Bez kraju, bez wyroku - Tomasz Krzywonos - ebook

Bez kraju, bez wyroku ebook

Tomasz Krzywonos

3,5

Opis

Pierwszy tom cyklu powieści o Lisowczykach — legendarnych jeźdźcach Rzeczypospolitej, których odwaga, bezwzględność i burzliwe losy odcisnęły ślad na kartach historii.

Po Guzowie Michał Korejwo traci brata, dom i dobre imię. Bez wyroku rusza na wschód, gdzie prawo mieści się w księdze żołdu i win.

W kompanii Lisowskiego ma liczyć konie, żołd, łupy i winy ludzi, którzy służą Rzeczypospolitej, a zarazem sami stają się postrachem moskiewskich dróg i obozów. Fałszywy wypis Hołubca wciąż ciąży mu przy piersi, a każda karta rejestru może ocalić czyjąś sprawę albo pogrążyć oddział między królem, Samozwańcem, głodem i zimowym buntem pod Tuszynem. Surowa powieść dla tych, którzy lubią historię zapisaną błotem i atramentem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 465

Rok wydania: 2026

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,5 (2 oceny)
0
1
1
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Bez kraju, bez wyroku

Tomasz Krzywonos

Bez kraju, bez wyroku

Tomasz Krzywonos

Copyright © 2026 Tomasz Krzywonos

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana w systemie wyszukiwania informacji ani przekazywana w jakiejkolwiek formie bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.

ISBN: 9788384330739

Wydawca: Tempest & Tale

[email protected]

Wydanie pierwsze, 2026

Ta książka jest dziełem fikcji. Wszelkie podobieństwo do rzeczywistych osób, żywych lub zmarłych, wydarzeń lub miejsc jest całkowicie przypadkowe.

Guzów

Początek lipca przyniósł upał, ale ziemia pod Guzowem i tak ciągnęła wodę z pobliskich mokradeł. Staliśmy w płytkim błocie, ramię w ramię, a setki koni tłoczyły się na zbyt wąskiej przestrzeni. Powietrze śmierdziało końskim potem, zgniecioną trawą i tlącymi się lontami piechoty, która zajęła pozycje przed naszym frontem. Nie byliśmy wojskiem o jednym kroju. W szyku rokoszan stały poczty sąsiadów, pachołkowie w skórzanych kubrakach, szlachta w zbrojach i tacy, którzy mieli na sobie tylko grube wełniane żupany.

Adam trzymał swojego gniadego wałacha krok po mojej prawej stronie. Odwrócił głowę, spojrzał na mój pas i bez słowa wskazał palcem na kolbę pistoletu wsuniętego za szeroki rzemień. Sięgnąłem dłonią do broni. Zamek był suchy, koło nakręcone, panewka zamknięta. Skinąłem głową. Adam poprawił skórzaną rękawicę, opierając dłoń na łęku siodła. Nie rozmawialiśmy o królu, o prawie ani o Rzeczypospolitej. Na to był czas w obozie, przy rąbaniu drewna i piciu piwa. Teraz patrzyliśmy na linię królewskich chorągwi, która formowała się po drugiej stronie pola.

Zaczęło się od huku. Królewska piechota wypaliła z rusznic. Dźwięk uderzył w nas, a zaraz po nim nad trawą przetoczył się gęsty, siwy dym. Konie szarpnęły łbami. Mój wałach zaczął drobić w miejscu, rzucając błotem spod kopyt. Ścisnąłem go udami, napinając wodze. W dymie biegały jakieś sylwetki, ktoś krzyczał komendy, których nikt nie słuchał. Nasz szyk ruszył do przodu bez wyraźnego rozkazu, pchnięty masą tylnych rzędów, które chciały uciec przed kolejną salwą piechoty.

Wpadliśmy w dym. Nic nie widziałem przez kilka uderzeń serca. Oczy piekły od siarki. Gdy wiatr trochę rozpędził chmurę, zobaczyłem przed nami zator. Pierwsze szeregi naszej jazdy uderzyły w królewskich pikinierów i stanęły. Ludzie wpadali na siebie. Ktoś z przodu próbował zawrócić, uderzając koniem w sąsiada. Zanim zdążyłem ściągnąć wodze, wpadliśmy w ten kocioł.

Mój koń uderzył piersią w zad siwka, na którym siedział obcy towarzysz w zardzewiałym napierśniku. Siwek wierzgnął. Z prawej strony usłyszałem krótki, suchy trzask łamanych drzewców. Królewska jazda uderzyła na nasze lewe skrzydło. Poczuliśmy ten nacisk natychmiast. Cała masa rokoszan zaczęła przesuwać się w prawo, spychając nas ku bagnom.

Zobaczyłem błysk ognia zaledwie dziesięć kroków przede mną. Królewski rajtar wypalił z pistoletu w nasz tłum. Mój koń szarpnął się gwałtownie, wydał z siebie krótki charkot i zaczął opadać na przednie nogi. Próbowałem wyrwać stopy ze strzemion. Zwierzę zwaliło się na lewy bok, w grząską ziemię.

Uderzyłem ramieniem o darń, aż wyrwało mi powietrze z płuc. Błoto oblepiło mi twarz. Instynktownie zwinąłem się w kłębek, osłaniając głowę rękami, gdy nade mną przetoczyły się kopyta czyjegoś konia. Ktoś krzyczał. Ziemia drżała od setek uderzeń. Przewróciłem się na plecy i zobaczyłem brzuchy mijających mnie zwierząt. Jeden z pachołków, zrzucony z siodła kilka kroków dalej, próbował wstać. Końskie kopyto uderzyło go w plecy, wgniatając go w błoto. Więcej nie wstał.

Namacałem w trawie złamany kawałek rohatyny. Drzewce miało może łokieć długości, ale było twarde. Oparłem się na nim, podciągając kolana, i rozejrzałem się w panice. Szyk rokoszan pękł całkowicie. Ludzie uciekali, przedzierając się przez własnych towarzyszy.

Nagle z tego chaosu wyłonił się Adam.

Zamiast uciekać z prądem, zawrócił swojego gniadosza. Koń miał pianę na pysku i rzucał łbem, przerażony krzykami i zapachem krwi, ale Adam trzymał go twardo na munsztuku. Wjechał między dwóch uciekających jeźdźców, zmuszając ich do ominięcia go szerokim łukiem. Zobaczył mnie. Szarpnął wodze i podjechał tak blisko, że kopyta jego konia ochlapały mnie błotem.

Wychylił się z siodła, wyciągając ramię. Złapał mnie za skórzany pas. Pociągnął z całej siły, próbując dźwignąć mnie z ziemi.

Złapałem go za przedramię. Mięśnie mu drżały od ogromnego ciężaru. Byłem w grubym żupanie, z szablą u boku, oblepiony mokrą ziemią. Adam zaparł się w strzemionach. Podciągnął mnie na tyle, że mogłem oprzeć lewą stopę o jego but. Próbowałem wybić się w górę, by przerzucić nogę za jego plecy.

Wtedy z lewej strony uderzyła na nas druga fala królewskiej rajtarii.

Nie walczyli z nami na szable. Po prostu wjechali w tłum uciekających ludzi ciężkimi końmi, tnąc z góry i strzelając z bliska. Uderzenie poszło po całej linii. Zobaczyłem wielkiego, karego konia rajtara, który wpadł prosto na nas. Adam szarpnął wodze jedną ręką, próbując osłonić nas swoim wierzchowcem. Kary uderzył w bok gniadosza.

Zderzenie wyrwało mój pas z dłoni Adama. Upadłem z powrotem w błoto, przetaczając się w stronę kępy tataraku.

Gniadosz Adama zachwiał się, próbując złapać równowagę na śliskiej trawie. Rajtar minął ich, nie odwracając głowy, ale zza jego pleców wyjechał kolejny jeździec. Zobaczyłem tylko dym z lufy jego pistoletu.

Koń Adama dostał kulę w szyję. Zwierzę wydało z siebie przeraźliwy, wysoki dźwięk. Gniadosz stanął dęba, krew bluznęła z rany na pancerz mijającego rajtara, a potem koń zwalił się prosto do tyłu.

Adam nie zdążył wyskoczyć ze strzemion. Zwierzę upadło na niego z głuchym plaśnięciem.

Jego ciało zniknęło pod ciężarem sześciuset funtów mięśni i kości. Kopyta gniadosza młóciły powietrze w agonii. Podniosłem się na czworaki, chwytając mój złamany kawałek rohatyny. Uciekający tłum przesunął się dalej ku bagnom, ścigany przez królewskich. Tylko my zostaliśmy na tym skrawku porytej trawy.

Podbiegłem do konia. Zwierzę leżało na lewym boku, przygniatając Adama od pasa w dół. Mój brat opierał się na łokciach, odchylając głowę do tyłu. Twarz miał szarą, ściągniętą z bólu, ale nie krzyczał. Próbował złapać powietrze, wydając z siebie tylko krótkie, rzężące świsty.

Koń wciąż rzucał tylnymi nogami. Jedno z kopyt uderzyło mnie w udo, odrzucając w tył. Upadłem, ale od razu zerwałem się na równe nogi. Wziąłem złamane drzewce w obie ręce i uderzyłem konia w łeb, tuż za uchem. Zwierzę szarpnęło się ostatni raz i znieruchomiało, osiadając jeszcze głębiej w błocie.

Odrzuciłem drewno. Rzuciłem się na kolana obok Adama. Wsunąłem dłonie pod jego pachy i szarpnąłem do tyłu. Nie drgnął. Siodło i końskie żebra dociskały jego biodra do ziemi jak prasa.

– Adam – powiedziałem. Głos miałem suchy, obcy. – Adam, czekaj. Puszczę mu popręg.

Nie odpowiedział. Patrzył na mnie szeroko otwartymi oczami. Na jego zębach była krew. Przesunąłem się wzdłuż grzbietu konia, macając w błocie pod jego brzuchem. Znalazłem rzemień popręgu. Skóra była napięta do granic możliwości. Wyciągnąłem nóż zza pasa i zacząłem ciąć. Ostrze ślizgało się po mokrej skórze. Piłowałem rzemień, aż pękł z głośnym trzaskiem. Siodło poluzowało się, zsuwając nieco w bok.

Wróciłem do brata. Zaparłem się nogami w ziemi, chwyciłem go za ramiona i pociągnąłem z całych sił. Błoto mlasnęło. Ciało wysunęło się spod końskiego brzucha o kilka cali. Pociągnąłem drugi raz, zrywając paznokcie o okucia jego żupana. Wyciągnąłem go na otwartą trawę.

Jego nogi były wykręcone pod nienaturalnym kątem, lewa tuż poniżej kolana wyginała się niemal w drugą stronę. Trawa szybko ciemniała od krwi, która wyciekała spod jego ubrania. Adam patrzył w niebo. Jego pierś unosiła się płytko, nierówno.

Złapał mnie za rękaw. Jego dłoń była zimna i śliska od błota. Spojrzałem w dół. W zaciśniętej pięści trzymał kawałek rzemienia – wyrwany z jego olstry pistoletu.

Ścisnął mój materiał. Otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć. Wyciekła z nich strużka ciemnej krwi, brudząc mu brodę. Patrzył na mnie jeszcze przez chwilę, a potem jego oczy straciły ostrość. Wydech był długi, jak wypuszczane z miecha powietrze. Pierś opadła i już się nie podniosła.

Klęczałem obok niego, słuchając odgłosów bitwy, która oddalała się na północ. Wokół leżały martwe konie, porzucone rohatyny i ciała ludzi z obu stron. Powietrze wciąż pachniało prochem i rozerwaną ziemią. Dym osiadał na trawie.

Przetarłem twarz wierzchem dłoni, ścierając z niej najgorsze błoto. Spojrzałem na dłoń Adama. Wciąż była zaciśnięta na tym skórzanym rzemieniu. Rozprostowałem jego palce, jeden po drugim. Rzemień wysunął się łatwo. Wziąłem go i wsunąłem za swój pas, obok noża.

Musiałem go stąd zabrać. Nie mogłem go zostawić w tym błocie, żeby obdzierali go z ubrań jacyś czeladnicy z królewskiego taboru.

Złapałem go pod pachami. Zaparłem się nogami i zacząłem ciągnąć. Zrobiłem krok w tył. Potem drugi. Nogi Adama wlokły się po trawie, zostawiając za sobą szeroką, rdzawą ścieżkę.

Ciągnąłem go w stronę zagajnika, który widniał o jakieś dwieście kroków na zachód. Był z dala od głównej linii starcia i bagien, w które wpędzono resztę naszych. Co kilkanaście kroków musiałem się zatrzymać. Mięśnie paliły, pot zalewał mi oczy, szczypiąc jak sól. Dyszałem ciężko, opierając się dłońmi o uda, a potem znowu chwytałem zimny materiał jego żupana i ciągnąłem dalej.

Kiedy dotarłem do pierwszych drzew brzozowego zagajnika, usłyszałem ruch w krzakach. Sięgnąłem po szablę, ciągnąc ją do połowy z pochwy.

Zza zarośli wyszło dwóch ludzi. To byli Maciej i Hryć, czeladnicy z naszego pocztu. Prowadzili ze sobą jednego konia jucznego, obładowanego dwiema skrzynkami i skórzanymi sakwami. Byli brudni, przerażeni, a Maciej miał rozciętą wargę i krew na koszuli. Zatrzymali się na mój widok.

Maciej spojrzał na mnie, a potem jego wzrok opadł na ciało Adama, które leżało u moich stóp. Zdjął czapkę. Hryć zrobił to samo, puszczając na chwilę wodze konia.

– Panie Michale – zaczął Maciej, jąkając się lekko. – My uciekli... Z taboru, jak tamci ruszyli. Konie zabrali, tylko ten jeden został.

– Ściągnijcie płaszcz z juków – powiedziałem. Mój głos był ochrypły od dymu. – Rozłóżcie go na ziemi.

Nie zadawali pytań. Hryć pośpiesznie rozwiązał rzemienie przy siodle i wyciągnął gruby, wełniany płaszcz, którego Adam używał podczas nocnych wart. Rozłożyli go na mchu pod brzozami. Podeszli do mnie. We trzech podnieśliśmy ciało. Nogi Adama zwisały nienaturalnie, gdy przenieśliśmy go na płaszcz. Zawinęliśmy brzegi wełny, zakrywając mu twarz i połamane nogi.

Wyprostowałem się i spojrzałem w stronę pola bitwy.

Dym powoli rzedniał. Królewskie chorągwie zniknęły za pagórkiem, ścigając resztki rokoszan, ale pole nie było puste. Między martwymi końmi i ciałami kręcili się już ludzie. Byli to pachołkowie, maruderzy, a może miejscowi chłopi. Chodzili powoli, pochylając się nad ziemią. Jeden z nich stanął nad rannym, który próbował się podnieść. Maruder uderzył go obuchem siekiery w głowę, a potem przystąpił do ściągania mu butów. Inny, kilkadziesiąt kroków dalej, ściągał z ciała jakiegoś szlachcica z naszego skrzydła pas z cenną szablą.

Wiedziałem, że zaraz wejdą głębiej, w stronę zagajnika.

Obejrzałem się na czeladników. Stali przy koniu, czekając na rozkaz. Mieli tylko noże i jeden krótki oszczep do obrony taboru. Ja miałem szablę i pistolet, do którego straciłem proch, gdy przewróciłem się w błoto. Nie mieliśmy szans z grupą ubrudzonych we krwi szabrowników.

– Bierzcie za rogi płaszcza – powiedziałem do Macieja i Hrycia. – Podepnijcie dwa końce pod juki. Zwiniemy go tak, żeby koń wziął część ciężaru. My pociągniemy z tyłu.

Zrobili to sprawnie. Hryć przywiązał górne rogi płaszcza do skórzanych pętli przy siodle jucznego wałacha, tworząc rodzaj prowizorycznych noszy, których przednia część opierała się na bokach zwierzęcia, a tylną musieliśmy podtrzymywać w rękach.

Chwyciłem jeden róg, Maciej drugi. Hryć wziął konia za uzdę.

Ruszyliśmy w głąb, między brzozy, oddalając się od pobojowiska. Koń szedł powoli, ostrożnie stawiając kopyta na korzeniach. Płaszcz napinał się w moich dłoniach, a ciężar ciała w środku ciążył przy każdym kroku. Nie oglądałem się za siebie. Słyszałem tylko szelest liści, trzask łamanych gałęzi pod kopytami i ciche, powolne oddechy obu czeladników. Przez korony drzew przedzierało się słońce, ogrzewając mokre ubrania, ale w lesie pachniało tylko ziemią. Szliśmy na zachód, omijając główne trakty. Musieliśmy znaleźć drogę, która wyprowadziłaby nas z tych bagien, nim ktoś na nas wpadł.

Pusty wóz

Drewniane koła wozu stukały miarowo o wyschnięte, twarde koleiny wołyńskiego traktu. Z każdym uderzeniem o kamień oś skrzypiała z przeciągłym, suchym dźwiękiem. Lipcowy upał wysuszył ziemię na pieprz, a wiatr podrywał z drogi gęsty, żółty pył, który osiadał na naszych twarzach, wchodził do gardeł i oklejał pysk gniadego wałacha. Szedłem obok dyszla, a kiedy droga robiła się równa, siadałem na desce przy Macieju. Hryć zamykał pochód pieszo, z rohatyną przy ramieniu i bandażem ciemniejącym pod rozdartym rękawem.

Wóz był prawie pusty. Na deskach leżały tylko dwie skórzane sakwy, zrolowany koc i gruby, wełniany płaszcz Adama.

Z Guzowa wyjechaliśmy we trzech, prowadząc jucznego konia, do którego boków przytroczyliśmy zawinięte w płaszcz ciało brata. Chciałem dowieźć go do Korejwówki. Matka miała prawo zobaczyć go po raz ostatni, a stary pleban w naszej parafii powinien odprawić mu mszę nad otwartym grobem, zanim trumna spocznie w krypcie.

Na czwarty dzień po bitwie upał stał się nie do zniesienia. Powietrze stało w miejscu, gęste i wilgotne, a nad koniem jucznym zaczęły krążyć roje czarnych, tłustych much. Odganialiśmy je gałęziami dębu, ale wracały, siadając na materiale i próbując wejść pod spód przez najmniejsze szczeliny. Zapach rozkładu przebił się przez wełnę. Gniadosz, który niósł ciało, zaczął się płoszyć. Rzucał łbem, stawał dęba, odmawiał jedzenia owsa na postojach.

Musieliśmy się zatrzymać w niewielkiej wsi pod Radomiem. Znalazłem tam murowany kościół z wysoką, stromą dzwonnicą i starym cmentarzem otoczonym kamiennym murem. Pleban, siwy człowiek o wąskich ramionach i zniszczonych dłoniach, wyszedł do nas na dziedziniec. Na widok jucznego konia przeżegnał się i bez słowa wskazał nam miejsce za kostnicą, w cieniu starych lip.

Zrozumiałem, że Adam nie dojedzie na Wołyń. Ciało nie przetrwałoby kolejnych dwóch tygodni drogi w lipcowym słońcu, a my nie mieliśmy ani wozu, ani odpowiedniej trumny, żeby go zabezpieczyć.

Posłałem Hrycia do miejscowego bednarza. Kazałem mu kupić dwa wiadra smoły, wosk i najgrubsze płótno, jakie mieli we wsi. Nie miałem przy sobie dość srebrnych monet na materiały i robociznę czeladników. Z sakwy wyciągnąłem ozdobny pas od lepszego żupana, z ciężką srebrną klamrą i nabitymi blaszkami. Zaniosłem go do karczmy, gdzie handlował przejezdny kupiec. Ważył okucia w dłoni, oglądał pęknięcia w srebrze i próbował zbić cenę. Dał mi za niego tyle monet, ile starczyło na materiały, opłacenie kopaczy i datek na mszę.

Rozpaliliśmy ognisko za murem cmentarza. Maciej przyniósł żelazny kocioł pożyczony od bednarza i wrzucił do niego bryły smoły. Siedziałem obok, dokładając drewna, i patrzyłem, jak czarna masa powoli topnieje, puszczając bąble. Smród gotowanej smoły mieszał się z zapachem rozkładającego się ciała. Przyniosłem wodę ze studni i umyliśmy Adama na drewnianych deskach za kostnicą. Pocięliśmy płótno na długie pasy. Owijaliśmy go ciasno, warstwa po warstwie, a ksiądz stał obok z brewiarzem i półgłosem odmawiał modlitwy. Z każdą kolejną warstwą wylewaliśmy na materiał gorącą smołę zmieszaną z woskiem. Spajała się z płótnem, twardniała, tworząc szczelną, czarną skorupę.

Wykopaliśmy dół w rogu cmentarza. Ziemia była sucha i pełna kamieni. Kiedy opuszczaliśmy ciało na linach, zesztywniały całun uderzył głucho o dno. Zasypaliśmy grób. Ksiądz zaprosił mnie do plebanii. W izbie pachnącej suszonymi ziołami wyciągnął gęsie pióro, inkaust i czysty arkusz papieru. Napisał zaświadczenie o tym, kto spoczywa w grobie pod południowym murem, podał datę i przybił swoją pieczęć z czerwonego laku. Złożyłem papier na czworo i wsunąłem go do skórzanej tuby, którą nosiłem przy pasie. Płaszcz Adama wytrzepaliśmy z kurzu, zwinęliśmy w kostkę i położyliśmy na wozie. Wóz kupiłem za resztę pieniędzy od miejscowego chłopa, oddając mu w zamian jucznego konia i dopłacając za gniadego wałacha do dyszla.

Od tamtego dnia jechaliśmy w milczeniu. Droga na wschód była długa i nużąca. Mijaliśmy spalone stodoły, opuszczone wsie i karczmy, z których wychodzili ludzie o twardych, podejrzliwych spojrzeniach. Wszędzie mówiło się o Guzowie. Plotki wyprzedzały nas o wiele dni. Wieści niosły się przez kupców, kurierów i zbiegów z rozbitych chorągwi.

Zatrzymaliśmy się w majątku pana Sienieńskiego, starego towarzysza broni mojego ojca, blisko granicy ziemi chełmskiej. Pamiętałem ten dwór z czasów dzieciństwa jako miejsce gwarne, pełne psów gończych i otwartych drzwi. Tym razem brama była zamknięta na ciężki, żelazny łańcuch. Pachołek wpuścił nas na dziedziniec, ale Sienieński nie zaprosił mnie do izby. Wyszedł na ganek w narzuconym na ramiona kontuszu. Miał podkrążone oczy i stukał palcami o drewnianą balustradę.

Wysłuchał mojej relacji o bitwie i o śmierci Adama. Nie złożył mi kondolencji. Spojrzał na drogę za bramą, potem na moje zakurzone buty. Kazał służbie wydać nam miarę owsa dla konia, bochenek chleba i dzban piwa.

– Nie nocujcie u mnie, Michale – powiedział cicho, podchodząc do schodów. – Ludzie mówią, że hetman wysłał chorągwie, żeby wyłapywały rokoszan po drogach. Nie mam ludzi do obrony dworu. Jeśli znajdą was pod moim dachem, spalą mi gumno. Jedźcie zaraz po posiłku.

Zrozumiałem wtedy, że nie wracam do domu jako szlachcic po przegranej kampanii. Wracam jako człowiek bez ochrony prawa. Wystarczyła plotka, herb na sygnecie i oddział chętny do łupu.

Wyjechaliśmy z dworu Sienieńskiego przed zmrokiem i nie zatrzymywaliśmy się w żadnym innym majątku. Spaliśmy w lasach, z dala od traktu, paląc małe ogniska w wykopanych dołkach. Gotowaliśmy kaszę z wodą i nasłuchiwaliśmy każdego trzasku gałęzi.

Teraz, wjeżdżając na znajome ziemie wołyńskie, czułem znajomy zapach rzeki i mokradeł. Minęliśmy granicę powiatu krzemienieckiego. Krajobraz zmieniał się powoli. Lasy stawały się rzadsze, a po obu stronach drogi ciągnęły się szerokie pasy pól obsianych żytem i pszenicą. To były nasze ziemie. Pola Korejwówki. Kłosy były już wysokie, ciężkie od ziarna, gotowe do żniw. Zobaczyłem na horyzoncie dym unoszący się z kominów chłopskich chałup.

Zjechaliśmy z głównego traktu w dębową aleję prowadzącą bezpośrednio do dworu. Koła wozu dudniły głucho na ubitej ziemi. Gniady wałach poczuł bliskość stajni i sam przyspieszył kroku, wyciągając szyję.

Brama na dziedziniec była otwarta. Przejechaliśmy pod drewnianym łukiem. Zobaczyłem stary, modrzewiowy dwór z gankiem opartym na czterech kolumnach. Na prawo stały stajnie i wozownia, na lewo spichlerz o grubych, zrębowych ścianach. Dwa duże psy podwórzowe wyskoczyły z cienia pod lipą. Zaczęły ujadać, biegnąc w stronę wozu, ale gdy tylko podjechałem bliżej, poznały mój głos. Zamieniły szczek na ciche skomlenie, kręcąc się przy kole.

Hałas wywabił ludzi z budynków. Z wozowni wyszedł kowal z młotem w dłoni. Od strony studni podbiegły dwie dziewki z wiadrami, a ze stajni wyjrzał stajenny. Wszyscy zatrzymali się w połowie kroku. Patrzyli na moją brudną twarz, na zniszczone ubrania Macieja i Hrycia. A potem ich wzrok przeniósł się na puste deski wozu, na których leżał tylko zwinięty płaszcz.

Wóz zatrzymał się przed gankiem. Zszedłem powoli z deski. Nogi miałem zdrętwiałe od jazdy, kolana strzyknęły głucho. Poprawiłem pas z szablą i pistoletem.

Drzwi dworu otworzyły się z trzaskiem. Wyszła matka.

Miała na sobie prostą, ciemną suknię z wełny, bez żadnych zdobień. Klucze od spiżarni i skrzyń brzęczały cicho przy jej pasie. Stanęła na szczycie schodów. Jej twarz była szczupła, ściągnięta, a siwe pasma włosów wymykały się spod białego czepca. Spojrzała na mnie, potem na Hrycia, a na końcu na wóz.

Wziąłem z wozu płaszcz Adama. Był ciężki, zakurzony i pachniał starym dymem. W drugiej dłoni ściskałem krótki, rzemienny pasek, który wyrwałem z zaciśniętej pięści brata pod Guzowem. Wszedłem po drewnianych stopniach, czując, że każdy mój krok brzmiał nienaturalnie głośno na deskach ganku.

Zatrzymałem się krok przed nią. Wyciągnąłem ręce, podając jej płaszcz i rzemień.

Wyciągnęła dłonie i przejęła ciężar. Jej palce przesunęły się po wełnie, wyczuwając zaschnięte plamy błota i krwi, których nie udało nam się całkowicie wytrzepać. Spuściła wzrok na rzemień.

– Gdzie? – zapytała. Jej głos był płaski, pozbawiony drżenia.

– Pod Guzowem – odpowiedziałem równie cicho. – Lewe skrzydło. Kiedy nas przełamali, królewska rajtaria wjechała w uciekających. Jego koń dostał kulę. Upadł na niego.

Słuchała, patrząc na rzemień. Nie przerwała mi.

– Ciało pochowałem pod Radomiem – kontynuowałem, opuszczając ręce. – U plebana na cmentarzu. Owinięty w smołę i wosk. Mam list od księdza z pieczęcią. Pojedziemy po niego, jak przyjdą pierwsze mrozy.

Matka zacisnęła palce na rzemieniu. Podniosła głowę i spojrzała mi w oczy. Na jej twarzy nie było łez. Było w niej zmęczenie po dwóch tygodniach nasłuchiwania każdego stuku kopyt na drodze. Przycisnęła płaszcz do piersi. Pociągnęła nosem, czując zapach prochu i kurzu.

Odwróciła się od ganku w stronę dziedzińca. Podeszła do barierki i spojrzała na służbę zgromadzoną wokół wozu.

– Antoni! – zawołała ostro.

Z bocznych drzwi dworu wyszedł stary ekonom, Antoni. Skłonił się nisko. Miał siwe włosy i chodził lekko utykając na lewą nogę.

– Pani?

– Zwołaj ludzi do dużej izby – zarządziła. – Nakryjcie stół. Postawcie krzesło Adama po prawej stronie. Dajcie czysty talerz i zapalcie świece.

Antoni skinął głową. Odwrócił się do dziewek i machnął ręką, każąc im biec do kuchni. Matka spojrzała jeszcze raz na mnie.

– Umyj się, Michale. I przyjdź do stołu.

Weszła do dworu, zamykając za sobą drzwi. Zszedłem z ganku. Maciej i Hryć już odwiązywali wałacha od dyszla i ciągnęli go w stronę stajni. Klepnąłem gniadosza w szyję. Sierść miał sztywną od potu i pyłu. Zostawiłem go stajennemu, wziąłem swoje juki z wozu i ruszyłem w stronę bocznego wejścia.

Izba jadalna była największym pomieszczeniem w dworze. Kiedy wszedłem tam pół godziny później, po przebraniu się w czysty żupan i zmyciu największego brudu z twarzy i rąk, stół był już nakryty. Gruby, lniany obrus zwisał ze stołu. Na środku stały trzy mosiężne lichtarze, w których płonęły grube woskowe świece. Żółte światło rozjaśniało półmrok i rzucało długie cienie na rzeźbione, dębowe krzesła.

Po prawej stronie, na miejscu, na którym zawsze siadał mój brat, stało krzesło ze skórzanym obiciem. Matka położyła na nim płaszcz Adama. Na stole przed krzesłem stał pusty cynowy talerz, a obok leżała drewniana łyżka i kubek. Rzemień od pistoletu spoczywał na środku talerza.

Służba stała pod ścianami. Byli tu wszyscy – Antoni, kowal, stajenni, dziewki kuchenne, pachołkowie. Stali w ciszy, ze spuszczonymi głowami. Matka stała na szczycie stołu. Stanąłem po jej lewej stronie. Na małym stoliku pod oknem leżały grube, oprawione w cielęcą skórę księgi rachunkowe ojca. Widziałem stamtąd ich mosiężne klamry odbijające światło świec.

Matka przeżegnała się. Zrobiliśmy to samo.

Zaczęła odmawiać litanię za zmarłych. Jej głos był równy, rytmiczny. Odpowiadaliśmy chórem. Słowa odbijały się od drewnianego stropu, wypełniając całą izbę. Klęknęliśmy na twarde, dębowe deski podłogi. Moje kolana, stłuczone podczas upadku pod Guzowem, zapiekły bólem. Oparłem dłonie na krawędzi stołu, zamykając oczy. Zapach topniejącego wosku ze świec mieszał się z zapachem jedzenia z kuchni. Przez chwilę znowu byłem za kostnicą, słysząc skwierczenie wrzącej smoły i czując zapach rozkładającego się ciała brata. Otworzyłem oczy i wbiłem wzrok w pusty talerz przed płaszczem Adama.

Kiedy modlitwy się skończyły, usiedliśmy. Dziewki przyniosły wazy z gorącą polewką i misy z kaszą okraszoną skwarkami. Jedliśmy w absolutnym milczeniu. Słychać było tylko stukanie łyżek o naczynia. Nikt nie zadawał pytań o bitwę, o króla, o ucieczkę. Przełknąłem kilka łyżek jedzenia, ale nie czułem smaku. Zmęczenie ciążyło w kościach. Po posiłku matka wstała i złożyła ręce. Służba zaczęła sprzątać ze stołu, zostawiając płaszcz i rzemień na swoim miejscu.

Noc przyszła szybko. Poszedłem do swojej izby w zachodnim skrzydle dworu. Podłoga skrzypiała, a okna wychodziły na sad i ciemną ścianę lasu. Na środku pokoju stała duża, drewniana balia. Dziewki z kuchni przyniosły trzy wiadra gorącej wody i jedno zimnej, stawiając na stołku kawałek szarego mydła i lniany ręcznik.

Zdjąłem żupan, zrzucając go na skrzynię. Rozpiąłem koszulę i ściągnąłem ją przez głowę. Moje ciało było pokryte siniakami. Prawy bok, tam gdzie uderzyłem o kopyto konia, był czarno-fioletowy. Na lewym przedramieniu miałem długie, płytkie rozcięcie, które zaczęło się już goić, ale wciąż ciągnęło przy każdym ruchu.

Wszedłem do balii. Woda była niemal wrząca, szczypała skórę. Usiadłem, podciągając kolana pod brodę. Wziąłem szare mydło i zacząłem szorować ręce. Piana szybko nabrała brudnoszarego koloru. Zmywałem z siebie pył dróg, pot koni, zaschnięte błoto i sadzę z ognisk. Pod paznokciami miałem czarne, twarde grudki ziemi. Szorowałem skórę, aż stała się czerwona. Woda w balii zmętniała. Zanurzyłem głowę, zmywając kurz z włosów, i wynurzyłem się, łapiąc głośno powietrze.

Rozległo się ciche pukanie do drzwi.

– Panie Michale? – usłyszałem głos Antoniego.

– Wejdź.

Stary ekonom otworzył drzwi i wszedł, niosąc przewieszoną przez ramię czystą, płócienną koszulę i lniane spodnie. Położył je na stołku obok balii. Nie wyszedł jednak. Stanął przy oknie, patrząc w ciemność.

– Koń oporządzony – zaczął powoli, zaciskając dłonie na drewnianej krawędzi parapetu. – Maciej i Hryć poszli spać na siano. Mają gorączkę z przemęczenia, ale dojdą do siebie.

Skinąłem głową, wycierając twarz dłonią. Sięgnąłem po ręcznik leżący na krawędzi balii.

– Coś jeszcze, Antoni?

Stary ekonom odwrócił się w moją stronę. Jego twarz w świetle pojedynczej świecy, która paliła się na stole, wydawała się jeszcze bardziej pomarszczona.

– Nasi parobcy z północnych łąk przynieśli wieści po zmroku. Kręcą się zbrojni przy rzece, blisko brodu.

Zatrzymałem ręcznik w połowie ruchu. Woda kapała z moich barków do balii z cichym pluskiem.

– Królewscy? – zapytałem.

– Nie. To ludzie od podkomorzego Marcina Hołubca – Antoni wypluł to nazwisko z niechęcią. – Mają pistolety i piki. Zrobili obóz przy starym młynie. Jeden z naszych widział, jak woźny sądowy pił z nimi w karczmie we wsi.

Wyszedłem z balii, stając na mokrych deskach. Zacząłem wycierać ciało szorstkim lnem. Marcin Hołubiec był naszym sąsiadem od północy. Od lat procesował się z moim ojcem o granicę na rzece i o lasy dębowe, które ciągnęły się wzdłuż mokradeł. Ojciec wygrał dwie sprawy w sądzie ziemskim, ale Hołubiec nigdy nie ustąpił. Miał pieniądze, miał znajomości w grodzie i miał własnych, opłacanych pachołków, którzy wyglądali bardziej na zbójów niż na służbę dworską.

– Hołubiec nie zaatakuje dworu otwartą siłą bez wyroku – powiedziałem, naciągając czyste spodnie. Materiał chłodził rozgrzaną skórę.

– Panie Michale – Antoni pokręcił głową. – Z całym szacunkiem, ale ojciec wasz nie żyje, a wyście pojechali za rokoszanami pod Guzów i stamtąd wróciliście z pustym wozem. Hołubiec wie, co się stało. Skoro woźny pije z jego ludźmi, to znaczy, że mają jakiś papier. Fałszywy wypis albo nakaz sekwestru za zdradę. Sam stanął przy królu, więc teraz może brać, co uważa za swoje. A my nie mamy ludzi, żeby obstawić granice.

Wciągnąłem przez głowę płócienną koszulę. Miała szerokie rękawy i wiązanie pod szyją. Pachniała wiatrem i suszonymi ziołami. Sienieński miał rację. Rokosz był wymówką dla Hołubca, żeby wjechać na dziedziniec i zająć Korejwówkę w imię królewskiego prawa, zanim sprawa trafi do trybunału.

Podszedłem do łóżka. Zabrałem pas z szablą i pistoletem. Wyciągnąłem też moją tubę na dokumenty. Otworzyłem skórzaną klapkę, wyciągnąłem list od plebana z datą i nazwiskiem brata, po czym schowałem go z powrotem, zaciągając rzemień.

– Zostaw mi kaganek, Antoni – powiedziałem. – I idź spać. Nie budź nikogo. Jeśli jutro rano przyjadą, nie chcę, żeby widzieli w dworze panikę.

Antoni postawił kaganek na rogu stołu, skłonił się i wyszedł z izby, cicho zamykając za sobą drzwi.

Pokoje dworu połączone były w amfiladzie. Przeszedłem przez krótki korytarz do gabinetu ojca, który przylegał do dużej izby jadalnej. Ojciec trzymał tu swoje narzędzia, broń i dokumenty. Zapachniało tytoniem, starym drewnem i naoliwioną stalą. Na środku stał potężny, dębowy stół, na którym leżały księgi rachunkowe – te same, które widziałem wcześniej podczas wieczerzy. Obok nich stała mała, okuta blachą skrzynka na dokumenty własnościowe.

Pochyliłem się i otworzyłem dolną szufladę bocznego kantorka. Wyciągnąłem z niej pistolet kołowy ojca. Była to ciężka, kawaleryjska broń, długa na przedramię, z gładką lufą i drewnianym łożem pociemniałym od potu. Położyłem go na stole. Obok położyłem swój własny pistolet, który miałem przy pasie pod Guzowem.

Wyciągnąłem z torby mały róg z prochem, skórzaną sakiewkę z ołowianymi kulami i przybitkami z pakuł. Postawiłem kaganek bliżej.

Wziąłem pierwszy pistolet. Odkręciłem zatyczkę rogu i wsypałem miarkę czarnego prochu do lufy. Wsunąłem pakułę i ubiłem ją drewnianym stemplem, dociskając, by siadła ciasno. Złapałem ołowianą kulę palcami, wrzuciłem do lufy i ponownie ubiłem stemplem, upewniając się, że pocisk doszedł do końca. Procedurę powtórzyłem z drugim pistoletem. Stuk ołowiu o stal był suchy i wyraźny w ciszy uśpionego dworu.

Zabrałem się za zamki. Nasypałem na panewki drobniejszego prochu z mniejszej miarki. Zatrzasnąłem osłony. Sięgnąłem po żelazny, trójramienny klucz. Nałożyłem go na oś koła w pierwszym zamku i przekręciłem mocno w prawo. Sprężyna napięła się z głośnym, metalicznym zgrzytem, aż ząb zapadki wskoczył na swoje miejsce. Zrobiłem to samo z drugim. Zamki były nakręcone. Kurki z wkręconymi pirytami odciągnąłem do tyłu, gotowe do opuszczenia na pokrywę panewki.

Odłożyłem klucz. Położyłem oba pistolety na dębowym blacie, lufami skierowanymi w stronę drzwi, tuż obok oprawionych w skórę ksiąg ojca.

Pieczęcie na drzwiach

Słońce wstało nad dębowym lasem, ale w gabinecie ojca wciąż panował półmrok. Siedziałem na ławie przy oknie, opierając plecy o chłodną ścianę. Pistolety kołowe leżały na dębowym blacie dokładnie tam, gdzie położyłem je w nocy. Zamek jednego z nich połyskiwał matowo w szarym świetle. W izbie pachniało starym papierem, woskiem i prochem, który wtarłem w dłonie podczas ładowania broni.

Z dziedzińca dobiegł dźwięk. Najpierw ciche uderzenie podkowy o kamień przed bramą, potem chrzęst żwiru. Psy podwórzowe zaczęły ujadać, ale ich szczek szybko przeszedł w głuche warczenie, a potem ucichł zupełnie, jakby ktoś odgonił je batem.

Wstałem powoli. Kolana zesztywniały mi od siedzenia w jednej pozycji. Podszedłem do stołu, wziąłem oba pistolety i wsunąłem je za pas żupana. Ważyły swoje, ciągnąc rzemień w dół. Prawą dłoń oparłem na głowicy szabli i podszedłem do okna wychodzącego na front dworu.

Na dziedziniec wjeżdżało siedmiu konnych. Nie spieszyli się. Konie szły stępa, rozciągając się w luźny szyk przed gankiem. Sześciu z nich miało na sobie skórzane kolety, niektórzy nosili żelazne obojczyki i proste, otwarte szyszaki. Przy siodłach wisiały pistolety i krótkie, wschodnie łuki, a dwóch trzymało długie rohatyny oparte o strzemiona. Znałem te twarze. To byli pachołkowie Marcina Hołubca. Widziałem ich nieraz na jarmarkach w Krzemieńcu i przy granicznym brodzie. Byli ludźmi używanymi do bicia chłopów i przesuwania kopców granicznych w nocy, nie żołnierzami.

Siódmy jeździec różnił się od reszty. Miał na sobie ciemną ferezję i kołpak z przypiętą mosiężną blachą z orłem. Siedział na gniadym wałachu, trzymając przed sobą skórzaną tubę. Woźny sądowy z grodu krzemienieckiego.

Odwróciłem się od okna i wyszedłem z gabinetu. Przeszedłem przez izbę jadalną. Matka stała już przy drzwiach prowadzących na ganek. Miała na sobie tę samą ciemną suknię co wczoraj, a pęk kluczy u jej pasa wisiał nieruchomo. Obok niej stał Antoni, trzymając w opuszczonej dłoni krótki, dębowy kij. Z tyłu, w głębi korytarza, widziałem przerażone twarze dwóch dziewek kuchennych.

– Zostań tu – powiedziała matka, nie odwracając głowy.

– Nie zatrzymasz ich słowem – odpowiedziałem, mijając ją i naciskając żelazną klamkę.

Wyszedłem na ganek. Chłodne, poranne powietrze uderzyło mnie w twarz. Upał jeszcze nie nadszedł, a deski ganku były pokryte cienką warstwą rosy. Zrobiłem dwa kroki do przodu i stanąłem przy drewnianej balustradzie. Matka wyszła zaraz za mną, stając po mojej lewej stronie.

Woźny sądowy ściągnął wodze. Gniady wałach zatrzymał się kilka kroków od schodów i parsknął, wyrzucając z nozdrzy obłok pary. Pachołkowie Hołubca rozjechali się na boki, formując półkole. Dwóch z nich odpięło skórzane pętle od zamków swoich pistoletów. Zrobili to powoli, a dźwięk rozszedł się po cichym dziedzińcu.

Woźny odchrząknął, poprawiając kołpak na głowie. Otworzył skórzaną tubę i wyciągnął z niej gruby, złożony na troje arkusz papieru. Zwisająca z niego wielka pieczęć z czerwonego laku zakołysała się na jedwabnym sznurze.

– Michał Korejwo, syn nieżyjącego Jana? – zapytał woźny. Miał donośny głos, wyćwiczony w ogłaszaniu wyroków na rynkach.

– Stoisz na mojej ziemi – powiedziałem. – Jeśli masz sprawę, zsiądź z konia i podejdź do drzwi.

Woźny nawet nie drgnął. Spojrzał na papier w swojej dłoni.

– Mam tu wypis z ksiąg grodzkich krzemienieckich, sporządzony z instancji pana podkomorzego Marcina Hołubca. Zapisano w nim oskarżenie o zdradę majestatu i uczestnictwo w zbrojnym rokoszu przeciwko panującemu królowi Zygmuntowi Trzeciemu. Skarga wpłynęła, świadkowie zeznali pod przysięgą, że widziano cię z bronią pod Guzowem w szeregach buntowników.

– Od kiedy sąd grodzki w Krzemieńcu wydaje wyroki za zdradę stanu? – zapytałem, opierając przedramiona o balustradę. – To sprawa gardłowa. Podlega pod sąd sejmowy albo trybunał. Grodzki starosta może wezwać mnie na termin, a nie przysyłać woźnego z pachołkami sąsiada.

– Nie przywiozłem wyroku – odpowiedział spokojnie woźny, przesuwając palcem po liniach tekstu. – Przywiozłem nakaz sekwestru. Majątek oskarżonego jako wroga koronnego podlega zabezpieczeniu do czasu rozpoznania sprawy przez trybunał. Strona powodowa, pan Marcin Hołubiec, bierze Korejwówkę w zarząd, żeby dobra nie uległy rozproszeniu, a oskarżony nie użył ich do opłacenia ucieczki.

Hołubiec nie czekał na żaden trybunał. Wynajął kilku świadków, zapłacił w kancelarii grodzkiej za natychmiastowy wpis powództwa i wyciągnął nakaz zabezpieczenia mienia z pieczęcią, która z daleka wyglądała jak prawo. Jeśli wejdą do dworu, przejmą dokumenty własnościowe ojca, wyczyszczą spichlerz, sprzedadzą konie, a potem będą pobierać czynsze od chłopów. Zanim trybunał w Lublinie w ogóle spojrzy na akta, miną lata. Hołubiec zrujnuje to miejsce do gołej ziemi i nikt mu za to nie odpowie.

– To oszustwo – powiedziałem. – Zwykły zajazd przykryty papierem. Nie wpuszczę was za próg.

Jeden z pachołków, tęgi mężczyzna z blizną od oparzenia na policzku, przesunął konia bliżej schodów. Trzymał dłoń na kolbie pistoletu.

– Zleziesz z tego ganku po dobroci, Korejwo – powiedział ochrypłym głosem. – Albo ściągniemy cię za nogi. Twój brat już gryzie ziemię pod rokoszańskim znakiem. Nie masz za sobą nikogo, żeby się stawiać panu podkomorzemu.

Zacisnąłem palce na rękojeści szabli. Kciukiem odepchnąłem jelec, wysuwając ostrze na dwa cale z pochwy. Stal krótko otarła się o skórę. Pachołek natychmiast podniósł pistolet, celując w moją pierś. Dwóch innych skróciło wodze i skierowało konie w stronę ganku.

Wtedy matka zrobiła krok do przodu.

Stanęła dokładnie między mną a lufą pistoletu. Wyciągnęła prawą rękę za siebie i zacisnęła palce na przegubie ręki, w której trzymałem szablę. Jej uścisk był twardy, nieustępliwy.

– Cofnij ostrze, Michale – powiedziała cicho, nie odwracając się.

– Matko, oni przyszli nas okraść.

– Cofnij ostrze – powtórzyła, wbijając paznokcie w moją skórę. – Jeśli podniesiesz na nich broń, woźny wpisze do akt zbrojny opór przeciwko urzędowi. Wtedy Hołubiec będzie miał prawo zrównać dwór z ziemią i nikt w powiecie nie stanie po naszej stronie. Zabiją cię na tych schodach w majestacie prawa.

Patrzyłem na pachołka, który wciąż trzymał broń wymierzoną w matkę. Jego twarz wykrzywiał złośliwy uśmiech. Woźny zwinął dokument i wsunął go z powrotem do tuby.

– Mądre słowa, pani – powiedział urzędnik, dotykając ronda kołpaka. – Nie przyszliśmy palić. Przyszliśmy opieczętować dobra.

Matka opuściła moją rękę, zmuszając mnie do wsunięcia szabli z powrotem do pochwy. Zrobiła to z taką siłą, że mosiężne okucie uderzyło o skuwkę z głośnym trzaskiem. Odwróciła się do woźnego.

– Nakaz nakazuje zabezpieczenie mienia – powiedziała chłodno. – Dwór jest miejscem mojego pobytu i wdowią oprawą zapisaną w metryce po mężu. Nie macie prawa wyrzucić mnie za drzwi ani tknąć rzeczy osobistych.

Woźny zawahał się na moment. Wdowiej oprawy nawet Hołubiec wolał nie ruszać bez mocniejszego wyroku. W sądzie grodzkim za zniszczenie oprawy wdowy można było dostać wyrok infamii szybciej niż za zajazd na rokoszanina.

– Zgadza się – przyznał niechętnie. – Do izb mieszkalnych nie wejdziemy, póki trybunał nie wezwie. Ale spichlerz, stajnie, wozownia i gumno idą pod pieczęcie pana podkomorzego. Konie i woły stanowią ruchomości podlegające sekwestrowi na poczet przyszłych kosztów procesu.

– Niech i tak będzie – odpowiedziała matka. – Róbcie swoje i zjeżdżajcie z mojego podwórca.

Woźny kiwnął ręką na pachołków. Zsiedli z koni. Czterech z nich ruszyło w stronę stajni, dwóch poszło pod grube, dębowe wrota spichlerza. Woźny zsiadł powoli, przywiązał konia do słupka przy ganku i wyciągnął z torby przy siodle mosiężny tłok pieczętny oraz zawiniątko z woskiem.

Patrzyłem, jak ludzie Hołubca wchodzą do naszych budynków. Z głębi stajni dobiegł kwik konia i krzyki ludzi. Gniady wałach, którego wczoraj przywiozłem, opierał się przed wyprowadzeniem. Jeden z pachołków wyszedł na światło dzienne, ciągnąc zwierzę za kantar. Koń wierzgał, więc pachołek uderzył go krótko, twardo trzonkiem bata w chrapy. Wałach cofnął się, kręcąc łbem.

Antoni nie wytrzymał. Stary ekonom zbiegł ze schodów ganku i ruszył w stronę stajni.

– Zostaw go, chamie! – krzyknął, podnosząc swój dębowy kij. – To koń jezdny, nie do ciągnięcia!

Pachołek z blizną odwrócił się, puścił kantar i pchnął Antoniego oburącz w pierś. Stary człowiek stracił równowagę, potknął się o wystający korzeń i upadł na plecy w kurz dziedzińca. Kij wypadł mu z ręki. Pachołek splunął na ziemię obok niego, po czym wrócił do szarpania konia.

Zrobiłem krok w stronę schodów, ale matka znowu stanęła mi na drodze. Jej twarz była blada, a usta zaciśnięte w wąską linię.

– Do środka – powiedziała cicho, ale tonem nieznoszącym sprzeciwu. – W tej chwili.

Cofnąłem się. Weszliśmy do przedsionka, a potem do dużej izby. Matka natychmiast zamknęła za nami ciężkie, dębowe drzwi i zasunęła żelazny rygiel. Dźwięki z dziedzińca stały się przytłumione.

– Rozbiorą nas do kości – powiedziałem, stając na środku izby. Przez okno widziałem, jak woźny stoi przed spichlerzem. Pachołek rozpalił mały ogień z hubki i słomy, nad którym woźny topił wosk w miedzianej łyżce. Nałożyli gruby konopny sznur na skobel spichlerza, a potem woźny wylał na węzeł gorący wosk i wcisnął w niego mosiężny tłok.

– Niech biorą owies i konie. To tylko rzeczy – odpowiedziała matka. Szybkim krokiem przeszła do gabinetu ojca. Poszedłem za nią.

Zatrzymała się przed dębowym stołem. Wskazała na okutą blachą skrzynkę, w której ojciec trzymał papiery majątkowe.

– Otwieraj to. Masz klucz przy sobie.

Wyciągnąłem zza pazuchy rzemień z małym, żelaznym kluczem. Włożyłem go do zamka skrzynki i przekręciłem. Wieko odskoczyło. W środku, poprzekładane suchym płótnem, leżały najważniejsze dokumenty Korejwówki. Część była napisana na pergaminie, część na grubym papierze, z pieczęciami wiszącymi na jedwabnych sznurkach. Były tam nadania królewskie dla dziada, wypisy z podziału majątku, poświadczone granice z sąsiadami i kwity zapłaconych podatków.

– Wyjmij przywileje ziemne i kwity graniczne dotyczące Hołubca – rozkazała matka. Sama zaczęła otwierać szuflady kantorka, wyrzucając na podłogę niepotrzebne listy i puste arkusze. – Jeśli Hołubiec przejmie te dokumenty, spali je w kominku jeszcze dziś wieczorem. Wtedy przed trybunałem będziesz udowadniał własność na słowo, przeciwko jego podstawionym świadkom. Tych papierów nie podważy.

Wyciągałem pergaminy. Były sztywne i chrzęściły w dłoniach. Układałem je na stole jeden na drugim.

– Z szafki pod oknem weź odpis wypisu woźnego – dodała matka, wrzucając do mojej sterty kilka mniejszych kwitów. – Wczoraj, kiedy Antoni usłyszał o zbrojnych w karczmie, posłał tam chłopaka od koni. Chłopak przyniósł kopię, którą woźny zgubił po pijanemu pod ławą. Odpis jest bez pieczęci, ale widać na nim poprawiane daty i nazwiska świadków. To dowód oszustwa przy dacie wniesienia pozwu. Zwiń to wszystko razem.

Zwinąłem dokumenty w ciasny rulon. Wziąłem swoją skórzaną tubę, wyciągnąłem z niej list od plebana spod Radomia, położyłem go na wierzchu rulonu i wsunąłem wszystko do środka. Tuba wypełniła się niemal do końca. Zapiąłem skórzaną klapkę.

– Co z resztą? – zapytałem, wskazując na księgi rachunkowe ojca i księgi czynszowe oprawione w cielęcą skórę. Zapisano w nich każdy dług, każdą dziesięcinę i każdy łokieć płótna wydany we wsi. Bez nich nie dało się zarządzać majątkiem. Były zbyt duże i ciężkie, bym mógł je zabrać w jukach lub za pazuchą.

– Księgi domowe jadą do starego plebana – odpowiedziała matka, zdejmując z haka na ścianie pusty worek na mąkę. – Spakujemy je do skrzyni, a Antoni z dwoma sługami zniosą ją do podziemnego lochu pod wieżą kościelną. Hołubiec z kościoła siłą niczego nie wyciągnie, chyba że zechce mieć biskupa na karku.

Podeszła do bocznej ściany gabinetu, wcisnęła dłoń za rzeźbioną listwę boazerii i przesunęła ukrytą deskę. Z wąskiej wnęki wyciągnęła pękatą, skórzaną sakwę. Rozwiązała rzemień. W środku błysnęło srebro.

– Tu są talary i trojaki. Reszta gotówki, jaka została po opłaceniu zaległości z zeszłego roku. Jest tego dość na kupno konia, prochu i jedzenia na trzy miesiące w drodze. – Wręczyła mi sakwę. Sakwa przyjemnie ciążyła w dłoni. Monety zadźwięczały głucho, ocierając się o siebie. Przywiązałem rzemień mocno do pasa, obok tuby z dokumentami.

Z zewnątrz dobiegł dźwięk pękającego drewna. Pachołkowie Hołubca wyłamywali kłódkę w wozowni. Szukali siodeł, rzędów końskich i żelaznych narzędzi. Słyszałem śmiech i przekleństwa.

Matka odwróciła się do mnie. Przestała błądzić wzrokiem po izbie i popatrzyła mi w twarz.

– Wyjdziesz oknem w sypialni, od strony wschodniej – powiedziała szybko. – Przejdziesz przez sad. Trawa jest wysoka, nie zobaczą cię z dziedzińca. Ominiesz wieś szerokim łukiem i dojdziesz do brodu na Styrze. Za rzeką pójdziesz prosto do folwarku twojego wuja.

– A ty? Zostawię cię z nimi samą w pustym dworze? – Zrobiłem krok w jej stronę. – Jeśli wyjdę jak złodziej z własnego domu, potwierdzę ich skargę. Uzbroję się i poczekam tu. Nie wejdą przez te drzwi, póki mam proch.

Matka podniosła rękę, kładąc chłodną dłoń na moim policzku. Jej palce były szorstkie od wiecznej pracy przy kluczach i zamkach.

– Nie bądź głupi, Michale – powiedziała cicho. – Hołubiec nie chce ciebie. Chce ziemi. Dopóki tu jesteś, stanowisz dla niego pretekst, żeby sprowadzić tu więcej zbrojnych i spalić to miejsce w imię ścigania buntownika. Jeśli znikniesz, zostanę ja i puste budynki pod pieczęcią. Nie tkną mnie, bo to by oznaczało proces kryminalny, którego on nie wygra. Ale ty musisz żyć. I musisz zachować papiery. Bez nich przestajemy istnieć.

Zabrała rękę.

– Wuj da ci konia. Wie, kogo szukać na wschodzie. Jedź w stronę Polesia. Znajdź służbę, która pozwoli ci wrócić, kiedy król ogłosi amnestię po rokoszu, albo kiedy zbierzesz dość ludzi, żebyśmy mogli wyrzucić Hołubca, opierając się na wyroku trybunału. A teraz idź.

Nie było sensu się spierać.

Odwróciłem się od niej i przeszedłem do wschodniej sypialni. Był to mały pokój wychodzący bezpośrednio na tył majątku, gdzie rósł stary sad. Podszedłem do okna. Rama była wypaczona. Podważyłem żelazny haczyk nożem i pchnąłem. Okno otworzyło się z cichym skrzypieniem zawiasów.

Za parapetem rosły gęste pokrzywy i wysoka po pas trawa. Dalej ciągnęły się rzędy starych jabłoni o poskręcanych pniach, dające głęboki cień. Drzewa zasłaniały widok na rzekę i zabudowania wsi.

Przerzuciłem nogę przez parapet. Złapałem się framugi i zsunąłem się. Buty uderzyły miękko o wilgotną ziemię. Pokrzywy od razu poparzyły mnie przez materiał spodni. Poprawiłem pas, upewniając się, że oba pistolety, szabla, sakwa z monetami i tuba z dokumentami są na swoim miejscu. Zza węgła dworu, od strony dziedzińca, dobiegało rżenie wyprowadzanych koni i uderzenia młota. Ktoś przybijał kolejną tabliczkę z pieczęcią.

Spojrzałem w górę, w otwarte okno. Matka nie przyszła się pożegnać. Słyszałem, jak z głębi domu woła Antoniego. Zaczynali pakować wielką, okutą żelazem skrzynię. Dźwięk przesuwanych po podłodze ciężkich ksiąg ojca był ostatnią rzeczą, jaką usłyszałem z wnętrza domu.

Zamknąłem okno z zewnątrz, dociskając ramę do futryny, żeby nie zdradzić drogi ucieczki. Odwróciłem się i wszedłem w sad.

Starałem się iść cicho. Znałem ten sad na pamięć. Omijałem trzeszczące gałęzie i dołki wykopane przez lisy. Rosa szybko przemoczyła mi buty i dół żupana. Mokry materiał ciążył, klejąc się do nóg. Szedłem pochylony, kryjąc się za grubymi pniami drzew, kierując się prosto na wschód, w stronę linii olch wyznaczających koryto Styru.

Zatrzymałem się dopiero na skraju sadu, tuż przed otwartym polem. Odwróciłem głowę i spojrzałem na dwór. Dach z gontu lśnił w porannym słońcu. Z kuchennego komina unosiła się cienka strużka dymu. Z tej strony wszystko wyglądało spokojnie, jak każdego letniego poranka od dwudziestu lat. Nie było tylko ujadających psów, a od strony stajni niosły się krzyki pachołków.

Wyszedłem z cienia drzew i ruszyłem przez wysoką trawę w stronę rzeki. Gniady wałach, wóz i reszta dobytku zostały pod pieczęciami Hołubca. Miałem przy sobie żelazo, trochę srebra i tubę z papierami. Droga do wuja miała trzy mile pieszego marszu przez podmokłe łąki i lasy. Poprawiłem rzemień sakwy przy pasie, przyspieszyłem kroku i wszedłem w wysokie zarośla nad brzegiem.

Trzy mile

Trzy mile przez wołyńskie łąki to odległość, którą w siodle przemierza się przed południem, a na własnych nogach wlecze się do późnego dnia. Szedłem wzdłuż koryta Styru, trzymając się z dala od głównego traktu. Moje buty do jazdy konnej, uszyte z miękkiej skóry i zaopatrzone w twarde, podkute obcasy, nie nadawały się do przedzierania przez podmokłe chaszcze. Po pierwszej mili skóra na piętach zaczęła pękać. Pod koniec drugiej przestałem zwracać na to uwagę.

Wysoka trawa sięgała mi do pasa, a jej ostre krawędzie cięły mokry materiał żupana. Słońce grzało z bezlitosną siłą, wyciągając z nadrzecznych bagien gęstą, duszącą wilgoć. Powietrze stało w miejscu. Nad moją głową krążyły roje gzów i komarów, siadając na spoconej twarzy i karku. Odganiałem je wierzchem dłoni, brudząc skórę ziemią i zaschniętą krwią rozgniecionych owadów.

Ciężar, który niosłem, przypominał o sobie przy każdym kroku. Dwa załadowane pistolety kołowe obijały się o moje uda. Skórzana sakwa z talarami i trojakami, przywiązana rzemieniem do pasa, ciążyła z jednej strony, zmuszając mnie do nienaturalnego chodu. Z drugiej strony wisiały szabla i skórzana tuba z dokumentami. To był cały mój majątek i jedyny dowód na to, że nazywam się Michał Korejwo.

Omijałem nieliczne wsie. Jeśli słyszałem szczekanie psów albo dźwięk siekiery uderzającej o drewno, nadkładałem drogi, wchodząc głębiej w olszyny. Nie chciałem spotkać chłopów, drwali ani przypadkowych strażników mostowych. Na drogach po Guzowie każdy samotny człowiek z bronią i bez konia był łatwym łupem, a moja twarz w powiecie krzemienieckim mogła zostać rozpoznana. Woźny i ludzie Hołubca weszli na dziedziniec dworu, ale podkomorzy na pewno wysłał już wici do sąsiednich folwarków.

Przekroczyłem dwa płytkie strumienie, wchodząc do wody w butach. Chłód na chwilę przynosił ulgę, ale mokra skóra cholew zaczęła obcierać łydki jeszcze mocniej. Złamałem grubą gałąź wierzby, oczyściłem ją z liści i używałem jako kostura, żeby badać grunt przed sobą w miejscach, gdzie trzciny zasłaniały widok na błoto.

Południe minęło, słońce chyliło się powoli ku zachodowi, a na horyzoncie, od strony Polesia, zbierały się ciężkie, ołowiane chmury. Wiatr wreszcie ruszył, przynosząc zapach deszczu i zbutwiałego drewna.

Dopiero późnym popołudniem zobaczyłem drewnianą wieżę strażniczą i dym unoszący się z kominów folwarku mojego wuja Sławomira. Posiadłość leżała na lekkim wzniesieniu, otoczona wałem z ubitej ziemi i ostrokołem. Wuj zbudował to miejsce własnym kosztem po powrocie z wojen inflanckich. Folwark nie miał rzeźbionych ganków ani malowanych szyb, przypominał raczej małą twierdzę. Zabudowania gospodarcze tworzyły zwarty czworobok, a stajnie miały grube ściany z ciosanych pni.

Wyszedłem z zarośli na szeroką, wykarczowaną polanę przed bramą. Rzuciłem wierzbowy kij w trawę. Poprawiłem pas, przesuwając pistolety nieco do przodu, i ruszyłem wydeptaną ścieżką w stronę otwartych wrót.

Dwa ogromne brytany, trzymane zwykle na łańcuchach przy spichlerzu, wypadły zza węgła, ujadając wściekle. Zignorowałem je, idąc równym krokiem. Kiedy zbliżyły się na dziesięć kroków, z warsztatu kowalskiego wyszedł wysoki, barczysty mężczyzna w skórzanym fartuchu narzuconym na lnianą koszulę. Trzymał w dłoni żelazne kleszcze.

– Leżeć! – rzucił w stronę psów. Zamilkły natychmiast, kładąc po sobie uszy i wycofując się pod ścianę stajni.

Wuj Sławomir rzucił kleszcze na drewniany pień służący za kowadło. Wytarł ręce o fartuch. Miał siwą, krótko ściętą brodę i głęboką bliznę przecinającą lewy policzek aż do ucha. Spojrzał na moje zabłocone buty, mokry od potu żupan i twarz pokrytą kurzem.

– Szedłeś korytem Styru – stwierdził, podchodząc bliżej. – Masz nadrzeczne rzęsy na cholewach i błoto z olszyn. Głupio zrobiliście, jadąc z Adamem pod Guzów. Mówiłem twojemu ojcu przed śmiercią, żeby trzymał was z dala od Zebrzydowskiego i jego pretensji.

– Adam nie żyje – powiedziałem.

Sławomir zatrzymał się. Jego twarz nie zmieniła wyrazu, ale mięśnie szczęki drgnęły. Spuścił wzrok na moją prawą dłoń, potem spojrzał na podwójne pistolety za pasem.

– Gdzie ciało?

– Zostawiliśmy je na cmentarzu pod Radomiem. W smole. Woźny z pachołkami Hołubca wjechali dziś rano na nasz dziedziniec z nakazem sekwestru. Oskarżenie o zdradę. Matka kazała mi uciekać oknem.

Wuj skinął głową, jakby usłyszał meldunek o pękniętej osi wozu, a nie o upadku rodziny. Odwrócił się i machnął ręką, każąc mi iść za sobą.

– Do izby rzemieślniczej – powiedział głośniej. – Pachołki nie muszą widzieć cię w głównej sieni.

Poszedłem za nim. Minęliśmy studnię i weszliśmy do długiego, niskiego budynku przylegającego do wozowni. W środku pachniało dziegciem, smołą i suszoną skórą. Na ścianach wisiały chomąta, naprawiane uprzęże i rzędy końskie. Wuj zamknął za nami drzwi, odcinając nas od hałasu dziedzińca.

Z głębi pomieszczenia, zza drewnianego stołu zasłanego rzemieniami, podniósł się młody chłopak w zgrzebnej koszuli. Znałem go. To był Janko, jeden z parobków pracujących przy stajniach w Korejwówce. W dłoniach obracał gliniany kubek. Był blady, oddychał wciąż krótko. Musiał gnać tutaj na oklep, skracając drogę przez lasy.

– Panie Michale – zaczął chłopak, stawiając kubek na stole. Skłonił się niezgrabnie.

– Kiedy wyjechałeś? – zapytałem, podchodząc do stołu. Oparłem dłonie o twarde deski, czując, jak zmęczenie wchodzi mi w lędźwie.

– Zaraz po tym, jak zniknęliście w sadzie – odpowiedział Janko, zerkając nerwowo na wuja Sławomira. – Pan Antoni kazał mi wziąć kasztankę z pastwiska i jechać borem do pana wuja, żeby was wyprzedzić.

– Co z dworem? Co z matką? Mów wszystko po kolei, bez pośpiechu.

Chłopak przełknął ślinę.

– Pachołkowie podkomorzego wzięli wszystkie konie z folwarku. Wyłamali kłódki w wozowni, zabrali siodła, liny, nawet żelazne łańcuchy. Woźny opieczętował spichlerz i stajnię wielkimi woskowymi plackami. Ale do dworu nie weszli. Pani matka wyszła na ganek i powiedziała, że jeśli tkną klamki od izb mieszkalnych, oskarży ich przed biskupem o gwałt na wdowiej oprawie. Woźny kazał swoim ludziom odstąpić. Przez kuchenne okno widziałem, jak pan Antoni i stary Hryć wyciągają wielką skrzynię tylnym wejściem.

– Księgi – powiedziałem, bardziej do siebie niż do niego.

– Tak, panie. Załadowali ją na mały wózek, którego chłopy używają do gnoju, nakryli słomą i pociągnęli w stronę wsi. Zawieźli to na plebanię. Ksiądz proboszcz otworzył im drzwi od kościoła i kazał znieść skrzynię do krypty pod wieżą. Zaraz potem pani matka zamknęła dwór na wszystkie rygle, zabrała klucze i poszła piechotą za nimi. Kiedy wyjeżdżałem z lasu, widziałem, jak wchodzi na plebanię. Ksiądz kazał Antoniemu i Hryciowi stać przy drzwiach z drągami.

Wypuściłem powietrze z płuc. Hołubiec miał w rękach mury, pola i inwentarz, ale nie miał ksiąg, bez których nie mógł udowodnić żadnych długów czynszowych, i nie miał dziedzica, bez którego nie mógłby przejąć ziemi z pełnią praw. Schroniła się na terenie kościelnym, gdzie pachołkowie nie mogli wejść bez ryzyka ściągnięcia na siebie gniewu biskupa.

– Hołubiec zostawił kogoś we dworze? – zapytał wuj Sławomir, opierając się plecami o drzwi.

– Dwóch z rusznicy przy bramie, panie. Reszta odjechała do Krzemieńca, pewnie z woźnym, wpisać pieczęcie w akta.

Sławomir skinął głową. Sięgnął po dzbanek stojący na krawędzi stołu, nalał piwa do drugiego kubka i przesunął go w moją stronę.

– Pij. Masz suche wargi.

Wziąłem kubek. Piwo było ciepłe i kwaśne, ale wypiłem je duszkiem, czując, jak wilgoć spływa do zaschniętego gardła. Otarłem usta wierzchem dłoni.

– Muszę stąd zniknąć – powiedziałem, odstawiając gliniane naczynie. – Skoro pojechali do Krzemieńca, Hołubiec dowie się, że nie ma mnie w dworze. Zacznie szukać.

– Zacznie – zgodził się wuj. – I wyśle ludzi na wschód, bo wie, że nie pojedziesz na zachód, pod królewskie chorągwie. Nie możesz zostać u mnie. Mam dziesięciu ludzi do obrony i pełne gumno, którego nie pozwolę spalić za twoje błędy. Dostaniesz konia i owies na dwa dni.

Odbił się od drzwi i podszedł do małej, rzeźbionej szafki wiszącej na ścianie nad stołem rymarskim. Wyciągnął zza paska mały kluczyk, otworzył drzwiczki i wyjął gruby, złożony arkusz papieru, zalany na brzegach czerwonym woskiem z wyciśniętym herbem.

– Pod Guzowem zginęło wielu dobrych ludzi, a ci, którzy przeżyli, szukają teraz służby poza zasięgiem trybunału – powiedział Sławomir, obracając list w palcach. – Na wschodzie, za Dnieprem i za Berezyną, zbierają się chorągwie wokół drugiego Dymitra. To brudna wojna, Michale. Pospolite ruszenie, samozwańcy, najemnicy i chłopi. Nikt tam nie pyta o wyroki z Krzemieńca.

Położył list na stole przede mną.

– Znajdziesz pułkownika Aleksandra Lisowskiego – kontynuował twardo. – Służyłem z jego ojcem, a on sam był tu dwa lata temu. To człowiek obciążony dawnymi sprawami tak samo jak ty, jeśli nie bardziej. Król ma go za niepewnego przez Litwę i udział w rokoszu. Ale Lisowski ma ludzi i ma posłuch. Zbiera straceńców, rokoszan i zaciężnych. Jeśli chcesz kiedyś wrócić po swoją ziemię, musisz wrócić z ludźmi, którzy nie boją się pachołków Hołubca. Lisowski przyjmie cię do pocztu, jeśli zobaczy ten papier.

Wziąłem list. Papier był gruby, sztywny. Nie było na nim adresu, tylko znak krzyża i zamazana litera L.

– Jak go znajdę na wschodzie? To setki mil dróg.

– Lisowski ciągnie ku sprawom moskiewskim, jeśli drugi Dymitr zbierze ludzi. Jego zwiadowcy kręcą się na Polesiu, szukając takich jak ty. – Wuj wskazał palcem na mapę wyrytą nożem w drewnie blatu. – Pojedziesz przez brody za Styrem. Woda jest niska, przejdziesz bez moczenia juków. Stamtąd pójdziesz na trakt poleski. Trzy mile przed Czartoryskiem stoi stara, spalona w połowie karczma. Nie ma szyldu. Wejdziesz do środka i spojrzysz na główną belkę stropową nad szynkwasem. Mają tam być trzy głębokie nacięcia nożem. Poszukasz człowieka ze skórzaną przepaską na lewym rękawie. Powiesz mu, że masz żelazo i chcesz jechać za wschodnią granicę.

Złożyłem list na pół i rozpiąłem górne guziki żupana. Wyciągnąłem tubę, odpiąłem rzemień i wsunąłem papier do środka, obok ciasnego rulonu przywilejów ziemnych, odpisu z fałszywym oskarżeniem i zaświadczenia o śmierci Adama. Rzemień klapki zapiął się dopiero za drugim pociągnięciem.

– Chodź do stajni – powiedział Sławomir. – Janko, idź do kuchni po chleb i suchary, zapakuj w płótno i przynieś na dziedziniec.

Chłopak wybiegł z izby, a my ruszyliśmy w stronę stajni. Deszcz, który od godziny wisiał w powietrzu, wreszcie zaczął padać. Grube, lodowate krople uderzały o suchą ziemię dziedzińca, podrywając zapach kurzu. Weszliśmy pod drewniany dach. Wewnątrz panował półmrok, rozjaśniany tylko przez małe okienka pod powałą. Konie chrupały owies w żłobach. Pachniało amoniakiem, mokrą słomą i zwierzęcym ciepłem.

Wuj poprowadził mnie do trzeciego stanowiska. Stał tam wysoki, gniady wałach o szerokiej klatce piersiowej i mocnych pęcinach. Nie miał w sobie nic z lekkości dzianeta, był to koń do ciężkiej pracy w taborze lub do ciągłego marszu pod ciężarem uzbrojonego jeźdźca.

– To Wicher. Ma siedem lat. Kupiłem go od Ormian we Lwowie – powiedział Sławomir, klepiąc konia po szyi. Zwierzę odwróciło łeb i spojrzało na mnie ciemnym, spokojnym okiem. – Nie ściga się z wiatrem, ale potrafi iść kłusem przez cały dzień i nie zgubi podkowy na kamieniach. Zęby ma zdrowe, grzbiet prosty.

Zdjął z kołka ciężką, skórzaną kulbakę wojskową z wysokim łękiem i cisnął ją na ubitą ziemię. Dźwięk uderzenia był głuchy.

– Siodłaj. Nie mamy czasu. Hołubiec może posłać tu ludzi jeszcze przed zmrokiem.

Rozpiąłem pas z szablą i pistoletami, kładąc go na krawędzi żłobu. Podszedłem do konia. Przesunąłem dłonią po jego kłębie, wyczuwając twarde mięśnie. Podniosłem gruby, filcowy czaprak i zarzuciłem mu na grzbiet, wygładzając zagięcia. Schyliłem się po kulbakę. Ważyła swoje. Miała drewniane terlice obciągnięte surową skórą. Podrzuciłem ją na grzbiet wałacha, dopasowując do czapraka.

Koń przestąpił z nogi na nogę. Sięgnąłem pod jego brzuch, złapałem rzemień popręgu i przeciągnąłem przez sprzączkę. Pociągnąłem mocno. Wałach napiął brzuch, próbując zachować luz, ale uderzyłem go płaską dłonią w bok. Wypuścił powietrze, a ja dociągnąłem rzemień do końca i zapiąłem bolec. Sprzączka wbiła się w skórę paska z cichym zgrzytem.

Sławomir przyniósł ogłowie z prostym, żelaznym munsztukiem. Wsunąłem wędzidło między zęby konia, naciągając skórzane paski za jego uszy. Zapiąłem łańcuszek pod brodą.

Przez otwarte wrota stajni wszedł Janko, niosąc dwie skórzane sakwy i zwinięty wełniany koc. Zabrałem od niego rzeczy. Sakwy przerzuciłem przez tylny łęk siodła, mocując je rzemieniami. W jednej był chleb, suchary i kawałek wędzonej słoniny. W drugiej owies na dwa dni. Na koniec przypiąłem koc.

Wziąłem swój pas z bronią i zapiąłem go na biodrach. Ciężar żelaza wrócił na swoje miejsce.

– Dziękuję, wuju – powiedziałem, odwracając się do Sławomira. Podałem mu dłoń.

Uścisnął ją mocno. Jego skóra była twarda jak suchy rzemień.

– Nie dziękuj. Ratujesz moją własność, schodząc z pola widzenia Hołubca. – Spojrzał mi prosto w oczy. – Pamiętaj, Michale. Lisowski nie bierze ludzi za piękne słowa. Jeśli zobaczy, że się wahasz, każe cię obedrzeć z ubrań i wyrzucić w las.

– Zapamiętam.

Wyprowadziłem konia na dziedziniec. Deszcz rozpadał się na dobre. Ziemia przed stajnią już zamieniała się w błotnistą breję. Woda spływała po dachu wozowni, tworząc małe kałuże, w których odbijało się szare niebo.

Włożyłem lewą stopę w żelazne strzemię, chwyciłem za przedni łęk i wybiłem się w górę. Przerzuciłem nogę przez zad konia i opadłem ciężko na skórę kulbaki. Dopasowałem drugie strzemię. Koń był wyższy niż mój stary wałach zabity pod Guzowem, czułem jego potężny krok, gdy przestępował z nogi na nogę. Ściągnąłem wodze, czując kontakt z munsztukiem.

Sławomir stał w bramie stajni, osłonięty przed deszczem. Nie pomachał, nie życzył mi drogi z Bogiem. Po prostu patrzył, jak układam dłonie na mokrych rzemieniach.

Klepnąłem wałacha piętami w boki.

– Wio! – rzuciłem krótko.

Koń ruszył. Przejechaliśmy przez mokry dziedziniec, mijając bramę, którą jeden z parobków otworzył specjalnie dla mnie. Kopyta uderzyły o błotnisty trakt za ostrokołem folwarku. Deszcz zacinał prosto w twarz, zmywając resztki kurzu i potu z moich policzków. Skórzana tuba u mojego pasa podskakiwała w rytmie jazdy, a krople wody spływały po jej natłuszczonej powierzchni, nie mogąc dostać się do papierów ukrytych w środku.