam na mo­ment od­dech. Ser­ce na­tych­miast za­la­ło się przy­jem­nym cie­płem, kie­dy chło­pak po­ja­wił się na­prze­ciw­ko mnie. Dean był ty­pem, któ­re­go nie da się zi­gno­ro­wać, na­wet gdy­byś bar­dzo chcia­ła. Wy­so­ki, z moc­ną, atle­tycz­ną syl­wet­ką, któ­rej nie dało się nie za­uwa­żyć, na­wet gdy stał w tłu­mie. Ciem­ne wło­sy za­wsze miał nie­na­gan­nie przy­ci­ęte, jak­by co dru­gi dzień od­wie­dzał bar­be­ra. Jego po­sta­wa… pew­na, sta­now­cza, ale z ja­kąś de­li­kat­ną nutą wra­żli­wo­ści do­da­wa­ła mu jesz­cze wi­ęcej uro­ku. Duże błękit­ne oczy za­trzy­ma­ły się na mnie, spra­wia­jąc, że od razu wszyst­kie ma­ski opa­dły, a łzy spły­nęły po mo­ich po­licz­kach.

Na twa­rzy mężczy­zny od­bi­ło się zmar­twie­nie, ale je­dy­nie od­su­nął się, bym we­szła do środ­ka. Nie do­tknął mnie, nie ode­zwał się sło­wem. Był zbyt do­bry i pra­wy, by zro­bić coś, cze­go bym nie chcia­ła, dla­te­go zwy­czaj­nie cze­kał, aż to ja wy­ko­nam pierw­szy ruch. Zrzu­ci­łam z ra­mie­nia tor­bę, któ­ra z hu­kiem opa­dła na drew­nia­ną podło­gę, i spoj­rza­łam pro­sto w jego oczy, a chwi­lę pó­źniej po­de­szłam bli­żej, by wtu­lić twarz w umi­ęśnio­ną klat­kę pier­sio­wą.

– Mogę tu zo­stać na ja­kąś chwi­lę? – wy­szep­ta­łam, a jego ra­mio­na szczel­nie oplo­tły mnie w ta­lii, od­gra­dza­jąc od ca­łe­go zła.

– Co się sta­ło? – spy­tał spo­koj­nie.

– Mogę?

Za­śmiał się ci­cho.

– Do­brze wiesz, że tak – od­pa­rł i prze­su­nął dło­nią po moim kręgo­słu­pie na kark, po czym lek­ko po­gła­dził go pal­ca­mi.

Unio­słam gło­wę, pa­trząc na nie­go. Wzrok De­ana w jed­ną chwi­lę od­bił wszyst­ko to, co skry­wa­ło moje ser­ce. Ten ko­leś miał w so­bie tyle em­pa­tii, że za­czy­na­łam po­dej­rze­wać go o czy­ta­nie w my­ślach.

– Coś złe­go przy­tra­fi­ło się Ja­so­no­wi – po­wie­dzia­łam krót­ko, a on za­raz się na­pi­ął i chciał się od­su­nąć, ale go po­wstrzy­ma­łam. – Nie. Nie pusz­czaj mnie – za­żąda­łam szep­tem.

– Co mu się sta­ło? – Wes­tchnął prze­ci­ągle i je­dy­nie moc­niej mnie przy­tu­lił.

– Nie wiem jesz­cze, ale mu­szę go zna­le­źć. – Wci­ągnęłam no­sem za­pach jego wody ko­lo­ńskiej. – Na­sze miesz­ka­nie zo­sta­ło zde­wa­sto­wa­ne, wszędzie było pe­łno krwi i żad­ne­go śla­du po moim bra­cie… – Za­śmia­łam się iro­nicz­nie z do­bo­ru wła­snych słów. – O ile ta krew nie na­le­ży do nie­go oczy­wi­ście.

Dean tym ra­zem od­su­nął się ode mnie po­mi­mo sprze­ci­wu i unió­sł brwi, rzu­ca­jąc mi pe­łne obaw spoj­rze­nie.

– Zgło­si­łaś to na po­li­cję? – wy­pa­lił, a ja się skrzy­wi­łam.

– Osza­la­łeś? – wy­bur­cza­łam, ob­ra­ca­jąc się na pi­ęcie, i ru­szy­łam w głąb domu, nie przej­mu­jąc się grzecz­no­ścia­mi. – Prze­cież wiesz, że nie mogę.

– Wiesz, że po­win­naś?

– Nie wy­mądrzaj się – od­po­wie­dzia­łam.

Wy­prze­dził mnie i za­ta­ra­so­wał swo­im cia­łem prze­jście.

– Ky­lie… – prze­ci­ągnął z po­wa­gą w gło­sie.

Sap­nęłam pod no­sem.

– Do­brze wiesz, że nie mogę tego zro­bić. Znasz za­sa­dy, już i tak za dużo ci po­wie­dzia­łam – rzu­ci­łam ner­wo­wo. Dean nie­co się zmie­szał. – Chcia­łam je­dy­nie za­trzy­mać się u cie­bie na tro­chę, tyl­ko tu­taj czu­ję się bez­piecz­nie. Pro­szę, nie na­ci­skaj na mnie, do­brze? – do­da­łam nie­co spo­koj­niej.

– Nie po­do­ba mi się to. Mó­głbym ci po­móc.

– Po­móż mi ina­czej niż wy­ko­nu­jąc swo­ją pra­cę.

– Czy­li wła­ści­wie jak?

– Nie wiem, zrób mi jeść? – za­żar­to­wa­łam z wy­mu­sze­niem, śmie­jąc się na siłę.

Chło­pak wci­ąż stał w bez­ru­chu, a na jego twa­rzy nie było wi­dać ani cie­nia roz­ba­wie­nia.

Cały czas sta­łam w miej­scu i mu się przy­pa­try­wa­łam. Li­czy­łam, że uj­rzę cho­ćby cień wy­lu­zo­wa­nia, ale on po­zo­sta­wał śmier­tel­nie po­wa­żny. Ja­dąc do nie­go, mia­łam na­dzie­ję, że nie będę mu­sia­ła wa­łko­wać tego te­ma­tu i dzi­ęki temu po­my­ślę o tej spra­wie na chłod­no. Tyle że Dean za bar­dzo się mną przej­mo­wał, żeby to zi­gno­ro­wać. Zresz­tą, miał zbyt sil­ne po­czu­cie nie­sie­nia po­mo­cy… by­łam głu­pia, wie­rząc, że in­for­ma­cja o znik­ni­ęciu Ja­so­na spły­nie po nim jak po kacz­ce.

Wes­tchnęłam ci­ężko i zro­bi­łam krok w jego stro­nę. Uło­ży­łam dło­nie na klat­ce pier­sio­wej chło­pa­ka i unio­słem gło­wę, by zrów­nać na­sze spoj­rze­nia. Dean wy­da­wał się bar­dzo spi­ęty i uwa­żnie mi się przy­glądał, jak­by pró­bo­wał wy­ba­dać, co jesz­cze ukry­wam, żeby go nie mar­twić.

– Wiem, że to wszyst­ko brzmi źle. Bo­le­śnie zda­ję so­bie z tego spra­wę, ale mu­szę za­ła­twić to sama, bez udzia­łu po­li­cji. Mój brat nie jest świ­ętosz­kiem, sam wiesz, jak jest – po­wie­dzia­łam, gła­dząc kciu­kiem ma­te­riał czar­nej opi­na­jącej jego cia­ło ko­szul­ki. – Taką mie­li­śmy umo­wę, żad­nej po­li­cji… bez względu na to, co się wy­da­rzy. Znaj­dę go i się do­wiem, co się sta­ło.

– A co, je­śli szu­ka­nie Ja­so­na oka­że się nie­bez­piecz­ne?

– Nie mam wąt­pli­wo­ści, że wła­śnie ta­kie będzie. – Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi. – Umów­my się w ten spo­sób, że je­śli coś mnie prze­ro­śnie, to wte­dy po­pro­szę o two­ją po­moc. Te­raz mu­sisz mi po­zwo­lić zro­bić to sa­mej i je­dy­ne, co mo­żesz, to być sobą i spra­wić, jak za­wsze, że moje pro­ble­my cho­ciaż na chwi­lę znik­ną. Obie­caj mi, że to zro­bisz – po­pro­si­łam.

Po­kręcił z re­zy­gna­cją gło­wą, ale po krót­kiej chwi­li ujął dło­ńmi moje po­licz­ki. Zbli­żył się i jesz­cze przez uła­mek se­kun­dy przy­glądał mi się tym swo­im oce­nia­jącym wzro­kiem, a na­stęp­nie po­chy­lił się i zło­żył de­li­kat­ny, czu­ły po­ca­łu­nek na moim czo­le, któ­ry dał mi wi­ęcej cie­pła, niż ostat­nio mia­łam oka­zję po­czuć.

– Na­le­śni­ki? – rzu­cił niby lu­źno, ale w jego gło­sie wci­ąż wy­brzmie­wa­ło zde­ner­wo­wa­nie.

Uśmiech­nęłam się z wdzi­ęcz­no­ścią i po­ki­wa­łam gło­wą, co spra­wi­ło, że Dean się cof­nął, wy­mi­nął mnie w prze­jściu i ru­szył wol­nym kro­kiem do ma­le­ńkiej, ale uro­czej kuch­ni.

Usia­dłam na bla­cie obok ku­chen­ki, z no­ga­mi swo­bod­nie zwie­szo­ny­mi w po­wie­trzu. Dean w mil­cze­niu wzi­ął się za przy­go­to­wa­nie wszyst­kich skład­ni­ków i po­trzeb­nych na­czyń. Wci­ąż od­no­si­łam wra­że­nie, że utknął my­śla­mi w te­ma­cie Ja­so­na. Był zły, że nie po­zwo­li­łam mu po­móc. Tyle że zwy­czaj­nie nie mo­głam się na to zgo­dzić i wci­ągać go w na­sze ba­gno. Cała moja zna­jo­mo­ść z tym chło­pa­kiem po­zo­sta­wa­ła jed­nym wiel­kim nie­bez­pie­cze­ństwem, bo Dean re­pre­zen­to­wał zu­pe­łnie inny świat. Stał po dru­giej stro­nie ba­ry­ka­dy, co w ka­żdej chwi­li mo­gło po­grążyć mo­je­go bra­ta. A nie chcia­łam za­sta­na­wiać się nad tym, ja­kie­go wy­bo­ru by do­ko­nał, gdy­by mu­siał.

Gdy chło­pak sko­ńczył przy­go­to­wy­wać po­si­łek, usie­dli­śmy przy sto­le w kuch­ni. Je­dząc, ana­li­zo­wa­łam wszyst­kie mo­żli­wo­ści znik­ni­ęcia Ja­so­na. Po­sta­no­wi­łam, że po dzi­siej­szej wal­ce po­ga­dam z jego sze­fem. W za­sa­dzie to z na­szym sze­fem, ale w dwóch ró­żnych kie­run­kach.

Ty­ron miał w so­bie coś, co spra­wi­ło, że lu­dzie mil­kli na jego wi­dok, za­nim ten zdążył coś po­wie­dzieć. Był ogrom­ny. Nie tyl­ko umi­ęśnio­ny, on po ca­ło­ści przy­po­mi­nał ol­brzy­ma. Miał ra­mio­na jak z ka­mie­nia i dło­nie wy­gląda­jące, jak­by mo­gły roz­gnie­ść czasz­kę jak kar­ton po mle­ku. Ta­tu­aże wiły się po przed­ra­mio­nach aż po szy­ję, gdzie wid­niał na­pis, któ­re­go do tej pory nie uda­ło mi się roz­szy­fro­wać. Za­wsze no­sił się na czar­no; czar­ne spodnie, czar­na, opi­ęta ko­szul­ka, czar­ne buty spor­to­we, a na szyi wi­siał gru­by zło­ty ła­ńcuch. Ale to oczy miał naj­bar­dziej nie­po­ko­jące. Ciem­ne, czuj­ne, jak­by pa­trzył pro­sto przez cie­bie i jed­no­cze­śnie oce­niał, ile je­steś wart. Nie mó­wił dużo, ale kie­dy już się ode­zwał, to ka­żdy słu­chał. Jego głos był ni­ski, po­wol­ny, ka­żde wy­po­wia­da­ne przez nie­go sło­wo wa­ży­ło tonę. Nie krzy­czał, nie ma­chał ręka­mi. Za­miast tego po pro­stu pa­trzył. I cze­kał. A lu­dzie mó­wi­li wi­ęcej niż po­win­ni, bo ta ci­sza oka­zy­wa­ła się bar­dziej nie­bez­piecz­na niż ja­ka­kol­wiek gro­źba.

Choć roz­mo­wa z nim nie wid­nia­ła na li­ście rze­czy, o któ­rych ma­rzy­łam, li­czy­łam, że do­wiem się cze­go­kol­wiek, co po­mo­że mi w zna­le­zie­niu bra­ta… lub cho­ciaż na­kie­ru­je na ja­kąkol­wiek po­szla­kę czy wska­że kie­ru­nek. Był jego sze­fem, Ja­son nie ro­bił ni­cze­go, cze­go Ty­ron by nie zle­cił, więc je­śli miał wro­gów, to tyl­ko po ja­kie­jś ak­cji.

Pó­źnym wie­czo­rem, gdy za oknem zro­bi­ło się już zu­pe­łnie czar­no, wy­mó­wi­łam się pra­cą, a po­tem wy­szłam od De­ana i wsia­dłam do sa­mo­cho­du, wrzu­ca­jąc tor­bę z ubra­nia­mi do wal­ki na tyl­ne sie­dze­nie, a na­stęp­nie ru­szy­łam przed sie­bie.

Pod­zie­mie znaj­do­wa­ło się na obrze­żach mia­sta w jed­nym z wie­lu bu­dyn­ków daw­ne­go kom­plek­su fa­bryk. Nie było żad­nych zna­ków, żad­nej ta­blicz­ki, ni­cze­go, co su­ge­ro­wa­ło­by, że to miej­sce tęt­ni ży­ciem po zmro­ku. Je­dy­nie ob­dra­pa­ne drzwi z gru­be­go me­ta­lu i sta­ra ka­me­ra za­wie­szo­na nad nimi. Kie­dyś to pew­nie funk­cjo­no­wa­ło jako ma­ga­zyn albo hala pro­duk­cyj­na, a te­raz po dru­giej stro­nie skry­wa­ło się cen­trum nie­le­gal­nych walk.

We­szłam od za­ple­cza tak jak za­wsze, przez sta­re drzwi ser­wi­so­we od stro­ny za­ła­dun­ku – nie­po­zor­ne, po­rdze­wia­łe, z za­su­wą za­miast klam­ki. Wi­ęk­szo­ść lu­dzi na­wet nie wie­dzia­ła, że da się je otwo­rzyć. Prze­ci­ągnęłam ci­ężką za­suw­ni­cę, któ­ra skrzyp­nęła gło­śno, jak­by się bun­to­wa­ła. We­wnątrz ude­rzy­ła mnie zna­jo­ma fala zim­na i za­pa­chu ole­ju prze­my­sło­we­go. Ko­ry­tarz pro­wa­dzący do win­dy był wąski, oświe­tlo­ny po­je­dyn­czą ja­rze­niów­ką, mru­ga­jącą co kil­ka se­kund. W nie­któ­rych miej­scach be­ton zo­stał odra­pa­ny aż do zbro­je­nia. Win­da to­wa­ro­wa po­win­na już daw­no za­ko­ńczyć ży­wot. Za­rdze­wia­łe drzwi, siat­ko­wa­na bra­ma, któ­rej ni­g­dy nie dało się do ko­ńca do­mknąć. Wsia­dłam do środ­ka i wci­snęłam gu­zik z nu­me­rem „–3". Me­cha­nizm za­skrzy­piał i zgrzyt­nął, za­nim ka­bi­na za­częła zje­żdżać. Z ka­żdym me­trem czu­łam, jak na­pi­ęcie ro­śnie. Me­tal pod sto­pa­mi drżał, ścia­ny szy­bu mi­ja­ły po­wo­li, jak­by wci­ąga­ły mnie do in­ne­go świa­ta. Tam na dole nie było re­guł. Tyl­ko siła, szyb­ko­ść i prze­trwa­nie.

Gdy drzwi win­dy roz­su­nęły się z ci­ężkim jękiem, przy­wi­tał mnie zna­jo­my pó­łm­rok. Przede mną roz­ci­ągał się dłu­gi, be­to­no­wy ko­ry­tarz pro­wa­dzący w stro­nę głów­nej sali. Za­nim do­ta­rłam do szat­ni, mu­sia­łam mi­nąć ring.

Hala była ogrom­na, su­ro­wa i przy­tła­cza­jąca. Uno­sił się w niej ci­ężki za­pach ku­rzu, potu i krwi. Świa­tła po­zo­sta­wa­ły przy­ga­szo­ne, jak­by samo miej­sce nie chcia­ło zbyt wie­le po­ka­zy­wać. Je­dy­nie cen­tral­na część, gdzie znaj­do­wa­ła się klat­ka, to­nęła w ostrym, bia­łym świe­tle. Me­ta­lo­wa kon­struk­cja sta­ła pu­sta, ale śla­dy ostat­niej wal­ki wci­ąż były wi­docz­ne. Na be­to­nie ciem­nia­ły pla­my krwi. Część z nich wy­da­wa­ła się jesz­cze świe­ża, inne już za­sy­cha­ły i łusz­czy­ły się, przy­po­mi­na­jąc sta­rą, od­pa­da­jącą far­bę. Nikt nie pró­bo­wał ich zmy­wać. Nikt na­wet nie uda­wał, że za­mie­rza to zro­bić.

W ró­żnych częściach sali kręci­li się lu­dzie. Kil­ku tech­nicz­nych spraw­dza­ło na­gło­śnie­nie i oświe­tle­nie. Dwóch mężczyzn z ob­sta­wy sta­ło przy bocz­nym wy­jściu, roz­ma­wia­jąc pó­łgło­sem. W rogu je­den z za­wod­ni­ków roz­ci­ągał się po­wo­li, owi­ni­ęty ban­da­ża­mi aż po łok­cie. Ktoś pa­lił pa­pie­ro­sa, ukry­ty w cie­niu, jak­by pró­bo­wał znik­nąć z tej prze­strze­ni, ale nie mógł się zmu­sić, by ode­jść. Rzu­ci­łam im krót­kie spoj­rze­nie, nie za­trzy­mu­jąc się na­wet na mo­ment.

Mi­nęłam klat­kę i prze­szłam da­lej, czu­jąc, jak za­pach me­ta­lu i potu osia­da mi na skó­rze, jak­by był sta­łym ele­men­tem tego miej­sca… lep­ką, nie­wi­dzial­ną war­stwą, któ­rej nie da się zmyć. Skręci­łam w lewo i za­trzy­ma­łam się przed szat­nią. Pro­wa­dzi­ły do niej sta­re, ob­dra­pa­ne drzwi; za­miast szyl­du wi­siał na nich je­dy­nie ka­wa­łek po­dar­tej, żó­łtej ta­śmy ostrze­gaw­czej. Po­pchnęłam je bio­drem i we­szłam do środ­ka.

Na pra­wo usta­wio­ne były me­ta­lo­we szaf­ki, po­środ­ku sta­ły ław­ki z wy­tar­tym obi­ciem. W rogu, tuż obok drzwi pro­wa­dzących do ła­zien­ki, wi­sia­ło pęk­ni­ęte lu­stro. Pa­trząc w nie, trud­no było nie za­uwa­żyć, że ży­cie za­wod­ni­ków w tym miej­scu dzie­li­ło się na dwie części: czło­wie­cze­ństwo i be­stial­stwo. Obie ist­nia­ły rów­no­le­gle w jed­nym cie­le, w jed­nej twa­rzy, w jed­nym spoj­rze­niu.

By­li­śmy zwy­kły­mi lu­dźmi z prze­szło­ścią, z imio­na­mi, z bli­zna­mi, któ­re sta­no­wi­ły do­wód na to, że na­praw­dę ist­nie­je­my. Ale wy­star­czył mo­ment, by wszyst­ko to prze­sta­wa­ło mieć zna­cze­nie. Wy­star­czy­ło we­jść do klat­ki, po­czuć chłód me­ta­lu pod sto­pa­mi i odór krwi uno­szący się w po­wie­trzu, by czło­wiek prze­sta­wał być czło­wie­kiem.

Tam nie ocze­ki­wa­no li­to­ści, emo­cji ani sła­bo­ści. W klat­ce nie ist­nia­ły imio­na… tyl­ko cio­sy. Tyl­ko in­stynkt. Be­stia bu­dzi­ła się w ci­szy, bez ostrze­że­nia czy fan­far. Cze­ka­ła tuż pod skó­rą, kar­mio­na stra­chem, gnie­wem, de­spe­rac­ką po­trze­bą udo­wod­nie­nia, że wci­ąż się li­czy­my. A kie­dy już się po­ja­wia­ła… nie pro­si­ła o po­zwo­le­nie. Przej­mo­wa­ła wszyst­ko.

Mo­żna to było do­strzec w lu­strze. Le­d­wie uchwyt­ny błysk w oczach. Sub­tel­ną zmia­nę w na­pi­ęciu szczęki, w spo­so­bie, w jaki cia­ło prze­sta­wa­ło wy­glądać jak cia­ło, a za­czy­na­ło przy­po­mi­nać na­rzędzie. Ka­żdy z nas no­sił to w so­bie. I ka­żdy wie­dział, że je­śli chce prze­trwać, musi na­uczyć się prze­łączać mi­ędzy jed­nym a dru­gim – szyb­ko, bez wa­ha­nia. Tego wie­czo­ru, pa­trząc na swo­je od­bi­cie w pęk­ni­ętym lu­strze, wi­dzia­łam obie wer­sje sie­bie. Jed­ną, któ­ra jesz­cze czu­ła. I dru­gą, któ­ra już szy­ko­wa­ła się do wal­ki.

Rzu­ci­łam tor­bę na ław­kę i się prze­ci­ągnęłam. Po chwi­li po­chy­li­łam się i wy­jęłam z niej ubra­nia oraz ban­da­że oraz spor­to­we buty. Ubra­łam się szyb­ko, bez zbęd­nych ce­re­gie­li. Wsu­nęłam na sie­bie czar­ne leg­gin­sy z ma­to­we­go ma­te­ria­łu, na górę za­ło­ży­łam spor­to­wy top, też czar­ny, z sze­ro­ki­mi ra­mi­ącz­ka­mi. Od­sła­niał ra­mio­na i ple­cy, na­pi­ęte jak za­wsze przed we­jściem do klat­ki. Wło­ży­łam buty, a na­stęp­nie si­ęgnęłam po ban­da­że.

Za­częłam po­wo­li owi­jać lewą dłoń, pa­lec po pal­cu, nad­gar­stek, po­tem znów przez śro­dek dło­ni i wo­kół kciu­ka. Ru­chy mia­łam wy­ćwi­czo­ne do per­fek­cji. Au­to­ma­tycz­ne, nie­mal me­cha­nicz­ne. Ale w ka­żdym z nich była kon­cen­tra­cja. Ban­da­że przy­le­ga­ły cia­sno, jed­nak nie za moc­no. Mu­sia­ły da­wać pew­no­ść, że nic się nie roz­lu­źni w trak­cie wal­ki, że nie stra­cę chwy­tu, nie za­wa­ham się, kie­dy przyj­dzie mo­ment. Tka­ni­na szorst­ko przy­le­ga­ła do skó­ry. Pod spodem czu­łam sta­re zgru­bie­nia na kost­kach, miej­sca, gdzie skó­ra już daw­no prze­sta­ła być mi­ęk­ka. Zwi­ąza­łam ko­niec ban­da­ża na nad­garst­ku, moc­no, pew­nie, po czym za­bra­łam się za dru­gą rękę. Tu rów­nież za­częłam od nad­garst­ka, po­tem przez śro­dek dło­ni, mi­ędzy pal­ca­mi – wszyst­ko w tej sa­mej, po­wta­rzal­nej ko­lej­no­ści. Ten mo­ment za­wsze da­wał mi na­miast­kę spo­ko­ju. Jak­by ka­żdy ruch od­ci­nał mnie ka­wa­łek po ka­wa­łku od świa­ta ze­wnętrz­ne­go. Jak­by z ka­żdą war­stwą ban­da­ża zo­sta­wa­ło co­raz mniej miej­sca na wąt­pli­wo­ści. Kie­dy sko­ńczy­łam, usia­dłam na ław­ce i przez chwi­lę tyl­ko wpa­try­wa­łam się w swo­je dło­nie. Już nie wy­gląda­ły jak dło­nie ko­bie­ty. Bar­dziej jak na­rzędzia. Go­to­we do pra­cy.

Zer­k­nęłam jesz­cze na wy­świe­tlacz ko­mór­ki, ma­jąc ci­chą na­dzie­ję, że zo­ba­czę na nim imię bra­ta, któ­ry za­wsze wspie­rał mnie przed wal­ką, ale tym ra­zem mu­sia­łam po­ra­dzić so­bie bez nie­go. Nim zdąży­łam cho­ćby wes­tchnąć, do po­miesz­cze­nia wpa­dł wście­kły Ty­ron, rzu­ca­jąc mi złow­ro­gie spoj­rze­nie.

– Gdzie on, do kur­wy nędzy, jest? – wark­nął ostro, aż pod­sko­czy­łam w miej­scu. – Gdzie ten cho­ler­ny Ja­son? Spier­do­lił mi czte­ry wy­so­ko ob­sta­wio­ne wal­ki…

Skrzy­wi­łam się, bo zda­łam so­bie spra­wę, że nici z mo­je­go po­my­słu o wy­py­ta­nie Ty­ro­na na te­mat bra­ta. Wy­gląda­ło na to, że on sam nie miał o ni­czym po­jęcia.

– Nie wiem – od­pa­rłam, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi. – Ty mi po­wiedz, gdzie po­dzie­wa się mój brat – do­da­łam, uno­sząc lewą brew.

– Co to zna­czy? – sap­nął nie­co zmie­sza­ny. – Masz nie­wy­pa­rzo­ną gębę, pew­nie coś mu po­wie­dzia­łaś i te­raz…

Par­sk­nęłam.

– Taa… – prze­ci­ągnęłam. – Zła­ma­łam mu ser­ce, mó­wi­ąc, że wy­gląda brzyd­ko w no­wych spoden­kach.

Na twa­rzy mężczy­zny po­ja­wił się cień roz­ba­wie­nia.

– Po­wa­żnie, Ky­lie, gdzie jest Ja­son? Za pi­ęt­na­ście mi­nut ma wal­kę, któ­rej nie może prze­grać. Staw­ka jest zbyt wy­so­ka, a ten chu­jek już wisi mi spo­ro haj­su.

– Nie wiem, po­wa­żnie. Znik­nął bez śla­du – wy­ja­wi­łam i przez uła­mek se­kun­dy zo­ba­czy­łam w jego oczach głębo­ką nie­pew­no­ść.

Mia­łam już do­syć tłu­ma­cze­nia lu­dziom, co się wy­da­rzy­ło.

– Cho­le­ra… – mruk­nął z po­wa­gą. Prze­su­nął dło­ńmi po gło­wie na kark. Przez mo­ment mil­czał, ale za­raz gwa­łtow­nie wy­ce­lo­wał we mnie pal­cem, a od tego ge­stu krew od­pły­nęła mi z twa­rzy, po­zo­sta­wia­jąc po so­bie lo­do­wa­tą pust­kę. – We­źmiesz jego wal­kę! – za­wy­ro­ko­wał i ob­ró­cił się na pi­ęcie.

– Co? – wy­pa­li­łam, zry­wa­jąc się z miej­sca. Od razu po­bie­głam za mężczy­zną. – Jak mam wzi­ąć jego wal­kę, sko­ro cze­ka mnie wła­sna? – spy­ta­łam, do­rów­nu­jąc mu kro­ku.

– Chuj mnie to ob­cho­dzi. Od­pła­cisz mi za swo­ją, ale naj­pierw mu­sisz wy­grać tę, któ­ra na­le­ża­ła do two­je­go bra­ta.

– Prze­cież Ja­son wal­czy z… fa­ce­ta­mi – burk­nęłam, kręcąc gło­wą.

– Masz uczu­le­nie na fi­stasz­ki czy co, kur­wa? – wark­nął, za­trzy­mu­jąc się gwa­łtow­nie. Omal na nie­go nie wpa­dłam.

Otwo­rzy­łam sze­ro­ko oczy. Nie spo­dzie­wa­łam się spro­śnych żar­tów z jego ust.

– Nie, nie mam – od­po­wie­dzia­łam już nie­co spo­koj­niej. – Czy­li po­win­nam wal­czyć z fa­ce­tem w imię swo­je­go bra­ta? – pod­su­mo­wa­łam na głos.

– Wy­słać ci to ma­ilem, że­byś zy­ska­ła wi­ęcej cza­su na zro­zu­mie­nie?

– Trud­no mi uwie­rzyć, że umiesz ob­słu­gi­wać… – Urwa­łam, bo mężczy­zna zgro­mił mnie wzro­kiem. – Do­brze, już do­brze… Jaka staw­ka? – spy­ta­łam, uno­sząc gło­wę.

Ty­ron par­sk­nął.

– Masz wi­ęk­sze jaja niż wi­ęk­szo­ść za­wod­ni­ków. Nie py­tasz, z kim wal­czysz, tyl­ko za jaką staw­kę?

– Po­trze­bu­ję od­po­wied­niej mo­ty­wa­cji… sam wiesz, że ży­cie nie jest ta­nie. – Wzru­szy­łam ra­mio­na­mi.

– Po­dwój­na – rzu­cił krót­ko, a ja ski­nęłam gło­wą, da­jąc mu znak, że się zga­dzam. – A te­raz zni­kaj mi sprzed oczu. Wal­ka pry­wat­na, więc zo­sta­ło ci ja­kieś dzie­si­ęć mi­nut, żeby do­stać się do stre­fy VIP, nie spier­dol tego, Far­ley.

Rozdział II: Odwaga

Praw­dzi­wa od­wa­ga po­le­ga na tym, by żyć i cier­pieć za to, w co wie­rzysz.

Chri­sto­pher Pa­oli­ni, „Era­gon”

Oj­ciecuczyłmnie,że od­wa­ga nie po­cho­dzi z cia­ła, lecz z sil­ne­go umy­słu. Cia­ło za­wsze może zo­stać po­ko­na­ne, ale je­śli masz do­brą mo­ty­wa­cję, nic nie zdo­ła cię po­wstrzy­mać. Czło­wiek jest je­dy­nie sumą wszyst­kich stra­chów, ja­kie tkwią w jego ser­cu, więc klu­czem do suk­ce­su jest pe­łne wy­zby­cie się go. Prze­sta­łam się bać bólu, kie­dy po raz pierw­szy moje ser­ce zo­sta­ło roz­szar­pa­ne. Kil­ka si­nia­ków czy zła­ma­nych ko­ści nie mo­gło w ża­den spo­sób rów­nać się z tym, co przy­no­si stra­ta osób, któ­re się ko­cha. Świa­do­mo­ść, że mu­szę prze­trwać, by nie do­pu­ścić do utra­ty bra­ta, była moją naj­wi­ęk­szą mo­ty­wa­cją, gdy prze­mie­rza­łam ko­ry­ta­rze pod­zie­mia w dro­dze na ring.

Przy­spie­szy­łam kro­ku, kie­dy się zo­rien­to­wa­łam, że stra­ci­łam zbyt wie­le cza­su na roz­mo­wie z Ty­ro­nem. Po­win­nam się roz­grzać przed wal­ką, a nie mia­łam na to cza­su. Pędzi­łam przez be­to­no­we ko­ry­ta­rze, aż w ko­ńcu do­ta­rłam do drzwi, za któ­ry­mi od­by­wa­ły się wal­ki pre­mium – naj­częściej krwa­we, bar­dzo bru­tal­ne star­cia mi­ędzy mężczy­zna­mi. Ko­bie­ty rzad­ko mia­ły oka­zję się tam zja­wiać, chy­ba że któ­ryś z go­ści so­bie tego za­ży­czył. Ta­kie wal­ki były za­zwy­czaj le­piej opła­ca­ne, na co w du­chu moc­no li­czy­łam, bo de­spe­rac­ko po­trze­bo­wa­łam pie­ni­ędzy. Zresz­tą, nie zdzi­wi­ła­bym się, gdy­by Ty­ron pod­nió­sł staw­kę z ra­cji wal­ki ko­bie­ty z mężczy­zną, co naj­praw­do­po­dob­niej nie wy­da­rzy­ło się ni­g­dy wcze­śniej w pod­zie­miu. Po­mi­mo bra­ku ogól­nych re­guł nikt ra­czej nie de­cy­do­wał się na wal­kę z płcią prze­ciw­ną ze względu na nie­rów­ne szan­se.

Szarp­nęłam za klam­kę i kie­dy tyl­ko we­szłam do środ­ka, wszyst­kie spoj­rze­nia sku­pi­ły się na mnie. W jed­nej chwi­li po­czu­łam się bar­dziej oce­nia­na niż pod­czas eg­za­mi­nu na pra­wo jaz­dy. Ka­żdy do­pa­try­wał się u mnie sła­bo­ści, pró­bo­wał zna­le­źć sła­by punkt. Za­cho­wa­łam ka­mien­ną twarz i ru­szy­łam przed sie­bie w kie­run­ku rin­gu z me­ta­lo­wą siat­ką.

Po­miesz­cze­nie nie było duże, nie znaj­do­wa­ło się tu­taj za wie­le me­bli; dwie dłu­gie ka­na­py ze skó­rza­nym obi­ciem zaj­mo­wa­ne przez kil­ka zna­jo­mych osób oraz tych, któ­rych ni­g­dy nie mia­łam oka­zji po­znać, re­ga­ły z ró­żny­mi bi­be­lo­ta­mi oraz rząd wol­no­sto­jących sza­fek. Wi­dow­nia skry­wa­ła swo­je twa­rze za lu­strza­ną ścia­ną, gdzie ob­sta­wia­no wy­gra­ne. To wła­śnie tam prze­le­wał się gru­by hajs, nie­rzad­ko pła­co­ny przez urzęd­ni­ków pa­ństwo­wych lub przed­sta­wi­cie­li pra­wa, któ­rym bra­ko­wa­ło w ży­ciu ad­re­na­li­ny.

– Zgu­bi­łaś się? – spy­tał ni­ski, ta­jem­ni­czy głos zza mo­ich ple­ców. Nie przy­po­mi­na­łam so­bie, że­bym go wcze­śniej sły­sza­ła.

Od­wró­ci­łam się po­wo­li, wdy­cha­jąc za­pach, któ­ry na dłu­go po­zo­sta­nie w mo­jej pa­mi­ęci. Dzi­kie po­łącze­nie drew­na, ty­to­niu i cze­goś słod­kie­go. Przede mną stał wy­so­ki mężczy­zna o spoj­rze­niu tak głębo­kim, że nie­mal się w nim gu­bi­łam. Jego zie­lo­ne oczy wbi­ja­ły się we mnie z za­ci­ęto­ścią, przez co po­czu­łam się skrępo­wa­na. Miał na so­bie lu­źny, czar­ny tank top uwy­dat­nia­jący atle­tycz­ne, po­kry­te wie­lo­ma ta­tu­aża­mi cia­ło oraz w mia­rę do­pa­so­wa­ne spodnie dre­so­we w tym sa­mym ko­lo­rze. De­li­kat­nie kwa­dra­to­wa szczęka na­pi­ęła

się, gdy wy­wier­cał mi wzro­kiem dziu­rę w czasz­ce. Nie był przy­jem­ny, nie pró­bo­wał na­wet ta­kie­go uda­wać. Jego twarz wy­ra­ża­ła nie­chęć w naj­czyst­szej po­sta­ci.

Czar­ne wło­sy miał dłu­ższe i lek­ko po­tar­ga­ne na czub­ku, a po bo­kach znacz­nie krót­sze – co tyl­ko po­tęgo­wa­ło prze­ko­na­nie, że z tym ko­le­siem nie będzie lek­ko. Li­czy­łam, że nie on sta­nie na­prze­ciw­ko mnie w klat­ce. Bił od nie­go chłód tak bar­dzo prze­szy­wa­jący, że po mo­jej skó­rze prze­sze­dł dreszcz.

Od­chrząk­nęłam, bio­rąc się w ga­rść.

– Nie zgu­bi­łam, wal­czę za bra­ta – od­pa­rłam słod­ko, mru­żąc oczy. – Przy­szłam tu­taj, żeby obić głu­pią gębę ja­kie­goś za­du­fa­ne­go dup­ka, któ­re­mu się wy­da­je, że jest coś war­ty – rzu­ci­łam, wbi­ja­jąc nie­po­kor­nie spoj­rze­nie wprost w zie­lo­ne tęczów­ki.

Chło­pak za­śmiał się za­dzior­nie, spla­ta­jąc dło­nie na kar­ku, co je­dy­nie pod­kre­śli­ło jego mi­ęśnie ra­mion. Uśmiech miał cy­nicz­ny i pe­łen jadu, ale mimo wszyst­ko od­no­si­łam wra­że­nie, że coś się w nim zmie­ni­ło. Znik­nął chłód, a w oczach od­bi­ło się coś zna­jo­me­go, ale rów­nież nie­po­ko­jące­go.

– Uro­dzi­łaś się taka py­ska­ta czy brak ogła­dy wy­ssa­łaś z mle­kiem mat­ki? – za­py­tał, wci­ąż uśmie­cha­jąc się w ten cy­nicz­ny i po­gar­dli­wy spo­sób.

– To mój sys­tem obron­ny prze­ciw­ko szo­wi­ni­stycz­nym świ­niom, któ­re trak­tu­ją ko­bie­ty jak ozdo­by do swo­ich fo­tek na In­sta­gra­mie. Wy­ro­bił się przez lata prak­ty­ki – od­pa­rłam z pe­łnym prze­ko­na­niem, jak­by nie było bar­dziej ra­cjo­nal­ne­go wy­tłu­ma­cze­nia.

– To jed­no py­ta­nie po­pchnęło cię do wy­snu­cia teo­rii o tym, że je­stem szo­wi­ni­stą? – Unió­sł wy­so­ko brwi, rzu­ca­jąc mi oce­nia­jące spoj­rze­nie.

– A nie to mia­łeś na my­śli? – drąży­łam nie­co zmie­sza­na, choć wci­ąż bo­jo­wo na­sta­wio­na.

– Uspo­kój się z tą pseu­do­fe­mi­ni­stycz­ną po­sta­wą. Mi­zan­dria jako ochro­na przed szo­wi­ni­zmem to za­mkni­ęte koło, ro­dzące spi­ra­lę nie­uza­sad­nio­nej nie­na­wi­ści. – Pa­trzył na mnie z miną wy­kła­dow­cy fi­lo­zo­fii prze­ka­zu­jące­go mi ży­cio­wą lek­cję. – Tę bo­jo­wą po­sta­wę mo­żesz wy­ko­rzy­stać na rin­gu, sko­ro tu tra­fi­łaś, bo prze­ciw­nik już cze­ka, Far­ley – do­dał, mi­ja­jąc mnie w prze­jściu z gra­cją, jak­by wła­śnie wy­grał zło­ty me­dal za naj­lep­szą wy­mia­nę zdań.

Otwo­rzy­łam sze­ro­ko oczy, od­kry­wa­jąc, że ist­nie­je coś, co na­praw­dę może mnie za­sko­czyć. Spra­wił, że do gło­wy na­pły­nęły de­li­kat­ne za­cząt­ki wy­rzu­tów su­mie­nia, ale nie to było naj­bar­dziej szo­ku­jące. Znał moje na­zwi­sko. Skąd, do cho­le­ry?

Ob­ró­ci­łam się na pi­ęcie, rzu­ca­jąc prze­lot­ne spoj­rze­nie na salę, chcąc zlo­ka­li­zo­wać nie­zna­jo­me­go, ale on gdzieś znik­nął, a wy­so­ki, wiel­ki jak dąb fa­cet ły­pał na mnie z rin­gu.

Skrzy­wi­łam się. Świet­nie…

Mój prze­ciw­nik wy­glądał jak cho­dzący do­wód na to, że Mat­ka Na­tu­ra cza­sem robi so­bie żar­ty. I to ta­kie moc­no su­che. Miał wiel­kie łapy, kark nie­na­tu­ral­nie sze­ro­ki i spoj­rze­nie, któ­re mo­gło­by za­trzy­mać po­ci­ąg to­wa­ro­wy w pe­łnym roz­pędzie. Ubra­ny był w czar­ne spoden­ki i ochra­nia­cze wy­gląda­jące, jak­by bła­ga­ły o chwi­lę wy­tchnie­nia od jego mi­ęśni. Na klat­ce pier­sio­wej, oczy­wi­ście, czasz­ka. Bo prze­cież nie może obyć się bez zna­ku, któ­ry sub­tel­nie zwia­stu­je, że za mo­ment będzie miał ocho­tę roz­gnie­ść mnie jak ko­ma­ra na ra­mie­niu w let­ni wie­czór.

Cho­ler­ny Ty­ron… że też się na to zgo­dzi­łam. Nie po­dej­rze­wa­łam, że wy­śle mnie do jed­nej klat­ki z Ro­bo­co­pem.

Za­ci­ągnęłam się po­wie­trzem tak, jak­by to mia­ło mi po­móc prze­stać kal­ku­lo­wać, ile mi­nut lub se­kund, ży­cia mi po­zo­sta­ło, za­nim zo­sta­nę po­wa­lo­na przez jego ło­kieć. Ser­ce tłu­kło mi w pier­si, jak­by za­raz mo­gło wy­sko­czyć, a dło­nie za­częły de­li­kat­nie drżeć. Tyle z mo­jej od­wa­gi. Mu­sia­łam li­czyć na cud i zgry­wać bo­ha­ter­kę. Może zdo­łam osła­bić jego mo­ra­le swo­ją pew­no­ścią sie­bie.

Na sali wrza­ło. Okrzy­ki, gwiz­dy, po­kle­py­wa­nie się po ple­cach i te­sto­ste­ron w po­wie­trzu tak gęsty, że dało się go kro­ić no­żem. W kącie ja­kiś ko­leś za­kła­dał ręka­wi­ce, obok dwóch in­nych pro­wa­dzi­ło coś, co wy­gląda­ło na fi­lo­zo­ficz­ną de­ba­tę o naj­lep­szej tech­ni­ce no­kau­tu. Pach­nia­ło po­tem i me­ta­lem.

Sta­nęłam w we­jściu do klat­ki. Z po­zo­ru pew­na sie­bie. W prak­ty­ce… cóż, moje ego za­ha­czy­ło o dno, w pe­łni po­ko­na­ne przez to, co wi­dzia­łam przed sobą.

No do­bra, Ky­lie. Nie pa­ni­kuj. Prze­cież lu­bisz wy­zwa­nia… Dasz so­bie radę.

Wy­star­czy­ło sku­pić się na jego sła­bych punk­tach. Na pew­no bra­ko­wa­ło mu szyb­ko­ści i zwin­no­ści, cze­go mi aku­rat nie mo­żna było od­no­wić. Mu­sia­łam za­tem wy­ko­rzy­stać swo­je atu­ty i nie po­zwo­lić mu się do­rwać. Mo­głam go zwy­czaj­nie męczyć, a po­tem wy­ko­ńczyć, kie­dy już nie będzie miał siły.

Sta­nęłam na środ­ku. Wzi­ęłam głębo­ki od­dech i po­wo­li wy­pu­ści­łam z ust po­wie­trze. Ser­ce tro­chę zwol­ni­ło swój rytm, a w gło­wie roz­le­gła się jed­na myśl, kla­row­na jak ni­g­dy: Nie daj się za­bić. A je­śli już, to przy­naj­mniej zrób to z przy­tu­pem.

W stan­dar­do­wym re­per­tu­arze walk na rin­gu głów­nym punk­tem po­zo­sta­wa­ły za­po­wie­dzi. Kil­ka dur­nych słów o za­wod­ni­kach, ale tu­taj, gdzie pu­blicz­no­ść skry­ła się za lu­strza­ną ścia­ną, nie było o tym mowy. Nim zdąży­łam co­kol­wiek zro­bić lub cho­ćby po­my­śleć, usły­sza­łam gong, a na­stęp­nie zo­ba­czy­łam pędzące­go w moją stro­nę nie­dźwie­dzia, któ­ry przy ka­żdym kro­ku wpra­wiał zie­mię w drże­nie.

Za­częło się.

Ru­szał się pew­nie i za­ska­ku­jąco zwin­nie jak na ko­goś, kto wy­glądał jak czo­łg. Trzy­mał gar­dę wy­so­ko, oczy miał sku­pio­ne, go­to­we zmia­żdżyć mnie sa­mym spoj­rze­niem. Nie za­po­wia­da­ło się na ja­kąkol­wiek fi­ne­zję. Był na­sta­wio­ny na ostre, bru­tal­ne star­cie. Jego cia­ło przy­po­mi­na­ło bul­do­żer bez ha­mul­ców, o czym prze­ko­na­łam się, kie­dy za­ata­ko­wał pierw­szy.

Pra­wy sier­po­wy zo­stał wy­mie­rzo­ny we mnie z nie­by­wa­łym za­ma­chem, ale zdąży­łam się od­su­nąć. O włos nie tra­fił, bo tuż obok ucha usły­sza­łam świst. Dru­gie­go ude­rze­nia nie uda­ło mi się unik­nąć; ból w bar­ku roz­lał się po cie­le, po­wo­du­jąc, że na mo­ment stra­ci­łam re­zon. Za­nim zdąży­łam ode­tchnąć, wbił ol­brzy­mie ko­la­no w moje że­bro. Zgi­ęłam się i syk­nęłam, ob­la­na zim­nym po­tem. Cof­nęłam się, za­chły­stu­jąc po­wie­trzem i wark­nęłam pod no­sem kil­ka nie­cen­zu­ral­nych słów.

Za­raz wy­ró­sł z zie­mi, a jego cia­ło rzu­ci­ło na mnie cień. Zła­pał mnie w ta­lii jak nic nie­wa­żącą lal­kę i unió­sł, po czym do­słow­nie rzu­cił mną o me­ta­lo­wą siat­kę rin­gu. Za­ci­snęłam pal­ce na zim­nym ma­te­ria­le. Nie­spo­dzie­wa­nie zrów­na­łam się ze znaj­du­jącym się kil­ka cen­ty­me­trów od mo­jej twa­rzy chło­pa­kiem. Zie­lo­ne oczy wbi­ły się we mnie i nie­mal mo­głam w nich wy­czy­tać, że się zgu­bi­łam. Uśmiech­nął się cwa­niac­ko, ale na­wet nie drgnął.

Nie lu­bi­łam prze­gry­wać. Zwłasz­cza wte­dy, gdy ktoś wy­cze­ki­wał mo­jej po­ra­żki. Za­ło­ży­łam na twarz ka­mien­ną ma­skę.

Na­stęp­ny cios mi­nął mnie o cen­ty­me­try, a ja za­nur­ko­wa­łam w bok, ni­sko, jak­by ktoś prze­ci­ął mi nogi. Za­trzy­ma­łam się przy sto­pach prze­ciw­ni­ka i wte­dy zo­ba­czy­łam swo­ją szan­sę. Jego pra­wa sto­pa lek­ko drgnęła. Ma­lut­ki ruch, któ­ry dla prze­ci­ęt­ne­go oka zna­czy­łby tyle co nic. Dla mnie sta­no­wił jed­nak dzwo­nek alar­mo­wy. Nie miał pe­łne­go opar­cia. Praw­do­po­dob­nie przez sta­ry uraz albo po pro­stu nie dbał o rów­no­wa­gę. Ści­ęgno Achil­le­sa było na­pi­ęte jak stru­na, a wzdłuż skó­rę zdo­bi­ła gru­ba bli­zna. To wy­star­czy­ło.

Ude­rzy­łam szyb­ko i pre­cy­zyj­nie w jego sła­by punkt. Zgi­ął się wpół, a noga mu za­drża­ła. I wte­dy, za­nim zdążył za­re­ago­wać, kop­nęłam go w ko­la­no dru­giej nogi, prze­su­wa­jąc ci­ężar cia­ła mężczy­zny do­kład­nie tam, gdzie nie miał żad­ne­go pod­par­cia. Wy­rżnął o zie­mię z hu­kiem, a ja mia­łam wra­że­nie, jak­by cały ring się za­ko­ły­sał.

Wy­sko­czy­łam na nie­go jak dzi­kie, roz­ju­szo­ne zwie­rzę. Usia­dłam na jego ple­cach, przy­ci­ska­jąc ko­la­nem ło­kieć do maty. Szar­pał się i pró­bo­wał mnie zrzu­cić, ale za­częłam bić łok­ciem w jego bok. Moc­no, ryt­micz­nie. Prze­stał się spi­nać. I wte­dy prze­szłam do ko­ńca.

Zsu­nęłam się na bok, prze­to­czy­łam i ob­jęłam go jak wąż. Nogi owi­nęłam wo­kół tu­ło­wia prze­ciw­ni­ka, jed­ną rękę wsu­nęłam pod szy­ję, dru­gą za­trzy­ma­łam na po­ty­li­cy. Ści­snęłam z ca­łych sił i za­raz po­czu­łam jego na­pi­ęcie oraz roz­pacz­li­we pró­by zła­pa­nia po­wie­trza. Ale nic z tego. Noga drża­ła mu z bólu – ści­ęgno Achil­le­sa nie wy­ba­cza. Nie miał już mo­żli­wo­ści wal­czyć.

Uśmiech­nęłam się. Tak tyl­ko de­li­kat­nie.

Po chwi­li do mo­ich uszu do­bie­gł dźwi­ęk trium­fu. Ol­brzym od­kle­pał, prze­ry­wa­jąc wal­kę. Roz­brzmiał gong ko­ńczący star­cie, więc z bó­lem w że­brach ze­szłam z mężczy­zny i po­kracz­nie pod­nio­słam się na rów­ne nogi, przy­ci­ska­jąc dłoń do bo­lące­go miej­sca. Au­to­ma­tycz­nie i zu­pe­łnie nie­pla­no­wa­nie, moje spoj­rze­nie po­wędro­wa­ło do ko­le­sia, któ­re­go spo­tka­łam przed wal­ką. Miał na twa­rzy pó­łu­śmiech do­da­jący mu ta­jem­ni­czo­ści. Ci­ężko od­dy­cha­łam, bo­la­ło mnie cia­ło, ale uczu­cie sa­tys­fak­cji sku­tecz­nie blo­ko­wa­ło wszyst­kie inne bo­dźce.

Ty­ron stał przy we­jściu z dło­ńmi scho­wa­ny­mi w kie­sze­niach spodni. Pa­trzył na mnie z za­do­wo­le­niem, co je­dy­nie na­kręca­ło moje ego. Gdy po­de­szłam bli­żej, od razu wy­ci­ągnęłam w jego kie­run­ku rękę, a on w od­po­wie­dzi unió­sł wy­so­ko brwi. Na jego twa­rzy od­ma­lo­wa­ło się za­sko­cze­nie, ale już po chwi­li po­dał mi zwi­tek bank­no­tów nie­wie­le grub­szy od tego, któ­ry za­zwy­czaj do­sta­wa­łam po zwy­kłych wal­kach.

Zmarsz­czy­łam czo­ło, wga­pia­jąc się w jego nie­po­kor­ne oczy. Chy­ba so­bie żar­to­wał.

– Wy, Far­ley­owie, je­ste­ście tacy sami… Nic was nie od­ró­żnia, do­słow­nie nic. Obo­je ma­cie jaja ze sta­li, ale rów­nież ol­brzy­mi tu­pet.

Sap­nęłam pod no­sem i prze­wró­ci­łam ocza­mi.

– Wiem, ile pie­ni­ędzy Ja­son przy­no­si do domu, więc nie rób so­bie jaj – po­wie­dzia­łam z po­wa­gą. – Za­ło­żę się, że nikt mnie nie ob­sta­wił, co ozna­cza, że na tej wal­ce zbi­łeś nie­złą sum­kę. Za­płać mi na­le­żną kwo­tę i będzie­my kwi­ta – za­żąda­łam bez­dy­sku­syj­nie.

Kątem oka wi­dzia­łam, że Ma­son stał z tyłu, przy­gląda­jąc się nam z cie­nia. Kiw­nęłam gło­wą, da­jąc mu znak, by za­cze­kał.

Ty­ron z nie­za­do­wo­le­niem si­ęgnął po ko­lej­ny ru­lo­nik do­la­rów i rzu­cił go na moją otwar­tą dłoń, jak­by ro­bił mi ja­kąś ła­skę, a to zwy­czaj­nie mi się na­le­ża­ło. Bez sło­wa wci­snęłam pie­ni­ądze do sta­ni­ka i ru­szy­łam w kie­run­ku Ma­so­na i rów­no­cze­śnie szat­ni.

– Do­brze ci po­szło – stwier­dził, gdy po­ja­wi­łam się bli­sko nie­go. – Chcia­łem wzi­ąć tę wal­kę za Ja­so­na, ale Ty­ron się nie zgo­dził. Mó­wił, że już ko­goś ma, ale nie sądzi­łem, że pa­dło na cie­bie… – Przyj­rzał mi się ba­daw­czo. – Nic ci nie jest?

– To nic, przy­naj­mniej za­ro­bi­łam na nowy za­mek do drzwi. – Za­śmia­łam się gorz­ko. – Tro­chę boli mnie… wszyst­ko – do­da­łam z gry­ma­sem. – Ale przej­dzie. Ból za­wsze prze­cho­dzi.

Mina chło­pa­ka su­ge­ro­wa­ła, że się mar­twił. Cały czas wy­da­wał się w go­to­wo­ści, by mnie zła­pać, je­śli mia­ła­bym upa­ść, lecz na to się nie za­no­si­ło. Ru­szy­łam pew­nym kro­kiem w stro­nę szat­ni, a on po­sze­dł za mną.

– Już wy­mie­ni­łem za­mek – rzu­cił lu­źno.

Spoj­rza­łam na nie­go z za­sko­cze­niem, ale uśmiech­nęłam się z wdzi­ęcz­no­ścią.

– Dzi­ęku­ję, od­dam ci pie­ni­ądze.

– Nie trze­ba. Wiem, że Ja­son nie wy­ba­czy­łby mi, gdy­bym się tobą nie za­opie­ko­wał.

Wci­ągnęłam do ust po­wie­trze na­sy­co­ne za­pa­chem me­ta­lu i potu. Nie trze­ba było się mną opie­ko­wać. Ra­dzi­łam so­bie, ale je­śli Ma­son miał po­trze­bę zgry­wa­nia bo­ha­te­ra, to nie po­zo­sta­ło mi nic in­ne­go, niż po pro­stu mu na to po­zwo­lić. Zda­wa­łam so­bie spra­wę z tego, że on rów­nież mar­twił się o mo­je­go bra­ta. W ko­ńcu byli przy­ja­ció­łmi, od­kąd pa­mi­ętam, więc mógł czuć po­win­no­ść za­jęcia się mną.

– Ten chło­pak… – prze­ci­ągnęłam nie­zręcz­nie – któ­ry stał przy rin­gu… Ciem­ne wło­sy, ta­tu­aże… – Usia­dłam na ław­ce, si­ęga­jąc do tor­by po blu­zę. – Kim on jest? – spy­ta­łam, nie pa­trząc na Ma­so­na. Było mi tro­chę głu­pio, nie chcia­łam, żeby moja cie­ka­wo­ść zo­sta­ła źle ode­bra­na.

– Alex – mruk­nął krót­ko, z nie­chęcią. – Jest pra­wą ręką Ty­ro­na. Był tu za­pew­ne, by kon­tro­lo­wać sy­tu­ację. A co? Masz z nim ja­kiś pro­blem? – Wy­ra­źnie się spi­ął. Scho­wał ręce do kie­sze­ni blu­zy i na­pi­ął bar­ki. Chy­ba się nie lu­bi­li.

Po­kręci­łam prze­cząco gło­wą i za­ło­ży­łam na sie­bie czar­ną kan­gur­kę z nie­co roz­ci­ągni­ęty­mi ręka­wa­mi i spra­nym ko­lo­rem.

– Ni­g­dy wcze­śniej go nie wi­dzia­łam – od­pa­rłam su­cho i wsta­łam, co wy­ge­ne­ro­wa­ło nową falę bólu. Od razu zła­pa­łam się za że­bra i syk­nęłam.

Ma­son skrzy­wił się i zro­bił krok w moją stro­nę.

– Je­steś pew­na, że wszyst­ko w po­rząd­ku? Nie­źle ci przy­wa­lił. Ktoś po­wi­nien cię zba­dać, Ky­lie.

– Do­brze, już do­brze. Ju­tro pój­dę do le­ka­rza – skła­ma­łam.

Nie mia­łam siły się prze­bie­rać, więc po pro­stu po­zbie­ra­łam swo­je rze­czy i skie­ro­wa­łam się do wy­jścia. Spoj­rza­łam na wy­świe­tlacz ko­mór­ki i wi­dząc wia­do­mo­ść od De­ana, wzi­ęłam głębo­ki od­dech. Było już pó­źno, dla­te­go zro­bi­ło mi się głu­pio, że chło­pak wci­ąż cze­kał na mój po­wrót. Jed­nak myśl o po­wro­cie do domu, gdzie zno­wu za­sta­nę cały ten baj­zel i krew, spra­wi­ła, że żo­łądek zwi­nął mi się w cia­sny węzeł. Ma­son od­pro­wa­dził mnie na par­king, ale zo­stał jesz­cze w klu­bie, bo miał swo­ją wal­kę. Za­nim wsia­dłam do sa­mo­cho­du, ro­zej­rza­łam się po oko­li­cy. Nocą było tu bar­dzo nie­przy­jem­nie, wy­obra­źnia pod­su­wa­ła mi nie­zli­czo­ne ob­ra­zy tego, co cza­iło się w ciem­no­ści.

Opa­rłam przed­ra­mio­na na da­chu Ma­li­bu. Przy­tło­czy­ło mnie wszyst­ko wo­ko­ło. Nie wie­dzia­łam, gdzie szu­kać Ja­so­na, a od­no­si­łam wra­że­nie, że ka­żda mi­ja­jąca mi­nu­ta to zwy­czaj­ne mar­no­wa­nie cza­su. W tej chwi­li mój brat mógł wal­czyć o ży­cie albo wła­śnie tę wal­kę prze­gry­wać.

Z za­my­śle­nia wy­rwał mnie ostry war­kot sil­ni­ka i ośle­pia­jące świa­tło re­flek­to­rów. Czar­ny mo­tor Su­zu­ki Hay­abu­sa wy­ło­nił się z wnętrza bu­dyn­ku i prze­je­chał przez bra­mę wjaz­do­wą, któ­ra za­raz po­now­nie się za­mknęła. Kie­row­cą wy­ra­źnie mi się przy­glądał, skry­ty za czar­nym ka­skiem. Skó­rza­na kurt­ka ide­al­nie opi­na­ła cia­ło i na­wet pod jej ma­te­ria­łem dało się za­uwa­żyć, że ta­jem­ni­czy mężczy­zna jest do­brze zbu­do­wa­ny. Ob­ró­ci­łam się przo­dem, opie­ra­jąc ple­cy o swój sa­mo­chód. Skrzy­żo­wa­łam ręce na wy­so­ko­ści pier­si i cze­ka­łam, aż prze­sta­nie się na mnie ga­pić… Za­miast tego jed­nak on ru­szył w moją stro­nę i za­trzy­mał się tuż obok. Zdjął kask i po­now­nie tej nocy uka­zał zie­lo­ne tęczów­ki.

– Chcia­łeś mi po­gra­tu­lo­wać do­brej wal­ki? – rzu­ci­łam, ki­wa­jąc do nie­go gło­wą.

Unió­sł kącik ust, ale nie od­po­wie­dział od razu. Wsu­nął kask pod ra­mię i po­wo­li pod­sze­dł bli­żej. Za­trzy­mał się w bez­piecz­nej od­le­gło­ści, cho­ciaż i tak bli­żej, niż bym so­bie ży­czy­ła.

Uśmiech­nął się pó­łgęb­kiem. Po­da­ro­wał mi ten typ uśmie­chu, któ­ry po­tra­fi wy­pro­wa­dzić z rów­no­wa­gi bar­dziej niż ja­ki­kol­wiek ko­men­tarz.

– Spraw­dzam tyl­ko, czy po tylu cio­sach masz jesz­cze siłę na dow­ci­py. – Spoj­rzał na mnie uwa­żnie.

– Za­wsze mam. To ja­kiś pro­blem?

– Jesz­cze nie – mruk­nął i zbli­żył się o krok. – Ale Ty­ron nie ma po­czu­cia hu­mo­ru, w prze­ci­wie­ństwie do cie­bie.

– Se­rio? A wy­gląda na uro­dzo­ne­go ka­ba­re­cia­rza.

Prych­nął roz­ba­wio­ny, choć pró­bo­wał to ukryć.

– Gdzie jest Ja­son? – spy­tał, za­miast po­ci­ągnąć moją za­czep­kę da­lej. W jego gło­sie wy­brzmia­ła po­wa­ga, któ­ra spra­wi­ła, że po kręgo­słu­pie prze­szły mi dresz­cze.

Wes­tchnęłam te­atral­nie.

– Brzmisz tak, jak­bym go ukry­wa­ła w ba­ga­żni­ku. Nie wiem. Znik­nął…

Za­wa­hał się, ale jego spoj­rze­nie zro­bi­ło się bar­dziej mi­ęk­kie.

– Masz zbyt ci­ęty język jak na ko­goś, kto le­d­wo stoi – za­uwa­żył, pa­trząc zna­cząco na moje że­bra.

– Prze­wa­ga mo­je­go języ­ka po­le­ga na tym, że dzia­ła nie­za­le­żnie od resz­ty cia­ła.

Za­mil­kł na chwi­lę, ale w jego oczach za­ta­ńczył cień uśmie­chu. Chy­ba za­czy­na­łam go ba­wić, a może iry­to­wać. Albo jed­no i dru­gie.

– Ty­ron jest wkur­wio­ny. Ja­son swo­im znik­ni­ęciem za­wa­lił nie tyl­ko wal­ki, ale rów­nież resz­tę ro­bo­ty. Ktoś będzie mu­siał po­sprzątać jego ba­ła­gan.

Prze­ta­rłam dło­ńmi twarz.

– Słu­chaj, nie mam po­jęcia, gdzie jest mój brat. Sama chcia­ła­bym to wie­dzieć. W ka­żdym ra­zie… li­czę, że go szyb­ko znaj­dę.

Pa­trzył na mnie z ża­ło­snym po­li­to­wa­niem, jak­by wie­dział wi­ęcej niż ja. Jak­by już skre­ślił Ja­so­na z li­sty abo­nen­tów ży­cio­wych… a to bar­dzo mnie zi­ry­to­wa­ło. Mil­czał, choć jego oczy wy­ra­ża­ły wi­ęcej niż ty­si­ąc słów. Nie wie­rzył, że go znaj­dę. A może wie­dział, że nie ma cze­go szu­kać? Może brał udział w tym, co się wy­da­rzy­ło?

W ko­ńcu ski­nął obo­jęt­nie gło­wą i na­ło­żył na nią kask, a na­stęp­nie wsia­dł na mo­tor. Nie rzu­cił żad­ne­go zgry­źli­we­go ko­men­ta­rza ani się nie po­że­gnał. Po pro­stu ru­szył przed sie­bie, a po chwi­li znik­nął za ho­ry­zon­tem.

Wes­tchnęłam ci­ężko i wsia­dłam do swo­je­go sa­mo­cho­du. Przez mo­ment pa­trzy­łam pu­stym wzro­kiem w bu­dy­nek pod­zie­mia. Kie­dy zo­sta­łam sama, zro­bi­ło się ci­ężko. Po­czu­łam nie­moc zwi­ąza­ną z Ja­so­nem. Bez nie­go sta­łam się cho­ler­nie sa­mot­na, mimo że wo­kół kręci­ło się mnó­stwo osób. Nikt jed­nak nie ro­zu­miał mnie tak jak on. Nikt nie wie­dział, co skry­wa­ła moja du­sza. Tyl­ko on je­den był w sta­nie doj­rzeć to, co głębo­ko ukry­te przed świa­tem.

Prze­ta­rłam dło­ńmi twarz i do­szłam do wnio­sku, że to do­bry mo­ment, by się zmyć i choć chwi­lę prze­spać się przed za­jęcia­mi na uczel­ni. Od­pa­li­łam sil­nik i ru­szy­łam w kie­run­ku domu De­ana. Nie mo­głam zna­le­źć so­bie wy­god­nej po­zy­cji za kie­row­ni­cą, bo na­dal bo­la­ło mnie cia­ło po star­ciu z Hul­kiem. Ja­dąc, sta­ra­łam się pal­ca­mi wy­ma­cać swo­je że­bra, by mieć pew­no­ść, że nic się nie zła­ma­ło. Choć nie by­łam le­ka­rzem, to prze­ży­łam masę po­dob­nych ura­zów i już wie­dzia­łam, na co za­wra­cać uwa­gę. Wy­da­wa­ło mi się, że ból, jaki czu­łam, to kwe­stia obi­te­go cia­ła, nic po­wa­żniej­sze­go. Cie­pły prysz­nic i od­po­czy­nek zde­cy­do­wa­nie po­mo­gą. Choć o tym dru­gim trud­no było my­śleć, po­nie­waż za kil­ka go­dzin mu­sia­łam już wstać, żeby zdążyć na za­jęcia. Sty­pen­dium, dzi­ęki któ­re­mu mo­głam stu­dio­wać, po­zo­sta­wa­ło nie­zbęd­ne, a je­śli za­cznę opusz­czać wy­kła­dy… cóż, krót­ka dro­ga do utra­ty fi­nan­so­wa­nia.

Ja­kiś czas pó­źniej za­par­ko­wa­łam przed do­mem po­li­cjan­ta i prze­szłam przez bram­kę. Dean obie­cał, że zo­sta­wi mi klucz pod wy­cie­racz­ką, i gdy tyl­ko się schy­li­łam, mi­liar­dy igieł wbi­ło mi się w skó­rę. Jęk­nęłam, na­tych­miast się pro­stu­jąc.

– Kur­wa – rzu­ci­łam w po­wie­trze, bio­rąc głębo­ki od­dech.

Przede mną otwo­rzy­ły się drzwi, a w nich sta­nął za­spa­ny chło­pak. Miał na so­bie lu­źne szor­ty i nic wi­ęcej. Jego klat­ka pier­sio­wa zo­sta­ła wy­sta­wio­na na po­kaz. Bar­dzo przy­jem­na dla oka.

– Wszyst­ko w po­rząd­ku? – spy­tał, mru­żąc lek­ko oczy. Mia­łam wra­że­nie, że ma w nich ska­ner, któ­rym wła­śnie bada moją praw­do­mów­no­ść.

– Je­stem zmęczo­na – po­wie­dzia­łam i była to pó­łpraw­da. Fak­tycz­nie pa­da­łam z nóg, ale głów­nie do­skwie­rał mi ból.

Uśmiech­nął się nie­sa­mo­wi­cie po­dej­rza­nie. Jego oczy wci­ąż po­zo­sta­wa­ły czuj­ne, śle­dził ka­żdy mój ruch, gdy wcho­dzi­łam do środ­ka. Pró­bo­wa­łam przy tym wy­glądać na roz­lu­źnio­ną i iść w mia­rę pro­sto, żeby ni­cze­go nie za­uwa­żył.

Osta­tecz­nie Dean od­pu­ścił prze­słu­cha­nie, dzi­ęki cze­mu mo­głam w spo­ko­ju udać się pod prysz­nic, gdzie spędzi­łam dłu­ższą chwi­lę, sto­jąc pod stru­mie­niem wody. Jej cie­pło nie­co uko­iło ból, a na pew­no po­mo­gło na spi­ęte mi­ęśnie. Pó­źniej po­ło­ży­łam się do łó­żka i wtu­li­łam w ple­cy chło­pa­ka.

Na wpół śpi­ąco wy­ma­cał po omac­ku moją dłoń i przy­ci­ągnął ją bli­żej sie­bie, a na­stęp­nie na­krył swo­ją dło­nią. Mo­gła­bym do tego przy­wyk­nąć. W ta­kiej po­zy­cji po­zo­sta­li­śmy aż do rana, gdy na­sze bu­dzi­ki roz­dzwo­ni­ły się na do­bre, zmu­sza­jąc nas do po­bud­ki. A ja wca­le nie mia­łam na to ocho­ty. Myśl o po­wro­cie do nie­wy­god­nej rze­czy­wi­sto­ści tro­chę mnie prze­ra­ża­ła. U De­ana czu­łam się do­brze… bez­piecz­nie, a kie­dy tyl­ko my­śla­łam o roz­sta­niu, wie­dzia­łam, że rów­no­cze­śnie będę mu­sia­ła zmie­rzyć się z tym, co nie­zna­ne, i pod­jąć ja­kieś kro­ki w celu od­na­le­zie­nia bra­ta lub cho­cia­żby do­wie­dze­nia się, co się sta­ło.

Wie­dzia­łam też, że nie po­win­nam na­ra­żać chło­pa­ka na nie­bez­pie­cze­ństwo. Nie chcia­łam wci­ągać go w tę jed­ną wiel­ką nie­wia­do­mą. Jego kom­pas mo­ral­ny był na zde­cy­do­wa­nie wy­ższym po­zio­mie od mo­je­go, więc to też sta­no­wi­ło prze­ciw­wska­za­nie.

Pod­czas kie­dy on znik­nął w ła­zien­ce, po­sta­no­wi­łam przy­go­to­wać śnia­da­nie. W mi­ędzy­cza­sie rów­nież przy­go­to­wa­łam się na za­jęcia; spraw­dzi­łam ak­tu­al­ny plan, odświe­ży­łam ma­te­riał i na­pi­sa­łam krót­ką wia­do­mo­ść do przy­ja­ció­łki, pro­sząc ją, by za­cze­ka­ła na mnie przed głów­nym we­jściem do uczel­ni.

Prze­bra­łam się w świe­że ciu­chy i nie­co ogar­nęłam wi­ze­ru­nek. Nie mia­łam ani cza­su, ani tym bar­dziej ocho­ty na stro­je­nie się, więc ogra­ni­czy­łam się do de­li­kat­ne­go ma­ki­ja­żu i zwi­ąza­nia pro­stych, czar­nych wło­sów w ko­ński ogon.

Po zje­dzo­nym śnia­da­niu wy­szli­śmy z domu. Dean wsia­dł do swo­je­go Do­dge’a Char­ge­ra, a ja znik­nęłam za kie­row­ni­cą Ma­li­bu. Pod­czas po­si­łku zdąży­li­śmy wy­mie­nić za­le­d­wie kil­ka zdań, ale przy­naj­mniej dzi­ęki nie­mu by­łam w sta­nie od­ci­ągnąć my­śli od nie­przy­jem­nych spraw.

Ru­szy­łam w dro­gę na uczel­nię, po­gła­śnia­jąc nie­co ra­dio, bo aku­rat z gło­śni­ków wy­pły­wa­ły dźwi­ęki, któ­re lu­bi­łam. Kie­dy do­je­cha­łam na miej­sce, oka­za­ło się, że to ja mu­sia­łam za­cze­kać przy we­jściu na przy­ja­ció­łkę.

Dul­ce po­ja­wi­ła się w moim ży­ciu zu­pe­łnie przy­pad­kiem, ale od tam­tej pory nie wy­obra­ża­łam so­bie, żeby mo­gło jej w nim nie być. Mia­ła w so­bie coś, co spra­wia­ło, że od razu chcia­ło się spędzać z nią czas – nie­wy­mu­szo­ną swo­bo­dę, lek­ko­ść by­cia, ten błysk w oku, któ­ry mó­wił, że ży­cie to jed­na wiel­ka przy­go­da.