Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Pisarz lisowczyków odkrywa, że celem tajnej misji jest jego ojciec. Każdy wybór ocali tylko część tego, co kocha.
Europa Środkowa stoi u progu wojny trzydziestoletniej, a Jakub Wrzos maszeruje z oddziałem, który dla jednych jest postrachem, dla innych hańbą. Prowadzi korespondencję, spisuje łupy i w sekrecie tworzy dziennik o lisowczykach takich, jakimi są naprawdę. Kiedy rozkaz prowadzi go do ojca uznanego od lat za zmarłego, Jakub musi wybrać między więzami krwi, honorem oddziału i przetrwaniem ludzi, którzy bez żołdu mogą nie doczekać zimy. Dla czytelników, którzy cenią mroczną historię, wojnę i trudne wybory.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 478
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tomasz Krzywonos
Bez Boga, bez prawa
Tomasz Krzywonos
Copyright © 2026 Tomasz Krzywonos
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część tej publikacji nie może być reprodukowana, przechowywana w systemie wyszukiwania informacji ani przekazywana w jakiejkolwiek formie bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.
ISBN: 9788384330425
Wydawca: Tempest & Tale
Wydanie pierwsze, 2026
Ta książka jest dziełem fikcji. Wszelkie podobieństwo do rzeczywistych osób, żywych lub zmarłych, wydarzeń lub miejsc jest całkowicie przypadkowe.
Klęczałem na zamarzniętej ziemi między trupami koni i ludzi, i ziemia była twarda jak kamienne posadzki kościoła, w którym kiedyś się modliłem, choć to było dawno temu i w innym życiu. W prawej ręce trzymałem dziennik zakrwawiony od okładki po grzbiet, a lewa dłoń, owinięta szmatą nasączoną krwią, pulsowała tępym bólem, który był prawie przyjemny w porównaniu z tym, co czułem na twarzy. Szabla czeskiego jeźdźca rozorała mi lewą stronę od skroni do szczęki, i krew z tego rozcięcia zalewała mi lewe oko tak uparcie, że co kilka sekund musiałem mrugać i przechylać głowę, żeby widzieć chociaż na tyle, by odróżnić żywych od martwych. Z palących się taborów czeskiej armii ciągnął dym gęsty i cuchnący mokrym drewnem, skórą i czymś słodkawym, co mogło być końskim łojem albo ludzkim tłuszczem, a ja wolałem nie wiedzieć którym.
Trzy kroki przede mną leżało ciało twarzą w zamarzniętą glebę. Szary żupan bez zbroi, ramiona rozkrzyżowane — człowiek padł w biegu i nie zdążył nawet wyciągnąć rąk przed siebie. Nie widziałem twarzy i nie chciałem jej widzieć, jeszcze nie, jeszcze nie teraz, więc patrzyłem na plecy trupa i na rąbek koszuli wystający spod żupana, poplamiony błotem i czymś ciemnym.
— Zapisałem wszystko — powiedziałem do nikogo, do zamarzniętej ziemi, do dymu, do Boga, jeśli patrzył. — Każde słowo prawda. Ale prawda nikogo nie uratowała.
Dziennik w mojej dłoni ważył może funt, a czułem go jak ołów. Przetarłem krew z oka wierzchem prawej ręki, rozmazując ją po kościach policzkowych, i odetchnąłem zimnym powietrzem, które pachniało dymem i prochem tak suchym, że ranił płuca od środka. Biała Góra. Ósmy listopada roku pańskiego 1620, godzina może druga po południu, może trzecia, trudno powiedzieć, gdy niebo jest jednolite jak brudne płótno i dym zakrywa horyzont. Bitwa, o ile można to nazwać bitwą, trwała niespełna dwie godziny, a potem nie było już armii czeskiej, były tylko tysiące ludzi uciekających w stronę Pragi, i my za nimi, i za nami nikt, kto mógłby nas powstrzymać.
Koniec bitwy brzmiał jak koniec świata widziany od podszewki: krzyki uciekających, ale nie bojowe krzyki, nie te, które słyszałem pod Humiennem czy pod Tyrnawą, lecz cienkie, piszczące, pełne nie gniewu, a zwierzęcego przerażenia. Strzały muszkietowe trzaskały w oddali pojedynczo, bo ktoś metodycznie dobijał rannych, i tętent koni w pościgu, ciężki, rytmiczny, taki sam tętent, który sam słyszałem tyle razy z drugiej strony, z siodła, z wnętrza szarży, gdzie dźwięk kopyt na zamarzniętej ziemi to pieśń, której nie da się opisać, choć Bóg widzi, że próbowałem.
— Pisarzu — odezwał się za mną głos ochrypły, słaby, głos człowieka mówiącego przez ścianę z mokrego sukna. — Pomóż mi zejść z tego konia, bo sam nie dam rady.
Odwróciłem się. Mikołaj Krogulec siedział w siodle swojego gniadego Burka, i gdybym nie znał tego człowieka od dwóch lat, pomyślałbym, że patrzę na trupa, który jeszcze nie wie, że umarł. Twarz miał białą, białą jak ten lód pod kolanami końskimi, tak białą, że rude wąsy wyglądały na niej jak plamy krwi na świeżym bandażu. Udo prawe miał owinięte chorągwią czeskiego pułku, szkarłatną z białym lwem, i chorągiew ta, niegdyś dumna i czysta, była teraz brudna od błota i ciemna od krwi, która wsiąkała w materiał i kapała na strzemię. Krople padały na żelazo i zamarzały natychmiast w małe, ciemne perełki.
— Nie patrz tak, jakbyś pisał nekrolog — powiedział Krogulec i uśmiechnął się krzywo, jednym kącikiem ust, tym swoim uśmiechem, który miał znaczyć odwagę, a który ja znałem wystarczająco dobrze, by widzieć w nim to, co Krogulec chował pod wąsami: strach.
Wstałem z kolan, wsunąłem dziennik za pazuchę i podszedłem do Burka, który stał spokojnie, bo konie lisowczyków nauczyły się spokoju w miejscach, gdzie ludzie go dawno zapominali. Chwyciłem Krogulca za lewe ramię, a on się zsunął z siodła tak, jak zsuwają się ludzie, którym ciało przestaje słuchać głowy, i kiedy jego prawa noga dotknęła ziemi, wydał z siebie krzyk wyższy i głośniejszy niż cokolwiek, co słyszałem od niego na polu bitwy, gdzie ten olbrzym wrzeszczał tak, że konie się płoszyły na trzydzieści kroków. Pika rozbiła mu kość udową i on to wiedział, i ja to wiedziałem, i obaj wiedzieliśmy, że polowy cyrulika nie ma w zasięgu wzroku, nie ma w zasięgu krzyku, nie ma może w zasięgu życia.
Krogulec upadł na jedno kolano, chwycił się siodła Burka lewą ręką i oddychał ciężko przez usta, a para z jego oddechu mieszała się z dymem palących się wozów taborowych. Rozejrzałem się, szukając Franciszka Cygana, naszego cyrulika, ale zamiast cyrulika widziałem to, co zawsze widzi się po bitwie wygranej zbyt szybko: chaos, który wygląda jak pijany targ w dzień świąteczny. Lisowczycy pędzili za uciekającymi Czechami na północ i zachód, wyjąc i wrzeszcząc, i ich krzyki mieszały się z krzykami ofiar, tworząc chór tak obrzydliwy, że żaden kaznodzieja nie musiałby opisywać piekła. Wozy taborowe płonęły jeden za drugim, bo ktoś je podpalił, Bóg wie kto i Bóg wie po co, może dlatego, że ogień jest jedynym sakramentem, który żołnierze odprawiają bez kapłana. Gdzieś w dymie, za dwoma albo trzema wozami, ktoś krzyczał po niemiecku „Erbarmen! Erbarmen!", i nikt się nie litował, i nikt nie zamierzał.
Wtedy z dymu wyłonił się rotmistrz Stanisław Śmiały na swoim karym wałachu, i kary wałach parskał nerwowo i stawiał kopyta ostrożnie między trupami, ale Śmiały siedział w siodle tak, jakby jechał przez plac targowy we Lwowie w niedzielne południe. Twarz miał spokojną. Twarz miał zawsze spokojną, w tym był geniusz lub obłęd tego człowieka, że bitwy i rzezi nie robiły na niej więcej wrażenia niż raporty o cenach owsa, które mu co tydzień przedstawiałem. Oczy szare, małe, osadzone głęboko pod ciężkimi powiekami, przesunęły się po mnie, po ciele leżącym twarzą w ziemię, po mnie znowu, i w tej sekwencji spojrzeń było pytanie, na które znałem odpowiedź, i odpowiedź, której nie zamierzałem udzielić.
— Miałeś rozkaz.
Trzy słowa. Tyle. Śmiały nie podnosił głosu, kiedy mówił najważniejsze rzeczy, i to milczenie wokół trzech słów, ta cisza, która rozciągała się między nami jak lina, na której wisi człowiek, była cięższa od krzyku. Za jego plecami, w dymie, wynurzyli się trzej towarzysze: Wojciech Lipa z ręką na rękojeści szabli, jak zawsze, nawet kiedy jadł, nawet kiedy spał, ręka na rękojeści, bo szabla była częścią jego ciała. Obok niego Grzegorz Derkacz, mrużący lewe oko, ten swój odruch, który u niego zastępował myślenie, i Kasper Broda z brodą splecioną w warkocz, gotowy do bójki, której nie było. Trzej mężczyźni z rękami na rękojeściach szabel, i metaliczny szmer skóry o stal, cichy, niemal niesłyszalny pod odgłosami pożaru, ale ja go słyszałem, i Krogulec go słyszał.
Stałem, wciąż z dziennikiem za pazuchą, i nie spuściłem oczu ze Śmiałego, i przez chwilę, która trwała dłużej niż miała prawo trwać, staliśmy tak naprzeciwko siebie: rotmistrz na koniu, pisarz z krwią na twarzy, ciało między nami, dym wokół nas, i trzy szable na trzech rękojeściach.
Między nami wyrósł Krogulec. Oparty o bok Burka, z szablą wyciągniętą drżącą ręką, blady jak trup, na jednym kolanie, wielki jak niedźwiedź, który próbuje wstać po postrzale i wie, że nie wstanie, ale próbuje, bo niedźwiedzie nie potrafią przestać.
— Nie tykaj pisarza — warknął Krogulec głosem, który na chwilę odzyskał swoją dawną siłę, choć kosztowało go to tak wiele, że widziałem, jak dłoń na rękojeści drży coraz szybciej. — Ma dokumenty. To wystarczy.
Śmiały patrzył na Krogulca. Potem na mnie. Potem na Krogulca. Bóg widzi, że potrafię czytać twarze ludzi, bo to moja praca i moja wartość w tym oddziale, ale twarzy Śmiałego nie umiałem czytać nawet po dwóch latach. Wiedziałem tylko tyle, ile rotmistrz pozwalał mi wiedzieć, i w tej chwili nie pozwalał nic. Lipa tuż przy strzemionach rotmistrza przesunął palce na rękojeści, Derkacz zmrużył oko, Broda splunął w błoto, i napięcie stało między nami jak czwarty jeździec.
Krogulec zachwiał się. Widziałem, jak kolano ugina się pod ciężarem ciała, które było za wielkie na jedną zdrową nogę, i widziałem, jak oczy mu uciekają w głąb czaszki, i widziałem, jak szabla wysuwa się z palców i pada na zamarzniętą trawę z dźwiękiem cichym i ostatecznym. Krogulec upadł. Krew z uda leciała na trawę.
— Zabierz go do cyrulika — powiedział Śmiały. — Porozmawiamy.
Odjeżdżał w dym, za nim trzej towarzysze, i dym pochłonął ich w kilku oddechach, a zostałem sam z nieprzytomnym Krogulcem i z ciałem trzy kroki dalej, i z dziennikiem za pazuchą, i z trzema słowami, które wisiały w powietrzu: miałeś rozkaz.
Zawołałem Filipa Mruka, pachołka Krogulca, chłopa z Lubelszczyzny, który pojawił się znikąd, jak zawsze, bo Mruk miał ten dar pojawiania się, kiedy był potrzebny, i milczenia, kiedy nie. Przysadzisty, szeroki, z twarzą spokojną jak pole po żniwach, chwycił Krogulca pod ramiona, a ja za nogi, unikając prawego uda, na którym szkarłatna chorągiew czeskiego pułku przesiąkła krwią do ostatniej nitki, i wlekliśmy go przez zamarznięte błoto do obozowego wozu. Krogulec ważył tyle co koń, albo mi się tak zdawało, bo ciało jego było gorące od gorączki, a moje ręce zimne od mrozu. Zamarzniętą ziemię pod butami czułem przez podeszwy tak, jakbym szedł boso, krok za krokiem, grunt twardy i nierówny, oddech Mruka ciężki i miarowy za moimi plecami, krew Krogulca ciepła na moich palcach.
Hanka była już przy wozie. Klęczała nad pachołkiem Zygmuntem Mączką, który siedział na desce wozu i trzymał okaleczoną rękę przy piersi jak relikwię, a ta ręka miała trzy palce mniej niż rano i Mączka patrzył na nią z wyrazem twarzy kogoś, kto widzi cud, tyle że cud odwrotny. Hanka miała ręce po łokcie we krwi, i ręce te były rękami kogoś, kto robi to od lat: popękane, z oparzeniami od garnków i bliznami od noży kuchennych, i teraz pokryte cudzą krwią tak, jakby krew była kolejną warstwą pracy na tych dłoniach. Twarz miała zaciśniętą, oczy orzechowe skupione, usta w cienkiej linii, i kiedy podniosła głowę i zobaczyła Krogulca zwisającego między mną a Mrukiem, powiedziała tylko:
— Połóżcie go tutaj. Gorącej wody.
Nic więcej. Żadnych pytań, żadnego westchnienia, żadnej miny, która by mówiła, że widzi człowieka umierającego. Gorącej wody. I wróciła do bandażowania kikutów Mączki, i Mruk poszedł szukać wody, i ja położyłem Krogulca na deskach wozu i patrzyłem na jego białą twarz, na rude wąsy, które zwisały smętnie, jak zwiędłe kwiaty, i pomyślałem, że jeśli Krogulec umrze, stracę jedynego człowieka w tym oddziale, który stanął za mną z szablą w ręce, wiedząc, że nie jest w stanie jej utrzymać.
Zostawiłem go i wróciłem na wzgórze.
Ciało leżało tam, gdzie leżało. Nikt go nie ruszył, nikt nie ograbił, bo wokół było tyle innych ciał do ograbienia, że jedno więcej nie robiło różnicy. Klęknąłem i chwyciłem trupa za ramię, i odwróciłem go twarzą do góry, i pochyliłem się nad nim tak, że mój własny cień padł na twarz nieboszczyka, i patrzyłem na tę twarz, którą znałem, i zamknąłem oczy. Nie modliłem się. Albo może się modliłem, nie pamiętam, zdania w mojej głowie nie miały sensu, były strzępami łaciny i polszczyzny, i może jednego przekleństwa, i może jednego imienia.
Zamknąłem dziennik.
Otworzyłem sakwę przy pasie, tę skórzaną sakwę, którą dotykałem sto razy dziennie tak, jak inni dotykają rękojeści szabli, sprawdzając, czy jest na miejscu, czy papier jest suchy, czy atrament nie wyciekł. Z ciała zabrałem plik papierów: korespondencję w trzech językach, notatki pisane drobnym, równym pismem kogoś, kto myśli w trzech językach naraz, i fragment szyfru, którego nie rozpoznawałem, zapisany na skrawku papieru tak cienkim, że przezierał przez niego zamarzły grunt pod spodem. Ostatnie ślady człowieka, który żył w dwóch światach, i umarł w tym, który okazał się prawdziwszy. Wsunąłem papiery do sakwy, zapiąłem ją, wstałem.
Stojąc na szczycie Białej Góry, patrząc w dół na zamarznięte pola, na dymy snujące się nad przedmieściami Pragi, na ciemną wstęgę Wełtawy na horyzoncie, widziałem to wszystko tak, jak widzi kronikarz: z odległości wystarczającej, by zmieścić panoramę na jednej stronie dziennika. Po jednej stronie wzgórza uciekająca armia czeskich protestantów rozpadała się na grupy, potem na gromadki, potem na pojedynczych ludzi biegnących przez zamarznięte pola jak mrówki z rozkopanego mrowiska. Po drugiej stronie stały zwycięskie wojska cesarskie, szyki piechoty Buquoya i Tiefenbacha, sztandary Ligi Katolickiej pod wiatrem, i artyleryjskie dymy wciąż snujące się nad pozycjami na wzgórzu, choć działa już milczały. A na prawym skrzydle, tam gdzie teren opadał łagodnie w stronę strumienia, mały oddział jeźdźców w szarych żupanach bez mundurów, z golonymi głowami i długimi wąsami, kręcił się między porzuconymi wozami taborowymi jak sfora chartów, które straciły trop i czekają na gwizdek. Lisowczycy. Sześćdziesiąt ludzi, z czego połowa ranna, trzecia część pijana, a reszta obojętna na różnicę między jednym a drugim. Sześćdziesiąt ludzi, którzy dwie godziny temu weszli klinem w bok czeskiej jazdy i rozerwali ją jak psy rozrywają chustę, i których historia zapomni, bo historia nie zapamiętuje ludzi, którzy nie mają mundurów.
Zszedłem ze wzgórza w dym.
*Nie byli rabusiami. Nie byli rycerzami. Byli czymś, dla czego świat nie ma jeszcze nazwy, i może nigdy nie będzie miał, bo świat lubi proste słowa, a oni prości nie byli. Ja byłem jednym z nich. Osiemnaście miesięcy, od majowego błota w Drohiczynie po listopadowy lód na Białej Górze, od kaszy jedzonej z garści po gorzałkę pitą z butelki po trupie, od listu szyfrowanego w izbie wójtowskiej po szablę czeskiego pikiniera na mojej twarzy. I zapisałem wszystko. Każdą szarżę i każdą klęskę, każde kłamstwo i każdą prawdę, które w tym oddziale były tak splecione, że sam nie umiałem ich rozdzielić. Wiem, co zrobiliśmy. Wiem, dlaczego. I wiem, że wiedza ta jest bezwartościowa, bo prawda nikogo nie uratowała, ani tych, którzy leżą na Białej Górze, ani tych, którzy z niej odeszli.*
*Ale zaczynam od początku. Od błota.*
Drohiczyn nad Bugiem, maj 1619. Koń rotmistrza Śmiałego stał po pęciny w błocie rynku, a sam Śmiały stał obok niego i wyglądał, jakby miał na to samo zdanie co koń, ale mniej cierpliwości.
Atrament zamarzał mi w kałamarzu mimo maja, i to było jedyną rzeczą, która mnie tego poranka naprawdę gniewała. Nie to, że czternastu towarzyszy poległo w kampanii siedmiogrodzkiej, i nie to, że dwadzieścia jeden koni padło z wycieńczenia, i nie to, że prochu mieliśmy na dwie potyczki, po czym moglibyśmy zaoferować wrogowi jedynie szable i inwektywy. Gniewał mnie atrament, bo atrament był moim narzędziem, moją szablą, jedynym dowodem na to, że Jakub Wrzos cokolwiek znaczy w tym oddziale, a on zamarzał w glinianym kałamarzu jak krew na listopadowym polu, chociaż na dworze był maj, chociaż wiosna miała prawo być ciepła, a nie była, bo ta wiosna w roku pańskim 1619 przyszła mokra i zimna i złośliwa jak stary żołnierz, który nie chce ustąpić młodszym.
Siedziałem na wozie taborowym pod płachtą, która chroniła mnie przed deszczem tak, jak obietnice królewskie chronią przed głodem: z intencją, ale bez skutku. Woda sączyła się szczelinami w płótnie i kapała na papier, który i tak był zbyt cenny, bym mógł go marnować, więc pisałem na odwrocie zdobycznych dokumentów zabranych z kampanii siedmiogrodzkiej: czeskich rachunków cechowych, korespondencji jakiegoś kupca z Koszyc, kwitu za beczki piwa, które ktoś kiedyś zamówił i za które nikt nigdy nie zapłaci. Na odwrotach tych cudzych spraw spisywałem nasze własne straty, cyfra po cyfrze, imię po imieniu, i każda cyfra kosztowała mnie dmuchnięcie w kałamarz, żeby atrament na chwilę odzyskał płynność.
— Piotr Czapla, towarzysz, poległ pod Humiennem od piki — dyktowałem sobie na głos, bo pomaga mi to myśleć, a może dlatego, że głos ludzki w ciszy tego obozu był jedynym dźwiękiem, który miał sens. — Maciej Sowa, towarzysz, zmarł od gorączki w Koszycach. Adam Bielak, pachołek, zaginął pod Tyrnawą...
Antek Siwy, mój pachołek, chudy jak patyk, z twarzą piegowatą i włosami koloru popiołu, od czego miał przydomek, siedział na końcu wozu z nogami zwisającymi nad błotem i patrzył na moje ręce tak, jak inne dzieci patrzą na sztukmistrzów na jarmarku. Antek miał piętnaście lat i nigdy w życiu nie widział pisania, co nie było niczym nadzwyczajnym wśród chłopów podlaskich. Był to chłopak z okolic Siedlec, który trafił do oddziału jak trafiają wszystkie pachołki: z głodu i z braku czegokolwiek lepszego.
— Panie — odezwał się Antek, bo mówił do mnie „panie", choć mu powtarzałem, żeby mówił „pisarzu" jak wszyscy. — Jak pan robi, że to atramentowe się robi literami?
— Antek — odpowiedziałem, nie odrywając pióra od papieru. — To jest kwestia edukacji, cierpliwości i czterech lat w seminarium, które skończyły się tym, że zamiast mówić msze, spisuję trupy. Ergo, nie polecam.
— Ale to ładne — powiedział Antek z autentycznym podziwem, na który nie umiałem odpowiedzieć ironią, bo ironia wobec szczerego zachwytu jest okrucieństwem, na które nie jestem aż tak zły.
Obóz oddziału rotmistrza Śmiałego rozciągał się na przedmieściach Drohiczyna nad Bugiem jak ropiejąca rana na skórze tego zaspanego podlaskiego miasteczka. Sześćdziesiąt ludzi: czterdziestu jeden towarzyszy szlachetnie urodzonych, choć szlachetne urodzenie większości z nich polegało na tym, że dziadek miał zagrodę i szablę, a ojciec stracił zagrodę, ale zachował szablę. Reszta to pachołkowie i czeladź, plus siedem markietanek, które gotowały kaszę, prały koszule, opatrywały rany i robiły wszystko inne, za co nikt im nie dziękował, bo podziękowanie oznaczałoby przyznanie, że bez nich oddział zdechłby z głodu i brudu w tydzień. Namioty z łatanego płótna stały w nierównych rzędach, konie były przywiązane do płotów, które ktoś wydzierał z chłopskich ogrodzeń, i smród końskiego łajna mieszał się ze smrodem gotowanej kaszy jaglanej i potu sześćdziesięciu ludzi, którzy od tygodnia nie mieli gdzie się wykąpać, bo Bug był zbyt zimny nawet na maj. Normalność żołnierza, którego żaden normalny człowiek nie chciałby w sąsiedztwie: to był nasz dom, jedyny, jaki mieliśmy, i jedyny, jaki mogliśmy mieć.
Kończyłem właśnie listę strat koni, wymieniając maść, wiek i przyczynę padnięcia każdego zwierzęcia, bo koń lisowczyka jest cenniejszy niż lisowczyk i zasługuje na oddzielny rejestr, kiedy usłyszałem za sobą ciężkie kroki w błocie i poczułem zapach gorzałki tak silny, że mógłby zapalić lont muszkietowy na trzy kroki.
— Pisarzu! — ryknął Mikołaj Krogulec, i wóz taborowy zadrżał, gdy oparł się o jego bok całym swoim ogromnym ciałem, i flaszka gorzałki pojawiła się w mojej linii wzroku, trzymana w dłoni wielkiej jak łopata. — Rzuć te swoje cyferki, psiakrew i bodaj cię licho, mam dla ciebie prawdziwą robotę.
Krogulec był głowę wyższy od każdego w oddziale, z rudymi wąsami zwisającymi poniżej brody i nosem złamanym dwukrotnie, z oczami niebieskimi, małymi, i z tym swoim uśmiechem, który obiecywał albo pieśń, albo bójkę, w zależności od ilości gorzałki.
— Robotę — powtórzyłem, odkładając pióro.
— Pisarzu, zapisz. — Krogulec nalał mi gorzałki do kubka, który wziął nie wiadomo skąd, a sam pociągnął z flaszki, bo Krogulec pił z flaszki jak inni piją z kubka. — Zapisz prawdziwą historię bitwy pod Humiennem, jak Krogulec szedł pierwszy, bo Krogulec szedł pierwszy, pytaj kogo chcesz, każdy powie, i jak wziął na szablę trzech hajduków w jednej szarży, i jak...
— Trzech — powiedziałem. — Ostatnim razem było dwóch.
— Trzech — powtórzył Krogulec z godnością człowieka, który nie zamierza się targować o fakty. — Psiakrew, pisarzu, trzech, bo trzeci wpadł na szablę sam, z rozpędu, więc się nie liczy, ale umarł, więc się liczy, i sam nie wiem, ergo zapisz trzech i niech Bóg rozsądzi.
Kręcił końcami wąsów w palcach, co znaczyło, że kłamie, ale kłamstwo Krogulca było jak gorzałka Krogulca: mocne, parzące i trochę za dużo, ale dawane z sercem.
Piliśmy, bo przy gorzałce ludzie mówią rzeczy, których trzeźwi nie powiedzą, a ja byłem pisarzem i moja praca polegała na słuchaniu. Krogulec opowiadał o Humiennem, przeklinając i gestykulując, i kubek się napełniał, i wóz taborowy kołysał się pod ciężarem jego opowieści tak, jak kołysałby się pod gradem kartaczy. Potem, gdy gorzałka zrobiła swoje i głos opadł o ton niżej, wspomniał Lisowskiego.
— Stary by tego nie pozwolił — powiedział nagle, i wąsy przestał kręcić, i oczy niebieskie, małe jak rodzynki, popatrzyły gdzieś ponad moim ramieniem, w stronę horyzontu, którego nie było widać przez płachtę. — Rok bez żołdu. Stary by pojechał do króla i powiedział mu w twarz.
— A co by mu król powiedział?
Krogulec milczał przez chwilę, i ta cisza była gorsza niż jego krzyk, bo Krogulec milczący to Krogulec, który czuje ciężar czegoś, o czym nie chce mówić.
— Nic — powiedział wreszcie. — Bo Stary umarł, zanim ktokolwiek musiał mu odpowiadać. I takie to szczęście ma ta Korona, że najlepsi umierają, zanim zdążą powiedzieć to, co trzeba.
Odszedł z flaszką, ciężki, ogromny, i błoto chlupało pod jego butami ciężko i mokro.
Wójt Drohiczyna, Paweł Kucharczuk, stał na progu własnego domu i patrzył na błoto rynku. Rynsztokiem płynęła cienka strużka brudnej wody, wśród nich pływały końskie jabłka i obierki marchewne. Wójt oblizał wargi nerwowo, tak jak robił to zawsze, ilekroć uzbrojeni ludzie wchodzili do jego miasta, i odsunął się, kiedy rotmistrzowy pachołek niósł wiadro z wodą do kwatery rotmistrza. Krowa przechodziła przez plac za wójtowskim domem, obojętna na sprawy ludzkie, i wójt wyglądał tak, jakby jej zazdrościł.
Izba wójtowska, którą Śmiały zajął bez pytania wójta, pachniała suszonym tytoniem, stęchlizną i skórzanym pasem, który rotmistrz powiesił na gwoździu przy drzwiach jak inni wieszają krucyfiks. Śmiały stał przy stole z ręką na karku swojego konia, który stał za oknem, bo Śmiały nie oddalał się od konia nawet w kwaterze i karczmie, i patrząc na niego, na tego zbitego jak dębowa beczka człowieka o twarzy ogorzałej do koloru starej skóry i oczach szarych pod ciężkimi powiekami, pomyślałem po raz setny, że Śmiały wygląda tak, jakby Bóg zrobił go z tego samego materiału co siodło: twardego, suchego, zrobionego do jednego celu.
Położyłem rachunki na stole. Papiery były pomięte i poplamione, zapisane z obu stron moim pismem, które przez dwa lata w oddziale straciło seminaryjną elegancję i nabrało praktycznej czytelności. Śmiały zamknął oczy na pół sekundy, ten swój odruch sprzed każdej decyzji, i wziął papiery do ręki.
Przeglądał je w milczeniu, a ja stałem i czekałem, bo przy Śmiałym się nie siada, dopóki on nie usiądzie, a on nie siadał. Czternastu towarzyszy poległych. Dwadzieścia jeden koni padłych. Prochu na dwie potyczki. Żywności na sześć tygodni przy ograniczonych racjach. Pieniędzy w kasie oddziału: tyle, że kowal Bartek mógłby je policzyć na palcach jednej ręki i jeszcze by mu zostały palce. Żołdu od króla: zero, jak zawsze, bo lisowczycy nie figurują w rejestrach wojskowych Korony i nikt nam nic nie jest winien, przynajmniej oficjalnie, przynajmniej na papierze, przynajmniej w tych papierach, które ludzie podpisują swoim imieniem.
Śmiały odłożył rachunki na stół. Położył na nich obie dłonie, jakby papier mógł uciec.
— Dwa miesiące — powiedział. — Potem będziem musieli kraść albo żebrać. Kraść umiem lepiej.
Wyszedłem z kwatery i stanąłem na podwórku, i deszcz sypał mi w twarz drobny, majowy, zimny, i pomyślałem, że dwa miesiące to dużo czasu, żeby się martwić, i mało czasu, żeby cokolwiek zmienić. Ale Śmiały nie wyglądał na złamanego, kiedy mówił o kradzieży, i to właśnie mnie niepokoiło bardziej niż same liczby: Śmiały wyglądał na człowieka, który wie coś, czego ja nie wiem.
Dotknąłem sakwy z dziennikiem przy pasie. Była na miejscu.
Po południu pomagałem kowalowi oddziału Bartkowi Kowalikowi przy robocie, bo Bartek potrzebował kogoś, kto utrzyma miechy, a ja potrzebowałem czegoś prostego do zrobienia. Kuźnia polowa to był wóz z przenośnym paleniskiem, kowadłem i skrzynią narzędzi, i Bartek stał przy niej cały czarny od sadzy, z ramionami grubymi jak pnie, z twarzą poczerwienioną od żaru, z brwiami przypalonymi na końcach, i klął na żelazo, na ogień, na świat, na Boga i na czeski miecz, który właśnie przekuwał na podkowy.
— Marne — mówił, uderzając młotem, a iskry fruwały w mokre powietrze i gasły natychmiast. — Marne żelazo, pisarzu, miękkie jak masło, kruche jak stara baba, nie da się z tego zrobić nic porządnego, ale zrobię, bo Kowalik robi, nawet jak Pan Bóg daje szmelc zamiast stali.
Wziąłem miecz, zanim poszedł na kowadło, i przeczytałem napis wyryty na klindze, bo to była moja robota: czytać, co inni nie umieją.
— Co tam napisali? — spytał Bartek, nie przerywając kucia.
— Że Bóg jest z nami.
Bartek uderzył młotem i podkowa zadzwoniła na kowadle.
— Widać nie był — powiedział — skoro dostaliśmy ten miecz.
Wieczorem przy ognisku, gdy kasza bulgotała w kotle nad płomieniem i dym gryzł oczy, towarzysz Maciej Żuraw opowiadał nowemu pachołkowi Janowi Chmielowi, chłopu z okolic Brześcia, kim byli lisowczycy. Chmiel siedział z otwartymi ustami i szeroko otwartymi oczami, bo wszystko go zaskoczyło, od ognia po niebo, i Żuraw mówił swoim sarkastycznym barytonkiem, kończąc każde zdanie tak, jakby stawiał kropkę młotkiem.
— Lisowski zebrał nas w piętnastym roku — mówił, i twarz jego, wydłużona, sucha, z wąsami zwisającymi smętnie, wyglądała w świetle ognia jak maska z kościoła. — Poprowadził na Moskwę, bo król kazał, i na Moskwie byliśmy rok, i Moskale się nas bali tak, że zamykali bramy, jak nas widzieli. Potem Inflanty. Potem Stary umarł. I zostawił nas samych jak psy po myśliwym, bez posady, bez żołdu, bez nic.
— I co teraz? — spytał Chmiel.
Żuraw splunął w ogień.
— Teraz jesteśmy chorągwią bez chorągwi. Wojskiem bez żołdu. Szlachtą bez ziemi. — Spojrzał na Chmiela i w jego zmrużonych oczach, które wyglądały, jakby świat nie zasługiwał na pełne otwarcie, pojawił się błysk dumy albo rozpaczy. — I najlepszą jazdą, jaką ta Korona kiedykolwiek miała.
Ogień trzaskał, kasza bulgotała, gdzieś ktoś kłócił się o koce. Normalność, która byłaby nienormalna gdziekolwiek indziej.
Po drugiej stronie ognia ksiądz Tomasz odprawiał mszę wieczorną, i przyszło trzech towarzyszy, co Bóg widzi, nie było rekordową frekwencją, ale nie było też najgorszą. Tomasz stał przy prowizorycznym ołtarzu, zrobionym ze skrzyni na proch przykrytej płótnem, niski, przygarbiony, z brzuchem, który świadczył nie o dostatku, lecz o wątrobie powiększonej od gorzałki, i mówił łacińskie słowa mszy głosem, który rano był piękny, w południe ochrypły, a wieczorem ledwo słyszalny. Trzej wierni klęczeli na mokrej ziemi i modlili się lub udawali, trudno powiedzieć, a reszta oddziału piła i grała w kości, komentując głośno, że Bóg ma więcej cierpliwości niż oni, skoro nie spuścił na nich piorunów.
Po mszy podszedłem do Tomasza, bo miałem powody, a raczej nie miałem powodów, żeby nie podejść. Kapelan wyglądał źle, gorzej niż zwykle, a zwykle wyglądał jak człowiek, który powoli i z godnością umiera. Skóra żółtawa, oczy głęboko osadzone, ale niespodziewanie bystre, nogi opuchnięte, oddech świszczący. W ręku trzymał pusty kielich, który obracał w palcach odruchowo, i obroty te były takie same jak obroty kielicha po gorzałce, ten sam gest, dwa sakramenty.
— Synu — powiedział, bo mówił „synu" do wszystkich, nawet do Krogulca, który był od niego starszy. — Siadaj. Stary człowiek gada za dużo, ale gada chętniej, jak ma komu.
Usiadłem na mokrym pniu obok niego, i siedzieliśmy w milczeniu, słuchając obozu za płótnem namiotu: chrapania i stuku kości o deskę.
— Wciąż piszesz tę swoją księgę grzechów? — spytał Tomasz, nie patrząc na mnie, patrząc w ogień.
— To nie księga grzechów, ojcze. To kronika.
Tomasz obrócił kielich, uśmiechnął się kącikiem ust i powiedział:
— W tym oddziale to jedno i to samo.
Nocą pisałem w dzienniku przy świecy w namiocie, pochylony nad papierem tak, że cień mojej głowy padał na literki i musiałem się przesuwać, żeby widzieć. Na odwrocie cudzego listu do żony, w którym ktoś prosił o ciepłe pończochy, pisałem o ludziach, którzy pończoch nie potrzebowali, bo nie mieli dokąd wracać.
*Wracamy znikąd i idziemy donikąd. Sześćdziesiąt ludzi, którym Europa nie zostawiła miejsca przy stole — więc jedzą z podłogi i mówią, że smakuje lepiej. Nie wiem jeszcze, co z nami będzie. Ale wiem, że Śmiały ma jakiś plan, bo Śmiały zawsze ma plan. I wiem, że ten plan będzie kosztował.*
Świeca kapała łojem na deskę, i łój twardniał natychmiast w zimnym powietrzu, tworząc małe, białe kopczyki, które wyglądały jak miniaturowe nagrobki. Zdmuchnąłem świecę i położyłem się na posłaniu ze skór i derki, i słuchałem deszczu na płótnie namiotu, i deszcz mówił to samo, co mówił od tygodnia: nic się nie zmieni, nic się nie poprawi, bądź cierpliwy lub bądź martwy, bo trzeciej opcji nie ma.
Rano zmienił się świat, a ja leżałem jeszcze pod mokrą derką. Obudziło mnie rżenie konia, nie nasze rżenie, nie nasze konie, lecz dźwięk obcego zwierzęcia, dobrze karmionego, dobrze utrzymanego, takiego, którego kopyta nie znały podlaskiego błota, i kiedy wyjrzałem z namiotu, zobaczyłem na placu przed izbą wójtowską gońca na gniadym koniu. Goniec miał na sobie podróżny strój lepszy niż cokolwiek w naszym obozie: płaszcz z sukna, buty z miękkiej skóry, pas z mosiężną klamrą, i twarz gładką, ogoloną, z uśmiechem, który nigdy nie sięgał oczu.
Cały obóz obserwował. Pachołkowie postawali od ognisk, towarzysze odłożyli kubki z kaszą, nawet konie podniosły łby, bo wyczuły to wcześniej niż ludzie. Sześćdziesiąt par oczu na jednym gońcu, i goniec wiedział, że patrzą, i siedział na koniu prosto, z ręką na sakwie przy siodle, na której widziałem pieczęć, nawet z tej odległości widziałem pieczęć, bo oczy pisarza widzą pieczęcie tak, jak oczy kowala widzą pęknięcia w żelazie.
— Remigiusz — przedstawił się goniec, kiedy Krogulec podszedł z pytaniem, i uśmiechnął się uprzejmie. — Z listem do rotmistrza. Do rotmistrza osobiście.
— A nam co? — spytał Krogulec. — Uszom nie masz?
— Mam uszy — odpowiedział Remigiusz z dyplomatyczną cierpliwością człowieka przyzwyczajonego do ludzi gorszych od siebie, który nie pozwala, żeby to było widać. — Ale list jest do rotmistrza, i z nim porozmawiam, jeśli łaska.
Śmiały przyjął go w izbie wójtowskiej. Drzwi zamknięte. Stałem pod oknem, bo stamtąd widziałem drzwi i obóz naraz, a pisarz oddziału ma obowiązek wiedzieć, co się dzieje, nawet kiedy mu tego nie mówią. Sześćdziesiąt ludzi czekało na placu, przy ogniskach, przy koniach, na wozach, i cisza, która zapadła, była inna niż zwykła cisza obozu, bo brakowało w niej śmiechu i stuku kubków, zostało skrzypienie skóry siodłowej i parskanie koni.
Godzina minęła. Ktoś spekulował, że to rozkaz wymarszu, ktoś inny, że to wyrok rozwiązania, ktoś trzeci, że to żołd, co było najśmieszniejszym żartem dnia i nikt się nie zaśmiał. Hanka suszyła bandaże na płocie przy drodze, wyżymając je z zimnej wody sprawnymi ruchami rąk, i bandaże wisiały na płocie jak małe białe flagi kapitulacji. Koń posłańca pił z koryta w cieniu wójtowskiego budynku, a trzech pachołków stało wokół i oceniało siodło, uprzęż, rząd, podkowy, bo koń obcy jest wydarzeniem w obozie, gdzie każde zwierzę zna się po imieniu.
Drzwi się otworzyły.
Śmiały wyszedł na podwórko i stanął na schodku, i sześćdziesiąt ludzi odwróciło się w jego stronę tak jednocześnie, jakby byli jednym ciałem. Ja — który znałem tego człowieka od dwóch lat — zauważyłem coś: Śmiały wyprostował się, jakby zrzucił z siebie ciężar. Albo jakby właśnie wziął na siebie nowy. Rotmistrz zamknął oczy na pół sekundy. Otworzył je.
— Ruszamy za tydzień. Na zachód. Cesarz potrzebuje szabli, a my potrzebujemy żołdu. Reszta usłyszycie na marszu.
Krogulec ryknął pierwszy, bo Krogulec zawsze ryczał pierwszy.
— Nareszcie, psiakrew, nareszcie porządna robota! — I chwycił Antka Siwego za ramię i potrząsnął nim tak, że chłopak stracił czapkę, i zaśmiał się tym swoim śmiechem, który brzmiał jak grzmot i który znaczył, że Krogulec jest szczęśliwy, a kiedy Krogulec jest szczęśliwy, cały obóz drży.
Żuraw stał oparty o wóz, ze skrzyżowanymi rękami i zmrużonymi oczami, i powiedział do nikogo:
— Cesarz nam zapłaci? A kiedy nam ostatnio ktoś zapłacił?
Nikt nie odpowiedział, bo pytanie nie wymagało odpowiedzi.
Pachołkowie bladli. Jan Chmiel miał usta otwarte i oczy jak spodki, i wyglądał, jakby ktoś mu właśnie powiedział, że Bóg go nie lubi, co by się sprawdziło. Zachód to obce tereny, a obce tereny to miejsca, z których się nie wraca, przynajmniej nie wszyscy, przynajmniej niecali.
Towarzysz Stanisław Wójcik podszedł do mnie cicho, tak cicho, że nie usłyszałem go, dopóki nie stanął obok, i jego twarz, przecięta blizną od czoła do szczęki, twarz stara, sucha, spokojna, twarz człowieka, który widział wszystko i nie ma już powodu podnosić głosu, pochyliła się ku mojemu uchu.
— Pisarzu — powiedział Wójcik. — Ja z cesarskim już walczyłem. Z cesarskim, nie za cesarskiego. Różnica jest taka, że jak walczysz z nim, to wiesz, że chce cię zabić. Jak walczysz za niego, nie wiesz kiedy zechce.
Poklepał mnie po ramieniu i odszedł, i ramię bolało mnie od tego klepnięcia bardziej niż powinno, a może to nie ramię bolało, może to było coś innego.
Wieczorem tego samego dnia Śmiały wezwał mnie do kwatery. Usiadł przy stole, co robiło się coraz rzadziej i co znaczyło, że sprawa jest ważna. Położył przede mną czysty papier, dobry papier, lepszy niż cokolwiek w mojej skrzyni, papier, który musiał dostać od posłańca. Postawił kałamarz. Podał pióro.
— Pisz — powiedział. — Szyfruj.
Szyfr, którego użył, był szyfrem, którego ja sam nauczyłem Śmiałego rok temu: prosty szyfr podstawieniowy, przesunięcie o jedenaście, z podwójną zamianą samogłosek. Rotmistrz dyktował powoli, ostrożnie, ważąc każde słowo, a ja pisałem i dekodowałem w głowie, bo znałem ten szyfr jak własne palce, bo to było moje rzemiosło i moja wartość.
Śmiały mówił: potwierdzenie wymarszu na zachód, żądanie zapłaty za oddział w sile czterdziestu jeden towarzyszy i osiemnastu pachołków, warunki współpracy z armią cesarską, gwarancje prowiantowe, szacunek czasu przejazdu przez Małopolskę i Śląsk. List adresowany do podkanclerzego koronnego. Słowa szły równo, jedno za drugim, cyfra za cyfrą, klauzula za klauzulą, a ja pisałem i szyfrowy tekst szedł spod mojego pióra gładko, litera po literze, a pod czaszką tekst się odszyfrowywał, zdanie po zdaniu, jak dwa strumienie biegnące obok siebie w przeciwnych kierunkach. Potwierdzenie wymarszu. Żądanie zapłaty. Trasa. Warunki.
A potem jedno zdanie, które pod względem szyfru i składni niczym nie różniło się od pozostałych, które dla kogoś patrzącego z zewnątrz wyglądałoby tak samo, ale które uderzyło mnie jak dzwon kościelny tuż przy uchu.
Cel potwierdzony: Jan Wrzos herbu Łabędź, ostatnio Johann Heider, Brno.
Pióro szło dalej. Atrament płynął po papierze. Litera za literą, szyfrowa i czysta, i ręka nie drżała, choć palce zacisnęły się na piórze mocniej niż potrzeba, i Śmiały dyktował dalej, słowa końcowe, formuły grzecznościowe, podpis szyfrowy, i ja pisałem, bo to było jedyne, co umiałem, bo pisanie czyni rzecz prawdziwą, nawet kiedy ta rzecz jest koszmarem.
Oddałem list Śmiałemu. Podniósł go, przejrzał, schował do sakwy. Nie spojrzał na mnie inaczej niż zwykle. Nie mógł wiedzieć, że wiem. Nie powinien wiedzieć.
— Idź — powiedział.
Wyszedłem z kwatery. Stanąłem na podwórku wójtowskim i patrzyłem na błoto, na konie, na niebo zakryte chmurami tak gęstymi, że nie wiadomo było, czy słońce zaszło, czy po prostu się ukryło. Jan Wrzos herbu Łabędź. Imię, herb i nazwisko mojego ojca. Człowieka, którego od dziesięciu lat uważałem za martwego, bo nikt mi nie powiedział, że żyje, bo nikt nie miał powodu mi powiedzieć, bo ja nie byłem synem, lecz ładunkiem, depozytem złożonym u jezuitów w zamian za jakąś usługę, o której nic nie wiedziałem.
Pocierałem kciukiem o palec wskazujący prawej ręki, ten odruch pisarza, ten bezwiedny gest dłoni, która chce pióro nawet kiedy go nie ma.
Wróciłem do namiotu. Nie pisałem w dzienniku. Usiadłem na skrzyni z korespondencją oddziału i siedziałem w ciemności, bo świecę zgasiłem po wyjściu i nie zapaliłem na nowo. Próbowałem oddzielić fakty od reszty: ojciec żyje, to fakt; ojciec jest w Brnie pod nazwiskiem Johann Heider, to fakt; ojciec jest celem tajnej misji rotmistrza Śmiałego, zleconej przez podkanclerzego koronnego, to fakt. A faktem było też to, że ja, Jakub Wrzos, pisarz oddziału lisowczyków, jedyny człowiek w chorągwi, który zna szyfr, jedyny, który umie odczytać to, co rotmistrz dyktuje, byłem jedynym człowiekiem, który wiedział to wszystko naraz. I jedynym, który nie powinien wiedzieć.
Za ścianą namiotu obóz żył swoim życiem. Ktoś kłócił się o koce, ktoś naprawiał uprzęż, gdzieś Antek Siwy chrząkał przez sen. Normalność.
Późną nocą, kiedy obóz ucichł na tyle, na ile obóz lisowczyków jest w stanie ucichnąć, a to znaczy, że zostały tylko chrapania i parska koni, a gdzieś dalej pijacka pieśń Krogulca, nieskładna i niewyraźna, otworzyłem skrzynię z korespondencją. Wieko zaskrzypiało i zamarłem na chwilę, ale Antek spał dalej, bo Antek Siwy spałby nawet przy bombardowaniu — miał piętnaście lat i żołądek pełen kaszy, a to jest lepsze uspokajające niż gorzałka.
Skrzynia była pełna: setki starych listów, raportów, kwitów, rejestrów, rachunków, dokumentów w polskim, łacińskim, czeskim, niemieckim, w szyfrach i bez szyfrów, ponumerowanych i luźnych, oficjalnych i prywatnych, datowanych od roku 1615 po tydzień temu. Dwa lata korespondencji oddziału, który istnieje na marginesie historii i nie ma archiwum, bo archiwum to luksus osiadłych ludzi. Zacząłem od góry, kartka po kartce, w świetle świecy, która kapała łojem na papiery i musiałem ją ciągle przesuwać, żeby nie zapalić całej skrzyni i nie skończyć dnia w sposób ironiczny nawet jak na lisowczyka.
Szukałem czegokolwiek: imienia, inicjałów, wzmianki. Jan Wrzos. J.W. Johann Heider. Wrzos. Łabędź. Cokolwiek, co łączyło te stare papiery z tym jednym zdaniem w szyfrowym liście. Kartki mijały mi pod palcami: kwit za podkowy z Krakowa, raport z potyczki pod Lwowem, list od rotmistrza Kleczkowskiego do Śmiałego z pretensjami o podział łupu, żadna z tych rzeczy nie miała nic wspólnego z moim ojcem, a każda kolejna kartka, pożółkła i pusta, każda kolejna pusta obietnica, każdy kolejny zwykły wojskowy papier był jak kolejny krok w ciemnym korytarzu, który może prowadzi donikąd. Pot stygł mi na plecach w chłodnym nocnym powietrzu, palce robiły się sztywne od zimna i od ciągłego dotykania starych papierów, które miały w sobie tę osobliwą suchość i kruchość rzeczy napisanych dawno temu, do których nikt nie wraca.
Po godzinie, kiedy byłem już blisko dna skrzyni i blisko rezygnacji, palce trafiły na papier inny od pozostałych. Starszy. Żółtszy. Cieńszy. Papier, który leżał na samym dnie, ktoś go tam schował albo sam osiadł pod ciężarem lat korespondencji, i kiedy wyciągnąłem go na światło świecy, poczułem zapach kurzu i zamkniętej przestrzeni, zapach starszy i głębszy niż wierzch skrzyni. List na pożółkłym papierze, złożony na czworo, z pieczęcią woskową pękniętą wpół. Podpis: inicjały J.W. Adresat: ojciec Adam Piotrowski, prowincjał jezuitów wileńskich.
Adam Piotrowski. Prowincjał, pod którego opieką spędziłem cztery lata w seminarium. Człowiek, który nauczył mnie łaciny, retoryki, szyfrów i pokory, w tej kolejności i w tych proporcjach, i który pewnego dnia zniknął z mojego życia tak, jak znikają ludzie z listów: bez zapowiedzi, bez pożegnania, bez śladu.
List był krótki, zapisany drobnym, równym pismem, w szyfrze, którego nie rozpoznawałem. Próbowałem kilku kluczy w głowie, ale nocą, przy jednej świecy, z sercem bijącym zbyt szybko i palcami sztywnymi od zimna, szyfr nie chciał się poddać. Litery leżały na papierze jak obcy język, i ja, Jakub Wrzos, pisarz i szyfrant, który łamał kody czeskie i niemieckie i habsburskie, nie potrafiłem tej nocy odczytać listu własnego ojca.
Ale inicjały J.W. i adresat Adam Piotrowski wystarczyły. Data na pieczęci, ledwo czytelna: rok 1609. Rok, w którym miałem szesnaście lat i trafiłem do seminarium. Rok, w którym ojciec zniknął. Rok, w którym zaczęło się jedno życie i skończyło drugie.
Schowałem list za pazuchę, przy skórze, tam gdzie papier będzie ciepły i suchy i bezpieczny. Zamknąłem skrzynię. Wieko zaskrzypiało znowu i Antek mruknął przez sen, ale nie obudził się. Położyłem się na posłaniu i patrzyłem w ciemność pod płachtą namiotu, i ciemność patrzyła na mnie, obojętna jak zawsze. Za ścianą Krogulec śpiewał tę swoją pijacką pieśń, coraz ciszej, coraz wolniej, i Antek Siwy chrapał, i gdzieś daleko koń parska niespokojnie, jeden jedyny raz, a potem cisza.
Normalność, której grunt właśnie usunął mi się spod nóg.
Gorzałka Krogulca smakowała jak ogień przepuszczony przez stare drewno, miała w sobie dym żyta i smak piekła. Piłem ją z glinianego kubka, jedynego ciepłego tej nocy, trzeciej nocy przed wymarszem. Siedzieliśmy przy ognisku za wozem taborowym, Krogulec opowiadał o dawnych czasach. Krogulec zawsze opowiadał o dawnych czasach, kiedy miał gorzałkę i kogoś, kto go słuchał.
Przyniosłem butelkę. Dobrą, nie tę obozową, którą Bartek pędził z żyta i nadziei, lecz prawdziwą drohiczyńską, kupioną za ostatni grosz u żydowskiego karczmarza na rynku. Krogulec spojrzał na butelkę, spojrzał na mnie, kręcił końce wąsów w palcach, kalkulując, i powiedział:
— Psiakrew, pisarzu, co ty chcesz? Bo za darmo to nawet ksiądz nie rozgrzesza.
— Opowieści — powiedziałem. — O dawnych czasach. O Lisowskim.
— A to inaczej. — Zabrał butelkę z moich rąk z czułością, z jaką inni biorą niemowlę. — Stary by się cieszył, że ktoś jeszcze pyta.
I Krogulec zaczął mówić. Mówił o Moskwie, o błocie pod Kłuszynem, o mrozach, które zabijały konie i ludzi bez różnicy. O Lisowskim, który szedł pierwszy, zawsze pierwszy — Krogulec to powtarzał. Może tak było, a może gorzałka zaokrąglała prawdę do kształtu, który Krogulec potrzebował zobaczyć. Ogień trzaskał, posyłał iskry w ciemność majowej nocy. Słuchałem, piłem, czekałem — pisarz nie ma innej broni.
— Słyszałem — powiedziałem po trzecim kubku, gdy Krogulec skończył historię o tym jak Lisowski wjechał do twierdzy samotnie i wyjechał z kluczami, co było kłamstwem, ale pięknym kłamstwem, i to się liczyło — że Lisowski miał szpiegów. Ludzi, którzy dostarczali mu wiadomości o wrogach.
Krogulec nalał sobie kolejny kubek i patrzył na mnie niebieskimi oczkami osadzonymi głęboko w masie rumianego mięsa, i te oczka były bystrzejsze niż ktokolwiek sądził, bo Krogulec był wieloma rzeczami, ale głupcem nie był.
— Każdy miał szpiegów, pisarzu. Hetman miał, król miał, nawet ten cholerny wójt drohiczyński pewnie ma kogoś, kto mu donosi, ile gorzałki Krogulec wypił.
— Ale Lisowski miał kogoś specjalnego. Kogoś, kto mówił wieloma językami.
Krogulec prostował palce lewej ręki, jeden po drugim, i nie był to gest kłamcy, lecz gest człowieka sięgającego pamięcią w głąb. Szukał czegoś, co leżało na dnie jak ten list na dnie skrzyni z korespondencją, przykryte warstwami lat, gorzałki, zapomnienia.
— Był jeden taki — powiedział w końcu, powoli, ciągnąc samogłoski jak szlachcic, który opowiada o rodzie. — Gładki jak piskorz, psiakrew. Mówił po łacinie, po niemiecku, po diabła. Nawet po czesku, zdaje się, albo po rusku, albo po obu, kto to wie. — Napił się, otarł wąsy wierzchem dłoni, ogromnej dłoni, w której kubek wyglądał jak naparstek. — Lisowski nazywał go Wrzosem.
Kubek w moich rękach był ciepły. Trzymałem go, piłem powoli — ręce muszą coś robić, gdy reszta ciała zamiera. Gorzałka paliła gardło, ogień trzaskał. Krogulec mówił dalej, nie patrząc na mnie, patrząc w płomienie, gdzie nikt nie przerywa.
— Wrzos. Bo wrzos rośnie wszędzie i go nie wypleniasz, tak mówił Stary. Wszedł ci w obóz jak dym, wyniuchał co trzeba, zniknął i wrócił z wiadomościami, które były warte więcej niż dwudziestu jeźdźców. Stary go cenił. Cenił go cholernie.
Sakwa przy biodrze, dziennik w środku bezpieczny. List za pazuchą, papier przy skórze, ciepły i suchy. Serce biło równo — musiało bić równo. Jeśli nie, Krogulec zobaczy. Krogulec widzi więcej, niż się wydaje, trzeźwy czy pijany.
— Co się z nim stało?
Krogulec wzruszył ramionami. Ogromne ramiona, jak belki stropowe, unoszące się i opadające z obojętnością, za którą kryło się coś cięższego, coś, czego sam nie rozpoznawał, albo nie chciał.
— Zniknął. — Napił się. — Tak jak znikają ludzie, którzy wiedzą za dużo. Jeden dzień był, drugi nie było. Lisowski nie komentował. — Pauza. Trzask drewna w ogniu. — A my nie pytaliśmy.
Gorzałka w kubku była już zimna, albo to moje ręce były zimne, trudno powiedzieć, bo ciepło odeszło gdzieś między jednym zdaniem a drugim, między „był" a „nie było", między życiem a zniknięciem, i ja piłem tę zimną gorzałkę i wiedziałem teraz to, czego nie wiedziałem godzinę temu, i wiedza ta była cięższa niż wszystko, co nosiłem w sakwie. Ojciec nie tylko żyje. Ojciec był szpiegiem Lisowskiego, zanim zaczął pracować przeciw niej — i pewnie nazywał to służbą.
— Pisarzu — powiedział Krogulec, i jego głos był cieplejszy niż gorzałka. — Czemu pytasz?
— Piszę kronikę — odpowiedziałem. — Każdy szczegół się liczy.
— A to dobrze. Pisarzu, zapisz, że Krogulec ci powiedział, bo Krogulec pamięta wszystko, nawet to, co chciałby zapomnieć, a jest tego, psiakrew i bodaj cię licho, więcej niż gorzałki w tej butelce.
Butelka była pusta. Krogulec odstawił ją z żalem, który był autentyczny, żal po gorzałce to był żal, jakiego nie ukrywał. Wstał, zataczając się ciężko, olbrzym w świetle gasnącego ognia, odszedł w ciemność nucąc tę swoją pieśń, tę samą co każdej nocy — melodia trzymała go na nogach mocniej niż kości.
Zostałem przy ognisku. Kciuk pocierał o palec wskazujący — odruch pisarza szukającego pióra. Patrzyłem na żar, a żar nie odpowiadał. Gdzieś w ciemności Burek parsknął cicho, gdzieś dalej ktoś chrapał. Świat był normalny, trwał, a tylko ja wiedziałem, że pod spodem jest pustka.
Następnego dnia, drugiego przed wymarszem, czekałem do popołudnia, do momentu gdy obóz zatonął w leniwym rozgardiaszu przygotowań, gdy każdy był zajęty swoim i nikogo nie obchodziło, co robi pisarz, bo nikogo nie obchodzi pisarz, dopóki nie potrzebuje listu. Znalazłem miejsce za wozem taborowym, w cieniu płachty rozpiętej między beczkami a skrzynią z prochem, gdzie powietrze śmierdziało łojem, starym płótnem, wilgocią, i usiadłem na ziemi z plecami opartymi o koło wozu i wyjąłem list.
Papier był stary, pożółkły, miękki od noszenia przy ciele przez te dwie noce, atrament żelazowo-galasowy miał kolor rdzy, pismo drobne, równe — pismo człowieka, który pisał szybko i precyzyjnie. Zapach tego papieru był zapachem seminarium, zapachem atramentu, kurzu, starych książek — zapachem, który niegdyś oznaczał bezpieczeństwo, a teraz oznaczał coś innego, czego nie umiałem jeszcze nazwać.
Łojówka migotała w cieniu pod płachtą, bo majowe popołudnie dawało za mało światła w tym zakamarku, litery skakały, oczy piekły od dymu, który wdzierał się zewsząd — w obozie zawsze palono coś gdzieś. Patrzyłem na szyfr, obojętny jak wszystkie zagadki, które czekają cierpliwie na kogoś dość upartego lub dość zdesperowanego.
Zacząłem od szyfrów, które znałem z seminarium. Szyfr Vigenère'a z kluczem łacińskim, szyfr podstawieniowy z podwójną zamianą, szyfr z transpozycją kolumnową, którego ojciec Adam nauczył mnie na trzecim roku, gdy powiedział, że „szyfr jest jak modlitwa, synu, im prostsza, tym skuteczniejsza", co wówczas brzmiało jak mądrość, a teraz brzmiało jak kpina. Próbowałem z kluczem „ADAM", z kluczem „PIOTROWSKI", z kluczem „JEZUS", z kluczem „WILNO", żaden nie działał. Litery leżały na papierze jak martwe owady, suche, kruche, pozbawione sensu.
Godzina. Dwie. Pot na czole, oczy zamglone, palce brudne od atramentu, choć nie pisałem — tylko trzymałem papier, obracałem go, próbowałem zobaczyć wzorzec w chaosie. Wzorzec, który musi tam być: ojciec nie używałby szyfru bez wzorca. Ojciec był człowiekiem porządku, nawet w znikaniu i porzucaniu. Gdzieś za wozem Bartek Kowalik kuł podkowy i klął na żelazo, rytmicznie, bęben kowadła i bęben przekleństw, Antek Siwy prowadził konia do wodopoju. Życie obozu toczyło się dalej, obok mnie, bez mnie.
A potem wróciłem do podstaw. Jak modlitwa, synu. Im prostsza, tym skuteczniejsza. Szyfr Cezara. Najprostszy z prostych. Przesunięcie o trzy? Bełkot. O pięć? Bełkot. O siedem?
Pierwsza litera stała się C. Druga H. Trzecia Ł.
„Chłopak jest bezpieczny."
Siedziałem i patrzyłem na te trzy słowa, łojówka migotała, dym szczypał oczy, cień wozu leżał na mnie ciężki jak żupan po deszczu. Odczytywałem resztę powoli, litera po literze — każda krokiem w ciemność, która jaśniała z każdym krokiem, jaśniała i paliła. „Proszę o dalszą opiekę. Przysługa zostanie spełniona w terminie." Podpis: J.W. Data: rok tysiąc sześćset dziewiąty.
Rok, w którym miałem szesnaście lat i trafiłem do seminarium. Rok, w którym ojciec mnie tam zostawił, jak zostawia się sakwę w depozycie, z instrukcją, żeby o nią dbać, i z obietnicą, że ktoś po nią wróci, chociaż nikt nie wrócił, chociaż sakwa leżała na półce cztery lata i nauczyła się łaciny, retoryki, szyfrów i pokory, w tej kolejności i w tych proporcjach.
Złożyłem papier. Schowałem go za pazuchę, przy skórze, tam gdzie papier jest ciepły i suchy i bezpieczny. List leżał przy moim sercu — wyrok odczytany, pięć zdań dotyczących jednego człowieka: Jana Wrzosa, ojca, szpiega, depozytora synów.
Wstałem. Kolana bolały od siedzenia na twardej ziemi, łojówka dogasała, i poszedłem przez obóz do wodopoju, gdzie konie piły z koryta. Wsadziłem ręce w wodę. Była lodowata, czysta, i trzymałem ręce w niej, aż palce zdrętwiały — zdrętwienie było dobre, ciało zdrętwiałe nie czuje, a ja nie chciałem czuć. Nie tutaj, nie wobec prawdy logicznej i zimnej jak ta woda. Ojciec oddał mnie do seminarium. Zapłacił jezuitom, przysługą, nie złotem. Seminarium nie było darem. Było depozytem, ubezpieczeniem, sposobem na pozbycie się ładunku — żeby ręce były wolne i mógł zniknąć. I miał rację. Seminarium było bezpieczniejsze niż cokolwiek innego, bezpieczniejsze niż obóz czy trakty, bezpieczniejsze niż życie przy boku człowieka, którego ludzie szukają i nie znajdują. Logika, i najgorsza rzecz w tej logice była ta, że nie potrafiłem jej podważyć.
Wyciągnąłem ręce z wody. Otarłem je o żupan. Poszedłem pomagać Bartkowi, bo Bartkowi zawsze trzeba pomagać — konie muszą mieć podkowy, żelazo nie kuje się samo. Byłem potrzebny, więc ból mógł poczekać.
Bartek Kowalik kuł podkowy dzień i noc. Ramiona grube, ciemne od sadzy, chodziły w górę i w dół, od świtu do nocy, kowadło dzwoniło jak dzwon kościelny, tylko że ten dzwon nie zwołuje na mszę, ten dzwon zwołuje na marsz.
— Żelazo gówno, jak zwykle — powiedział Bartek, nie odrywając wzroku od rozgrzanego pręta, który trzymał szczypcami nad ogniem kuźni, i pot spływał mu po czole między przypalone brwi, i sadza wżarła mu się w skórę rąk tak głęboko, że chyba została tam na stałe, jak tatuaż, gdyby tatuaż wyglądał jak brud. — Łamie się, kruszy, psiamać. Zrobię, jakoś zrobię, ale jak koń na Morawach zgubi podkowę, to winne będzie to czeskie żelazo, nie Bartek.
Podawałem mu pręty i trzymałem kopyta koni, i pracowaliśmy w ciszy przerwanej tylko uderzeniami młota i przekleństwami, i to było dobre, bo praca fizyczna nie wymaga myślenia, a ja nie chciałem myśleć.
Obok kuźni Tomasz Gnat, chudy jak jego przydomek, szkolił nowego pachołka. Wojtek Kulawy stał przed nim z łukiem w ręku, utykając na lewą nogę, i twarz miał skupioną — na jedną rzecz w życiu był naprawdę dobry i wiedział o tym. Gnat pokazywał cel, Kulawy strzelał, strzała szła prosto i twardo i nie chybiała, i Gnat kiwał głową bez słowa, bo Gnat nie mówił, kiedy wystarczyło kiwnąć, a wystarczało prawie zawsze.
— Celny — powiedział Gnat. Jedno słowo. Cała recenzja.
Wojtek uśmiechnął się, ten uśmiech wystarczył za nagrodę. Wrócił do strzelania.
Pod wieczór Hanka organizowała markietanki do wymarszu. Widziałem to, idąc do koryta z wiadrami, bo koniom trzeba było zmienić wodę, i Hanka stała przy głównym wozie kuchennym, drobna i zwarta, otoczona kobietami, które były jej armią, armią w obozie, którą wszyscy naprawdę szanowali, choć nikt by się do tego nie przyznał. Marta Wielka dźwigała beczkę z solonym mięsem, sama, bez pomocy, i beczka musiała ważyć tyle co pachołek, ale Marta się nie pochyliła, nie sapiąc, tylko postawiła beczkę na wozie i powiedziała:
— Następna.
Zosia Ruda poprawiała czepek, z którego wylewały się rude włosy, jak zawsze nieposkromione, i Agnieszka z Siedmiogrodu sprawdzała skrzynie z bandażami, dotykając medalika na szyi odruchowo, palcami, które pamiętały kształt mężowskiej pamiątki lepiej niż twarz mężowską. Katarzyna Ząbkowa uśmiechała się szczerbato, ładując kotły, a Jadwiga Mała, drobna jak dziecko, ciągnęła worek mąki większy od siebie i nie skarżyła się, bo w obozie na skarżenie nie ma czasu. I była stara Basia, która siedziała na wozie, narzekała na wszystko i na wszystkich, klnąc po staropolsku. Gdyby ktoś jej powiedział, żeby wstała i pomogła, spojrzałaby na niego ze wzgardą kucharkową — gotowanie to praca ważniejsza od dźwigania. I miałaby rację.
— Bodaj cię licho, Marta, łagodniej z tą beczką, bo jak wypadnie mi do zupy, to będziesz jadła solone mięso z drzazgami!
Marta nie odpowiedziała. Postawiła kolejną beczkę.
Szedłem z wiadrami. Hanka mnie zobaczyła, spojrzała dłużej niż potrzeba, żeby sprawdzić, czy jestem zagrożeniem czy przeszkodą, i powiedziała:
— Pisarzu, chodź. Pomóż mi z kotłami.
Postawiłem wiadra. Podszedłem do wozu. Kotły były ciężkie, z żeliwa, pokryte sadzą i doczyszczone tak, jak czyści się broń po walce, starannie, ze znajomością materii, razem ładowaliśmy je na wóz, jej ręce spotykały się z moimi na żeliwnych uchwytach. Ręce Hanki — spracowane, popękane, ciepłe. Potem usiadła na krawędzi wozu, wycierając dłonie o fartuch, odruchowo, bo nawet gdy nie miała fartucha, gest pozostawał, ręce pamiętały.
— Piszesz o nas, pisarzu?
— O oddziale.
— A o nas? O markietankach? O tych, które gotują wam kaszę i szyją wam porty, żebyście mogli walczyć z gołymi tyłkami?
Nie odpowiedziałem, bo odpowiedź znałem, i odpowiedź ta nie była dobra.
— No właśnie. — Hanka patrzyła na mnie orzechowymi oczami, zbyt blisko nosa, zbyt ostrymi jak na konwencjonalną urodę, ale widzącymi więcej niż większość oczu w tym obozie. — Nikt o nas nie pisze. Bo łatwiej zapamiętać szablę niż kocioł.
Stara Basia za nami mruknęła coś o tym, że jak Lisowski żył, to przynajmniej komplementował kucharkę, do kaduka, a nie siedział jak kołek, i Hanka prawie się uśmiechnęła, i ten prawie-uśmiech zmienił jej twarz tak, że przez moment wyglądała na kogoś, kto kiedyś umiał się cieszyć.
— Zapiszę — powiedziałem. I tak zrobiłem, tego wieczora, w dzienniku, drobnym pismem na marginesie.
Wieczorem Śmiały zbierał towarzyszy na naradę. Ogień główny, ten największy, pośrodku obozu, dookoła niego twarze oświetlone na pomarańczowo, cienie za nimi, długie, ruchome. Koń przywiązany za wozem parsknął cicho, ktoś dalej w obozie ostrzył nóż o kamień, monotonicznie, ssk, ssk, ssk, zapach dymu mieszał się z końskim potem i gorzałką, z czymś cierpkim — może strachem, może wilgotnym powietrzem podlaskiej nocy.
Byłem tam jako pisarz, z sakwą otwartą, z piórem w ręku, z atramentem w kałamarzu, który zamarzał w nocy i roztapiał się w dzień, i ręce moje robiły to, co robiły zawsze: pisały. Obecni: Krogulec, masywny jak ściana, z kubkiem gorzałki i wąsami mokrymi od niej. Maciej Żuraw, suchy, ze smętnymi wąsami i oczami zmrużonymi na stałe. Stanisław Wójcik, cichy, z blizną, ze spokojem w oczach. Tomasz Gnat, milczący jak jego nawyk. I dwaj, których znałem mniej: Adam Krzywda herbu Poraj, szczupły, żylasty, z twarzą pooraną bliznami, oczy szare i nieruchome, który pojawił się przy ognisku bez dźwięku, jakby wyłonił się z dymu. I Paweł Kobyła, okrągły, z brzuchem i uśmiechem, i oczami, w których nie było ani grama wesołości, tylko zimna kalkulacja odległości do ciosu.
Śmiały stał. Jak zawsze stał, gdy inni siedzieli, jedną rękę na karku karego wałacha. Wałach za nim, spokojny jak wałach potrafi być spokojny, czyli całkowicie. Śmiały przymknął powieki, ten odruch sprzed każdego rozkazu, i gdy je otworzył, patrzył już nie na ludzi, lecz na mapę, którą nosił pod czaszką.
— Maszerujemy na zachód. Przez Małopolskę, potem Śląsk, na Morawy.
Cisza. Trzask drewna w ogniu.
— Dołączamy do cesarskich. Generał Buquoy.
Krogulec kiwnął wielką, rudą głową, mruknął coś pochwalnego. Żuraw zmrużył oczy jeszcze bardziej, co wydawało się niemożliwe, a jednak. Wójcik siedział nieruchomo. Gnat siedział nieruchomo. Krzywda siedział nieruchomo, co u Krzywdy było stanem naturalnym. Kobyła się uśmiechał.
— Żołd? — zapytał Krogulec.
I w tym jednym słowie było pytanie, które znał każdy towarzysz: czy tym razem zapłacą, czy nie skończymy jak pod Tyrnawą — głodni, brudni, z pustymi sakwami.
Śmiały nie patrzył na Krogulca. Patrzył w ogień. Ogień patrzył na niego, twarze towarzyszy patrzyły na Śmiałego. Wszyscy czekali.
— Cesarz zapłaci — powiedział Śmiały — jak będzie zadowolony z roboty.
Żuraw prychnął. Krótko, sucho, jak młotek stawia kropkę.
— Cesarz zapłaci. Po polsku to znaczy: nie zapłaci.
Cisza. Ogień trzasnął, jedno trzaśnięcie, jak sędziowski młotek, i iskry poleciały w górę i zgasły, i ja pisałem — pisarz pisze, choć pióro drży, choć atrament gęstnieje na chłodzie.
— Zapłaci. — Śmiały mówił wolno, warstwa na warstwie, jakby budował mur ze słów — twierdzę, za którą nikt nie zobaczy pustki. — Mam to na piśmie.
Kłamstwo. Nie miał niczego na piśmie od cesarza. Miał tajne zlecenie od podkanclerzego koronnego, które dotyczyło Jana Wrzosa i które nie obiecywało żołdu, lecz czegoś, czego towarzysze nie powinni znać. Wiedziałem to ja, i Śmiały nie wiedział, że wiem. Teraz Śmiały kłamał o piśmie od cesarza, a ja siedziałem i pisałem. Głowa moja była przechylona prosto, nie w lewo — w lewo przechylam, gdy słyszę kłamstwo, przynajmniej tak mi się wydaje, choć w tej chwili nie byłem pewien niczego.
Żuraw splunął w ogień. Splunięcie zaparzyło.
Krzywda, który dotąd nie powiedział słowa, szepnął:
— Trasa. Ile dni.
— Sześć tygodni do granicy Śląska — odpowiedział Śmiały. — Potem negocjujemy przejście.
— Przejście — powtórzył Wójcik cicho, jednym zdaniem, które ważyło jak kamień. — Ostatnim razem cesarcy nie chcieli nas przejść.
— To nie ostatni raz.
— Nic się nie zmieniło — powiedział Śmiały, i to były jego słowa, te, które powtarzał, gdy wszystko się zmieniało. Towarzysze to wiedzieli. Nikt tego nie powiedział. Narada się skończyła, jak zawsze w oddziale Śmiałego — nie konsensusem, lecz ciszą, która zastępuje zgodę. Cisza jest tańsza od kłótni, a kłótnia luksusem, na który nas nie stać.
Później, gdy towarzysze rozchodzili się do namiotów i ognisk, Śmiały przywołał mnie gestem, jednym ruchem głowy, krótkim, jak rozkaz.
— List do Ołomuńca. Jutro rano.
— Tak, rotmistrzu.
— Szyfrem.
— Tak, rotmistrzu.
Odszedł, wałach za nim posłusznie, i obaj zniknęli w ciemności. Stałem z sakwą, z piórem, z wiedzą cięższą od obu.
Bo problem był prosty i nierozwiązywalny: muszę ukryć wiedzę o ojcu, a przy tym jestem jedynym, kto tłumaczy i dekoduje korespondencję. List, depesza, skrawek papieru — cokolwiek przejdzie przez moje ręce, może zawierać informacje o Janie Wrzosie. Jeśli Śmiały zauważy, że filtruję, koniec. Śmiały ma oczy jastrzębia i instynkt kata, a ja mam sakwę i pióro i zdolność do kłamstwa, której nie podejrzewałem w sobie, aż do teraz.
Podjąłem decyzję tej nocy, przy gasnącym ognisku, z kolanami podciągniętymi pod brodę i z rękami wciśniętymi w rękawy żupanu. Będę przekazywał Śmiałemu wszystko. List za listem, depeszę za depeszą. Wszystko oprócz jednej rzeczy: że Jan Wrzos to mój ojciec. To jedyny sekret, który zachowam. Jeden jedyny. Bóg widzi, że to wystarczająco dużo, żeby mnie zgubić.
Noc przed wymarszem. Krogulec siedział przy ognisku, pijany jak zwykle, ale pijany inaczej niż zwykle, bo w oczach miał nie radość, lecz coś mokrego i ciemnego, coś co wyglądało na wzruszenie, choć Krogulec pewnie nazwałby to gorzałką w oku, gdyby go ktoś zapytał.
— Pisarzu — powiedział, i wiedziałem po tonie co nadchodzi, bo „pisarzu, zapisz" to otwarcie dyktanda, Krogulec dyktował jak inni walczyli, z rozmachem i bez planu. Słowa wypadały z niego jak żołnierze z bramy, szybko, głośno, potykając się o siebie.
— Pisarzu, zapisz.
Wyjąłem dziennik. Pióro. Atrament.
Krogulec zamknął oczy. Ogromny mężczyzna z zamkniętymi oczami. Ogień oświetlał mu twarz — okrągłą, pełną, rumianą, z nosem złamanym dwukrotnie. Wąsy koloru miedzi zwisały po bokach ust. Był w tej twarzy spokój, którego nie widywałem za dnia.
— „Szabla moja siostro" — zaczął, powoli, ciągnąc samogłoski, jakby smakował każde słowo, i ja pisałem, to moja praca, moja rola, to w czym nikt mnie nie zastąpi. Pióro skrzypiało na papierze, litery leżały na kartce mokre od atramentu, lśniące w świetle ognia.
— „...prowadź mnie przez mrok / bo światła nie będzie / aż zdechnę jak pies na progu."
Cisza. Trzask drewna. Oddech Krogulca, ciężki, jak po szarży.
— To będzie pierwszy wiersz lisowczyka. — Otworzył oczy, niebieskie, mokre, bystre. — Żadne kurwy z Krakowa nie napiszą o nas lepiej.
— Zapisałem — powiedziałem, i nie kłamałem, bo pióro przybija słowo do papieru jak gwóźdź do deski, i wiersz Krogulca leżał teraz na kartce, czarny na żółtym, trwały jak rana, pomyślałem, że ten wiersz mógłby być epigramem dla nas wszystkich, i że Krogulec ma rację — żadne kurwy z Krakowa nie napiszą o nas lepiej.
Krogulec kiwnął głową, zadowolony jak artysta po występie. Wstał, zachwiał się, poszedł spać. Zostałem z dziennikiem na kolanach, z piórem w dłoni, z nocą dookoła.
Ostatni wpis. Kursywa, bo tak zapisuję myśli — drobniej, ciszej, żeby nikt nie przeczytał przez ramię.
*Jutro ruszamy na zachód. Sześćdziesiąt ludzi i tajemnica, o której wie jeden. Nie wiem jeszcze, czy ją ujawnię, czy pochowam. Wiem tylko, że jeśli ojciec żyje, a żyje, to lisowczycy idą go zabić. A ja idę razem z nimi. I piszę o tym czystą ręką, jakby to nie był mój ojciec, jakby to nie była moja krew.*
Zamknąłem dziennik, schowałem pióro i leżałem na posłaniu. Antek Siwy chrapał obok, cienko, młodzieńczo — piętnaście lat chrapie inaczej niż dwadzieścia sześć, lżej, z nadzieją. Leżałem i nie spałem. Gwiazdy nad Drohiczynem były jasne, zimne, obojętne, tak jak ojcowie bywają jasni i zimni, gdy mają ważniejsze sprawy niż synowie.
Sen przyszedł późno i niechętnie, jak żołd.
