Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 462
Rok wydania: 2025
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu książki w środkach masowego przekazu wymaga zgody autorki.
Niniejsza powieść jest wyłącznie fikcją. Zbieżność wydarzeń i nazwisk jest przypadkowa.
Redakcja
D.A. Dziedzic | okiemredaktora.pl
Skład i łamanie
D. A. Dziedzic | okiemredaktora.pl
Okładka
Kaia Rain | [email protected]
Ilustracje
s. 127, 159 – Tata Prodakszyns. 144 – @atrii.xs. 237 – Szkicerka Jagoda
Druk i oprawa
Sowa Sp. z o.o.
ul. Przemysłowa 3
32-332 Bukowno
Polska
Wydanie I
grudzień 2025
ISBN 978-83-975755-5-4
Copyright © by Lucy Windy Waters
Copyright for cover © by Kaia Rain
Copyright for illustration © by Szkicerka Jagoda
Copyright for illustrations © by atrii.x
Copyright for illustrations © by Tata Prodakszyn
Mojemu bratu
W Dolinie Wiecznego Wiatru budził się dzień. Na wzgórzu, na tle szaro-różowego nieba, stał wysoki, szczupły mężczyzna. Wsparty na hebanowej laseczce patrzył w dół. Wiatr szarpał jego płaszczem, a kilka czarnych kosmyków łaskotało go w policzki. Tutaj zawsze wiało. Przez te wszystkie lata zdążył o tym zapomnieć. Czekał.
Midnighta zaparkował u stóp wzniesienia, pod najbliższym drzewem. Zsiadł i spojrzał w górę na czekającą go drogę. Ruszył przed siebie. On sam nie miał nic do stracenia. Od dawna nie miał już nic, co można by mu zabrać. Tym razem jednak nie chodziło tylko o niego. Nie miał planu ani strategii. Nie wiedział, co go czeka. Ale był gotów na wszystko.
Kiedy wspiął się na sam szczyt, spojrzał przed siebie. Zauważył go od razu – stał po drugiej stronie płytkiej doliny na bliźniaczym wzniesieniu. Mężczyźni patrzyli sobie prosto w oczy. Pierwszy raz stanęli naprzeciwko siebie twarzą w twarz.
Neja wyjechała z pensjonatu Stelli i skręciła w stronę Miasta Mocy. Mieli z Philem do obgadania kilka spraw. W trakcie czytania legend oraz składania skomplikowanych puzzli ze strzępów informacji, pojawiały się kolejne pytania. Nadal coś ważnego im umykało.
Umówili się na szesnastą, by jeszcze raz na spokojnie zastanowić się nad tym, co odkryli, i przyjrzeć się fragmentom mapy, które mieli. Phil chciał się podzielić również swoim odkryciem z Krypty, tajnego piętra w archiwum.
Postanowiła po drodze zatrzymać się w supermarkecie i kupić jakieś przekąski. Zaparkowała na tyłach budynku, bo tylko tam znalazła wolne miejsce. Wysiadła z samochodu Stelli i już miała udać się w kierunku sklepu, kiedy tuż przed nią pojawiła się sylwetka mężczyzny.
– Dzień dobry.
– Szefie… – Tyle zdołała powiedzieć.
Trybiki w jej głowie pracowały na najwyższych obrotach. Muszę uciec, muszę uciec… Kiedy spojrzała na jego twarz i zobaczyła uśmiech, który jej posłał, zrozumiała, że nie ma najmniejszych szans. Rozejrzała się. Tyle aut i nikt nie wracał do samochodu.
– Czego pan chce?
– Możemy?
Przeszyło ją lodowate spojrzenie jasnoniebieskich oczu. Bezwiednie złapała go pod ramię.
Gdyby ktoś ich teraz zobaczył, pomyślałby, że jakaś para po prostu sobie idzie i rozmawia. Tak naprawdę Neja nie panowała nad swoim ciałem, a powoli traciła kontrolę również nad umysłem. Kiedy otworzyły się przed nią czarne drzwi jaguara, wsiadła. W tym samym momencie straciła przytomność.
Nie ocknęła się szybko. Przez dłuższy czas pozostawała na granicy jawy i snu. Obok Nei usiadła babcia, złapała wnuczkę za rękę i tak trwały. Później pojawiały się różne wspomnienia. Neja malutka z rodzicami na spacerze. W Gwiezdnym Parku na kocu, kiedy razem podziwiali rozgwieżdżone niebo. Widziała siebie roześmianą i szczęśliwą, kiedy szła razem z rodzicami na lody, robiły z mamą ciastka, śmiały się do siebie. Ubrudzoną smarem, kiedy z tatą i dziadkiem w garażu czyściła część od silnika.
Nagle wszystko zniknęło, jak za czarną kurtyną. Otuliła ją ciemność, a gdzieś w środku zagnieździła się pustka.
– Musisz wstać i iść dalej – usłyszała łagodny głos mamy.
– Ale ja nie chcę.
– Twoja droga się jeszcze nie kończy. Musisz wstać i iść.
– Nie mam po co, tam nic nie ma, nic tam na mnie nie czeka.
– Nie wiesz tego, kochana. Idź i sprawdź.
– Nie mam po co żyć… – wyszeptała, a po policzkach spływały jej łzy, duże i ciepłe. Kapały jedna za drugą, a ona leżała w tym dziwnym letargu niezdolna do ruchu.
– Uwolnij ból.
Zobaczyła siebie w lesie, jak leży na mchu. W tamtym momencie, kiedy powróciły tak długo tłumione wspomnienia. Nie chciała pamiętać. Nadal nie chciała pamiętać.
– Uwolnij ból – mama pogłaskała ją po włosach. – Wypłacz to, kochanie. Wszystko się ułoży.
– Dlaczego mnie zostawiłaś? Dlaczego tata odszedł?
– Byliśmy z tobą tak długo, jak to możliwe. Nie na wszystko mamy wpływ.
Ucisk w klatce piersiowej był nie do zniesienia. Jakby przygniatał ją wielki kamień. Próbowała unieść dłoń, ale nie miała nad nią władzy.
Ośmioletnia Neja stała na cmentarzu, babcia i dziadek trzymali ją za dłonie, wszyscy ubrani na czarno. I ta smutna muzyka… Dlaczego muzyka była taka smutna?
Babcia tak bardzo płakała, a Neja nie mogła. Ani wtedy, ani później nie uroniła nawet jednej łzy. Zgniotła i stłamsiła w sobie strach i ból, żeby nie czuć, żeby nie płakać. Ale teraz nie mogła powstrzymać łez.
– Już czas, kochanie – usłyszała szept i mama zniknęła.
Otworzyła oczy. Była jeszcze odrętwiała, ale przytomna. Chciała się rozejrzeć, lecz okazało się to niemożliwe, więc leżała i czekała. Co się stało i gdzie jestem? Nie znała odpowiedzi. Nie pamiętała nic z poprzedniego dnia. Było szaro, jakby zapadł zmierzch, a delikatny i miarowy szum kropel uderzających w parapet ponownie ukołysał ją do snu.
Alex nie mógł spać. Przerywana nagłymi myślami drzemka nie była formą odpoczynku, jakiego teraz potrzebował.
Wczorajsza noc była koszmarna. Najpierw do Zakonu przyjechał Jerome i powiedział, że Neja zniknęła, a on poczuł, jakby go coś ścięło z nóg. Potem dowiedział się, że stoi za tym von Dern.
Świtało, kiedy postanowił zejść do ogrodu. Nie myślał, dokąd idzie; poszedł przed siebie i zatrzymał się dopiero przy okrągłym trawniku.
Gdzie jesteś? Przetarł zmęczone oczy i dopiero wtedy ją zauważył. Rozeta dusz. Uśmiechnął się do siebie. Nie wyszło im wspólne przejście. Przypomniał sobie sposób, w jaki wtedy na niego patrzyła. Właściwie jej spojrzenie było czasem niepewne, czasem odważne, często zawadiackie, momentami wyzywające, ale zawsze szczere, bez udawania. I ufne. Zrozumiał, że Neja po prostu zawsze była sobą.
Doznał olśnienia. To dlatego cały czas podchodził do niej z nieufnością. W jego pojęciu świata nie istniały kobiety, na których mógł polegać, z którymi prowadziłby poważne rozmowy o życiu, które traktowałby jak przyjaciela, którym by ufał. Aż do momentu, gdy coś zmusiło go, by poszedł inną ścieżką w Gwiezdnym Parku. Wtedy poznał Neję, a przeznaczenie – czy tego chciał, czy nie – wiodło go wytyczoną drogą.
Ostatnio zaczęły pojawiać mu się myśli o tym, że jest pionkiem w grze, o której nie ma pojęcia. Długo wydawało mu się, że sam o sobie decydował, ale od poznania Nei towarzyszyło mu nieodparte wrażenie, że idzie jak po nitce do czegoś, co na pewno nie jest przysłowiowym kłębkiem. Czy miał wybór? Czy mógłby postąpić inaczej? Porzucić to nowe życie, zapomnieć o Nei?
Wsunął dłonie we włosy i stał tak przez chwilę, zastanawiając się nad słowami Stelli. Wiedział, że ma rację. Nie mógł tak po prostu wpaść do tego cholernego Lucyfera i zażądać uwolnienia dziewczyny. Von Dern musiał mieć w tym jakiś cel. Cokolwiek to było, Alex nie zamierzał się poddawać. Do starcia z nim należało się bardzo dobrze przygotować.
– Może to ci choć trochę pomoże?
Alex drgnął, kiedy usłyszał za sobą głos Jerome’a. Odwrócił się i uśmiechnął do starego kumpla.
– Skąd wiedziałeś? – Wziął od niego jeden kubek i usiedli na ławce w blasku wschodzącego słońca.
– A tak jakoś mnie naszło. Skąd Stella zna Lu?
– Długa historia. – Napił się gorącej kawy, po czym opowiedział przyjacielowi najbardziej okrojoną wersję.
Kiedy skończył, Jerome się zamyślił. Ni stąd, ni zowąd wkręcił się w tę całą historię, no i spotkał po latach Alexa. A teraz był tutaj. Rozejrzał się. Raj. Tak na pewno wyglądał raj. Majowa przyroda dawała o sobie znać trelami ptaków, kolorowymi owadami, kwiatami, upojnymi zapachami i… rosą. Jerome dopiero teraz zauważył, że wyszedł do ogrodu boso.
– Nieźle… – mruknął pod nosem, opierając jedną stopę na kolanie drugiej nogi.
Alex roześmiał się cicho.
– Przynajmniej tym razem obaj jesteśmy trzeźwi, tobie nikt nie zwinął spodni i butów, a mnie koszuli i skarpetek.
Jerome też się roześmiał.
– Ta, to była impreza. Mina ludzi na tamtym przystanku…
– No, ale ślady szminki nas może jakoś rehabilitowały.
– Stare czasy. Dobrze, że odeszły.
– Fakt. À propos odejścia – zmienił temat Alex – nie wracasz do archiwum?
– Myślę, że mój czas tam się skończył. W sumie i tak planowałem zmienić pracę. A co ty zamierzasz?
– Nie mam pojęcia. Nie wiem, gdzie ją trzyma, nie wiem, po co ją w ogóle porwał. – Wstał z ławki coraz bardziej zły. – Czego on może od niej chcieć?
– Może chce czegoś od ciebie?
Alex spojrzał na niego zaskoczony. Nie myślał w ten sposób, bo nigdy nie uważał się za kogoś ważnego. Neja była dla niego ważna. Uświadomił to sobie z niemałym zaskoczeniem. Z nieznanych mu powodów była też ważna dla von Derna.
– Możesz mieć rację.
Jerome uśmiechnął się jednym kącikiem.
– W sumie to dobrze, że tym razem znalazłeś sobie taką fajną laskę. Zaoszczędzi mi to walenia cię po gębie.
Alex się roześmiał.
– To nie jest moja laska, jak raczyłeś stwierdzić, ale fakt, coś w tym jest. Ona jest inna… Dzięki, że jesteś.
Stuknęli się kubkami.
Iris z niemym zachwytem podziwiała słońce powoli wynurzające się zza horyzontu. Nigdy wcześniej nie miała na to czasu ani tym bardziej ku temu okazji. Teraz siedziała obok Kira, wojownika z innego wymiaru, zawinięta w koc na dachu starej siedziby Ludvika i wreszcie mogła na chwilę przestać być silną i bezkompromisową policjantką, by stać się zwykłą kobietą i podziwiać spektakl o narodzinach dnia.
Kir nie patrzył na słońce. Widział to już niejeden raz. Mimo iż kolory odbijające się w wodach rzeki Indy należały do jego ulubionych widoków, to tym razem obserwował coś innego. Uważnie patrzył na twarz Iris i wychwytywał pojawiające się na niej emocje.
Był świadom tego, jak bardzo różnił się od ludzi. Posiadał niezwykłe umiejętności, był o wiele silniejszy, sprawniejszy, twardszy, bardziej wytrzymały. Zauważał więcej i wiedział więcej. Ale nie reagował jak oni, nie odczuwał emocji.
Nie mógł wrócić do swojego świata. Uwięziony w tym ciele, domyślił się, że zachodzi w nim jakaś symbioza. Jego ciało energetyczne łączyło się z fizycznym. To chyba przez to dopadały go nagły nieznośny ból, drżenie mięśni, wyziębienie i omdlenia. Nie miał wyjścia. Utknął tu i musiał się przystosować. Zaczął więc przyglądać się uważniej temu światu. Z czasem ludzie zaczęli go fascynować. Ich energia nie była już tylko lunchem.
Mieszkańcy Ziemi okazali się bardziej złożeni, niż mu się na początku wydawało. Emocje zdradzały, co myślą i czują, ekscytowali się byle problemem, a do tego byli ślepi. Większość z nich widziała świat zero-jedynkowo i zdawała się z tego faktu zadowolona. Przeciętna i słaba. Ale nie ona. Ona była inna.
Iris odwróciła głowę w jego kierunku, a on z zaskoczeniem zauważył, że lubi jej szare oczy oraz sposób, w jaki na niego patrzy – śmiało i z zaciekawieniem. Nie wiedział, że szybko przyzwyczaiła się do jego spojrzenia przypominającego nocne niebo.
– Dziękuję. To jest naprawdę coś niesamowitego.
W odpowiedzi skinął tylko głową.
– Co za noc – dodała z uśmiechem niedowierzania. – Jaki jest twój świat?
– To świat wojowników, twardych zasad i ekspansji.
Cichy, niski głos o hipnotyzującym zabarwieniu sprawił, że poczuła na skórze gęsią skórkę.
– Ale nie napadamy bezbronnych światów, żeby nimi władać i mieć niewolników. Nie prowokujemy wojen ani nie walczymy dla samej walki. Już nie. Bardzo dawno temu, zanim staliśmy się unią wszystkich narodów, musieliśmy walczyć o swoją ziemię. Tamte czasy to była jedna wielka wojna. Po jej zakończeniu, zwycięskie plemię ustaliło zasady. Staliśmy się cesarstwem, w którego skład wchodzą wszystkie klany. Każdy z nich ma swoje terytorium i przedstawiciela w Najwyższej Radzie, a wszyscy mieszkańcy mojego świata wybierają cesarza. – Zamilkł na chwilę. Iris słuchała go z zainteresowaniem. – Aby już nigdy nie dopuścić do wiecznej wojny, powstała szkoła wojowników, której adepci podlegają Cesarstwu. Zaczęto nas selekcjonować. Najsilniejszych i najsprawniejszych wybrano na żołnierzy i poddano specjalnym treningom. Takie były początki. Dzisiaj nie walczymy ze sobą, jesteśmy jednym narodem. Wrogów mamy tylko zewnętrznych. Nadal się rozwijamy, bardzo szybko się uczymy. Mamy wrodzoną umiejętność rozumienia i komunikowania się w obcych językach. Wystarczy, że przebywamy krótki czas pośród obcych i jesteśmy w stanie się porozumiewać. Mój świat podlega trochę innym prawom fizyki. Prawdę powiedziawszy, nie wiedziałem, jak moje umiejętności przełożą się na wasz świat. – Spojrzał na nią z pytaniem w oczach. Zrozumiała.
– Do dnia, w którym zaginęli Marta i Kurt, prowadziłam przewidywalne życie policjantki. Tym byłam: maszyną zaprogramowaną do łapania przestępców. Nie narzekałam.
Kiwnął głową na znak, że ją rozumie, to ich w sumie łączyło.
– Byłam skuteczna aż do bólu. Teraz już wiem dlaczego – dodała z sarkazmem. – Ty mnie oświeciłeś i jeszcze tego nie przyswoiłam.
– Twoja droga jest oczywista. Posiadasz wszystkie cechy łowcy. Zacząłem domyślać się tego po spotkaniu w parku. Upewniłem się, kiedy zobaczyłem nabój.
– Chcę o tym porozmawiać, mam pytania.
Kiwnął głową po swojemu, że się zgadza.
– Ale na to potrzeba trochę czasu. Powinnam już jechać. Co ty właściwie jesz?
Uśmiechnął się jednym kącikiem.
– Ludzi. – Zaśmiał się nisko na widok przerażenia na jej twarzy.
Czekał. Łowcy mieli niesamowity instynkt do przesiewania prawdy i kłamstwa. Potrafili rozpoznać zbrodniarza, nawet jeśli brakowało przeciwko niemu dowodów. Ciekaw był, jak bardzo jej instynkt jest rozwinięty.
Tymczasem Iris zmrużyła oczy i pokręciła lekko głową.
– Ludzi…? Jak tych w parku?
Uśmiechnął się po swojemu.
– Dlatego łowcy są tak niebezpieczni. Potrafią łączyć się z przeszłymi wydarzeniami w energii i zdobywać informację. Ty robisz to na razie nieświadomie. Wydaje ci się, że po prostu łączysz fakty. Ale to nie do końca tak.
Wstała gwałtownie. Kir obserwował ją bez słowa. Podniósł się powoli, ale zwinnie jak kot.
– Słuchaj, muszę już jechać. Ja jeszcze nie na wszystko – wzięła głęboki wdech – się zgadzam.
Splotła dłonie na głowie. Podeszła do krawędzi dachu. Najpierw spojrzała w dół, potem na Kira. W oczach miała powątpiewanie. Spojrzał na nią z pytaniem w oczach. Opuściła ręce zrezygnowana i uśmiechnęła się do niego.
– Dobra, namówiłeś mnie.
Podszedł do niej, położył dłonie na jej talii, po czym odbił się lekko, zatoczył łuk i pozwolił, by opadli na ziemię.
Nieważne, że to jej się nie mieściło w głowie. Doznanie było nieziemskie i tylko to się w tym momencie liczyło.
Zabrała z rezydencji swoje rzeczy. Otworzyła drzwi samochodu i spojrzała na Kira.
– Dziękuję.
W odpowiedzi skinął tylko głową, a kiedy ruszyła odprowadził wzrokiem jej samochód, aż zniknęła za zakrętem.
Wrócił do pokoju z kominkiem i zauważył, że zostawiła termos z kawą czy co tam pili. Na stoliku obok niego leżała mała, czarna koperta. W środku znalazł krótką wiadomość napisaną srebrnymi literami: „Będę wieczorem”.
Tego dnia Iris miała wolny dzień i pierwszy raz w życiu postanowiła to wykorzystać. Wzięła szybki prysznic, przebrała się w piżamę, zasłoniła rolety i poszła spać. Nie obchodziło ją to, że większość ludzi właśnie zaczynała pracę. Dziś w nocy robiła niemożliwe, spanie w dzień było niczym w porównaniu ze skakaniem z dachu.
Budzik w telefonie obudził ją cztery godziny później. Zbliżało się południe, więc postanowiła zjeść śniadanie. Kiedy usiadła z kawą na balkonie i zasłuchała się w dźwięki miasta, mogła na spokojnie przemyśleć wszystko, co stało się w ciągu ostatnich kilku dni.
Dzięki sprawie dotyczącej porwań poznała niezwykłych ludzi. Właściwie nie miała zielonego pojęcia, jak to się stało, że od razu ich polubiła. Poznała inny świat. Nazwała go magicznym, bo nie miała pod ręką innego słowa. Diaboliczny Ludvik von Dern, który bawił się z nią w swoje gierki, kochana Neja i ciepła Stella, do których się tak szybko przywiązała. Tajemniczy Kir. Kim on tak naprawdę był? W życiu by mu nie uwierzyła, gdyby nie to, że wyglądał zbyt dziwnie jak na człowieka, potrafił spowolnić czas i opadać miękko w powietrzu. Była pewna, że umie on o wiele więcej.
Teraz, kiedy siedziała na balkonie w słońcu i patrzyła na ruch na ulicy, wszystko to wydało jej się snem. Może powinna jeszcze raz porozmawiać ze Stellą? Chociaż z natury nie ufała nikomu, jej ufała.
Marko nie spał całą noc. Nie znalazł Alexa w jego mieszkaniu, a tylko ten adres posiadali w Zakonie. Zajrzał nawet do baru Zalej Się w Trupa i zostawił dla niego wiadomość u barmana tak samo jak tamtego dnia, gdy zostawił pentakl z wezwaniem. Nie wrócił jednak do Zakonu, tylko postanowił poszukać przyjaciela na własną rękę.
Pojechał do swojego starego mieszkania, które zostawili mu mama z ojczymem, kiedy się przeprowadzili. Z sentymentem oglądał pozostawione meble i przedmioty.
W jego pokoju nic się nie zmieniło. Opuścił go jako krnąbrny i zbuntowany siedemnastolatek, który włóczył się po ulicach w poszukiwaniu sensu życia, a znajdował jedynie kłopoty.
Na biurku grzbietem do góry leżała otwarta książka. Tak jak ją zostawił. Przejechał po niej palcem i zgarnął kurz. Podniósł ją i spojrzał na tytuł. Tajne symbole bractw i zakonów na przestrzeni wieków. Uśmiechnął się. Tyle lat poszukiwań informacji o Białoksiężnikach, zgłębiania wiedzy zapisanej w tysiącach książek, ksiąg, pergaminów. Od zawsze ich szukał i głęboko wierzył w to, że istnieją. Przetarł książkę z kurzu i wrzucił do torby.
Podszedł do okna i spojrzał na widok po drugiej stronie. Niewiele się zmieniło. Mieszkał w ubogiej dzielnicy. Nietrudno było tutaj o problemy, a on wychodził im naprzeciw. Pewnego dnia znalazł go ojczym. Chyba nawet wtedy go szukał. Przeprowadzili wówczas bardzo poważną męską rozmowę. Po niej, oprócz siniaków, ojczym miał dodatkowo rozbity łuk brwiowy, a Marko spuchniętą i krwawiącą wargę. W ten sposób rozładowali napięcie narastające między nimi od wielu miesięcy. Marko nie akceptował wyboru matki. Buntował się. Był okropny – widział to z perspektywy czasu. Wtedy ojczym zaproponował mu układ – jeśli zgodzi się pójść do Zakonu Ciemnego Księżyca i wytrzyma tam przez pół roku bez narzekania czy próby ucieczki, dostanie wysokie miesięczne kieszonkowe, a ojczym przestanie wtrącać się do jego życia.
Młody Marko nie miał wiele do stracenia. Zgodził się. Po tygodniu chciał stamtąd zwiewać, gdzie pieprz rośnie. Codzienne wstawanie bladym świtem, dyscyplina zakonna i zero jakichkolwiek rozrywek było dla niego koszmarem. Kiedy stwierdził, że ucieknie stamtąd przy najbliższej okazji, zobaczył Alexa – stał w ogrodzie i tworzył złote kręgi z delikatnego światła. Powiększał je i zmniejszał. Od swojego opiekuna dowiedział się, że opanowanie tej sztuki zajmuje zazwyczaj kilka tygodni, ale Alex zaczął dzień wcześniej, a w tym tempie opanuje tę sztukę jeszcze tego dnia.
Wtedy Marko zmienił decyzję i został. Po raz pierwszy użył swoich szarych komórek i doszedł do wniosku, że otrzymał od losu wielki dar. Dostał się do miejsca, w którym o Białoksiężnikach musiano wiedzieć wszystko. Teoretycznie, oczywiście, gdyż wiele informacji pozostawało niedostępnych. Z dnia na dzień stał się najpilniejszym uczniem. Regularnie odwiedzał zakonną bibliotekę. Czytał wszystko, co mogło zawierać informacje o nich, ale nie tylko. Zdobywał wiedzę.
Po kilku miesiącach Mistrz zauważył zaangażowanie chłopaka i wziął go pod swoje skrzydła. Sam nadzorował jego trening i sam go najczęściej przeprowadzał. Dostrzegł w młodym człowieku potencjał. I nie pomylił się.
Z czasem Marko stał się jego prawą ręką, najbardziej zaufanym człowiekiem. Kiedy pół roku po przybyciu do Zakonu odwiedził go ojczym, Marko poinformował go, że zostaje. Wyszedł wówczas na chwilę, aby pożegnać się z matką. Ich relacja się zmieniła. Matka powiedziała, że jest z niego dumna i że zawsze może na nich liczyć. Dała mu wtedy klucze do tego mieszkania i powiedziała, że jest ono jego, że Marko znajdzie tam również ich nowy adres. Od tamtego czasu spotykali się regularnie.
Kiedy uciekał z domu jako zbuntowany młokos, nie wiedział, kim jest ani czego pragnie. Dzisiaj nie miał z tym problemu. Jego jedno z największych marzeń, a właściwie życiowych pasji, miało się urzeczywistnić. Wierzył głęboko w to, że Alex jest Białoksiężnikiem. Co prawda jeszcze długa droga przed nim, aby się w pełni przebudził, ale to tylko kwestia czasu.
Musiał go znaleźć, i to jak najszybciej. Mimo iż Mistrz nie zdradził mu żadnych szczegółów, Marko domyślał się, że nie tylko Zakonowi grozi niebezpieczeństwo, ale przede wszystkim Alexowi.
Jaką rolę w tym wszystkim odgrywał tajny patron Zakonu Ludvik von Dern, tego Marko jeszcze nie wiedział, ale od razu zorientował się, że to o nim wspomniał Mistrz w ich ostatniej rozmowie. W czasie szukania informacji Marko niejeden raz natknął się na informacje o nim. Należał do tych wybitnie zdolnych, jak Alex. Co ciekawe, nie zachowało się wiele informacji o nim, ale z tych, które Marko znalazł, wynikało jasno, że siłą, wytrzymałością i niezwykłością dorównywał Alexowi. Nic więcej się Marko nie dowiedział. Nie było do końca jasne, jak to się stało, że Ludvik opuścił Zakon, nie było wiadome, czy przeszedł wszystkie rytuały i inicjacje. Nie było również żadnych oficjalnych informacji, że nadal utrzymuje kontakt z Mistrzem Zakonu. Coś ważnego musiało się wydarzyć.
Teraz jednak nie było czasu na snucie domysłów. Musiał znaleźć Alexa i ostrzec go, zanim będzie za późno. Tuż przed zaśnięciem olśniła go pewna myśl – jeśli namierzy Ludvika von Derna, znajdzie Neję i Alexa.
Kiedy Neja rozbudziła się na dobre, nie czuła odrętwienia. Mogła usiąść, a nawet wstać. W pomieszczeniu panował półmrok i z trudnością rozróżniała przedmioty wokół siebie.
Podeszła do stołu w pobliżu niewielkiego okna. Znalazła na nim zapałki i świeczki. Kiedy zapaliła jedną z nich, zauważyła świeczniki, pieczywo, wędlinę, sery, warzywa, soki i butelkowaną wodę. Rozejrzała się po pokoju. Dostrzegła dwoje drzwi. Jedne zamknięte na głucho musiały prowadzić na zewnątrz, drugie – do łazienki, prymitywnej co prawda, ale jednak.
Przypomniała sobie, że to porwanie to sprawka Lu. Miała jeszcze do niedawna nadzieję, że nie jest tak zły, jak wszyscy inni podejrzewali. Jednak prawda okazała się brutalna. Nie miała tylko pojęcia, dlaczego ją porwał. Czego mógł od niej chcieć? Tajemniczą teczkę sam jej dał, po pierwszej próbie jej kradzieży zostawił ją u niej, stwierdziwszy, że tak będzie lepiej. Zresztą tę teczkę i tak zabrał Kaan.
Machnęła na to wszystko ręką. Teraz nie miało to znaczenia. Czuła się źle. Było jej smutno, jakby ktoś zabrał zasłonę i pokazał życie po drugiej stronie.
Sięgnęła po pierwszą z brzegu bułkę i sok pomidorowy. Zdziwiła się, że był domowej roboty, a nie ze sklepu. Odrętwienie ciała minęło, ale za to czuła się, jakby w środku wszystko zamarło.
– Dobrze zatem, niech tak będzie – powiedziała do siebie cicho.
Zjadła jeszcze kawałek pieczywa i nie zgasiwszy świeczki, położyła się na łóżku. Duże i wygodne nie pasowało do tego pomieszczenia. Zawinęła się w gruby, puchaty koc i wróciła myślami do najdawniejszego wspomnienia, jakie była w stanie sobie przypomnieć.
Marko postanowił podążać za von Dernem tak długo, aż się czegokolwiek dowie. Łatwo go znalazł. Zaparkował w pobliżu jego miejsca pracy, a potem poczekał, aż Ludvik je opuści.
Von Dern wyszedł z archiwum późnym popołudniem. Wsiadł do czarnego rollsa z szoferem i udał się do swojej rezydencji w Północnej Dzielnicy – najmłodszej, najbogatszej i najszybciej rozwijającej się części Miasta.
– No, gdzieżby indziej. – Prychnął Marko cicho.
Zatrzymał się kilkaset metrów od bramy, gdyż inaczej znalazłby się na widelcu wszystkich kamer zamontowanych dookoła posiadłości.
Po około dwóch godzinach czarny terenowy samochód wyjechał przez bramę i skierował się na południe.
– Zaprowadź mnie do niej – szepnął Marko. Odczekał chwilę, po czym ruszył za nim, zachowując bezpieczną odległość i kryjąc się pod jednym z najsilniejszych zaklęć maskujących.
W czasie drogi ponownie analizował wszystkie informacje, jakie miał na temat szefa miejskiego archiwum. Nabierał coraz większego przekonania, że to on porwał Neję, aby dostać się do Alexa. Jeśli tak było, oznaczało to, że bardzo mu na tym zależy, aby wiedzieć, co on już potrafi. Ryzykował również ujawnienie swoich intencji przez doprowadzenie do konfrontacji z Alexem.
Po niespełna półgodzinnej niespiesznej jeździe dotarli do obrzeży Miasta Mocy. Kiedy von Dern skręcił w polną i wyboistą drogę, Marko musiał zwolnić. Jego sportowe zawieszenie nie nadawało się do takich ekstremalnych warunków jazdy. Ludvik pojechał dalej, a Marko, zatrzymawszy się w zaroślach na poboczu, wysiadł i pobiegł do pierwszego miejsca nieporośniętego drzewami. Rozejrzał się i po chwili już wiedział, gdzie jest.
Za ledwie widocznym z daleka ciemnym zarysem wzgórza rozpościerała się Dolina Wiecznego Wiatru. Nic tam nie było oprócz starych, zapomnianych przez wszystkich ruin. Zawrócił i tym razem zaparkował w miejscu, z którego mógł niezauważony dalej śledzić Ludvika. Po niecałych trzydziestu minutach czarna terenówka minęła go i tym razem udała się prosto do Południowej Dzielnicy.
Neja na przemian to się budziła, to zapadała w sen. W momentach przebudzenia widziała rodziców – wtedy czuła tak wielki ból straty, że tylko płacz zapewniał ukojenie. Właściwie to nie pamiętała, kiedy płakała ostatni raz.
Rozumiała jedno – nie było sensu dłużej tego w sobie chować. Wszystkie wydarzenia z ostatniego miesiąca prowokowały ją do powrotu do przeszłości, do odpowiedzenia na pytanie, kim jest, i zaakceptowania darów, jakie otrzymała od kobiet w swoim rodzie. Babcia pisała o tym w swoich pamiętnikach, że nie pójdzie do przodu, jeśli nie uprzątnie przeszłości.
W pewnym momencie znów poczuła to dziwne odrętwienie. Zdawało jej się, że słyszała jakiś hałas za oknem. Przeszło jej przez myśl, że to może jakieś dzikie zwierzę. Kiedy się ocknęła, świtało. Spędziła tutaj popołudnie, całą noc, a teraz zbliżał się dzień. Ile czasu tutaj będę? Przewróciła się na drugi bok, szczelniej owinęła kocem i ponownie zasnęła.
Obudziła się, kiedy słońce było już dość wysoko. Nocny płacz i związane z nim emocje wymęczyły ją. Czuła się lekko otępiała, ale lżejsza. W nocy uświadomiła sobie, że choć rodzice odeszli tak wcześnie, to nigdy nie była sama. Zawsze byli obok niej, tylko ona ich nie widziała. Zawsze czuła się odpowiedzialna za ich śmierć. Tak jakby ta mała dziewczynka mogła powstrzymać Ją.
Przez te wszystkie lata miała do siebie żal i pretensję, że ich nie uratowała, że Ona zabrała ich, a jej nie. Nie miała prawa żyć. Ale jednak została i żyła tak, aby Jej nie prowokować. Nadszedł czas, aby wreszcie się z tym uporać, zamknąć ten rozdział i spróbować żyć pełnią życia. Oczywiście po tym, jak się stąd wydostanie. Tylko jak niby miała to zrobić? Zawsze ratował ją Alex, ale teraz go nie było. Jej obłędny rycerz na etacie zniknął i nawet nie miał pojęcia, że ona tu jest. Nikt tego nie wiedział poza porywaczem.
W końcu zdecydowała się wstać i obejrzeć dokładnie miejsce, w którym była zamknięta. Kiedy wyszła z łazienki, pierwsze, co sprawdziła, to gdzie ma telefon. Znalazła go w plecaku, jednak z wyczerpaną baterią na niewiele się przydał. Zaskoczyło ją natomiast, że są tu książki i inne rzeczy codziennego użytku, a na stole w tajemniczy sposób pojawiły się owoce i nowe soki. Dobry wujek się znalazł – pomyślała złośliwie. Skoro ją tak dobrze karmił, to pewnie nie miał zamiaru jej uśmiercić. Może również szybko ją wypuści.
Zrobiła śniadanie z kilku produktów, które miała, chociaż sądząc po porze dnia, był to raczej podwieczorek, i podeszła do półek z książkami. Na najwyższej z nich kilka woluminów wystawało bardziej niż reszta. Musiała wejść na krzesło, żeby do nich sięgnąć. Kiedy je wyciągnęła, zauważyła za nimi inną książkę. Starą i dość cienką.
Zajrzała do środka i zauważyła, że ktoś skutecznie pociął strony, a niektóre fragmenty wyrwał, czym uniemożliwił przeczytanie całości. Nienaruszona została pierwsza strona z tytułem: Legenda o władającym mrokiem. Dreszcze przebiegły jej wzdłuż kręgosłupa, a w żołądku zagnieździło się dziwne napięcie. To było coś bardzo ważnego. Wzięła butelkę z wodą i umościła się wygodnie na łóżku. Zamierzała dokładnie przeczytać to, co zostało.
Kiedy niezwykłe dzieci dojrzały, też zapragnęły stworzyć związki. Anis i Kajus od zawsze byli nierozłączni, więc nikogo nie zdziwiło, że postanowili razem zamieszkać. Kata i Ner po pewnym czasie poszli w ich ślady. Sam został tylko Delius. Był silny, mądry i przystojny. Wiele dziewcząt z rozrastającej się niegdyś małej wioski wodziło za nim wzrokiem, ale on zdawał się nie zwracać na nie uwagi. Chadzał własnymi ścieżkami, nikt nie wiedział dokąd. Najczęściej wymykał się wieczorami i wracał tuż przed świ…
Nikt nie wiedział, jak bardzo dokucza mu samotność. Lubił ludzi, dobrze się między nimi czuł, znalazł tutaj rodzinę i dom, ale nie nawiązał żadnej bliższej więzi. Pewnej nocy, kiedy leżał na ziemi i patrzył tęsknie w gwiazdy powiedział:
– Ojcze i Matko, zesłaliście mnie tu, abym pomagał ludziom, co też czynię, jestem jednak samotny, a samotność ta dokucza mi coraz bardziej. Proszę, ześlijcie dla mnie kobietę […].
Delius przysiągł, że zaopiekuje się nią jak najcenniejszym skarbem. Kiedy wrócił tego ranka do wioski, miał na ustach uśmiech tak piękny, jak jeszcze nigdy. Wszedł do domu, w którym mieszkał i udał się do swojego pokoju. Położył gwiazdę na poduszce, […] po czym powiedział:
– Mroku, przywołuję cię.
Wówczas czarny fragment z rzeki uniósł się i zbliżył do jego dłoni. Pod wpływem słów Deliusa mrok zmieniał kształt, przemieszczał się i robił to, co on mu nakazywał. Po chwili ciemna płachta powróciła na swoje miejsce. Delius zauważył, że gwiazda urosła, […] zaczęła drżeć, rosnąć i w końcu zmieniać swój kształt. Po chwili przemieniła się w cudowną kobietę o włosach w kolorze starego złota. Uśmiechała się do niego z miłością, jaką on sam ją obdarzył.
Podszedł do niej, chciał coś powiedzieć, ale ona położyła mu palec na ustach, po czym objęła go delikatnie.
[…] poznawali innych ludzi i inne obyczaje. Nocami najczęściej leżeli pod rozgwieżdżonym niebem i rozmawiali.
Pewnej nocy, kiedy byli w swoim pokoju, Delius ocknął się nagle. Nie wiedział, co go obudziło. Jego Gwiazda spała wtulona w niego, a on odczuwał niepokój. Rozejrzał się i dopiero po chwili zauważył […].
– Wypuść mnie – usłyszał dziwny, chrapliwy głos.
– Dlaczego miałbym to zrobić?
– Wypuść mnie, a nie pożałujesz. Kiedy pewnego dnia zgubisz drogę do swojej Gwiazdy, ja pomogę ci ją odnaleźć.
– Kim ty jesteś?
– Ciemnością.
– Ale ja cię nie potrzebuję, ja tobą władam.
Odpowiedział mu szatański śmiech.
– Głupcze, nie możesz mną władać, gdyż nie władasz światłem.
[…] Była to jedyna możliwość, aby go pokonać. Wyczerpany, padł na łóżko i zasnął.
Od tej pory chodził z mrokiem w duszy. Nikomu o tym nie powiedział, nawet swojej Gwieździe. Był gotów na wszystko, byle tylko ją chronić, byle tylko mogli być razem.
Ja otworzę, wy dokończcie obiad. – Stella wstała od stołu, przy którym siedziała wraz z Alexem i Jerome’em.
Zamurowało ją, kiedy zobaczyła Iris. Niedobrze – przemknęło jej przez myśl.
– Mogę wejść?
– Jasne. – Objęła ją na powitanie. – Zapraszam.
– Chciałam z tobą porozmawiać. – Iris zawahała się, gdy usłyszała męskie głosy. – Ale masz gości, więc może innym razem.
– Skoro już tu jesteś, to znaczy, że miałaś być. Nie ma przypadków, pamiętasz? – Stella uśmiechnęła się do policjantki.
– Tak, to zapamiętałam.
– Poznasz kogoś.
Kiedy Iris weszła do salonu, dwaj mężczyźni wstali. Jednym z nich był Jerome, sympatyczny pracownik archiwum o miedzianych, zazwyczaj zmierzwionych włosach – powitał ją uśmiechem i machnięciem ręki. Natomiast drugi… Wystarczyło jej krótkie spojrzenie, aby domyśleć się, że stoi przed nią Alex – przystojny, wysoki, o ciemnobrązowych włosach sięgających ramion i intensywnym spojrzeniu bursztynowych oczu, szczupły, choć było znać mięśnie pod koszulką. Arogancka pewność siebie przebijała się na pierwszy plan. Patrzył na nią bez skrępowania, wręcz wyzywająco. Miała wrażenie, że nie jest tego świadomy. Takie spojrzenie niejednokrotnie widziała u podejrzanych przywożonych na komendę. W ten sposób bronili się i dawali znać, że nie boją się konfrontacji. Zazwyczaj skrywały się za tym bolesne doświadczenia.
Do tego wszystkiego było w Alexie coś naprawdę niepokojącego. Pomyślała, że nie chciałaby mieć go za przeciwnika.
– Znalazłeś się. – Wyciągnęła do niego rękę. – Iris.
– Można tak powiedzieć. Alex.
Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. W końcu Iris spojrzała najpierw na Stellę, a potem na Jerome’a.
– Ty. – Wskazujący palec powędrował w jego kierunku. – Powiesz mi, co się stało, bo z Alexa nie wycisnę, a Stellę za bardzo lubię, żeby jej tu urządzać przesłuchanie.
– Ale ja jestem tylko małym żuczkiem, dlaczego…? – Wygiął zabawnie usta w podkówkę.
– Cholera, ciebie też lubię. – Zdjęła krótką, skórzaną kurtkę i usiadła na kanapie.
Mężczyźni zajęli swoje miejsca, tylko Stella nadal stała i patrzyła na swojego siostrzeńca. Kiedy ten skinął lekko głową, podeszła do małego stolika i wzięła czarną kopertę. Podała ją policjantce bez słowa.
Iris gwałtownie wciągnęła powietrze, po czym wypuściła je powoli. Spojrzała najpierw na przedmiot, potem na Stellę. Znała tę kopertę i rozpoznawała monogram. Wyjęła kartkę ze środka i przeczytała napisaną odręcznie srebrnymi literami wiadomość:„Żadnej policji”. Uśmiechnęła się pod nosem.
– Boi się mnie.
– W to nie wątpię – powiedziała Stella.
– Dobra, po kolei. Gdzie jest Neja? Chyba jej nie porwał?
– Chyba jednak tak. – Alex wstał, wcisnął ręce w kieszenie jeansów i podszedł do dużych drzwi balkonowych, prowadzących do ogrodu. – Wczoraj o szesnastej miała się spotkać z Philem, ale do niego nie dotarła. Jerome po mnie przyjechał i od wczoraj próbujemy obmyślić strategię.
– Czego może chcieć?
– Wszyscy się nad tym zastanawiamy – powiedział Jerome.
– Gdzie mógł ją wywieźć?
– W pierwszej chwili pomyślałam, że może do rodowej siedziby. Ale byłyśmy tam, a do tego mieszka… – Stella nie dokończyła.
– Byłyście tam?! – Alex, który zdążył usiąść, z powrotem zerwał się na równe nogi.
– Spokojnie. Uporządkujmy to – powiedziała Iris.
Nie powiedział nic więcej, ale Stella wiedziała, że i tak się jej później dostanie.
– Nie obstawiam również jego nowej rezydencji.
– Dlaczego? – Alex opanował już emocje.
– Byłam tam wczoraj. – Iris rzuciła spojrzenie Stelli, ale ta uspokoiła ją uśmiechem. – Kucharz, kelner, gosposia, szofer i zapewne jeszcze inni ludzie. Kamery. Odpada. – Zamyśliła się. – Kiedy ją porwał?
Spojrzały na siebie. Te same myśli plątały im się po głowach.
– Dobra, opowiedzcie mi to w końcu. – Alex rozsiadł się wygodnie.
– Trzy dni temu postanowiłyśmy z Neją pojechać do jego starej siedziby. Przypomniałam sobie o jego tak zwanych lochach, stole do rytuałów i wszystkich tych potrzebnych przedmiotach magicznych. On już od dawna tam nie mieszka, co nam mogło grozić? – Spojrzała na siostrzeńca niewinnie, ale Alex nie dał się na to nabrać.
– Nie skomentuję tego, bo jesteś moją ciotką.
Przy słowie „ciotka” Stella się skrzywiła.
– Tak, ciotką, jakaś kara musi być. – Uśmiechnął się łobuzersko. – Narażałyście się obie. Dlaczego?
– Chciałam spróbować otworzyć jego teczkę w miejscu, w którym to zamknął. Uznałam, że to klucz do całej tej historii.
– Udało ci się?
Skinęła głową.
– Pojechałyśmy tam późnym popołudniem. Drzwi do głównego holu były otwarte, co nas trochę zaskoczyło. Zeszłyśmy do podziemi, znalazłam tam wszystko, czego potrzebowałam. Neja postanowiła mi nie przeszkadzać i poszła posnuć się po zamku.
– On jest zamieszkany – wtrąciła Iris.
– Przez kogo? – zapytał zaskoczony Alex.
– Kira. Jak Stella skończy swoją część opowieści, ja wam opowiem swoją.
– Ja tego na sucho nie wezmę… – jęknął Jerome teatralnie.
– Nalewki może? – Stella wstała i wyciągnęła kilka małych kieliszków, tylko Alex odmówił. Jerome złapał swój jak koło ratunkowe. – Musiałam się cofnąć do traumatycznych dla mnie wspomnień, ale teczkę otworzyłam.
Alex nie krył zaskoczenia.
– Też się zdziwiłam, wierzcie mi. Użył do jej zamknięcia naszego zaklęcia miłości. Mogę ją otworzyć tylko ja albo on.
– Nieźle – wyszeptała Iris.
– Neja czekała na mnie w głównym holu. Kiedy okrążałyśmy budynek, zgubiłyśmy się. Wszystko zniknęło, była tylko mgła. Czekałam na Neję do rana. O świcie, zjawił się Kaan z tym drugim, chwilę po nim Kir. Próbował nas, a raczej chyba teczkę, obronić, ale sam wpadł w tarapaty. Poskramiacz wojowników – rzuciła w stronę Alexa. Ten skinął głową, że rozumie i Stella mówiła dalej: – Myślałyśmy, że już po nas, a wtedy zjawiła się Iris. Jednego zastrzeliła, a Kaana postrzeliła. Niestety złapał on kumpla i teczkę i przeniósł się gdzieś, jakby przy użyciu portalu. Następnego dnia Neja pojechała do Phila. Wieczorem przyjechaliście wy. Tak to wygląda w skrócie.
Alex myślał nad czymś bardzo intensywnie. W końcu zwrócił się do Iris.
– OK, teraz ty. Jak to się stało, że jednego zabiłaś, a drugiego postrzeliłaś? Walczyłem z nimi i wiem, że to nie takie proste.
– Zgadzam się. Ale jest w tej historii pewien niezwykły element. Szczerze wam powiem, że nadal zastanawiam się nad tym i nie mogę do końca uwierzyć w to, czego się dowiedziałam. Wyszłam z pracy około szesnastej. Czekały na mnie samochód Lu wraz z szoferem, kolacja i… inne atrakcje. – Poczuła chłód na samą myśl o tamtym wieczorze. – Byłam tam około trzech godzin. Wróciłam do domu, weszłam pod prysznic, bo on mi zawsze pomaga myśleć, i doszłam do zadziwiających wniosków. – Spojrzała na Alexa. – Między innymi pomyślałam dokładnie to samo, co ty. Raz już spotkałam się z Kaanem. Nie było szans zastrzelić go tak po prostu. Tego samego dnia rano spieszyłam się, by znaleźć Stellę, i zabrałam zapasowy magazynek z domu, po ojcu, żeby zaoszczędzić na czasie. W nocy pojechałam do jedynej osoby, która mogła mi to wyjaśnić. Spędziłam u Kira całą noc. Nie, nie pytajcie – powiedziała, kiedy zobaczyła ich twarze. – Nic z tych rzeczy, raczej z innych, które nie mieszczą mi się w głowie. Dowiedziałam się, że mój ojciec był łowcą. Pociski są zrobione ze specjalnego stopu, a na nich wyryto jakieś magiczne znaki ze świata Kira. Okazało się, że też nim jestem. Tym łowcą.
– To wiele tłumaczy – odezwała się Stella. Spojrzały na siebie i przypomniała im się wcześniejsza rozmowa o Ludviku.
– Tak, mam instynkt łowcy i tropiciela nie tylko zwykłych ludzi, ale i tych z innych wymiarów. Jeśli ktoś jest winny, ja to po prostu wiem i będę tak długo węszyć, aż coś znajdę i to udowodnię.
– Mogę poprosić o kieliszek na drugą nogę? – wtrącił słabo Jerome, więc Stella z uśmiechem postawiła całą karafkę na stoliku obok niego.
– Neja znalazła Kira, kiedy próbowałam otworzyć teczkę – odezwała się Stella. – Leżał nieprzytomny i chory w pokoju na dole. Rozpaliła w kominku, zrobiła mu zabieg, jak uczyła ją babcia, i mu przeszło. Myślę, że to dlatego oddał jej pamiętniki i nas uratował.
– Oddał jej pamiętniki?! – Alex tym razem nie wstał.
Kiedy Stella potwierdziła, wsunął dłonie we włosy. Myślał nad czymś. W końcu stwierdził jakby do siebie:
– On musi być prawdziwym wojownikiem. Takim z honorem i zasadami. Ciekawe, co go łączy z Lu.
– Jakieś interesy, ale nie chciał mi powiedzieć, a ja nie naciskałam. Tak, masz rację, jest wojownikiem. Tam, skąd pochodzi należy do najwyższej kasty. Ma swoje zasady i honor. Ja to szanuję.
Alex kiwnął głową. Rozumiał to bardzo dobrze. Próbował sobie to wszystko poukładać.
– Teczka zniknęła, ma ją ten blondas ze szramą. Po co Lu porywa Neję? Co ona ma z tym wspólnego? – myślał na głos.
– Może wcale nie chodzi o nią – powtórzył swoją myśl Jerome. Alex skupił na nim swój wzrok.
Stella podała Iris kubek z gorącą herbatą i usiadła na fotelu obok.
– Wracając do miejsc, to jest jeszcze ten jego miejski apartament z ogrodem, w którym wydaje bale – rzuciła Iris.
– Ale jak to sprawdzimy? – zastanawiała się Stella.
– To proste. Trzeba tam wejść rano, gdy Lu jest w czarciej jamie. Sorry – dodała szybko i spojrzała przepraszająco na Stellę
– Nie przejmuj się. Wzrasta mi ochota, żeby się z nim spotkać i na własne oczy przekonać, o czym wy wszyscy mówicie.
– Phil nam pomoże. – Iris uśmiechnęła się do swoich myśli. – Będzie miał go na oku, kiedy będę myszkowała.
– Oho, na pewno bardzo się ucieszy – powiedział Jerome i schował się za dużym kubkiem, udając, że z niego pije.
– Ja pojadę – zdecydował Alex. – W razie czego się „schowam”, a ty co powiesz bez nakazu?
Iris się zastanowiła. Alex miał rację. Gdyby ją teraz zawiesili, sprawa von Derna by się rozmyła.
– Dobra. Pojedziemy razem. Ja będę w kontakcie z Philem, w razie czego cię ostrzegę. Nie mamy za wiele czasu. W drogę.
Apartament Ludvika mieścił się blisko centrum. Wyjątkowe było to, że należał do niego ogród. Ponadprzeciętna próżność i pycha właściciela znalazły odzwierciedlenie w tym miejscu. Każdy bowiem metr był tutaj na wagę złota, a von Dern wykorzystał przestrzeń z rozmachem.
Alex poczekał na moment nieuwagi strażnika i przemknął do głównego holu. Kierowany wcześniejszymi wskazówkami Iris udał się prosto pod drzwi apartamentu Ludvika. Wykorzystał swój zestaw włamywacza i po chwili był w środku. Przemierzył oba piętra najszybciej, jak tylko mógł. Nie znalazł żadnych ukrytych pomieszczeń, co nie znaczyło, że ich nie ma. W końcu stanął pośrodku salonu z widokiem na miasto i się zamyślił. Nie dawały mu spokoju zbyt słabe zabezpieczenia.
W całym apartamencie panowała martwa cisza. Alex zamknął oczy i wyciszył umysł. Musiał improwizować. Przeskanował w myślach całe mieszkanie i dopiero przy gabinecie coś zwróciło jego uwagę. Postanowił zdać się na instynkt i starając się nie włączać logicznego myślenia, skierował kroki na parter.
Gabinet odzwierciedlał von Derna – ciemny i klasyczny ukazywał jego wyższość nad wszystkimi innymi. Jednak Alex nie miał czasu, aby poświęcić mu więcej uwagi. Pchany intuicją skierował się do gabloty ustawionej w rogu koło okna. Jego uwagę przyciągnęły szuflady. Odruchowo sięgnął do ostatniej. Kiedy ją otworzył jego oczom ukazały się różne papiery, zapisane kartki, zdjęcia, które musiały mieć więcej niż dziesięć lat. Przeglądał je po kolei. Wszystko miało związek ze Stellą. W końcu natrafił na zdjęcie, które go zamurowało – młodzi Stella i Ludvik oplatali się ramionami, patrząc w obiektyw. Kosmyki czarnych włosów unosił mu wiatr, a złote pukle Stelli owijały się wokół jego szyi i prawego ramienia. Uśmiechali się szczęśliwi i zakochani. Nie zauroczeni i pod wpływem chemii, ale zanurzeni w miłości. To było widać. Stali w dolinie, a na tle nieba rysowały się kontury starych ruin. Znał skądś to miejsce. Taka charakterystyczna nazwa… I wtedy przypomniało mu się, co powiedziała Stella, kiedy opowiadała ich historię. W starych ruinach zrobili sobie pierwsze gniazdko. No tak! Na odludziu, z dala od głównych dróg – idealne miejsce. Że też zostawiłeś te wszystkie zdjęcia… Zamknął szufladę.
Wyszedł z apartamentu, postarawszy się zostawić wszystko tak, jak zastał. Zbiegł szybko po schodach, wyczekał na odpowiedni moment, żeby minąć strażnika i chwilę później wsiadł do mercedesa Iris. Okazało się, że Ludvik nie ruszał się z gabinetu. Phil poszedł nawet raz do Amelii, sekretarki von Derna, z jakąś sprawą, żeby się upewnić, że Lucyfer jest tam, gdzie powinien być.
Kiedy Alex wsiadł, Iris zadzwoniła do chłopaka jeszcze raz i poinformowała o zakończeniu akcji. Uśmiechnęła się, kiedy usłyszała w jego głosie prawdziwą ulgę.
Mistrz stał tuż przy olbrzymiej bramie, na wprost drogi prowadzącej do głównych drzwi Zakonu. Stąd najlepiej widział majestat budynku. Lubił ten widok. Od dawna nie miał czasu ani serca, aby podziwiać piękno w jakiejkolwiek postaci. Teraz wreszcie ostatnie wydarzenia zmusiły go do tego, aby zwolnił, aby się nawet zatrzymał. Gdzie jest Alexandre? Dlaczego Marko nie dał znać, czy go znalazł? Czuł, że dzień konfrontacji z Ludvikiem oraz moment podjęcia decyzji i opowiedzenia się, po której stronie stoi Mistrz, a wraz z nim cały Zakon, zbliżał się nieubłaganie.
Gdzieś głęboko w środku tę decyzję już podjął. Czuł, że w odpowiednim momencie postąpi tak, jak należało. Tego, co się wówczas stanie, nie mógł sobie wyobrazić. Ludvik liczył na jego pomoc. Bez wsparcia Mistrza przeprowadzenie planu von Derna mogło być bardzo utrudnione.
Przeszedł wolno przez szeroki plac pod same drzwi wejściowe zrobione z dębu setki lat temu. Otworzył je i wszedł do środka. Olbrzymi kwadratowy hol robił wrażenie. Umieszczone wysoko witraże rzucały kolorowe światło na ściany i posadzkę. Zakon przetrwał wieki dzięki niezłomności Mistrzów, których popiersia zdobiły teraz ściany po obu stronach holu, oraz dzięki podążaniu za zasadami, ustalonymi dawno temu i nigdy nie zmienianymi.
Jego poprzednik, Mistrz Sazan, podjął decyzje, których efekty dziś zagrażały Zakonowi. Chociaż nie zagrażałyby, gdyby Cornelius pozostał lojalny w stosunku do von Derna i pomógł mu przeprowadzić do końca plan. Wspaniałe od stuleci, albo i dłużej, niesamowite Miasto Mocy miało stać się w pełni swoim mrocznym odbiciem. Od dawna jego energia była zaburzona, ale teraz, jeśli plan von Derna by się powiódł Miastu groziła prawdziwa katastrofa. Jak to powstrzymać? Czy można w ogóle jeszcze temu zapobiec? Żeby chociaż Alexandre się znalazł…
Kiedy Alex wrócił do pensjonatu Stelli, słońce chyliło się ku zachodowi. Od razu wszedł do garażu i przygotował Midnighta do drogi. Potem wszedł do łazienki i odkręcił wodę. Potrzebował teraz chłodnego prysznica. Czuł, że spotkanie z Lu się zbliża. Od momentu, kiedy opuścił apartament, nie napływały żadne myśli. Był wyciszony i skupiony. Odnosił wrażenie, że czeka na jakąś ważną wiadomość. Trening z Marko, mimo iż wykańczający i pouczający, był niewystarczający do starcia z magiem pokroju Lu.
Alex miał świadomość, że sporo przeszedł i dużo się nauczył, ale znacznie więcej wciąż pozostawało przed nim. Kilkanaście lat temu ćwiczył i poznawał różne tajniki walki w energii i w świecie fizycznym. Miał zacząć trening łączący oba te światy, ale wtedy właśnie podjął decyzję o ucieczce z Zakonu. Marko sprawił, że Alex uwierzył w swoje umiejętności, uwierzył, że jest kimś wyjątkowym. Nie do końca jego umysł to jeszcze akceptował, ale wewnątrz to przekonanie rosło powoli z dnia na dzień. Nie bał się. Nigdy się nie bał. Może teraz powinien? Przecież chodziło o Neję. Zakręcił wodę i wyszedł owinięty ręcznikiem. Otworzył szafę i wyjął z niej ubranie, które uznał za najlepsze do czekającego go spotkania.
Usiadł na podłodze i zamknął oczy. Zobaczył, jak energia wokół niego płynie powoli, jak delikatnie drży. Nagle wszystko zamarło jakby skute lodem.
O piątej rano – usłyszał tylko jedno zdanie.
Doskonale wiedział, kto je przesłał.
Będę.
Obliczył, ile czasu potrzebuje, aby dostać się do Doliny Wiecznego Wiatru, po czym położył się spać.
Samochód von Derna ponownie skręcił z głównej drogi. Przez kilka kilometrów jechał między polami, aż w końcu dotarł do murowanego mostu i zatrzymał się w pobliżu ponurego zamczyska. Marko dotarł tam ze sporym opóźnieniem, ale kiedy tylko zobaczył budynek od razu domyślił się, co to za miejsce. Stara siedziba von Dernów słynęła z niezwykłej architektury i położenia. W odległości kilkunastu kilometrów nie było żadnych domów, za to roztaczały się lasy i łąki, a z jednej strony dało się dostrzec zakole Indy.
Marko z zapartym tchem obserwował von Derna, który szedł powoli w kierunku wejścia i niedbałym ruchem palców zmusił drzwi do otworzenia się. Zauważył jego nieznaczny grymas wyrażający satysfakcję.
– Wow – wyrwało mu się. – Ma skubaniec styl.
Odczekał chwilę, po czym zdecydował, że rozejrzy się po okolicy. Zakradł się pod zamek i okrążył go. Zajrzał wszędzie, gdzie mógł. Wykorzystał nawet jedno z tajnych zaklęć Zakonu, które ujawniło mu, że w środku znajdują się tylko dwie osoby. Przez uchylone okno wykuszowe dobiegła go rozmowa. Nie mógł jednak rozróżnić poszczególnych zdań ani słów.
Nie było już sensu czekać i śledzić von Derna. Nei tutaj nie było. Jedyną opcją pozostawała Dolina Wiecznego Wiatru. Odpalił silnik hondy i pojechał do mieszkania rodziców.
Nie zapalił światła, tylko rzucił się na łóżko w swoim pokoju tak, jak stał. Zmęczenie dawało o sobie znać. Usłyszał jeszcze tylko jakieś krzyki pijaczka na ulicy, a w następnej sekundzie już spał.
Wielkie, drewniane drzwi prowadzące do głównego holu w starej siedzibie von Dernów otworzyły się lekko, nawet nie dotknięte przez Ludvika. Von Dern zbliżał się do nich powoli, z uniesioną dłonią, i z nieznacznym uśmiechem obserwował ich ruch. Tutaj mógł sobie pozwolić na takie rzeczy. Szczerze powiedziawszy, brakowało mu tej swobody.
Kiedy przez nie przeszedł, ponownie poruszył nieznacznie palcami i drzwi zaczęły się zamykać, a on sam skierował się do pokoju z kominkiem.
Kir czekał na niego. Siedział w tym samym fotelu co zazwyczaj i obserwował Ludvika, kiedy ten zdejmował czarny płaszcz. Von Dern przewiesił go przez oparcie drugiego fotela, usiadł i spojrzał Kirowi prosto w oczy.
– Opowiedz, jak to było.
Kir popatrzył najpierw na ogień w kominku i dopiero po chwili przeniósł wzrok z powrotem na Ludvika.
– Nie spieszyłeś się.
– Nie ma takiej potrzeby.
Kir uśmiechnął się jednym kącikiem ust.
– Byłem nieprzytomny, kiedy tu przyjechały. – Ludvik uniósł jedną brew, więc Kir postanowił wyjaśnić: – Myślę, że to kwestia dostrojenia wibracji do nowego ciała. To zazwyczaj trwa.
Ludvik skinął głową i złączył opuszki palców, a Kir kontynuował:
– Twoja kobieta i Neja…
Na ułamek sekundy lodowaty cień przemknął przez oczy Lu.
– Tak, Neja. Uratowała mi życie. Śledził je Kaan, zaatakował je nad ranem.
– Teczka była otwarta – bardziej stwierdził, niż zapytał Lu.
Kir skinął głową. Ludvik zacisnął prawą dłoń w pięść, wstał i podszedł blisko ognia. Przypomniał sobie wieczór w ogrodzie z policjantką. To wtedy Stella przełamała jego zaklęcie, a właściwie… to nie musiała.
Nie spodziewał się, że teczka w ogóle wpadnie w jej ręce, że ona mogłaby się domyślić, iż użył ich zaklęcia miłości, a co więcej – że ono zadziała. A jednak zadziałało. Jak to możliwe?
Dawno temu podjął okrutną decyzję, stał się innym człowiekiem, uwierzył, że miłość między nimi umarła, podobnie jak część jego duszy. Czyżby nadal przez tyle lat…? Chyba podświadomie wybrał na zaklęcie ich wyznanie miłości. Dość tego! – nakazał sobie w myślach.
Kir obserwował Ludvika, który nigdy nie okazywał najmniejszych emocji. Teraz pozwolił sobie na złość. Może na coś jeszcze. Czekał cierpliwie, aż w końcu Ludvik odwrócił się od kominka. Jego twarz nie wyrażała już żadnych uczuć, a spojrzenie pozostawało zimne i ostre jak stal.
– Nic mu to nie da – powiedział cicho. – Teczkę mogę otworzyć tylko ja albo ona. Jeśli dotknie jej ktokolwiek inny, zamknie się i zabawa zacznie się od początku. Każda próba otwarcia przez kogoś innego zniszczy zawartość. – Podszedł do okna i zapatrzył się w ciemność. Nie zauważył uśmiechu Kira.
– To się padalec musiał zdziwić.
Dopiero teraz Ludvik spojrzał na niego. Na jego ustach również powoli pojawiał się przerażający uśmiech.
– Dlaczego Kaan czekał przez całą noc? – Ludvik, gdy tylko zadał to pytanie, zaczął domyślać się odpowiedzi.
– Dziewczyna Białoksiężnika zginęła w lesie. Musiała mieć mapę ze sobą. Była mgła. Wyszła dopiero nad ranem.
Ludvik usiadł w fotelu. Znał tylko jedno wytłumaczenie.
– Te lasy mają magiczną moc. Ktoś wysłał czystą intencję i las oddał jej pamięć. Czasem się to zdarza – dodał na widok pytania w oczach Kira. – To nam coraz bardziej komplikuje sprawy.
Alex wymknął się tylnym wyjściem i niezauważony przez nikogo wyprowadził Midnighta na drogę. Przeszedł jeszcze kilkaset metrów i dopiero wtedy odpalił silnik. Udał się w południowo-zachodnim kierunku – do Doliny Wiecznego Wiatru.
Trasę pokonał w rekordowym tempie. Kiedy skręcił z głównej drogi, nagle wyłoniła się przed nim postać. Zahamował gwałtownie, rozrzucając kamyki na boki.
– Marko?! Co ty tu robisz? – Zgasił silnik i podszedł do przyjaciela.
– Długo cię szukałem. Muszę ci coś powiedzieć.
Alex zdjął kask i włożył go do schowka.
– Przepraszam, że zniknąłem z Zakonu bez słowa. Mistrz na pewno ci wszystko powiedział.
– Czy wszystko, to nie wiem.
Uśmiechnęli się do siebie. Skrytość Mistrza i zatajanie ważnych informacji to jego wielki talent i „tajna moc”.
– Wiem, że jedziesz spotkać się z Ludvikiem. To on porwał Neję i trzyma ją w tych ruinach.
– Skąd wiesz? – Alex nie krył zdziwienia.
– Uważasz, że jest to dla mnie tak trudne, po tym jak odnalazłem głęboko skrywane informacje o Białoksiężnikach? To było trudne.
– Fakt.
– On już tam jest, czeka na ciebie.
Alex zrobił ruch w stronę motocykla.
– Poczekaj. To nie chodzi o nią, tylko o ciebie.
– Czyli Jerome miał rację!
– Lu nie ma nic do tej dziewczyny. Po co by mu ona była? Chyba, że o czymś nie wiemy. Chociaż „chyba” to tutaj akurat zbędne słowo. Natomiast jestem pewien, że on chce sprawdzić, ile potrafisz. Tak twierdzi Mistrz. Ja uważam, że on się ciebie obawia. Chce wiedzieć, kim jesteś i w jakim kierunku idą twoje treningi. Nie mieliśmy czasu, aby lepiej zapoznać się z informacjami o Białoksiężnikach: jaka jest ich prawdziwa moc, co tak naprawdę potrafią, kim są i po co tu są. Zakon od zawsze trzymał, lub też starał się trzymać, nad nimi kontrolę. Skoro Lu cię wezwał, to znaczy, że on nie ma pewności, czy ty nim jesteś.
Patrzyli na siebie w milczeniu. Alex przyswajał usłyszane informacje. W jego oczach uwidoczniło się wahanie.
– Posłuchaj, Alex. To tylko rodzaj testu. On jej nie zabije. Gdyby chciał, zrobiłby to już dawno. On chce cię sprowokować. Nie daj mu tej satysfakcji. Nie pokazuj mu, co umiesz ani jak panujesz nad energią. Niech myśli, że jesteś słaby. W swojej arogancji jest pewien, że będziesz się popisywał, tak jak on by to zrobił. W odpowiednim momencie zaskoczysz go swoją siłą i wiem, że okażesz się od niego silniejszy.
Alex z uśmiechem niedowierzania pokręcił głową. Ten nieznośny Marko!
– Ty wiesz, jak mnie przekonać.
– Mam nadzieję – odpowiedział z łobuzerskim błyskiem w oku. – To tylko jedna, mała bitwa, nie wojna. Zatrzymaj asy w rękawie i powodzenia. – Wyciągnął do Alexa dłoń. Krótki, męski uścisk wystarczył i Alex odpalił Midnighta. Pojechał prosto przed siebie ubitą polną drogą, która prowadziła do ruin.
Zauważył go, gdy tylko wspiął się na górę.
Ludvik von Dern stał po drugiej stronie płytkiej doliny, jakby na bliźniaczym wzniesieniu. Po jego prawej stronie widać było ruiny starego zamku. Spojrzeli sobie prosto w oczy. Pierwszy raz stanęli naprzeciwko siebie twarzą w twarz.
Alex wbił pięści w kieszenie i ruszył w jego kierunku. Lu obserwował go z uważnością sokoła – każdy jego krok, ruch barków. Kiedy zatrzymał się dwa metry przed nim, Lu wstrzymał oddech. On miał jej oczy! To niemożliwe. Czyżby…?
– Czego chcesz?
Lu nie odpowiedział od razu. Jego wahanie nie trwało dłużej niż sekundę. Uśmiechnął się na swój sposób. Wraz z ostrym spojrzeniem jasnoniebieskich oczu Alexa przeszyła lodowata energia. Wytrzymał to.
– Nieźle – usłyszał w odpowiedzi szept, który mógłby zamrozić wodę.
Chwilę później Alex poczuł dziwną słabość w nogach. Spojrzał w dół. Przez bardzo krótką chwilę odnosił wrażenie, jakby źdźbła trawy rozchyliły się na dwie strony. Wrażenie to jednak od razu zniknęło. Ponownie poczuł słabość, tym razem w kolanach. Poddał się temu i uklęknął. Podniósł głowę do góry i nie spuszczał z niego wzroku. Tymczasem Ludvik się cofnął.
– Chyba sobie żartujesz. Nie możesz być aż tak słaby.
– Może to ty jesteś aż tak silny.
Mierzyli się wzrokiem.
– Piękne pochlebstwo, ale go nie kupuję – powiedział powoli Lu. – Chociażby dlatego, że jesteś jej siostrzeńcem, a to oznacza, że żadne z was nie bawi się w pochlebstwa.
– I do tego bystry. – Posłał w kierunku Lu złośliwy uśmieszek.
– Od razu lepiej.
Alex poczuł, jak coś go puszcza. Wstał.
– Dlaczego mam wrażenie, że nie będziesz się ze mną bił jak mężczyzna?
Odpowiedział mu niski, gardłowy dźwięk przypominający śmiech.
– Bo to prymitywne i nie w moim stylu.
– Tak właśnie myślałem.
Lu bez ostrzeżenia wypuścił w jego kierunku wiązkę niebieskiego światła. Alex już miał ją przechwycić, kiedy przypomniał sobie ostrzeżenia Marko. Uniósł tylko dłoń, a wiązka oplotła mu się wokół nadgarstka. Spojrzeli na siebie.
– Matka na pewno cię czegoś nauczyła.
Alex poczuł uderzenie w splot słoneczny. Zgiął się wpół, chociaż nie musiał. Słowa von Derna były ostre, ale nie miały nad nim aż takiej władzy. Matka nadal była jego słabością, jednak on już nauczył się, jak sobie z nią radzić. Ale tego Lu nie musiał wiedzieć. Wyprostował się szybko i rzucił w jego stronę.
– Zostaw moją matkę w spokoju!
Na ustach Lu pojawił się zimny uśmiech.
– Och, mały Alex… Gdzie są twoje zabawki, chłopczyku? – dobiegł go jadowity szept, a druga wiązka niebieskiego światła oplotła drugi nadgarstek.
– Co ci do tego? Gdzie jest Neja?
– O, widzisz. I przeszliśmy wreszcie do meritum. Jeśli chcesz ją odzyskać, a widzę, że bardzo chcesz, to musisz udać się… o tam. – Odwrócił się i wskazał laską na ruiny. – Jeśli zdołasz, oczywiście.
Alex spojrzał na niego. Musiał przyznać, że podziwiał jego moc. Wszystko, co mówił i robił, przychodziło mu tak naturalnie, jakby się z tym urodził.
Alex ruszył w kierunku ruin. Kiedy mijał von Derna, spojrzał mu prosto w oczy, po czym znów przed siebie, ale ruin tam nie było. Odwrócił się zaskoczony. Były za nim. Jak on to zrobił?
– Pani porucznik nazwała mój kunszt tanimi sztuczkami, wyobrażasz sobie? Tanie sztuczki… Zabolało mnie to. – Dotknął teatralnie serca. – I tak, drogi chłopcze, również czytam w myślach – odpowiedział na pytanie, którego Alex nie zadał na głos.
Jedyne, co Alex mógł teraz zrobić, to zupełnie wyciszyć umysł. Nie chciał budować blokad, bo Lu od razu by się zorientował. Nie chciał też myśleć, co zamierza, bo i tego się dowie.
– Nie znam się na sztuczkach. Matka mnie nic nie nauczyła. Wystarczy?
